czwartek, 16 stycznia 2020

Łakomstwo

- Patrz, jak żre. Jak buldożer idzie i nawet się nie zawaha. Żre jak leci, jak kombajn.
Zerknąłem na horyzont, a tam faktycznie, kurzu chmura, zgiełk jakowyś i wszystko co żywe wieje stamtąd o mało nóg nie gubiąc. Ale co? Trudno poznać. Wzrok nie ten, a i kurz przesłania. Szarańcza jakaś zmutowana? A może maszyneria taka tyralierą idzie i mieli do żywego kamienia wszystko, co na drodze spotka. W tym hałasie myśli zebrać ciężko, więc stoję i raczej bezmyślnie się gapię z otwartą gębą. Co to być może? Ręką po zarośniętym policzku przejechałem aż zaskwierczało od zarostu twardego. W życiu nie widziałem nic podobnego, a żyję już czas jakiś i byle co mnie zaskoczyć nie może. Portki troszkę podciągnąłem, bo z tego zdziwienia jakby niżej niż zwykle, może strach nieświadomy? Albo wychudłem odrobinę na świeżym powietrzu pracując. Na wszelki wypadek poszedłem do chałupy i z lornetką na dach się wspiąłem. Przynajmniej zobaczę, co tam grasuje tak hałaśliwie, zamiast stać bezczynnie i muchy w gębę łapać. Wgramoliłem się na dach, lata już nie te, żebym jak kozica skakał, czy na drabinie tańce dzikie wyprawiał, ale jakoś się dało. Siadłem obok komina i szkła do oczu przystawiam, gdy tylko oddech się trochę wyrównał. Dziwne, starość jakoś mnie dopada niepostrzeżenie. Parę szczebli i kroków kilka po nierównym i wystarczy, żeby się zasapać. Wreszcie bez rąk drżenia do oczu uniosłem lornetkę – łup wojenny jeszcze, ale działa, dobrze szkła, to i działać musi, a mechanizm smarowany, to i trzyma się w całości. Solidny, nie taka zabawka z aluminium i plastiku. Swoje waży, ale warto dźwigać. Ostrość próbuję wyregulować i nawet się udało. Te wzrokowe perypetie szkłami zawsze jakoś się wyprostuje, dobrze, że książek czytać lornetka nie trzeba. No i gapię się na horyzont jak jaki letnik, turysta, czy inny ciekawski bubek z Japonii i świat pusty oglądam, zamiast kartofle okopać. A tam… coś dziwnego się dzieje.
Jakby trąba powietrzna, tylko pozioma, a nie pionowa. Przetacza się po polu sąsiada i pszenicę mu mieli bez litości, choć to nie pora. Faktycznie jakby kombajn, ale taki, co to pięćset metrów na jedno posiedzenie obrabiał. No, Stachu, ty toś maszynerię taką postawił? Skąd pieniędzy nabrał i czemu żniwa zanim dojrzeje. Na pszenicę czas jeszcze przecież. A poza tym – zmieli to w pół godziny i co potem ta maszyna będzie robić? Taką to dżunglę brazylijska w tydzień zmieliłby na trociny. Zerkam wciąż i ciekawość niezdrowa we mnie rośnie, a pytania o logikę tego postępowania rosną we mnie tak, ze brwi już chyba mam na plecach. Oparłem się lepiej o ten komin, też dobrze byłoby go otynkować, bo już popękało i iskry jakie mogą z dachu sypać i słomę ze stodoły zaprószyć. Bieda byłaby, bo przecież nowej stodoły stawiać nie będę. Może ubezpieczyć i niech się dzieje? To później pomyślę, dobrze, że zauważyłem dziury w kominie. Teraz to draństwo pooglądam jeszcze chwilę, zanim mnie kobita na obiad zawoła. Nie. Nie zawoła, bo też się gapi. Przed chałupę wyszła i ręką czoło od słońca zasłania i gapi się na stachowe pole i tę pszenice niedojrzałą po krańce widzenia. Co za franca jaka? Kto to widział żniwa na czerwca początku odprawiać? Dziwne to jakieś.
Zerkam znowu, a ten wał kurzu i trocin toczy się w moją stronę. Wysoki jest. Jakie cztery metry, może więcej nawet, bo tam nad rowem zmielił też wierzbę. Szkoda trochę, bo ogłowiona pięć lat temu i teraz ładnie cień dawała gęstą, młodą czuprynką. Miło było posiedzieć ze Stachem i kielicha grzmotnąć w cieniu. Jakiś ruch koło domu, więc okiem rzuciłem, a tam Stach stoi i włosy rwie z głowy.
- Stachu, a kto to twoje pole młóci tak nie w porę? – krzyknąłem z dachu, a ten tylko włosy rwie z głowy i klnie na czym świat stoi.
