Egzaminator ustawił adeptów przy sztalugach i poprosił aby z głowy namalowali akt kobiecy. Niedługo potem jednego wyrzucił z egzaminu, bo bezczelnie „ściągał” od koleżanki. Dopiero po fakcie okazało się, że adept nigdy nie widział nagiej kobiety.
Egzaminator ustawił adeptów przy sztalugach i poprosił aby z głowy namalowali akt kobiecy. Niedługo potem jednego wyrzucił z egzaminu, bo bezczelnie „ściągał” od koleżanki. Dopiero po fakcie okazało się, że adept nigdy nie widział nagiej kobiety.
Dziewczyna w pięknej zielonej sukience idąc NIE ZACHWYCA się kwiatami cykorii, choć te przybrały intrygująco niebieską barwę z kropelką fioletu. W autobusie, gdy znajdzie się wolne podwójne siedzenie, mężczyźni siadają w głębi, a kobiety wybierają skrajne krzesełko. Pani o delikatnej, szlachetnej urodzie wysiadła, rozejrzała się i gdy autobus zamykał drzwi – wskoczyła do środka. Najwyraźniej gnała ją jakaś gorączka, względnie niecierpliwość sumienia szukała ujścia. Na kolejnym wysiadła znów i od razu przeszła do galopu. Zdaje się, że dogoniła tramwaj jadący przodem.
Od rana widać, że bielizna nie trzyma się ciał. Szczególnie tych młodszych. Czapla z pełnym dziobem, nie chcąc zawstydzać wędkarzy posilających się piwkiem wylądowała w tataraku, i tam przystąpiła do konsumpcji. Medialne szaleństwo – w ogrodzie botanicznym kwitnie dziwidło olbrzymie! Od tygodnia fejs-zbuk atakuje mnie relacjami na żywo, a w naturze kolejki większe jak za chlebem czy mięsem w peerelu. Ogonek ustawia się już o północy, bo o piątej otwierają kasy. Nie bardzo rozumiem ten pęd, bo roślina cuchnie gorzej od śmietników zapomnianych przez śmieciarzy i jakoś specjalnie pięknie też nie wygląda. Stać w kolejce do wychodka, gdy lipy pachną piękniej od najdroższych perfum? Katalpy kwitnąc udają kasztanowce – głupie, już dawno po maturach, co od razu demaskuje oszusta.
Z napisów takie: D3 TROIT – taksówka wcale nie żółta, jak wskazywałaby rejestracja. Okienko piwniczne zabite sklejką z adnotacją: DLA PANI ANI WSZYSTKO. Potem trafiam dziewczynę w ślubnej sukni otoczoną wianuszkiem kobiet w czerni.
D0 YERKA – czyżby fan realizmu magicznego pana Jacka? Zaraz potem D8 DORFF – zagadkowo, może z niemiecka? Dziarsko maszeruje wysoka dziewczyna w jednej, czerwonej skarpetce, ale jak odczytać przekaz nie za bardzo wiem. Więc cieszę się bez uzasadnienia, bo mi się podoba. Jak u małych dzieci. Nie wszystko musi być przegadane do końca. Kobiety w letnich kieckach z rozcięciami pociągniętymi w górę na ile nosicielkom odwagi wystarczy – są i takie którym biodra uciekają z tekstylnego uścisku.
Na świeżo zbudowanym skwerze rosną nie niepokojone inną roślinnością krwawnice kwitnące na różowo. Zasypany kamieniami podmokły teren robi im za rów z wodą, a kamienie wcale nie przeszkadzają pięknie rosnąć i czerpać wilgoć spod nich. W oknie wystawowym przegląda się młoda kobieta. Tu zagra nóżką, tam się uśmiechnie, a to kosmyk włosów za ucho zatknie. Chyba się sobie podoba, bo uśmiecha się z nieukrywaną satysfakcją, tańczy i śpiewa. W rozłożystych ramionach cisu trwa debata ptasiego planktonu. Burzliwa i każdy członek stada ma coś niezmiernie ważnego do przekazania reszcie. Harmider jak podczas sejmowych burd.
Nad Rzeką buduje się koncertowy przyczółek. Metalowe filary dźwigają reklamy, skrzynie wzmacniaczy udają ściany, kable ukrywają się w tymczasowych korytach. Na kamiennych obmurowaniach rzecznych tajemniczy ekstremista namalował napis MUZYKA OFF ALBO ŚMIERĆ. Mam nadzieję że wybrał śmierć i nie będzie już zaburzał świata niezbyt estetyczną działalnością. Przy jednej z ławek widzę cztery butelki po piwie. Przy drugiej – dwie po winie. Idąc tym tropem wymyślam, że przy trzeciej powinna stać flaszka po wódce, a do czwartej boję się zbliżać. Szczęśliwie z naprzeciwka szły dwie panie sprzątające ślady nocnych aktywności lokalnych i nie wiem jak było, a może tylko sam sobie wymyśliłem ciąg dalszy?
Idę. Nim przeszedłem jeden przystanek w Dzielnicy Boga, między mostami wyprzedza mnie pięć tramwajów i dwóch Kozaków na rowerach. Rozszczebiotanych, zaaferowanych. Królowie Życia! Jeden z nich o mały włos, a zderzyłby się ze stojącym tramwajem. Nie zauważył? A może był naćpany czymś, co z błędnika i oczu robi sieczkę? Przede mną biegnie do Żabki pulchna biegaczka. Druga, też pulchna, właśnie z niej wybiega. Chyba umawiają się na wspólny ciąg dalszy, jak skończą się zakupy. Nóżkę spotykam nim dojdzie do salonu sukien ślubnych – mam czas i mogę sobie pozwolić na dywagacje.
