czwartek, 10 lutego 2022

Księżycowe miasto cz.5

 

        Ostatni dzień tutaj. Opanowała mnie gorączka jakbym wybierał się na egzotyczne wakacje. Wstałem grubo przed budzikiem, cud, że w ogóle spałem. Nie chciałem podróżować z bagażami, jednak dla zachowania pozorów wepchnąłem w walizkę trochę drobiazgów i zamykając drzwi zapukałem do sąsiadki:

 

        - Jadę w interesach – bąknąłem kłaniając się uchylonym na długość łańcucha drzwiom – wrócę za miesiąc, może dwa. Pani rzuci łaskawie okiem, czy jaki obcy się nie będzie tu pałętał?

 

        Mruknęła coś na kształt, że mi się powodzi, ale zgodziła się przypilnować. W antykwariacie wrzuciłem walizkę na zaplecze i poszedłem na zakupy. Dzieciom kupiłem słodkości, bo nic lepszego ni wpadło mi do głowy. A żonie? Co kupić nieznajomej żonie żeby pasowało i do niej i do epoki, w jakiej żyje? Jedwabną chustkę na głowę? Pewnie znali już takie cuda. A może lusterko w srebrne oprawie? Najłatwiej było z Konstantym. Jemu wziąłem książkę. Dzisiaj nikt jej czytać już nie chce, bo nieaktualna dawno, a jemu się spodoba. Upchnąłem w kieszenie drobiazgi i czekałem, aż zgaśnie dzień. Kompaktowy aparat zabrałem na wszelki wypadek. Nie ważył zbyt wiele, a kto wie, jak się rozwinie sytuacja.

 

        Na wszelki wypadek postanowiłem zmienić punkt wejścia. Krążyłem po starówce, pozwalając obcym krokom gasnąć na zakrętach, mijałem więzienie miejskie, stare koszary, klasztorny majątek rozlany pomiędzy drzewami naprzeciw katedry. Kłaniałem się pomnikom, które trwały przypięte do wysiedzianych miejsc od wieków i szukałem swoich drobnych znaczków piętnujących przejścia. Większość zmyła woda, ale pamiętałem ich położenie. Tym razem muszę nauczyć się wszystkich na pamięć. Tam i tu. Żeby nie mieć wątpliwości. I Konstantego zapytać, czy jest szansa na krótsze wizyty, bo miesięczny wypad zawsze będzie podejrzany.

 

        Mijałem właśnie cokół zasiedziany przez dawno nieżyjącego papieża, wyidealizowanego w granitowej kolumnie, gdy iskierka księżyca zaprosiła na drugą stronę. Wszedłem zdecydowanie odważniej, niż za pierwszym razem. Zima trwała i chyba nawet nabrała mocy. W tamtym świecie takich zim już nie ma. Rozejrzałem się wokół. Jedna dorożka ze śpiącym na koźle stangretem i para młodych tańcząca na środku mostu swoją miłość świeżo upieczoną. Poza tym pustka przedświtu. Szedłem równym krokiem, nie zakłócając spokoju. Dozorcy gasili właśnie gazowe lampy co bardziej energiczni otwierali podwoje, w warsztatach i kuchniach rozpalali pod piecami.

 

        - Do domu, do domu – chrzęściły kroki – do żony i dzieci. Do łóżka, pod pierzynę gęsim puchem wypełnioną po brzegi.

 

        Cieszyłem się. Nie podejrzewałem, że tyle radości da mi powrót do tego świata. Przejście było sporo dalej, niż księgarnia, ale miasto było niewielkie dla wprawnych nóg. Mijałem witryny, które dopiero zajaśnieją. Pozwalałem odurzyć się zapachowi chleba z piekarni, Wędzonym w dymie szynkom i rybom, Słuchałem odgłosów pracowitego dnia kamieniarzy, szklarzy, czy szewców. Mijałem rzeczywistość pełna życia i werwy. Prostych czynności dających radość i siłę witalną. Kupiłem ciepłe jeszcze precle, dziwiąc się, że grosze w kieszeni pasują do tych czasów. Wreszcie wspiąłem się na trzeszczące schody i wszedłem do domu. Cicho rozebrałem się i wśliznąłem do łóżka. Gorąca dłoń natychmiast mnie znalazła i przyciągnęła do siebie.

 

        - Jesteś wreszcie – mruczała przez sen – mógłbyś wracać wcześniej, a nie o świcie. Zaraz dziatwa wstanie i nici ze spania!

 

        Było mi dobrze. Ciepło, bezpiecznie. Jak szczeniak w matkę wtuliłem się w kobiece ciepło i zasnąłem bez czucia. Na chwilę. Dzień rozpoczął się oczywiście od dziecięcej radości i maluchów w łóżku tratujących dorosłych bez cienia szacunku. Spocone umorusane radością szczęście. I buzie, którym trudno zachować spokój i powagę. Pełne słodkości policzki i ręce obejmujące szyje, ramiona kolana – wszystko, co w nie wpadnie. Zmokły mi oczy. Nieznane uczucia zawładnęły mną bez reszty. Całowałem te dzieci, jakby naprawdę były moje. I chyba były bo piszczały radość, jakiej obcemu nie śmiałyby dać.

 

        Kasia w chustce wyglądała na równie szczęśliwą jak dzieci. Dziś na śniadanie mleko i powidła śliwkowe z chlebem. Kleiło się wszystko ale smak węgierek budził we mnie zapomniane już dzieciństwo. Wreszcie dzieciarnia poszła do nauki, a my do księgarni. Konstanty już zajął strategiczne miejsce przy piecu i czytał coś korzystając z monokla. Kasia wymiatała śnieg z wycieraczki, a potem przetarła szmatą regały z kurzu. Chciałem porozmawiać z Konstantym o urzędniczce, o moim wahaniu, o miesiącu tam i poranku tu. Stanąłem nad nim, usiłując położyć mu dłonie na ramionach, lecz jego ciało poddało się dłoniom. Zgasł z uśmiechem na ustach.

 

        Pochowaliśmy go trzy dni później na małym miejskim cmentarzu. Ukradkiem zrobiłem kilka fotek, żeby po tamtej stronie odwiedzić go, gdy znów mnie napadnie chandra. Tam nie miałem z kim porozmawiać. Tu było mi łatwiej. Kasia traktowała mnie jak męża i nie gniewała się na długie nieobecności. Widać Konstanty musiał jej wiele wytłumaczyć. Zapewne więcej, niż mnie. Od tej pory musiałem sobie radzić bez jego dojrzałego wsparcia i mądrości. Najwyraźniej czekał na mnie tak długo, ile tylko miał sił w sobie. Powinienem pilnować Kajetana, żeby szybko dorósł, by móc mnie zastąpić.

 

        Po śmierci nestora więcej czasu spędzałem w księgarni, nadal noce przeznaczając na wyprawy, wracając do domu przed brzaskiem, by ugrzać się w małżeńskim łożu. Księżyc powoli pulsował rosnąc i malejąc zgodne z kalendarzem. Miesiąc tu był jak trzy tam. Ledwie przypomniałem sobie o prośbie urzędniczki, kiedy czas zaprosił na drugą stronę. Ostatnią noc postanowiłem spędzić z rodziną. Dzieci patrzyły błagalnie, żebym został z nimi, żebym opowiedział historie z moich wypraw, a gdy mówiłem zasypiały z uśmiechem, podążając w umyśle w podobną podróż. Kasia… szepnęła tylko, że nie chce być żoną na odległość, a potem jej ciepło i tęsknoty zabrały nocy oddech tak bardzo, że ledwie zdążyłem najbliższym przejściem wrócić do teraźniejszości.

