niedziela, 8 lutego 2026

Łopata opata to zapłata za opłatek.

 

    Zapodziało mi się ostatnio kilka widzeń, więc z pamięci choć ze dwa podrzucę. Przechodziłem koło jakiegoś bezlistnego drzewa, które uważam za klon jesionolistny (przynajmniej do wiosny) i właśnie wtedy nadleciało jakieś spore, rozbrykane stadko. Wysoko się bawiły i ruchliwe były mocno, więc nie mogłem się zdecydować, czy to drozdy, czy kwiczoły. Oczywiście znaczenia większego to nie ma, bo cieszyłem się, że w ogóle coś plądruje drzewo z nasion.


    A potem pogoda zaczęła doskwierać nieco mocniej. Mijały mnie kobiety-matrioszki. Niskopienne, pięknie rozbudowane w biodrach, co dodatkowo podkreślał ich strój, z grubymi, puchatymi kurtkami na wierzchu, gubiącymi wcięcie w talii. Widzenia powtarzały się, rodząc podejrzenie, że inaczej zbudowane panie albo się przeniosły w cieplejsze kraje, albo są starannie zamknięte w domach i ukryte pod pierzynami.

Nie całkiem prasówka – wikipediówka.

 

    Usiłowałem zebrać w całość wieści z półwyspu arabskiego i zrozumieć, o co chodzi. I tak mi wyszło korzystając z materiałów z Wikipedii:


    Huti – Jemeńska organizacja polityczna i wojskowa przeciwna zakusom USA, Izraela i Arabii Saudyjskiej. Wojna domowa w Jemenie toczy się o władzę. Obce Jemeńczykom wywiady usiłują skłócić naród i postawić na czele rządu marionetkę przychylną tym właśnie krajom, co spotyka się z protestami, a media podległe zachodnim funduszom wpływają na opinię publiczną, by uzasadnić jakoś mieszanie się obcych w sprawy suwerennego kraju.


    Hezbollach – Libańska partia polityczna, wspierana także przez Syrię. Powstała w wyniku izraelskiej okupacji Libanu dzięki wsparciu Iranu. Absolutnie przeciwna USA i Izraelowi, ale w końcu są u siebie i chcą decydować o własnym losie, a nie dostawać polecenia od prezydenta USA czy szefa Izraela.


    Hamas – jedna z dwóch głównych partii Palestyny. Bronią się przed kradzieżą ich państwa przez Izrael, uważając teren za historycznie arabski, islamski wykluczając możliwość porozumienia, czy trwały pokój z syjonistami i państwem żydowskim.


    Pośród sąsiadów Izraela najciszej jest o Egipcie, jednak i oni borykali się z apetytem Żydów i utracili na dwadzieścia lat półwysep Synaj, który do spółki z Syrią tracącą Wzgórza Golan usiłowali odzyskać.


    Izrael powstał z decyzji ONZ o podziale Palestyny na część arabską i żydowską. Powstanie tego państwa nie zostało uznane przez wiele państw arabskich, co powoduje nieustające konflikty w tej części świata. Korzystając ze zdumiewająco dobrych kontaktów z USA, Izrael coraz śmielej rozrabia w rejonie, a kiedy przestaje sobie radzić, żąda od Wuja Sama wsparcia. Kiedy rzucili się na 93-milionowy Iran, prawie natychmiast okazało się, że „żelazna kopuła”, to raczej durszlak i trzeba było poprosić o pomoc Wielkiego Brata. Praktycznie każdy sąsiad jest atakowany przez Żydów, którzy krok po kroku przekraczają granice, rozszerzając swoje wpływy pod parasolem Wielkiego Brata, a wszelka krytyka ich działań określana jest jako antysemityzm. Apetyt Żydów jest nieskończony, a ich wpływy sięgają tam, gdzie oficjalna dyplomacja nie radzi sobie. To co wyczyniają w „strefie Gazy”, czyli na terenach palestyńskich, nie da się nazwać inaczej jak rasistowską wojną na wyniszczenie Palestyńczyków. Każdy z sąsiadów „dorobił się” zgrabnej łatki - Huti, Hamas, Hezbollach… bo tak łatwiej wmawiać postronnym, że walczą z „ugrupowaniem terrorystycznym”, a nie z całymi narodami broniącymi własnych ziem i wiary. Z sąsiadami. Jeżeli cokolwiek kipi w tamtym rejonie zawsze maczają w tym paluchy przedstawiciele Narodu Wybranego, jak zwykle najmocniej pokrzywdzeni.

sobota, 7 lutego 2026

Prasówka cd.

 

    Wrzesień, październik i listopad 2025 – Wiadomości na WP całymi miesiącami zachłystywały się masowymi atakami setek niedościgłych dronów na rosyjskie elektrownie, elektrociepłownie i rafinerie w obrębie całej Rosji. Dzielni Kozacy jeśli nie osłabili wrażego potencjału, to przynajmniej napsuli krwi cywilom, a ich „wysiłek wojenny” nieomal przyniósł sukces i niebiesko-żółtą flagę na Kremlu.


    Luty 2026 – Rosyjscy zbrodniarze przeprowadzili kolejny zmasowany atak na ukraińskie obiekty energetyczne. Dzielna Ukraina walczy, ale potrzebuje zwiększonego wsparcia Polski, bo zimno dokucza tak, że trudno będzie te flagi zawieszać.


    Coś, co jeszcze kilka lat temu nazywało się ohydnym atakiem terrorystycznym, obecnie w mediach nosi różne miana, w zależności od tego, kto nacisnął guzik i czyje dobra zostały zniszczone. Podobnie rzecz się ma z atakami na wysokich rangą urzędników, generałów, naukowców. Media najwyraźniej mają sklerozę, albo korzystają z tzw „podwójnych standardów”.

Droga powrotna.

 

    Na globalnym kongresie panel światowych ekspertów do spraw raju utraconego ustalił bez cienia wątpliwości, że jabłko pożarte przez pramatkę i praojca było niewielkie, czerwone, miało kształt zbliżony do serduszek, jakie ryją zakochani chłopcy na meblach, czy murach. Zaproszeni na konsultacje sadownicy na podstawie opisu stwierdzili jednoznacznie, że to odmiana mekintosz sprzed modyfikacji genetycznej.


    Popularność owych owoców może być przyczyną, dla której powrót do raju natrafia na przeszkody, więc drzewa i owoce obłożono anatemą i będą ścigane przez Świętą Inkwizycję. Jak zapewniają eksperci, utylizacja zła wcielonego otworzy rzeszom ludzi dostęp do rajskiego ogrodu (z którego feralną jabłoń spacyfikuje specjalny oddział komandosów).

Homofobia.


    Kiedy umysł spłata ci figla i ogłosi się Mesjaszem, trafisz jako pacjent do szpitala psychiatrycznego, choćbyś miał rację, albo przynajmniej dobrze się zapowiadał.

    Gdy jednak ogłosisz się kobietą, zapewne ten sam psychiatra wystawi ci zaświadczenie, że „jesteś kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny” i pozwoli sikać w damskiej toalecie, albo zostać mistrzem świata w damskim boksie, w którym (jak powszechnie wiadomo) najlepsi są mężczyźni.

    Tych, którzy zaprotestują przeciwko psychiatrycznemu świadectwu, prawo z całą bezwzględnością zacznie prześladować i grozić więzieniem, a medialna nagonka rozszarpie ich na strzępy.


    Czym zawinili nam Mesjasze? Kiedy świat głosi herezje, być może ich „nauki” są mniej niebezpieczne.


piątek, 6 lutego 2026

Piernik w piekarniku, róża przy różaneczniku.

 

Pani zdawała się żyć w cieniu swojego mężczyzny, choć cień rzucała ciut większy. Ustawiała się konsekwentnie pół kroku przed, czasem za, byle tylko ochronił ją przed światem parawanem swojej niezbyt okazałej męskości. Obok, niczym kulki tiki-taki stała okrąglutka parka, a jeśli łączył ich sznureczek, to musiał być bardzo krótki. Szlachcianka Z Zaścianka postanowiła przetestować podmiejski autobus, nie chcąc fraternizować się z mieszczuchami z peryferii.


