Znów zdjęli nam po tysiąc
gigabajtów pamięci. Okropne. Zdecydowanie za często pojawiał się
impuls, po którym wszyscy zdawali się być na mega-kacu. Kompletnie
nie miało znaczenia, gdzie dopadł cię impuls. Mogłeś spać, albo
kochać się, robić zakupy w internetowym sklepie, albo prowadzić
wielopoziomowy romans na platformie erotycznej. Bach i po wszystkim.
Impuls nie dyskutował, nie grymasił. Brał pierwszego tysiaka z
wierzchu. Jak ktoś nie umiał pakować stosu, to nagle miał
Alzheimera cyfrowego i nie umiał wrócić do domu, a jeśli się
udało jakimś cudem, to nie poznawał żony i dzieci. Mozolnie
musiał się uczyć, a impuls powtarzał cykliczne czyszczenie
pamięci i znów to samo. Niektórzy nosili przy sobie analogowe
ściągi, żeby po strzale jakoś powrócić do normalności, jeśli
normalnością da się nazwać mieszkanie z obcą babą i jej
dziećmi, które też nie wiedziały, kim jest i kim są one.
Nieliczni pamiętali, że kiedyś…
impuls pojawiał się raz na rok i na dodatek jego nadejście
zwiastowały media, prowadząc precyzyjne odliczanie, a eksperci
prowadzili wykłady, jak chronić newralgiczne fragmenty pamięci.
Wtedy wszystko wydawało się zabawne, albo korzystne. Bo można było
spakować cały wewnętrzny chlew i niech go szlag (znaczy impuls)
trafi. Wyrzuty sumienia, pamięć świństw uczynionych bez powodu,
nieudane związki – wszystkiego można było się pozbyć, jeśli
się dobrze ułożyło stosy pamięci. Wystarczyło skrupulatnie
pilnować i przed impulsem nie pozwalać sobie na żadne życiowe
wyczyny. Impuls czyścił i znikał na rok. Wtedy w naród wstępowała
furia. Hiperaktywność. Śluby, rozwody, porody, błyskawiczne
kariery, Im bliżej kolejnego impulsu, tym bardziej zachowania
zmierzały w stronę bezprecedensowego hazardu i ryzykownych
rozstrzygnięć. Wiadomo – na wierzch stosu powędrują nieudane
inwestycje, czy randki, więc niech świat płonie, a piekło i tak
zostanie wymazane do czysta. A jeśli się uda, wtedy staranne
pakowanie stosu, żeby nie uronić zapewni dobrobyt na kolejny okres
między impulsami.
No właśnie. Teraz było o wiele
trudniej, bo nikt nie zapowiadał nadejścia impulsu. I nikt już nie
szkolił ludzi, jak powinni się zachować, by zamiast strat, liczyć
na likwidację chlewu umysłowego i tego, co przeszkadza w spokojnym
śnie. Impuls przychodził jak złodziej, znienacka atakował i
potrzebne były bardzo specyficzne umiejętności, żeby jakoś trwać
i nie rozpaczać po stratach – to oczywiście ponury żart, nikt
nie rozpacza tracąc coś, o czym jego pamięć nie dowie się,
chyba, że z archiwalnej prasy, której na wszelki wypadek nikt nie
czyta. Biblioteki i portale jak się zdaje taktownie stosowały
strategię spalonej ziemi. Nie oglądały się na wczoraj i każdy
dzień uznawały za dzień pierwszy, a wydarzenia minione uznawały
za fejk mający podważyć wiarygodność dzisiejszych niusów.
Ludzie przywykli błyskawicznie do tej niepewności i tymczasowości,
nie podejrzewając nawet, że KTOŚ ZA TYM WSZYSTKIM STOI. Impuls, to
nie bezpański burek, który wraca na hotelowy śmietnik, po
resztkach poznając jaki wstał dzień tygodnia. Impuls gdzieś
parkował, może nawet zrzucał wielki pakiet skradzionych danych.
Tak przynajmniej sądzili płaskoziemcy, osobnicy uczuleni, opanowani
spiskową teorią dziejów. Nazywano ich szurami, żeby odróżnić
ich od prawomyślnych (bezmyślnych, jak mówiły szury).
