środa, 31 sierpnia 2022

Miejskie peregrynacje.

 

Odziana była czarno, jakby dla podkreślenia bladości cery. Kiedy rozmawiała przez telefon i uśmiechała się podle na mysl, co wespół z prawnikiem zdolna będzie uczynić, dostrzegłem w uśmiechu kły wyostrzone tak, jakby każdego dnia (pardon – nocy) pożerała żywe mięso wprost z tętniącego strachem opakowania. Łysy paker przeżuwał tuż obok jakieś niecenzuralne potrawy czy słowa. W rozpiętej bluzie (patrzcie na tors) z biało-czerwoną opaską na prawym ramieniu, z zaciśniętymi do białości pięściami i wzrokiem zliczającym pogłowie podróżnych i bezbłędnie wyławiającym obcych. Srogi mars na czole powiedział mi wszystko – odsetek takowych przerastał jego narodowościowe ambicje po wielokroć. Młoda (w przewidywalnej do znudzenia czerni) pani, z kreskami podciągającymi oczy nieomal do uszu zatopiła się w mantrze płynącej z słuchawek, więc nie zauważyła nawet że kierowca powożący jakby pszczoły luzem wiózł pokonał święte rondo z gracją kierowcy bolidu formuły nieostatniej na pewno. Za to piersi tej pani zauważyły, bo przeniosły się w przestrzeń absolutnie nie przewidziana na takowe pomimo oporu, jaki stawiała obcisła poniekąd bluzeczka. Patyczak w przygasłej bieli i pełen pryszczy miał kłopot z utrzymaniem pozycji siedzącej, jednak nie z powodu o jaki podejrzewać można dojrzewające patyczaki. Uśmiechał się trzeźwo do mocno wyeksploatowanego monitora, jednak odnóża miał tak długie, że kolanami zaczepiał przeciwległych siedzeń. Gdzieś za oknem mignął mi stereotyp niemieckiego turysty. Stał na skąpej wysepce między jezdniami, gdzie najwyraźniej zatrzymał go GPS i rozglądał się nieco niepewnie, gdy obok kłusowały staruszki w beretach usiłujące przemknąć na jednym wdechu przez obie jezdnie, choć światła w moim Mieście lekce sobie ważą piechotę i osiągnięcie celu staje się wyczynem godnym odnotowania w Miejskiej Księdze Ewenementów. Gdyby tylko ktoś taką zaprowadził.

Wstęp do nieskończoności.

 

Nie bardzo lubię przeciągać się w łóżku. Czuję się wtedy jak wąż, któremu lada chwila popęka skóra i będzie tak delikatny, że nawet niechętny wzrok gotów rozognić świeżą skórę. Sięgam za głowę, gdzie przezornie (?) zostawiłem „Grę w klasy”.

 

Stać mnie najwyżej na parę rozdziałów, bo potem w głowie rodzą się sprawy, jakich lepiej nie badać zbyt dokładnie i na trzeźwo. Jak można napisać zdanie na nieomal cztery strony? Pomieszać wszystko ze wszystkim, pokruszyć, rozdrobnić do absurdu i scalić w jeden wielki mezalians? Udowodnić, że ciągłość czegokolwiek, to iluzja małego umysłu, nadzieja tych, którzy pieczołowicie wypełniają kupony gry z gruntu niesprawiedliwej, bo przecież na wstępie pięćdziesiąt procent ginie po stronie administracyjnej.

 

Ostrożnie sprawdzam, czy pod wpływem lektury nie rozmieniłem się na drobne. Przykro byłoby, gdyby własny palec wpadł mi do oka kołyszącego się gdzieś na prześcieradle w rytmie tanga z pępkiem, czy łopatką. Szczęśliwie dziś (znów!) się udało. Odkładam książkę i łykam zalecone piguły na nieśmiertelność. Wchodzą opornie – najwyraźniej zniesmaczone, że taki konus sięga majestatu. Wstaję i uciekam do łazienki. Nago. Szerszym niż trzeba łukiem omijam grzechotnika z półpełnym pudełkiem ingrediencji zapakowanej perfidnie w kapsułki, zdające się jedną stroną być dla małych dziewczynek, a z drugiej dla chłopczyków. Starałem się… naprawdę starałem się być grzecznym i łykać je tą stroną, która jest dla chłopców, ale nie zawsze się udaje. I co? Wyrosną mi cycuszki? Jak mamie? I nie będę już mógł grać w piłkę, pokera, pluć na ulicy i pić piwo okraszone wulgarnym słowem?

