wtorek, 14 września 2021

Wolniej niż dzień mija.

 

Niespiesznie dojrzewają orzechy włoskiej roboty i kasztany tak uwielbiane we Francji. Za buczynowym ziarnem uwijają się na wpół oswojone, parkowe wiewióry ganiane przez rozbawione dzieci. Starsi panowie szukają podgrzybków w co mniej uczęszczanych alejkach, a panie na ławeczkach pozwalają odpocząć patykom do nordyckich spacerów mających jakiś tajemny wpływ na krzepkość damskich pośladków. Słońce zerka spoza daglezji, buków i sosen na plac zabaw i ściankę do wspinaczek dla początkujących taterników. Długowłosy jamnik ze stoickim spokojem podąża za pulchną panią witaną serdecznie przez bywalca balkonu z trzeciego piętra bloku różniącego się od innych jedynie kwiatami ozdabiającymi balustradę. Kloszard uginający się pod łupem puszek po piwie podśpiewuje radość z sukcesu, naśladując staruszka, który na przystanku sam sobie psalmy wyśpiewuje – zapewne wdowiec, nawykły, że tuż obok ktoś grucha życzliwie i nawet gderając czyni to z wieloletnią miłością zaszytą głębiej, niż wszystkie choroby świata.

poniedziałek, 13 września 2021

Ekstrakty cz. 31

 

Mimikra.

Koloratkę zakładam niechętnie, bo drażni, przeszkadza w oddychaniu, szyję raniąc do krwi. Wzbudza jednak zaufanie, pozwalające zwabić kobiecą naiwność i skłonić ją do zuchwałości, na jaką nie stać żadnej w małżeńskim łożu. A ja gustuję w wyrafinowanych potrawach, którym daleko do udawanych modlitw.

 

Koneser.

Kto raz skosztuje jagnięcia, nie zachwyci się baraniną, choćby w przybraniu jogurtowo-czosnkowego kamuflażu. Utracona cnota nie rozśpiewa ponownie nocy dziewiczym śpiewem, ani na rozkaz, ani samorzutnie. Wciąż szukałem, chcąc poznać rozkosz niewinności, aż skazali mnie za pedofilię.

 

Zachwyt.

Zabrałaś mi oddech, gdy ujrzałem cię tak piękną. Szłaś niespiesznie, kusząc drżeniem jędrnych pośladków, a krew we mnie gorzała z braku powietrza i nawet krzyknąć nie śmiałem, by nie zaburzyć rytmu kroków. Odwracałaś się zniecierpliwiona moim niezdecydowaniem, gdy więdłem wpięty w balustradę mostu.

 

Bestia.

Pytając, budzisz we mnie najciemniejsze z ludzkich uczuć.

- Żadne dziecko nie ma płci – pluję ci w twarz – ono po prostu jest!

Ironicznie wykrzywiasz gębę, nie dostrzegając blasku noża, który chwytam w amoku z kuchennego blatu i wbijam głęboko w twój brzuch.

 

Pytanie do.

Ile razy musisz schwytać pośladki kobiet w tłoku szczytu w komunikacji miejskiej, żebyś w końcu doznał spełnienia? Naprawdę nie potrafisz żadnej zachwycić własnymi zaletami? Nawet wtedy, dziwka, za skromną dniówkę zgodzi się zostać gliną, z jakiej ulepisz najzuchwalsze nawet spełnienia.

W przedświcie.

 

