czwartek, 30 kwietnia 2026

Szczypię szczupłe szczapy szczepu.

 

Ptakom zebrało się na gawędy i to mocno emocjonalne. Niech tam. Zdecydowanie lepsze to niż kozackie przechwałki, czy warkot samochodów. Blondyneczka z końskim ogonem bierze ostry skręt TIR-em uśmiechając się do przechodniów (stojący przechodzień to stoik?). Mijam zimowe czapki i krótkie spodenki. Najwyraźniej prognozy pogody na konkurencyjnych kanałach TV wieszczą odmienne temperatury. Królik w surducie uśmiecha się z wystawy sklepiku z czarami. Może śni mu się Alicja do towarzystwa? Słońce wygrzewa stare mury, a masywne kobiety studzą uda w spódniczkach pokurczonych od chłodu. Nóżka też musiał zmarznąć, bo idzie wolniej niż zwykle, a ja mijam go później niż oba salony, choć zegarek twierdzi że nic wcześniej nie wędruję.


Wpadam na pomysł opowiadania, w którym kobieta z obrazu staje się seryjnym mordercą wracającym w ramy o świcie, przeczekując policyjne obławy. Któregoś razu zapędziła się za daleko, więc przeczekuje dzień z bezdomną gdzieś pod mostem. Pod wpływem impulsu oferuje jej swoje mieszkanie na stałe, a sama schodzi na ziemię. Nie za mądra decyzja kończy się obławą w której zostaje zastrzelona. Bezdomna zagospodarowuje obraz po swojemu. Zarówno nowa lokatorka jak i nowe wnętrze nie podobają się właścicielowi więc wynosi obraz do ogródka żeby go spalić.


    Żeby nie było – podglądam i podsłuchuję. Czasami węszę. I zupełnie się nie wstydzę. Nie mlaskam… nie mlaszczę? Grunt, że tego nie robię. I dlatego dzisiaj podsłuchałem, jak siwowłosy, zapewne odbarwiony przedwcześnie prowadząc swoją panią w stronę Rynku wygłosił bolesny komunikat: Ten świat nie jest dla nas. Lekko trącone zakończenia nerwowe zaczęły knuć, czy przypadkiem mają jakiś wybór. Może potrafią się przenieść w inne, te lepsze? W autobusie powrotnym zaszczyciła moje zmysły małoletnia wycieczka. Których z gaworzących piskląt na jednym z przystanków zauważył, że tam właśnie mieszka jego prababcia, która ma ze sto lat. Wypada pogratulować. A może się przenieść, skoro tam długowieczność jest zauważalna nawet dla młodocianych umysłów?

środa, 29 kwietnia 2026

Rozrzedzona rzadkość - grubszy grób, cieńszy cień.

Mnogość szklanych i lustrzanych tafli powiela słońce i sprawia, że można oślepnąć znienacka. Promienie słońca przeszywają na wskroś autobus i tramwaj. Dopiero węższe uliczki oferują cień. W słońcu za to dryfują piękne dziewczęta, rywalizujące w niewypowiedzianych pojedynkach na goliznę w przestrzeni publicznej. Choć ciepłe dni stanowią dopiero prognozę na chodnikach prezentują się figury schwytane w sieć materiału stanowiącego nie więcej jak warstwę naskórka. Nie da się żadnej oskarżyć że chodzi goła ale wzrok przegranych sugeruje że myśleć tak nikt nikomu nie zabroni.


Tramwaj zatrzymał się na popas przed skomplikowanym manewrem skrętu w lewo a z przystanku zerka na mnie kobieta w wielkich okularach. Raczej się nie znamy co nie przeszkadza jej przyszpilić mnie do krzesełka. Może podoba się jej czerwień mojej kurtki? W sklepiku z czarami wisi na sznurkach marionetka-Pinokio z nóżką podgiętą w sam raz by wymierzyć komuś kopniaka w miękkie tkanki. Ludzie przemykają szybko żeby nie narażać się na ewentualną agresję laleczki. Po postrzyżynach Nóżka okrył pluszowy łeb kapturem i zasysa papieroska wypełniając się cieplutkim dymem.


wtorek, 28 kwietnia 2026

Relacja na żywo.

    Ludzie stoją na przejściu dla pieszych, a czerwone światło nie zamierza zmienić się na zielone. Po jednej stronie ulicy między cywilami stoi wściekły policjant, więc nikt nie pcha się na jezdnię, choć nic nie jedzie. Później okaże się, że policjant bardzo chciał siku, ale postanowił nie przełazić na czerwonym, z obawy, że nie zapanuje nad tłumem. Służbista. Nos na pewno go nie oszukuje. Na krawężnikach po obu stronach jezdni już czai się zło. I tylko wypatruje okazji żeby się ujawnić i kpić z umowy społecznej którą on ma skontrolować, karcąc niesfornych złośliwych i głupich. Zapomniał że umowa społeczna ma służyć ustaleniu prawa drogi, gdy dojdzie do konfliktu interesów. Kiedy nic nie jedzie, albo nikt nie idzie sygnalizacja stanowi jedynie szykanę prawną służącą wymuszeniom finansowym przez nadzorców.


Tymczasem do krzyżówki zbliża się grupa przedszkolna w asyście siły fachowej niezbyt doświadczonej sądząc po fizjonomii. Dzieciaczki dokazują, a dorośli się wściekają. Nie wiadomo na co bardziej – na zdrowy śmiech dzieci, czy chorą sytuację prawną na pustej drodze. Rośnie agresja, którą pani przedszkolanka pozwala wyładować dorosłym na dzieciach. Logika takiego działania odsłania brutalną prawdę. Łatwiej wyładować emocje na tych, których z łatwością możemy pokonać niż na kimś kto zacznie się bronić. Przedszkolanka zapewne obawiała się o własną nietykalność cielesną wolała przelać nieszczęście na podopiecznych. Każdemu z czekających przydzieliła po maluchu żeby mógł się wykazać przewagą fizyczną. Konstytuuje się podział na indywidualne pary oprawca/dziecko i dzieci dostają soczystego klapsa podpartego wiązanką pełna słów pomijanych przez szanujące się słowniki (za to częste podczas współczesnych przedstawień teatralnych)


    Policjant w obliczu licznych wykroczeń i zbiorowemu gwałtowi na małoletnich obywatelach zamierza zignorować czerwone światło. Z emocji popuszcza w spodnie, gdy nadjeżdżają samochody skierowane z pobliskiej obwodnicy. Dramatyczny wypadek drogowy zablokował wszystkie cztery pasy jezdni służby drogowe przekierowały cały ruch z obwodnicy na drogę osiedlową. Światło czerwone na skrzyżowaniu świeci się już ponad godzinę. Samochody mkną błogosławiąc (lub klnąc) sytuację na drodze. Piesi karnie stoją choć cierpliwość już dawno została wyczerpana i nie ma gdzie uzupełnić braków. Ktoś podjada wprost z torby - zakupy świeżo zrobione w dyskoncie są niczym żelazna rezerwa, albo uśmiech losu. Nieśmiały w porywie odwagi oświadcza się sąsiadce, wyznając gęste, trudne do wysłowienia uczucia. Zaczynają planować wspólne życie, z wybiciem ścianki pomiędzy mieszkaniami, aby móc zażyć intymności nie tracąc czasu na spacery przez klatkę schodową.


    Rozmowy telefoniczne stają się coraz bardziej dosadne i karczemne. Słowa nieparlamentarne sieją spustoszenie w małoletnich główkach. Cóż, parlamentarzystów nie ma na skrzyżowaniu, co być może osłabia wartość przekazu słownego. Dzieciaczki nie przestają płakać, wstrząsane kolejnymi klapsami wydzielanymi już spontanicznie przez stojących. Jakiś pies zaczyna wyć, więc ktoś kopniakiem wygania go wprost pod koła samochodów. Rozbryzgi krwi rozjuszają ludzi, którzy dzielą się na wrogie ugrupowania. Pani przedszkolanka jako przedstawicielka płci odmiennej, zgodnie z zasadą że mniejszość rządzi światem, obejmuje przywództwo i wygłasza płomienną mowę sugerując, żeby nienawiść skierować na tych po drugiej stronie ulicy, a nie do „swojaków” stojących obok drugą godzinę. Któreś dziecko ogłasza że musi kupę, kolejne dołączają, bo tak jest zawsze. Smród niewinnych kupek wrasta w wątły trawniczek dzielący chodnik od ścieżki rowerowej. Wściekłość wrasta w oblicza stojących i tęskniących za drugą stroną ulicy. Ktoś sugeruje żeby wykopać przejście podziemne, albo pokonać jezdnię o tyczce. Niepewność prawna czynu nieco krępuje inicjatywę szczególnie że gliniarz w mokrych spodniach to naprawdę zła wróżba.


    Jedno z dzieci w trakcie defekowania przypomina sobie, że w spadku po dziadku zostały mu zaszczepione tajniki kung-fu i w wielkiej konspiracji, w przysiadzie pełnym dostojnego skupienia uczy pozostałe, jak należy kopać, żeby naprawdę bolało. Dzieci chlipiąc i defekując uczą się, ukrywając przed dorosłymi talenty. Postępy błyskawicznego przyswajania metod walk ulicznych jest naprawdę krzepiący. Policjant zatrzymany niekończącym się sznurem samochodów zaczyna strzelać gumowymi kulami po oprawcach dzieci. Ktoś prawie-dorosły wyciąga z kieszeni procę i zaczyna się bronić, inny buduje prowizoryczną tarczę z reklamy pleksiglasowej.


Samozwańczy wódz przedszkolaków daje sygnał do ataku. Powstanie gladiatorów przy tej akcji topiku. Dzieci znienacka walą mężczyzn wściekłymi piąsteczkami w jądra, a kobiety kopią po kostkach. Najchętniej po obu naraz. Tak kopać potrafili jedynie najwybitniejsi mnisi z Shaolin i Chuck Norris. Elegancka zasada mierz zamiary na siły zdaje egzamin (pani przedszkolanka notuje w pamięci że całej grupie należy się plusik za aktywność i inicjatywę a za efektywność drugi. Przywódca grupy jeśli kucharka pozwoli dostanie dodatkową porcję budyniu na deser. Może nawet nie będzie leżakował w trakcie ciszy poobiedniej tylko zaprosi na podwórko z księżniczkę z grupy księżniczek korzystając z krótkotrwałego jednostkowego roztargnienia pani przedszkolanki). Wśród dorosłych natychmiast pojawia się chaos i bez słowa dezorganizuje obronę. Po niespodziewanym ciosie, mężczyźni zginają się w pół uderzając głowami w stojących obok nich. Kobiety pozbawione punktów podparcia fikają wymyślne kozły. Usiłują nie połamać paznokci unikają deformacji fryzur i delegują spodziewane przyziemieniem siniaki z widocznych fragmentów ciała na te więcej ukryte. Demolka z autodestrukcją trwa zaledwie moment, a efekt przeraża. Ptaki Hitchcocka nie spowodowały takich strat jak małoletnia partyzantka.


    Przedszkolanka jako jedyna pozostała w postawie wyprostowanej - gówniarze, ale mores czują! Ekspresyjnie drze szaty chcąc zaistnieć w historii tubylców w nadziei że feministyczna odpowiedź na akcję Stańczyka będzie zdecydowanie skuteczniejsza. Obnażając malutkie, twarde piersi przejmuje władzę nad wzrokiem otoczenia. Widok odbiera rozum kierowcom płci męskiej i wyrafinowanym przedstawicielkom płci piękniejszej. U małoletnich obraz atakuje ślinianki wspomnieniem starannie zaszytym w podświadomości. W rezultacie na przejściu dla pieszych dochodzi do wielokrotnego karambolu z udziałem tak wielu samochodów, że końca demolki nie potrafi dostrzec policjant, który wspina się na szczyt złomowiska ulicznego w obszczanych spodniach. Dzieci ukradkiem przedzierają się przez jezdnię i uciekają na plac zabaw, by tam wzajemnie leczyć rany i dokończyć trening kung-fu. Mężczyźni wciąż leżą i masują zaatakowane członki, z ostrożności nie wstając z chodnika i nie patrząc w oczy kobiet. Spod przymkniętych z bólu powiek rozglądają się, gdzie się podziali mali karatecy. Kobiety chciałyby poszukać wsparcia bo nie wiedzą od czego zacząć masaż, od kostek, czy pup, a na dżentelmenów nie bardzo mogą liczyć bo ci zajęci są sobą, a lokalne tajskie masażystki z Bali są zajęte i opłacone na rok z góry.


Nad policjantem zamierzała powiewać amerykańska flaga i pewnie nadleciałyby helikoptery niczym wygłodniałe szerszenie, ale kontynent nie ten, a hollywoodzki scenariusz sztuczna inteligencja zacznie pisać dopiero pojutrze jakiś miliard terabajtów później.


