piątek, 14 sierpnia 2026

Mąż mężnie stężał w tężni.

 

    Starszy pan powoził rowerem w białych rękawiczkach i bynajmniej nie była to przenośnia. A w autobusie mocno zbudowany byk czyścił okulary przeciwsłoneczne, bo słońce zdołało wspiąć się na widnokrąg i wabi ciała stęsknione ukropu. Kozacy wysłuchują porannych instrukcji na wypadek przerwania linii frontu i blitzkriegu, mogącego jednym kopem pokonać ze trzy tysiące kilometrów, by dotrzeć do Miasta.


    Na chodniki i ścieżki rowerowe sypia się dojrzałe mirabele i ałycze. Rozdeptane sfermentują jeszcze dziś, ku radości os i szerszeni. Gdyby jemiołuszki o tym wiedziały… Ech! To dopiero pijanice! Uwielbiają sfermentowane owoce, a potem odsypiają na trawnikach bo izb wytrzeźwień dla ptaków jeszcze nie wynaleziono. Dla os i szerszeni też nie. F3 TERRA – na dziś jedyna tablica warta zauważenia.


    Łysy gość ze swą lubą siwiuteńką jak gołąbek zadowolony wraca z wakacji. Nie grozi im niepożądana ciąża i być może stąd zadowolenie. Zaraz potem dwie panie turlają swoje walizy. Blondyna bladouda idzie obok opalonej brunetki. Niby razem a wygląda, jakby jedna wyjeżdżała a druga wracała z urlopu. Motorniczanka pod krawatem kolebie się w siodle z zauważalną satysfakcją. Tańczy w rytm wertepów i chyba-muzyki. Za oknem kolejne kozaczki dopełniające minispódniczkę tak krótką, że kwestia bielizny przestaje być zagadką. Ów trend jakoś mnie ominął i teraz za każdym razem łapię się, że zaskakuje odwaga dziewcząt.

czwartek, 13 sierpnia 2026

Boję się boju z obojem o boję.


    W Mieście pojawiły się pierwsze kurtki i grube bluzy z kapturem. Jeszcze nie masowo, ale już zauważalnie. Zamiast szortów do kompletu z kozaczkami. Piękne, okrąglutkie panie rozświetlają poranek swoja ruchliwością. Niebo poszatkowane bez ładu i składu przyniesie (być może) zmianę pogody. Intryguje mnie jak wyglądałby klimat, gdyby tak na dwa-trzy tygodnie wprowadzić zakaz wszelkich lotów. Z filozoficznych rozterek wytrąca mnie młodziutka dziewczyna sprawdzająca własną urodę w telefonie. Najwyraźniej udało się, bo uśmiecha się dyskretnie i nieco tryumfalnie. Skrzynkę energetyczną zdobił stary afisz reklamowy targów turystyki i czasu wolnego Zafrapowała mnie ta druga ewentualność i troszkę żałowałem, że nie poszedłem. Może kupiłbym sobie nieco wolnego?

    W drodze powrotnej słońce zdążyło się rozgrzać i było więcej niż miło. Spotniałem i powstrzymywałem się od zipania. Za to młodziuteńka dama w okularach studziła myśli wachlarzem, co okazało się niewystarczające. Aby poprawić komfort jazdy, psim wzorem otworzyła paszczę i wywaliła jęzor na wierzch. Druga, tym razem doświadczona w bojach damsko-męskich smoczyca trzygłowa podparła niebagatelny biust ramionami i sprawdzała czy na mnie działa. A i owszem, trudno, żeby nie. Żeby nie prowokować eskalacji starałem się sięgać wzrokiem w inne kierunki, co chyba smoczycę zniechęciło do kontynuowania jazdy w moim towarzystwie.

środa, 12 sierpnia 2026

Plamy z palmy spalmy napalmem.



    Dość wulgarnie wyglądająca niewiasta, zamiast podkolanówek nosiła tatuaże, których nie mógł zauważyć maszerujący zabawnie facet sczytujący dane z telefonu. Przypominał mi bohatera nieistniejącej kreskówki w stylu „Sąsiadów”.

