piątek, 31 lipca 2026

Wróżę podróże pod róże w rurze.

 

    Starsi, czyli bardziej doświadczeni życiowo wędrują wzdłuż brzegu z kijkami do nordic walking – Skandynawia niedaleczko, wystarczy obejść maleńki Bałtyk brzegami. Na pewno bliżej byłoby w prostej linii, ale woda zbyt zimna na stare kości i lepiej dreptać wzdłuż brzegu – co ciekawe, większość podejmuje próbę obejścia wody przez obwód kaliningradzki, czyli nie boją się ruskiego luda! Brawo! Duch w narodzie nie ginie, nawet, gdy włos siwy, a pamięć sięga czasów stalinowskich. Bo przecież Niemca się aż tak nie boją, jako ta Wandzia z legend.


    Dzieciarnia łopatkami, wiaderkami względnie zrywkami na produkty spożywcze usiłuje przelać morze do dziury nieopodal brzegu, wykopanej w pocie czoła przez kochającego tatusia. Mama w tym czasie uwieczniła wysiłki, ale tylko młodszej gałęzi rodzinnej smartfonem, by mieć dowód iż wakacje były i się odbyły w skandalicznych warunkach – tłok, wrzask i tylko piachu kupa, na dodatek mokrego i co ten facet sobie myślał, jeżeli w ogóle myślał.


    Ja rewolucyjnie odkrywam, że między ciepłym piachem, a mokrym dnem pojawia się i przemieszcza chybotliwa granica, na którą patrzeć nie sposób, bo się odkłada na wzroku tak, że łatwo potknąć się o własne nogi i to „przed wypiciem” jak mawiali w którymś z kabaretów. Fale usiłowały wyjrzeć na brzeg ponad innymi, mniej zuchwałymi, więc morze wznosiło się i opadało wypychając jednostki człowiecze bliżej brzegu, ku uldze ratowników pobierających gażę za utrzymanie przy życiu populacji plażowej.


    PS. Wyłowiłem i uratowałem przed słoną wodą kilka drobnych kamieni, ale nie podjąłem decyzji o ich dalszym losie. Jeszcze.

Przepis na szczęście?

 

    Każdy kardiolog trąbi, że ruch, uprawianie sportu i każda aktywność fizyczna to miód na serce. Że krew krąży żwawiej i dotlenia mózg, który ze szczęścia wariuje w pozytywnym sensie. Ale mało który wspomni, że sport, to obciążenia. Że układ szkieletowy reaguje, że się zużywa, naraża na kontuzje i trwałe uszkodzenia. Żaden lekarz nie wspomni, ze sport to koszty. Nie każdy może biegać, ale i w ten sport elegantki muszą zainwestować niemałe pieniążki, żeby pupa wdzięcznie przetaczała się po asfaltowych ścieżkach. Rowerzyści? Zakupy tanie nie będą, chyba, ze ktoś jest domorosłym mechanikiem i wszystko zrobi sam. Pływanie? Baseny są rzadkie, jak dzika przyroda.


    Więc co? Co robić, żeby onemu szczęściu pomóc nie rujnując się ekonomicznie? Jak uniknąć pułapek i zbawić tak serce, jak i mózg? Jak podnieść ciśnienie nieszkodliwie, poza związkami w przemocowej pracy zarobkowej, czy wymuszonej miłości? Desperacja wskazuje jedno rozwiązanie – seks w wersji autoerotycznej. Można uprawiać bezkosztowo, nie narażając się na wydatki na strój, czy sprzęt. Można uprawiać bez względu na pogodę, czy porę roku. Nie wymaga „zgranej ekipy”, rezerwacji miejsc, karnetu, trenera personalnego, porad medycznych. Nie trzeba się wstydzić przed obcymi, wulgarnie komentującymi nasze wysiłki zmierzające ku szczęściu. A krew na pewno krąży żywiej, mózg nie tylko się dotlenia, ale i wypełnia szczęściem, które wycieka nie tylko oczami, czy nosem. Bezpieczny seks, nie niosący zagrożeń zarażenia się czymś brzydkim i to bez zabezpieczeń. Zerowe ryzyko niechcianej ciąży, także jest nie do pogardzenia. Dostępny dla każdego i o każdej porze, bez względu na płeć faktyczną i deklarowaną. Wystarczy sobie przypomnieć o własnym serduszku, zaciągnąć zasłony i leczyć się do woli, aż organizm nam podziękuje. Nie trzeba się chwalić, ani skarżyć. Fakty pozostaną faktami. I uśmiech zagości na twarzy twojego kardiologa częściej, niż gdybyś przebiegł w spalinach milion kilometrów.

środa, 29 lipca 2026

Czyste trzysta szóstego oszusta.

 

    Odpoczywanie bywa męczące.

- Tato! Czemu ta woda się nie ogarnia?

I odpowiedz coś rozsądnego młodemu piegowatemu dzieciakowi, który właśnie rzuca w ciebie piłką plażową. Na plaży mnóstwo otyłych, za to tatuowanych nad podziw mało. O zgrozo – zero radości z wakacji, choć świeci słońce, woda kusząco faluje w przód i w tył, a plażę przemierza dzielny sprzedawca mrożonej kawy i popcornu. Starsi ludzie wypoczywają siedząc na słupkach falochronów niczym mewy i kormorany. Przy brzegu moczy nóżki starsza pani w białej sukni (nieco podkasanej) i w białym kapeluszu. Fale odsłaniają jej stopy z pomalowanymi na biało pazurkami – istna panna młoda czekająca na zaślubiny z morzem. Raczej nie na noc poślubną, bo to południe zaledwie i taka „noc”, byłaby niezłą perwersją.


    Z elewacji budynku pokrzepia mnie hasło reklamowe: Naszą misją jest twój powrót do zdrowia sygnowany przez MSWiA. Czyżby Ministerstwo Zdrowia już nie istniało i inny minister pochylił się nad moimi choróbskami? Wśród mniej renomowanych reklam moją uwagę przykuła zachęta, by odwiedzić lodziarnię, w której można nie tylko zjeść loda samemu, ale postawić takowego swojemu PSIECKU! Wśród reklamowych smaków – wołowina, indyk i coś tam jeszcze – nie musiałem wybierać, bo psieckiem nie jestem. Na chodnikach wiodących na lub z deptaków przymorskich cała masa Królewiczów i Królewien, o ego podbitym do tego stopnia, że nie widzą postronnych i oczekują, że to otoczenie będzie opływać wokół nich, jak kupa burty statku wycieczkowego.

Pięćset pięt się pęta w pętlach.

 

    I tak wyszła perfidia oka – okazało się, że nie tyle „wyjechałem w poszukiwaniu pogody/przygody”, ale uciekłem! Tak. Przed upałami, które właśnie spadły na Miasto. A ja tymczasem taplam się w strefie umiarkowanej, konserwuję ciał ciało solą jodowaną naturalnie, a wiadomo, że wędzone i solone trzyma się dłużej. Więc będę nękał. Tych i owych. Swoją obecnością niespecjalnie imponującą. Dziś, za budzik robiły mewy. Musiały być wygłodniałe i pewnie znalazły padlinę wartą wezwania kamratów, a może coś świętują? Drą się niemożebnie. Każda z osobna i stadnie również.


    PS. Suszone też trzyma się nieźle, więc tym, co się zeschną życzę długiego życia. Złośliwość zamierzona i czekająca również mnie. To zbyt mały kraj, by skutecznie uciec przed falą – jakąkolwiek.

wtorek, 28 lipca 2026

Jak raz rozpadało się w rozpadlinie i opadło na padlinę.

 

    Po życia kres – rozbawia tak mnie napis, jak i możliwości, jakie oferuje. Pożycia kres? Też pięknie. Pani w leginsach, które potrafią wyprofilować wszystko od pępka w dół. Można? Wiek przestaje być przeszkodą, a rozpustne życie pełne kalorii zaledwie drobną przeszkodą. Obserwuję zaniki logiki – chłop ma na plecach pusty plecak, a w ręku ciężką, wypchaną siatę. I jeszcze tablica S0 JAJA – są jaja? A pewnie, że so!


    Morze nieco wzburzone, ale słońce opala pospołu z wiatrem. Bursztynu nie wyrzuca, za to morskiego siana mnóstwo. Ktoś się cieszy na desce z żaglem i wywija młynki, podskakuje, a brzeg mu po cichu zazdrości. Rybą pachnie tak w smażalniach, jak i wokół śmietników. Miejscowość zdominował jakiś influencer, przemieszczający się monstertruckiem po mieście i reklamujący lody. Pani z bufetu twierdzi, że niedawno reklamował parówki – patrz pan, jaki uniwersalny. Pewnie też pisze piosenki i powieści, maluje wiersze i pazurki, a przy okazji robi kurs nawigatora rakiety międzyplanetarnej. Jak szaleć, to za wszystkie pieniądze świata.


    PS – bursztyn wyszedł z morza wcześniej i jest obłędny. Przy okazji – tani nie jest, choć jest go wiele.

Kres określonego okresu kreślenia.