Nie dywagując. Aby
jakoś przetrwać, trzeba
było posiadać specjalne umiejętności. Wielkie kariery robiły
wiedźmy z talentem do wieszczenia. Gdy takiej udawało się z
wyprzedzeniem poznać datę impulsu w sobie tylko wiadomy sposób,
stawały się gwiazdami sieciowymi, choćby nawet miały mocno
przechodzone biusty i tyłki z ubiegłej epoki, a
ostatni makijaż pochodził z epoki przedcyfrowej.
Wystarczyło tydzień od
jednego impulsu, żeby
w sieci zaroiło się od wieszczek z
niezwykłą pewnością siebie podających następną datę.
Byli też jasnowidze. Osobnicy o pokaźnych brzuchach, słono liczący
sobie za każde zdanie zaczynające się od jutro,
albo nim nadejdzie
impuls. Wśród
przepowiadaczy panował tłok i brak hierarchii. Darli mordy coraz
głośniej, coraz większą czcionką, korzystając z masywnych
kontrastów kolorystycznych, wizualizacji w 3D, 4K, HD – ach!
Wystarczyło nie śledzić cyfrowych nowinek, by w tym
liczbowo-cyfrowym światku zaginąć. A wartość rzeczywista tych
przepowiedni była mizerna jak obiad bezdomnego.
Ci, którym warto było zaufać,
nie zajmowali się mrzonkami. Oni w cieniu milczenia dokonywali
faktycznych cudów. Zwano ich magazynierami. Stop – Magazynierami.
To oni posiedli prawdziwe arkana stosów i preparowania pamięci tak,
by wierzchem pływały śmietki i nieistotności, zachowując stan
pamięci na wysokim szczeblu użyteczności, nawet tuż po strzale
impulsu. Sortowanie hierarchiczne. Małe, kompaktowe pakiety prawd
kluczowych leżące u podstawy piramidy, przywalone ekonomiczną
bazą, i korzeniami rodu. Potem wykształcenie, począwszy od sztuki
przetrwania, ekstremalną kuchnię, ekonomię stanu wojennego.
Wszystko to musiało być strzeżone do końca. Wierzchem mogły już
iść układy i układziki, biznes, kultura, sztuka, polityka,
telefony do kumpli z wojska, czy renomowanej szkoły. Gusta i maniery
to coś, bez czego żyć się da, więc piramida posiadania
dopełniała się błyskawicznie. Najlepsi z Magazynierów potrafili
być niezwykle precyzyjni i zamiast bawić się w kompletowanie
całego pakietu strategii, w trakcie pojedynczej sesji niczym
prestidigitatorzy króliczka – wyciągali klientowi gotową paczkę
1000 GB owijali wstążeczką i podawali na tacy, jak gwiazdkowy
prezent. Dla wybitnie ostrożnych, czy uprzedzonych kompletowali
nawet po cztery paczki danych na ewentualne straty.
Tak, byli w społeczeństwie
tacy, którzy obawiali się seryjnego impulsu, dlatego gdy było ich
stać, zlecali Magazynierowi przygotowanie dziesięciu paczek
pierwszego rzutu i przynajmniej wstępny sort dla kolejnej
dziesiątki. Kosztowne jak cholera, mozolne w realizacji, jednak
długofalowe korzyści pozwalały odetchnąć nieco głębiej, niż
tym, co zignorowali zagrożenie.
Dzisiejszy impuls wypruł co
musiał i zniknął. Mega-kac spadł na planetę i jak to z kacem
bywa, im starszy osobnik, tym więcej czasu potrzebował na
aklimatyzację i powrót do okaleczonej normalności. Zwykle to był
czas, gdy po ulicach przemieszczał się zdezorientowany tłum, a
masa cwaniaczków o podwyższonej odporności na strzały grabiła co
mogła i gdzie popadło. Ileż cnót zostało zrabowanych pospiesznie
w zaułkach, ile fortun zmieniło właścicieli w jedno popołudnie
chwilę po impulsie. Dzieła sztuki wędrowały ulicami niemal
zupełnie jawnie i mało kto w ogóle je rozpoznawał. Aluminiowe
łyżki sprzedawane jako drogocenne precjoza, jednodniowi Mesjasze,
Guru nauczający tłumy, jak żyć na czworakach z pupą nieustannie
wypiętą dla swojego mistrza, by mógł prowadzić owieczki ku życiu
wiecznemu wspinając się orgazmami po ich zadkach do nieba. Każda
podłość trafiała na podatny grunt, nim oszołomienie strzałem
minęło. Straty liczyło się później. Zyski za to były już
policzone zupełnie gdzie indziej.