Trochę wody w Rzece upłynęło od czasu, kiedy poprzednio zwiedzałem rynkowe bruki nim brzask wyzwoli kolory, pozwalając oczom zachwycić się dziełem nieżyjących architektów. Niebo pocięte smugami samolotowych dysz pękało niechętnie, idąc tropem zsiadłego mleka w szklance, zegar słoneczny nudził się na ratuszowej elewacji otoczony ignorancją ludzką, smętne gołębie, nieco poszarzałe po minionej, upojnej nocy wygrzebywały spomiędzy kocich łbów resztki zapodziane przez wczorajszych głodomorów posilających się podczas marszu. Mgły wygnane w opłotki mgliły się niezbyt donośnie, a w kawiarnianym ogródku muzyka sączyła się otulając pluszem gości – nie wiem, czy to byli najwytrwalsi, siedzący od ostatniej wieczerzy, czy napływowe, ranne ptaszki żądne kawy w godziwym towarzystwie, nim świt rozgorzeje na dobre. Na węzłowym przystanku, pod okiem rozbawionego, pulchnego właściciela wrona flirtowała z torbą pełną wiktuałów i namawiała ją na przedwczesne poczęcie. Widać, że miała wprawę, więc jej zaloty obudziły współczucie postronnej pani, z siniaczkiem, któremu nie przypisałem żadnego skojarzenia (bardzo ubogi bieżący rocznik), która łaskawie wysypała garść czerstwego pieczywa nieopodal żywopłotu, spotykając się z pogardliwym niedowierzaniem ptaszyska – bez tłuszczyku? Bez dodatków? Ohyda!

piątek, 10 września 2021

Lato w pełni.

 

Upał spadł na Miasto znienacka i zagryzł wszelki dojrzały ruch. Aż mirabelki pospadały z gałęzi i schną w pijanych aromatach. Tylko dzieci w piaskownicy skowyczą na los, który dał im tak niewiele piasku do obsługi przedpołudnia, że trzeba walczyć o najdrobniejszą prywatną wydmę, a przegrani łkać muszą na granicy pomiędzy twardym placem, a powstającym właśnie pałacem dla zwycięzców.

 

O poranku, przestraszone zmasowanym nalotem szpaków wróble osiadły w gęstwinach drzew i gardłowały jakieś wróble lamenty, lecz nawet one ucichły, gdy tylko słoneczna ciekawość sięgnęła ich schronienia. Psy kłaniają się sobie ogonami raczej leniwie, bez nadziei na zabawę w berka, czy chowanego, bo komu chciałoby się latać, kiedy słońce wygryza w asfalcie miękkie kałuże? Nawet owady schowały się w głęboki cień, albo w piwnicach przeczekują szczytowe osiągnięcia wrześniowych temperatur.

czwartek, 9 września 2021

Nim przestanę się dziwić.

 

Młodzież, z sobie tylko znanych powodów wprowadza niepokój poznawczy, kamuflując płeć coraz doskonalej. Utalentowani, długowłosi pięknisie, wystrojeni w biżuteryjne fidrygałki niemalże pupkami kręcą i wdzięczą się do wystaw, ćwierkając przy tym rozkosznie. Jakiś niedogolony chłopczyk z różową kokardą we włosach pocieszał swojego towarzysza egzaltowanym głosikiem, a ten żałośnie wtulał mu się w ramiona, choć stali niemal w świetle wrót sieciowego sanktuarium spożywczego na centralnym deptaku Miasta, powodując szamotaninę pośród wygłodniałych turystów i spragnionych wody babć. Tymczasem ciężkozbrojne dziewczęta z papieroskiem w granatowych wargach i otwartym opakowaniem napoju energetycznego przywdziały pancerne buciory z podeszwami rodem z monster trucków i plując rynsztokowymi obelgami wdeptują w trotuary ostatni cień delikatności, maskowany grubą, czarną kreską okalającą oczy, rozlanym na połowę ciała tatuażem, panterką z wygrawerowanym manifestem rewolucyjnym, nabijaną kolcami obrożą, czy innym szkaradzieństwem wymyślonym na potrzeby horrorów i filmów SF.

 

Półwiekowy pan, przezornie ostrzyżony tak, by uprzedzić inwazję łysiny, ciągnął mozolnie olbrzymią siatę warzyw, racząc się wytrząsanymi z puszki ostatnimi kroplami chmielowego nektaru. Niespiesznie minął mnie skondensowany zapach wszystkich kwiatów świata, nawet tych dotąd nie odkrytych, lecz nie znalazłem odwagi w sobie, by dopuścić podejrzenie, że rozsiała go kobieta. Przezorniej było nie ferować wyroku. I jest w tym jakaś logika, gdy kobiety z rozmaitych powodów pozbywają się biustonoszy, a co bardziej ekstrawaganccy (powiedzmy) faceci zaczynają się do nich przymierzać. O zgrozo – niektórzy mają nawet co w nim schować jeszcze przed zabiegami w klinice urody! Najwyraźniej dokarmiani od maleńkości życzliwością rodzinnych wypasaczy posiedli umiejętność zwiększania objętości biustu bez skalpela i wiader silikonowej masy.