Wiaty przystankowe i mury wzbogacone masowo cyrylicą, serwowaną na każdym kroku, przypominają mi węgierski pomysł, aby każdy obcokrajowiec, który dopuści się przestępstwa był karany (oprócz wyroku sądowego) nieodwołalną deportacją. Brak obozów przejściowych i nasza naiwna „gościnność” sprawiła, że do Polski (i Europy) wpuściliśmy mnóstwo szumowin, których teraz Niemcy i Usaki usiłują nam „odsprzedać”. Chroniąc Unię przed (z grubsza) stu tysiącami uchodźców z terenu Białorusi zbudowaliśmy mur lepszy od berlińskiego, a tuż obok miliony NN witaliśmy nie tylko chlebem i solą, ale i przywilejami, na które nas nie stać.


Nóżkę spotykam jak należy – pomiędzy salonami ślubnych kiecek. Trzymam się harmonogramu, co świadczy dobrze o mojej systemowej obowiązkowości. Na śniegu koła samochodu wyrzeźbiły serduszko w trakcie manewrów.

wtorek, 3 lutego 2026

Zielsko jest zielone, róże różowe, fiołki fioletowe, zło zapewne złote, a granaty? Ręczne!

 

Moda na parkingi zlokalizowane przy pętlach MPK. Końcowy przystanek takiej linii ma oznaczenia P+R – bo to brzmi dumnie. „Łatwiej” w Polsce powiedzieć Park & Ride niż parkuj i jedź. Szczególnie gdy się weźmie przekaz idący ze skrótu: P+R, to zagadka w sam raz od Sfinksa, a Pij? Zachęta do podróżowania po pijaku? Ludzie skostniali stają się uczuciowo dyskretni w czas mrozów, co rozrzedza gęstość spostrzeżeń, więc radzę sobie dywagując. Książkowo najlepsze z warzyw? Best seler!


W autobusie kobiety solidne i tajemnicze. Jak Bieszczady. Rzadko zasiedlone, piękne lecz zdecydowanie młodsze od gór, choć wymodelowane na wzór i podobieństwo. Swobodnie mogłyby startować w lżejszych kategoriach sumo – dwie sumitki na macie się sumują? Sumitują? Nieważne, byle się nie rozsmarowywały po macie (zmatowiały? Szach-matowały?). Na przystanku w lichym wdzianku (brzmi jak początek dziecinnej wyliczanki) foliowej torby marzną zapomniane przez kogoś jabłuszka i mandarynki. W tramwaju kobiety potrafiące szeroko rozsunąć stopy, trzymając przy tym kolana razem. To trudna sztuka i ukradkiem, żeby mnie nikt nie podejrzał – usiłuję. Niewygodna pozycja, ciężka do utrzymania siłą woli, bo sprzeczna z przyzwyczajeniami mięśniowymi.


Kłąb czarnych ptaków leniwie krąży ponad rozgrzebaną ulicą nieopodal Rzeki i cierpliwie czeka na padlinę, wierząc że musi się trafić jakiś kąsek. Czyściciele plądrują uliczne kubełki, bezbłędnie wyłuskując opakowania również szklane i plastikowe obciążone dziedzictwem spadku – pięćdziesiąt groszy za sztukę, to chyba lepszy zarobek, niż puszka po piwie. I konkurencja mniejsza, i łowisko większe.


    Po południu zaczął się czas kormoranów. Najpierw, z okien tramwaju widziałem siedzące na Rzece na skraju lodu. Wyglądały jak czarne, szachowe bierki. Później, wysoko na niebie wielkie klucze leciały w górę Rzeki, za Miasto. Może o czymś wiedziały, ale nie ostrzegały krzykiem, tylko co sił w skrzydłach uciekały za Miasto. Za to wsiadając do autobusu uśmiecha się do mnie brunetka, której nie znam na pewno. Dziwne, ale po takim początku, zamiast się przysiąść, bo miejsce było wolne, poszła sobie daleko hen. Więc może mi się zdawało, bo raczej jej nie przestraszyłem. Szkoda. Miło byłoby posiedzieć obok zadowolonej kobiety.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Kompania na kampingu kąpie się w skąpo skomponowanym kompocie.

 

Już-Nie-Ruda Kobra wpatrywała się w posiwiały od mrozu asfalt, a ja, patrząc na nią dostrzegam, jak byłaby bezbronna, gdyby ktoś rozebrał ją z okularów – drobny gest, a wystarczyłby, żeby przeistoczyła się w kruchą dziewczynkę. Postrzelony Ochroniarz wierci się i rozgląda tak na zewnątrz, jak i wewnątrz. Widać, z przejściem na rentę/emeryturę czujność zawodowa nie mija. Kiedy wstaje, od owej rozbuchanej żywotności dolne partie stroju nieco go opuściły i świeci pośladkami wprost w oczy niewiasty krępej, obudowanej termicznie zarówno naturalną materią, jak i sztuczną. Aż zesztywniała z wrażenia. Za to chłop miejsce wygrzał doskonale i zaraz znalazła się chętna pani eksperymentująca z włosami, co widać było po gasnących pasemkach i fryzurce spiętej w coś skomplikowanego, pomiędzy biednym warkoczem, a rozkwitającym kokiem.


W potok Starych Dobrych Nieznajomych czas byłby chyba zaliczyć panią w wiśniowej czapie z wielkim pomponem przypominającym sporego buraka ćwikłowego. Gdyby uznać ją za wisienkę, ona sama musiałaby być Tortem, a przynajmniej okazałą Tortoletką. Istnieją tortoletki z wisienką? Jedna już tak! Poranny nalot kanarów stał się już oczywistością, ale dopiero dzisiaj wymyślam praprzyczynę – o poranku w Miasto startują ludzie pozbawieni energii, zaspani uczniowie i robotnicy w letargu ponocnym. Więc kontrola przebiega bez zakłóceń i nie wnosi ryzyka udziału w sportach walki. Po południu, czy wieczorem, kontrola może stanowić sport ekstremalny, gdy rozbuchane ego podpompowane gorzałką zacznie poszukiwania sparring partnera.


W tramwaju zewnętrze zasłania mi naklejona na szybę informacja-reklama. Od drugiego września nieznanego roku MPK pochwali(ło) się nowymi relacjami. Naklejka spłowiała, więc to zapewne jakaś zamierzchła przeszłość psuje mi obraz Miasta i można byłoby ją w końcu zdjąć. Zerkam pod nią, na Rzekę oświetloną spodem podwieszonego chodnika. Wyschnięta choinka zniknęła z lodu kurczowo trzymającego się brzegu i już go nie szpeci. Przez przeciwległe okno mrugają do mnie światełka na moście wiodącym w Dzielnicę Boga. Najwyraźniej wciąż tam świętują Boże Narodzenie, bo most jest oświetlony, jakby to sam Bóg płacił rachunki za prąd. Nóżkę spotykam zaledwie kilka kroków od bliższego z dwóch salonów sukien ślubnych, więc spieszyć się nie muszę. Chodnikiem toczy się podskakując nieco wychudły balonik, wyglądający jak dojrzały bakłażan, a Baristka chyba za niechętną zgodą szefa zrezygnowała z ustawiania zewnętrznych stolików.

Prasówka cd.

 

    SpaceX złożył wniosek do amerykańskiej komisji o zgodę na rozmieszczenie w przestrzeni kosmicznej MILIONA SATELITÓW na potrzeby bazy danych dla SI.

    Na zaśmiecanie wszechświata, jak widać, wystarczy zgoda jakiejś stetryczałej komisji w USA – reszta świata nie ma nic do gadania. Może jakiś ślad węglowy, odpowiedzialność społeczna i eko-świadomość?c Nie, no, dobra – oczywiście to wszystko dla NASZEGO DOBRA, żeby miliardy ludzi mogły (oczywiście za drobnym wynagrodzeniem) korzystać z usług SpaceX. A prywatna firma będzie właścicielem bazy i danych. Oczywiście szpiegować nie będą, bo gdzieżby to. W kolebce demokracji? Nigdy w życiu!

niedziela, 1 lutego 2026

Oszukać los.

