środa, 13 kwietnia 2022

Rozwój.

 

         Znienacka na świat wypełzła tajemnicza choroba, atakująca jednocześnie układ pokarmowy, krwionośny i nerwowy. Słowem – wszystko co w człowieku kipi, rozproszone po najskromniejszym jestestwie, stało się targetem bakcyla. Może nawet sumieniu oberwało się odłamkiem, gdy nieopatrznie pochyliło się nad erozją ciała. Naukowcy bezsennymi nocami szukali skutecznego antidotum, służby wyspecjalizowane drążyły pochodzenie źródła zarazy. Wreszcie zbiorowy wysiłek ogłosił przełom wywiadowczy. Choroba wysączyła się z radia i telewizji. Zainfekowała tłumy przez oczy, nosy bądź usta. Ciężko odizolować pacjentów przy tak zdefiniowanej ścieżce dostępu. Pozostało drastyczne wygaszenie sygnałów.

 

         Choroba, niczym karaluch, błyskawicznie pokonała tę niedogodność. Zmutowała, siejąc pomór przez Internet i mobilną sieć telefoniczną.

wtorek, 12 kwietnia 2022

Odmieniec.

 

W dwa palce chwytam szew nocy, by pociągnąć. Bezskutecznie. Pomagam sobie zębami, dopiero wtedy puszcza. Krwawi lepką słodyczą, jakby miazgą fig. Wypływa coraz mocniejszym strumieniem, zmieniając się w granitową rzekę. Z wnętrza wystaje fragment materii. Jakby kawałek skórzanego wora, czy wewnętrzna strona żołądka. Dzięki temu granitowa sieczka ciurka mniej intensywnie. Ciągnę pęcherz, żeby całkowicie zablokować wypływ. Materiał jest niebywale śliski, usiłuje wymknąć się chwytowi. Zaciskam pięść, ciągnąc z całych sił. Coś zapiszczało i niespodziewanie noc wywinęła się na lewą stronę! Dziwną. Nieużywaną. Chyba była zaskoczona równie mocno, jak ja. Błyskawicznie zszywam ranę stalowymi zszywkami, żeby nie powróciła do pierwotnej postaci.

Zobaczymy?

 

Ludzkość poukrywała się w katakumbach, a mnie jakoś ciągnęło pomiędzy. Poszedłem, rozglądając się dyskretnie. Minąłem przystanek inwalidów – tak go nazwałem, gdy wśród wysiadających każdy cierpiał wyraźnie. Pierwszy okulał, drugi przypominał mumię w wersji dla początkujących adeptów sztuki bandażowania (czy może krępowania?), kolejni na twarzy wypisane mieli martyrologie godne Golgoty przemnożonej przez seanse współczesnych sal tortur. Indywidua snuły się, wpadały na siebie i kotłowały jakby ich błędniki doznały trwałych uszkodzeń. Minąłem szerokim łukiem, wchodząc do parku, schwytanego w sieć asfaltowych jezdni i dogorywającego powoli. Pośród martwych drzew ptasi harmider, a dołem wiewiórki bawiły się w chowanego z tyralierą szpaków. Wrona schowana za pniem dorodnego buka dreptała z niecierpliwości i wstrzymywała oddech, żeby jej nie wykryło plemię srok. Ludzkie pisklę płoszyło pulchne gołębie grzywacze wąchające kaczeńce, czy inne zawilce. Na drobnej skarpie wyroiły się fiołki, których wcześniej nie widziałem. A w chaszczach nieużytków zakwitły klony srebrzyste, brzozy pełne brodawek, leszczynowe witki i wiśniowe śliwy. Zasypiający mimo ulicznego jazgotu żydowski cmentarz, uzbrojony w kaganiec świeżo naostrzonych drutów kolczastych beztrosko pozwalał bluszczom przytulić się do nagrobków i drzew, które czas rozebrał z kory. Minąłem młodą mamę z warkoczem ufarbowanym na słomkowo. Gdy pochylała się nad kwilącym narybkiem, zainicjowała (ech, ci faceci!) ciąg pluszowych myśli, skłaniając mnie do konstatacji, że musiała zmieścić w odzieży całą masę urody, co być może nie bywa łatwym zadaniem każdego poranka. Słońce wygryzało ze mnie nawet wspomnienie wilgoci, a wiatr gdzieś się zapodział i ani gwizdnął, na przechodzące przedszkolaki, czy plandekę ciężarówki inkubującej nieznaną zawartość na pobocznym parkingu. Plandeka ozdobiona została tajemniczym napisem: TRAWOŻERY, jednak nie wiem, czy się wylęgną tutaj, czy pojadą gdzieś dalej.