- Józek, pojęcia nie mam, ale przed chwilą moja krowa takiego szwungu dostała, że chyba się dziś nie zatrzyma. Pojęcia nie mam, co za draństwo się tam panoszy, ale mu nogi z tyłka powyrywam, tylko mi daj jaką kosę, czy siekiery kawałek. Pójdę i zrobię tam jaki porządek, nim do reszty mi pole zmarnuje.
Podrapałem się po łbie. No nie godzi się tak sąsiada w potrzebie zostawić, choć trochę strach w tę kurzawę wchodzić, ale – Stachu pomógł nie raz i nie dwa – mus, to mus. Zebrałem się z dachu i na dół. Po drodze tylko flaszkę złapałem co to w lodówce została po ostatnich imieninach, żeby dla kurażu, jak odwagi nie starczy. Z drewutni żeśmy dwie siekierki świeżo ostrzone zabrali, kobita palce gryzie, a my już idziemy w tę zawieruchę, żeby pole ratować. Na przełaj, przez zboże, bo czasu nie ma, żeby obchodzić. Głupio tak trochę bo ten od maszyny nie zobaczy nas w tej zadymie i chyba jakim skrajem trzeba i od tyłu gościa zajść, po partyzancku, bo inaczej przemieli jak nic. To tak celujemy w ten bliższy koniec tumultu, gdy nagle cisza. Stanęło. Stanęło i stoi.
- Patrz – wysapał Stach – wystraszył się cholernik jeden.
- A to na rowie gdzieś tak stanęło co?
- No będzie, że na rowie. Może maszyną nie przejedzie. Zwolnij Józek, bo mi nogi włażą nie powiem gdzie.
Skoro stanęło, to pośpiechu nie ma, stanęliśmy w tej pszenicy i po kielichu walnęliśmy na nerw uspokojenie, a potem już, jak wiek każe z godnością, poszliśmy dalej. Bez tego nieprzystojnego biegania i dyszenia jak pies. Ledwie ze sto kroków zrobiliśmy, a tu znów rwetes, tylko ta maszyna obróciła się jakoś i mieli teraz w lewo. No my i tak od prawej szli, więc bliżej będzie. Ale warczy, mieli i żre. I teraz coś widać wreszcie, ale skaranie boskie. Zeżarło do kamienia. Wszystko z ziemią włącznie. Jakby boisko jakie miało tu być, albo pod fundamenty parkingu dla TIR-ów.
- Ki diabeł? Co to ma być? Pszenicę zmarnował – trudno, ale ziemię zabrał? Po co mu to?
- Jak wylizane, do czysta. Coś mi to śmierdzi Stachu. Choć jeszcze bliżej, zobaczymy, czy czego nie widać, bo w tej kurzawie, to oczy szczypią.
Wyszliśmy na kamienie. Gładkie, ciepłe i ziarnka piasku na nich nie było. Ni mróweczki najmniejszej, czy muchy. Jakby całe życie ktoś odkurzył i ze sobą zabrał.
Staliśmy tak z tymi siekierami, gapiliśmy się na ten ugór kamienisty i żadnych pomysłów, co to i kto i po co to komu? A walec mielił dalej, tylko teraz w inną szedł stronę.
- rządowa jakaś zabawka i nie uprzedzili? – pomyślałem – może odszkodowanie dadzą i się odkujesz, a jak nie, to do gazety i zaraz dziennikarze porządek zrobią. I jeszcze zdjęcia będziesz miał na całą Polskę
- Wiesz Józek, gdzie ja mam zdjęcia? – Stach był w wielu kwestiach bardzo praktyczny i wiele spraw miał tam, gdzie niektórzy wszystko mają. – pole szlag trafił, a ja fotki będę oglądał? W kibelku chyba, jak mi się papier skończy. Do dupy.
Patrzyliśmy w milczeniu na te kamienie po polu leżące cicho, a z lewej młockarnia mieliła dalej. Tuman kurzu od tyłu też gęsty, lecz nie tak, jak od przodu i coś tam wydawało się, ze widać. Lecz ani śladu metalu, kabiny, kół czy gąsienic. Tylko walec taki ziemisty się toczył może na trzech chłopa wysoki. Niedługo się toczył, bo znów stanął. Jakby myślał i zastanawiał się co dalej. Niepojęte. Poszliśmy za tym, a kurz powoli osiadał i trochę widzenia było. Dzień w pełni, lato i słońce, wiatr trochę pognał zadymki i ten walec przed nami odsłonił się wreszcie. Nagi taki i nic nie wystaje. Jakby nie miał przodu, czy tyłu. Taki rulon z ziemi. Brązowy, ale rozmaicie. Nie tak po całości, tylko ogólnie brązowy, a punktami jakiś taki – wszędzie inny. No… maszyna toto nie jest. Nie wygląda. I operatora nie widać. Zresztą gdzie by wlazł taki. W ten rulonik. To chyba z boku, ale przecież bok też widzieliśmy. Trudna sprawa – ja bym nie wlazł – w ten rulon ziemi, to jakbym się sam pogrzebać chciał. Rzuciłem siekierkę, bo widać, że nie będzie kogo nią obsobaczyć, pociągnąłem z flaszki i Stachowi podałem bez słowa.
