czwartek, 13 sierpnia 2026

Boję się boju z obojem o boję.


    W Mieście pojawiły się pierwsze kurtki i grube bluzy z kapturem. Jeszcze nie masowo, ale już zauważalnie. Zamiast szortów do kompletu z kozaczkami. Piękne, okrąglutkie panie rozświetlają poranek swoja ruchliwością. Niebo poszatkowane bez ładu i składu przyniesie (być może) zmianę pogody. Intryguje mnie jak wyglądałby klimat, gdyby tak na dwa-trzy tygodnie wprowadzić zakaz wszelkich lotów. Z filozoficznych rozterek wytrąca mnie młodziutka dziewczyna sprawdzająca własną urodę w telefonie. Najwyraźniej udało się, bo uśmiecha się dyskretnie i nieco tryumfalnie. Skrzynkę energetyczną zdobił stary afisz reklamowy targów turystyki i czasu wolnego Zafrapowała mnie ta druga ewentualność i troszkę żałowałem, że nie poszedłem. Może kupiłbym sobie nieco wolnego?

    W drodze powrotnej słońce zdążyło się rozgrzać i było więcej niż miło. Spotniałem i powstrzymywałem się od zipania. Za to młodziuteńka dama w okularach studziła myśli wachlarzem, co okazało się niewystarczające. Aby poprawić komfort jazdy, psim wzorem otworzyła paszczę i wywaliła jęzor na wierzch. Druga, tym razem doświadczona w bojach damsko-męskich smoczyca trzygłowa podparła niebagatelny biust ramionami i sprawdzała czy na mnie działa. A i owszem, trudno, żeby nie. Żeby nie prowokować eskalacji starałem się sięgać wzrokiem w inne kierunki, co chyba smoczycę zniechęciło do kontynuowania jazdy w moim towarzystwie.

środa, 12 sierpnia 2026

Plamy z palmy spalmy napalmem.



    Dość wulgarnie wyglądająca niewiasta, zamiast podkolanówek nosiła tatuaże, których nie mógł zauważyć maszerujący zabawnie facet sczytujący dane z telefonu. Przypominał mi bohatera nieistniejącej kreskówki w stylu „Sąsiadów”.

    Słońce przedzierało się przez gąszcz obłoków skupionych, by nie dopuścić do słonecznych swawoli, jednak promienie zuchwale cięły tak niebo, jak ziemię. Na razie chłód zapowiadający już jesień i ręce głęboko kieszeniach. Stałem na przystanku i obserwowałem absurdalny sport – ludzie wytężali zmysły, by odkryć jaki tramwaj nadjedzie. I już z daleka „sprawdzali” jego numer. Tak, jakby mogli wsiąść szybciej, niż pojawi się na przystanku. Odczyt pewniejszy i bez niespodzianek czy zawodów.

    Po południu całe piękno Miasta wyszło mi naprzeciw. I teraz nie wiem, czy dla mnie, czy mimo mnie. Z ciekawszych tablic rejestracyjnych odnotowałem D0 ALP, D7 NESSIE, D0 EAT i D0 ROZEK – dorożek, czyli męska dorożka.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Erotyzm rozsiewczy.

 

    Jądra mi już całkiem spuchły od uporczywego nieużywania, a samym lizaniem, daleko uciągnąć nie zdołałbym. Zaprzyjaźniona kotka wypowiedziała mi tak przyjaźń, jak i wzajemność prokreacyjną, uniosła ogonek do góry i kręcąc kuperkiem na pożegnanie (żeby mnie podpalić do krwi) odeszła w siną dal. Nic więc dziwnego, że od pewnego czasu na każdego przedstawiciela kociego gatunku patrzyłem łakomie. Mezalians międzygatunkowy nie przyszedł mi (na razie!) do głowy, ale patrzenie, co kto pod ogonem nosi uznałem za drugorzędne. Najwyraźniej stałem się erotokotem i wnętrze łba opanował seks. Na wyłączność, dowolnie rozpasany i niekoniecznie grzeczny. Najwyraźniej „myślałem za głośno”, bo młody kocurek popatrzył na mnie tak jakoś, jakby ważył mnie i moje hipotetyczne wado-zalety. W końcu powiedział:


    - OK! Raz się żyje. Poszalejmy!


    - Och! - Tego było mi trzeba. Nic więcej. Ruszyłem w tany, a kocurek (jak on miał na imię) nie dość, że dotrzymał mi kroku (powiedzmy, że kroku), ale wykazał się inicjatywą, od której przed rumieńcem ocaliło mnie futerko, roziskrzone, podniecone i szalejące. Bezpieczny seks! Cudo!


    Kiedy miłosny zapał pokonał nasze słabe ciała, zasnęliśmy na sobie, w sobie, poplątani, zakochani, dumni i szczęśliwi. Nigdy mój pyszczek nie cieszył się równie szeroko. Gdy się obudziłem, kocurka (jak on miał na imię) już nie było. Polazł gdzie, jak to koty. Czasy ciężkie, więc nawet spontaniczny, improwizowany seks się liczy. A z kocurkiem (jak on miał na imię – jak napisać otwierający cudzysłów dużą literą?) seks zdarzał się częściej. Częściej niż sporadycznie. No! Zdarzał się i był powtarzalny. Powtarzalnie zachwycający. Kto by liczył orgazmy? Chyba tylko stuknięty księgowy.


    Pewnie coś spieprzyłem, bo za którymś razem kocurek (jak on miał na imię) zdawał się być nieswój i mniej zaangażowany. Jeszcze trochę i zacznie udawać orgazmy! Przyjrzałem mu się nieco przytomniej, jeśli w pełnym wzwodzie można zachować przytomność. Chyba mu się nieco utyło. Nie wiem, gdzie żreć chadzał, ale karmili tam wybornie. Nabrał boczków i na pysku wyokrąglał. Ładniutki taki. Puchatek. Baryłeczka. Mój kocurek (jak on miał na imię)…


    Wreszcie przy kolejnym spotkaniu powiedział twarde i stanowcze nie! Normalnie zwiędłem z wrażenia. Smutek zgasił płomień namiętności. W kocurku (jak on miał na imię) szybciej, niż we mnie. A choć żebrałem i błagałem, choć obłaskawiałem mojego kochanka, ten tylko kręcił głową i trzymał mnie na dystans. W końcu nie wytrzymałem i krzyknąłem:


    - O co ci chodzi? Czy źle nam jest ze sobą?


    - Nieeee… zamiauczał jakoś tak łzawo, ale ja… jestem w ciąży


    - No i szlag trafił bezpieczny seks, a kocurek (jak on miał na imię) okazał się kotką. Tylko patrzeć, jak zadrze ogonek i kręcąc pupka pójdzie w siną dal.

Przestawiłem zastawkę na stawie, by postawić tam zastawę. Stawy w stawie ustawiłem i podstawkę podstawiłem.

 

    Rudowłosa bogini w błękitnej sukience jednym ruchem biodra zabrała wzrok. I nie puszczała. Jej biodra stać było na kolejne i kolejne ruchy. Mało mi głowy nie ukręciło, gdy autobus odjeżdżał stanowczo zbyt szybko. Szybkim krokiem przemierzałem Halę Targową z misją zakupu chrzanu, więc poczułem się „w temacie” podsłuchując komentarz straganiarki: śremskie się pojawiły, znaczy kończą się ogórki!

Ból w Kabulu.

 

    Wczorajszym popołudniem zwiedzałem dzielnicę, do której zwykle mi za daleko. Jeśli mnie wzrok nie zwiódł, na szarej okurzonej elewacji znalazłem przesłanie PALMY PLONY BANANÓW. A potem to już wracałem do domu i przy Wzgórzu Sakwowym dostrzegłem brodacza siedzącego w trawie i rozmawiającego z klonem, mimo że interakcja była znikoma.