Diagnoza.

 

Mgła znad Rzeki wstała dość wcześnie i usiłowała niepostrzeżenie wślizgnąć się do Miasta. Może na zakupy, albo na poranną mszę? Szczęściem sroki były czujne i patrolując obrzeża miejskie darły się w niebogłosy, kiedy tylko mgła zbliżała się do okien sypialni. Wtedy dopiero wstało słońce i rozprawiło się z mgłą, unicestwiając ja na miejscu. Nie zmieniło to faktu, że na chodnikach nadal pusto. Bezludne Miasto – to jakaś forma obłędu?

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Wyznanie analfabety.

 

- Pragłem jafnie zanóżyć się f tfych hentnyh, tóstyh opfitościah; fahowo – tononc w beskresie sópteltnej piesczoty, poczółem się otfwarty, niby agrawka. cósz – trfałaś zawziencie poza zasiengiem wrarzliwości matriksa, bońć w oflajnowej wymufce horup pogranicza. Ósiłowałaś rosdziewiczyć sie pokontnie, własnom dłoniom, ignorując mojom asyste. Ordynarnie naga, opca, odległa tróhłą japonskich bóstw. Pahłaś skfaśniałym suszi, kfasem niepukanego tfarogu, mażeniami, do jakih nie dorosłaś. rzenójonco óboga - tusta uwdzie, huda indziej. Żygać sie hciało, nim rence wyciongnogłem, a pszecierz rokowałaś siociowom zajafkom, pośrut zaófanyh funfli tszepiomncyh fióta w karzdo noc. Merdałem wufczas ogonkiem, bendondz martfym. Martfy Kopaliński dronżył tymczasem dylemat 

- Zgżeszymy nocom?

 

Pojedynek magiczny.

 

- Qerblium inquosam – zakląłem, licząc, że skarcę podwodną mątwę, lecz ona dryfowała swobodnie, ignorując umiarkowanie zachmurzone niebo, jawnie sugerując obelgę mojej gorączkowej inwokacji.

 

Usiadłem na zadzie dumając nad bardziej wyrafinowanymi zaklęciami.

 

- Ixxxyglium pantevotam! – pozostało bezbronne wobec klątwy…

 

- Theobrasuso completicux! – najbardziej radykalna szansa zawiodła i pozostało się poddać, gdy wpadł mi do łba pomysł zaiste szatański:

 

- Urośnij wreszcie franco! – wrzasnąłem, wątpiąc w niepokalaną siłę instynktów, poród smrodu płomieni daremnych, i wstąpiłem na gnilną krę, aby skroplić negatywne emocje w otmęcie dna ruczaju.

 

Było potwornie zimno, a ja cieszyłem się sławą najbardziej krwiożerczego samca, otoczonego chmarą kamer. Niestety – bezzasadnie…

Czerw. (18+)

 

Nie bywam łatwy. Tym bardziej lekkostrawny. Udaję, jak potrafię, gdy świat przenika mnie, zmuszając do prostytucji. W jaźni tłumię emocje, którym bliżej do zaśmiecających swojskie chodniki łaciną wykrzykników:

 

- KURWA!

 

Lękam się głębi natłoku oficjalnych sensacji. Ulegam rozwolnieniom, czytając nagłówki wirtualnej, nierzeczywistej codzienności. Nawet nie(d)oceniony PROFESOR MIODEK dotychczas nie wymyślił jeszcze eleganckiego słowa, wyrażającego mnie w mniejszej liczbie zgłosek. Jeden zaledwie wykrzyknik nie odda wystarczająco poziomu ekspresji, lecz onegdaj skarcony przez badaczy pisma - trwożę się powielać wykrzyknik dążący do ideału trójcy.

 

Rzeczywistość jątrzy intymność poranka. Może to iluzja? Broniąc się przed przemocą, krzyczę, nim dzień sczeźnie daremnie:

 

- KURWA!


Wyzłocony i dopieszczony.