Długowłosy chłopak w kaszkiecie podszedł do ceglanego muru i robił mu zdjęcia telefonem. Niektórych cegieł dotykał wierzchem pięści, inne głaskał. W końcu z bliska sfotografował jakiś detal i kilkakrotnie pocałował, by chwilę później odejść ocierając usta. Chmura, choć biała zdawała się być tak tłusta, że tylko patrzeć jak spadnie na ziemię i wywoła trzęsienie. Wracam w butach z tak cienką podeszwą, że gdybym nadepnął monetę, mógłbym przeczytać jej nominał. Stopą! Ale monety nie leżą na chodniku, więc stopom grozi wtórny analfabetyzm. Na wąskim chodniku mijam za to dwóch fotografów. Sprawdzają gorączkowo czy zdjęcia im wyszły i czy kościół nie uciekł im z kadru. Boją się, że nie trafili? Chwilę później podziwiam pana zaopatrzonego w tkankę na czasy gorsze. Idzie tuląc się wo wentylatora i chyba szuka gniazdka, żeby gdzieś go podłączyć choć na chwilę.
Skoszone chabry już nie zachwycają. Szczęściem nieco dalej od cywilizacji, na szczęśliwszych trawnikach, złocą się wrotycze, dziurawce, dziewanny i wiesiołki. Dzień ludzi puchatych. Okazali przeważają. Pulcheryjka w błękitnej sukni z wdziękiem truchta do autobusu otulona czujnym wzrokiem brodacza King-Konga. Paru kolejnych mijam w trakcie jazdy, w tym jednego na rowerze i z czerwonym irokezem na łbie. Drobne dziewczęta o pupach wymodelowanych strojem, zerkają ostrożnie, czy są podziwiane. A i owszem – są. Staruszka z różową fryzurą, wspierając marsz laseczką, zamierza „przebiec” ulicę pomiędzy oznakowanymi przejściami korzystając z luk w ruchu kołowym.
Na bulwarze cisza. Kaczorki czyszczą torsy na kamiennych schodach wiodących ku Rzece. Pewnie zechcą za chwilę oszołomić wyglądem jakąś kaczuszkę i wspólnie popełnić to i owo. Znajduję pomalowany kamień. Z jednej strony napis LUZIK ARBUZIK, a z drugiej 42-253 FB KAMYCZKI ZABIERZ MNIE, plus wykrzyknik, dwa serduszka i uśmiech z dwukropka z połówką nawiasu. Jaskółki wspinają się wyżej niż kościelna wieża i chyba sam Bóg głaszcze je po główkach, bo krzyczą coś rozkosznie – chciałem napisać, że głaszcze je po łebkach, ale zabrzmiałoby to dwuznacznie. Kto chciałby być tak głaskany?
Pas drogowy wypełnił się owocującymi świdośliwami. Ptaki ponoć je uwielbiają, a ja zastanawiam się, czy drogowcy chcieli je nakarmić, czy wytruć ołowicą. Pobocze drogi gęsto zasiedla cykoria podróżnik o pięknie wybarwionych kwiatach. Niewiele brakuje, by stworzyła żywopłot. Autobus z powodu przewidywalnych remontów jeździ zmienioną trasą, dzięki czemu podziwiam kwitnące sumaki. Do kolekcji napisów z murów odkrywam dwie małpy - @FASZOLE WON i @SZCZ.
Młodzi ludzie potrafią zaaranżować nawet niechlujność. Nie wiem jak, ale plecaki na nich wiszą jakby zwiędły. Podobnie portki. W autobusie obserwuję pryszczatego dryblasa, który naciąga (w dół) dżinsy, chcąc uzyskać efekt, a ja się cieszę że założył gacie. Chciał się nimi pochwalić? Wysiadam i idę na skwer okolony żywopłotem z klonów polnych. Przerośnięte ławki nieco zakrywają widok, ale śpiącemu kloszardowi wcale to nie przeszkadza. Kawałek dalej uaktywnia się niestrudzony wydmuchiwacz - zanieczyszcza atmosferę kurzem i hałasem. Uciekam. Widząc że patrzę w dół, słońce przesyła mi wiadomość za pośrednictwem Rzeki – zajączek najwyraźniej usiłuje mnie odwieść od podziwiania pajęczyny uczepionej mostu. Jeszcze tylko chce mnie przejechać uśmiechnięta cyklistka w kwietnej sukience i bezpiecznie osiadam, otulony grubymi murami.
