piątek, 6 lipca 2018

Dialog przegranego boga.


- Chciałam być twoim świętem, a ty mi nie powiedziałeś, że głupio myślę…

- Ale… - W gardle mi zaschło na podobną niesprawiedliwość, której uzasadnienia szukać należy w damskiej duszy tak głęboko, że w zasadzie żadnemu facetowi wejść się tam nie udało na wystarczający okres czasu, żeby zdążył zrozumieć i zapamiętać mniemania. A przynajmniej brak jest wiarygodnych danych, że ktoś taką podróż odbył, wrócił bez szkody dla zdrowia psychicznego i udokumentował ją wspomnieniem spisanym bez etosu rycerskiego i chorobliwej dumy popartej trzema lampasami kaprala na ortalionowym dresie. Bez erekcji i mołojeckiej chwały autokratycznie przyznanej samemu sobie bez wahania i zbędnych „okoliczności towarzyszących”.

- No i mam co chciałam! Przez ciebie! Święto raz na rok i ani grama więcej, a przecież nie tego chciałam! Ja chciałam każdego dnia. Codzienności chciałam, tylko mi się wydawało… I nie śmiej się proszę barbarzyńco… Myślałam, że myślę i że ty też myślisz, a przecież się nie udało i teraz nikt już nie wie, jak rozplątać spełnione, pochopnie pobożne życzenia. Bo przecież jesteś, a tak ubogo, jakby ciebie nie było wcale. Tym pustym talerzykiem dla wigilijnego wędrowca, któremu udało się zabłądzić właśnie do mnie, a ja nie wiem nawet, czy chcę go wpuścić do domu, bo śmierdzi przeszłością beze mnie. Cuchnie niedostatkiem… Zaniedbaniem własnym i moją pogardą.

- Ale… - głos miałem już osadzony w więzieniu o zaostrzonym rygorze i nie nadawał się wcale do wypowiedzi dłuższej od dwóch sylab, więc tylko kaleczyłem do krwi gardło, a język i podniebienie spływało niemocą, kiedy płuca usiłowały się zająknąć oddechem. Przecież z takim zarzutem walczyć nie sposób. Szczególnie, kiedy dotyczy nie-mojego-chciejstwa-i-mojej-domniemanej-akceptacji… Kosmos niedościgniony skumulowany w moim umyśle próbował eksplodować reakcją łańcuchową pełną słów niewypowiadalnych publicznie bez uszczerbku dla miłości własnej otoczenia…

- Bo wiesz… święto miało być, ale dnia każdego. I nocy też. I W OGÓLE, bo W OGÓLE, to coś, co obejmuje właśnie każde niedopowiedzenie i wszystko, czego zabrakło mojemu spełnieniu. Bo miało być W OGÓLE, a nie od święta i… Że też nie pomyślałam wtedy i nie zażyczyłam sobie dla mnie całego, pełnego i nieskończonego W OGÓLE. No i widzisz jak to jest gadać z facetami i tłumaczyć im, a oni nic i nigdy… No chyba się rozpłaczę i to będzie twoja wina, bo przecież MOGŁEŚ MI POWIEDZIEĆ! MOGŁEŚ MI POMÓC. A ty, jak ostatni łapserdak kiwałeś głową i udawałeś, że dobrze, że w porządku i OK, byle nie W OGÓLE! I śmiałeś się, a ręce ci biegały, żeby dotykać tam, gdzie dopiero W OGÓLE upoważnia do dotykania, a ty bez tego i śliniłeś się jak jakiś niedojedzony żebrak, a ja głupia uległam, zapominając o W OGÓLE!

- Ale… - gdzieś we mnie rosła rozpacz i dramat pęczniał tragedią spełnioną tak bardzo, że sam nie rozumiałem, w jaki sposób jeszcze się we mnie ona mieści, a słowa zastygły soplami i skamieniały jak mezozoiczne drzewa przytulone tonią oceanów i lodowców tak skrupulatnie, że prehistoryczny kornik wielkości IC relacji Moskwa-Wiedeń nie zdołał skonsumować celulozy na chwałę ewolucji, nim ciśnienie oszołomiło drewno i scaliło je w skałę niewzruszoną i cierpliwie znoszącą obojętność świata.

