niedziela, 8 lutego 2026

Łopata opata to zapłata za opłatek.

 

    Zapodziało mi się ostatnio kilka widzeń, więc z pamięci choć ze dwa podrzucę. Przechodziłem koło jakiegoś bezlistnego drzewa, które uważam za klon jesionolistny (przynajmniej do wiosny) i właśnie wtedy nadleciało jakieś spore, rozbrykane stadko. Wysoko się bawiły i ruchliwe były mocno, więc nie mogłem się zdecydować, czy to drozdy, czy kwiczoły. Oczywiście znaczenia większego to nie ma, bo cieszyłem się, że w ogóle coś plądruje drzewo z nasion.


    A potem pogoda zaczęła doskwierać nieco mocniej. Mijały mnie kobiety-matrioszki. Niskopienne, pięknie rozbudowane w biodrach, co dodatkowo podkreślał ich strój, z grubymi, puchatymi kurtkami na wierzchu, gubiącymi wcięcie w talii. Widzenia powtarzały się, rodząc podejrzenie, że inaczej zbudowane panie albo się przeniosły w cieplejsze kraje, albo są starannie zamknięte w domach i ukryte pod pierzynami.

Nie całkiem prasówka – wikipediówka.

 

    Usiłowałem zebrać w całość wieści z półwyspu arabskiego i zrozumieć, o co chodzi. I tak mi wyszło korzystając z materiałów z Wikipedii:


    Huti – Jemeńska organizacja polityczna i wojskowa przeciwna zakusom USA, Izraela i Arabii Saudyjskiej. Wojna domowa w Jemenie toczy się o władzę. Obce Jemeńczykom wywiady usiłują skłócić naród i postawić na czele rządu marionetkę przychylną tym właśnie krajom, co spotyka się z protestami, a media podległe zachodnim funduszom wpływają na opinię publiczną, by uzasadnić jakoś mieszanie się obcych w sprawy suwerennego kraju.


    Hezbollach – Libańska partia polityczna, wspierana także przez Syrię. Powstała w wyniku izraelskiej okupacji Libanu dzięki wsparciu Iranu. Absolutnie przeciwna USA i Izraelowi, ale w końcu są u siebie i chcą decydować o własnym losie, a nie dostawać polecenia od prezydenta USA czy szefa Izraela.


    Hamas – jedna z dwóch głównych partii Palestyny. Bronią się przed kradzieżą ich państwa przez Izrael, uważając teren za historycznie arabski, islamski wykluczając możliwość porozumienia, czy trwały pokój z syjonistami i państwem żydowskim.


    Pośród sąsiadów Izraela najciszej jest o Egipcie, jednak i oni borykali się z apetytem Żydów i utracili na dwadzieścia lat półwysep Synaj, który do spółki z Syrią tracącą Wzgórza Golan usiłowali odzyskać.


    Izrael powstał z decyzji ONZ o podziale Palestyny na część arabską i żydowską. Powstanie tego państwa nie zostało uznane przez wiele państw arabskich, co powoduje nieustające konflikty w tej części świata. Korzystając ze zdumiewająco dobrych kontaktów z USA, Izrael coraz śmielej rozrabia w rejonie, a kiedy przestaje sobie radzić, żąda od Wuja Sama wsparcia. Kiedy rzucili się na 93-milionowy Iran, prawie natychmiast okazało się, że „żelazna kopuła”, to raczej durszlak i trzeba było poprosić o pomoc Wielkiego Brata. Praktycznie każdy sąsiad jest atakowany przez Żydów, którzy krok po kroku przekraczają granice, rozszerzając swoje wpływy pod parasolem Wielkiego Brata, a wszelka krytyka ich działań określana jest jako antysemityzm. Apetyt Żydów jest nieskończony, a ich wpływy sięgają tam, gdzie oficjalna dyplomacja nie radzi sobie. To co wyczyniają w „strefie Gazy”, czyli na terenach palestyńskich, nie da się nazwać inaczej jak rasistowską wojną na wyniszczenie Palestyńczyków. Każdy z sąsiadów „dorobił się” zgrabnej łatki - Huti, Hamas, Hezbollach… bo tak łatwiej wmawiać postronnym, że walczą z „ugrupowaniem terrorystycznym”, a nie z całymi narodami broniącymi własnych ziem i wiary. Z sąsiadami. Jeżeli cokolwiek kipi w tamtym rejonie zawsze maczają w tym paluchy przedstawiciele Narodu Wybranego, jak zwykle najmocniej pokrzywdzeni.

sobota, 7 lutego 2026

Prasówka cd.