    Słońce przedzierało się przez gąszcz obłoków skupionych, by nie dopuścić do słonecznych swawoli, jednak promienie zuchwale cięły tak niebo, jak ziemię. Na razie chłód zapowiadający już jesień i ręce głęboko kieszeniach. Stałem na przystanku i obserwowałem absurdalny sport – ludzie wytężali zmysły, by odkryć jaki tramwaj nadjedzie. I już z daleka „sprawdzali” jego numer. Tak, jakby mogli wsiąść szybciej, niż pojawi się na przystanku. Odczyt pewniejszy i bez niespodzianek czy zawodów.

    Po południu całe piękno Miasta wyszło mi naprzeciw. I teraz nie wiem, czy dla mnie, czy mimo mnie. Z ciekawszych tablic rejestracyjnych odnotowałem D0 ALP, D7 NESSIE, D0 EAT i D0 ROZEK – dorożek, czyli męska dorożka.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Erotyzm rozsiewczy.

 

    Jądra mi już całkiem spuchły od uporczywego nieużywania, a samym lizaniem, daleko uciągnąć nie zdołałbym. Zaprzyjaźniona kotka wypowiedziała mi tak przyjaźń, jak i wzajemność prokreacyjną, uniosła ogonek do góry i kręcąc kuperkiem na pożegnanie (żeby mnie podpalić do krwi) odeszła w siną dal. Nic więc dziwnego, że od pewnego czasu na każdego przedstawiciela kociego gatunku patrzyłem łakomie. Mezalians międzygatunkowy nie przyszedł mi (na razie!) do głowy, ale patrzenie, co kto pod ogonem nosi uznałem za drugorzędne. Najwyraźniej stałem się erotokotem i wnętrze łba opanował seks. Na wyłączność, dowolnie rozpasany i niekoniecznie grzeczny. Najwyraźniej „myślałem za głośno”, bo młody kocurek popatrzył na mnie tak jakoś, jakby ważył mnie i moje hipotetyczne wado-zalety. W końcu powiedział:


    - OK! Raz się żyje. Poszalejmy!


    - Och! - Tego było mi trzeba. Nic więcej. Ruszyłem w tany, a kocurek (jak on miał na imię) nie dość, że dotrzymał mi kroku (powiedzmy, że kroku), ale wykazał się inicjatywą, od której przed rumieńcem ocaliło mnie futerko, roziskrzone, podniecone i szalejące. Bezpieczny seks! Cudo!


    Kiedy miłosny zapał pokonał nasze słabe ciała, zasnęliśmy na sobie, w sobie, poplątani, zakochani, dumni i szczęśliwi. Nigdy mój pyszczek nie cieszył się równie szeroko. Gdy się obudziłem, kocurka (jak on miał na imię) już nie było. Polazł gdzie, jak to koty. Czasy ciężkie, więc nawet spontaniczny, improwizowany seks się liczy. A z kocurkiem (jak on miał na imię – jak napisać otwierający cudzysłów dużą literą?) seks zdarzał się częściej. Częściej niż sporadycznie. No! Zdarzał się i był powtarzalny. Powtarzalnie zachwycający. Kto by liczył orgazmy? Chyba tylko stuknięty księgowy.


    Pewnie coś spieprzyłem, bo za którymś razem kocurek (jak on miał na imię) zdawał się być nieswój i mniej zaangażowany. Jeszcze trochę i zacznie udawać orgazmy! Przyjrzałem mu się nieco przytomniej, jeśli w pełnym wzwodzie można zachować przytomność. Chyba mu się nieco utyło. Nie wiem, gdzie żreć chadzał, ale karmili tam wybornie. Nabrał boczków i na pysku wyokrąglał. Ładniutki taki. Puchatek. Baryłeczka. Mój kocurek (jak on miał na imię)…


    Wreszcie przy kolejnym spotkaniu powiedział twarde i stanowcze nie! Normalnie zwiędłem z wrażenia. Smutek zgasił płomień namiętności. W kocurku (jak on miał na imię) szybciej, niż we mnie. A choć żebrałem i błagałem, choć obłaskawiałem mojego kochanka, ten tylko kręcił głową i trzymał mnie na dystans. W końcu nie wytrzymałem i krzyknąłem:


    - O co ci chodzi? Czy źle nam jest ze sobą?


