czwartek, 26 marca 2026

Kościelny z Kościeliska kości ścieli dla liska.

 

Kobiety splatają nogi na przystankach, podkreślając mimochodem chłód poranka. Gang przydworcowych kloszardów w doskonałych humorach wzmocnionych okowitą wymienia między sobą uwagi w obłokach rubasznego śmiechu. Jakaś wrona spaceruje po zmarzniętej trawie na sztywnych łapkach, a mewę lecącą do hotelu podmuchy wiatru usiłują wyprowadzić z równowagi. Niebo pomarszczone, zanurzone w geometrię pełną równoległości i powtarzalności trzyma słońce z daleka od Ziemi.


    Dzień wypełniły mi dziewczęta, które trudno podejrzewać o życiowe doświadczenie. Najpierw szczuplutka dziewczyna chyba urwała się z kreskówki, bo usiłuje dogonić tramwaj, tańcząc w biegu. Od bioder w górę ciało jest doskonale stabilne i nieruchome, a dół powiela rytm kroków z taką gracją, jakby to nie był wyścig, a zawody na elegancję. Kolejna, o piersiach wyglądających na niewielkie opuchlizny przeciągała się ze splecionymi nad głową rękami, wypychając pupę możliwie daleko wstecz, a jeśli ktoś był zawstydzony widowiskiem, to na pewno nie ona.


    Na koniec do tramwaju wpadło dwóch młodzianków świętych, uśmiechniętych jakby szczęśliwość ogólna pluła im na głowę bez ustanku. Obaj dźwigali siaty pełne puszek piwa i nie wszystkie miały zawleczki nienaruszone. Ba! W trakcie jazdy przeliczali, czy to, co wiozą WYSTARCZY! Czwartek, to naprawdę niezwykle młodziutki weekend.


    PS. Osiedlowe żywopłoty ostrzyżone lepiej niż Ziemowit po postrzyżynach, a całe zastępy zielono odzianych niewiast kontempluje efekty pracy własnej, w nieodzownym jazgocie dokurzacza – to taki odkurzacz, który zamiast zasysać – dyszy, przepychając masę tam, gdzie wzroku nie kala.

Neo Noe.

 

    Noe uwielbiał mięso i nowe smaki, nic więc dziwnego, że spróbował nawet takich rarytasów, które prawnie były zakazane. Utył, ale kto by powstrzymał się od tej słabości. Za to, kiedy przyszedł potop, tłuszcz trzymał go na wierzchu. Istna arka, szkoda że trzoda nie przetrwała.

środa, 25 marca 2026

Po kaszy z kasztanów i kaszance kaszlę z Anką w kasztelu. Anka w kasztelu, to już kasztelanka, czy ledwie kasztanka?

 

Kierowca, najwyraźniej zakochany, jechał jakby czas był tylko iluzją, tłem lub oprawą jego uczuć gorących. Wokół aż tryskało od witalności – złoto forsycji i lila-róż śliw wiśniowych, gdzieniegdzie białe bądź różowe kwiaty głogów wtrącały romantyczno-aromatyczne „ale”, gdy w trawach tłok narcyzów przepychał się z szafranem w walce o uwagę otoczenia. Pojedyncze jeszcze hiacynty i wznoszące się ku słońcu tulipany zerkały ostrożnie lekko zniesmaczone jawną bójką na trawnikach. Nic, tylko się zakochać trwale i wetknąć stokrotkę za ucho.


Z wrażenia nie zdążyłem na nic sensownego i posiłkowałem się drobną improwizacją, co sprowadziło mnie nie tyle na ziemię, co na wyspy. Rozbuchaną porankiem romantyczność błyskawicznie zgasił jazgot nożyc do żywopłotów katujących ledwie rozbudzone róże. I jeszcze remont najwęższego przystanku na świecie, powodujący niezwykle rozległy galimatias, labirynt ścieżek między pachołkami i zastawami drogowymi. Strach, że Minotaura się trafi i to takiego więcej wściekłego, a Ariadny ani widu. Pewnie odsypia nocne szaleństwa Zołza jedna! Zamiast wzdychać, tryskać uczuciami miękkimi jak ruskie pierogi z wody, wpadam w rezonans z wszędobylskim warkotem. I nie wiem, czy warto było dać się ponieść tej fali porannej, czy nie lepiej było przeczekać. Ech!

Ekstrakt o fałszywej skromności.

