czwartek, 26 marca 2026

Kościelny z Kościeliska kości ścieli dla liska.

 

Kobiety splatają nogi na przystankach, podkreślając mimochodem chłód poranka. Gang przydworcowych kloszardów w doskonałych humorach wzmocnionych okowitą wymienia między sobą uwagi w obłokach rubasznego śmiechu. Jakaś wrona spaceruje po zmarzniętej trawie na sztywnych łapkach, a mewę lecącą do hotelu podmuchy wiatru usiłują wyprowadzić z równowagi. Niebo pomarszczone, zanurzone w geometrię pełną równoległości i powtarzalności trzyma słońce z daleka od Ziemi.


    Dzień wypełniły mi dziewczęta, które trudno podejrzewać o życiowe doświadczenie. Najpierw szczuplutka dziewczyna chyba urwała się z kreskówki, bo usiłuje dogonić tramwaj, tańcząc w biegu. Od bioder w górę ciało jest doskonale stabilne i nieruchome, a dół powiela rytm kroków z taką gracją, jakby to nie był wyścig, a zawody na elegancję. Kolejna, o piersiach wyglądających na niewielkie opuchlizny przeciągała się ze splecionymi nad głową rękami, wypychając pupę możliwie daleko wstecz, a jeśli ktoś był zawstydzony widowiskiem, to na pewno nie ona.


    Na koniec do tramwaju wpadło dwóch młodzianków świętych, uśmiechniętych jakby szczęśliwość ogólna pluła im na głowę bez ustanku. Obaj dźwigali siaty pełne puszek piwa i nie wszystkie miały zawleczki nienaruszone. Ba! W trakcie jazdy przeliczali, czy to, co wiozą WYSTARCZY! Czwartek, to naprawdę niezwykle młodziutki weekend.


    PS. Osiedlowe żywopłoty ostrzyżone lepiej niż Ziemowit po postrzyżynach, a całe zastępy zielono odzianych niewiast kontempluje efekty pracy własnej, w nieodzownym jazgocie dokurzacza – to taki odkurzacz, który zamiast zasysać – dyszy, przepychając masę tam, gdzie wzroku nie kala.

Neo Noe.

 

    Noe uwielbiał mięso i nowe smaki, nic więc dziwnego, że spróbował nawet takich rarytasów, które prawnie były zakazane. Utył, ale kto by powstrzymał się od tej słabości. Za to, kiedy przyszedł potop, tłuszcz trzymał go na wierzchu. Istna arka, szkoda że trzoda nie przetrwała.

środa, 25 marca 2026

Po kaszy z kasztanów i kaszance kaszlę z Anką w kasztelu. Anka w kasztelu, to już kasztelanka, czy ledwie kasztanka?

 

Kierowca, najwyraźniej zakochany, jechał jakby czas był tylko iluzją, tłem lub oprawą jego uczuć gorących. Wokół aż tryskało od witalności – złoto forsycji i lila-róż śliw wiśniowych, gdzieniegdzie białe bądź różowe kwiaty głogów wtrącały romantyczno-aromatyczne „ale”, gdy w trawach tłok narcyzów przepychał się z szafranem w walce o uwagę otoczenia. Pojedyncze jeszcze hiacynty i wznoszące się ku słońcu tulipany zerkały ostrożnie lekko zniesmaczone jawną bójką na trawnikach. Nic, tylko się zakochać trwale i wetknąć stokrotkę za ucho.


Z wrażenia nie zdążyłem na nic sensownego i posiłkowałem się drobną improwizacją, co sprowadziło mnie nie tyle na ziemię, co na wyspy. Rozbuchaną porankiem romantyczność błyskawicznie zgasił jazgot nożyc do żywopłotów katujących ledwie rozbudzone róże. I jeszcze remont najwęższego przystanku na świecie, powodujący niezwykle rozległy galimatias, labirynt ścieżek między pachołkami i zastawami drogowymi. Strach, że Minotaura się trafi i to takiego więcej wściekłego, a Ariadny ani widu. Pewnie odsypia nocne szaleństwa Zołza jedna! Zamiast wzdychać, tryskać uczuciami miękkimi jak ruskie pierogi z wody, wpadam w rezonans z wszędobylskim warkotem. I nie wiem, czy warto było dać się ponieść tej fali porannej, czy nie lepiej było przeczekać. Ech!

Ekstrakt o fałszywej skromności.

 

Była tak malutka, że cały świat patrzył na nią z góry. A przecież i tak znalazł się taki, który twierdził, że ilekroć z nim rozmawia – zadziera nosa!

wtorek, 24 marca 2026

Duch w dusznej duchówce duszkiem dusi uszy duchownej duszyczki.

 

Sroka wspina się na dach wiatrołapu SKACZĄC POD GÓRĘ! Gdyby padło na mnie, jeśli w ogóle dotarłbym na szczyt, to miałbym nie tyle mroczki przed oczami, co czarne dziury. Utrzymując się w konwencji wspinaczkowo-dachowej, dostrzegam dojrzale żółte słońce między nielicznymi tu wielopokoleniowymi domami. Ono też się wspina i również nie sapie przy tym. Może dlatego, że na niebie dostrzec można ostry klin czysty od chmur, które tłoczą się na zewnątrz klina i wyglądają jak rozstępy. Wkrótce i tak nadleci trzeci samolot i dopełni różnoboczny trójkąt, a za nim kolejne i kolejne, chyba ze dwadzieścia, co stanowi ponad czterdzieści procent dobowego ruchu pasażerskiego tutejszego lotniska. Wciąż się nadziwić nie mogę i nic mniej, jak teorie spiskowe do łba przyjść nie chce.


Na przystanku farbowana na blond Mała Mi w rajstopach pełnych treści. Chciałem poczytać, jednak obawiałem się karcącego wzroku tych, co także zerkają ukradkiem. W trawie nieużytku czai się czarny kot z nadzieją na kalorie. Zaczynające kwitnąć śliwy wiśniowe stanowią piękny kontrapunkt dla forsycji. Przesiadka, a na przeciwległym przystanku długonoga pani podryguje w rytm dousznej muzyki. Brązowa sukienka jest na tyle krótka, że odsłania czarny szew rajstop dzielący ciało na prawą i lewą stronę. Tramwaj rusza pozwalając mi podziwiać gościa – w jednej dłoni dzierży kij do nordyckich spacerów, w drugiej aparat fotograficzny. Krótkie spodenki odsłaniające masywne tatuaże na łydkach i nos uniesiony, by oczom pozwolić cieszyć się wysokością zabudowy w Dzielnicy Boga – turysta na sto procent. Tylko porę wybrał mocno ekstrawagancką, ale – może nie lubi tłoku?

poniedziałek, 23 marca 2026

Prze po śladzie owcy – prześladowca!

 

Ochroniarz jadący do pracy uszy miał zablokowane elektroniką, na oczach wzmacniacze wzroku, a ręce zajęte czesaniem pluszowej głowy pazurkami. W ciemnej masie pasażerów jak białe kruki na pchlim targu pojawia się kolorystyczne bogactwo.


Rzeka złagodniała, nie marszczy się, udaje lustro, podwajając ilość gawronów lecących ku gawronim sprawom. Na ławce siedzi chleb opatulony niedoskonale folią aluminiową i przygląda się przechodniom. Ci spieszą się, gdyż na wyjeździe z Dzielnicy Boga coś się popsuło i długi wąż tramwajów mruga pomarańczowymi oczyma na wszystko i wszystkich.

niedziela, 22 marca 2026

Ma te uszy Mateusz.

 

    Wiatr postrącał gołębie z gzymsów i piorunochronów. Wronom bez litości przeliczył lotki, trącając je niezbyt delikatnie. Psiarze łażą z zestawami wielopsowymi po placach zabaw dla dzieci, które z zachwytem patrzą, na zwierzątka, gdy te łakomym wzrokiem zerkają ku drzewom i trawom, żeby złożyć tam depozyt. Na niebie słońce gościło chwilę zaledwie, w sam raz, żeby nie dało się udawać, że nie było dnia. Kaprysy temperatury sprawiają, że ludziom trudno zdecydować się, ile warstw powinni założyć, by nie opuścił ich komfort termiczny.

sobota, 21 marca 2026

Prasówka cd

 

    WP za portalem Politico w swoim artykule stwierdza - skandaliczna propozycja:

    Rosja miała zaproponować Stanom Zjednoczonym, że wstrzyma przekazywanie Iranowi informacji wywiadowczych w zamian za zaprzestanie dostarczania Ukrainie danych o Rosji.


    Ale na czym polega skandal?

piątek, 20 marca 2026

Z klasą serwuję ser z klasera.

 

Kolejny osiedlowy Karampuk oswaja się z dojrzewaniem, a ja, w ukryciu, kibicuję budzącej się kobiecości. Martwi mnie za to fakt, że większość osiedlowych dzieci nie mówi po polsku.


Wsiadam w nie swój autobus i jadę patrząc jak Miasto pojaśniało od kwitnących forsycji. Wysokopienna pani nie siada, choć miejsc wolnych sporo. Może chce się pochwalić nienagannymi achillesami? Z wysokości siatki ogrodzeniowej spoziera na mnie spłowiała reklama, z pytaniem, czy jestem gotów na odlot. Jesienią pytanie byłoby bardziej na miejscu. Parę przystanków dalej Piękna Golemica ze swoim Golemem stoją trzymając się za ręce, a wzrokiem usiłują rozgarnąć widnokrąg i wyłuskać pasujący im autobus z czeluści miejskiej dżungli.


Przesiadam się na tramwaj. Na przystanku mocno zaniedbany gość z taką ilością obrączek na dłoniach, że gdyby każdy oznaczał żonę, miałby na utrzymaniu zauważalny harem. Któraś z nich mogłaby szepnąć słówko, żeby choć trochę zadbał o siebie. Tymczasem stał spluwając sobie pod nogi i robił krok naprzód by nie oglądać efektów. Nim przyjechał tramwaj przesunął się i to sporo wzdłuż przystanku.