    - Nieeee… zamiauczał jakoś tak łzawo, ale ja… jestem w ciąży


    - No i szlag trafił bezpieczny seks, a kocurek (jak on miał na imię) okazał się kotką. Tylko patrzeć, jak zadrze ogonek i kręcąc pupka pójdzie w siną dal.

Przestawiłem zastawkę na stawie, by postawić tam zastawę. Stawy w stawie ustawiłem i podstawkę podstawiłem.

 

    Rudowłosa bogini w błękitnej sukience jednym ruchem biodra zabrała wzrok. I nie puszczała. Jej biodra stać było na kolejne i kolejne ruchy. Mało mi głowy nie ukręciło, gdy autobus odjeżdżał stanowczo zbyt szybko. Szybkim krokiem przemierzałem Halę Targową z misją zakupu chrzanu, więc poczułem się „w temacie” podsłuchując komentarz straganiarki: śremskie się pojawiły, znaczy kończą się ogórki!

Ból w Kabulu.

 

    Wczorajszym popołudniem zwiedzałem dzielnicę, do której zwykle mi za daleko. Jeśli mnie wzrok nie zwiódł, na szarej okurzonej elewacji znalazłem przesłanie PALMY PLONY BANANÓW. A potem to już wracałem do domu i przy Wzgórzu Sakwowym dostrzegłem brodacza siedzącego w trawie i rozmawiającego z klonem, mimo że interakcja była znikoma.


    Dzieje się coś niedobrego. Ze mną. Sezon wakacyjnie nieuchronnie zbliża się ku końcowi, a z nim sezon na siniaczki, a ja dotychczas nie odnotowałem żadnego zasługującego na zauważenie – tracę wzrok, czy kobiety stały się ostrożniejsze? Panna z pępuszkiem na wierzchu opierała się o filar arkad, a biodrami rytmicznie wykonywała ruchy frykcyjne. Autobus odjechał nim osiągnęła spełnienie. Trochę szkoda, bo zanosiło się na wytrysk z tych kompletnie nieoczywistych.


    W dni robocze po dwakroć mijam przybytek obwieszony autoreklamą pod nazwą ENEL MED. I za każdym razem, bez udziału świadomości przetwarzam ów napis na MENEL ED. Cóż. Nie jestem dobrym człowiekiem. W jadącym równolegle autobusie widzę wysiłki „kanarów” kontrolujących bilety. Wśród pasażerów zwykle przeważają Kozacy, choć czarnoskórzy przestali być niespodzianką.


    Na osiedlu pachniało podgrzaną cebulką. Początkowo sądziłem, że ów aromat ciągnie się za panią w stroju nie posiadającym części plecowej, ale nie – zapach opanował połowę drogi. Z tego wszystkiego zacząłem dumać, czy można wybrzuszać się nie tylko na brzuchu, ale i gdzie indziej. Na plecach? Wypleczać? Na du… no, no! Nie przesadzajmy!

niedziela, 9 sierpnia 2026

Bełkot szura.

 

    Farmacja to chyba największy zamawiacz reklam tak w telewizorze, jak radiu, czy w internecie. Zebrałem przykładowe leki/suplementy/wyroby medyczne i wynotowałem wybrane składniki, wypatrując elementów zielarskich tradycji:

- Travisto – karczoch, mięta pieprzowa, ostryż długi, koper włoski

- Hepaslimin – karczoch, ostrokrzew paragwajski, korzeń cykorii, ostryż długi

- Persen forte – kozłek lekarski, mięta, melisa

- Sambucol extra strong – owoc czarnego bzu

- Nervosan fix – korzeń kozłka, melisa, mięta, krwawnik, rumianek

- Sylimarol – ostropest

- Verdin complex – karczoch, rozmaryn, kurkuma

- Skrzypovita – skrzyp polny, ziele pokrzywy

- Destresan - melisa, różeniec górski, chmiel, waleriana (czyli kozłek lekarski)

- Detusan – porost islandzki, korzeń prawoślazu, kwiaty dziewanny

- Iberogast – arcydzięgiel, kminek, lukrecja, mięta, melisa i UWAGA glistnik – jaskółcze ziele – zioło od 03.04.2026 zakazane oficjalnie.

