poniedziałek, 16 maja 2022

Ekstrakty cz.60

 

Daremna przezorność.

        Na czarną godzinę trzymałem garnitur czarniejszy od nocy i koszulę krochmaloną, żeby w godzinie próby nie wyjść na dziada i wyszczotkowane lakierki, na których słońce potrafiło skrzesać niejedną iskrę.

        A teraz przyszedł pryszczaty młodzik z pepeszą i iść każe. Bez walizki. Pod mur za rogiem…

 

Trening czyni mistrza.

        Plaga żebraków stanowi ozdobę wielu polskich deptaków, portali zabytkowych kościołów, czy schodów na bulwarach nadrzecznych. Warto przyglądać się ścieżkom obdartusów, bo doświadczenie może okazać się przydatne. Następną mutację stanowić będą zapewne szabrownicy. Cud gospodarczy nie potrwa wieczny.

 

Wspinaczka finansowa.

        Dawno już zapomniałem o sezonowych owocach, rarytasach z dalekiego świata, potrawach wyrafinowanych, podanych na tacy przez kelnera w pięknym uniformie. Ugrzęzłem w promocjach, okazjach i przecenach nadpsutych wiktuałów. Groźny wzrok z telewizora beszta mnie, przypominając że VAT musi wrócić!

 

Naturalny wybór.

        Nie przyznam się, że chuda ekonomia wymusiła bolesny wybór, kładąc na szali leczenie chorego zęba, albo zakup środków przeciwbólowych wystarczających całemu ciału na miesiąc. Rozum zaprotestował przeciw szlachetnej idei uratowania czarnej owcy kosztem przetrwania reszty. Przecież nie jestem Bogiem.

 

Samotnik.

        Zamknęli mnie w czterech ścianach pustego domu, żebym bliskim kłopotu nie sprawił samą obecnością. Na dwa lata zatrzasnęli drzwi, podpierając je mnóstwem strachów i rygorów. Najpierw zapomniałem jak smakuje towarzystwo, potem czułość, choć każdej nocy tuliłem coraz chudszą poduszkę.

Prasówka cd.

 

        Mam wrażenie że żyję w krainie absurdu, ilekroć zacznę czytać oficjalne wieści z frontu. Dziś pozbawiła mnie tchu informacja, jakoby bezczelność Rosjan posunęła się tak daleko, żeby po raz kolejny podstępnie ukąsić nasz umiłowany kraj. Twierdzą, że trzydzieści laboratoriów biologicznych od lat skrycie robiących doświadczenia nad Bóg wie czym, korzystając z amerykańskich dotacji zostało w przededniu wojny ewakuowanych z terenu objętego „operacją specjalną”. Jak się okazało – wojna nie była zaskoczeniem dla nikogo poza plebsem – wielcy wiedzieli i nawet uprzedzali kogo trzeba, dlatego ewakuację toksycznej zawartości można było przeprowadzić bez zbędnego chaosu, czy ataków paniki w trakcie wrogiego nalotu.

 

        Gdzież można było bezpiecznie ewakuować zarazę? Raczej nie do sponsora, bo kto wie, jak brzydkie rzeczy potrafią się zerwać z uwięzi. Lepiej patologie składować możliwie daleko od własnych salonów. U nas potrafi bez wieści zaginąć ekonomia, bogactwa naturalne i rozsądek, a co dopiero jakieś tam wirusy, niedostrzegalne nawet przez babciną lupkę. Trudno o lepszą stajnię Augiasza. Wystarczy zachwyconą braterskim zainteresowaniem Wielkiego Brata zza oceanu elitę polityczną poklepać po pleckach i obiecać resztki z własnego militarnego śmietnika za miliardy dolarów (żeby taniocha nie przewróciła głupim sojusznikom we łbach), a sami zaopiekują się kukułczym jajem z pieczołowitością Matki Polki.