    A kiedy zdecydowałem się wrócić (po cichutku powiem, że wraca się, by opowiadać – inaczej nikt nie wiedziałby, że wyjechałem, a tak – wracam i opowiadam) Słońce flirtowało z Rzeką i wiosna w natarciu przekomarzała się w ptasich trelach – na osiedlu kos, który zameldował się lata temu na antenie wyglądającej jak bocianie gniazdo, koncertuje całymi dniami, nie patrząc na zegarek.


    W drodze widzę czaple wracające do ogrodu zoologicznego, gdzie mieszkają. Przyglądałem się eleganckiemu staruszkowi dźwigającemu skórzaną torbę. Nawet pusta ważyła chyba ze trzy kilo, nic więc dziwnego, że przytłoczyła staruszka i zniekształciła jego posturę, gdy elegancko promenował chodnikiem ku komunikacji miejskiej. W autobusie trafiam Śpiewną Nerwicę. Tańczy i śpiewa, stojąc w najszerszym miejscu pojazdu, choć miejsc wolnych nie brakuje. Może zabrakło partnera do tańca, bo rozgląda się po autobusie w szybkich, nerwowych ruchach. Ja swobodnie pokonałem pokoleniową barierę i jako materiał na partnera nie bardzo się nadawałem. Przystanek dalej wsiadła pani, która zamiast włosów nosiła czarną chustkę na głowie – z przesiadką, ale da się dojechać na onkologię.


    Na wypadek, gdyby mężczyźni okazali się zbyt nieśmiali, pani zastosowała marketing bezpośredni. Tablice rejestracyjne jej samochodu głosiły prawdę wielkimi literami D0 WOLNA. Nic, tylko brać!

czwartek, 19 marca 2026

Jak zwierzę, wierzę w wieży, a szczęką szczękając po kleszczach zaklaszczę w klasztorze.

 

Na czarno, bo jakby to inaczej, w pelerynie, pod kapeluszem i z wielkim parasolem w ręku. Ani chybi Zorro, względnie Tajemniczy Don Pedro - szpieg z krainy deszczowców. Pomykał opłotkami, pośród krzewów zieleniejących nieśmiało. Na przystanku czekało dziewczę o kształtach sugerujących ocean miękkości, ze splecionymi nogami, by między udami zachować resztkę ciepła na lepsze czasy, choć wiatr usiłował okraść ją już teraz. Cienie spacerowiczów z podwojonymi psami wędrują z wolna ku wyspom, a rzeka, wsparta czkawką elektrociepłowni usiłuje rozmglić pejzaż, by stał się mniej oczywistym i zostawiał drobny znak zapytania za każdym węgłem i zakrętem. W taki dzień czuję się jak murzyn-albinos pośród białych. Niby swój, a przecież obcy. Trochę cygan, któremu wiatr podszeptuje, że dość już zimowej grzeczności i pora ruszać w plenery, gdzie wiatr będzie rozbierał ognisko na pojedyncze iskry i słał w niebo dymne przesłanie dla podobnie myślących.

Prasówka cd.

 

    Wg WP - Słowa amerykańskiego sekretarza wojny Pete Hegsetha:

    Irańscy przywódcy tchórzliwie zeszli do podziemia.

    A co mieli robić, skoro USA i Izrael poluje na władze. Amerykańska demokracja w ostatnich czasach porwała prezydenta Wenezueli, sankcjami zdusiła Kubę zamierzając ją następnie „pokojowo przejąć”, straszy Meksyk, Kanadę, Grenlandię i Bóg wie kogo jeszcze, że w imię bezpieczeństwa musi zająć te kraje, w Iranie najpierw zamordowali przywódcę, potem zbombardowali tych, co wybierali następcę, a gdy już wybrali i jego usiłowali zbombardować. W kolejnym kroku zamordowali przewodniczącego Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego - jednego z mniej radykalnych polityków. Jeszcze rok – dwa lata temu nazywali to terroryzmem i ponoć zwalczali jego objawy na całym swiecie, a teraz sami się trudnią terroryzmem?


    Izrael w obronie własnej atakuje Hezbollach, który pojawia się kolejno u wszystkich sąsiadów Izraela - to w Syrii, to w Jordanii, Iraku, Libanie, no i oczywiście w Iranie, z którym nie graniczy. W Gazie namordowali Palestyńczyków, bez końca atakowali i uniemożliwiali humanitarne dostawy wody, jedzenia, a nawet ewakuacji z miejsc, które sami wskazali.


    To dopiero demokracja – robicie to co wam każemy, oddajecie wszystko, czego nam trzeba i kupujecie od nas to, co nam zbywa. A jak nie, to lotniskowce, rakiety i to wszystko będzie wasza wina, bo my wyprzedzająco bronimy światowej demokracji. Poważnie? Media usiłują wyczyniać coraz to bardziej akrobatyczne sztuczki z faktami, żeby nie nazwać rzeczy po imieniu, a politycy, jak zwykle potrafią słowami omotać tak, że cud prawdziwy – gadał kwadrans i nie powiedział nic, a nawet jak powiedział, to to nic nie znaczy.

środa, 18 marca 2026

Jadzia jedzie po śledzie.

 

    Południowy błogostan kieruje myśli ku kanikule i słodkiemu lenistwu, choć wiosna dopiero puka do drzwi. Jadę autobusem „podziwiając” elokwencję nastolatków. Oni kompletnie nie radzą sobie z wyrażaniem własnych myśli. Słyszałem, bo nie miałem innego wyjścia fragment rozmowy telefonicznej. Chłopak tłumaczył komuś, że musi złożyć tę-no, na ten-wiesz za ten… Tylko patrzeć jak nieporozumienie rozkwasi mu nos, albo doprowadzi do czegoś jeszcze gorszego. Autobusy zresztą wpasowały się w ów chaos – z opłotków jadą trzy w przeciągu 3-4 minut, a później pustka na kwadrans. Za to w szczycie tłoczą się na światłach i tej cudownej pętli, którą muszą okrążyć, żeby móc kontynuować jazdę. Mijamy starszą babeczkę siedzącą na przystanku przy cmentarzu. Najwyraźniej wypucowała już nagrobek i teraz posila się kanapką, ignorując szpaler autobusów. Może pogrążyła się w zadumie? Kto wie. Ja podziwiam rosnące stadami stokrotki i narcyzy, stłoczone w gęste gromady.


    Przysiada się do mnie pani ze złotym pieprzykiem w nozdrzu i podziwia wysepkę lęgową, na którą łabędzica dokonuje inwazji, osiadając centralnie, jak na tronie. Bokiem tłoczą się kaczki-krzyżówki, jak planety wokół słońca. Chłop powoził samochodem z rejestracją D9 METRO – w dziewiątej De, nie o metrze się myśli, lecz o tramwaju wodnym, ale kto wie – wszystko może się zdarzyć. Wróble na skwerku obsiadły czubki kosodrzewiny, wyższe drzewa łaskawie zostawiając wronom. Uderza mnie, że coraz częściej widuję stroje dzielące czerń z różem, a taki wybór trafia w gusta nie tylko dziewcząt, ale i w brzydszą połowę lokalsów.

Mały bez, to bzik, czy bździna? A bez-dziewczynka, to beza?

 

    Lada dzień pękną pierwsze pąki na magnoliach. W trawach czyhają już tulipany czekające tylko by kolorem okryć młodą zieleń traw. Gawron spaceruje slalomem pośród krokusów podnosząc dziobem co atrakcyjniejsze znaleziska. Słońce zawisło nisko i zagląda ludziom w sumienia, oślepiając wzrok pełen pragnień. Może sumienia zbledną odrobinę od tej agresji?


    W autobusie niektórzy już pracują, choć do pracy zostało kilka przystanków. Wyjaśniają „zawiłości projektu” bo wiadomo – osiem godzin na to nie wystarczy, więc w trosce o dobro zakładu lepiej zacząć wcześniej, powodując irytację postronnych, niezainteresowanych ani projektem, ani sukcesem.


    Alternatywnie piękna, w obowiązkowej czerni, choć łeb tleniony na blond, sunie pod wiadukt brakiem chodnika. Spod skórzanej kurty wiatr tarmosi czerwone wstążki wijące się za Piękną jak macki ośmiornicy. Kierowcy, nawykli do „szerokości” mają kłopoty bo pas ruchu wąski, niedzisiejszy sprawia kłopot cierpiącym na klaustrofobię, nawet gdy żadnej Pięknej nie spotkają w koszmarze dnia. Trafiam też dziewczę jadące rowerem w bluzce z krótkim rękawem, choć poranek kąsał chłodem. Dziewczę całe ramiona miało różowe, i to nie „różowawe”, czy „zaróżowione”, a różowe, jak wsypa na poduszkę z pierza.


Za zwrotnym potwierdzeniem odbioru.

 

    W nieutulonym żalu Kredytodawca informuje, że zdolności kredytowe Kredytobiorcy uległy pogorszeniu, nie rokując wiarygodnej możliwości spłaty zadłużenia. W trosce o dobro Kredytodawcy wzywa się kredytobiorcę do bezzwłocznego stawienia się przed komisją, która z należytą starannością podda kontroli ekonomiczne, oraz inne wątki dotyczące realizacji umowy kredytowej. Komisyjnie oszacowana zostanie także wartość organów Kredytobiorcy, gdy zawiodą pozostałe środki umożliwiające odzyskanie Wierzytelności. Z ostrożności procesowej Kredytodawca oczekuje stawiennictwa osobistego (najlepiej ze Współmałżonką, względnie Dzieciątkami) w terminie siedmiu dni od daty doręczenia. W przeciwnym razie w/w Jednostki zostaną doprowadzone siłą przez Funkcjonariuszy Umocowanych Prawnie, a Roszczenia Kredytodawcy zostaną zrealizowane bez uwzględnienia interesu Strony Pozwanej.

wtorek, 17 marca 2026

W lot kaszę pożera? Kaszalot.