- Tussipect – ziele tymianku

- Neospasmina – owoc głogu, kozłek lekarski

- Valerin sen – ziele melisy, szyszki chmielu

- Lipomal – kwiat lipy

- Pyrosal kid – kwiat lipy, korzeń prawoślazu

- Sinulan express forte – eukaliptus, mięta pieprzowa, rozmaryn, tymianek


    Nie chce mi się już dalej tego ciągnąć – ponad połowa reklamowanych produktów firm farmaceutycznych korzysta z ziół jako bazy swoich wytworów. Ponieważ ziół nie umieli opatentować, więc dodali „specjalne formuły” do pigułek, żeby ukryć lecznicze działanie ziół, które mimo tych „formuł” nadal dają radę.


    Po wejściu w życie ustawy Lex Szarlatan zielarze będą bali się dzielić wiedzą i umiejętność rozpoznawania i wykorzystania ziół błyskawicznie zniknie – zostanie tylko w wielkich firmach farmaceutycznych, jako wiedza tajemna. Teraz wystraszą milionową karą kilku najgłośniejszych zielarzy, a reszta stuli uszy i będzie się bała podzielić doświadczeniem, czy gotową mieszanka ziół. Poważnie zastanawiam się, czy zakon Bonifratrów, Herbapol i wiele mniejszych, ale renomowanych firm/nazwisk (np. ojciec Klimuszko, dr Henryk Różański) doigra się połajanki od pożal się Boże nominowanego przez Prezesa Rady Ministrów, niekoniecznie znającego się na rzeczy Rzecznika Praw Pacjenta – kosmos dzieje się na moich oczach, a ja naprawdę nie chciałem żyć w ciekawych czasach i wolałbym nudną stagnację.


    Był czas, gdy zdumiewałem się, jak doszło do sytuacji, w której amerykańskie firmy chwaliły się cudownym „lekiem na bazie tymianku”, aż przypomniałem sobie, jak szybko wytępili rdzenną ludność, a potem nie mieli od kogo się uczyć i w XXI wieku musieli odkrywać go na nowo. Teraz może to samo spotkać nas. Na wakacjach, znalazłem kwitnącą dziko miętę, urwałem kilka listków i zaparzyłem – nie ma porównania ze sklepową. Herbatka z takiej, to coś o dwie ligi wyżej, niż torebka ekspresówki rodem z dyskontu, albo apteki.

Idź śladem pieniędzy.

 

    Głowię się od pewnego czasu nad taką zagadką:


    Czy Lex Szarlatan (och! jak sprytnie ukryto faktyczne intencje owego „prawa”) po wejściu w życie (a parcie na błyskawiczną legislację wskazuje na to, że ustawa została zamówiona i sowicie opłacona, więc wejdzie) sprowadzi do podziemia naturopatów, ziołoleczników, bioenergoterapeutów i akupunkturzystów. Wśród napiętnowanych przestępców-szarlatanów niechybnie znajdzie się szesnastowieczny zakon szpitalny Bonifratrów, wraz z ich naprawdę tradycyjną wiedzą i recepturami.


    Niewydolność medycyny systemowej, każącej pacjentom czekać w wielomiesięcznych kolejkach na zabiegi „na cito” zdumiewa. Cierpiący, dla ratowania życia stanie się bezradny, chyba, że w jego wsi będzie działać nielegalna szeptucha, czy wiedźma.


    Kto zarobi?

sobota, 8 sierpnia 2026

Miejski surwiwal dla najsłabszych.

 

    Przeglądając prasówkę odkrywam lekarstwo na bezdomność. Znajduję darmowy posiłek dla bezdomnych, chorych, emerytów, ludzi z marginesu społecznego. Jesień idzie, nie ma na to rady – twierdził Waligórski i żadna ideologia tego nie zmieni. Przydałby się ciepły kąt, miska ryżu ktoś, z kim można pogadać… Gdy bieda dokucza, a mieszkania takie drogie, nawet ciuch, choć tani wymaga prania, a sił brak. Co robić?


