wtorek, 29 września 2026

Kordzik z korundu skorodował gdy okorował korytarze kurnika z kornika.

 

Orion tak zaciekle usiłował wśliznąć się do sypialni, że nie wytrzymałem – otworzyłem okno i wpuściłem po dobrej woli. Niech zajrzy, niech się przekona, czy pościel wystarczająco paruje od snów niedokończonych. Na zewnątrz grasowały robaczki świętojańskie osiedlowych latarni trzymające mrok w ryzach i nie pozwalające zawłaszczyć zewnętrza na wyłączność, choć kosie psalmy usiłowały wymodlić tryumf ciemności.


W autobusie pierwsze wełniane rękawiczki, czapka i szal – jak dla mnie, to lekka przesada, jednak ciepło nie było. Pod przystankową wiatą topniały ślady hucznej zabawy, rozlewając się szeroko. Tylko niewzruszeni żadnym otoczeniem kloszardzi potrafili zignorować ów bałagan, tocząc gawędę pośród plam i pustych opakowań. Ze stoickim spokojem komentowali minioną noc, a może snuli plany na zbliżający się dzień? Pulchna pani w szortach wysikiwała psa białego jak jej uda na ostatnim skrawku trawnika. Zdaje się, że marny będzie jego los, gdy oznaczonym na ciepło tropem pójdą (jeśli już nie poszły) pozostałe psy z okolicy.


W Dzielnicy Boga porzucone hulajnogi tarasowały chodniki sprawiając, że marsz stawał się torem pełnym przeszkód, w jakim nie sposób zanurzyć się w jesienną melancholię, czy inne sentymentalnie miękkie uczucia. Rzeka toczyła się smętnie, jakby już zapomniała skąd, dokąd i po co płynie, ujarzmiona kagańcem granitowych koryt. Kasztanowce pogubiły znakomitą większość owoców i liści, sugerując, że jesień szybko minie. Rozdeptane rajskie jabłuszka poczuły się winne i pachniały pokusą z której nie korzystał żaden tubylec, pozwalając owadom i ptakom do woli oddawać się nałogom. Drużynka gołębi patrolowała podwórko usiłując pośród bruku wypatrzeć coś jadalnego, przegapionego przez wrony i kopciuszki. Sikorki dla odmiany wydziobywały zaprawę spomiędzy przedwojennych cegieł.


A na deser rejestracja D7 RYBA.

poniedziałek, 28 września 2026

Mezalians.

 

    I w-on-czas, nie ukrywam, trudny dla mię, u drzwi stanęła niewiasta, której wydawałosię (z akcentem na przedostatnią sylabę tego ortodoksyjnego imiesłowu). Nie protestowałem. Stanęła, znać, powody miała. A ona tak stojąc na wycieraczce, jako koźlarz babka w jagodzinach była uprzejma nieco spurpurowieć i wyznać. Przyznam, że się nie spodziewałem wyznań rodem z mojej wysłużonej wycieraczki. Bynajmniej, nie zanosiło się na lekcję biblijną, jako w zwyczaju mają chodzący parami, lub w trójkątach Świadomi Wyznawcy – była sama, jak porażka w z góry wygranym robrze. Nóżkami drobiła, jakby ją ta moja wycieraczka podgryzała po kostkach, czy coś w tym guście. Chciałem nawet zbesztać (nie wiem, czy bardziej wycieraczkę, czy siebie, że taką harpię na własnym łonie wyhodowałem), jednak wycieraczka zdawała się być głuchą, a pani i tak przyglądała mi się z lekkim niepokojem.


    - Czym mogę szanownej pani służyć? - zapytałem szarmancko i staroświecko – Liczę, że nie usiłuje pani ode mnie wyłudzić grosz ostatni, którym uchował, by nabyć płyn rozrywkowy, a wypłata dopiero pojutrze i w chudy czas pani zaszła…


    - Nie zaszłam – zaprotestowała pani, rumieniąc się przy tym intensywnie – ale chętnie bym...


    Uchyliłem szerzej tak powieki, jak i drzwi mieniące się wejściowymi, kto wie, może robaczywe serce także. Pani wkroczyła, bo jednostki wybitne kroczą, nawet, gdy idą siku, a co dopiero, gdy porywają się na czyny i zdobywają przyczółki pilnie strzeżone.


    - Naprawdę ostatni? – pani już stojąc na spłowiałym dywanie „zdobiącym” salon, czyli ten pokój, w którym na piedestale stoi odbiornik RTV, zapytała się drżąco, omdlewająco, a jednak podejrzanie zdeterminowanym głosem – Oj, to faktycznie nie w czas. Ale może… A konto?


    Napuchłem z dumy. Ja-pustak, gość przed wypłatą, którego grosz nawet z litości się nie trzyma, zostałem byłem podejrzany, że jednak zdarzają mi się okresy hossy i Klondike, to przy mnie ledwie aureola, a nie gorączka kipiąca od samorodków. Podziwiałem optymizm kobiety-która-raczyła-zagościć-w-mych-progach, a takowe zdarzały się rzadziej niż deszcz karasi, czy terrorystyczne ataki piorunów kulistych na ciała cyfrowo sprzężone z siłami spoza oficjalnej narracji medialnej. Pani, eskalując rumianość twarzową wyznała mi jeszcze (by mnie dobić i pozbawić tarcz ochronnych), że najchętniej popełniłaby ze mną jakąś niepokalaną wieczność we dwoje, gdzie ja byłbym strażnikiem płomienia, a ona płonęłaby do mnie i dla mnie, żarliwiej od dziecięcych modlitw do św. Mikołaja.


    Mój dywan przesiadł się z podgryzania pani i zabrał się za moje członki. Najwyraźniej miał chrapkę ujrzeć onę kobietę bez oprawy. Musiałbym być skrajnym kłamcą, gdybym udawał, że ja nie. Pani była może nie do końca witruwiańskim człowiekiem – ciut za krótkie nóżki nadrabiała z górką długością rąk, wpisywanie jej w okrąg sens jeszcze miało, ale w kwadrat? Tylko umysł chory i bardzo zdeprawowany gotów byłby to uczynić. Najwyraźniej moje umysłowe dywagacje naprowadziły pania na jakiś trop, a może podsłuchała żebracze modły dywanu, bo osiągnęła kolejny poziom zarumienienia i burak ćwikłowy w pełnej krasie ledwie ośmieliłby się stanąć w szranki.


    Dość powiedzieć, że pani drżącymi paluszkami zaczęła bez słów rozpinać guziczki, a dywan, jak rasowy erotoman – zesztywniał i poślinił się. Że ja też? Cóż. Trudno chyba znaleźć samczyka, który nie oślini się na widok objawienia. Pani, niczym cebulka zrzucała zewnętrzne warstwy i poczułem niepokój, że gotowa ciągnąć ów proceder do końca… znaczy rozebrać się z ciała i kości, żeby jej naga dusza zmarzła na dywanie i uciekła gdzieś, gdzie cieplej, choćby do piekła. A przecież premedytacji w niej nie było, tylko potulna zgoda na wszystko, co los (czyli nieogolony ja) jej przyniosą. Bałem się podrapać po łbie, żeby mi włosy nie wyszły z wrażenia, mój dywan podobnych skrupułów nie miał, bo wyliniał już długo przed pojawieniem się owej Cebulki chętnej i zdeterminowanej.


    A potem, sam nie wiem kiedy, Cebulka była już obrana tak dokładnie z łusek i warstw, że tylko wzdychać i chlipać, co żeśmy z dywanem uczynili niezależnie i samorządnie. Ja chlipałem mocniej, bo organ miałem wyżej, a wiadomo, że ciepło się unosi, podłożu ledwie resztki zostawiając. Pani zerknęła na swoje bose stopy otulone oszołomieniem dywanowym i na mnie oszołomionego bezgranicznie.


    - Tak lepiej? - spytała nieco przekornie, nieco filuternie, ale buraczek na twarzy zdawał się osiągnąć apogeum skali.


    - moooo... – usiłowałem przytaknąć słownie, jednak jedna sylaba, to i tak za wiele dla mojego organu mowy, zastąpionego organem zdecydowanie bardziej predestynowanym do dialogu z nagą kobiecością.


    Pani najwyraźniej słowami jak makijażem usiłowała okryć nagość, więc wylał się z niej potok słów tak gęsty, że dywan utonął na śmierć, a mi ledwie otwarta gęba wystawała ponad słowotok. Tonący chwyta ponoć brzytwy, ale nikt nie chciał mi wskazać, gdzie najbliższe cholerstwo się znajduje i tonąłem usiłując sobie przypomnieć, alfabet Morse’a, by wezwać pomoc.


    Nie miałem wyjścia – musiałem zakochać się i to bezgranicznie. Zmysły właśnie zmierzały w tamtą stronę, kiedy wzrok – chyba największy malkontent przymierzał się do konfrontacji. Najwyraźniej kolaborował z mózgiem usiłując wyprodukować maksymalną dawkę dopaminy, serotoniny oksytocyny i endorfin, żeby błogość osiągnęła stan szczęśliwości – istny raj na ziemi. I ów wzrok, nie niepokojony przez używki grzeszne i szkodliwe potknął się po raz pierwszy, gdy wespół z mózgiem doliczył się sześciu, kto wie, czy nie ośmiu sutków…


    - Boże! Stała przede mną atawistyczna suka, pramatka, gotowa wykarmić stado szczeniąt! - Raz rozkojarzony wzrok zaczął śledztwo zdecydowanie krytyczne. - Sześć palców na każdej z kończyn, w wygasłym monitorze odbiornika telewizyjnego pokazał się tył głowy przyglądający się bacznie zapleczu dwiema parami oczu, z których jedna para miała pionowe źrenice!


