sobota, 31 stycznia 2026

Alogiczna?

 

    Najpierw oficjalnie zrzuciła ze dwadzieścia kilo, a zaraz potem ciuszki. Mogła rozpocząć „zrzucanie” od stroju, szybciej zostałaby dziwką, a czas, jak wiadomo, to pieniądz. W zawodzie niebagatelny, bo pierwszy spija śmietankę, reszta już tylko popłuczyny.

Procedury procesu procesora.

 

    Świeże pieczywo ma swoje wymagania, więc chodzę wcześnie, bo później może jedynie nawdychać się aromatu, a bułki zasiedlają inne mieszkania, czy brzuszki. Idę jak na szychtę do kopalni, nim dzień roztoczy swoje uroki. Chłód ostudził emocje i wygasił życie. Sąsiad dostał chrypki, więc idąc z psami ubrał je w sweterki. Pomogło? Nie wiadomo, ale sąsiadka z pieskiem dołączyła i kto wie, co wyniknie z kolaboracji. Jej piesek sweterka nie miał. Inna pani, dość kruchej budowy wiodła, czy raczej wiedziona była przed dwa duże i silne psy, które potrafiły tak omotać ja smyczami, że wyglądała na niedogotowany baleron. Potem zmusiły mnie do szukania alternatywnej drogi, blokując przejście. Ostatnie drapaki poświąteczne oblegają śmietniki. Ochroniarze przy uchylonym oknie namawiają się na zaktualizowaną strategię ochrony osiedla, choć nie wiadomo przed kim i przed czym.

piątek, 30 stycznia 2026

Drapak dał drapaka i podreptał do paki.

 

Psy sąsiada z daleka rozstrzelały ciszę, krzycząc – widzę cię! I szybko zostały zbesztane przez właściciela, więc poświęciły energię na węszenie w czymś, co także wymagało błyskawicznej reakcji ze strony nadzoru nad psimi swobodami. Rzadki, drobny śnieg nie wypełnił nawet fug w płytach chodnikowych, zaledwie podkreślając ich kształt. Ulicą przemknął pług śnieży, chyba zawstydzony bezrobociem i tylko kogutem sygnalizował zapał do pracy.


Na zewnątrz miga mi neon – Pożyczka pod zastaw wszystkiego. Nie potrzebuję, jednak na wszelki wypadek usiłuję przypomnieć sobie, gdzie utkałem wszystko. W szufladzie? Na pawlaczu? A może wyniosłem do piwnicy? Jakiś inteligent, w celu poprawy płynności ruchu wymyślił, aby przed (i za) obleganym dworcem kolejowym przejścia dla pieszych nie posiadały świateł. Nim autobus przejechał „zebrę”, uciekły mi dwa tramwaje. Ciężko być stoikiem. Zerkam w okna uciekających tramwajów i dostrzegam pełne energii szkraby, dla których smutna, zgaszona dorosłość jest ledwie tłem i to niezbyt zajmującym. Wreszcie jadę. Przede mną nastolatka z perkatym nosem, na którym zawiesiły się okulary przepytuje koleżankę z wad i zalet mieszkania w aglomeracji. Pilnie uczę się, korzystając z cudzych notatek.


    Skostniała czapla na skrzepłej fosie raczej medytuje, niż poluje, bo czy potrafi rybkę wyłuskać, spod lodu? Na lodzie utrzymują się wyłącznie śmieci, głównie plastikowe.

Obdarowany-zdezorientowany.

 

Pokazałaś mi swoje zdjęcia, pomiędzy niewinnym pięknem ukrywając nieoczywistą nagość. Wiesz, że nie zapytam, nie poproszę o pozostałe, których sama nie odważyłaś się wetknąć w plik fotek. Bezradny w obliczu pokusy, ze zdjęć usiłuję zgadnąć twoje intencje.

czwartek, 29 stycznia 2026

Sztafeta.

 

Szok. Wystarczyła chwila nieuwagi i już mi zwalili na łeb całą piramidę. Ci Egipcjanie, to żadnego umiaru nie znają. Eskalują niebezpiecznie i stosują drastyczne metody. Fakt, ja także nie byłem szczególnie łagodny, ale PIRAMIDĘ? Kupa kamieni, a każdy cięższy od sarkofagu, który, jak każdy szanujący się budowniczy wie, składa się z siedmiu warstw, pod które wpycha się truchło faraona, gdy już słońce pustyni wyssie z niego ostatnią kroplę życia. Ciężar nieznośny. I wyjść nie za łatwo, kiedy świętych kamieni mrowie leży na czło… przepraszam, na duszy. Bo duchy, to mają dusze? Chyba jakoś tak. Upiory mogą mieć coś innego, a ja miałem partę tysięcy lat, żeby wymyślić, cóż to takiego, ale mi się nie udało. Tymczasem, wiadomo – zwaloną piramidą nikt się nie zainteresuje, chyba, że piramidalny idiota zechce materiał na chałupę pozyskać, ale głupota karana jest i na ciele i umyśle i taki długo by nie pożył, jak mu chałupa zacznie odstawiać misteria, a hieroglify, niczym ogniste mrówki zaczną obłazić ściany w poszukiwaniu żeru.


Siedziałem tedy, jeśli można tak określić wykonywaną przeze mnie bezczynność pod kupą świętych kamieni, a informacje o mnie zatarto we wszystkich możliwych papirusach, jak i w kamieniu świątyń. Wiatr przyniósł plotkę, jakoby nawet mój ciemiężyciel nie mógł się pochwalić sukcesem, żeby jaka przechera nie usiłowała mnie wydostać. Tak więc – słuch zaginął, ślad także, a restrykcje cenzora sprawiły, że wkrótce byłem bardziej mitem i legendą, niż ciałem… znaczy duchem.


A przecież pamiętałem lata świetności, gdy strach wypełniał tuniki poddanych cuchnącą mazią, gdy składano mi w ofierze co bardziej cnotliwe dziewki, a ja nijak nie mogłem zrozumieć, czemu przysyłają te niedoświadczone, co na sam widok mojej nagości darły mordy, albo zgoła mdlały. Nekrofilię musiałem uprawiać, a one potem, gdy do dom wykopałem mówiły o cudzie niepokalanego poczęcia, a później, te moje łebki szwendały się po świecie zajmując się raczej czarnorynkowymi spekulacjami, piractwem i innym popłatnym rozbojem, gdy co zuchwalsi taplali się w politycznych intrygach i pałacowych zabawach, o których lepiej nie wiedzieć. Taaaa… Synkowie mi się udawali, o córkach nie wspomnę, bo trochę się nie godzi, a ich zuchwałość nawet mnie zdumiewała. Dość powiedzieć, że rzadko która doczekała pierwszych zmarszczek, bo życie wiodły upojne i pełne ekscesów.


Sam również stawałem się coraz bezczelniejszy, pożerając wątroby jeszcze życiem ociekające, wymuszając daniny i hołdy, których nigdy nie było mi dosyć. Syciłem się strachem maluczkich, a oni, w tych swoich małych główkach knuli fantasmagorie, że mnie poskromią, zniszczą, ujarzmią i wezmą na arkan. Sądzili, że zostanę wierzchowcem, którego wystarczy między udami ścisnąć, bym kręcił kółeczka merdając ogonem. Wymyślili rytuały tak zawiłe, że mało ze śmiechu nie pękłem, widząc co wyczyniają, bym przyszedł i był im powolny… A kiedy chcąc zrobić psikusa brałem udział w tych obłędnych misteriach, obserwowanie mistrzów sądzących, że mają nade mną władzę było rozrywką nie do pogardzenia. Parę co wytrawniejszych pomysłów zrealizowałem, patrząc na rosnącą dumę Magistrów Wiedzy Tajemnej, a oni puchli i stawali się coraz bardziej roszczeniowi. Wtedy opuszczałem ich, patrząc, jak Majestat wypruwa z nich flaki, a oni złorzeczą, do końca wierząc, że wrócę i pokaram Pomazańca za tę impertynencję.


