Wciąż trafiam na wielce urodziwe niewiasty – trudno im odmówić tak wielkości, jak i urody.
Spotykam również smarkule tak zuchwałe, że wstyd w całości zostawiają innym. Nie wiem, czy przyjmować narzucaną mi rolę zawstydzonego, lecz czasami czuję się mocno nieswój. Co jednak począć, kiedy spotykam kogoś z kucykiem na farbowanych na słomkę włosach, w sukience (czerń łamana na fiolet) do ziemi i adidasach o podeszwach pozwalających suchą nogą przekraczać cieki wodne? Ach – i ostatni drobiazg – istota fizycznie była facetem, choć wierzyć trudno. Jestem przekonany, że posiada zaświadczenie od psychiatry, że się mylę stawiając go/ją w szeregu płci brzydszej.
W autobusie dosiada się do mnie pachnąca dezynfekcją pani, wyglądająca na emerytowaną samicę zawodowo uprawiającą uległość. Wymuszała na włosach młodość farbą, która zdążyła zardzewieć. Nosiła skórzaną kurteczkę, pod którą zgromadziła mnóstwo rutyny i trochę potu, bo dzień aspirował do miana letniego, a nawet cieplejszego niż letni. Niżej pani odziana była (że się posilę niewybrednym szyderstwem) w bieliznę i skórzaną spódniczkę – oba drobiazgi tekstylne prowadziły otwartą wojnę, licytując które zasłoni mniej. Twarzowej urodzie pani poświęciła mnóstwo uwagi, żeby ją namalować, naskórnie i podskórnie, a nawet ponitować co mniej przylegające fragmenty, żeby nie oddaliły się ze wstydu, podzwaniając metalicznie. Cóż. Okolice dworca, jak zwykle dostarczyły ekstremalnych wrażeń, a liczba oryginałów stale rośnie.
Chłopiec był jeszcze dzieckiem, ale towarzysząca mu dziewczynka niepostrzeżenie stała się już kobietką. Jawny dysonans wieku dojrzewania nie przeszkadzał im wspólnie kwitnąć, sprawdzając nawzajem jędrność ud, czy czego tam sięgnęły opuszki bardzo ruchliwych palców.
Dziewczę, obciążone tobołami, na przejściu dla piechoty celuje stopami w jaśniejsze prostokąty, jakby przeskakiwało nad przepaścią. Wstrzymałem oddech, nim bezpiecznie przebrnęło niebezpieczny odcinek i usiadło na popas na klombie.