 


    Na początek tytuł z prasówki:

    Ukąsił go grzechotnik i zmarł – ależ ukąszony musiał być toksyczny!


    A teraz do rzeczy. Szczupła babeczka na plecach nosiła ślady, jakby jej srak naptakał. Patrzyłem ja i taka pani, co miała rajstopy niczym witraże, tylko bez szyb. Okazało się, że pani była koniem pociągowym zaprzęgu dla piskląt ludzkich, więc pewnie niemowlęciu się zwyczajnie ulało. Długonogie gazele trwonią młodość na wirtualne pogaduszki, zamiast zachwycać się kwitnącymi forsycjami, czy śliwami wiśniowymi. Uśmiechnięta, siwiuteńka pyza dźwigała plecak w panterkę tak obwieszony kolorowymi pluszakami, że wyglądała na ruchomą szopkę, czy choinkę.


    W Mieście pojawia się coraz więcej kloszardów na wózkach inwalidzkich. Nie ma dnia, żebym nie widział dwóch, albo trzech. Co interesujące – kobiet na wózkach nie widuję. W kategorii zdumienia dnia wysoko pozycjonują się także głodomory jedzące i pijące w marszu. Jedzenie uważam za jedną z większych przyjemności, a pochłanianie w biegu odbiera jedzeniu większość radości i apetytu. Typek w bejsbolowej czapeczce wytrwale węszy, wtykając nos w papierową tytkę, wewnątrz której mniemam, że są kwiaty. Może usiłuje wywęszyć cały aromat, żeby luba-alergiczka nie cierpiała? E! Sam siebie karcę, bo wiem, jak ciężko kupić pachnący kwiat. Poprosiłem u straganiarki o pachnącą różę, a choć zwiedziła dwa stoiska, nie znalazła żadnej. Jeśli więc szczęściarzowi się trafiło, powinien być z siebie zasadnie dumny. Modyfikuję podejrzenia – uczy się zapachu na pamięć, bo nie wie, kiedy znów się uda!


    Choć zima w tym roku przycisnęła nieco, to chyba nie za bardzo, bo krzaki rokitnika i irgi wciąż są pełne owoców. A skoro ptaki ich nie zjadły, to zima była łagodna, albo ptaków zabrakło i dlatego owoce wiszą nadaremnie. I wtedy właśnie autobus wyprzeda samochód z rejestracją D0 CHAOS. Wóz jest terenowy, co nieco go usprawiedliwia, czy uzasadnia. Ja pogrążam się w iluzjach – czy żaluzje mają więcej aluzji, czy żalu?

Ekstrakt o czerwonych liniach.

 

    Buńczucznie rzekłem „nigdy więcej!” uchylając wrota nieskończoności. Osiemnaście minut później, z lekkim niepokojem i żalem zacząłem się rozglądać za wyjściem. Chcąc odwołać nieskończoność wrzasnąłem raz jeszcze, tym raz poskramiając ją krótkim, zdecydowanym „dość!”

niedziela, 15 marca 2026

Kronika policyjna.

 

    W opuszczonym lokalu znaleziono zmumifikowane, uśmiechnięte zwłoki kobiety zaginionej pięć lat temu. Sekcja zwłok ma wykazać prawdziwość śmiałej hipoteza śledczych, według której kobieta została zamordowana z premedytacją, a konkretnie zapieszczona na śmierć.

piątek, 13 marca 2026

Twój wójt.

 

Pękły pąki na czarnym bzie i gałęzie zazieleniły się „testując” wiosnę. Żywopłoty berberysowe nabrały wiśniowej barwy, a wierzby od jakiegoś czasu pysznią się żółcią witek. Na rekultywowanym wysypisku podglądam martwe (zmartwione?) drzewa. Miasto uśmierca nie tylko ludzi.


Chyba-małżonka kierowcy dziś najwyraźniej nie spieszy się nigdzie, bo zawodowiec karnie stanął w kolejce za autobusami innych linii i ani myśli szaleć. Jedziemy w kolejce, jako trzeci wagonik, a za nami powinny być jeszcze najmarniej dwa. Rozkład jazdy ułożony jest tak, by hurtem pchnąć w trasę wszystko i mieć kwadrans spokoju. Po co, to już nie wiem, ale składy podróżne kursują regularnie siejąc grozę na buspasie. Chyba-małżonka, dziś w permanentnej czerni, spod której ostrożnie wynurza się biel bielizny, co skłania mnie do dumania, czy bielizna musi być biała, oraz czy pozostałe kolory powinny posiadać odrębne miano. Rzecz mnie przerasta, więc szukam łatwiejszych łupów. Blondynkę z długim końskim ogonem samozwańczo ochrzciłem Płowa, co natychmiast zwiększyło jej atrakcyjność. Wysiadając merdała tym, co ewolucja zostawiła jej z ogonka i muszę przyznać, że to były fascynujące manewry.


Zerkam na dwie, zaangażowane elektronicznie kobiety. Jedna pali, druga gada, a obie w pikowanych kurteczkach, na które wywaliły wielkie kaptury z warstwy głębszej. A potem na panią, co założyła płaszcz długi do kostek i z rozcięciem, w którym pupa swobodnie się mieściła. A skoro tak, grzechem byłoby na tyłek wciągnąć coś więcej jak leginsy. Damską monotonię przerywa „siedzący” na ławce pulchny kartonik śmietanki 18%. Sąsiednią ławkę okupuje granatowa kapota rzucona bezładnie. Ludzie stoją, rozglądają się niepewnie. Najwyraźniej konkurencja speszyła chętnych na czekanie w pozycji siedzącej, bo nikt nie atakuje bezczelności blokującej miejsca.


Radio przynosi mi fascynującą informację na temat prezydenta z ust samego premiera – podobno „polska ulica zastanawia się, czy to zdrada”. Ciekawe, kiedy pan premier był na ulicy i rozmawiał z prawdziwym „zwyklakiem”? Zapewne w czasach zamierzchłych. Prędzej w gębę ulicy wpycha swoje opinie w ten sposób zabezpieczając się przed nieuchronnym, prokuratorskim oskarżeniem o zniesławienie głowy państwa. Chyba chodziło o te miliardy, które zamierza (za zgodą UE) ofiarować Krainie U i francuskim, czy niemieckim firmom zbrojeniowym. Ja się nie zastanawiam. I nie wiem, czy jestem ulica.


    Z powrotnym kursem dzieje się mnóstwo.

    Spoza olbrzymiego tornistra atakują przestrzeń kończyny całe na różowo i kitka, która dopiero ma być końskim ogonem. Gdy w końcu zerkam na obrazek z przodu zaczynam się uśmiechać. Dziewczynka szczuplutka, z długimi rękami i nogami podryguje, gestykuluje i tańczy, śpiewa, rozmawia ze sobą i wzbudza taką masę radości, że trudno się nie uśmiechnąć. Pani siedząca obok mnie i wtulona w torbę z kotami (wzór z Temu) nie widziała dziewczynki, a na mnie patrzyła podejrzliwie. Spoważniałem, szczególnie, gdy zobaczyłem gościa w rozmiarze uzasadniającym telewizory powyżej siedemdziesięciu cali. Gość szedł tuż za zgrabną dziewczyną w szarościach i chyba żal mu było, ze nie idzie obok. Współczułem jemu i jej, na wypadek, gdyby jednak doszło do czegoś więcej jak marzenia. Cóż taki kruchutki dmuchawiec miałby do gadania w obliczu pożądania wszechświata?


    W autobusie ogłusza mnie i oszałamia podsłuchany fragment rozmowy telefonicznej. Nastolatek, z tych młodszych, informuje kogoś, że do szkoły zrobił sobie tort. We łbie szukam podejrzeń, ile czasu na to poświęcił, gdy okazuje się, iż chodziło o tost. Z parówką… Czytająca książkę dziewczyna nie udźwignęła kozackiej paplaniny i przeniosła się na drugi koniec autobusu, by móc w spokoju poczytać. Przede mną stanęło wyblakłe małżeństwo z wózkiem. Stroje, cera, nawet oczy mieli wyblakłe i skryte za okularami. Chyba w eskalacji rodzicielstwa przekazali wszystko, co mieli dziecięciu.

czwartek, 12 marca 2026

Szynka na szynkwasie, baranina na barze i konto na kontuarze.

 

Chmury robią co mogą, by utrzymać noc przy życiu, jednak dzień brutalnie rozwiewa złudne nadzieje i gasi zapędy bladego sierpa księżyca.


Kobieta z kurzajką nad górną wargą śmieje się widząc, jak w biegu zmieniam środek transportu z autobusu na tramwaj. Nie przeszkadza jej to wcale pochłaniać analogowego papierosa. Pustawą ulicą maszeruje nastolatka z nosem zatopionym w zeszycie. Z wrodzonej ostrożności przemieszcza się ostrożnie, niczym ptak brodzący, albo człowiek spacerujący w płetwach. Przede mną siedzi pani w okularach, słodko pachnąca świeżym pieczywem i trochę papryką. Przecież jej nie ugryzę, moje „okno żywieniowe” otworzy się dopiero za trzy-cztery godziny.


Sukcesy komunikacyjne sprawiły, że na Nóżkę nie mam dziś co liczyć. Na tańczącą baristkę zresztą też. Samoloty tną niebo, jak tort urodzinowy, choć nie wyobrażam sobie, żeby ktoś samobójczo chciał zdmuchnąć świeczkę słońca, które nieśmiało zabiera się za liczenie cegieł w murze, zaczynając od góry. Słabo mu szło, bo aż niebo się rozpłakało.


    Obok autka z rejestracją V9 KASIA przejechało D5 AMON. Za kierownicą pierwszego dostrzegłem solidny kawał kobiecości nie zanieczyszczony towarzystwem, kierowca drugiego umknął nierozpoznany. Ale czego wymagać od egipskiego boga, czy demona, gdyż Wiki nie potrafiła z tablic wyczytać o którego osobnika chodziło.