    Był zbyt delikatny. I miał na to papiery. Ze szpitala psychiatrycznego. Od dziecka wzruszał się mocniej niż koleżanki z klasy, a jego wrażliwość stwarzała mnóstwo kłopotów. Urodzona oferma, już nie tyle klasowa, co szkolna. Zamknięty w sobie - w jedynym miejscu, gdzie czuł się bezpieczny i gdzie nie docierały docinki. Małe istoty, nim staną się ludźmi, są bardziej bezwzględne, niż głodne drapieżniki. Dojrzewał pośród rozmów ze sobą, bo nikt nie chciał się zbliżyć, by i do niego nie przywarła łatka fajtłapy. Autyzm? Schizofrenia? Asperger? Na pewno nie mieścił się w kategorii „normalny”, przynajmniej dla rówieśników.


    Dorastał więc w cieniu przebojowych dzieciaków, gwiazd kina, przyszłych mistrzów sportu i wodzów plemienia. Idealista, o którym reszta nie potrafiła powiedzieć nic więcej, jak łajza, oferma, inny. Kacper z wiekiem okrzepł, przestał oczekiwać od świata pobłażania, czy uwagi. Nawet rodzinny dom nieszczególnie kruszył mury otaczające jego wnętrze. Całe życie obok, aż los okrutny pozbawił go jednocześnie całej rodziny. Czemu przeżył? Zwyczajnie „zapomnieli” zabrać go na wycieczkę, a los pokierował ręką pijanego kierowcy tak, że z dnia na dzień został sam, by zmagać się z prozą życia. Rachunki, zakupy, wreszcie zarabianie pieniędzy, by po prostu żyć. Same niemożliwości.


    Chłopiec, nim zdążył obudować się nieprzemakalną zbroją ukrywając się wewnątrz przez złośliwostkami, odkrył, że potrafi trzymać w ręku kredki, czy ołówek. A kiedy w domu pojawiły się farby, pierwszy raz ośmielił się ujawnić. Poszedł jak po swoje, zgarnął ze stołu nie pytając czyje i czy można. Zamknął się w pokoju, by natychmiast wypróbować. Palcami i pędzlem, niemal polizał co bardziej kuszące kolory. Farby stały się jego żywiołem. Brakującym zmysłem i towarzystwem. Zaprzyjaźnił się z nimi w okamgnieniu, choć bez fachowego wsparcia. Istny samorodek. Kto widział jego dziecięce prace, musiał dostrzec talent. Ale mało komu pozwalał aż tak się zbliżyć. Zaufał dopiero pani doktor, która jako pierwsza przedarła się przez zasieki, którymi się ogrodził. I to ona, stara panna, nieświadomie matkując wspierała jego wątłą wiarę, że warto malować, warto komuś pokazać co stworzył.


    Dla samotnika było to trudne. Lekarka wzięła sprawy we własne ręce i powiesiła kilka prac u siebie w gabinecie, domu, po rodzinie. Znalazła nawet galerię, w której szefowa, Marta, zgodziła się powiesić kilka prac „na próbę”. Gdy tylko ktoś się zainteresował, sprzedawały mu obraz, oddając pieniądze Kacprowi, który nie do końca czuł ich potęgę. Ale rozumiał, że mogą być gwarancją bezpieczeństwa i stabilności. Pozwalał Elizie grzebać w płótnach, zabierać obrazy, których więcej miał nie zobaczyć, a ona przynosiła banknoty, dzięki którym mógł prawie nie ruszać się z domu. Najczęściej, wraz z pieniędzmi przynosiła mnóstwo zakupów, wiedząc, jak trudno mu wyjść z czterech ścian. Bał się ludzi. Tłum go paraliżował, a najprostsze czynności stawały się wyczynem.


    Mając tak niewiele bodźców, zmuszał wyobraźnię do wielkiego wysiłku, by jego dzieła nie były kalką poprzednich. Musiało się stać, że namalował Elizę i to nie raz. Kiedy znalazła pierwszą swoją podobiznę, zawstydziła się, choć obraz był niewinny. Przynajmniej z pozoru. Bo doświadczona, nauczona zwracać uwagę na detale kobieta zrozumiała od razu. Kacper malował z duszy, więc nie namalowałby obojętności, musiał czuć i natychmiast dostrzegła to, co w niej widział – piękno, bezpieczeństwo, nadzieje. Podobała się sobie na obrazie, zdawała się być młodszą, piękniejszą i niemal czuła ruchy pędzla, które ubierały jej nagość pierwotną w służbowy uniform. Naprawdę namalował ją bez bielizny? I to tak, że zdołała rozpoznać? Była starsza od mężczyzny o całe pokolenie. Bliżej matki, niż kochanki. A przecież z wizerunku odczytała, że widzi w niej dużo więcej niż starą kobietę.


    Wtedy uciekła, wstydząc się. Mimo zawodowej wiedzy, mimo lat słuchania wyznań bardzo intymnych, niedostępnych dla nikogo - wystraszyła się. Gdy szok minął, wróciło poczucie obowiązku. Czuła się odpowiedzialna za Kacpra, choć nikt jej nie zmuszał do poświęceń. Wróciła, wiedząc, że jego pędzel znów ją rozbierze. Ciało nie było już atrakcyjne – lustro nie kłamało. Ale w jego oczach była młoda. Pozwoliła nie tylko się rozebrać, ale stała się nauczycielką miłości. Jej wizerunki zaczęły zapełniać ramy kolejnych, coraz odważniejszych płócien. Obrazów, których nie śmiała wynieść ani do pracy, ani do domu. Kiedy jedno wyniosła do galerii, wzrok Marty powiedział jej wszystko. Poznała Elizę i najwyraźniej zazdrościła jej, jak ją Kacper uwiecznił. Reszta leżała za szafą przyciśnięta kolejnymi wersjami. Nie poradziła sobie z sobą. Kładąc się spać, połknęła z premedytacją całą paczkę leków nasennych, by się już nie obudzić.


    Kacper zgasł, gdy do jego świadomości dotarła prawda. Przestał malować. Machinalnie przekładał obrazy bez ram, szukając gotowego wizerunku Elizy stosownego do nastroju. Garstka banknotów topniała szybko, nie miał kto jej uzupełniać. Gdy w końcu przejrzał na oczy, farby nie nadawały się do użytku. Musiał wyjść do ludzi. Uzupełnić braki tak w pracowni, jak w kuchni. Szczęście sprzyja szaleńcom. W sklepie z artykułami dla malarzy spotkał szefową, która w sposób znany wyłącznie kobietom z szóstym zmysłem rozpoznała go z opisu Elizy. Bez trudu naciągnęła Kacpra, by przyniósł jedno z płócien, na którym Eliza wciąż żyła i była piękną, najwyraźniej trafiając do duszy Kacpra przez dziurkę od klucza, który chyba nie istniał.


    Kiedy pierwszy obraz znalazł właściciela, zanim zdążyła powiesić go w zakładzie, złożyła Kacprowi propozycję stałej współpracy. Kiwnął głową na zgodę i raz na miesiąc przynosił kolejne dzieło. Kolejną Elizę tańczącą, śmiejącą się, czy wreszcie kochającą… Znów malował, ale już nie tak spontanicznie. Nie każdego dnia, nie regularnie. Zaczął malować histerycznie. Zrywami, gdyż życie pulsowało w nim jak lawa nim znajdzie ujście kraterem. Niewiele świata widział, ale potrafił stworzyć go takim, jakim chciał żeby powstał.


    Gdy upłynęło trochę czasu można było odkryć zdumiewającą regularność. Robił się nerwowy przed pełnią księżyca. Opuszczał go sen i krążył po domu, jak lew w klatce. A kiedy księżyc się wypełnił, rzucał się na płótno i malował nie patrząc. Nie musiał. Malował miłość do kobiety. Za każdym razem innej. Obraz powstawał w jedną noc, a on padał ze zmęczenia, gdy słońce zajrzało do pracowni. Gdy wstawał z podłogi zbliżał się zmierzch. Z nie do końca wyschniętego obrazu zerkała na niego kobieta. Jego nowa pani. Nim opłukał ręce, schodziła z obrazu, by porozmawiać. Zatracić się w uczuciach, utonąć w miłosnej przepychance, tańczyć i przytulać się bez końca. Kacper stawał się wówczas bogiem, a może demonem. Nie spał, jadł tylko wtedy, gdy jego pani zapragnęła właśnie tego, dawał i brał po równo. Bez ograniczeń, bez chowania się w siebie. Nigdy wcześniej nie odsłaniał się aż tak, więc to musiała być miłość.