 

        Barbarzyńscy Rosjanie tymczasem oskarżają nas twierdząc, że Polski Instytut Medycyny Weterynaryjnej maczał paluszki w tym procederze. Jak dementuje autorka oburzona perfidią niecnej insynuacji – taki instytut nie istnieje. Nie przeszkadza jej to w kolejnym zdaniu przytoczyć wypowiedzi szacownego pracownika w randze profesora zatrudnionego w Instytucie Medycyny Weterynaryjnej z siedzibą w Toruniu, który odniósł się do sprawy, potwierdzając oficjalną współpracę z Ukrainą, resztę pieszczotliwie nazywając bełkotem.

 

        Oburzające! Każdy, kto ma w głowie odrobinę oleju dostrzega różnicę i absurd podobnych podejrzeń. Ja, mimo braków w wykształceniu, natychmiast odkryłem różnicę – Instytut nie jest polski! On tylko jest zlokalizowany w Polsce! W krainie wszechobecnej tolerancji i pobłażliwości dla rzekomych „zachodnich” inicjatyw. Nieładnie sobie poczynasz rosyjski generale, oj nieładnie! Jakie to szczęście, że zatrudniamy czujną redaktorkę serwisu informacyjnego.

 

        Oczywistą oczywistością, jest, że skoro nie ma u nas Instytutu, to tym bardziej nie ma plugawych, przesiedleńczych laboratoriów, że o podejrzanych wirusach ledwie napomknę!

Świergocząc i gruchając radośnie - nurzam się w wiośnie.

 

        Dyżurny kos, zamiast na bocianim gnieździe śpiewać pobudkę – poszedł na wagary. A może zaczyna zmianę dopiero za dwadzieścia minut? W winoroślach drą się wróble. Gołębie stoją niczym pomniki na okolicznych gzymsach. Jerzyki piszczą w nowo zasiedlonych gniazdach przylepionych do górnych krawędzi okien. Szpakowate zastępy roją się gdzieś pośród czubków brzóz. Niegroźnie ranne słońce biega po widnokręgu i zagląda ludziom w oczy.

niedziela, 15 maja 2022

Ekstrakty cz.59

 

Przezorny.

        Poza zasięgiem zębów głodnego owczarka, z wysokości parkanu liczyłem czereśnie w cudzym sadzie. Te najwcześniejsze, na wpół zielone jeszcze. Podarłby mi spodnie niechybnie, jednak szpaki szybciej dopadły drzew, ogryzając je do ostatniego owocu.

 

Zapobiegliwy.

        Lepiłem kule, głuchy na świat judzący każdego przeciw innemu. Wiedziałem doskonale, co w końcu zdarzyć się musi. Formowałem je w domowym tygielku i utwardzałem, skrupulatnie sprawdzając, czy pasują do wnętrza lufy dziadkowego obrzyna.

 

Wyrozumiały.

         - Bestia – krzyczałaś do mnie, gdy kopniakiem łamałem żebra zdziczałemu psu – bezduszny morderca!

        Potem, w półmroku przygasającego ogniska, cichutko ogryzałaś kosteczki, okrywając zawstydzone skrupuły cieniem dojrzewającej nocy.

 

Nieufny.

        Mówił, że zaoszczędzę, kusił, że zarobię. A przecież wiecznie namawiał mnie na wydawanie fortuny. Pewnie głupka chciał ze mnie zrobić, naciągacz jeden!

 

Zagubiony.

        Nie raczyła uwierzyć w mój zachwyt, kiedy zachłannie scałowywałem z jej ciała bieliznę w zaciszu sypialni. Wiecznie gderała że jest gruba i pomarszczona, że tylko ślepcowi spodobać się może, aż zawzięła się i schudła mi na złość chyba. I sam już nie wiem, czy lepiej odejść, czy oczy sobie wyłupić?

piątek, 13 maja 2022

Wściekłość.