 

        Toczyłem walizkę do pustego domu, Kłaniając się judaszowi w drzwiach sąsiadki. Tym razem obyło się bez sensacji, ale domyślałem się, ze i tak mnie wyspowiada z tego urlopu. Chyba jej powiem, że pracuję u siostry gdzieś w Tarnowie, czy Myśliborzu. Może w Ostródzie? Zimne łóżko nie napawało optymizmem.

 

- Po jaką cholerę wracałem? – zacząłem się zastanawiać – czy tam nie jest lepiej?

 

        Stałem w oknie i walczyłem z myślami. Konstanty chciał, żebym był przewodnikiem. Jak on. Ale on jakoś mieszkał i żył tam, a tu tylko zaglądał. Czyli musi być sposób. Ciekawe jaki. Następnym razem muszę doczytać księgę. Musi być jakaś wskazówka. Dzień zapowiadał się mniej ponuro, niż mógłby się zacząć podczas niezbyt chłodnego lutego. Słońce zerkało już na krótki łuk dnia, a w magistracie sprzątaczki zamykały okna w gabinetach po porannym wietrzeniu.

Księżycowe miasto cz.4

 

        - Gdzie się szanowny pan podziewał?! – okrzyk sąsiadki otrzeźwił mnie błyskawicznie, aż się skurczyłem. Chciałem uciekać zaskoczony, ale przejście zamknęło się kilka godzin wcześniej. Miałem wrażenie, że spałem że to wszystko, to był tylko bardzo wybujały sen – Policja szuka pana, wszyscy myślą, że się pan utopił, albo został porwany. Nie można tak znikać na cały miesiąc bez słowa!

 

        Speszyła mnie i zapomniałem języka w gębie. Nie sądziłem, że będę się musiał tłumaczyć z życia. Kiedy się na mnie krzyczy – tracę oddech i rezon. Nie potrafię nic sensownego powiedzieć. Sąsiadka rozprowadziła już informację po kamieniczce, zawiadomiła policję i chyba nawet lokalna telewizja była już w drodze, nim odzyskałem głos.

 

        I co miałem powiedzieć? Że wkroczyłem w równoległy świat? Że nocą zamiast sprzedawać pamiątki zagranicznym turystom błąkam się po nierealnych miastach? Milczałem zawzięcie, aż ktoś rozsądniejszy zaproponował, żeby zbadał mnie lekarz. Najprostsze wyjaśnienie, to utrata pamięci. Przecież nikt nie odkryje gdzie byłem. Badania nie wykazały nic, jednak lekarze aby jakoś uzasadnić bezradność zasłonili się sloganami o niezbadanych meandrach umysłu i dali mi spokój. Sensacja ostygła, bo wokół działo się tyle, że po paru dniach byłem już tylko wygasłą, jednodniową gwiazdą, jaką łatwo zapomnieć w tłoku tych mocniej błyszczących.

 

        - Na przyszłość muszę być ostrożniejszy – pomyślałem i prowadziłem życie, jakie dotąd było moim udziałem. Nocami kręciłem się po starówce i porównywałem obrazy z obu światów. Gdzieniegdzie wojna odbiła się na kształcie ulic, placów, czy skwerów, w innych miejscach zachowała nawet nieregularność kamieniczek, czy zaułków. Rzeka ledwie zauważyła upływ czasu i pojedyncze, nowe mosty. Reszta trwała skromnie i niewzruszenie.

 

        Księżyc oblekł się w srebrny tłuszczyk, aż pękł i chudł żwawo. Nów zbliżał się nieuchronnie, a ja dumałem. Tęskniłem? Bałem się? Chciałem? Mało brakowało, a zacząłbym się jąkać w myślach. Nie wiedziałem, co robić. Zostać tu i zapomnieć? Czy może iść tam i zostać na zawsze? A może iść w ślady Konstantego i być kurierem? Przewodnikiem pomiędzy światami? Kilka dni zostało na myślenie, a ja wciąż nie mogłem się zdecydować.

 

        Stałem się roztargniony, a podejrzliwe oko sąsiadki kontrolowało moje ruchy, ilekroć znalazłem się w zasięgu jej judasza. Częściej przesiadywałem w antykwariacie, mniej w kawalerce. Nocami nadal włóczyłem się pośród bezpańskich kotów po brukach starego miasta.

 

        Wieczór przed nowiem w antykwariacie pojawiła się dojrzała kobieta, której nie interesowały ani książki, ani bibeloty.

 

        - Do pana przyszłam – zdradziła, gdy wnętrze opustoszało – I nie chcę nic kupować, tylko porozmawiać.

 

        - Hmmm – mruknąłem niezobowiązująco, bo po takim wstępie powinno być już tylko ciekawiej.

 

        - Może uznać mnie pan za wariatkę, ale i panu zdarzyło się zachowanie z pogranicza choroby psychicznej. Ja wierzę, a pan nie musi się przyznawać wcale. Pracuję w urzędzie i mam zadanie odkryć, jak wyglądał miejski dworzec w dawnych latach. Są jakieś wzmianki, zdjęcia w sepii i opisy z cudem ocalonych gazet, ale ja chciałabym coś więcej, niż tylko wzmianki. I sądzę, że pan mi może pomóc. W mojej rodzinie krążą legendy, z których wynika, że zdarzają się przewodnicy potrafiący przejść do równoległych miast z innych epok. Potrafią pójść i wrócić. I że tam czas biegnie inaczej, a nawet historia nie powiela się równolegle, tylko toczy innymi torami. I sądzę, że pan może mi pomóc!

 

        Zabiła mi ćwieka. A ja nie zamierzałem urzędniczce przyznawać się do świeżo nabytej sprawności. Może będzie mnie chciała zamknąć u czubków, albo wykorzystać do niecnych celów? Lepiej być ostrożnym. Poza tym – sam nie wiedziałem, czy chcę się mieszać w tę historię. Żyć na dwa życiorysy? Z żoną i dziećmi? Z Konstantym kurzącym fajkę na zapiecku? Nów tuż-tuż!

 

- Nie musi pan odpowiadać – zagaiła szybko, zanim zdążyłem zaprotestować – Ja wiem, że nie wolno naciskać. Ja tylko proszę, żeby pan, przy okazji rzucił okiem i zrobił kilka fotek dworca kolejowego. Będę zobowiązana i odwdzięczę się. Oczywiście będę milczała jak grób. Pewnie przyda się panu na przyszłość przyjazna dusza w magistracie, a ja, kiedy wykonam zadanie – być może awansuję? Zajrzę za miesiąc. I obiecuję kupić u pana trochę drobiazgów na rachunek urzędu.

 

        Kusiła. Umiejętnie, perfidnie, ale nie uciekając się do świństw i szantażu. Aparat fotograficzny mam i w ramach spaceru mógłbym machnąć parę zdjęć. Kto wie, kiedy przyda się przyjazna dusza w urzędzie. Wyszła cicho, nie czekając na skinięcie głową, czy jakiekolwiek słowa. Ot, jakby mi się zdawało. Ale prośba zawisła nad ladą i przed oczami migały mi kocie ogonki zagięte w paragraf. Przejść? Zostać? Niebo mroczniało, zapowiadając noc przed nowiem, a ja w nieustającej rozterce ruszyłem na wskroś starówki, ku wyspom.

