czwartek, 23 kwietnia 2020

Strateg.


- To nieludzkie! – pomyślałem nie bez racji – Kto to widział, żeby nitka była cieńsza od włókna nerwowego, a igła posiadała (?) dziurkę (?) zapewne dziewiczą, albo urojoną.

Usiłowałem trafić metodami naturalnymi – po palcu. Ale albo palce mam niewłaściwego do owej dziurki rozmiaru, albo faktycznie jej tam nie było! Może usiłowałem nawlec pajęczynę na gwóźdź? Z upływającym czasem skłaniałem się ku temu wyjaśnieniu i skupiłem swoją złość na osobie, która śmiała podrzucić gwóźdź do pojemnika z igłami. Nie musiałem zaglądać do środka. Wiedziałem, że wybrałem największy rozmiar. Igły oczywiście, bo dziurek nie dostrzegałem w ogóle.

Przypomniałem sobie sytuację, z której do dzisiaj śmieją się wszyscy; moja pani z jakąś swoją znajomą poszły się kąpać, a po powrocie musiały się przebrać. Moja zrzuciła mokre ciuszki, wytarła się i ubrała w suche, a koleżanka, krępując się rozglądała się za parawanem, gdy usłyszała, że z trzech metrów to ja nie tylko jej nagości nie zobaczę, ale i sporej baby nie dopatrzę się również.

Igła miała przynajmniej część cech typowych dla sprzętu jaki reprezentowała – była ostra jak diabli i korzystała z tego bezwstydnie, kłując mnie tu i ówdzie. Nie narzekałem, bo dzięki temu łatwiej było ją odnaleźć. Palce najwyraźniej nie były od kompletu. Pomyślałem, że odwiedzę sąsiadkę, gdyż moja pani przezornie umknęła poza zasięg mojego głosu i oddała się sanatoryjnym rozkoszom z dala od domowych pieleszy. Trochę wstyd pójść do kogoś i prosić, żeby odnalazł dziurkę i wypełnił ją treścią – mogłem wyjść na satyra, słomianego wdowca, któremu jedno tylko w głowie.

Alternatywą był któryś z sąsiadów. W pamięci przejrzałem spis snajperów, zegarmistrzów i mechaników precyzyjnych, jednak z braku takowych padło na mikrobiologa. Nie wiem, jak bardzo odległa to dyscyplina od moich potrzeb, jednak pajęczyna i dziurka tak mała, że już na pewno mikro, to może akurat? Zapukałem nieśmiało, jednak na węch rozpoznałem, że otworzyła mi jego lepsza połowa, a owej, o mikrodziurki i pajęczyny pytać nie śmiałem. Szczęściem domyśliła się i wyjaśniła, że chłop poszedł tuż obok na piwo i ze dwie godziny go nie będzie, gdyż, jak sam powiedział, „poszedł wyrzucić śmieci”, a, że przed wyjściem skropił się wodą kolońską, więc dwie godziny najmarniej.

Adres znałem. W emocjach poszedłem i w kapciach. Dobrze, że ubrany w miarę. Znaczy – nie w piżamie, lecz coś bliższego odzieniu dziennemu. Knajpa nie była dla wymagających, więc wszystkie stroje były dozwolone, jednak w piżamie czułbym się nieswojo. Był! O błogosławione żony! Kocham was wszystkie! Za tę wiedzę i stoicki spokój w obliczu obcych, bo swoim, to pewnie niewąsko się obrywa. Był i grał w dart’a – w te strzałeczki rzucane do tarczy – czyli trafiłem w dziesiątkę.

Przerwałem grę zasłaniając własnym ciałem cel i ogłosiłem konkurs. Kto nawlecze nić pajęczą na gwóźdź z dziewiczą dziurką tankuje do pełna na koszt firmy! Sprawdziłem – firma, czyli ja, dysponowała portfelem. Rozgorzał bój. Nierówny. Pełen emocji i spektakularnych porażek. Kolejka śmiałków ustawiła się, by po trzech nieudanych podejściach wrócić na koniec, zahaczając po drodze bar, by uronić łezkę i pokrzepić się strzemiennym na drogę.

- Panie! – szepnął mi wprost do ucha barman – masz pan u nas dożywotnie piwko gratis za ten diabelski pomysł. Że też sam na to nie wpadłem. Przy okazji – po cóż szanownemu panu taka nitka?

Zapomniałem… Rany boskie! Nie dość, że oka nie mam, to i pamięć mnie opuściła!

środa, 22 kwietnia 2020

Maligna.


Noc była duszna. Może dlatego, że mgła znad rzeki siadła nisko i zebrała z otoczenia całą wilgoć. Otworzyłem okna. Niebo z rozsypanymi wszędzie gwiazdami zdawało się mieć więcej niż trzy wymiary, ale kiedy wzrok opadł niżej, obraz ginął. Tonął. Mgły dusiły kocie bruki i stokrotki, szczurze ścieżki zamiatane były zimnym, mokrym jęzorem. W tej mgle wiatr zawodził, gdy ocierał się o szorstką wilgoć mgły. Czasem klął, gdy znienacka wpadał na jakiś ledwie majaczący słup oświetleniowy, czy elewację z cegły klinkierowej, która nocą nie chciała błyszczeć, stłamszona kołtunem.

Musiałem wyjść. Powyżej mgły powietrze było sterylne, wysprzątane z brudu i wilgoci. Nie dało się nim nasycić płuc nawykłych do tego wszystkiego, co zwykle zawiera powietrze, gdy wiatr uniesie tuman kurzu z rzeki i przemiesza z ulicznym bogactwem drobin. Głodne, jałowe powietrze było zbyt przeźroczyste, żeby bezkarnie patrzeć w dal kosmosu, a sen odszedł, zostawiając mnie sam na sam z nocą. Trochę jak lunatyk zszedłem po schodach i pozwoliłem pochłonąć się mgle.

Była prawdziwie gęsta, można było z niej lepić kształt jutrzejszych chmur i wszelakich, nocnych majaków. Wystraszyłem się, że nieumiejętnymi dłońmi wyrzeźbię w tej mgle potwory i wcisnąłem ręce głęboko w kieszenie. Tak jest lepiej, kiedy się nie potrafi rzeźbić, czy lepić z miękkiej, plastycznej gliny. Nogi tymczasem niosły mnie niespiesznie, jakby goniły leniwy, letni cień. Pozwalałem im często na podobne beztroski – w końcu wyszedłem odetchnąć i teraz ucztowałem, nie bacząc dokąd idę. Mgła dusiła nie tylko obrazy, ale i dźwięki. Może nie tyle dusiła, co spowalniała. Znacznie. Zdawało mi się, że słyszę łodzie wiosłowe wiozące zakonników na wyspy. W przeciwną stronę podążali szlachetnie urodzeni, naukowcy, architekci – to na nich czekała wysypująca się właśnie procesja urzędników, orkiestry, całego panteonu szarż i służb, nad którymi jaśniał jak klejnot w koronie burmistrz z niemieckim nazwiskiem.