W straszliwym bałaganie nikt nie dostrzegł, że światło postanowiło ochłonąć od krwi i pograć w zielone. I pomyśleć, że gdyby postanowiło to zrobić trzy godziny wcześniej, cała akcja byłaby wyłącznie autorskim rozwinięciem niewinnego spaceru w otulinie cywilizacji.


Kosiarka kosi Arka

 

A kiedy czasy ciężkie i trzeba dwa razy zerkać na każdą złotówkę, a każdy litr paliwa dzielić na czworo, nad Miastem krążą wielosilnikowe samoloty. Co tam robią? W imię jakiej kręcą się każdym możliwym azymutem, siekąc niebo smugami przeradzającymi się po krótkim czasie w chmury wstęgowe? Jakiś nieokrzesany pilot, pewnie młodzik, kondensuje nieumiejętnie, a może tylko zmienia biegi, bo zostawia za sobą smugi wyglądające na komunikat morsem, a nie przyzwoitą kondensację. Zacięły się klapy? Marzy mi się dzień bez samolotów. Choć jeden. I niebo prawdziwie błękitne. Bez chmur poukładanych w rządki, szachownice, czy skupiska z jasno wyznaczoną granicą, poza którą brykać już nie wolno.


Psy szturmują samotne drzewo rosnące na klombie. Tylko patrzeć, jak się zorganizują, ustawią w koedukacyjnej kolejce, i ustalą dzienne normy przypadające na osiedlowego osobnika płci dowolnej mierzonej proporcjonalnie do wyporności egzemplarza. Nie wiem czy będzie taka potrzeba bo drzewo, w przeciwieństwie do innych, nie zieleni się ani trochę. Może skażenie biologiczne przekroczyło już odporność gatunkową drzewa? W tramwaju podziwiam jednostkę niezdeterminowaną płciowo. Istota najwyraźniej lubuje się w mimikrze, wysyła masę sprzecznych sygnałów, nie pozwalając zewnętrzu na wiarygodne rozpoznanie. Wysiadając zerknęło na mnie lekce sobie ważąc moje dylematy i poszło ni-to-kręcąc pupką ni-to-szurając nogami. Na wystawie sklepiku z cudami rozrywkowy Budda w pomarańczowym turbanie zrezygnował z medytacji i jogi. Położył się na boku, ręką podparł łeb ciężki od wielkich myśli i gapi się na przechodniów często przebiegających na czerwonym świetle. Nóżkę spotykam lekko spóźniony. Chłopina chyba brał udział w histerii golenia łbów na szczytny cel i główkę ma zamszową. Kompletnie nie rozumiem czemu na szczytny cel warto się ogolić, albo rozebrać do rosołu jednak nie jestem celebrytą, czy kimś kogo chciałoby się oglądać na golasa. Za to na pluszowo robię się samodzielnie, wolny od zewnętrznych idei i żądzy skokowego wzrostu zasięgów.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Kleję leje, mierzę mierzwę, dzierżę dzierzbę.

 

    Ptasia drobnica dokazuje rozśpiewując korony drzew. Na przystankach, mimo porannego chłodu pierwsze krótkie spodenki. Kiedy jednak posiada się na udach całą paletę tatuaży, grzech snuć się w długich spodniach po Mieście, miast wystawić je na podziw bliźnich. Czy wzbudziły zachwyt, to nie wiem, ale na pobladłych nogach zdawały się być niezwykle kontrastowe. I rejestracja V7 WILK – a za kierownicą nieco wyliniały osobnik, może właśnie zrzuca zimowe futro.


    W popołudniu początkujące kobiety eksperymentują z seksapilem własnym, Tu krzepną sutki podgryzane nieciepłym wiatrem, tam pępuszki puszczają oko do każdego, kto był łaskaw zauważyć młode ciało.

piątek, 24 kwietnia 2026

Zrobię sobie obie fobie w grobie.

 

Wyszedłem wcześniej, żeby odebrać zamówione opowiadania Pilipiuka z autografem autora i po szybkiej akcji kontemplowałem pusty przystanek. Płonne wiśnie zaroiły się od kwiecia, młode lipy sprawdzały na własnych liściach, czy już wiosna, gołąb na drucie czekał na jakiegoś roztargnionego, co chciałby przejść pod gołębiem i zasłużyć na porcję nawozu. Słońce wślizgiwało się pod powieki ograniczając widzialność do połowy zakresu.


W autobusie pachniało zupą fasolową, choć przysiadłem się do dziewczęcia, które fasolówkę znać mogło wyłącznie z telewizji, czy (prędzej) tik-toka. Kierowca musiał być niepocieszony, bo trafiały go wszystkie możliwe nieszczęścia komunikacyjne i jechał najwolniej, od kiedy z nim podróżuję. A to przed nos mu się wśliznęły dwa autobusy, które po kilku przystankach preferowały lewoskręt, a to tramwaj, cierpiący na nadmiar czasu, a to niesforni pasażerowie wysiadający na każdym przystanku. Ba! Nie wolno zapomnieć o szlabanie skutecznie skupiającym ruch uliczny. Bo w moim Mieście nie tylko autobusy nie mieszczą się na bus-pasie, ale i pociągi na wiaduktach! Ten jedzie poniżej nasypu kolejowego, równolegle do wyżej położonych torowisk i tnie niejedną ulicę Miasta.


Starsza babka na jednym z przystanków poderwała się do wyjścia, wyjrzała na zewnątrz i ogłosiła „tu nie”. Wysiadła przystanek dalej, więc po tamtym przystanku zapewne zło w czystej postaci rozlewało się niepostrzeżenie. Kierowca kompletował niedoczas, a kumulacja drobnych szykan komunikacyjnych nie miała końca. Nie dziwota, że na Nóżkę szans nie było już żadnych, a tym bardziej na zwiedzanie, choćby i pobieżne. Wyciągałem nogi dążąc do celu. I tak – wyszedłem wcześniej, by dotrzeć później. Warto? A czemu nie. Wszystko, byle nie wpaść w rutynę!

Teoria jak najbardziej spiskowa.

 

Grupa zakulisowo sprawująca władzę kontrolowała wybryki oficjeli występujących w garniturach, jako wybrańcy narodu. Pozwalała na liczne harce, byle tylko nikt nie ośmielił się zaglądać za kulisy przedstawienia dla pospólstwa. A porządku rzeczy pilnowali zatrudnieni fachowcy. Niepokornych, usiłujących opuścić szeregi „swoich” dyskretnie usiłowano nawrócić na łono jedynie słusznego rozwoju, a kiedy delikwent zamierzał przekroczyć dopuszczalne granice, wkraczało ciało do zadań specjalnych. Zatrudniony poza horyzontem penetracji ZUS i US fachowiec „likwidował problem”, zwyczajowo tak głęboko osadzony w delikwencie, że musiał ową likwidację rozciągnąć także na delikwenta.


Fachowiec dobiegał już sześćdziesiątki, podejrzewając, że dyskretnie przez zasiedzenie przeszedł na emeryturę, gdy jego zleceniodawca ożywił się. Ostatnie zlecenie, w sam raz dla starszego fachury, co to już za szybko nie biega i wzrok być może ma nietęgi. A potem suto okraszona wynagrodzeniem nie podlegającym opodatkowaniu emerytura z dala od ciekawskich oczu. Byle tylko emeryt nie zapragnął rozwijać się literacko pisząc pamiętnik, bo gotów zasmucić rodzinę, zostając wciągnięty do wody przez suma-olbrzyma podczas zakrapianych nocnych połowów gdzieś przy tamie.


Zadanie było banalne. Należało rozjechać jakiegoś gostka wracającego do domu rowerem, a potem roztrzaskać samochód na najbliższym drzewie. Chłop był nierozsądny i niereformowalny. Podobno startował z ostatniego miejsca na liście wyborczej, ale było w nim tyle prawdy, że ludzie mu uwierzyli i wyprzedził w wyścigu do koryta całą elitę zawodowych wyjadaczy śmietanki. I nic wielkiego by się nie stało, niechby prowadził sobie te charytatywne działania, gdyby nie postanowił zbadać głębokości szamba w politycznym chlewiku. Nie dość, że zbadał, to jeszcze chciał się podzielić rezultatem z szeroką publiką. Żaden system nie wytrzymuje jawności danych, a Grupa uznała ciąg zdarzeń za zbyt nieprzewidywalny, by pozwolić wątkom się rozwijać. Fachowiec nie musiał nawet uciekać. W jego wieku… tak łatwo przysnąć za kierownicą czy stracić przytomność – mgła covidowa, czy zwyczajne nadciśnienie. Jak na fachowca przystało, wolał przysnąć, kiedy już obiekt/cel został uchwycony między reflektory, a jego życiorys uległ nieoczekiwanemu zakończeniu. Parę tygodni sensacji rozdmuchiwanej pracowicie przez „niezależnych dziennikarzy”, jakiś nieznany nikomu sędzia, który dwa tygodnie wcześniej dostał już „orzeczenie sądu”, żeby zdążył się nauczyć na pamięć, a potem już tylko świetlana droga ku emeryckiej przyszłości. Incydent niegodny nawet umieszczania w CV. Rutynowe działania.


Scenariusz gotowy i w roli głównej wystąpić może Szach-Mat Demon, czy jak mu tam było, gdy tylko rodzina tragicznie zmarłego uzbiera kasy na opłacenie produkcji thrillera politycznego. Tymczasem musi wystarczyć drobny nagłówek prasowy. Brzęczenie dziennikarzy dopiero nabiera mocy. Warto przeczekać, żeby szum przyszłości okrył gęstym kurzem pamięć masową. Spiski na ekranie wyglądają zdecydowanie bardziej wiarygodnie, niż w rzeczywistości. I żaden reżyser, czy aktor nie dorobi się łatki płaskoziemca, czy innej onucy.

czwartek, 23 kwietnia 2026

Klosz w koszu kloszarda.

 

    Z ostatniej chwili. Zwabiony sporym stężeniem różowatości ogólnie ruchliwej wychynąłem na suchego przestwór balkonu, celem rozliczenia się z ową. 5:1 na rzecz płci przyszłościowo piękniejszej. Nie, to nie dramat. Dramat był dwa ni temu, gdy poczyniłem kroki identyczne i w wyniku skomplikowanej analizy matematycznej doliczyłem się stanu 7:0 z jednoznacznym wskazaniem na dziewczątka. Oczywiście nie liczyłem różowatości krzewów i drzew, jako nieistotnych w procesie ewolucji podwórkowej. Z wrażenia po niebie rozpierzchła się baranina, nieszczególnie pierwszej czystości. Chyba, że bieli stopniować nie wolno.

Soliter – solista z listy glist.

 

Wreszcie rejestracja czysta i klarowna jak Reinheitsgebot – D5 PIWKO. I spora platforma na którą wlezie do syta dla małej armii. Na trawniku tłoczą się białe tulipany, wyglądające jak procesja niewinności wstrzymana nieprzychylnym światłem. W autobusie wybranka kierowcy ma wyraźne kłopoty z przesunięciem zadka poza siedzenie. Złazi z trudem; może była niegrzeczna i dostała klapsa, albo przybyło jej znienacka sporo. Bywa, szczególnie, gdy spora część ludzkości w zasadzie wszystko miewa w dupie.


Z braku lepszych pomysłów zastanawiam się, co kobiety widzą w facetach, bo raczej coś muszą, skoro decydują się na związki z istotami zdecydowanie mniej urodziwymi i wrażliwymi. Ja nie dostrzegam w męskim ciele tego czegoś, dużo łatwiej wychodzi mi zachwyt nad damskim. Za to kobiety są mistrzyniami w wynajdowaniu wad, szczególnie u innych, choć i siebie nie oszczędzają. Płci nie zmienię, więc zostanę przy tej niewiedzy, ciesząc się, że jest jak jest. Pod prysznicem wpadłem w samozachwyt (nie, że taki piękny jestem) nad konstrukcją ciała na które spada ulewny deszcz. Mogłem patrzeć i oddychać, co oczywiste nie jest nigdy. Kształt głowy i ta cała galanteria zmysłowa skonstruowana została tak zmyślnie, że cud prawdziwy! Trudno go dostrzec, bo zwykle przechodzi się nad podobnymi zauważeniami bezrefleksyjnie. Najłatwiej to dostrzec, gdy coś się uszkodzi – mała dziurka w zębie, skaleczenie paluszka, czy choćby pryszcz. Od razu wyłazi, jak potrzebny jest ów fragment i jak często używany w codzienności.

środa, 22 kwietnia 2026

Wymienił mienie z imienia.

 

    W przejściu dla pieszych starszy gość wygrywa na harmonii melodię – „niech żyje wolność, wolność i swoboda” – znam i uśmiecham się do własnych wspomnień. Niegdysiejszy sąsiad, gdy po pracy przycupnął w lokalnej knajpce i ugrzązł tam (Stasiuk powiedziałby – zabradziażył) wracał do domu koło północy z ta właśnie pieśnią na ustach. Chyba, że akurat zmieniał repertuar na „Oj szalała szalała”.