- pójdę, pomacam, co to takiego – odwagi urosło, widać dobra gorzałeczka, albo ja już z głowa nie do końca dobrze stoję.
Parę kroków zrobiłem, a tu rulonik obraca się i boczkiem do mnie się obraca. I startuje w stronę skąd przyszedł
- Stach! Ta cholera do domu ci wejdzie. Gonimy!
Pobiegliśmy chociaż kurz, próbowałem na ślepo złapać tego boczka i drzwi, czy okna poszukać, albo jakiego uchwytu, ale to się kręciło i mieliło i nic za co pewny chwyt zrobić. I lataliśmy tak ze Stachem jako te latawce na wietrze, a to sobie nic z nas robiło. Ani się śmiało, ani klęło – szło i żarło pszenice i ziemię i co tam na drodze stanęło. Robaki i myszy nieostrożne, lub zbyt wolne wkręciło jak nic. Ot – głodomór, tylko po co ziemię żre i kiedy odda. Czy odda, bo z pola to nici i Stach do miasta chyba pójdzie za chlebem, bo na kamieniu przecie nie rośnie nic poza mchem. No żal mi się chłopa zrobiło, a tu nie ma na kim się wyżyć nawet. A walec szedł bez pośpiechu i trwogi żrąc i liżąc ziemie do kamienia. Stanęliśmy zdyszani.
- Stach. Nie dam rady dalej się z tym szamotać. Za mocne draństwo. I człeka nie widać. Żeby choć koła miął, tobyśmy mu kapcia zrobili i poczekali aż kto wyjdzie, żeby mu gębę obić. A tak to co? Znikąd nadziei. Stanęliśmy zdyszani, smętni i w beznadziei pogrążeni, a ten szatański walec kolejny raz się obrócił i paraduje nam przed nosami. Toczy się kurzem w oczy sypiąc i chwastem jakimś rozdrobnionym, a za nim pustynia kamienista, pusta i czysta jak lodowisko. Kółko zatoczył. W kwadracie, ale kółko. Więc może się pomylił? Przecież za chwile już po kamieniach jechał będzie, bo tam już wygryzł do czysta. I co dalej. Patrzyłem na skraj tego, co polem było a teraz stało się dnem basenu chyba.
- Stachu. Gdyby tak deszczu dużo, to może staw i ryby hodować? Patrz – posprzątane i najmniejszego korzonka nie widać. Może zarastać nie będzie i karpie na święta, albo jakie inne pstrągi dla turystów w hurcie sprzedawać? Przecież tu już nic nie posadzisz, chyba że to – pokazałem z obrzydzeniem na walec – chyba że to odda, wysra, wyżyga chociaż ziemię, ale się nie zanosi. Żarłoczne toto aż strach. A patrz jak żarło – do rowu z każdej strony. Jakby się wody bało. To co teraz zrobi, skoro rowy dookoła, a w środku wyżarte? Przeskoczy? Dupę ma chyba za ciężką, więc tu zgnije i rozciągniemy może. Franek koparek pożyczy, byle na paliwo było. Cała wioska to może do zimy rozciągniemy z powrotem. Tylko niech ziemię odda chociaż. Patrz, jaki tłuścioch. Ledwie się rusza – może pęknie wreszcie i jeden kłopot mniej.
Pociągnęliśmy z flaszki po ostatnim łyku, splunęliśmy, a ja cisnąć chciałem te pustą flaszkę w ów walec. Butelka zatoczyła łuk i spadać zaczęła wprost w środek tego żarłoka. W te brązowe liszaje teraz nieruchome jak wały nad rzekami. Obróciłem twarz do Stacha, bo coś tak ucichł i nie wiedziałem, czy co się mu nie stało, serce może nie wytrzymać, kiedy ojcowiznę jaki obcy pożre, a to było takie niesamowite, że o wypadek kardiologiczny nietrudno. Stach stał ze spuszczoną głowa i dumał oparty na siekierze, którą do tej pory ciągał ze sobą. Usłyszałem jak pęka szkło. Zerknąłem przez ramię, a tam, gdzie przed chwilą nażarty do wypęku walec odpoczywał świeciły kamienie. Kamienie, a na nich ta nasza w nerwach pita butelczyna roztrzaskana na drobne.
- Wiesz Józek – wreszcie się odezwał – jedna to mało, chodź do mnie na kielicha. I tak roboty dzisiaj nie będzie, to możemy przy kieliszku podumać, co to robić teraz. Chodź – sam wciągał przecie nie będę jak ten tu nienażarty. On poszedł, to my też chyba, co?