 

    Wrzesień, październik i listopad 2025 – Wiadomości na WP całymi miesiącami zachłystywały się masowymi atakami setek niedościgłych dronów na rosyjskie elektrownie, elektrociepłownie i rafinerie w obrębie całej Rosji. Dzielni Kozacy jeśli nie osłabili wrażego potencjału, to przynajmniej napsuli krwi cywilom, a ich „wysiłek wojenny” nieomal przyniósł sukces i niebiesko-żółtą flagę na Kremlu.


    Luty 2026 – Rosyjscy zbrodniarze przeprowadzili kolejny zmasowany atak na ukraińskie obiekty energetyczne. Dzielna Ukraina walczy, ale potrzebuje zwiększonego wsparcia Polski, bo zimno dokucza tak, że trudno będzie te flagi zawieszać.


    Coś, co jeszcze kilka lat temu nazywało się ohydnym atakiem terrorystycznym, obecnie w mediach nosi różne miana, w zależności od tego, kto nacisnął guzik i czyje dobra zostały zniszczone. Podobnie rzecz się ma z atakami na wysokich rangą urzędników, generałów, naukowców. Media najwyraźniej mają sklerozę, albo korzystają z tzw „podwójnych standardów”.

Droga powrotna.

 

    Na globalnym kongresie panel światowych ekspertów do spraw raju utraconego ustalił bez cienia wątpliwości, że jabłko pożarte przez pramatkę i praojca było niewielkie, czerwone, miało kształt zbliżony do serduszek, jakie ryją zakochani chłopcy na meblach, czy murach. Zaproszeni na konsultacje sadownicy na podstawie opisu stwierdzili jednoznacznie, że to odmiana mekintosz sprzed modyfikacji genetycznej.


    Popularność owych owoców może być przyczyną, dla której powrót do raju natrafia na przeszkody, więc drzewa i owoce obłożono anatemą i będą ścigane przez Świętą Inkwizycję. Jak zapewniają eksperci, utylizacja zła wcielonego otworzy rzeszom ludzi dostęp do rajskiego ogrodu (z którego feralną jabłoń spacyfikuje specjalny oddział komandosów).

Homofobia.


    Kiedy umysł spłata ci figla i ogłosi się Mesjaszem, trafisz jako pacjent do szpitala psychiatrycznego, choćbyś miał rację, albo przynajmniej dobrze się zapowiadał.

    Gdy jednak ogłosisz się kobietą, zapewne ten sam psychiatra wystawi ci zaświadczenie, że „jesteś kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny” i pozwoli sikać w damskiej toalecie, albo zostać mistrzem świata w damskim boksie, w którym (jak powszechnie wiadomo) najlepsi są mężczyźni.

    Tych, którzy zaprotestują przeciwko psychiatrycznemu świadectwu, prawo z całą bezwzględnością zacznie prześladować i grozić więzieniem, a medialna nagonka rozszarpie ich na strzępy.


    Czym zawinili nam Mesjasze? Kiedy świat głosi herezje, być może ich „nauki” są mniej niebezpieczne.


piątek, 6 lutego 2026

Piernik w piekarniku, róża przy różaneczniku.

 

Pani zdawała się żyć w cieniu swojego mężczyzny, choć cień rzucała ciut większy. Ustawiała się konsekwentnie pół kroku przed, czasem za, byle tylko ochronił ją przed światem parawanem swojej niezbyt okazałej męskości. Obok, niczym kulki tiki-taki stała okrąglutka parka, a jeśli łączył ich sznureczek, to musiał być bardzo krótki. Szlachcianka Z Zaścianka postanowiła przetestować podmiejski autobus, nie chcąc fraternizować się z mieszczuchami z peryferii.