    Wystarczy podejść do dowolnej grupki kozaczej, poprosić by wyjęli swoje „wypasione smartfony”, następnie zbesztać ich słowem niewybrednym i dobrowolnie zgłosić się na policję. Zakwaterowanie z pełnym wyżywieniem na maksymalnie 7,5 roku.


    Po wykwaterowaniu można się przewietrzyć i powtórzyć operację.

Wieszak, to kat, który wiesza?

 

    I znów mogę się cieszyć Miastem, wdychając woń świeżo kładzionego asfaltu, czy kurzem z rozbijanych młotem pneumatycznym warstw betonu remontowanych torowisk. Zamiast mew o poranku gruchają gołębie, i mruczą rozkosznie stojące w korkach samochody. Zamiast „latających patyków”, jak nazywam kormorany w powietrzu zawsze wałęsa się jakiś samolot lecący nie wiadomo skąd i dokąd, a każdy pilnuje, by nie powtórzyć trasy poprzednika, żeby „smugi kondensacyjne” nie splątały się w warkocz superkomórki. Osiedlowe pieski mają się dobrze, jeśli mogą mieć się dobrze, gdy słońce przepala im grzbiety podczas obowiązkowej rundy honorowej. Dzieci popłakują – czyżby z braku bliskości młodych przedszkolanek? Lato kumuluje się gorączką w tak wielu płaszczyznach, że parując wieczorami przedłuża dzień aż po świt. Śpię na wierzchu, co jakoś specjalnie nie pomaga, chyba, że na psychikę.

piątek, 7 sierpnia 2026

Parkował w parku, by budować budy.

 

    Bałtyk. Spora kałuża, której brzegi nikną za horyzontem. Jakiś facet w piątym podejściu przepłynął. Jakaś pani już nie i wyciągnęli ją z wody jak dorsza po 58 kilometrach walki. Morze faluje. Czy jest wiatr, czy go nie ma. Może z przyzwyczajenia, bo samo już nie pamięta dlaczego faluje. Wyrzuca na brzeg porzucone (podrzucone) śmieci, zabawki, zapodziane skarpety, czy bieliznę zerwaną z rozgorączkowanych spontaniczną miłością ciał. Plastikowe zabawki napełnia woda i piachem. Do znudzenia powtarzając ów ruch. Hipnotyczny, plączący nogi. Może i zimny, ale nasz. Bez parzących meduz, rekinów, piratów (choć to ostatnie mocno niepewne). Pora wracać. By zatęsknić za piaskiem w kąpielówkach i słońcem wydziobującym z pleców liszaje. Wrócę? Jeśli budżet pozwoli, to pewnie tak. Chyba, że znów jakaś pandemia, czy inne nieszczęścia z internetu mnie powstrzymają.

czwartek, 6 sierpnia 2026

Klarnet Klary sklarowany.

 

    Coś nieśmiało pociekło z nieba i wygnało ludzi z plaży – jak na jakąś pielgrzymkę. Wyjścia z plaży stały się zbyt ciasne i wąskie gardła z trudem wypuszczały ludzi mokrych oddolnie, żeby nie zmokli odgórnie. Trudno – chyba czas wracać, skoro pogoda się kończy. Jutrzejszy obiad już w domu, ale dziś jeszcze trzeba strząsnąć piach ze stóp, nim się wejdzie na pokoje. Wędzona rybka, zapakowana próżniowo też pojedzie, a co! I garść bardzo starej żywicy. Wystarczy tylko rozwiązać problem bagażu – w coś co przyjechało pełne trzeba zmieścić więcej. Eskaluję każdego roku, ale w kwestii pakowania radzę sobie znakomicie.

Pewnie piwne pawie na prawie.