Samoloty znów szatkują niebo na fragmenty i pewnie będzie upiorne popołudnie. Ilekroć to robią, nawet upał nie jest tym, czym się wydaje. Słońce przedziera się przez zasieki „smug kondensacyjnych”, niby nie świeci, ale duchota okleja ciało lepkim potem i sprawia że życie staje się walką o chwilę ulgi. Gdybym był władny, zakazałbym wszelkich lotów chociaż nad Europą przez tydzień, żeby zerknąć, czy straszenie mnie „efektem cieplarnianym”, „dziurą ozonową” i „zmianami klimatu” to tylko perfidne działanie „teorii spiskowej”, czy „fakt autentyczny”. I nieważne, czy bełkot wyprodukowała SI, czy jakakolwiek grupa nacisku politycznego. Wreszcie krowy mogłyby swobodnie pierdzieć, a jak ktoś miałby kaprys pojechać dwusuwem nad morze, nie byłby winny „ocieplenia klimatu”. Mimo słonecznej pogody – jaskółki latają nisko, żeby nie ubrudzić piór zawartością „smug kondensacyjnych” – ale padać chyba nie będzie… Jeden samolot wprowadza do atmosfery więcej śmieci, niż ja prowadząc hulaszcze życie przez całe życie. In blanco – rezygnuję z lotnego zwiadu obcych kontynentów wierząc, że nawet nie poczuję kagańca ograniczeń – niech tylko przestaną latać.
Popołudnie gorące tak, że grzechem staje się bielizna. Na parkingu nudzą się jak mopsy D6 JUSTI i O0 LIONE. Na przystanku siedzi popijając czarne piwko czarownica. Złorzeczy skrzecząc, a obelgi padają okrutne. Tylko starszy pan bardzo kompaktowy chce z kimś na te temat pogadać, więc żeby szeptać wspina się na palce. Głośniej gawędzić chyba się boi. Na nieużytkach nostrzyk sobie rośnie bezgłośnie, a żółte kwiaty sięgają metra, jakby pszczoły nie umiały latać niżej.
Noc Kupały gorąca jak żadna inna. Pościel klei się do ciała i żebrze o umiar termiczny. Upał przydusił do ziemi nawet samoloty, przemieszczające się dla niepoznaki nocą i poniżej czujności radarów mogących je zlokalizować. Nad osiedlem huczy, a plastikowe zabawki drżą w piaskownicy, spontanicznie usiłując zakopać się głębiej. Poranna kawa na balkonie daje namiastkę wytchnienia. Ciszę po której biegają czarne czółenka jaskółek i jerzyków uwijających się, by z osnowy nieba wydłubać co smakowitsze kąski. Bezruch zmącony rozkołysanym kuprem trzmielim, poszukującym szczęścia to w bratkach, to w lawendzie. Bezludność lekko trącona biodrami młodej kobiety w białej koszuli i czarnej spódnicy – oficjalny, nienaganny i pozbawiony podtekstów erotycznych metronom w płaskich, lekkich półbutach, cicho znikający za rogiem budynku. Marzenia usiłujące nadążyć za tętentem kół pociągu pogwizdującego na przejazdach zamykanych przez śpiącego dróżnika.
Kosy podejrzanie ciche, obserwują z wysoka ruch osiedlowy, odprowadzają mnie tylko wzrokiem. Do autobusu wsiada Młody Byk (Bóg?) i ostrożnie sprawdza dłonią, czy na krzesełku nie zalęgła się kałuża. Dopiero wówczas Niewierny Tomasz składa na nim cztery litery i zapada w letarg, hipnotyzowany dźwiękami sączącymi się dousznie. Drugi Młody Byk (Bóg?) może niespecjalnie grzeszy wzrostem, za to umięśniony jest tak, że stojąca przed nim kobieta wdzięczy się i przebiera nóżkami bez końca. Przez całą podróż. Znają się, ale elegancik jest ślepy, albo niezainteresowany. Ona? Być może ma już w głowie gotowe ciągi dalsze przy których pan Gray musiałby ukazać pięćdziesiątą pierwszą, mocno zawstydzoną twarz.
Po Wielkim Weekendowym Wypasaniu Tubylców, na bulwarach pozostał okazały śmietnik. Kubełki nie udźwignęły zawartości i wylewa się z każdego. Wokół ławek malownicze martwe natury udrapowane z opakowań szklanych, plastikowych i papierowych po wszystkim, co oferowały światu w piątek stawiane stragany. Wszystko wskazuje, że sprzątanie potrwa dłużej niż piknik. O odtruwanie obywateli zadbają reklamy w TV, tylko-teraz oferujące ulgę w wyjątkowo korzystnej cenie. A Rzeka płynie niewzruszenie jakby nie takie rzeczy widziała.
Uwielbiam czas, kiedy jesteś tylko dla mnie, na wyłączność. Świat zewnętrzny toczy się gdzieś tam, gdzie się go spodziewamy, czyli na zewnątrz. Wewnątrz, niczym w kokonie siedzimy sobie spokojniutko we dwoje i knujemy małe, co nie znaczy mało intensywne życie.
Autobus przyjechał z mokrymi (od zewnątrz) szybami. Pewnie brał prysznic dla ochłody przed zbliżającym się skwarem, albo boi się zwiędnąć gdzieś na pętli. Przez te mokre okna zerkam i czytam, co czynię machinalnie:
- My perfect break,
- Energy for you,
- Barber shop,
- Welcome to a better day,
- Medical center.
Naprawdę trzeba reklamować firmy i usługi w języku obcego kraju który wyparł się całej Europy? Dzieciaki w swoim slangu mają tak wiele wtrąceń i dziwacznych skrótów, że trudno w tym rozpoznać polszczyznę. Może ktoś usiłuje ukryć własne kompleksy, brak wartości, przegiętą marżę, podłą jakość? I po co to komu? Gówno nie zacznie pachnieć, kiedy nazwiesz je shit.