    Jakieś czupiradło wpatrzone w telefon na środku jezdni mówi do świata „pardon”, odwraca się i cofa tam, skąd przyszło. Albo GPS ją wywiódł w pole, albo ktoś znienacka zatęsknił. W „damskiej” knajpie (liczę gości niemal odruchowo) spodziewana przewaga liczebna pań – wynik 7:2. I na koniec czysta magia – tablice rejestracyjne D7 KARKU i V7 RAZOR. Aż się chce z posiadaczami nawiązać łączność niekoniecznie pozazmysłową!

wtorek, 21 kwietnia 2026

Był zgoła goły, więc zna go nago.

 

Osypują się z kwiecia mirabele, śliwy wiśniowe i forsycje. Magnolia naśmieciła wonnymi płatkami tak, że okolice drzewka wyglądają jakby kto pierze darł przez całą noc – raczej z łabędzia, niż kurczaka. Bez zaczyna pulsować fioletem, a od różowych plam na tle blokowiska aż się człowiekowi cieplej robi. Rajskie jabłonie, różowe głogi i co tylko jeszcze – uwodzi, ściąga oczy, tuszując szkaradzieństwa urbanistyczne. Co bardziej pochopne drzewa zielenią się; te bardziej stateczne jeszcze czekają. Na przejściu dla pieszych krąglutka pani o pomarańczowych pazurkach kremuje dłonie. Najwyraźniej nie zdążyła przed wyjściem. Na przystanku młodzieniaszek pulchny i rozrośnięty zdecydował się na krótkie spodenki, więc teraz zaklina słońce, by w końcu zeszło na ziemię, bo na razie niebo zasnute szarym prześcieradłem szczelnie i beznadziejnie. Rzeką wiją się rzadkie mgły szukające miejsca, gdzie mogłyby przycupnąć.


Kierowca autobusu dokonywał zabiegów rajdowych, więc zdążam na wcześniejszą podwózkę. Mógłbym dziś zaskoczyć Nóżkę, jednak na niego byłem zbyt wcześnie i się nie udało. Trzech śniętych żołnierzy w czarnych beretach najwyraźniej nie wie, dokąd i czy warto w ogóle iść, więc meandrują chodnikiem tarasując go jakby była ich cała drużynka.


    I już sycę się popołudniem, mijając misternie uplecione gniazdko, które zapewne wrona porwała z pierwotnej lokalizacji. Obok dwie skorupki jaj, nie wiadomo czy zawartość zdążyła ożyć, czy stała się wronim śniadaniem. Po drodze mijam staruszka patrzącego głodnym wzrokiem na uliczny kubełek. Chyba chciałby wygrzebać zeń niedopałek, ale się wstydzi. Odwracam głowę, gdy przeczekuje piechotę jak raz przeszkadzająca w połowach. Wsiadam w tramwaj, a tam, niemłoda samica w czerni pasie się chipsami żując je niczym krowa. Usiłuję nie patrzeć, jak większość pasażerów, ale nie potrafię nie słyszeć i nie czuć. Obrzydlistwo! Pani od czasu do czasu nawilża gardziołko z dużej plastikowej butli. Opakowania paszy i popitki sugerują, że szybko nie skończy się ta rozpusta. Trudno. Jadę. Tylko pani o rzedniejącej siwiźnie wolna jest od tych wrażeń i skupia się na słonecznym cieple filtrowanym przez okno.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Na ziemię.

 

    Spała sobie już chyba ze dwieście lat. Znajome katy nie obrastały pajęczynami, pielęgnowane cudzym wzrokiem i czułością. Przez sen, w letargu słyszała jak ów ktoś mówi do niej córeczko, a potem głos ucichł. Był czas kiedy zdawało się jej że ogłuchła, a może i wzrok straciła, ale w końcu znów zaczęło pojawiać się słońce na przemian z księżycem, a obcy wzrok wodził po jej sylwetce i włościach. Bez otwierania oczu wiedziała czym dysponuje. Wygodna kanapa, stolik z bukietem wiecznie żywych kwiatów, parę drobiazgów, jak to u młodej kobiety… Po cichutku zżymała się, że na obrazie nie zmieściła się jej szafa z ubraniami, bo ileż można w jednej sukience leżeć? Choćby była najpiękniejsza, dawno już jej obrzydła. Nie podejrzewała siebie o wulgarność, jednak tu nie tylko kląć chciała, ale gdy nikt nie patrzył układała dłońmi suknię skracając ją, czy mocniej odsłaniając ramiona.


    - Natka, zachowujesz się, jak portowa dziewka – szeptała do siebie, czując na policzkach rumieńce. Coraz częściej eksperymentowała, a wstyd cofał się gdzieś głębiej. Nigdy jednak nie odważyła się nawet sugerować takiej rozwiązłości w dzień. Tylko głęboką nocą. Ostatnio miała przeważnie jednego widza. Młody chłopak. Słyszała, jak wyżebrał obraz od sąsiadki, w zamian obiecując drobne prace gospodarskie – wynosił śmieci, trzepał dywany, robił drobne zakupy. A kiedy w końcu staruszka zgodziła się, by wisiała w jego sypialni, pomalował jej całe mieszkanie. Ilekroć prosiła o pomoc przy hydraulice, czy elektryce domowej, naprawiał jej wszystko. Istna złota rączka. Staruszka była z niego dumna. Natka też, choć nigdy dotąd nie powiedziała mu tego. Miał na imię Paweł i prowadził dość ustatkowany żywot. Mieszkał sam, nikt go nie odwiedzał, za często nie wychodził z domu. Skończył jakieś technikum i poszedł do pracy, dającej mu stabilność ekonomiczną, pozwalającą utrzymać mieszkanie w mieście.


    Natalia nie wiedzieć kiedy złapała siebie na myśli, że wspomina go mówiąc „Mój Paweł”, a gdy frywolność połączona z romantycznym uniesieniem dopadła ją, przymierzała jego i swoje imię, zastanawiając się, czy dobrze wyglądałyby na wizytówce w drzwiach domu. Natalia i Paweł… Pięknie, prawda? Paweł patrzył na nią i nigdy nie odwrócił wzroku bez westchnięcia tak pełnego żalu, że serce się jej krajało. Chciała go przytulić, albo choć słówko szepnąć, że nie jest jej obojętny. Którejś nocy zobaczyła, jak płoną mu oczy. Leżał przykryty kołdrą i wpatrywał się w obraz, choć dookoła noc była czarna. A jednak widziała w tych oczach pragnienie. Jak? Skąd ma wiedzieć. Sama również patrzyła wstrzymując oddech. Znad kołdry wystawała u wyłącznie twarz, pościel unosiła się rytmicznie.


    - Jak dobrze, że jest tak ciemno pomyślała, gdy zrozumiała czego jest świadkiem, czując jednocześnie, jak jej podbrzusze budzi się i zaczyna kipieć. Gryzła wargi, by żaden dźwięk nie wydostał się z jej ust, ale nie utrzymała. Szczęśliwie Paweł krzyknął w tej samej chwili. Raz, ale to wystarczyło, by wydarty spod serca jęk ukrył się w nim doskonale. Patrzyła jak zasypia myśląc, jak bardzo chciałaby, aby takie chwile przeżywał z nią, natychmiast karcąc samą siebie - Natalka, zachowuj się!


    Wierciła się na tym swoim obrazie i usiedzieć nie mogła. Gdy Paweł na nią zerkał, rumieniła się coraz częściej. Jeszcze trochę i zostanie Indianką. On chyba nie zauważał, a w każdym razie nie komentował. Dobrze wychowany, bo raczej nie ślepy? Natalia szukała rozwiązania, które umożliwiłoby jej zejście z obrazu i dołączenie do Pawła. A gdy nie udawało się nic wymyślić, nazywała siebie bezmyślną suką, której w głowie tylko jedno i to pewnie zaburzało tok rozumowania, zasłaniając jakąś oczywistą dla chłodniejszych umysłów ścieżkę. Przetrząsnęła wszystkie zakamarki na obrazie, szukając drzwi, czy choćby szczeliny. Raz o mały włos Paweł zobaczyłby ją z wypiętą pupą, jak zagląda pod kanapę. Chyba spaliłaby się ze wstydu, ale zdążyła w ostatniej chwili zająć pozycję na niej.


    Eksperymentowała, szarpała się, knuła i poszukiwała ścieżek. Wytrwałym los pomaga od czasu do czasu, więc w końcu odkryła swoją szansę. Zorientowała się, że podczas nowiu wrażenia jej zmysłów są bardziej wyraziste. Dźwięki czystsze, pełniejsze, zapach pawłowej wody po goleniu przestaje być domysłem, stając się cieniutką niteczką aromatu. Nawet wiatr zdawał się delikatnie ocierać o łydki Natalki, jak piesek spragniony pieszczot i zauważenia. Nie mogła się już doczekać nowiu, by zweryfikować tę karkołomną teorię. Wreszcie nadszedł. W dzień osnowa dzieląca rzeczywistość od jej wnętrza była zbyt gruba, aby zdołała ją naruszyć, za to nocą… Wyśliznęła się z obrazu!


    - Udało się! - chciała krzyczeć pod samo niebo, ale widok śpiącego chłopaka trochę ją speszył – Pójdę się rozejrzeć i będę cichutko.


    Skąd jej taki pomysł przyszedł do główki, tego nie wiedziała, ale zdjęła buciki i na boso zaczęła zwiedzać mieszkanie – swoje, od jakiegoś czasu bezprawnie poczuła się gospodynią. Nie było duże, ale chłopak był porządnicki. Wszystko pochowane, poukładane, czyste. Lodówka nie zawierała za wiele, ale trudno było powiedzieć, że całkiem pusta. Trochę książek autorów, których nie znała, jakieś drobiazgi z przeszłości. Nic. Żadnego szaleństwa, czy wielkiej pasji. Zwykły chłopak. Przeciętny.


    - Ale mój – oburzyła się na własne spostrzeżenia – Mój, czyli niezwykły. I zabrał mnie od staruszki, która coraz rzadziej zauważała moją obecność w jej salonie – Właśnie! Ona przestała mnie widzieć. Czas był najwyższy, żebyśmy się rozstały! Mój Paweł mnie wyswobodził!


    Wróciła do sypialni, bo ileż można zwiedzać małe dwupokojowe mieszkanie. Natalię świerzbiły palce, by ściągnąć z Pawła kołdrę i zanim wychowanie zaprotestowało, już miała ją w rękach. Odłożyła buty na komodę i ostrożnie, wstrzymując oddech zdjęła pościel z Pawła. Spał nago. Podbrzusze Natalii zareagowało na zauważenie bardzo gwałtownie. Motyle? Jakie motyle? Kipiało w niej, jakby kto rozjuszył stado szerszeni! Pochyliła się nad śpiącym Pawłem, chcąc zaspokoić ciekawość. Pachniał ciepłem i spokojem. Jakiś niesforny kosmyk włosów spłynął jej z czoła i spadł na płeć. Samcza młodość reaguje bez udziału świadomości na dowolne bodźce, a delikatnej pieszczocie sen nie przeszkadzał. Paweł rósł „tam”, a Natalia niemal udusiła się z braku powietrza. Zapomniała jak się oddycha z wrażenia. Szczerze? Trochę ze strachu, że obudzi go pochylona nad jego męskością, jak sowicie opłacona kurtyzana. Ale jej ciało nie chciało już słów. Wsunęła dłonie pod sukienkę, zdjęła koronkowe majtki i uniosła brzegi stroju. Uklękła nad śpiącym i powoli usiadła. Aż zadrżała, gdy ją wypełnił. Nie wolno rosnąć bez końca, a ona sięgnęła właśnie granicy bólu. Ciało wiedziało lepiej, więc poddała mu się. Drobne ruchy biodrami potęgowały radość, która najwyraźniej była zakaźna, bo oblicze Pawła nabrało życia, a potem krzyknął. Raz, jak wtedy. Poczuła, jak podbrzusze, choć już wcześniej było pełne, przyjmuje w siebie wrzącą lawę. Uciekła. Porwała z komody pantofle i skryła się między ramy. Dopiero stamtąd, poprawiając fałdy sukienki obejrzała się na Pawła, ale on nadal spał.


    - Bezwstydnie nagi – pomyślała patrząc na to młode ciało i dopiero wtedy logika uświadomiła jej, że to jej wina, czy zasługa. Kołdra wciąż leżała na podłodze, a na skraju łóżka… koronki Natalii! - Zapomniałam zabrać!


    Szarpnęła się, by po nie wrócić, ale osnowa była na swoim miejscu. Trzymała mocno Natalię w ryzach więzienia.


    - Mogłam zostać, głupia! – krzyknęła, ale jego echa rozbiły się o ramy obrazu – Z moim Pawłem!


    Kwiaty w wazonie zdawały się kpić z niej:


    - Twój? A on o tym wie? W ogóle wie, że istniejesz? Zgwałciłaś chłopaka i jeszcze sobie rościsz jakieś prawa? Mogłaś chociaż zapytać.