 

Łazienka… Tam również nie za dobrze. Lustro rozciąga się w sardonicznym uśmiechu opowiadając mi prawdy stworzone podczas JEGO bezsennej nocy. Siwy łeb? Zarost na gębie? Przecież wczoraj najwyżej trzy pryszcze zdobiły mój rodowodowy nos o trzy numery za duży. W oczach gaśnie wściekłość, ale przedwcześnie. Kiedyś… No właśnie – kiedyś dałbym temu lustru do wiwatu. Pokazałbym, co się kryje za tą gładką, śliską elewacją. Przecież stamtąd właśnie bohatersko uwalniałem swoją Alicję, która potem wybrała życie możliwie najdalej od wybawcy, czyli mnie. A teraz nie pamiętam już pierwszego jej dojrzałego uśmiechu, kiedy odzyskała przytomność pośród bandaży i bólu.

 

Upiekło się meblowi dzięki wodzie. Niechcący trąciłem kran, który wykorzystał okazję i spłynął brylantową czystością, jakiej lusterku zabrakło – najwyraźniej jakieś nocne muchy popstrzyły je i dlatego szydzi ze mnie dodając mi lat i odbarwiając wyliniałą grzywę. Woda szemrała wspomnienia z daleka, ale rozpoznałem w nich górskie strumienie i jaskiniowe roztopy. Jeziora, w których ukrywałem erekcję na widok… Nie! Nie wolno. Są sprawy, o których się wie i to wystarcza. Nie trzeba się dzielić WSZYSTKIM. Są zakamarki, w które wchodzi się samotnie. Jak w ten deszcz zakrzyczany w pustym lesie, kiedy tańczyłem taniec wojenny wybitego bez litości plemienia Indian. Na samo wspomnienie zmarzły mi łydki, a po kręgosłupie spłynęły tłuste krople rozgorączkowanej wody.

 

Czas wyjść. Ku cywilizacji. Ku przesądom i kodeksom. Pozorom. Otwieram szafę, gdzie leżą wyprane dusze. Fizjonomie uprasowane tak starannie, że niemal dziewicze. Znów będę potulnym chłopcem… No dobrze – nie chłopcem. Wyrosłem już. Doświadczyłem. Pokory nabiera się z wiekiem, więc skoro potulnym, to prędzej staruszkiem. W kącie szafy łypie na mnie laska po pradziadku. Pamiątka rodzinna, którą co jakiś czas ktoś przymierza. Ojciec już z niej nie korzysta, bo nie łykał tabletek na nieśmiertelność. Dziadek nawet nie wiedział, że takie są! Może w jego czasach jeszcze nie było?

 

Ignoruję laskę. Buńczucznie, z ogniem w oczach. Może ostatni raz wyjdę po chleb BEZ. Cieszy mnie jej zawstydzona postawa. Odwracam się i chcę zatrzasnąć drzwi, ale szafa ma drzwi przesuwne. I (cholera!) też z lustrem. Trzaskać lustrem? Ale jak? Minę mam zbitego szczeniaka, który chciał tylko obsikać nogę obcego, żeby ten stał się starym, dobrym znajomym. Przy drzwiach stoi torba z kółkami. Przezorność. Przypominam sobie, że zanim pokonałem bezsenność i udałem się na odpoczynek w zaświatach postawiłem ją tam, żeby poranek nie skazał mnie na dźwiganie kartofelków i cebuli – trzy kilo zakupów może być niczym dla młokosa, ale dla mnie? Torba z długim dyszlem służy czasem za podpórkę na nierównych chodnikach, czasem pozwala ukryć małe grzeszki, kiedy prócz tego-co-niezbędne pozwolę sobie na rozpustę i kupię butelkę czerwonego…

 

Może dziś? Sąsiadka z trzeciego piętra, ta, co farbuje włosy na różowo i śmieje się ochryple, jak Louis Armstrong. Żartuje tak pikantnie, że nieodmiennie zostaję z zaczerwienionymi policzkami nawet wtedy, kiedy przez trzy dni zapomnę o golarce. Ale w oczach… ona wciąż ma iskierki, jakie mają dziewczynki, zanim ktoś im opowie o dojrzewaniu. I klaszcze w dłonie pomarszczone i pełne plamek, piegów, odcisków – pełne życia, które nie biegło jak w kinie, lecz w mozołach niepojętych. W wojnach i ucisku reżimu. Czy mam siłę, żeby dziś zaczepić ją, kiedy będzie wracała z przychodni, gdzie znowu nastraszą ją madejowym łożem, bez nadziei na nadzwyczajne złagodzenie kary?

