środa, 13 maja 2026

Kościół – magazyn na kości?

 

W tramwaju dziewczątko uśmiecha się do własnych myśli podstawiając buzię na promienie słońca. Może już pachną jej zakwitające właśnie robinie? A może noc nie minęła nadaremnie? Spod falistego ogrodzenia zerkają na chodnik potężne liście łopianu okolone delikatnymi płatkami maków. Na kominie wrona łowi wznoszący prąd termiczny i nie może zdecydować się czy zaufać jego sile nośnej.

wtorek, 12 maja 2026

Kasztanowe kastaniety kosztują kosz tuj.



    Ograbione graby, sklonowane klony, uświerkłe świerki, skatowane katalpy, buczące buczyny, modre modrzewie, zarobione robinie, rozwiązłe wiązy, lipne lipy, osikane osiki, sosny nie w sosie i jesienne jesiony w jesionkach. A wszystko to, bo deszcz nocny nasycił ziemię i sprawił że zieleń rośnie w oczach. Sen podkręcony tym deszczem też jakiś intensywniejszy i tylko dżdżownicom było nie w smak, bo wygnał je na przymusowy spacer pustymi, betonowymi chodnikami. Zmoknięte bzy wilgoć ograbiła z kolorów i skłoniła ptaki do dłuższego lenistwa w rodzinnych gniazdach. Nic nie śpiewa, a na przystanku ludzie wypłukani z uczuć patrzą martwo na horyzont, skąd mógłby wreszcie nadjechać autobus.


    Emerytowany Dżokej maszerował z wielkim animuszem, płosząc przykościelne gołębie, które nie łatwo wystraszyć. Pod kasztanowcami grube kobierce strąconego kwiecia, jeszcze wczoraj uwodzącego aromatem z wysoko rosnących gałęzi. Pogoda w kratkę. Niebo nie może się zdecydować, czy spaść mi na głowę, czy obdarzyć słoneczną aureolą. Kwitnące złotokapy skutecznie poprawiają humor.

poniedziałek, 11 maja 2026

Kminek w kominek by maminy muminek zmienił minę.

 

Na wysokości wzroku kursem kolizyjnym zasuwał kos. Na sygnale więc miał pierwszeństwo. Grzecznie przepuściłem podziwiając jak misternie zostało spętane betonowe ogrodzenie winobluszczem zieleniejącym po ostatnim deszczu. Z witryny sklepiku z cudami zerkała w niebo kaczka z ciemnego drewna. Może zazdrościła śmigłej czapli, a może krzyżówkom zmieniającym akwen przed śniadaniem. Dziś to ja zawstydzam Nóżkę, dumnie mijając go nim dostrzegą jego dryf codzienny manekiny w sukniach ślubnych. Słońce zsuwa się ze starych murów i rozlewa po trotuarach. Zupełnie jak dawniej.


W drodze powrotnej obserwuję botaniczne rejestracje D7 PINIA i D2 WRZOS. A poza tym, ze zdumieniem zderzam się z zauważeniem, że musi być ciepło, bo ponad połowa społeczeństwa łazi bez biustonosza. I niektórzy nawet mieliby co w nich nosić! Cóż za rozpasanie narodu!

sobota, 9 maja 2026

Elżunia leży i lży.

 

    Za plecami parka kosów uwijała się najwyraźniej coś knuła, więc szybko, bo przecież nie chciałbym, aby skrzydlata czerń dopadła mnie i pomarańczowym dziobem wydłubała ze mnie jakieś pasożyty, czy nerkę. Udało się dopiero, gdy zerknąłem za siebie, czym spłoszyłem śpiewaków. Uciekli w szczelnie oplatające osiedlowy mur winobluszcze i zajęli się sobą.


    W sklepie piękna ruda pani w biało-czerwonej opasce w grochy kasując zakupy opowiadała historię wartą uśmiechu. Specjalnie do tej właśnie kasy stanąłem, choć kolejka była dłuższa niż do innej, ale czynię to niemal bez udziału świadomości. Pani potrafi sobie podśpiewywać podczas pracy, pożartować, a jej dobry humor wart jest i długiej kolejki. Wróbel sprawdza przyczynę, dla której objawiłem się na balkonie i najwyraźniej intryguje go moja obecność. Fruwa pomiędzy tarasami i zerka, czy się wreszcie schowam. A kiedy okazuję się zakamieniałym staczem odlatuje gdzieś ze swoją wróbliczką i udaje, że wcale mu nie zależało. Po jakimś czasie wracają, bo na tarasie poniżej sąsiad postawił paśnik dla ptasiego planktonu.

piątek, 8 maja 2026

Pułkowy półgłówek w półbutach z półki.

 

Czapla, najwyraźniej spóźniona, leci jak do pożaru usiłując nadrobić stracony czas. Grozi jej że za karę zamiast śniadania będzie stać po kostki w zimnej wodzie, aż jej sczerwienieją paluszki i pęcherz nie wytrzyma plumkania wody. Wrona dosiadła znak ograniczenia prędkości i najwyraźniej usiłuje kontrolować przestrzegania przepisów. A pustułka zaplątana w centrum miejskiego zamieszania kieruje się ku opłotkom gdzie betonu mniej, choć i tu znaleźć można kwitnące na biało kaliny, kasztanowce i czarne bzy.


Włosy fałszywej brunetki siedzącej przede mną śmierdzą petami. W skrzynce przed warzywniakiem bladozielone łby kapusty podziwiają krągłości ekspedientki pochylonej nad prężącymi się bezwstydnie porami, pragnącej jakoś tę masową erekcję poukładać na tyle kusząco, by znalazły dłonie gotowe je przytulić i zabrać ze sobą w domowe zacisze.

Sekcja zwłok.

 

Nie. Jeszcze żyję chociaż zdaję sobie sprawę z nieprzyzwoitości popełnianego bezczelnie czynu. Zasadniczo żyję bez uzasadnienia, zapewne z przyzwyczajenia, albo przez pomyłkę, której nikomu nie chciało się unicestwić, żeby pozostałych nie ochlapać czymś odrażającym, co zwykle wydziela miażdżony argumentem siły organizm od najmniejszego po te najokazalsze.


Usiłując nadać jakkolwiek małe, ale jednak znaczenie podjąłem się prowadzenia bloga. Pamiętniczka, szuflady na niepokorne myśli. Poligonu, po którym wciąż przetaczają się burze ciężkostrawnych myśli i płochych pomysłów, którym nijak na salony wstąpić się nie godzi.


Obserwując żenująco ubogie zainteresowanie treściami pojawiającymi się tu od lat zauważyłem ze zdumieniem, że licznik odwiedzin drastycznie zmienił skok. Od ładnych paru miesięcy comiesięczna liczba gości osiąga poziom rocznego zainteresowania z lat poprzednich. Podejrzewam nieustająco, że to działalność sztucznego tworu żerującego na obcych treściach, jednak nie mam pojęcia czym sprowokowałem zainteresowanie SI. Widocznie mało kaloryczne te treści skoro musi tak często uzupełniać paliwo.


Po komentarzach sądząc istot żywych na blogu bywa raptem kilka, bo ciężko mi uwierzyć, że wstyd tudzież inne skomplikowane uczucia paraliżują tłum odwiedzających do tego stopnia, że ani cześć, ani (nowocześniej) cze! nie powiedzą i tylko ukrywają się skrupulatniej niż patyczak w koronie drzewa. Aż tak zły nie jestem… chyba. Nieważne. Nie to nie. Przymusu nie ma. Piszę, bo lubię nawet gdy nikt nie widzi.


Dziś rano dowiedziałem się że moja twórczość blogowa stanowi skarlałą, ale jednak formę publikacji. Mój błyskawicznie pęczniejący narcyzm rozpędził chmury nad Miastem i osłodził kawę! Teraz wypada zrobić porządny coming-out, zapomnieć majtek idąc po bułki, albo chociaż zatrudnić małe stadko paparazzich, żeby obfotografowywali moje nieuniknione ekscesy. Pamiętniczka raczej nie napiszę, bo przecież już mam. Może zacznę gotować? Albo remontować domy, względnie ogródki? Prowadzić program w TV i tańczyć z gwiazdami? Może nawet śpiewać? Ewentualnie zasiadać w jury czegobądź jako „ekspert”… eksport? eks?


Trzeba rzecz na spokojnie przemyśleć. Jako istota publikująca, publiczna być może, obawiam się wracać do domu, gdyż ten gotów stać się domem publicznym, co zrodzi konieczność zainwestowania w czerwone latarnie, a do wypłaty szmat czasu. Cennik usług to kolejna oczywista oczywistość. Ech! Może i lepiej że to Sztuczna robi tłok – wstyd jakby mniejszy.

czwartek, 7 maja 2026

Ekstrakt trochę o prokreacji, trochę o cyborgach.

 

Czy stosunek Sztucznej Inteligencji ze Sztucznym Inteligentem prowadzi do sztucznego zapłodnienia? Czy łączenie organizmów cybernetycznych z organicznymi prowadzi do mezaliansu ustrojowego i potomstwa mieszanego? Owoce takiego związku będą samoistnie inteligentne, czy będą musiały chodzić do szkół?

środa, 6 maja 2026

Ekstrakt iście królewski.

 

- Ja nie mam co na siebie włożyć – nucę stojąc na golasa przed szeroko rozpostartymi drzwiami szafy, daremnie wzrokiem poszukując szaty wystarczająco szykownej, aby mnie okryć.


