A kiedy dzień zmęczony przegrywa
potyczkę z nocą pulchniejącą każdego dnia – do sypialni bezwstydnie zagląda mi
Orion. Nie, żebym miał sypialnię. Tak nazywam miejsce w którym śpię. Kiedy w
nim jem – nazywam je jadalnią, a jeśli w ogóle ktoś mnie odwiedza – gości przyjmuję
w tym samym miejscu szumnie i dumnie nazywając salonem.
Wracając do tematu. Orion z niezrozumiałym
zainteresowaniem zerka do mojej sypialni, kiedy mi wstyd, bo nie dość że facet,
to jeszcze stary jak mitologia. Czyli – starszy od węgla gość zagląda mi do
sypialni każdej jesieni. A rozzuchwalony jego bezkarnością sąsiad naśladuje go,
śliniąc się być może, mimo, że osobiście chwalił mi się żoną i córkami, jakie
ponoć własnoręcznie (???) spłodził. I nie poprzestaje na jesieni, najwyraźniej
obawiając się, że jego życiorys będzie krótszy niż mitycznego łowcy pędzącego
bezkresem nieba.
Pies w duszno-białym kostiumie z
ujadaniem dobiera się do kieszeni gościa, który wyprowadził go na osiedlową
łąkę, jeśli mogę sobie pozwolić na szyderstwo ze spłachetka niemiłosiernie
wystrzyżonej trawy w kagańcu betonowych krawężników. Aż zarechotał jakiś kos
zatopiony w niewidzialnym wciąż gąszczu kalin. I pociąg donikąd jadący
zawtórował z podziwem gwiżdżąc na wszystko i wszystkich, którym wsiąść do
wagonu nie było dane.
Pierwsze kobiety zaplatają nogi w iksy,
pośrednio informując mnie, że sezon polowań na siniaczki czas zamknąć aż do
wiosny. Nie mam wątpliwości – w pobliskim dyskoncie obok jadalnych ziemniaków
pojawiły się dynie spożywcze – czyli jesień w natarciu. I dęby czerwone
wreszcie udowadniają słuszność własnego nazwiska. Mam słabość jesienną do
czeremchy i bożodrzewu – żadne inne drzewa nie są w stanie dogonić
niezrównanych barw tychże.