    Natalię aż zatkało, ale uczciwość kazała jej schować się jak najgłębiej. Spomiędzy ud spłynęło coś łaskocząc nieznośnie. Przeciągnęła dłonią, która okleiła się czymś lepkim. Uniosła rękę i powąchała. Prócz aromatu własnego pożądania, które zdążyła poznać, poczuła coś jeszcze. Ładnie pachniało, lecz nie umiała tego zapachu porównać z niczym, co znała. Skosztowała, oblizując opuszki palców, zanim rozum przypomniał jej, z czym ma do czynienia. Smak był równie zaaferowany szukaniem porównań, jak węch i również nie znalazł odpowiednika. Za to język wysprzątał lepkość do czysta i bezczelnie dopominał się o dokładkę. Zerknęła na łóżko. Paweł właśnie się budził i przeżywał wszystkie możliwe stopnie zdumienia. Najpierw kołdrą leżącą na podłodze, później ciałem, najwyraźniej opróżnionym z nasienia, choć ślad po nim zaginął, a w końcu koronkową bielizną leżącą na skraju łóżka. Jego zmysły także nie pytały świadomości o pozwolenie, bo uniósł jej bieliznę i nosem usiłował wykryć właściciela… właścicielkę.


    - Ogar jeden! - pomyślała, choć uczucia w niej były ambiwalentne; złość zmieszana z czułością tak dokładnie, że żaden Kopciuszek nie zdołałby ich rozdzielić na odrębne kupki. - Mógłby być odrobinę dyskretniejszy, a nie zawstydzać mnie w biały dzień.


    Kiedy podniósł wzrok z niewysłowionym pytaniem, czy ów detal należy do Natki, poczuła, że na policzki wychodzi naga prawda. Spuściła oczy i modliła się, żeby przestał się gapić. Chociaż… To także było więcej niż przyjemne. Powstydzić się, znając pikantną prawdę. Pora chyba zastanowić się, co dalej. Ostrożnie pomacała wokół. Osnowa trzymała się twardo. Postanowiła za pamięci prowadzić notatki, aby ustalić kiedy i na jak długo otwiera się przed nią świat. Dziś, gdyby nie wstyd naprawdę zostałaby w świecie Pawła, a kto wie, co zrobiłby, budząc się obok kobiety z obrazu. Jeśli już, wypada dać mu szansę, a nie stawiać przed faktem dokonanym. Dlatego, w ramach pokuty zdecydowała się dobrowolnie nie opuszczać ram przez najbliższe sześć miesięcy, choćby osnowa otwierała się każdej nocy. No, nie przesadzajmy z ascezą – trzy miesiące to i tak okropna pokuta. Miękła, negocjowała z samą sobą, usiłowała wyżebrać skrócenie wyroku, zanim się ukonstytuował.


    - Trzy i ani dnia mniej! - łatwiej wygłosić, jak dotrzymać, ale spojrzała na Pawła i utwierdziła się w przekonaniu – Jest wart jej poświęcenia. Skoro zamierza go odwiedzić, następnym razem musi go obudzić, a nie wykorzystywać jak płatną…


    Naprawdę łatwiej było prowadzić notatki, niż dotrzymać słowa. Kiedy ponownie otworzyła się osnowa i ręka nie napotkała oporu… Boże! Jak bardzo chciała wejść Pawłowi w ciepłą pościel, pozwolić mu na wszystko, czego tylko zapragnie. Albo choć powtórzyć figle z poprzedniej wizyty. Pod brzuchem zakipiało od niespełnień. Pragnęła bardziej, niż sądziła. Istna ruja. A tam, w łóżku cichutko chrapał ktoś, z kim mogłaby pozbyć się nieznośnego napięcia ogarniającego ciało i umysł. Była zakochana na zabój. Umysł przekonywał ją, że nie wolno, że to nieładne, ale bose stopy już owiewał wiatr z uchylonego okna, a pupa na krawędzi ramy obrazu szykowała się do skoku.


    - Następnym razem zejdę za sześć miesięcy, ale teraz muszę. Jeszcze tylko raz… Może odzyskam bieliznę?


    Zeskoczyła, nie marnując czasu na zwiedzanie mieszkania sięgnęła po kołdrę, chichocąc bezgłośnie, jakby robiła psotę. Chwilę później dwa ciała mruczały pieśń miłości, ale tylko jedno miało skarlałą świadomość, jeśli można mówić o niej w trakcie uniesienia. Znów spletli się w krzyku spełnienia i znów uciekła, nie dbając o odzyskanie bielizny. Paweł najwyraźniej sen miał twardszy niż sezonowana dębina, bo Natka wylizała wszystkie paluszki i poprawiła się na kanapie, zanim się obudził i wzorem poprzedniego miesiąca stopniował zdumienie, by zerknąć pytająco na kobietę z obrazu. Jeszcze jej nie oskarżał, ale czuła się nieswojo. Wmawiała sobie, że poskromi żądze i da Pawłowi odetchnąć od własnych potrzeb, ale sama nie wierzyła w te zapewnienia. Osnowa była wystarczająco cienka przez zaledwie trzy doby w miesiącu księżycowym skupiając się wokół nowiu, gdy noce były najczarniejsze i potwory schodziły na świat. Bezszelestnie, jak Natalia…


    Zaciskała zęby, a przed kolejnym nowiem, przywiązała samą siebie do kanapy, nim zmierzch otulił świat. Ciało rwało do Pawła, ale zdołała przetrwać dwie noce. Trzeciej uległa żądzom i już zdejmowała pantofle, żeby stopy polizał jej wiatr, gdy spostrzegła, że Paweł nie śpi. Zesztywniała z wrażenia. Czekał na nią? Domyślił się jej niegodziwości i postanowił przyłapać? Za skarby świata teraz by nie zeszła. Trudno. Podnieta zgasła, a kolejnej nocy osnowa była już zbyt mocna by ją pokonać. Paweł? Gapił się na nią jakoś tak dziwnie, że podczas czwartego nowiu postanowiła skorzystać z jego lustra w przedpokoju. Z wprawą opuściła ramy obrazu i podreptała obejrzeć się. Dziwne, skacząc na podłogę, czuła, że coś jest nie tak. Wzdęło ją? Ale od czego? Lustro potwierdziło podejrzenie. Rósł jej brzuch. Wystraszona wróciła na kanapę z obrazu i zaczęła myśleć.


    - Takiej grubej, to na pewno już mnie nie zechce. Może powinnam się odchudzać? I ten jego wzrok. On już od jakiegoś czasu widzi, że tyję. Grubaska z obrazu. Zasmarkana od łez, które wypłynęły niepytane. Świnia. Mógłby chociaż udawać. Przytulić i powiedzieć, że kocha, albo uwielbia jej ciało. Wymienić kwiaty w wazonie, albo kupić jej jakiś drobiazg. Pierścionek zaręczynowy? Niechby chociaż taki z odpustu, za kilka groszy. Albo zaprosić na ciastko z kremem. Dwa! O tak, dwa byłyby lepsze niż jedno. Może nawet… Nie! Przecież i tak jest gruba. Lepiej na sałatę. Wgryzłaby się w nią jak gąsienica bielinka kapustnika, a on pochwaliłby wysiłki na drodze ku smukłemu ciału. Prawda, że by pochwalił? Pewnie, przecież nie jest świnią, tylko facetem. Nawet oni czasami pochwalą, choć nigdy nie przesadzają z wyznaniami. Ale teraz, to już nie zejdzie ani-ani. Póki nie schudnie.


    Tymczasem każdy kolejny miesiąc przyniósł dodatkowe krągłości. Bolały ją piersi, które też stały się nie dość, że znacznie większe, to jeszcze niezwykle czułe. I ten sterczący pępek, przestający mieścić się w sukience. Rozciąć ją, czy zdjąć? Paweł i tak gapił się, a malujące się w jego oczach uczucia splątane były bardziej niż bluszcze wspinające się po dębowych pniach. W uczuciach stała się niestabilna, od furii do płaczu bezsilności przechodząc niemal niezauważalnie. Paweł obserwował ją dużo ostrożniej, jakby ukradkiem, ale nic nie mówił. Gdy w końcu domyśliła się, zatkało ją całkiem. Była w ciąży!


    - No przecież! Zachciało ci się figli i teraz masz za swoje.


    - Mogłam być ostrożniejsza.


    - Mogłam? Nieprawda, nie mogłam, ale on mógł.


    - Co mogłam poradzić, że on… - rozpłakała się z bezsilności, bo przecież to nie grzech, że był młody, na dodatek nie miał świadomości, bo to ona sama…


    - I co z tego, że młody, że spał, ale mógł coś wymyślić. Przecież widziała jak sam się zadowalał. Mógł nie czekać na nią, tylko pozbyć się nasienia zanim przyszła.


    - A teraz co? Powiedzieć mu?


    - A uwierzy? Kłamczusze z obrazka?


    - Ja bym nie uwierzyła.


    - A ja tak. Przecież wie, że go kocham.


    - Nie kochasz, tylko wykorzystujesz!


    - A widziałaś, żeby protestował? Widziałaś, jak mu się gęba cieszyła, gdy wiałaś w objęcia obrazka?


    - Widziałam śpiącego chłopca, śniącego sen tak gorący, że musiał znaleźć ujście.


    - I co z tego? Znalazł mnie, to teraz niech poniesie konsekwencje.


    - A jak się wyprze? Ze wstydu się spalę, a nikomu się nie przyznam.


    - Trudno. Urodzi się, to jakoś wychowamy. Tylko jak zmieścimy się na obrazku? Zobacz, już teraz nasze ciało wygląda na wielkie, a do rozwiązania jeszcze daleko. Dziecko potrzebuje przestrzeni i powietrza. - potyczka z ukrytym w duszy alter ego kazała Natalii przejść na liczbę mnogą, gdy rzecz dotyczyła obu dyskutantek.


    - Będzie wąchać podczas nowiu. A potem będzie się uczyć, żeby nie urosnąć na głupola, jak ja.


    Dialog stawał się coraz bardziej abstrakcyjny, więc pozostał płacz, jako ostatnia deska ratunku. Może coś słodkiego? Coś w sam raz dla grubaski! Mijały tygodnie, zamieniając się w miesiące, obraz lekko protestował przeciw obciążaniu go dodatkową treścią, dobrze, że Paweł to fachowiec i powiesił obraz na solidnych wkrętach, bo inaczej spadłaby wraz z kanapą i kwiatami i obiła sobie tyłek. A może należało się jej? Wątpliwości rosły i całe ich hałdy zalegały na dalszych planach obrazu. Szczęśliwie nów nie obraził się na Natkę i pojawiał się regularnie, więc dopływ świeżego powietrza był. Paweł zaglądał codziennie, udając, że nie dzieje się nic złego. Ale poród przegapił. Wyszedł rano z domu, kiedy wrócił, na kanapie leżała Natalia wyczerpana porodem, a obok niej leżał pulchny bobasek kwilący i dopominający się pokarmu. Zaraz, zaraz – nie jeden, a dwa bobasy; drugi właśnie przyssał się do piersi i świata nie widział poza sutkiem.


    Natka kiedy już zdołała oderwać zmęczony wzrok od parki noworodków dostrzegła Pawła. Stał z otwartą gębą, dłońmi wsparty na ramie i gapił się z bliska. Dobrze, że zakryła srom, bo pomyślałaby, że jest zboczeńcem. Ale on gapił się na pisklęta i na twarz Natalii. Mówił coś, ale była zbyt zmęczona, żeby słuchać. Przymknęła oczy. Nie miała pojęcia, ile czasu spała, ale gdy się obudziła, narybek zachłystywał się od płaczu. Byli głodni. Podsunęła obu po piersi. Dziąsełka mieli nieuzbrojone, ale i tak błyskawicznie zmiażdżyli jej sutki. Płakała bezgłośnie, lecz ból istnienia równoważyła miłość. Kiedy już opchali się po pępek położyła ich na kanapie, a sama poczuła, że przydałoby się wykąpać. Czując odrobinę powietrza, odwróciła wzrok za obraz.


    - To już? Kolejny nów? – zdumiała się, ale widok twarzy Pawła przy samej osnowie zaskoczył ją jeszcze mocniej.


    - Paweł? - zapytała szeptem, żeby nie zbudzić dzieci.


    - Znasz mnie - najwyraźniej on miał już za sobą szok związany z tym, że zawartość obrazu ożyła. - Czy to…


    - Tak – Natka domyśliła się o co chciał zapytać, a choć było jej wstyd, nie mogła dłużej oszukiwać – Twoje. A raczej moje. Wykorzystałam cię, a potem bałam się przyznać. Wybaczysz mi kiedyś?


    - Możesz stąd wyjść? - zapytał, zupełnie nie na temat.


    - Dzisiaj tak, ale nie na długo. Wiesz… muszę się opiekować dziećmi.


    Wyciągnął rękę, żeby jej pomóc i powiedział:


    - Weź ich z sobą, po co mają się męczyć na sofie?