Minąłem ów harmider. Nie znoszę tłoku, a oni wszyscy mówili. Wciąż i bez końca. Paplali staroniemieckim żargonem i w kantach mowy niemal widziałem szwabski gotyk. Naprzeciw rajcy – wielkie gaduły usiłowały trudną do zrozumienia polszczyzną skorumpować zakapturzonych mnichów, którzy martwą łaciną odcinali się dobrodusznie i podstępnie od wszelkich ofert. Moje nogi zatrzepotały na moście, a echo pożarła rzeka. Głowa pełna niechcianych dźwięków dała pochłonąć się wiatrowi pchającemu górskie powietrze do morza. Wydłubało mi z uszu dawno już nieistotne dialogi i pozwoliło odetchnąć mokrym powietrzem. Zimne. Mgła przysiadła połajana wiatrem, a ten czując moc zaczął szarpać coraz mocniej, aż pękła i w pojedynczych, skłębionych barankach chować się zaczęła po bramach i zakamarkach.

W mroku zaczęły pojawiać się kontury. Ostre, wysoko zawieszone sztylety kościelnych wież sąsiadowały z niską, jednopiętrową zabudową. Na granitach ślizgał się nawet wiatr i jęczał, ilekroć wyrżnął na krawężniku. Przede mną jaśniało coś, co wyglądało jak gwiazdka z nieba. Podszedłem wiedziony ciekawością. Nie wyobrażałem sobie nikogo, kogo byłoby stać na lekceważącą obojętność. Obraz jaśniał intrygująco i zmuszał umysł, żeby poświęcił się mu bez reszty.

Lustro. Lusterko. Małe, okrągłe lustro w metalowej oprawie pełnej wzorów. Kwiaty chyba. Może winorośl ze zgorzelą ciemnej patyny? Srebro? Jeśli tak, to bardzo stare. I tylko okrągły środek wypolerowany był tak, że księżyc tańczył po nim, jak na lodowisku. Podniosłem i gapiłem się jak urzeczony. Takie lustro pewnie jest sporo warte. Ktoś musiał zgubić, ale kiedy? Tędy i nocą spacerują ci, których dotyka bezsenność, albo nostalgiczne humory. Przecież i moje nogi tę drogę znają doskonale, więc nic dziwnego, że innym też się zdarza zabłądzić właśnie tu.

Podniosłem oczy, ale nikogo nie było widać. Uszy też skarżyły się na brak zajęcia. Na ścianie drżał okrągły cień obrazka z lusterka, jakby księżycowy zajączek przeskoczył na nią. Zerknąłem na lustro, lecz ono już nie żyło. Zmatowiało całkiem i pokryło się śniedzią. Poruszyłem nim, jednak naścienny zajączek trwał w miejscu i zdawał się podskakiwać w miejscu. Zrobiłem kilka kroków w jego stronę. Sam nie wiem po co, ale szedłem do ściany, a zajączek wykazywał rosnące zainteresowanie, aż z entuzjazmem odsunął się o kawałek.

- A więc to tak – pomyślałem – Chce, żebym za nim poszedł.

Teraz miałem coś więcej niż czas – miałem cel. Dziwaczny, ale jednak. Dogonić fatamorganę. Obraz z matowego lusterka. Im bardziej przyspieszałem, tym szybciej przemieszczał się prowadząc mnie bez wahania. Moje kroki rozstrzeliwały ciszę ulicy, a gazowe latarnie kiwały z politowaniem żółto-pomarańczowymi głowami. Zajączek skoczył w jakiś zaułek i wszedł w dębowe, rzeźbione drzwi z metalową kołatką. Szaleństwo najwyraźniej mnie ogarnęło, bo chwyciłem zimne koło, żeby nim uderzyć w głodny pysk lwa. Drzwi skrzypnęły cichą skargę zanim uderzyłem. Nie było potrzeby hałasować. Pchnąłem skrzydło, a ono uchyliło się gderając zawiasami. W środku siedział zajączek i najwyraźniej czekał na mnie. Nie przeszkadzał mu brak księżyca, lusterka w mojej ręce – kpiąco zerknął na mnie i poprowadził kamiennymi schodami do podziemi. Musieliśmy zejść pod rzekę. Pachniało ostrą wilgocią, zmurszałym drewnem i lepkim kurzem. Błoto pod nogami mlaskało już i po każdym kroku zostawał dziura wypełniająca się ciemną cieczą.

Poczułem zimno i strach. Nie było innych śladów. Tylko moje. Początkowa euforia sprawiła, że zaniedbałem ostrożności i nie pamiętałem drogi absolutnie. Zdany byłem na pamięć drogi niezwykłego zajączka. Tylko… Czy on nie był zbyt lekkomyślny? Jak ja? Popatrzyłem nań z niemym pytaniem, a on czekał niecierpliwiąc się wyraźnie. Trudno. I tak już za późno. Znów moje kroki zakołysały się wielokrotnym echem po ścianach, a zajączek skoczył dziarsko w dalszą drogę. Jak się okazało – całkiem niedługą, bo chwilę później wskoczył na ramię kogoś w mnisim habicie z bardzo obszernym, kryjącym głowę kapturem. Spod niego zerkały oczy, którym światło chyba nie było potrzebne, by widzieć.

- Jesteś – usłyszałem szept, któremu nie potrafiłem przypisać płci – To dobrze. Zapewne wolałbyś wiedzieć… Tylko, czy aby na pewno?

- Chcę – mój głos zdradził mnie nawet przede mną, ale pewności we mnie nie było - … Tak sądzę…

- Dobrze – głos zgodził się, podniósł rękę i zsunął kaptur. Kobieta. Młoda, o czarnych włosach i oczach pełnych blasku. Blada cera, dość częsta u brunetek, rzadko miała kontakt ze słońcem. Może nawet wcale.

Podeszła i chłodną dłonią dotknęła mojego policzka. Końce palców sunęły gdzieś za ucho, ale jej oczy patrzyły w moje przykuwając je bez reszty. Kiedy zbliżyła twarz pomyślałem, że chce mnie pocałować, a ja nie zamierzałem się bronić. Sam uniosłem dłoń, żeby przyciągnąć ja do siebie, ale powstrzymała mnie drugą ręką Usta miała chłodne, nawet bardziej niż dłoń, która tymczasem zebrała ciepło z mojego policzka, aż zachrzęścił twardy, dwudniowy zarost. Przymknąłem oczy, żeby lepiej poznać smak jej ust.

Gdy tylko nasze ust połączyły się, poczułem na języku mrówki. Wędrowały po moim ciele wewnątrz i na zewnątrz, a ciekawskie były bardzo. Wszędzie dotarły. Nie czułem lęku, a w pewnej chwili poczułem, że niepoukładane myśli nagle zaczęły znajdować sens i znaczenie. Luki wypełniały się, i ścieżki mrówek sklejały rozsypane puzzle chaotycznej wiedzy uzupełniając brakujące fragmenty tym, co same przyniosły. Chwyciłem kobietę w pół, żeby nie przestawała. Chciałem wiedzieć, a spacery mrówek sprawiały, że zaczynałem rozumieć. Otworzyłem oczy. Patrzyłem na nią z rosnącym zrozumieniem, a ona… znikała. W końcu został z niej tylko habit z kapturem. Lusterko zabrzęczało spadając na podłogę. Jego środek błyszczał. Kiedy wzięła je ode mnie – nie wiem, ale wiedziałem, że zajączek, który w nim mieszka zaprowadzi mnie wszędzie, gdzie będę chciał.