 

Na skarpę nieopodal bunkra, chwilowo zaadaptowanego na muzeum sztuki współczesnej, wypełzła ławica wygłodniałych narcyzów, bezwstydnie karcąc świeżutką zieleń trawnika. Ostatnie krokusy musiały się przesunąć, szczególnie, kiedy do rozpychających się i wszędobylskich forsycji dołączył jeszcze złotlin japoński, by pulchnymi różyczkami słońca rozjaśnić północną elewację kamienicy pamiętającą czasy jedynie słusznych prawd. Oglądam zmasowane przemarsze niewiast o mocno zarysowanych łydkach i zachwycających kształtach zawierających obfitą masę kobiecości. Być może niektóre sądzą, że ciut zbyt hojnie skrojoną, ale przecież - wciąż uroczą. Patrzę na narady obcych, knujących w skupieniu plany konsumpcyjne na dzisiaj, gdyż ze względu na politycznie zbyt młodą porę, nieaktywne są jeszcze darmowe karty dań w markowych jadłodajniach, a te uboższe jadłodajnie, syci z wrodzonej łaskawości skrzętnie omijają, by nie drażnić ubogich odzieżą o ugruntowanej na świecie renomie (czytaj wartości). Mijam szczypiorek w czarnym kapeluszu - młodziutką pannę, o odnóżach zbyt długich do noszenia wątłej reszty, kloszarda o twarzy czerstwej, przypominającej pozimowe jabłuszko zasysającego ciepły dym z elektronicznej ssawki, samiczkę koali wtulającej maluteńkie rączki w ciepło maminych piersi. Zerkam na wiotką ekspedientkę prowadzącą nierówny bój na nieszczere uśmiechy z krzepką klientką, na rumiane jabłuszka leżące w nieskończonościach nieużytków, a choć stanowią trójce słynącą z doskonałości – tylko jedno nosi ślady kłów. Obserwuję gimnastykę furmana stalowego zaprzęgu na autobusowej pętli. Ciało naznaczone dostatkiem i pokuta siedzącego trybu życia, któremu brak ruchu doskwiera bardziej, niż szprotkom utkanym w pancerny uniform. Z tej niepełnosprawności ukrywanej przed lekarzem pierwszego kontaktu skorzystała różowo-czarna istota, płci chyba odmiennej od mojej, zarażając wnętrze własną obecnością niczym róża zakwitła na pogorzelisku. Ignoruję maluteńkie szyszki, którym udało się popełnić samobójstwo na betonowym chodniku, bosmana rozkołysanym krokiem odpychającego chłód poranka, dzieciaczki brnące z mozołem do trudu codzienności, pośród restrykcyjnie dławionych rodzicielską ręką fanaberii, czy ekspresji. Zachwycam się kwiatami sam-nie-wiem-czego. Trzmielina miododajna, czy pigwowiec japoński? Zbyt szybko świat się przewijał przed oczami do wiarygodnej diagnozy. A co mi tam! Grunt, że jechałem z miodem na czubku języka!

niedziela, 10 kwietnia 2022

Ekstrakty cz.55

 

Loteria.

        Chciałem się zdać na los i rzucić kośćmi, żeby ustalić magiczny bieg przyszłych zdarzeń. Astragalomancja nie wspominała, że kości powinny być luźne, więc zszedłem do piwnicy, przynosząc wszystkie, które ukrywałem od lat, złożone w schludny, nieco przykurzony komplet. A konkretnie, w szkielet.

 

Ostrożność nie zawadzi.

        W pubach, raptem o rzut lotką od nosa barmana, wisi zwykle mocno zużyta tarcza. Sport ekstremalny, szczególnie po paru kuflach Guinessach, czy szklaneczkach Bushmillsa. Wytrawny barman przed wydaniem lotek sprawdza ukradkiem, czy klient nie cierpi na kataraktę, bądź rozbieżnego zeza.

 

Dowód miłości.

        Kiedy wyrzuciłaś do kosza wibrator – ten sam, który dostałaś od koleżanek na osiemnastkę w ramach żartobliwego prezentu (najpierw trzymanemu głęboko w szufladzie jako pamiątkę, a później namiętnie eksploatowanemu podczas samotnych nocy) – zrozumiałem, że naprawdę mnie cenisz.

 

Krasomówca.

        Pytałaś, dlaczego milczę tak niewzruszenie, a przecież wymogłaś na mnie solenne przyrzeczenie, bym nigdy więcej nie skłamał. Dziś, zupełnie szczerze, zamierzałem ofiarować ci jakiś ładny komplement. Nic nie poradzę, że ani jedno słowo nie okazało się godne, aby opuścić usta.