    Dzieje się coś niedobrego. Ze mną. Sezon wakacyjnie nieuchronnie zbliża się ku końcowi, a z nim sezon na siniaczki, a ja dotychczas nie odnotowałem żadnego zasługującego na zauważenie – tracę wzrok, czy kobiety stały się ostrożniejsze? Panna z pępuszkiem na wierzchu opierała się o filar arkad, a biodrami rytmicznie wykonywała ruchy frykcyjne. Autobus odjechał nim osiągnęła spełnienie. Trochę szkoda, bo zanosiło się na wytrysk z tych kompletnie nieoczywistych.


    W dni robocze po dwakroć mijam przybytek obwieszony autoreklamą pod nazwą ENEL MED. I za każdym razem, bez udziału świadomości przetwarzam ów napis na MENEL ED. Cóż. Nie jestem dobrym człowiekiem. W jadącym równolegle autobusie widzę wysiłki „kanarów” kontrolujących bilety. Wśród pasażerów zwykle przeważają Kozacy, choć czarnoskórzy przestali być niespodzianką.


    Na osiedlu pachniało podgrzaną cebulką. Początkowo sądziłem, że ów aromat ciągnie się za panią w stroju nie posiadającym części plecowej, ale nie – zapach opanował połowę drogi. Z tego wszystkiego zacząłem dumać, czy można wybrzuszać się nie tylko na brzuchu, ale i gdzie indziej. Na plecach? Wypleczać? Na du… no, no! Nie przesadzajmy!

niedziela, 9 sierpnia 2026

Bełkot szura.

 

    Farmacja to chyba największy zamawiacz reklam tak w telewizorze, jak radiu, czy w internecie. Zebrałem przykładowe leki/suplementy/wyroby medyczne i wynotowałem wybrane składniki, wypatrując elementów zielarskich tradycji:

- Travisto – karczoch, mięta pieprzowa, ostryż długi, koper włoski

- Hepaslimin – karczoch, ostrokrzew paragwajski, korzeń cykorii, ostryż długi

- Persen forte – kozłek lekarski, mięta, melisa

- Sambucol extra strong – owoc czarnego bzu

- Nervosan fix – korzeń kozłka, melisa, mięta, krwawnik, rumianek

- Sylimarol – ostropest

- Verdin complex – karczoch, rozmaryn, kurkuma

- Skrzypovita – skrzyp polny, ziele pokrzywy

- Destresan - melisa, różeniec górski, chmiel, waleriana (czyli kozłek lekarski)

- Detusan – porost islandzki, korzeń prawoślazu, kwiaty dziewanny

- Iberogast – arcydzięgiel, kminek, lukrecja, mięta, melisa i UWAGA glistnik – jaskółcze ziele – zioło od 03.04.2026 zakazane oficjalnie.

- Tussipect – ziele tymianku

- Neospasmina – owoc głogu, kozłek lekarski

- Valerin sen – ziele melisy, szyszki chmielu

- Lipomal – kwiat lipy

- Pyrosal kid – kwiat lipy, korzeń prawoślazu

- Sinulan express forte – eukaliptus, mięta pieprzowa, rozmaryn, tymianek


    Nie chce mi się już dalej tego ciągnąć – ponad połowa reklamowanych produktów firm farmaceutycznych korzysta z ziół jako bazy swoich wytworów. Ponieważ ziół nie umieli opatentować, więc dodali „specjalne formuły” do pigułek, żeby ukryć lecznicze działanie ziół, które mimo tych „formuł” nadal dają radę.


    Po wejściu w życie ustawy Lex Szarlatan zielarze będą bali się dzielić wiedzą i umiejętność rozpoznawania i wykorzystania ziół błyskawicznie zniknie – zostanie tylko w wielkich firmach farmaceutycznych, jako wiedza tajemna. Teraz wystraszą milionową karą kilku najgłośniejszych zielarzy, a reszta stuli uszy i będzie się bała podzielić doświadczeniem, czy gotową mieszanka ziół. Poważnie zastanawiam się, czy zakon Bonifratrów, Herbapol i wiele mniejszych, ale renomowanych firm/nazwisk (np. ojciec Klimuszko, dr Henryk Różański) doigra się połajanki od pożal się Boże nominowanego przez Prezesa Rady Ministrów, niekoniecznie znającego się na rzeczy Rzecznika Praw Pacjenta – kosmos dzieje się na moich oczach, a ja naprawdę nie chciałem żyć w ciekawych czasach i wolałbym nudną stagnację.


    Był czas, gdy zdumiewałem się, jak doszło do sytuacji, w której amerykańskie firmy chwaliły się cudownym „lekiem na bazie tymianku”, aż przypomniałem sobie, jak szybko wytępili rdzenną ludność, a potem nie mieli od kogo się uczyć i w XXI wieku musieli odkrywać go na nowo. Teraz może to samo spotkać nas. Na wakacjach, znalazłem kwitnącą dziko miętę, urwałem kilka listków i zaparzyłem – nie ma porównania ze sklepową. Herbatka z takiej, to coś o dwie ligi wyżej, niż torebka ekspresówki rodem z dyskontu, albo apteki.

Idź śladem pieniędzy.

 

    Głowię się od pewnego czasu nad taką zagadką:


    Czy Lex Szarlatan (och! jak sprytnie ukryto faktyczne intencje owego „prawa”) po wejściu w życie (a parcie na błyskawiczną legislację wskazuje na to, że ustawa została zamówiona i sowicie opłacona, więc wejdzie) sprowadzi do podziemia naturopatów, ziołoleczników, bioenergoterapeutów i akupunkturzystów. Wśród napiętnowanych przestępców-szarlatanów niechybnie znajdzie się szesnastowieczny zakon szpitalny Bonifratrów, wraz z ich naprawdę tradycyjną wiedzą i recepturami.


    Niewydolność medycyny systemowej, każącej pacjentom czekać w wielomiesięcznych kolejkach na zabiegi „na cito” zdumiewa. Cierpiący, dla ratowania życia stanie się bezradny, chyba, że w jego wsi będzie działać nielegalna szeptucha, czy wiedźma.


    Kto zarobi?

sobota, 8 sierpnia 2026

Miejski surwiwal dla najsłabszych.

 

    Przeglądając prasówkę odkrywam lekarstwo na bezdomność. Znajduję darmowy posiłek dla bezdomnych, chorych, emerytów, ludzi z marginesu społecznego. Jesień idzie, nie ma na to rady – twierdził Waligórski i żadna ideologia tego nie zmieni. Przydałby się ciepły kąt, miska ryżu ktoś, z kim można pogadać… Gdy bieda dokucza, a mieszkania takie drogie, nawet ciuch, choć tani wymaga prania, a sił brak. Co robić?


    Wystarczy podejść do dowolnej grupki kozaczej, poprosić by wyjęli swoje „wypasione smartfony”, następnie zbesztać ich słowem niewybrednym i dobrowolnie zgłosić się na policję. Zakwaterowanie z pełnym wyżywieniem na maksymalnie 7,5 roku.


    Po wykwaterowaniu można się przewietrzyć i powtórzyć operację.

Wieszak, to kat, który wiesza?

 

    I znów mogę się cieszyć Miastem, wdychając woń świeżo kładzionego asfaltu, czy kurzem z rozbijanych młotem pneumatycznym warstw betonu remontowanych torowisk. Zamiast mew o poranku gruchają gołębie, i mruczą rozkosznie stojące w korkach samochody. Zamiast „latających patyków”, jak nazywam kormorany w powietrzu zawsze wałęsa się jakiś samolot lecący nie wiadomo skąd i dokąd, a każdy pilnuje, by nie powtórzyć trasy poprzednika, żeby „smugi kondensacyjne” nie splątały się w warkocz superkomórki. Osiedlowe pieski mają się dobrze, jeśli mogą mieć się dobrze, gdy słońce przepala im grzbiety podczas obowiązkowej rundy honorowej. Dzieci popłakują – czyżby z braku bliskości młodych przedszkolanek? Lato kumuluje się gorączką w tak wielu płaszczyznach, że parując wieczorami przedłuża dzień aż po świt. Śpię na wierzchu, co jakoś specjalnie nie pomaga, chyba, że na psychikę.

piątek, 7 sierpnia 2026

Parkował w parku, by budować budy.