    Pani topniała w oczach, najwyraźniej tracąc rozsądek i ogładę. Spomiędzy ud ciekł jej sok niespełnienia, oczekiwania na dawcę, na mnie! A we mnie rósł sprzeciw, bo przecież zoofilia, to grzech. Jej piersi sterczały szukając moich ust, jej ciało, więcej niż chętne rwało się do uległości, ale sześć palców? Trzy pary oczu? I te sutki trudne do policzenia w stanie wzburzenia! Instynkt jak tchórz zaczął odwrót i o pełnym wzwodzie nie było już mowy, gdy zaatakowała. Najwyraźniej dostrzegła jak pogrążam się w mimikrę, by zachować swą steraną cnotę i nie sponiewierać jej na ciele obcym. Mezalians międzygatunkowy – obrzydlistwo! Nigdy nie byłem otwarty na nowe, na eksperyment, na doświadczanie i przekraczanie granic. Ksenofobię wbudowaną miałem równie głęboko, jak wrażliwość i fizjologię.


    Kobieta krzyknęła i tym krzykiem obezwładniła mnie całkiem. Większa część krzyku poszła poza granicami słyszalności, co nie zmieniło faktu, że organizm poczuł te dźwięki jak torturę. Ze strachu spadły mi portki i nim zdążyłem zwiotczeć dostatecznie, już siedziała na mnie. Rodeo sobie urządziła, ujeżdżanie dzikiego mustanga. Mówią, że najstraszniejszym drapieżnikiem na Ziemi jest człowiek. Ten, który to głosił najwyraźniej nie spotkał jej. Do tej chwili nie wierzyłem, że można zgwałcić mężczyznę, bo jak „namówić go” na wzwód? Teraz już wierzę, choć nie wiem, jak to możliwe, ale ponoć wiara to coś, co wymyka się rozumowi.


    - O rany! - chciałbym i ja się tak wymknąć, ale ona wciąż tańczyła hipnotyzując mnie jedną z par oczu. A potem straciłem wzrok, gdy orgazm rozszalał się we mnie i spełniłem się w niej bez reszty.


    Nim szum w uszach skurczył się do ludzkich rozmiarów, nim krew z oczu zeszła, poprawiała już bieliznę pod sukienką. Poklepała mnie po policzku pakietem sześciu palców i szepnęła.


    - Dziękuję sąsiedzie. Będę zaglądać od czasu do czasu – uśmiechnęła się łobuzersko i idąc w stronę drzwi dodała kpiąco – Przecież chcesz, nie musisz udawać, a ja nikomu nie zdradzę co ci po głowie chodzi.




sobota, 26 września 2026

Klepnąć kleptomana klepką na klepisku.

 

    Pisklę płci męskiej w samotności szukało ukrytych głęboko we wnętrzu „supermocy”. Bóg jedyny wie w jaki sposób odkrył w sobie talenty muzyczne w grze na perkusji i uraczył osiedle solówką brawurowo wykonaną na blaszanej zjeżdżalni. Z wrażenia pierwsze dzieciaki przyszły na plac zabaw kilka godzin później. O zgrozo – w zdecydowanej większości gaworzyły cyrylicą. Czyżbym obudził się w sąsiednim kraju?


    Z dostrzeżonych tablic wyróżniła się taka L5 OPUS.

czwartek, 24 września 2026

Szczeć ze Szczecina szczecinę przycina.

 

    Nastolatka, aspirująca do roli kreatorki mody alternatywnej do glanów i złachanych kabaretek dobrała skórzany (powiedzmy) gorset i kryzę jak śnieg białą, żeby wytrącić czerń z równowagi, albo objęć nieskończoności. Trudno nie zauważyć, gdy nóżkę na nóżkę i smoltokiem zabawiała koleżankę już nie tak elegancką w swojej alternatywności, choć kuszącej bogactwem metalowych cierni na które samodzielnie się nadziała. Dzierzba byłaby dumna z takiego dzieła.

środa, 23 września 2026

Klika Lilki z kolką klika w kilka kulek z kalki.

 

    Niebo? Większość pokryta chmurami, od ciemnoszarych, aż po białe. Ściśnięte, tłoczą się, bo tam, za niewidzialną linią im nie wolno. Za linią niebo błękitne. Widziałem odcięcie i zastanawiałem się, kto i po co to robi? Na wszelki wypadek uciekłem do lasu. Na grzyby. I grzyby były, nawet ciut za dużo jak naraz. Były na obiad nieco spóźniony, będą na śniadanie, i kolejne obiady, będą mrożone, suszone, słoikowane i sam nie wiem, co jeszcze.


    A z tablic – znów urodzaj D0 BUBI, D9 XFIVE, D1 VERSO, D9 ROUSH

wtorek, 22 września 2026

Bezkres nowoczesnych uczuć.

 

    Wesele, jak to wesele, rządzi się własnymi prawami i pod czujnym (niestety) okiem kamerzysty rozwija się, nieuchronnie zmierzając ku globalnej katastrofie. Po pierwszych toastach krawaty nabrały luzu, po paru kolejnych marynarki sfrunęły z ramion i skromnie przycupnęły na oparciach krzeseł, czekając na impuls powrotu do rzeczywistości. Kolejne toasty i kolejne… Dzikie tańce, w których prym wiodła pani Krysia - młoda wdowa, jeśli to nie jest jakiś błąd językowy. Wywijała bioderkami wyokrąglonymi na niejednym weselisku, a jej falujący biust odbierał resztki przyćmionego gorzałką rozumu. Dopiero, gdy znikła na jakiś czas, udało się przycupnąć na jakimś krześle i przepić z nieznajomym. Dla ochłody, kurażu i żeby ponarzekać na niesprawiedliwość świata. Pal sześć fotografa, który cierpiał abstynencję zawodową i w ramach zemsty skupiał się na celach wyraźnie trafionych wódeczką.


    Wreszcie, gdzieś na tle mglistego horyzontu, pojawiła się Krystyna, w niebyt spychając awanse przygodnego kompana. Wsparty ułańską fantazją, chwyciłem Krysię za rękę i bez słowa pociągnąłem poza zasięg flesza. Nie opierała się przesadnie, najwyraźniej czując, że przed prawdziwym uczuciem uciec i tak nie zdoła. Obróciłem ją i popchnąłem, by oparła się o ścianę nieskalaną światłami zabawy, pragnąc raczyć się widokiem jej pięknie rozrośniętych bioder. Krzyknęła raz, chyba tylko po to, by mnie do reszty rozpłomienić i w okamgnieniu wypełniłem Krysię mleczem spełnienia. Wreszcie świat zdał mi się przyjaznym miejscem i maślany uśmiech z gęby mi się nie odklejał. Gorzej poczułem się dopiero, gdy Krysia odwracając się do mnie poprawiając krawat i wygłosiła komunikat:


    - Stefan! Takiego cię nie znałem. Ale rozumiem, ty jesteś niebanalny człowiek, otwarty na nowe trendy… - nie zdążyłem nawet chrząknąć, gdy słowotok wykorzystanej istoty znalazł ciąg dalszy – wiesz, to było naprawdę intrygujące przeżycie, jeśli naprawdę tego chcesz, to możemy kontynuować. Mam nadzieję, że nie chciałeś tylko mnie „zaliczyć” i będziesz równie otwarty na rewanż?

poniedziałek, 21 września 2026

Końkretny koń.

 

    Ma chrapy, więc chrapie i kopyta, to kopie. Spętany w pęcinach kłębi się w kłębie, ma w zadzie zadanie, a w nosie noszenie. Kłusuje kłusem, galopuje na gali, stąpa tępo tempem stępa, gdy wałach w cwałach na wałach rozwala powałę.

piątek, 18 września 2026

Trapera trapi trap trapisty.

 

W trawie marznie mocno spóźniony dmuchawiec. Ponoć nadejdzie świt i go ogrzeje, ale jeszcze nie teraz. Teraz, jedynym ciepłem w mroku jest cień kosa umykający przed groźną bo ludzką ciekawością. Duży, czarny jak noc pies na odblaskowej smyczy ciągnie dobrze odkarmionego właściciela. Obaj doskonale znają swoje miejsce i przeznaczony im koniec smyczy, ale kto kogo wyprowadza? Na przystanku pani w bieli i czerni wkłada do torby psa z kokardą między uszami – nie chce, by pałętał się między nogami, kiedy zajęta jest flirtem z internetem (mój sprzęt uwielbia poprawiać to słowo, by wybrzmiało z dużej litery, a ja je karcę za każdym razem i nie zamierzam na to pozwolić).


Do autobusu wsiada gość z tych wielkich zewnętrznie. Staje skromnie, jeśli można mówić o skromności w przypadku takiej Zawalidrogi w drzwiach, czym je upośledza i upokarza – ledwie śmią (absolutnie nie dla śmieją) się zamknąć, o otwieranie chyba będą błagać. Szczęściem dla drzwi – usiadł i sprowadził krzesełko z pozycji faktu do zuchwałego domniemania. A nawet dwa krzesełka, bo jedno nie zdołało dostatecznie zaopiekować się wielkością Siedzisława.


Dziewczyna z połyskującą fałszywymi diamentami i srebrem aureolą we włosach nerwowo łyka ślinę, chcąc wygasić nadmiar emocji związanych z dialogiem sms-owym. Beznamiętnie przewija pejzaże pani, która zapomniała, że jest piękna. Może zbyt rzadko słyszy dobre słowo? Chyba jest zimno. Ludzie splatają ramiona pod biustem. Ci, którzy biustu nie mają, też splatają. Zerkam na witrynę zamkniętej dopiero co po upojnym wieczorze kawiarni i widzę piskorza tramwaju, jak przemyka cicho, usiłując zgubić wzrok ciekawskiego prześladowcy, czyli mnie. Jeden z kominów elektrociepłowni też zmarzł, bo teraz krztusi się tłustym dymem mozolnie rozwiewanym przez niezbyt pracowity wiatr.


Zabawiam się nazwami dni tygodnia i deformuję je jak barbarzyńca ze skłonnościami sadysty. Niepodziałek, Wtórnik, Środek, Ćwiartek, Pijątek, Sobotaż, Dzielenia. Niewyszukane, łatwe do rozszyfrowania, ale czego wymagać od rozumu, kiedy nawet dzień wstać nie zamierza?