Okazała dama w bieli na hulajnodze wytrąca mnie z zawziętości, a barszcz Sosnkowskiego kolonizujący zrekultywowane wysypisko śmieci sprowadza na ziemię. Kępka dziurawca osiedliła się między pasami ruchu i ściąga wzrok ciemnożółtymi słoneczkami kołyszącymi się na wietrze. Kolejny napis dla odmiany poprawia mi samopoczucie – kwiaciarnia nazywa się KWIATOLUBNA. Do autobusu wtacza się dziewczątko w czerni z metalowymi smarkami i różowiastą walizą-krową. Dziewczątko ma na sobie tej czerni nie za wiele i pewnie resztę kryje krowa, ale ten fragment przyszłości będzie już mógł podziwiać ktoś odległy, bo wysiadła przy dworcu. Przypominam sobie wczoraj widzianą dziewczynę w koszulce FC Barcelony związaną pod biustem, by opalić nereczki. Sądziłem że na plecach znajdę nazwisko pani Pajor, ale jednak zajął je pan Lewandowski. D0 NUGAT – stoi i nudzi się czekając na wyzwania ze strony posiadacza. Niedaleko nagiej babci na kościelnym murze znajduję fioletowe spostrzeżenie artysty – SŁOŃCE ZASZŁO – kto jest ojcem i czy dziecię zdrowe, tego już nie wiadomo. Na bulwarach szaleństwo „małej architektury”. PIN CATERING (i inni) rozstawiają namioty ławy i stoły, czyli kulinarne szaleństwo za chwilę się zacznie i znów zabraknie miejsca nad Rzeką, a wielkie żarcie zbierze żniwo – ciekawe, czy farmacja szykuje się już na wątrobiarzy, cukrzyków i otyłych na życzenie, by zarzucić świat „wyrobami medycznymi” i suplementami pozwalającymi zeżreć więcej i częściej.
Emerytowany Dżokej znów w siodle! Dosiadł wreszcie, może nie szlachetnego rumaka, ale rower – cóż, też ma siodło i potrafi rozwiać włos na wietrze. Jak tu mieć zaufanie do knajpy crême oferującej pierogi domowe? Już prędzej bistro palce lizać brzmi jakoś bardziej tubylczo, choć bar byłby jeszcze lepszy. Kompletuję działalność literacką na tablicach rejestracyjnych P6 RANGE, D1 SENSO, V8 LAVIE, V6 FEEL. Mnożą się te wybryki literackie na potęgę.
Wracam nadziewając się na obraz beztłuszczowej dziewczyny pałaszującej łyżką coś dużego z plastikowej miski-talerza. Patrząc na nią zawartość pewnie jest dietetyczna, albo zgoła o ujemnym bilansie energetycznym. Podziwiam pocąc się i współczując krągłościom wciśniętym w czernie, gdy słońce potrafi wytopić wodę i tłuszcz nawet z nagiego ciała. Przed sklepem z piwem stoi koziołek reklamowy a na nim reklama: dziś na kranach - IPA, APA, UPA – trochę się zapędziłem, ale trafić piwo, które smakuje jak piwo, a nie wynalazek szaleńca który po prostu musi odcisnąć swój talent na wytworze, to już sztuka. Gdy koncerny masowo używają żółci bydlęcej zamiast chmielu napój staje się trudny do wypicia i trzeba szukać mniejszych browarów, ale kto powiedział, że skórka od grapefruita, to doskonały pomysł na piwko? Ech! Dobrze, że choć kefir zachowuje się uczciwie.
B0 JUTRA – na początek. A na tylnej szybie reklama Centrum Edukacji Sensorycznej Bohater Jutra. I wszystko jasne. Ciułam widzenia podróżne do kolekcji na dziś, gdy dziarskie babcie dominowały przestrzeń. Pierwsza z cyberpapieroskiem, w dżinsach za kolanko i takim zestawem dziur, że szwajcarski ser zgliwiałby z wrażenia. Krążyła po przystanku nieco rozjuszona niekompetencją komunikacji miejskiej każącej JEJ CZEKAĆ! Druga to nawet wsiadła do autobusu którym jechałem. Dżinsy-dzwony miały nogawice kosmate i kudłate. Masa frędzli wycierających chodniki wymagała wizyty u stylisty-fryzjera, ale najpierw mycie, najlepiej podwójne. Pani wdała się w smart-potyczkę z wirtualnym światem i tyle ją widzieli. Trzecia? A i owszem. Trzecia babcia namalowana była na ścianie kościoła. Nagusieńka i uśmiechnięta siedziała sobie z jedną nogą podgiętą pod siebie (bo pod cóż innego?) i robiła szal na drutach. Żółto-czarny. Początek ozdabiał już szyję, drugi koniec dopiero powstawał. Malarz litościwie poukrywał newralgiczne fragmenty nagości i nic nie drapało od patrzenia.
W drodze wysupłałem z siebie myśl, że kobiety mają w sobie więcej żaru od facetów. Chłopaki poubierane w dwie-trzy warstwy i skarpety, a dziewczyny z gołymi nogami i często wybierały krótkie rękawy. Na bocznej elewacji budynku wyższego od sąsiednich o jedną kondygnację pyszni się wielki napis DNO. Dno na górze? Intrygująca koncepcja. Jakiś typek zaraża przestrzeń nadwyżką własnych preferencji muzycznych i łupu-cupu przedziera się spod słuchawek opadając na niczego się nie spodziewającą publikę. Idąc wzdłuż Rzeki podziwiam mycie mostu wodą pod ciśnieniem. Śpiący kloszardzi obudowani dobytkiem cicho poświstują ostatnie sny i nie przeszkadzają ptakom pleść arie miłosne. Stadko rozchichotanych, cycatych księżniczek pruje po chodniku na hulajnogach, pozwalając powiewom na wyrafinowane pieszczoty. Jadą gęsiego, więc może to były gąski?