Wzdycham tylko, gdy zimnokrwiste lustro przygląda mi się krytycznie – Trudno, korona musi wystarczyć!

Struję nastrój. Na stroje nas troje nastroję.

 

Pchany popołudniową tęsknotą za łazęgą zawieruszyłem się wczoraj w miejskich wirydarzach. Z zaskoczenia wziąłem trzy, w tym ostatni mi dotąd nieznany, za to znany googlowi. I wszystko byłoby znakomicie, jednak okazało się że tenże, stanowiący wewnętrzny dziedziniec filologii germańskiej, stał się uczelnianą palarnią. Pośród kwitnących krzewów i rabat okalających ławeczki pyszniła się altana pełna popielniczek. Niemiecka praktyczność najwyraźniej wzięła górę nad lokalnym romantyzmem. Ordnung must sein!


Osiedlowa siatkarka od rana testuje zalety legginsów z tych, co drastycznie pogłębiają otchłań międzypośladkową. Najwyraźniej zadowolona jest z pobieranych wrażeń, bo występuje w nich regularnie, nie bacząc na wiatr, okradający jej intymność z ciepełka. Sympatyczny Rudzielec, dziś w błękitach, uzupełnia makijaż malując rzęsy na kolor „bardzo długie i łatwo dostrzegalne”. Przy okazji sprawdza językiem, czy między zęby nie zaplątała się łodyżka czosnku niedźwiedziego, albo innej kolendry. Na ścieżce rowerowej pani wchodzi w poranek truchtem, a jej ciało nosi znamiona poważnej opalenizny nijak nie wyglądającej na dzieło powiewów chłodu.


Ktoś za mną poddaje recyklingowi zawartość nosa wciągając zawartość potężnymi haustami. Najwyraźniej ideę zero waste wziął sobie do serca – ot taki niewymuszenie serdeczny gość. I najwyraźniej bardzo głodny, bo pobiera porcję za porcją regularnie jak metronom. Rozkoszne rusałki wagi ciężkiej przebiegają ulice na czerwonym, a ich bladziutkie kolanka migają pod letnimi sukienkami. Do mnie uśmiecha się piękna pani wyglądająca jak przeniesiona żywcem z dwudziestolecia międzywojennego. Odśmiecham się, bo wygląda naprawdę bardzo elegancko i delikatnie. Żebym umiał jej towarzyszyć musiałbym wyglądać o niebo dostojniej.


A ponieważ nie wyglądam, bawię się w marszu, wymyślając rodzaje lin:

Alina, Bylina, Celina, Dolina, Etylina, Formalina, Glina, Halina, Insulina, Jedlina, Kalina, Lanolina, Malina, Naftalina, Otulina, Paulina, Roślina, Solina, Ślina, Trzmielina, Watolina.

Zostało jeszcze kilka literek, więc podzielę się zabawą – jeśli kto chętny poddać się szaleństwu, to zapraszam.

Szaleństwa ciąg dalszy.

 

    Przypadkiem (a ponoć te nie istnieją) postanowiłem przejść przez jezdnię na krwistym świetle, gdy ruch kołowy zamarł. A jak padło pytanie, czy nie mam wyrzutów sumienia i czy spać będę mógł w nocy, zacząłem snuć opowieść. Gdy tylko dopadłem maszyny – przepisałem i wysłałem w jedyne miejsce (jedyne prócz Lustra), w którym nie boją się, gdy wyobraźnia potrafi zdestabilizować wszelkie prawa, z fizyką włącznie. Oczywiście mowa o Niedobrych literkach, a efekt można skonsumować tam:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/05/06/relacja-na-zywo-by-daniel-wojnarowicz/

wtorek, 5 maja 2026

Jedzie od Jadzi jadeitowym jadem z jadalni.

 

    Wykształcenie miała takie więcej cielesne i kto wie, czy na takim nie poprzestała, gdyż słownictwo i sposób bycia miała niewyszukane. Nie sposób nawet szydzić, bo być może był to właściwy wybór, gdyż powodzeniem cieszyła się nieprzeciętnym. Chwilę potem dziewczątko ubrane w górne pół bluzki. W marszu mozoliło się dziecię, by naciągnąć tę połówkę na korpusik w niższych partiach, jednak materiał najwyraźniej nie zamierzał kolaborować z nosicielką. Chwilę później podziwiam parkującą motocyklistkę w leginsach. Oglądana od przodu demonstrowała głęboki dekolt, w który śmiało mogła nałapać między piersi wszędobylskiego puchu z topól i much zakochanych w cieple asfaltu. Autobus usiłował zatrzymać się w zatoczce, kiedy przyblokował go dostawczak V7 KAMYK. A potem, to już rozkoszowałem się kwitnącymi na działkach glicyniami. Trzeba im przyznać, że są niezwykle ekspansywne.

poniedziałek, 4 maja 2026

Postanowienia nie całkiem noworoczne.

 

    Zdecydowałem, że stanę się lepszym człowiekiem. Kupię smartfona i smartłocza. Z milion darmowych aplikacji zainstaluję. Płacić będę okiem, uchem, albo krwią, jeśli trzeba. Hasła będę miał tak mocne, że będzie można na nich wykuwać katany. W wakacje będę dubaił, majorczył, albo zanzibarzył na piasku. Walnę sobie tatuaż, albo i trzy, przekłuję język, pępek i nos, a jak okaże się, że ból jest znośny, to może i mosznę. Nauczę się mówić spoko, szit i dżizas. A jadł będę kebaby i popijał colą bez cukru, albo piwem bez alko. I jeszcze czipsy, nugetsy, energetyczne batony i red bula, żeby mieć własne skrzydła.

Laska o lasce z lasu na Alasce.

 

    Na przejściu dla pieszych kobieta w czerni. Na nosie przeciwsłoneczne okulary nad głową przeciwdeszczowy parasol. Gotowa na wszystko, żadna aura jej nie zaskoczy. Tylko światło ja zaskoczyło i nie przeszła jak reszta stada. Łącznie z dwoma pulpecikami zapatrzonymi w siebie i całujący się w marszu. Słońce porozbierało dziewczęta tak pięknie, jak żaden facet nie zdołałby. I niech tak będzie, niech gwiżdżą szpaki, niech cienie paradują wskroś ulic. Alternatywne piękności nieco straszą, szczęśliwie oglądam te piękności przed zmierzchem.

niedziela, 3 maja 2026

Pasażer żeruje na pasach, masażer preferuje żerowanie na masie.

 

    Dwie sroki tańczyły na rynnie najwyraźniej flirtując. Gdy pojawiła się trzecia i zaczęła „przystawiać się” do jednej z tańczących, bójka wisiała na włosku. Skończyło się na przepychankach. Słońce wygładza humor, a raczej wygładzałoby, gdyby ktoś raczył to zauważyć. Cisza aż w uszach dzwoni. Plac zabaw wybawiony wczoraj do cna odpoczywa spodziewając się kolejnej fali popularności. Dyżurni od piesków toczą się ospale szlakiem tak dobrze znanym, że nawet oczu otwierać nie trzeba. Usta same mówią „dzień dobry”, gdy naprzeciw ma się pojawić konkurencyjna sfora wiedziona przez równie senną istotę.

sobota, 2 maja 2026

Woje we troje wyjedzą moje słoje z łojem.

 

    Ciepło, aż miło. Pot przemieszcza się wzdłuż kręgosłupa, tam gdzie słońce nie sięga. Na wszelki wypadek poluję na plamy cienia, żeby się nie odwodnić. Przed sklepem dziewczynki sprzedają lemoniadę za co łaska. Nie pierwszy raz, bo to wydarzenie cykliczne. Obwieszeni psami posiadacze robią rundę za rundą osaczając osiedle wielopętlową nutą zapachową wyczuwalną przez czworonogi. Kosy rozśpiewują osiedle, a dziecinna radość z placu zabaw przedziera się nawet przez zamknięte okna. Pszczoły pracują nad obrazkiem złożonym z wydrążonych patyków i szyszek, szykując domek dla potomstwa. Chyba polubiły balkon, bo to kolejny rocznik. Rozbudowałem siedlisko widząc takie zainteresowanie, a teraz pora karmić pisklęta, więc kwiaty do pełna. niech tylko miną przymrozki, to zafunduję im ucztę.

piątek, 1 maja 2026

A tymczasem.

 

    Okazało się, że startując w kategorii „romans” z króciutkim opowiadaniem trafiłem w objęcia PaskudZinu. I gdyby komuś było po drodze z szaleństwem miłosnych uniesień, to zapraszam tam:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/04/30/paskudzin-08-juz-dostepny/

    Może tylko zaplątałem się, jako ten rzep uczepiony czegoś większego? Nieważne, grunt, ze uczucia płoną!

czwartek, 30 kwietnia 2026

Szczypię szczupłe szczapy szczepu.

 

Ptakom zebrało się na gawędy i to mocno emocjonalne. Niech tam. Zdecydowanie lepsze to niż kozackie przechwałki, czy warkot samochodów. Blondyneczka z końskim ogonem bierze ostry skręt TIR-em uśmiechając się do przechodniów (stojący przechodzień to stoik?). Mijam zimowe czapki i krótkie spodenki. Najwyraźniej prognozy pogody na konkurencyjnych kanałach TV wieszczą odmienne temperatury. Królik w surducie uśmiecha się z wystawy sklepiku z czarami. Może śni mu się Alicja do towarzystwa? Słońce wygrzewa stare mury, a masywne kobiety studzą uda w spódniczkach pokurczonych od chłodu. Nóżka też musiał zmarznąć, bo idzie wolniej niż zwykle, a ja mijam go później niż oba salony, choć zegarek twierdzi że nic wcześniej nie wędruję.


