wtorek, 18 października 2022

Łofca tekstuf.

 

Króciutko. Żeby nie zapomnieć. W ramach jednego ze spacerów trafiłem na zlokalizowaną w zaciszu podziemnego przejścia knajpkę oferującą lampkę wina w drodze do tam, albo z powrotem. Na czarnotablicowej reklamie kredowym drukiem wytatuowane były nawet aktualne ceny. Dla koneserów polecane było wino bzowe, względnie RYZLINK. Prawda, że słowo przedniej urody? Prawie tak piękne jak SUFKA, CZEPAK, KSIONC.

Szczypta złośliwości.

 

A kiedy dzień zmęczony przegrywa potyczkę z nocą pulchniejącą każdego dnia – do sypialni bezwstydnie zagląda mi Orion. Nie, żebym miał sypialnię. Tak nazywam miejsce w którym śpię. Kiedy w nim jem – nazywam je jadalnią, a jeśli w ogóle ktoś mnie odwiedza – gości przyjmuję w tym samym miejscu szumnie i dumnie nazywając salonem.

 

Wracając do tematu. Orion z niezrozumiałym zainteresowaniem zerka do mojej sypialni, kiedy mi wstyd, bo nie dość że facet, to jeszcze stary jak mitologia. Czyli – starszy od węgla gość zagląda mi do sypialni każdej jesieni. A rozzuchwalony jego bezkarnością sąsiad naśladuje go, śliniąc się być może, mimo, że osobiście chwalił mi się żoną i córkami, jakie ponoć własnoręcznie (???) spłodził. I nie poprzestaje na jesieni, najwyraźniej obawiając się, że jego życiorys będzie krótszy niż mitycznego łowcy pędzącego bezkresem nieba.

 

Pies w duszno-białym kostiumie z ujadaniem dobiera się do kieszeni gościa, który wyprowadził go na osiedlową łąkę, jeśli mogę sobie pozwolić na szyderstwo ze spłachetka niemiłosiernie wystrzyżonej trawy w kagańcu betonowych krawężników. Aż zarechotał jakiś kos zatopiony w niewidzialnym wciąż gąszczu kalin. I pociąg donikąd jadący zawtórował z podziwem gwiżdżąc na wszystko i wszystkich, którym wsiąść do wagonu nie było dane.

 

Pierwsze kobiety zaplatają nogi w iksy, pośrednio informując mnie, że sezon polowań na siniaczki czas zamknąć aż do wiosny. Nie mam wątpliwości – w pobliskim dyskoncie obok jadalnych ziemniaków pojawiły się dynie spożywcze – czyli jesień w natarciu. I dęby czerwone wreszcie udowadniają słuszność własnego nazwiska. Mam słabość jesienną do czeremchy i bożodrzewu – żadne inne drzewa nie są w stanie dogonić niezrównanych barw tychże.

poniedziałek, 17 października 2022

Dyplomacja i porządek obrad.

W bloku czternastym rozpoczęło się Globalne Forum Ludożerców. Panel przewidywał debatę nad inicjatywą plemion syberyjskich, aby zintensyfikować prace nad hodowlą rasowego mięsa spożywczego dla klasy średniej. Mówca przekonywał, że przełom w dziedzinie masowego druku wysokokalorycznych żywych potraw jest bliski. Poparty degustacją wykład sprowokował konflikt. W kuluarach szepcze się nawet o rozłamie w szeregach ortodoksyjnych konserwatystów. Eksperymentalne mięso podano doskonale różowe, nie płakało podczas porcjowania, a przed ucztą życzyło konsumentowi „smacznego”. Porównawczo, na dokładkę sprawiono lokatorów bloku, którzy popsuli ucztę lamentem.

 

Administrator obiektu w zdaniu końcowym zażądał zmiany lokalizacji zebrania. Postulat przyjęto owacją na stojąco. Na kontynuację plenum wybrano blok siedemnasty.

Groch z kapustą.

