Nacieram. Walczę. Okopuję się, zalegając plackiem. Fizycznie, trę kartofle na placki. Różnica taka, że rany bojowe nieco drobniejsze. I bez sanitariuszki z rudą grzywką da się zaleczyć. Placki wymagają jaj, co sprowadza mnie w czeluści piekielne. Sam nie wiem gdzie (i po co) wyczytałem, że w sporcie kobiecym pojawiła się nowa jednostka chorobowa, która także jest w natarciu. Skokowy przyrost cierpiących. Zapalenie jąder… Cóż. Jak się ma zaświadczenie od psychiatry, to można natychmiast wbijać w damski strój, by poprawić rekord świata, czy Pcimia Dolnego – dowolnie. Jajka trochę tęsknią za luzem męskiego trykotu, ale dla chwały – nieustraszona i gotowa na wszystko!
sobota, 6 lipca 2024
Rzeźbię rzeź rzężących rzeźników.
Sroki wrzeszczały na siebie, najwyraźniej mowa była o aborcji, albo o przesiedleńcach. Wiadomo – u srok wszystko musi być czarno-białe. Na przystanek wyległy mocno osadzone w dobrobycie ślicznotki w każdym możliwym wieku, lecz łączyła je fryzurka w kolorze słomki. Ponoć dwa procent kobiet ma naturalny blond, ale ten tymczasowy, to niemal połowa. Chyba. Rowerzystka otwiera paśnik na świeżym powietrzu, nie wnikając, czy ono na pewno świeże. Grunt, że pizza upieczona w samochodzie pachnie daleko, a na podwórku wyciągają głowy żółciuteńkie wiesiołki. Dziewczynka z kucykami angażuje rodziców do większego wysiłku. Ilekroć przystaną, zaczyna buczeć i chlipać. Co innego, kiedy w pocie czoła biegają schyleni w pół, albo asystują zjazdom na zjeżdżalni, czy popychają huśtawkę. Grunt, że płacze po naszemu, bo takie nieszczęścia łatwiej znieść. W warzywniaku czarna porzeczka czeka na adopcję, jednak ceny zaporowe każą jej czekać na bogacza. Przed sklepem rumieni się czerwona, jeden z ostatnich znaków, że niegdyś był tu przydomowy ogródek. Orzech włoski, śliwę i gruszę wycięli w zeszłym roku, żeby postawić konserwy allegro, czy dpd.
Suszarka – statek do przewozu wyschniętych produktów.
Cieniem zmierzyłem jezdnię. W oczach słońca, jestem dłuższy niż ona szeroka. Za to zdecydowanie płytszy. Po moim cieniu przejeżdżają bez trudu wywrotki budowlane i nawet małe samochody osobowe nie podskakują na nim. Duża blondynka cerę miała przeźroczystą, wyglądającą jak płótno, na którym dopiero zagości wygląd, jeśli nie docelowy, to choć tymczasowy. Stasza pani usiłuje ustąpić miejsca młodszym kobietom, ale te są zawstydzone. Hałdy ziemi mające stać się podłożem trawników na poboczu dziś wykorzystują dziko rosnące słoneczniki. Ścieżką rowerową mknie kolarzówka. Pani dosiadła rower jakoś tak, że w kategoriach towarzyskich powiedziałbym, że go molestuje. Rowery dla golemów powinny mieć rozmiar adekwatny do jeźdźca. Być może pani wierzy, że dzięki wysiłkom dorośnie (znaczy skurczy się) adekwatnie do możliwości sprzętu. A przecież dostatek cielesny bardzo często wbudowany jest w geny i strukturę kości.
Kobieta o pokaźnych (żeby nie było niedomówień – wcale nie obnażonych) piersiach niosła plecak, który miał zrównoważyć obciążenie, jednak pakując go chyba przesadziła, bo idąc pochylała się żeby nie upaść na plecy. Przed sklepem z odzieżą z drugiej ręki dostrzegam dżinsy z trzeciej… powiedzmy, że ręki, choć brzmi to słabo. Jarzębina ugina się pod ciężarem owoców, w gęstwinie topoli rechocze dzięcioł zielony. Dziewczęta, którym ciężar gatunkowy nie pozwala zapiąć guzika dżinsów mogłyby łaskawszym okiem zerknąć na sukienki – choćby dżinsowe. Z lombardu wychodzi niezadowolony z wyroku kloszard. Na szyi ma złoty medal za nie-wiadomo-co i metalową plakietkę z napisem VIP. Prawdopodobnie usiłował spieniężyć trochę sterany smartfon mieniący się jak benzyna w kałuży. Golem wypalany w słońcu wielu kurortów utracił życiową energię i dogorywa na ławeczce lekko wstrząsany pływami fal wewnętrznych.
piątek, 5 lipca 2024
Słońce – dziecko słonia.