Wpadam na pomysł opowiadania, w którym kobieta z obrazu staje się seryjnym mordercą wracającym w ramy o świcie, przeczekując policyjne obławy. Któregoś razu zapędziła się za daleko, więc przeczekuje dzień z bezdomną gdzieś pod mostem. Pod wpływem impulsu oferuje jej swoje mieszkanie na stałe, a sama schodzi na ziemię. Nie za mądra decyzja kończy się obławą w której zostaje zastrzelona. Bezdomna zagospodarowuje obraz po swojemu. Zarówno nowa lokatorka jak i nowe wnętrze nie podobają się właścicielowi więc wynosi obraz do ogródka żeby go spalić.


    Żeby nie było – podglądam i podsłuchuję. Czasami węszę. I zupełnie się nie wstydzę. Nie mlaskam… nie mlaszczę? Grunt, że tego nie robię. I dlatego dzisiaj podsłuchałem, jak siwowłosy, zapewne odbarwiony przedwcześnie prowadząc swoją panią w stronę Rynku wygłosił bolesny komunikat: Ten świat nie jest dla nas. Lekko trącone zakończenia nerwowe zaczęły knuć, czy przypadkiem mają jakiś wybór. Może potrafią się przenieść w inne, te lepsze? W autobusie powrotnym zaszczyciła moje zmysły małoletnia wycieczka. Których z gaworzących piskląt na jednym z przystanków zauważył, że tam właśnie mieszka jego prababcia, która ma ze sto lat. Wypada pogratulować. A może się przenieść, skoro tam długowieczność jest zauważalna nawet dla młodocianych umysłów?

środa, 29 kwietnia 2026

Rozrzedzona rzadkość - grubszy grób, cieńszy cień.

Mnogość szklanych i lustrzanych tafli powiela słońce i sprawia, że można oślepnąć znienacka. Promienie słońca przeszywają na wskroś autobus i tramwaj. Dopiero węższe uliczki oferują cień. W słońcu za to dryfują piękne dziewczęta, rywalizujące w niewypowiedzianych pojedynkach na goliznę w przestrzeni publicznej. Choć ciepłe dni stanowią dopiero prognozę na chodnikach prezentują się figury schwytane w sieć materiału stanowiącego nie więcej jak warstwę naskórka. Nie da się żadnej oskarżyć że chodzi goła ale wzrok przegranych sugeruje że myśleć tak nikt nikomu nie zabroni.


Tramwaj zatrzymał się na popas przed skomplikowanym manewrem skrętu w lewo a z przystanku zerka na mnie kobieta w wielkich okularach. Raczej się nie znamy co nie przeszkadza jej przyszpilić mnie do krzesełka. Może podoba się jej czerwień mojej kurtki? W sklepiku z czarami wisi na sznurkach marionetka-Pinokio z nóżką podgiętą w sam raz by wymierzyć komuś kopniaka w miękkie tkanki. Ludzie przemykają szybko żeby nie narażać się na ewentualną agresję laleczki. Po postrzyżynach Nóżka okrył pluszowy łeb kapturem i zasysa papieroska wypełniając się cieplutkim dymem.


wtorek, 28 kwietnia 2026

Relacja na żywo.

    Ludzie stoją na przejściu dla pieszych, a czerwone światło nie zamierza zmienić się na zielone. Po jednej stronie ulicy między cywilami stoi wściekły policjant, więc nikt nie pcha się na jezdnię, choć nic nie jedzie. Później okaże się, że policjant bardzo chciał siku, ale postanowił nie przełazić na czerwonym, z obawy, że nie zapanuje nad tłumem. Służbista. Nos na pewno go nie oszukuje. Na krawężnikach po obu stronach jezdni już czai się zło. I tylko wypatruje okazji żeby się ujawnić i kpić z umowy społecznej którą on ma skontrolować, karcąc niesfornych złośliwych i głupich. Zapomniał że umowa społeczna ma służyć ustaleniu prawa drogi, gdy dojdzie do konfliktu interesów. Kiedy nic nie jedzie, albo nikt nie idzie sygnalizacja stanowi jedynie szykanę prawną służącą wymuszeniom finansowym przez nadzorców.


Tymczasem do krzyżówki zbliża się grupa przedszkolna w asyście siły fachowej niezbyt doświadczonej sądząc po fizjonomii. Dzieciaczki dokazują, a dorośli się wściekają. Nie wiadomo na co bardziej – na zdrowy śmiech dzieci, czy chorą sytuację prawną na pustej drodze. Rośnie agresja, którą pani przedszkolanka pozwala wyładować dorosłym na dzieciach. Logika takiego działania odsłania brutalną prawdę. Łatwiej wyładować emocje na tych, których z łatwością możemy pokonać niż na kimś kto zacznie się bronić. Przedszkolanka zapewne obawiała się o własną nietykalność cielesną wolała przelać nieszczęście na podopiecznych. Każdemu z czekających przydzieliła po maluchu żeby mógł się wykazać przewagą fizyczną. Konstytuuje się podział na indywidualne pary oprawca/dziecko i dzieci dostają soczystego klapsa podpartego wiązanką pełna słów pomijanych przez szanujące się słowniki (za to częste podczas współczesnych przedstawień teatralnych)


    Policjant w obliczu licznych wykroczeń i zbiorowemu gwałtowi na małoletnich obywatelach zamierza zignorować czerwone światło. Z emocji popuszcza w spodnie, gdy nadjeżdżają samochody skierowane z pobliskiej obwodnicy. Dramatyczny wypadek drogowy zablokował wszystkie cztery pasy jezdni służby drogowe przekierowały cały ruch z obwodnicy na drogę osiedlową. Światło czerwone na skrzyżowaniu świeci się już ponad godzinę. Samochody mkną błogosławiąc (lub klnąc) sytuację na drodze. Piesi karnie stoją choć cierpliwość już dawno została wyczerpana i nie ma gdzie uzupełnić braków. Ktoś podjada wprost z torby - zakupy świeżo zrobione w dyskoncie są niczym żelazna rezerwa, albo uśmiech losu. Nieśmiały w porywie odwagi oświadcza się sąsiadce, wyznając gęste, trudne do wysłowienia uczucia. Zaczynają planować wspólne życie, z wybiciem ścianki pomiędzy mieszkaniami, aby móc zażyć intymności nie tracąc czasu na spacery przez klatkę schodową.


    Rozmowy telefoniczne stają się coraz bardziej dosadne i karczemne. Słowa nieparlamentarne sieją spustoszenie w małoletnich główkach. Cóż, parlamentarzystów nie ma na skrzyżowaniu, co być może osłabia wartość przekazu słownego. Dzieciaczki nie przestają płakać, wstrząsane kolejnymi klapsami wydzielanymi już spontanicznie przez stojących. Jakiś pies zaczyna wyć, więc ktoś kopniakiem wygania go wprost pod koła samochodów. Rozbryzgi krwi rozjuszają ludzi, którzy dzielą się na wrogie ugrupowania. Pani przedszkolanka jako przedstawicielka płci odmiennej, zgodnie z zasadą że mniejszość rządzi światem, obejmuje przywództwo i wygłasza płomienną mowę sugerując, żeby nienawiść skierować na tych po drugiej stronie ulicy, a nie do „swojaków” stojących obok drugą godzinę. Któreś dziecko ogłasza że musi kupę, kolejne dołączają, bo tak jest zawsze. Smród niewinnych kupek wrasta w wątły trawniczek dzielący chodnik od ścieżki rowerowej. Wściekłość wrasta w oblicza stojących i tęskniących za drugą stroną ulicy. Ktoś sugeruje żeby wykopać przejście podziemne, albo pokonać jezdnię o tyczce. Niepewność prawna czynu nieco krępuje inicjatywę szczególnie że gliniarz w mokrych spodniach to naprawdę zła wróżba.


    Jedno z dzieci w trakcie defekowania przypomina sobie, że w spadku po dziadku zostały mu zaszczepione tajniki kung-fu i w wielkiej konspiracji, w przysiadzie pełnym dostojnego skupienia uczy pozostałe, jak należy kopać, żeby naprawdę bolało. Dzieci chlipiąc i defekując uczą się, ukrywając przed dorosłymi talenty. Postępy błyskawicznego przyswajania metod walk ulicznych jest naprawdę krzepiący. Policjant zatrzymany niekończącym się sznurem samochodów zaczyna strzelać gumowymi kulami po oprawcach dzieci. Ktoś prawie-dorosły wyciąga z kieszeni procę i zaczyna się bronić, inny buduje prowizoryczną tarczę z reklamy pleksiglasowej.