 

Patrzę na siebie krytycznie i wstyd mi. Założyłem wczorajsze skarpety i (jak to latem) znów zapomniałem o bieliźnie. Czy wypada zaprosić kobietę, kiedy spodnie kryją nagą prawdę? Ona chyba zrozumie, że to nie żadna groźba, tylko starcze figle. Zresztą – nigdy nie sięgała po moje ciało, więc jeśli nie przyznam się, to nie będzie wiedziała. Chociaż jest podejrzliwa., jeśli akurat zbudzi się w bojowym nastroju. Zobaczymy. Warto czasami pozwolić sobie na improwizacją. Na wszelki wypadek zmieniam skarpety, bo nawet improwizacje powinny opierać się na doskonałym planie, jak na rusztowaniu szkieletu utrzymuje się ciało.

 

W skrzynce na listy same groźby – rachunek za prąd, podwyżka czynszu, reklama czegoś, co pozwoli mi zaoszczędzić, jeśli wydam trzy i pół tysiąca. Oszczędzanie przez wydawanie. Świat oszalał. Skąd niby miałbym wziąć taką kasę. Nie stać mnie na oszczędzanie. Idę wydawać. Rozrzutnie kupie dziś nie pasztetową, ale prawdziwą szynkę. Dziesięć deka. Może piętnaście. Tak! Jeśli przyjdzie Różyczka z Trzeciego warto mieć w lodówce coś więcej jak chłodne dno. Że szynka nie pasuje do czerwonego? Może faktycznie. Ale truskawki będą dopiero na wiosnę, a sery mają ceny w astronomicznych wartościach. Może będzie jakaś promocja. Byle nie taka, co to trzeba kupić trzy, żeby oszczędzić, bo taką rozrzutność odpokutuję pod koniec miesiąca. Ale tak – ser pasuje. Mam czas, a marketów sporo wokół. Pogoda sprzyja. Pokręcę się. Powolutku i nienerwowo…

wtorek, 30 sierpnia 2022

Południowe migawki.

 

Chłopiec wiódł swoją piękną wybrankę poprzez ruchliwą ulicę, pokornie spowalniając w oczekiwaniu przychylnych świateł. Dziewczę miało zaklejoną plastrem bliznę po matce, lecz nie wyglądało na dopiero-co-uratowaną ze szpitalnych czeluści. Na przystanku niedoszły piłkarz lat z grubsza 10-12 w korkach i getrach (ozdobionych fabrycznym napisem ZZ, który mi się skojarzył z pewną prywatną inicjatywą) raczył się elektronicznym papieroskiem czyhając na tramwaj, a niesiona w rękach piłka była zniesmaczona podobną szykaną. Czarna klepsydra w rzymiankach swoim aromatem przytłoczyła beztroskę wilgotnego spokoju parkowych zakamarków, na których nieco pomarszczona zewnętrznie miłośniczka grzybków krążyła niespiesznie i ręką w osłonie foliowej rękawiczki zbierała dopiero co wyrosłe podgrzybki. Tuż obok, młoda pani lewą ręką prowadziła psa, w prawej niosąc parujące wypociny z jego układu trawiennego zapakowane w podobną torebkę do tej, w której pani pełna zmarszczek zgromadziła plony. Kolektyw w długich sukniach debatował zawzięcie na krawędzi trawnika, bo pod sosenką wyrosło więcej pieczarek, niż trawy. I tylko psie ulgi uporczywie parujące każdego dnia powstrzymały zapędy spragnionych zbiorów dzikiego białka. Pulchny pan strącał z alejek co bardziej wrażliwe jednostki o zdecydowanie mniejszej wyporności. Prawo morskie reguluje kwestię pierwszeństwa na wodzie – jednostki bardziej zwrotne mają obowiązek ustąpić miejsca i zejść z kursu każdej nieruchawej krypie. Spopielone niebo przecięła samotna czapla i Bóg raczy wiedzieć, gdzie się obecnie stołuje w obliczu dramatu Rzeki. Nie wyglądała na wypasioną, ale to na pewno jedynie moja, zuchwała nadinterpretacja.

Gęsią skórką okryty.