Wiaty przystankowe i mury wzbogacone masowo cyrylicą, serwowaną na każdym kroku, przypominają mi węgierski pomysł, aby każdy obcokrajowiec, który dopuści się przestępstwa był karany (oprócz wyroku sądowego) nieodwołalną deportacją. Brak obozów przejściowych i nasza naiwna „gościnność” sprawiła, że do Polski (i Europy) wpuściliśmy mnóstwo szumowin, których teraz Niemcy i Usaki usiłują nam „odsprzedać”. Chroniąc Unię przed (z grubsza) stu tysiącami uchodźców z terenu Białorusi zbudowaliśmy mur lepszy od berlińskiego, a tuż obok miliony NN witaliśmy nie tylko chlebem i solą, ale i przywilejami, na które nas nie stać.


Nóżkę spotykam jak należy – pomiędzy salonami ślubnych kiecek. Trzymam się harmonogramu, co świadczy dobrze o mojej systemowej obowiązkowości. Na śniegu koła samochodu wyrzeźbiły serduszko w trakcie manewrów.

wtorek, 3 lutego 2026

Zielsko jest zielone, róże różowe, fiołki fioletowe, zło zapewne złote, a granaty? Ręczne!

 

Moda na parkingi zlokalizowane przy pętlach MPK. Końcowy przystanek takiej linii ma oznaczenia P+R – bo to brzmi dumnie. „Łatwiej” w Polsce powiedzieć Park & Ride niż parkuj i jedź. Szczególnie gdy się weźmie przekaz idący ze skrótu: P+R, to zagadka w sam raz od Sfinksa, a Pij? Zachęta do podróżowania po pijaku? Ludzie skostniali stają się uczuciowo dyskretni w czas mrozów, co rozrzedza gęstość spostrzeżeń, więc radzę sobie dywagując. Książkowo najlepsze z warzyw? Best seler!


W autobusie kobiety solidne i tajemnicze. Jak Bieszczady. Rzadko zasiedlone, piękne lecz zdecydowanie młodsze od gór, choć wymodelowane na wzór i podobieństwo. Swobodnie mogłyby startować w lżejszych kategoriach sumo – dwie sumitki na macie się sumują? Sumitują? Nieważne, byle się nie rozsmarowywały po macie (zmatowiały? Szach-matowały?). Na przystanku w lichym wdzianku (brzmi jak początek dziecinnej wyliczanki) foliowej torby marzną zapomniane przez kogoś jabłuszka i mandarynki. W tramwaju kobiety potrafiące szeroko rozsunąć stopy, trzymając przy tym kolana razem. To trudna sztuka i ukradkiem, żeby mnie nikt nie podejrzał – usiłuję. Niewygodna pozycja, ciężka do utrzymania siłą woli, bo sprzeczna z przyzwyczajeniami mięśniowymi.


Kłąb czarnych ptaków leniwie krąży ponad rozgrzebaną ulicą nieopodal Rzeki i cierpliwie czeka na padlinę, wierząc że musi się trafić jakiś kąsek. Czyściciele plądrują uliczne kubełki, bezbłędnie wyłuskując opakowania również szklane i plastikowe obciążone dziedzictwem spadku – pięćdziesiąt groszy za sztukę, to chyba lepszy zarobek, niż puszka po piwie. I konkurencja mniejsza, i łowisko większe.


    Po południu zaczął się czas kormoranów. Najpierw, z okien tramwaju widziałem siedzące na Rzece na skraju lodu. Wyglądały jak czarne, szachowe bierki. Później, wysoko na niebie wielkie klucze leciały w górę Rzeki, za Miasto. Może o czymś wiedziały, ale nie ostrzegały krzykiem, tylko co sił w skrzydłach uciekały za Miasto. Za to wsiadając do autobusu uśmiecha się do mnie brunetka, której nie znam na pewno. Dziwne, ale po takim początku, zamiast się przysiąść, bo miejsce było wolne, poszła sobie daleko hen. Więc może mi się zdawało, bo raczej jej nie przestraszyłem. Szkoda. Miło byłoby posiedzieć obok zadowolonej kobiety.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Kompania na kampingu kąpie się w skąpo skomponowanym kompocie.