    Każde bez końca trwało dokładnie trzy dni. A potem, jego aktualna pani uśmiechała się do niego, dawała całusa i zaczynała poszukiwać ubrania. Gdy się udało, wspinała się na obraz i zostawała tam już na zawsze. Bez słowa, bez nadziei na powrót. Kacper wył z bólu, po każdej stracie. Szukał sposobu, by którąkolwiek zatrzymać dłużej. W szale miłości chował ukradkiem sukienkę, czy buty, ale to nie pomagało. Kobieta, która nie znajdowała ubrań, przepraszała go i nieco zawstydzona wspinała się na płótno bosa i naga. Jedną próbował wcześniej upić, jednak poszła i tak, nieco tylko chwiejnym krokiem.


    Przez trzy dni był najszczęśliwszym facetem na świecie. Ale za szczęście musiał zapłacić tygodniem życia. Przesypiał cały, ledwie się budząc, gdy zmusiła go fizjologia. Kolejny tydzień wracał do żywych. Sprzątał, podświadomie oczekując kolejnej miłości, gruntował blejtram i stawiając na sztaludze niejako zapraszał tę miłość w dom. Księżyc rósł niespiesznie, gdy Kacper decydował się na wyjście z domu. W papier pakowy owijał płótno i niósł do galerii. Głaszcząc przez papier, szeptał słowa miłości, przepraszał, ale nigdy nie znalazł siły, żeby zerknąć na twarz dopiero co utraconej miłości. Zerkali inni. Obrazy kochanek nigdy nie spędziły w galerii więcej czasu jak kilka dni. Ostatnio, choć szefowa znacznie podniosła ceny, pojawiały się zgoła zamówienia in blanco. Na obraz, który dopiero namaluje w kolejnym miesiącu. Marta wspominała coś, że zorganizuje aukcje na kolejne dzieła, a Kacper apatycznie się zgodził. Na wszystko, byle nie musiał oglądać obrazu. Nigdy!


    Minęło w tym względnym rytmie trzy lata, kiedy w kolejnej euforii księżycowej pełni namalował świeżą miłość i jak zwykle zwalił się u jej stóp. Gdy otworzył oczy… z obrazu właśnie zeskakiwała Eliza. Na bosaka. Młodsza, niż ją pamiętał, jeszcze piękniejsza. Przytuliła się do Kacpra, jakby nic się nie stało. Płakał, choć nigdy wcześniej tego nie robił, może nawet nie umiał. A teraz łzy lały się z niego, jakby chciał za jednym zamachem wypłakać się do dna. Nie rozumiała, skąd ta rozpacz, więc jej opowiedział. Trzy dni. Pierwsze i ostatnie. Żadnych nadziei na ciąg dalszy. Wyszła z jego pamięci, z fantazji, przeskoczyła farbą na płótno, by mogli się pożegnać i zniknie znów – tym razem bez powrotu.


    Trzydniówka musiała być różna od poprzednich. Żadnych uniesień, żadnego tańca, czy wspólnych posiłków. Patrzyli sobie w oczy i rozmawiali, wiedząc, że czas się im kurczy. Z desperacji Kacper usiłował zatrzymać zegar, ale co to zmieni, skoro księżyc kontynuuje spacer ku nowiu?


    - A gdyby – szepnęła Eliza – A gdyby przechytrzyć los?


    - Spalmy płótno! - zaproponował Kacper


    - To może być za mało – umysł Elizy nie stracił na ostrości – jest lepszy sposób. Ubieraj się!


    - Jaki? - rozgorączkowany wciągał spodnie gotów na wszystko, byle nie stracić Elizy.


    - Będziemy gonić księżyc. Żeby do końca życia była pełnia, my też będziemy w drodze. Wystarczy, że odważysz się wyjść z domu i pojedziemy jego ścieżką. Dasz radę?

sobota, 31 stycznia 2026

Alogiczna?

 

    Najpierw oficjalnie zrzuciła ze dwadzieścia kilo, a zaraz potem ciuszki. Mogła rozpocząć „zrzucanie” od stroju, szybciej zostałaby dziwką, a czas, jak wiadomo, to pieniądz. W zawodzie niebagatelny, bo pierwszy spija śmietankę, reszta już tylko popłuczyny.

Procedury procesu procesora.

 

    Świeże pieczywo ma swoje wymagania, więc chodzę wcześnie, bo później może jedynie nawdychać się aromatu, a bułki zasiedlają inne mieszkania, czy brzuszki. Idę jak na szychtę do kopalni, nim dzień roztoczy swoje uroki. Chłód ostudził emocje i wygasił życie. Sąsiad dostał chrypki, więc idąc z psami ubrał je w sweterki. Pomogło? Nie wiadomo, ale sąsiadka z pieskiem dołączyła i kto wie, co wyniknie z kolaboracji. Jej piesek sweterka nie miał. Inna pani, dość kruchej budowy wiodła, czy raczej wiedziona była przed dwa duże i silne psy, które potrafiły tak omotać ja smyczami, że wyglądała na niedogotowany baleron. Potem zmusiły mnie do szukania alternatywnej drogi, blokując przejście. Ostatnie drapaki poświąteczne oblegają śmietniki. Ochroniarze przy uchylonym oknie namawiają się na zaktualizowaną strategię ochrony osiedla, choć nie wiadomo przed kim i przed czym.

piątek, 30 stycznia 2026

Drapak dał drapaka i podreptał do paki.

 

Psy sąsiada z daleka rozstrzelały ciszę, krzycząc – widzę cię! I szybko zostały zbesztane przez właściciela, więc poświęciły energię na węszenie w czymś, co także wymagało błyskawicznej reakcji ze strony nadzoru nad psimi swobodami. Rzadki, drobny śnieg nie wypełnił nawet fug w płytach chodnikowych, zaledwie podkreślając ich kształt. Ulicą przemknął pług śnieży, chyba zawstydzony bezrobociem i tylko kogutem sygnalizował zapał do pracy.


Na zewnątrz miga mi neon – Pożyczka pod zastaw wszystkiego. Nie potrzebuję, jednak na wszelki wypadek usiłuję przypomnieć sobie, gdzie utkałem wszystko. W szufladzie? Na pawlaczu? A może wyniosłem do piwnicy? Jakiś inteligent, w celu poprawy płynności ruchu wymyślił, aby przed (i za) obleganym dworcem kolejowym przejścia dla pieszych nie posiadały świateł. Nim autobus przejechał „zebrę”, uciekły mi dwa tramwaje. Ciężko być stoikiem. Zerkam w okna uciekających tramwajów i dostrzegam pełne energii szkraby, dla których smutna, zgaszona dorosłość jest ledwie tłem i to niezbyt zajmującym. Wreszcie jadę. Przede mną nastolatka z perkatym nosem, na którym zawiesiły się okulary przepytuje koleżankę z wad i zalet mieszkania w aglomeracji. Pilnie uczę się, korzystając z cudzych notatek.


    Skostniała czapla na skrzepłej fosie raczej medytuje, niż poluje, bo czy potrafi rybkę wyłuskać, spod lodu? Na lodzie utrzymują się wyłącznie śmieci, głównie plastikowe.

Obdarowany-zdezorientowany.

 

Pokazałaś mi swoje zdjęcia, pomiędzy niewinnym pięknem ukrywając nieoczywistą nagość. Wiesz, że nie zapytam, nie poproszę o pozostałe, których sama nie odważyłaś się wetknąć w plik fotek. Bezradny w obliczu pokusy, ze zdjęć usiłuję zgadnąć twoje intencje.

czwartek, 29 stycznia 2026

Sztafeta.