 

Była tak malutka, że cały świat patrzył na nią z góry. A przecież i tak znalazł się taki, który twierdził, że ilekroć z nim rozmawia – zadziera nosa!

wtorek, 24 marca 2026

Duch w dusznej duchówce duszkiem dusi uszy duchownej duszyczki.

 

Sroka wspina się na dach wiatrołapu SKACZĄC POD GÓRĘ! Gdyby padło na mnie, jeśli w ogóle dotarłbym na szczyt, to miałbym nie tyle mroczki przed oczami, co czarne dziury. Utrzymując się w konwencji wspinaczkowo-dachowej, dostrzegam dojrzale żółte słońce między nielicznymi tu wielopokoleniowymi domami. Ono też się wspina i również nie sapie przy tym. Może dlatego, że na niebie dostrzec można ostry klin czysty od chmur, które tłoczą się na zewnątrz klina i wyglądają jak rozstępy. Wkrótce i tak nadleci trzeci samolot i dopełni różnoboczny trójkąt, a za nim kolejne i kolejne, chyba ze dwadzieścia, co stanowi ponad czterdzieści procent dobowego ruchu pasażerskiego tutejszego lotniska. Wciąż się nadziwić nie mogę i nic mniej, jak teorie spiskowe do łba przyjść nie chce.


Na przystanku farbowana na blond Mała Mi w rajstopach pełnych treści. Chciałem poczytać, jednak obawiałem się karcącego wzroku tych, co także zerkają ukradkiem. W trawie nieużytku czai się czarny kot z nadzieją na kalorie. Zaczynające kwitnąć śliwy wiśniowe stanowią piękny kontrapunkt dla forsycji. Przesiadka, a na przeciwległym przystanku długonoga pani podryguje w rytm dousznej muzyki. Brązowa sukienka jest na tyle krótka, że odsłania czarny szew rajstop dzielący ciało na prawą i lewą stronę. Tramwaj rusza pozwalając mi podziwiać gościa – w jednej dłoni dzierży kij do nordyckich spacerów, w drugiej aparat fotograficzny. Krótkie spodenki odsłaniające masywne tatuaże na łydkach i nos uniesiony, by oczom pozwolić cieszyć się wysokością zabudowy w Dzielnicy Boga – turysta na sto procent. Tylko porę wybrał mocno ekstrawagancką, ale – może nie lubi tłoku?

poniedziałek, 23 marca 2026

Prze po śladzie owcy – prześladowca!

 

Ochroniarz jadący do pracy uszy miał zablokowane elektroniką, na oczach wzmacniacze wzroku, a ręce zajęte czesaniem pluszowej głowy pazurkami. W ciemnej masie pasażerów jak białe kruki na pchlim targu pojawia się kolorystyczne bogactwo.


Rzeka złagodniała, nie marszczy się, udaje lustro, podwajając ilość gawronów lecących ku gawronim sprawom. Na ławce siedzi chleb opatulony niedoskonale folią aluminiową i przygląda się przechodniom. Ci spieszą się, gdyż na wyjeździe z Dzielnicy Boga coś się popsuło i długi wąż tramwajów mruga pomarańczowymi oczyma na wszystko i wszystkich.

niedziela, 22 marca 2026

Ma te uszy Mateusz.

 

    Wiatr postrącał gołębie z gzymsów i piorunochronów. Wronom bez litości przeliczył lotki, trącając je niezbyt delikatnie. Psiarze łażą z zestawami wielopsowymi po placach zabaw dla dzieci, które z zachwytem patrzą, na zwierzątka, gdy te łakomym wzrokiem zerkają ku drzewom i trawom, żeby złożyć tam depozyt. Na niebie słońce gościło chwilę zaledwie, w sam raz, żeby nie dało się udawać, że nie było dnia. Kaprysy temperatury sprawiają, że ludziom trudno zdecydować się, ile warstw powinni założyć, by nie opuścił ich komfort termiczny.

sobota, 21 marca 2026

Prasówka cd

 

    WP za portalem Politico w swoim artykule stwierdza - skandaliczna propozycja:

    Rosja miała zaproponować Stanom Zjednoczonym, że wstrzyma przekazywanie Iranowi informacji wywiadowczych w zamian za zaprzestanie dostarczania Ukrainie danych o Rosji.


    Ale na czym polega skandal?

piątek, 20 marca 2026

Z klasą serwuję ser z klasera.