 

    Nie, żebym zapomniał o bursztynie. One są wszędzie, tylko nie na brzegu. Zakłady jubilerskie oferują cudeńka, a niemal wszystko, na czym warto zawiesić wzrok zaczyna się od czterech cyfr. Muzea chwalące się, ze każdy eksponat można kupić. Na przykład drzewko szczęścia – pień z odłowionego w morzu korzenia i kilka tysięcy bursztynowych listków za jakieś 25 tysięcy. Dla biedniejszych zostają bursztyniarze, którzy łowią sami, obrabiają i osobiście sprzedają z malutkich, turystycznych stolików. Jak się zna takiego, wtedy można obejrzeć coś nie-dla-szerokiej-publiczności. A co! Znam. Starszy facet, który pojawia się na plaży nie za często, a za każdym razem przyniesie coś, co łeb urywa. Z zachwytu. Surowy „kamień” i wyroby realizowane nawet przedwojennymi metodami. Korale obrabiane cęgami? Wisiory wyglądające jak wyłupane w krzemieniu? Kaboszony tak pełne srebrnej trociny połyskującej w słońcu bez końca i to bez ingerencji człowieka? Wszystko się da.


    I wszystko byłoby jak należy, gdyby nie młody byczek u którego na stoliczku, obok bransoletek po stówce walało się siedem bryłek wielkości małej piąstki. Wycenione razem na ponad pięćdziesiąt tysięcy. I choć trudno w to uwierzyć – warte były tej ceny. Połowa bryłki wiśniowa, druga żółta, a środkiem mleczna chmurka. Inny w jednej osi zdawał się być zielony, a w drugiej czerwony. A każdy tak idealnie czysty w środku, jakby ktoś je wyzamiatał przed skrzepnięciem. Nic równie pięknego nie widziałem. Osiem tysięcy za kawałek żywicy… Cholera! Nie miałem. I nie stać mnie było nawet na negocjacje, bo nawet po potężnym rabacie wciąż stać mnie byłoby tylko na podziwianie. Cieszę się, że mogłem obejrzeć. Trudno będzie taki obrazek dogonić.

środa, 5 sierpnia 2026

Wykaszanie kaszanki i golenie golonki.

 

    B0 EASY, G7 TEMPO. - tak na świtańca trafiam dwie tablice w ruchu.

    Nieopodal latarni, przy porcie stoi wielkie młyńskie koło „do zwiedzania”. Tam, gdzie schodzą się „szprychy” widnieje napis oko Kołobrzegu. Jak dla mnie między słowami zabrakło literki W. Wtedy byłoby zupełnie jasne, że zostałem wykryty właśnie tu.


    Na plaży współczesny Herkules, opalony iście afrykańsko uśmiechał się do Syrenki, która od lat karmiona była tłuściutką makrelą, więc jej kształty mocno wybujały. Herkules w uśmiechu prezentował niepełna klawiaturę, jakby właśnie mu powypadały mleczaki, albo popadł w konflikt zbrojny z Chuckiem Norrisem. Malowani ludzie wreszcie mogą pochwalić się tatuażami oszałamiając publikę bogactwem detali i lokalizacją dzieł sztuki. Na brzegu pospolitą staje się odwaga krocząca – krok w akwen i przerwa, potem następny i znów. Jakiś starszy pan postanowił przebrać się dwa kroki od wody i udawał, że nie widzi, jak gęsto tam od ludzi. Ale na wszelki wypadek interes ukrył w piachu. Albo nie używa, albo ma na podorędziu kogoś, kto doczyści organ do białej kości. W wodzie grasuje mama dwójki dzieciaków o podpisanych pośladkach. Najwyraźniej mąż, trawiący właśnie konserwę piwną podpisał na wypadek, gdyby mu się zawieruszyła, a on się stęsknił – uczciwego znalazcę prosi się, wysoka nagroda i telefon kontaktowy – tak poważniej, to nie udało mi się odczytać – wzrok już nie ten. I jeszcze dziewczynka, której właśnie zaczęły rosnąć skrzydła – łopatki przebijały się wytrwale przez skórę, żeby aniołka z kokonu ciała uwolnić.