 

- „Znów wędrujemy ciepłym krajem” – mruczałem pod nosem, choć ciepło, to już było. Dziś poranek pachnący wilgocią i przedsmakiem jesieni. A przecież kobiety wciąż kuszą urodą w każdej możliwej ilości X-ów odzieżowych, a nawet bez nich. Na początku zaczepiam wzrokiem młodą niewiastę w spódniczce tak krótkiej, żeby nie sięgała koronek pończoch noszonych pomimo ciężkich buciorów. Pani coś szczebiotała do towarzyszącego jej king-konga i pociągała coś z puszki, ilekroć zaschło jej w dziubku. W kolejnej odsłonie pani o karnacji nasiąkniętej tureckim, a może hinduskim słońcem niosła na łydce „siną barwą kłuty” ślad jednopalcowej rękawiczki – niechybnie zima będzie sroga!

 

Kwiaciarki dopiero rozwijały stragany i ustawiały wazony na wciąż rozespane kwiaty, wrona szemrała coś pusząc się przed sroką przebierającą pazurkami zaledwie jedna gałąź wyżej, wybujała kępa słoneczników strzeże parkingu przed cukiernią, a młodziutki sumita łysy z wyboru, czyścił przedpole z elementów natury ożywionej kompletnym mimochodem. I tylko śpiący na schodach pijany kloszard (a może poeta?) zignorował zamaszyste kroki.

poniedziałek, 29 sierpnia 2022

Wiara i beznadzieja.

 

Pani zaufała ulubionej pogodynce i mimo raczej chłodnego świtu wyszła z niewzruszoną wiarą i nogami gołymi po szczyt odwagi w przepowiedzianą świetlaną przyszłość, nieco tylko droższą od wczorajszej. Na łydce nosiła znamię w kształcie klucza patentowego – ciemniejącego, jak to siniaczki mają w zwyczaju podczas fazy wzrostu. Kieszonkowy pies trzy razy się obejrzał, zanim podjął decyzję, że spacer nie zrobi mu zbyt wielkiej krzywdy, a legowisko w domowych pieleszach nie zdąży ostygnąć utrudniając sjestę po sutym śniadaniu. Wróble, jak to wróble – ogłosiły poranek, poczekały na maruderów i niewielkimi kohortami atakowały drzewa, latarnie, czy niedobudzone nadal kaliny. Pisklęta protestowały rzęsiście przeciwko domowej przemocy ciągnącej je w niezbadane strony, aż trzy domy dalej, gdzie szyby oklejone krasnalami, owocami i niestworzonymi historiami wskazują miejsce zsyłki i katorżniczej pracy dla osób w wieku lat trzech i pół!

piątek, 26 sierpnia 2022

Lekko podpierając się szkicem.

 

Blond dziewczę na bluzkę z długim rękawem założyło sukienkę króciutką po odwagi kres. Na piszczelu, siniaczki z zapisaną alfabetem Morse’a treścią IT, za to na rewersie łydki kogut cietrzewia właśnie pożerał coś, czego nie rozpoznałem. Najwyraźniej z robalami mi nie po drodze, wbrew zachętom rozmaitych firm wychwalających pod niebiosa ich przewagę nad wołowinką.

 

Młodzież w podkoszulkach z grawerowanymi po angielsku sentencjami tłoczy się i przepycha ku przyszłości. Czyżby nasza mowa była wstydliwa? Nie rozumiem tego bałwochwalczego uwielbienia dla języka z marginesu Europy. Dojrzałe owoce rokitnika rozświetlają ubóstwo skwerów, na których mrą w wielkiej ciszy czerwone głogi i rajskie jabłonie, gdy przysiada się do mnie piękna pani zapięta w kok, oddając się bez reszty elektronicznej konwersacji. Makijaż niewzruszenie trwał na posterunku pilnując doskonałości rysów, aby żadne uczucie jawnie nie pokalało wizerunku.

 

A kiedy wreszcie oddałem się spacerom, wzrok mój usiłował dogonić dziewczę o słusznej budowie, odziane w coś obcisłego w barwach dojrzałych i nieco podsuszonych dyni. Dziewczę kłusowało z wdziękiem, beztrosko pozwalając, by miękkie tkanki powtarzały rytm stóp z lekkim opóźnieniem. Inna, bardziej stateczna i wybujała w każdej możliwej osi, przepasała sukienkę nereczką, która mogłaby być sporządzona z jamnika – byle tylko zwierzątko było wystarczająco dorodne aby opasać tę kibić.