niedziela, 12 stycznia 2020

Lalka

- Zostaw – krzyknąłem ostro i całkiem niegrzecznie, gdy zbliżył się do leżącej w kącie strychu laleczki i wyciągnął po nią rękę. 

Nikomu nie pozwalam jej dotknąć, ruszyć, kopnąć, czy nawet kichnąć w jej stronę. Ma tam być, w niezakłóconym spokoju leżeć. Mieszkać w tym kącie do końca świata. Ruszyć jej nie dałem dzieciom siostry, fachowcom, co dach naprawiali, kominiarzowi – nikomu. Może mam uraz, może jestem dziwakiem, ale leży tam już trzydzieści lat chyba. Sam tylko raz na kilka lat delikatnie kurz z niej zdmuchnę, żeby zobaczyć, czy w guziczkowych oczach wciąż życie mieszka, a uśmiech nie wypłowiał zupełnie. Ten uśmiech, nie taki jak Mona Lisy. On tuszem jakimś namalowany dziecięcą chyba ręką, niewprawną i drżącą, bo asymetryczny jest i dziś powiedziałbym – brzydki. Ale wiem, że to jest piękny uśmiech i tak nie powiem. Dotknąć nie pozwolę nawet najlepszemu kumplowi – niech bierze co chce, flaszkę z lodówki razem z lodówką, obrazy ze ścian niech zabierze, portfel z płaszczem na wieszaku wiszącym, ale tej jednej lalki nie dam nawet dotknąć. Ma tam być. To jej miejsce i większej świętości w tym domu nie ma.

Patrzył na mnie zdziwiony, zupełnie nie pojmując skąd we mnie takie emocje z powodu szmacianej zabawki. Patrzył, ale nie schylił się i uszanował tę moją ekstrawagancję.
- O co chodzi? Czemu jest taka ważna?