 

Szok. Wystarczyła chwila nieuwagi i już mi zwalili na łeb całą piramidę. Ci Egipcjanie, to żadnego umiaru nie znają. Eskalują niebezpiecznie i stosują drastyczne metody. Fakt, ja także nie byłem szczególnie łagodny, ale PIRAMIDĘ? Kupa kamieni, a każdy cięższy od sarkofagu, który, jak każdy szanujący się budowniczy wie, składa się z siedmiu warstw, pod które wpycha się truchło faraona, gdy już słońce pustyni wyssie z niego ostatnią kroplę życia. Ciężar nieznośny. I wyjść nie za łatwo, kiedy świętych kamieni mrowie leży na czło… przepraszam, na duszy. Bo duchy, to mają dusze? Chyba jakoś tak. Upiory mogą mieć coś innego, a ja miałem partę tysięcy lat, żeby wymyślić, cóż to takiego, ale mi się nie udało. Tymczasem, wiadomo – zwaloną piramidą nikt się nie zainteresuje, chyba, że piramidalny idiota zechce materiał na chałupę pozyskać, ale głupota karana jest i na ciele i umyśle i taki długo by nie pożył, jak mu chałupa zacznie odstawiać misteria, a hieroglify, niczym ogniste mrówki zaczną obłazić ściany w poszukiwaniu żeru.


Siedziałem tedy, jeśli można tak określić wykonywaną przeze mnie bezczynność pod kupą świętych kamieni, a informacje o mnie zatarto we wszystkich możliwych papirusach, jak i w kamieniu świątyń. Wiatr przyniósł plotkę, jakoby nawet mój ciemiężyciel nie mógł się pochwalić sukcesem, żeby jaka przechera nie usiłowała mnie wydostać. Tak więc – słuch zaginął, ślad także, a restrykcje cenzora sprawiły, że wkrótce byłem bardziej mitem i legendą, niż ciałem… znaczy duchem.


A przecież pamiętałem lata świetności, gdy strach wypełniał tuniki poddanych cuchnącą mazią, gdy składano mi w ofierze co bardziej cnotliwe dziewki, a ja nijak nie mogłem zrozumieć, czemu przysyłają te niedoświadczone, co na sam widok mojej nagości darły mordy, albo zgoła mdlały. Nekrofilię musiałem uprawiać, a one potem, gdy do dom wykopałem mówiły o cudzie niepokalanego poczęcia, a później, te moje łebki szwendały się po świecie zajmując się raczej czarnorynkowymi spekulacjami, piractwem i innym popłatnym rozbojem, gdy co zuchwalsi taplali się w politycznych intrygach i pałacowych zabawach, o których lepiej nie wiedzieć. Taaaa… Synkowie mi się udawali, o córkach nie wspomnę, bo trochę się nie godzi, a ich zuchwałość nawet mnie zdumiewała. Dość powiedzieć, że rzadko która doczekała pierwszych zmarszczek, bo życie wiodły upojne i pełne ekscesów.


Sam również stawałem się coraz bezczelniejszy, pożerając wątroby jeszcze życiem ociekające, wymuszając daniny i hołdy, których nigdy nie było mi dosyć. Syciłem się strachem maluczkich, a oni, w tych swoich małych główkach knuli fantasmagorie, że mnie poskromią, zniszczą, ujarzmią i wezmą na arkan. Sądzili, że zostanę wierzchowcem, którego wystarczy między udami ścisnąć, bym kręcił kółeczka merdając ogonem. Wymyślili rytuały tak zawiłe, że mało ze śmiechu nie pękłem, widząc co wyczyniają, bym przyszedł i był im powolny… A kiedy chcąc zrobić psikusa brałem udział w tych obłędnych misteriach, obserwowanie mistrzów sądzących, że mają nade mną władzę było rozrywką nie do pogardzenia. Parę co wytrawniejszych pomysłów zrealizowałem, patrząc na rosnącą dumę Magistrów Wiedzy Tajemnej, a oni puchli i stawali się coraz bardziej roszczeniowi. Wtedy opuszczałem ich, patrząc, jak Majestat wypruwa z nich flaki, a oni złorzeczą, do końca wierząc, że wrócę i pokaram Pomazańca za tę impertynencję.


Niestety. To wszystko szlag trafił, gdy na łeb mi zwalili świętość ciężarną. Żadnego umiaru, ech! Siedziałem więc, a może leżałem, przygnieciony kamulcami, z których każdy dźwigał ciężkie mantry i zaklęcia, jakich sam używałem z rzadka, żeby nie przesadzić. Ileż razy można zesłać na świat deszcz żab? Raz wystarczyło i już France nauczyły się to żreć i eksportować na cały świat, jako paryski przysmak. Krwawe rzeki? Daleko na wschodzie zupę z krwi zaczęli warzyć i raczyć się kaszanką, wmawiając pielgrzymom, że to ludowe, swojskie i najbardziejsze na świecie. Ci ludzie, to we wszystko uwierzą! Nieprawdopodobne. A kiedy głodną szarańczą cisnąłem rozlewając plagę po równo - uprawom i osadom, to w Państwie Środka natychmiast spreparowali zeń szaszłyki i inne dania łaskoczące podczas przełykania. A ja nie zamierzałem karmić świata, tylko go ujarzmić. Trudny los Bicza Bożego, czy jakiegoś tam. Dupy sobie wymyślonym panem nie zamierzałem zawracać, niech spece od mitologii kombinują, co ze mną zrobić, a ja ich jeszcze zaskoczę!


Lipa straszna. Nuda wygryzała we mnie dziurska kosmiczne, a pomysłu na czmychnięcie z niewoli ani śladu. Po odgłosach z zewnątrz poznałem, że czasy się zmieniają, że ludzie miękną, stają się słabsi, ale kamienie wciąż trzymały mocno. Wreszcie, gdy już ze mnie znudzone rzeszoto zostało, trafiła się okazja. Jedna na milion? Na trzy tysiące lat, jak się wkrótce okazało. Złodziejska szajka chciała się dobrać do ruin piramidy i podebrać ukradkiem ze skarbca złoty ząb faraona, albo bogato zdobiony pas cnoty księżniczki sprzed wieków. Durnie. Szanujące się księżniczki, jeśli już coś nosiły w obrębie bioder, to raczej noże nasączone trucizną, albo zabawki erotyczne umilające czas oczekiwania na księcia z bajki. Na ogół jedno i drugie.


Kończąc dywagacje (jakiś taki rozwlekły się stałem z wiekiem, ale to z nudów niekończącej się niewoli – przepraszam, gdy tylko się uda wyrwać nadrobię i będę tak lakoniczny, jak pejcz w drodze na plecy niewolników. I w końcu się stało. Złodzieje podkop zaczęli i okowy świętych bloków naruszyli. Zachłanni byli, dziobali ziemię jak krety, aż poczułem wiatr w nozdrzach. Jeszcze dobrze się nie osypała ziemia znacząc ścieżkę ku wolności, gdy zatopiłem zęby w sercu górnika na froncie. Był pyszny. Może nieco przesadził ze sfermentowanymi trunkami, ale po wiekach głodu nie byłem wybredny. Czknąłem, beknąłem i byłem gotów na drugie danie. I trzecie. A także na każde kolejne. Złodziei było raptem pięciu na szychcie, a organów mieli nie za wiele. Wystarczyło, żeby co większe dziury pozalepiać we mnie. Zgnuśniałem pod tym gruzem. Niewiele brakowało, a bym się tuszą własną uwięził. Ledwie wyczołgałem się z tunelu. Teraz mogłem już ucztować bez umiaru, lecz przezornie zmieniłem kontynent. Wiadomo – strzeżonego… Zaraz, zaraz, co ja tu za banialuki plotę. Czmychnąłem z ostrożności. Świat się zmienił, a ci tu, być może pamiętają moje szczytowe osiągnięcia i wciąż mają wiedzę, jak knuć, by mnie znów pogrzebać.


Postanowiłem oddalić się incognito, nie zdradzając, że się wydostałem. Jak rozpoznanie przeprowadzę, to się zastanowię, czy kraj piramid nawiedzać, czy zmienić klimat. Ku północy pognałem, ale tam zmarzły mi te… jaja. Ludziska ubrane tak grubo, że nim się przegryzłem przez te warstwy, by dobrać się do jedzenia, że się zmęczyłem. Na wschód pognałem, bo tam, gdzie wschodzi słońce powinno być cieplej, ale gdzie tam. Ale tam owej kaszanki skosztowałem. Przereklamowana nieco, choć da się żyć. Trochę za dużo kaszy, a krwi za mało i wątroba wysmażona na skwarki – za mało na porządny posiłek, ale jak dodać świeżutkiej, to obleci.