Samozwańczy wódz przedszkolaków daje sygnał do ataku. Powstanie gladiatorów przy tej akcji topiku. Dzieci znienacka walą mężczyzn wściekłymi piąsteczkami w jądra, a kobiety kopią po kostkach. Najchętniej po obu naraz. Tak kopać potrafili jedynie najwybitniejsi mnisi z Shaolin i Chuck Norris. Elegancka zasada mierz zamiary na siły zdaje egzamin (pani przedszkolanka notuje w pamięci że całej grupie należy się plusik za aktywność i inicjatywę a za efektywność drugi. Przywódca grupy jeśli kucharka pozwoli dostanie dodatkową porcję budyniu na deser. Może nawet nie będzie leżakował w trakcie ciszy poobiedniej tylko zaprosi na podwórko z księżniczkę z grupy księżniczek korzystając z krótkotrwałego jednostkowego roztargnienia pani przedszkolanki). Wśród dorosłych natychmiast pojawia się chaos i bez słowa dezorganizuje obronę. Po niespodziewanym ciosie, mężczyźni zginają się w pół uderzając głowami w stojących obok nich. Kobiety pozbawione punktów podparcia fikają wymyślne kozły. Usiłują nie połamać paznokci unikają deformacji fryzur i delegują spodziewane przyziemieniem siniaki z widocznych fragmentów ciała na te więcej ukryte. Demolka z autodestrukcją trwa zaledwie moment, a efekt przeraża. Ptaki Hitchcocka nie spowodowały takich strat jak małoletnia partyzantka.


    Przedszkolanka jako jedyna pozostała w postawie wyprostowanej - gówniarze, ale mores czują! Ekspresyjnie drze szaty chcąc zaistnieć w historii tubylców w nadziei że feministyczna odpowiedź na akcję Stańczyka będzie zdecydowanie skuteczniejsza. Obnażając malutkie, twarde piersi przejmuje władzę nad wzrokiem otoczenia. Widok odbiera rozum kierowcom płci męskiej i wyrafinowanym przedstawicielkom płci piękniejszej. U małoletnich obraz atakuje ślinianki wspomnieniem starannie zaszytym w podświadomości. W rezultacie na przejściu dla pieszych dochodzi do wielokrotnego karambolu z udziałem tak wielu samochodów, że końca demolki nie potrafi dostrzec policjant, który wspina się na szczyt złomowiska ulicznego w obszczanych spodniach. Dzieci ukradkiem przedzierają się przez jezdnię i uciekają na plac zabaw, by tam wzajemnie leczyć rany i dokończyć trening kung-fu. Mężczyźni wciąż leżą i masują zaatakowane członki, z ostrożności nie wstając z chodnika i nie patrząc w oczy kobiet. Spod przymkniętych z bólu powiek rozglądają się, gdzie się podziali mali karatecy. Kobiety chciałyby poszukać wsparcia bo nie wiedzą od czego zacząć masaż, od kostek, czy pup, a na dżentelmenów nie bardzo mogą liczyć bo ci zajęci są sobą, a lokalne tajskie masażystki z Bali są zajęte i opłacone na rok z góry.


Nad policjantem zamierzała powiewać amerykańska flaga i pewnie nadleciałyby helikoptery niczym wygłodniałe szerszenie, ale kontynent nie ten, a hollywoodzki scenariusz sztuczna inteligencja zacznie pisać dopiero pojutrze jakiś miliard terabajtów później.


W straszliwym bałaganie nikt nie dostrzegł, że światło postanowiło ochłonąć od krwi i pograć w zielone. I pomyśleć, że gdyby postanowiło to zrobić trzy godziny wcześniej, cała akcja byłaby wyłącznie autorskim rozwinięciem niewinnego spaceru w otulinie cywilizacji.


Kosiarka kosi Arka

 

A kiedy czasy ciężkie i trzeba dwa razy zerkać na każdą złotówkę, a każdy litr paliwa dzielić na czworo, nad Miastem krążą wielosilnikowe samoloty. Co tam robią? W imię jakiej kręcą się każdym możliwym azymutem, siekąc niebo smugami przeradzającymi się po krótkim czasie w chmury wstęgowe? Jakiś nieokrzesany pilot, pewnie młodzik, kondensuje nieumiejętnie, a może tylko zmienia biegi, bo zostawia za sobą smugi wyglądające na komunikat morsem, a nie przyzwoitą kondensację. Zacięły się klapy? Marzy mi się dzień bez samolotów. Choć jeden. I niebo prawdziwie błękitne. Bez chmur poukładanych w rządki, szachownice, czy skupiska z jasno wyznaczoną granicą, poza którą brykać już nie wolno.


Psy szturmują samotne drzewo rosnące na klombie. Tylko patrzeć, jak się zorganizują, ustawią w koedukacyjnej kolejce, i ustalą dzienne normy przypadające na osiedlowego osobnika płci dowolnej mierzonej proporcjonalnie do wyporności egzemplarza. Nie wiem czy będzie taka potrzeba bo drzewo, w przeciwieństwie do innych, nie zieleni się ani trochę. Może skażenie biologiczne przekroczyło już odporność gatunkową drzewa? W tramwaju podziwiam jednostkę niezdeterminowaną płciowo. Istota najwyraźniej lubuje się w mimikrze, wysyła masę sprzecznych sygnałów, nie pozwalając zewnętrzu na wiarygodne rozpoznanie. Wysiadając zerknęło na mnie lekce sobie ważąc moje dylematy i poszło ni-to-kręcąc pupką ni-to-szurając nogami. Na wystawie sklepiku z cudami rozrywkowy Budda w pomarańczowym turbanie zrezygnował z medytacji i jogi. Położył się na boku, ręką podparł łeb ciężki od wielkich myśli i gapi się na przechodniów często przebiegających na czerwonym świetle. Nóżkę spotykam lekko spóźniony. Chłopina chyba brał udział w histerii golenia łbów na szczytny cel i główkę ma zamszową. Kompletnie nie rozumiem czemu na szczytny cel warto się ogolić, albo rozebrać do rosołu jednak nie jestem celebrytą, czy kimś kogo chciałoby się oglądać na golasa. Za to na pluszowo robię się samodzielnie, wolny od zewnętrznych idei i żądzy skokowego wzrostu zasięgów.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Kleję leje, mierzę mierzwę, dzierżę dzierzbę.

 

    Ptasia drobnica dokazuje rozśpiewując korony drzew. Na przystankach, mimo porannego chłodu pierwsze krótkie spodenki. Kiedy jednak posiada się na udach całą paletę tatuaży, grzech snuć się w długich spodniach po Mieście, miast wystawić je na podziw bliźnich. Czy wzbudziły zachwyt, to nie wiem, ale na pobladłych nogach zdawały się być niezwykle kontrastowe. I rejestracja V7 WILK – a za kierownicą nieco wyliniały osobnik, może właśnie zrzuca zimowe futro.


    W popołudniu początkujące kobiety eksperymentują z seksapilem własnym, Tu krzepną sutki podgryzane nieciepłym wiatrem, tam pępuszki puszczają oko do każdego, kto był łaskaw zauważyć młode ciało.

piątek, 24 kwietnia 2026

Zrobię sobie obie fobie w grobie.

 

Wyszedłem wcześniej, żeby odebrać zamówione opowiadania Pilipiuka z autografem autora i po szybkiej akcji kontemplowałem pusty przystanek. Płonne wiśnie zaroiły się od kwiecia, młode lipy sprawdzały na własnych liściach, czy już wiosna, gołąb na drucie czekał na jakiegoś roztargnionego, co chciałby przejść pod gołębiem i zasłużyć na porcję nawozu. Słońce wślizgiwało się pod powieki ograniczając widzialność do połowy zakresu.


W autobusie pachniało zupą fasolową, choć przysiadłem się do dziewczęcia, które fasolówkę znać mogło wyłącznie z telewizji, czy (prędzej) tik-toka. Kierowca musiał być niepocieszony, bo trafiały go wszystkie możliwe nieszczęścia komunikacyjne i jechał najwolniej, od kiedy z nim podróżuję. A to przed nos mu się wśliznęły dwa autobusy, które po kilku przystankach preferowały lewoskręt, a to tramwaj, cierpiący na nadmiar czasu, a to niesforni pasażerowie wysiadający na każdym przystanku. Ba! Nie wolno zapomnieć o szlabanie skutecznie skupiającym ruch uliczny. Bo w moim Mieście nie tylko autobusy nie mieszczą się na bus-pasie, ale i pociągi na wiaduktach! Ten jedzie poniżej nasypu kolejowego, równolegle do wyżej położonych torowisk i tnie niejedną ulicę Miasta.


Starsza babka na jednym z przystanków poderwała się do wyjścia, wyjrzała na zewnątrz i ogłosiła „tu nie”. Wysiadła przystanek dalej, więc po tamtym przystanku zapewne zło w czystej postaci rozlewało się niepostrzeżenie. Kierowca kompletował niedoczas, a kumulacja drobnych szykan komunikacyjnych nie miała końca. Nie dziwota, że na Nóżkę szans nie było już żadnych, a tym bardziej na zwiedzanie, choćby i pobieżne. Wyciągałem nogi dążąc do celu. I tak – wyszedłem wcześniej, by dotrzeć później. Warto? A czemu nie. Wszystko, byle nie wpaść w rutynę!

Teoria jak najbardziej spiskowa.

 

Grupa zakulisowo sprawująca władzę kontrolowała wybryki oficjeli występujących w garniturach, jako wybrańcy narodu. Pozwalała na liczne harce, byle tylko nikt nie ośmielił się zaglądać za kulisy przedstawienia dla pospólstwa. A porządku rzeczy pilnowali zatrudnieni fachowcy. Niepokornych, usiłujących opuścić szeregi „swoich” dyskretnie usiłowano nawrócić na łono jedynie słusznego rozwoju, a kiedy delikwent zamierzał przekroczyć dopuszczalne granice, wkraczało ciało do zadań specjalnych. Zatrudniony poza horyzontem penetracji ZUS i US fachowiec „likwidował problem”, zwyczajowo tak głęboko osadzony w delikwencie, że musiał ową likwidację rozciągnąć także na delikwenta.


