sobota, 29 lipca 2023

Misja rozbrojeniowa.

    Ludowa prawda głosi, że wojna jest nieuchronna, kiedy rodzi się więcej chłopców, niż dziewcząt. Pani (prywatnie i zawodowo) trudniąca się rozbrajaniem magazynów termojądrowych oraz składów broni biologicznej wyszła z propozycją masowego unieszkodliwienia zasobów (nawet nielegalnych) w obrębie własnej dzielnicy za drobnym, wręcz szczątkowym wynagrodzeniem. Podczas sesji rady miejskiej zademonstrowała niezłomny profesjonalizm na obecnych członkach rady, ignorując wątpliwości wagin. Członki zwiotczały błyskawicznie i o żadnym natarciu mowy już być nie mogło, a tym bardziej o potomkach płci dowolnej. Czyli – inicjatywa mogła być skuteczną! Jednak zwyciężyła małostkowość właścicielek niezidentyfikowanych jeszcze magazynów broni masowego rażenia. Wszystkie bez wyjątku waginy zagłosowały przeciwko rewolucyjnej inicjatywie.


Inwazja obcych.

 

    Deszcz musiał mieć w genach wyrafinowane, socjalistyczne deszcze pochodzące z Górnego Śląska i potrafiące swobodnie przegryźć się przez zdobyczne „stylony” rodem z samej Ameryki. Padał i padał, przeciskając się przez pory skórne niezliczoną ilością nanorobotów z utajnionymi tabliczkami znamionowymi. Niewątpliwie producent pochodził z bardzo zawistnego narodu, bo zaatakowanym błyskawicznie rosła agresja względem najbliższego otoczenia. Najspokojniejsi co prawda mamrotali tylko wyszukane przekleństwa, lecz co bardziej krewcy szukali ukojenia w bezpośrednim zwarciu. Roboty niewzruszenie drążyły ciała tubylców, rozprzestrzeniając się za pośrednictwem dowolnej wilgoci. Mniemać należy, że kolejne jednostki zarażały się podczas wymiany płynów ustrojowych, nawet tych ukradkowych, w domach oświetlonych czerwonymi latarniami.

Lato wszędzie.

 

    Staruszka rozgarniała przestrzeń za sobą przy pomocy dobrze naostrzonego parasola, pilnując, aby nikt nie wszedł na jej orbitę, a tym bardziej nie wyprzedził jej wzdłuż prawej burty. Po lewej przemknęło dziewczę, któremu udało się między łopatkami opalić się nietuzinkowo – ni mniej, ni więcej, jak napis IXI podświetlony blado na świeżej opaleniźnie. I raczej nie była to reklama proszku do prania z czasów socjalizmu.


    Pani motorniczka (motorówka?) wysiadła z tramwaju z korbą w dłoni i poskromiła zapędy pojazdu pragnącego chyba pojechać w nieznane, miast trzymać się kursu. Udało się kobicie! Tramwaj, zamiast za Rzekę, podjechał na „damski” przystanek. Tak go nazwałem, bo nastąpiła na nim kompleksowa wymiana pasażerek na nowy zestaw. Na chodnikach turyści z pęcherzami na piętach pracowicie nabijali kilometry, oddychając dekoltami rozkwitłymi po granice przyzwoitości, jeśli takowe w ogóle istnieją. Nieśmiertelna czerń wytrwale dawała wycisk niewieścim ciałom, penetrując je skwarem bez litości i bez cienia. Na przystanku siedział prześliczny rudzielec o karnacji negującej ideę lata i dyskretnie ocierał pot z czoła nim rozmaże świeżo namalowane rumieńce. Czapla, siedząca na kamiennej ostrodze suszyła piórka przed powrotem na łono ogrodu zoologicznego. Ja suszyłem koszulę na grzbiecie, trzymając się cienistej strony wszystkiego.

piątek, 28 lipca 2023

Kogel-mogel.