Niestety. To wszystko szlag trafił, gdy na łeb mi zwalili świętość ciężarną. Żadnego umiaru, ech! Siedziałem więc, a może leżałem, przygnieciony kamulcami, z których każdy dźwigał ciężkie mantry i zaklęcia, jakich sam używałem z rzadka, żeby nie przesadzić. Ileż razy można zesłać na świat deszcz żab? Raz wystarczyło i już France nauczyły się to żreć i eksportować na cały świat, jako paryski przysmak. Krwawe rzeki? Daleko na wschodzie zupę z krwi zaczęli warzyć i raczyć się kaszanką, wmawiając pielgrzymom, że to ludowe, swojskie i najbardziejsze na świecie. Ci ludzie, to we wszystko uwierzą! Nieprawdopodobne. A kiedy głodną szarańczą cisnąłem rozlewając plagę po równo - uprawom i osadom, to w Państwie Środka natychmiast spreparowali zeń szaszłyki i inne dania łaskoczące podczas przełykania. A ja nie zamierzałem karmić świata, tylko go ujarzmić. Trudny los Bicza Bożego, czy jakiegoś tam. Dupy sobie wymyślonym panem nie zamierzałem zawracać, niech spece od mitologii kombinują, co ze mną zrobić, a ja ich jeszcze zaskoczę!


Lipa straszna. Nuda wygryzała we mnie dziurska kosmiczne, a pomysłu na czmychnięcie z niewoli ani śladu. Po odgłosach z zewnątrz poznałem, że czasy się zmieniają, że ludzie miękną, stają się słabsi, ale kamienie wciąż trzymały mocno. Wreszcie, gdy już ze mnie znudzone rzeszoto zostało, trafiła się okazja. Jedna na milion? Na trzy tysiące lat, jak się wkrótce okazało. Złodziejska szajka chciała się dobrać do ruin piramidy i podebrać ukradkiem ze skarbca złoty ząb faraona, albo bogato zdobiony pas cnoty księżniczki sprzed wieków. Durnie. Szanujące się księżniczki, jeśli już coś nosiły w obrębie bioder, to raczej noże nasączone trucizną, albo zabawki erotyczne umilające czas oczekiwania na księcia z bajki. Na ogół jedno i drugie.


Kończąc dywagacje (jakiś taki rozwlekły się stałem z wiekiem, ale to z nudów niekończącej się niewoli – przepraszam, gdy tylko się uda wyrwać nadrobię i będę tak lakoniczny, jak pejcz w drodze na plecy niewolników. I w końcu się stało. Złodzieje podkop zaczęli i okowy świętych bloków naruszyli. Zachłanni byli, dziobali ziemię jak krety, aż poczułem wiatr w nozdrzach. Jeszcze dobrze się nie osypała ziemia znacząc ścieżkę ku wolności, gdy zatopiłem zęby w sercu górnika na froncie. Był pyszny. Może nieco przesadził ze sfermentowanymi trunkami, ale po wiekach głodu nie byłem wybredny. Czknąłem, beknąłem i byłem gotów na drugie danie. I trzecie. A także na każde kolejne. Złodziei było raptem pięciu na szychcie, a organów mieli nie za wiele. Wystarczyło, żeby co większe dziury pozalepiać we mnie. Zgnuśniałem pod tym gruzem. Niewiele brakowało, a bym się tuszą własną uwięził. Ledwie wyczołgałem się z tunelu. Teraz mogłem już ucztować bez umiaru, lecz przezornie zmieniłem kontynent. Wiadomo – strzeżonego… Zaraz, zaraz, co ja tu za banialuki plotę. Czmychnąłem z ostrożności. Świat się zmienił, a ci tu, być może pamiętają moje szczytowe osiągnięcia i wciąż mają wiedzę, jak knuć, by mnie znów pogrzebać.


Postanowiłem oddalić się incognito, nie zdradzając, że się wydostałem. Jak rozpoznanie przeprowadzę, to się zastanowię, czy kraj piramid nawiedzać, czy zmienić klimat. Ku północy pognałem, ale tam zmarzły mi te… jaja. Ludziska ubrane tak grubo, że nim się przegryzłem przez te warstwy, by dobrać się do jedzenia, że się zmęczyłem. Na wschód pognałem, bo tam, gdzie wschodzi słońce powinno być cieplej, ale gdzie tam. Ale tam owej kaszanki skosztowałem. Przereklamowana nieco, choć da się żyć. Trochę za dużo kaszy, a krwi za mało i wątroba wysmażona na skwarki – za mało na porządny posiłek, ale jak dodać świeżutkiej, to obleci.


Znudziło mi się ganiać po świecie ze zmarzniętą torbą nasienną, więc zacząłem się rozglądać. Ichnie hieroglify nie miały polotu, kształtu, czy mocy, ale oblepiały wszystko. Żeby zrozumieć, musiałem mieć medium. Wybrałem niewinną księżniczkę, by od niej uzyskać wiedzę o współczesnym świecie. Skąd wiem, że księżniczka? Koronę nosiła na głowie, skrzącą się od kamieni – malutkich, ale połyskujących jak rosa na trzcinowisku. Na większe kamienie pewnie musiała poczekać. Poszedłem za nią, ukrywając się przed światem i wkroczyłem za nią do buduaru.


- Ach! – zaskoczyła, że nie sama zasiedla sypialnię – Zboczek!


Może być Zboczek – w końcu nie imię zdobi człowieka, a czyny. Zajrzałem w ten jasny, nastoletni umysł, sprzęgając z nim własne myśli, żebyśmy mieli wspólny język. Współczesność mnie oszołomiła. Była tak różna od „moich czasów”. Księżniczka była równie zdumiona, jednak nawykła do niezwykłości (skąd w tak młodym życiu tyle opanowania? Ponoć z internetu) i szybko rozpoczęła negocjacje, a może przesłuchanie. Nie poznawałem siebie – zamiast ją skarcić, zacząłem opowiadać. Ona zresztą też. Dziwny ten świat, nie wiem, czy sobie poradzę i nie wiem, czy chcę. Może lepiej było zostać pod świętym kamiennym wzgórzem?


- Pokaż mi! – zażądała – Chcę widzieć.


Wyszliśmy na spacer. Jakiś typek z prześwitami we włosach ocierał się o młódkę, gdy księżniczka pokazała go paluszkiem.


- Nie pozwól mu – aż mnie zatkało, bo to bardziej rozkaz był niż prośba – nie pozwól, ale nie zabijaj. Niech cierpi.


- Okej – już liznąłem współczesnego slangu i chciałem się pochwalić talentami lingwistycznymi. Wdarłem się typkowi pod tunikę, znaczy te… dżinsy i chwyciłem za przyrodzenie, miażdżąc je jednym ruchem. Wrzasnął rykiem rannego bawołu, nogami kopnął niebo i stracił się dla świata.


- Żyje? – zapytała zimno księżniczka – Miał żyć.


- Żyje i cierpi katusze. Jego magazynek eksplodował i nigdy już nie zazna rozkoszy z dziewką.


- Dobrze mu tak – syknęła księżniczka. Jej bezwzględność była zachwycająca. Zero skrupułów w tak młodym wieku? Nadawała się na Królową, bez dwóch zdań! Zaprosić ją na parującą potrawkę z podrygujących serc?


- Ci tam, widzisz? – znów pokazała paluszkiem wprawiając mnie w zachwyt. Istna Bogini! – Sprzedają prochy, w biały dzień. Policja ich omija, bo płacą haracz, a dzieciarnia głupieje. Załatw ich, ale już tak na fest, żeby nigdy więcej!


Nie skończyła mówić, gdy już ich dopadłem i nim się zatrzymałem skręciłem karki. Wbiłem dłonie pod mostki i szarpnięciem uniosłem klatki żeber. Pod spodem pulsowały ostatnimi drgnięciami serduszka.


- Chodź! – zaprosiłem Boginię – skosztujesz zwycięstwa.


Zaimponowała mi. Podeszła bez trwogi i wbiła ostre ząbki w bliższe serce, Ja pożarłem drugie, ocierając rękawem brodę. Popatrzyłem na nią. Mogła zostać Moją Panią. Tej bym słuchał bez gadania. Ale czasy wredne. Nie moje. Pora przejść do historii. Połączyłem nasze umysły i złożyłem jej propozycję, bo przecież starożytna wiedza nie powinna zaginąć.


- Co? Chcesz mi dać swoje supermoce? – aż podskoczyła klaszcząc w ręce – Ekstra! I będę mogła tak jak ty? Chcę, chcę, chcę!