- Wiesz? To twoja wina. Chwalisz się, że taki mądry, że pokłady zalet zalegają na dnie twojej istoty warstwą bogatą i niezmierzoną, a tu co? Zostawiłeś mnie na pastwę emocji, choć wiesz, że w emocjach człowiekowi zdarzyć się musi niedoskonałość, że przecież nie każda myśl rodzi się pięknym kwiatem i wymaga drobniutkiego wsparcia, ramienia życzliwego i niezłośliwego. A ty się śmiałeś. Pewnie już wtedy wiedziałeś, że tak będzie, że stanie się, co się stało i teraz kpić ze mnie będziesz, a ja wypłaczę całą wodę z siebie i nic we mnie już nigdy nie będzie takie samo. Bo co zrobić mam, kiedy wigilia i pusty talerzyk ciebie mi nie wystarcza? Kiedy jeden krzyk pośród polarnej nocy, to za mało, żeby wsparcie nadeszło i pomoc skuteczna i żeby szczęście mogło gniazdo uwić gdzieś pomiędzy moją nagością, a twoim uśmiechem sytego kota?

- Ale… - głos napisał mi wypowiedzenie umowy w trybie natychmiastowym i podparł je paragrafami i artykułami ustaw brzmiących tak groźnie, że proces z wolnej stopy wydawał się nieosiągalny i teraz, to już tylko kierat, kaganiec i rąbanie maczetą trzciny cukrowej na nielegalny, czerwony, kubański rum, gdzieś w zapomnianej przez Boga wiosce poza krawędzią cywilizacji. Moja prywatna przepona obraziła się na mnie i plując z pogardą powiedziała bezgłośnie, ale bardzo jadowicie: „ty świnio!”, a ja usiłowałem policzyć wykrzykniki i liczba zer za cyfrą znaczącą, choć przed przecinkiem przerosła coś, co mógłbym znaleźć z teorii liczb wielkich – nie z nazwy, a z ilości zer właśnie.

- Wystarczyłoby, żebyś mi powiedział dwa słowa, żebym zdążyła ochłonąć i pomodlić się o rozsądek, zanim poproszę o świętość dowolnie małą. A ja głupia poprosiłam bez rozumu i dostałam. Nawet nie wiesz, jakie znam słowa, żeby wypluć z siebie utracone nadzieje, bo przecież stać się mogłeś dla mnie i być moim, a jesteś teraz tylko jakimś echem – pokutą, wyrzutem sumienia, przypomnieniem i sądem wiecznym, od którego się nie uwolnię. Pamiętasz? Miałeś wtedy tę marynarkę, w której ktoś ci wypalił papierosem dziurę na lewej kieszeni, a zamszowe buty farbowały ilekroć deszcz przyszedł i to tak, że skarpet prać nie było warto, tak się nażarły barwnika. I w tej koszuli, którą wyrzuciłam ci przy pierwszej okazji, bo jej nie znoszę do dziś. Chichotaliśmy później, bo biegałeś po domu ubrany w tę kieckę, której w życiu nie założę, bo tak się normalny człowiek nie ubiera, a na balkonie schły wszystkie inne części garderoby. I poszedłeś w końcu, ale w mojej bluzce, której żadne pranie i prasowanie nie pobawi wytłoczonych moimi piersiami wypukłości utrwalonych podczas weekendów, kiedy nie widzi nikt, czym się opatulam. A ty poszedłeś, jakbyś miał moje sutki wklejone w lewą stronę bluzki nieustająco pachnącej moimi perfumami niemęsko bardzo.

- Ale… - mój głos już pakował manatki w węzełek i jako te bezpańskie dzieci wędrował w świat pełen niegodziwości, nocy zimnych i głodnych, bo przecież ja nawet tyle nie byłem w stanie mu zaoferować. Ja już wiedziałem, że to ostatnie "ale" ze mnie się wydostało, a jednak nadal wierzgałem, jak wisielec, którego nerwy poszarpane śpiewają pośmiertne naprężenia wzywając na pomoc wszystko, co nieludzkie, bo ludzie z pętlą obciążoną ciałem radzą sobie bardzo słabo i zaledwie jednokrotnością są w stanie się wykazać. Ech! Zupełnie nieudany egzemplarz ze mnie, skoro nawet z własnym głosem nie znalazłem kompromisu.

- I teraz wiesz co? Wiesz na pewno, tylko się głupio uśmiechasz i milczysz, żeby mnie pognębić i upokorzyć, żebym żebrała o twoją obecność dla mnie, i we mnie, i każdego dnia. A ja muszę być twarda, bo kiedyś przyjdzie mi się tłumaczyć z mojej słabości do ciebie, a chcę móc spojrzeć w twarz tym ludziom, których dzisiaj nie znam jeszcze, ale to kwestia tylko przyszłości, która czai się każdego poranka na mnie. Więc skoro tak, skoro nie było cię stać na wsparcie, żebyśmy mogli być razem… Bo przecież widzisz, że zrobiłam WSZYSTKO, żeby się udało, tylko ty, jak głupiec ostatni, nie potrafiłeś nieszczęściu zapobiec. I jeśli mam cię mieć od święta, to dzisiaj święta nie ma, więc idź sobie precz, jak najdalej i nie przeszkadzaj mi płakać, bo głupi jesteś. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Idź i nie wracaj. A na wigilię, to ten talerzyk rozbiję już dzisiaj, więc nie licz nawet na łyżkę barszczu, na zimne uszka, czy łuskę karpia do portfela – gnij w biedzie i zapomnieniu. I nie licz, że będę płakać rok cały, żebyś raz jeden przyszedł wziąć mnie jak grosz na chodniku znaleziony.