 

        Gdzieś tam, za księżycowymi drzwiami mały Kajetan śmiał się bursztynowymi węgielkami do Zosi. Czekali na mnie? W kasinym łóżku było tak ciepło i wygodnie… W życiu nie spałem tak mocno! Miesiąc tutaj nie niósł równie intensywnych doznań. A może przejść i zostać na zawsze? Cóż mnie tu trzyma? Podniosłem oczy ku rzece, w której obmywał się zabiedzony ogryzek księżyca i puszczał do mnie oczka w tysiącu drobnych fal.

 

        - Jeśli mam się tam zjawić, to nie z pustymi rękami. Dzieciom, choć łakocia trzeba przywieźć!

środa, 9 lutego 2022

Księżycowe miasto cz.3

 

Zbudziły mnie jakieś dzieci. Chłopiec i dziewczynka o jasnych włosach i oczach jak kawałki bursztynu. Śmiały się i paplały coś bardzo szybko zakłócając sobie nawzajem przekaz. Mówiły chyba do mnie, bo ciągnęły pierzynę, a moja… żona… łajała je jakoś tak, jakby przytulała. I nie bały się wcale, wskakując mi na brzuch i jej pod pachę.

 

- Dzieci też miałem w tym świecie? – zdumienie było coraz większe i oczy otwierałem najszerzej w życiu.

 

Kokosiliśmy się w tej pościeli, a piskom i radości końca nie było. Wreszcie żona wstała i podpaliła pod fajerkami. Ciepłe mleko i pajda chleba grubo posmarowana masłem, do tego parę plasterków cebuli i ząbek czosnku z solą. Obok łóżka na fotel rzuciła mi jakieś spodnie i koszulę z lnu, wymiętą niebosko. Założyłem, starając się nie dziwić jawnie. Po śniadaniu dzieci zaczęły się pakować do szkoły, a żona wraz ze mną schodziła do księgarni. Kiedy błądziłem w zadumie między regałami ona zamiatała przed wejściem do sklepu. Śnieg brzozową miotła odgarniała, jakby robiła to każdego poranka. Silna była. I rumiana od mrozu. Piękna.

 

Ktoś wszedł, a dzwonek nad drzwiami zadźwięczał mosiężną melodię. Obracałem się właśnie i zobaczyłem staruszka, trzymającego w dłoni księgę. Skąd się tu wzięła? Widać żona rozpakowała moje bagaże i książkę przyniosła tu, gdzie jej miejsce. Nie upilnowałem. Miałem nadzieję, że staruszek odłoży ją, jednak ten wertował kartki bez pośpiechu.

 

- Znalazłeś – mruknął – Wreszcie!

 

        - Co znalazłem? – wyrwało mi się i popatrzyłem dość groźnie na człowieka.


        - Przejście – odparł rozbawiony – Całe szczęście bo naczekałem się na ciebie aż za długo.

 

        Patrzyłem na jego zadowoloną twarz i zastanawiałem się, skąd znam. To przecież mój tajemniczy klient od księgi! Więc stąd przyszedł i pomógł odnaleźć drogę! Teraz było już nieco łatwiej. Szok powoli mijał, a jednak wciąż patrzyłem na niego oczami większymi od talerzy. Zdumienie jeszcze wzrosło, gdy okazało się, że ów człowiek był moim dziadkiem. Tym, o którym w rodzinie na tamtym świecie nie wspominało się w ogóle. Ponoć znikł bez słowa, zostawiając  z dnia na dzień niczego nieświadomą rodzinę. Wyjechał czy zginął? Nikt nie wiedział nic poza tym, że zostawił wszystko, łącznie z niedokończoną lekturą i niedopitą szklanką herbaty na stoliku nocnym.

 

        Żona, jak się dowiedziałem miała na imię Kasia, przyniosła nam po kubku parującej herbaty i jakieś drożdżowe ciasto, więc usiedliśmy bliżej pieca, w którym paliły się brzozowe polana. Klientów nie było nawet na lekarstwo. Na dworze śnieg stłumił miejskie dźwięki, i tylko pojedynczy gwizdek policjanta besztającego kogoś na krzyżówce wybił się ponad skrzypienie mrozu.

 

        - Nie mam już sił – szepnął staruszek – Dobrze, że w końcu dotarłeś. Potrzeba nam ciebie. Ten świat cię potrzebuje. Nas potrzebuje. Z naszej rodziny wywodzą się przewodnicy po mieście. Zdałeś egzamin. Odnalazłeś ścieżkę sam bez wskazówek z zewnątrz. Kajetan, twój syn być może zostanie nim również, a Zosia będzie tu, na miejscu pilnować porządku. Jeśli sobie nie poradzą… cóż, będziesz miał służbę długą, jak moja.

 

        Oszołomił mnie kolejny raz. Więc teraz mam już wypisaną przyszłość do końca życia? I on to tak spokojnie mówi, nie pytając o zgodę, czy chęć? Opowiadał zmęczonym głosem o księżycowym mieście, o własnej historii, o ludziach stąd i stamtąd. Czuć było w jego słowach dumę i zmęczenie. Nadzieję, że udźwignę to, co jemu już doskwiera.

 

        Mieszkał na zapleczu księgarni. Kiedy mógł czytał książki na wpół zatopiony w fotel z widokiem na malutką witrynę, za którą przewijały się pory roku, ludzie i księżyce. Każdego miesiąca, gdy nów gościł na niebie wyruszał do tamtego świata, by odnaleźć tych, którzy marzą o dotarciu tutaj i mają intencje wystarczająco czyste, żeby nie zniszczyć tego świata. Opowiadał mi, a za oknami poszarzało i tylko ostry sierp księżyca ciął nieboskłon wolnym, odmierzonym starannie krokiem.

 

        W głowie mi się kręciło od nowin, więc wyszedłem ochłonąć. Ulicami jeździły dorożki, po parkach bawiły się dzieci pod opieką piastunek. Czas zdawał się być nienaturalnie spokojny i nikomu nie spieszyło się nigdzie. Był czas na zawiązanie bucika, na lepienie bałwana, czy rozmowę o sukienkach w modnym sklepiku w centrum miasta. Ludzie kłaniali się sobie i ustępowali miejsca. Zapraszali na podwieczorki, albo partyjkę wista. Wspominali podróże do innych miast, wymieniali książki. Noc wirowała pośród zadymki rozświetlonej gazowymi latarniami, w szykownych restauracjach trwały jakieś bale, teatry pełne śpiewu i tańca zachęcały do wizyt.

 

        Rozpoznawałem ulice, całe ciągi kamienic stawały mi przed oczami, pokazując piękno, jakim w tamtym świecie już nie grzeszyły. Tu wciąż trwało międzywojnie a może w ogóle wojen nie było. Przecież tu… trafiają tylko ci, których ktoś wprowadzi. Nie ma przypadkowych widzów. Błąkałem się po mieście, pozwalając, by księgarnię prowadził Konstanty. Jemu również służył spokój i ciepło dobrze rozgrzanego pieca. A wieczorami, gdy już zamknęliśmy interes, siadałem posłuchać, o swojej nowej roli.

 

        Choć czas nie naglił musiał w końcu nadejść dzień kolejnego nowiu. Konstanty chwycił mnie za bary i patrząc głęboko w oczy powiedział:

 

        - Twój czas. Pora ruszać. Księgę zostaw. Tu jej nic nie grozi, a ty potrafisz wrócić. Nie spiesz się. Zbierz myśli i zastanów się. Będę czekał. Będziemy czekali.