Przelewałem w tę rozentuzjazmowaną główkę wiedzę pokoleń. Wiedzę upiora. Brała bez protestu, bez wahania. Uczyła się w tempie, jakiego nie widziałem dotychczas. A potem byłem już niepotrzebny. Nowy świat, nowe wyzwania, technologie, których zrozumienie, a tym bardziej korzystanie z nich zdawało się być skrojone na inną niż moja głowę. Bogini zaczynała rozumieć, że na świecie może istnieć tylko jeden upiór i chyba było jej przykro, bo nim zgasłem usłyszałem w umyśle:


    - Szkoda, polubiłam cię. Mogliśmy razem rządzić światem.

środa, 28 stycznia 2026

Westalka na wersalce z Warsem i Marsem.

 

Dzień nieodmiennie czeka, żeby ludzie spenetrowali ciemności, nie chcąc osobiście się narażać na niespodzianki poukrywane w świecie bez świateł. I słusznie – stary i chytry ów dzień, na zwiad pchnął tych pochopnych, którym życie niemiłe. I faktycznie, plan się powiódł, bo uśmiechniętych na lekarstwo, a może jeszcze mniej, chociaż obecnie leki w natarciu i niemal wysypują się z monitorów.


Rozglądam się po wnętrzu pojazdu. Młoda kobieta wydrapuje linie życia i miłości z lewej dłoni, lecz te trzymają się kurczowo wnętrza łapki, więc trochę to trwa i zakończyło się bez sukcesów. Malutka, słaba dłoń, to za mało by zetrzeć życie i sukcesy zawodowe. W drugim podejściu pani usiłowała zaszpachlować te nieszczęsne zmarszczki kremem do rąk i wmasowywała dłużej, niż jechałem, więc trudno abym ogłosił sukces, czy jego brak. Wyprzedza nas kompaktowy dostawczak z rejestracją S0 RUMOR, ale jaką ideą został natchniony właściciel, to już nie wiem.


Pośród wieści z szerokiego świata dopadła mnie przerażająca informacja – chińskie samochody są naszpikowane elektroniką, więc MOGĄ SZPIEGOWAĆ! A któż im na to pozwolił? Bez błogosławieństwa wielkiej pani Urszuli, czy jeszcze większego pana Donalda? Po wcześniejszej panice, jakoby chińskie suwnice miały szpiegować światowy handel w amerykańskich portach cargo, oraz jeszcze straszniejszej informacji, iż cała wataha chińskich satelitów wykonała skoordynowane manewry w kosmosie, wyglądając przy tym na skłonną do osiągania militarnych sukcesów, czuję ziąb w duszy. Bo przecież niewinna amerykańska elektronika, to nigdy w życiu! Absolutnie! Któżby śmiał ją podejrzewać o szpiegowanie? Twór krzewicieli demokracji w życiu nie sięgnąłby po równie nikczemne narzędzia. A nawet jeśli, to w jedynie słusznym celu – na przykład, by wysyłać sygnał do irackich central kupionych na zachodzie, żeby przestały świadczyć usługi telekomunikacyjne, bo nabywcy przestali być potulni i czas ich skarcić demokratycznymi nalotami, wymieniając władcę na marionetkę posłuszną zewnętrznej ideologii.

Majówka.

 

Znowu powiesili mnie obok tej małej piczki, która ocieka sokami ilekroć księżyc zbliża się ku pełni i krwawi z regularnością metronomu. Dzikuska. Jedno jej w głowie. Wystarczy, że zamkną sale przed zwiedzającymi i już czyni mi awanse. Gdy księżyc wypełni się i zasuwa niebem jak tłusty naleśnik traci resztkę manier, unosi kieckę i wypina się, żebrząc, bym ją wziął. I jeszcze raz, bo świt wciąż odległy. Korzystałem, nie powiem. Od czasu do czasu trzeba przewietrzyć magazyny i wymienić amunicję na świeżą, a z nią było to więcej niż proste. Byle nie zaciążyła, bo się w ramach nie zmieści.


Ileż to tak wisimy? Dwieście lat? Więcej? Ostatni raz udało się na dłużej rozstać z suczką jakieś siedemdziesiąt temu. Zawierucha światowa sprawiła, że ją capnął jakiś niewyżyty żołdak i onanizował się w ukryciu przez lata, a ja trafiłem w łapska spoconego kustosza, który ukrył mnie pod długim stołem, bym nasłuchał się bzdur i strategii wojennych polityków niższego kalibru. Nim nas odnaleziono i (oczywiście!) skoligacono nie pytając o zgodę, suczka już była mokra i pachnąca tak mocno, że powinni porządnie wyszorować jej cipkę, zanim powiesili na ścianie, a dzieciom zakazać wstępu na to piętro. Oczywiście wzdychała do zamknięcia i rozstała się z niewymownymi, ledwie klucz w drzwiach się przekręcił na odchodne. Zerżnąłem jak swą, niemal po starej znajomości, więc bez specjalnych uniesień.


Parę lat machinalnego seksu, dla towarzystwa, z nudów, dla podtrzymania świadomości lędźwi. Wisieliśmy, jakby nasze ramy miały wspólny korzeń. Głupia była, nieuk kompletny, bez zainteresowań, ogłady, czy cienia dobrego smaku. Jakby była gumową lalą z mocno wyszczuplonym programem wokalnym. Trzeba przyznać, że puszczała się z talentem, jedynym jej dostępnym zresztą. Dzięki temu tolerowałem jej awanse. Młodość zagwarantowali nam nasi twórcy i chyba mieli komplety farb z odrębnym DNA, bo nie łączyło nas nic, poza rozmiarem płótna i licho ozłoconymi ramami.


Rozstawaliśmy się od czasu do czasu, w ramach międzymuzealnej wymiany i były to zwykle prawdziwe wakacje. Czas koneserów. Spotykałem istoty, z którymi warto było porozmawiać, posłuchać ich historii i niechby wspólnie ponarzekać. Niektórych twórcy wyposażyli w suto zastawione stoły, więc wczasy all inclusive gwarantowane. Co porabiała suczka w tym czasie? Wolałem nie pytać i raczej współczułem skazanym na jej towarzystwo. Nie każdy jest równie odporny. Grunt, że wracała nie wypychając ram na zewnątrz, a między udami nie kwitły jej siedliska zgorzeli.


Któregoś razu, na wiosnę, zapakowali suczkę w takim tempie, że nie zdążyła nawet obiecać, że wracając uczyni mnie szczęśliwym przez długie noce. Wisiałem sam z tydzień, medytując, nabierając dystansu do słowotoku wdzięcznego pyszczka suczki. I wtedy – grom z jasnego nieba! W puste miejsce powiesili JĄ! Kobietę starszą, dystyngowaną, prawdziwą damę. Ona, być może dałaby radę okiełznać maniery suczki i pokierować jej życiem szlachetniejszym torem, jednak to ja dostąpiłem zaszczytu.


Szaleństwa odsypiałem we dnie, bo noce stawały się za krótkie na dyskusje gorące jak serce wulkanu. Kobieta subtelnie pochrząkiwała ilekroć traciłem maniery, lecz przecież krew nie woda. Zdając sobie sprawę, że nic nie trwa wiecznie wyznałem, że pragnę, że jest objawieniem, marzeniem i wszystkim, czego mężczyzna mógłby oczekiwać od świata. Śmiała się serdecznie, dyskretnie tłumiąc satysfakcję z uczynionego wrażenia. Nie była z kamienia, więc rumieniec wybarwił jej policzki niemal trwale. Szeptałem i błagałem, aż zgodziła się na bliskość. Drżały mi ręce, kiedy delikatnie przedzierałem się przez zasieki wielowarstwowego stroju, żeby ją wyłuskać bez uszczerbku. Nie nawykła do męskich dłoni, a może już o nich zapomniała, bo jej ciało reagowało. Śpiewaliśmy w noc uniesienie, aż dziw, że krzykiem nie postrącaliśmy śpiących na gzymsach gołębi.