    Potem było jak we śnie. Paweł pomógł jej ułożyć dzieci na łóżku, ją na rękach też przeniósł. Z łazienki zabrał gąbkę i miskę z ciepłą wodą. Gdy odpoczywała, umył ją delikatnie, choć usiłowała protestować, trzymając rąbek sukienki przyciśnięty blisko kolan.


    - No wiesz… - łagodnie ją skarcił – Widziałaś mnie nago, więc może czas na rewanż? Zresztą, sama nie dasz rady się umyć, a i dzieciom odrobina ciepłej wody się przyda. Zasnęła, pozwalając Pawłowi na wszystko. Kiedy się obudziła, trzymał jedno dziecko na rękach, kołysząc je, by nie darło się w niebogłosy. Drugie właśnie otwierało oczy i dołączyło do chóru. Dzień w Pawła łóżku skończył nie podejrzanie szybko, noc nadciągała, a po niej…


    - Wiesz – pogłaskała Pawła po policzku – Musimy wracać. Rano osnowa się zamknie na cztery tygodnie. A po nich, znów możemy cię odwiedzić. Jeśli chcesz.


    - A musicie iść? - niby proste pytanie, ale Natalii jakoś nie przyszło do głowy – Co się stanie, jak zostaniecie? Obraz wisiał i zostanie tam. Chyba. A, że pusty? To już jego problem.


    - Naprawdę? - Natalia nie dowierzała – Możemy zostać? Wszyscy?


    - Jeśli tylko chcesz. Chcecie.

niedziela, 19 kwietnia 2026

Zapomniane sny.


    Miło mi więc taplam się jak dzik w borowinach (nie cierpię na reumatyzm). Znienacka okazało się, że w nieprzebranych zasobach sieciowych ktoś dostrzegł moje twórcze wysiłki - o tam:



    A ja jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa i mam nadzieję w "o tam" zaistnieć w ramach bieżącego konkursu literackiego na obu zaanonsowanych dystansach.

Rzekła rzeka do rzecznika, żeby rzeczy orzeczenie pożyczył.

 

Z prasówki:

    Uchodźca gwałcił kobietę przez sen – znaczy śniło mu się że gwałcił, czy spał i gwałcił kobietę? Bez względu na skutki – musi siedzieć, aż mu nie przejdzie, albo o jeden dzień dłużej.


    Zamiast deszczu spadają płatki z mirabelek, śliw wiśniowych i magnolii – te ostatnie, to spadają jak nietrafiony list miłosny podarty na strzępy przez obdarowaną istotę. Dzieciaczki na „wycieczce” z przedszkola na plac zabaw (to wyprawa z grubsza na niecałe sto metrów, ale wystarczająca, żeby zmienić tło dziecięcych zabaw) ozdobiły wnętrze między budynkami. Wiem, to pozostałość minionego tygodnia, bo przecież niedzisiejsza zabawa, ale podwórko pomalowane jest kolorową kredą i takie odświętne, inne, zmienione ręką potrafiącą zmieniać wszystko, nie znającą ograniczeń i niemożliwości tak chętnie goszczących w świecie dorosłych. Niebo pomarszczone straszy niepogodą, a prognozy straszą wichurą.

środa, 15 kwietnia 2026

Liszka z pliszką w Szypliszkach.

 

    Znad placu zabaw unoszą się całe szwadrony baniek mydlanych. Bezzałogowo atakują balkony i dachy, jednak sposób selekcji jest trudny do zauważenia. Wiadomo. Wiatr w ograniczonej przestrzeni kręci i ma swoje humory. Sroki nie dają się nabrać na mydlany połysk i robią to, co sroki porabiają popołudniami w słoneczne dni. Pisklęta huśtane wahadłowym ruchem ćwiczą powstrzymywanie odruchów wymiotnych. A kiedy się znudzi przekopują górę piachu, którą już przekopali wczoraj i przedwczoraj. Trudno przypuszczać, że jakieś skarby się kryją pod nim, gdy niestrudzone zastępy forują tę ruchomą wydmę. Psowaci prowadzają swoje utrapienia na niespieszne okrążenie osiedla drogą znaną do obłędu – trzy razy na dobę to samo kółko – zmieniliby choć kierunek ruchu, bo przecież to nie jednokierunkowe osiedle. A i na koniec świata – za tory iść można, gdzie już zapewne ziarnopłon i fiołki, samosiejki mirabeli i głogów zawodzą aromatem pełnym słodyczy i zderzyć się można z sąsiadem dawno niewidzianym, albo sąsiadką wiecznie zakrzyczaną przez czworonoga. Tylko komu się chce? Na osiedlu rozmaitość świergotliwa dokazuje, gdy tylko szpaki przestaną gwizdać, a wrony rechotać. Po niedawnych świętach szyby w oknach wciąż błyszczą więc słońce atakuje zajączkami, szukając kogoś, kogo ruszy i zgodzi się wyjść naprzeciw.


wtorek, 14 kwietnia 2026

Szerszy szerszeń.

 

    Gość był rozbudowany w udach do tego stopnia, że idąc obawiał się o prywatną elektrownię jądrową i rozstawiał nogi naprawdę szeroko, niczym bosman w czasie sztormu, żeby pokład spod stóp mu nie umknął. Patrzę na tramwajowe szyny, a one wyglądają niewinnie i gładko. Jak to jest, że w tramwaju trzęsie, jakby jechał po muldach? W galerii handlowej dostrzegam wysokopienną dziewczynę chronioną wytatuowaną nad biustem ważką. Ciągnie wielką walizę, ale wzrokiem penetruje sklepowe zakamarki wypatrując okazji. Do Tostorii wpada gość i usiłuje wręczyć obsługującej klientów kobiecie sto złotych – na posiłki dla biednych. Pani się broni, on wyznaje swoje uczucia i deklaruje, że idzie po kwiaty dla niej, tylko najpierw musi się napić wody spod ogórków, bo do czwartej rano bawił się w konsulacie.


    Wracając trafiam na chłopaka z poszetką w kolorze krawata i lakierkach, w których można się przejrzeć. Był tak piękny, że w autobusie zerkały na niego niewiasty w każdym wieku. Nawet te żujące bezmyślnie gumę. Chłopak studiował coś, co wyglądało na scenariusz sztuki i kto wie, czy dopiero nie uczył się roli amanta. Pośród mijających mnie tablic rejestracyjnych dostrzegam obok imion D0 AZJI – dostawczak sieci restauracji z azjatyckim menu – sensownie. O autobusowe szyby rozbijają się krople-samotnice, które ciężko nazwać deszczem, ale popołudnie dopiero czeka na wychodzących z pracy tubylców, więc pewnie to tylko rekonesans.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Kaszmirowy koszmar.

 

    Pierwszy raz widziałem, jak motorniczy podszedł do gościa objuczonego psami i kazał mu założyć zwierzętom kagańce, albo wyjść z tramwaju. Gość wychodząc „na spacer” z dwoma lisami oczywiście nie miał, więc wysiadł. Nie jestem wrogiem zwierząt, ale ludzi, którzy usiłują obarczyć swoją pasją innych. Naprawdę? Wycieczka tramwajem dla psa? Nawet ja, kompletny laik widzę, że im to nie służy. Podobnie jak stanie w kolejce po bułki, czy sprzęt RTV. Kozacze stada prowadzą gawędy głośno, bezwstydnie i tylko czekają, żeby się zmierzyć z kimś, kto nie dysponuje przewagą liczebną. Buta niemierzalna. Ech!


    Pani, globalnie miękka zbiegała schodami z wiaduktu SINUSOIDĄ! Ten element miała dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, gdyż po zstąpieniu z najniższego schodka bez cienia nieciągłości funkcji kontynuowała bieg w poziomie. Za to na wiadukcie trafiam panią, której czas przemalował włosy na ciemny popiel. Kobieta idzie z przymrużonymi oczyma. Czy spoza owych szparek cokolwiek widzi, tego pewien nie jestem, ale idzie na tyle pewnie, że żadnego wsparcia nie potrzebuje.


    Idę, bo pogoda, bo czas pozwala, bo mogę i chcę. Idę. Idę i myślę, a moje myśli jakoś tak mało wiosenne. Bo moje Miasto mnie nienawidzi. Nie wiem za co, ani dlaczego. Ale tak jest. Moje chodniki, po których dreptam od lat zamienia w ścieżki rowerowe, spychając mnie na peryferia. Wielojezdniowe ulice z torowiskami w środku dzieli sygnalizacją świetlną na absurdalne interwały, nie dające mi płynnie przejść jednej ulicy. Najwyraźniej płynność zarezerwowana jest dla pojazdów. Nie dla mnie. Bo kto to widział trafić dwie jezdnie z torowiskiem w środku i tylko przez nie dałoby się przejść nie łamiąc umowy społecznej? Albo skrzyżowanie, które usiłuję przebiec, żeby zdążyć na „zieloną falę” – bezskutecznie. W pół drogi na wysepce czerwień świateł wstrzymuje mnie na dwie, może trzy minuty. Wysiadam z komunikacji zbiorowej przed marketem budowlanym i co? Współczesna „inżynieria” dyplomowana, utytłana, obsobaczona medalami i Bóg wie czym – ZAPOMNIAŁA O CHODNIKU! Do marketu można wyłącznie dojechać! Dlaczego? Bo w bagażniku mieści się więcej zakupów, niż w plecaku piechura. Koszmar! Zasapałem się, więc z trudną do ukrycia satysfakcją przeczytałem na przystanku informację z elektronicznej tablicy: JAKOŚĆ POWIETRZA DOBRA – od razu mi lżej i głębiej zaciągam się tym, co mi oferuje Miasto! Może nie jest takie złe, skoro powietrze, mimo zagęszczenia ruchu i trudności paliwowych wciąż można określić, jako jakościowo dobre?

Podglądacz.

 

    Klatka schodowa wciąż pamięta twój zapach. Przechowuje go, jak skarb. W dawno już nie mytym oknie dopiero rozwiewa się twój kontur, schodzący z wraz moim po schodach. Wciąż jesteśmy uśmiechnięci, pamiętający spazmy gorączki przedświtu, gdy zaczęłaś śpiewać wcześniej niż osiedlowe kosy, a ja gasiłem krzyk gryząc poduszkę. A teraz wracam do domu, niosąc dla ciebie bułkę pachnącą ciepłem i delikatnością. Światło na korytarzu gaśnie, zawstydzone, gdy wącham swoje dłonie pamiętające pikanterię kształtu, który wymknął się z uśmiechem, pobłażliwie karcąc moje nienasycenie. Korytarz wie, bo podglądał nas przez wizjer, nie przejmując się zupełnie własną bezczelnością. Kpi, że został wspólnikiem w grzechu.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Święta świętych.

 

    Osiedlowe kosy przyglądają mi się, jakby sprawdzały, czy jestem koneserem ich porannych koncertów. Chyba zdałem egzamin, bo odprowadzały mnie zupełnie bez lęku, czy wstrętu. Dziewczę o podrasowanych brwiach sprawdzało niedzielny rozkład jazdy, dzięki czemu nie musiałem nadwyrężać wzroku. Na wysokości niegdysiejszego wysypiska śmieci dostrzegam pustułkę przyczajona na latarni. Wpatrywała się w nieużytek, z nadzieją na ciepły obiad. Na skwerach część drzew okryła się już młodą zielenią, reszta wciąż śpi a może całkiem umarła.


    W tramwaju aż tłoczno od medycznych gawęd. Z jednej strony gość poszukuje zasadności rejestracji do neurologa z terminem cztery lata, z drugiej pani cieszy się, że rejestracja na marzec 2027, to dobra wiadomość, bo zabieg niezbyt ciężki i nie za drogi, więc jakby co, to kasa w dłoń i prywatna usługa niemal od ręki. Podziwiam szmaragdowe łono zdobiące róg ulicy. Pani zaaferowana gawędą, machinalnie potrząsa wózkiem, żeby krzyk z wewnątrz nie eskalował nadmiernie i nie zaburzył smoltoku.

piątek, 10 kwietnia 2026

Jęczy zajęta jętka, że woli dowolną wolność.

 

Zuchwale wsiadam w nie swój autobus. A co! Ku zdumieniu Szlachcianki Z Zaścianka i Nowego Karampuka, wsiadam i jadę. Poranek najwyraźniej mniej obrósł rutyną, coś mnie niepokoi, więc wsiadam w „pierwszy wolny”, żeby nie marznąć pośrodku niczego. Szlachcianka intensywnie pachnie mydłem, tłumiąc wszelkie zapachy otoczenia. Na jednym z przystanków mijam piękną Golemicę, dziś bez swojego Golema, za to zajętą konwersacją telefoniczną, pozwalającą jej zignorować autobus, kwitnące we wszystkich wymyślonych kolorach tulipany zasiedlające trawnik jak szarańcza.