 

Podróż zawsze dostarcza wrażeń. Najpierw dosiadła się pani tak szczupła, że powinna mieć zniżkę na korzystanie z transportu. Później inna, ukrywająca upływ czasu pod fałszywą fryzurką w kolorze buraka bez skrępowania obserwowała wnętrze mojej czaszki poszukując skarbów z wytrwałością godną pionierskich nadziei na odkrycie nowych lądów, względnie badaczy dawno wymarłych języków. Pulchna pani w okularach miała twarz pokancerowaną śrucinami w nozdrzach i wargach. Wyglądała, jakby ktoś na nią polował przy pomocy amunicji zbyt małego kalibru. Pani cicha z charakteru zdjęła pusty plecaczek, żeby zmieścić się między krzesełkami w drodze do mniej zatłoczonego miejsca, za to dziewczęta o pupach zniekształconych sterczącymi z kieszeni telefonami prześcigały się w wulgaryzmach. Pani w futerku obok pana w krótkich spodenkach dopełniają obrazu pomieszania z poplątanym.

 

Jesień oprószyła Miasto złotem schnących liści, choć nad pejzażem wisi smętny ogryzek księżyca. Dzwony zawodzą spiżowo, choć słońce przegląda się w polerowanych granitowych płytach, a samoloty modelują pogodę na dziś uwijając się i snując srebrne nici w niczym niepodobne do babiego lata.

 

Angielskie cielęta snują się po Mieście bez wzroku z preferencją ruchu lewostronnego. W nielicznych otwartych paśnikach Niemcy okupują stoliki, by na czczo nie zwiedzać. Poranne kobiety wciąż pachną cytrusami, podczas gdy wieczorne preferują słodycz kwiatowych aromatów. Wino, rumiane z wysiłku, wspina się na ceglane skarpy kościoła z mozołem i wypatruje nieba, choć do szczytu wież wciąż jeszcze daleka droga.

niedziela, 16 października 2022

Broń biologiczna, czy chemiczna?

 

Stado drapieżnych kurczaków wzbiło się z okrzykiem wykluczającym miłosierdzie. Arogancko łopocząc skrzydłami nabrało wysokości, aż znalazło się wysoko ponad zaroślami. W karnym szyku krążyło wypatrując łupu, obserwując jak cień zbiorowego polowania wypłasza co strachliwszą zwierzynę z szuwarów nadrzecznych, albo z bezpiecznych gęstwin mateczników.

 

Stado kompletnie ignorowało drobnicę. Wszak nie po to wzbiło w powietrze ciężkie od powodzenia kupry. Szukało łupu godnego szwadronu śmierci. Wreszcie brzeg tafli bagna zmarszczył oddech wodnej krowy. Przewodnik kurzego ordynku rzucił hasło do ataku i świat wstrzymał oddech na widok pikujących jedna za drugą eskadr.

 

Krowie ze strachu puścił zwieracz. Martwe stado bezładnie uderzyło w toń.

piątek, 14 października 2022

Poradnik. Produkcja konserw dla jaroszy.

Aby zapewnić wegetariańską czystość mielonce należy poświęcić zbiorom całą uwagę i nie rozpraszać zmysłów udziałem w wideokonferencjach, czy prowadzeniem smalltoków esemsowatej proweniencji.

 

Pozyskując materiał wybieramy chwasty niezainfekowane nawet zębem czasu. Nadgryzione pędy świadczą o obecności gryzoni, co dyskwalifikuje wegetariańskość potrawy. Wolne od głodu żerców rośliny tniemy i energicznie otrząsamy z zawartości ukrywającej się między listkami.

 

W domu topimy utajone życie roślin silnym strumieniem wody. Wieszając snopek korzeniem ku górze suszymy wytrwale, aby pozostałe mięśniaki uległy grawitacji i spadły na pysk, albo kafelki.

 

Wtedy dopiero uruchamiamy szatkownicę, względnie maszynkę do mielenia (oby nie) mięsa i napełniamy sterylne słoiki, pasteryzując bez litości.

Wiadomości z zaścianka.

 

O świcie z mroków niebytu wynurzył się przeźroczysty niedźwiedź. Niechybnie przypałętał się tu uciekając przed nawałnicą jaka opanowała nocne niebo nad wschodnią rubieżą kraju. Eksperci spekulują, że głód skłonił go do żerowania bliżej ludzkich siedzib, gdzie łatwiej o pokarm niż w nielicznych matecznikach i ostępach leśnych.

 

Szczęśliwie pan Wacław cierpiący na rzadką chorobę oczu dostrzegł w porę niebezpieczeństwo, werbalnie powiadamiając sąsiadów, oraz telefonicznie stacjonujące nieopodal służby, z ostrzeżeniem, że na zapleczu dyskontu niewidzialny drapieżnik sortuje zawartość kontenerów w poszukiwaniu wysokokalorycznych odpadków.

