wtorek, 9 czerwca 2026

Mania klepania – kleptomania?



    Młode kobiety wtulone w kubki z kawą, wzrokiem wypłukanym z emocji patrzą na świat, w którym zniszczeni życiem mężczyźni odzyskują kaucje z porzuconych na ulicy opakowań. Obok mnie przedwcześnie posiwiała pani czyta tekst z zeszytu w linie i czerwonym długopisem to kreśli, to dopisuje uczesaną wersję słów. Pewnie nauczycielka, bo tekst wygląda na wypracowanie młodego rocznika. Trudne początki literackiej kariery – po kilku przystankach tekst krwawi jak nie przymierzając moje opowieści po pierwszej korekcie.

    V8 VADER – a za kółkiem co najwyżej aspirant na męża Wadery, bynajmniej nie lord Vader. I jeszcze P9 LED – samochodzik nie za wielki, oszczędny niskokaloryczny. Deszcz ukrywał się gdzieś wysoko na szarym niebie i grzecznie czekał na mnie. Pewnie będzie mi towarzyszył w drodze powrotnej bezwstydnie usiłując się przytulać.

    Wracam. Oczywiście pada. Po drodze spotykam dziewczynę wystylizowaną tak alternatywnie, że nocą podawałbym portfel na długim kiju, żeby za bardzo nie podeszła. Chwilę później dla przywrócenia równowagi mija mnie dziewczątko-pyza wystrojone w coś co nazwałbym letnią piżamką w kolorze różowym. Spod parasola wydostawał się uśmiech do całego świata. I to zakaźny. Organizm odmówił reakcji obronnych i szedłem dalej uśmiechając się głupawo. A co mi tam! Może żaden psychiatra nie będzie mnie ścigał z kaftanem bezpieczeństwa. Przy podstawówce na jakimś pachołku usiadł kopciuszek, pomerdał ogonkiem na mnie i odfrunął. Zaraz potem spadł z sosny deszcz szyszek. Zebrałem, niech sierotki nie mokną i pomieszkają ze mną. Już przy domu trafia mi się autko w kolorze między jarzeniową żółcią a zielenią z rejestracją L1 MONKA – limonka, to pewnie nazwa owego koloru, ale musiała ją wymyślić kobieta, bo facet uznałby limonkę jako niezbędny dodatek do tequilli, a nie kolor.

Klan.

 

Byłam małą dziewczynką, co nie przeszkadzało mi patrzeć na świat ze zdumieniem. Ten sam świat, który o mnie mówił „dziwna”, a jeśli ktoś zdobył się na rozwinięcie wypowiedzi, brzmiało to mniej więcej tak: „dziwaczna jak cała rodzina”. Zewnętrze miało wówczas wpływ na mnie, więc pytałam w domu, o co im wszystkim chodzi. Mama podnosiła palcem moją brodę i patrząc mi w oczy prosiła żebym powtórzyła pytanie, ale już w esperanto. Esperanto to martwy język wymyślony przez Polaka, któremu marzył się porządek wśród budowniczych wieży Babel. Jeden język dla dziesięciu miliardów ludzi. Łatwy, o nieskomplikowanej gramatyce i pozbawiony słów trudnych do wysłowienia dla co bardziej egzotycznych nacji. A gdy już spełniłam polecenie, wyjaśniała mi, że to świat jest dziwny, nie my. I żebym nie przejmowała się tym co mówią moje nierozsądne koleżanki czy obcy, bo ja mam rodzinę do której zawsze i w każdej sprawie mogę przyjść i znajdę pomoc, wsparcie, czy towarzystwo.


Babcia sadzała mnie na kolanach i opowiadała o rodzinie. Opowieść, jak każda rodzinna legenda, dla mnie była czymś naturalnym i fascynującym jednocześnie. Myślałam, że tak ma każda z moich koleżanek, jednak szybko okazało się, że nie. Coraz częściej wypychana byłam na margines życia towarzyskiego, a sama także coraz rzadziej zabiegałam o te z gruntu pobieżne kontakty. Babcia była rodzinnym bankiem danych. Wiedziała która ciocia ma imieniny, do której można pojechać na wakacje. O wszystkich krewnych wiedziała wszystko – gdzie pracują, jak im się powodzi i czym obecnie się zajmują. Nie byłoby to dziwne, gdybyśmy żyli w jednej wiosce, czy choćby miasteczku do jakiego obcy nie zaglądają za często. Ale rodzina zamieszkiwała każdy kontynent i kraj świata – tak przynajmniej sądziłam po babcinych opowieściach, których nigdy jej nie brakowało.