 

        A potem popchnął mnie lekko. Najbliższe wyjście miałem w naszym zaułku, tuż obok księgarni. Zajączek księżycowy migotał filuternie na frontonie kamieniczki z naprzeciwka. Postawiłem krok. Jeden wystarczył by wsunąć się do TAM.

Księżycowe miasto cz.2

 


        Tydzień. Musiałem czekać cały tydzień. W obliczu emocji, sen kompletnie mnie zaniedbał. Oglądałem księgę bez końca, w grafikach rozpoznając detale mojego miasta. Mniej piękne, nadgryzione zębem czasu, ale wciąż obecne. Snułem się po nocach, za dnia resztkami rozsądku trzymając się antykwariatu. Zaczynałem rozpoznawać miejsca, w jakich można było przekroczyć niewidzialną granicę.

 

        - To aż tak proste? – zastanawiałem się – Wystarczyło z obrazków księgi odnaleźć punkty wskazane przez malarza delikatnym promieniem gasnącego księżyca i już? Bez żadnych rytuałów, magii, zaklęć, czy wtajemniczeń?

 

        Bałem się zostawiać księgę w domu, a trzymanie jej w antykwariacie wydawało się równie lekkomyślne, więc chodziłem z nią wszędzie, nawet po drobne zakupy spożywcze. Kupiłem kolorową kredę i kiedy nikt nie widział, ukradkiem zostawiałem maluteńkie znaczki na ścianach kamienic, które podejrzewałem, że stanowią drzwi do tajemnicy. Drobny zygzak, udający dziecięcą zabawę miał mi ułatwić znalezienie ścieżki pośród nowiu. Bo, że tam pójdę, byłem pewien.

 

        Wreszcie księżyc skarlał wystarczająco, a niebo przychylnie uwolniło się od chmur. Włożyłem miękkie buty, w torbę spakowałem na wszelki wypadek parę drobiazgów. Nigdy nie wiadomo, co zastane po drugiej stronie. Zamierzałem zrobić rekonesans i wrócić o brzasku, ale strzeżonego Bóg strzeże i butelka kawy, czy latarka nie zaszkodzi wyprawie w nieznane. Przecież spieszyć się nigdzie nie musiałem.

 

        Koty, jak każdej nocy zapinały ogony w znaki zapytania, kiedy się mijaliśmy, leniwie kołysząc się na nogach. Szedłem zdecydowany przekroczyć granicę. Minąłem jeden i drugi punkt, który zdążyłem wcześniej rozpoznać. Chciałem wejść moim ulubionym przejściem. Wąskim zaułkiem, okolonym kościelną ścianą i ceglanym murem ogrodu, w którym za ogrodzeniem z kutych żelaznych prętów pysznił się bukszpanowy labirynt żywopłotu.

 

        Gdy byłem młodszy, siadywałem na skraju tego labiryntu i patrzyłem, jak dzieci bawią się w berka, czy chowanego, biegając beztrosko i ukrywając się za pomnikiem jakiejś muzy, czy bogini z zapomnianej mitologii. Dzisiejszej nocy zamierzałem pokonać dystans w nieznane, stając u wrót skromniejszych od innych, wciśniętych pomiędzy dwa małe okienka z firankami i pelargoniami nudzącymi się w skrzynkach. Noc mijała niespiesznie, więc siedziałem cicho na skraju ławeczki i czekałem cierpliwie, aż promień księżyca ociepli ciemną dębinę wskazówką. Niewiele brakowało, żebym zasnął. Szczęściem noc nie była kompletnie cicha. Gdzieś daleko zabłąkał się dzwonek nocnego tramwaju, ktoś śpiewał natchnioną radość powrotu do domu, szamotał się wystraszony ptak w gałęziach, zagrały na płytach spieszne kroki kogoś wracającego pośród nocy z pracy, w której zasiedział się bez pamięci.

 

        Promień wyskoczył znienacka i zatańczył srebrnym zajączkiem nieopodal klamki. Sięgnąłem ręką, a drzwi skrzypnęły zachęcająco. Głowę dałbym sobie uciąć, że jeszcze przed chwilą były zamknięte na wielki, od dawna nie widziany klucz. Wciągnąłem powietrze i postawiłem stopę po drugiej stronie.

 

        Gwar. I ciepło. Byłem w jakiejś izbie, pośród ludzi nieco cuchnących potem i myjących się ciut rzadziej, niż chciałby mój nos. Noc Wciąż miała moc i zza okien wyzierała ciemność rozjaśniona masą śniegu. Zima! Była prawdziwa zima, pełna zasp i kożuchów śnieżnych. Drzewa nosiły ciężkie czapy, a para z końskich pysków unosiła się wielkimi, sino-błękitnymi chmurami. Ktoś postawił dzban piwa przede mną i nie pytał o zapłatę. Skosztowałem. Słabsze niż współczesne, ale korzenne i dobrze gaszące pragnienie.

 

        Otarłem usta i dyskretnie rozglądałem się wokół. Ludzie ubrani inaczej, niż nawykłem, często w skórach, futrach, albo sukmanach z lnu – szorstkich, grubych i ledwie sprawionych. Długie włosy nosili niemal wszyscy, a brody gęste i niestrzyżone nigdy, pełne okruchów codzienności zdawały się być normą. Pośród nich z moimi gładkimi policzkami wyglądałem niecodziennie. Z cudzoziemska. Wyszedłem na zewnątrz, gdy tylko dopiłem kufel. Było naprawdę zimno i mój strój wyraźnie dawał do zrozumienia, że pora znaleźć ciepłą przystań.

 

        - Wracać? Do karczmy? – zastanawiałem się niepewnie – Nie po to szukałem zaginionego miasta, żeby siedzieć w knajpie i na cudzy koszt pić piwo!

 

Zbeształem samego siebie i ruszyłem naprzód. Nieświadomie, tak, jak chodziłem po własnym mieście. Nogi w końcu poczuły rytm i skierowały mnie ku domowi. Znaczy… tam, gdzie powinien być mój dom. Był. Stał, jakby nigdy nic i wyglądał znajomo. Poszedłem rzucić okiem na antykwariat, który znałem równie dobrze, jak ów dom. Parter kamieniczki obecnie zajmowała księgarnia. Niewielka, jak mój sklepik ze starociami i podobnie do niego pełen bibelotów i pamiątek. Stałem przed witryną i gapiłem się na wystawę pełną książek, drobiazgów i kota śpiącego na parapecie.

 

- Co tak sterczysz? – dobiegł mnie głos z góry – Właźże do domu, bo mróz trzyma, jeszcze mi się pochorujesz!

 

Patrzyłem na kobietę w białej czapeczce i nocnej koszuli która wychylała się z okna i machała do mnie ponaglając najwyraźniej. Trzy razy się obejrzałem, ale na ulicy nie było nikogo, więc o pomyłce nie mogło być mowy. Popchnąłem drzwi i wszedłem. Pachniało kiszoną kapustą, cebulą, trochę chlebem. W ogóle tutejszy świat pachniał niezwykle. Poczułem głód.

 

- Żona? – zastanawiałem się – W tym świecie mam żonę? I mieszkam nad antykwariatem. Ciekawe…

 

Kobieta była niewysoka, z szerokimi biodrami i miękką od uśmiechu twarzą. Przytuliła mnie, gdy wszedłem na piętro i pomagała rozpiąć ubrania.