    Na pchlim targu oglądałem figurkę z brązu przedstawiającą rozmodlona zakonnicę. Jednak, gdy ją odwróciłem okazało się, że to archaiczny wibrator nader realistyczny. Lubię nieoczywiste przedmioty i byłbym go nabył, gdyby nie fakt, że piekło kosztowało o wiele więcej niż niebo. Most, niegdyś oszpecony olbrzymimi rurami ciepłowniczymi, wreszcie ozdabia miejski pejzaż.

    Piękne panie od wewnątrz wypełniają wdzianka w zakurzonych zieleniach pokornie znoszącej napór krągłości nie zawsze oczywistych czy pożądanych. Na chodniku leży odzież tuż obok martwej walizki cicho zdychającej pod płotem. Tuż przy Rynku, przystankową wiatę zdobi dach porośnięty zielenią. Zorganizowaną. W sam raz dla zielonych kiecek niewiast wszelkich kategorii wiekowych, czy wagowych. Wiatr, choć ledwo zaznacza swoją obecność, to jednak potrafi poukładać stopy młodych kobiet w najbardziej nieprawdopodobnych konfiguracjach, mimo iż tramwaje jeżdżą w miarę rozkładowo - gorzej idzie im z topografią Miasta. Remonty wciąż sprawiają, że wsiada się z ciekawości, dokąd dziś prowadzą tory.

czwartek, 20 lipca 2023

Odkrycie i ujarzmienie Kuby.

 

Statek pod światłym przywództwem Wielkiego Odkrywcy Nowych Lądów I Możliwości (WONLiM) płynął cokolwiek zbyt krotochwilnie, zataczając się równie niespodziewanie, co personel obsługujący mostek. Huczna impreza tocząca się od ubiegłego piątku przeciągnęła się niemal do wtorkowego poranka, kiedy na bakburtę wytoczył się (nieco się zataczając) Odkrywca i rozpinając rozporek skrupulatnie sprawdził kierunek wiatru, żeby nie poplamić moczem oficerek wygranych minionej nocy w pokerka. Kiedy niespiesznie zogniskował wzrok na widzeniu i odcedził jawę od mrzonek, a wodę od pozostałych fatamorgan, głosem rubasznym retorycznie zapytał:

 

- A jakżesz nazywa się ów mroczny ląd na krawędzi widnokręgu?

 

- Kuba! – syknęła pani o urodzie nieco już przygasłej i wczorajszej, lecz skonfundowawszy, że pierwotny szept był nazbyt sceniczny i słyszalny wszędzie, dokończyła już dyskretniej- Pomóż temu osłowi, to może gażę ci podniesie i będzie cię stać na przyzwoity ożenek ze mną!

 

Jakub (drapiąc się między udami) wezwany do działalności twórczej, podszedł do hmmm… właściwej burty, rozpiął rozporek (dla towarzystwa naturalnie) i sikając z wiatrem rozglądał się kaprawym wzrokiem, usiłując dostrzec to, co tak zainteresowało Odkrywcę.

 

- Kuba? TEN KUBA? Boki zrywać! – roześmiał się odkrywca – Całkiem jak ty. Ale niech będzie Kuba. Szyper, proszę z łaski swojej oznaczyć na mapie i księdze okrętowej nową ziemię. Może wysadzę cię tam z tą twoją Anką? Ha? Kuba i kubAnka na własnej wyspie… A niech mnie!

poniedziałek, 17 lipca 2023

Teoria wielce spiskowa.

 

Wiedziony niezdrową ciekawością kontemplowałem rozkład jazdy miejskiego portu lotniczego, chwalącego się, że odlatuje stąd 24 samoloty pasażerskie na dobę, a ląduje ich jedynie 22. Obsługa lotniska zapewne pracowicie rozmnaża brakujące jednostki w ciemnych hangarach, względnie transferuje je autostradami. Ponieważ w godzinach nocnych (między północą, a dziewiątą rano) niebo jest rozkładowo sterylnie czyste, ruch dzienny zagęszcza się statystycznie do czterech maszyn na godzinę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że często widuję/słyszę ruch wielokrotnie większy. Lądują cichociemni? Obcy? Chmary czarterów finansowych grubasów chcących zwiedzić nasz ubożuchny zaścianek? A może wojsko upodobało sobie miejscowe lotnisko i nie chce się tym chwalić?