Gdy trochę podrosłam, mama wraz z babcią pilnowały, żebym uczyła się języków. Same znały co najmniej po pięć i to w stopniu umożliwiającym swobodną konwersację, czy lekturę poezji. Wakacje? Każde spędzałam gdzie indziej. Początkowo podróżowałam z mamą i babcią, później już sama. I wszędzie gdzie trafiałyśmy, nasza rodzina mieszkała w za dużym domu, który swobodnie zmieściłby niespodziewanych licznych gości. Miałam wrażenie, że rodzina rozsypana jest po świecie jakimś kataklizmem, a wtedy babcia wyjaśniła mi dlaczego tak się dzieje. Każda z kobiet wychodziła za mąż za obcokrajowca. I tak moja mama - Greczynka, wyszła za Polaka i przeniosła się do Polski, dlatego ja jestem Polką. Babcia, która jest mamą mojej mamy była Węgierką, która wyszła za Greka przeprowadzając się do jego kraju i stąd mamy pochodzenie. Babcia miała ciemniejszą karnację, bo z kolei jej mama wyszła za Węgra, sama pochodząc z RPA. Według babci od dawien dawna żadna z kobiet w rodzinie nie złamała rodzinnej zasady i w ten sposób nasze korzenie oplotły cały świat. A babcia, niczym wielka pajęczyca, siedziała w samym środku tej sieci i gromadziła dane o każdym, nawet najdrobniejszym korzonku drzewa genealogicznego.


- Dlaczego? – chyba każdy zadałby to pytanie więc i ja ją zapytałam.


- Dawno temu rodzina poznała smak wojny, która zajrzała nam głęboko w oczy i unicestwiła znaczną część rodu. Mężczyźni na fali emocji dali się ponieść słowom różnych mitomanów u władzy i poszli ginąć za cudze ideały. Kobiety z natury ostrożniejsze i pragmatyczne zostały w domu i usiłowały uratować ród przed zagładą. W czas trwogi przysięgły, że rodzina będzie miała swoje miejsca na świecie wszędzie i w razie konieczności zagrożone jednostki zyskają bezpieczne schronienie bez względu na konflikty wojenne, czy inne zawieruchy losu. Pionierki obiecały sobie solennie, że prędzej wyprą się Boga niż własnej rodziny i każda przygarnie siostrę, której los nie oszczędzi. A potem to już poszło. Z matki na córkę pielęgnowałyśmy zwyczaj. W każdym pokoleniu jedna z naszych krewnych dba o pamięć rodzinnego motta.


- A ty? – ciekawością dziecka można wypełnić wszechświat tak, żeby jedna szpilka się nie zmieściła.


- Z Grecji do Polski przeprowadziłam się po śmierci dziadka, żeby pomóc mojej mamie w opiece nad tobą i chyba najzwyczajniej w świecie chciałam na stare lata być bliżej własnej córki. – babcia wykpiła się elegancko, z czego zdać sobie sprawę miałam lata później. – Ale dom w Grecji wciąż jest mój i nie zamierzam się go pozbywać, bo może okazać się przystanią dla którejś z nas. Na razie służy rodzinie jako dom wakacyjny. Pamiętasz? Byłyśmy tam dwa lata temu.


Na moje osiemnaste urodziny miało się zjechać do nas przynajmniej ze dwadzieścia cioć i kuzynek. Babcia z mamą szykowały tę uroczystość wcale nie ukradkiem, a organizację zaczęły niemal pół roku przed ceremonią. Miałam się trzymać z daleka i cieszyć nadchodzącą zabawą, nie przejmując się zaproszeniami, ani menu. I przyjechały. Niemal połowy z nich nigdy dotąd nie widziałam. Za to babcia znała je wszystkie. Przytulała jak własne dzieci i rozmawiała, jakby dopiero co się minęły się w galerii handlowej, czy warzywniaku. Nieważne skąd przyjechały - z Japonii, Mozambiku, Irlandii, czy Rosji – wszystkie płynnie mówiły w esperanto, choć często w emocjach spontanicznie przesiadały się na hiszpański, koreański, czy któryś z arabskich języków. Dopiero niezrozumienie na twarzach krewniaczek przywracało im świadomość i ze śmiechem kontynuowały rozmowę w esperanto.