        - Czy Ukraińcy zbiegli do Polski, to naprawdę zaszczute przez Rosję istoty, z podkulonym ogonem zwiewające przed koszmarem wojny? Wciąż OBCY? A może to okupanci, nowi obywatele, jutrzejsi „SWOJACY”? Albo nowa Rasa Panów? PESEL już mają, przywilejów tyle, że sarmacka szlachta kipi gorączką w grobach, a żyjący w biedzie tubylcy pokornie ustawiają się w kolejce do dowolnego lekarza, przepuszczając „uprzywilejowanych” bez słowa skargi. Wybory (chyba) kiedyś będą… Im później – tym gorzej, bo uprawnionych do głosowania przybywa każdego dnia, a tutejsi uciekają dokądkolwiek, jeśli tylko potrafią odnaleźć bezpieczny port daleko stąd. W moim Mieście nikt już nie kontroluje biletów w komunikacji miejskiej, bo podróżni mają więcej paszportów, niż wydano kart miejskich, pozwalających płacić nieco mniej mieszkańcom, których podatki łaskawie zasilają kasę lokalnego samorządu. Boję się, a strachów rośnie we mnie coraz więcej. Czytanie wieści z najbliższych okolic pozbawia mnie złudzeń – zostałem skazany i odmówiono mi prawa protestu. A celebryci rodem ze zwycięskiego Wołynia coraz zuchwalej drą mordy głosząc hasła ichniego rozumienia tolerancji – jeszcze Polaczek będzie mi buty czyścił.

 

        Oby na moich dzieciach/wnukach żaden z nich nie ćwiczył się w demonstracjach, jak za Bandery wyglądał „Polski Orzeł”. Takich mamy braci, jakich sobie wybraliśmy – a mówią, że „rodziny się nie wybiera”. Mogliśmy być mądrzejsi. Mogliśmy… kurwa!


czwartek, 12 maja 2022

Konsumując czas.

 

        Wystarczy odrobinę chcieć, żeby dostrzec to, co zwykle umyka, bo zbyt małym się zdaje, żeby głowę zawracać pośród zawieruchy każdorazowych dziejów.

 

        A tu mamusia z trójką narybku (w tym jedno przytroczone chustą do biustu) ścigała autobus, na który wyszła odrobinę za późno. Dzięki uprzejmości kierowcy – zdążyła, a ja zdążyłem dostrzec spożywczą plamę ozdabiającą jej spodnie na wysokości wybieganych pośladków. Ileż samozaparcia mieć trzeba, żeby w taki dzień wystroić się w czarny prochowiec? Na sam widok jakaś postronna niewiasta zaczęła wzmacniać organizm napojem energetycznym, inna łapczywie zassała kawę przez eko-słomkę z papierowej tytki. Wyjrzałem przez okno, a tam dorodna matrona dyrygowała własnym marszem z wielkim zapałem i wprawą zawodowca. Czym wobec tego być mógł śpiew dziewuszki dzierżącej rozbrykaną hulajnogę pod niezbyt ciężkim butem?

 

        Złotokapy oszalały i budzą nawet kaprawe oczka ludzi zapyziałych od trudu istnienia. I rzepak dołączył, paląc kres widnokręgu płomieniem gorącym niemal jak słońce. Podglądam lokalny Manhattan, wijący się w ukropie remontu czując, że traci deptak sławny w Mieście równie długo, jak w Sopocie molo. Most – jeden z najpiękniejszych w Mieście także przechodzi właśnie zabiegi pielęgnacyjne. Rusztowania wspięły się powyżej łuków kratownicy która być może straci swój słoneczny blask na rzecz hołdu przeszłości. Przed gmachem głównym Politechniki, na ławeczkach z widokiem na Rzekę, trwają debaty w sprawach ważkich dla świata i absolutnie pierwszoplanowych. Gorączkowe, lecz pozbawione wrogości. Ignorujące otoczenie, pośród którego piękno kobiet wzrasta raptownie, multiplikowane ich zachwytem, jaki wzbudzają znienacka sennie kołyszące się na leniwej fali barki turystyczne, uwiązane do jednej z wielu miejskich marin.

 

        Patrzę, jak pod spoconymi klonami i dziurawymi od apetytu dzięciołów wierzbami mknie cyklistka w bluzeczce, której biel tak doskonale przykleiła się do jej figury, że tylko podziwiać ideał kształtu. Jednak pan, w spoconej koszulce z termoaktywnych materiałów, właśnie zajechał na śmierć swoje mięśnie i zamiast biec z wdziękiem – drepce koślawo, zgięty niczym paragraf i absolutnie nie dostrzega mijającego go piękna. Na bulwarach wygrzewa się każdy, kto tylko zdoła. Studenci i emeryci, zakochani wczoraj zaledwie i ci, którzy dopiero pojutrze poczują miętę. Nikomu nie przeszkadza letarg nadrzecznej knajpy z rozrzuconymi między drzewami leżakami i stołami zbitymi w naprędce z palet po materiałach budowlanych. Wszyscy wsłuchują się w gwar ptasich treli z drugiego brzegu, gdzie człowiek jeszcze nie zdołał wyprofilować przyrody na własną modłę.