Obłęd. Zakochanie i szaleństwo musiały mieć wspólnych rodziców. Niewiele brakowało, bym w ciągu dnia nie zeskoczył z ram i nie wspiął się do niej, kryjąc się pod szeregiem spódnic, by w ich zaciszu dokazywać bez końca, ignorując zwiedzających ludzi. Chyba zaraziłem ją uczuciami, bo jej też zdawało się dziwnym, jak długo musimy udawać kolorowe plamy. Którejś nocy, gdy jej delikatne szmatki zwisały z ram, a my, nadzy, gdy tylko wytańczyliśmy tango w rytm śpiewany wysokim głosem zakochanej kobiety, usiedliśmy na sofie, by chwilę nacieszyć się bliskością i zasnęliśmy zmęczeni spełnieniem… Obudziło nas pobrzękiwanie kluczy i trzaskanie okien otwieranych gdzieś niżej, by wywietrzyć. Ledwieśmy zdążyli wrócić do siebie, a pierwszy gość przypatrywał się mojej ukochanej, która ze wstydu chciała się pod ziemię zapaść – jej bielizna wciąż zwisała z ramy, dając świadectwo nocnej rozpuście. Pochrząkiwałem, żeby odwrócić uwagę ciekawskiego gościa, ale ten jak zaczarowany zerkał na figi i twarz mojej pani. Nie zdzierżyłem. Mimo dnia zeskoczyłem z ram i przylałem mu pięścią. Nie wiedziałem, że aż tyle mam siły. Padł. Wspinałem się wracając, gdy moja pani już wciągała majtki, szepcząc „dziękuję” z twarzą czerwoną jak nigdy.


Chłopa zabrało pogotowie, ale nic mu nie było. Przyszedł następnego dnia z bandażem na głowie i coś mi tam złorzeczył, ręką sięgając ku ramie, w której kwitła moja piękność. Fetyszysta? Świntuch na pewno! Już miałem zeskoczyć, gdyż jego łapsko sięgało łydki mojej pani, ale ona była szybsza. Kopnęła instynktownie, niezbyt mocno, jednak trafiła między oczy czubkiem bucika. Znów poległ i znów pogotowie zabrało go na obserwację. My? No właśnie. Władze muzeum, dla uniknięcia kolejnych ekscesów nieobliczalnego idioty postanowiło nas rozdzielić i wysłać do różnych muzeów.


Świnia! Zapaćkał nam papiery i odtąd mieliśmy już nigdy się nie zobaczyć. Sam słyszałem, jak dwóch kustoszy debatowało szyderczo, że dopóki wisiałem obok suczki nie działo się nic złego, więc pewnie dołączę do niej… Znów lata z bezmózgim stworzeniem, które potrafi tylko kieckę zadrzeć i czekać, aż męskość wypełni ją bez reszty.


Nie bacząc na ludzi krzyknąłem, że będę jej do końca świata, niech czeka na mnie, choćby do kolejnej wojny. Zdumienie ludzi było niczym, a miało dopiero eskalować, Moja piękna zeskoczyła z ramy, otrzepała spódnicę, popatrzyła na obraz z odrazą, którą dzieło chyba zrozumiało, bo pustkę po kobiecie wypełniło martwą naturą nie ponaglane przez nikogo i nie inspirowane niczym, poza intuicją farb. A do mnie powiedziała:


- Głuptasie, na co chcesz czekać. Skacz i uciekamy stąd, choćby żyć przyszło pod mostem!

wtorek, 27 stycznia 2026

Jesień w sieni, bo letnie lato minęło, zimna zima nadciąga, więc śni sny o wio-śnie.


Mniejsze przytulało Większe. Oba w kapturach i puchatych kurtkach kryjących nie tylko płeć, ale i figurę. Duże usiłowało położyć głowę na ramieniu Małego. Spod kaptura wynurzyły się siwe kosmyki, a ich siwizna sugerowała nie tyle wiek, co kunszt fryzjerski. Pomyślałem, że nietypowo dobrana parka, ale uczuciom w kubaturę zaglądać nie zamierzałem. Dopiero gdy trzymając się za ręce wysiadali okazali się pakietem jednoimiennym, a spod Dużego kaptura, prócz siwizny wynurzyła się czarna broda. Ku zachwytowi pięknie ogolonego Małego młodzianka.


Tramwaj przyjechał doskonale schłodzony, lepiej niż drink w porządnej knajpie. Może stał całą noc w lodówce. To wystarczyło by stłumić przejawy życia. Większość trwała i usiłowała przetrwać. Jak resztki lodu na Rzece kurczowo uczepione brzegu. Ktoś sprawdzał jego odporność rzucając na taflę suchą choinę. Musiał mieć krzepę, bo drzewko wylądowało dość daleko od brzegu i wciąż nie płynie ku morzu.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Wróż służy podróży.

 

Dzień wilgotny. Spłukuje zimę z nawierzchni i wypełnia płuca powietrzem, które pachnie. Po nocy wygrzanej kaloryferami, suchy nos rozpływa się w zachwytach nad mocą powietrza posiadającego głębię wody i niosący niekoniecznie piękne aromaty. Ale jednak niosący. Odwilż zdarła wierzchnią warstwę śniegu, a tę pod spodem zestaliła do lodu, który nagle stracił szacunek do tarcia i niemal doskonale je ignoruje. Przeszłość powtórzona, powielona codziennością kruchą podrzuca znajome sylwetki i rytuały. Mam w nich własne miejsce. Widzę, że swoją obecnością potwierdzam zasadność podejrzeń, że dzień jest typowym i nie stało się nic złego. Kalka z zeszłego poniedziałku, czy może czwartku odkłada się na rzeczywistości warstwą, jak kurz, którego nikt nie sprząta. Aż dziw, że na własnych ścieżkach nie wyżłobiłem kolein. I nie tylko ja. Uśmiecham się i wcale mi nie żal. Niczego. Stan beztroski, tymczasowości nie trawionej lękiem o ciąg dalszy. Dziś mógłbym być osiedlowym kosem, ukryć się w jakimś zakamarku i świergolić do skutku, aż pojawi się samiczka równie emocjonalna, względnie chętna do wspólnego brykania w mrokach przedświtu. Albo sroką bezwstydnie zaglądającą w intymności rozgorączkowanej pośpiechem kuchni, by nabijać się z tych, co zaspali i rechotać ochrypłym głosem nie do końca wiedząc, czy faktycznie zasłużyli.

 

Mantra na dziś?

Dziewięć zdziwionych dziewcząt – dźwięczne, wdzięczne zdziwiątka.

niedziela, 25 stycznia 2026

Bohater poranka.

 

    I przyszło mi pożar ugasić, co się zalągł w domowych pieleszach, a konkretnie to pod pierzyną pamiętającą takie rzeczy, że poszwa do dziś różowiutka jak świeżo umyte prosię. Dzień nie nastrajał. Było nawet nie co gorej, ale kiedy ryzyko pogorzeliska życiowego na firmamencie tylko czeka, by zająć moje miejsce u boku – wyjścia nie było absolutnie. Spod rzeczonej pościeli dobiegła mnie skarga, jakoby zabrakło, a choć oferowałem usługi własne ze szczególnym uwzględnieniem cielesnych, to jednak się okazało, iż chodzi o dwunastą muzę – kulinarną.


    Po nocy niezbyt upojnej, ledwie niskoprocentowej, lecz energochłonnej, jak samo piekło podczas erupcji, w coraz dojrzalsze chrapanie uroczej mej Małżowinki wdarło się pragnienie. Pragnienia gasić, to rzecz męska, wymagająca niezbyt ciężkiej pracy i można rzec, że wręcz szkolna – aż dziw, że na zajęciach praktyczno-technicznych w szkołach pierwszego stopnia nie kształci się p.o. mężczyzn w tej użytecznej umiejętności. Rozumie się samo przez się, że poradziłem sobie doskonale z gaszeniem (pomimo braku nauk pierwotnych), choć aspekt fizyczny kusił niegasnącą urodą ciała Małżowinki, która całkiem dobrze zapowiadające się manewry związane z atakiem na żar jej namiętności zatrzymała dłonią, jak jakiś Kopernik, a potem, leżąc wykonała piruet – półtora Aksla, czy Aspergega, może nawet Asparagusa z lądowaniem w punkt i okazała zainteresowanie ujemne, jak zawsze pięknym kuperkiem. Wtedy też zachwycająco naga prawda wyraziła wokalne zainteresowanie paszą treściwą w wersji – nie musi być niedobre, wymyśl coś!


    I to już był ów moment, kiedy doświadczony saper grodzi teren, stawiając możliwe gęsto tyczki, omotane drutem kolczastym i tabliczkami „UWAGA - ROBIĘ MINY”, z nadzieją, że nie po raz ostatni. Nieco zdeprymowany pełnym zaufaniem Małżowinki, już oddalającej się mentalnie w nieznaną mi bliżej arię trzech tenorów zająłem strategiczną pozycję u wrót lodówki, by ją skolonizować, ograbić i nałożyć niezwykle dotkliwą kontrybucję.