Najgorzej mieli ci, którzy nie
bardzo mieli zasób, by położyć go na wierzch stosu. Osobnicy o
niskim IQ, bez wyobraźni, osiedli w slumsach, gdzie nie działo się
nic, albo tak niewiele, że impuls, gdyby był zbyt aktywny i
obowiązkowy, nie miałby co skonsumować. To, co zostawało z
człowieka wyczyszczonego z GB do zera, było po prostu przerażające.
Zombie, żyjący w świecie zwierzęcych instynktów. Spać, pić,
jeść, kopulować. Lać słabszych, uciekać przed silniejszym.
Pakiet tak minimalny, że trudny do akceptacji, a i tak oczekiwana
długość życia liczona była najwyżej w tygodniach. Bogatsi, w
trosce o bezpieczeństwo własne, enklawy slumsów ogrodzili wysokimi
murami i instalacjami pod napięciem, a policja umysłowa nie
ustawała w patrolowaniu ulic i każdy przejaw bezmyślności
pacyfikowali w najprostszy możliwy sposób – błyskawiczna
eksmisja za mur bez biletu powrotnego.
Nic dziwnego, że w świecie
tych, którzy dysponowali potencjałem istniał popyt na doznania. Im
bardziej intensywne życie, tym większa szansa na zachowanie ważnych
pakietów umysłowych, czyli dłuższe i dostatniejsze/bezpieczne
życie. Kluby, choćby najwymyślniejsze, rozrywki z gatunku
ekstremalnych, patologiczny seks, skondensowana wiedza w Mega-pakach,
nieważne czego dotycząca. Odruch obronny – po ataku lektura.
Gorączkowe zasysanie Bajtów. Odrobić starty i położyć na stosie
tysiąc Giga dowolności. Internet, pełen barw, jazgotu, krótkich
historii bez znaczenia, ale zapełniający pustkę po apetycie
impulsu stał się miejscem, gdzie bywanie było koniecznością.
Połykanie wiedzy nie różniło się niczym, od nasycania ciała
witaminami, czy opróżniania go z resztek pokonsumpcyjnych. Im
szybciej, tym większa szansa na zachowanie tymczasowej tożsamości.
Skoro impuls by nieprzewidywalny, trzeba było być gotowym
nieustannie.
***
Przyglądałem się ekskluzywnej
grze w brydża. Przy stole zasiadła czwórka geniuszy, a ja z dużą
przyjemnością obserwowałem potyczki, sposób rozwiązywania
problemów i nieoczywiste dla mniejszych umysłów akcje. Impuls
spadł na nas, niczym orzeł na świstaka zajętego kopulacją. Jakby
ktoś przepalił kable. Mając mniej do stracenia i będąc o ponad
połowę młodszy od geniuszy szybciej doszedłem do siebie. Rzuciłem
okiem na graczy. Wszyscy byli oszołomieni i pozwalali sobie na
niedyskrecje, które przyswajałem w takim tempie, jak nigdy dotąd.
- Uch! – sapnął pierwszy –
Dzisiejszy impuls, jak mi się zdaje nie ograniczył się do tysiąca
Giga.
- Mi pożarł dwie paczki, na
dodatek nie wziął tych z wierzchu – zawtórował kolejny.
- Powinniśmy coś z tym zrobić
– trzeci silił się na szept – Impuls zaczyna być niestabilny.
- Fakt, to drugi atak w tym
miesiącu. Slumsy wciąż nie pożarły ogryzków z poprzedniego
strzału. Trzeba ograniczyć ataki. Góra sześć w roku.