Niskopienny king-kong futruje. Kabanosy śmierdzą chemią. Chyba jest w towarzystwie innego king-konga, równie kompaktowego i zaniedbanego. Obaj towarzyszą bardzo doświadczonej „nastolatce” w spodniach składających się zasadniczo z dziur. Jedynym całym miejscem jest chyba kieszeń na smartfon.
Parka przerośniętych nastolatków okazuje sobie czułość ignorując otoczenie – norma. Każdy kiedyś tak ma. Dziewczę z okazji pierwszego zauroczenia musiało mocno wyrosnąć, żeby sięgnąć ustami chłopca. Widać to po sweterku, który choć rękawy ma wystarczająco długie, by sięgnąć nadgarstków, to już dół kurczowo trzyma się ostatnich żeber, a o sięgnięciu bioderka może tylko pomarzyć, albo pozazdrościć chłopcu chwytniejszych dłoni.
Druga parka, na pierwszy rzut oka składająca się z roześmianych koleżanek wertuje zawartość jednego telefonu. Jedna z nich jest tak „zmasowana”, że zasługuje na prywatnego satelitę. Satelitkę. I ma. Szczupłe dziewczątko krąży wokół z objawami zachwytu na buzi, stopy stawia pomiędzy stopy tej okazalszej, a czasem poprawia jej niesforne kosmyki raczej zaniedbanych włosów. Dopiero, kiedy zbierały się do wysiadania, okazało się, że zmasowana niewiasta jest facetem. Zmylił mnie biust…
MPK kompletnie nieodpowiedzialnie i bezzasadnie składa deklarację miłości w chamski sposób zaklejając okna wyznaniem i traktując pasażerów jak barany wiezione na jatkę. Może i tak jest? Młodziuteńka dama, objuczona wiklinowym koszem, za którym się ukrywa, nosi na głowie słomkowy kapelusz. Nóżki ma chude i tak blade, jakby słońce miało powstać dopiero pojutrze. Kiedy jednak podnosi główkę, buzię ma prześliczną. Taką buzię powinni sprzedawać na receptę dla ponuraków. Poprawia humor.
Wśród napisów zdobiących wszechobecne plecaki znajduję „nostalgię” i „borderline”. Ciekawe, czy znajdę więcej przypadków z zakresu medycyny umysłu.
Przekraczając dołem wiadukt kolejowy dostrzegam zalążek stalagmitu zdobiący chodnik. Wiadukt przecieka od zawsze i chyba ma to fabrycznie wbudowane. Kropla za kroplą spada na chodnik tlenek żelaza plus okruchy szarej farby budując strukturę znaną z jaskiń wapiennych.
czwartek, 4 lipca 2024
Wagina – kobieta obsługująca wagę.
Wróble pracowicie przegryzały się przez ciszę poranka, szczekając na co popadnie. Osiedlowe jałowce obrzuciło owocami, jak nie przymierzając pryszcze nastoletnie gębusie. Kobiety o szerokich biodrach sennie zmierzają ku codziennym mozołom, a ja najwyraźniej deprecjonuję męską połowę populacji, jednak faceci zdają się być mało widowiskowi, czy zjawiskowi. W ogóle zdumiewa mnie fakt, że kobiety potrafią „coś” wyłuskać z męskiego grona i zaadaptować na większą część wspólnego żywota. Staruszka w bieluteńkiej sukni do ziemi i białych, wysadzanych diamencikami balerinach wysiadła z autobusu i czeka na tramwaj, który dowiezie ją do USC – nieczynnego jeszcze, ale czy to istotne?
Blondyna, skomponowana raczej narzędziami stosowanymi do budowy architektury, niż zegarmistrzowskich bibelotów dźwigała torbę adekwatną do postury bez widocznego wysiłku. Najwyraźniej jada solidne śniadania i na tym nie poprzestaje. Obok mnie wędruje dziewczyna, której majtki robią co mogą, żeby trzymać się z dala od pośladków, więc i ja na wszelki wypadek oddalam się od nich. Dziewczęta o twardych piersiach, którymi grawitacja dopiero zaczyna się interesować, wędrują z szerokimi uśmiechami, beztrosko i radośnie podrygując. Stadko jaskółek krąży nad skrzyżowaniem, drąc się pod niebiosa, czyli raczej nie polują. Pani w bawełnianym dresie pełna nie tylko energii maszeruje, na każdym kroku stając na paluszkach. Pokaźny gość uformował brodę w popielatą klepsydrę.