Zabrałem go ze strychu. Siedliśmy przed domem przy kawie.
- Chcesz, to ci powiem. Tylko nie powtarzaj nikomu, bo pomyślą, że stuknięty jestem, a mi nie chce się tłumaczyć. Tobie powiedzieć mogę. Wiesz, że miałem dziadków w tej wiosce, co obok nas – tu za rzeką? Dawno to było i ja, jeszcze kajtkiem byłem. Jak to dzieciarnia, bawiliśmy się u nich i wszystko było nam wolno, bo dziadki już takie są, że wnukom pozwolą na bardzo wiele. I u nich na strychu leżała ta lalka. W kącie leżała i nikt się nią nie interesował. Chłopaków lalki nie bawiły, a dziewczyn na strych nie zabieraliśmy. Tam rupieci co niemiara leżała i wszelkie wyspy skarbów, więzienia i pirackie statki się odbywały. Stare połamane meble, skrzynie ciężkie jak grób, lampy, obrazki, kawałki maszyn rolniczych – no rupieciarnia, jak to na strychach. Za to plac zabaw przecudny dla dzieciarni, więc często tam bywaliśmy, szczególnie, gdy pogoda nie dopisała. No i w końcu zmarło się dziadkom, a rodzice już własny domek mieli, też nie najmłodszy, ale własny. Tamten stał pusty, bo pomysłu na niego nie było. Stary, garbaty i mchem porośnięty, a kiedy ludzi w nim brakło, to jeszcze się pochylił od nieużywania. Staruszek wyniósł, co wartość miało, spalił śmieci za domem i tak stał sobie i tylko myszy go nawiedzały. Któregoś razu, wlazłem na ten strych, a tam pusto. Dobrze ojczulek posprzątał i wyspa piratów teraz pustynią być mogła. I tylko ta laleczka w kącie leżała. Zabrałem na pamiątkę i do naszego domu zaniosłem. Tak jak u dziadków leżała na strychu, tak i tam ja wyniosłem na strych i w kąt położyłem. Możesz się ze mnie śmiać, ale dom dziadków tej samej nocy stęknął, klęknął i upadł. Może ze starości, może wiatr go przewrócił, ale tak było, że upadł tej samej nocy, kiedy ja lalkę z niego zabrałem. Wiesz? Nie zwróciłem wtedy uwagi, bo kto by zwracał, kiedy takie wydarzenie w życiu młokosa – afera, zamieszanie i zbiegowisko. Bo w końcu nie co dzień dom klęka i w kupę śmieci się obraca. Ojciec jakoś to opanował, gruz wywiózł na polne drogi, drewno odłożył na bok i do palenia było jak znalazł, a że pusty był, to nikt za bardzo nie żałował. Ziemie się sprzedało, i kto inny tam teraz mieszka – może widziałeś – miastowi, co to zielonym peugeotem jeżdżą i chyba tylko na weekend tu się pojawiają, żeby od miejskiego kurzu i hałasu odpocząć. I ta nowa taka kostka parterowa z blachą na dachu. Nawet w tym samym miejscu stoi, co dziadków domek. A dziadki na naszym cmentarzu i kamień już płowieje i ryte napisy straciły ostrość konturów. Stare czasy. Ale do rzeczy. Matka chorować zaczęła i ojciec chciał bliżej lekarzy, my z domu już wyfrunęliśmy, jemu chałupa za dużą była, więc ją chciał sprzedać, a przecież też ona nowa nie była. Kupili mieszkanie gdzieś tam w opłotkach miasta i to posprzątali. Ja już tutaj się wprowadziłem i z kobitą na swoim urzędowaliśmy, a pisklak w drodze, to i pomóc za bardzo nie szło staruszkowi. I kiedy już odżałował, odchorował te przeprowadzki, meble po starych znajomych utkał, a chata skrzypiała pustką i chłodem zionęło poszedłem zobaczyć. Ostatnie spojrzenie, nim pójdzie chałupa do ludzi. Łaziłem po pustym domu, a spod nóg tylko kurz się podnosił, muchy zamalowały okna z pająkami do spółki, mrówki, myszy, jakieś gniazdo rudzika – ruina i tyle. A przecież dom. Stary, niewygodny, ale dom. W środku nic nie zostało, bo co się wziąć dało, to poszło po sąsiadach – na małym tyle dobra nie było potrzebne, więc ojciec za psi pieniądz puścił a część porozdawał, żeby go pamiętali tutejsi. Sam poszedłem i sam po tym pustym domu chodziłem i tak mi jakoś – no wiesz… przykro trochę, bo chociaż rozumiem, że starość ma swoje prawa i konieczności rozmaite życie przynosi, to przecież dziecka świat się w tym domu mieścił i żal mi było chałupy. Na strych mnie wywiało, gdy wspominać zacząłem, a tam ta lalka leżała. Zapomniana, zakurzona i brudna, że ledwie ja poznać zdołałem. Nikomu nie mówiłem, ale siadłem na tym strychu i płakałem, z nosa mi ciekło i wspominałem... dom dziadków i dzieciństwo, i te lata beztroskie. Wziąłem tę lalkę w rękę, dmuchnąłem jej w twarz, żeby trochę kurzu zeszło i zabrałem. Zabrałem na pamiątkę, żeby mi coś takiego drobnego oba domy przypominało. Żebym pamięć dziecka w domu dziadków i rodziców w sobie doniósł do końca życia i wnukom opowiedział. Zabrałem i do domu wróciłem. Wyniosłem ja tu, na ten strych i w kąt odłożyłem. Bo wiesz – tu tylko kominiarz zajrzy raz na ruski rok, a pusto jest i dzieciaki tu nie włażą. Położyłem pod ścianą, żeby tu sobie mieszkała. Pewnie zapomniałbym o niej, ale tej nocy… Wichury szły przez okolicę. Wściekłe wiatry. I we wsi jeden się dom przewrócił. Dokładnie jeden i to staruszków chałupa była. Żadnemu wiatr nawet dachu nie zerwał, a temu jednemu, jakby wszystkie nieszczęścia świata los przypisał, ściany padły i stropy, komin na ziemię rzuciło i nie było co ratować nawet. Rano, gdy sąsiedzi mi powiedzieli poszedłem zobaczyć. Zamiast domu kamieni kupa. Ruina kompletna. Nie było co zbierać, tylko Fadroma i gruz usunąć. Staruszek się podłamał kompletnie. Rok ze staruszką pożyli raptem. Więcej po szpitalach, jak w tym mieszkaniu. On, to już chyba czekał, by zemrzeć w spokoju, tylko matki pilnował, żeby się sama na świecie nie została. Jak matka padła, tak on tydzień później. Dom, to sam wiesz, bo obok przejeżdżasz co dnia – sklep tam postawili, gdzie piwko pijemy, mieszkanie sprzedałem, tu remont machnąłem większy i ruszać się stąd nie zamierzam. Ale ta lalka… śmiej się ze mnie do woli – nie dam jej ruszyć nikomu. Dwa razy w życiu ją z chałupy wyniosłem i dwa razy dom rozpadł się w pierwszą noc. Dwa domy z mojej przeszłości zniknęły, gdy tylko wyniosłem z nich tę laleczkę. Dzieciom niczego nie bronię. Niech broją do woli, ale kiedy kto tylko do lalki się zbliża, to mi się włos jeży na tyłku i utłukę na pochodzenie nie patrząc. Nie patrz tak na mnie. Bo prawdę mówię. A kiedy mnie zbraknie, to dzieciom przekaż, żeby się nie ważyły choćby tknąć tę laleczkę.