 

Kolejny osiedlowy Karampuk oswaja się z dojrzewaniem, a ja, w ukryciu, kibicuję budzącej się kobiecości. Martwi mnie za to fakt, że większość osiedlowych dzieci nie mówi po polsku.


Wsiadam w nie swój autobus i jadę patrząc jak Miasto pojaśniało od kwitnących forsycji. Wysokopienna pani nie siada, choć miejsc wolnych sporo. Może chce się pochwalić nienagannymi achillesami? Z wysokości siatki ogrodzeniowej spoziera na mnie spłowiała reklama, z pytaniem, czy jestem gotów na odlot. Jesienią pytanie byłoby bardziej na miejscu. Parę przystanków dalej Piękna Golemica ze swoim Golemem stoją trzymając się za ręce, a wzrokiem usiłują rozgarnąć widnokrąg i wyłuskać pasujący im autobus z czeluści miejskiej dżungli.


Przesiadam się na tramwaj. Na przystanku mocno zaniedbany gość z taką ilością obrączek na dłoniach, że gdyby każdy oznaczał żonę, miałby na utrzymaniu zauważalny harem. Któraś z nich mogłaby szepnąć słówko, żeby choć trochę zadbał o siebie. Tymczasem stał spluwając sobie pod nogi i robił krok naprzód by nie oglądać efektów. Nim przyjechał tramwaj przesunął się i to sporo wzdłuż przystanku.


    A kiedy zdecydowałem się wrócić (po cichutku powiem, że wraca się, by opowiadać – inaczej nikt nie wiedziałby, że wyjechałem, a tak – wracam i opowiadam) Słońce flirtowało z Rzeką i wiosna w natarciu przekomarzała się w ptasich trelach – na osiedlu kos, który zameldował się lata temu na antenie wyglądającej jak bocianie gniazdo, koncertuje całymi dniami, nie patrząc na zegarek.


    W drodze widzę czaple wracające do ogrodu zoologicznego, gdzie mieszkają. Przyglądałem się eleganckiemu staruszkowi dźwigającemu skórzaną torbę. Nawet pusta ważyła chyba ze trzy kilo, nic więc dziwnego, że przytłoczyła staruszka i zniekształciła jego posturę, gdy elegancko promenował chodnikiem ku komunikacji miejskiej. W autobusie trafiam Śpiewną Nerwicę. Tańczy i śpiewa, stojąc w najszerszym miejscu pojazdu, choć miejsc wolnych nie brakuje. Może zabrakło partnera do tańca, bo rozgląda się po autobusie w szybkich, nerwowych ruchach. Ja swobodnie pokonałem pokoleniową barierę i jako materiał na partnera nie bardzo się nadawałem. Przystanek dalej wsiadła pani, która zamiast włosów nosiła czarną chustkę na głowie – z przesiadką, ale da się dojechać na onkologię.


    Na wypadek, gdyby mężczyźni okazali się zbyt nieśmiali, pani zastosowała marketing bezpośredni. Tablice rejestracyjne jej samochodu głosiły prawdę wielkimi literami D0 WOLNA. Nic, tylko brać!

czwartek, 19 marca 2026

Jak zwierzę, wierzę w wieży, a szczęką szczękając po kleszczach zaklaszczę w klasztorze.

 

Na czarno, bo jakby to inaczej, w pelerynie, pod kapeluszem i z wielkim parasolem w ręku. Ani chybi Zorro, względnie Tajemniczy Don Pedro - szpieg z krainy deszczowców. Pomykał opłotkami, pośród krzewów zieleniejących nieśmiało. Na przystanku czekało dziewczę o kształtach sugerujących ocean miękkości, ze splecionymi nogami, by między udami zachować resztkę ciepła na lepsze czasy, choć wiatr usiłował okraść ją już teraz. Cienie spacerowiczów z podwojonymi psami wędrują z wolna ku wyspom, a rzeka, wsparta czkawką elektrociepłowni usiłuje rozmglić pejzaż, by stał się mniej oczywistym i zostawiał drobny znak zapytania za każdym węgłem i zakrętem. W taki dzień czuję się jak murzyn-albinos pośród białych. Niby swój, a przecież obcy. Trochę cygan, któremu wiatr podszeptuje, że dość już zimowej grzeczności i pora ruszać w plenery, gdzie wiatr będzie rozbierał ognisko na pojedyncze iskry i słał w niebo dymne przesłanie dla podobnie myślących.