 

        Rozglądam się i wciąż nasycić nie potrafię, a Miasta przede mną całkiem spory kawał jeszcze. Wtedy dostrzegam siniaczka w kształcie włoskiego loda – tego kręconego, który ścieka śmietaną aż po łokcie, kiedy nosiciel nie przykłada się do lizania. Idę, a odpoczywający na chodniku gołąb kompletnie mnie ignoruje, choć niemal na ogon mu nadepnąłem. W szuwarach na brzegu świergoli tercet wirtuozów i najwyraźniej tęskni za kimś kim nie jestem. Wreszcie dostrzegam jednego osobnika, lecz bez wsparcia wszechwiedzącego Internetu nie potrafię przyszpilić śpiewaka. A tu okazuje się, że to był po prostu trzciniak! Kto nie słyszał – niech spróbuje, bo wiele ma do powiedzenia.

 

        W kazamatach podziemnych przejść stygnę z euforii. Oglądam niedoświetlone dzieła artystów z kręgu graffiti i tych, którym miano artysty najwyraźniej utkwiło w gardle kością blokującą oddech. Zdobywam szczyty tolerancji – malować nie potrafią, ale sentencje głoszą zastanawiające. Pierwszy krwią lakieru wygłosił tezę, że Bóg jest kobietą, nie siląc się na przeprowadzenie postępowania dowodowego. Drugi był zapewne cynikiem, gdyż jego spostrzeżeniu nie sposób zaprzeczyć – MARTWA NIE URODZĘ!

 

        Chwilę potem, wieloryb komunikacyjny wyrzygał szkolną wycieczkę, którą mijałem szerokim łukiem, gdy zamierzała tyralierą szturmować rynek, pod dowództwem kolorowych motyli, w sukniach długich, zwiewnych i niebanalnych. Trafiam wzrokiem na murzynkę, która niedostatek upierzenia uzupełniła pięcioma kilometrami sznura w barwie nieortodoksyjnej bieli, zwanej bodajże kolorem kremowym, dyskretnie modyfikującym jej karnację.

 

        Bluzeczki coraz częściej przypominają nieco bogatsze w materiał biustonosze, a facetom zdarza się eksponować wypukłości górnej części ciała w sosie własnym, czyli saute! Nie każdy lubi. A już na pewno nie piegowaty żołnierzyk w króciuteńkich spodenkach, ze zwartymi warkoczami sięgającymi ud i czapeczką maskującą nastoletnie myśli cieniem niedopowiedzenia. Jeśli zmieniła klimatyzowaną przestrzeń galerii handlowej, na szatkowaną wizgiem pociągów nachalność dworcowej poczekalni, musiała mieć powód więcej niż banalny. A kto wie, czy nie kluczowy.

 

        Potem było już łatwiej – jakaś pani, która najwyraźniej zapomniała dorosnąć, wyszła na spacer (zakupy?) w klapkach z futerkiem i w okularach przeciwsłonecznych. Mijała dwie nastolatki pogrążone w elektronicznych dyskusjach. Instynktownie, w sposób dla mężczyzn niezrozumiały, obie poczuły jedną potrzebę w tym samym momencie – zerknąć na monitor przyjaciółki, przed kontynuacją sieciowej szermierki. Dalej? Klikały już nie udając, że są niezależne i samorządne.

 

        I pomyśleć, że to jedynie szczyt lodowej góry, jaki się trafił właśnie mi przed południem. Dziękuję. I oblizuję się na „PO”!

środa, 11 maja 2022

Konsylium.