piątek, 10 stycznia 2020

Guzik

Pani była tak roztargniona, że nawet nie zauważyła mnie, gdy stanęła przede mną i bezwiednie drapała paznokciem klapę marynarki. Stałem sparaliżowany nie mogąc nawet drgnąć, gdy szpon przedarł się przez materiał i od niechcenia przeciął jedwab koszuli. Trudno wymagać, żeby tak delikatna tkanina wytrzymała napór paznokcia wyostrzonego na bojowo.
Gdybym mógł to pewnie krzyknąłbym, gdy przecięła mi skórę i pierwsza nieśmiała strużka krwi zaczęła przeszukiwać ścieżki w głąb ziemi, wybierając na ciele te miejsca, którymi najszybciej mogła to osiągnąć. Część krzepła wyznaczając koryto, część wsiąkała w materiał, aż nachlał się do syta, lecz reszta wytrwale płynęła w dół nie przejmując się stratami. Krwi byłem pełen i wydawało się, że nie zabraknie jej na fanaberie pani o szklanym wzroku, w którym nie umiałem odnaleźć siebie ani jej.
Palec wgryzł się we mnie jak dżdżownica w glebę. Wolno lecz nieustannie pogrążał się omijając kości od niechcenia. Nie wiem dlaczego, jednak byłem przekonany, że kości mam zbyt miękkie, by przetrwały tak wielkie roztargnienie i nieustępliwość. Mięśnie wiotczały i napinały się pod wpływem ruchów palca, który zaczął już łaskotać skórę od wewnątrz pleców. 
- Och! - twarz kobiety ożyła, kiedy palec wynurzył się z drugiej strony. Usta zgasły zaraz po okrzyku, a dłoń cofnęła się zawstydzona. Pani oparła dłoń o drugą klapę marynarki, jakby chciała wytrzeć ją z krwi, ale palec tak zasmakował, że drążył już drugą dziurę. Znów zapomniała o mnie i pozwoliła narzędziu na swobodę. Wprawa uzyskana za pierwszym razem sprawiła, że pazur wynurzył się na plecach zdecydowanie szybciej i nie zaspokoił swoich ambicji. Tym razem kobieta powstrzymała się od wydania jakiegokolwiek dźwięku, lecz przystąpiła do trzeciej przeprawy. A potem do następnej. 
Stałęm bezradny w kałuży stygnącej krwi i wyglądałem jak ochłap. Nie miałem pojęcia jak wielkim apetytem wykaże się kobieta, lecz cztery stygmaty rozlokowane w niedoskonały kwadrat najwyraźniej ją zaspokoił. Na moich oczach oblizała palce i ujęła w nie przeźroczystą nić. W szklanym wzroku nie było widać ani skupienia ani niecierpliwości, gdy nawlekała nić na sporą igłę. Zanim zorientowałem się w jej zamiarach zaczęła mnie przyszywać do ciężkiej, aksamitnej kotary w kolorze dojrzałego burgundu. Krew opuszczając ciało pozostawiła mnie bladym, niczym stara kość słoniowa - jak pożółkły, pomarszczony guzik poruszany wiatrem na ciepłej, głębokiej czerwieni zasłony dzielącej świat na części. 

wtorek, 7 stycznia 2020

Zawierzenie

Wysiadła na przystanku jak każdego innego dnia i nim zdążyła stanąć prosto już tonęła w ramionach mężczyzny, który całował ją i przytulał, jakby nie widzieli się od miesięcy. Kiedyś była trochę skrępowana, że ludzie siedzący w autobusie patrzą na nich z mniej lub bardziej jawną zazdrością.  Teraz przywykła i niemal z pobłażaniem, jak dla psotnego wesołego dziecka, podchodziła do tego zbiorowego, głodnego wzroku. Mężczyzna szeptał jej do ucha wyznania i tęsknoty, i zdawał się wcale nie widzieć gapiów za szybą autobusu. Całował jej policzki, uszy, albo wpijał się w usta, a dłońmi przytulał ją tak mocno, że traciła oddech i kręciło się jej w głowie. Potem wyjmował jej z rąk siatki pełne zakupów i przekładał je do przyniesionego przezornie plecaka. Ona nie chciała go nosić, bo odbierał jej kobiecość, więc decydowała się na niewygodne siatki, które on powoli i ostrożnie przepakowywał do niekochanego plecaka, który zarzucał na plecy, by móc jej podać rękę i poprowadzić ją do domu. Ich domu, który był odległy od tego przystanku ze cztery kilometry bezdroży.
Miała wrażenie, że tą ścieżką wśród pól i skrajem zagajników wydeptał dla niej odprowadzając ją na autobus każdego poranka, gdy jechała do pracy. Ogarniał jej włosy i całował całą twarz, jakby bał się, że więcej się nie zobaczą, a potem czekał, aż kurz za autobusem opadnie i wracał do domu, żeby po kilku godzinach znów gnać na autobus powrotny. Witał ją żywiołowo jak pies witać potrafi domownika. Od samej jego miłości kręciło jej się w głowie, a kobiety w autobusie wzdychały zupełnie jednoznaczną zazdrość. 
- Boże… - pomyślała. - Żeby one wiedziały...
Gdy autobus odjeżdżał, a oni oddalali się od asfaltowej szosy na tyle, by została tylko wspomnieniem, potrafił zatrzymać ją  w środku pól i rozbierać niecierpliwie jak nastolatek, który nie może doczekać się spełnienia. Czasami patrzył na jej nagość, innym razem brał ją szybko, mocno i krzyczał nieposkromioną radość na tym bezludziu. Mogli płoszyć dzikie bażanty lub młode sarny, lecz nie ludzi. Najbliżsi mieszkali kilka kilometrów dalej, a ten przystanek autobusowy już tylko dla nich dwojga tkwił na posterunku, gdzieś pomiędzy wioskami.
Czasami kładli się nadzy, parujący zmęczeniem pośród traw i polnych kwiatów. Ona rozsypywała włosy na jego piersi i dotykiem uczyła się na nowo jego ciała, on palcami czesał jej włosy. Patrzyli w chmury albo zamykali oczy wąchając wiatr. Liczyli obłoki podkradając z plecaka zakupy. Zdarzało się, że wracali do domu dopiero wtedy, gdy nazbierał wystarczająco dużo gwiazd, żeby upleść z nich korale sięgające poniżej jej piersi. A potem szli spać głodni i spleceni szczęściem jak dwie łyżeczki, by obudzić się o brzasku. 
Ona znów w pośpiechu poprawiała urodę, gdy on szykował jej szybkie śniadanie i gorącą kawę, którą pili razem na ganku bez względu na pogodę, a potem biegli trzymając się za ręce, by zdążyć na jedyny o takiej porze autobus. Nauczyła się zakładać adidasy do torby chowając bardziej eleganckie obuwie. Z czasem zaczęła zostawiać je w pracy, żeby nie nosić w tę i z powrotem. 
Uśmiechnęła się do siebie samej, gdy znów powtórzyło się powitanie - chyba nigdy jej się nie znudzi. Mogłaby każdego dnia wysiadać z autobusu i dziesięć razy, żeby tylko on mógł ją powitać z tą niepojętą wręcz radością. 
Mężczyźni nie bardzo potrafią mówić, więc i on mówił dosyć kanciasto, jakby się jąkał, jakby przeszywało go, że ktokolwiek słyszy, ale przekonywał ją, że jej słyszeć wolno. A kiedy mówił "kocham" mógł nawet milczeć, a i tak wiedziała, że to szczera prawda. Zarzuciła mu ręce na szyi i powiedziała: - Ja też...