Czekam na krzyżówce, a Nóżka, stojący naprzeciw jak wyrzut sumienia, obnaża moją czasową porażkę. Tym bardziej, że kiedy w końcu objawia się „zielone”, przez pasy przejeżdża tramwaj, blokując przejście, a za nim nadciąga autobus, również mający apetyt na kolejną blokadę. Zgroza! Wielkoformatowe pojazdy komunikacji zbiorowej uniemożliwiają skorzystanie z praw piechocie. Wreszcie ruszam, a przede mną, szerokim chodnikiem kroczy gość rozbudowany cieleśnie, na dodatek z aspiracjami, by zająć całą szerokość chodnika. Idzie sinusoidą. Pewnie pijany. Kiedy trafiam w przeciwfazę, wyprzedam, zerkając z niemaskowaną ciekawością. Chłop wędruje z zamkniętymi oczyma! Ja rozumiem, że widok nie nastraja, ale żeby aż tak? Może mu w oczy zimno?


Za dwieście trzynaście, dziewięćdziesiąt bezpłatna gazetka zaprasza mnie na „immersyjne doświadczenia audiowizualne”. Nie wiem, czy chcę. Trochę się boję. Może poczekam, aż ktoś opowie co to było. Najwyraźniej worek ze złośliwością mi się otworzył, bo z radio dobiegła mnie idea reklamowa jakiegoś samochodu – „poszerzamy strefę komfortu”. Jeszcze nie skończyli się chwalić, a ja już miałem w głowie, że dzięki temu zabiegowi nawet zdychać można będzie komfortowo, jeśli poszerzona definicja będzie wystarczająco mocno rozciągnięta.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Misterne misterium.

 

Budzące się po zimie klony gęsto obsypały się kolorem nieco tylko ustępującym kwitnącym forsycjom i udają zmutowane krzewy. W resztkach przyrody na osiedlu ćwierka coś, co jeszcze wczoraj nie ćwierkało, a rozmaitość z dnia na dzień rośnie. Wędkarze wysiadują brzegi Rzeki, kompletnie ignorowani przez Emerytowanego Dżokeja rwącego do roboty w tempie kłusaka na derbach.


W tablicach rejestracyjnych zarejestrowałem V0 BOBR – a niech tam, czemu nie! Za to reklama naklejona na autobus zdumiała mnie do cna. Ni mniej, ni więcej oferowała e-book z zakresu sortowania śmieci. Normalnie doktorat z wywalania odpadków. Dotąd myślałem, że gospodarka odpadami, to zajęcie dla zawodowców, którzy wiedzą i potrafią. Tymczasem prasówka, którą rutynowo popełniam niemal co dnia sugeruje, że jestem głupi i nie wiem, do jakiego kubełka mam wrzucić to czy tamto. A skoro tak, to ebukiem we mnie! Niech się szkolę, żeby zawodowcy już nie musieli. Im w końcu płacą za to żeby wiedzieć, a ja muszę nie tylko wiedzieć, ale i im zapłacić. Trochę to dziwne. A skoro już grzebię się w śmieciach. Wodociągi i kanalizacja też się skarżą, że do porcelanki domowej trafia coś więcej jak balasy i jest kłopot, szczególnie, gdy trafiają rzeczy pływające wierzchem, bo zakład radzi sobie ze ściekami głębinowymi, a z powierzchniowymi już nie bardzo. I strasznie martwi ich tłuszcz, bo zakleja rurociągi. Więc jak kupka, to dietetyczna, najlepiej obciążona czymś, żeby nie próbowała stylu motylkowego.

środa, 8 kwietnia 2026

Gdy len da tlen, żelazne żelazko lenia utleni.

 

Słońce ściga się z tramwajem skacząc z okna w okno jak zajączek. Nie gardzi kościelnymi witrażami pełnymi groźnych świętych i wielkimi witrynami uniwersytetu. Niechby i Rzeka – też wystarczy, by pograć w berka i zajrzeć w oczy pasażerom z niesłyszalnym „a kuku!”. W sklepiku z magią gipsowe króliczki stojące na dwóch łapach zerkają z dumą na przechodniów, płeć ukrywając pod sukienkami. Pan zagaduje na śmierć koleżankę z pracy, więc nie wiem, czy tak ją lubi, czy aż tak nie.


Nóżka z nieodłącznym papierosem zaistniał tam, gdzie się go spodziewałem – między salonami sukien ślubnych, czyli czas, Nóżka i ja zachowujemy się statecznie, jak dorośli. Odpowiedzialnie, profesjonalnie i z szacunkiem dla otoczenia. Za to koło śmietnika ktoś narżnął kupę, podcierając się znalezionymi (zapewne w niebieskim pojemniku) papierami, co już nie wygląda na profesjonalizm, czy szacunek, choć zuchwałością jest domniemywać opinię otoczenia. Podwórkowy kasztanowiec nie wiedzieć kiedy się zazielenił, ozdabiając ceglaną elewację mchem tak sugestywnie, że niemal w ten mech uwierzyłem. W końcu ścianę tę postawiono ponad sto lat temu i swobodnie zdążyłby wyrosnąć, choćby musiał sam siebie wymyślić. Za to wróbla rodzina nic nie udaje i zaraża radością istnienia.

wtorek, 7 kwietnia 2026

Organizacja ogromnego orgazmu organicznych organów.

 

Szpaki gwiżdżą na wszystko. Arogancko. Kwitnące mirabele jakieś takie skupione, zwarte, jakby chowały się przed chłodem poranka, choć pewnie to efekt wiosennych postrzyżyn. Przypadek jadącej autobusem pani ostrzyżonej na wysokiego jeża o zafarbowanych na blond końcówkach pięknie wpisuje się w konwencję wiosennej pielęgnacji odrostów.


Emerytowany Dżokej gna nadając marszowi rytm zamaszystymi ruchami ramion z dłońmi schowanymi w rękawy kurtki. Mija Rzekę najwyraźniej zmarznięty. Za to Rzeka leniwa. Bez pośpiechu toczy wody i z turystycznym zacięciem obserwuje nabrzeża i ludzkie mrowisko pchane im tylko znanymi imperatywami do krążenia we wszystkich możliwych kierunkach. Ruchy Browna? Piękna pani zachwyca ilością zgromadzonych w sobie zapasów na czarną godzinę. Jeżeli można się spieszyć z godnością – właśnie to czyni. Na hulajnodze. Nieopodal kubłów na śmieci ktoś dokarmia szczury. Puste dziś opakowanie po pasztecie świadczy, że zwierzakom smakowało.


Nie wiedzieć czemu znienacka zacząłem współczuć kurom. Wyobraziłem sobie, jak odpoczywają po szczycie sezonu, kiedy musiały uporać się ze wzmożonym zainteresowaniem na ich produkty i teraz, nieco oklapłe, z parującymi z wysiłku łebkami (i nie tylko) siedzą na grzędach, wyglądając jak schnące ścierki. Brrr! Czyżby to wpływ działań prewencyjnych? Bo ja, nieśmiało się przyznam, że odkurzyłem odkurzacz.


    Dzień najwyraźniej usiłował. Usiłował mnie pochwycić, zatopić w poczuciu, że plany sobie, a życie tylko czeka na niespodzianki, jak niespełniona kochanka na drobne „wyrazy”. Aby mnie sprawdzić, zesłał mi wieści od kuriera, który raczył był obciążyć moją wycieraczkę paczką, która nie zmieściła się w paczkomacie – skandal? Kto produkuje takie małe paczkomaty? W trosce o zdrowie wycieraczki postanowiłem rozstać się z rutyną i uderzyłem. Znaczy zawinąłem w miejscu i ruszyłem z odsieczą. Szczęśliwie nie musiałem na Wiedeń, więc opowieść nie skończy się trylogią. Za to po drodze – kawka z mleczkiem! A tak konkretniej, to pani którą obarczyłem pochodzeniem japońsko-afrykańskim. Choć lokalizacje nie posiadają części wspólnej, to jednak ludzie sobie jakoś poradzili. Dysonans pogłębiony był spostrzeżeniem, że pani miała twarz starszą od dłoni. Ale – co ja mogę wiedzieć o Japonkach z afrykańskimi korzeniami!


    W autobusie trafia mi się mamusia przewożąca jednoosobową bryką pisklę. Z nabytej ostrożności pani usiłuje kupić bilet w kasowniku dotykając panela za pośrednictwem paragonu. Ciekawskim zdradzę, że się nie udało, ale czemu, to już nie zdradzę, bo nie wiem. Za to wiem, że przysiadł się do mnie dobrze wyrośnięty, sporo już rosnący pan strojny wierzchem w siwiznę, który pachniał zielem angielskim. Że banalne? Że mięsko lubi pójść w mezalians z przyprawą? A kto spotkał w mięsku na żywo? Nie w rosole, czy gulaszu? Za chwilę mijanka z autobusem nie stamtąd tam, tylko odwrotnie, a w nim smutna dziewczyna wpatrzona w podwójną ciągłą. Ja? Ja wolałem wpatrywać się w drobniuteńką kępkę niezapominajek, którym odmówiłem prawa do bycia przetacznikiem. Może przeszarżowałem, ale z braku dowodów winy...

Ekstrakt pełen wątpliwości teologicznych.

 

A jeśli Bóg jest takim samorodkiem, co sprawiło, że sam siebie urodził właśnie wtedy, że nie później, czy wcześniej? Nudził się w gdzieś-tam i w końcu nie wytrzymał? I co będzie, kiedy znudzi mu się tutaj?

niedziela, 5 kwietnia 2026

Z dedykacją dla P.Anny.

 

Zamówiona miłość.

- Pora wracać. Do mamy i taty. Do domu. – smakowałem te słowa, do których nie miałem czasu się przyzwyczaić - A może kupię płótno i namaluję jeszcze jeden, a jak Bóg pozwoli… Rozprawię się ze starością. Jeszcze tylko chwilę posiedzę i odpocznę. Posłucham, jak ptaki śpiewają.


Przede mną piętrzył się stożek ziemi, a w dziurze obok dopalało się płótno wraz z ramą. Choć został niemal sam popiół, śmierdziało okropnie. Miałem świadomość, że sprawa wymaga staranności, że muszę dopilnować, by żaden ślad po nim nie został. Plecami opierałem się o młode drzewo, czekając aż ogień pożre do końca moje dzieło. To było szaleństwo. Trwające zaledwie trzy dni, a jakbym całe życie strawił. Przymknąłem oczy, żeby lepiej widzieć i zapamiętać, bo przecież nie wolno zapomnieć.


Starszy człowiek podszedł do mnie, gdy rozstawiałem sztalugi w rynku. Zwyczajny dzień, może ciut biedniejszy od innych, bo bez śniadania wygnało mnie na ulicę. Ostatnim papierosem zagłuszyłem głód, gdy podszedł i jąkając się poprosił, żebym namalował jego żonę. W domu, a dokładniej – w łóżku. Nie wyglądał na bogacza, ale trafił mnie w takiej chwili, że nie mogłem grymasić. Byłem gotów malować za miskę ryżu. Zwinąłem swoje rzeczy i poszliśmy. Nawet niedaleko. Wchodziliśmy na drugie piętro starej kamienicy, gdy chwycił mnie mocno za rękę.


- Ona jest chora – szepnął rozglądając się, jak jakiś konspirator – lekarz, co zagląda do nas każdego dnia mówił, że to długo nie potrwa. Proszę jej nic nie mówić. I spieszyć się trzeba, bo…


Rozpłakał się. Musiał ją kochać do szaleństwa. Zobaczyłem jak bardzo się postarzał od samego wyznania. Przed nią mógł, a może musiał udawać dzielnego, przy mnie rozkleił się zupełnie.


- Będę się spieszył – obiecałem, delikatnie poklepując go po wierzchu dłoni ściskającej poręcz – I nie zdradzę jej tajemnicy. Obiecuję.


Gdy weszliśmy do domu, z jego policzków łzy znikły, pojawił się uśmiech i popłynęły słowa banalne o pogodzie, zakupach, o mnie. Mieszkanie było niewielkie, lecz każdy kto poznał smród starości, nawet tej najlepiej zadbanej, dodał do nich szpitalny fetor, nie mógł się pomylić. Dom przygotowany był na rychłą wizytę Kosiarza. Staruszek schował się w kuchni, żeby zaparzyć herbatę, czy kawę. Nie wiem, bo gapiłem się na jego żonę. Leżała w łóżku, przykryta po szyję, ale twarz miała niemal przeźroczystą. Znienacka otworzyła oczy i patrzyła na mnie, jak mi się zdało z kpiną.


- Mój głuptas pana ściągnął. Zawsze robi coś szalonego. Ale kocham go od zawsze i już wtedy był niemądry. Co teraz wymyślił?


- Chce, żebym panią namalował.