Kopciuszki bawią się w berka z wróblami. A może to konkurs, kto „bardziej” fruwa? Jaskółki uwijają się niezbyt wysoko, co słabo wróży tym, co pragną się dziś opalić. Kępa traw wyrosła w rynnie niepostrzeżenie rozsiewa potomstwo po okolicy, licząc na łaskawość losu/wiatru.
PS. Przeczytałem niewymuszenie: Zawsze jest coś, co próbuje cię zabić. Ananshael (Bóg śmierci) jest wszędzie. (Brian Staveley Miecze cesarza). – Tak prawdziwe, że aż boli. I co? Odkryłem, że przecinek kursywą jest „bardziej pochyły” (różnica - dla niewiernego Tomasza: , ,). Ale to tylko „przy okazji”.
W telegraficznym skrócie. D0 HYDRA – niepokojące, mknące Bóg wie gdzie. Może do hydry, a może nie. I w dzielnicy, której nie zwykłem zwiedzać, a gdzie mnie wywiózł tramwaj z przyczyn braku torów tam, gdzie jeszcze wczoraj były (wiadomo; remonty śmierć i podatki są wieczne) na ulicznej skrzynce energetycznej trafiam przesłanie jeszcze bardziej niepokojące – LUSTRO SSIE. Nie zostaje nic innego, jak sprawdzić kogo/co ssie. Na razie objawienia nie było. Lustro trwa jak trwało i nic nowego w nim nie widać.
Byłam małą dziewczynką, co nie przeszkadzało mi patrzeć na świat ze zdumieniem. Ten sam świat, który o mnie mówił „dziwna”, a jeśli ktoś zdobył się na rozwinięcie wypowiedzi, brzmiało to mniej więcej tak: „dziwaczna jak cała rodzina”. Zewnętrze miało wówczas wpływ na mnie, więc pytałam w domu, o co im wszystkim chodzi. Mama podnosiła palcem moją brodę i patrząc mi w oczy prosiła żebym powtórzyła pytanie, ale już w esperanto. Esperanto to martwy język wymyślony przez Polaka, któremu marzył się porządek wśród budowniczych wieży Babel. Jeden język dla dziesięciu miliardów ludzi. Łatwy, o nieskomplikowanej gramatyce i pozbawiony słów trudnych do wysłowienia dla co bardziej egzotycznych nacji. A gdy już spełniłam polecenie, wyjaśniała mi, że to świat jest dziwny, nie my. I żebym nie przejmowała się tym co mówią moje nierozsądne koleżanki czy obcy, bo ja mam rodzinę do której zawsze i w każdej sprawie mogę przyjść i znajdę pomoc, wsparcie, czy towarzystwo.
Babcia sadzała mnie na kolanach i opowiadała o rodzinie. Opowieść, jak każda rodzinna legenda, dla mnie była czymś naturalnym i fascynującym jednocześnie. Myślałam, że tak ma każda z moich koleżanek, jednak szybko okazało się, że nie. Coraz częściej wypychana byłam na margines życia towarzyskiego, a sama także coraz rzadziej zabiegałam o te z gruntu pobieżne kontakty. Babcia była rodzinnym bankiem danych. Wiedziała która ciocia ma imieniny, do której można pojechać na wakacje. O wszystkich krewnych wiedziała wszystko – gdzie pracują, jak im się powodzi i czym obecnie się zajmują. Nie byłoby to dziwne, gdybyśmy żyli w jednej wiosce, czy choćby miasteczku do jakiego obcy nie zaglądają za często. Ale rodzina zamieszkiwała każdy kontynent i kraj świata – tak przynajmniej sądziłam po babcinych opowieściach, których nigdy jej nie brakowało.
Gdy trochę podrosłam, mama wraz z babcią pilnowały, żebym uczyła się języków. Same znały co najmniej po pięć i to w stopniu umożliwiającym swobodną konwersację, czy lekturę poezji. Wakacje? Każde spędzałam gdzie indziej. Początkowo podróżowałam z mamą i babcią, później już sama. I wszędzie gdzie trafiałyśmy, nasza rodzina mieszkała w za dużym domu, który swobodnie zmieściłby niespodziewanych licznych gości. Miałam wrażenie, że rodzina rozsypana jest po świecie jakimś kataklizmem, a wtedy babcia wyjaśniła mi dlaczego tak się dzieje. Każda z kobiet wychodziła za mąż za obcokrajowca. I tak moja mama - Greczynka, wyszła za Polaka i przeniosła się do Polski, dlatego ja jestem Polką. Babcia, która jest mamą mojej mamy była Węgierką, która wyszła za Greka przeprowadzając się do jego kraju i stąd mamy pochodzenie. Babcia miała ciemniejszą karnację, bo z kolei jej mama wyszła za Węgra, sama pochodząc z RPA. Według babci od dawien dawna żadna z kobiet w rodzinie nie złamała rodzinnej zasady i w ten sposób nasze korzenie oplotły cały świat. A babcia, niczym wielka pajęczyca, siedziała w samym środku tej sieci i gromadziła dane o każdym, nawet najdrobniejszym korzonku drzewa genealogicznego.