Uwolniłem zajączka, a gdy wyskoczył na ścianę, lustro znów zmatowiało. Trzymałem w ręku habit, jeszcze chwilę temu zamieszkiwany przez kobietę. Piękną, choć zimną. Poczułem, że marznę, więc założyłem na siebie habit. Żal było go zostawiać, pomyślałem, że zachowam na pamiątkę, jako dowód, że nie oszalałem. Wciąż pachniał kobietą, której już nie ma. Zajączek pokpiwał ze mnie wisząc na ścianie, że prócz habitu żadna inna garderoba nie spadła na podłogę, więc… hmm… zrobiło mi się gorąco natychmiast, a krew uderzyła mi do głowy.

Zajączek litościwie zmilczał moje zmieszanie i wiódł mnie nieznanymi ścieżkami. Nie mijałem własnych śladów, nie było też widać żadnych innych. Szliśmy dość szybko i bez rozterek, które towarzyszyły mi wcześniej. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że zajączek idzie ze mną wyłącznie w celach towarzyskich, bo ja… Ja znam te korytarze! Wszystkie. Nawet te, w których nigdy nie byłem i nie wiem, czy będę. Wiedziałem, dokąd idziemy. Zajączek aż podskoczył z radości, a ja mu zawtórowałem. Pierwszy raz od chwili naszego spotkania uśmiechnąłem się.

Tym razem drzwi były obite żelazem. Ćwieki, wielkie, zdobne zawiasy i metalowe tarcze-godła. Wszystko nabite na calową dębinę mającą chyba z pięćset lat. Zajączek pomerdał na drzwiach i wskoczył mi do kieszeni. Tam, gdzie schowałem lusterko. Zerknąłem na nie – znów odbijało. Moja twarz była blada i zmęczona. Za to oczy płonęły. Pchnąłem wrota. Ustąpiły.

- No braciszku! Znowu wam mrzonki w głowie – ktoś łajał mnie dobrotliwie – Kiedyś zabłądzicie, albo zamarzniecie tu. A co będzie, jak nie przyjdę? Ha? Nawet proboszcz wam powie, że pod rzeką nie ma żadnych korytarzy. Tylko habit niszczycie i pajęczyny zbieracie. No. Idźcie w pokoju. Nic tu po was.

Na zewnątrz był już dzień. Starzy ludzie szli cicho oglądając budynki, albo wchodząc do katedry. Młodzi przytulali się do siebie i szli w stronę mostu, tego, na którym tyle kłódek. Jakieś dziecko zaśmiało się w głos i echo tego śmiechu poderwało gołębie. Malarz, który maluje katedrę po raz setny  chyba puścił do mnie oko. On wiedział! Rozpoznał mnie. Uświadomiłem sobie, że ja też go poznałem, że nie jestem sam. Ślepy saksofonista kiwnął głową w moją stronę nie przerywając grania. On też. I to małżeństwo starsze od kolegiaty, co wiecznie przesiaduje na ławce z widokiem na rzekę. Przytuleni, łagodni i tylko dla siebie stworzeni.

Patrzyłem szeroko otwartymi oczyma. Jestem piąty… Nie! Przecież jeszcze ten człowiek od windy wiozącej turystów na katedralną wieżę. I przewodnik wiecznie wędrujący z megafonem, by w pięciu językach wychwalać historię. Siedem? A ta pani z tatuażami, która restauruje gipsowe anioły daleko na zapleczu współczesnego świata? To już osiem. Tylko po to, żeby przypilnować dnia. Każdego. Coś paliło mnie w oczy. Podniosłem wzrok. Po drugiej stronie rzeki ktoś pomachał mi ręką, a ten zajączek… Czyżby ze srebrnego lusterka? Pomacałem kieszeń. Jest. Moje wciąż jest w kieszeni. Czyli jest nas więcej. Damy radę. Przypilnujemy dnia. A noc? Nocą pilnować musi ktoś większy. Mocniejszy. Nie my. Nocą zło jest odważniejsze. Brunetka o zimnych ustach potrafi chodzić po wodzie i nie zostawiać śladów. Może ona? Może ma pomocników? Mrówki we mnie milczą nieśmiało. Nie chcą mi powiedzieć nic. Ślepy muzyk wzruszył ramionami, malarz oblizał czubek pędzla, żeby namalować jakiś detal.

Ja? Ja mam pilnować nocą? Nogi bez udziału świadomości szły po kocich łbach mijając słoneczne plamy wylewające się z rynien i szczerb między dachami. Nie bałem się. Nie o siebie. Bałem się, czy dam radę. Wreszcie bezsenność przyda się na coś.

wtorek, 21 kwietnia 2020

Chwila nieuwagi.


Wystarczy poluzować smycz, a już rwę się do tam, gdzie pachnie otoczenie, a ludzkość dzieje się sobie, nie mając świadomości, że mnie również się dzieje. Poszedłem na randkę z parkiem, który od wczoraj bodajże znów jest legalnym. W tramwaju – pół kobiety. Chudzinka wysokopienna była, lecz przypominała samotny szparag. Dżinsowa niemal od stóp do głów. Pilnowała drzwi i własnych myśli, które tańczyły niezwykle dyskretnie, lecz ja szukałem delikatności w tych skromniutkich kształtach i widziałem, jak tańczą kieszenie dżinsów tam, gdzie dżinsy uwielbiają mieć kieszenie, a faceci uwielbiają patrzeć. Nie sądziłem, że aż tyle mięśni można zaangażować, albo posiadać. Może to zasługa braku tkanki innej od mięśni? Pojawiła się druga niewiasta, żeby złamać hegemonię. W letnio-wojennej sukience khaki. Asymetrycznej, bo tyłem łaskotała wgięcie kolan, gdy przodem do kolan miała okropnie daleko. Gołe nogi, nie liźnięte słońcem sterczały z niezbyt białych trampek, a jedną z kostek zdobił drobny, złoty łańcuszek. Potem był już park i kwitnące wszędzie czeremchy. Szpaki zbiorowym trudem odganiały wronę od gniazda, gil wdzięczył się w gałęziach, a kurki wodne chowały młode przed wzrokiem ciekawskich. Zimorodki mordowały narybek tak zawzięcie, że trudno było za nimi nadążyć wzrokiem, psy ostentacyjnie podlewały pnie martwych drzew, świat przetaczał się powoli po osi czasu i nie spieszyło mu się donikąd. Jak mi...

Długa zima.


- A to proszę państwa chyba najdziwniejszy obraz w naszej kolekcji - przewodnik zatrzymał się i wskazał ręką na zimowy pejzaż nie oglądając się nawet. Widać, że słowa, które mówił powtarzał tak często, że nawet płuca wiedziały, kiedy przyjdzie czas na oddech – Jeśli przyjrzą się państwo dokładniej, to gdzieś, w tej otchłani śnieżnej, między górami na horyzoncie, a nami, odkryją państwo malutką, męską sylwetkę. Wydaje się być zagubioną, szukającą pomocy i wsparcia.