 

    Bałtyk. Spora kałuża, której brzegi nikną za horyzontem. Jakiś facet w piątym podejściu przepłynął. Jakaś pani już nie i wyciągnęli ją z wody jak dorsza po 58 kilometrach walki. Morze faluje. Czy jest wiatr, czy go nie ma. Może z przyzwyczajenia, bo samo już nie pamięta dlaczego faluje. Wyrzuca na brzeg porzucone (podrzucone) śmieci, zabawki, zapodziane skarpety, czy bieliznę zerwaną z rozgorączkowanych spontaniczną miłością ciał. Plastikowe zabawki napełnia woda i piachem. Do znudzenia powtarzając ów ruch. Hipnotyczny, plączący nogi. Może i zimny, ale nasz. Bez parzących meduz, rekinów, piratów (choć to ostatnie mocno niepewne). Pora wracać. By zatęsknić za piaskiem w kąpielówkach i słońcem wydziobującym z pleców liszaje. Wrócę? Jeśli budżet pozwoli, to pewnie tak. Chyba, że znów jakaś pandemia, czy inne nieszczęścia z internetu mnie powstrzymają.

czwartek, 6 sierpnia 2026

Klarnet Klary sklarowany.

 

    Coś nieśmiało pociekło z nieba i wygnało ludzi z plaży – jak na jakąś pielgrzymkę. Wyjścia z plaży stały się zbyt ciasne i wąskie gardła z trudem wypuszczały ludzi mokrych oddolnie, żeby nie zmokli odgórnie. Trudno – chyba czas wracać, skoro pogoda się kończy. Jutrzejszy obiad już w domu, ale dziś jeszcze trzeba strząsnąć piach ze stóp, nim się wejdzie na pokoje. Wędzona rybka, zapakowana próżniowo też pojedzie, a co! I garść bardzo starej żywicy. Wystarczy tylko rozwiązać problem bagażu – w coś co przyjechało pełne trzeba zmieścić więcej. Eskaluję każdego roku, ale w kwestii pakowania radzę sobie znakomicie.

Pewnie piwne pawie na prawie.

 

    Nie, żebym zapomniał o bursztynie. One są wszędzie, tylko nie na brzegu. Zakłady jubilerskie oferują cudeńka, a niemal wszystko, na czym warto zawiesić wzrok zaczyna się od czterech cyfr. Muzea chwalące się, ze każdy eksponat można kupić. Na przykład drzewko szczęścia – pień z odłowionego w morzu korzenia i kilka tysięcy bursztynowych listków za jakieś 25 tysięcy. Dla biedniejszych zostają bursztyniarze, którzy łowią sami, obrabiają i osobiście sprzedają z malutkich, turystycznych stolików. Jak się zna takiego, wtedy można obejrzeć coś nie-dla-szerokiej-publiczności. A co! Znam. Starszy facet, który pojawia się na plaży nie za często, a za każdym razem przyniesie coś, co łeb urywa. Z zachwytu. Surowy „kamień” i wyroby realizowane nawet przedwojennymi metodami. Korale obrabiane cęgami? Wisiory wyglądające jak wyłupane w krzemieniu? Kaboszony tak pełne srebrnej trociny połyskującej w słońcu bez końca i to bez ingerencji człowieka? Wszystko się da.


    I wszystko byłoby jak należy, gdyby nie młody byczek u którego na stoliczku, obok bransoletek po stówce walało się siedem bryłek wielkości małej piąstki. Wycenione razem na ponad pięćdziesiąt tysięcy. I choć trudno w to uwierzyć – warte były tej ceny. Połowa bryłki wiśniowa, druga żółta, a środkiem mleczna chmurka. Inny w jednej osi zdawał się być zielony, a w drugiej czerwony. A każdy tak idealnie czysty w środku, jakby ktoś je wyzamiatał przed skrzepnięciem. Nic równie pięknego nie widziałem. Osiem tysięcy za kawałek żywicy… Cholera! Nie miałem. I nie stać mnie było nawet na negocjacje, bo nawet po potężnym rabacie wciąż stać mnie byłoby tylko na podziwianie. Cieszę się, że mogłem obejrzeć. Trudno będzie taki obrazek dogonić.

środa, 5 sierpnia 2026

Wykaszanie kaszanki i golenie golonki.

 

    B0 EASY, G7 TEMPO. - tak na świtańca trafiam dwie tablice w ruchu.

    Nieopodal latarni, przy porcie stoi wielkie młyńskie koło „do zwiedzania”. Tam, gdzie schodzą się „szprychy” widnieje napis oko Kołobrzegu. Jak dla mnie między słowami zabrakło literki W. Wtedy byłoby zupełnie jasne, że zostałem wykryty właśnie tu.


    Na plaży współczesny Herkules, opalony iście afrykańsko uśmiechał się do Syrenki, która od lat karmiona była tłuściutką makrelą, więc jej kształty mocno wybujały. Herkules w uśmiechu prezentował niepełna klawiaturę, jakby właśnie mu powypadały mleczaki, albo popadł w konflikt zbrojny z Chuckiem Norrisem. Malowani ludzie wreszcie mogą pochwalić się tatuażami oszałamiając publikę bogactwem detali i lokalizacją dzieł sztuki. Na brzegu pospolitą staje się odwaga krocząca – krok w akwen i przerwa, potem następny i znów. Jakiś starszy pan postanowił przebrać się dwa kroki od wody i udawał, że nie widzi, jak gęsto tam od ludzi. Ale na wszelki wypadek interes ukrył w piachu. Albo nie używa, albo ma na podorędziu kogoś, kto doczyści organ do białej kości. W wodzie grasuje mama dwójki dzieciaków o podpisanych pośladkach. Najwyraźniej mąż, trawiący właśnie konserwę piwną podpisał na wypadek, gdyby mu się zawieruszyła, a on się stęsknił – uczciwego znalazcę prosi się, wysoka nagroda i telefon kontaktowy – tak poważniej, to nie udało mi się odczytać – wzrok już nie ten. I jeszcze dziewczynka, której właśnie zaczęły rosnąć skrzydła – łopatki przebijały się wytrwale przez skórę, żeby aniołka z kokonu ciała uwolnić.


    Dzieci pracowicie stawiały szańce z piachu, na wypadek powtórki z potopu szwedzkiego, bo wiadomo, historia lubi powtórki. Nie za groźna chyba była ta powódź, skoro tę z 1996 roku uznano za powódź tysiąclecia. Ale – strzeżonego… Przy dnie, na płyciznach uczą się pływać młode makrele i flądry. Wierzchem pływają głodne kormorany i mewy w rozmaitym rozmiarze. Niebieskie koguty ściągnęły żądną sensacji publikę i przemodelowały rozkład plażowiczów wzdłuż plaży.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Bronek broni Broni bronią z brony.

 

    Nad morzem zostało pół księżyca. Zapewne ma zamiar wesprzeć słońce, które radzi sobie nienajlepiej. Może dopiero się rozgrzewa? Na kominach okolicznych pensjonatów porozsiadały się mewy i zawodzą z zapałem. Wyglądają jak lizaki-kogutki, choć zapewne są mniej słodkie.


