Zuchwale wsiadam w nie swój autobus. A co! Ku zdumieniu Szlachcianki Z Zaścianka i Nowego Karampuka, wsiadam i jadę. Poranek najwyraźniej mniej obrósł rutyną, coś mnie niepokoi, więc wsiadam w „pierwszy wolny”, żeby nie marznąć pośrodku niczego. Szlachcianka intensywnie pachnie mydłem, tłumiąc wszelkie zapachy otoczenia. Na jednym z przystanków mijam piękną Golemicę, dziś bez swojego Golema, za to zajętą konwersacją telefoniczną, pozwalającą jej zignorować autobus, kwitnące we wszystkich wymyślonych kolorach tulipany zasiedlające trawnik jak szarańcza.
Czekam na krzyżówce, a Nóżka, stojący naprzeciw jak wyrzut sumienia, obnaża moją czasową porażkę. Tym bardziej, że kiedy w końcu objawia się „zielone”, przez pasy przejeżdża tramwaj, blokując przejście, a za nim nadciąga autobus, również mający apetyt na kolejną blokadę. Zgroza! Wielkoformatowe pojazdy komunikacji zbiorowej uniemożliwiają skorzystanie z praw piechocie. Wreszcie ruszam, a przede mną, szerokim chodnikiem kroczy gość rozbudowany cieleśnie, na dodatek z aspiracjami, by zająć całą szerokość chodnika. Idzie sinusoidą. Pewnie pijany. Kiedy trafiam w przeciwfazę, wyprzedam, zerkając z niemaskowaną ciekawością. Chłop wędruje z zamkniętymi oczyma! Ja rozumiem, że widok nie nastraja, ale żeby aż tak? Może mu w oczy zimno?
Za dwieście trzynaście, dziewięćdziesiąt bezpłatna gazetka zaprasza mnie na „immersyjne doświadczenia audiowizualne”. Nie wiem, czy chcę. Trochę się boję. Może poczekam, aż ktoś opowie co to było. Najwyraźniej worek ze złośliwością mi się otworzył, bo z radio dobiegła mnie idea reklamowa jakiegoś samochodu – „poszerzamy strefę komfortu”. Jeszcze nie skończyli się chwalić, a ja już miałem w głowie, że dzięki temu zabiegowi nawet zdychać można będzie komfortowo, jeśli poszerzona definicja będzie wystarczająco mocno rozciągnięta.
Inny autobus, to Pikuś, mąż wsiadł kiedyś do złego pociągu...
OdpowiedzUsuńnic to, ja wsiadłem w dobry i "przejechałem". zamiast wrócić z odległości 26 km pojechałem 80. i musiałem wracać z pięćdziesięciu za domem...
UsuńCelnie wyciagasz absurd z języka reklamy bez dopowiadania morału.
OdpowiedzUsuńsądzę, że to widać i każdy sobie dopowie. rozciąganie znaczeń nieustająco budzi mój protest - na przykład rodzina, czy małżeństwo - skoro definicja jasno mówi, że to związek mężczyzny z kobietą to sformułowanie "małżeństwo jednopłciowe" jest oczywistym błędem i powinno być piętnowane przez każdego nauczyciela czy językoznawcę.
UsuńRozumiem Twój sprzeciw wobec nadużywania języka, zwłaszcza tam, gdzie słowa bywają rozciągane do granic wygody czy marketingowej manipulacji. W tym sensie jesteśmy bliżej, niż mogłoby się wydawać. Jednak w moim komentarzu odnosiłam się wyłącznie do ironicznego demaskowania języka reklamy, tego, jak tworzy on pozorne sensy i 'poszerza' znaczenia w sposób czysto użytkowy, często pusty. To zupełnie inny porządek niż żywy język społeczny, który zmienia się wraz z doświadczeniem ludzi i ich potrzebą nazwania własnej rzeczywistości. Język nie jest zamkniętym systemem definicji, lecz przestrzenią negocjacji znaczeń, czasami chaotyczną innym razem niewygodną, ale nieuniknioną. Dlatego nie postrzegam wszystkich przesunięć znaczeniowych jako błędu; niektóre są próbą opisu świata, który po prostu przestaje mieścić się w dawnych ramach. Mój zachwyt dotyczył więc precyzji obserwacji i subtelności ironii w tekście, a nie ogólnego sprzeciwu wobec zmian w języku jako takich.
Usuńjasne. dzięki za wyjaśnienie. wiem, że jestem dziwny i że mam swoje narowy, ale tego już nie zmienię. lubię, gdy rozumiem. i dlatego pasztet z selera mnie wścieka, bo albo pasztet, albo z selera - skoro powstaje nowe danie, to zasługuje na własną nazwę i nie musi kraść starej i udawać coś, czym nie jest.
Usuńa rozciąganie definicji gdzieś musi mieć koniec, bo komfort, to komfort. przesunięcie granicy komfortu w dół sprowadzi komfort do dyskomfortu, bo czemu nie. to tak jak z "mikroapartamentami" po 15 m2 albo apartament, albo mikro.