    -Jajka? Prymitywne, pierwotne i niewyszukane, za to syte i dostępne w czasie krótszym niż cierpliwość na wpół zagłodzonej długą, zimową nocą Istoty.


    - Kiełbasa z wody. Gotowość konsumpcyjną osiągała równie szybko i pozwalała osiągnąć spektakularne sukcesy w walce z głodem w każdym zakątku świata.


    - Resztki wczorajszego obiadu oczywiście odpadły w przedbiegach, jednak jako propozycja śniadaniowa numer trzy przez chwilę zaprzątała mój umysł, ponaglany barytonem chrapnięć, nie wiem już którego z tenorów i z rozpaczy gotów byłem poddać pod głosowanie ów wybór ostatniej szansy.


    - Kanapki! Genialne! Tu można się było wykazać, nie narażając się zbytnio. Wystarczyło zrobić ich ze dwieście, każda inna i na pewno gdzieś się trafi w gust świeżo wybudzony po nocnych ekscesach.


    Przegląd zniewolonej lodówki wypadł całkiem całkiem – masełko, wędliny, sery w dość pokaźnej rozmaitości, jajka zerkające z górnej półeczki z nadzieją na kąpiel w gorącej wodzie ciut więcej jak 3,15, żeby nabrały jędrności. Warzywa także okazały się czekać na swój wielki dzień, by zaprezentować się przed kapryśną publiką. Szkoda wymieniać – kłębiły się tam, jak na miejskim bazarku. I te zioła, czy kiełki prężące czułki, zielone pajęczyce, brrrr… W każdej misternej strategii pojawić się musi ale, czyli gwóźdź programu. Pieczywo nie zagrało. W sekcji pieczywo kuchnię zamieszkiwały jedynie okruszki na dnie chlebaka. Misterium właśnie trafiał szlag, a Trzej Tenorzy z sypialni wydawali się coraz bardziej zmęczeni występami.


    Kierpce na nogi, czapa na uszy i już kłusowałem, węchem lokalizując piekarnię. Była tam. Od zawsze. Ale właśnie dziś udawała niedostępną. Ech! To tylko wiatr wiejący w niewłaściwą stronę. Pod wpływem emocji łatwo się zagotować, a nawet przypiec na rożnach lęków. Piekarnia była, nawet otwarta i dysponowała bułeczkami na każdą okazję, co nagle okazało się odstraszające. Taki wybór spadł na człowieka nie przygotowanego na zmasowany atak rozmaitości. Z rozpaczy wziąłem wszystkie po dwie, łącznie z rogalami i wielką bagietką, która w średniowieczu służyłaby za kopię na rycerskich turniejach. Wszystko razem kosztowało jakiś milion, nie mieściło się w torbie, ale pachniało tak, że sam Bóg by zgrzeszył, to może i dobrze, ze wziąłem więcej?


    Drzwi zamknąłem najciszej jak się dało i na paluszkach do kuchni. Przekroiłem pierwsze lepsze na pół i pozwoliłem masłu zakleić pory parującego pieczywa. Zalewałem właśnie kawę, gdy poziom piękna w kuchni przekroczył stany alarmowe – w stroju Ewy wmaszerowała do kuchni sprawczyni zajścia i niewinnie zagaiła:


    - Ojej! To wszystko dla mnie? Będę gruba i przestaniesz mnie kochać!

Czy lubieżnik lubi bieżnik, czy też woli bieżnię?

 

    Dzieci opatulone, puchate, wyglądają jak kuleczki. Bardziej przypominają wróble na króciutkich nóżkach, niż raniuszki. Dorośli chodzą pokrzywieni, z rękami w kieszeniach. Nieliczne światła w oknach sugerują życie utajone, ale większość okien milczy. Tylko ktoś za ścianą boruje dziury monotonnie i na szczęście niezbyt uporczywie. Sroki zwiedzają wnętrza blokowe i place zabaw, wypatrując łupów. Barwy stonowane, bez uniesień. I pustka wypełniona ciszą, jakiej latem nie da się uświadczyć. Nawet samochody jeśli już jeżdżą oszczędzając uszy postronnych, choć ich także nie widać. Może poszli do centrum? Na Rynek, do ludzi!

sobota, 24 stycznia 2026

Gość gości gości kiścią kości i ości – po złości.

 

    Na podwórku dzieciątko pulchne i grubo okryte różowatością buja się na huśtawce, albo przekłada plastikowe zabawki z jednej na drugą kupkę. Chyba jest mrozoodporne, jak również opiekunka malucha. Zabawa trwa w najlepsze, choć mróz nie odpuszcza, a czas mija. Dwie godziny, to chyba przesada, ale nie wnikam. Być może to hiperrealistyczna laleczka, a pani pokutuje za niegodne młodej mamy zachowania, bądź zamiary. Przypominam sobie wczoraj widzianego chłopca, niezbyt rozbudowanego konstrukcyjnie z olbrzymim tornistrem na plecach. Stał na przystanku wracając ze szkół i dla rozgrzewki tańczył i śpiewał z buzią, którą usiłował ukryć pod kołnierzem kurtki.


    Psy sąsiada witają mnie szczekaniem, ale gdy widzą mnie po raz drugi jednego dnia, ignorują mnie doskonale. Nie wiem, jak to rozumieć, bo bez względu na zachowanie i tak budzą moją sympatie i uśmiech. W piekarni witają mnie, jakbym zaginął bez wieści i sugerują marcińskiego rogala za dwie dychy. Biorę, czemu nie. Sikorki uwijają się w gęstych koronach formowanych bez końca klonów i są tam bezpieczne przed podejrzanie ciekawskimi srokami. Sobotnie zakupy, cięższe niż te ze środka tygodnia wędrują do osiedlowych kuchni, a drobniuteńki śnieg udaje że nie pada. A jednak wszystko posiwiało.

piątek, 23 stycznia 2026

Wszystko jedno, bo wszystko sprowadza się do jednego.

 

Znów zdjęli nam po tysiąc gigabajtów pamięci. Okropne. Zdecydowanie za często pojawiał się impuls, po którym wszyscy zdawali się być na mega-kacu. Kompletnie nie miało znaczenia, gdzie dopadł cię impuls. Mogłeś spać, albo kochać się, robić zakupy w internetowym sklepie, albo prowadzić wielopoziomowy romans na platformie erotycznej. Bach i po wszystkim. Impuls nie dyskutował, nie grymasił. Brał pierwszego tysiaka z wierzchu. Jak ktoś nie umiał pakować stosu, to nagle miał Alzheimera cyfrowego i nie umiał wrócić do domu, a jeśli się udało jakimś cudem, to nie poznawał żony i dzieci. Mozolnie musiał się uczyć, a impuls powtarzał cykliczne czyszczenie pamięci i znów to samo. Niektórzy nosili przy sobie analogowe ściągi, żeby po strzale jakoś powrócić do normalności, jeśli normalnością da się nazwać mieszkanie z obcą babą i jej dziećmi, które też nie wiedziały, kim jest i kim są one.


Nieliczni pamiętali, że kiedyś… impuls pojawiał się raz na rok i na dodatek jego nadejście zwiastowały media, prowadząc precyzyjne odliczanie, a eksperci prowadzili wykłady, jak chronić newralgiczne fragmenty pamięci. Wtedy wszystko wydawało się zabawne, albo korzystne. Bo można było spakować cały wewnętrzny chlew i niech go szlag (znaczy impuls) trafi. Wyrzuty sumienia, pamięć świństw uczynionych bez powodu, nieudane związki – wszystkiego można było się pozbyć, jeśli się dobrze ułożyło stosy pamięci. Wystarczyło skrupulatnie pilnować i przed impulsem nie pozwalać sobie na żadne życiowe wyczyny. Impuls czyścił i znikał na rok. Wtedy w naród wstępowała furia. Hiperaktywność. Śluby, rozwody, porody, błyskawiczne kariery, Im bliżej kolejnego impulsu, tym bardziej zachowania zmierzały w stronę bezprecedensowego hazardu i ryzykownych rozstrzygnięć. Wiadomo – na wierzch stosu powędrują nieudane inwestycje, czy randki, więc niech świat płonie, a piekło i tak zostanie wymazane do czysta. A jeśli się uda, wtedy staranne pakowanie stosu, żeby nie uronić zapewni dobrobyt na kolejny okres między impulsami.