 

Chwilę potem mój wzrok potyka się o początkującego Buddę garderobianie intensywnie różowego i kwiecistego. Pan miał dredy związane na czubku głowy, a stoki czaszki pokryte trzydniowym zarostem. Niósł tę swoją tężyznę wyćwiczoną i hodowaną w cieple telewizora, pozdrawiając ręką mijane egzemplarze nieco mniej ekstrawaganckie zewnętrznie. Dziwię się bladości młodych ciał – czyżby skrajne ubóstwo pozbawiło je wakacyjnego słońca? Jednak… na miejskich chodnikach można się również opalić – może nie tak, jak dziewczęta o afrykańskich korzeniach, ale jednak!

 

Wracając dostrzegam długi, ukraiński warkocz z polskim bursztynem na nadgarstku, płowych cherubinkiem w wózku i matką niosącą przeszłość o kulach. I chłopinę ledwie zipiącego z upału i schładzającego wnętrze piwem w puszce koloru sugerującego podwyższoną zawartość procentów. Na ławeczce wetkniętej w wątłą zieleń przy chodniku, niczym cień pojawia się drugi powielając dostrzeżone, lecz nieco bardziej stacjonarnie. Łączność zrywa kobieta w rzadkiej czerni długiej sukni mająca łydkę szeroko obwiązaną bandażem. Z braku lepszych pomysłów zastanawiam się, dlaczego bandaży w czerni i wszystkich kolorach tęczy jeszcze nikt nie rozprowadza…

czwartek, 25 sierpnia 2022

Ekstrakty cz.76

 

Szaleniec.

Wyciągam sześciostrzałowy kreator ciszy i w Wielkim Big-Bangu tworzenia czynię spustoszenie w tkance hałaśliwej, ożywionej na chwilę kaprysem Absolutu. Umartwiam ją doskonale, pod posępnym, pełnym dezaprobaty spojrzeniem Prawa. Bo przecież Prawo od zawsze pokątnie toleruje ideę oko-za-oko!

 

Łechtanie wulkanu.

Ustami wykradałem ciepłe perły potu gnieżdżące się w otchłani skóry nad obojczykiem. Ze śmiechem opędzałaś się ode mnie, jakbym był namolną muchą, jednak w głębi szklącego się wzroku dostrzegałem budzące się pragnienia. Nie wiem czy zdołam zebrać tę całą wzbierającą w tobie wilgoć.

 

Bezmyślność.

Nie podejrzewałem nawet, jak dramatycznie tępych mam znajomych, gdy zgodnie doradzali:

- Odwdzięcz się pięknym za nadobne!

Zdradziła mnie z przydrożnym włóczęgą, więc teraz JA miałbym w rewanżu wypiąć pośladki przed tym cuchnącym oblechem?

 

Prawiczek.

Czuł tak silną potrzebę bliskości, że podszedł wystarczająco, aby zdeptać mi nawet niewypowiedziane słowa i spłoszony oddech. Bolało, jednak nieśmiałość pozwoliła mi zaledwie na dyskretny grymas, kiedy jego bezczelność bezwstydnie penetrowała wnętrze mojej czaszki, spodni i Bóg wie czego jeszcze.

 

Musiałem.

Pod przemożnym wpływem nauk medycznych zostałem świadomym wegetarianinem. W dbałości o rozwój własnego organizmu usiłowałem dostarczyć mu komplet witamin, by cieszyć się długowiecznym zdrowiem. Aby osiągnąć sukces część z nich trzeba było jednak popchnąć solidnym stekiem, albo jajecznicą na boczku.

wtorek, 23 sierpnia 2022

Nie marnotrawiąc ani chwili.

 

Podróżowanie sprzyja gnuśności, lekturze i podglądaniu ludzi. To ostatnie, choć naganne, jednak przynosi umysłowi jakąś gimnastykę i stwarza pozory utrzymywania kontaktów ze światem zewnętrznym. Dlatego bezwstydnie podejrzałem z grubsza sześćdziesięcioletniego rudzielca z włosami spiętymi w kok i podpartymi czarną chustką. Siedział sobie na przystanku w mocno wysłużonych trampkach dziurawych spodniach z dżinsu białej sukience za kolano i kurteczce dżinsowej. Ignorowało toto wszelkie tramwaje i najwyraźniej bogate życie wewnętrzne aż tętniło w niepozornym raczej ciele. Tymczasem wewnątrz maluszek zaczepiał wzrokiem pełnym wysiłku babcię, z nadzieją, że tej serduszko zmięknie i wyjmie go wreszcie z otchłani wózeczka i utuli na ciepłej piersi, szepcząc słowa słodkie od miłości. Kije do norweskich spacerów sprawdzają się w Mieście mimo lichego kontaktu z podbiegunową nacją. Furorę robią szczególnie pośród starszych osób, umożliwiając im samodzielność wystarczającą do zrobienia zakupów, czy relaksu na parkowej ławeczce, gdy marsz wyczerpie mocno wyeksploatowane życiem mięśnie i stawy.