 

Pan Wacław za obywatelską postawę został udekorowany białym kaftanem i z honorami przewieziony do bezpiecznej placówki na zasłużoną adorację.

W moim skromnym piórniku.

 

Na brzozach zamieszkujących opłotki osiedla szpaki urządziły sobie walne zgromadzenie. Najwyraźniej zdania były podzielone, bo rejwach był okrutny i nie świadczył o jednomyślności. Dopiero poselstwo kosów w idealnej liczebności sztuk trzech nieco uspokoiło czupurność stada. Wróble, ciekawskie jak zwykle i ostrożne od urodzenia podsłuchiwały spomiędzy jałowców i kalin co dzieje się na szczytach, lecz nie ośmielały się ujawniać. Gołębie, jak to gołębie – ignorowały wszystko, co niejadalne i nie wnoszące zagrożenia dla ich pierzastej cielesności. Kawki deptały niemal po ogonach wron, które chyba coś zgubiły pod żywopłotami i teraz koniecznie chciały odzyskać utracone dobra. I tylko karłowate sikorki wychylały łebki ponad ogryzione do cna pędy dzikiego wina namolnie wspinającego się na kłujące świerki wiśniową girlandą opasując stateczną, srebrzystą zieleń. Dla srok najwyraźniej było jeszcze zbyt wcześnie, a pustułka zapewne poleciała w gości na śniadanie nie czekając na zaproszenie.

środa, 12 października 2022

Poniekąd uszczypliwie.

 

Gdyby uśmiechnięta pani była drzewem – powiedziałbym, że niskopienna i rozłożysta. Ze szlachetnego nasienia i na zdrowym korzeniu. W sam raz, by od niej zacząć rodowód i snuć genealogię aż po kres świata. Ale nie była i spieszyła na autobus z wdziękiem przypisanym jej od urodzenia, dając mi okazję do snucia bezzasadnych dywagacji. Koniczyny z uporem odrastające między jezdnią, a chodnikiem zielenią się gęstym dywanem, niedostrzeżone przez młode mamy, skupione na tym, co w skorupce wózka kwili radośnie. W ramach pielęgnowania świeżo wyklutych uczuć jedna z nich była uprzejma tuż przed mym nosem wykonać skłon, zanurkować pod osłonę gondoli i gugać radośnie zostawiając mnie zablokowanego na wąziuteńkim chodniku między parkanami z kolczastych żywopłotów sam na sam z obrazem legginsów naciągniętych tak, że śmiało przeczytałbym nadruki na bieliźnie, gdyby tam były. Bielizna (owszem – była), to nie gazeta więc nie poczytałem, lecz nie czuję żalu. Ciepło skłania do lenistwa i tylko ptaki stadami galopują we wszystkie strony. Gołębie kołują wokół kominów, szpaki wolą kłusować na dzikim winie porastającym działkę ogrodzenie wielopokoleniowego domu. Wróble odleciały chyba w cieplejsze strony, bo puchate kule dostrzec można tylko sporadycznie. Wrony posiwiałe od ludzkich przekleństw skarżą się kawkom drepczącym niecierpliwie po klepiskach zadeptanej na śmierć trawy, a sroki kołyszą się na szczytach drzew i krzewów jak zbyt ciężki szpic na choince.

Nieuk.

Widnokręgu nie kalał cień człowieka. Byłem sam pośrodku pachnącej dziko teraźniejszości. Szczęśliwie to ja byłem drapieżnikiem, którego obecności bać się należało. Zlustrowałem przestrzeń ponownie. Nie znoszę niespodzianek, nawet pozornie miłych. Cynicznie powtarzałem cudzą myśl, że na świecie nie istnieje darmowy obiad - ktoś zapłaci. Wdrapałem się na jakieś drzewo mniej kolczaste od innych i ponownie przyjrzałem okolicy. Nadal pusto.

 

Dzień zapowiadał się nieźle. W ramię trącił mnie nieznany, przyjaźnie wyglądający owoc. Przekroiłem twardą skórę i ostrożnie polizałem. Słodki był obłędnie. Ugryzłem i wtedy mnie dopadł.

 

Paraliż błyskawicznie opanowywał kolejne mięśnie. Niczym ostatni głupiec spadałem do stóp drzewa już jako nawóz.