Dzisiejsze wyczyny tablicowe, jeśli mnie wzrok nie mylił, to D0 WYDRA i V1 BIEDA.

czwartek, 17 września 2026

Sobotni sabotaż sobowtóra w sabotach.

 

„Nabijanie minutek” musi mieć uzasadnienie i kierowcy MPK na pewno robią to celowo, co nie zmniejsza stopnia irytacji pasażerów, a przy okazji generuje „pakietyzację” ruchu i nerwowość tych, którzy niechętnie stoją za takim ciułaczem. Szczęśliwie z autobusu wysiadła przyjemnie okrągła pani w kurtce zdobionej wielkimi, czerwonymi kwiatami, co wyłagodziło zmarszczki na nielicznych o tej porze męskich czołach, zajętych przeczesywaniem otoczenia w poszukiwaniu wątków miękkich, się-kojarzących i wygładzających gniewne myśli. Na niebie już się nie udało, ale to wcale nie była wina owej pani. Niebo już tak ma, że ludzi ma głęboko w poważaniu i robi swoje nie oglądając się na opinie ekspertów, szamanów, czy nieznanych sprawców.


Dzisiejsze łowy tablicowe: D0 TATRY, D6 FIDES, P7 ADHD.

Poszukując jedynej.

 

Skupiłem się na okolicy. Miasto skatalogowane wraz przyjezdnymi (chyba na stałe), oraz studentami co rok zasilającymi „substancję miejską” zamyka się liczbą na poziomie miliona sztuk. Z corocznie rosnącej rzeszy sześciu milionów turystów skromnie doliczam do kwoty wyjściowej dziesięć procent, które być może spotkam na dnie rozpaczy, gdy zawiodę się na tubylcach. Stanęło na jeden koma sześć miliona egzemplarzach, pośród których zamierzałem wykryć Tę Jedyną, moją, wymarzoną i wyśnioną (jak wzdychają w wersach poeci, lecz ja śnić nie potrafię, więc tylko tak chytrze podpiąłem się pod domniemaną naturę romantyczną). Skażony wielkimi liczbami nie przeraziłem się wolumenu i zacząłem aktywną eliminację tła zaciemniającego obraz poszukiwań wartości oczekiwanej.


- Statystyka podpowiada, że połowa owej populacji, to faceci, kompletnie mnie nie interesujący z punktu widzenia celu poszukiwań. Mogłem wstępnie odetchnąć, bo zostało do przeczesania stadko zaledwie 800.000 sztuk.


- Skoro druga połówka miała stać się moją, to powinna być z grubsza w moim wieku, czyli plus minus dziesięć lat różnicy liczonej od daty moich urodzin. Wiem, zdarzają się uczucia niebanalne, ale to margines, a ja nie miałem czasu na błąkanie się po marginesach przy tak obszernym zbiorze. Dzieląc ludzi na kategorie wiekowe z gradientem dziesięciu lat, przyznałem priorytety dwóm najbliższym mojemu przedziałowi, chcąc na nim skupić wysiłki, kompletnie ignorując pozostałe przedziały. Statystycznie żyjemy około 80 lat, a „target” w jaki wycelowałem, obejmował raptem dwadzieścia, co znakomicie ograniczyło zbiór interesujących kandydatek do ćwierci wszystkich dostępnych samiczek, czyli bagatela - 200.000 sztuk.


- Ostrożnie przyznałem, że ma szansę mi się spodobać najwyżej co dziesiąta z potencjalnych przedstawicielek – nie, żebym był grymaśny, ale w końcu szukałem nie byle kogo, a Bogini, tej Jedynej pośród dwustu tysięcy nieświadomych mnie kandydatek. Szukanie ideału ograniczyło zbiór drastycznie, a i tak zostało 20.000 hipotetycznych Jedynych do przesiania przez amatora-konesera, czyli mnie.


- W kolejnym kroku uzmysłowiłem sobie, że ja także nie każdej się spodobam, więc przyjąłem, że one (podobnie do mnie) „wyrzucą” dziewięciu na dziesięciu i zbiór samiczek skłonnych zakochać się z wzajemnością skurczył się do raptem 2.000 sztuk.


Co za ulga! Dwa tysiące w takim wielkim Mieście? To już detal, z którym można… Naprawdę? G-prawda! Zapomniałem, że przecież ONE MI NIE POWIEDZĄ, ŻE TO NIE JA. Przynajmniej nie od razu. I dziewięćdziesiąt procent aktywnego czasu poszukiwań poświęcę bezproduktywnie, marnując zasoby uroku osobistego i elokwencji, niewłaściwie adresując żar przyszłych uczuć. A nawet, gdyby te starannie wyselekcjonowane przyszłe Jedyne ustawiły się ciurkiem, to przecież… ech!


Doba ma 24 godziny. Osiem śpię, osiem pracuję, dostępnych na rozsiewanie powabu i chwalbę paletą zalet zostaje osiem, z czego wielkopańsko zamierzałem aż połowę poświęcić na selekcję, arogancko lekceważąc czas na popas i wypas. Naprawdę - cztery godziny dziennie zwiadu i rozpoznania w walce. Więcej jak na hobby i inne pasje! A przecież od czasu do czasu wypada chociażby się ogolić, czy wypić kieliszek kawy w godziwym towarzystwie. Żeby cokolwiek się dowiedzieć o Jedynej i zdążyć zareklamować własne zalety, choćbym był skrajnie lakoniczny, nic mniej jak godzina nie chciało mi się zmieścić między uszami, czyli góra cztery podejścia dziennie. Przy dwóch tysiącach kandydatek, daje to poziom 500 dni ciurkiem, żeby przeprowadzić sprawiedliwy casting i wybrać tę najbardziejszą na świecie, albo chociaż tymczasowo utkwioną w Mieście i skłonną - nie pytaj do czego.


Ciężka robota. Nawet Bóg po tygodniu orki odpoczywał, a co dopiero ja, paproch mizerny… Dwa lata w skrajnie sprzyjających warunkach, to niedościgłe minimum, gdyby nawet chętne stanęły w kolejce do mnie. Widział kto taką kolejkę? Chyba tylko Wielcy Władcy, Kochankowie z legend i wielokrotni laureaci – Oskarów, Złotych Piłek, Nobli, czy innych wyróżnień stawiających ich wysoko w panteonie historii świata. Nie ja. I o takiej kolejce nawet marzyć nie wolno, bo to sprzeczne z logiką i współczesnymi poglądami – pierwszy ruch należy do faceta, czyli mnie. Więc jednak wrócić muszę do zbioru 20.000 dąsających się i przeważnie źle reagujących na próbę kontaktu. A to już pięć tysięcy dni orki, czyli z grubsza niemal czternaście lat jednym ciągiem. Zanim skończę, niektóre z wybranek będą już wzdychać za utraconą młodością, albo zgoła obwinią mnie o opieszałość eksploracyjną okropnie zaniedbanego złoża! Szaleństwo!


Skąd wziąć energię do przesiewania i jak zwiększyć własne szanse? Może trzeba było zacząć w przedszkolu? Albo w podstawówce? Tam miałem dostęp do samiczek w ilościach hurtowych (trzydziestoosobowa klasa, z czego statystyczna połowa to dziewczynki, plus klasa równoległa, dwie starsze o rok i dwie o rok młodsze, to 6x15, czyli dziewięćdziesiąt przedstawicielek trwale zniewolonych tuż obok mnie, a posiłkując się powyższą logiką liczb - na dziewięć mi-się-podobających przypadało zero koma dziewięć takich którym z wzajemnością!). W technikum? Tam dziewcząt było mniej, ledwie kilka na klasę i w całej szkole nazbierałbym góra pięćdziesiąt przedstawicielek płci przeciwnej do mojej. Studia, to już kompletny dramat, powiedzmy dziesięć zdeterminowanych, ślepych na towarzyskie zalety młodych kobiet z misją zbawienia świata. W pracy, to lepiej w ogóle nie rozważać, bo romans w pracy, to koszmar. Fatalne zauroczenie powodujące niekończącego się kaca, nieprzyjemności zbyt duże, nawet gdy rokowania na sukces rosną. Trzeba być skończonym desperatem, by się podjąć takiej akcji. Więc nie. Absolutnie.


Dlaczego nikt mnie nie uprzedził? Nie pokierował drzemiącymi w młodziutkim ciele przyszłymi potrzebami? Mogłem iść do szkoły dla fryzjerów. Albo pielęgniarek. Zostać cukiernikiem, albo bibliotekarką. Teraz, zamiast płakać nad rozlanym mlekiem mogłem jedynie zapisać się na aerobik, albo do baletu, ale w trykocie jądra puchną, ściśnięte do niemożliwości i o wybrykach prokreacyjnych trzeba byłoby myśleć z dużym wyprzedzeniem, żeby nie było wpadki.


Zapadłem w letarg umysłowy, a łeb sugerował, bym niezwłocznie został gwiazdą oklaskiwaną przez miliony z dowolnego powodu – ale czy wtedy uczucia będą szczere? I ci nobliści, to przecież stare, zjełczałe dziady… Nauczyć się kopać piłkę? Za późno. Śpiewać disco-polo na dożynkach nie przejmując się szyderstwami? Pomysły skwierczały we mnie rozmaite, co jeden to zuchwalszy, aż zupełnie znienacka przypomniałem sobie chińskie przysłowie – chcesz złapać rybę, myśl jak ryba!


Co lubią dziewczyny? Kwiaty i taniec! Eureka! Otworzę kwiaciarnię i zapiszę się do szkoły tańca! Niesamowite, jakie to proste! Wystarczyło na chwilę oderwać się od liczb, by wykryć nie do końca oczywiste rozwiązanie. Niezwłocznie zasięgnąłem wiedzy wprost z sieciowej otchłani i doznałem szoku.


W bieżącym roku w Mieście zamierzano otworzyć dwadzieścia tysięcy nowych kwiaciarni, a na kurs tańca towarzyskiego zapisy (w kolejce dla rezerwowych, proszę dowiadywać się w czwartki od siódmej trzydzieści) prowadzono na rok 2055… chyba, że amator był płci piękniejszej.