 

Dół mija dopiero, kiedy jawnie kobieca, młoda pani idąca z przeciwka, okrasiła „dzień dobry” pięknym uśmiechem, idąc sprawdzić, czy dzisiaj również znajdą się chętni na ozdobne dynie, o kształtach i kolorach, jakie tylko natura jest w stanie wymyślić.

środa, 8 września 2021

Nieco dłuższy spacer.

 

Bezdomny Chrystus szukał miejsca, w którym mógłby usiąść bez lęku, że złapie wilka, więc wybrał autobus i podróż bez biletu. Najwyraźniej wielką miał frajdę, bo podśpiewywał, przedrzeźniał komunikaty sączące się z głośników, albo śmiał się całkiem przaśnie. I nie przeszkadzało mu, że fryzurę miał przykurzoną i leciwą, a szaty w nieładzie, jakby właśnie kończył męczeński spacer na Golgotę.

 

Jakiś samolot wspinając się ku wieczności podzielił niebo na części, chcąc mnie uziemić po jednej stronie podziału, kiedy właśnie zmierzałem na drugą stronę w niebie nakreślonej granicy. Rynek wypróżniony z ludzi odpoczywał po nocnych torsjach i ledwie pierwsze kwiaciarnie zaczynały kusić niewinnie czarnymi oczyma słoneczników, zziębniętymi do bladości pąkami róż, czy gloriozami wyglądającymi jak kolorowe motyle siedzące na czubkach gałązek. Spiżowy Fredro zesłany na ziemie odzyskane, gdy wygnano go ze Lwowa patrzył w zadumie na gołębie wygrzebujące spomiędzy kocich łbów zapodziane okruchy, dzwon ratuszowy rozśpiewał znienacka okolicę, aż zadrżało powietrze i myśli błądzące najwyraźniej po manowcach.

 

Cieleśnie obfita niewiasta traktująca ciało jako narzędzie do jawnych, choć niezbyt zrozumiałych manifestacji, zdobna od stóp, aż po ekstrawagancję wczepioną we włosy kontemplowała w samotności pejzaż pełen wrotyczy i nawłoci, bez nerwów czekając na transport. Kabanos sechł na chodniku, czekając aż znajdzie go głodny pies, właściciele knajpek poprawiali ustawienie ogródkowych stolików, szykując je na popołudniową partyjkę szachów, gdy tylko pojawią się ważne figury i niekoniecznie mniej istotne piony.

wtorek, 7 września 2021

Czekając.

 

 

Szczuplutka, czekająca na transport zbiorowy, piękna pani z wysokości inwalidzkiego wózka korespondowała elektronicznie z kimś, dla kogo (być może) ostrzygła się krótko i asymetrycznie. Starszy kapral na emeryturze pilnował torby warzyw kupionych na placu, grawitując wokół, jak sztuczny satelita, przy okazji ukrywając w kieszeni moro piersióweczkę z czymś zacnym, zardzewiałym i miodopłynnym, czym dyskretnie raczył się ustawiając zadkiem do wiatru. Panie pokryte antycznym kurzem drobiły kroki na klepisku będącym pozostałością trawnika na tymczasowym przystanku i wytężały sterany wzrok, by odczytać, jakim numerkiem los obdarzył kolejny nadjeżdżający zza zakrętu autobus. Dziewczątko w wełnianej czapce przytroczyło się do wrotek, plecaka i kasku, aż niemal zaginęło w bogactwie sportowego kamuflażu. Wszędobylskie legginsy, naciągnięte jak na wystawę w najśmielszej z galerii bezpruderyjnej sztuki, śmiało kreśliły idealne kształty ciepłej zawartości, czasem posuwając się aż odwzorowania detalu bielizny, naśladując wyrafinowane kamee, rzeźbione przez greckich mistrzów. Lato umęczone upałem i kurzem pociło się stadnie pośród wizgu przejeżdżających obok samochodów pakietyzowanych sygnalizacją świetlną w małe, brzęczące roje. W takim otoczeniu nie jest łatwo pachnieć, a niektórym ta sztuka w ogóle nie wychodziła.