 

- Głodny jestem – szepnąłem nieco zawstydzony.

 

Przyniosła szklankę mleka i grubą pajdę chleba ze skwarkami. A potem, nie czekając, aż skończę położyła się pod pierzynę i zasnęła. Chciałem wyjść, bo głupio było zostać z obcą mi przecież niewiastą, ale świat zatrzasnął się już i nie było przejścia. Chodziłem szukając drogi powrotnej aż do świtu, jednak nigdzie nie spotkałem zabłąkanego promienia księżyca. Niebo wypełniło się chmurami brzemiennymi w niekończące się tumany śnieżnego puchu. A gdy słońce wyzłociło zaspy na chodnikach, wreszcie zrozumiałem, że nie będzie łatwo stąd wyjść i przyjdzie zostać na miesiąc. Wśliznąłem się pod pierzynę. Ciepła od nocy dłoń przyciągnęła mnie ku sobie.

wtorek, 8 lutego 2022

Więzień.

 

- „Boja geostacjonarna nad Europą mruga. Naprawić!”

 

Komunikat wysechł w podróży na wiór i brzmiał jak policzek wymierzony z pasją styczniowego poranka na przystanku tramwajowym zbyt nachalnemu adoratorowi. Tkwiłem na jednej z wyższych ziemskich orbit, kręcąc bączka z prędkością wystarczającą, żeby obejrzeć kuchnie całego świata w przeciągu półtorej godziny.

 

- Przyzwoity bigos dostrzegłbym trzy razy, zanim stanie się jadalny – kpiłem, kiedy orbitalna nuda zakłócała psychikę i odbierała sen. – A jak szybko rosną cudze dzieci? To tylko ja wiem!

 

Wreszcie coś. Uzasadnienie mojego zesłania na krawędź cywilizacji, za którą zaczynała się bezdenna pustka wszechświata. Zajęcie konkretne, jak stek świeżo położony na ruszt. Obserwacja ruchu komet, kosmicznego śmiecia wałęsającego się po próżnicy i od czasu do czasu zmierzająca w kierunku zasiedlonej planety, to doprawdy niewielka dawka emocji. Gdybym choć trawkę przemycił na pokład, ale gdzie tam – jak zwykle, przed startem zajrzeli wszędzie, nie pomijając otchłani przewodu pokarmowego. Wywalili z bagażu nawet niewinne wino stołowe w woreczku i dwa opakowania niebieskich tabletek, dających namiastkę uniesienia, gdy już kołowrotek we łbie nie pozwoli zasnąć.

 

        Przelatywałem właśnie nieopodal, więc zdążyłem zerknąć na problem, a przynajmniej udawałem, że zerkam, bo obiektów mrugających nad Eurolandem wisiało setki, jeśli nie tysiące. Satelity szpiegowskie, telekomunikacyjne, wojskowe i policyjne, stacje badawcze i fragmenty największego rozproszonego radaru, jaki ludzkość zdołała rozpiąć ponad atmosferą, składający się z kilku tysięcy pozornie niezależnie poruszających się elementów. W takim gąszczu boję można było poznać jedynie po jaskrawości i barwie świateł, jednak trzeba było dokładnie znać współrzędne.

 

Przeciętni ludzie nie mają pojęcia, jak wiele metalu wisi nad ich głowami i podgląda naiwną intymność, ukrywającą drobne perwersje w stłumionych światłach alkowej. Zapewne stałem się cyniczny, wiedząc, że z wysokości dowolnej orbity można przyjrzeć się wyrostkowi robaczkowemu szympansa w Deszczowym Lesie, śniadaniu ryb głębinowych, albo posłuchać nieśmiałych wyznań szeptanych wprost do zakochanych uszu w dowolnym zakamarku globu.

 

Naprawiałem te rzęchy, które choć nie były narażone na korozję, bo przecież krążą w przestrzeni beztlenowej, wilgoci nie znając, a jednak wciąż wystawione są na słoneczny wiatr i paprochy napływające wygłodniałymi stadami z sąsiednich, dopiero co unicestwionych galaktyk, zerodowanych konstelacji, czy układów słonecznych. A każda usterka oczywiście była najpilniejsza i priorytetowa.

 

Mogli nas wysłać z dziesięciu, jednak niełatwe było znalezienie pustelnika, który zdecyduje się na roczny etat na orbicie w zamian za dwa miesiące urlopu, z czego jeden w szpitalnych kazamatach, aby ponaprawiać wszystko, co szlag trafił podczas misji.

 

Ja? Nigdy nie przepadałem za towarzystwem, a krótki epizod wspólnoty małżeńskiej zakończył się katastrofą i potomkiem, zainteresowanym jedynie wysokością alimentów, plus drobnymi bonusami okolicznościowymi. Praca na orbicie umożliwiała zachowanie społecznego dystansu, a wynagrodzenie wystarczało na rosnący apetyt młodego i jego matki.

 

Wielokrotnie już konsylium lekarskie naprawiało mnie w sterylnych laboratoriach, zdumiewając się, że tak dobrze znoszę kosmiczny bezruch, po czym odsyłali mnie na kolejną zmianę. Najgorsze były pierwsze miesiące. Po powrocie z urlopu lista krytycznych alarmów zdawała się nie mieć końca, a przecież to ledwie dwa, krótkie miesiące bez nadzoru. Ostatnim razem odesłali mnie natychmiast po diagnostyce, bo działo się źle. Gdzieś w mrokach wszechświata nastąpiło oberwanie chmury i w stronę Ziemi poleciał zignorowany przez radary grad pyłów wielkości najwyżej pięści. Narobił szkód bez liku. Łatałem i łatałem, szyłem ledwie dyszące truchła, a głośniki ciągle żebrały o większą wydajność.

 

Uporałem się z masówką ledwie miesiąc temu i nie zdążyłem jeszcze ponudzić się uczciwie. Knułem nawet, żeby wrócić i dokończyć urlop. Upić się przyzwoicie, sprawdzić, jak nogi niosą w przestrzeniach pełnych tlenu, zaznać harmidru w hotelowym kasynie, a może z dziwką pogadać przy kufelku czegoś nie do końca legalnego?

 

- Dobrze, że trafiła mi się ta boja, bo myśli zaczynały się wałęsać niebezpiecznie – pomyślałem, pobierając dane z transpondera. – Czas wziąć się do roboty.

 

Na ekranach pojawiły się dane techniczne dotyczące boi, metryka wyposażenia, wraz z kartą dotychczasowych napraw. Proste urządzenie. Kosmiczna latarnia morska, dzięki której statki mogły kontrolować położenie po starcie i przed lądowaniem, a w przypadku podróży odległych dysponowały silnym, niezakłóconym gęstą atmosferą sygnałem naprowadzającym. Co tam mogło mrugać, to pojęcia nie miałem. Poza tym sygnały świetlne w tym tłoku są jedynie pomocniczym oznakowaniem. Ważniejsze są pozostałe sygnały, których awaria nie dotyczyła.

 

Skoro jednak zaniepokoili się moi pracodawcy należało choć przyjrzeć się problemowi i ewentualnie „wymienić żarówkę”. Wprowadziłem współrzędne lotu i mając godzinę na przygotowania zacząłem przebierać się na spacerek w chłodzie kosmosu, żeby nie marnować czasu na miejscu. Zaparkowałem elegancko, niczym kowboj przed saloonem, lecz zamiast do koniowiązu, maszynę uwiązałem programowo, by grzecznie czekała przed boją na mój powrót. Parskała jeszcze dyszami, gdy człapałem przez próżnię ku blaszanej latarni.