Na mnie padło oprowadzanie ich po moim rodzinnym mieście, oraz po co piękniejszych nieodległych atrakcjach turystycznych Polski. Każda chciała mieć mnie na wyłączność, więc „osiemnastkę” obchodziłam grubo ponad miesiąc. Starsze przedstawicielki zadowoliły się spacerem po bulwarach, choć Selmie (nie do końca starej wdowie) zamarzyło się szaleństwo dyskoteki, gdzie umyśliła sobie zakosztować młodego białego mięska, więc bezwstydnie wymogła na mnie wizytę w dyskotece. Na miejscu błyskawicznie uwiodła jakiegoś smarkacza i ulotniła się, o mnie zapominając aż do następnego południa, gdy szeptem poprosiła, żebym nie zdradziła jej przed ciekawością rodzinną.


W końcu poznałam je wszystkie, a te, które nie przyjechały, przysyłały życzenia via e-mail, względnie messengerem albo FB. Do życzeń każda dołączyła zaproszenie w dowolnym terminie i na dowolnie długi pobyt. Skąd miały adres? To tylko babcia wiedziała. Nie podejrzewałam, że nigdy niewidziane istoty z krańca świata mogą mieć świadomość mojego istnienia, ale życzenia były naprawdę serdeczne, nie takie pochodzące z empiku czy internetowych forów. Trochę chyba byłam już zmęczona niekończącą się fetą, aż nadszedł wieczór. Babski wieczór, mający zakończyć oficjalną uroczystość. Większość zamierzała wracać do swoich, inne w kameralnych gronach zamierzały jeszcze poodwiedzać siebie nawzajem. Przy świecach i winie, rozmowy toczyły się we wszystkich możliwych konfiguracjach, aż babcia podniosła się z fotela i powiedziała coś czego nie zrozumiałam.


- Głosujemy. Kto jest za? - Chyba byłam jedyną, która nie wiedziała o co chodzi. Pozostali zdawali się być wtajemniczeni. Rękę podniosła ponad połowa obecnych. Babcia szybko policzyła, wyjęła z kieszeni kartkę i patrząc na nią dokończyła – Wśród nieobecnych trzydzieści cztery głosy za, dwadzieścia jeden przeciw. Wśród obecnych piętnaście do dziewięciu. Czyli wszystko jasne. Ogłaszam, a nieobecnym przekażę, że wybór został dokonany.


Kuzynki zaklaskały, niektóre uniosły kieliszki z winem, a Selma puściła do mnie oko. I wciąż nikt nie raczył mi wyjaśnić o co chodzi. Podchodziły po kolei i przytulały mnie. Mama była przedostatnia i miała łzy w oczach. A kiedy przyszła kolej na babcię, okazało się nad czym głosowały.


- Tessa – nikt poza tatą i nauczycielami nie mówił do mnie Teresa. Mama wolała Tessę, a mnie i kuzynkom także bardziej przypadła do gustu – Rodzina zaufała tobie i chce ci powierzyć pilnowanie więzi. Drzewa rodowego. Do tej pory ja byłam odpowiedzialna i do mnie spływały nowiny rodzinne. Ale pora przekazać pałeczkę młodszemu pokoleniu. Jeśli się zgadzasz, od dzisiaj staniesz się rodzinnym kronikarzem. Każda z nas będzie wysyłać do ciebie informację o miejscu zamieszkania, o wszelkich ważnych sprawach w rodzinie, o dzieciach i ich losach o sukcesach i porażkach. Dasz radę. Przekażę ci materiały, jakie zgromadziłam, a jeśli będziesz potrzebowała wsparcia, pomogę ci aż staniesz się samodzielna. I zanim się wyprowadzisz do nowego kraju bo Polska jest już zajęta przez twoją mamę. Wszystkie będziemy blisko, ale kraj wybrać musisz sama, a my pomożemy ci się tam urządzić. Więc jak? Zgodzisz się zostać kronikarzem rodzinnym? Fucha na całe życie!



poniedziałek, 8 czerwca 2026

Kanapki na kanapie.

 

    Mamusia kolebie dziecinką na huśtawce. Ona na pewno przypomina rozbójnika Rumcajsa, więc córuchna musi odzwierciedlać Cypiska (może nawet Cypiskę). Pani ma na głowie kapelusz rozbójniczy, osiadły tak mocno na głowie, że nawet oczy nie wystają. Córeczce w jej kapelusiku łatwiej podglądać okolicę, chyba że bujanie powoduje awarię błędnika. Mamie co prawda brakuje butów z cholewami i paska, za to wypukłość pozwalająca na bezpieczny załadunek imperialnego galonu piwa ma iście szatański. Sam Rumcajs kłaniałby się jej w pas i to nie oglądając się na Haneczkę.