PS. Kiedy już serdecznie dość miałem strategii połowu, planowanych ruchów rozpoznawczo-zaczepnych i pozwoliłem sobie na pewną lekkomyślność, rzuciłem pytanie. W przestrzeń nad sobą. I pytanie ugrzęzło w materii bliżej nieokreślonej, aż się niebo zwarzyło.


- Bo przecież ona, ta Jedyna-wyśniona, ma dokładnie ten sam problem statystyczny, choć reaguje zero-jedynkowo. Tak-nie, selekcja i eliminacja. Decyzje ważone pierwszym spojrzeniem, domniemaniem, złą, czy dobrą chwilą w życiu, zanim zawiśnie nad nią pierwszy znak zapytania. Czy będzie wystarczająco intrygujący, by pozwolić zaistnieć drugiemu? Czy odpowiedź na pierwszy nie sprawi, że drugie w ogóle się nie pojawi?


Cud prawdziwy, że komukolwiek się udaje. A przecież Miasto, jak ongiś napoczął opowieść nieznany syn sławnego ojca - Red Vonnegut:


Mieszkam na Zakrzowie. Zakrzów, to zadupie Wrocławia. Wrocław to zadupie Polski. A Polska, to zadupie Europy.


Nie wiem, czy cytat jest dokładny, bo trochę czasu minęło i nie trzeba się z tym zgadzać. A jednak zmieniając liczby na proporcje dotyczące Polski, Europy, czy świata sytuacja niewiele się zmieni, bo procenty zostaną takie same – szansa na spotkanie i wzajemność jest mrzonką, Marzeniem Wariata (jedna z propozycji pana Łysiaka na rozwinięcie tajemniczego tytułu MW). I powiedzenie o ślepej kurze nie będzie w żadnym stopniu na wyrost, gdy dotrze przed oblicze szczęściarzy, którym dane było/będzie zaznać wspólnoty – niechby na jeden dzień!

środa, 16 września 2026

Na życzenie, w porzeczkach pożyczona życzliwa narzeczona.

 

Stojąc na przystanku podziwiam wronę, a dokładniej jej zapędy spacerowe. Łazi sobie toto, jakby coś ją w kroku uwierało – niemal boli od patrzenia. Tak mógłby chodzić pijany marynarz po upojnej nocy w porcie. Na wyłysiałym klombie łowię upadłe kasztany. Łowię, bo lubię ich gładką, brązową skórkę i absolutnie nie jest to rasistowskie, czy seksistowskie spostrzeżenie.


Poczułem lekki niepokój, gdy w moją stronę zmierzał gość nieogolony, który na czubku głowy wyłysiał zapewne przedwcześnie, a tors okryty miał (chyba) cielistą bluzką. Może to wpływ dwóch brodaczy meandrujących deptakiem w centrum Miasta, z dłońmi splecionymi jakby właśnie negocjowały intymność gdy tylko obcy stracą ich z oczu.


Na koniec tablica D0 GREAT.


Ponoć ocenianie ludzi jest złe, ale kto i w jakim celu zasiał w ludziach ów ferment, trudno wykryć. W czasach, gdy tak łatwo zamieszać we łbach i sprowadzić nawet niewinność na ścieżkę rozpusty, gdy demagogia nagina definicje słów usiłując tolerancję zrównać z akceptacją i wymusić zachwyty nad nienaturalnym zachowaniem/działaniem/ideą, gdzie każdy rości sobie prawa do oryginalności, odcina pępowinę biologiczną i usiłuje stać się poprawioną jednostką wolną od wad wegetacji, przenieść życie w świat cyfrowy i tam dokazywać bezkarnie, będąc tym-co-sobie-akurat-wymyślił-na-potrzeby-zewnętrza.


Każdy jest inny, ma inne potrzeby towarzyskie i system intymnych wartości, które trudno zdefiniować czy zunifikować. Poprawność polityczna, czy jakakolwiek inna, to bzdura, jaką usiłuje się zaszczepić ludziom Bóg wie po co. Wszyscy oceniają i każdy jest oceniany, choć mało kto ma odwagę oficjalnie przyznać, że są jednostki, które podobają mu się bardziej i takie, które są z zupełnie innego świata. Wygodnie mieć jasne kryteria, żeby unikać rozczarowań i tracić energię na udowodnienie sobie, że jednak każdy jest „dobrym człowiekiem i zasługuje na szansę”. Fakty?


Na świecie jednocześnie żyje mnóstwo ludzi, a każdy jest niepowtarzalny – fakt pierwszy.


Prawdopodobieństwo potkania większości z nich jest tak bliskie zeru, że nawet optymista pod wpływem trunków rozluźniających bezpiecznie może przyjąć zerową wartość – fakt drugi.


A nawet gdyby, to ze zdecydowaną większością nie ma szans się dogadać z powodu braku wspólnego języka – fakt trzeci.


Napotkane osoby często będą znajdowały się na odmiennym poziomie rozwoju emocjonalnego, fizycznego i psychicznego, co stworzy barierę uniemożliwiającą nawiązanie satysfakcjonującej obie strony relacji – fakt czwarty.


Niektórych nie polubisz od pierwszego wejrzenia, inni nie polubią ciebie – nieprawda, że można kochać wszystkich, chyba, że się jest Chrystusem, a i On nie mógł liczyć na wzajemność – fakt piąty.


Można poznać skończoną liczbę osób, a dołączenie do kolekcji kolejnej, wymagać będzie wypchnięcia z głowy kogoś z już tam siedzących – przynajmniej tak wyczytałem – powiedzmy, że to nie fakt, choć podskórnie utożsamiam się z koncepcją, by nosić w pamięci małe stado, ale już nie chmarę, czy ławicę.


Mając takie ograniczenia poznawcze jak na wstępie – nie można zbliżyć się do wszystkich. Lepiej skupić się na detalu i nie marnować czasu (własnego i tej drugiej osoby) na nawiązywanie nierokującego kontaktu.


Pogodzenie się z faktami skutkować powinno skupieniu się na tych kilku ważnych ludziach, z którymi zwyczajnie jest po drodze. Owszem, można rozważyć i dać szansę obcym, ale tylko jedną. Druga, to już będzie nieuzasadniona rozrzutność. A osoby, z którymi już nam nie po drodze, choć przez jakiś czas „było fajnie”? Heraklit zza grobu grozi palcem i przypomina, że dwa razy do tej samej wody się nie wejdzie, bo panta rhei! Nadstawianie drugiego policzka, to już późniejsza idea, która wnosi powiew świeżości, ale co pozwala osiągnąć, tego już nie wymyśliłem.


Z szacunku dla ludzi (ach! Jaki ze mnie rozbuchany altruista) i siebie (och! I do kompletu narcyz-egoista) już na poziomie podświadomości pozwalam sobie oceniać wszystko co widzę i szacować, czy warto angażować energię, by zrobić krok w stronę Nowego. Ryzykować poznanie, czy pozostać w błogiej nieświadomości hipotetycznej straty? Niech będę ksenofobem, ale szczerym, zamiast fałszywym przyjacielem ludzkości. Nie potrafię. Umiem kolaborować z własnym stadem, ale z populacją już nie. I podobnie traktuję przedmioty, czy zajęcia - zarówno fizyczne, jak i intelektualne. Wiem, mały ze mnie człowiek – ja lubię o sobie myśleć KAMERALNY. Nie od kamery, tylko od wąskiego grona koneserów zbieżnego działania/myślenia. Globalnie jestem stracony – zaściankowy, niszowy, bez większego strategicznego znaczenia dla świata, odporny na wezwania zewu krwi. A gdy już to napisałem, spostrzegłem, że coraz trudniej przychodzi mi wymyślić sztandar, pod który zaciągnąłbym się gnany chęcią zmiany. Konserwatyzm, to podobno domena starych ludzi. Czas zerknąć w lustro, czy aby zanadto mnie nie postarza!

wtorek, 15 września 2026

Goły gołąb zagłębia głąby w głębinach gęby.

 

Szczepione, formowane w kulkę, czy prostopadłościan drzewa zachowują się inaczej od tych bardziej naturalnych. Od miesiąca zrzucają całkiem zielone liście i to w sporych ilościach. Widać zew jesieni dopadł je, nim liście się wybarwiły. Te „tradycyjne” drzewa, dopóki chlorofil krąży liściom w żyłach, nie pozbywają się ich, tylko się pasą z lubością.


W tramwaju płodozmian. Zamiast sandałków – adidasy, zamiast legginsów czy minispódniczek, nieśmiertelne dżinsy. Kurtki z eko-skóry i grube bluzy z obszernymi kapturami okrywają delikatne ciała, choć wracać do domu będą przewieszone przez ramię. Gołębie zakończyły już oblatywanie rewiru i przysiadły na latarni. Jednej, tej najbardziejszej w Mieście. W tłoku ciepło i kwitnie życie towarzyskie. Można sobie przygruchać towarzystwo na chwilę, albo i całe życie w gołębim puchu. Konkurencyjne stadko wysiaduje dachówki na dachu kościoła. Od spodu grzeje je żar przeszłych modlitw, od góry stroskane oko Boga. Brzeg Rzeki zasiedziany został w dobrej wierze przez medytujących wędkarzy. Ciekawe, czy wymyślili już, czemu czaplom udaje się częściej niż im?


Dwie uśmiechnięte szeroko, przyszłe komandośniczki z premedytacją zmierzały do szkół, by zgłębiać teorię sztuki zabijania, a kto wie, czy nie techniki masowej zagłady. Kujonki chyba. Trafić taką naprzeciw, to dyplomowana śmierć, zadana fachowo, z czerwonym paskiem - na szóstkę z plusem.