Na czerwonym świetle przechodzę przez skrzyżowanie odprowadzany karzącym spojrzeniem poszarzałych zakonnic i tęsknym spojrzeniem zmarzniętej pani. Wyspy, cywilizowane kosiarkami tracą koloryt i ostatki „dzikości”. Pojedynczy krzyk osamotnionej mewy brzmi smutno, niemal tragicznie. Wyspowe kubełki wyglądają, jakby ktoś preparował „sportowego jeża”. Niewtajemniczonym wyjaśnię, na czym polega zjawisko. Po lekkoatletycznym mitingu, gdzie główną atrakcja wieczoru jest 4x100 z zagrychą – nadchodzi poranek, a z nim kac-morderca, pastwiący się nad ostatnimi szarymi komórkami. Pić się chce, ale wszystko zostało wypite wieczorem. Bierzemy więc dużą miskę i wkładamy do niej puste butelki szyjkami w dół. Kiedy będzie już pełno miska zacznie przypominać jeża. Ale dołem… nakapie kieliszek, albo i dwa. W sam raz, by uśmierzyć ból istnienia. W sam raz na rozchodniaczka.
Niemal bezcielesny (i ostrzyżony doskonale, żeby się rzepy nie czepiały) pies prowadzi na smyczy panią, również niemal bezcielesną. Kwiczoł, choć o połowę mniejszy goni wronę przez całą długość podwórka, a ta zmyka, aż się kurzy.
środa, 3 lipca 2024
Amator.
Bóg dokonał aktu samokreacji i z braku doświadczenia powołał do życia prymitywnie liniowy czas. Wtedy zaczęła się nuda, przerywana rzadko stworzeniem mało angażującej galaktyki, czy mgławicy, względnie obserwacją apetytu czarnych dziur tworzących się spontanicznie, jako odpowiedź na masę masy wypełniającej próżnię. Chaos stworzenia dostarczał ubożuchnej rozrywki, pozostawiając sporo wolnych chwil na przemyślenie twórczości. Bóg wybrał sobie jeden ze światów i postanowił go zaludnić, żeby pozyskać choć kilku wyznawców. Inaczej jego byt był abstrakcją pozbawioną sensu. Niby się udało, jednak zawiodła komunikacja z wiernymi.
Mądrzejszy Bóg postanowił poczekać, aż wierni sami go wymyślą i abdykował w niebyt, licząc na stosowną chwilę.
Skwarek – mały upał.
Dorodne dziewczę, wsiadając, wyeksponowało pośladki, na których nawet początkujący geograf bez trudu rozpiąłby siatkę południków i równoleżników. Z tą pupą konkurować mogła wyłącznie „twarzowa” maska – istna karykatura. Gdyby była to twarz naturalna, musiałaby mieć korzenie w sennych koszmarach.
Hałdy urodzajnej ziemi, zeskładowane w wielkich kopcach i zasiedlające pobocze budowanego bus-pasa błyskawicznie zostały skolonizowane przez chwasty. Gdzieś obok szedł chłop wyglądający jak boja na krótkich nóżkach. A przecież wędrował szybciej, niż hipoteza o jego skromnych możliwościach. Zerkając na jędrne i krzepkie zaplecza młodych niewiast nie mogłem uwolnić się od idei, że projektanci dżinsów powinni pójść za potrzebą czasu (a może i własną) i zaproponować piękniejszej połowie ludności tylne kieszenie, w które zmieści się bez trudu nowoczesna maszyna telekomunikacyjna pogardliwie nazywana komórką.
Rozglądam się po autobusie, którym niemal co dzień o tej samej porze zaszczycam świat swoją mało widowiskową postacią: Tańczący Z Mięsem, Skórzastogłowy, Mała Mi z kichającym na świat cherubinkiem, dwie Kobry, Śpiąca Królewna, Sympatyczna Z Hipopotamim Ziewnięciem… Sami Starszy, Dobrzy Nieznajomi.