środa, 11 marca 2026

Gardło gardzi gardą.


Chyba-żona kierowcy spieszyła się dziś, więc ów dokonywał cudów na trasie. Na pożegnanie dostał buziaka, więc pewnie się udało, a pani zanurzała się w codzienność najwyraźniej usatysfakcjonowana i kręciła kuperkiem, co chyba-mąż mógł oglądać tylko we wstecznym lusterku. Ja swobodnie zaliczam dwie kontrole w dwóch środkach transportu. I trafiam gościa, który zwyczajowo uzupełnia płyny bezprocentowym piwkiem z puszki. Nosi spodnie z napisem pitbull i kurtkę zdobną w napis amstaff, więc pewnie praktykujący weterynarz, albo pracownik schroniska dla zwierząt.


Doskonałość uwielbia przechadzać się w trójkach, nic więc dziwnego, że pani zdolna do wszystkiego miała asystę w liczbie wystarczającej dla Absolutu. Spod czerni rajstop, na udzie czaił się las. Udo było dorodne, mieszczące różnorodność dendrologiczną, a gatunków sam rozpoznałem więcej, niż magistrat chce rozrzucić w przestrzeni rynkowej, wzbudzając ambiwalentne uczucia wśród mieszkańców. Bo niby dlaczego robinie akacjowe, już uznane za gatunek inwazyjny, bo czemu zasłaniać piękne elewacje kamienic, bo w końcu sto toalet dla piesków, to gruba przesada jak na tak niewielką przestrzeń, która mimo natłoku turystów nie posiada porównywalnej bazy fizjologicznej dla ludzi.


Wystawę sklepu z kosmetykami naturalnymi zdobi łeb słonia w ciemnej zieleni. Nie bardzo wiem, jak się to ma do pochodzenia kosmetyków, ale mój nienasycony umysł błyskawicznie podrzuca propozycję maseczki z mózgu słonia, która co prawda rozumu użytkownikom nie przyda, ale może choć cerę wygładzi. Masaże/biczowanie trąbą? Nóżkę bezstresowo spotykam pomiędzy salonami. Rozkoszuje się wonnym papieroskiem, ja sczytuję (nie mylić ze szczytuję) z ogrodzenia budowlanego menu festiwalu jazzowego. Jakiś psiak, którego przodkowie regularnie popełniali mezalianse, obszczekuje rowerzystę, za co zbiera wiązankę „wyrazów” zarówno od właściciela, jak i cyklisty. Ćwierkanie zyskuje na różnorodności, co cieszy niezmiernie.


    Wracając zatłoczonym tramwajem, nosem niemal wbity jestem w profil dziewczyny. Nie ma makijażu, własne pazurki wolne od lakieru, zero biżuterii… No właśnie – zero. Za to w uszach sieczka. Kilkanaście kolczyków deflorujących uszy w nieprawdopodobnych miejscach. Popołudniami skokowo rośnie liczba ciekawskich pępków zwiedzających Miasto. Z dnia na dzień ich liczba rośnie, szybciej chyba niż kwitnących krokusów. Krótkie spodenki i koszulki na ramiączkach też nie są już ewenementem nie do powtórzenia. Pośród tablic rejestracyjnych dziś taki wybryk – P7 ADHD. Przynajmniej wszystko jasne, wiadomo, czego spodziewać się po kierowcy.


wtorek, 10 marca 2026

Paralotnią wparowała para na parafię i paradoksalnie paraduje pod parasolem po parafinie.



    W pełną szklanicę nieba ktoś nocą wpuścił całą pastylkę księżyca. Ledwie pół się rozpuściło, a już całe niebo zwarzone, czyli księżyc musiał być bardzo kwaśny. Jak na ziemię spadnie serwatka w postaci kwaśnego deszczu, to się nie zdziwię, a ser (oby) zostanie dla aniołów na pyszny serniczek, względnie na farsz do naleśników. Nastrój zapewne podkręcił mi „wysokiej jakości artykuł” na WP, z którego dowiedziałem się, że boczniaków najlepiej szukać w okolicy drzew dębowych i bukowych.


    Młodziutka Klepsydra w barwach Juventusu (niewprawnym powiem, iż Stara Dama z Turynu wyznaje wyłącznie biel i czerń) operowała krągłościami z wprawą doświadczonej matrony. Pan Baryłka, że tak pieszczotliwie wyrażę się o kolosie globalnie wypukłym, przepuścił ją, by nacieszyć się widokiem, czyli jest estetą, sybarytą, a może poetą, który teraz z mozołem szuka godnego rymu do słowa klepsydra. Bo przecie nie Hydra, nie wydra, ani tym bardziej zadra. W dzielnicy Boga czas snuje się znudzony i znużony. Lekko przykurzony solidną warstwą historii i nie mniej okazałymi zamiarami na przyszłość tuła się po zakamarkach i rozszczelnia wrota świątyni. Drobna nastolatka o szmaragdowych włosach podpompowuje biuścik ciepłym, cybernetycznym dymem, obojętnie mijając pana, który w przysiadzie realizował się za krzewem wciąż pozbawionym zielonego łupieżu.


    Nóżkę trafiam tam-gdzie-należy, więc nie muszę się spieszyć, lecz uliczne pustki zniechęcają do swobodnego meandrowania. Elegancko zapadam w podwórze, gdzie wieczorem nie chciałbym musieć wpadać i obok krzewuszek drobię kroki w stronę dwóch kasztanowców. Odprowadza mnie poprawiający mi humor napis na blaszanych drzwiach – ZERO TROSK. Pobieram klucze do codzienności i beztrosko trwam w czasie teraźniejszym. Patrzę, jak błądzą ludzie, zdumieni, że nie trafili gdzie chcieli i niemal wisiał w powietrzu znak zapytania okraszony soczystym przekleństwem – GPS, gdzie to jest? Jako wielokrotny nastolatek uczyłem się trafiać do celu w sposób analogowy, bez elektronicznego wsparcia, a jedynym, stosowanym niechętnie rozwiązaniem „sieciowym” była indagacja tubylca. Wspieram co bardziej zabłąkane byty elektroniczne, z których znakomita większość zamierzała trafić w sąsiednie drzwi od tych opatrzonych napisem ZERO TROSK.


    Wracam i oczywiście penetruję wzrokiem przestrzenie. Wpada mi w oczy tablica rejestracyjna D4 KRZEM – brzmi nieźle i tajemniczo. Chwilę później w miejscu dowolnym jezdnię przebiega dziewczątko o piersiach większych od pośladków. Być może postanowiła podrasować krągłości, lecz stać ją było tylko na górę, a dół musi poczekać na kolejną transzę kieszonkowego? Cóż. Gdybym z premedytacją i świecą miał szukać podobnej urody, musiałbym zaopatrzyć się w gromnicę – nic mniej nie wchodzi w rachubę.

Systemowa empatia.

 

Twoja funkcja wygasła” poinformował mnie system i beznamiętnym głosem kontynuował:


Proszę niezwłocznie zdać służbowe wyposażenie, a następnie udać się ze znormalizowaną obiegówką do zakładowego księgowego, kwatermistrza i specjalisty do spraw żywienia, aby rozliczyć się z otrzymanych pakietów fizycznych i danych wrażliwych. Następnie lekarz oszacuje zużycie organów, płynów ustrojowych i pozostałych tkanek, obciążając bieżący rachunek.


Jeżeli zamierza pan uregulować inne, zaległe płatności, uprzedzić, pozdrowić, względnie opieprzyć kogokolwiek proszę nacisnąć przycisk „accept” i skorzystać z bonusowych dziesięciu minut na realizację ostatniej woli.


Przysługuje panu również ostatnia wieczerza, o której rozmachu zdecydują pozostałe na rachunku środki, dlatego zalecam wstrzemięźliwość ekonomiczną przed symbolicznym „żegnam”.

poniedziałek, 9 marca 2026

Masażer żeruje na masie.

 

Pół księżyca zawisło nad blokowiskiem. Przygląda mu się. Zimne, głodne i spragnione drugiej połówki (nie, nie jest sztajmesem, już prędzej nieuleczalnym romantykiem). Okna przeważnie ciemne, nie dające nadziei na rozgrzewający widok. Za nimi trwa życie utajone, spowolnione, posapujące przed ogromem obowiązków, jakie pojawią się, gdy tylko budzik otworzy oczy śpiących.


Kaczuszka w locie manewrowym ucieka przed kaczorem sunącym w ślad za nią, najwyraźniej owładnięty nieodległą wizją reprodukcji. Trudno się patrzy, bo słońce zawisło nad Rzeką i odbiera wzrok, lecz dziewczynka ucieka błyskawicznie i wciąż ma nadzieję zachować cnotę unosząc ją w przestworza. Niska pani o bardzo ruchliwych pośladkach sunie przede mną w tempie Korzeniowskiego z najlepszych lat. Na tyłku ma wypłowiałe pulchne serduszka podrygujące w rytm kroków (ani chybi - tętno ze sto pięćdziesiąt, przypadek kardiologicznie nieobojętny). Mija inną, gaworzącą grzecznie z mamusią. Wiele można byłoby o niej powiedzieć, ale nie to, że jest kompaktowa. Wbiła się w coś obcisłego, ciemnoszarego, z plamą jaśniejszego materiału na zadku, jakby chciała skoncentrować wzrok patrzących tam właśnie. Udało się. Mamusia może być dumna z pacholęcia, które już ją przerosło w każdej możliwej osi i zaparciu w demonstrowaniu wdzięków.

sobota, 7 marca 2026

Siwy Sziwa budzi Buddę.

 

    Wykupiłem w MPK bilet all-inclusive, by móc całodobowo, wszędzie i wszystkim. Więc wożę się z wdziękiem i bezstresowo podziwiam Miasto. Wystarczy zapamiętać datę odświeżania abonamentu i już.