- A może tak... – pierwszy aż
się oblizał z zachłanności – A może rzadziej, za to zwiększyć
zakres czyszczenia? My sobie poradzimy.
- Destylacja umysłów może iść
dowolnie szybko – zastanawiał się któryś – Tylko, czy my
nadążymy z konsumpcją tego, co otrzymamy.
- Możemy spróbować – zapalił
się czwarty – Zaryzykuję. Wezmę całą dzisiejszą dawkę, a wy
będziecie rejestrować objawy.
- Taa – zaśmiał się trzeci –
Chcesz uzyskać przewagę, nic z tego. Albo wszyscy, albo nikt.
Nie było czasu. Jeśli chciałem
żyć, musiałem zwiać i to błyskawicznie. Rozmowa zaczynała się
kleić, temat niemal mnie przepalił na wylot. Chciałem usłyszeć
ciąg dalszy, jednak rozumiałem, jak bardzo niebezpieczne miejsce
zajmuję. Wyniesienie tego dialogu z głową na karku stawało się
problematyczne. Geniusze odzyskiwali rezon. Na czworakach, poza
zasięgiem wzroku mędrców opuściłem salę. To naprawdę był
ostatni moment. Goniły mnie odgłosy świadczące, że których z
nich serwował drinki, a reszta rechotała niedobrym śmiechem.
- Klinem go!
-Na zdrowie.
- Czas minimalizować straty.
Nie pomyślałem, ale może czas
nadrobić niedopatrzenie. Wszedłem do pierwszego sklepu i sięgnąłem
po flaszkę, nie przejmując się płaceniem, czy wzrokiem
towarzystwa. Nieliczni ludzie wewnątrz siedzieli na ziemi i trzymali
się za głowy jęcząc i klnąc. Pociągnąłem solidny łyk, choć
wysokoprocentowe alkohole często wywołują we mnie torsje. Klamra
na mózgu nieco się rozeszła. Poprawiłem drugim i trzecim.
Faktycznie! Objaw po ekstrakcji danych zanikał. Na wszelki wypadek
sprawdziłem, czy dysponuję kolejną paczką na straty. Była tam.
To smutne, ale zawierała wspomnienia z dzieciństwa. Nie wszystkie,
ale jednak. Żal było się pozbywać, jednak inne paczki wyglądały
na trudniejsze do zbycia. Trzeba szybko jałowy obszar zapełnić
dowolnym syfem. Zacząłem czytać etykiety, jak leci. Jednocześnie
słuchałem TV. Ciekawe, jak mędrcy absorbują wiedzę.
- No tak – dopiero teraz
posłyszane słowa pokleiłem w wiedzę – Oni nie muszą, bo
prawdopodobnie domyślają się, kiedy impuls uderzy. A poza tym,
mają dostęp do paczek, które impuls ukradł ludziom. Aż się
prosi, żeby „bez czytania” zapakować je do łba po sam szczyt i
kłopot znika. A gdyby…
Rozmarzyłem się najwyraźniej.
Kombinowałem, że może faktycznie nie czytają i dałoby się
zaimplementować im wirus, który pożre ich umysły? Musiałby być
specyficzny, taki, co krzywdy nie zrobi ubogim, a pożre tylko te z
wysokim IQ i dużą bazą danych. Da się? Na pewno, ale jeśli
czytają, to na nic wysiłek, bo podczas selekcji wywalą podejrzane
paczki i po temacie. Do kitu taki pomysł. Lepiej byłoby zasadzić
się na sam impuls i tam nabroić. Pomysł zaczął nabierać ciała.
Widziałem, co się stało po
impulsie – to byli starzy ludzie i czas powrotu do świadomości
zabierał im więcej czasu niż chcieli przyznać. A z jakichś
powodów nie umieli stanąć z boku podczas ataku i impuls dopadał
także ich. Demokratycznie. Może największy geniusz padł już, a
ci sobie nie radzą z aktualizacją systemu? A ja? Szkołę
kończyłem. Niby nie najgorszą, jednak trochę wiedzy oddałem
impulsowi, więc mam ciut przymało. To może znam kogoś, kto ma
wystarczający potencjał? Tak! Kacper, mąż Basi. Kompletny kretyn,
niemal troglodyta, ale w branży info robi za autorytet. Widać on
inaczej ułożył priorytety, a że Basię kocha nad życie, to
jasne, że wolał pozbyć się wszystkiego poza miłością i wiedzą
zawodową bo w ten sposób zawsze utrzyma ich na powierzchni. Tak.