 

Już-Nie-Ruda Kobra wpatrywała się w posiwiały od mrozu asfalt, a ja, patrząc na nią dostrzegam, jak byłaby bezbronna, gdyby ktoś rozebrał ją z okularów – drobny gest, a wystarczyłby, żeby przeistoczyła się w kruchą dziewczynkę. Postrzelony Ochroniarz wierci się i rozgląda tak na zewnątrz, jak i wewnątrz. Widać, z przejściem na rentę/emeryturę czujność zawodowa nie mija. Kiedy wstaje, od owej rozbuchanej żywotności dolne partie stroju nieco go opuściły i świeci pośladkami wprost w oczy niewiasty krępej, obudowanej termicznie zarówno naturalną materią, jak i sztuczną. Aż zesztywniała z wrażenia. Za to chłop miejsce wygrzał doskonale i zaraz znalazła się chętna pani eksperymentująca z włosami, co widać było po gasnących pasemkach i fryzurce spiętej w coś skomplikowanego, pomiędzy biednym warkoczem, a rozkwitającym kokiem.


W potok Starych Dobrych Nieznajomych czas byłby chyba zaliczyć panią w wiśniowej czapie z wielkim pomponem przypominającym sporego buraka ćwikłowego. Gdyby uznać ją za wisienkę, ona sama musiałaby być Tortem, a przynajmniej okazałą Tortoletką. Istnieją tortoletki z wisienką? Jedna już tak! Poranny nalot kanarów stał się już oczywistością, ale dopiero dzisiaj wymyślam praprzyczynę – o poranku w Miasto startują ludzie pozbawieni energii, zaspani uczniowie i robotnicy w letargu ponocnym. Więc kontrola przebiega bez zakłóceń i nie wnosi ryzyka udziału w sportach walki. Po południu, czy wieczorem, kontrola może stanowić sport ekstremalny, gdy rozbuchane ego podpompowane gorzałką zacznie poszukiwania sparring partnera.


W tramwaju zewnętrze zasłania mi naklejona na szybę informacja-reklama. Od drugiego września nieznanego roku MPK pochwali(ło) się nowymi relacjami. Naklejka spłowiała, więc to zapewne jakaś zamierzchła przeszłość psuje mi obraz Miasta i można byłoby ją w końcu zdjąć. Zerkam pod nią, na Rzekę oświetloną spodem podwieszonego chodnika. Wyschnięta choinka zniknęła z lodu kurczowo trzymającego się brzegu i już go nie szpeci. Przez przeciwległe okno mrugają do mnie światełka na moście wiodącym w Dzielnicę Boga. Najwyraźniej wciąż tam świętują Boże Narodzenie, bo most jest oświetlony, jakby to sam Bóg płacił rachunki za prąd. Nóżkę spotykam zaledwie kilka kroków od bliższego z dwóch salonów sukien ślubnych, więc spieszyć się nie muszę. Chodnikiem toczy się podskakując nieco wychudły balonik, wyglądający jak dojrzały bakłażan, a Baristka chyba za niechętną zgodą szefa zrezygnowała z ustawiania zewnętrznych stolików.

Prasówka cd.

 

    SpaceX złożył wniosek do amerykańskiej komisji o zgodę na rozmieszczenie w przestrzeni kosmicznej MILIONA SATELITÓW na potrzeby bazy danych dla SI.

    Na zaśmiecanie wszechświata, jak widać, wystarczy zgoda jakiejś stetryczałej komisji w USA – reszta świata nie ma nic do gadania. Może jakiś ślad węglowy, odpowiedzialność społeczna i eko-świadomość?c Nie, no, dobra – oczywiście to wszystko dla NASZEGO DOBRA, żeby miliardy ludzi mogły (oczywiście za drobnym wynagrodzeniem) korzystać z usług SpaceX. A prywatna firma będzie właścicielem bazy i danych. Oczywiście szpiegować nie będą, bo gdzieżby to. W kolebce demokracji? Nigdy w życiu!

niedziela, 1 lutego 2026

Oszukać los.