    Dzieci pracowicie stawiały szańce z piachu, na wypadek powtórki z potopu szwedzkiego, bo wiadomo, historia lubi powtórki. Nie za groźna chyba była ta powódź, skoro tę z 1996 roku uznano za powódź tysiąclecia. Ale – strzeżonego… Przy dnie, na płyciznach uczą się pływać młode makrele i flądry. Wierzchem pływają głodne kormorany i mewy w rozmaitym rozmiarze. Niebieskie koguty ściągnęły żądną sensacji publikę i przemodelowały rozkład plażowiczów wzdłuż plaży.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Bronek broni Broni bronią z brony.

 

    Nad morzem zostało pół księżyca. Zapewne ma zamiar wesprzeć słońce, które radzi sobie nienajlepiej. Może dopiero się rozgrzewa? Na kominach okolicznych pensjonatów porozsiadały się mewy i zawodzą z zapałem. Wyglądają jak lizaki-kogutki, choć zapewne są mniej słodkie.


    Morze uczesało dno w twarde bruzdy w sam raz pod uprawę kartofli, czy szparagów. Dzieci odławiają meduzy i zastanawiają się (chyba), z czym byłyby najlepsze. Z cukrem, bitą śmietaną i jagodami, a może z serem i keczupem? A tak już bardziej serio – meduzy potrafią nieźle zaiwaniać pod wiatr i fale. Nim się człek obejrzy, już taka hycnie pięć bruzd w tę czy tamtą. Brzegiem uporczywie biegnie dziewczyna, usiłując zrzucić pupę i boczki, a może i odrobinę biustu. Czy jej się uda, tego nie wiem, ale wysiłek spływa jej kręgosłupem kryjąc się w czerni stroju bardziej kąpielowego niż sprinterskiego.


    Starsza pani tak zaaferowała się swoim staruszkiem i sporym psiskiem wizytującym Bałtyk, że kiedy dno znienacka zmieniło rzędną, potknęła się i niechcący zaczęła ogrzewać akwen swoim urokiem osobistym i wdziękiem. Na wydmach dwóch zawodowców kosą spalinową dokonują selektywnej wycinki, lecz w jakim celu? Bliżej brzegu młody chłopak naciera swą wybrankę kremem, choć emocje tężeją mu w kąpielówkach. Kawałek dalej, z fantazją zajechał na plażę archetyp wuja. Brzuchaty i rubaszny, w sam raz na weselną popijawę. Zajechał BWP-em – bagażowym Wozem Plażowym. I przywiózł prócz zasieków parawanu jakieś pół namiotu koc i parę piw. Po dwóch pierwszych zasnął, najwyraźniej sterany nocną zabawą.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Co wiecie o kwiecie na świecie.

 

    Studiuję ofertę knajpki tuż przy wydmach. Na koziołku mozolnie ktoś wypisał kredą zapiekanki XXL, frytki, napoje czynne… dalej już nie czytałem, bo mnie oszołomiła propozycja nabycia napoju czynnego. Było zamkniete jeszcze, ale może zapamiętam adres i z okazji jakichś świąt, czy „zielonej nocy” skuszę się na napoje czynne. Może nawet z frytkami!


    Wchodzę na plażę w miejscu strzeżonym pilniej niż granica z Białorusią. Pod okiem osiwiałego z trosk ratownika zasiedlającego fotel plażowy taplała się kolonia żeńska. Od strony głębin z wysokości ratunkowej szalupy strzegł piskląt Neptun w czerni – znaczy trwale opalony i w żółciutkich kąpielówkach. Jego podopieczne były przepasane żółtymi szarfami, żeby było za co towarzystwo z wody wyciągać bez uszczerbku na skromności dziewiczej.


    Dzieciaki usiłują przesypać plażę do małych, plastikowych wiaderek. Bezskutecznie. Plaża opiera się wysiłkom. Po płyciznach pływają rybki w sam raz nadające się do konserw – powiedzmy szprotki w sosie własnym. Na głębinach czają się mewy w niepoliczalnych ilościach. Chyba na coś czekają. Bez nerw i niepokojów. Z tego wszystkiego wymyślam odpowiedź na pytanie, dlaczego Bałtyk jest zimny – gdyby go ogrzać, powstałaby olbrzymia zupa rybna! Za darmo szłaby jak burza, a nadmorskie knajpki zbankrutowałyby do szczętu!