Ekstrakty cz. 30

 

Karambol.

Zuchwale wyciągam rękę, by zerwać dla mojej pani gwiazdę nie byle jaką. Patrzę, jak śmieją się jej oczy, kiedy ozdabiam piękną szyję kolią błyszczącą brylantem Gwiazdy Polarnej. Za naszymi plecami, pozbawiony dyszla Mały Wóz wpada w niekontrolowany poślizg i czołowo wbija się w Wielki.

 

Burza.

W ulu panował niepokój - dziś Królowa miała wybrać kochanka, by powielić życie, zapewniając gniazdu niewolnych. Tłusty, pewny siebie Truteń pieścił własną płeć wszystkimi łapkami, pewien jedynego możliwego wyboru, gdy ul rozszarpał piorun, zabijając Królową, a Trutnia pozostawiając bezpłodnym.

 

Przewrotny los.

Od tygodnia cierpliwie iskałam psa, schwytane pchły zbierając w szklaną fiolkę, by krwawo zemścić się na Jolce, która bezwstydnie przystawiała się do mojego Tomka. Ten, nieświadom ryzyka, przypadkiem stłukł naczynie. Ledwie zaczął się drapać, znienawidziły go wszystkie dziewczyny – ja również.

 

Niespełniony.

Drżącymi z emocji palcami rozpinałem guzik za guzikiem, patrzyłem jak sfruwają na podłogę kolejne fatałaszki, a kiedy nie zostało już nic do rozpięcia, okazało się, że całe ciało ukryło się pod wielobarwnymi obrazkami. Chwyciłem skalpel i… zanim cię rozebrałem – umarłaś.

 

Smycz.

Gryzłem śmierdzące więzy, nie bacząc, że dziąsła zaczęły krwawić, a słabsze zęby pokruszyły się, nim pękły pierwsze włókna. Zmęczenie odbierało rozum i oddech, lecz w końcu sznur puścił! Spadałem w nieznaną przyszłość po śmierć, z krzykiem świeżo obudzonej trwogi.

poniedziałek, 6 września 2021

Skarga.

 

Niczym szklanka źródlanej wody – nie posiadam smaku, ani zapachu. Bez osobliwości i cech towarzyszących błahym życiorysom. Nie ubrudziła mnie przepływająca obok przeszłość, a przyszłość jawi się obrzydliwie mdłą. Zupełnie, jakbym omijał przytułki czasu, ignorując reguły gry o przetrwanie.

 

Patrzę z nadzieją, że ktokolwiek się zjawi i wytrąci mnie z letargu, że stanie się wrzącym kamieniem, gorączką, która rozpłoni kręgi rozchodzące się dalej niż w głąb mnie – do zewnętrza, które nie stłumi najdrobniejszego szeptu i pozwoli wziąć udział w wielkim chórze ekstazy życia.

 

- Któż obrał mnie z właściwości? Za jakie grzechy cierpię na kalectwo braku wszystkiego. Mimo wszystko – jestem przecież…

Domniemania.

 

Słoneczniki kwitną na topinamburowych szczudłach, wyrosłych pośród szczelin w pęknięciach asfaltu u stóp murowanego ogrodzenia zapewniającego pozorną intymność ludziom uwięzionym wewnątrz. Słońce ściera mgły mdlejące mokrą plamą w podcieniach blokowiska, orzechy nabierają rzymskiej tężyzny w otulinie zielonej skorupy. Wymyślam scenariusze dla jutra, albo nawet dalej, dokąd tylko sięgnę fantazją, ale tam był już ktoś mądrzejszy i zaplanował wszystko idealnie, więc to moje rozpasanie jest zaledwie szczenięcym chceniem, żałosną imitacją doskonałości. Z podkulonym ogonem wracam do teraz i cieszę się znów, jak dziecko, gdy słońce liczy mu piegi na nosie, a pies ogonem rozwiewa kurz słodkiej niewiedzy, by w chmurze niedopowiedzeń uczynić zabawą nawet to, co zdarzyć się musi. Wszak nikt nie zabronił życiu być pięknym, zabawnym i przyjaznym. A mógłby zapewne. Gdyby chciał…