- Chociaż obraz jest bez wątpienia oryginalny, – po krótkiej przerwie kontynuował – a jego pochodzenie nie budzi najmniejszych nawet wątpliwości, postaci, która znajduje się na obrazie trzydzieści lat temu nie było. Wiemy o tym, ponieważ posiadamy archiwalne zdjęcia; tak zwany paszport dzieła. Zresztą, rodzina malarza również nie przypomina sobie, aby na tle gór występowała jakakolwiek istota, a tej, która jest nie pamiętają ani z obrazu, ani z życia artysty. Niestety, nie możemy zapytać autora, bo nie żyje od wielu lat, a za jgo życia obraz zachowywał się bardziej statycznie.

- Tak, proszę państwa – podniósł głos i słychać w nim było dumę – bo to nie koniec niewytłumaczalnych zdarzeń. Postać, jaka pojawiła się na obrazie… przemieszcza się! Po wielu latach obserwacji okazało się, że postać na obrazie można zaobserwować w różnych miejscach! Zupełnie tak, jakby spacerowała po zaśnieżonych bezdrożach szukając czegoś w białym bezkresie. Są na to dowody w postaci serii zdjęć, z których wynika, że każdego roku w trakcie wiosennej równonocy nasz tajemniczy bohater zmienia lokalizację! Nie ustajemy oczywiście w wysiłkach, żeby uwiecznić ten niesłychany epizod, jednak zawsze coś stanie na przeszkodzie, jakby życie chciało zachować dla siebie tę tajemnicę. Albo sprzęt się na chwilę zawiesi, albo awaria oświetlenia, czy zasilania – istne fatum. A kiedy już sytuacja zostaje opanowana, postać stoi równie żałośnie, co niewzruszenie w nowym miejscu.

***
Dzień był zwyczajny, nic wielkiego. Podobno równonoc wiosenna kiedyś… Dziewczęta tańczyły, chłopcy popisywali się sprawnością, a kiedy noc zaczynała zlizywać pot z młodych ciał, to ciała ukradkiem łączyły się w pary i wymykały poza krąg świateł ognisk, by rozśpiewać noc miłosną ekstazą. Ale to było kiedyś. Nie ukrywam, że istniała dziewczyna, której chciałem podać rękę w taką noc i pobiec z nią w bezkres nocy, aby zawtórować jej pieśni własnym, tryumfalnym krzykiem spełnienia. Istniała, tylko mi brakowało odwagi, by zaprosić ją w krąg  ognia i poprosić, by dla mnie zatańczyła, kiedy ja będę pilnował ognia pośród męskich przechwałek schładzanych grzejącą się wódką.

Umówiłem się z nią właśnie w tym muzeum, bo bardzo lubiła obrazy, a ja gotów byłem na wszystko, byle z nią do towarzystwa. Przyszedłem wcześniej, żeby nie powiedzieć, że dużo przed czasem. Nie mogłem spać, więc wybrałem się jak idiota zakochany po uszy dwie godziny za wcześnie i teraz, gdy właśnie otworzono muzeum tułałem się samotnie po pustych salach z braku innych pomysłów. Postanowiłem obejrzeć ekspozycję, aby, gdy przyjdzie patrzeć już tylko na jej sylwetkę, twarz i oczy wydłubujące z obrazów doskonałość. Leniwym krokiem przeszedłem oglądając obrazy po kolei, aż bezmyślnie zatrzymałem się przy jakimś zimowym pejzażu. Góry, z których niczym z wulkanu wylewał się śnieg – kipiący, skrzący się i nieskończony, zasypujący ziemię ze wszystkim, co na niej wyrosło. Krzewy obciążone ponad miarę stawały się garbami, a sosnowe gałęzie załamywały ręce, bo zachłannie nałapały diamentowych gwiazd ponad swoje siły. W obrazie czuć było ciszę doskonałą i chłód – biało-błękitny, jak oddech wilka wygłodzonego zbyt długą zimą.

Myślałem właśnie o niej. Obraz nie mógł z nią konkurować, bo żaden obraz nie może konkurować z rzeczywistością. Stałem tam i marzłem od widoku, jednak cisza z obrazu pomagała mi skupić się na własnych mrzonkach. Sam nie wiem, jak to się stało, ale stało się – wyciągnąłem nieświadomie dłoń i dotknąłem narożnika obrazu, jakbym sprawdzał czy śnieg jest równie zimny, na jaki wygląda. Był. Ale kiedy odrywałem dłoń, brzeg obrazu uniósł się lekko, jakbym odkleił go od płótna. Dziwne, ale pod spodem też był śnieg. Wiem, bo dotknąłem i on również był zimny.

Później było już kompletnie źle i przeklinam chwile, które nastąpiły. Dotykając drugi, czy trzeci raz obrazu zauważyłem drobny ruch – to moja ręka pojawiła się na obrazie. Czasu miałem aż nadto i eksperymentowałem. Ręka wchodziła w obraz bez trudu. Nabierałem śniegu garściami i chłodziłem usta. Piłem śnieg z obrazu! A potem wniknąłem weń cały. Spacerowałem po chrzęszczącym śniegu. Mróz trzymał, choć słońce rozpalało iskry w bieli.

Głupiec! Głupiec i tyle! Zgubiłem się w tym bezkresie. Nie umiałem się odnaleźć. Krzyczałem, jednak nikt nie przyszedł. Potem zobaczyłem ją. Szła wolno, patrząc więcej na zegarek niż na obrazy. Była wyraźnie zniesmaczona moją niepunktualnością. Z czasem rosła w niej wściekłość, a następnie rezygnacja. Minęła mnie i więcej nie wróciła.

Skończył się czas i przez rok trwałem przyszpilony do obrazu, żeby po roku znów mieć jeden dzień i jedną noc na szukanie wyjścia. Cały rok przypominałem sobie każdy krok i gest, żeby wrócić, jednak nie udało się ani po dwóch, ani po piętnastu latach. Wciąż próbuję. Dziewczyna? Pewnie zapomniała o mnie. Teraz pewnie jest już zgorzkniałą, oszukaną przeze mnie staruszką, której zmarnowałem życie. Może pocieszyła się, albo udało się jej zapomnieć, czy spotkać kogoś, dla kogo warto było żyć.

Dzisiaj też szukam wyjścia. Bez tchu biegam, usiłując poczuć zaduch muzealnej sali pełnej spoconych ciał. Na tle tutejszego chłodu na pewno będzie wyraźny. Słucham głosów, ale głosy docierają z zewnątrz. Jakaś młoda kobieta wyciągnęła rękę w stronę obrazu. Patrzyłem na nią z nadzieją. Odklej, proszę odklej brzeg, a wtedy już na pewno znajdę wyjście. Żebrałem całym sobą, a jej szczupłe palce o pomalowanych na niebiesko paznokciach były tuż-tuż

***
- Proszę nie dotykać eksponatów – karny głos przewodnika został poparty gestem. Chwytając kobietę za rękę odarł mnie ze złudzeń – Pani rączka może być czyściutka, jednak wilgoć gotowa uszkodzić dzieło, a bakterie i grzyby na płótnie rozwijają się bardzo chętnie. Nie wolno dotykać. Proszę pamiętać.