Nieznaczny znaczek naznaczył znakomity znak.

 

    Nocą ktoś ukradł wszystkie fale. Nawet te drobne. Dzieci ogłupiałe kręcą się brzegami, panie rozglądają się z zadowoleniem, że nic nie atakuje ich kostek, gdy drepcą na granicy światów suchych i mokrych. Panowie obudowani namiotami rozkładającymi się w dwie sekundy, a składającymi się dwie godziny leżą i nawet nie kwiczą. Kwilą tylko mewy zawiedzione nieco bezczynnością morza. Plaża pusta, może po wczorajszych koncertach przy molo sił zabrakło? Rankiem na plaży dominują psowaci – szum wody pobudza nereczki pupili do aktywności porannej, a wyprowadzaczy wprawia w stan bliski hipnozie. Nie – nie widzą innych, bo i po co. To ich trzeba widzieć. Ich i ich psy, często umocowane na wielometrowym sznurku, by mnogość swobody była adekwatna do jakości wakacji.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Je dynie jedynie w jodynie.

 

    Słońce rasistowsko mnie napastuje. Umazany pigmentem na brąz coraz mniej przypominam białego człowieka. Może to i lepiej, bo ten wiecznie na cenzurowanym. Od kilku lat najlepiej mieć korzenie ze stepów akermańskich, niż być rdzennym (ha! Na ziemiach odzyskanych niełatwo być rdzennym, bo w tyglu historii tak wiele nacji może się pochwalić przodkami, czy podwładnymi właśnie stąd) tubylcem.


    Zatłoczonym deptakiem biegnącym wzdłuż brzegu pani wiozła walizę tak pełną muzyki, że aż się z niej wylewało – wystarczało dla wszystkich, a siła rażenia sięgała dalej niż wzrok. W morzu? Gęsto. Panowie z butelkami piwa, panie w strojach rozmaitych i wszystko kołyszące się do rytmu dudniących ze sceny bębnów. Dwie nastolatki z glanami-podkolanówkami przewieszonymi przez ramię usiłowało tańczyć w wodzie i wcale nie były odosobnione. Na plaży taki ścisk, że można dorobić się nieswojego dziecka, względnie utracić własne – i to bez nielegalnej aborcji.


    PS. Usłyszałem anegdotkę – morską, czyli na czasie. Na brzegu kuca malutka dziewuszka i coś tam sobie kreśli łapkami w piachu i przemawia do Bałtyku no chodź głupie morze, chodź! Morze grzecznie podpłynęło pod malutkie rączki, a dziewczynka oburzona krzyczy – ale nie tak bardzo!

Ekstrakt o sile woli – niejednej.

 

    Lekkomyślny mężczyzna tak skutecznie udawał orgazm, że jego (przypadkowa) partnerka zaszła w ciążę. Ciąża okazała się co prawda urojona, ale alimenty już nie.

sobota, 1 sierpnia 2026

Poleciało ledwie letnie lato.

 

    P0 BOSO – nad morzem deklaracja w zasadzie zbędna, ale w Wielkopolsce? Coś ćwierka w świerkach. Mewy krążą dość nerwowo i chyba ściągnęły deszcz nie wiadomo skąd. Nawet parka kosów, która regularnie wizytuje trawnik przy posesji udając domowe kurki znikła gdzieś, żeby im czarne garniturki nie zblakły. Dzieciom, gdy zabrakło słońca zostały tylko monitory telefonów. Drepczę przez nie swoje miasto podziwiając ilość miejsc, w których można się stołować. Posiłki w knajpie, to dla mnie fanaberia, ale najwyraźniej należę do mniejszości, bo knajpy pełne są spragnionych śniadania z dostawą pod ryjek wygłodniały całonocnym postem. Może to sentyment za peerelowskimi wczasami z pełnym wyżywieniem? Ale pasą się przeważnie ludzie młodzi. Czyżby zabrakło mamusi, a zdolności kulinarne trzymane są w ryzach czekając na objawienie w telewizyjnym talent-szoł?