Nastolatka, chuda była do tego stopnia, że wisiały na niej legginsy. A w tramwaju jechał sobie prześliczny karampuk… żeby dla orientacji choć po jajkach się podrapał, albo nieśmiało poprawił ubożuchny biuścik… nic z tego. Bliżej Rynku, dziewczyna powoziła pojazdem roweropodobnym, zbudowanym z jakiejś skomplikowanej instalacji hydraulicznej, mieszczącej na peryferiach układu stereofoniczny system audio, z którego korzystała, jakby słuch miała zakurzony bardziej niż chodniki po wielkiej majówce. Para trzymająca się za rękę z wolna oddalała się od Rynku. Wierutna bzdura! Już kwadrans później para trzymająca się za ręce z wolna oddalała się… Czyli w piętnaście minut musieli okrążyć Ziemię! I nawet się nie spocili. Z wolna… Niezłe szyderstwo.
Na głównych deptakach galerii handlowej mam okazję podziwiać pancerne, ciężkozbrojne dziewczęta piękne alternatywnie i dość mrocznie wystrojone, przewidujące rychłą wojnę, albo inny armagedon. Tuż obok nich przemknęła omdlewając pod ciężarem urody własnej dziewczyna w jedwabnej piżamce letniej i różowych kapciach z futerkiem. Wdepnęła w dwa farbowane na różowo chomiki?
wtorek, 2 lipca 2024
Parowiec – zgromadzenie par.
Dzień kobiet puchatych, wzbudzających uczucia miękkie i aksamitne. Nawet Mała Mi przestała być złośnicą i nabrała ciała, żeby mieć energię do wychowania blond aniołka kichającego na cały świat. Nieliszcne „szparagówki” miały miny zacięte i wzrok skupiony na elektronicznych ploteczkach. Może to z powodu asfaltu który nie potrafi pochłonąć nocnego deszczu. Sympatyczna pulcheryjka zademonstrowała migdałki, ziewając niczym hipopotam. Dwie panie, gdyby ćwiczyły boks (wstydziłem się napisać bokserki, bo brzmi to odzwierzęco, albo bieliźnianie) musiałyby „chodzić” w kategorii open, albo zmienić dyscyplinę na sumo, gdzie także nie nazwaliby ich chudzielcami. Przezornie stanęły po przeciwległych burtach autobusu, lecz kierowca nieufny z natury testował siłownikami ułożenie podwozia. Panie miały piękne buzie i stopy absolutnie zbyt delikatne do dźwigania wszystkiego, co udało się im zgromadzić na czarną godzinę.
Wiatr strącił z jabłoni nadmiar wciąż zielonych owoców, służby walczą z powodzią szkła cyklicznie zalewającą wyspy. Trawa, kretyńsko ścięta przed falą upałów zmieniła barwę ze słomkowej na brązową. Kobieta zapewne nazwałaby ów kolor na sto (lepszych) sposobów, ja poprzestanę na tym prymitywnym, przypisanym męskiej połowie świata.
niedziela, 30 czerwca 2024
Sadzawka – zbiornik na sadzę.
Upał taki, że psy wyprowadzane na spacer wyglądają, jakby im padły bateryjki duracella i nawet na machanie ogonem im sił brakło. Ludzie, poubierani raczej frywolnie, żeby nie powiedzieć wprost – porozbierani do granic odwagi, by w domowym zaciszu sprawdzić, jak przestrzeń intymna reaguje na nagość, kiedy tylko się da. Drobne zakupy stają się możliwe wyłącznie dzięki klimatyzacji, spacer wspiera wiatr, który choć nie chłodzi, to przynajmniej nie grzeje. Pajęczyny zwisające bezczynnie na balkonie wydęły się i tylko niezłomny gospodarz w naprędce łata dziury, przez które przemknął ciepły zefirek. Kwiaty schną niemal w oczach, a przecież słońca zasadniczo nie widać. Jakieś mleko na niebie sprawia, że sufitowi daleko do błękitu, jakim zwykle wita ludzi lato.
Na targowisku, gdzie handlują rolnicy towarem z pierwszej ręki zasadą stało się, żeby nie kupować nic u kozaków. Polska obsługa sprawia, że ustawiają się długie kolejki cierpliwie czekających na swoja kolej, a do obcych mało kto podchodzi bez względu na cenę, czy jakość produktów – może ilość afer z brakiem jakości spłoszył ludzi i skłonił do myślenia? Oby!
sobota, 29 czerwca 2024
Włóczka - mała włóczęga.