 

Bezduszny.

        Miałaś oczy wypełnione łzami, kiedy paliłem w piecu twoją kolekcję książek, meble po prababci, czy piękne, letnie sukienki. A jednak widziałem w nich głęboką wdzięczność, że robię to, na co sama, z sentymentu, nie zdobyłabyś się nawet w obliczu śmierci. Było koszmarnie zimno.

piątek, 8 kwietnia 2022

Wyznanie.

 

       

A gdybym dziś właśnie powiedzieć miał KOCHAM, wystarczyłby mi zapach prześcieradła, ciągle pachnącego Tobą. Znalazłbym włos wciąż drżący i pełen tajemnic, o których nie zdążyliśmy porozmawiać, nim emocje wystygły, pozwalając nam zasnąć bez pojęcia, w kołysce wzajemnych ramion. Szukam rozmytych śladów na własnej skórze i w książkach stojących odwiecznie pod skrzydłami regałów.

 

A gdybym dziś właśnie powiedzieć miał KOCHAM, wystarczyłby mi obraz Ciebie w lustrze, jak poprawiasz makijaż przed wyjściem, albo sprawdzasz, czy nie staniesz się niechcący sensacją biurowych plotek, bo właśnie wyjęłaś z szafy nową sukienkę, która chwilowo niechętnie otula Twoje wątpliwości kreską obcej wyobraźni. Wystarczy że znikniesz na chwilę, a już muszę zamknąć oczy, udając że wciąż jesteś na wyciągnięcie ręki.

 

A gdybym dziś właśnie powiedzieć miał KOCHAM, wystarczyłby mi smak minionej nocy, okraszony spełnieniem wykrzyczanym w sufit samotnego sąsiada, który być może oszalał z zazdrości, bo teraz trwa cisza kamienna, niezmącona, styczniowa. Wargami zebrałem najdrobniejsze kryształy rodzące się w zamęcie współistnienia, bym mógł je teraz, po jednym wybierać czubkiem języka, licząc, że wystarczą na dowolnie długie zawsze.

 

A gdybym dziś właśnie powiedzieć miał KOCHAM, wystarczyłby mi dotyk, jakim oddzielam ciepło Twojego ciała od nieskończonego zimna zewnętrza. Dłonią potrafię już wymodelować każdą wypukłość i najdrobniejsze wklęśnięcie. Bliznę, o której dawno zapomniałaś, lub wczorajszego strupka. Wystarczy tylko, że świat pozwoli nam zapomnieć o sobie, milcząc wyniośle nowym, luksusowym dzwonkiem telefonu.

 

A gdybym dziś właśnie powiedzieć miał KOCHAM, wystarczyłby mi krzyk spełnienia, kiedy bezwolnie mordujesz dłońmi prześcieradło, zaciskając w spazmie palce i kalecząc je do krwi. Żadna pralka nie upierze go wystarczająco, by zapomniało tę krzywdę, lecz ono poprosi o jeszcze. O więcej, o wszystko, byle trwać z Tobą w ekstazie, która nie zna czasu i przestrzeni. W takim krzyku rozpuszcza się szkło, a fala uderzeniowa rodzi gniewne burze na powierzchni słońca.

 

A gdybym dziś właśnie powiedzieć miał KOCHAM… zabrakłoby mi zmysłów, bo przecież... czym jest zaledwie pięć dostępnych mi wymiarów, wobec nieskończoności wrażeń? Nie potrafię, choć uczę kaleki język wciąż nowych słów, patrzę przenikliwiej i bardziej subtelnie. Zazdrościć mam babiemu latu? Dmuchawcom na wietrze? Nie! Niech to one mi zazdroszczą, bo potrafię powiedzieć ubogie KOCHAM CIĘ, nie dbając o rozpiętość słowa, aby nieudolnie scalić w sobie niepospolitość magii współistnienia.

 

A jeśli teraz powiem KOCHAM – czy dosięgnie choć cienia Twojego istnienia? Uwierzysz? Poczujesz jego ciepło rozlewające się tam, gdzie dotrzeć zdołamy dopiero pojutrze? Muszę chociaż spróbować, nawet, jeśli to będzie jedynie jąkanie nieśmiałego nastolatka o buzi pełnej pryszczy do tej... najpiękniejszej:

 

KOCHAM CIĘ!