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Prosta ścieżka.


Ostrożnie, może nawet z szacunkiem postawiłem stopę. Równik zadrżał, jak dobrze naprężona lina, albo struna w fortepianie. Odbiłem się lekko i dostawiłem drugą stopę. Chwilę kołysałem się łapiąc równowagę. Równik odzyskał ją zdecydowanie szybciej. Podniosłem wzrok. Równik był zdecydowany i nie wahał się już wcale. Prosto jak strzała wbijał się w widnokrąg i niknął poza zasięgiem wzroku. Tupnąłem lekko nogą, a równik zadrżał, po czym przeniósł to drżenie w przód. Kiedy wróciło do mnie niespodziewaną czkawką, od tyłu, uwierzyłem, że to możliwe.

Bez pożegnania, bez pakowania bagażu, zrobiłem krok, który miał być pierwszym z kroków i ostatnim. Bo zamierzałem pójść po śladzie i wrócić tu, obchodząc ziemię. Chciałem sprawdzić – równik i siebie. Zbadać, czy mam wystarczająco sił, zapału i umiejętności, by dokonać tego, co dla równika jest codziennością. Równik milczał, ale miałem wrażenie, że było to życzliwe milczenie i poniekąd promieniujące dumą. Kolejny krok był już łatwiejszy. Każdy to wie, bo decyzję podjąć jest trudno, iść, to już i głupiec potrafi. Szedłem równikiem, z równikiem, po nim, na nim, tańcząc, opowiadając mu wszystko, co ślina na język przyniesie, zupełnie tak, jak pasażer w samochodzie, który słowami stara się utrzymać kierowcę na jawie, by nie zasnął podczas monotonii mijających, czarnych kilometrów.

Równik był prostym kompanem, i to w dosłownym tego słowa rozumieniu. Nie boczył się, nie krzywił, a jedyny uśmiech zaplatał wiernie wokół ziemi, jak zakochany chłopak oplatający ramionami wybrankę. Szedłem sam, bo trudno podejrzewać równik o czynność tak nieprzystojną, jak spacer bez uzasadnienia. On przecież i tak już tam był. Wszędzie, gdzie idąc po jego grzbiecie dojść mogłem – był. Trwale i niezawodnie. Mógł mi opowiedzieć swój świat, jednak milczał, żebym sam go poznał. Może wiedział, że nie wolno opowiadać książki, którą ktoś właśnie czyta, ani zakończenia oglądanego teraz filmu.

Kłaniałem mu się z szacunkiem. Mądry i niezłośliwy. Mijałem przestrzenie zatłoczone i totalne bezludzia. Szum oceanów hipnotyzował zachody i wschody słońca, które tańczyły, niby kobra poddana woli fakira. Jakiś wielki okręt usiłował przeskoczyć równik i dnem szorował po naprężonej strunie równika, aż zanurzyła się głęboko, by po chwili wyskoczyć w powietrze spazmatycznie łykając powietrze i chlasnąć ocean biczem, gdy znów układać się zaczął na powierzchni. Jakiś wulkan chciał się ożywić na mój widok, jednak wędzidło równika przecięło mu paszczę i posoka spłynęła na boki niby wąsy.

Nocami gwiazdy siadały na równiku, jak kosmiczna melodia. Jedne myły swoje srebrne buzie, inne plotkowały z przejęciem, a pozostałe huśtały się beztrosko. Równik znosił to z godnością, wyrozumiale. Pochlebiało mu to kosmiczne uwielbienie. Wiatr rozczesywał swoje włosy na naprężonej strunie i dostrajał dźwięki, jak prawdziwy artysta. Ćwiczył bezdech i pomrukiwania burzowe, świstał po góralsku, albo dudnił przeciągami w niewidzialnych, ciemnych tunelach. Czasami, gdy miał ochotę, zlizywał mi pot z twarzy. Soli mu brakowało? Oddawałem bez żalu.

Mijałem góry i doliny, tygodnie mijałem i istnienia wszelakie. Pewnie i własną pamięć minąłbym, bo się zamyśliłem, ale równik czuwał. Podskoczył chrząkając akurat wtedy, gdy krok ostatni stawiałem na pierwszym. Byłem w domu. Znów. Byłem, choć poszedłem donikąd. Do tutaj. Do siebie. Trudno nawet powiedzieć, że wróciłem, czy byłem, bo przecież jestem wciąż. Równik też.

Wstrzemięźliwość prokreacyjna.


Usiadłem nad talerzem pełnym sałaty i westchnąłem raczej żałośnie. Poczułem się, jak gąsienica, pracowicie przegryzając się przez liście. Ale ona przynajmniej miała nadzieję. Ona mogła stać się motylem, a ja? Najwyżej larwą. Co innego te trzy panie, które przegryzały się przez podobne talerze, lecz ich entuzjazm był niemal wyczuwalny w drżeniu powietrza. One już czuły się motylami i trzepotały rzęsami, a serduszka spłoszone dudniły gorące rytmy, od których policzki płonęły im różami - i to z tych pąsowych.

Nawet świnia może patrzyć w gwiazdy. Zjadłbym świnię… Gdyby była… Tu, mogłem liczyć w najlepszym wypadku na jajko. Wsłuchiwałem się w debatę trzech pań, które zgodnym chórem głosiły tezę, że jajko ma być od szczęśliwej kury, a tak w ogóle, to kura powinna mieć imię, oraz certyfikat, że nie jest zwierzątkiem lekkiego prowadzenia się. Mnie odrobinę przerosło. Kurzęce imiona też były poza moim zasięgiem, chociaż wyobrażam sobie kelnera podającego pieczone udko panny Filipiny, dożywotniej dziewicy, świętej niemal, albo jajecznicę zmiksowanych trojaczków K+M+B… Czyżbym był skrytym ludożercą?

W tak oświeconym gronie strach nawet zamówić jajko. Może warto poprosić jedną z pań o wsparcie gastronomiczne? Tylko którą gąsienicę zaczepić? Wszystkie żarły jak automaty. Kosiarki do trawy mogłyby pozazdrościć sprawności. I żadna łez w oczach nie miała, choć przecież niewiasty szczelnością układową nie grzeszą i ulewa się z nich niewspółmiernie częściej niż z mężczyzn. Ja? Mi wolno roztkliwić się nad talerzem bujnej zieloności, a nawet pochlipać. Kto to widział, żebym karmił się czymś niedojrzałym – cielęcinka, to zupełnie inny wymiar gatunkowy i przystoi, ale niedojrzałe zioła?

- Gryzelda! – (O zgrozo!) Pani po mojej lewej stronie przedstawiła się, a następnie wskazała paluszkiem na sąsiadki – Mirella i Ofelia. Zauważyłyśmy, że był pan uprzejmy zamówić podobny do naszego zestaw i konsumuje z apetytem. Rzadko się zdarza, żeby mężczyzna docenił uroki tej niezwykle zdrowej diety.