 

- Faktycznie mruga – zauważyłem. – Muszę wyłączyć dyskotekę, bo bije od boi taka łuna, że wzrok musiał rozciągnąć kryteria pojęcia rozpacz.

 

Wyłącznik elektroniczny sterowany drogą radiową nie kolaborował ani z personelem ziemskim, ani ze mną, jednak szczęśliwie projektant pochodził z pokolenia uznającego mechaniczne zabezpieczenia rezerwowe za niezbędne. Widać sparzył się nie raz, zapominając kodów, haseł, czy gubiąc pilota od urządzeń AGD. Solidna wajcha pozwoliła wygasić snopy jaskrawego światła, a dźwięk wyłącznika pożarła próżnia.

 

- To twoja robota? – zaćwierkał wściekły głos w interkomie hełmofonu, a kiedy lakonicznie potwierdziłem dokończył komunikat – Uprzedzaj chłopie, że gmerasz przy maszynie, bo tu sraczki wszyscy dostaniemy. Jak wygląda sytuacja?

 

- Pojęcia nie mam – wzruszyłem ramionami, choć tego widzieć nie mógł. – Dopiero przyleciałem. A światło zdążyło wydrążyć mi w mózgu miliard dziewiczych korytarzy, więc musiałem wyłączyć natychmiast.

 

Włączyłem kamerę na hełmie, żeby sam obejrzał wszystko, na co patrzyłem. Skorupa pancernego żółwia zdawała się być martwą, jednak gdzieś tam, pod miękkim brzuchem tlić się musiały całe baterie półprzewodników, laserowych czujników, skomplikowana telekomunikacyjna pajęczyna pozwalająca na sterowanie i realizację cyklicznych sygnałów w różnych pasmach częstotliwości i długościach fal o parametrach pozwalających na odbiór z wielkich odległości i precyzyjny namiar lokalizacyjny.

 

Domyślałem się, że boja realizowała dwa podstawowe postulaty, przed jakimi stawali żeglarze kosmosu. Po pierwsze sygnał boi musiał być unikatowy w skali szumów wszechświata, bo każda pomyłka nawigacyjna kosztować musiała załogę życie przez wzgląd na odległości. Drugim problemem był bezbłędny namiar. W tumulcie krążących bezładnie sygnałów, poziom zniekształceń i odbić wszelkiego możliwego rodzaju, ugięć fal, dyfrakcji, interferencji sprawiał, że kurs powrotny był zafałszowany. Stąd sygnały zawierały różne składowe, aby z kompletnej wiązki odbiornik wyliczył położenie boi, bez względu na zaburzenia poszczególnych elementów sygnału i aktualizował je w trakcie podróży powrotnej, kreśląc bezbłędny wektor.

 

- A ja właśnie wyeliminowałem jedną ze składowych – pomyślałem z przekąsem. – Światło.

 

- Przestań zachwycać się nieróbstwem – sapnął głośnik – Sprawdź lepiej, czy są widoczne uszkodzenia mechaniczne. Nie! Nie ręką. Najpierw trzeba obejrzeć boję z każdej strony. Może jakiś śmieć się wbił w korpus, wtedy będzie wiadomo, co zostało naruszone.

 

        Opływałem boję bez pośpiechu. Poza standardowymi śladami zużycia nigdzie nie widać było wyrw, śladów pożaru, zderzeń z obcym obiektem czy efektów wewnętrznej eksplozji.

 

- Odkręć pokrywę panelu sterowania – zaburczał głos, nim pływanie wokół tej podstarzałej konserwy stało się nudne. – Sprawdzimy, czy nie siadła elektronika. Oby tak było, bo wymiana kości załatwi sprawę i będziemy mogli wrócić do domu. Znaczy, ja będę mógł wrócić do domu, a ty do swojej samotni.

 

Akumulatorowa wkrętarka poradziła sobie ze śrubami, które skrupulatnie zbierałem do mieszka. Ściganie ich w przestrzeni nie uśmiechało mi się wcale. Kiedy pokrywa wisiała już luźno na jednej śrubie odsunąłem ją i zajrzałem do wnętrza.

 

- Ki czort? – usłyszałem swój głos nakładający się na głos mechanika z Ziemi – Co to do cholery ma być?

 

Wnętrze panelu pokryte było jakąś dziwną substancją o konsystencji kisielu i kolorze oscylującym pomiędzy niebieskim, a zielonym. Mazidło zdawało się falować, jakby oddychało. Ostrożnie wyciągnąłem paluch i trąciłem tajemnicze świństwo. Cofnęło się, rozpływając na boki. Kiedy jednak cofnąłem rękawicę, wróciło na poprzednie miejsce. Spróbowałem chwycić w dwa palce i pociągnąć, jednak broniło się wyraźnie, naśladując gumę do żucia wklejoną we włosy. Pociągnąłem mocniej, chcąc pobrać do analiz fragment tej substancji, kiedy w głośnikach hełmofonu zachrypiało.

 

- Wiesz co kolego? – głos wyraźnie był zaniepokojony – Ty może lepiej już tego nie dotykaj. Zamknij pokrywę najdokładniej jak dasz radę i wiej stamtąd możliwie daleko.

 

- Nie! – zaprotestował drugi głos i z autorytarnego tonu wywnioskowałem, że to ktoś znaczny – Weź boję na hol. Zamontuj cumę i wyprowadź ją na spacer gdzieś daleko. Najlepiej poza układ orbitalny ziemi. Do korpusu przyklej materiałów wybuchowych i nie żałuj. Sprawdź stan zapasów w tej Twojej latającej trumnie i zużyj połowę. Chcę usłyszeć kosmiczne bum w takiej odległości od Ziemi, żeby tylko aparatura je zarejestrowała. Nie chcemy niepokoić mieszkańców wybuchami. Prawda?

 

- Ooo! – a to ci niespodzianka pomyślałem, ale poczułem, jak po plecach płynie mi pot.

 

Myśli zaczęły tłuc się pod czaszką jakby ta stała się zbyt mała dla nich. Odholować? Zniszczyć? Czemu służyć miała druga połowa materiałów wybuchowych? Zaczynałem żałować, że nie poszedłem na zaległy urlop. Nikt bez powodu nie niszczy nawigacyjnej boi. A tym bardziej nie ukrywa, że musi to zrobić, bo wtedy należałoby ujawnić przyczyny. Najwyraźniej plazma zamieszkująca jej wnętrze nie była kisielem. I ktoś na Ziemi WIEDZIAŁ DOSKONALE, czym może grozić kontakt. Jakby na potwierdzenie podejrzeń rozkazujący głos dokończył wątek, którym nerwowo dryfowałem ku zrozumieniu:

 

- Po zniszczeniu obiektu nie możesz wrócić na Ziemię przez dwadzieścia cztery miesiące. Przymusowa kwarantanna, po której przejdziesz na orbicie komplet badań. Nie ma innej opcji – głos zawahał się, ale dokończył, nie pozostawiając niedomówień. – Jeśli spróbujesz wracać bez zgody dowództwa i kompletu wyników… Zestrzelimy cię!

Ekstrakty cz.50

 

Bezwstyd.

