wtorek, 13 stycznia 2026

Fotografia grafa z agrafką.

 

    Świat przysypany śniegiem wyraźnie ucichł. Nawet samochody jeżdżą jakoś tak „na paluszkach”, a odległe dźwięki tłumione są lepiej niż w atmosferze bezśnieżnej. I ładniej jest, bo śnieg wygładza kanty i kryje brudy cywilizacyjne. Czerń nocy dzieli się z bielą w miarę bezkonfliktowo, a strefy wpływów są podzielone. Małe pługi usiłują wyrzeźbić w pejzażu ścieżki, zasypywane przez śnieg z dużym samozaparciem. Miasto sprzyja kolarzom, więc w pierwszej kolejności odśnieżane są ścieżki rowerowe, bo wiadomo – szybko jedzie taki ekstremista i jak wyrżnie na śliskim, to kark skręci i trzeba go będzie leczyć dożywotnio. Magia. Miasto odrealnione, zanurzone w aurze, jakiej nie da żadne lato, czy jesień. Trwa w monochromatycznych obrazkach, stłumionych, nieostrych, ledwie możliwych.


    Wsiadam w nie swój autobus – nie chcę ryzykować półgodzinnego zwiedzania wiaty przystankowej, bez ludzi kompletnie nieatrakcyjnej, co przecież już się zdarzało tej zimy. Wsiadają dziewczątka – krąglejsze od bałwanków, ale piękniejsze i z rumieńcami na policzkach, być może nawet prawdziwymi. Wierzba, pod którą zamieszkał kamienny Kopernik nie chroni go wcale przed opadami, więc Mistrz ma czapę na łbie i w uszy mu wiatr nie gwiżdże. Zepsuty neon na dachu biurowca nadaje Morsem, ale czy ktoś jeszcze potrafiłby odczytać przekaz? Idę podświetlony ulicznymi latarniami i reflektorami czającymi się na elewacjach i wypatrujących ruchu. Idę podziwiając jak ścigają się moje cienie – dwu, trzy, a nawet czterokrotnie powielone. Zupełnie jakbym przeżywał zwielokrotnienie jaźni. Ekstrawertyczne cienie wędrują przodem, sprawdzają grunt i przecierają szlaki. Introwertycy snują się za mną, chowając przed wiatrem sypiącym w oczy mokrym śniegiem. Kompletnie nie ma dziecka w tych tylnych cieniach, zero radości z łapania płatków, czy lepienia czegokolwiek, by ustawić na gzymsie, albo cisnąć w nic niepodejrzewające, śpiące drzewo.


    Lód chwycił mocno kamienny brzeg i korzystając z niewzruszonej opoki rozwijał się głęboko w Rzekę. Swym apetytem skusił trzy kormorany, które przysiadły na skraju i wpatrywały się w nurt z nadzieją na dobrze schłodzoną rybkę.

2 komentarze:

  1. W tej spowolnionej, białej ciszy każda drobna rzecz, nawet lód rozpruwający brzeg, zdaje się mieć u Ciebie własny rytm, jakby świat pod śniegiem pulsował powoli, w swoim ukrytym porządku. Kormorany chciałabym sfotografować. Wrócę jutro do Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wracaj - kormoranów coraz więcej. wczoraj widziałem po obu stronach mostu parki wlepiające wzrok w mętną wodę

      Usuń