 

    Zmiana klimatu to coś, jak terapia. Może oszołomić, albo odbić kamień z błędnika. Mewy drą się, choć im krzywdy nikt nie robi. Może za mało wyrzuca, by się w końcu upasły tak, żeby utracić zdolność wznoszenia się nad ziemię. Zerka na mnie Z3 ROMEO i nie wiem, czy mam się zarumienić, czy zapłonąć z oburzenia. Na razie drobny deszcz studzi emocje, ale za chwilę wyjrzy słonce i poliże mnie po nosie. Bursztyn tego roku wychodzi z morza chętniej niż rok temu, niż lat temu pięć. Bo wieje i morze się burzy. Na stolikach przy plaży przeceny, ale tylko dla tych, którym pojawi się obłęd w oczach. Zeszłoroczna budowa dziś pyszni się i cieszy z łupów. 5 zł za godzinę. Parking z widokiem na morze. Wiadomo, to kosztuje.

poniedziałek, 27 lipca 2026

A co!

    Zaczęły się wakacje. tak na dobre i niekoniecznie na poważnie. Ale będę. Przynajmniej zamierzam.

sobota, 25 lipca 2026

Di-agnostyk, to podwójny agnostyk, czy tylko pojedynczy analityk?

 

    Gdzieś wyżej sąsiadka śpiewa najpiękniejszą pieśń świata, którą każdy rozumie w dowolnym języku Ziemi. Podwórkiem przemyka senny posiadacz i nie zakłóca pieśni. Trochę mi głupio robić porządki w balkonowych kwiatach, więc stoję, by nie zakłócić misterium. Dopiero, gdy pieśń przeszła metamorfozę i zmieniła się w rozszczebiotaną, radosną krzątaninę dokończyłem pracę. Ten z naprzeciwka, który właśnie się wyprowadza chyba też czekał na koniec arii, bo zaraz potem pojawia się samochód z podnośnikiem i meble wędrują na pakę. Mało kto robi zakupy o poranku. W końcu sobota. Wakacje. Nim upał ogarnie Miasto lepiej oddać się przyjemnościom.

piątek, 24 lipca 2026

Konserwator produkuje konserwy, czy je konserwuje?

 

Autobus pusty, jakby jakieś święto spadło znienacka na Miasto. Jeden zapatrzony w telefon amator porannych ploteczek i pani o łydkach opalonych mocniej niż uda (gdy będzie wysiadać ostrożnie sprawdzi, czy zabrała z siedziska własną pupę). Poza tym ja i kierowca. Pędzimy śpiącymi, pustymi ulicami, aż wsiada porośnięty dookolnie szczeciną gość i bogactwo wyboru miejsc siedzących go oszałamia. Może błędnik zaszwankował z wrażenia, dość, że chwiejnym krokiem zlustrował możliwości nim osiadł ciszej niż kurz na meblach.


Przystankowe donice uwolniły się już od namolnej, rocznej obecności młodych laurowiśni i przebranżawiają się na miejskie śmietniki i szalety. Trzeba iść z postępem. Z duchem czasu i wymogami rynku. Chłop o twarzy foksteriera przeżuwał wiadomości siedząc pod wiatą i nie były to radosne wieści, bo uśmiechem pyska nie skaził ni razu. Budowlaniec zmierzający do pracy we flanelowej koszuli i roboczych spodniach, na nogi wsunął klapki – nie wiem, czy są robocze klapki. Może chciał się kumplom pochwalić wykwintnym pedicure? W obie strony zasuwają składy MPK – tramwaj z doklejonym na zapleczu autobusem. Kiedy stają na światłach tworzą się ogromne komunikacyjne bloki. Kawki ćwiczą równowagę spacerując krawężnikami.


    Zrudziała Baryłeczka, która wczoraj pielęgnowała rzęsy w trakcie jazdy, dziś zajęła się ustami. Przeżyła, znaczy ma pewną rękę i mogłaby zostać chirurgiem, albo zegarmistrzem. Uśmiecham się do baru zlokalizowanego na rogu ulicy. Wzdłuż jednego chodnika widać reklamę – BAR MLECZ – piękna nazwa! Wzdłuż prostopadłej ulicy znalazł się koniec napisu NY – Nowy Jork? Tutaj? Uśmiecham się z tramwaju do popielatowłosej pani idącej mostem w wiśniowej spódnicy w białe kwiaty. Chyba była zaskoczona, może kombinowała skąd ją znam, a ja nie zdążyłem powiedzieć, że absolutnie nie. Chyba zdziczałem. Nie odzywam się do obcych, oni do mnie też nie. Aż dziw, że wargi mi się nie zrosły, jak nieużywane dziurki po kolczykach (nie, ja nie mam ani czynnych, ani zarośniętych, jednak wiem że blizny się zrastają w czasie). Skoro nie gadam, to choć się uśmiechnę od czasu do czasu i może to mnie ratuje. Zresztą – do kogo gadać, skoro połowa łazi z nausznikami, a pozostali i bez nich gapią się w monitorki?

    V4 YOUNG – brzmi lepiej niż młodziak za kółkiem?

czwartek, 23 lipca 2026

Kupić kupę kuponów, albo złupić łupinę.

 

Dziewczęta dziś jakieś senne, może śnięte, wodzą lakierowanym mgłą wzrokiem po zewnętrzu niegodnym ich uwagi. Zrudziała baryłeczka nie wypuszczając z dłoni elektro-papierosa maluje rzęsy korzystając z małego lusterka, by podziwiać efekty w trakcie jazdy po drogach, które w te wakacje nie zakwalifikowały się do remontu. Na przystanku szamoce się łysy King-Kong, usiłujący jakoś zapanować nad czterema sztukami bagażu. Na pewno mógł się spakować w liczebnie mniejszą zgraję toreb i plecaków.


Reklamy proponują mi kreatywną naukę, albo sugerują, że gdy ja podróżuję moje pieniądze mogą pracować – cóż na razie jest odwrotnie. Kolejny przystanek, a na nim facet o łydkach pogryzionych w milionie miejsc – zupełnie, jakby nocował z nogami w grzęzawisku pełnym pijawek. Chodnikiem sunie kobieta w marynarce i trampkach – czy to już „sportowa elegancja”?

środa, 22 lipca 2026

Kisiel się kisi w kiściach?

 

Rozległą swą urodę w pewnym pośpiechu przemieszczała w klimatyzowane wewnętrze, by tam dopiero odetchnąć pełną piersią. A drogi oddechowe miała zachwycająco bujne, najwyraźniej jednak niewystarczające by obudzić uczucia pana, który miejsce brakujących włosów wypełnił tatuażami. Tylko na czubku głowy zostawił wysepkę, z której uwił parę niezbyt okazałych dredów spiętych gumkami. Całość przypominała gniazdo remiza przyklejone do łba otworem wlotowym.


Przesiadam się na tramwaj, a tam kobieta w czerni, rekompensująca pewne niedostatki wzrostu rozpasaniem w pozostałych osiach. Była jedyną (prócz mnie)osobą o zadowolonym obliczu. Ja uśmiechnąłem się jeszcze bardziej, gdy przeczytałem treści z tramwajowego monitora, który twierdził, że jest godzina 20.47 dwudziestego siódmego kwietnia 2023 roku. Cofnęło mnie w czasie? Nie zamierzałem się kłócić. Młodość mnie pochłonęła beztroska i płocha. Chociaż 22.07 (przed PRL - E.Wedel) to niezła data i w sam raz na czekoladę doustnie.


Na chodniku podziwiam kaligrafię. Ktoś wysilił się na napis KACZYSKO, nie zrażając się podkładem w drobną kostkę granitową o nieregularnych krawędziach. W zaciszu miniaturowego skweru, przy ławeczce trafiam chude zjawisko o pogłębionej bladości. Poły długiego płaszcza rozwiewał wiatr, pozwalając czerni błyszczeć okruchami metalu rozsianymi tak po stroju, jak po ciele. Zjawisko pakowało w reklamówkę zapasy pozwalające przetrwać najbliższy tydzień.

Ekstrakt o braku równowagi.

 

Mawiają, że szczęśliwa kobieta w domu, to skarb, wart każdego wysiłku. Ortodoksyjnie wysilam pamięć, chcąc wyszukać w niej powiedzenie o szczęśliwym facecie, niechby w tym samym domu, jednak bez skutku. Czyżby ta opcja była niemożliwa, albo niewarta zachodu?

wtorek, 21 lipca 2026

Ceramiczna cera mima.

 

Pole widzenia opanowały kobiety w czerni i zaledwie pojedyncze ramiączko stanika w bieli na słabo opalonym ciele usiłowało rozmleczyć tło. Jakiś byczek zmarznięty okrutnie naciągał na czapkę kaptur, gdy wietrzysko mozoliło się, by potrząsnąć listkami czerwonego dębu. Pusto od wrażeń, a i ludzi mniej niż zwykle. Do tego rejestracja D7 TRUE zdaje się kpić z mojej mizernej konkluzji. Pani skończyły się papieroski, więc zabrała psa „na spacer” do Żabki, by móc kultywować nałogi bez poczucia winy. A że tak o brzasku wynurzyła się z pościeli, to i włos zmierzwiony burzliwą nocą poniosła w przestrzeń.

poniedziałek, 20 lipca 2026

Temu bogatemu Bogu miła była Bogumiła.