- Zanim umrę? Oczywiście. Proszę się nie krępować, nigdzie nie ucieknę, bo sił mi zupełnie brakuje. Na pewno już pan podejrzewa, ale żeby było jasne, to powiem głośno. Wiem, że już z tego łóżka nie wstanę, a te jego sztuczne uśmieszki może wystarczyłyby pięćdziesiąt lat temu. Teraz słyszę jak płacze, nawet kiedy śpię. Chce mieć obraz? Niech ma. Proszę mnie malować, ale jeśli zamierza pan skończyć, to polecam pośpiech. I proszę zawołać mojego głupiego pana, a sam niech pan skorzysta z łazienki, a potem napije się czegoś ciepłego. Ja najpierw muszę się z nim rozmówić.


Wracałem z kuchni ze szklanką, w której zostało więcej fusów, niż wody. Zastałem widok, który mnie oszołomił. Aż się zakrztusiłem. Staruszek zdjął z żony kołdrę i właśnie ściągał jej przez głowę nocną koszulę.


- Namaluje mnie pan nago – uśmiechnęła się – To chyba nie problem?


- Nnnie – na więcej nie było mnie stać.


- To dobrze. Jeśli obrazek ma być pamiątką, nie chcę, żeby pamiętał starą, poplamioną pościel, czy moje niemodne koronki. Tak będzie uczciwie.


Jej ciało było pomarszczone, jak jabłko zbyt długo trzymane w kopcu. Mnóstwo zmarszczek, drobnych plam, pieprzyków, blizn. Skóra równie porcelanowa jak na twarzy, a jedynym żywszym akcentem kolorystycznym były paznokcie pomalowane na różowo z wyraźnym brakiem wprawy. Żadne z nich tego nie dostrzegało, ale ja? Wyczulony na barwy od razu domyśliłem się, że to pierwsze dzieło w życiu staruszka. Wzrokiem prześliznąłem się przez to umierające ciało i zatrzymałem się w jej oczach. Niebieskich, bladziuchnych, jakby i z nich życie także uciekało.


- Jeśli coś jest nie tak – zaczęła staruszka i wcale nie była zawstydzona – to przepraszam. Już się nie zmienię. Jeśli mój głuptas chce mnie oglądać, to dostanie mnie właśnie taką, jaką zna. Może brzydką, może za grubą, czy za chudą, ale jego. Od samego początku wiedziałam, że będę go kochać do śmierci. I że on mnie. Nigdy nie musiałam specjalnie się stroić, malować, udawać. Zawsze była między nami prawda. Dlatego też ani razu nie zafarbowałam włosów. Gdyby zapragnął wystrzygłabym dla niego futerko, ale nie chciał. Więc teraz siwa jestem i tam. Wiem, że pan widział. Wczoraj poprosiłam, żeby mi pomalował paznokcie. Pierwszy raz w życiu. Nie wyszło najlepiej?


- Jest w porządku – speszyłem się jej szczerością – rzadko się trafia tak naturalna modelka.


Jeszcze raz prześliznąłem się wzrokiem przez jej sylwetkę. W młodości musiała być pięknością. Ciało proporcjonalne, o wyraźnie zaznaczonych biodrach i talii; piersi, obecnie wyschnięte kiedyś były pełne. Mimo, że choroba wygryzała z niej siły, twarz miała pełną dobroci i humoru. Jeśli udawała, to znacznie lepiej od niego.


- Proszę patrzeć – szepnęła – musi pan, żeby obraz nie był przekłamany. Mój głuptas jest zazdrosny, ale przecież sam pana sprowadził, niech więc trochę pocierpi. Może jakoś zdołam mu wynagrodzić poświęcenie.


Kobiety mają szósty zmysł, albo są tak zbudowane, żeby mężczyznę najpierw nakarmić, a dopiero potem zająć się resztą. Wysłała staruszka do kuchni, żeby przygotował mi jakąś kanapkę, a sama kiwnęła na mnie palcem. Pochyliłem się ku niej. Pachniała słodkimi perfumami.


- Jeśli spróbuje pan choć jedną zmarszczkę pominąć, to wstanę z grobu i skórę panu wygarbuję. Więc nawet nie próbuj oszukiwać starych ludzi. Obiecaj mi to, zanim wróci, bo nie pozwolę ci malować.


Kiedy kiwnąłem głową uspokoiła się i zamknęła oczy. Całe zamieszanie wokół musiało ją mocno zmęczyć. Rozstawiałem sztalugi, szukając lepszego oświetlenia. Bałem się otwierać okno, ale firany bezceremonialnie zsunąłem na bok. Otworzyła oczy, gdy przesuwałem jej łóżko, by cień nie okrywał jej sylwetki. Nim starszy pan wrócił, byłem już gotowy. Bez słowa podał mi talerzyk z kanapką, drugą szklankę herbaty, podszedł do żony, pogłaskał po włosach i z troską zapytał, czy da radę. Kiedy przytaknęła, wrócił na fotel i patrzył na mnie, jakbym okradał go z czasu. Przeprosiłem wzrokiem, niemal połknąłem kanapkę i zacząłem malować.


Ledwie zdążyłem naszkicować tło, ostry dzwonek do drzwi przerwał pracę. Staruszek poderwał się, okrył żonę kołdrą i wyprosił mnie do kuchni, szepcząc, żebym zaparzył sobie kawy, bo lekarz na wizytę przyszedł, ale za kwadrans sobie pójdzie i bez przeszkód będziemy kontynuować. Choć to nieprawdopodobne, jąkał się i rumienił, jak nastolatek przyłapany na autoerotycznym akcie. Wtedy jeszcze traktowałem rzecz z zawodowym dystansem, więc skorzystałem z okazji i w okamgnieniu siedziałem przy kubku parującej kawy. Dobiegały mnie odgłosy pełne niepokoju i medycznych terminów, a kiedy lekarz wyszedł staruszek klęczał przy łóżku z mokrymi oczami, a żona tuliła go do siebie, jakby to jemu śmierć w oczy zaglądała.


- Chciałeś mieć obraz – patrząc na mnie szepnęła mu do ucha – to pozwól panu malować. Nie umiem uzasadnić, ale wiem, że znalazłeś znakomitego malarza i nie będziemy żałowali twojego szaleństwa. No, już, przestań się mazać. Twoja żona nie może się doczekać, żebyś jeszcze raz zobaczył ją nago!


Starszy pan podniósł się z kolan, ostrożnie ściągnął kołdrę, poprawił poduszkę i poczłapał ciężko na fotel stojący obok sztalug. Teraz patrzyliśmy na kobietę we dwóch. Godziny mijały, z płótna zaczął wyłaniać się obraz. Na razie nieostry, pełen plam wymagających szlifu, ale płótno nie straszyło już surowością. Staruszek pochrapywał, kobieta miała zamknięte oczy. Cierpiała, jednak nie poskarżyła się ani słowem. Obudzona głośniejszym spazmem męża otworzyła oczy i zarządziła przerwę.


- Pan na pewno musi odpocząć, a i nam się przyda. Sądzę, że dopóki pan nie skończy, powinien spać u nas, żeby nie marnować czasu, którego akurat nie mamy za wiele. Dlatego mąż przygotuje panu łóżko w sąsiednim pokoju, a my zmieścimy się tutaj. Dobrze?


Nie znalazłem sensownej wymówki, więc się zgodziłem. Skąd wiedziała, że nie bardzo mam dokąd wracać, to pozostanie jej tajemnicą. Byłem przekonany, że równie łatwo zorientowała się, że jestem sierotą, ale przecież nie zamierzałem się chwalić, że rodzice zostawili mnie w oknie życia. Po szybkim prysznicu, pomidorowej, którą staruszek ugotował na cały tydzień chyba, zostałem zaprowadzony do małego pokoiku. Przez drzwi słyszałem jeszcze jak po cichutku rozmawiają, ale oczy zamknęły mi się tak szybko, że nie rozumiałem o czym mówią. Zdawało się, że minęła chwila, gdy usłyszałem chrobotanie do drzwi.


- Ja przepraszam, ale… - wstydził się mnie budzić, lecz praca czekała. On też zaczął nabierać porcelanowej cery. Nie wiem, czy spał choć chwilę, bo wyglądał bardzo źle.


Opłukałem twarz, jak wczoraj migiem połknąłem kanapkę i parząc usta kawą stanąłem przy sztaludze. Staruszek sięgał właśnie po rogi kołdry, by ją unieść, a staruszka patrzyła na mnie z wielką uwagą.


- Lekarz starał się nie powiedzieć, że ratunku nie ma i nie będzie, ale mu się nie udało – zakomunikowała – nie wiem, czy dożyję soboty, więc ma pan góra dwa dni. Zdąży pan?


- Na pewno – odpowiedziałem - Dwa dni, to mnóstwo czasu.


Staruszek tkwił już w objęciach fotela, a kobieta uspokojona słowami leżała z zamkniętymi oczami, płytko oddychając. Patrzyłem na nią nie dotykając pędzla. Musiałem nauczyć się barw i linii jej ciała, żeby później się nie rozpraszać. Chwilę to trwało, a staruszek wypełnił ciszę opowieścią.


- Wie pan? – zaczął łamiącym się głosem – Poznaliśmy się, gdy mieliśmy po siedem lat. W pierwszej klasie. I poznaliśmy się, to złe słowo. Właściwym byłoby, że to w całości zasługa Ewy. Podeszła do mnie już na rozpoczęcie roku, chwyciła za rękę, a potem śmiało wyznała wszystkim, że wyjdzie za mnie za mąż. I pocałowała mnie w policzek, żeby nikt już nie śmiał uważać, że to tylko słowa.


Przerwał na chwilę, ale raz naruszona tama słów musiała się wylać. Malowałem, a on opowiadał, jak siedzieli w jednej ławce, jak dzieliła się z nim śniadaniem, a koleżankom kazała się odczepić od niego, bo jest jej i tylko jej. Chłopaki mu dokuczali, ale chyba dlatego, że potwornie mu zazdrościli. Jako pierwszy w klasie miał dziewczynę, a Ewa była prześliczną dziewczynką. Parę piegów, niebieskie oczy i włosy spięte gumkami w kucyki. Istna Pippi z niedzielnego serialu dla młodzieży. Płótno wypełniało się treścią, a Ewa ze Staszkiem rośli w opowieści staruszka, kiedy ona przerwała opowieść.


- Zrób nam wszystkim herbaty – gadasz i gadasz, a pan pewnie chętnie by się napił! Ja zresztą też niemal wyschłam w tym łóżku.


Poderwał się i prawie nie szurał papuciami idąc do kuchni. Popatrzyłem na nią i zdawało mi się, że w oczach czają się jej gwiazdki śmiechu.


- Musiałam go wygonić, żeby pana wybawić. Zagada pana na śmierć, jeśli mu nie przerwać. Wreszcie ma komu opowiadać, bo z dziećmi nam nie wyszło. Coś tam we mnie nie działało, więc teraz zostaliśmy sami na świecie. Jeśli przeszkadza panu w pracy, to proszę powiedzieć, a ja jakoś poskromię gadulstwo.


- Nie, to naprawdę piękna opowieść. Chętnie posłucham. A kiedy mówi o pani z taką miłością, pędzel łatwiej znajduje drogę ku właściwym kształtom.


- Dziękuję – uspokoiła się – Bóg nie dał mi dzieci, ale dał mi tego mężczyznę i gdybym mogła wybierać między nim, a dziećmi, wybrałabym Staszka.


Wrócił z tacą pełną szklanek, cukru i jakichś herbatników. Przepraszał za brak ciasta, ale piec nie potrafi - to Ewcia całe życie szykowała mu takie smakołyki, że teraz, ilekroć kupi sklepowe ciasto, to po pierwszym kęsie wypluwa je, bo nijak nie dogania jakością tego, do czego nawykł przez całe życie z Ewą. Sięgnąłem po twardy herbatnik, żeby mieć alibi dla milczenia. On poił herbatą żonę i głaskał jej rzadkie, niemal białe włosy. Jej ciało, od świtu wystawione na męskie spojrzenia zdawało się być o ton żywsze niż rankiem. Mniej blade, mniej porcelanowe i kruche. Z obserwacji wybił mnie dzwonek, natarczywy, jak wczoraj. Lekarz. Już wiedziałem, więc wziąłem szklankę, dwa suche ciastka i poszedłem do kuchni. Staruszek opatulił kołdrą żonę (przecież nie pozwoli lekarzowi gapić się na nagą małżonkę) i poszedł otworzyć drzwi. Znów nie słuchałem, ale dzisiaj lekarz zdawał się wnieść coś optymistycznego. Po jego wyjściu pytająco zerknąłem na tę parkę – trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy, świata poza sobą nie widząc. Stanąłem przy sztaludze. Staruszka przyciągnęła twarz męża do siebie, pocałowała energicznie w usta i wygoniła na fotel


- No już! Rozbieraj mnie, przecież tego chcesz! – zażartowała, a jego twarz nabrała koloru za ich dwoje – Tylko nie zrób panu krzywdy. Pamiętasz? Sam go zapraszałeś, żeby mnie podziwiał!