    Morze uczesało dno w twarde bruzdy w sam raz pod uprawę kartofli, czy szparagów. Dzieci odławiają meduzy i zastanawiają się (chyba), z czym byłyby najlepsze. Z cukrem, bitą śmietaną i jagodami, a może z serem i keczupem? A tak już bardziej serio – meduzy potrafią nieźle zaiwaniać pod wiatr i fale. Nim się człek obejrzy, już taka hycnie pięć bruzd w tę czy tamtą. Brzegiem uporczywie biegnie dziewczyna, usiłując zrzucić pupę i boczki, a może i odrobinę biustu. Czy jej się uda, tego nie wiem, ale wysiłek spływa jej kręgosłupem kryjąc się w czerni stroju bardziej kąpielowego niż sprinterskiego.


    Starsza pani tak zaaferowała się swoim staruszkiem i sporym psiskiem wizytującym Bałtyk, że kiedy dno znienacka zmieniło rzędną, potknęła się i niechcący zaczęła ogrzewać akwen swoim urokiem osobistym i wdziękiem. Na wydmach dwóch zawodowców kosą spalinową dokonują selektywnej wycinki, lecz w jakim celu? Bliżej brzegu młody chłopak naciera swą wybrankę kremem, choć emocje tężeją mu w kąpielówkach. Kawałek dalej, z fantazją zajechał na plażę archetyp wuja. Brzuchaty i rubaszny, w sam raz na weselną popijawę. Zajechał BWP-em – bagażowym Wozem Plażowym. I przywiózł prócz zasieków parawanu jakieś pół namiotu koc i parę piw. Po dwóch pierwszych zasnął, najwyraźniej sterany nocną zabawą.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Co wiecie o kwiecie na świecie.

 

    Studiuję ofertę knajpki tuż przy wydmach. Na koziołku mozolnie ktoś wypisał kredą zapiekanki XXL, frytki, napoje czynne… dalej już nie czytałem, bo mnie oszołomiła propozycja nabycia napoju czynnego. Było zamkniete jeszcze, ale może zapamiętam adres i z okazji jakichś świąt, czy „zielonej nocy” skuszę się na napoje czynne. Może nawet z frytkami!


    Wchodzę na plażę w miejscu strzeżonym pilniej niż granica z Białorusią. Pod okiem osiwiałego z trosk ratownika zasiedlającego fotel plażowy taplała się kolonia żeńska. Od strony głębin z wysokości ratunkowej szalupy strzegł piskląt Neptun w czerni – znaczy trwale opalony i w żółciutkich kąpielówkach. Jego podopieczne były przepasane żółtymi szarfami, żeby było za co towarzystwo z wody wyciągać bez uszczerbku na skromności dziewiczej.


    Dzieciaki usiłują przesypać plażę do małych, plastikowych wiaderek. Bezskutecznie. Plaża opiera się wysiłkom. Po płyciznach pływają rybki w sam raz nadające się do konserw – powiedzmy szprotki w sosie własnym. Na głębinach czają się mewy w niepoliczalnych ilościach. Chyba na coś czekają. Bez nerw i niepokojów. Z tego wszystkiego wymyślam odpowiedź na pytanie, dlaczego Bałtyk jest zimny – gdyby go ogrzać, powstałaby olbrzymia zupa rybna! Za darmo szłaby jak burza, a nadmorskie knajpki zbankrutowałyby do szczętu!

Nieznaczny znaczek naznaczył znakomity znak.

 

    Nocą ktoś ukradł wszystkie fale. Nawet te drobne. Dzieci ogłupiałe kręcą się brzegami, panie rozglądają się z zadowoleniem, że nic nie atakuje ich kostek, gdy drepcą na granicy światów suchych i mokrych. Panowie obudowani namiotami rozkładającymi się w dwie sekundy, a składającymi się dwie godziny leżą i nawet nie kwiczą. Kwilą tylko mewy zawiedzione nieco bezczynnością morza. Plaża pusta, może po wczorajszych koncertach przy molo sił zabrakło? Rankiem na plaży dominują psowaci – szum wody pobudza nereczki pupili do aktywności porannej, a wyprowadzaczy wprawia w stan bliski hipnozie. Nie – nie widzą innych, bo i po co. To ich trzeba widzieć. Ich i ich psy, często umocowane na wielometrowym sznurku, by mnogość swobody była adekwatna do jakości wakacji.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Je dynie jedynie w jodynie.

 

    Słońce rasistowsko mnie napastuje. Umazany pigmentem na brąz coraz mniej przypominam białego człowieka. Może to i lepiej, bo ten wiecznie na cenzurowanym. Od kilku lat najlepiej mieć korzenie ze stepów akermańskich, niż być rdzennym (ha! Na ziemiach odzyskanych niełatwo być rdzennym, bo w tyglu historii tak wiele nacji może się pochwalić przodkami, czy podwładnymi właśnie stąd) tubylcem.


    Zatłoczonym deptakiem biegnącym wzdłuż brzegu pani wiozła walizę tak pełną muzyki, że aż się z niej wylewało – wystarczało dla wszystkich, a siła rażenia sięgała dalej niż wzrok. W morzu? Gęsto. Panowie z butelkami piwa, panie w strojach rozmaitych i wszystko kołyszące się do rytmu dudniących ze sceny bębnów. Dwie nastolatki z glanami-podkolanówkami przewieszonymi przez ramię usiłowało tańczyć w wodzie i wcale nie były odosobnione. Na plaży taki ścisk, że można dorobić się nieswojego dziecka, względnie utracić własne – i to bez nielegalnej aborcji.


    PS. Usłyszałem anegdotkę – morską, czyli na czasie. Na brzegu kuca malutka dziewuszka i coś tam sobie kreśli łapkami w piachu i przemawia do Bałtyku no chodź głupie morze, chodź! Morze grzecznie podpłynęło pod malutkie rączki, a dziewczynka oburzona krzyczy – ale nie tak bardzo!

Ekstrakt o sile woli – niejednej.

 

    Lekkomyślny mężczyzna tak skutecznie udawał orgazm, że jego (przypadkowa) partnerka zaszła w ciążę. Ciąża okazała się co prawda urojona, ale alimenty już nie.

sobota, 1 sierpnia 2026

Poleciało ledwie letnie lato.

 

    P0 BOSO – nad morzem deklaracja w zasadzie zbędna, ale w Wielkopolsce? Coś ćwierka w świerkach. Mewy krążą dość nerwowo i chyba ściągnęły deszcz nie wiadomo skąd. Nawet parka kosów, która regularnie wizytuje trawnik przy posesji udając domowe kurki znikła gdzieś, żeby im czarne garniturki nie zblakły. Dzieciom, gdy zabrakło słońca zostały tylko monitory telefonów. Drepczę przez nie swoje miasto podziwiając ilość miejsc, w których można się stołować. Posiłki w knajpie, to dla mnie fanaberia, ale najwyraźniej należę do mniejszości, bo knajpy pełne są spragnionych śniadania z dostawą pod ryjek wygłodniały całonocnym postem. Może to sentyment za peerelowskimi wczasami z pełnym wyżywieniem? Ale pasą się przeważnie ludzie młodzi. Czyżby zabrakło mamusi, a zdolności kulinarne trzymane są w ryzach czekając na objawienie w telewizyjnym talent-szoł?

piątek, 31 lipca 2026

Wróżę podróże pod róże w rurze.

 

    Starsi, czyli bardziej doświadczeni życiowo wędrują wzdłuż brzegu z kijkami do nordic walking – Skandynawia niedaleczko, wystarczy obejść maleńki Bałtyk brzegami. Na pewno bliżej byłoby w prostej linii, ale woda zbyt zimna na stare kości i lepiej dreptać wzdłuż brzegu – co ciekawe, większość podejmuje próbę obejścia wody przez obwód kaliningradzki, czyli nie boją się ruskiego luda! Brawo! Duch w narodzie nie ginie, nawet, gdy włos siwy, a pamięć sięga czasów stalinowskich. Bo przecież Niemca się aż tak nie boją, jako ta Wandzia z legend.