 

Panowie grzeją dłonie pod pachami – własnymi, żeby nie było niedomówień. Czyli, chyba-zimno. A do autobusu wsiada dojrzała niewiasta o pancernych łydkach i klatce piersiowej wyglądającej raczej na umięśnioną, niż zawierającą piersi, w stroju w sam raz do ćwiczeń fizycznych. Kulturystka, czyli pani od kultury (ciała?). Zerkając na stan chodników w centrum Miasta dochodzę do wniosku, że weekendowa ulewa była z tych bardziej rozpasanych. W opłotkach nie było aż tak „intensywnie” – słowo nadużywane podczas relacji z meczów piłkarskich, kto wie czy nie robi medialnej kariery.


Emerytowany Dżokej ściga pieszo pięknie wyprostowaną, dystyngowaną panią. Istna księżniczka, ze szlachetną elegancją drzemiącą w każdym ruchu. Schodzę im z drogi, w duchu życząc powodzenia Dżokejowi - w pościgu i nie tylko. Latarni nudzącej się na kamiennej balustradzie mostu mocno się spociło, albo spłakała się minionej nocy, bo wciąż perlą się pod nią tłuściutkie krople, połyskujące w słońcu jak brylanty.


Chłodny wiatr studzi emocje, a ja dumam bez nadziei na rozwiązanie dylematu – jeśli mój telefon fabrycznie wyposażony został w jakieś aplikacje, których nie używam, to one są wyłączone tylko dla mnie, czy dla operatora także? Raz sprawdziłem własną „oś czasu”, choć z GPS nie korzystałem i okazało się, że telefon WIE, skąd i dokąd przemieszczałem się parę miesięcy wstecz, a nawet przypomniał mi, o której i z jakiego autobusu skorzystałem. Oglądając filmy, podziwiam działanie systemu rozpoznawania twarzy z wykorzystaniem ulicznych i samochodowych kamer czy telefonów ludzi z marginesu planu filmowego. Każdy współczesny aparat robiąc zdjęcia, potrafi wyszukać w zasięgu migawki twarze, by nadać im ostrości. A jeśli ja nie korzystam z aparatu, tylko gadam, to też je znajduje? Żeby mimowolnie nie zrobić przechodniom krzywdy, schowałem aparat głęboko w plecaku (prywatna czarna dziura, wyłącznie do użytku osobistego). Cóż - tak naprawdę, nawet w przewlekłym marszu nie nauczyłem się korzystania z zaawansowanych usług teleinformatycznych, więc wymieniłem wieloczynnościową maszynę cyfrową na klawiszowca, a z sieci korzystam stacjonarnie, opierając zad na czymś miękkim, powiedzmy pluszowym.


Powinno mocno mnie niepokoić, że serwery zbierające rozmaite dane znajdują się daleko poza granicami Polski? Ostatecznie, nawet gdyby przechowywane były na miejscu, zdeterminowany uległy/pazerny urzędnik przekazałby je, nie licząc się z interesem podwładnych.


PS. Czy komplementem jest wyznanie kobiecie, że przepięknie się starzeje?

niedziela, 19 lipca 2026

Moc emocji.

 

    Elegantka, której strój w rejonach górnych składał się z ramiączek w różnych kolorach wypasała psy na trawie. Psy co prawda żreć nie chciały, ale „przykucneły” i pod czujnym okiem posiadaczki opróżniły pęcherze. Pani była z nich taka dumna, że zignorowała tabliczkę na skraju trawnika – teren zabaw dla dzieci. Prosimy nie wyprowadzać psów. No i nie wyprowadziła! Szczały tam do woli, a analfabetka roztaczała wdzięki – gdybym miał zgadnąć, to bezdzietna analfabetka.


    Zakładając, że każdy piesek wysika zaledwie setkę trzy razy dziennie, roczne skropliny osiągną niemal 110 litrów (ponad połowa dużej wanny). Nie wiem, ile jest psów na osiedlu, ale posiadacze eskalują – kto miał jednego, ma teraz dwa, albo i trzy. Na pewno psów jest więcej niż dzieci (ostatnio na placu zabaw dziewczynki osiągnęły przewagę nad chłopcami w stosunku 8:1). Przy setce psów będzie to dziesięć hektolitrów. I ta skromna wyliczanka nie świadczy o mojej nienawiści do psów – to nagie fakty – gówienka (te gęste) obecnie często są zbierane. Mocz zostaje - nie w przestrzeni prywatnej posiadacza, ale w przestrzeni ogólnej. Schną drzewa oszczane nadmiernie, a smród rośnie gdy słońce zacznie osuszać plamy.


    Nie rozumiem, dlaczego cudzy pies ma być moim problemem. Gdybym ja regularnie sikał komuś pod oknem/klatką schodową/własnoręcznie posadzonym drzewem, zapewne błyskawicznie spacyfikowałyby mnie SŁUŻBY. A już spacery z psem do apteki, piekarni, czy warzywniaka uważam za ohydną sprawę – kupuję pieczywo, a tam cudzy „pieseczek-on-nie-gryzie-tylko-się-tak-cieszy” wytrząsa kurze i pchły na moje zakupy.

piątek, 17 lipca 2026

Godne choć głodne gody w jagodach.

 

    D6 LUCKY – gdzieś w przelocie dostrzegłem, jak stało sobie autko z taką „dedykacją”. W autobusie przysiada się do mnie jakiś Kozak, który słucha wiadomości z telefonu bez słuchawek. Głodny musiał być bo nieustannie dokarmiał się tym, co mu zalegało w górnych drogach oddechowych. Suma wrażeń zniechęcała skutecznie i nawet piersiątka swobodnie brykające pod bluzeczką dziewczyny bez końca drapiącej się po podbrzuszu nie pozwoliły na poprawę nastroju. Grunt, że upał doskwiera i wytapia nawet nadmiar niechęci.

W upał łupał łupki w łupinach łopianu.

 

    Szlachcianka Z Zaścianka wystąpiła dziś w barwach narodowych. Może przegapiłem jakiś mecz, albo demonstrację? Patrzyła na mnie jak na robaka (znów), więc pewnie coś ważnego mnie (znów) omija. Małżeństwo Tiki-taki dziś w maseczkach ochronnych. Wyświetlacz na przystanku ostrzega - Jakość powietrza umiarkowana… zaledwie. W autobusie farbowane matrony pachnące markowo, drogo i chowające się pod tym aromatem, by w spokoju wreszcie popełnić poranną prasówkę. Za oknem ścieżką rowerową pruje kolarka w czarnej sukni. Biała bielizna podkreśla jak pięknie jest opalona. Choć zerkanie na panów jakoś mi nie idzie, może przez wzgląd na znikomą wartość estetyczną, to jednak popatrzyłem na chłopa, którego głowa wyglądała jak balon, z którego zeszło trochę powietrza – zabrakło dołu. Góra w miarę ludzka, ale dół? Bez podbródka, wszystko takie zwiędnięte, niemal nieistniejące, budzące współczucie. Groteskowa twarz będąca pewnie następstwem czegoś dramatycznego. Wrotycze, bylice, nostrzyki i szczeć porastają beztrosko nieużytki. Póki jeszcze Lex Szarlatan się nie rozpędził, pozwalam sobie na zauważenie. Potem? Kara za treści „szkodliwe” może sięgnąć milionów i to bez sądu – urzędnik będzie decydował, kto jest szarlatanem, skazywał go na kary i usuwał z Internetu szkodliwe treści – owszem, będzie się można odwołać do sądu, ale dopiero po fakcie, czyli za jakieś 5-10 lat, a tymczasem zielarze, naturaliści, terapeuci i inni wyprzedają się z ziołowych herbat, maści, zdrowotnych nalewek, bo strach jest wielki przed zawziętością prawa i Big-Farmy. Kto odważy się teraz zrobić syrop z tymianku na gardło, nie zawierającego „specjalnej formuły” koncernu farmaceutycznego Specjalna formuła zawiera na ogół śmieci, a czynnikiem sprawczym jest tymianek, lecz tymianku opatentować się nie da za to formułę można? Bez ochrony, pod naporem naprawdę wielkiego kapitału farmaceutycznych gigantów znikną zewsząd mądrości naszych babć. Ostatnia okazja uzupełnić księgozbiór, by dać sobie radę, gdy niewydolny system zdrowotny będzie nas zabijał na raty.


    Potem rozkojarza mnie tablica rejestracyjna z cyframi 1024 – matematyk w szkole średniej ilekroć mógł napisać taką liczbę na tablicy, podkreślał ją słowami – lubię równe liczby. A widząc zdumienie uczniów wyjaśniał, że w systemie dwójkowym liczba 1024 to 2 do potęgi dziesiątej. Człowiek wart wspomnienia; każdego roku przy byle okazji dzielił się z uczniami zagadką. Jak rozpoznać, czy to łabędź, czy łabędzica? (kto nie zna, podpowiem – rzucamy chleb do wody – jak WZIĄŁ, to łabędź, jak WZIĘŁA, to na pewno łabędzica). Emocje potrafiły nim zawładnąć tak, że się pocił nad miarę opowiadając. Kiedy sięgnął do kieszeni po chusteczkę, zamiast niej trafił banknot 50 złotych i nim osuszył czoło i skronie. Banknot był z czasów PRL-u, jeśli to istotne.