Topię kieliszek w wódce. Zachłystuje się i krztusi, ale nie przestaję lać, aż wreszcie zmoczy się pośród niechętnego mu wzroku postronnych. Wilgoć błyskawicznie rośnie w cuchnącą kałużę rzygowin.

 

Agresor.

Pędzelek jest niewielki, ale właśnie nim odważnie odsłaniam szczątki prehistorii. Niegdyś gad pożarłby mnie w całości razem z dłutami i łopatą, gdyby tylko mnie dostrzegł. Dziś pod miękkim włosiem skamieniał ze strachu.

 

Za swoje.

Świat skrupulatnie wychowywał mnie przez dwadzieścia kilka lat, zanim zrozumiał że przyjdzie mu klęknąć. Przede mną. Czy to ja jestem winny, że stworzył potwora?

 

Na złość.

Nienawidził ekologów do tego stopnia, że po śmierci nie zamierzał zostać nawozem dla natury. W testamencie kategorycznie zażądał kremacji, uprzednio latami obżerając się, by maksymalnie powiększyć dziurę ozonową.

 

Kształtny.

- Z TAKIM tyłkiem nie powinieneś krążyć po mieście w obcisłych spodenkach! - Zawyrokowała sędzina, dodając cynicznie, że bez takiego, również, bo wtedy skazałaby mnie za gwałt na porządku publicznym. 

Względność.

 

         Leniwie wygaszam świat mrużąc oczy. Wystarcza mi to, co mieści się pod powiekami. Patrzę, jak się układasz w mikroskopijnej przestrzeni. Zalotnie zakładasz nogę na nogę i bawiąc się kosmykiem włosów szepczesz coś, czego miałem nie dosłyszeć. Świat zmiękł, zmatowiał, horyzont skarlał, by zmieścić się obok ciebie. Skradasz się, opuszkami palców po kolei drażnisz zmysły, jakbyś stroiła kłębuszki nerwów. Kojąco blisko. Bezpiecznie. Boję się westchnąć, żeby cię nie spłoszyć. W cieniu powiek potrafię zmieścić cały kosmos, jeśli tylko tego chcesz.


         Gdy wieczność później kołyszesz mnie na dnie ciepłej dłoni, jak znaleziony okruch bursztynu - beztrosko zasypiam. A może właśnie się budzę?

Księżycowe miasto cz.1

    Starówki mają klimat tajemnic wpisany w kurz wiekowych murów i kryjący się w zagłębieniach między kocimi łbami. Wystarczy tylko, że pogoda się zmieni i niewinny zaułek stanie się przedsionkiem ponurego piekła, by po chwili, rozgrzany skąpym promieniem słońca wypięknieć tak, że chciałoby się tam przesiedzieć całe życie, sącząc kawę, czy jedząc lekko kruszący się sernik na tarasie ogródka kawiarenki zapomnianej przez turystów.

    Miasta powstawały i umierały, jednak zawsze istniała grupa ludzi chcących ukryć przed wzrokiem pozostałych własne, sekretne życie, rytuały, czy zwyczaje. Każda z nich miała zaufanych architektów i budowniczych, często ukrywających prawdziwe sympatię za nieprzeniknioną, oficjalną maską łaskawie panującej podówczas władzy.

    Czytałem. Za dużo zapewne i zbyt rozlegle, żebym mógł zebrać wiedzę skoncentrowaną na jednym przedmiocie, więc polizałem jedynie po wierzchu wszystkiego, co wpadało w moje ręce. Stare inkunabuły na marginesach zdarzeń sugerowały istnienie drugiego dna miast, a wojny odsłaniały geniusz budowniczych, którzy tak sprytnie dzielili przestrzeń, by wygospodarować z niej pomieszczenia i schowki trudne do wykrycia bez szeregu precyzyjnych wskazówek.

    Moje miasto też miało mieć drugie, księżycowe dno. Dzielnice po zachodzie słońca zmieniały się, stając się polem bitwy grup awanturników, pijaków, czy młodzieży spragnionej wykazania przewag nad inną mieszkającą ulicę obok. Ale przecież nie o tym wspominały kilkusetletnie niedopowiedzenia spisane w księgach, za które można było stać się posiadaczem dobrze zorganizowanej wsi, wraz z majątkiem.

    Chodziłem jak wilk, korzystając z pełni księżyca. Snułem się, ilekroć księżycowa gęba świeciła wypryskami kosmicznego trądziku, a niebo pokrywało się łupieżem gwiazd. Gdzieś tu, kryć się miały rzeczy zapomniane. Księżyc obnażał obsączane mury, wypłowiałą dawno, wojenną krew pośród piwnicznych okienek, pajęczyny starsze od najstarszego żyjącego człowieka, lecz nigdy dotąd nie wskazały wejścia w drugie dno.

    Miasto skatowane wojną, w niezrozumiały sposób ocaliło starówkę. Może nawet barbarzyństwo wojny nie śmiało zbezcześcić historii? Każda ze stron konfliktu miała nadzieję wrócić tu po zakończeniu walk i cieszyć się chłodem klimatycznej przeszłości, pełnej niezwykłego piękna, jakie wymaga mnóstwa czasu.

    Nocą każdy krok odbijał się od zacienionych portali, zamkniętych na głucho dębowych bram, od kościelnych wież sięgających przedsionków nieba. Kupowałem buty na miękkiej podeszwie, żeby samego siebie nie spłoszyć zwielokrotnionym echem odbijającym się szaleńczo w tych wąskich, często zapodzianych uliczkach.

    Chodziłem na los szczęścia, skręcając, gdy tylko poczułem, że trzeba. Nie zmuszałem się do uzasadnień. Snułem się jak turysta, który wie, że zdąży zobaczyć wszystko i chce się nasycić widokiem do pełna. Wracałem, gdy księżyc bezgłośnie tonął w nurcie rzeki. Zrzucałem palto i kładłem się spać, drażniąc całonocnym zarostem poduszkę.

    Wstawałem, gdy tylko katedralne dzwony ogłaszały południe. Nigdy nie było mi po drodze ze snem i cztery-pięć godzin uznawałem za wystarczającą daninę na rzecz wieczności. Wstawałem, myłem w zimnej wodzie i robiłem proste śniadanie. Jajecznicę, parówki, albo kawałek bułki z serem. Jadłem, stojąc w otwartym oknie i spoglądając na panoramę miasta kreśliłem w głowie ścieżki następnej nocy.

    Dopiero, kiedy księżyc karlał, wracał mi rozsądek i zajmowałem się codziennością. Mój mały antykwariat nie przynosił szczególnie wielkiego dochodu, jednak turyści szukający niepowtarzalnych bibelotów ratowali mój budżet. To dlatego otwierałem sklep dopiero po obiedzie i trwałem w nim aż do północy.

    Czekałem, aż będą wracać z jednej z wielu knajp, a humor wzmocniony alkoholem pozwoli im na rozwiązłość ekonomiczną. Napiwki przyjmowałem z uśmiechem, jak rzecz należną – mało kto decydował się handlować z podpitym klientem bredzącym sobie znane prawdy w dowolnym europejskim języku. Szczęśliwie miałem słuch doskonały, a nauka obcej mowy przychodziła mi nad podziw lekko. Potrafiłem wespół z każdym zakląć, czy poskarżyć się na los. Wybrać porcelanową figurkę dla narzeczonej, czy starą mapę dla szwagra, poszukiwacza skarbów.