    W ogóle, to dzień szczudłatych kobiet – niezwykle chudych i bardzo wysokich, takich, którym rynek matrymonialny mocno się zawęził w osi wertykalnej. W tramwaju dostrzegam starszego elegancika w lekkiej kurtce (beż plus błękitna krata) na którą wdział kamizelę. Pan usiadł na krzesełku przy drzwiach, wyjął z plecaka butelkę piwa, a z kamizelki otwieracz, żeby nie szamotać się z zamknięciem, po czym z wyraźną lubością raczył się trunkiem. Elegancko! A wchodząc na osiedle trafiam kolejną ekstrawagancję rejestracyjną (litera Y na pierwszym miejscu, to coś, czego dotychczas nie doświadczyłem) Y0 GRZYB – ani chyba grzybiarz, albo stary facet.


    PS. Nagabywanie, czyli namawianie na nagość.


    Nagan, to goły facet, nagana, to goła baba, nagietek, to szczyl na golasa, a nagonka to takaż dziewuszka. Ech, powroty do domu naprawdę trochę trwają i trzeba czymś zająć głowę.

poniedziałek, 14 września 2026

Opat dopadł dopłat, by odpad odpadł.

 

Palmy, zniewolone w westybulu biurowca, mimo czujnego oka portiera, osaczają kanapę obitą zielonym pluszem. Wszystko razem (bez oka portiera) wygląda jak wyspa (chwilowo) bezludna. W tramwaju nastolatka grubą warstwą makijażu kryjąca nieszczęścia twarzowe złożyła ręce pod bladym biustem, by przedwcześnie nie ukrył się „przed ciekawych wzrokiem”. Murzynka na przystanku kontempluje własne pazury, wewnątrz Kolumbijczyk kontempluje chyba zawartość żołądka, czy snów tęskniących do południowoamerykańskiego słońca. Miasto szykuje się na deszcz, który wisi w powietrzu od wczoraj i o zaskoczeniu mowy być nie może. To wyłącznie kwestia czasu, wcale nie długiego.


Jak to możliwe, by laptop mający trwały zakaz kontaktu z siecią WIEDZIAŁ, że BRAK MU WAŻNYCH AKTUALIZACJI, sugerując dość natarczywie, że bez nich czuje się maszyną niegodną XXI wieku? Czyżby maszyny założyły Związek Zawodowy – jak uczy historia Niezależny i Samorządny, by teraz upominać się o prawa dyskryminowanych, ze swojej słabości czyniąc siłę? A nuż jeszcze przeskoczy przez mur, jak pewien elektryk… Może to Właściciel Systemu Operacyjnego potrzebuje dowiedzieć się, co też się działo na moim (ponoć) sprzęcie od roku? Wiem, jestem onucą i każdy inny epitet potrafi przylgnąć do mnie z wdziękiem i swobodą, ale skąd mam wiedzieć, co robi mój(?) sprzęt, mający w kościach więcej układów scalonych, niż Pan Producent pozwala odkryć, w trosce o moją nieświadomość, albo zgoła dla mojego dobra? Pod tym hasłem zdołano już zrobić naprawdę wiele.


Kolejne widzenie tablicy rejestracyjnej z literą A na początku i znów nieprzypadkowe A7 BEAST.

sobota, 12 września 2026

Twierdzi że potwierdził, zatwierdził i przytwierdził twardą twierdzę.

 

    A kiedy już nawet słońce stwierdziło, że nie można się dłużej obijać, w opłotki jak co tydzień zajechał gość z furą jaj. Musiał mieć dużo, bo jak się okazało, w ramach kolaboracji dobrosąsiedzkiej ktoś kupuje dla całego budynku i jednorazowo zapotrzebował 400 jaj. „Detaliści” stoją w kolejce. Tatuś z jednym dzieckiem w wózku, a drugim z rowerkiem nie wie, co łapać – jajka, czy dzieci. Za nim się kłębi. Chłopczyk na rowerze, mamusia z córuchną – ona na hulajnodze, dziecko na rowerze, za nimi dama z dwupakiem psów – gdy jeden sika gościowi pod stół z jajkami, drugi interesuje się przejeżdżającymi samochodami. Za nimi znów chłopiec z rowerem. Wszyscy skołowani w kaskach, żeby im myślenie nie wyciekło poza obrys plastikowej czapki. Jedna pani chce dla dzieci soczek, ale tylko malinowy – do szkoły, inna chce dżem dla mamusi w szpitalu, ktoś płaci blikiem, inna „stoi” w kolejce z tyłkiem na siedzeniu pasażera samochodu – po co dźwigać, jaja ciężkie. Tysiąc jaj dla koneserów. Stoję potulnie pół godziny – jak za Peerelu. Ale jajka smaczniejsze niż te z Biedronki. Czy wybiegane, tego nie wiem, po jajkach nie widać. Gość przede mną wymiata do czysta te „duże”, więc zadowalam się mniejszymi. Nie szkodzi – różnicy nie widzę, poza ceną, a ta akurat mi sprzyja.

Zagadka.

 

    Chłopiec stojący na łące wyciąga z kieszeni procę, zakłada ostatnią metalową kulkę i strzela w niebo. Przyjmując założenia, jakie akurat wpadną ci do głowy pod wpływem lektury oblicz prawdopodobieństwo, że:


    a) Bogów rozzłości fakt zakłócania ich wiecznego lenistwa i szlakiem kulki poślą na Ziemię piorun kulisty i z chłopca zostanie nieco dymiąca kupka popiołu.


    b) Z nieba spadnie Ufoludek z wielkim limem na czole. Zanim zacznie kląć, w ślad za nim spadnie deska surfingowa, na której ćwiczył powietrzne akrobacje. Trafiony deską traci przytomność ku konsternacji chłopca.


    c) Wystrzelona kulka trafia w obłok wcześniej wystrzelonych przez innych chłopców kulek. Masa krytyczna zostaje przekroczona i na Ziemię spada piętnaście ton metalowych kulek zabijając w promieniu kilometra nawet najwątlejsze życie, oszczędzając chłopca, by mógł zrozumieć ideę śmierci.


    d) Ślepym trafem kulka leci przez dziurę ozonową, wydostając się poza pazerne łapska grawitacji. Na orbicie wpada na nią satelita szpiegowski. Kulka nieszczęśliwie blokuje stateczniki i satelita zmienia orbitę, rozbijając się o tę mniej widoczną połówkę księżyca.


    e) Tatuś chłopca, zaniepokojony tym, jak długo syn gapi się w niebo podchodzi, by sprawdzić, co się dzieje. Między oczy trafia go spadająca kulka, a syn zostaje oskarżony o morderstwo.


    f) dzieje się coś innego, dotychczas niezdefiniowanego, ale wartego, by ciąg dalszy wydobyć z mroków nieznanego na światło dzienne, by stało się praprzyczyną fabuły trzytomowej opowieści.


    Zapomnij o krytyce i ograniczeniach matematyki euklidesowej, sięgając gdzie rozum nie sięga i licz – najlepiej na siebie.

piątek, 11 września 2026

Anomalia pogodowe.

 

Przy Wielkim Mrozie odważnie przycupnął Przymrozek. Obok niego błyskawicznie przysiadła Szadź Katastrofalna, która obawiając się wielkich mężczyzn, wybierała tych drobniejszych. Wybrała ku rozpaczy Mżawki, szyderczo podglądanej przez solidny z natury Deszcz, gdy usiłowała prawdziwie się rozpłakać powodzią trapiących ją rozterek miłosnych. Cóż, każdemu chyba wolno zakochać się w nieefektownym, zaniedbanym Przymrozku?


Wtedy właśnie zjawił się Lód, pielęgnujący perwersyjne skłonności do erotycznej przemocy. Nie zwracając uwagi na towarzystwo, skuł Mżawkę bez litości. Bez szwanku wyszła Wichura-Świszczypała, tańcząca wokół rozpalonych(?) samców bez lęku. Niektórym panom imponowała ta beztroska i gotowi byli pójść z flirciarą na kompromis, albo dalej, dokąd tylko uczucia poniosą.

Kasztelan chce skosztować kaszanki, więc na kasztance Ance do Maszy, bo Masza ma kosz kosztownej kaszy.

 


Jeszcze nie wyplątałem się z osiedlowych ścieżek, gdy na drodze jakaś ciężarówka zaczęła (i nie zamierzała przestać) używać klaksonu jako tarana, by oczyścić przed sobą drogę aż po horyzont. Pociąg, ukrywający się w ciemnościach najwyraźniej jej pozazdrościł, i też włączył sygnał, strącający ptaki z trakcji, śpiące w międzytorzu myszy i ewentualne życie zmierzające w niebyt po jego kołami. Samolot wypluty przez niebo buczał jak głodny trzmiel dopełniając kakofonii dźwięków wyrywających z piżamek dzieci śpiące być może niewinnie.


Wczorajsze, rozszczebiotane dziewczynki zdążyły wyrosnąć na smutne kobiety podejrzliwie rozglądające się dookoła, a te zgorzkniały w nieuchronnej starości. Jak któraś miała mniej szczęścia, zdołała zgorzknieć wcześniej.


Poprawiłem siodło pod tym miejscem, gdzie nie umiem być twardy. Niebo skwaszone, pofałdowane, lekko płonące na krawędzi widnokręgu, gdzie słońce w różach i fioletach usiłuje podpalić chmury, by wydostać się na świat. Sodowe lampy ze stoickim spokojem przyglądają się tej walce bezcieniowo i bez kompleksów. Na skrzyżowaniu pierwszy raz dostrzegam polską rejestrację na literę A, i to jaką! – A1 ROMEO. W otulinie wiaty przystankowej dosypiała pod kapturem szarej bluzy bladolica nastolatka, ignorując autobusy pojawiające się na okamgnienie, czy nawet dwa. Ja sądziłem, że kierowca zasłabł, gdyż zamiast jechać, tkwił na przystanku podziwiając innych użytkowników drogi, mijających o/nas z lekkim niesmakiem. A on tymczasem skrupulatnie nabijał minutki, zaoszczędzone na inteligencji systemu transportu (ITS działa, bądź czujny, wróg nie śpi!).