    Jadę nie swoją trasą i podziwiam pięknie odrestaurowane kamieniczki, między które wdarło się „nowoczesne” gmaszysko – istny brzydal psujący harmonię. Stopy pań często kryją się w crocsach – japonkach i sandałkach. Najwyraźniej służy im to obuwie, choć to guma. Nie obciera i nie odparza, a stopa oddycha. Informacja jakoś się rozchodzi w obrębie płci i coraz więcej pań je nosi latem. Czyli MUSZĄ BYĆ WYGODNE. Pożądane. Może tak samo dzieje się z leginsami? Nietrudno wyobrazić sobie, że mają zalety. A wzrok panów nadaremnie łykających ślinę? Wg reklamy – bezcenny!


    Piękna pani w rozmiarze, którego nawet się nie nazywa w świecie mody dreptała sobie ku własnej codzienności i nie wyglądała na zmartwioną stanem posiadania. I słusznie. Ja, bez udziału świadomości określiłem ją jako Wielkoduszną – mniejsze ciało miałoby ogromny problem z duszą jej rozmiaru. Wsiadłem znów, tym razem wracając po raz pierwszy dziś i wzrokiem potknąłem się o chłopaka w okularach w koszulce z napisem podzielonym między przód i tył: Głównym aktorem – Śląsk z Motorem. Spontanicznie i z równym brakiem jakości poetyckiego przekazu treści odbijam w myślach: Najlepszym kąskiem – Motor ze Śląskiem! Wzdłuż miejskiej fosy wędruje dziewczyna-ósemka. Krągła górą i dołem, w środku ściśnięta obrączką do zaniku wymiarów. Uśmiecha się, jakby usłyszała tę moją niby-poezję. Nim się odśmiechnę – jesteśmy już poza zasięgiem jej wzroku – może jednak sięgnęła tym szóstym? (rejestracja z czterema szóstkami, to coś, o co się potknąłem dziś, by wyprostować się na D7 ASAP jakiegoś korpo-ludka). Autobus przedziera się przez korki spowodowane niekończącymi się remontami i staje na wprost budowy. Czytam tablicę budowy – taka duża, żółta, z czarnymi literkami i nawet skrupulatnie wypełniona czarnym markerem:

    - Rozpoczęcie budowy – 05.01.2026

    - Zakończenie budowy – 03.01.2026

    Najwyraźniej kierownik budowy opanował podróże w czasie i skończy pracę dwa dni przed rozpoczęciem budowy.

    - Ja? Mam kłopot, bo widzę głębokie wykopy pod podziemny parking, a budynku wcale, choć mamy już lipiec 2026… Mam iść do okulisty, czy do psychiatry?

Ekstrakt teoretycznie spiskowy.

 

    Informacja, to broń, powtarzają jak mantrę znawcy tematu. A skoro SI gromadzi i analizuje dane - została wykonana praca, a wiedzy nie zdobywa się po to, by się marnowała. Dane gdzieś w końcu trafiają i ktoś je sprzeda, by kupić mógł ktoś.

czwartek, 16 lipca 2026

Niebezpiecznie piecze w plecy plecak.

 

Dwie nie całkiem dojrzałe samiczki wsiadły niby-razem, ale każda zatonęła w otchłaniach sieci i już po chwili wrażenie wspólnoty zniknęło. Pani, której twarz mogłaby tysiąc okrętów wysłać za morze wysiadła jednymi drzwiami i wsiadła innymi, by jednak przejechać jeszcze dwa przystanki. Ryżawy facet w błękitach i rudziejąca pani w bieli uśmiechali się do siebie i gawędzili a ich dłonie pieściły się przez całą drogę.


Wysiadam i natychmiast znajduję się na kolizyjnym kursie z panią idącą na czołowe zderzenie. Nie złośliwie, a bezmyślnie wpatrzoną w monitor. Jako jednostka bardziej zwrotna, zwinnie zszedłem z kursu, choć jej ciało gwarantowało miękkie lądowanie. Nie chciałem stać się uczestnikiem kolizji w ruchu drogowym, po obserwacji walk sumo podejrzewając, że nawet miękkość może poważnie wstrząsnąć nienawykłym organizmem. Mokre pnie drzew nie zdążyły obeschnąć po ulewach, a lipowe gałęzie tarasują alejki na bulwarze. Spochmurniałe wrony drepcą smutno i zerkają spod oka, czy nie knuję czegoś podłego. I tylko Rzeka niewzruszenie płynie, jak płynęła.

środa, 15 lipca 2026

Rysa na rysunku tygrysa z rysiem w irysach na Rysach.


I tak jak wczoraj był dzień kobiet rozbuchanych cieleśnie z poważnym deficytem pigmentu, tak dziś nastał dzień ślicznych pań, które swoją osiemnastkę obchodziły już dwukrotnie. Już na przystanku zanosiło się, że pragmatyczność i oszczędność niewiast skłoniła je do założenia na gołe stopy klapek, względnie sandałków z tworzywa, żeby wilgoć nie zniszczyła rajstop i wyjściowych butów z cielęcej skórki. Elegancka, fałszywa blondynka, nieelegancko ziewała, jakby stomatolog miał pobrać odcisk jej szczęki do celów sobie tylko znajomych. A twarz miała tak piękną, że (jak sugerował pan Pratchett) spokojnie mogła tysiąc okrętów wysłać za morze. Jakaś królewna czekała pod wiatą przystankową i żeby nie zamoczyć szlachetnych, rasowych pęcin wspięła się na ławkę, z wysoka wyglądając transportu.


Wsiadłem w tramwaj – po trosze z konieczności, po trosze z ciekawości. Bo w taką pogodę wsiada się, by przekonać się, dokąd pojedzie tramwaj. Mój był uprzejmy pokonać Rzekę dwa mosty dalej niż zwykle, udowadniając, że „O jeden most za daleko” to dopiero byłą rozgrzewka, a czas eskalacji mamy przed sobą. Potem na drodze do codzienności został mi tylko tor przeszkód godny Wielkiej Pardubickiej. Świeżo wyklute dziury i wądoły chodnikowe, stojące w poprzek bariery i nieznanej głębokości rowy z wodą. Survival na całego, dopełniony jeszcze potopem z zatkanych i dziurawych rynien, oraz beztroskie wodotryski spontanicznie powoływane do życia kołami samochodów. Kierowca Audi (oni i ci z BMW są najgorsi) usiłował mnie rozjechać, licząc pewnie, że swoim kruchym ciałem wygładzę luki w jezdni z kocich łbów.


Nieopodal sklepu z napojami dla dorosłych klęczy brodacz i płucze twarz woda z butelki. A za przystankiem rosła mirabelka o owocach w kolorze którego nie powstydziłyby się dojrzałe morele. Kierowca MPK, czekając na zmiennika obszarpał niższe gałęzie i skompletował deser na drugą zmianę.

wtorek, 14 lipca 2026

Zamarzyły mi się figle na figowcu z figlarną Ifigenią bez fig. A pokazała mi figę!

 

Starszy gość z kolczykiem i połyskującą kamieniami bransoletą na nadgarstku zerkał przez okno na budowlańców wesoło wędrujących placem w centrum Miasta. W rozbawionej asyście czterech byków, piąty powoził taczką, wypełnioną z górką zgrzewkami wody mineralnej. Na kościelnej ścianie znów pojawiła się staruszka robiąca nago szal na drutach – podszedłem sprawdzić – dzieło zostało przyklejone do muru tak zmyślnie, że udaje fresk.

Podglądanie weszło mi chyba w pory skóry, bo robię to odruchowo. Tym razem dostrzegam eleganckiego faceta z piersiami (bez stanika) i kobietę z zarostem (bez stylizacji u renomowanego barbera). Niezwykłe, co można osiągnąć na uporczywej diecie wspomaganej hormonami. Na parkingu nieopodal bulwaru stoją dwa mini-busy z rozłożonymi na dachach namiotami. Zagraniczne rejestracje sugerują turystów zmęczonych zwiedzaniem Miasta i śpiących za grosz – parking oczywiście płatny, ale na pewno nie tyle co hostel, camping, czy pole namiotowe.


Na bulwarze, prócz zadumanego spokoju wypalonych zniczy pod pomnikiem ofiar Wołynia – bieganina. Wielkolud biegnąc podpiera się niewidzialnymi kijkami i przy każdym kroku „odbija się” nimi od ziemi. Szczuplutka smart-niewiasta, nie przerywając truchtania sprawdza, czy jej funkcje życiowe nie zanikają pod wpływem wysiłku. Kolejna biegnie już bez smartwatcha i chyba czerpie z resztek energii, bo powłóczy stopami szurając po żwirze. Pewnie nie słyszy radośnie popiskujących jaskółek wykonujących nad jej głową skomplikowane powietrzne akrobacje.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Klaser – klasa męska. A klaster i klasztor?

 

Prawo, w założeniu, miało chronić biednych i słabych przed zakusami silnych i bogatych. Tymczasem ci „bardziejsi” z pomocą stada prawników sprostytuowali prawo, by teraz biegało na krótkiej smyczy, pilnując wielkich biznesów. Przykładowo:


- Pod pozorem troski o dobro Narodu, w ramach „walki z praniem brudnych pieniędzy”, kontroluje się wydatki całego społeczeństwa. Kto/komu/ile/za co/jak często? Państwo ma wgląd w każdy przelew. A przecież płacimy z naszych podatków „służbom”, które miały nas ochronić przed oszustami! Ile osób Polsce „pierze pieniądze”? Naprawdę jest ich tak dużo, że Policja zamiast indywidualnie łapać złoczyńców szpieguje wszystkich?