    A kiedy już poszedł ostatni, lżejszy o parę euro, czy funtów – zamykałem sklep, spuszczając skrzypiącą kratę i dryfowałem między te uliczki, które znały mnie na wylot. Przeciąg pełen zapachu gnijących kartofli, czy zbrukany kurzem węglowego miału rewidował mnie niemal na każdym skrzyżowaniu. Bezpańskie koty podnosiły ogon, zaginając jego zwieńczenie, jakby to był peryskop, a ja szedłem na gumowych podeszwach usiłując krokami uspokoić zwierzęta, że nie zamierzam na nie polować.

    Z czasem zacząłem się od nich uczyć miękkości i gracji ruchu. Zatrzymywania się w pół kroku, by nie przegapić dźwięku ulotnego, drobnego, jak przedśmiertne trzepotanie skrzydeł muchy schwytanej w pajęczynę dwie bramy dalej. Nim się spostrzegłem, zostałem zaakceptowany, jak członek tajnego stowarzyszenia. I nawet krwią nie musiałem znaczyć przymierza. Witaliśmy się i nie przeszkadzając sobie wzajem, szliśmy do swoich zajęć.

    Moja twarz pokryła się bruzdami, a włosy spopielały nie wiedzieć kiedy. Krok jednak wciąż miałem wystarczająco sprężysty, żeby kontynuować beznadziejne zdaje się poszukiwania. Wtedy, nim prysły złudzenia pojawił się w moim sklepie człowiek, chcący rozstać się z księgą pachnącą bardzo starą skórą okładek. Głód potrafi odrzeć człowieka z godności. A on był bardzo głodny. Wstyd mi było kupować tę księgę, bo warta była niemal tyle, na ile zuchwale wyceniłbym mój antykwariat, ale się upierał, choć nakarmiłem go zanim dobiliśmy targu. Siedział w mojej malutkiej kawalerce, przy otwartym oknie i kończąc ogryzać lichego kurczaka wyjaśniał, że musi.

    Dałem mu wszystkie pieniądze, zapraszając, by mnie odwiedził, kiedy się skończą, ale machnął ręką. Domyślałem się, że nie wróci nigdy, choć krzyczałem za nim, by zapamiętał adres. Poszedł cichutko i gdyby nie leżąca na stoliku księga – uznałbym, że to był omam.

    Nie potrafiłem się powstrzymać. Czytałem, machając ręką na przepadający zapewne zysk. Obracałem karty wykaligrafowane wprawną, dawno zapomnianą ręką. Dotykałem delikatnie grafik przedstawiających detale z elewacji, bluszczowe zwieńczenia marginesów pięknie wyeksponowane monogramy otwierające niczym kwiaty tajemnicę piękna i treści aktualne przed wiekami. Zatonąłem, dałem się porwać pasji i chęci ujrzenia świata takim, jakim był dla najwyraźniej zakochanego w swoim mieście autora.

    Dopiero, gdy skończyłem czytać, gdy wiatr osuszył mi czoło spotniałe z emocji, a rozum zaczął wracać na swoje miejsce zacząłem podejrzewać, że czytałem o swoim mieście. Że te detale, które autor księgi tak pięknie przedstawił – widywałem podczas nieskończonych, nocnych włóczęg. Mniej wyeksponowane, zakurzone, pozbawione ostrych rysów, ale wciąż istniejące na portykach, czy w fałszywych wnękach okiennych. Od emocji zakręciło mi się w głowie i zimna woda ledwie utrzymała mnie przy świadomości.

    Siedziałem zanurzony w ciepło wysłużonego fotela i nie miałem sił, aby się ruszyć. Autor znał miasto, jak nikt ze współczesnych. Sięgnąłem po księgę i czytałem znów i znów. Noc zgasła nadaremnie, a ja obracałem karty, aż zasnąłem nad otwartą księgą.

    Śniło mi się miasto. Moje, a jednak nie do końca mi znane. Było bardziej kolorowe, żywsze i pełne zapachów mieszających piękno i szpetotę w tygiel bukietu, jakiego znać nie miałem prawa. Śniłem miasto autora księgi. Chodziłem wąskimi uliczkami, kluczyłem, jak kluczyłbym podczas pełni. A w moim śnie? Podniosłem wzrok powyżej tympanonów, w wąziuteńką szczelinę perspektywy między kamieniczkami.

    Niebo było zimne. Fioletowo-czarne, tłuste, zamszowo nieprzeniknione. Pojedyncze gwiazdy tylko podkreślały mrok, a ciemna strona księżyca wypięta była wulgarnie w stronę ziemi. Jedyny promyk, który przedostał się przez tę nocną potęgę połaskotał mnie w nos i sięgnął najbliższego mi okna, otwierając przejście.

    - Więc to tak! – aż się obudziłem z emocji – O to chodziło! Przejście otwiera się nie podczas pełni, lecz w nowiu! W chwili, kiedy ostatnie drgnięcie światła wskaże niezawodnie drogę do tam, albo z powrotem!

    Księga spadła mi z kolan, a ręce drżały, jak szaleńcowi. Jak maniakowi, który przed śmiercią głodową odnalazł skarb. Dobiegłem do okna, za którym szarzał kolejny już świt. Sierp księżyca wygładzał właśnie toń rzeki mruczącej mantry wędkarzom skulonym w nabrzeżnych trzcinach.

    - Muszę poczekać. Do nowiu dobry tydzień… - westchnąłem.

    Odłożyłem księgę i podreptałem do antykwariatu, by otworzyć go mimo poranka. Nie umiałem zostać w domu. Musiałem dać ciału zajęcie, żeby nie pobiec już teraz szukać wejścia.

    - On wiedział – szeptałem przy tym – wiedział, że szukam i przyszedł, aby dać mi wskazówkę!

poniedziałek, 7 lutego 2022

Wróg u bram.

 

        Stawiam kreskę by oddzielić to, co było, od tego co ma nadejść. Długo i raczej bezmyślnie gapię się w papier, bo przecież kreska nie posiada specjalnej wartości, prócz tej, którą usiłuję jej nadać. Mizerna granica dzieląca nicość na dwa kawałki o nieznanej wielkości. Kreska nabiera życia dopiero wtedy, kiedy pojawia się pierwszy przemytnik – nie wiem, co niesie w saczku, ale najwyraźniej chce nielegalnie dostarczyć towar na drugą stronę. Napinam kreskę, żeby zadźwięczała niczym struna. Stawiam węzły, jak wartownicze wieże. Szmuglerów przybywa. Nocą, kiedy stają się najzuchwalsi – atakuję! Osaczam ich i biorę na spytki. Kręcą. Jąkają się. Każdy dźwiga jedno wspomnienie.

piątek, 4 lutego 2022

Nie dzieje się nic.

     Pisklęta w grubaśnych kurtkach biegają wokół placu, szczebiocąc radość bez końca. Trochę przypominają kosy, które podobną zabawę preferują w miękkim cieniu przedświtu. Jakieś psy ziewające bezwstydnie, gdy jedną nogą trącają niebo ogrzewając własnym ciepłem korzenie wystrzyżonych na jeża drzew. Zwilgotniałe chodniki kuszą przechodniów do spacerów pod okiem chylących się na wietrze tui. W migotliwym blasku telefonicznych monitorów skrywają się tajemnice i intymności na sprzedaż względnie wymianę. Aż się prosi, by opowiadać historie, które się nie wydarzyły, choć mogły.