    Dzieciarnia łopatkami, wiaderkami względnie zrywkami na produkty spożywcze usiłuje przelać morze do dziury nieopodal brzegu, wykopanej w pocie czoła przez kochającego tatusia. Mama w tym czasie uwieczniła wysiłki, ale tylko młodszej gałęzi rodzinnej smartfonem, by mieć dowód iż wakacje były i się odbyły w skandalicznych warunkach – tłok, wrzask i tylko piachu kupa, na dodatek mokrego i co ten facet sobie myślał, jeżeli w ogóle myślał.


    Ja rewolucyjnie odkrywam, że między ciepłym piachem, a mokrym dnem pojawia się i przemieszcza chybotliwa granica, na którą patrzeć nie sposób, bo się odkłada na wzroku tak, że łatwo potknąć się o własne nogi i to „przed wypiciem” jak mawiali w którymś z kabaretów. Fale usiłowały wyjrzeć na brzeg ponad innymi, mniej zuchwałymi, więc morze wznosiło się i opadało wypychając jednostki człowiecze bliżej brzegu, ku uldze ratowników pobierających gażę za utrzymanie przy życiu populacji plażowej.


    PS. Wyłowiłem i uratowałem przed słoną wodą kilka drobnych kamieni, ale nie podjąłem decyzji o ich dalszym losie. Jeszcze.

Przepis na szczęście?

 

    Każdy kardiolog trąbi, że ruch, uprawianie sportu i każda aktywność fizyczna to miód na serce. Że krew krąży żwawiej i dotlenia mózg, który ze szczęścia wariuje w pozytywnym sensie. Ale mało który wspomni, że sport, to obciążenia. Że układ szkieletowy reaguje, że się zużywa, naraża na kontuzje i trwałe uszkodzenia. Żaden lekarz nie wspomni, ze sport to koszty. Nie każdy może biegać, ale i w ten sport elegantki muszą zainwestować niemałe pieniążki, żeby pupa wdzięcznie przetaczała się po asfaltowych ścieżkach. Rowerzyści? Zakupy tanie nie będą, chyba, ze ktoś jest domorosłym mechanikiem i wszystko zrobi sam. Pływanie? Baseny są rzadkie, jak dzika przyroda.


    Więc co? Co robić, żeby onemu szczęściu pomóc nie rujnując się ekonomicznie? Jak uniknąć pułapek i zbawić tak serce, jak i mózg? Jak podnieść ciśnienie nieszkodliwie, poza związkami w przemocowej pracy zarobkowej, czy wymuszonej miłości? Desperacja wskazuje jedno rozwiązanie – seks w wersji autoerotycznej. Można uprawiać bezkosztowo, nie narażając się na wydatki na strój, czy sprzęt. Można uprawiać bez względu na pogodę, czy porę roku. Nie wymaga „zgranej ekipy”, rezerwacji miejsc, karnetu, trenera personalnego, porad medycznych. Nie trzeba się wstydzić przed obcymi, wulgarnie komentującymi nasze wysiłki zmierzające ku szczęściu. A krew na pewno krąży żywiej, mózg nie tylko się dotlenia, ale i wypełnia szczęściem, które wycieka nie tylko oczami, czy nosem. Bezpieczny seks, nie niosący zagrożeń zarażenia się czymś brzydkim i to bez zabezpieczeń. Zerowe ryzyko niechcianej ciąży, także jest nie do pogardzenia. Dostępny dla każdego i o każdej porze, bez względu na płeć faktyczną i deklarowaną. Wystarczy sobie przypomnieć o własnym serduszku, zaciągnąć zasłony i leczyć się do woli, aż organizm nam podziękuje. Nie trzeba się chwalić, ani skarżyć. Fakty pozostaną faktami. I uśmiech zagości na twarzy twojego kardiologa częściej, niż gdybyś przebiegł w spalinach milion kilometrów.

środa, 29 lipca 2026

Czyste trzysta szóstego oszusta.

 

    Odpoczywanie bywa męczące.

- Tato! Czemu ta woda się nie ogarnia?

I odpowiedz coś rozsądnego młodemu piegowatemu dzieciakowi, który właśnie rzuca w ciebie piłką plażową. Na plaży mnóstwo otyłych, za to tatuowanych nad podziw mało. O zgrozo – zero radości z wakacji, choć świeci słońce, woda kusząco faluje w przód i w tył, a plażę przemierza dzielny sprzedawca mrożonej kawy i popcornu. Starsi ludzie wypoczywają siedząc na słupkach falochronów niczym mewy i kormorany. Przy brzegu moczy nóżki starsza pani w białej sukni (nieco podkasanej) i w białym kapeluszu. Fale odsłaniają jej stopy z pomalowanymi na biało pazurkami – istna panna młoda czekająca na zaślubiny z morzem. Raczej nie na noc poślubną, bo to południe zaledwie i taka „noc”, byłaby niezłą perwersją.


    Z elewacji budynku pokrzepia mnie hasło reklamowe: Naszą misją jest twój powrót do zdrowia sygnowany przez MSWiA. Czyżby Ministerstwo Zdrowia już nie istniało i inny minister pochylił się nad moimi choróbskami? Wśród mniej renomowanych reklam moją uwagę przykuła zachęta, by odwiedzić lodziarnię, w której można nie tylko zjeść loda samemu, ale postawić takowego swojemu PSIECKU! Wśród reklamowych smaków – wołowina, indyk i coś tam jeszcze – nie musiałem wybierać, bo psieckiem nie jestem. Na chodnikach wiodących na lub z deptaków przymorskich cała masa Królewiczów i Królewien, o ego podbitym do tego stopnia, że nie widzą postronnych i oczekują, że to otoczenie będzie opływać wokół nich, jak kupa burty statku wycieczkowego.

Pięćset pięt się pęta w pętlach.

 

    I tak wyszła perfidia oka – okazało się, że nie tyle „wyjechałem w poszukiwaniu pogody/przygody”, ale uciekłem! Tak. Przed upałami, które właśnie spadły na Miasto. A ja tymczasem taplam się w strefie umiarkowanej, konserwuję ciał ciało solą jodowaną naturalnie, a wiadomo, że wędzone i solone trzyma się dłużej. Więc będę nękał. Tych i owych. Swoją obecnością niespecjalnie imponującą. Dziś, za budzik robiły mewy. Musiały być wygłodniałe i pewnie znalazły padlinę wartą wezwania kamratów, a może coś świętują? Drą się niemożebnie. Każda z osobna i stadnie również.


    PS. Suszone też trzyma się nieźle, więc tym, co się zeschną życzę długiego życia. Złośliwość zamierzona i czekająca również mnie. To zbyt mały kraj, by skutecznie uciec przed falą – jakąkolwiek.

wtorek, 28 lipca 2026

Jak raz rozpadało się w rozpadlinie i opadło na padlinę.

 

    Po życia kres – rozbawia tak mnie napis, jak i możliwości, jakie oferuje. Pożycia kres? Też pięknie. Pani w leginsach, które potrafią wyprofilować wszystko od pępka w dół. Można? Wiek przestaje być przeszkodą, a rozpustne życie pełne kalorii zaledwie drobną przeszkodą. Obserwuję zaniki logiki – chłop ma na plecach pusty plecak, a w ręku ciężką, wypchaną siatę. I jeszcze tablica S0 JAJA – są jaja? A pewnie, że so!


    Morze nieco wzburzone, ale słońce opala pospołu z wiatrem. Bursztynu nie wyrzuca, za to morskiego siana mnóstwo. Ktoś się cieszy na desce z żaglem i wywija młynki, podskakuje, a brzeg mu po cichu zazdrości. Rybą pachnie tak w smażalniach, jak i wokół śmietników. Miejscowość zdominował jakiś influencer, przemieszczający się monstertruckiem po mieście i reklamujący lody. Pani z bufetu twierdzi, że niedawno reklamował parówki – patrz pan, jaki uniwersalny. Pewnie też pisze piosenki i powieści, maluje wiersze i pazurki, a przy okazji robi kurs nawigatora rakiety międzyplanetarnej. Jak szaleć, to za wszystkie pieniądze świata.