 

Dwóch facetów płaci za bilet telefonem. Trzeci – zegarkiem. Patrzę podejrzliwie, bo być może jedna z zainstalowanych aplikacji będzie również żoną, kelnerem, albo ochroniarzem. Chodnikiem kroczy kobieta potrafiąca we własnej skórze zmieścić nieco więcej urody, od tych wygłodniałych laleczek z wybiegów. Nic więc dziwnego, że mimo kiepskiej pogody eksponuje nogi. Początkowo sądziłem ze jakiś samochód ochlapał je błotem jednak wtórne spojrzenie ujawniło że to licznie rozrzucone tatuaże. Skatepark aż kipi od zuchwałości i przechwałek, a pobliskie boisko nudzi się pod stopami dwóch zmęczonych piłkarzy. Dopiero wtedy odwrotny uśmiech zrezygnowanej kobiety nabrał właściwej głębi i uzasadnienia.

 

Młodziutkie pępki potęgują głód spojrzeń nastolatków wzdychających nie całkiem skrycie, na rajskich jabłoniach rumienią się jabłuszka w ubogich koronach. Dojrzała niewiasta usiadła w wiacie i unosząc nogi do góry przeprowadziła błyskawiczną inspekcję bladych kolan i kostek, po czym natychmiast podzieliła się krytycznym spostrzeżeniem z kimś utkwionym po drugiej stronie esemesa.

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Hikikomori.

 

Przezornie upakowałem cały swój świat na dwunastu metrach kwadratowych osiedlowej kawalerki zlokalizowanej przy krańcowej linii metra. Przez całe lata ostatnią bezpieczną granicą łączącą mnie ze światem realnym była bawełniana maseczka - wstydziłem się wyjść na balkon bez niej. Nigdzie dalej się nie ruszałem. Wewnątrz preferowałem nagość. Łaskawie wpuszczałem do wnętrza miskę ramen, tacki sushi, albo onigiri, z pobliskiej youshoku i (okazyjnie) butelkę sake.

 

Gdy doskwierał mi obcy, zakurzony jazgot zewnętrza, odcinałem się potrójną szybą, ciężką kotarą i słuchawkami, tonąc w niezbadanych odmętach globalnej sieci. Żadne bushido nie pozwoliłoby mi na brawurowe odłączenie routera, czy zamknięcie klapy laptopa. Prędzej popełniłbym seppuku.

Piękno można dojrzeć wszędzie.

 

Wróblowa pobudka wprawia mnie w dobry humor. Potrafiły przebić się tym porannym zacietrzewieniem przez tłuste krople deszczu i szaroburą rzeczywistość. W tramwaju - pani nerwowo ogryzała paznokcie, jakby się bała, że nie zdąży, nim ten stanie na przystanku. I półgłosem powtarzała wszelkie komunikaty dla pasażerów, by po ich wygłoszeniu znów rzucić się na siebie i pożerać kończyny bez zmiłowania. Chyba sięgnęła ukrytej granicy, gdyż znienacka przerzuciła się na zawartość nozdrzy, poszukując w nich strawy trzema palcami, z wprawą pianistki uderzając o płatki nosa. Pomimo dżdżu dostrzegam ćwiczącą brunetkę w czapeczce, obcisłych szortach i takiejż bluzeczce, jak truchta wskroś parku nasiąkając świeżo spoconym niebem. Dżdżownice wyległy na asfaltowe chodniki, żeby nie utopić się w ziemi opitej do niemożliwości. Szyszki zmarzły i skuliły się w sobie, pod żywopłotami spuchnięte purchawki konkurują ze świeżą bielą pieczarek. Gałęzie obciążone wilgocią pochylają się i zaczepiają przechodniów mierzwiąc im czupryny, albo tarmosząc parasole, czy kaptury. I tylko para puszystych, młodych ludzi uśmiecha się w przerwach pomiędzy czułościami i niedyskrecjami skrywanymi bezpiecznie pod wiatą autobusową.