wtorek, 21 kwietnia 2026

Był zgoła goły, więc zna go nago.

 

Osypują się z kwiecia mirabele, śliwy wiśniowe i forsycje. Magnolia naśmieciła wonnymi płatkami tak, że okolice drzewka wyglądają jakby kto pierze darł przez całą noc – raczej z łabędzia, niż kurczaka. Bez zaczyna pulsować fioletem, a od różowych plam na tle blokowiska aż się człowiekowi cieplej robi. Rajskie jabłonie, różowe głogi i co tylko jeszcze – uwodzi, ściąga oczy, tuszując szkaradzieństwa urbanistyczne. Co bardziej pochopne drzewa zielenią się; te bardziej stateczne jeszcze czekają. Na przejściu dla pieszych krąglutka pani o pomarańczowych pazurkach kremuje dłonie. Najwyraźniej nie zdążyła przed wyjściem. Na przystanku młodzieniaszek pulchny i rozrośnięty zdecydował się na krótkie spodenki, więc teraz zaklina słońce, by w końcu zeszło na ziemię, bo na razie niebo zasnute szarym prześcieradłem szczelnie i beznadziejnie. Rzeką wiją się rzadkie mgły szukające miejsca, gdzie mogłyby przycupnąć.


Kierowca autobusu dokonywał zabiegów rajdowych, więc zdążam na wcześniejszą podwózkę. Mógłbym dziś zaskoczyć Nóżkę, jednak na niego byłem zbyt wcześnie i się nie udało. Trzech śniętych żołnierzy w czarnych beretach najwyraźniej nie wie, dokąd i czy warto w ogóle iść, więc meandrują chodnikiem tarasując go jakby była ich cała drużynka.


    I już sycę się popołudniem, mijając misternie uplecione gniazdko, które zapewne wrona porwała z pierwotnej lokalizacji. Obok dwie skorupki jaj, nie wiadomo czy zawartość zdążyła ożyć, czy stała się wronim śniadaniem. Po drodze mijam staruszka patrzącego głodnym wzrokiem na uliczny kubełek. Chyba chciałby wygrzebać zeń niedopałek, ale się wstydzi. Odwracam głowę, gdy przeczekuje piechotę jak raz przeszkadzająca w połowach. Wsiadam w tramwaj, a tam, niemłoda samica w czerni pasie się chipsami żując je niczym krowa. Usiłuję nie patrzeć, jak większość pasażerów, ale nie potrafię nie słyszeć i nie czuć. Obrzydlistwo! Pani od czasu do czasu nawilża gardziołko z dużej plastikowej butli. Opakowania paszy i popitki sugerują, że szybko nie skończy się ta rozpusta. Trudno. Jadę. Tylko pani o rzedniejącej siwiźnie wolna jest od tych wrażeń i skupia się na słonecznym cieple filtrowanym przez okno.

6 komentarzy:

  1. Dziś tytuł zrobił mi wieczór, dziękuję:-)
    jotka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie wnikam, bo wręcz nie wypada, ale proszę uprzejmie. niech idzie na zdrowie.

      Usuń
  2. Dziecię me zerwało się w środku nocy, żeby pojechać do innego Miasta i spotkać się z koleżankami. W dzień przysłało mi widoczek z 49 piętra Sky Tower, cokolwiek to jest. Miasto z góry. Moje zdumienie wzbudził czteropiętrowy tasiemiec mieszkalny. Wygląda, jakby nie miał początku ani końca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sky Tower, to wielki penis w środku Miasta. widać go, gdy nic nie widać. a dołem ma całkiem okazałą mosznę. obejrzyj na zdjęciach. Budynków-parawanowców też jest więcej jak jeden.

      Usuń
    2. Och, to ten, co do naszej Wielkiej C*** pasuje!

      Usuń
    3. malutka ona w porównaniu - tutejszy miał wielkie aspiracje. a i tak ograniczył sporo pięter, bo była recesja

      Usuń