Zakrztusiłem się. Nie… To nie może być… GMO! Dopadło mnie GMO i to w żeńskiej, najbardziej zajadłej z możliwych postaci. Co teraz? Lepiej zmodyfikować żywność, żeby żołądek ją przyjął, czy żołądek, żeby radził sobie z trawieniem dostępnej paszy w postaci świeżej, kiszonek i suszu zwanego potoczyście sianem, przynajmniej wtedy, kiedy na stołówkę zaglądają krowy, kozy, baranki i inne, niezwykle krwiste steki. Zjadłbym stek. Tu nie podają na pewno. Ale przecież czekałem na swoją panią i chciałem sprawić jej odrobinę radości, że też potrafię przeżuwać, mimo iż przeżycia są raczej trudne do strawienia i nazwania ciepłym słowem.

Chciałem. Bóg mi świadkiem, że chciałem. Kiedy jednak zaczęło się do mnie uśmiechać GMO w trzech niewątpliwie boskich odsłonach, to nie zdzierżyłem – uciekłem. Haniebnie. Tyle liści zostawiłem za sobą. Już nigdy nie zostanę motylem. Zostawiłem świetlaną przyszłość za sobą. I moją… prawie moją, niedoszłą motylicę, z którą mógłbym mieć śliczne, małe motylątka… to znaczy te… larwy…

Larwy?! Fe! Po cóż mi larwy! Szczęśliwie uciekłem!

Mi(s)tyczne uczucia.

Będę twoim Minotaurem. Zostań moim Labiryntem. Będę przemierzał mroczne ścieżki twojego sumienia, szukając ciepła i głęboko ukrytego serca. Bo chyba masz serce? Niechby malutkie i nieużywane od dawna. Mam czas. Znajdę, odkurzę, wyliżę z ran zaropiałych. Będę biegł szybko. Jak byczek Fernando, merdając ogonkiem. Jak rycerz z la Manczy na widok czwororękiego bandyty ogarniętego furią.

Przemierzę nieprzebyte. Nie raz, nie trzy. Nieustępliwie i bez końca. Niechby bez czasu. Zatonę w otchłaniach niezbadanych i będę. Twój i w tobie. Dla ciebie, dla nas. Sierść mi się jeży na grzbiecie, a chuci pode mną niemal płoną w gorączce pożądania. Popędzę z tą pochodnią, jak z kagankiem światłości. Własnym ciepłem ogrzeję ściany, niech skonam, gdybym był łgarzem. Ciebie ogrzeję nie tylko oddechem, choć ten gorący, bucha resztkami duszy, zupełnie jak anioł kaszlący białymi strzępkami kłębiastych chmurek biegnących za horyzont wstydliwie.

Popędzę naprzeciw, na przekór nawet. Popędzę, bo pędzić umiem i popędów mam nadmiar. Zuchwale ruszę w czeluści. Rozchyl jeno ramiona, czy co tam zechcesz rozchylić, abym się zmieścił z całą moją tęsknotą i chucią. Z marzeniami i nabrzmiałym w erekcji ego. Rozsuń uda do krzyku, bym runął na ciebie, jak husaria pod Kircholmem na wraże zastępy. Gorączki liczne mienią się na mych licach. Mniemam, że i ty płoniesz. Jeśli nie w sobie, to w moich rozpalona słowach. Czuję już kurz twoich wspomnień i murszejące na ścianach niespełnienia. Odświeżę je, wydobędę barwy. Rozpłonię je i rozpalę niczym artysta-kowal przed przystąpieniem do tworzenia.

Dech historii z twoich trzewi na mnie zerka i mierzwi mi mój brak fryzury. Czy to twoje dłonie przeszukują grzywkę, żeby węgle czerwonych oczu odsłonić? Jestem. Jestem tutaj mój Labiryncie. Czekałem na tę chwilę, na wilgoć zatęchłą, żeby dać się jej oszołomić, uwieść i lec w niemym zachwycie, jako pomazaniec tobą umazany, upojony twą niecnotą mocno zaniedbaną. Dawno chyba nie wpuściłaś tu nikogo? Dziewicze przemierzam ścieżki? Ech… Mów do mnie jeszcze, mów mroczności nieskończona, niech moje libido polegnie za najbliższym załomem, niech dusza w durszlak się zmieni, lecz mów. Szepcz, albo krzycz. Bez różnicy.

Pędzę w swym pędzie, w popędzie, w zmysłów pomieszaniu. I nie wiem tylko, czy pajęczyna Ariadny znów mnie krwawą nicią nie spęta, żebym orła wyciął i łbem wyrżnął w ścianę śmiertelnie. Potrafisz mieć miękkie ściany? Ratuj mnie mój Labiryncie, bo nic mniej i nic więcej nie potrafię. Tylko pędzić do ciebie poprzez twoje nieskończoności, korytarze skręcające znienacka i ścieżki wijące się jak wody z gór spływające.

Co? Jak to dwa pokoje z kuchnią? Jakie drzwi otwarte? Usiąść? Ja-usiąść? Na fotelu? Z tym moim pożądaniem, to się nie zmieszczę. A ty? Gdzie ty będziesz mój Labiryncie?

Analogowe tęsknoty.


Znienacka zapłonęły bzy fioletem wystarczająco głębokim, żeby oczy schwytać i nosy pewnie też. Smutno im w bezwzroczu. Kto to widział kwitnąć daremnie, pośród równie zawiedzionych, różowych głogów? Ludzie więdną z niezauważenia, rośliny są chyba twardsze. Kuszą nieliczne jeszcze pszczoły i czekają na chwilę brzemienną. Po ulicach przemykają tramwaje wijąc się po pustych ulicach i tylko wiatr się szarpie nie mając z kim zatańczyć. Wrony naradzają się, jak spożyć resztki mleka z butelek porzuconych w trawie, ale nic nie wymyśliły we dwie i pognały szukać mądrzejszej głowy, albo łatwiejszego łupu. Puchate wróble siedząc w rynnach ćwierkają coś niezrozumiale i przekrzywiając główki kpią ze mnie, gdy szukam towarzystwa. Ludzi szukam, bo bez nich świat zdaje się być monotonnym i przewidywalnym. Widnokrąg spięty wantami mostu, który zapewne wciąż tam jest, choć przesłonięty kipielą koron drzew, których stąd nie potrafię rozróżnić. Język, znudzony od nieużywania szuka czegoś między zębami i koncentruje się na smakach. Jeszcze trochę i stanę się koneserem. Gadać klawiaturą? Jakie to okropnie cyfrowe…

piątek, 17 kwietnia 2020

Wycieczka.

Budynek był olbrzymi. Same drzwi zdawały się zasłaniać pół świata, a co dopiero reszta fasady. Stary dąb musiał oddać życie, żeby ktoś zdolny wyciął z niego drzwi i ozdobił scenami przedstawiającymi misteria sprzed wieków – dziś już nie do końca zrozumiałe. Co prawda paru pyszałków chwaliło się, że poznali znaczenie i niewątpliwie rytuały były związane z kultem barbarzyńskiego bóstwa, jednak w powodzi opinii łatwo było zaginąć, tak bardzo różniły się od siebie i moim skromnym zdaniem odzwierciedlały senne, mokre koszmary pyszałków z okresu dzieciństwa.