Samiec sierpówki, kolebiąc się na boki, dreptał pohukując z nadzieją za sierpówką-samicą, która drobiła kroczki kręcąc ogonkiem i udając wystraszoną, jednak co rusz zerkała do tyłu, czy nie ucieka zbyt szybko na samcze możliwości, żeby się nie zniechęcił.
Kobiety o każdej możliwej (i nie) gramaturze, piękniejsze niż w pryszczatych snach nastolatków, zgodnie zanurzyły spojrzenia w monitory telefonów. Ogorzali młodzieńcy tymczasem, chwalili się głośno wczorajszymi sukcesami w tankowaniu paliwa wysokooktanowego, roztaczającego aromat w jakim nawet muchy czuły się nieswojo. Jeden z nich usiłował rapować za pośrednictwem spalonego do szczętu gardła, jednak zabrakło w autobusie pani Zapędowskiej, by pochwaliła „cudną, szorstką męskość”, brzmiąca w jego głosie. Dialog, pełen wyrafinowanych wątków, mimo że wulgarny zawierał treści:
- Rzadki zapach przywiozłem z Holandii.
- Zaraz o tym pogadamy, ale jest na to zgoda.
- Staliśmy z Erykiem i ruchaliśmy gazelę…
- Dobra – wtrąciła się miss wczorajszego wieczoru, równie aromatyczna, jak męski fragment dialogu – trzeba dzisiaj załatwić dokumenty, pójść do fotografa i zrobić zakupy, bo lodówka pusta.
Praktyczna niewiasta była chyba kagańcem dla napuszonych kogucików i ich wytrawnej, niebanalnej wyobraźni.
Pulchniutka pani, od pierwszego kopa wzbudziła moją sympatię, ziewała niczym duszący się karp, aż się jej oczy spociły. Dla uspokojenia trawię przeczytaną informację o zatrzymaniu dwudziestu pięciu transportów ekologicznej żywności ze wschodu. Wcześniej powodami były żywe robaki, które przecież są jak najbardziej eko, jednak autor nie był uprzejmy poinformować, czy owe robaki są dopuszczone do obrotu w UE. Tym razem zatrzymano transport, ze względu na informację, że produkt nie zawiera GMO, co dla odmiany jest niezgodne z unijnymi przepisami. Naprawdę?
Śliczna, z metką-etykietką zawieszoną na smyczy pędziła do „Żabki”, aby ozdobić jej wnętrze, albo promować towary trudne do zauważenia bez wsparcia pięknej kobiety. Mały szczur sztywno leżał na grzbiecie, wszystkimi łapkami celując w niebo. Zdziczała jabłoń uginała się od zielonych owoców, a na tym tle przysadziste dziewczę wędrowało z zapałem, informując wirtualny świat o własnych przemyśleniach, za pośrednictwem łącza audio-wideo. „Wyspiarze” kończyli jeszcze wieczór, albo dosypiali na trawnikach, kiedy sprzątacze gromadzili szkło do licznych pojemników. Trójosobowa, dwustuletnia reprezentacja polskiego wędkarstwa pilnowała balustrad wieńczących kamienne nabrzeże. Podejrzewałem, że dołem płynie słodkowodny, błotolubny rekin-ludojad, ale nie. Pojawił się sukces łowiecki, szeroko komentowany. Czyli w Rzece istnieje życie, a nie tylko rzyć tu i ówdzie mocząca się bezwstydnie.
Nie byłem przygotowany na tyle piękna tłoczącego się pod jednym peselem. Wenus z Willendorfu mogłaby pozazdrościć. Młoda istota, nasycona proteinami do tego stopnia, że skóra w wielu miejscach nie wytrzymała, niebezpiecznie się wybrzuszając w niemal doskonałe półkule, niedbale okryte cienką materią sztuczną. Wykorzystując szkielet, jako drogowskaz, określiłbym, że najsłabszą skórę proteiny wykryły na wysokości miednicy i na południowej ścianie klatki piersiowej… głównie. Pozostałe fragmenty szkieletu zmagały się z wieloma nachodzącymi na siebie, jednak mniejszymi wybrzuszeniami. Alternatywnie piękna dziewoja okryta nieprzemijającą czernią wypełniła wnętrze autobusu niepokornymi myślami i tylko bojowe szpony XXL chroniły mięciutką istotę od zdecydowanego natarcia jurnych, wyposzczonych samczyków.