No właśnie. Teraz było o wiele trudniej, bo nikt nie zapowiadał nadejścia impulsu. I nikt już nie szkolił ludzi, jak powinni się zachować, by zamiast strat, liczyć na likwidację chlewu umysłowego i tego, co przeszkadza w spokojnym śnie. Impuls przychodził jak złodziej, znienacka atakował i potrzebne były bardzo specyficzne umiejętności, żeby jakoś trwać i nie rozpaczać po stratach – to oczywiście ponury żart, nikt nie rozpacza tracąc coś, o czym jego pamięć nie dowie się, chyba, że z archiwalnej prasy, której na wszelki wypadek nikt nie czyta. Biblioteki i portale jak się zdaje taktownie stosowały strategię spalonej ziemi. Nie oglądały się na wczoraj i każdy dzień uznawały za dzień pierwszy, a wydarzenia minione uznawały za fejk mający podważyć wiarygodność dzisiejszych niusów. Ludzie przywykli błyskawicznie do tej niepewności i tymczasowości, nie podejrzewając nawet, że KTOŚ ZA TYM WSZYSTKIM STOI. Impuls, to nie bezpański burek, który wraca na hotelowy śmietnik, po resztkach poznając jaki wstał dzień tygodnia. Impuls gdzieś parkował, może nawet zrzucał wielki pakiet skradzionych danych. Tak przynajmniej sądzili płaskoziemcy, osobnicy uczuleni, opanowani spiskową teorią dziejów. Nazywano ich szurami, żeby odróżnić ich od prawomyślnych (bezmyślnych, jak mówiły szury).


Nie dywagując. Aby jakoś przetrwać, trzeba było posiadać specjalne umiejętności. Wielkie kariery robiły wiedźmy z talentem do wieszczenia. Gdy takiej udawało się z wyprzedzeniem poznać datę impulsu w sobie tylko wiadomy sposób, stawały się gwiazdami sieciowymi, choćby nawet miały mocno przechodzone biusty i tyłki z ubiegłej epoki, a ostatni makijaż pochodził z epoki przedcyfrowej. Wystarczyło tydzień od jednego impulsu, żeby w sieci zaroiło się od wieszczek z niezwykłą pewnością siebie podających następną datę. Byli też jasnowidze. Osobnicy o pokaźnych brzuchach, słono liczący sobie za każde zdanie zaczynające się od jutro, albo nim nadejdzie impuls. Wśród przepowiadaczy panował tłok i brak hierarchii. Darli mordy coraz głośniej, coraz większą czcionką, korzystając z masywnych kontrastów kolorystycznych, wizualizacji w 3D, 4K, HD – ach! Wystarczyło nie śledzić cyfrowych nowinek, by w tym liczbowo-cyfrowym światku zaginąć. A wartość rzeczywista tych przepowiedni była mizerna jak obiad bezdomnego.


Ci, którym warto było zaufać, nie zajmowali się mrzonkami. Oni w cieniu milczenia dokonywali faktycznych cudów. Zwano ich magazynierami. Stop – Magazynierami. To oni posiedli prawdziwe arkana stosów i preparowania pamięci tak, by wierzchem pływały śmietki i nieistotności, zachowując stan pamięci na wysokim szczeblu użyteczności, nawet tuż po strzale impulsu. Sortowanie hierarchiczne. Małe, kompaktowe pakiety prawd kluczowych leżące u podstawy piramidy, przywalone ekonomiczną bazą, i korzeniami rodu. Potem wykształcenie, począwszy od sztuki przetrwania, ekstremalną kuchnię, ekonomię stanu wojennego. Wszystko to musiało być strzeżone do końca. Wierzchem mogły już iść układy i układziki, biznes, kultura, sztuka, polityka, telefony do kumpli z wojska, czy renomowanej szkoły. Gusta i maniery to coś, bez czego żyć się da, więc piramida posiadania dopełniała się błyskawicznie. Najlepsi z Magazynierów potrafili być niezwykle precyzyjni i zamiast bawić się w kompletowanie całego pakietu strategii, w trakcie pojedynczej sesji niczym prestidigitatorzy króliczka – wyciągali klientowi gotową paczkę 1000 GB owijali wstążeczką i podawali na tacy, jak gwiazdkowy prezent. Dla wybitnie ostrożnych, czy uprzedzonych kompletowali nawet po cztery paczki danych na ewentualne straty.


Tak, byli w społeczeństwie tacy, którzy obawiali się seryjnego impulsu, dlatego gdy było ich stać, zlecali Magazynierowi przygotowanie dziesięciu paczek pierwszego rzutu i przynajmniej wstępny sort dla kolejnej dziesiątki. Kosztowne jak cholera, mozolne w realizacji, jednak długofalowe korzyści pozwalały odetchnąć nieco głębiej, niż tym, co zignorowali zagrożenie.


Dzisiejszy impuls wypruł co musiał i zniknął. Mega-kac spadł na planetę i jak to z kacem bywa, im starszy osobnik, tym więcej czasu potrzebował na aklimatyzację i powrót do okaleczonej normalności. Zwykle to był czas, gdy po ulicach przemieszczał się zdezorientowany tłum, a masa cwaniaczków o podwyższonej odporności na strzały grabiła co mogła i gdzie popadło. Ileż cnót zostało zrabowanych pospiesznie w zaułkach, ile fortun zmieniło właścicieli w jedno popołudnie chwilę po impulsie. Dzieła sztuki wędrowały ulicami niemal zupełnie jawnie i mało kto w ogóle je rozpoznawał. Aluminiowe łyżki sprzedawane jako drogocenne precjoza, jednodniowi Mesjasze, Guru nauczający tłumy, jak żyć na czworakach z pupą nieustannie wypiętą dla swojego mistrza, by mógł prowadzić owieczki ku życiu wiecznemu wspinając się orgazmami po ich zadkach do nieba. Każda podłość trafiała na podatny grunt, nim oszołomienie strzałem minęło. Straty liczyło się później. Zyski za to były już policzone zupełnie gdzie indziej.


Najgorzej mieli ci, którzy nie bardzo mieli zasób, by położyć go na wierzch stosu. Osobnicy o niskim IQ, bez wyobraźni, osiedli w slumsach, gdzie nie działo się nic, albo tak niewiele, że impuls, gdyby był zbyt aktywny i obowiązkowy, nie miałby co skonsumować. To, co zostawało z człowieka wyczyszczonego z GB do zera, było po prostu przerażające. Zombie, żyjący w świecie zwierzęcych instynktów. Spać, pić, jeść, kopulować. Lać słabszych, uciekać przed silniejszym. Pakiet tak minimalny, że trudny do akceptacji, a i tak oczekiwana długość życia liczona była najwyżej w tygodniach. Bogatsi, w trosce o bezpieczeństwo własne, enklawy slumsów ogrodzili wysokimi murami i instalacjami pod napięciem, a policja umysłowa nie ustawała w patrolowaniu ulic i każdy przejaw bezmyślności pacyfikowali w najprostszy możliwy sposób – błyskawiczna eksmisja za mur bez biletu powrotnego.


Nic dziwnego, że w świecie tych, którzy dysponowali potencjałem istniał popyt na doznania. Im bardziej intensywne życie, tym większa szansa na zachowanie ważnych pakietów umysłowych, czyli dłuższe i dostatniejsze/bezpieczne życie. Kluby, choćby najwymyślniejsze, rozrywki z gatunku ekstremalnych, patologiczny seks, skondensowana wiedza w Mega-pakach, nieważne czego dotycząca. Odruch obronny – po ataku lektura. Gorączkowe zasysanie Bajtów. Odrobić starty i położyć na stosie tysiąc Giga dowolności. Internet, pełen barw, jazgotu, krótkich historii bez znaczenia, ale zapełniający pustkę po apetycie impulsu stał się miejscem, gdzie bywanie było koniecznością. Połykanie wiedzy nie różniło się niczym, od nasycania ciała witaminami, czy opróżniania go z resztek pokonsumpcyjnych. Im szybciej, tym większa szansa na zachowanie tymczasowej tożsamości. Skoro impuls by nieprzewidywalny, trzeba było być gotowym nieustannie.