- Dlaczego? – chyba każdy zadałby to pytanie więc i ja ją zapytałam.
- Dawno temu rodzina poznała smak wojny, która zajrzała nam głęboko w oczy i unicestwiła znaczną część rodu. Mężczyźni na fali emocji dali się ponieść słowom różnych mitomanów u władzy i poszli ginąć za cudze ideały. Kobiety z natury ostrożniejsze i pragmatyczne zostały w domu i usiłowały uratować ród przed zagładą. W czas trwogi przysięgły, że rodzina będzie miała swoje miejsca na świecie wszędzie i w razie konieczności zagrożone jednostki zyskają bezpieczne schronienie bez względu na konflikty wojenne, czy inne zawieruchy losu. Pionierki obiecały sobie solennie, że prędzej wyprą się Boga niż własnej rodziny i każda przygarnie siostrę, której los nie oszczędzi. A potem to już poszło. Z matki na córkę pielęgnowałyśmy zwyczaj. W każdym pokoleniu jedna z naszych krewnych dba o pamięć rodzinnego motta.
- A ty? – ciekawością dziecka można wypełnić wszechświat tak, żeby jedna szpilka się nie zmieściła.
- Z Grecji do Polski przeprowadziłam się po śmierci dziadka, żeby pomóc mojej mamie w opiece nad tobą i chyba najzwyczajniej w świecie chciałam na stare lata być bliżej własnej córki. – babcia wykpiła się elegancko, z czego zdać sobie sprawę miałam lata później. – Ale dom w Grecji wciąż jest mój i nie zamierzam się go pozbywać, bo może okazać się przystanią dla którejś z nas. Na razie służy rodzinie jako dom wakacyjny. Pamiętasz? Byłyśmy tam dwa lata temu.
Na moje osiemnaste urodziny miało się zjechać do nas przynajmniej ze dwadzieścia cioć i kuzynek. Babcia z mamą szykowały tę uroczystość wcale nie ukradkiem, a organizację zaczęły niemal pół roku przed ceremonią. Miałam się trzymać z daleka i cieszyć nadchodzącą zabawą, nie przejmując się zaproszeniami, ani menu. I przyjechały. Niemal połowy z nich nigdy dotąd nie widziałam. Za to babcia znała je wszystkie. Przytulała jak własne dzieci i rozmawiała, jakby dopiero co się minęły się w galerii handlowej, czy warzywniaku. Nieważne skąd przyjechały - z Japonii, Mozambiku, Irlandii, czy Rosji – wszystkie płynnie mówiły w esperanto, choć często w emocjach spontanicznie przesiadały się na hiszpański, koreański, czy któryś z arabskich języków. Dopiero niezrozumienie na twarzach krewniaczek przywracało im świadomość i ze śmiechem kontynuowały rozmowę w esperanto.
Na mnie padło oprowadzanie ich po moim rodzinnym mieście, oraz po co piękniejszych nieodległych atrakcjach turystycznych Polski. Każda chciała mieć mnie na wyłączność, więc „osiemnastkę” obchodziłam grubo ponad miesiąc. Starsze przedstawicielki zadowoliły się spacerem po bulwarach, choć Selmie (nie do końca starej wdowie) zamarzyło się szaleństwo dyskoteki, gdzie umyśliła sobie zakosztować młodego białego mięska, więc bezwstydnie wymogła na mnie wizytę w dyskotece. Na miejscu błyskawicznie uwiodła jakiegoś smarkacza i ulotniła się, o mnie zapominając aż do następnego południa, gdy szeptem poprosiła, żebym nie zdradziła jej przed ciekawością rodzinną.
W końcu poznałam je wszystkie, a te, które nie przyjechały, przysyłały życzenia via e-mail, względnie messengerem albo FB. Do życzeń każda dołączyła zaproszenie w dowolnym terminie i na dowolnie długi pobyt. Skąd miały adres? To tylko babcia wiedziała. Nie podejrzewałam, że nigdy niewidziane istoty z krańca świata mogą mieć świadomość mojego istnienia, ale życzenia były naprawdę serdeczne, nie takie pochodzące z empiku czy internetowych forów. Trochę chyba byłam już zmęczona niekończącą się fetą, aż nadszedł wieczór. Babski wieczór, mający zakończyć oficjalną uroczystość. Większość zamierzała wracać do swoich, inne w kameralnych gronach zamierzały jeszcze poodwiedzać siebie nawzajem. Przy świecach i winie, rozmowy toczyły się we wszystkich możliwych konfiguracjach, aż babcia podniosła się z fotela i powiedziała coś czego nie zrozumiałam.
- Głosujemy. Kto jest za? - Chyba byłam jedyną, która nie wiedziała o co chodzi. Pozostali zdawali się być wtajemniczeni. Rękę podniosła ponad połowa obecnych. Babcia szybko policzyła, wyjęła z kieszeni kartkę i patrząc na nią dokończyła – Wśród nieobecnych trzydzieści cztery głosy za, dwadzieścia jeden przeciw. Wśród obecnych piętnaście do dziewięciu. Czyli wszystko jasne. Ogłaszam, a nieobecnym przekażę, że wybór został dokonany.