Parsknąłem śmiechem. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Chwilę trwało, nim zdołałem wziąć pędzel w rękę. Malowałem do wieczora, aż światło zaczęło przekłamywać obraz. Opowieść staruszka leniwie zmierzała ku maturze. Wspólne wycieczki szkolne, dyskoteki, kino, lody, wycieczka na rowerach nad zalew, namioty, obozy. Ewa była niespokojnym duchem, potrafiła wyprosić, wymusić, przekonać Staszka do wszystkiego, co w jej główce zaświtało. Zgadzał się, ulegał, korzystał z jej żywotności i pomysłowości. W ogólniaku nawet nauczyciele traktowali ich jak małżeństwo, a Ewa odważnie pisała dla Staszka zwolnienia, kiedy był chory. Nawet dyrektor honorował te usprawiedliwienia. Staruszek cały dzień miał mokre od wspomnień oczy, kobiecie też się udzielało. Ja? Chowałem się za płótnem, żeby nie widziała, że nie za dokładnie ją widzę. W końcu światło było już tak podłe, że musiałem odłożyć pędzel. Staruszek dalej opowiadał, a ja usiadłem na podłodze, opierając się o bok fotela. Mrok dopiero się rozgrzewał, a Staszek snuł opowieść, jakby był zawodowym gawędziarzem. Już mu głos nie drżał, co chwilę zerkał ku żonie, czy nie przesadził ze szczerością wobec obcego w domu, ale ona tylko się uśmiechała.


- Dorastaliśmy, a ja byłem przekonany, że świat składa się z jednej, jedynej kobiety, która to właśnie mi się trafiła. Świata poza nią nie widziałem i każda z klasowych koleżanek zazdrościła Ewie, a ja nie rozumiałem o co im chodzi. Patrzyły na nią z jawną zazdrością, tak, jak chłopaki patrzyli na mnie. Istni szczęściarze. W trzeciej klasie ogólniaka… - przerwał i popatrzył na żonę uważniej niż dotychczas, a kiedy leciutko kiwnęła głową, kontynuował – w trzeciej klasie Ewci rodzice musieli wyjechać do taty siostry. Na trzy dni zostaliśmy na gospodarstwie sami. Jeśli istnieje raj, to musi właśnie tak wyglądać. Trzy dni, dłuższy weekend, wszechświat skurczył się do czterech ścian domu. Rodzice ledwie dotarli na dworzec, a Ewcia… Byliśmy nastolatkami i cała wiedza o ciele była jedynie iluzją. Przez te trzy dni uczyliśmy się siebie dotykając się, pieszcząc, pytając. Wstyd nie miał do nas dostępu. Świat oszalał, w głowie wciąż kręciło się od emocji, w uniesienia prowadzące za krawędzie świadomości. Do dziś nie mogę uwierzyć, że inni też tak mają, że ludzi spotyka podobne szczęście. Byłem pewien, że to wszystko dotyczy wyłącznie nas. Niepowtarzalna, jedyna i najpiękniejsza na świecie. Nie. Nie przejmowaliśmy się że Ewa może zajść w ciążę. Po co? Byliśmy gotowi, a przynajmniej tak się nam zdawało, choć nie rozmawialiśmy o tym. Nasze ciała rozmawiały ze sobą bez słów. Kiedy w końcu rodzice wrócili Ewa nie była już dzieckiem, lecz kobietą. Tak, jak ja stałem się mężczyzną. Podobno to widać. Sądzę, że chłopakowi trudno ukryć, że poznał smak kobiety. I jej także się nie udało. Wiem, bo miała później „poważną” rozmowę z mamą.


Wieczór osłonił nasze twarze, mogliśmy uniknąć krępujących spojrzeń. Staruszka wygoniła mnie do łazienki. Staruszek stanął bezradnie przy łóżku, a ona szukała jego ręki, żeby przysiadł obok niej. Gdy wróciłem odświeżony, na dobranoc poprosili, żebym na chwilę zaświecił duże światło i pokazał, jak wygląda obraz. Zwykle tego nie robię, ale umierającej kobiecie trudno odmówić. Zdjąłem ze sztalugi i pochwaliłem się niedokończonym płótnem, mrucząc pod nosem.


- Jeszcze dzień. Jeden, ostatni, pozwólcie mi malować.


Byli zachwyceni, choć płótno wciąż nosiło ślady prowizorki, szkicowania, niedoskonałych linii i plam zbyt świeżych, by mogły być podziwiane. Kiedy oni zerkali na płótno, ja patrzyłem na ich twarze. Staszka zatchnęło, a oczy miał większe niż zwykle. Ewie zaświeciła się cała twarz. Teraz, gdy była nakryta kołdrą, zdawała się być tą dziewczyną z opowieści. Skóra na twarzy była gładsza, nabrała bardziej naturalnych kolorów. Pomyślałem, że jutro będę musiał poprawić jej twarz, bo ta z obrazu nijak się ma do tej z łóżka. Być może myślałem „zbyt głośno”, bo jej wzrok natychmiast mnie skarcił. Żadnych poprawek, żadnych ułagodzeń, ma zostać to, co zastałem w łóżku. Kiwnąłem głową, odstawiłem płótno i poszedłem spać. Przysięgam, nim zasnąłem z dużego pokoju dobiegły mnie westchnienia. Miłość trudno pomylić z czymkolwiek, szczególnie, kiedy zaczyna żyć własnym życiem, poza marginesem dobrego wychowania, cywilizacyjnego blichtru i jest tylko i aż wyznaniem pragnącego ciała. Gdy słowa tracą znaczenia, a spazmy pochłoną ciało, pożądanie gna na złamanie karku ku spełnieniu – nie da się kłamać, udawać, tłumaczyć. Można tylko przeżywać. Nic innego nie wchodzi w rachubę. Zasnąłem mając w głowie niezmierzony kosmos.


I znów obudziło mnie stukanie, i znów miałem wrażenie, że dopiero przyłożyłem głowę do poduszki. Staszek wsuwał zza drzwi głowę do pokoju i przysiągłbym, że jego twarz miała kolor ćwikłowego buraka. Acha! Nie zdawało mi się wieczorem! Z jakiegoś powodu byłem mocno usatysfakcjonowany jego fizjonomią. Błyskawicznie opędziliśmy poranne sprawy i stanąłem do pracy. Staruszkowi wyraźnie trzęsły się ręce, kiedy odkrywał staruszkę. Popatrzyłem uważniej – ona także miała rumieńce! Nie do wiary! Dwa dni leżała nago przede mną, a teraz ma rumieńce? Jej oczy błagały, bym spostrzeżenie zachował dla siebie, żebym powstrzymał się od komentarza. Bezzasadnie byłem z siebie dumny, jak kogut w obliczu czmychających kurek. Chwyciłem pędzel ze świadomością, że dziś skończę. Choćby nie wiem co. Zerknąłem, jak Staszek całował ją w usta, nim podreptał na fotel. Ewa dzisiaj wcale nie wyglądała na umierającą. Może na starszą panią, której trochę brakuje sił, ale na pewno nie na umarlaka, któremu lekarz ustawił klepsydrę na odliczanie. Zdumiewało mnie, że ilekroć tego dnia patrzyłem na obraz, tym był brzydszy, a Ewa piękniała w moich oczach. Zaczynałem dostrzegać to, czego doświadczył Staszek. W ogóle nie dziwiłem się, że stracił dla niej głowę. Jak poprzednio, nim na dobre się rozkręciłem, a Staszek pogrążył się we wspomnieniach, przeszkodził nam dzwonek. Samotna kawa w kuchni stawała się przewidywalną przyszłością, a cicha rozmowa została zakłócona okrzykiem staruszka.


- Co?!


Przewróciłem kubek z kawą, biegnąc do pokoju.


- Dzień dobry panu – lekarz najwyraźniej był bardziej opanowany. Odwrócił się do staruszka i trzymając nadgarstek chorej powiedział powoli i bardzo dobitnie – Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale stan pani Ewy wyraźnie się poprawił. Mało tego, jej funkcje życiowe zdają się wracać do normy, do stanu typowego dla wieku. Gratuluję. Gotów jestem zgoła zaryzykować tezę, że choroba jest w odwrocie. Nie potrafię określić żadnego medycznego powodu, ale jeśli cokolwiek państwo zrobili, zalecam bezwzględnie to kontynuować.


Wychodząc zapowiedział się na jutro. A my? Wszyscy mieliśmy łzy w oczach, a Staszek po prostu ryczał jak bóbr, scałowując Ewie z twarzy jej łezki. Moje wsiąkały w stary dywan, ale kto by się przejmował dywanem? Pierwsza opanowała się oczywiście Ewa.


- Mój kochany, może byś wreszcie przestał mnie moczyć, bo na obrazie będę przypominała meduzę. Pozwól panu pracować, bo przecież obiecał nam, że dzisiaj skończy dzieło. Zanim usiądziesz w tym swoim fotelu, rozbierz mnie proszę. Dla pana, żeby wszystko było jasne. Z tobą policzę się innym razem.


Potrafiła rozładować sytuację. Ale i atmosfera zelżała po diagnozie. Staruszek znów opowiadał, a jego opowieść o dorosłości, o wspólnych planach na życie, o cierpieniu, że mogą zapomnieć o potomstwie, słodko-gorzkie losy życia, jakich doświadcza większość ludzi płynęła gładko. Powinien zostać gawędziarzem, albo pisarzem. Słuchając opowieści o ich życiu ledwie zauważyłem, że dzień się skończył. Mało tego. Dopiero wtedy zorientowałem się, że od co najmniej godziny stoję nieruchomo z pędzlem zawieszonym nad płótnem i nie widzę ani kreski do namalowania. Zerknąłem na swoje dzieło. Było potworne. Kobieta z obrazu wyglądała gorzej, niż Ewa, kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy. Wstyd mi było tak bardzo, że uciekłem do łazienki, nie wiedząc co mam zrobić.


Nie sposób ukrywać się w cudzej łazience długo, więc wyszedłem ze spuszczoną głową. Stali przed obrazem oboje. Ewa, która trzy dni temu nie miała siły podnieść głowy, teraz wyszła z łóżka i podziwiała obraz, wsparta na ramionach Staszka. On, zachwycony, patrzył tylko na nią, Ewa z kamienną twarzą oglądała obraz.


- Tak wyglądałam trzy dni temu? – spytała szeptem i kiedy kiwnąłem głową, chcąc ukryć niepewność głosu poprosiła – Proszę zostawić nas samych.


Poszedłem „do siebie”. Tak zacząłem nazywać ów mały pokoik, w którym spędziłem ledwie trzy noce. Dopiero gdy usiadłem na łóżku poczułem jak bardzo zmęczył mnie proces twórczy. Nogi obolałe, kręgosłup domagający się odpoczynku, ramiona sztywne, a w głowie miałem galimatias, sugerujący bezsenną noc. Za drzwiami staruszkowie cichutko mruczeli do siebie, kiedy przewracałem się na poduszkę, a gdy tylko głowa na nią opadła - zasnąłem.


Tym razem, zamiast głowy Staszka na dzień dobry, obudził mnie dzwonek do drzwi. Lekarz. Zaspałem? I Staszek też? Nie wstawałem, żeby nie przeszkadzać w badaniu. Niech pójdzie, wtedy wyjdę. Przecież i tak mi powiedzą, co się dzieje. Lekarz jakoś dziwnie się dziś guzdrał i kwadrans zamienił się w całą godzinę. Wieczność uwięziona w samotni niewielkiego pokoju. Nareszcie poszedł. Ledwie zamknął drzwi, już pognałem do dużego pokoju. Ewa ze Staszkiem siedzieli na łóżku, oczywiście trzymając się za ręce. Patrzyli na siebie z niedowierzaniem i miłością. Pierwsza zauważyła mnie Ewa.


- Pan siada, bo nowiny są porażające – powiedziała wskazując ręką fotel staruszka – Lekarz poświęcił mi znacznie więcej czasu, żeby odnaleźć chorobę, która mnie zabijała i nie znalazł jej. Jest tego pewien. Wszystko, co złe w moim ciele, cofnęło się bez śladu. Jestem zdrowa! Stara, ale zdrowa!


Ze zdumienia otworzyłem usta, ale nic więcej nie zdołałem zrobić, bo kontynuowała:


- Doszliśmy ze Staszkiem do wniosku, że to pan. Pan to sprawił. Pan i pana obraz. Przeniósł pan ze mnie chorobę na płótno. I teraz musimy pana prosić o kolejną przysługę. Proszę jak najszybciej spalić ten obraz, ale tak, żeby ślad po nim nie został. Oczywiście zapłacimy panu za trudy, jednak obraz musi zniknąć, by nie zagrażał już nikomu. Gdyby każdą chorobę udało się „wymalować” z pacjenta, byłby pan najbardziej niewyspanym malarzem na świecie. Pieniążki Stasiu już przygotował, ale, jeśli wybaczy nam pan śmiałość, chcieliśmy żeby został pan naszym synem. Nie szkodzi, że to spóźnione uczucie, ale pokochamy pana jak własnego, którego dotąd nie mieliśmy. I z pokojem już się pan nieco oswoił… dobrze syneczku?