***

Przyglądałem się ekskluzywnej grze w brydża. Przy stole zasiadła czwórka geniuszy, a ja z dużą przyjemnością obserwowałem potyczki, sposób rozwiązywania problemów i nieoczywiste dla mniejszych umysłów akcje. Impuls spadł na nas, niczym orzeł na świstaka zajętego kopulacją. Jakby ktoś przepalił kable. Mając mniej do stracenia i będąc o ponad połowę młodszy od geniuszy szybciej doszedłem do siebie. Rzuciłem okiem na graczy. Wszyscy byli oszołomieni i pozwalali sobie na niedyskrecje, które przyswajałem w takim tempie, jak nigdy dotąd.


- Uch! – sapnął pierwszy – Dzisiejszy impuls, jak mi się zdaje nie ograniczył się do tysiąca Giga.


- Mi pożarł dwie paczki, na dodatek nie wziął tych z wierzchu – zawtórował kolejny.


- Powinniśmy coś z tym zrobić – trzeci silił się na szept – Impuls zaczyna być niestabilny.


- Fakt, to drugi atak w tym miesiącu. Slumsy wciąż nie pożarły ogryzków z poprzedniego strzału. Trzeba ograniczyć ataki. Góra sześć w roku.

- A może tak... – pierwszy aż się oblizał z zachłanności – A może rzadziej, za to zwiększyć zakres czyszczenia? My sobie poradzimy.


- Destylacja umysłów może iść dowolnie szybko – zastanawiał się któryś – Tylko, czy my nadążymy z konsumpcją tego, co otrzymamy.


- Możemy spróbować – zapalił się czwarty – Zaryzykuję. Wezmę całą dzisiejszą dawkę, a wy będziecie rejestrować objawy.


- Taa – zaśmiał się trzeci – Chcesz uzyskać przewagę, nic z tego. Albo wszyscy, albo nikt.


Nie było czasu. Jeśli chciałem żyć, musiałem zwiać i to błyskawicznie. Rozmowa zaczynała się kleić, temat niemal mnie przepalił na wylot. Chciałem usłyszeć ciąg dalszy, jednak rozumiałem, jak bardzo niebezpieczne miejsce zajmuję. Wyniesienie tego dialogu z głową na karku stawało się problematyczne. Geniusze odzyskiwali rezon. Na czworakach, poza zasięgiem wzroku mędrców opuściłem salę. To naprawdę był ostatni moment. Goniły mnie odgłosy świadczące, że których z nich serwował drinki, a reszta rechotała niedobrym śmiechem.


- Klinem go!


-Na zdrowie.


    - Czas minimalizować straty.


Nie pomyślałem, ale może czas nadrobić niedopatrzenie. Wszedłem do pierwszego sklepu i sięgnąłem po flaszkę, nie przejmując się płaceniem, czy wzrokiem towarzystwa. Nieliczni ludzie wewnątrz siedzieli na ziemi i trzymali się za głowy jęcząc i klnąc. Pociągnąłem solidny łyk, choć wysokoprocentowe alkohole często wywołują we mnie torsje. Klamra na mózgu nieco się rozeszła. Poprawiłem drugim i trzecim. Faktycznie! Objaw po ekstrakcji danych zanikał. Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy dysponuję kolejną paczką na straty. Była tam. To smutne, ale zawierała wspomnienia z dzieciństwa. Nie wszystkie, ale jednak. Żal było się pozbywać, jednak inne paczki wyglądały na trudniejsze do zbycia. Trzeba szybko jałowy obszar zapełnić dowolnym syfem. Zacząłem czytać etykiety, jak leci. Jednocześnie słuchałem TV. Ciekawe, jak mędrcy absorbują wiedzę.


- No tak – dopiero teraz posłyszane słowa pokleiłem w wiedzę – Oni nie muszą, bo prawdopodobnie domyślają się, kiedy impuls uderzy. A poza tym, mają dostęp do paczek, które impuls ukradł ludziom. Aż się prosi, żeby „bez czytania” zapakować je do łba po sam szczyt i kłopot znika. A gdyby…


Rozmarzyłem się najwyraźniej. Kombinowałem, że może faktycznie nie czytają i dałoby się zaimplementować im wirus, który pożre ich umysły? Musiałby być specyficzny, taki, co krzywdy nie zrobi ubogim, a pożre tylko te z wysokim IQ i dużą bazą danych. Da się? Na pewno, ale jeśli czytają, to na nic wysiłek, bo podczas selekcji wywalą podejrzane paczki i po temacie. Do kitu taki pomysł. Lepiej byłoby zasadzić się na sam impuls i tam nabroić. Pomysł zaczął nabierać ciała.


Widziałem, co się stało po impulsie – to byli starzy ludzie i czas powrotu do świadomości zabierał im więcej czasu niż chcieli przyznać. A z jakichś powodów nie umieli stanąć z boku podczas ataku i impuls dopadał także ich. Demokratycznie. Może największy geniusz padł już, a ci sobie nie radzą z aktualizacją systemu? A ja? Szkołę kończyłem. Niby nie najgorszą, jednak trochę wiedzy oddałem impulsowi, więc mam ciut przymało. To może znam kogoś, kto ma wystarczający potencjał? Tak! Kacper, mąż Basi. Kompletny kretyn, niemal troglodyta, ale w branży info robi za autorytet. Widać on inaczej ułożył priorytety, a że Basię kocha nad życie, to jasne, że wolał pozbyć się wszystkiego poza miłością i wiedzą zawodową bo w ten sposób zawsze utrzyma ich na powierzchni. Tak. Trzeba urobić Kacpra. Niech mnie nauczy, jak podejść impuls, Albo go zhakuje tak, żeby był niczym grzeczny jamnik na smyczy, którą dla odmiany trzymał będę ja!

***

Wyśmiał mnie! Tego nie przewidziałem. Kacper mnie wyśmiał i mało nie zmoczył portek z tej radości. Twarz mu napuchła, aż się Basia zaniepokoiła, że mu serce pęknie, ale nie. Kacpra nie zmogły zapasy full contact w Basinej sypialni, to co mu taki detaliczny śmiech. Ledwie poszła dooglądać jakąś seryjną, telewizyjną bzdurę, kiedy Kacper spoważniał.


- Debilu – szepnął – Na impuls chcesz się zasadzić? Pojęcia nie masz o programowaniu, o sprzęcie, a ta twoja pożal się boże wiedza, to o kant dupy… Zabijesz i siebie i nas kretynie.


- Ale ja muszę – usiłowałem utrzymać się na powierzchni.


- Gówno musisz. Ładuj pakiet na wierzch, a najlepiej, to razem z tymi mrzonkami, coś sobie ubzdurał. Wiesz?


- Kacper – jeśli powaga może spoważnieć, właśnie to zrobiłem – Teraz ty posłuchaj. Dzisiaj, tuż przed impulsem, byłem na brydżu…


Opowiedziałem mu wszystko, i patrzyłem, jak mu się broda wyciąga, troglodyta z twarzą muła. Okropne. Ale słuchał nie przerywając, póki nie skończyłem. Potem milczał. Wstał, poszedł do barku i wyciągnął jakieś okropieństwo w płynie.


- Koniak – powiedział krótko. Wiedziałem, że nie pije, czyli musiało go trafić. Obrócił głowę w stronę sąsiedniego pokoju i ryknął – Baśka! Cho no mie tu, ale migiem. Bierz kieliszki i coś na ząb przynieś.


Siedzieliśmy w trójkę, a Kacper lał brudną gorzałę jak automat. Lufa, kiełbacha, lufa. Baśka już po pierwszym miała mokre oczy, mnie też gryzło, kto wie, kiedy trunek bebechy przepali. Wreszcie przestał. Odsunął flachę i powiedział:


- Dość. Basieńko, połóż się skarbeńku wcześniej, bo ja z tym gamoniem wyjść muszę. Może i pół nocy nas nie będzie, ale nie czekaj. Trafię do wyra.


Poszliśmy w noc, a Kacper jakby rozumu mu kto dołożył, zaczął mi tłumaczyć:


- One stare te łajzy od impulsu co? I dostali w dupę tym dzisiejszym strzałem hę? A potem odkazili się wódeczką i co dalej to nie wiesz, ta? To ja ci powiem gamoniu. Stary człek, jak popije, to trzy dni tyłem chodzi. A dobra lufa po takim strzale, działa jak zastrzyk nasenny. Jeśli ma się udać, to tylko dzisiaj. Następnym razem, albo zapomnimy o tej hecy, albo nas strach obleci. Mamy w czubie, to ta, husaria co w duszy gra, czy co tam grywa w duszy, kiedy człowieka świerzbi, żeby się targnąć na porządek świata. Burdel. Jeśli się uda, zrobimy prawdziwy burdel. Dobrze, że Basieńka nie wie, bo dostałbym po uszach. Po cichu ci powiem, że nikogo się tak nie boję, jak dąsu Basi. Jak tupnie tą nóżką, to żyrandol sąsiadom z dołu na łeb spada. Sam widziałeś, nóżkę, to ma, że pozazdrościć. Lecimy, tylko mi się nie spietraj!