    A tak w ogóle – dzień kobiet znacznych. I pięknych jednocześnie. Gabaryt górą. Między pasami ruchu dostrzegam dziko wyrosłe chabry. Korci, żeby nazbierać bukiet i cieszyć oczy nim zmierzch je przytuli.

piątek, 5 czerwca 2026

Skrobię skrobię w skrobie.

 

    Deszcz taktycznie wyczekał, aż się pojawię na świeżym powietrzu i dopiero zaczął dokazywać. Nasączył mi bluzę w kolorze więdnących malin świeżością i pozwolił chwalić się kolorem tak żywym, jak tylko się da. Jadę. Dołem panoszą się białe koniczyny, wierzchem wtórują im czarne bzy i jakieś krzewy usiłujące stać w dwuszeregu niczym karny żywopłot. Przesiadka. Na podwójnym przystanku kierowca zatrzymuje wóz możliwie daleko ode mnie i niemal słyszę to pytanie – zdążysz? Zdążyłem, choć nie wiem czemu musiałem się spieszyć na pustym przecież przystanku. Wewnątrz dziewczęta zanurzone po czubek głowy w ekranach smartfonów, deszcz pada, kwitną bzy, bluszcz wspina się po elewacji z rozsądku omijając otwory okienne za którymi mieszka brak tolerancji i uprzedzenia. Pierwsze lipy ośmielają się kwitnąć, być może sprowokowane odwagą nastolatek, które kwitną już od miesiąca. Na zewnątrz dwie młódki toczyły swoje hula-hop na biodrach, którym wciąż brakowało kobiecości, ale przecież nauczą się w końcu… Dżdż (cóż za cudowne słowo nie posiadające samogłosek) ddży, oko zerka, widzenia widzą się we mnie i odbijają w lustrze choć przez to wcale nie stają się bardziej rozpoznawalne. Ale może?

czwartek, 4 czerwca 2026

Krótko i węzłowato.

 

    W kwartalniku Ypsilon (nr 14/2026) zmieściły się dwa moje opowiadania, co jak zwykle cieszy, więc trąbię gdzie się da, dumny, jak tatuś trzymający na rękach pierworodnego. A poczytać w wersji elektronicznej można o tam - https://ypsilon.org.pl/

środa, 3 czerwca 2026

Marynarz z marynarką i golfistka z golfem.


    Młoda mama najwyraźniej zniesmaczona wokalnymi popisami dryblasa ochroniarza, zaoferowała mu chusteczkę do nosa, żeby do pracy nie dotarł przejedzony. A może zwyczajnie bała się, że jej piękna córeczka zarazi się manierą i też zacznie wciągać gluty? Na przydworcowych rabatach masowo zakwitły kocanki, przydając światu słońca. Nad Rzeką kwitną jaśminowce, ozdabiając sezonową przystań, skąd można zacząć turystyczny rejs i podglądać Miasto z poziomu wody.

    Żaba w Sklepiku Z Cudami wznosi żarliwe modły i wypatruje deszczu, a przed biurowcem zaczytany krasnal okrywa się patyną i kurzem, skąpany w obojętności przechodniów. Na chodnikach zdarzają się już pierwsze opalone uda i ramiona, choć mieszają się z kurtkami i swetrami do kolan, aby wprowadzić termiczny niepokój.

    Popołudnie wyczekało mnie z deszczem, który zaczął padać, kiedy ja zacząłem wracać. Zdarza się. Złośliwość być może była niezamierzona. Minąłem pięknie uśmiechniętą panią z bardzo dużymi siekaczami połyskującymi z uśmiechniętej buzi. Pod cieniutką, białą bluzeczką taplały się w kroplach deszczu coraz zuchwalej zerkające na świat piersi. Potem kolejne, niezbyt skrzętnie ukrywające się pod letnią sukienką. Niech pada. A co mi tam. Buty i spodnie wysuszę, za to radość niewieścia zostanie ze mną chwilę dłużej.

wtorek, 2 czerwca 2026

Walerian z walerianą i Katarzyna z katarem

    TEN matecznik i TA ojcowizna… Logika sugerowałaby raczej TĘ matecznię i TEN ojcowiznik (ojcownik?), żeby utrzymać się nieco bliżej płci. Chociaż… czasy sprzyjają rozmywaniu ostrych granic i za zgodą psychiatry wszystko zmierza ku nowemu, lepszemu, bardziej tęczowemu. Kiedy człowiek nie dostrzega większych problemów, zajmuje się czymś nieistotnym.