    Pod osłoną wielkiej kuli rokitnika usiadłem w słońcu na wprost miejsca, które zasiedlała ongiś jednostka zaprzyjaźniona, gdy uznała Miasto za właściwe do kształtowania światopoglądu i przyszłości. W czas powodzi, po pępek w wodzie ruszyliśmy sprawdzić, jak się miewa jego lokum, bo wielka woda zamknęła nas w moich pieleszach, gdzie spędziliśmy tydzień. To u niego dowiedziałem się, że kobieta zawsze znajdzie możliwość odwdzięczenia się mężczyźnie, jednak mój ograniczony umysł nie odkrył, w jaki sposób miałby się odwdzięczyć facet. Mokre wspominki popełniałem na ławce unurzanej w słońcu. Bo przecież w-on-czas świat był bardziej przychylny, choć wymagający. Teraz ustabilizował się na bardzo wysokim poziomie niepewności. I każde jutro cieszy, bo nikt wiarygodnie nie obiecywał go nikomu.


    Zająłem miejsce umożliwiające także widok na wykwity z niższego komina elektrociepłowni. Wyższy komin chyba odpoczywał. Między nimi zielenił się miedziana blachą dach świątyni strzeżonej krzyżem przed wyładowaniami atmosferycznymi. Wiatr usiłował mnie zniechęcić, jednak nie dałem się. Gołębie gruchały wiosennie, starsze panie obgadywały tych, co nie mieli prawa podsłuchać ich gawędy.


    Czasy najwyraźniej zmieniają się i świat się przebiegunowuje. Świadczyć może o tym choćby fakt, że nieco zaniedbany dżentelmen, z nienajświeższą damą przysiedli na ławeczce, a gdy od ćwierkania zaschło im w gardziołkach, to dama udała się do pobliskiego wodopoju i wróciła z dwiema flaszkami piwa, które wytrąbili wprost z butelek. Moje zdumienie powinno przemodelować ów rokitnik, najwyraźniej jednak stałem się istotą dyskretną jak marmurowy pomnik.


Podłość na podłodze.

 

Nieco przemrożona nastolatka minęła obojętnie krągłego (więc cieplutkiego) faceta i stanęła dalej, na trawniku, zupełnie, jakby przystanek był zbyt mały na jej potrzeby. A może po prostu nie lubiła Szlachcianki Z Zaścianka i wolała się trzymać z daleka, na dodatek w pokaźnym (i ciepłym), męskim cieniu. Księżyc powoli zaczął zbijać wagę, choć nadal blisko mu do idealnej wypukłości.


Z autobusowego okna podziwiam posiadaczkę wiodącą smycz ku pokusom wszelakim. Jej pupil czmychnął metr niżej, w zeszłoroczne nawłociowiska i najwyraźniej dobrze mu w nich. Mijamy pole kukurydzy, jeszcze nie obsiane. Już wiadomo, że za dwa lata będzie tu parko-las z jeziorkiem retencyjnym, ale dziś wciąż jest tu obwód łowiecki. Oczyma mojej rozpasanej wyobraźni widzę myśliwego, jak oprawia ubitą sarnę dwa kroki od ścieżki rowerowej, jucha wsiąka w czarnoziem, a flaki rzuca w chaszcze obok słupa energetycznego pod czujnym wzrokiem gawronów i innych padlinożerców.


Siedzące przede mną dziewczątko z emocji zaczęło bawić się włosami, więc może myślałem zbyt intensywnie? Wkładała za ucho te włosy (żeby lepiej słyszeć) i wtedy okazało się, że środkowy palec ma pozbawiony uzbrojenia. Wyglądał tak niewinnie, rozczulająco bezbronny… pośród pancernej braci. Przydworcowi kloszardzi sprowadzają mnie na ziemię. Tu nieustająco trzeba myśleć o przetrwaniu. Sączą wprost z flaszki Żubrówkę i popijają wodą z plastiku, a humorem zniewalają co mniej odporne jednostki. Przesiadam się na tramwaj. Za mną siedzi młodziutka, można powiedzieć początkująca kobieta. Dyszy, jakby właśnie ukończyła maraton, a przecież ledwie dwa schodki się wspięła i zajęła miejsce najbliżej drzwi. Na przystanku widzę minispódniczkę i oficerki wspólnie ochraniające przeciwległe końce długich nóg w cielistych rajstopach. Wyżej? Syberia. Grubaśna kurtka z kapturem obszytym futrem nieznanego mi zwierzęcia. Ale już w południe będzie ciepło, grzech ukrywać nóżki piękne od samego rana, a może nawet wcześniej? Kolejny przystanek i kolejny kloszard-wózkers. Gestykuluje z rozmachem jakby dyrygował orkiestrą symfoniczną, przy okazji udzielając się wokalnie. Cóż. Śpiewność narodu rośnie po spożyciu napojów wzmocnionych. Na chodniku umarły dwie hulajnogi. Gołębie drepcą nieco nerwowo, lecz z szacunkiem omijają truchła. Szukają ukradkiem drobnych na choć skromne śniadanie.


Wymyślam niedokończoną mantrę marszową, pełną częstochowskich rymów, ale ważny jest rytm, pozwalający mi spotkać Nóżkę tam, gdzie należy. Znaczy pomogła uzyskać tempo marszowe adekwatne do temperatury otoczenia.


Z powodu chłodu, lodu i głodu,

Sunę do przodu.

Spomiędzy stodół

Zasysam jodu, sodu i słodu.

czwartek, 5 marca 2026

Podłość na podłodze.

 

Wieczorem, wracając do domu oglądałem wnętrze kawiarni. Na sześć parami zajętych stolików siedział tylko jeden facet… Intrygujące. A na przystanku pulchniutka pani całowała nie za dużego pana, więc nawet na palce nie musiała się wspinać. W autobusie pachniało mielonką, choć wcześniej cuchnęło moczem, czyli ku lepszemu poszło.


Rankiem, wychodząc z bramy natknąłem się na kosa. Siedziało toto na szczycie płotu obrośniętego winobluszczem i zerkało wzdłuż płotu. Zerknąłem i ja, a tam kilka metrów dalej drugi kos. Bezwstydnie gapił się na pierwszego, mnie ignorując doskonale. Poszedłem nie mieszając się w kosie sprawki. Nim wyszedłem z osiedla, trafiam na trzeciego obserwatora. Siedział na murze i sprawdzał, czy trafię do furtki. Gdy się upewnił, że nie zabłądzę, zeskoczył z muru i w podskokach udał się tam, gdzie kosy się udają, kiedy nikt nie patrzy.


Brzask chwycił się wierzchołków brzóz i ciągnął je za włosy usiłując wygrzebać z niebytu. Brunetka w rozpiętym płaszczu pełna niezbywalnych kształtów, udawała że jest ciepło, czemu przeczyły skostniałe, oszronione trawniki i wiatr wdzierający się tam, gdzie uczepiły się resztki snów. Dostrzegam frapującą rejestrację – V8 SIANO. Jaki przekaz nieść miała? Prowadząca auto kobieta nijak nie wyglądała na kobyłkę. Może po prostu chciała pobrykać na sianeczku-sianie?


Dziewczęta przesunęły tekstylną granicę wstydu tak dalece, że ich mamom pewnie robi się gorąco na samą myśl, że mogłyby tak i one. Ale przecież niektóre decydują się naśladować. Kto wie, czy nie na podstawie powtarzającej się „skromności odzieżowej” nawiedza mnie myśl, że najtrudniej zapomnieć kogoś, kto widział cię nago. Szczęściem, mija mnie tramwaj, a mi mijają kosmate myśli. Wewnątrz siedzą w zasadzie same kobiety, ale tylko jedna się uśmiecha i oczywiście ona zawłaszcza moją uwagę, całą resztę otaczając mgłą obojętności.

środa, 4 marca 2026

Wdzięk dźwięku.

 

Tłuściutki księżyc pochyla się nad sąsiednim osiedlem, widać tam właśnie udało mu się wypatrzyć coś, czego u nas nie znalazł. Świntuch? Przytrzymuję furtkę zasobnej cieleśnie, rudej sąsiadce, co (być może) wprawia ją w dobry humor, bo w autobusie podśpiewuje i tańczy rudą głową w rytm muzyki sączącej się wprost w uszy. Znów zwiedzam Miasto. Gdy ostatnie ekstrawagancje dopiero opuszczają rynek i to niekompletnie odziane, a martwe szczury kostnieją na chodnikach, kiedy niebo po jednej stronie wciąż ciemne, niemal fioletowe, a z drugiej już się przeciera do niezbyt czystego błękitu (było nie siadać na krawężniku!). Samoloty kaleczą niebo dzieląc je na mniejsze kawałki które można „ogarnąć” wzrokiem bez wrażenia, że człowiek porywa się na nieskończoność. Idę na most, popatrzeć, jak startuje kormoran, wydający się na wodzie czarną owcą pośród łabędzi i mew. Drzew wygolone na wiosnę, lepiej podstrzyżone niż szczawiki do pierwszej komunii przysłuchują się śpiewom ptasim, których różnorodność z dnia na dzień się pogłębia. Bezruch z rzadka zaburzony samochodowymi światłami, zdaje się zaprzeczać nabazgrolonemu na elewacji hasłu „Rośniemy w siłę” podpierającemu klepsydrę wpisaną w okrąg i szpecącemu jeden z niewielu budynków na wyspach. Choć idę inną trasą, a nogi skłaniają do spowolnienia, to jednak Nóżkę trafiam przy pierwszym z jego punktu odniesienia salonie sukien ślubnych. No tak – wszedłem w ten dzień wcześniej niż zazwyczaj…


    Popołudniową podróż zaczynam w tramwaju. Siadam naprzeciw kobiety o której bez kpiny ciężko jest powiedzieć „drobna”, czy „szczupła”. Pani najwyraźniej rozsmakowana w większych rozmiarach dekolt miała zgodny z trendem, demonstrując naprawdę urodziwe piersi. Miałem ja obrazić i udawać, że nie widzę? Czy gapić się i ją obrazić? Od dylematów zakręciło mi się w głowie, ale w końcu doszedłem do wniosku, że ubrała to, co chciała. Ja nie chwalę się dekoltem, bo nie bardzo mam czym. Raczej wstyd. Ale ona? Najwyraźniej uznała, że warto, więc grzechem byłoby nie skosztować (wzrokiem) tego dzieła może nie tyle sztuki, co twórczości jej rodziców.

wtorek, 3 marca 2026

Sarkofag – pojemnik na sarkazm.