Znajdy.

 

Wróbel znienacka rzucił we mnie chlebem, zaskakując i mnie, i siebie. Wnet ochłonął i zabrał go, zerkając na mnie ciut niepewnie. Nawet nie skląłem biedaka, bo mnie rozbawił. Chwilę później oglądałem wielki, nowoczesny budynek, wyglądający tyleż mrocznie, co ponuro. Ciemna cegła wyglądała na przypaloną, a z gardzieli budynku, w stronę chodnika, spływała lawina betonowych schodów. Mimo skwaru – gęsia skórka. To była minimalna reakcja obronna organizmu uwikłanego w światłocień kilku wiekowych platanów zacieniających scenerię dramatycznie. A przecież gdzieś w kazamatach budynku świeżo otwarte studio tatuażu wabiło otwartymi szeroko drzwiami nastoletnie panienki zbierające inteligencję w pary lub zgoła czwórki, żeby móc komunikować się ze światem zewnętrznym – dla nich zewnętrznym. Potem, to już tylko smartfon leżący na chodniku bez oznak życia i nosiciela. Dopiero gdy znalazłem drugi, tym razem leżący obok pijanego w sztok dżentelmena ucinającego drzemkę pod krzakiem bzu-czy-tamaryszka, wpadło mi do głowy, że ten pierwszy również mógł być pijany. Leżał bezwolnie i gapił się na nędzną kępkę kwitnącego dziurawca bez tchu zupełnie. I żaden impuls nie rozświetlił mu lica. Nawet omyłkowy.

niedziela, 16 lipca 2023

Sapiący homo.

 

Sąsiad bąknął mi przy niedzielnym grillu, że na potrzeby filmu potrzebowali małpy. Dla sławy nie takie rzeczy się robiło, więc czym prędzej zakopałem maszynkę do golenia i inny sprzęt (bardziej zaawansowany do depilacji stref równie tajnych, jak amerykańska pięćdziesiątka jedynka). W ślad za nimi poszedł garnitur dwurzędowy, parę krawatów i laczki lakierowane jeszcze za czasów króla ćwieczka ekologicznie czystą stearyną. To było proste. Gorzej, że kolejnym krokiem było osiągnięcie ajkiu na poziomie nie przekraczającym pięćdziesięciu. To można było załatwić wyłącznie psychotropami, nielegalną substancją, bądź długotrwałym tankowaniem destylatów procesów fermentacyjnych warzyw, ziół i owoców. Podjąłem wyzwanie nabywając w pobliskim markecie dwunastopak przecenionego (czyli zagrożonego przeterminowaniem – jak to osiągnąć w kraju ochlajów?) piwa, kartonem wina o etykiecie ozdobionym delikatnym filigranem miękką ręką trzymającą patyk, by markę wina pominąć skromnym, acz wymownym milczeniem. Do tego najczystsze z czystych wódeczek pod wezwaniem wszystkich świętych, rycerzy, polityków, czy innych postaci historycznie zamieszanych w proceder zwieńczył przygotowania. Potem sprawa zaczęła już przeciekać – bynajmniej nie przez palce, lecz przez układ pokarmowy, niespecjalnie doświadczony w trawieniu zmasowanego fermentu. A jednak. Mimo iż byłem małolitrażowy, wydalałem dołem i górą, wypacałem jak tylko umiałem, a ajkiu degenerowało. Niestety niedostatecznie szybko. Termin kastingu zbliżał się nieubłaganie. Przeszedłem na dokarmianie całodobowe, również dożylne i wreszcie zaskoczyło. Upadek był godny wielkoekranowego dzieła. Leżałem w urynie. W posoce. Zarośnięty i cuchnący jak obornik w gospodarstwie leniucha. Sąsiadki przestały mi się kłaniać, a dzieci uciekały.