Drzwi jednak ustawiły się już za moimi plecami, a przede mną rozciągnęła się świątynia. Bez końca chyba, chociaż gdzieś z przodu smużyło się migocząc jakieś światło, a pod sklepienie niosły się słowa w niezrozumiałym języku. Pieśń, bo trudno nazwać inaczej te dźwięki otaczała mnie i kusiła. Nogi, jak zaczarowane niosły w stronę światła, gdzie spodziewały się znaleźć wyjaśnienie. Zerknąłem w kierunku stropu, pod którym, w ledwie wyczuwalnym przeciągu kołysały się majestatycznie pająki kandelabrów z martwymi świecami. Ściany z ostrymi dziurami witraży stały posępnie i nawet, kiedy wpuszczały do środka światło, to przecież spotworzone niespotykaną barwą. Fioletowe i bordowe smugi tańczyły wokół żółtych, albo niebieskich cieni sprawiając, że każdy krok naprzód by decyzją trudną i wymagającą przełamania pierwotnych lęków. Gdzieś tam, wysoko, musiał istnieć balkon, bo właśnie stamtąd dobiegał jęk organów i zawodząca niepokojąco mantra wyśpiewywana głosem matowym, pozbawionym nadziei.

Katedra. Pusta, widziana okiem małego dziecka. Kolos wspinający się ponad wszystkie możliwe światy i tak dostojny, że można było zsikać się w spodnie. Każdy krok brzmiał niczym policzek na mrozie. Zimne, marmurowe kafle wrzeszczały swoje nieszczęścia, kiedy spotkały się z butem, a echo tłukło się pośród spłowiałych, ceglanych ścian. Z każdym kolejnym krokiem stawałem się mniejszy, mniej odważny i zdecydowany. Jakby coś spętało wolę i odbierało rozum, pozostawiając tylko tężejącą pokorę. A przecież wszedłem tu po naukę. Po możliwości, po prawdę, której nie znałem. Byłem głodny, jednak odległość od drzwi weryfikowała moją determinację. Czyżby tylko mi się zdawało? Jednak nie. Światło przede mną powoli rozdzieliło się w wielokrotność świecowych języków, oświetlając ołtarz. Granit zimną bielą wymieszany z nieskończonością czerni rysował w półmroku zmierzch doczesności. Ból, strach i opętanie.

Miękły mi kolana, a serce żebrało, żeby odwrócić się i wybiec w dzień. W powszedniość codzienności, która została gdzieś daleko za plecami, za drzwiami pociemniałymi od losu tych, którzy tu weszli przede mną. Zamierzałem przełknąć ślinę, jednak musiałem zadowolić się jałowym ruchem grdyki – w ustach nie miałem ani odrobiny. Ołtarz omamił wzrok do tego stopnia, że nie zauważyłem, kiedy stanąłem w zakapturzonym, milczącym kręgu. Ktoś wyciągnął rękę i zaczął zdzierać ze mnie ubranie. Ofiara musi być naga? Ale ja przecież nie przybyłem tu na rzeź, lecz poznać to, czego domyślałem się od dawna – że świat nie jest jedyną alternatywą dla życia. Może nawet wierzyłem w to, że gdzieś obok toczyć się muszą losy inną koleją, pośród innych złudzeń i pragnień. Wierzyłem, bo tu nie za bardzo pasowałem. Nie potrafiłem cieszyć się tutejszymi ideałami. W zasadzie, to w ogóle nie potrafiłem się cieszyć i pragnienia skupione były na tym, aby odnaleźć ścieżkę do tam.

Stojąc nagim pośród odzianych każdy czuje się więcej niż nieswojo. Upokorzony, obdarty z godności i zwyczajnie śmieszny. Nie stałem długo, bo zakapturzone postacie schwytały mnie za ręce i nogi krzyżując na ołtarzu rzemieniami. Pośladki i plecy zadrżały w konwulsji, kiedy zostały ciśnięte w zimną otchłań granitu. Krzyczeć? Czy to mogło cokolwiek zmienić? Nad głową monotonnie kołysał się kaganek z kadzidłem usypiając mnie, oswajając z absolutem i brakiem lęku trudno się bać, kiedy nieodwracalność jest pewna. W rękach mnichów pojawiły się połyskujące, epoksydowane ostrza, a chwilę potem stygmaty zdobiły już moje ręce, nogi i korpus. Rozgryzłem własne wargi, ale milczałem, jakby od tego zależeć miał los świata, albo chociaż mój własny.

Wreszcie ktoś klęknął nade mną i wzniósł ostrze, jednak nie przedziurawił mnie śmiertelnym ciosem, a jedynie porozcinał więzy. Ktoś pomógł mi wstać, inny pchnął w kierunku wyjścia. Chciałem się odwrócić, zapytać, ale nogi mlaskały na kwadratowych kaflach podłogi. Niczym szachowy pion wykonałem pierwszy krok i zamarłem czekając niechybnej śmierci. Z otwartymi oczyma, z niespokojnym oddechem pamiętającym jeszcze smak bólu rytualnych nacięć. Ktoś powiedział coś z martwym języku, którego dalej nie rozumiałem, a jednak zalęgło się we mnie przekonanie, że dokonało się oczyszczenie i pora na drugi krok – doświadczenie. Postawiłem stopę na kolejnym zimnym kaflu i zatrzymałem się. Ktoś zaśmiał się, jakby chciał zakłócić powagę chwili, a ja stałem szukając językiem na wargach odrobiny wilgoci. Znalazłem ją w słodkich kroplach krwi, która nie zdążyła zastygnąć całkiem. Mojej krwi.

W kolejnym wezwaniu wysłyszałem, że czas na wiedzę, na próbę, którą każdy nowicjusz przejść musi. Wyciągnąłem dłonie i poczułem, że powietrze wokoł mnie jest namacalne. Elastyczne, rozciągliwe i skończone. Chwyciłem w kułak, jakbym chciał zmiąć je. Poddało się i nie protestowało, gdy drugą dłoń położyłem tuż obok. Szarpnałem. Mocno, bezkompromisowo. Za mną ktoś jęknął, a materia zaczęła się pruć. Napiąłem mięśnie i pociągnąłem raz jeszcze. Przestrzeń rozdarła się na tyle szeroko, że mogłem w nią zajrzeć. Wciąż trzymając naddarte brzegi wsunąłem w dziurę głowę. Ciekawość godna piekieł. Ale po to tutaj przyszedłem. Nie po to, żeby czekać i śnić, ale, żeby dotknąć. I oto stało się. Wsunąłem głowę poza wymiar. Poza tutaj.