- KSEF – tym razem w „trosce” o mały biznes Państwo zajęło się drobną przedsiębiorczością. I znów to samo – w jedno i to samo miejsce trafiają informacje kto/od kogo/za ile/jak dużo, kupuje/sprzedaje. Walka z szarą strefą? Mam wrażenie, że szarą strefą jest Państwo, które zamiast ścigać przestępców inwigiluje wszystkich. A najgorsze jest w tym to, że serwery karmione „zdobytą” w mozole wiedzą, znajdują się poza Polską.


- Ograniczenie przepływu gotówki – są już bankomaty z których nie wolno wyjąć z bankomatu więcej niż bankowo ustalony limit, nawet gdy stan rachunku „właściciela” na to pozwala; nie wolno płacić gotówką większych kwot niż… (a górny pułap maleje niepostrzeżenie); w obrocie gospodarczym coraz drastyczniejsze ograniczenia przepływów pieniężnych na rzecz płatności cyfrowych. Czemu? O zgrozo – ludzie mają w domu/firmie gotówkę! Suweren nie wie ile! Nie wie kiedy i na co obywatele/przedsiębiorcy wydają, od kogo kupują i w jakiej cenie! Czytałem na WP artykuł w którym jakaś gmina była DUMNA, że w Urzędzie nie wolno płacić gotówką! A to przecież jest przestępstwo, bo „banknoty NBP są prawnym środkiem płatniczym w Polsce”. I taka sprawą prokurator winien zająć się Z URZĘDU! – to taki bełkot prawny mówiący skąd pochodzi zawiadomienie o przestępstwie. Są takie źródła, gdy „wszczyna się postępowanie” dopiero, gdy strona pokrzywdzona zgłosi „zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa”, a są takie, gdzie nie czeka się na zgłoszenie, lecz prokuratura ma zareagować, gdy tylko uzyska wiedzę. Czyżby nie czytała? A może woli nie znać swoich obowiązków, żeby nie narazić się Wielkoludom?


-Lex Szarlatan? – Naprawdę? Tu nie chodzi o złapanie kilku oszustów, bo do tego wystarczają istniejące narzędzia prawne. Pozorowana troska ma ograniczyć dostęp do wiedzy o ziołach, o leczeniu poza niewydolnym, skorumpowanym systemem. I teraz Wielkoludy będą sprzedawały szampon z pokrzywy albo skrzypu polnego, a człowiek sam sobie go nie zrobi, z obawy, że go zamkną a może i spalą na stosie jak w średniowieczu, choć często domowy szampon będzie lepszy od kupnego, bo nie będzie zawierał całej masy aromatów, utrwalaczy, konserwantów, tego farmaceutycznego syfu umożliwiającego „opatentowanie specjalnej formuły”, mającej ukryć fakt, że jedynym czynnikiem działającym specyfiku jest wciąż mieszanka ziół, której (niestety dla Big Farmy) nie da się opatentować, bo winnym w razie wykrycia stanie się przydrożny rów, którego nie da się aresztować i obciążyć. To samo dzieje się z rozmaitymi pigułami i syropami. Wiedza zostanie błyskawicznie przejęta i stanie się niedostępna, a naturopaci i zielarze wychwyceni przez system i obciążeni milionowymi karami tak długo aż spokornieją. Niewiele słychać o tym, że w celu wyłapania owych „szarlatanów” kontrolowane będą przesiewowo media społecznościowe i poczta elektroniczna. Cały cyfrowy ruch będzie filtrowany i blokowane treści, choć ich „szkodliwość” nie została zdefiniowana i to urzędnik-ignorant będzie decydować, co zniknie z sieci jako „szkodliwe”. Oczywiście dla naszego dobra. Ciekawe ile spraw karnych prowadzi obecnie Państwo przeciwko faktycznym szarlatanom, a ile przeciwko nieuczciwym lekarzom. Ach! Jeśli sądzisz, że rozmowy telefoniczne, czy SMS, będą „zwolnione” z odgórnego szpiegostwa, to nie – nie będą. I nie polecisz mamusi własnej maści z kasztanów na żylaki, bo mamusia będzie musiała nosić ci paczki do więzienia szarlatanie-jeden-z-drugim. No!


Ech! Tymczasem poranek. Wakacje skróciły kolejki i liczbę osób na przystanku. W autobusie podsiada mnie śliczna pani z odrobiną ciałka, pachnąc mieszanką kwiatowo-cytrusową. Dziwne. Przywykłem, że o poranku kobiety pachną kwiatami, a cytrusami dopiero po południu. Zerkam i węszę taktownie. Mam nadzieję, że nie płoszę. Pani się chyba nie zorientowała, bo zatonęła w wertowaniu internetu w telefonie. Na zewnątrz kolarze kolarzują, kierowcy kierują, a przyszli pasażerowie żerują na pasach. Pani w lamparciej sukni z ciemnym plecakiem kiwa się na przystanku w rytm mantry zaklinającej autobus. W tramwaju kobiety siedzą tak, że stopy mają skierowane palcami do wewnątrz. Nie widziałem, żeby jakiś facet siedział tak niewygodnie.


PS. W ramach walki o polski (powiedzmy) rynek zbytu, nałożone zostały cła na towary sprowadzane z Chin - 3 euro od każdego produktu. Przepraszam,źle – od każdego PIERWSZEGO produktu! Nie procentowo od wartości zamówienia, tylko od pierwszej sztuki. Co to oznacza? Jak zamówisz SOBIE parę butów, biustonosz, wentylator, to zapłacisz cenę np. 30 złotych plus 15 cła od każdego zamawianego produktu. Ale, jak zamówisz „do dalszej odsprzedaży” tysiąc jednakowych par po 30 złotych, to też zapłacisz raz 15 złotych cła. Czyli znów bogaci zarobią, a biedni zapłacą. Jaki „mózg” myślał nad tą ideą i w czyjej siedzi kieszeni? A przecież podatki w Polsce nie są określone w bezwzględnej gotówce tylko procentowo od towaru, czy dochodu.

niedziela, 12 lipca 2026

Czy tur może się wynaturzyć w naturze?

 

    Ktoś namolnie pukał do okien i najwyraźniej miał wykształcenie muzyczne oraz poczucie rytmu, bo nie skusił i trzymał tempo jak rasowy perkusista. Rozmyślił się wystarczająco szybko, żeby nie zamknąć w domach tubylców. Ptaki zasłuchały się i choć nawet nocą potrafiły uwodzić się nawzajem, teraz zachowują dostojne milczenie. Starsza pani o popielatych włosach spiętych w koński ogon, po krótkich negocjacjach z pisklęciem, pozwoliła mu budować twierdzę pod zjeżdżalnią, a sama usiadła na huśtawce, by się pobujać do wtóru dousznej muzyki. Pani miała różowe szorty i trampki, co odejmowało jej dobrych pięćdziesiąt lat, huśtawka zrobiła resztę. Na największym w okolicy tarasie długowłosa dziewczyna dokumentowała otoczenie kamerą w telefonie. Obracała się szybciutko, bo i widok mniej interesujący niż w dżungli Borneo, czy na plażach Dominikany. Chwilkę potańczyła, czyli zapewne filmowała siebie komuś, kto nie mógł dołączyć. Na pamiątkę, na pokusę, na obietnicę, że już wkrótce… Porcelanowy kot nadstawia ucha na parapecie w oknie naprzeciw, więc siedzę cicho, żeby go nie spłoszyć.

sobota, 11 lipca 2026

Ostrożnie rosną ostrożnie.

 

    W alejce wiodącej w osiedle porzucono ubranie. Ktoś spieszył się pod prysznic, a może na pikantny wieczór we dwoje. Ptaki usiłowały zdradzić mi tę tajemnicę, ale nie uczyłem się języków obcych i mogłem tylko zachwycać się melodią przekazu. Psy i dzieci potrafią jeszcze okazywać radość. Dorośli chyba zatracili tę umiejętność. Mimo iż niebo gęste od chmur, powietrze nabiera temperatury błyskawicznie. Nawet gdy odrobinę powieje wiatr, powietrze zdaje się tkwić w miejscu. Po raz wtóry kwitnie magnolia – widać nie zaspokoiła apetytu na piękny wygląd i raz jeszcze chce zachwycić. Boczną furtką wylewa się z osiedla uroda i podąża gdzieś, gdzie cywilizacja brutalnie zdeptała nieużytki, a beton zajął miejsce chwastów. Pokrzywę łatwo nazwać chwastem, ale rumianek? Dziewannę? Dziurawiec? A głogi i dziką różę? Ech!

piątek, 10 lipca 2026

Śluz na śluzie? Niechybnie chybocąc się zakwitły kwity!