Fachowiec dobiegał już sześćdziesiątki, podejrzewając, że dyskretnie przez zasiedzenie przeszedł na emeryturę, gdy jego zleceniodawca ożywił się. Ostatnie zlecenie, w sam raz dla starszego fachury, co to już za szybko nie biega i wzrok być może ma nietęgi. A potem suto okraszona wynagrodzeniem nie podlegającym opodatkowaniu emerytura z dala od ciekawskich oczu. Byle tylko emeryt nie zapragnął rozwijać się literacko pisząc pamiętnik, bo gotów zasmucić rodzinę, zostając wciągnięty do wody przez suma-olbrzyma podczas zakrapianych nocnych połowów gdzieś przy tamie.


Zadanie było banalne. Należało rozjechać jakiegoś gostka wracającego do domu rowerem, a potem roztrzaskać samochód na najbliższym drzewie. Chłop był nierozsądny i niereformowalny. Podobno startował z ostatniego miejsca na liście wyborczej, ale było w nim tyle prawdy, że ludzie mu uwierzyli i wyprzedził w wyścigu do koryta całą elitę zawodowych wyjadaczy śmietanki. I nic wielkiego by się nie stało, niechby prowadził sobie te charytatywne działania, gdyby nie postanowił zbadać głębokości szamba w politycznym chlewiku. Nie dość, że zbadał, to jeszcze chciał się podzielić rezultatem z szeroką publiką. Żaden system nie wytrzymuje jawności danych, a Grupa uznała ciąg zdarzeń za zbyt nieprzewidywalny, by pozwolić wątkom się rozwijać. Fachowiec nie musiał nawet uciekać. W jego wieku… tak łatwo przysnąć za kierownicą czy stracić przytomność – mgła covidowa, czy zwyczajne nadciśnienie. Jak na fachowca przystało, wolał przysnąć, kiedy już obiekt/cel został uchwycony między reflektory, a jego życiorys uległ nieoczekiwanemu zakończeniu. Parę tygodni sensacji rozdmuchiwanej pracowicie przez „niezależnych dziennikarzy”, jakiś nieznany nikomu sędzia, który dwa tygodnie wcześniej dostał już „orzeczenie sądu”, żeby zdążył się nauczyć na pamięć, a potem już tylko świetlana droga ku emeryckiej przyszłości. Incydent niegodny nawet umieszczania w CV. Rutynowe działania.


Scenariusz gotowy i w roli głównej wystąpić może Szach-Mat Demon, czy jak mu tam było, gdy tylko rodzina tragicznie zmarłego uzbiera kasy na opłacenie produkcji thrillera politycznego. Tymczasem musi wystarczyć drobny nagłówek prasowy. Brzęczenie dziennikarzy dopiero nabiera mocy. Warto przeczekać, żeby szum przyszłości okrył gęstym kurzem pamięć masową. Spiski na ekranie wyglądają zdecydowanie bardziej wiarygodnie, niż w rzeczywistości. I żaden reżyser, czy aktor nie dorobi się łatki płaskoziemca, czy innej onucy.

czwartek, 23 kwietnia 2026

Klosz w koszu kloszarda.

 

    Z ostatniej chwili. Zwabiony sporym stężeniem różowatości ogólnie ruchliwej wychynąłem na suchego przestwór balkonu, celem rozliczenia się z ową. 5:1 na rzecz płci przyszłościowo piękniejszej. Nie, to nie dramat. Dramat był dwa ni temu, gdy poczyniłem kroki identyczne i w wyniku skomplikowanej analizy matematycznej doliczyłem się stanu 7:0 z jednoznacznym wskazaniem na dziewczątka. Oczywiście nie liczyłem różowatości krzewów i drzew, jako nieistotnych w procesie ewolucji podwórkowej. Z wrażenia po niebie rozpierzchła się baranina, nieszczególnie pierwszej czystości. Chyba, że bieli stopniować nie wolno.

Soliter – solista z listy glist.

 

Wreszcie rejestracja czysta i klarowna jak Reinheitsgebot – D5 PIWKO. I spora platforma na którą wlezie do syta dla małej armii. Na trawniku tłoczą się białe tulipany, wyglądające jak procesja niewinności wstrzymana nieprzychylnym światłem. W autobusie wybranka kierowcy ma wyraźne kłopoty z przesunięciem zadka poza siedzenie. Złazi z trudem; może była niegrzeczna i dostała klapsa, albo przybyło jej znienacka sporo. Bywa, szczególnie, gdy spora część ludzkości w zasadzie wszystko miewa w dupie.


Z braku lepszych pomysłów zastanawiam się, co kobiety widzą w facetach, bo raczej coś muszą, skoro decydują się na związki z istotami zdecydowanie mniej urodziwymi i wrażliwymi. Ja nie dostrzegam w męskim ciele tego czegoś, dużo łatwiej wychodzi mi zachwyt nad damskim. Za to kobiety są mistrzyniami w wynajdowaniu wad, szczególnie u innych, choć i siebie nie oszczędzają. Płci nie zmienię, więc zostanę przy tej niewiedzy, ciesząc się, że jest jak jest. Pod prysznicem wpadłem w samozachwyt (nie, że taki piękny jestem) nad konstrukcją ciała na które spada ulewny deszcz. Mogłem patrzeć i oddychać, co oczywiste nie jest nigdy. Kształt głowy i ta cała galanteria zmysłowa skonstruowana została tak zmyślnie, że cud prawdziwy! Trudno go dostrzec, bo zwykle przechodzi się nad podobnymi zauważeniami bezrefleksyjnie. Najłatwiej to dostrzec, gdy coś się uszkodzi – mała dziurka w zębie, skaleczenie paluszka, czy choćby pryszcz. Od razu wyłazi, jak potrzebny jest ów fragment i jak często używany w codzienności.

środa, 22 kwietnia 2026

Wymienił mienie z imienia.

 

    W przejściu dla pieszych starszy gość wygrywa na harmonii melodię – „niech żyje wolność, wolność i swoboda” – znam i uśmiecham się do własnych wspomnień. Niegdysiejszy sąsiad, gdy po pracy przycupnął w lokalnej knajpce i ugrzązł tam (Stasiuk powiedziałby – zabradziażył) wracał do domu koło północy z ta właśnie pieśnią na ustach. Chyba, że akurat zmieniał repertuar na „Oj szalała szalała”.


    Jakieś czupiradło wpatrzone w telefon na środku jezdni mówi do świata „pardon”, odwraca się i cofa tam, skąd przyszło. Albo GPS ją wywiódł w pole, albo ktoś znienacka zatęsknił. W „damskiej” knajpie (liczę gości niemal odruchowo) spodziewana przewaga liczebna pań – wynik 7:2. I na koniec czysta magia – tablice rejestracyjne D7 KARKU i V7 RAZOR. Aż się chce z posiadaczami nawiązać łączność niekoniecznie pozazmysłową!

wtorek, 21 kwietnia 2026

Był zgoła goły, więc zna go nago.

 

Osypują się z kwiecia mirabele, śliwy wiśniowe i forsycje. Magnolia naśmieciła wonnymi płatkami tak, że okolice drzewka wyglądają jakby kto pierze darł przez całą noc – raczej z łabędzia, niż kurczaka. Bez zaczyna pulsować fioletem, a od różowych plam na tle blokowiska aż się człowiekowi cieplej robi. Rajskie jabłonie, różowe głogi i co tylko jeszcze – uwodzi, ściąga oczy, tuszując szkaradzieństwa urbanistyczne. Co bardziej pochopne drzewa zielenią się; te bardziej stateczne jeszcze czekają. Na przejściu dla pieszych krąglutka pani o pomarańczowych pazurkach kremuje dłonie. Najwyraźniej nie zdążyła przed wyjściem. Na przystanku młodzieniaszek pulchny i rozrośnięty zdecydował się na krótkie spodenki, więc teraz zaklina słońce, by w końcu zeszło na ziemię, bo na razie niebo zasnute szarym prześcieradłem szczelnie i beznadziejnie. Rzeką wiją się rzadkie mgły szukające miejsca, gdzie mogłyby przycupnąć.


Kierowca autobusu dokonywał zabiegów rajdowych, więc zdążam na wcześniejszą podwózkę. Mógłbym dziś zaskoczyć Nóżkę, jednak na niego byłem zbyt wcześnie i się nie udało. Trzech śniętych żołnierzy w czarnych beretach najwyraźniej nie wie, dokąd i czy warto w ogóle iść, więc meandrują chodnikiem tarasując go jakby była ich cała drużynka.


    I już sycę się popołudniem, mijając misternie uplecione gniazdko, które zapewne wrona porwała z pierwotnej lokalizacji. Obok dwie skorupki jaj, nie wiadomo czy zawartość zdążyła ożyć, czy stała się wronim śniadaniem. Po drodze mijam staruszka patrzącego głodnym wzrokiem na uliczny kubełek. Chyba chciałby wygrzebać zeń niedopałek, ale się wstydzi. Odwracam głowę, gdy przeczekuje piechotę jak raz przeszkadzająca w połowach. Wsiadam w tramwaj, a tam, niemłoda samica w czerni pasie się chipsami żując je niczym krowa. Usiłuję nie patrzeć, jak większość pasażerów, ale nie potrafię nie słyszeć i nie czuć. Obrzydlistwo! Pani od czasu do czasu nawilża gardziołko z dużej plastikowej butli. Opakowania paszy i popitki sugerują, że szybko nie skończy się ta rozpusta. Trudno. Jadę. Tylko pani o rzedniejącej siwiźnie wolna jest od tych wrażeń i skupia się na słonecznym cieple filtrowanym przez okno.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Na ziemię.