 

        - Można głosić dowolną herezję, byle utrzymać się w siodle – napoczął spotkanie Pierwszy Pośród Największych, protekcjonalnie puszczając oko do Kapłanów Zagłady – Grunt, to grzmieć i straszyć. Przypominać. Im bardziej toksyczna myśl, tym większa szansa, że pospólstwo nie udźwignie ciśnienia i klęknie ponownie.

 

        - Dług – kontynuował – Dług stanowi doskonałe słowo, żeby odebrać rezon plebsowi. Dług zdrowotny, jaki już zaciągnęła ludzkość… Ten dług trzeba będzie spłacić.

 

        Niemal smarował język słowami, jakby to była kromka chleba grubo pokryta pachnącym masłem, a Kapłani nadstawiali uszu. Im przecież służył czas zagłady. Taplali się w bagienku, jak dzikie świnie w borowinach i upaśli się tak, że nie wiedzieli, który profil zademonstrować przed narodem.

 

        - Ale… – najwyraźniej jeden był nieco mniej oszołomiony nagle utraconymi apanażami i resztki logiki kołatały się pod kopułą – No przecież ten dług, to nic innego, jak efekt słuchania herezji pierwotnej. Gdyby nie nasze działania, nie byłoby długu. Sami stworzyliśmy sytuację, w której brak dostępu do podstawowej opieki powalił wielokrotnie więcej osób, niż zaraza. I faktycznie zaniedbania dwóch lat są nie do naprawienia dla niektórych, innym odbierając jedynie cząstkę nadziei i parę lat życia.

 

        - No, no, Szanowny Kolego – zripostował Naczelny Szarlatan – Pan sobie nie pozwala, bo za chwilę wszyscy będziemy musieli wypełnić zeznania podatkowe i upublicznić je przed motłochem. Tu trzeba myśleć perspektywicznie! Rozwojowo. Twórczo nawet. W zaufanym gronie mogę mówić otwartym tekstem. Nie musimy się o nic martwić. W razie przecieków zawsze możemy wytrzeć gęby Centralą. Świat na nas patrzy i trzeba się wykazać. A jeśli coś pójdzie nie tak, mamy WYTYCZNE. Rozumie Pan, Kolego? WYTYCZNE!

 

        Kolega wiercił się, jakby owsiki, albo inne sumienie gryzło go w tkankę pulchną, zlokalizowaną na zapleczu organów twórczych. Najwyraźniej wątpliwość raz posiana zdążyła zakwitnąć niepewnością, jak chwast pod płotem i ciężko było ją wykorzenić, mimo zaawansowanej demagogii.

 

        - A poza tym – Naczelnik postanowił sprowadzić go do parteru – Wieść nieoficjalna głosi, że jesienią wrócą dobre dla nas czasy. I będziemy mogli grzmieć, że uprzedzaliśmy, że było to do przewidzenia i zmarnowaliśmy całe miesiące na bezczynność. Nie ma obawy. Taka, czy inna zaraza nadejdzie, bo przecież nie darmo tyle ludzi się po świecie pałęta i roznosi Bóg jeden wie co i od kogo. Farmacja również nie śpi – takie piękne słupki wzrostu miałyby się nagle urwać? Nie do pomyślenia dla akcjonariuszy!

 

- Nie przejmować się Szanowne Panie i Panowie – zakończył, rosę perlistą ścierając z czoła maseczką ochronną – Głosić Słowa Zagłady do szczęśliwego zakończenia. Do roboty. Inflacja rośnie, ceny też. Trzeba myśleć o wypłacie, żeby za rok nie zdechnąć w kolejce państwowej kasy chorych i godziwie zapłacić komuś za ewentualną diagnozę, czy leczenie.

Pogarda.

 

         Umarł, więc za mądry chyba nie był. Okazało się przy okazji, że stchórzył w ostatnim momencie i za rączkę chwycił jeszcze kogoś, wciągając przemocą na tamtą stronę. Kto by pomyślał, że w ponurym, żylastym ciele mieszkało tyle siły. Na skromniutkim pożegnaniu goście życzyli obojgu, żeby lepiej im się działo tam dokąd poszli, skoro wieczne tutaj nie było im pisane. Tylko jeden gniewny obraził się, że tak bez pożegnania sobie poszli. I nawet strzemiennego nie wypili na drogę ku lepszemu światu. Gastarbeiterzy, psie krwie! Obcemu będą jutro plugawą rolę uprawiać, kiedy tu kartofle w polu gniją z braku rąk do pracy.