Znudziło mi się ganiać po świecie ze zmarzniętą torbą nasienną, więc zacząłem się rozglądać. Ichnie hieroglify nie miały polotu, kształtu, czy mocy, ale oblepiały wszystko. Żeby zrozumieć, musiałem mieć medium. Wybrałem niewinną księżniczkę, by od niej uzyskać wiedzę o współczesnym świecie. Skąd wiem, że księżniczka? Koronę nosiła na głowie, skrzącą się od kamieni – malutkich, ale połyskujących jak rosa na trzcinowisku. Na większe kamienie pewnie musiała poczekać. Poszedłem za nią, ukrywając się przed światem i wkroczyłem za nią do buduaru.


- Ach! – zaskoczyła, że nie sama zasiedla sypialnię – Zboczek!


Może być Zboczek – w końcu nie imię zdobi człowieka, a czyny. Zajrzałem w ten jasny, nastoletni umysł, sprzęgając z nim własne myśli, żebyśmy mieli wspólny język. Współczesność mnie oszołomiła. Była tak różna od „moich czasów”. Księżniczka była równie zdumiona, jednak nawykła do niezwykłości (skąd w tak młodym życiu tyle opanowania? Ponoć z internetu) i szybko rozpoczęła negocjacje, a może przesłuchanie. Nie poznawałem siebie – zamiast ją skarcić, zacząłem opowiadać. Ona zresztą też. Dziwny ten świat, nie wiem, czy sobie poradzę i nie wiem, czy chcę. Może lepiej było zostać pod świętym kamiennym wzgórzem?


- Pokaż mi! – zażądała – Chcę widzieć.


Wyszliśmy na spacer. Jakiś typek z prześwitami we włosach ocierał się o młódkę, gdy księżniczka pokazała go paluszkiem.


- Nie pozwól mu – aż mnie zatkało, bo to bardziej rozkaz był niż prośba – nie pozwól, ale nie zabijaj. Niech cierpi.


- Okej – już liznąłem współczesnego slangu i chciałem się pochwalić talentami lingwistycznymi. Wdarłem się typkowi pod tunikę, znaczy te… dżinsy i chwyciłem za przyrodzenie, miażdżąc je jednym ruchem. Wrzasnął rykiem rannego bawołu, nogami kopnął niebo i stracił się dla świata.


- Żyje? – zapytała zimno księżniczka – Miał żyć.


- Żyje i cierpi katusze. Jego magazynek eksplodował i nigdy już nie zazna rozkoszy z dziewką.


- Dobrze mu tak – syknęła księżniczka. Jej bezwzględność była zachwycająca. Zero skrupułów w tak młodym wieku? Nadawała się na Królową, bez dwóch zdań! Zaprosić ją na parującą potrawkę z podrygujących serc?


- Ci tam, widzisz? – znów pokazała paluszkiem wprawiając mnie w zachwyt. Istna Bogini! – Sprzedają prochy, w biały dzień. Policja ich omija, bo płacą haracz, a dzieciarnia głupieje. Załatw ich, ale już tak na fest, żeby nigdy więcej!


Nie skończyła mówić, gdy już ich dopadłem i nim się zatrzymałem skręciłem karki. Wbiłem dłonie pod mostki i szarpnięciem uniosłem klatki żeber. Pod spodem pulsowały ostatnimi drgnięciami serduszka.


- Chodź! – zaprosiłem Boginię – skosztujesz zwycięstwa.


Zaimponowała mi. Podeszła bez trwogi i wbiła ostre ząbki w bliższe serce, Ja pożarłem drugie, ocierając rękawem brodę. Popatrzyłem na nią. Mogła zostać Moją Panią. Tej bym słuchał bez gadania. Ale czasy wredne. Nie moje. Pora przejść do historii. Połączyłem nasze umysły i złożyłem jej propozycję, bo przecież starożytna wiedza nie powinna zaginąć.


- Co? Chcesz mi dać swoje supermoce? – aż podskoczyła klaszcząc w ręce – Ekstra! I będę mogła tak jak ty? Chcę, chcę, chcę!


Przelewałem w tę rozentuzjazmowaną główkę wiedzę pokoleń. Wiedzę upiora. Brała bez protestu, bez wahania. Uczyła się w tempie, jakiego nie widziałem dotychczas. A potem byłem już niepotrzebny. Nowy świat, nowe wyzwania, technologie, których zrozumienie, a tym bardziej korzystanie z nich zdawało się być skrojone na inną niż moja głowę. Bogini zaczynała rozumieć, że na świecie może istnieć tylko jeden upiór i chyba było jej przykro, bo nim zgasłem usłyszałem w umyśle:


    - Szkoda, polubiłam cię. Mogliśmy razem rządzić światem.

środa, 28 stycznia 2026

Westalka na wersalce z Warsem i Marsem.

 

Dzień nieodmiennie czeka, żeby ludzie spenetrowali ciemności, nie chcąc osobiście się narażać na niespodzianki poukrywane w świecie bez świateł. I słusznie – stary i chytry ów dzień, na zwiad pchnął tych pochopnych, którym życie niemiłe. I faktycznie, plan się powiódł, bo uśmiechniętych na lekarstwo, a może jeszcze mniej, chociaż obecnie leki w natarciu i niemal wysypują się z monitorów.


Rozglądam się po wnętrzu pojazdu. Młoda kobieta wydrapuje linie życia i miłości z lewej dłoni, lecz te trzymają się kurczowo wnętrza łapki, więc trochę to trwa i zakończyło się bez sukcesów. Malutka, słaba dłoń, to za mało by zetrzeć życie i sukcesy zawodowe. W drugim podejściu pani usiłowała zaszpachlować te nieszczęsne zmarszczki kremem do rąk i wmasowywała dłużej, niż jechałem, więc trudno abym ogłosił sukces, czy jego brak. Wyprzedza nas kompaktowy dostawczak z rejestracją S0 RUMOR, ale jaką ideą został natchniony właściciel, to już nie wiem.


Pośród wieści z szerokiego świata dopadła mnie przerażająca informacja – chińskie samochody są naszpikowane elektroniką, więc MOGĄ SZPIEGOWAĆ! A któż im na to pozwolił? Bez błogosławieństwa wielkiej pani Urszuli, czy jeszcze większego pana Donalda? Po wcześniejszej panice, jakoby chińskie suwnice miały szpiegować światowy handel w amerykańskich portach cargo, oraz jeszcze straszniejszej informacji, iż cała wataha chińskich satelitów wykonała skoordynowane manewry w kosmosie, wyglądając przy tym na skłonną do osiągania militarnych sukcesów, czuję ziąb w duszy. Bo przecież niewinna amerykańska elektronika, to nigdy w życiu! Absolutnie! Któżby śmiał ją podejrzewać o szpiegowanie? Twór krzewicieli demokracji w życiu nie sięgnąłby po równie nikczemne narzędzia. A nawet jeśli, to w jedynie słusznym celu – na przykład, by wysyłać sygnał do irackich central kupionych na zachodzie, żeby przestały świadczyć usługi telekomunikacyjne, bo nabywcy przestali być potulni i czas ich skarcić demokratycznymi nalotami, wymieniając władcę na marionetkę posłuszną zewnętrznej ideologii.

Majówka.

 

Znowu powiesili mnie obok tej małej piczki, która ocieka sokami ilekroć księżyc zbliża się ku pełni i krwawi z regularnością metronomu. Dzikuska. Jedno jej w głowie. Wystarczy, że zamkną sale przed zwiedzającymi i już czyni mi awanse. Gdy księżyc wypełni się i zasuwa niebem jak tłusty naleśnik traci resztkę manier, unosi kieckę i wypina się, żebrząc, bym ją wziął. I jeszcze raz, bo świt wciąż odległy. Korzystałem, nie powiem. Od czasu do czasu trzeba przewietrzyć magazyny i wymienić amunicję na świeżą, a z nią było to więcej niż proste. Byle nie zaciążyła, bo się w ramach nie zmieści.