- Ale…

- Milcz, żadnego ALE więcej, przecież widzisz, że z tobą nie da się rozmawiać poważnie. Nie patrz na mnie, jakbyś mnie pierwszy raz widział. Jesteś impertynentem, gburem nieokrzesanym, który człowiekowi tylko przykrość potrafi sprawić, więc lepiej już nic nie mów, bo się pogrążasz jeszcze bardziej! Nawet święty Piotr Boga wyparł się tylko trzy razy, a ty właśnie po raz szósty… Idź sobie jak najdalej, bo nie wiem, czy wciąż chcę z tobą rozmawiać. Idź i nie wracaj, jeśli masz w sobie resztki godności… I nie mów nic więcej proszę, bo mi się przeleje i przestanę być dla ciebie uprzejma.

26 komentarzy:

  1. Monolog raczej ;-) ale w tej sytuacji lepiej nic nie mówić, nie warto...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. we dwoje monolog? bez zatkanego ta gawęda nie miałaby sensu - słuchacz musi być, choćby "gadał" biernie.

      Usuń
    2. Słuchacz nie przesądza o tym, że wychodzi monolog...

      Usuń
    3. ale takie "rozmowy jednokierunkowe" zdarzają się. czasami słychać je na kilometry.

      Usuń
  2. hmm... Dlaczego nie zamknąłeś jej ust?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo mnie zatkało. bo nie wiedziałem co odpowiedzieć. bo gdybym to zrobił, to eskalacja byłaby naturalną konsekwencją. bo to opowiadanie urosłoby do rangi konfliktu zbrojnego o zasięgu bliżej nieznanym. a i tak jest dość obszerne. czy czujesz się usatysfakcjonowana rozmaitością argumentów?

      Usuń
  3. No i miała rację kobitka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. podoba się Tobie pomysł rozmowy, w której jedna ze stron nie ma nic do powiedzenia? mnie nie przekonuje.

      Usuń
    2. Ja nie o pomyśle rozmowy, tylko o tym, co kobitka miała do powiedzenia.

      Usuń
    3. najwyraźniej Tobie łatwiej zrozumieć. cieszy mnie niezmiernie, że się udało, bo to oznacza, że wymyśliłem możliwy przypadek, który potrafią zrozumieć kobiety, a faceci się pogrążą w niezrozumieniu. może już czas poprosić o wyjaśnienie? pomożesz?

      Usuń
    4. Cóż, po prostu trafiłam na podobnie oporny egzemplarz...

      Usuń
    5. i udało się dowiedzieć o co chodzi?

      Usuń
    6. Nie, ale udało się rozwieść. Ja się na niańkę dla cymbała nie najmowałam.

      Usuń
    7. i to opowiadanie własnie tak się Tobie skojarzyło?

      Usuń
    8. Tak, tak, wiem, że jestem na wskroś złą kobietą. Do usług!

      Usuń
    9. muszę przemyśleć, czy z nich korzystać.

      Usuń
    10. Nie musisz. Ani przemyśliwać, ani korzystać, ale rozumiem tę bohaterkę do bólu.

      Usuń
    11. w takim razie dumny jestem, że udało mi się napisać coś takiego, chociaż nie dysponuję płcią.

      Usuń
    12. Nooo... To prawda. Możesz i powinieneś być dumny!

      Usuń
  4. Witaj Oko.

    A mogło być gorzej, że tak sobie pozwolę klasyką "pojechać":

    https://www.youtube.com/watch?v=4KKo1R90kNY

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Na szczęście żyję w świecie dialogu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na szczęście żyję.reszta jest "nabyta"

      Usuń
  6. Ale się kobiełce nazbierało, czyżby wcześniej nie rozmawiali?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to są trudne sprawy i każdy domysł jest ingerencją, a może i nadużyciem. nie wiem. ale czasami przez otwarte okna dochodzą odgłosy "rozmów". mówiąc czasami popełniam jawne wykroczenie - słyszę częściej niż chciałbym słyszeć.

      Usuń