niedziela, 5 stycznia 2020

Zwątpienie

Surfowałaś na wierzbowym liściu po zamarzniętej toni fosy miejskiej o skarpach już rozebranych z letniej rozpusty. Miły widok, gdy patrzę ja zgrabnie omijasz mimowolny głód wielkich, żywych cygar pływających tuż pod powierzchnią i czekających, aż lustro wody skusi owady, by się w nim przejrzały. Na takim liściu fosa musi się zdawać oceanem, a wiatr huraganem, a ty stałaś na tym liściu wygiętym niczym turecki but i wpatrzona w skrzące się od reklam okna domu towarowego płynęłaś środkiem. Bez żagla i silnika, jakby to była deskorolka z napędem wziętym z pochyłości gruntu, lecz przecież woda nie potrafi podobnej sztuczki. Pochyłość jest jej obca i tak nienaturalna jakby nie z tego świata.

Może mnie usłyszałaś i na przekór moim wywodom podniosłaś fosę przy samym brzegu i ukształtowałaś ów fragment w wiatę, pod którą można się było schronić przed wiatrem. Gdyby był. Ale go nie było, bo oniemiał podobnie do mnie. Nie wpadłbym na pomysł podniesienia fosy i lepienia z niej czegokolwiek, a ty zrobiłaś to niemal od niechcenia i zdaje się, że właśnie kształtowałaś w tej wiacie ławeczkę. Taką dla dwojga.

Wiatr zakręcił się ze trzy razy niczym bąk zerwany z uwięzi dłoni i potarmosił liche trawy wyczesując spomiędzy nich suche liście. A później gapił się bezwstydnie jak siadasz na ławeczce robiąc miejsce dla kogoś jeszcze. 

Masz ładne kolana, wiesz? Ledwie to pomyślałem, jak kiwnęłaś głową. Ty mnie słyszysz? Znowu kiwnęłaś. Stałem z otwartymi ustami i gapiłem się jak ten okiełznany wiatr. Niezwykłe. Słyszysz myśli siedząc w muszli zbudowanej z wody i zdajesz się czekać na towarzystwo. Tym razem kiwnęłaś trzy razy, więc zgadłem. Strasznie dumny byłem z rozwiązania zagadki i sam siebie spytałem, na kogo może czekać ktoś, kto odpoczywa po spływie na wierzbowym liściu? Podniosłaś głowę i wpatrywałaś się we mnie z jakimś napięciem, a potem bez słowa przesunęłaś się w kierunku skraju ławeczki. Nie dowierzałem. Na mnie czekałaś? Twoja twarz się rozjaśniła i kiwałaś głową z takim animuszem, że włosy ci się rozpierzchły i kilka kosmyków zanurzyło się w ścianie wiaty. Kiedy już przestałaś poruszać głową pojedyncze krople kapały z włosów na twoje kolana, a stamtąd płynęły w dół, żeby zniknąć w wodzie.