Kuzynki zaklaskały, niektóre uniosły kieliszki z winem, a Selma puściła do mnie oko. I wciąż nikt nie raczył mi wyjaśnić o co chodzi. Podchodziły po kolei i przytulały mnie. Mama była przedostatnia i miała łzy w oczach. A kiedy przyszła kolej na babcię, okazało się nad czym głosowały.
- Tessa – nikt poza tatą i nauczycielami nie mówił do mnie Teresa. Mama wolała Tessę, a mnie i kuzynkom także bardziej przypadła do gustu – Rodzina zaufała tobie i chce ci powierzyć pilnowanie więzi. Drzewa rodowego. Do tej pory ja byłam odpowiedzialna i do mnie spływały nowiny rodzinne. Ale pora przekazać pałeczkę młodszemu pokoleniu. Jeśli się zgadzasz, od dzisiaj staniesz się rodzinnym kronikarzem. Każda z nas będzie wysyłać do ciebie informację o miejscu zamieszkania, o wszelkich ważnych sprawach w rodzinie, o dzieciach i ich losach o sukcesach i porażkach. Dasz radę. Przekażę ci materiały, jakie zgromadziłam, a jeśli będziesz potrzebowała wsparcia, pomogę ci aż staniesz się samodzielna. I zanim się wyprowadzisz do nowego kraju bo Polska jest już zajęta przez twoją mamę. Wszystkie będziemy blisko, ale kraj wybrać musisz sama, a my pomożemy ci się tam urządzić. Więc jak? Zgodzisz się zostać kronikarzem rodzinnym? Fucha na całe życie!
Mamusia kolebie dziecinką na huśtawce. Ona na pewno przypomina rozbójnika Rumcajsa, więc córuchna musi odzwierciedlać Cypiska (może nawet Cypiskę). Pani ma na głowie kapelusz rozbójniczy, osiadły tak mocno na głowie, że nawet oczy nie wystają. Córeczce w jej kapelusiku łatwiej podglądać okolicę, chyba że bujanie powoduje awarię błędnika. Mamie co prawda brakuje butów z cholewami i paska, za to wypukłość pozwalająca na bezpieczny załadunek imperialnego galonu piwa ma iście szatański. Sam Rumcajs kłaniałby się jej w pas i to nie oglądając się na Haneczkę.
A tak w ogóle – dzień kobiet znacznych. I pięknych jednocześnie. Gabaryt górą. Między pasami ruchu dostrzegam dziko wyrosłe chabry. Korci, żeby nazbierać bukiet i cieszyć oczy nim zmierzch je przytuli.
Deszcz taktycznie wyczekał, aż się pojawię na świeżym powietrzu i dopiero zaczął dokazywać. Nasączył mi bluzę w kolorze więdnących malin świeżością i pozwolił chwalić się kolorem tak żywym, jak tylko się da. Jadę. Dołem panoszą się białe koniczyny, wierzchem wtórują im czarne bzy i jakieś krzewy usiłujące stać w dwuszeregu niczym karny żywopłot. Przesiadka. Na podwójnym przystanku kierowca zatrzymuje wóz możliwie daleko ode mnie i niemal słyszę to pytanie – zdążysz? Zdążyłem, choć nie wiem czemu musiałem się spieszyć na pustym przecież przystanku. Wewnątrz dziewczęta zanurzone po czubek głowy w ekranach smartfonów, deszcz pada, kwitną bzy, bluszcz wspina się po elewacji z rozsądku omijając otwory okienne za którymi mieszka brak tolerancji i uprzedzenia. Pierwsze lipy ośmielają się kwitnąć, być może sprowokowane odwagą nastolatek, które kwitną już od miesiąca. Na zewnątrz dwie młódki toczyły swoje hula-hop na biodrach, którym wciąż brakowało kobiecości, ale przecież nauczą się w końcu… Dżdż (cóż za cudowne słowo nie posiadające samogłosek) ddży, oko zerka, widzenia widzą się we mnie i odbijają w lustrze choć przez to wcale nie stają się bardziej rozpoznawalne. Ale może?
W kwartalniku Ypsilon (nr 14/2026) zmieściły się dwa moje opowiadania, co jak zwykle cieszy, więc trąbię gdzie się da, dumny, jak tatuś trzymający na rękach pierworodnego. A poczytać w wersji elektronicznej można o tam - https://ypsilon.org.pl/
Zachciało mi się kwiatów czarnego bzu, więc poszedłem, bo to coś, co mi chyba wychodzi najlepiej. Chodzić potrafię, lubię i kultywuję tę umiejętność nie bacząc na kpiące spojrzenia tych, którzy „są samochodem”. Poszedłem w zielone, a tam kwitnie sobie w najlepsze chmiel, żywokost, przetacznik w kilku odmianach i dziko rosnące krzaki róży. Bez oczywiście też. Jak się już przebrnie przez rozmerdaną, psią radość, jak się odpowie dzień dobry kilku starym dobrym nieznajomym, jak się już człowiek nacieszy świergoleniem niewidzialnego planktonu ptasiego, to zaskoczy go kukułka, bażant, czy rechotanie srok. Małe, zielone mirabele wypatrują słońca bardziej niż młode mamusie ciągnące z wózkami do parku, by pośród mniszków i koniczyn ludzkie pisklęta dojrzewały – choć czynią to zdecydowanie wolniej od orzechów włoskich, to jednak głos im krzepnie od używania. Nic to, że w trawach czają się krwiożercze kleszcze, że muchy usiłują ugasić pragnienie spijając perły potu z czoła i nie tylko. Niech przytulie czepiają się kostek, niech łaskoczą skrzypy, a pokrzywy znaczą łydki chłostą. I nawet chmury mają dziś nieco bardziej naturalne kształty i przypominają puchate baranki, a nie wstęgi znaczące trasy lotów.