Ileż to tak wisimy? Dwieście lat? Więcej? Ostatni raz udało się na dłużej rozstać z suczką jakieś siedemdziesiąt temu. Zawierucha światowa sprawiła, że ją capnął jakiś niewyżyty żołdak i onanizował się w ukryciu przez lata, a ja trafiłem w łapska spoconego kustosza, który ukrył mnie pod długim stołem, bym nasłuchał się bzdur i strategii wojennych polityków niższego kalibru. Nim nas odnaleziono i (oczywiście!) skoligacono nie pytając o zgodę, suczka już była mokra i pachnąca tak mocno, że powinni porządnie wyszorować jej cipkę, zanim powiesili na ścianie, a dzieciom zakazać wstępu na to piętro. Oczywiście wzdychała do zamknięcia i rozstała się z niewymownymi, ledwie klucz w drzwiach się przekręcił na odchodne. Zerżnąłem jak swą, niemal po starej znajomości, więc bez specjalnych uniesień.


Parę lat machinalnego seksu, dla towarzystwa, z nudów, dla podtrzymania świadomości lędźwi. Wisieliśmy, jakby nasze ramy miały wspólny korzeń. Głupia była, nieuk kompletny, bez zainteresowań, ogłady, czy cienia dobrego smaku. Jakby była gumową lalą z mocno wyszczuplonym programem wokalnym. Trzeba przyznać, że puszczała się z talentem, jedynym jej dostępnym zresztą. Dzięki temu tolerowałem jej awanse. Młodość zagwarantowali nam nasi twórcy i chyba mieli komplety farb z odrębnym DNA, bo nie łączyło nas nic, poza rozmiarem płótna i licho ozłoconymi ramami.


Rozstawaliśmy się od czasu do czasu, w ramach międzymuzealnej wymiany i były to zwykle prawdziwe wakacje. Czas koneserów. Spotykałem istoty, z którymi warto było porozmawiać, posłuchać ich historii i niechby wspólnie ponarzekać. Niektórych twórcy wyposażyli w suto zastawione stoły, więc wczasy all inclusive gwarantowane. Co porabiała suczka w tym czasie? Wolałem nie pytać i raczej współczułem skazanym na jej towarzystwo. Nie każdy jest równie odporny. Grunt, że wracała nie wypychając ram na zewnątrz, a między udami nie kwitły jej siedliska zgorzeli.


Któregoś razu, na wiosnę, zapakowali suczkę w takim tempie, że nie zdążyła nawet obiecać, że wracając uczyni mnie szczęśliwym przez długie noce. Wisiałem sam z tydzień, medytując, nabierając dystansu do słowotoku wdzięcznego pyszczka suczki. I wtedy – grom z jasnego nieba! W puste miejsce powiesili JĄ! Kobietę starszą, dystyngowaną, prawdziwą damę. Ona, być może dałaby radę okiełznać maniery suczki i pokierować jej życiem szlachetniejszym torem, jednak to ja dostąpiłem zaszczytu.


Szaleństwa odsypiałem we dnie, bo noce stawały się za krótkie na dyskusje gorące jak serce wulkanu. Kobieta subtelnie pochrząkiwała ilekroć traciłem maniery, lecz przecież krew nie woda. Zdając sobie sprawę, że nic nie trwa wiecznie wyznałem, że pragnę, że jest objawieniem, marzeniem i wszystkim, czego mężczyzna mógłby oczekiwać od świata. Śmiała się serdecznie, dyskretnie tłumiąc satysfakcję z uczynionego wrażenia. Nie była z kamienia, więc rumieniec wybarwił jej policzki niemal trwale. Szeptałem i błagałem, aż zgodziła się na bliskość. Drżały mi ręce, kiedy delikatnie przedzierałem się przez zasieki wielowarstwowego stroju, żeby ją wyłuskać bez uszczerbku. Nie nawykła do męskich dłoni, a może już o nich zapomniała, bo jej ciało reagowało. Śpiewaliśmy w noc uniesienie, aż dziw, że krzykiem nie postrącaliśmy śpiących na gzymsach gołębi.


Obłęd. Zakochanie i szaleństwo musiały mieć wspólnych rodziców. Niewiele brakowało, bym w ciągu dnia nie zeskoczył z ram i nie wspiął się do niej, kryjąc się pod szeregiem spódnic, by w ich zaciszu dokazywać bez końca, ignorując zwiedzających ludzi. Chyba zaraziłem ją uczuciami, bo jej też zdawało się dziwnym, jak długo musimy udawać kolorowe plamy. Którejś nocy, gdy jej delikatne szmatki zwisały z ram, a my, nadzy, gdy tylko wytańczyliśmy tango w rytm śpiewany wysokim głosem zakochanej kobiety, usiedliśmy na sofie, by chwilę nacieszyć się bliskością i zasnęliśmy zmęczeni spełnieniem… Obudziło nas pobrzękiwanie kluczy i trzaskanie okien otwieranych gdzieś niżej, by wywietrzyć. Ledwieśmy zdążyli wrócić do siebie, a pierwszy gość przypatrywał się mojej ukochanej, która ze wstydu chciała się pod ziemię zapaść – jej bielizna wciąż zwisała z ramy, dając świadectwo nocnej rozpuście. Pochrząkiwałem, żeby odwrócić uwagę ciekawskiego gościa, ale ten jak zaczarowany zerkał na figi i twarz mojej pani. Nie zdzierżyłem. Mimo dnia zeskoczyłem z ram i przylałem mu pięścią. Nie wiedziałem, że aż tyle mam siły. Padł. Wspinałem się wracając, gdy moja pani już wciągała majtki, szepcząc „dziękuję” z twarzą czerwoną jak nigdy.


Chłopa zabrało pogotowie, ale nic mu nie było. Przyszedł następnego dnia z bandażem na głowie i coś mi tam złorzeczył, ręką sięgając ku ramie, w której kwitła moja piękność. Fetyszysta? Świntuch na pewno! Już miałem zeskoczyć, gdyż jego łapsko sięgało łydki mojej pani, ale ona była szybsza. Kopnęła instynktownie, niezbyt mocno, jednak trafiła między oczy czubkiem bucika. Znów poległ i znów pogotowie zabrało go na obserwację. My? No właśnie. Władze muzeum, dla uniknięcia kolejnych ekscesów nieobliczalnego idioty postanowiło nas rozdzielić i wysłać do różnych muzeów.


Świnia! Zapaćkał nam papiery i odtąd mieliśmy już nigdy się nie zobaczyć. Sam słyszałem, jak dwóch kustoszy debatowało szyderczo, że dopóki wisiałem obok suczki nie działo się nic złego, więc pewnie dołączę do niej… Znów lata z bezmózgim stworzeniem, które potrafi tylko kieckę zadrzeć i czekać, aż męskość wypełni ją bez reszty.


Nie bacząc na ludzi krzyknąłem, że będę jej do końca świata, niech czeka na mnie, choćby do kolejnej wojny. Zdumienie ludzi było niczym, a miało dopiero eskalować, Moja piękna zeskoczyła z ramy, otrzepała spódnicę, popatrzyła na obraz z odrazą, którą dzieło chyba zrozumiało, bo pustkę po kobiecie wypełniło martwą naturą nie ponaglane przez nikogo i nie inspirowane niczym, poza intuicją farb. A do mnie powiedziała:


- Głuptasie, na co chcesz czekać. Skacz i uciekamy stąd, choćby żyć przyszło pod mostem!

wtorek, 27 stycznia 2026

Jesień w sieni, bo letnie lato minęło, zimna zima nadciąga, więc śni sny o wio-śnie.


Mniejsze przytulało Większe. Oba w kapturach i puchatych kurtkach kryjących nie tylko płeć, ale i figurę. Duże usiłowało położyć głowę na ramieniu Małego. Spod kaptura wynurzyły się siwe kosmyki, a ich siwizna sugerowała nie tyle wiek, co kunszt fryzjerski. Pomyślałem, że nietypowo dobrana parka, ale uczuciom w kubaturę zaglądać nie zamierzałem. Dopiero gdy trzymając się za ręce wysiadali okazali się pakietem jednoimiennym, a spod Dużego kaptura, prócz siwizny wynurzyła się czarna broda. Ku zachwytowi pięknie ogolonego Małego młodzianka.