 

Pod osłoną wiaty przy dworcu kolejowym stoi para zniszczonych, czarnych buciorów. Wnętrze jednego z nich zamieszkuje butelka piwa. Z kapslem, więc może musi się „ustać”, nim ktoś je pochłonie. W sąsiedniej wiacie stoi zrezygnowana nastolatka w czerni, a ręce jej wiszą na znak kompletnej beznadziei. Kawałek dalej, życiowo doświadczona pani, ale też w czerniach ziewała spod wielkiego kaptura, jakby zamierzała połknąć świat. Jakiś rozkoszny pijaczek zabawia ulicę popisami wokalnymi, a śpiew, ochrypły od nadużywania niesie się w przestrzeń nie czekając na aplauz, czy opinie jurorów The Voice, czy innego szoł. Komunikacja miejska tak sprawnie obsłużyła mnie tego poranka, że na Nóżkę nie liczyłem nawet. Zadowoliłem się ostrością konturów wynurzających się z przedświtu i szerokie wstęgi „chmur kondensacyjnych”, którymi (jak co ranka) nasycają niebo rozliczne samoloty. Chodnik zaśmiecony truchłami czerwonych i czarnych balonów sugerował pogrom demonstracji banderowców, ale lokalna prasa milczy, więc pewnie znów nadinterpretowałem.


    Ruda pani, łatwo dostrzegalna z powodu rozmiaru (i wiśniowej minispódniczki) idąc podskakiwała i tańczyła w sobie tylko znanym rytmie. Krótka kładka między dwiema solidnymi wieżami zastanawia – nazwać coś takiego punktem widokowym, choć widok mocno ograniczają mury? Wystarczy nazwać kładeczkę „mostkiem pokutnicy”, dorobić legendę i kasować od naiwnych bilety, pozwalając im wspinać się na górę schodami, żeby rozum całkiem odebrać. I jeszcze Śpiewna Nerwica w wielkich przeciwsłonecznych okularach. Mimo tłoku i smrodu spoconych ciał podśpiewuje sobie w najlepsze, podrygując wiosennie. Super!

poniedziałek, 2 marca 2026

Zatwierdzenie zatwardzenia.

 

Trawy osiwiały nocą, a teraz zziębnięte, czekają na słońce, by się zazielenić. Tymczasem słońce, kiedy już się łaskawie objawi, zerka z obrzydzeniem po zakamarkach i sprawdza, jak dużo śmieci można porzucić, gdy świat przyśnie w śniegach. Dziewczę w czerniach z okna tramwaju fotografuje Dzielnicę Boga, nie przejmując się, że przęsła mostu poszatkują obrazy kratownicą. Ometkowani ludzie pozwalają się pożreć biurowcowi ostentacyjnie chronionemu przez emerytowanych aniołów stróżów. Elektrociepłownia pompuje w niebo tłuściutkie chmury chcąc je rozgrzać po chłodnej nocy. Przy balustradach Wyspy Daliowej stoi wędkarz objuczony sprzętem, jakby polował na lewiatana, albo przynajmniej miecznika. Stoi z biodrami wypchniętymi ku Rzece, co kojarzy się z czynnościami fizjologicznymi, ale może chce tylko zademonstrować, że najpiękniejszy budynek w Mieście nie robi na nim wrażenia.


Pan Minister zrezygnował chwilowo z karcenia i besztania ościennych polityków na tik-tokach, czy Instagramach, oficjalnie zajmując się monitorowaniem, więc spokojnie mogę zająć się swoimi sprawami, wiedząc, że wojna jest w dobrych rękach i nie wymknie się nijak, choć Europa błyskawicznie dzieli się na tych, co terrorystów widzą po jednej, albo po drugiej stronie konfliktu.

sobota, 28 lutego 2026

Winniczek winowajca na winku w winnicy.

 

    Nie wiadomo kiedy klonom osiedlowym ostrzyżono głowy a nietrwała ondulacja wyokrągliła ich głowy w afro, które lada chwila się zazieleni. Plac zabaw tętni radością małoletnią, starsi dźwigają zakupy na cały tydzień, względnie dźwigają pieski nie skore do własnoręcznego przebierania krótkimi nóżkami po brudnych chodnikach. Słońce suszy wilgoć na ścianach, drobiazg ptasi zanosi się od serenad miłosnych, a tymczasem – wojna zaczyna się rozkręcać na dobre.


    „Państwo Izrael” – jak pyszałkowaci politycy mówią o sobie „w obronie własnej” zaatakowało Iran, z którym nawet nie graniczy. Oczywiście wesz może zaatakować wilka i nawet krwi possać, ale większych sukcesów ciężko się spodziewać, więc w konflikt (choć „Państwo Izrael” istnieje zaledwie od 1948 roku, powołane do życia na terenie Palestyny po zakończeniu „brytyjskiego mandatu” – czytaj okupacji, i zdążyło już skonfliktować się z każdym sąsiadem oraz z bardziej odległymi narodami z powodu niegasnącej pazerności) zaangażowali Wielkiego Brata, który prewencyjnie „broni swoich obywateli poprzez eliminację zagrożeń”, czyli bombarduje kraj tak odległy od własnych obywateli, że większość nawet nie wie, gdzie toto leży. Po tygodniach „rozmów pokojowych” potrzebnych, by w pobliże Iranu dopłynęły amerykańskie lotniskowce, skończyła się gawęda, a zaczął się piracki napad.


    A ja, jak ostatni frajer ciągle zastanawiam się, co „Państwo Izrael” ma na Usaków, że ci tak chętnie dają się wciągać w ich bagienka? Może amerykański sen śni się wyłącznie pod żydowskie dyktando? Skoro już nawet główny nurt dostrzegł, że to co się dzieje w Gazie, to ludobójstwo, jakakolwiek pomoc przestępcy powinna nazywać się co najmniej WSPÓŁUDZIAŁ W ZBRODNI i być ścigana prawnie. Tymczasem wieści medialne tłumaczą zaangażowanie Ameryki tak daleko od domu i wyjaśniają, jaka jest rola Izraela w tym konflikcie.


    PS. Zaraz zaraz. A kiedy podstępni Rosjanie zdradziecko napadli na bohaterskich Kozaków, to raz dwa spadło na nich dwadzieścia pakietów sankcji, usunięto ich sportowców ze światowych aren, a do napadniętych popłynęło finansowe wsparcie nieporównywalne z niczym, co może pamiętać żyjący człowiek. Więc świat WIE, co należy zrobić z tym piractwem.

piątek, 27 lutego 2026

Dochodzenie.

 

Nóż w miodzie… Zgroza zawisła w powietrzu. Wypełniła kuchnię podejrzeniem i rozlała się po pozostałych pomieszczeniach, nie unikając łazienki. Nóż, taki do masła, wbity był w miód głęboko, niemal po rękojeść. Jakby ktoś skutecznie usiłował zamordować miód. Miód był gryczany, najlepszy. Zdążył już się zestalić i dlatego noża nie pochłonął. Za to siły trzeba było użyć, by zagłębić go aż tak, bo sam z siebie raczej by nie zdołał…


Przydałby się Sherlock do rozwiązania zagadki, ale zapodział mi się gdzieś szukając Moriartego, czy psa Baskervillów, względnie obu naraz. A nóż sterczał jak wyrzut sumienia i kalał miód tępymi krawędziami, bo z masłem przecież walczyć nie trzeba i nawet drewniany potrafił dobrać się masłu „w miętkie”. Słoik udawał twardziela, jednak wzrok odwracał, żeby nie widzieć ostrza tępego (taki przypadek paradoksalny), lecz robiącego wrażenie bezpośrednią dosadnością. Dobrze, że nie zemdlał jak jakaś mimoza z pensji dla panienek z domów lepszych od innych. Strata byłaby nieunikniona, bo któż odważyłby się pożreć miód z być może igłami hartowanego szkła?


Słoik i miód stały skostniałe w pośmiertnym strachu, bo przecież nie od chłodu, za to nóż ordynarnie sterczał. Jeszcze brakuje, żeby jakieś małolaty to zobaczyły i obraza dziewiczej moralności pewna, gdy widok trafi na charakterek niewyrobiony, delikatny i romantyczny. Wyciągnąłem dłoń, żeby wyciągnąć nóż. Powstrzymałem się jednak, żeby najpierw wyciągnąć wnioski. Może gwizdnąć na psa, żeby zwęszył agresora, co śmiał w samym sercu domu nóż wrazić tępy w gęsty, chrzęszczący miód? A może walne zgromadzenie obwieścić, wici puszczając przodem i po zebraniu quorum decyzję podjąć rodzinną, kompleksową i ustalić stanowiska na wypadek oficjalnego dochodzenia?


A jeśli to JEDEN Z NICH?


Zgroza urosła utuczona domniemaniem, że domownik popełnił ów niecny czyn i uśmiercił miód, a może i słoik doprowadził do mimowolnej śmierci z przerażenia, po czym oddalił się w nieznanym kierunku, porzucając zewłok krwawiący ciszej niż mgła osiadająca na młodym źdźble trawy. Koszmar nie wyglądał na przypadkowe zabójstwo, lecz mord z premedytacją. Gęsia skórka obsiadła mnie gęściej niż gołębie Planty w chwili gdy emeryt sieje kaszą jęczmienną bezwzrocze przed sobą. W DOMU PRZEBYWA MORDERCA. Skrytobójca. Kiler. Asasyn.