 

Bujna dziewczyna o rozkołysanych pod luźną bluzką piersiach szła na przystanek, przyprawiając mnie nieomal o chorobę morską – przed oczami falowały mi te piersi, a za plecami słońce tylko czekało, żeby mnie oślepić na dłuższą chwilę. Gadułka przesiadła się na rower i niechybnie zbijała wagę, chcąc przejść do niższej kategorii. Może zaplanowała jakąś walkę na jesień? Na razie ziewa okrutnie i przypomina mi pasącego się planktonem wieloryba. Mimo wakacji i wczesnej pory do autobusu wsiadł Melancholijny Karampuk z odkrytymi nogami, w kozaczkach i bluzie z kapturem, zapewne chcąc ukryć piękną, choć smutną buzię. Śpiący Królewicz stojący w przejściu łaskawie pozwolił, by pasażerowie przepchali się obok niego i dopiero wówczas wysiadł.


Wrony obsiadły co wyższe gałęzie uschniętego drzewa i udają czarne, toksyczne liście. Chmiel wspina się gęstwiną samosiejek mirabeli i robinii, którymi zawładnął już do cna. Na bulwarach po raz kolejny buduje się Wielki Weekendowy Paśnik. Nieogolony chłopina w sweterku w biało-czerwone pasy wykonuje tajemniczą, selektywną zbiórkę chwastów. Wyrywa tylko wybrane, wyrosłe w szczelinie między murem, a chodnikiem Przytroczona do dwóch husky pulchna kobieta o białych łydkach robi za tobogan i idzie po krawężniku, wleczona przez odkarmione psiska. Na balustradzie nadrzecznej znów trafiam czaplę. Gdy wyciągam telefon drobi ze trzy kroczki, jakby zapragnęła zbliżenia podczas sesji. Nie podchodzę bo po co płoszyć – sama wybrała bezpieczną odległość i mi to wystarcza. Samotna komarzyca przygląda mi się zza podwójnej szyby i chyba coś usiłuje, ale bez skutku.

czwartek, 9 lipca 2026

Zebranie żebrzących o żebra zebr na zebrze.

 

Ze ściany kościoła znikł obrazek starszej pani robiącej nago ale z zachowaniem skromności czarno-żółty szal na drutach. Dziwne bo pozostałe maziaje zostały. ACAB na przykład. Znów zacząłem czytać powtarzające się napisy, co zaowocowało podejrzeniem, że licznie pojawiający się w Mieście pakiet liter LUSTRO, względnie MIRROR, jest podpisem sprawcy (trudno napisać twórcy – ot, kolejny pomazaniec bez talentu), podobnie jak FILOZ, GUSAR, czy 032. Na żeliwnej rynnie znajduję naklejkę – zakapturzony kontur postaci w czerni, zamiast twarzy posiadającej pionowe oko. Skojarzenie z hieroglifem egipskim było niemal pewne, aż dziw, że w Dolinie Królów jeszcze go nie odkryto. A może jednak? Nie poświęcałem ani krzty czasu na studia tego pisma.


- Nie da się uniknąć subiektywności w tworzeniu. Myśl podróżna, jakich wiele, zapłodniła miałkość moich dzisiejszych spostrzeżeń i dojrzewała we mnie meandrując. Każdy jest skazany zarówno na swój talent, jak i ograniczenia, a wszystko co powstaje, jest skażone autorskim filtrem. Odbiorca ma ten sam problem, więc odbiera cudze twory cedząc wrażenie przez gęste sito własnej osobowości (osobliwości?). Stąd jednych coś śmieszy, innych oburza, obraża, albo zniechęca. Widzę to przez pryzmat ciała które sam uważam za świętość. Cud tak doskonale przemyślany, potrafiący się leczyć i naprawiać, dawać schronienie, ciepło i energię życiową. Trudno wymyślić lepsze warunki do przechowywania umysłu i życia. Istny ideał bioinżynierii. A ideałów się nie poprawia bo można jedynie rzecz spieprzyć.


Dlatego kaleczenie ciała piercingiem, tatuażem, czy czymkolwiek innym, uważam za gwałt na ideale. I choćby nie wiem jak wysmakowany był ów filigran, to jednak zniszczył ciało, które usiłuje się bronić. Po zdjęciu kolczyków, dziura w uchu potrafi się zasklepić, jak każda inna cielesna rana. Infekcje po wykonaniu ozdób są przewidywalną konsekwencją napaści i amatorzy tak przekłuwania, jak i malunków naściennych, są ostrzegani, że układ odpornościowy ich organizmu może się bronić i zrobi to, ignorując „wolną wolę” przyszłego nosiciela. Powikłania po autoagresji, tak jak po każdej operacji mogą wystąpić. Malarze cieleśni uprzedzają też, że na ciele człowieka są strefy, gdzie ból jest bardziej dotkliwy niż gdzie indziej i dla początkujących z samogwałtem odradzają te lokalizacje, żeby ich ciała „przyzwyczaiły się” do bólu. Czyli ból jest faktem, uszkodzenie ciała także, powikłania (jątrzenia, zaczerwienienia i infekcje oraz związany z tym zakaz moczenia i konieczność utrzymywania świeżej rany w sterylnej czystości również). Dyskutowanie z faktami uważam za niesmaczne i głupie.


Z medycznego punktu widzenia tatuaże zwiększają ryzyko raka wg badań przeprowadzanych w różnych krajach o około 30% w zależności od rozległości malunku i koloru wybranych farb (czarna zabija najmniej skutecznie). Gdy rak zabija co czwartego człowieka (niektórzy twierdzą, że nawet co drugiego) zwiększanie ryzyka na własne życzenie stanowi jakąś formę samobójstwa rozłożonego w czasie. Mało tego. Wg lekarzy niektóre zabiegi nie mogą zostać wykonane, gdy skórę pokrywa tatuaż, bo istnieje za duże ryzyko wprowadzenia infekcji w układ nerwowy, czy krwionośny, więc kaprys żywego dzieła sztuki wymaga zmiany sposobu leczenia/znieczulania organizmu podczas operacji.


Ta „moda” zdumiewa mnie, szczególnie, kiedy amator uszkadzania ciała okazuje się być „eko” - czyste powietrze, woda z filtra, zdrowa żywność, zielona energia, naturalne i biodegradowalne materiały na ekskluzywną bieliznę do wglądu wyłącznie dla wybranki, a tu chemiczna szpryca - bomba z opóźnionym zapłonem wstrzyknięta w to wypielęgnowane, starannie chronione przed szkodliwością otoczenia ciało. Okropieństwo. I niech pluje kto chce – zdania nie zmienię. Można malować tynki kaplicy sykstyńskiej, płótna na blejtramie, deski ikon, serwetki w knajpie, szkło i kamienie - wszystko, tylko nie ciało. Oczywiście moja opinia jest moja i dla mnie, a każdy urządza sobie życie po swojemu. Niech! A co! Powody żeby być sceptycznym mam. Jeśli ktoś ma powody, by nosić na sobie modern-art – niech nosi i oby jej/jego (damy naprzód) ciało udźwignęło ciężar sztuki. Ja nie potrafiłbym tak dobrać obrazka, żeby pasował mi w wieku lat szesnastu, trzydziestu i sześćdziesięciu i nie budził uśmieszku politowania.


PS-1 Faceci to jednak straszne szuje. Damy naprzód, bo kto wie co czai się za węgłem. Łajka w kosmosie? Suczka na zwiad zanim ogary pójdą w las!


PS-2 Ilekroć napiszę źle o facetach, echem wraca milcząca aklamacja. Napiszę źle o kobietach – echo dudni oburzeniem.


PS-3 Może napisać coś dobrego o facetach? Trochę strach…


PS-4 i 5, to już playstation w coraz doskonalszych odsłonach i trudno mi rywalizować z zaścianka świata. A jednak urodziłem kolejną myśl – Na zewnątrz zwykłem ukrywać naturalny zapach ciała – mnie. Nieświadomie. Nie wiem dlaczego. Może boję się węchowego obnażenia przed OBCYMI? Jak pachnę/smakuję/jestem odczuwalny? To dane wrażliwe i tylko dla wybrańca (znaczy wybranki, żeby nie pozostawiać niedomówień). Można mnie zobaczyć i usłyszeć – pozostałe zmysły mają ze mną kłopot – ukrywam się! Mimikra. Mało kto może mnie dotknąć/zwęszyć/sprawdzić jak smakuję. Poczuć? Nie wiem, czy chcę aż tak się obnażać!

środa, 8 lipca 2026

Ekstrakt podsumowujący głosowanie decydentów.

 

    Po co komu poseł, który nie przychodzi na głosowanie ustawy regulującej życie trzydziestu siedmiu milionów podwładnych? Po co komu reprezentant narodu „wstrzymujący się od głosu”? Jeśli nie ma własnego zdania, czy nie lepiej byłoby, żeby opuścił zgromadzenie i pozwolił rządzić tym zdecydowanym?

W czas suszy w buszu szył z kuszy w uszy tuszy.

 

Kierowca powoził tak, jakby zamierzał wytrząsnąć mi spomiędzy uszu zapodziane tam sny niedośnione. Skąd miał wiedzieć, że nie pamiętam ich regularnie?