    PS – bursztyn wyszedł z morza wcześniej i jest obłędny. Przy okazji – tani nie jest, choć jest go wiele.

Kres określonego okresu kreślenia.

 

    Zmiana klimatu to coś, jak terapia. Może oszołomić, albo odbić kamień z błędnika. Mewy drą się, choć im krzywdy nikt nie robi. Może za mało wyrzuca, by się w końcu upasły tak, żeby utracić zdolność wznoszenia się nad ziemię. Zerka na mnie Z3 ROMEO i nie wiem, czy mam się zarumienić, czy zapłonąć z oburzenia. Na razie drobny deszcz studzi emocje, ale za chwilę wyjrzy słonce i poliże mnie po nosie. Bursztyn tego roku wychodzi z morza chętniej niż rok temu, niż lat temu pięć. Bo wieje i morze się burzy. Na stolikach przy plaży przeceny, ale tylko dla tych, którym pojawi się obłęd w oczach. Zeszłoroczna budowa dziś pyszni się i cieszy z łupów. 5 zł za godzinę. Parking z widokiem na morze. Wiadomo, to kosztuje.

poniedziałek, 27 lipca 2026

A co!

    Zaczęły się wakacje. tak na dobre i niekoniecznie na poważnie. Ale będę. Przynajmniej zamierzam.

sobota, 25 lipca 2026

Di-agnostyk, to podwójny agnostyk, czy tylko pojedynczy analityk?

 

    Gdzieś wyżej sąsiadka śpiewa najpiękniejszą pieśń świata, którą każdy rozumie w dowolnym języku Ziemi. Podwórkiem przemyka senny posiadacz i nie zakłóca pieśni. Trochę mi głupio robić porządki w balkonowych kwiatach, więc stoję, by nie zakłócić misterium. Dopiero, gdy pieśń przeszła metamorfozę i zmieniła się w rozszczebiotaną, radosną krzątaninę dokończyłem pracę. Ten z naprzeciwka, który właśnie się wyprowadza chyba też czekał na koniec arii, bo zaraz potem pojawia się samochód z podnośnikiem i meble wędrują na pakę. Mało kto robi zakupy o poranku. W końcu sobota. Wakacje. Nim upał ogarnie Miasto lepiej oddać się przyjemnościom.

piątek, 24 lipca 2026

Konserwator produkuje konserwy, czy je konserwuje?

 

Autobus pusty, jakby jakieś święto spadło znienacka na Miasto. Jeden zapatrzony w telefon amator porannych ploteczek i pani o łydkach opalonych mocniej niż uda (gdy będzie wysiadać ostrożnie sprawdzi, czy zabrała z siedziska własną pupę). Poza tym ja i kierowca. Pędzimy śpiącymi, pustymi ulicami, aż wsiada porośnięty dookolnie szczeciną gość i bogactwo wyboru miejsc siedzących go oszałamia. Może błędnik zaszwankował z wrażenia, dość, że chwiejnym krokiem zlustrował możliwości nim osiadł ciszej niż kurz na meblach.


Przystankowe donice uwolniły się już od namolnej, rocznej obecności młodych laurowiśni i przebranżawiają się na miejskie śmietniki i szalety. Trzeba iść z postępem. Z duchem czasu i wymogami rynku. Chłop o twarzy foksteriera przeżuwał wiadomości siedząc pod wiatą i nie były to radosne wieści, bo uśmiechem pyska nie skaził ni razu. Budowlaniec zmierzający do pracy we flanelowej koszuli i roboczych spodniach, na nogi wsunął klapki – nie wiem, czy są robocze klapki. Może chciał się kumplom pochwalić wykwintnym pedicure? W obie strony zasuwają składy MPK – tramwaj z doklejonym na zapleczu autobusem. Kiedy stają na światłach tworzą się ogromne komunikacyjne bloki. Kawki ćwiczą równowagę spacerując krawężnikami.


    Zrudziała Baryłeczka, która wczoraj pielęgnowała rzęsy w trakcie jazdy, dziś zajęła się ustami. Przeżyła, znaczy ma pewną rękę i mogłaby zostać chirurgiem, albo zegarmistrzem. Uśmiecham się do baru zlokalizowanego na rogu ulicy. Wzdłuż jednego chodnika widać reklamę – BAR MLECZ – piękna nazwa! Wzdłuż prostopadłej ulicy znalazł się koniec napisu NY – Nowy Jork? Tutaj? Uśmiecham się z tramwaju do popielatowłosej pani idącej mostem w wiśniowej spódnicy w białe kwiaty. Chyba była zaskoczona, może kombinowała skąd ją znam, a ja nie zdążyłem powiedzieć, że absolutnie nie. Chyba zdziczałem. Nie odzywam się do obcych, oni do mnie też nie. Aż dziw, że wargi mi się nie zrosły, jak nieużywane dziurki po kolczykach (nie, ja nie mam ani czynnych, ani zarośniętych, jednak wiem że blizny się zrastają w czasie). Skoro nie gadam, to choć się uśmiechnę od czasu do czasu i może to mnie ratuje. Zresztą – do kogo gadać, skoro połowa łazi z nausznikami, a pozostali i bez nich gapią się w monitorki?

    V4 YOUNG – brzmi lepiej niż młodziak za kółkiem?

czwartek, 23 lipca 2026

Kupić kupę kuponów, albo złupić łupinę.

 

Dziewczęta dziś jakieś senne, może śnięte, wodzą lakierowanym mgłą wzrokiem po zewnętrzu niegodnym ich uwagi. Zrudziała baryłeczka nie wypuszczając z dłoni elektro-papierosa maluje rzęsy korzystając z małego lusterka, by podziwiać efekty w trakcie jazdy po drogach, które w te wakacje nie zakwalifikowały się do remontu. Na przystanku szamoce się łysy King-Kong, usiłujący jakoś zapanować nad czterema sztukami bagażu. Na pewno mógł się spakować w liczebnie mniejszą zgraję toreb i plecaków.


Reklamy proponują mi kreatywną naukę, albo sugerują, że gdy ja podróżuję moje pieniądze mogą pracować – cóż na razie jest odwrotnie. Kolejny przystanek, a na nim facet o łydkach pogryzionych w milionie miejsc – zupełnie, jakby nocował z nogami w grzęzawisku pełnym pijawek. Chodnikiem sunie kobieta w marynarce i trampkach – czy to już „sportowa elegancja”?

środa, 22 lipca 2026

Kisiel się kisi w kiściach?

 

Rozległą swą urodę w pewnym pośpiechu przemieszczała w klimatyzowane wewnętrze, by tam dopiero odetchnąć pełną piersią. A drogi oddechowe miała zachwycająco bujne, najwyraźniej jednak niewystarczające by obudzić uczucia pana, który miejsce brakujących włosów wypełnił tatuażami. Tylko na czubku głowy zostawił wysepkę, z której uwił parę niezbyt okazałych dredów spiętych gumkami. Całość przypominała gniazdo remiza przyklejone do łba otworem wlotowym.


Przesiadam się na tramwaj, a tam kobieta w czerni, rekompensująca pewne niedostatki wzrostu rozpasaniem w pozostałych osiach. Była jedyną (prócz mnie)osobą o zadowolonym obliczu. Ja uśmiechnąłem się jeszcze bardziej, gdy przeczytałem treści z tramwajowego monitora, który twierdził, że jest godzina 20.47 dwudziestego siódmego kwietnia 2023 roku. Cofnęło mnie w czasie? Nie zamierzałem się kłócić. Młodość mnie pochłonęła beztroska i płocha. Chociaż 22.07 (przed PRL - E.Wedel) to niezła data i w sam raz na czekoladę doustnie.