Właśnie. Asasyn, syn Asa! Małolat rozumu za wiele jeszcze nie wyfasował, więc może? Na grzbiecie włos mi się nastroszył, choć do dziś nie podejrzewałem jego-tam-istnienia. Który facet korzysta z wielokrotności luster, żeby własne zaplecze kontemplować? Chyba tylko jakiś specyficzny, albo ekstrawagancki, a ja na ekstrawagancję byłem prozaicznie zbyt ubogi. Ale nie byłem „dziwny”. Ot, zwyklak taki, przeciętniak. A tymczasem miód. Martwy, sztywny, zimny, gęsty od epitetów. Miast uśmiech pobudzać, łzy wyciska i nic, tylko żałobę ogłaszać, klepsydry na odrzwiach kuchennych przybijać i łkać, kląć, złorzeczyć. Tylko komu?


Skłonny byłem inwokację jakowąś nieśmiertelną popełnić, gdy odgłos spuszczanej wody w łazience wytrącił mnie z patriotyzmu lokalnego wielce i sprowadził na ziemię. Tę ziemię… Drzwi łazienkowe trzasnęły, więc podświadomość wykryła istotę małoletnią, nie nawykłą do delikatności względem wyposażenia. A małoletnich istot w obiekcie było trzy sztuki. Przynajmniej do ostatniej nocy. Bo skoro miód, kto wie, co spotkało narybek? Zgroza dawała się już kroić w plasterki i musiałem podjąć kroki, albo czynności – cokolwiek zrobić musiałem, żeby zgasić niepewną przyszłość i przyszpilić rzeczywistość faktami, jak papiakami – raz i nieodwołalnie.


Co najpierw? Sypialnia narybku? Do trzech, to i bez liczydła liczyłem swobodnie, choć w stanie wzburzenia mogły mi się rachunki zatrząść w paluchach. Nogi ciężkie, mosiężne chyba, trudno było skłonić do podróży z kuchni przez przedpokój na nocne salony dzieciaczków, które być może podzieliły los miodu… Jedno się uratowało, bo któżby trzaskał drzwiami od łazienki? Albo pisklę, albo morderca miodu. To pewne. Czy stać mnie na poświęcenie, by własną piersią ochronić rodzinę przed zuchwalcem? A jak ma w garści ostrzejszy nóż? Taki do filetowania, czy poręczny tasaczek? Uuuuch! Zmiękło mi w środku i na zewnątrz. Mało brakowało a popuściłbym sromotnie. Tymczasem zaplaskały małe stópki i do kuchni wkroczyła piegowata buźka z dwoma kitkami blond włosków. Z buzią mokrą i żabotem wodą wymalowanym na piżamce.


- Co się gapisz? – zapytała ciekawska panna – Słodyczka mi się chciało, a potem poszłam umyć buzię, bo strasznie się kleiło. Następnym raz kup miód, co się tak nie lepi. Umiesz?

Ula hula u króla, Hela chla hel na Helu, Ewa ziewa u chlewa.

 

W Miasto ruszyły minispódniczki, praktycznie wymuszając wiosnę. Nie ma to jak łagodna siła perswazji, działająca na całkiem spory odsetek mężczyzn. Do łask wróciły końskie ogony i można oglądać sporo pięknych okazów. Przydałoby się tylko ozdobić je dodatkowo choć wątłym uśmiechem, ale tego chyba nie uczą w szkołach, czy zakładach pracy.


Kędzierzawy chłopak na kolanie odrabia lekcje jadąc autobusem. Wybranka kierowcy, nim wysiądzie solidnie podciągnie majtki i wymieni pieszczoty z prywatnym szoferem. Zerkam za okno i widzę, że świat odzieżowy podzielił się na dżinsy, dresy i leginsy, dla innych wyborów zostawiając bardzo wąski margines. Na przystanku, żeby odszyfrować rozkład jazdy wspina się na palce malutka, okrąglutka niewiasta i zadzierając nos czyta z mozołem w świetle latarki z telefonu. Na wystawie drewniany pelikan krytycznie przygląda się konikowi na biegunach i musi przyznać, że to nie jego rozmiar, więc o bujaniu może tylko pomarzyć. Za to elektrociepłownia zapisuje na niebie dwie różne melodie z dwóch kominów. Ciekawe, kto je odśpiewa. W przechodniej bramie kuca wysokopienna chudzina i coś długie w telefonie. Na kolanie ma dziursko tak duże, że gdyby je odrobinę jeszcze powiększyła, mogłaby siusiać nie zdejmując spodni. Bożodrzewy kolonizują pęknięcia muru i wyrastają gęstą kępą, ciągnąc ku niebu, a byle wycinka im nie straszna, potrafią przetrwać mimo ludzkiej zapalczywości i wbrew woli pił spalinowych.


    Popołudnie owocuje mnóstwem ciekawskich, młodziutkich pępków zwiedzających Miasto. I kilometrowych szali noszonych po kelnersku jak serwetki na przedramieniu. Wracam maszerując w rytm:

    Piekła pieczeń w piekle i wyszło niebosko.

czwartek, 26 lutego 2026

Katorgą kata z Kataru – katar Katarzyny.

 

Parkingi osiedlowe pełne samochodów w brokatowych okryciach. Skrzą się w mdłym świetle latarni i tylko patrzeć, jak zaczną wirować w magicznym tangu. Gołębie szukają sobie miejsca na gzymsach i parapetach, żeby nie przeszkadzać spieszącym do pracy ludziom. Rzeka dymi – musiała się nieźle spocić, tocząc wody z daleka ku Miastu. Komin elektrociepłowni rozsiewa dym snujący się poziomo, malując na niebie pasma nieistniejących, ośnieżonych gór, bacznie obserwowanych przez całą rodzinę zielonych kotów nadstawiających czujnie uszu ze skraju witryny.


    Chłopakowi brakowało wzrostu i zdecydowania. Pierwszy z braków rekompensował butami o bardzo grubych podeszwach, drugim obarczał otoczenia. Szamotał się i kręcił w kółko powodując wokół siebie zawirowania. Niemal co dnia mam okazję obserwować zarówno stare kamienice, jak i nowe budynki. Te sprzed wieku są po prostu zachwycające, choć czasem zaniedbane i noszące ślady odległej wojny. Za to nowe, to istne straszydła – czarne, czy szare placki, zardzewiałe blachy, wszechobecne polerowane kamienie i lustra układane wprost na goły beton. Obrzydlistwo polerowane tak, że zwielokratnia słońce oślepiając przechodniów bez potrzeby. Kwitnące leszczyny sugerują wiośnie większe zaangażowanie i obligują do działania.

środa, 25 lutego 2026

Kołowanie kałamarza koło kału.

 

W pół podróży znienacka nastaje dzień. Niebo pęka, spod stada skisłych, burych baranów wydostaje się na świat niezbyt agresywny błękit. Rzeką płyną obrazy nocy przywleczone gdzieś z daleka. Drzewa ciężkie od bombek jemioły wypatrują słońca. Ptaki rozpraszają się po Mieście, a każdy nosi w pamięci lokalizacje kilku obiecujących stołówek. Na przystanku dziewczyna pulchna jak tłustoczwartkowy pączek z nadzieją wypatruje szczęśliwego numerka na tramwajowych wyświetlaczach. Bez uzasadnienia wyprzedzam długonogie gazele w czarnych rajstopach ogłuszone wielką porcją porannych ploteczek z wirtualnego śmietnika. Kosy i szpaki pogwizdują bez zadęcia, a ja wypatruję, co je skłoniło do uznawanego za wulgarny zachwytu.

Ekstrakt o niezbywalnej sile tradycji.

 

Tradycyjna receptura, w przypadku Amerykanów kojarzy mi się z nieodmiennie z wysłaniem gdzieś lotniskowca, puszczeniu z niego kilku samolotów, by paskudnymi bombami zaprowadziły demokrację uległą amerykańskim apetytom ekonomicznym. Przed erą lotniskowców ćwiczyli na autochtonach i bizonach maximami.

wtorek, 24 lutego 2026

Kapitalny akapit o kapitulacji kapitana.

 

Niebo zdawało się być niezwykle ciężkie, czekające na pretekst, by spaść na ziemię i nagłą śmiercią ją pokarać. Za to pachniało, czego nie czyni, gdy dzień dojrzeje. Kosy dokazywały na całego korzystając z naturalnego maskowania. Dziewczęta o fałszywych rumieńcach i udach wyćwiczonych na długich dystansach mijały senne sylwetki o bardziej kruchej budowie i mniejszym apetycie na życie. Byczek jadący zapewne na budowę posilał się zeroprocentowym „piwem”, rozcieńczając wczorajsze ekscesy, albo przygotowując organizm na dzisiejsze.


    Wracam. Spotykam dwóch gości w identycznych kurtkach. Wychodzą z punktu bukmacherskiego. Jeden kręci głową i mówi – Daj spokój, dwadzieścia wyników i zero trafień? Faktycznie on powinien dać spokój. Chyba, że ten drugi potraktuje wskazania pierwszego jako niemal pewną wskazówkę, co nie przyjdzie – ich szanse w tandemie wzrosną niebotycznie.

Zawzięty.

 

- A ty niby kto? – ryknął na mnie kapitan.


- Jo? Nasz – usiłowałem wmówić mu brednię o wspólnych korzeniach, albo choć wątłym pokrewieństwie narodowym.


- Jonasz powiadasz – podrapał się w łysiejący łeb – Nie znam.


- Ale… - usiłowałem przejąć inicjatywę, lecz nieskutecznie.


- A skoro nie znam, pójdziesz na pokarm dla rybek. Dla jednej rybki! Takiej, na którą czaimy się wszyscy od dawna.