Nawiedzona sprzątaczka zdmuchuje maszynowo opadłe kwiaty lipowe ze żwirowego chodnika cały ten pył strącając do Rzeki. Gdzie w tym logika tego nie wiem. Grunt że chodniczek wysprzątany pięknie być może na przyjazd „specjalnych gości” , którym lipowy susz szkodzi na buty. Wiatr zaciekle usiłuje powstrzymać Rzekę przed wypłynięciem z Miasta. Wieje pod prąd i unosi poruszone przez sprzątaczkę drobiny. Kurzawa jak podczas piaskowej burzy. Na moście mija mnie kolarz-wędkarz o wzroku doskonale martwym. „Hybrydowe” podejrzenia rodzą się we mnie – albo się naćpał albo zamarzł na brzegu. Może jedno i drugie? Zombie pedałuje niemrawo a ja na wszelki wypadek trzymam się z daleka. Z gęstej korony wiązu śmieje się ze mnie dzięcioł zielony – nie sposób dojrzeć szydercy, ale ja już rozpoznaję śmiech sprawcy. I wiem, że mieszka na wyspach, całkiem niedaleko stąd. Tam, skąd wyjechał dostawczak z rejestracją D0 MASS. Młody brodacz w letnim stroju marznie usiłując w kieszeniach szortów schować ręce aż po pachy – bezskutecznie. Szczur ostrożnie pobiegł do śmietnika na drugie śniadanie, a kopciuszek zamerdał do mnie ogonkiem, ale to nic nie znaczy, bo kopciuszki merdanie mają w genach. Coś jak oblizywanie się podczas jedzenia pączka – niby się da, ale komu się udało, ten bezpowrotnie utracił przyjemność jego zjedzenia.


PS. Christopher Paolini, Dziedzictwo: Wolałbym żyć w czasach pozbawionych historycznych wydarzeń – ja też…

wtorek, 7 lipca 2026

Sprawnie sprawiłem sobie prawie prawdziwe prawidła.

 

W autobusie pachniało mydełkiem i ciepłymi preclami, ale piękna pani z deficytem podbródka ignorowała aromaty, pochłonięta bogactwem życia wewnętrznego. Nawet tajemnicza rejestracja D0 YATAN nie wytrąciła jej z letargu. Medytowała?


Zaplątana w dzikie wino sikoreczka okrzyczała mnie okrutnie, że się gapię, kiedy ona przedziera się przez zabytkowe niewątpliwie pnącza, kryjąc się pod liśćmi. Druga uwijała się na ciężarnej ulęgałce i tylko cmokała na mnie (chciała mnie zeżreć?). Na bulwarze grasował jawnie z siebie dumny gołąb. Chyba właśnie zmotłoszył gołębicę ku obopólnej satysfakcji. Ona właśnie kokosiła się w trawie, gruchając i poprawiając piórka, on napuszony, drobił kroczki wokół wybranki i świata poza sobą nie widzieli. Mnie także nie.


Kamienny święty, oflankowany aniołami, zerkał z cerkiewnego gzymsu, podpierając się laseczką. Wpatrywał czegoś na chodniku i wyglądał jakby chciał komuś napluć na głowę. Na wszelki wypadek przemknąłem przeciwległym chodnikiem. W dzielnicy Boga tramwaje okrutnie piszczą. Tory wiją się między świątyniami nieustannie skręcając. Gdy przemnożyć ów jazgot przez natężenie ruchu godne wakacyjnego tłoku na przejściu granicznym w Dorohusku, nic mniej jak długa przerwa międzylekcyjna w podstawówce nie osiągnie podobnego stężenia dźwięków. Nim przejdę jeden przystanek pieszo, regularnie mija mnie 5-7 tramwajów, a czasem więcej.


Radio zadrżało: „Ostrzeżenie IMGW - susza hydrologiczna postępuje”. I jak mam skonsumować tę informację? Wykopać transzeję i Bagnet na broń! Szkoda krwi? Tamę dla wód płynących mam postawić, żeby więcej zostało dla mnie? Trudna sprawa. Wiem przecież, że są „zbiorniki retencyjne”, w zamyśle zbudowane na czasy ekstremalne – czyli, jak jest zagrożenie suszą – wypuszczamy zgromadzone zapasy, a jak jest zbyt mokro, to zbieramy nadmiary. Tymczasem po zbiornikach latem pływają żaglówki i motorówki decydentów i niech sobie „susza hydrologiczna postępuje”! Niech „Wisła notuje rekordowo niskie poziomy”. Koszmar! A przecież wystarczyłoby zbiornikom pozwolić robić to, do czego zostały zbudowane – zbierać wodę w sezonach ekstremalnych opadów i oddawać ją rzekom podczas okresu suszy. Nic więcej. Tymczasem susze nękają wszystkich, a po nich (cóż za zaskoczenie), nieuchronnie następują powodzie, gdy zbiorniki przeleją się wierzchem. Zeszłoroczną powódź osłabił wybudowany, „jeszcze ciepły” suchuteńki zbiornik Racibórz, mający „zbierać wodę” latami. Cóż… Wypełnił się w trzy doby. Skoro susza, to czemu zgromadzonej rok temu wody nikt nie wypuszcza? Lepiej żeby uszła górą po jesiennych burzach? A niech tam po nas choćby potop! – niech spłoną lasy – kto nie lubi dobrze wysmażonej dziczyzny zgrillowanej z grzybkiem w asyście leśnych ziół?


    Wracając potykam się wzrokiem o młodą damę w dresowych spodniach. Spodnie są grube, szare i mają różowy napis rozciągnięty między biodrami – SUGAR. Żeby nie było skojarzeń z porzekadłem smaruj dupę miodem, a ona i tak gównem śmierdzi, napis był rozciągnięty z przodu. Potem jeszcze rudowłosa bogini (nieco antyczna) usiłowała mnie poderwać NA MÓJ BUKIET SŁONECZNIKÓW. Ech!

poniedziałek, 6 lipca 2026

Próżny to oszczędna wersja słowa opróżniony?


Sprawdzając organoleptycznie temperaturę zewnętrzną, wylazłem niespełna ubrany na balkon, łowiąc wzrokiem spsiałego gościa. Najpierw pomyślałem – murzyn, lecz chwilę później okazało się, że to białasek, tylko poddany perforacji skóry masywnymi tatuażami na wszystkich odnóżach. Nieużytek przylegający do osiedla został skolonizowany przez wiesiołki. Kwiaty w kolorze jasnej żółci samą swoją obecnością poprawiają samopoczucie. W autobusie galimatias – krótkie nogawki i długie rękawy, albo odwrotnie. Jaskółki drobnymi skrzydełkami usiłują utrzymać chmury wysoko nad Miastem żeby nie spadły gęstą od kropel wilgocią.


Na klombie, wśród wysokich traw, zakwitł groszek pachnący, być może poprawiając kloszardowi jakość snów. W koronach lip wróble ganiają się w berka, pod daglezją tuła się pusta butla po Johny Walkerze. Staruszka utrzymująca rytm kroków kulą inwalidzką prowadzi nowofundlanda po bulwarowych, długaśnych ławkach. Pies i tak jest niemal monumentalny, jednak wędrując obok niskiej babinki ławkami –odważnie osłania ją przed połową świata. Nad Miastem zawisł budowlany żuraw i patrzy z wysoka zimnokrwiście, stalowo, czaplom oferując punkt orientacyjny na poszarzałym niebie. Elegantka w skórzanej kurtce i kapciach z futerkiem usiłuje rozkołysać most bardzo energetycznym marszem wzmocnionym kawką z Żabki. Młoda kobieta przytula swoje nieuciemiężone piersi do pustej kobiałki, jakby zatęskniła za kolejną porcją truskawek w godziwym towarzystwie.


Gapię się w niebo, bo to nie kosztuje. W przeszłości niebo zasiedlały stratusy, cumulusy i cirrusy. Z rzadka trafiał się cumulonimbus; gwałtem spadające na ziemię kowadło, skrzące się wściekłością natury. Teraz każdego dnia, zamiast poczciwych, tradycyjnych chmur, widuję przeważnie „chmury wstęgowe”, jak nazywam te niby-smugi-kondensacyjne szatkujące atmosferę na kawałki, które godzinami wiatr rozwłócza po kres widzialności i tłamsi błękit. Naprawdę, nie trzeba wiele – wystarczy łeb unieść i popatrzeć, co się stanie z tą samolotową „smugą” pięć, dziesięć, czy sześćdziesiąt minut później. Prosta obserwacja, nie wymagająca żadnego sprzętu, ani szczególnych umiejętności. I pomyśleć, że wszyscy tym oddychamy, co łaskawcy serwują nam z owych chmur. Wszyscy to jemy, bo czego nie pochłoną płuca, spadnie na ziemię - na czereśnie, ziemniaki, trawę gryzioną przez ostatnią we wsi krowęczy w wodę przeznaczona do picia. A ja mam zbierać plastikowe butelki, chcąc „ochronić” środowisko. I niech nie śmiem ich zgnieść, bo nie dostanę za nie jałmużny - pięćdziesiąt groszy! Gdzie trafia pieniądz z kaucji za te „jednorazowe” butelki? Ile zdołają zebrać kloszardzi – bez paragonu, czy oddane niewłaściwej sieci, uzyskają zaledwie 10 groszy za sztukę, a czterdzieści groszy zniknie w czeluściach „systemu” – dokładnie tak samo dzieje się ze sprzedażą produktów; gdy rolnik modli się, żeby dostać 10 groszy za kilo ziemniaków, sklep chwali się promocją, sprzedając je Tobie „za jedyne” trzy czterdzieści dziewięć. Widuję ludzi pokornie dźwigających butelki do automatu – system zrobił z nich śmieciarzy. Gdyby ustawodawca chciał dbać o środowisko – plastik skupowany byłby w dowolnej formie. Zgnieciony, połamany – byle był. Na wagę. A nie na banderolę, paragon, czy kod kreskowy. Dla mnie to tylko kolejny podatek od kupujących (opodatkowanym pieniądzem) napoje w plastikowych opakowaniach.