Trzeba urobić Kacpra. Niech mnie nauczy, jak podejść impuls, Albo
go zhakuje tak, żeby był niczym grzeczny jamnik na smyczy, którą
dla odmiany trzymał będę ja!
***
Wyśmiał mnie! Tego nie
przewidziałem. Kacper mnie wyśmiał i mało nie zmoczył portek z
tej radości. Twarz mu napuchła, aż się Basia zaniepokoiła, że
mu serce pęknie, ale nie. Kacpra nie zmogły zapasy full contact w
Basinej sypialni, to co mu taki detaliczny śmiech. Ledwie poszła
dooglądać jakąś seryjną, telewizyjną bzdurę, kiedy Kacper
spoważniał.
- Debilu – szepnął – Na
impuls chcesz się zasadzić? Pojęcia nie masz o programowaniu, o
sprzęcie, a ta twoja pożal się boże wiedza, to o kant dupy…
Zabijesz i siebie i nas kretynie.
- Ale ja muszę – usiłowałem
utrzymać się na powierzchni.
- Gówno musisz. Ładuj pakiet na
wierzch, a najlepiej, to razem z tymi mrzonkami, coś sobie ubzdurał.
Wiesz?
- Kacper – jeśli powaga może
spoważnieć, właśnie to zrobiłem – Teraz ty posłuchaj.
Dzisiaj, tuż przed impulsem, byłem na brydżu…
Opowiedziałem mu wszystko, i
patrzyłem, jak mu się broda wyciąga, troglodyta z twarzą muła.
Okropne. Ale słuchał nie przerywając, póki nie skończyłem.
Potem milczał. Wstał, poszedł do barku i wyciągnął jakieś
okropieństwo w płynie.
- Koniak – powiedział krótko.
Wiedziałem, że nie pije, czyli musiało go trafić. Obrócił głowę
w stronę sąsiedniego pokoju i ryknął – Baśka! Cho no mie tu,
ale migiem. Bierz kieliszki i coś na ząb przynieś.
Siedzieliśmy w trójkę, a
Kacper lał brudną gorzałę jak automat. Lufa, kiełbacha, lufa.
Baśka już po pierwszym miała mokre oczy, mnie też gryzło, kto
wie, kiedy trunek bebechy przepali. Wreszcie przestał. Odsunął
flachę i powiedział:
- Dość. Basieńko, połóż się
skarbeńku wcześniej, bo ja z tym gamoniem wyjść muszę. Może i
pół nocy nas nie będzie, ale nie czekaj. Trafię do wyra.
Poszliśmy w noc, a Kacper jakby
rozumu mu kto dołożył, zaczął mi tłumaczyć:
- One stare te łajzy od impulsu
co? I dostali w dupę tym dzisiejszym strzałem hę? A potem odkazili
się wódeczką i co dalej to nie wiesz, ta? To ja ci powiem gamoniu.
Stary człek, jak popije, to trzy dni tyłem chodzi. A dobra lufa po
takim strzale, działa jak zastrzyk nasenny. Jeśli ma się udać, to
tylko dzisiaj. Następnym razem, albo zapomnimy o tej hecy, albo nas
strach obleci. Mamy w czubie, to ta, husaria co w duszy gra, czy co
tam grywa w duszy, kiedy człowieka świerzbi, żeby się targnąć
na porządek świata. Burdel. Jeśli się uda, zrobimy prawdziwy
burdel. Dobrze, że Basieńka nie wie, bo dostałbym po uszach. Po
cichu ci powiem, że nikogo się tak nie boję, jak dąsu Basi. Jak
tupnie tą nóżką, to żyrandol sąsiadom z dołu na łeb spada.