    Był zbyt delikatny. I miał na to papiery. Ze szpitala psychiatrycznego. Od dziecka wzruszał się mocniej niż koleżanki z klasy, a jego wrażliwość stwarzała mnóstwo kłopotów. Urodzona oferma, już nie tyle klasowa, co szkolna. Zamknięty w sobie - w jedynym miejscu, gdzie czuł się bezpieczny i gdzie nie docierały docinki. Małe istoty, nim staną się ludźmi, są bardziej bezwzględne, niż głodne drapieżniki. Dojrzewał pośród rozmów ze sobą, bo nikt nie chciał się zbliżyć, by i do niego nie przywarła łatka fajtłapy. Autyzm? Schizofrenia? Asperger? Na pewno nie mieścił się w kategorii „normalny”, przynajmniej dla rówieśników.


    Dorastał więc w cieniu przebojowych dzieciaków, gwiazd kina, przyszłych mistrzów sportu i wodzów plemienia. Idealista, o którym reszta nie potrafiła powiedzieć nic więcej, jak łajza, oferma, inny. Kacper z wiekiem okrzepł, przestał oczekiwać od świata pobłażania, czy uwagi. Nawet rodzinny dom nieszczególnie kruszył mury otaczające jego wnętrze. Całe życie obok, aż los okrutny pozbawił go jednocześnie całej rodziny. Czemu przeżył? Zwyczajnie „zapomnieli” zabrać go na wycieczkę, a los pokierował ręką pijanego kierowcy tak, że z dnia na dzień został sam, by zmagać się z prozą życia. Rachunki, zakupy, wreszcie zarabianie pieniędzy, by po prostu żyć. Same niemożliwości.


    Chłopiec, nim zdążył obudować się nieprzemakalną zbroją ukrywając się wewnątrz przez złośliwostkami, odkrył, że potrafi trzymać w ręku kredki, czy ołówek. A kiedy w domu pojawiły się farby, pierwszy raz ośmielił się ujawnić. Poszedł jak po swoje, zgarnął ze stołu nie pytając czyje i czy można. Zamknął się w pokoju, by natychmiast wypróbować. Palcami i pędzlem, niemal polizał co bardziej kuszące kolory. Farby stały się jego żywiołem. Brakującym zmysłem i towarzystwem. Zaprzyjaźnił się z nimi w okamgnieniu, choć bez fachowego wsparcia. Istny samorodek. Kto widział jego dziecięce prace, musiał dostrzec talent. Ale mało komu pozwalał aż tak się zbliżyć. Zaufał dopiero pani doktor, która jako pierwsza przedarła się przez zasieki, którymi się ogrodził. I to ona, stara panna, nieświadomie matkując wspierała jego wątłą wiarę, że warto malować, warto komuś pokazać co stworzył.


    Dla samotnika było to trudne. Lekarka wzięła sprawy we własne ręce i powiesiła kilka prac u siebie w gabinecie, domu, po rodzinie. Znalazła nawet galerię, w której szefowa, Marta, zgodziła się powiesić kilka prac „na próbę”. Gdy tylko ktoś się zainteresował, sprzedawały mu obraz, oddając pieniądze Kacprowi, który nie do końca czuł ich potęgę. Ale rozumiał, że mogą być gwarancją bezpieczeństwa i stabilności. Pozwalał Elizie grzebać w płótnach, zabierać obrazy, których więcej miał nie zobaczyć, a ona przynosiła banknoty, dzięki którym mógł prawie nie ruszać się z domu. Najczęściej, wraz z pieniędzmi przynosiła mnóstwo zakupów, wiedząc, jak trudno mu wyjść z czterech ścian. Bał się ludzi. Tłum go paraliżował, a najprostsze czynności stawały się wyczynem.