    V1 KKK – czyżby ktoś przeszczepił idee Ku-Klux-Klanu na grunt warszawski? Fakt, że obcokrajowców przybyło zauważalnie, że Azjaci, Afrykanie, Południowoamerykańscy przybysze niepostrzeżenie stali się tutejszą codziennością, choć daleko im do liczebności kozackich zastępów.

niedziela, 5 lipca 2026

Śpię i śpiewam szczękając szczęką.

 

    Tym razem mundialowe teksty już bez komentarza:

- korytarz był zamknięty, niewypolerowany,

- może trzeba będzie zmienić ekosystem w ofensywie,

- nie ma to przełożenia na cokolwiek pod bramką przeciwnika,

- mecz jest intensywny,

- nie zostawiają tlenu,

- to jeszcze nie jest minuta na spuszczanie głowy.

sobota, 4 lipca 2026

Ekstrakt o sile i słabostkach.

 

    Czytam o słabej płci, która tak mocno dostaje w kość od silnych drani, że czuję się okropnie jako przedstawiciel płci brzydszej.

    Zerkając na statystyki długości życia obu płci, dostrzegam jednak że to ja reprezentuję tę słabszą.

    Paradoksalnie, prześladowane panie żyją średnio o siedem lat dłużej.

Męczę i meczę na meczowe miecze.

 

    Kolejny dzień mundialu i kolejne kwiatki komentatorskie – znów zbieranie raptem kwadrans, jednak okazów do trenowania wyobraźni nie zabrakło, bo w meczu działo się nie za wiele, poza tym, że jakiś amerykański aktor ziewał okropnie i nudził się niemal namacalnie.

- Atakował przestrzeń (zdawało mi się, że trzeba atakować bramkę, którą można nazwać przestrzenią, ale po co skoro już ma swoją nazwę? Don Kichot to jednak klasyka gatunku, a bohater też obiekt ataku wybrał niefortunnie – trzeba było atakować młynarzy),

- Kto jest odpowiedzialny za kreację? (na pewno nie garderobiany, czy projektant mody z Mediolanu. Chodziło o kreowanie gry, czyli tak naprawdę o to, kto będzie rozgrywał, dyrygował ruchami zawodników z drużyny, patrzył i podawał piłkę temu, który ustawi się najlepiej z punktu widzenia celu gry, czyli trafieniu w przestrzeń boiskowego wroga),

- Jego ruchliwość jest nieprzyjemna przeciwników (cóż… zapewne spodziewali się, że przeciwnik będzie przemieszczał się w tempie posągów Moai z Wyspy Wielkanocnej. Zamiast futbolu trzeba było wybrać snookera, szachy, łucznictwo, czy coś równie dystyngowanego),

- Tworzy korytarze (to ci architekt! Szkoda że tylko korytarze, bo przecież one powinny dokądś prowadzić, ale może pozostałymi pomieszczeniami zajmuje się dedykowany partner?),

- Transport piłki w pole karne (logistyka przede wszystkim. Gońcy poszli, a dla większych gabarytów zamówili Glovo, względnie flotę cargo),

- Wziął na siebie ciężar rozrzucania piłki (i proszę! odnalazł się kreator! Wystarczyło poczekać na ciężarowca i niech rozrzuca, byle nie gnój widłami)

- Boczny obrońca został mocno spresowany (nie ma nic wspólnego z prasowaniem, czy miażdżeniem prasą – znaczy tylko tyle, że wróg zawzięty postanowił odebrać mu piłkę i nie odpuszczał, by to osiągnąć),

- Niska wartość zawodnika wynika z narodowości (niektórzy zawodnicy sprzedają się drożej niż inni, bo to nadludzie. Pozostali, ci niższej kategorii nie mają szans na podobne benefity – aż dziw że demokracja na to pozwala, jednak prostytucja interesuje demokrację jakoś tak selektywnie),

- Penetrujące podanie (znaczy weszło jak gorący nóż w masło, żeby uniknąć erotycznych skojarzeń, chociaż penetracja przy wykorzystaniu talentu kolegi może być intrygującą alternatywą nawet dla demokracji. Najkrócej ujmując – podał do przodu i to celnie, czym spenetrował wraże szeregi hurra!)

piątek, 3 lipca 2026

Za szybką babka żabki, w kapkę szybkiej kawki sypie papkę sypkiej babki.

 

W autobusie naprzeciw mnie usiadł groźnie wyglądający gość ze szpiczastą głową. Nie mogło mi się wydawać, gdyż fryzurkę miał zanikową – zupełnie jakby goląc się przedwczoraj rozpędził ręce i pociągnął od policzka aż na kark, przez całą głowę. Na przystanku chuda blondyna uśmiechała się do własnych myśli, otoczenia nie widząc kompletnie. Jej obojętności na zewnętrze nie naruszył nawet widok dziewczyny ubranej w coś, co nazwałbym jednoczęściowym strojem kąpielowym, oczywiście w czerni. Dziewczyna zziębła i w marszu ogrzewała się własnymi ramionami, chcąc zachować resztki ciepła wygryzane wiatrem, który nagle zaczął wiać tak, że postrącał wrony z chodników. Na murze pętającym pomniejsze narowy Rzeki ktoś napisał błękitne PANACEUM – ale na co, tego już nie.


A jeszcze wczoraj popołudnie było tak ciepłe, że tylko zatwardziałe zwolenniczki mody, w trosce o własny „luk” czy też „autfit” , potrafiły objawić się w nasłonecznionej przestrzeni w kozakach, albo skórzanej kurtce. Patrzę na dwie daglezje rosnące u podnóża bastionu prochowego i zastanawiam się, jak długo pożyją, regularnie podlewane moczem. Na moście trafiam pulchną i bladą panią w prochowcu, która kroki stawia tak jakoś ostrożnie, jakby chodnik przed nią mógł za chwilę okazać się iluzją.


    Wracając wsiadam na początkowym przystanku, gdzie autobus zwykle stoi chwilę dłużej niż gdzie indziej. Zaraz po mnie wsiada aromatyczny gość i wybiera miejsce niedaleczko. Posiedział parę minut i słonko mu dopiekło, to się przesiadł w cień, gdzie uporządkował zawartość reklamówek i wysiadł. Hurra! W sumie, jak się dysponuje puszką piwa i słońcem za oknem, a przystanek tuż przy parku – po co gdzieś jeździć? Wystarczy na trawce zażyć relaksu! Tymczasem w autobusie – migracja ludzkości. Niektóre panie trzy razy zmieniały miejsca, żeby wybrać to najbardziejsze na podróż 5 przystanków. A kiedy jazda się zaczęła na jednym z przystanków wsiadła pani o białej głowie, przytuliła się do swojego pana i zlożyła głowę na jego piersi. Coś tam gaworzyli, uśmiechali się i dotykali, jakby młodość i miłość jeszcze ich nie opuściły. Pewnie dlatego ledwie dostrzegłem piękną Golemicę z jej osobistym Golemem. Pani w niebieskiej sukni wyglądała znakomicie, ale może mam na nią uczulenie i stąd opinia.


    Wśród tablic dziś L2 OPUS, D0 GOODE, B0 HAT3R.

czwartek, 2 lipca 2026

Sokół kołuje wokół soku.

 

Chłop dousznie zasłuchany znienacka zaczął tańczyć naprzeciw zamalowanej remontami witryny i nawet pełne siaty w obu rękach nie przeszkodziły mu w tanecznej ekspresji. Twarz miał wysłodzoną natchnieniem i błogością – widać jego niewidzialna partnerka była warta jawnego uwielbienia. Idę wzdłuż Rzeki. Najpierw spotykam gościa którego od pierwszego wejrzenia nie cierpię i choć czasu minęło sporo od pierwszego widzenia uczucie się nie zmieniło. Zmienił się za to pies – stary musiał się zużyć. Zanim uporałem się z tą moją bezinteresowną niechęcią spotykam siwą czaplę. Stała sobie na granitowym słupku utrzymującym w ryzach barierki oddzielające bulwar od Rzeki. Gapiliśmy się na siebie zimno-rybio, ale z szacunkiem. Nie płoszyłem zachowując dystans na jakieś trzy kroki i to (dla niej) było ok. - strefy osobistej nie sięgałem, konkurencji na łowisku też nie stanowiłem. Czapla najwyraźniej monitorowała sytuację poniżej, na brzegu rzeki, gdzie wędkarz w dwupłciowej asyście wykazywał się żyłką łowiecką. Na drapane czekała? Wiem, że zdolniejsza od tamtego i częściej trafiały się jej łupy. Poranek dopełnia krągła ślicznotka w spódniczce ledwie potrafiącej utrzymać jej pupę i biodra w swoich objęciach.