Niespiesznie dojrzewają orzechy włoskiej
roboty i kasztany tak uwielbiane we Francji. Za buczynowym ziarnem uwijają się
na wpół oswojone, parkowe wiewióry ganiane przez rozbawione dzieci. Starsi
panowie szukają podgrzybków w co mniej uczęszczanych alejkach, a panie na
ławeczkach pozwalają odpocząć patykom do nordyckich spacerów mających jakiś
tajemny wpływ na krzepkość damskich pośladków. Słońce zerka spoza daglezji,
buków i sosen na plac zabaw i ściankę do wspinaczek dla początkujących taterników.
Długowłosy jamnik ze stoickim spokojem podąża za pulchną panią witaną
serdecznie przez bywalca balkonu z trzeciego piętra bloku różniącego się od
innych jedynie kwiatami ozdabiającymi balustradę. Kloszard uginający się pod
łupem puszek po piwie podśpiewuje radość z sukcesu, naśladując staruszka, który
na przystanku sam sobie psalmy wyśpiewuje – zapewne wdowiec, nawykły, że tuż
obok ktoś grucha życzliwie i nawet gderając czyni to z wieloletnią miłością
zaszytą głębiej, niż wszystkie choroby świata.