Na chodniku podziwiam kaligrafię. Ktoś wysilił się na napis KACZYSKO, nie zrażając się podkładem w drobną kostkę granitową o nieregularnych krawędziach. W zaciszu miniaturowego skweru, przy ławeczce trafiam chude zjawisko o pogłębionej bladości. Poły długiego płaszcza rozwiewał wiatr, pozwalając czerni błyszczeć okruchami metalu rozsianymi tak po stroju, jak po ciele. Zjawisko pakowało w reklamówkę zapasy pozwalające przetrwać najbliższy tydzień.

Ekstrakt o braku równowagi.

 

Mawiają, że szczęśliwa kobieta w domu, to skarb, wart każdego wysiłku. Ortodoksyjnie wysilam pamięć, chcąc wyszukać w niej powiedzenie o szczęśliwym facecie, niechby w tym samym domu, jednak bez skutku. Czyżby ta opcja była niemożliwa, albo niewarta zachodu?

wtorek, 21 lipca 2026

Ceramiczna cera mima.

 

Pole widzenia opanowały kobiety w czerni i zaledwie pojedyncze ramiączko stanika w bieli na słabo opalonym ciele usiłowało rozmleczyć tło. Jakiś byczek zmarznięty okrutnie naciągał na czapkę kaptur, gdy wietrzysko mozoliło się, by potrząsnąć listkami czerwonego dębu. Pusto od wrażeń, a i ludzi mniej niż zwykle. Do tego rejestracja D7 TRUE zdaje się kpić z mojej mizernej konkluzji. Pani skończyły się papieroski, więc zabrała psa „na spacer” do Żabki, by móc kultywować nałogi bez poczucia winy. A że tak o brzasku wynurzyła się z pościeli, to i włos zmierzwiony burzliwą nocą poniosła w przestrzeń.

poniedziałek, 20 lipca 2026

Temu bogatemu Bogu miła była Bogumiła.

 

Panowie grzeją dłonie pod pachami – własnymi, żeby nie było niedomówień. Czyli, chyba-zimno. A do autobusu wsiada dojrzała niewiasta o pancernych łydkach i klatce piersiowej wyglądającej raczej na umięśnioną, niż zawierającą piersi, w stroju w sam raz do ćwiczeń fizycznych. Kulturystka, czyli pani od kultury (ciała?). Zerkając na stan chodników w centrum Miasta dochodzę do wniosku, że weekendowa ulewa była z tych bardziej rozpasanych. W opłotkach nie było aż tak „intensywnie” – słowo nadużywane podczas relacji z meczów piłkarskich, kto wie czy nie robi medialnej kariery.


Emerytowany Dżokej ściga pieszo pięknie wyprostowaną, dystyngowaną panią. Istna księżniczka, ze szlachetną elegancją drzemiącą w każdym ruchu. Schodzę im z drogi, w duchu życząc powodzenia Dżokejowi - w pościgu i nie tylko. Latarni nudzącej się na kamiennej balustradzie mostu mocno się spociło, albo spłakała się minionej nocy, bo wciąż perlą się pod nią tłuściutkie krople, połyskujące w słońcu jak brylanty.


Chłodny wiatr studzi emocje, a ja dumam bez nadziei na rozwiązanie dylematu – jeśli mój telefon fabrycznie wyposażony został w jakieś aplikacje, których nie używam, to one są wyłączone tylko dla mnie, czy dla operatora także? Raz sprawdziłem własną „oś czasu”, choć z GPS nie korzystałem i okazało się, że telefon WIE, skąd i dokąd przemieszczałem się parę miesięcy wstecz, a nawet przypomniał mi, o której i z jakiego autobusu skorzystałem. Oglądając filmy, podziwiam działanie systemu rozpoznawania twarzy z wykorzystaniem ulicznych i samochodowych kamer czy telefonów ludzi z marginesu planu filmowego. Każdy współczesny aparat robiąc zdjęcia, potrafi wyszukać w zasięgu migawki twarze, by nadać im ostrości. A jeśli ja nie korzystam z aparatu, tylko gadam, to też je znajduje? Żeby mimowolnie nie zrobić przechodniom krzywdy, schowałem aparat głęboko w plecaku (prywatna czarna dziura, wyłącznie do użytku osobistego). Cóż - tak naprawdę, nawet w przewlekłym marszu nie nauczyłem się korzystania z zaawansowanych usług teleinformatycznych, więc wymieniłem wieloczynnościową maszynę cyfrową na klawiszowca, a z sieci korzystam stacjonarnie, opierając zad na czymś miękkim, powiedzmy pluszowym.


Powinno mocno mnie niepokoić, że serwery zbierające rozmaite dane znajdują się daleko poza granicami Polski? Ostatecznie, nawet gdyby przechowywane były na miejscu, zdeterminowany uległy/pazerny urzędnik przekazałby je, nie licząc się z interesem podwładnych.


PS. Czy komplementem jest wyznanie kobiecie, że przepięknie się starzeje?

niedziela, 19 lipca 2026

Moc emocji.

 

    Elegantka, której strój w rejonach górnych składał się z ramiączek w różnych kolorach wypasała psy na trawie. Psy co prawda żreć nie chciały, ale „przykucneły” i pod czujnym okiem posiadaczki opróżniły pęcherze. Pani była z nich taka dumna, że zignorowała tabliczkę na skraju trawnika – teren zabaw dla dzieci. Prosimy nie wyprowadzać psów. No i nie wyprowadziła! Szczały tam do woli, a analfabetka roztaczała wdzięki – gdybym miał zgadnąć, to bezdzietna analfabetka.


    Zakładając, że każdy piesek wysika zaledwie setkę trzy razy dziennie, roczne skropliny osiągną niemal 110 litrów (ponad połowa dużej wanny). Nie wiem, ile jest psów na osiedlu, ale posiadacze eskalują – kto miał jednego, ma teraz dwa, albo i trzy. Na pewno psów jest więcej niż dzieci (ostatnio na placu zabaw dziewczynki osiągnęły przewagę nad chłopcami w stosunku 8:1). Przy setce psów będzie to dziesięć hektolitrów. I ta skromna wyliczanka nie świadczy o mojej nienawiści do psów – to nagie fakty – gówienka (te gęste) obecnie często są zbierane. Mocz zostaje - nie w przestrzeni prywatnej posiadacza, ale w przestrzeni ogólnej. Schną drzewa oszczane nadmiernie, a smród rośnie gdy słońce zacznie osuszać plamy.


    Nie rozumiem, dlaczego cudzy pies ma być moim problemem. Gdybym ja regularnie sikał komuś pod oknem/klatką schodową/własnoręcznie posadzonym drzewem, zapewne błyskawicznie spacyfikowałyby mnie SŁUŻBY. A już spacery z psem do apteki, piekarni, czy warzywniaka uważam za ohydną sprawę – kupuję pieczywo, a tam cudzy „pieseczek-on-nie-gryzie-tylko-się-tak-cieszy” wytrząsa kurze i pchły na moje zakupy.

piątek, 17 lipca 2026

Godne choć głodne gody w jagodach.

 

    D6 LUCKY – gdzieś w przelocie dostrzegłem, jak stało sobie autko z taką „dedykacją”. W autobusie przysiada się do mnie jakiś Kozak, który słucha wiadomości z telefonu bez słuchawek. Głodny musiał być bo nieustannie dokarmiał się tym, co mu zalegało w górnych drogach oddechowych. Suma wrażeń zniechęcała skutecznie i nawet piersiątka swobodnie brykające pod bluzeczką dziewczyny bez końca drapiącej się po podbrzuszu nie pozwoliły na poprawę nastroju. Grunt, że upał doskwiera i wytapia nawet nadmiar niechęci.

W upał łupał łupki w łupinach łopianu.