 

Świt z-nieba-zstąpienia zastał mnie już w kolejce drepczących w miejscu troglodytów, z gębami szeroko otwartymi i śliniącymi się niczym buldogi na widok ponętnej, wysportowanej buldożerki. Każdy świecił niczym wygasła gwiazda na firmamencie i zdawał się być co najwyżej półgłówkiem. Części z obecnych udało się zsunąć na osi liczb dodatnich niebezpiecznie blisko zera. Ci leżeli, albo pokwikując obwąchiwali (dyskretnie podgryzając) kostki konkurencji. Nim drzwi do sławy uchyliły się odrobinę, abyśmy dostrzegli szwadron zwarty i gotowy na naszą śmierć w męczarniach, gdyby przyszło nam do łbów zawłaszczyć pierwszy plan na plakatach reklamujących hit wszechczasów wciąż nienapoczęty przez reżysera z braku medialnej małpy. Staliśmy więc pokornie i potulnie, choć co bardziej krewcy drapali ostentacyjnie rozporki i puszczali gazy jakich nie powstydziłaby się podręcznikowa chmura nad Ypres. Wpuszczali nas pakietami – po tabunie, który potrafili ujarzmić arkanami służb wyspecjalizowanych.

 

- Dziwne – pomyślałem – nie zbadali nas ani na wściekliznę, ani nawet na wszy.

 

Węszyłem podstęp. A kiedy podali nam siedmiostronicową ankietę – byłem już pewien zasadzki. Małpa wypełniająca kwity? Grubo szyta intryga! Podarłem papier i oddałem mocz na ścianę celując tak, żeby przy okazji zwilżyć but uzbrojonego gościa w czerniach i granatach. Biedną świnię przerobił na obuwie. Resztę chyba pożarł, bo napakowany był mięsiwem po same uszy. A mnie w końcu zaczęło ssać w dołku. Chętnie też bym wrzucił coś w tryby. Od tygodnia, czy dwóch, tylko kalorie w płynie – cud, że przyszedłem, zamiast nadpłynąć jak szanujący się monsun, czy inny ruczaj z zielonego gaju. Dumny z siebie, że ominąłem rafy i zasieki spokojnie patrzyłem na debili pocących się nad kaligrafią obcą nam-małpom. Wreszcie zaczęli wołać przed oblicze najjaśniejszego. Tron miał kiepski. Z brezentu. I wzrok nietęgi, podbity okularami o tak wielu dnach, że musiał widzieć świat podziemny na wylot.

 

- I dobrze – zatarłem mentalnie ręce… tfu łapy – taki to niechybnie pozna się na moim poświęceniu dla roli!

 

A coście mi tu sprowadzili – zaniepokoił się reżyser patrząc na mnie z obrzydzeniem – cuchnie dosadniej niż wojskowa latryna. A wygląda tak, że trzeba mu było kaganiec i obrożę nałożyć zanim tu toto wprowadziliście. Przecież mnie ukąsi. Sami popatrzcie, jak zuchwale zezuje na mnie!

 

Byłem z siebie dumny. Poznał się. Błyskawicznie dostrzegł wszelkie zalety mojej kreacji. A przecież nie miałem zbyt wiele czasu i środki mocno ograniczone. Rola była już moja. Tymczasem reżyser zapewne dla zachowania pozorów demokracji zapragnął nagle obejrzeć kolejne egzemplarze aspirujące do roli.