    Wracając wczorajszego popołudnia wysnułem tezę – odkrycie. Im bliżej Rynku, tym bardziej biustonoszom nie po drodze. Antygrawitacja, czy inne pole siłowe skutecznie wypycha staniki poza orbitę starej części Miasta. W opłotkach bez zmian. Konserwatywna stagnacja. A plac w centrum tak obrósł odymionym szkłem i czernią elewacji, że patrząc na nie (i na przechodniów) odnoszę wrażenie, że śmierć czarno-białej telewizji i fotografii była stanowczo zbyt pochopna i przedwczesna.

    Mostami, na wyspy, biegną piękne, opalone kobiety z końskimi ogonami. Na ławeczce przycupnęła elegantka w kremowym żakiecie wyprostowana jak struna. Patrząc na nią sam się wyprostowałem i nawet usiłowałem brzuszek wciągnąć choć nie mogła tego zobaczyć, gdyż przesłoniła mnie hałda budowlana i kwitnące krzewy. Nic to. I tak urosłem ze dwa centymetry.

    Radio doniosło, że w opłotkach Miasta, na przystanku MPK biegał goły, zakrwawiony facet. Policja założyła mu kajdanki, a gość (w ramach protestu?) przestał oddychać. Wolność, albo śmierć! I chwilę później widzę wronę z jaskółka w dziobie. Jaskółka piszczy i wyrywa się, wrona ląduje i szykuje się do śmiertelnego ciosu, gdy jaskółce udaje się wyrwać. Frunie przez przechodnią bramę, a głodna wrona odfruwa na konar kasztanowca.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Skąpiec się skąpał, gdy kupiec się skupił.


    On? Był Taki – nie za ładny, raczej brzydki, nic co warto byłoby pamiętać. Ona? Tiki - pulchna, niska, jeśli rzucała się w oczy, to raczej krągłą miękkością, niż brawurowym strojem czy makijażem bojowym. W sumie trudno podziwiać. A jednak. Spleceni losem, wyglądają jak dwie kulki schwytane krótkim sznurkiem za ręce. Tiki-Taki. Brzydko-piękni, nierozłączalni, powtarzalni nawet w słabe dni, kiedy niebo gęstnieje w szarościach i ogranicza ekspresję zewnętrza.

    Z autobusu podziwiam zawziętość kobiecą. Doświadczona życiem pani spięła ciało do biegu, by zdążyć na zielonym. Tak wiele energii zainwestowała w osiągnięcie celu, że kiedy nieoczekiwanie zgasło – przebiegła i tak. Na innym skrzyżowaniu chłop ciosany siekierą, posągowo okazały także przebiegał – może dzień taki za-po-biegliwy? Chłop cwałował, a ja patrzyłem. Zdawał mi się małą dziewczynką biegnąc lekko i kobieco. Zdążył. Gdy zwolnił od kłusu do stępa stracił tę niewieścią lekkość ruchu i toczył się golemicznie (Zapędowska określiła coś podobnego słowami kanciasto i cudnie). Porysowana dziewczyna o wyblakłej karnacji słuchała rocka w ciężkiej wersji. Wzrok miała zmętniały zasnuty niedokończonymi snami. Za to z uszu jej dudniło mimo wetkniętych głęboko słuchawek, usiłując wysterować przechodniom tętno na swoją modłę.

    Zagapiony w te nieznaczące widzenia trafiam Nóżkę w sandałkach już na skrzyżowaniu, co pozycjonuje mnie w czasie raczej słabo, więc wyciągam nogi i drepcę nieco szybciej. Ale nie biegnę, żadnych świateł nie doganiam. Za to trafiam panią, która samym pojawieniem się poprawia mi humor. Gdybym był lekarzem osobistym, przepisałbym ją sobie na receptę, nie bacząc, czy grożą mi jakieś skutki uboczne. Za to gdzie nie spojrzeć kwitnie żmijowiec. Tak, jak w zeszłym roku cykoria podróżnik, ale w tym roku dopiero raz ją widziałem kwitnącą – do kompletu z małym motylkiem dopasowanym kolorystyczne do kwiatu.