Po drugiej stronie świat jakoś zasadniczo nie różnił się od tego, w którym stałem. Ba! Przyglądałem się lustrzanej świątyni, w której kończyło się jakieś misterium. Ołtarz wyglądał na równie zimny, jak ten, na jakim leżałem jeszcze przed chwilą, a nieszczęśnik miał minę, jakby jadł niedojrzałe cytryny i zagryzał je tłuczonym szkłem. Kiedy podniósł wzrok najwyraźniej zobaczył mnie, bo krzyknął coś. Rozpoznałem język zakapturzonych postaci – po melodii, jaką każdy język posiada, bo przecież nie po słowach, czy składni. Na krzyk wzrok podnieśli kapłani i zerkali na mnie kiwając głowami. Coś mamrotali, a ich przemielone wargami słowa zdawały się nie być ciepłym powitaniem. Zakłóciłem inicjację. Cofnąłem głowę chowając się w znany mi, choć niezbyt gościnny wymiar.

Przestrzeń zwarła się i błyskawicznie uleczyła ranę tak doskonale, że nie pozostała najdrobniejsza blizna. Powietrze, o które chwilę temu mogłem się oprzeć rozstąpiło się i usiłując je schwytać – upadłem. Kapłani zaśmiali się pogardliwie i odeszli zostawiając moje ubrania. Były w opłakanym stanie, ale lepszych nie miałem. Okryłem się, żeby choć trochę przypominać człowieka, jakim byłem zanim wszedłem przez drzwi i ruszyłem w drogę powrotną. Świat przywitał mnie bez dramatyzmu. Słońce nadal świeciło, wiosna trwała, a nikt nie podejrzewał nawet, że wydarzyło się coś, co warto było zauważyć. Każdy zajmował się swoimi sprawami i na mnie nie zwracał uwagi.

Coś we mnie cieszyło się, że mogłem zaspokoić głód wiedzy i przekonać się, że można zajrzeć w równoległy świat, a pewnie i zostać w nim, gdyby wystarczyło odwagi, albo okoliczności były bardziej przychylne. Stałem smakując widziany obraz, nie dostrzegając różnic poza najważniejszą – to był inny świat. Widziałem. Słyszałem. Zatopiłem się w błogim przekonaniu, że będę mógł wrócić do świątyni i przeżyć raz jeszcze podobne spotkanie. Może zostać? Kręciło mi się w głowie od gdybań i alternatyw, kiedy poczułem kopniaka. Ledwie chwilę wcześniej wytrzymałem bezgłośnie cięcia nożami, a teraz krzyknąłem padając na twarz, którą w ostatniej chwili osłoniłem rękami.

- Durny jesteś i tyle – wychrypiał jakiś mocno zniszczony głos – naprawdę sądzisz, że dym z palonego siana potrafi coś osiągnąć, czego ty umiesz? Musisz być kretynem, jeżeli uważasz, że skaleczona skóra jest kluczem do obcych światów. Ech! Coraz głupsi się rodzą. Popatrz sobie, bo żal mi się ciebie zrobiło.

Starszy człowiek z brodą, w którą wplotły się pajęczyny cuchnął dawno niezmienianą odzieżą i tanim alkoholem, który zdążył przegryźć się przez pory skóry i skisł pod koszulą w chmurę niemal namacalną. Człowiek wyciągnął ręce z kieszeni i wsunął je w przestrzeń, a następnie rozepchnął na zewnątrz. Rozstąpiła się bez protestu. Starzec przeszedł jedną nogą na drugą stronę, jakby wchodził do wanny i obejrzał się.

- Chodź! Oprowadzę cię, to sam zobaczysz.

wtorek, 14 kwietnia 2020

Złodziej dusz.




Dłonie wtulone w synkopy słów, twarz zanurzona w poezję. Tańczące stopy malują na wysłużonej podłodze ślady tańca, który może być wszystkim i podlega każdej, nawet najbardziej wulgarnej interpretacji. Patrzę, jak się ruszasz. Dla mnie… Chyba… Bo jestem jedynym widzem, ale ty ignorujesz moją obecność, zaprzeczasz istnieniu świata i pod powieki nie wpuszczasz rzeczywistości. Boże… Wszystko już pachnie twoją urodą, a mi w głowie szumi od wrażenia, że samą sobą wypełniasz wszechświat po brzegi.

Napełniam się zachwytem. Niemym, schowanym w ramiona fotela. Tańczysz słowami oplatając moją głowę aromatem zbyt pięknym, żeby podlegał definicjom. Zupełnie jakbyś stworzyła nowy wymiar, który właśnie dla mnie starasz się otworzyć, bym choć uszczknął. Dłonie mam niezgrabne. Grube. Męskie. Nie nadają się, żebym cyzelował detale w porcelanowych podstawkach pod miniaturowe filiżanki. Mogę cyzelować Sudety, a nie bawić się w zegarmistrzowskie finty.

Słucham. Oniemiały. Zabrałaś mi głos. Wzrok mam pewnie ubogi, bo dźwięki przelewają się we mnie i nie wiem, czy jestem w stanie pomieścić w sobie jeszcze obrazy. Zerkam ku biodrom, które płyną falami uniesienia, a mój wzrok na nich… Łupina mizerna. Skorupa orzecha w otchłań oceanu ciśnięta. Jestem bez szans w obliczu łuku, który zawstydzić potrafi nawet krzywik mnący się w okowach tak wielu funkcji, że niczyj pozostał niczym dziwka w mieście gryząca pazury w łaskawym półmroku przechodniej bramy.

Jestem. Mrówki rewidują moje ciało wręcz doskonale. Wiedzą o mnie wszystko i sięgają wstydu. Bezwstydu zresztą również. Rozbierają mnie z mięsa i konwenansów. Ze słów. Z wprawą, z jaką sam obieram banana, zanim zatopię w nim zęby. Powoli w fotelu zostaje ze mnie szkielet z mgły pokryty gęsią skórką niecierpliwości. Pytań, na które nie zechcę chyba znać odpowiedzi, bo każda zda się fałszywą. Nie wierzę już nawet własnym myślom, albo ich brakowi.

Okradasz mnie. Z woli i sumienia. Nie z pieniędzy, bo to zbyt prymitywne. Nie patrzysz tak nisko. Po cóż ci krążki metalu, czy papier wypieszczony opuszkami tylu dłoni, że dziewictwo stracił już trzy razy i cud, że nie przetarł się na wylot. Ty chcesz więcej. Mnie chcesz, a ja oddaję się tobie, nie wiedząc nawet. Cały. Nieznany samemu sobie. Wpadam w twoje szpony, które wciąż mnie nie widzą i czynią to mimo woli. Raczej mojej, bo ty pewnie wiesz, co robisz. Nie wiesz…?

Tobie trudno nie wierzyć, kiedy mówisz. Kiedy milczysz też… Potrafisz milczeć tak wymownie. Wzrokiem potrafisz dotknąć nienazwanego. I mnie. Nikt nie dotyka tak wielowątkowo. We wszystkich wymiarach, zmysłach, które znam, albo tylko się domyślam. Tańcz… Proszę… Błagam… Tańcz, choćby świat miał się pokruszyć, jak herbatnik, gdy spadnie na podłogę wyślizgując się z nieuważnej dłoni. Tańcz… Śpiewaj… Niech utonę w synkopach, w echach słów, we wrażeniach, które tańczą na krawędzi obłędu.

We mnie? Czy w tobie?