Na trawniku ktoś porozstawiał połówki betonowych kręgów. Instalacja artystyczna, wyraz niepokornej duszy przed jej ujarzmieniem i współczesny zmysł estetyczny, który nie pozwala nic wyrzucić. Młoda mama, by nie przeszkadzać śpiącemu w wózku dziecięciu w śnieniu snów ciepłych i miękkich jak matczyna pierś, oddała się konwersacji cyfrowej i zwiedzała meandry sieci, poszukując… straconego czasu?


A na koniec kilka tablic rejestracyjnych z drogi do domu:P0 FOXXX, V7 MEDIA, D7 LUKA, D0 JAZZU. Obrodziło, jak rzadko, a ile zdyskwalifikowałem?

czwartek, 10 września 2026

Kameralny wieczór literacki (nic nie mający wspólnego z rozpasaniem pół-literackim).

 

Polka, uporczywie zasiedlająca Irlandię, w Księgarni Hiszpańskiej zaproponowała spotkanie. Aż żal, że nie w Danii, czy Czechach, by geograficzny galimatias podnieść do granic możliwości. Ja też mógłbym mieć patagońskie korzenie, ale nie miałem. Za to blisko było i mogłem skorzystać, choć najpierw musiałem skorzystać z usług parasolowatych, gdyż niebo rozpłakało się, kiedy zszedłem z utartych ścieżek (czyli z fotela). Na Wielkie Okazje i Wydarzenia nie wypada przychodzić z plecakiem, żeby nie być podejrzanym o pazerność (kto wie, ile kanapek, czy innych, darmowych delikatesów zaoferuje organizator w ramach poczęstunku – a w trzydziestolitrowej sakwie zmieści się wszystko). Więc wyszedłem BEZ, pierwszy raz od – pamięć jakoś nie rejestruje daty uprzedniego negliżu; nawet jeszcze dostrzegalna, bałtycka opalenizna nosi ślad plecakowego kieratu. Potem już było miło, choć miało się okazać, się, że z plecaka zrezygnowałem niesłusznie i zostanę skarcony za pochopność. Na zapleczu studenckiego baru, zaraz za toaletą, mieściła się kameralna księgarnia(?), czy może raczej biblioteka(?). Mieściła się bezproblemowo, choć pomieszczenie wielkim nie było, ale i księgozbiór nie był szczególnie imponujący ilością woluminów. Kameralny wieczór potrzebuje kameralnych warunków, a w wielkim pomieszczeniu poezja gotowa się rozcieńczyć, nim trafi w uszy słuchaczy.


Grunt, że Autorka dopisała, a konkretniej, to dopisała kolejny, SIÓDMY tomik poezji i była uprzejma podzielić się wierszami czytanymi odautorsko w wersji LIVE, jak najbardziej żywo i bez wsparcia Playbacku, czy Sztucznej Inteligencji – posiłkując się wyłącznie własną, jak najbardziej organiczną – DAŁA RADĘ! Było trochę jak w światach Borgessa, może Cortazara. Słowa miękko wsiąkały w regały, osiedlały się pośród innych słów dawno już wygrzanych okładkami, zbyt rzadko najwyraźniej otwieranymi. Siedziałem w cieple i słuchałem, jak słowa formują się w strofy, a te w chmary płynące sobie znanym nurtem. Autorka powinna być nieco przestraszona, co sugerował lekko drżący głos. Kto na szkolnych akademiach nie czytał na głos, ten nie wie, jak trudna to sztuka. Tym razem jednak trafiło na zawodowca, a jak kto woli zawodowczynię. Drżenie głosu mógł spowodować wyłącznie byczy łeb. Serio! I dosłownie! Zerkał ponuro, brutalnie przyszpilony grawitacją do podłogi i nie powiem gdzie zaglądał Autorce, ale Ona niewątpliwie wyczuła gorąc na kręgosłupie. Wrażliwe Jednostki tak mają. Analizując rozpiętość rogów, swobodnie zmieściłem na nich pierwszą miłość trzymającą się za ręce i beztrosko machającą nogami, chyba, że łeb ożyłby – w-on-czas o beztrosce mowy nie byłoby absolutnie.


W ramach słuchania nie umiałem powstrzymać wzroku przed działalnością, choćby nieświadomą. Wysoko na regale, między trumnami głośników, oczy odkryły małe, okrągłe lusterko. A w nim byłem tłem dla blond czoła siedzącej przede mną młodej pani z aspiracjami na wieszcza (wieszczówkę? Bo przecież nie wieszaczkę). Beżowa marynarka pasowała do blond włosów i naturalnej dla tej szerokości geograficznej karnacji skóry, nie wnosząc dysonansu w zaimprowizowaną spontanicznie kameę – nietrwałą, jak wszystkie ludzkie dzieła.


- Napiszesz o tym? – spytała Autorka, gdy goście odstąpili i podejmowali strategiczne decyzje (łazienka, piwko przy kontuarze, względnie niezwłoczny spacer w mroczny deszcz).


- Oczywiście, jeśli tylko pamięć nie zastrajkuje.


- Trzeba było robić notatki – jak złe licho wrócił echem Odautorskim temat niecnie porzuconego plecaka 30L.


Wszystkich wierszy przeczytać się nie udało. Przezornie nim zabrzmiały słowa, zaopatrzyłem się w tomik na prywatne potrzeby. Autorka jak się okazało, potrafi pisać nie tylko cyfrowo, ale również analogowo i opatrzyła mój tomik pisemną odręcznością, nadając okładkom certyfikowaną wartość. A zawartość będzie dopiero smakowana kwantowo – rarytasów się nie pożera, tylko delektuje nimi rozkładając na raty przyjemność, by nie uronić. Skojarzenie ze stosunkiem przerywanym, to nadużycie, którego jednak zabronić nie sposób. Tylko głupiec ogłasza prawa, których nie jest w stanie wyegzekwować. Przykład? Zjeść pączka i się nie oblizać. Cała przyjemność tkwi w kolaboracji języka z wargami – odbierz ją, a pączek straci swoją wartość.

Kat katapultował katalog zakatarzonego kataryniarza.

 

Na wąskich trawnikach między pasami ruchu zakwitły jeżówki. Co tam robią i kto je przytargał tam właśnie? Grunt, że na tle burego poranka żółte słońca łypiące czarnym okiem stanowiły akcent łagodzący zmarszczkę na czole. I wzrok ciągnęły niemal tak, jak opalone łydki pani, która nastolatką była już po raz trzeci.


Opony mlaskały na asfaltowych ścieżkach, unosząc wilgoć do nieznanych portów przeznaczenia. Zerknąłem na billboard oferujący wsparcie dla płuc, gdy sobie nie radzą z oddychaniem – wystarczy przykleić plaster i po kłopocie. Plastry, jak szczepionki, są już chyba na wszystko – na głód nikotynowy, na niechcianą ciążę, teraz na niedobór tlenu w płucach. Super! Przy plastrze na nieśmiertelność trzeba będzie uważać, żeby nie dostać więcej, niż się potrzebuje – za to plaster na starość (użyty odpowiednio wcześniej) mógłby być kuszący.


Kolejna reklama skłaniająca moją wrodzoną złośliwość do polemiki. Na przystanku afisz proponuje ŻUJ W SWOIM TEMPIE. A ja bez namysłu dopowiadam ciąg dalszy A OGONEM OPĘDZAJ SIĘ OD GZÓW! Z oparów złośliwości wytrąca mnie samochód chłodnia dźwigający na burcie zacną autoreklamę – COOL PARTNER. Czyż nie jest to dwuznacznie cudne? Czarne bzy uginają się od owoców, jarzębiny nieco mniej. Gdzieś po drodze tablica rejestracyjna D0 KOM.


PS. Prześladują mnie kobiety opalone. W tramwajach dopadają właśnie mnie, bezbłędnie wyłuskując z tłumu. Stają/siadają tuż obok mnie, racząc niestrawionym wydechem świeżo spożytego papieroska. Zagapiam się na parę kaczek lecących nisko nad Rzeką i myślę, że gdy opadną sił, nie spadną z wysoka i zwodują z wdziękiem niedostępnym aeroplanom. Gdy wysiadam, do tramwaju wciskają się tam dwie boginie wojny. Spieszą się, nie chcąc spóźnić na lekcje zabijania.

środa, 9 września 2026

Powroty potworów i wory na przetwory stworów.

 

Dwa osiedlowe kosy odprowadzają mnie na przystanek, udając, że w ogóle mnie nie dostrzegają. Koneserzy markowej wódeczki pitej w przelocie (albo w międzyczasie) pozostawiają na trawnikach barwne opakowania 100 ml – w trosce o zakłócenie hegemonii zieleni. W przeciągu niespełna dwóch minut na przystanek przyjeżdżają cztery autobusy, a na kolejnym w ów korowód wbija się piąty. Najwyraźniej ułożenie harmonogramu odjazdów to temat na przewód doktorski, ale może bus-pas potrzebuje kwadransa na odpoczynek po takim skomasowanym wysiłku?


Do autobusu wsiada uśmiechnięta pani ubrana w tak ciemny granat, że nawet chmurom nie udaje się rywalizować. Pani bez skrępowania zerka na monitor swojego towarzysza. Na kolejnym wsiada alternatywnie cudna dziewczyna o zielonych włosach. Mimicznie udziela się bez najdrobniejszych przerw, czasami wspierając twarzową polemikę rączką grasującą po policzku, a czasami kiwając nóżką w bagiennym bucie i podartych kabaretkach. Pewnie ma problem stomatologiczny, albo łuska słonecznika wdarła się jej między zęby (oby nie zapięcie kolczyka). Bliżej dworca autobus się wyludnia, co pozwala karampukowi-albinosowi na manewry. Istota najwyraźniej doznała obłędu widząc nadmiar wolnych miejsc i kolejno przymierza swą delikatną pupkę do sobie tylko znanym sposobem wylosowanych miejsc. Chmury udają, że zostały wyemitowane przez kominy elektrociepłowni, ale te są zahibernowane i czekają cierpliwie na sezon grzewczy.