 

Odezwiemy się, damy znać i różne takie bla bla bla, wyćwierkała w moją stronę stojąca daleko poza zasięgiem mojego aromatu zabiedzona czapla z lakierowanymi szponami i na szczudłach szpilek tak wysokich, że już biustem utkwiona była w niebie i to na wyższych jego piętrach. Ja co najwyżej mogłem pożegnać jej pępek i szpony wręczające mi na pamiątkę udziału w kastingu plakacik z własnoręcznym podpisem reżysera i streszczeniem fabuły udartym w pół akcji, żeby wzmóc niepewność jutra. Małpa… miała dysponować inteligencją, która pozwoliłaby jej zawładnąć światem i zaprowadzić na ziemi mores, jakiego nie udało się dotąd osiągnąć żadnemu z dyktatorów. I na pewno nie osiągnęła tego sikając ochronie na wojenne kamasze.

 

- Ech! Z tymi sąsiadami… Niby coś usłyszał, niby chciał dobrze i co? Spaprał mi tak świetnie zapowiadającą się karierę!

sobota, 15 lipca 2023

Defetystycznie.

 

Nadpobudliwy mimicznie gość, na krańcach istnienia cierpiał również na syndrom niespokojnych rąk. Wiecznie poprawiał koszulę usiłującą wydostać się na wolność spod jarzma paska, albo wymachiwał nimi zaskakująco i nieoczekiwanie. Obok przemykały milczące, wtulone w same siebie kobiety. Opustoszały ławki zasiedlone dotychczas przez kloszardów. Mają urlop, a może przeszli na emeryturę? Bo chyba nie zeszli nagle i dramatycznie? Wszyscy razem, to byłoby medialne wydarzenie, jakiego nie sposób przegapić. Krwawnik zdobywa przyczółki na trawnikach poddanych dywanowym nalotom kosiarzy uporczywie zmieniających zieleń w żółto-brunatne pustynie.

czwartek, 13 lipca 2023

Niemal zalążek powieści.

 

Pani niosła na sobie niewiele kobiecości, żeby nie powiedzieć brutalnie, że ciałem była ledwie obrzucona. Ale materia musiała być esencjonalna, z dna gara, bo wyglądała czupurnie i zadziornie. Strach zbliżać się do galaktyki przez którą frunęła, bo jeszcze wejdzie się na kolizyjny kurs i po kwiku. Dość powiedzieć, że do nogawek czuła wstręt, względnie uwłaczały jej kobiecości. Dlatego krótkie spodenki były ich pozbawione doskonalej, niżby rzecz uczynił pedantyczny Kopciuszek. Cóż – w pobliżu dworca PKP rośnie wakacyjne stężenie oryginałów. Niegroźnych i przeważnie pod wpływem dobrego humoru. Tylko czasem pod wpływem chmielu, czy jęczmienia.

 

Na przystanku wpada mi w oko gość z pośladkami z przodu. Pod pępkiem wyrosły mu dorodne półkule i żeby je właściwie wyeksponować pan skwapliwie rozsunął kolanka i nieprzeciętną urodą okrasił otoczenie. Niechybnie był to model figlarny i bezpruderyjny, bo tiszercik miał na wpół przeźroczysty z wysiłku utrzymania owego zadka w zaciszu tajemnicy. W autobusie młody facet rozgrzewał mięśnie twarzy, a kiedy wysiadł zaczął ćwiczyć pozostałe. Mimiczne ćwiczenia wyglądały dość pociesznie i tylko ciut grozą wiało. A kiedy szedł taki kanciasty i nierozprostowany, stawał się niebezpieczny dla otoczenia. Wolałem zostać w tyle i podziwiać ekwilibrystykę przechodniów usiłujących minąć go bez stłuczki. Między mostem, a kościołem starszy pan zamiatał liście (analogowo- szczotką) w zwolnionym tempie. Wiatr z szacunku umilkł i wyniósł się, żeby mu nie przeszkadzać. Niedaleko – przesiadł się, pomagając hulajnóżce w kasku wydąć spódnicę-spinaker i pognać ją hen do nieznanych portów.