Nad Miastem krążą bez ładu i składu samoloty. Co one tam robią, Bóg raczy wiedzieć. Każdy innym azymutem, jak muchy nad ciepłą kupą… Gdzie mają matecznik? Nie da się ani zgadnąć, ani wiarygodnie podejrzewać. Alejkami osiedlowymi maszeruje krokiem defiladowym staruszek. Mimo wieku wciąż wyprostowany i sprawny. Trochę go ręce bolą, bo co kilka kroków rozciera nadgarstki, ale maszeruje dalej. Nieco peszy go wzrok przechodniów, więc skręca między budynki, gdzie na różowo kwitną ogromne krzaki schowane za kontenerami na śmieci budowlane – osiedle od dwóch lat ma poprawiane elewacje, tarasy i balkony przez prężną 2-4 osobową ekipę. Zanim skończą będzie czas zacząć drugie koło. W koronie japońskiej wiśni rozśpiewało się coś nieśmiałego – choć zerkałem z każdej strony nie udało mi się odkryć lokalizacji primadonny. Ze straganów ulicznych pozakładanych na turystycznych stolikach wiatr kradnie upojną woń truskawek. Namolny jak akwizytor – nie przestanie, aż pokusa weźmie górę.
Z kawą na balkonie pojawiam się nim kur zapiał. Może dlatego, że kur dawno poszedł na rosół i pianie mu nie w głowie. Pozdrowiły mnie przelatujące kosy, sroka wyśmiała, a jaskółki zignorowały. Gołębie plotkowały na mój temat a samotny wróbel aż się zanosił, tak był nienagadany. W kosim świecie musiało się zdarzyć coś dramatycznego, bo jeden, na sygnale, wracał w wielkim pośpiechu. Leciał nad arterią międzyblokową, pustą o tej porze, ale sygnał musiał być, żeby nie doszło do kolizji z kimś zbyt zaspanym, żeby patrzeć. Ten cały ptasi galimatias, rozćwierkany, niepoukładany, dobiegający praktycznie zewsząd zapłodnił mnie myślą:
Gołąb usiłuje sobie towarzystwo przygruchać, za to wrona woli je sobie wykrakać. I lepiej nie wiedzieć, co na ten temat sądzi sikorka.
Psy gremialnie ruszyły na zakupy. Wiadomo – weekend. Słodkie bułki trzeba kupić, jakieś piwko na popołudniowy grill, może trochę papierowych ręczników, bo jak raz promocja w dyskoncie. Nie zawadzi też trochę żeberek, czy karkówki, skoro ogień ma zapłonąć na balkonach i tarasach. Nie wiadomo po co, ale i parę marchewek nie zaszkodzi. Ciepło rozmiękcza umysł. Lepiej wziąć, niż później żałować. Szpaki pogwizdują podsłuchane u kosów melodie, jakby zamarzył się im mezalians, czy choćby jednorazowy skok w bok. Centrum ekologii w postaci kloszarda z wielkimi, pełnymi worami na zwrotny plastik odpoczywa w pół chodnika wiodącego poza osiedle, w tym czasie nowy ochroniarz (nowy w tym bynajmniej przypadku nie znaczy młody, tylko nieznany) melduje się przy furtce i wraca w zacisze stróżówki. Dziewczyneczka, cała w czerni obejmuje taty udo i chowa się za nim, najwyraźniej wstydząc się odrobinę że jej fryzura nie nosi piętna paryskiego fryzjera.
Pan Orzeł zaproponował pani Reszce stosunek, a kiedy zaakceptowała propozycję zostało tylko ustalić hierarchię, bo każde chciało być na górze. Ponieważ nikt nie chciał ustąpić, zdali się na los szczęścia, czyli rzut monetą.
Chwyciłem budzące politowanie fałdy brzuszne w dłonie i uniosłem zdecydowanym ruchem. Teraz wystarczyło zainwestować w gustowny gorset, by cieszyć się zachwytem zewnętrza. Sam byłem tak zachwycony, że musiałem opanować wzwód - odstałem swoje w kolejce do damskiej toalety, ale się udało.
Na przystanku dwie dziewczyny w bardzo szerokich spodniach i adidasach ukrywających kształt stopy. Jedna gada przez telefon i nerwowo przemieszcza się tam i siam. Druga z założonymi pod biustem rękami pilnuje jej i powtarza przemieszczanie się z dokładnością cienia. Dresiarz trzypaskowy parkuje swoją brykę tak, że blokuje przejście przez bramę przechodnią i ma w nosie, że stworzył problem tam, gdzie go nie było. Ciekawe co powie, jak trafi na nerwusa, który porysuje mu karoserię.
Obserwuję wysyp rejestracji „z przesłaniem”:
W1 KIWI – rzadki ptaszek za kółkiem,
V0 FURIA – grzeczny chłopiec z mamusią,
D0 KIND – wolę się nie domyślać, bo hasło kojarzy mi się z pedofilem,
D0 ALU – czyżby aluzja do alufelg?
V0 CRAFT – jeśli to był rzemieślnik, to bardzo wyrafinowany,
V1 KUNIA – od Kunegundy czy od kunia? Trudno wyczuć.