 

    Spała sobie już chyba ze dwieście lat. Znajome katy nie obrastały pajęczynami, pielęgnowane cudzym wzrokiem i czułością. Przez sen, w letargu słyszała jak ów ktoś mówi do niej córeczko, a potem głos ucichł. Był czas kiedy zdawało się jej że ogłuchła, a może i wzrok straciła, ale w końcu znów zaczęło pojawiać się słońce na przemian z księżycem, a obcy wzrok wodził po jej sylwetce i włościach. Bez otwierania oczu wiedziała czym dysponuje. Wygodna kanapa, stolik z bukietem wiecznie żywych kwiatów, parę drobiazgów, jak to u młodej kobiety… Po cichutku zżymała się, że na obrazie nie zmieściła się jej szafa z ubraniami, bo ileż można w jednej sukience leżeć? Choćby była najpiękniejsza, dawno już jej obrzydła. Nie podejrzewała siebie o wulgarność, jednak tu nie tylko kląć chciała, ale gdy nikt nie patrzył układała dłońmi suknię skracając ją, czy mocniej odsłaniając ramiona.


    - Natka, zachowujesz się, jak portowa dziewka – szeptała do siebie, czując na policzkach rumieńce. Coraz częściej eksperymentowała, a wstyd cofał się gdzieś głębiej. Nigdy jednak nie odważyła się nawet sugerować takiej rozwiązłości w dzień. Tylko głęboką nocą. Ostatnio miała przeważnie jednego widza. Młody chłopak. Słyszała, jak wyżebrał obraz od sąsiadki, w zamian obiecując drobne prace gospodarskie – wynosił śmieci, trzepał dywany, robił drobne zakupy. A kiedy w końcu staruszka zgodziła się, by wisiała w jego sypialni, pomalował jej całe mieszkanie. Ilekroć prosiła o pomoc przy hydraulice, czy elektryce domowej, naprawiał jej wszystko. Istna złota rączka. Staruszka była z niego dumna. Natka też, choć nigdy dotąd nie powiedziała mu tego. Miał na imię Paweł i prowadził dość ustatkowany żywot. Mieszkał sam, nikt go nie odwiedzał, za często nie wychodził z domu. Skończył jakieś technikum i poszedł do pracy, dającej mu stabilność ekonomiczną, pozwalającą utrzymać mieszkanie w mieście.


    Natalia nie wiedzieć kiedy złapała siebie na myśli, że wspomina go mówiąc „Mój Paweł”, a gdy frywolność połączona z romantycznym uniesieniem dopadła ją, przymierzała jego i swoje imię, zastanawiając się, czy dobrze wyglądałyby na wizytówce w drzwiach domu. Natalia i Paweł… Pięknie, prawda? Paweł patrzył na nią i nigdy nie odwrócił wzroku bez westchnięcia tak pełnego żalu, że serce się jej krajało. Chciała go przytulić, albo choć słówko szepnąć, że nie jest jej obojętny. Którejś nocy zobaczyła, jak płoną mu oczy. Leżał przykryty kołdrą i wpatrywał się w obraz, choć dookoła noc była czarna. A jednak widziała w tych oczach pragnienie. Jak? Skąd ma wiedzieć. Sama również patrzyła wstrzymując oddech. Znad kołdry wystawała u wyłącznie twarz, pościel unosiła się rytmicznie.


    - Jak dobrze, że jest tak ciemno pomyślała, gdy zrozumiała czego jest świadkiem, czując jednocześnie, jak jej podbrzusze budzi się i zaczyna kipieć. Gryzła wargi, by żaden dźwięk nie wydostał się z jej ust, ale nie utrzymała. Szczęśliwie Paweł krzyknął w tej samej chwili. Raz, ale to wystarczyło, by wydarty spod serca jęk ukrył się w nim doskonale. Patrzyła jak zasypia myśląc, jak bardzo chciałaby, aby takie chwile przeżywał z nią, natychmiast karcąc samą siebie - Natalka, zachowuj się!


    Wierciła się na tym swoim obrazie i usiedzieć nie mogła. Gdy Paweł na nią zerkał, rumieniła się coraz częściej. Jeszcze trochę i zostanie Indianką. On chyba nie zauważał, a w każdym razie nie komentował. Dobrze wychowany, bo raczej nie ślepy? Natalia szukała rozwiązania, które umożliwiłoby jej zejście z obrazu i dołączenie do Pawła. A gdy nie udawało się nic wymyślić, nazywała siebie bezmyślną suką, której w głowie tylko jedno i to pewnie zaburzało tok rozumowania, zasłaniając jakąś oczywistą dla chłodniejszych umysłów ścieżkę. Przetrząsnęła wszystkie zakamarki na obrazie, szukając drzwi, czy choćby szczeliny. Raz o mały włos Paweł zobaczyłby ją z wypiętą pupą, jak zagląda pod kanapę. Chyba spaliłaby się ze wstydu, ale zdążyła w ostatniej chwili zająć pozycję na niej.


    Eksperymentowała, szarpała się, knuła i poszukiwała ścieżek. Wytrwałym los pomaga od czasu do czasu, więc w końcu odkryła swoją szansę. Zorientowała się, że podczas nowiu wrażenia jej zmysłów są bardziej wyraziste. Dźwięki czystsze, pełniejsze, zapach pawłowej wody po goleniu przestaje być domysłem, stając się cieniutką niteczką aromatu. Nawet wiatr zdawał się delikatnie ocierać o łydki Natalki, jak piesek spragniony pieszczot i zauważenia. Nie mogła się już doczekać nowiu, by zweryfikować tę karkołomną teorię. Wreszcie nadszedł. W dzień osnowa dzieląca rzeczywistość od jej wnętrza była zbyt gruba, aby zdołała ją naruszyć, za to nocą… Wyśliznęła się z obrazu!


    - Udało się! - chciała krzyczeć pod samo niebo, ale widok śpiącego chłopaka trochę ją speszył – Pójdę się rozejrzeć i będę cichutko.


    Skąd jej taki pomysł przyszedł do główki, tego nie wiedziała, ale zdjęła buciki i na boso zaczęła zwiedzać mieszkanie – swoje, od jakiegoś czasu bezprawnie poczuła się gospodynią. Nie było duże, ale chłopak był porządnicki. Wszystko pochowane, poukładane, czyste. Lodówka nie zawierała za wiele, ale trudno było powiedzieć, że całkiem pusta. Trochę książek autorów, których nie znała, jakieś drobiazgi z przeszłości. Nic. Żadnego szaleństwa, czy wielkiej pasji. Zwykły chłopak. Przeciętny.


    - Ale mój – oburzyła się na własne spostrzeżenia – Mój, czyli niezwykły. I zabrał mnie od staruszki, która coraz rzadziej zauważała moją obecność w jej salonie – Właśnie! Ona przestała mnie widzieć. Czas był najwyższy, żebyśmy się rozstały! Mój Paweł mnie wyswobodził!


    Wróciła do sypialni, bo ileż można zwiedzać małe dwupokojowe mieszkanie. Natalię świerzbiły palce, by ściągnąć z Pawła kołdrę i zanim wychowanie zaprotestowało, już miała ją w rękach. Odłożyła buty na komodę i ostrożnie, wstrzymując oddech zdjęła pościel z Pawła. Spał nago. Podbrzusze Natalii zareagowało na zauważenie bardzo gwałtownie. Motyle? Jakie motyle? Kipiało w niej, jakby kto rozjuszył stado szerszeni! Pochyliła się nad śpiącym Pawłem, chcąc zaspokoić ciekawość. Pachniał ciepłem i spokojem. Jakiś niesforny kosmyk włosów spłynął jej z czoła i spadł na płeć. Samcza młodość reaguje bez udziału świadomości na dowolne bodźce, a delikatnej pieszczocie sen nie przeszkadzał. Paweł rósł „tam”, a Natalia niemal udusiła się z braku powietrza. Zapomniała jak się oddycha z wrażenia. Szczerze? Trochę ze strachu, że obudzi go pochylona nad jego męskością, jak sowicie opłacona kurtyzana. Ale jej ciało nie chciało już słów. Wsunęła dłonie pod sukienkę, zdjęła koronkowe majtki i uniosła brzegi stroju. Uklękła nad śpiącym i powoli usiadła. Aż zadrżała, gdy ją wypełnił. Nie wolno rosnąć bez końca, a ona sięgnęła właśnie granicy bólu. Ciało wiedziało lepiej, więc poddała mu się. Drobne ruchy biodrami potęgowały radość, która najwyraźniej była zakaźna, bo oblicze Pawła nabrało życia, a potem krzyknął. Raz, jak wtedy. Poczuła, jak podbrzusze, choć już wcześniej było pełne, przyjmuje w siebie wrzącą lawę. Uciekła. Porwała z komody pantofle i skryła się między ramy. Dopiero stamtąd, poprawiając fałdy sukienki obejrzała się na Pawła, ale on nadal spał.