 

    Szlachcianka Z Zaścianka wystąpiła dziś w barwach narodowych. Może przegapiłem jakiś mecz, albo demonstrację? Patrzyła na mnie jak na robaka (znów), więc pewnie coś ważnego mnie (znów) omija. Małżeństwo Tiki-taki dziś w maseczkach ochronnych. Wyświetlacz na przystanku ostrzega - Jakość powietrza umiarkowana… zaledwie. W autobusie farbowane matrony pachnące markowo, drogo i chowające się pod tym aromatem, by w spokoju wreszcie popełnić poranną prasówkę. Za oknem ścieżką rowerową pruje kolarka w czarnej sukni. Biała bielizna podkreśla jak pięknie jest opalona. Choć zerkanie na panów jakoś mi nie idzie, może przez wzgląd na znikomą wartość estetyczną, to jednak popatrzyłem na chłopa, którego głowa wyglądała jak balon, z którego zeszło trochę powietrza – zabrakło dołu. Góra w miarę ludzka, ale dół? Bez podbródka, wszystko takie zwiędnięte, niemal nieistniejące, budzące współczucie. Groteskowa twarz będąca pewnie następstwem czegoś dramatycznego. Wrotycze, bylice, nostrzyki i szczeć porastają beztrosko nieużytki. Póki jeszcze Lex Szarlatan się nie rozpędził, pozwalam sobie na zauważenie. Potem? Kara za treści „szkodliwe” może sięgnąć milionów i to bez sądu – urzędnik będzie decydował, kto jest szarlatanem, skazywał go na kary i usuwał z Internetu szkodliwe treści – owszem, będzie się można odwołać do sądu, ale dopiero po fakcie, czyli za jakieś 5-10 lat, a tymczasem zielarze, naturaliści, terapeuci i inni wyprzedają się z ziołowych herbat, maści, zdrowotnych nalewek, bo strach jest wielki przed zawziętością prawa i Big-Farmy. Kto odważy się teraz zrobić syrop z tymianku na gardło, nie zawierającego „specjalnej formuły” koncernu farmaceutycznego Specjalna formuła zawiera na ogół śmieci, a czynnikiem sprawczym jest tymianek, lecz tymianku opatentować się nie da za to formułę można? Bez ochrony, pod naporem naprawdę wielkiego kapitału farmaceutycznych gigantów znikną zewsząd mądrości naszych babć. Ostatnia okazja uzupełnić księgozbiór, by dać sobie radę, gdy niewydolny system zdrowotny będzie nas zabijał na raty.


    Potem rozkojarza mnie tablica rejestracyjna z cyframi 1024 – matematyk w szkole średniej ilekroć mógł napisać taką liczbę na tablicy, podkreślał ją słowami – lubię równe liczby. A widząc zdumienie uczniów wyjaśniał, że w systemie dwójkowym liczba 1024 to 2 do potęgi dziesiątej. Człowiek wart wspomnienia; każdego roku przy byle okazji dzielił się z uczniami zagadką. Jak rozpoznać, czy to łabędź, czy łabędzica? (kto nie zna, podpowiem – rzucamy chleb do wody – jak WZIĄŁ, to łabędź, jak WZIĘŁA, to na pewno łabędzica). Emocje potrafiły nim zawładnąć tak, że się pocił nad miarę opowiadając. Kiedy sięgnął do kieszeni po chusteczkę, zamiast niej trafił banknot 50 złotych i nim osuszył czoło i skronie. Banknot był z czasów PRL-u, jeśli to istotne.


    Jadę nie swoją trasą i podziwiam pięknie odrestaurowane kamieniczki, między które wdarło się „nowoczesne” gmaszysko – istny brzydal psujący harmonię. Stopy pań często kryją się w crocsach – japonkach i sandałkach. Najwyraźniej służy im to obuwie, choć to guma. Nie obciera i nie odparza, a stopa oddycha. Informacja jakoś się rozchodzi w obrębie płci i coraz więcej pań je nosi latem. Czyli MUSZĄ BYĆ WYGODNE. Pożądane. Może tak samo dzieje się z leginsami? Nietrudno wyobrazić sobie, że mają zalety. A wzrok panów nadaremnie łykających ślinę? Wg reklamy – bezcenny!


    Piękna pani w rozmiarze, którego nawet się nie nazywa w świecie mody dreptała sobie ku własnej codzienności i nie wyglądała na zmartwioną stanem posiadania. I słusznie. Ja, bez udziału świadomości określiłem ją jako Wielkoduszną – mniejsze ciało miałoby ogromny problem z duszą jej rozmiaru. Wsiadłem znów, tym razem wracając po raz pierwszy dziś i wzrokiem potknąłem się o chłopaka w okularach w koszulce z napisem podzielonym między przód i tył: Głównym aktorem – Śląsk z Motorem. Spontanicznie i z równym brakiem jakości poetyckiego przekazu treści odbijam w myślach: Najlepszym kąskiem – Motor ze Śląskiem! Wzdłuż miejskiej fosy wędruje dziewczyna-ósemka. Krągła górą i dołem, w środku ściśnięta obrączką do zaniku wymiarów. Uśmiecha się, jakby usłyszała tę moją niby-poezję. Nim się odśmiechnę – jesteśmy już poza zasięgiem jej wzroku – może jednak sięgnęła tym szóstym? (rejestracja z czterema szóstkami, to coś, o co się potknąłem dziś, by wyprostować się na D7 ASAP jakiegoś korpo-ludka). Autobus przedziera się przez korki spowodowane niekończącymi się remontami i staje na wprost budowy. Czytam tablicę budowy – taka duża, żółta, z czarnymi literkami i nawet skrupulatnie wypełniona czarnym markerem:

    - Rozpoczęcie budowy – 05.01.2026

    - Zakończenie budowy – 03.01.2026

    Najwyraźniej kierownik budowy opanował podróże w czasie i skończy pracę dwa dni przed rozpoczęciem budowy.

    - Ja? Mam kłopot, bo widzę głębokie wykopy pod podziemny parking, a budynku wcale, choć mamy już lipiec 2026… Mam iść do okulisty, czy do psychiatry?

Ekstrakt teoretycznie spiskowy.

 

    Informacja, to broń, powtarzają jak mantrę znawcy tematu. A skoro SI gromadzi i analizuje dane - została wykonana praca, a wiedzy nie zdobywa się po to, by się marnowała. Dane gdzieś w końcu trafiają i ktoś je sprzeda, by kupić mógł ktoś.

czwartek, 16 lipca 2026

Niebezpiecznie piecze w plecy plecak.

 

Dwie nie całkiem dojrzałe samiczki wsiadły niby-razem, ale każda zatonęła w otchłaniach sieci i już po chwili wrażenie wspólnoty zniknęło. Pani, której twarz mogłaby tysiąc okrętów wysłać za morze wysiadła jednymi drzwiami i wsiadła innymi, by jednak przejechać jeszcze dwa przystanki. Ryżawy facet w błękitach i rudziejąca pani w bieli uśmiechali się do siebie i gawędzili a ich dłonie pieściły się przez całą drogę.


Wysiadam i natychmiast znajduję się na kolizyjnym kursie z panią idącą na czołowe zderzenie. Nie złośliwie, a bezmyślnie wpatrzoną w monitor. Jako jednostka bardziej zwrotna, zwinnie zszedłem z kursu, choć jej ciało gwarantowało miękkie lądowanie. Nie chciałem stać się uczestnikiem kolizji w ruchu drogowym, po obserwacji walk sumo podejrzewając, że nawet miękkość może poważnie wstrząsnąć nienawykłym organizmem. Mokre pnie drzew nie zdążyły obeschnąć po ulewach, a lipowe gałęzie tarasują alejki na bulwarze. Spochmurniałe wrony drepcą smutno i zerkają spod oka, czy nie knuję czegoś podłego. I tylko Rzeka niewzruszenie płynie, jak płynęła.