    Mając tak niewiele bodźców, zmuszał wyobraźnię do wielkiego wysiłku, by jego dzieła nie były kalką poprzednich. Musiało się stać, że namalował Elizę i to nie raz. Kiedy znalazła pierwszą swoją podobiznę, zawstydziła się, choć obraz był niewinny. Przynajmniej z pozoru. Bo doświadczona, nauczona zwracać uwagę na detale kobieta zrozumiała od razu. Kacper malował z duszy, więc nie namalowałby obojętności, musiał czuć i natychmiast dostrzegła to, co w niej widział – piękno, bezpieczeństwo, nadzieje. Podobała się sobie na obrazie, zdawała się być młodszą, piękniejszą i niemal czuła ruchy pędzla, które ubierały jej nagość pierwotną w służbowy uniform. Naprawdę namalował ją bez bielizny? I to tak, że zdołała rozpoznać? Była starsza od mężczyzny o całe pokolenie. Bliżej matki, niż kochanki. A przecież z wizerunku odczytała, że widzi w niej dużo więcej niż starą kobietę.


    Wtedy uciekła, wstydząc się. Mimo zawodowej wiedzy, mimo lat słuchania wyznań bardzo intymnych, niedostępnych dla nikogo - wystraszyła się. Gdy szok minął, wróciło poczucie obowiązku. Czuła się odpowiedzialna za Kacpra, choć nikt jej nie zmuszał do poświęceń. Wróciła, wiedząc, że jego pędzel znów ją rozbierze. Ciało nie było już atrakcyjne – lustro nie kłamało. Ale w jego oczach była młoda. Pozwoliła nie tylko się rozebrać, ale stała się nauczycielką miłości. Jej wizerunki zaczęły zapełniać ramy kolejnych, coraz odważniejszych płócien. Obrazów, których nie śmiała wynieść ani do pracy, ani do domu. Kiedy jedno wyniosła do galerii, wzrok Marty powiedział jej wszystko. Poznała Elizę i najwyraźniej zazdrościła jej, jak ją Kacper uwiecznił. Reszta leżała za szafą przyciśnięta kolejnymi wersjami. Nie poradziła sobie z sobą. Kładąc się spać, połknęła z premedytacją całą paczkę leków nasennych, by się już nie obudzić.


    Kacper zgasł, gdy do jego świadomości dotarła prawda. Przestał malować. Machinalnie przekładał obrazy bez ram, szukając gotowego wizerunku Elizy stosownego do nastroju. Garstka banknotów topniała szybko, nie miał kto jej uzupełniać. Gdy w końcu przejrzał na oczy, farby nie nadawały się do użytku. Musiał wyjść do ludzi. Uzupełnić braki tak w pracowni, jak w kuchni. Szczęście sprzyja szaleńcom. W sklepie z artykułami dla malarzy spotkał szefową, która w sposób znany wyłącznie kobietom z szóstym zmysłem rozpoznała go z opisu Elizy. Bez trudu naciągnęła Kacpra, by przyniósł jedno z płócien, na którym Eliza wciąż żyła i była piękną, najwyraźniej trafiając do duszy Kacpra przez dziurkę od klucza, który chyba nie istniał.


    Kiedy pierwszy obraz znalazł właściciela, zanim zdążyła powiesić go w zakładzie, złożyła Kacprowi propozycję stałej współpracy. Kiwnął głową na zgodę i raz na miesiąc przynosił kolejne dzieło. Kolejną Elizę tańczącą, śmiejącą się, czy wreszcie kochającą… Znów malował, ale już nie tak spontanicznie. Nie każdego dnia, nie regularnie. Zaczął malować histerycznie. Zrywami, gdyż życie pulsowało w nim jak lawa nim znajdzie ujście kraterem. Niewiele świata widział, ale potrafił stworzyć go takim, jakim chciał żeby powstał.


    Gdy upłynęło trochę czasu można było odkryć zdumiewającą regularność. Robił się nerwowy przed pełnią księżyca. Opuszczał go sen i krążył po domu, jak lew w klatce. A kiedy księżyc się wypełnił, rzucał się na płótno i malował nie patrząc. Nie musiał. Malował miłość do kobiety. Za każdym razem innej. Obraz powstawał w jedną noc, a on padał ze zmęczenia, gdy słońce zajrzało do pracowni. Gdy wstawał z podłogi zbliżał się zmierzch. Z nie do końca wyschniętego obrazu zerkała na niego kobieta. Jego nowa pani. Nim opłukał ręce, schodziła z obrazu, by porozmawiać. Zatracić się w uczuciach, utonąć w miłosnej przepychance, tańczyć i przytulać się bez końca. Kacper stawał się wówczas bogiem, a może demonem. Nie spał, jadł tylko wtedy, gdy jego pani zapragnęła właśnie tego, dawał i brał po równo. Bez ograniczeń, bez chowania się w siebie. Nigdy wcześniej nie odsłaniał się aż tak, więc to musiała być miłość.