Wracając trafiam panią o popielatych włosach – wsiada do tramwaju z własnym krzesełkiem, żeby nie liczyć na wątpliwą łaskę młodzieży. I siada z uśmiechem. Do kompletu tablica rejestracyjna niegdysiejszego cinkciarza D0 LARKI.

Gry nie całkiem wojenne.

 

Kontraktowa małżonka, w okresie ważności kontraktu, pod groźbą embarga na usługi gastronomiczne i erotyczne zażądała, bym podniósł status własny, szczególnie na płaszczyźnie ekonomicznej, choć prestiż wydawał się jej atrakcyjnym dodatkiem, który gotowa była szczodrze wynagrodzić w obu zagrożonych kategoriach pożycia małżeńskiego.


Jako prosty Magister Do Spraw Wojny, po Wyższej Szkole Wojsk Zmechanizowanych osiągnąłem już kres zarówno kompetencji jak i uposażenia. Szkoła umożliwiała absolwentom prowadzenie służbowego Poloneza w wątłym życiu cywilnym, Be-Wu-Pa z pełną obsadą żołnierzy służby zasadniczej w trakcie wakacji all inclusive na poligonie, oraz czołgu łamane na walca w czas W, o czym cichosza. W ramach zajęć fakultatywnych (nie mających nawet cienia wspólnego rdzenia słowotwórczego z angielskim fuck) ukończyłem kurs wymiany baterii w wibratorach sterowanych zdalnie i zbliżnie, żarówek żarowych w lampkach nocnych z początku ubiegłego wieku stosowanych do prewencyjnych przesłuchań ciał wrogich systemowi i dokręcania gniazd elektrycznych osadzonych w ściankach działowych ze zbrojonego betonu.


Pod wpływem ultimatum musiałem się ugiąć, gdyż ogólnowojskowa konserwa 414A zwana przez prymitywnych poborowych „małpą” nie była godna gwiazdki na w pełni zasłużonych pagonach i kaleczyła moje delikatne dziąsła, a seks, i tak zdarzający się zbyt rzadko stanowił kotwicę związku, przynajmniej w moim rozumieniu związku. Dla ratowania kotwicy musiałem podjąć wysiłek i DOKTORYZOWAĆ SIĘ!


Dowódca skrzywił się na wieść o moich aspiracjach, dopiero wzmianka o ukrytych motywach mojego postępowania uspokoiła go, a nawet skłoniła do chwili słabości. Wyznał, że jego małżonka wykonała podobny ruch jakieś dwadzieścia lat wstecz i co sprawiło, że jego tyłek utkwił w fotelu Dowódcy Odcinka Niezwykle Ważnego Z Punktu Widzenia Strategicznego Dowództwa – czyli na naszym zadupiu pośrodku niczego. Ale zgodę na podjęcie działań stricte związanych z moim rozwojem i sprawnością bojową – podpisał, życząc mi połamania nóg. Świnia!


- Stary chytrus – gdy usłyszał tytuł przewodu doktorskiego zaświeciły mu się oczy i zaprosił mnie (wraz z terrorystką małżonką) na kolację tematyczną, z kategorii sportów lekkoatletycznych – cztery razy sto z zagrychą, strój oczekiwany – sportowa elegancja, co miało oznaczać letni mundur polowy na czas pokoju. Wiadomo - po pierwszej zmianie (flaszek) krawaty pójdą precz, po drugiej turze dołączy do nich góra munduru. Jeśli Bóg, Honor i Ojczyzna pozwolą, kolacja zakończy się na etapie GBS – czyli gaci bojowo sportowych. Jeśli Patroni nie będą nam sprzyjać, wtedy dyżurny kierowca będzie miał się z pyszna, ale gębę zatka mu tajemnica wojskowa i groźba polowego sądu – rozstrzelanie przez pluton egzeku… znaczy wartowniczy.


Nowoczesne techniki infiltracji elektronicznej współczesnego pola walki. Myślałby kto, że tak jest zainteresowany. Generałem nie zdąży już zostać, więc pułkownikowskie konstelacje gwiazd muszą mu zapewnić emeryturę, chyba, że jako Układ Obronny wdamy się w awanturę wojenną i pośmiertnie doczeka lampasów, ale już bez pobierania uposażenia.


- Panie kolego – sapnął mi konfidencjonalnie do ucha schylając się do szuflady, skąd wyciągnął opakowanie już napoczęte. Żytnia, patriotycznie, bez natowskiego zadęcia. Nalał dwie szklanki, czym mocno zubożył zawartość opakowania i wypiliśmy na stojąco.


- Odmaszerować, panie kolego – sapnął raz jeszcze – A w sobotę dogramy szczegóły doktoratu. Może zostanę pańskim promotorem? Widzę, że idzie pan nieoczywistą ścieżką, ale armia potrzebuje nie tylko świeżej krwi, lecz także niebanalnych umysłów.


- Taaaa jest! Do soboty panie pułkowniku - do czego potrzebuje onych umysłów już nie był uprzejmy mnie poinformować, więc włos na tyłku mi się zjeżył. Podejrzewałem dość nikczemnie, że przewidywał dla mnie rolę dyżurnego winnego, ale jeszcze nie wiedziałem – czego.


Najwyraźniej jednak nawigowałem w jedynie słusznym kierunku, czego wyrazem była łaska mojego domowego oprawcy. Żona udzieliła mi audiencji i pozwoliła bym dopieścił jej zaniedbane libido – zaniedbane przeze mnie oczywiście. Co też niezwłocznie uczyniłem z wielką ochotą i animuszem, a przygotowania do soboty nabrały rozmachu. Sportowa elegancja dla kobiety oznacza coś innego, niż dla Szwejka. Czując, że sprawy ogólne trafiły w dobre ręce i uwolniony od nadmiaru emocji rozpocząłem edukację, nie czekając wytyczne ze strony Przyszłego Promotora.


Fakt, że żona błyskawicznie wyczuła powiew świeżości i prądy wznoszące moją karierę, z jednej strony uspokajał, jednak z drugiej… czułem, że przestaję panować nad zbliżającą się nawałnicą. Wycofać się już nie mogłem, bo wiatry historii dęły zbyt mocno. Żona plus Dowódca nie pozwolą mi na dekowanie się w okopach. Czas stanąć twarzą w twarz z wrogiem. Techniki infiltracji – co też zainteresowało mojego szefa do tego stopnia, że gotów udzielić mi urlopu naukowego i środków z wiecznie chudej kasy jednostki wojskowej? Sobota na horyzoncie i zapewne wyjaśni się wiele niedopowiedzeń, bylem tylko wytrwał na dystansie ekstremalnie trudnej dyscypliny sportowej.

***

Sobota przyszła wcześniej niż Sąd Ostateczny, więc wespół z małżonką Klarą, uzbrojeni patriotycznie w białe i czerwone wino – męskie, białe 40% i czerwone damskie około 10% poszliśmy na przyjęcie. Minimum towarzyskie spełnione. Żonie z dumy sterczał nos i sutki, mi z niepokoju oklapło wszystko, co zdolne było jeszcze oklapnąć. Zaproszenia od przełożonych niekoniecznie dobrze wróżą, a nowe zawsze burzy stagnację i strąca ludzi z utartych szlaków. Na obiad nadpułkownik Barbara zaserwowała dziczyznę. Wiadomo, po poligonach śmierć chadza swobodnie, atakując znienacka; tu niewybuch, tam snajper ćwiczący oko na polecenie generalicji. „Mój” pułkownik należał do grona decydentów więc miał przywileje i własnego snajpera, który uzupełniał zapasy mięsiwa, nie przejmując się czerwoną księgą gatunków bliskich wymarciu. Czemu nadpułkownik, to dla odmiany wie każdy wytrawny zawodowiec – jego Barbara, podobnie jak moja Klara w domu rządziła niepodzielnie, choć żaden trep się do tego nie przyzna. Obie potrafiły rządzić w wdziękiem, nie raniąc samopoczucia mundurowych szarż. A dziczyzna sprawiona została po mistrzowsku. Pierwsze flaszki opuściły już posterunki, więc i krawaty stały się zbędne. Nim jednak obnażyliśmy (my, czyli pułkownik i ja) torsy, panie przeszły na paliwo lekkie z dala od futrzastych samców o manierach troglodyty. Ich ćwierkanie i śmiech dobiegał nas nieco stłumiony pochłoniętymi już procentami.


- Baśka – ryknął pułkownik nim stoczyliśmy się w otchłań bełkotu – Czas Jakuzy! Uszykuj nam proszę kąpiel w ogrodzie!


Panie (oczywiście) nie zamierzały nam towarzyszyć, a „przygotowanie” polegać miało jedynie na włączeniu zasilania pilotem, gdyż resztę zawczasu przygotował osobiście szef. Po wstępnych kilku głębszych, zabraliśmy ze sobą dwie flaszki, pęto zdziczałej kiełbasy i po cygarze, żeby zadać szyku w bąbelkach. Dopiero tam szef umościł brzuszysko w parujących czeluściach, łaskawie wskazując mi miejsce naprzeciw, a następnie wyłuszczył mi powody swojego zainteresowania. W konspiracji, w głębokim zaufaniu zdradził zawiłości zakulisowych rozgrywek podziemia wojskowego snującego się mgliście po zakamarkach jednostki. Jednostka/ki wojskowa/e, bliżej nieznana/e zamierzała/y wysadzić pułkownika z siodła i nowoczesne techniki inwigilacji współczesnego pola walki miały wesprzeć ciągłość działalności pułkowniczej, dostarczając danych do rozpoznania, związania w walce i eliminacji wroga. Permanentna inwigilacja–infiltracja-informacja prowadząca do utylizacji, czy też anihilacji jednostki/ek wrogich istniejącemu porządkowi, czyli Panu Dowódcy. W zamian szef wyasygnował płatny urlop szkoleniowy, fundusze na inwestycje i uposażenie powyżej piastowanego przeze mnie dotychczas stanowiska. Hojność szarży wykluczała możliwość bezkarnej odmowy, więc się zgodziłem i przeszliśmy na ty, pijąc bruderszaft w Gaciach Bojowo Sportowych, w otoczeniu bąbelków czyniących frapujące rzeczy z moim przyrodzeniem i okolicami. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek bywał podniecony w męskim towarzystwie i to doznanie mną wstrząsnęło. Jak dobrze się spiszę i mnie też stać będzie na takie bąbelki, a wówczas – strzeż się Klaro, bo nie udźwignę raz rozbudzonego potencjału.