    - Bezwstydnie nagi – pomyślała patrząc na to młode ciało i dopiero wtedy logika uświadomiła jej, że to jej wina, czy zasługa. Kołdra wciąż leżała na podłodze, a na skraju łóżka… koronki Natalii! - Zapomniałam zabrać!


    Szarpnęła się, by po nie wrócić, ale osnowa była na swoim miejscu. Trzymała mocno Natalię w ryzach więzienia.


    - Mogłam zostać, głupia! – krzyknęła, ale jego echa rozbiły się o ramy obrazu – Z moim Pawłem!


    Kwiaty w wazonie zdawały się kpić z niej:


    - Twój? A on o tym wie? W ogóle wie, że istniejesz? Zgwałciłaś chłopaka i jeszcze sobie rościsz jakieś prawa? Mogłaś chociaż zapytać.


    Natalię aż zatkało, ale uczciwość kazała jej schować się jak najgłębiej. Spomiędzy ud spłynęło coś łaskocząc nieznośnie. Przeciągnęła dłonią, która okleiła się czymś lepkim. Uniosła rękę i powąchała. Prócz aromatu własnego pożądania, które zdążyła poznać, poczuła coś jeszcze. Ładnie pachniało, lecz nie umiała tego zapachu porównać z niczym, co znała. Skosztowała, oblizując opuszki palców, zanim rozum przypomniał jej, z czym ma do czynienia. Smak był równie zaaferowany szukaniem porównań, jak węch i również nie znalazł odpowiednika. Za to język wysprzątał lepkość do czysta i bezczelnie dopominał się o dokładkę. Zerknęła na łóżko. Paweł właśnie się budził i przeżywał wszystkie możliwe stopnie zdumienia. Najpierw kołdrą leżącą na podłodze, później ciałem, najwyraźniej opróżnionym z nasienia, choć ślad po nim zaginął, a w końcu koronkową bielizną leżącą na skraju łóżka. Jego zmysły także nie pytały świadomości o pozwolenie, bo uniósł jej bieliznę i nosem usiłował wykryć właściciela… właścicielkę.


    - Ogar jeden! - pomyślała, choć uczucia w niej były ambiwalentne; złość zmieszana z czułością tak dokładnie, że żaden Kopciuszek nie zdołałby ich rozdzielić na odrębne kupki. - Mógłby być odrobinę dyskretniejszy, a nie zawstydzać mnie w biały dzień.


    Kiedy podniósł wzrok z niewysłowionym pytaniem, czy ów detal należy do Natki, poczuła, że na policzki wychodzi naga prawda. Spuściła oczy i modliła się, żeby przestał się gapić. Chociaż… To także było więcej niż przyjemne. Powstydzić się, znając pikantną prawdę. Pora chyba zastanowić się, co dalej. Ostrożnie pomacała wokół. Osnowa trzymała się twardo. Postanowiła za pamięci prowadzić notatki, aby ustalić kiedy i na jak długo otwiera się przed nią świat. Dziś, gdyby nie wstyd naprawdę zostałaby w świecie Pawła, a kto wie, co zrobiłby, budząc się obok kobiety z obrazu. Jeśli już, wypada dać mu szansę, a nie stawiać przed faktem dokonanym. Dlatego, w ramach pokuty zdecydowała się dobrowolnie nie opuszczać ram przez najbliższe sześć miesięcy, choćby osnowa otwierała się każdej nocy. No, nie przesadzajmy z ascezą – trzy miesiące to i tak okropna pokuta. Miękła, negocjowała z samą sobą, usiłowała wyżebrać skrócenie wyroku, zanim się ukonstytuował.


    - Trzy i ani dnia mniej! - łatwiej wygłosić, jak dotrzymać, ale spojrzała na Pawła i utwierdziła się w przekonaniu – Jest wart jej poświęcenia. Skoro zamierza go odwiedzić, następnym razem musi go obudzić, a nie wykorzystywać jak płatną…


    Naprawdę łatwiej było prowadzić notatki, niż dotrzymać słowa. Kiedy ponownie otworzyła się osnowa i ręka nie napotkała oporu… Boże! Jak bardzo chciała wejść Pawłowi w ciepłą pościel, pozwolić mu na wszystko, czego tylko zapragnie. Albo choć powtórzyć figle z poprzedniej wizyty. Pod brzuchem zakipiało od niespełnień. Pragnęła bardziej, niż sądziła. Istna ruja. A tam, w łóżku cichutko chrapał ktoś, z kim mogłaby pozbyć się nieznośnego napięcia ogarniającego ciało i umysł. Była zakochana na zabój. Umysł przekonywał ją, że nie wolno, że to nieładne, ale bose stopy już owiewał wiatr z uchylonego okna, a pupa na krawędzi ramy obrazu szykowała się do skoku.


    - Następnym razem zejdę za sześć miesięcy, ale teraz muszę. Jeszcze tylko raz… Może odzyskam bieliznę?


    Zeskoczyła, nie marnując czasu na zwiedzanie mieszkania sięgnęła po kołdrę, chichocąc bezgłośnie, jakby robiła psotę. Chwilę później dwa ciała mruczały pieśń miłości, ale tylko jedno miało skarlałą świadomość, jeśli można mówić o niej w trakcie uniesienia. Znów spletli się w krzyku spełnienia i znów uciekła, nie dbając o odzyskanie bielizny. Paweł najwyraźniej sen miał twardszy niż sezonowana dębina, bo Natka wylizała wszystkie paluszki i poprawiła się na kanapie, zanim się obudził i wzorem poprzedniego miesiąca stopniował zdumienie, by zerknąć pytająco na kobietę z obrazu. Jeszcze jej nie oskarżał, ale czuła się nieswojo. Wmawiała sobie, że poskromi żądze i da Pawłowi odetchnąć od własnych potrzeb, ale sama nie wierzyła w te zapewnienia. Osnowa była wystarczająco cienka przez zaledwie trzy doby w miesiącu księżycowym skupiając się wokół nowiu, gdy noce były najczarniejsze i potwory schodziły na świat. Bezszelestnie, jak Natalia…


    Zaciskała zęby, a przed kolejnym nowiem, przywiązała samą siebie do kanapy, nim zmierzch otulił świat. Ciało rwało do Pawła, ale zdołała przetrwać dwie noce. Trzeciej uległa żądzom i już zdejmowała pantofle, żeby stopy polizał jej wiatr, gdy spostrzegła, że Paweł nie śpi. Zesztywniała z wrażenia. Czekał na nią? Domyślił się jej niegodziwości i postanowił przyłapać? Za skarby świata teraz by nie zeszła. Trudno. Podnieta zgasła, a kolejnej nocy osnowa była już zbyt mocna by ją pokonać. Paweł? Gapił się na nią jakoś tak dziwnie, że podczas czwartego nowiu postanowiła skorzystać z jego lustra w przedpokoju. Z wprawą opuściła ramy obrazu i podreptała obejrzeć się. Dziwne, skacząc na podłogę, czuła, że coś jest nie tak. Wzdęło ją? Ale od czego? Lustro potwierdziło podejrzenie. Rósł jej brzuch. Wystraszona wróciła na kanapę z obrazu i zaczęła myśleć.


    - Takiej grubej, to na pewno już mnie nie zechce. Może powinnam się odchudzać? I ten jego wzrok. On już od jakiegoś czasu widzi, że tyję. Grubaska z obrazu. Zasmarkana od łez, które wypłynęły niepytane. Świnia. Mógłby chociaż udawać. Przytulić i powiedzieć, że kocha, albo uwielbia jej ciało. Wymienić kwiaty w wazonie, albo kupić jej jakiś drobiazg. Pierścionek zaręczynowy? Niechby chociaż taki z odpustu, za kilka groszy. Albo zaprosić na ciastko z kremem. Dwa! O tak, dwa byłyby lepsze niż jedno. Może nawet… Nie! Przecież i tak jest gruba. Lepiej na sałatę. Wgryzłaby się w nią jak gąsienica bielinka kapustnika, a on pochwaliłby wysiłki na drodze ku smukłemu ciału. Prawda, że by pochwalił? Pewnie, przecież nie jest świnią, tylko facetem. Nawet oni czasami pochwalą, choć nigdy nie przesadzają z wyznaniami. Ale teraz, to już nie zejdzie ani-ani. Póki nie schudnie.


    Tymczasem każdy kolejny miesiąc przyniósł dodatkowe krągłości. Bolały ją piersi, które też stały się nie dość, że znacznie większe, to jeszcze niezwykle czułe. I ten sterczący pępek, przestający mieścić się w sukience. Rozciąć ją, czy zdjąć? Paweł i tak gapił się, a malujące się w jego oczach uczucia splątane były bardziej niż bluszcze wspinające się po dębowych pniach. W uczuciach stała się niestabilna, od furii do płaczu bezsilności przechodząc niemal niezauważalnie. Paweł obserwował ją dużo ostrożniej, jakby ukradkiem, ale nic nie mówił. Gdy w końcu domyśliła się, zatkało ją całkiem. Była w ciąży!


    - No przecież! Zachciało ci się figli i teraz masz za swoje.


    - Mogłam być ostrożniejsza.


    - Mogłam? Nieprawda, nie mogłam, ale on mógł.