Nieświeża notka.

 

        Na krawężniku dachu usiadł kos i kilkakrotnie zamiótł przestrzeń ogonem, nim rozpoczął głosić nowy dzień. Wróble oczywiście miały mnóstwo do powiedzenia, ale, żeby coś ważnego? Chyba tyle, że wczoraj w parku dostrzegłem kwiczoły. Pasły się pośród koniczyny jak dzisiaj zauważone szpaki – tłuściutkie po łaskawej zimie i sprawdzające jak się miewa stary orzech włoski.

 

        Ach! Pognało mnie do ludzi wczorajszym popołudniem. W tłum, w którym język polski dawno już przestał być oczywistym. Żal byłoby zmarnować widzenia tylko dlatego, że kalendarz przewinął datownik o krok w przód. Było z grubsza tak:

 

        Na początek zaszczyciła mnie ekstrawagancją kobieta jadąca kładem wielopasmową jezdnią. Zamiast kasku założyła kaptur zimowej kurtki. Kurtkę zresztą też. Później zobaczyłem młodą dziewczynę w stroju chyba domowym – głęboka zieleń letniego szlafroczka otulała tę młodość chroniąc jej skórę przed zachłannością męskich spojrzeń. Tuż za nią korzystająca z obstawy silnego ramienia szła niewiasta w sukience tak lekkiej, że bez trudu można było się zachwycać doskonale wyrzeźbionym sześciopakiem mięśni brzucha. Białe spodnie pod którymi tańczyły pośladki w rytm rzewnej melodii skrzypiec zbudziły instynkty drobnego pijaczka, który gotów był wyrzec się alkoholizmu za bliskie spotkanie trzeciego stopnia z nosicielką spodni. Zasłużony w niejednym boju bernardyn ziewał, dorabiając do emerytury na chodniku obok grajka z akordeonem. Najwyraźniej melodia skłaniała go do drzemki w cieple wiosennej rozpusty. Słońce wypijało kwiatom wodę z gazonów, a zabiedzone chłopię piło wprost z fiolki jakieś tabletki. Nim dotarł do najbliższego węgła – było już po wszystkim.

wtorek, 10 maja 2022

Kontynuacja.

  

Czyżby dzisiaj miał być dzień podejrzanych (przeze mnie) łydek? Najpierw dziewuszka obrzucona gęsią skórką, stygnąca na zapomnianym przystanku, a kiedy już słońce oswoiło ziemię - mamusia w spódniczce o kolorze wyblakłego nieba przymierzająca się zapewne do pobierania witaminy D bezpośrednio od dawcy. Jej bielusieńkie łydki aż piszczą, żeby słońce je porządnie wytarmosiło. Dzieciątko z wrodzonym wdziękiem pozwalało się przebierać i sprawdzało, czy na jakimś balkonie nie znajdzie towarzystwa, żeby pogulgotać choć chwilę na tematy wiadome niemowlęciom płci dowolnej. Kto wie, może nawet poromeować i pojuliować subtelnie? Psy liniejące z filozoficznym spokojem ciężko podejrzewać o łydki, jednak chyba je mają, co? Bez łydek bieganie wydaje się zajęciem z pogranicza niemożliwości, a psom zdarza się nawet za własnym ogonem ganiać. Oczywiście poza tym jednym, kieszonkowym, przewożonym przez rozbuchanego cieleśnie faceta w torbie przewieszonej przez ramię. Promocja była w Biedronce, czy ki czort? Pewnie prozaicznie pies miał za krótkie łapki, by nadążyć za kołem niemal trzydzieści cali, plus dwadzieścia jeden przełożeń. Pośród grupki dziewcząt wyłowiłem tę jedną, której wiosna odcisnęła pierwsze piętno siniaczka na udzie (żeby nie być monotonnym). Nielichy siniaczek, wyglądający jak dwie różowe cząsteczki mandarynki leżące na marmurowo białym talerzyku. Czyli – kolejny sezon uważam za otwarty!