Sam widziałeś, nóżkę, to ma, że pozazdrościć. Lecimy, tylko
mi się nie spietraj!
- A gdzie?
- Ty to naprawdę durny jesteś,
albo impuls cię całkiem przenicował z myślenia. Gdzie byś tę
francę trzymał? W schowku na dworcu kolejowym, żeby jaki kretyn
ukradł? Nie, tylko w domku, bliziutko, żeby popatrzeć, pogłaskać,
pokombinować, co by tu jeszcze dorobić. Mów lepiej, gdzieś w tego
brydża niby-grał.
- Jeszcze kawałek – dopchałem
się do głosu - Nie wiem, jak teraz się ta ulica nazywa, ale wiem,
jak iść.
Stanęliśmy pod domem. Ciemno i
cicho. Jak to w noc po bibce. Jednego światła nie było, a ulice
wymiotło do czysta, razem ze oświetleniem ulicznym. Kacper pchnął
drzwi, a kiedy Kacper pchał, pchnięte musiało ustąpić. Nawet
niespecjalnie protestowały i już byliśmy w środku.
- Psów nie ma? – dopiero teraz
się zatroskał.
- Dotychczas nie było.
- Doskonale.
Wstąpiłem na schody, którymi
wiałem z brydża. Dopiero teraz pomyślałem, jak naiwni, albo
beztroscy musieli być mędrcy, skoro obcych zapraszali do siebie,
mając ukryty taki skarb. Taką władzę. Broń ostateczną. Całe
piętro drżało od chrapania. Uszami zlokalizowaliśmy cztery
sypialnie i wszystkie śpiewały tę samą pieśń. Poszliśmy wyżej.
Na następnej kondygnacji zaczęliśmy powoli otwierać drzwi –
Kacper z lewej, ja z prawej.
- Szukaj komputera. Duży,
solidnie chłodzony. Plus masa kabli, bo impuls jakoś musi się
ukonstytuować, żeby wyfrunąć.
Komputer znaleźliśmy migiem, za
to kable…
- Stary, ale cyrk! – Kacper aż
przysiadł z wrażenia. Okablowanie szło w sufit. Wspinając się po
drabince równolegle do kabli wyszliśmy na poddasze, a tam – żaden
pająk nie powstydziłby się tej sieci. – to musiało być to!
Kacper wydawał się zadowolony
z odkrycia i szybko siadł przy klawiaturze. Łamanie hasła zajęło
mu z pół wieczności, więc wygnał mnie na schody, żebym
nasłuchiwał, czy się nie budzą. Psyknął cicho, gdy minął
zasieki i z zaciętą mina zaczął pisać całe wstęgi algorytmu.
Nie sądziłem, że można pisać tak szybko, a on wojował nie
wahając się ani na moment. Trwało to jeszcze dłużej, niż
łamanie dostępu, ale w końcu położył mi dłoń na ramieniu.
- Zmykamy. Następny impuls
zmieni wiele. Oby się udało!
Przymierzał się właśnie do
odłączenia zasilania, kiedy usłyszeliśmy jakiś ruch.
Wstrzymaliśmy oddech. Na schody wspinał się jeden z Geniuszy.
Chyba coś knuł, bo mruczał do siebie coś, co odczytałem, że
chce pozbyć się kumpli i solowo przejąć biznes. Wszedł do środka
i jego oczy poraził blask monitora. Zanim otworzył gębę, Kacper
przywalił mu piąchą od góry. Jak młotem. Staruszek padł, a
Kacper spowolnił jego przyziemienie, żeby nie hałasował podczas
lądowania.
- Przepadło – sapnął z
obrzydzeniem – tyle misternej roboty i na nic!
- Jak na nic?
- Gamoniu! – zdenerwował się
jeszcze bardziej – Przecież to oczywiste. Jak znajdą tego tu, to
zaczną gmerać w bebechach komputera i zara znajdą moje dodatki.
Nie ma wyjścia. Trza załadować impuls od razu. Idź po flachę, a
ja przeprogramuję.