    - Co mogłam poradzić, że on… - rozpłakała się z bezsilności, bo przecież to nie grzech, że był młody, na dodatek nie miał świadomości, bo to ona sama…


    - I co z tego, że młody, że spał, ale mógł coś wymyślić. Przecież widziała jak sam się zadowalał. Mógł nie czekać na nią, tylko pozbyć się nasienia zanim przyszła.


    - A teraz co? Powiedzieć mu?


    - A uwierzy? Kłamczusze z obrazka?


    - Ja bym nie uwierzyła.


    - A ja tak. Przecież wie, że go kocham.


    - Nie kochasz, tylko wykorzystujesz!


    - A widziałaś, żeby protestował? Widziałaś, jak mu się gęba cieszyła, gdy wiałaś w objęcia obrazka?


    - Widziałam śpiącego chłopca, śniącego sen tak gorący, że musiał znaleźć ujście.


    - I co z tego? Znalazł mnie, to teraz niech poniesie konsekwencje.


    - A jak się wyprze? Ze wstydu się spalę, a nikomu się nie przyznam.


    - Trudno. Urodzi się, to jakoś wychowamy. Tylko jak zmieścimy się na obrazku? Zobacz, już teraz nasze ciało wygląda na wielkie, a do rozwiązania jeszcze daleko. Dziecko potrzebuje przestrzeni i powietrza. - potyczka z ukrytym w duszy alter ego kazała Natalii przejść na liczbę mnogą, gdy rzecz dotyczyła obu dyskutantek.


    - Będzie wąchać podczas nowiu. A potem będzie się uczyć, żeby nie urosnąć na głupola, jak ja.


    Dialog stawał się coraz bardziej abstrakcyjny, więc pozostał płacz, jako ostatnia deska ratunku. Może coś słodkiego? Coś w sam raz dla grubaski! Mijały tygodnie, zamieniając się w miesiące, obraz lekko protestował przeciw obciążaniu go dodatkową treścią, dobrze, że Paweł to fachowiec i powiesił obraz na solidnych wkrętach, bo inaczej spadłaby wraz z kanapą i kwiatami i obiła sobie tyłek. A może należało się jej? Wątpliwości rosły i całe ich hałdy zalegały na dalszych planach obrazu. Szczęśliwie nów nie obraził się na Natkę i pojawiał się regularnie, więc dopływ świeżego powietrza był. Paweł zaglądał codziennie, udając, że nie dzieje się nic złego. Ale poród przegapił. Wyszedł rano z domu, kiedy wrócił, na kanapie leżała Natalia wyczerpana porodem, a obok niej leżał pulchny bobasek kwilący i dopominający się pokarmu. Zaraz, zaraz – nie jeden, a dwa bobasy; drugi właśnie przyssał się do piersi i świata nie widział poza sutkiem.


    Natka kiedy już zdołała oderwać zmęczony wzrok od parki noworodków dostrzegła Pawła. Stał z otwartą gębą, dłońmi wsparty na ramie i gapił się z bliska. Dobrze, że zakryła srom, bo pomyślałaby, że jest zboczeńcem. Ale on gapił się na pisklęta i na twarz Natalii. Mówił coś, ale była zbyt zmęczona, żeby słuchać. Przymknęła oczy. Nie miała pojęcia, ile czasu spała, ale gdy się obudziła, narybek zachłystywał się od płaczu. Byli głodni. Podsunęła obu po piersi. Dziąsełka mieli nieuzbrojone, ale i tak błyskawicznie zmiażdżyli jej sutki. Płakała bezgłośnie, lecz ból istnienia równoważyła miłość. Kiedy już opchali się po pępek położyła ich na kanapie, a sama poczuła, że przydałoby się wykąpać. Czując odrobinę powietrza, odwróciła wzrok za obraz.


    - To już? Kolejny nów? – zdumiała się, ale widok twarzy Pawła przy samej osnowie zaskoczył ją jeszcze mocniej.


    - Paweł? - zapytała szeptem, żeby nie zbudzić dzieci.


    - Znasz mnie - najwyraźniej on miał już za sobą szok związany z tym, że zawartość obrazu ożyła. - Czy to…


    - Tak – Natka domyśliła się o co chciał zapytać, a choć było jej wstyd, nie mogła dłużej oszukiwać – Twoje. A raczej moje. Wykorzystałam cię, a potem bałam się przyznać. Wybaczysz mi kiedyś?


    - Możesz stąd wyjść? - zapytał, zupełnie nie na temat.


    - Dzisiaj tak, ale nie na długo. Wiesz… muszę się opiekować dziećmi.


    Wyciągnął rękę, żeby jej pomóc i powiedział:


    - Weź ich z sobą, po co mają się męczyć na sofie?


    Potem było jak we śnie. Paweł pomógł jej ułożyć dzieci na łóżku, ją na rękach też przeniósł. Z łazienki zabrał gąbkę i miskę z ciepłą wodą. Gdy odpoczywała, umył ją delikatnie, choć usiłowała protestować, trzymając rąbek sukienki przyciśnięty blisko kolan.


    - No wiesz… - łagodnie ją skarcił – Widziałaś mnie nago, więc może czas na rewanż? Zresztą, sama nie dasz rady się umyć, a i dzieciom odrobina ciepłej wody się przyda. Zasnęła, pozwalając Pawłowi na wszystko. Kiedy się obudziła, trzymał jedno dziecko na rękach, kołysząc je, by nie darło się w niebogłosy. Drugie właśnie otwierało oczy i dołączyło do chóru. Dzień w Pawła łóżku skończył nie podejrzanie szybko, noc nadciągała, a po niej…


    - Wiesz – pogłaskała Pawła po policzku – Musimy wracać. Rano osnowa się zamknie na cztery tygodnie. A po nich, znów możemy cię odwiedzić. Jeśli chcesz.


    - A musicie iść? - niby proste pytanie, ale Natalii jakoś nie przyszło do głowy – Co się stanie, jak zostaniecie? Obraz wisiał i zostanie tam. Chyba. A, że pusty? To już jego problem.


    - Naprawdę? - Natalia nie dowierzała – Możemy zostać? Wszyscy?


    - Jeśli tylko chcesz. Chcecie.

niedziela, 19 kwietnia 2026

Zapomniane sny.


    Miło mi więc taplam się jak dzik w borowinach (nie cierpię na reumatyzm). Znienacka okazało się, że w nieprzebranych zasobach sieciowych ktoś dostrzegł moje twórcze wysiłki - o tam:



    A ja jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa i mam nadzieję w "o tam" zaistnieć w ramach bieżącego konkursu literackiego na obu zaanonsowanych dystansach.

Rzekła rzeka do rzecznika, żeby rzeczy orzeczenie pożyczył.

 

Z prasówki:

    Uchodźca gwałcił kobietę przez sen – znaczy śniło mu się że gwałcił, czy spał i gwałcił kobietę? Bez względu na skutki – musi siedzieć, aż mu nie przejdzie, albo o jeden dzień dłużej.


    Zamiast deszczu spadają płatki z mirabelek, śliw wiśniowych i magnolii – te ostatnie, to spadają jak nietrafiony list miłosny podarty na strzępy przez obdarowaną istotę. Dzieciaczki na „wycieczce” z przedszkola na plac zabaw (to wyprawa z grubsza na niecałe sto metrów, ale wystarczająca, żeby zmienić tło dziecięcych zabaw) ozdobiły wnętrze między budynkami. Wiem, to pozostałość minionego tygodnia, bo przecież niedzisiejsza zabawa, ale podwórko pomalowane jest kolorową kredą i takie odświętne, inne, zmienione ręką potrafiącą zmieniać wszystko, nie znającą ograniczeń i niemożliwości tak chętnie goszczących w świecie dorosłych. Niebo pomarszczone straszy niepogodą, a prognozy straszą wichurą.

środa, 15 kwietnia 2026

Liszka z pliszką w Szypliszkach.

 

    Znad placu zabaw unoszą się całe szwadrony baniek mydlanych. Bezzałogowo atakują balkony i dachy, jednak sposób selekcji jest trudny do zauważenia. Wiadomo. Wiatr w ograniczonej przestrzeni kręci i ma swoje humory. Sroki nie dają się nabrać na mydlany połysk i robią to, co sroki porabiają popołudniami w słoneczne dni. Pisklęta huśtane wahadłowym ruchem ćwiczą powstrzymywanie odruchów wymiotnych. A kiedy się znudzi przekopują górę piachu, którą już przekopali wczoraj i przedwczoraj. Trudno przypuszczać, że jakieś skarby się kryją pod nim, gdy niestrudzone zastępy forują tę ruchomą wydmę. Psowaci prowadzają swoje utrapienia na niespieszne okrążenie osiedla drogą znaną do obłędu – trzy razy na dobę to samo kółko – zmieniliby choć kierunek ruchu, bo przecież to nie jednokierunkowe osiedle. A i na koniec świata – za tory iść można, gdzie już zapewne ziarnopłon i fiołki, samosiejki mirabeli i głogów zawodzą aromatem pełnym słodyczy i zderzyć się można z sąsiadem dawno niewidzianym, albo sąsiadką wiecznie zakrzyczaną przez czworonoga. Tylko komu się chce? Na osiedlu rozmaitość świergotliwa dokazuje, gdy tylko szpaki przestaną gwizdać, a wrony rechotać. Po niedawnych świętach szyby w oknach wciąż błyszczą więc słońce atakuje zajączkami, szukając kogoś, kogo ruszy i zgodzi się wyjść naprzeciw.