- A gdzie?


- Ty to naprawdę durny jesteś, albo impuls cię całkiem przenicował z myślenia. Gdzie byś tę francę trzymał? W schowku na dworcu kolejowym, żeby jaki kretyn ukradł? Nie, tylko w domku, bliziutko, żeby popatrzeć, pogłaskać, pokombinować, co by tu jeszcze dorobić. Mów lepiej, gdzieś w tego brydża niby-grał.


- Jeszcze kawałek – dopchałem się do głosu - Nie wiem, jak teraz się ta ulica nazywa, ale wiem, jak iść.


Stanęliśmy pod domem. Ciemno i cicho. Jak to w noc po bibce. Jednego światła nie było, a ulice wymiotło do czysta, razem ze oświetleniem ulicznym. Kacper pchnął drzwi, a kiedy Kacper pchał, pchnięte musiało ustąpić. Nawet niespecjalnie protestowały i już byliśmy w środku.


- Psów nie ma? – dopiero teraz się zatroskał.


- Dotychczas nie było.


- Doskonale.


Wstąpiłem na schody, którymi wiałem z brydża. Dopiero teraz pomyślałem, jak naiwni, albo beztroscy musieli być mędrcy, skoro obcych zapraszali do siebie, mając ukryty taki skarb. Taką władzę. Broń ostateczną. Całe piętro drżało od chrapania. Uszami zlokalizowaliśmy cztery sypialnie i wszystkie śpiewały tę samą pieśń. Poszliśmy wyżej. Na następnej kondygnacji zaczęliśmy powoli otwierać drzwi – Kacper z lewej, ja z prawej.


- Szukaj komputera. Duży, solidnie chłodzony. Plus masa kabli, bo impuls jakoś musi się ukonstytuować, żeby wyfrunąć.


Komputer znaleźliśmy migiem, za to kable…


- Stary, ale cyrk! – Kacper aż przysiadł z wrażenia. Okablowanie szło w sufit. Wspinając się po drabince równolegle do kabli wyszliśmy na poddasze, a tam – żaden pająk nie powstydziłby się tej sieci. – to musiało być to!


    Kacper wydawał się zadowolony z odkrycia i szybko siadł przy klawiaturze. Łamanie hasła zajęło mu z pół wieczności, więc wygnał mnie na schody, żebym nasłuchiwał, czy się nie budzą. Psyknął cicho, gdy minął zasieki i z zaciętą mina zaczął pisać całe wstęgi algorytmu. Nie sądziłem, że można pisać tak szybko, a on wojował nie wahając się ani na moment. Trwało to jeszcze dłużej, niż łamanie dostępu, ale w końcu położył mi dłoń na ramieniu.


- Zmykamy. Następny impuls zmieni wiele. Oby się udało!


    Przymierzał się właśnie do odłączenia zasilania, kiedy usłyszeliśmy jakiś ruch. Wstrzymaliśmy oddech. Na schody wspinał się jeden z Geniuszy. Chyba coś knuł, bo mruczał do siebie coś, co odczytałem, że chce pozbyć się kumpli i solowo przejąć biznes. Wszedł do środka i jego oczy poraził blask monitora. Zanim otworzył gębę, Kacper przywalił mu piąchą od góry. Jak młotem. Staruszek padł, a Kacper spowolnił jego przyziemienie, żeby nie hałasował podczas lądowania.


    - Przepadło – sapnął z obrzydzeniem – tyle misternej roboty i na nic!


    - Jak na nic?


    - Gamoniu! – zdenerwował się jeszcze bardziej – Przecież to oczywiste. Jak znajdą tego tu, to zaczną gmerać w bebechach komputera i zara znajdą moje dodatki. Nie ma wyjścia. Trza załadować impuls od razu. Idź po flachę, a ja przeprogramuję.


Nie protestowałem, pognałem do salonu brydżowego i zabrałem od razu cztery flaszki. Nie wiem po co tyle, chyba ze strachu. Nie chciałem tam iść drugi raz, a Kacper przejął dowodzenie bardzo zdecydowanie. No i widziałem, co zrobił dziadkowi…


    Kacper już rozgrzany nocnym programowaniem rozsiadł się, strzelił kościami palców i niczym pianista zaczął koncertować. Schody znowu zaczęły skrzypieć.


    - Ani chwili spokoju – sapnął Kacper – Trudno, dla mojej Basi wszystko!


    Z impetem nacisnął enter, a drzwi z cichutkim skrzypieniem otworzyły się.


    - Bazylu, w co ty się bawisz po nocach – usłyszeliśmy nieco schrypnięty głos, ale impuls już mknął po kablach – o dobry wieczór panom...



Gość był nienagannie wychowany i zanim się zdziwił (na co jak sądził miał czas) wolał nas przepytać.


    - Dobry – burknął Kacper – A przynajmniej będzie dobry, za chwilę jak sądzę…


- Tak? - z troską zapytał mieszkaniec domu – A kiedy?


- Już! – zaskwierczało, gdy impuls wspiął się na poddasze.


- Och! – zrozumiał gospodarz – A Bazyl?


- Śpi – Kacper machinalnie odpowiedział.


- I co teraz.


- Teraz golniemy kielicha! Za nowy, lepszy świat.


Impuls strzelił, jak żaden dotychczas. Aż nas przygięło do podłogi.


-Kacper – krzyknąłem.


-Spokojnie koleżko – chyba coś mi nie wyszło z pośpiechu, ale zobaczymy. Powinno działać, nie skrewiłem.


Fakt. Zobaczyliśmy. Najpierw po sobie, potem po obu dziadkach. Ale to już inna historia. Zdaje się, że Kacper skasował wszystko. Zostawił jedynie pierwotne instynkty i najgorętsze z idei. Wszystko to, co zakodowane w genach. Analogowego człowieka, bez krzty wirtualnego obycia.


Całą wiedzę trafiał szlag. Patrzyliśmy na komputer, coraz szybciej tracąc pojęcie co to jest i do czego służy. Póki w żyłach płynęła okowita, pojęcia teleinformatyczne niosły jeszcze jakieś szczątkowe znaczenia, które gasły, gdy trzeźwość zaczynała przegryzać się przez opary. Genialne dziadki? Straciły swoją niemal nieograniczoną mądrość, a resztki wódki w żyłach trawiły ich mrzonkę o władzy nad światem. Ale teraz byli już tylko dwoma nieco śliniącymi się staruszkami, których bezsenność zagnała na pogawędkę z nieznajomymi, bo przecież lepsze to od samotności w fotelu.


Kacprowi zachciało się jeść, a spodnie na wysokości zamka zaczęły trzeszczeć.


-Wiesz co? – nieco zawstydzony szepnął do mnie – Ja muszę, do Basi, rozumiesz mnie, co? Po coś w ogóle mnie z chałupy wyciągał, ona tam sama, a ja chlam z jakimiś starymi dziadami. Baw się dobrze i zajrzyj kiedy do nas. Basia zrobi coś pysznego do żarcia chcesz? Pewnie, że chcesz. No pa! Gonię, bo nie strzymam.


Chciałbym opowiedzieć, co się stało, ale nagle miałem już za mało słów, a te, które znałem kiedyś okazały się do niczego niepotrzebne. Zdumienie i niepewność co dalej, wobec utraty teraźniejszości w jakiej żyłem dotychczas, nie były jakoś skrajnie dotkliwe, może dlatego, że nieznane było wciąż nieznane. Nie wiedziałem, czego spodziewać się po nowym, które już nastało, ale jeszcze nie dało się we znaki. Żreć mi się chciało, jak nie przymierzając Kacprowi, a wódka dodatkowo rozbudziła apetyt. Nie tylko na żarcie.


    - Jaka szkoda, że ja takiej Basi nie mam w domu… Może warto się rozejrzeć? I to szybko, póki konkurencja nic nie kuma!