Nie protestowałem, pognałem do
salonu brydżowego i zabrałem od razu cztery flaszki. Nie wiem po co
tyle, chyba ze strachu. Nie chciałem tam iść drugi raz, a Kacper
przejął dowodzenie bardzo zdecydowanie. No i widziałem, co zrobił
dziadkowi…
Kacper już rozgrzany nocnym
programowaniem rozsiadł się, strzelił kościami palców i niczym
pianista zaczął koncertować. Schody znowu zaczęły skrzypieć.
- Ani chwili spokoju – sapnął
Kacper – Trudno, dla mojej Basi wszystko!
Z impetem nacisnął enter, a
drzwi z cichutkim skrzypieniem otworzyły się.
- Bazylu, w co ty się bawisz po
nocach – usłyszeliśmy nieco schrypnięty głos, ale impuls już
mknął po kablach – o dobry wieczór panom...
Gość był nienagannie
wychowany i zanim się zdziwił (na co jak sądził miał czas) wolał
nas przepytać.
- Dobry – burknął Kacper –
A przynajmniej będzie dobry, za chwilę jak sądzę…
- Tak? - z troską zapytał
mieszkaniec domu – A kiedy?
- Już! – zaskwierczało, gdy
impuls wspiął się na poddasze.
- Och! – zrozumiał gospodarz –
A Bazyl?
- Śpi – Kacper machinalnie
odpowiedział.
- I co teraz.
- Teraz golniemy kielicha! Za
nowy, lepszy świat.
Impuls strzelił, jak żaden
dotychczas. Aż nas przygięło do podłogi.
-Kacper – krzyknąłem.
-Spokojnie koleżko – chyba coś
mi nie wyszło z pośpiechu, ale zobaczymy. Powinno działać, nie
skrewiłem.
Fakt. Zobaczyliśmy. Najpierw po
sobie, potem po obu dziadkach. Ale to już inna historia. Zdaje się,
że Kacper skasował wszystko. Zostawił jedynie pierwotne instynkty
i najgorętsze z idei. Wszystko to, co zakodowane w genach.
Analogowego człowieka, bez krzty wirtualnego obycia.
Całą wiedzę trafiał szlag.
Patrzyliśmy na komputer, coraz szybciej tracąc pojęcie co to jest
i do czego służy. Póki w żyłach płynęła okowita, pojęcia
teleinformatyczne niosły jeszcze jakieś szczątkowe znaczenia,
które gasły, gdy trzeźwość zaczynała przegryzać się przez
opary. Genialne dziadki? Straciły swoją niemal nieograniczoną
mądrość, a resztki wódki w żyłach trawiły ich mrzonkę o
władzy nad światem. Ale teraz byli już tylko dwoma nieco
śliniącymi się staruszkami, których bezsenność zagnała na
pogawędkę z nieznajomymi, bo przecież lepsze to od samotności w
fotelu.
Kacprowi zachciało się jeść,
a spodnie na wysokości zamka zaczęły trzeszczeć.
-Wiesz co? – nieco zawstydzony
szepnął do mnie – Ja muszę, do Basi, rozumiesz mnie, co? Po coś
w ogóle mnie z chałupy wyciągał, ona tam sama, a ja chlam z
jakimiś starymi dziadami. Baw się dobrze i zajrzyj kiedy do nas.
Basia zrobi coś pysznego do żarcia chcesz? Pewnie, że chcesz. No
pa! Gonię, bo nie strzymam.
Chciałbym opowiedzieć, co się
stało, ale nagle miałem już za mało słów, a te, które znałem
kiedyś okazały się do niczego niepotrzebne. Zdumienie i niepewność
co dalej, wobec utraty teraźniejszości w jakiej żyłem dotychczas,
nie były jakoś skrajnie dotkliwe, może dlatego, że nieznane było
wciąż nieznane. Nie wiedziałem, czego spodziewać się po nowym,
które już nastało, ale jeszcze nie dało się we znaki. Żreć mi
się chciało, jak nie przymierzając Kacprowi, a wódka dodatkowo
rozbudziła apetyt. Nie tylko na żarcie.
- Jaka szkoda, że ja takiej
Basi nie mam w domu… Może warto się rozejrzeć? I to szybko, póki
konkurencja nic nie kuma!