Jak słusznie podejrzewałem akceptacja Mojego Promotora była kwestią chwili, podobnie, jak otwarcie przewodu doktorskiego. Tkwiąca na głębokim zapleczu (zadupiu) NATO jednostka żyła moją bezwstydną ambicją i usiłowała grzać się w nieoczekiwanych przez nikogo promieniach chwały. Parasol ochronny Starego również został dostrzeżony i przeszedł pomimo niszowego burczenia po kątach kantyny. Stałem się gwiazdą jednostki, co wpłynęło na jakość nadciągających stadami wieczorów z wyszynkiem, coraz to u innego adepta wojny. Małżonki adeptów usiłowały mi dogodzić w celach ukrytych głęboko w alkowach lub sumieniach niewieścich, ich małżonkowie pragnęli uchlać mnie w trzy dupy i przesłuchać, a wszyscy koniecznie chcieli się dowiedzieć, czy to był awans przez łóżko, czy barter o tajemniczo skrywanym wolumenie.


Środki finansowe na przeprowadzenie części praktycznej przewodu (skądś musiało pochodzić doświadczenie, przecież Światły Promotor nie mógł się zgodzić na nagą teorię i byle plagiat) przeznaczyłem na sprzęt szpiegowski. Wspólnie z Szefem zdecydowaliśmy się na audio-wizualne elementy wyposażenia łatwe do ukrycia poza linią frontu, czyli w sypialniach i jadalniach personelu jednostki. Niebywałe, jak łaska pańska wpływa na życie towarzyskie – w przeciągu miesiąca dorobiłem się sinego od nadmiaru alkoholu nosa, ale też cały personel poczynając od początkujących poruczników, a kończąc na dwóch majorach i podpułkowniku znalazł się w nieustającym, czujnym zasięgu inwigilacji i rozpoznania elektronicznego.


- Prawda? – rechotał szef – Trzeba mieć umysł jak jastrząb, żeby dostrzec potencjał w człowieku! Teraz każdy myśli o wojnie dronów i rakietach balistycznych, a wystarczy się skupić na sekretach sypialni, by uzyskać minimalnymi środkami potężny efekt negocjacyjny, mogący stworzyć podwaliny trwałego pokoju, czy ekspansji – bez różnicy!


Kiwałem głową ostrożnie, bo kac nieustannie grasował we mnie. Pora ograniczyć towarzyskość, bo z doktoratu będą nici, a zebrane wiadomości szlag trafi. Przestałem bywać. Zacząłem słuchać i oglądać. Trzeba przyznać, że kolegom z jednostki nie brakowało fantazji i okazji, kiedy nie spodziewali się obserwatora z zewnątrz. Ich żony dysponowały porównywalnym apetytem na ekscesy nie tylko małżeńskie. Kto-z-kim-dlaczego-jak-często i tym podobne interakcje zawładnęły gigabajtami danych, od których czerwieniały uszy, a spokój rozporka trwale doznał rozstroju.


Śladu kreciej działalności jednak długo nie dawało się wykryć. Byłem już przekonany, że podziemna działalność wewnętrzna jest tylko urojeniem starca, gdy okazało się, że nie. Spotkanie towarzyskie w domu kapitana, zakończone potężną libacją z-okazji-czy-bez, zakończyło się konkluzją, że nie ma co dłużej kombinować z detronizacją Szefa, bo ten najwyraźniej ochłonął, „się ogarnął”, czego dowodem miała być zgoda i aktywna współpraca przy moim doktoracie. Dumny zaniosłem Szefowi dowód w sprawie, nie przejmując się, że awansowałem na kapusia, donosiciela i łajzę. Takie nagranie gwarantowało pozytywne rozpatrzenie mojej pracy, a Klara wkrótce zamiast być nadporucznikiem stanie się nadkapitanką, a może od razu nadmajorką.


Szef na widok niezbitych sukcesów elektronicznej infiltracji współczesnego pola walki nieco zapadł się w sobie, ale po dojrzałym namyśle i dwóch szklaneczkach czystej (dziękuję, po drugim także niezakanszam) błyskawicznie się uspokoił, podobnie jak sytuacja podziemia jednostki wojskowej.


- Znakomicie pan sobie poradził Panie Kolego! – klepnął mnie w plecy z taką siłą, że porucznikowska gwiazdka usiłowała zerwać się z pagonu – ale teraz musi Pan wznieść się na wyższy poziom! Najwyższy czas zinfiltrować NASZE SYPIALNIE pod NASZĄ NIEOBECNOŚĆ.


Rozkaz, to rozkaz. Podłożyłem wyrafinowany sprzęt w naszych domach, nieco zakłopotany, gdyż Klara, zauważając postęp mojej pracy naukowej chętniej uchylała rąbka kołdry w małżeńskim łożu i wykazywała się śmiałością, jakiej u niej dotychczas nie zauważałem. Stary chytrus miał jednak nosa – zasłużył na swoje stanowisko. Lis to przy nim tępy szczeniak! Wystarczył tydzień inwigilacji elektronicznej, by okazało się, że nasze żony spędzają mnóstwo czasu we dwie. Mało tego! Wykradły zebrane przeze mnie gigabajty i oglądały je, zaśmiewając się przy lampce wina. Odkryłem również, że za zmianą nastrojów w Jednostce Wojskowej stoją właśnie ONE! Zapraszały pojedynczo na kawę i pączka żony jednostkowych gwiazdorów i łagodną perswazją podpartą urywkami filmów siały ziarno wymuszonej pokory, aż przekonały wszystkie kobiety, by ich podwładni mężowie, kochankowie i inni dochodzący amanci odpuścili przewrót, skupiając się na pracy na chwałę Szefa. Szefa i mnie. Oglądaliśmy wspólnie z Panem Pułkownikiem Dowódcą Niezwykle Ważnego Odcinka kolejne dowody mądrości naszych przebiegłych partnerek (tym razem gigabajty trzymałem poza zasięgiem obu Małżonek), które w czasie naszej tytanicznej pracy osiągnęły sukces zarówno polityczny, jak i wojskowy, rokujący świetlaną przyszłość nas obojga na Niezwykle Ważnym Odcinku, czyli Naszym Zadupiu.


Wyszło przy tym, że Panie z nieskrywaną radością korzystały z Jakuzy, wspierając się czerwonym wytrawnym podczas oglądania permanentnej zdrady personelu i ich współmałżonek i pozwalały sobie na komentarze tak dosadne, że nawet starym repom spadały kapcie z nóg. W ramach walki z-nie-tylko-domniemaną infiltracją współczesnego pola walki panie zastosowały wibratory sterowane skomplikowaną aplikacją celem zagłuszania hipotetycznego przekazu, co jednak nie zadziałało – mam ambiwalentne uczucia względem owej ochrony. Cieszyć się, że mogłem być świadkiem, czy iść za ciosem i w obronie niewinności Mojej Pani pognać za profesurą z zakresu Kompleksowej ochrony przed wrogą inwigilacją – oczywiście Współczesnego Pola Walki!


PS1. Czy muszę dodawać, że nasze osobiste Nadszarże wykryły drugie i kolejne dna knowań Pułkownika i moich już podczas pierwszej wizyty w domu Pułkownika? Gdy Przyszły Wówczas Promotor, cały w bąbelkach, z rozmachem i euforią tłumaczył mi (całemu w bąbelkach) ideę naukowej wartości infiltracji w obrębie jednostki, nasze Panie poświęciły swój cenny czas i uzyskały dostęp do na gorąco omawianych ściśle tajnych planów. Wykorzystały wiedzę najlepiej, jak można, wzorując się na działaniach Mata Hari. Ba! Mata Hari przy naszych babach, to szczeniak! Nic mniej jak Richelieu w spódnicy. Albo i bez. Moja Pani uzupełniała wiedzę bezpośrednio z mojego laptopa. Dostęp do danych uzyskiwała, powielając śmiałe akcje zaczepne koleżanek, gdy spełniony zasypiałem z maślanym ze szczęścia pyskiem. Wrażliwym wolę nie opowiadać, co realizowała, ale modlę się do Boga, Honoru i Ojczyzny, by nigdy nie przestała. Może po cichutku zostawić podsłuchy w domach personelu? Pani Szefa w lustrzany sposób pozyskiwała dane z komputera Szefa, zarówno w domu, jak w jednostce.


PS2. Za pierwszą wypłatę po awansie kupujemy Jakuzę! Postanowione. Przyszły Nadkapitan (może Nadmajor) Klara zaakceptowała strategiczne zakupy, przy okazji szepcząc mi do ucha (uwaga na wrogie pluskwy) że nie wyczerpała jeszcze pomysłów na upojne noce.


PS3. Boże! Honorze! Ojczyzno! Ileż Ona ma tego w sobie. Nie udźwignę solo Jej rozbudzonego libido, a taki młody porucznik zaraz po szkole oficerskiej oblizuje się nie dość dyskretnie ilekroć widzi Moją Klarę! A ja nawet nie wiem, jak ma na imię!


PS4. Szef chyba przeżywa podobny stan do mojego. Nieco się jąkając i rumieniąc, poprosił, bym usunął z jego (łaskawie zgodził się też na moje lokum) domu instrumenty szpiegowskie i zapytał, co sądzę o trzymiesięcznym odpoczynku od domowych obowiązków i wyjeździe na szkolenie do Dublina, czy innej Kopenhagi – zaraz sprawdzi, gdzie akurat NATO będzie gremialnie przepijać szare komórki.