Tramwaj przyjechał doskonale schłodzony, lepiej niż drink w porządnej knajpie. Może stał całą noc w lodówce. To wystarczyło by stłumić przejawy życia. Większość trwała i usiłowała przetrwać. Jak resztki lodu na Rzece kurczowo uczepione brzegu. Ktoś sprawdzał jego odporność rzucając na taflę suchą choinę. Musiał mieć krzepę, bo drzewko wylądowało dość daleko od brzegu i wciąż nie płynie ku morzu.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Wróż służy podróży.

 

Dzień wilgotny. Spłukuje zimę z nawierzchni i wypełnia płuca powietrzem, które pachnie. Po nocy wygrzanej kaloryferami, suchy nos rozpływa się w zachwytach nad mocą powietrza posiadającego głębię wody i niosący niekoniecznie piękne aromaty. Ale jednak niosący. Odwilż zdarła wierzchnią warstwę śniegu, a tę pod spodem zestaliła do lodu, który nagle stracił szacunek do tarcia i niemal doskonale je ignoruje. Przeszłość powtórzona, powielona codziennością kruchą podrzuca znajome sylwetki i rytuały. Mam w nich własne miejsce. Widzę, że swoją obecnością potwierdzam zasadność podejrzeń, że dzień jest typowym i nie stało się nic złego. Kalka z zeszłego poniedziałku, czy może czwartku odkłada się na rzeczywistości warstwą, jak kurz, którego nikt nie sprząta. Aż dziw, że na własnych ścieżkach nie wyżłobiłem kolein. I nie tylko ja. Uśmiecham się i wcale mi nie żal. Niczego. Stan beztroski, tymczasowości nie trawionej lękiem o ciąg dalszy. Dziś mógłbym być osiedlowym kosem, ukryć się w jakimś zakamarku i świergolić do skutku, aż pojawi się samiczka równie emocjonalna, względnie chętna do wspólnego brykania w mrokach przedświtu. Albo sroką bezwstydnie zaglądającą w intymności rozgorączkowanej pośpiechem kuchni, by nabijać się z tych, co zaspali i rechotać ochrypłym głosem nie do końca wiedząc, czy faktycznie zasłużyli.

 

Mantra na dziś?

Dziewięć zdziwionych dziewcząt – dźwięczne, wdzięczne zdziwiątka.

niedziela, 25 stycznia 2026

Bohater poranka.

 

    I przyszło mi pożar ugasić, co się zalągł w domowych pieleszach, a konkretnie to pod pierzyną pamiętającą takie rzeczy, że poszwa do dziś różowiutka jak świeżo umyte prosię. Dzień nie nastrajał. Było nawet nie co gorej, ale kiedy ryzyko pogorzeliska życiowego na firmamencie tylko czeka, by zająć moje miejsce u boku – wyjścia nie było absolutnie. Spod rzeczonej pościeli dobiegła mnie skarga, jakoby zabrakło, a choć oferowałem usługi własne ze szczególnym uwzględnieniem cielesnych, to jednak się okazało, iż chodzi o dwunastą muzę – kulinarną.


    Po nocy niezbyt upojnej, ledwie niskoprocentowej, lecz energochłonnej, jak samo piekło podczas erupcji, w coraz dojrzalsze chrapanie uroczej mej Małżowinki wdarło się pragnienie. Pragnienia gasić, to rzecz męska, wymagająca niezbyt ciężkiej pracy i można rzec, że wręcz szkolna – aż dziw, że na zajęciach praktyczno-technicznych w szkołach pierwszego stopnia nie kształci się p.o. mężczyzn w tej użytecznej umiejętności. Rozumie się samo przez się, że poradziłem sobie doskonale z gaszeniem (pomimo braku nauk pierwotnych), choć aspekt fizyczny kusił niegasnącą urodą ciała Małżowinki, która całkiem dobrze zapowiadające się manewry związane z atakiem na żar jej namiętności zatrzymała dłonią, jak jakiś Kopernik, a potem, leżąc wykonała piruet – półtora Aksla, czy Aspergega, może nawet Asparagusa z lądowaniem w punkt i okazała zainteresowanie ujemne, jak zawsze pięknym kuperkiem. Wtedy też zachwycająco naga prawda wyraziła wokalne zainteresowanie paszą treściwą w wersji – nie musi być niedobre, wymyśl coś!


    I to już był ów moment, kiedy doświadczony saper grodzi teren, stawiając możliwe gęsto tyczki, omotane drutem kolczastym i tabliczkami „UWAGA - ROBIĘ MINY”, z nadzieją, że nie po raz ostatni. Nieco zdeprymowany pełnym zaufaniem Małżowinki, już oddalającej się mentalnie w nieznaną mi bliżej arię trzech tenorów zająłem strategiczną pozycję u wrót lodówki, by ją skolonizować, ograbić i nałożyć niezwykle dotkliwą kontrybucję.


    -Jajka? Prymitywne, pierwotne i niewyszukane, za to syte i dostępne w czasie krótszym niż cierpliwość na wpół zagłodzonej długą, zimową nocą Istoty.


    - Kiełbasa z wody. Gotowość konsumpcyjną osiągała równie szybko i pozwalała osiągnąć spektakularne sukcesy w walce z głodem w każdym zakątku świata.


    - Resztki wczorajszego obiadu oczywiście odpadły w przedbiegach, jednak jako propozycja śniadaniowa numer trzy przez chwilę zaprzątała mój umysł, ponaglany barytonem chrapnięć, nie wiem już którego z tenorów i z rozpaczy gotów byłem poddać pod głosowanie ów wybór ostatniej szansy.


    - Kanapki! Genialne! Tu można się było wykazać, nie narażając się zbytnio. Wystarczyło zrobić ich ze dwieście, każda inna i na pewno gdzieś się trafi w gust świeżo wybudzony po nocnych ekscesach.


    Przegląd zniewolonej lodówki wypadł całkiem całkiem – masełko, wędliny, sery w dość pokaźnej rozmaitości, jajka zerkające z górnej półeczki z nadzieją na kąpiel w gorącej wodzie ciut więcej jak 3,15, żeby nabrały jędrności. Warzywa także okazały się czekać na swój wielki dzień, by zaprezentować się przed kapryśną publiką. Szkoda wymieniać – kłębiły się tam, jak na miejskim bazarku. I te zioła, czy kiełki prężące czułki, zielone pajęczyce, brrrr… W każdej misternej strategii pojawić się musi ale, czyli gwóźdź programu. Pieczywo nie zagrało. W sekcji pieczywo kuchnię zamieszkiwały jedynie okruszki na dnie chlebaka. Misterium właśnie trafiał szlag, a Trzej Tenorzy z sypialni wydawali się coraz bardziej zmęczeni występami.


    Kierpce na nogi, czapa na uszy i już kłusowałem, węchem lokalizując piekarnię. Była tam. Od zawsze. Ale właśnie dziś udawała niedostępną. Ech! To tylko wiatr wiejący w niewłaściwą stronę. Pod wpływem emocji łatwo się zagotować, a nawet przypiec na rożnach lęków. Piekarnia była, nawet otwarta i dysponowała bułeczkami na każdą okazję, co nagle okazało się odstraszające. Taki wybór spadł na człowieka nie przygotowanego na zmasowany atak rozmaitości. Z rozpaczy wziąłem wszystkie po dwie, łącznie z rogalami i wielką bagietką, która w średniowieczu służyłaby za kopię na rycerskich turniejach. Wszystko razem kosztowało jakiś milion, nie mieściło się w torbie, ale pachniało tak, że sam Bóg by zgrzeszył, to może i dobrze, ze wziąłem więcej?


    Drzwi zamknąłem najciszej jak się dało i na paluszkach do kuchni. Przekroiłem pierwsze lepsze na pół i pozwoliłem masłu zakleić pory parującego pieczywa. Zalewałem właśnie kawę, gdy poziom piękna w kuchni przekroczył stany alarmowe – w stroju Ewy wmaszerowała do kuchni sprawczyni zajścia i niewinnie zagaiła:


    - Ojej! To wszystko dla mnie? Będę gruba i przestaniesz mnie kochać!