Nim się zorientowałem te jego zbiry – majtki z porannej wachty wraz z bosmanem sprawili mnie, jak szynkę do wędzenia. Spętanego podpięli pod największy haczyk na ryby, jaki w życiu widziałem, a potem dołożyli jeszcze niewielki ponton, który miał mnie utrzymać na powierzchni i bez buziaka na pożegnanie brutalnie wywalili za burtę. Taplałem się w niezbyt ciepłej, za to mocno osolonej wodzie, a z pokładu dobiegały mnie rubaszne porady, bym unikał rybek o trójkątnej płetwie grzbietowej, bo nie na nich zależy kapitanowi. Dzień dopiero zamierzał rozwinąć się wzdłuż osi dodatnich temperatur, lekko kolebiąc moim ubezwłasnowolnionym kadłubem ciągniętym na grubej linie za statkiem. Kibicom szybko znudziła się monotonia mojej mokrej egzystencji i pozostawili na warcie pechowego obserwatora, sami oddalili się na partyjkę pokerka, może nawet rozbieranego. Nikt mnie nie zapraszał, więc kołysałem się, zastanawiając, czy morska choroba, to dobry pomysł, gdy nadziei na śniadanie zabrakło. Monotonia ruchów powierzchni skłaniała do drzemki, co wobec braku alternatyw przyjąłem ze stoickim spokojem. Obserwację otoczenia pozostawiłem temu nieszczęśnikowi na warcie. Gdyby coś się wydarzyło, nie przegapi, bo go ze skóry obedrą kamraci.


Tego jednak nie mógł przewidzieć najczujniejszy nawet wartownik. Ocean uniósł się raptownie, spłynął z wypukłości lewiatana ochlapując wszystko i wszystkich. Gdzieś w epicentrum wypiętrzenia znalazłem się ja wraz z osprzętem wędkarskim.


- Jest! – usłyszałem zachwycony głos wartownika – Do mnie, ale migiem!


Pokładowa euforia ominęła mnie, gdyż lewiatan, w przelocie mnie połknął, przegryzając linę, jakby to była zbutwiała niteczka. Sunąc w dół przewodu pokarmowego potwora pomyślałem z wisielczym humorem, że na taki egzemplarz właściwszą przynętą byłby cały statek, a jego obie kotwice robiłyby za mizerne kotwiczki. Ocean zatrzepotał nerwowo, nakrył bydlątko i uspokoił się, kpiąc z marynarzy, że niby nic wielkiego się nie stało. Ja? Pierwszy raz w życiu spływałem wodospadem, górską rzeką, rwącą w nerwach stromym kanionem. A chwilę później przyziemiłem na pupkę z bolesnym „ała” na sztandarze. Woda znikła w fiszbinowych śluzach potwora, a ja zacząłem rozglądać się po nowym lokum. Więzienie miało rozmiar tak wielki, że świadomość uwięzienia nieco okulała. Razem ze mną uwięzionych zostało mnóstwo rybiej drobnicy i wszelkie możliwe „owoce morza”, czyli chwasty trudne do strawienia przez syty organizm. Ale dla mnie, który wysprzątał żołądek z treści do czysta, pokusa rozśpiewała się murmurandem spragnionych kiszek. Spływ wodospadem uwolnił mnie od liny sam nie wiem kiedy i jakim sposobem, grunt, że odzyskałem swobodę ruchów. Połknąłem trochę małży z wodorostami, bardziej treściwy posiłek odkładając na później. Chciałem pozwiedzać, żeby zorientować się w rozmiarze nieszczęścia. Żołądek potwora, jak się wkrótce okazało był niezłym śmietnikiem. Wszędzie walały się cywilizacyjne graty, ze sporą łodzią w całości, jakimiś sieciami, meblami, czy sporymi kawałkami drewna.


- Da się żyć – pomyślałem – mam tu wszystko, co trzeba, żeby przetrwać!


Znalazłem nawet rower leżący beztrosko za paroma skrzynkami leciwej whisky. Na pokładzie znalazłem latarkę-czołówkę, więc mogłem pozwolić sobie na zwiedzanie. Rower nieco skrzypiał, ale to pewnie od wilgoci. Grunt, że korozja bo nie pożarła. Pedałowałem bez pośpiechu, kontemplując wnętrze potwora. Kolorowe stawy kusiły niczym gorące źródła, jednak większość była toksyczna, pełna kwasów żołądkowych, a nie słodkiej wody. Sterty chwastów schły w stogach, w których rozmaite zwierzęta nieznane nauce wiły gniazda, czy inne legowiska. Nos drażnił fetor, narastający w czasie. Dojechałem do czeluści, z której wydobywał się ów smród i chwilę trwało, nim zrozumiałem, że dotarłem do mniej apetycznego końca układu pokarmowego. Zawróciłem, obiecując sobie obozować bliżej drugiego końca.


Pierwsza noc była trudna, jak dziewiczy sen lądowego szczura na statku. Ale z czasem zacząłem przywykać. Żeby nie popaść w depresję, podjąłem się sprzątania. Najpierw najbliższe otoczenie, potem coraz dalsze rewiry. Za wysypisko śmieci robił oczywiście „odpływ” lewiatana. Humanitarnie nie zapychałem go nadmiernie, żeby nie dostał niestrawności, ale co mniej użyteczne przedmioty i odpadki lądowały gdzie trzeba, żeby nie odbierać otoczeniu walorów estetycznych. Stołowałem się w kubryku statku, ostrożnie paląc drewnem, bo zimny prowiant dobry jest na krótszą metę, a ja zamierzałem pożyć odrobinę dłużej. Od czasu do czasu „mój” potwór – tak o nim myślałem, cierpiał jakieś dolegliwości żołądkowe, szczęściem niezbyt burzliwe, ale najwyraźniej systematyczna gospodarka odpadami polepszyła nie tylko mój, ale i jego standard życiowy.


- Da się żyć – myślałem każdego dnia, choć samotność zaczynała już drążyć tunele w moim optymizmie – Ale gdyby tak okazja się trafiła na godziwe towarzystwo, warto się przygotować.


Lekko pokpiwając z samego siebie, na wypadek niemożliwego wykonałem jednak pierwsze ruchy. Po gruntownym sprzątaniu najbliższych okolic, na statek zacząłem znosić „skarby”, czyli to wszystko, co na stałym lądzie za takowe uchodziło, choć tutaj było zaledwie śmieciem. Ładownie wypełniałem drogocennościami. Nawet skrzynki wiekowej whisky przy których znalazłem rower wniosłem pod pokład. Statek był moim domem, a reszta, to był mój świat. Brak słońca dokuczał równie mocno, jak brak kobiety, a gdyby jakaś się trafiła zrządzeniem losu – z mety stałaby się królową tego świata, choćby była szczerbata i kulawa.


- A gdyby tak… - myśl niepokorna korciła – A gdyby tak znaleźć sposób, by wrócić?


Korzystając z niezliczonych fiszbinów bestii ostrożnie wspinałem się ku paszczy potwora, unikając jęzora, ruchliwszego od całego miotu piskorzy. Raz tylko trafiłem, że lewiatan ziewał będąc na powierzchni i wnętrze jego olbrzymiej paszczy wypełniło światło dnia. To była ta chwila, gdy się rozpłakałem z tęsknoty za światem i obiecałem nie spocząć, nim się nie wydostanę. Jak wrócić? Przeciąć brzuch potwora? Raz usiłowałem machnąć szabelką i ciachnąć go w miękkie tkanki, ale reakcja była tak gwałtowna, że niemal utraciłem skromny stan posiadania. To zły pomysł. Przecięcie żołądka, to jeszcze nie wolność, a jak bestia utonie nim powycinam przejście w tłustych powłokach brzusznych? Zostanę w martwym, gnijącym brzuszysku, a potem morze mnie pożre. To zła droga do wolności. Sam wyjść paszczą nie zdołam, przez odbyt tym bardziej.


- Nie ma wyjścia. Musi mnie wyrzygać! A skoro tak, to musi mnie wyrzygać wraz z łodzią, dopiero wtedy mam szansę przetrwać na oceanie.


Plan szaleńczy, ale straceńcy chwytają się nawet mizerniejszych szans. Postanowiłem doprowadzić potwora do torsji i tak utorować sobie drogę na zewnątrz. Zgniłe ryby, to za mało. Za to w ładowni statku znalazłem całe beczki przypraw i spory zapas nafty. Jedno i drugie dzień po dniu ostrożnie windowałem w górę przełyku, by potem, kiedy potwór zbliży się do powierzchni skłonić go do torsji. Głębokość zanurzenia nauczyłem się rozpoznawać uszami – im głębiej pływał, tym bardziej zatykały się, przy powierzchni odzyskując czujność. Wreszcie przyszedł dzień prawdy. Szybkimi uderzeniami siekiery rozbiłem beczki z pieprzem i naftą. Mieszanina spływała w dół gardzieli, a ja korzystając z liny zjeżdżałem tuż obok. Kiedy strumień dotarł do żołądka, wsiadłem na statek, a w rosnącą plamę nafty cisnąłem płonącą żagiew. Pożar wspinał się do ujścia, oświetlając drogę ku wolności. Lewiatan ryknął raz i drugi, Zassał paszczą wody, ale naftę nie tak łatwo ugasić, bo pływa płonącą plamą po wierzchu. Wreszcie żołądek skulił się i eksplodował wypychając materię na zewnątrz. Najszybsza z możliwych podróż w powodzi iskier i śmieci. Wreszcie głuche plaśnięcie o wodę i…


- Byłem wolny!


Darłem się w niebogłosy, a stateczek kołysał się na drobnej fali. Uwolniony od płomieni żołądkowych lewiatan zniknął w głębinach. Wystarczyło, żebym dopłynął do lądu i zapomniał o niedoli.


A potem? Może zamiast zapominać, zapoluję na kapitana i jego załogę?