    Każde bez końca trwało dokładnie trzy dni. A potem, jego aktualna pani uśmiechała się do niego, dawała całusa i zaczynała poszukiwać ubrania. Gdy się udało, wspinała się na obraz i zostawała tam już na zawsze. Bez słowa, bez nadziei na powrót. Kacper wył z bólu, po każdej stracie. Szukał sposobu, by którąkolwiek zatrzymać dłużej. W szale miłości chował ukradkiem sukienkę, czy buty, ale to nie pomagało. Kobieta, która nie znajdowała ubrań, przepraszała go i nieco zawstydzona wspinała się na płótno bosa i naga. Jedną próbował wcześniej upić, jednak poszła i tak, nieco tylko chwiejnym krokiem.


    Przez trzy dni był najszczęśliwszym facetem na świecie. Ale za szczęście musiał zapłacić tygodniem życia. Przesypiał cały, ledwie się budząc, gdy zmusiła go fizjologia. Kolejny tydzień wracał do żywych. Sprzątał, podświadomie oczekując kolejnej miłości, gruntował blejtram i stawiając na sztaludze niejako zapraszał tę miłość w dom. Księżyc rósł niespiesznie, gdy Kacper decydował się na wyjście z domu. W papier pakowy owijał płótno i niósł do galerii. Głaszcząc przez papier, szeptał słowa miłości, przepraszał, ale nigdy nie znalazł siły, żeby zerknąć na twarz dopiero co utraconej miłości. Zerkali inni. Obrazy kochanek nigdy nie spędziły w galerii więcej czasu jak kilka dni. Ostatnio, choć szefowa znacznie podniosła ceny, pojawiały się zgoła zamówienia in blanco. Na obraz, który dopiero namaluje w kolejnym miesiącu. Marta wspominała coś, że zorganizuje aukcje na kolejne dzieła, a Kacper apatycznie się zgodził. Na wszystko, byle nie musiał oglądać obrazu. Nigdy!


    Minęło w tym względnym rytmie trzy lata, kiedy w kolejnej euforii księżycowej pełni namalował świeżą miłość i jak zwykle zwalił się u jej stóp. Gdy otworzył oczy… z obrazu właśnie zeskakiwała Eliza. Na bosaka. Młodsza, niż ją pamiętał, jeszcze piękniejsza. Przytuliła się do Kacpra, jakby nic się nie stało. Płakał, choć nigdy wcześniej tego nie robił, może nawet nie umiał. A teraz łzy lały się z niego, jakby chciał za jednym zamachem wypłakać się do dna. Nie rozumiała, skąd ta rozpacz, więc jej opowiedział. Trzy dni. Pierwsze i ostatnie. Żadnych nadziei na ciąg dalszy. Wyszła z jego pamięci, z fantazji, przeskoczyła farbą na płótno, by mogli się pożegnać i zniknie znów – tym razem bez powrotu.


    Trzydniówka musiała być różna od poprzednich. Żadnych uniesień, żadnego tańca, czy wspólnych posiłków. Patrzyli sobie w oczy i rozmawiali, wiedząc, że czas się im kurczy. Z desperacji Kacper usiłował zatrzymać zegar, ale co to zmieni, skoro księżyc kontynuuje spacer ku nowiu?


    - A gdyby – szepnęła Eliza – A gdyby przechytrzyć los?


    - Spalmy płótno! - zaproponował Kacper


    - To może być za mało – umysł Elizy nie stracił na ostrości – jest lepszy sposób. Ubieraj się!


    - Jaki? - rozgorączkowany wciągał spodnie gotów na wszystko, byle nie stracić Elizy.


    - Będziemy gonić księżyc. Żeby do końca życia była pełnia, my też będziemy w drodze. Wystarczy, że odważysz się wyjść z domu i pojedziemy jego ścieżką. Dasz radę?