Nic nie rozumiałem, ale pragnienie, aby usiąść obok ciebie przepełniało mnie, więc przedarłem się przez żywopłot, a potem śliską od liści i stromą skarpą schodziłem do ciebie. Uśmiechałaś się życzliwie i bez pośpiechu czekałaś, aż dotrę. Zapatrzony w twoją twarz nawet nie zauważyłem, że zrobiłem już kilka kroków po wodzie. Szedłem wierzchem i nawet butów nie zamoczyłem! Pierwsze zdziwienie odarło mnie z bezgranicznej wiary. Natychmiast woda się rozwarła i poszedłem na dno. Nie było tam ciebie...

sobota, 4 stycznia 2020

Życzenie

- Patrz! Spadająca gwiazda! - Ola była bardzo rozentuzjazmowana - szybko pomyśl życzenie! One się spełniają!
Pomyślałem czując na ramieniu uścisk jej drobnych dłoni, a ona patrzyła mi w oczy, jakby z nich chciała odczytać, czy myślałem o niej. Ola lubiła być w centrum uwagi i korzystała z każdej okazji, by zabłysnąć. Nawet teraz, gdy byliśmy sami, szukała potwierdzenia swojej atrakcyjności. Komplementy, a nawet samo zauważenie jej, sprawiało tak wielką radość młodej kobiecie, że naprawdę piękniała. Zupełnie, jakby pochwały i podziw stanowiły ekskluzywną oprawę klejnotu, jakim była jej żywiołowa młodość.

Patrzyłem na nią zachwycony widokiem. Po głowie chodziły mi myśli jakie pojawiają się w młodych mężczyznach, gdy przytula się do nich atrakcyjna kobieta. Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem jej policzka. Przytuliła się do wnętrza dłoni, a cała wcisnęła się w moje ramiona przywierając do mnie plecami. Patrzyliśmy w niebo stojąc tak blisko siebie, a ja nos miałem zanurzony w jej miękkich, gęstych włosach. Pachniały obietnicą raju. Jej biodra wierciły się lekko i poczułem zawstydzenie. Musiała czuć moją erekcję i bawiła się mną. Policzki penie miałem purpurowe i dziękowałem Bogu za zmrok panujący dookoła i brak kogokolwiek. Cisza i ciepło kobiety...

- Powiedz... - usłyszałem, gdy coś w kącie oka zaczęło przeszkadzać zaburzając urodę chwili. Przełknąłem ślinę. Odwróciliśmy się obydwoje i patrzyliśmy z przerażeniem na księżyc. Coś się działo. Coś bardzo niedobrego. Na srebrnym talerzu pojawiały się krwistoczerwone płonące eksplozje, a potem księżyc zapadł się i znikł. Jakby go nigdy nie było. W postaci rumoszu kosmicznego wyruszył zwiedzać wszechświat.

Ziemia szarpnęła wyraźnie - jak hamujący z nagła autobus. Przewróciłem się, a Ola upadłą na mnie. Jej włosy rozsypały się po mojej twarzy. Ledwie poczułem, że z rozbitych warg wypływa mi krew i wsiąka w jej kosmyki. Poczułem nagle, że powietrze stało się rzadsze, a ja lżejszy. Zupełnie tak, jakby ziemia przyciągała mnie z mniejszym animuszem. Bez wysiłku uniosłem Olę. Wstaliśmy zbyt energicznie i rzuciło nami na kilka dobrych metrów. Szczęściem nie trafiliśmy na żadną przeszkodę, a Ola wyraźnie przestraszona trzymała się kurczowo mojego ramienia. Zawsze chciałem, żeby tak właśnie mnie trzymała, jakbym był jedyną osobą, która jest tego warta. Teraz poczułem, że tak jest.

Przyciągnęła mnie do siebie i dokończyła pytanie. Widać ciekawość była silniejsza nawet od niesamowitości chwili.
- Powiedz... co pomyślałeś, gdy spadała gwiazda?
Nie umiałem jej okłamać. Trochę niegrzecznie burknąłem:
- Byle nie w nas...

czwartek, 2 stycznia 2020

Wyprawa po niezwykłą zwyczajność

Wymyśliłem sobie, że zaniosę własną codzienność do pralni. Takiej ekologicznej i błyskawicznej. Dokładnie takiej, jakiej spodziewać się można w galeriach handlowych i do odbioru po dziewięćdziesięciu minutach zaledwie. Zakurzyła mi się ta codzienność, spłowiała i wartość słów zgasła. To zaniosę, a sam w tym czasie wstąpię może do księgarni, zobaczyć jak słowa niezakurzone, pachnące jeszcze drukarnią smakują. Zupełnie akuratny pomysł na dzień, z którym nie-wiadomo-co-począć. I zapakowałem codzienność w torebkę foliową, nawet nie składałem specjalnie, bo torebka duża, a codzienność pokurcz jakiś taki… wlazła jak jabłko do studni wrzucone. Może za mała ona i trzeba nową kupić? Zobaczymy – przymierzę, jak się wyczyści już dobrze. Jeśli się skurczyła i za małą mi będzie, to sklepów nie zabraknie chyba. Najwyżej – poproszę jaką uczynną panią o pomoc, żebym czego starego nie kupił, albo kiepskiej jakości. Bo panie ponoć się znają. Na modzie i na jakości. Może mi która pomoże… Portfel w spodnie, nogi w buty i wymarsz wojsk. Drogę z grubsza kojarzę, bo w końcu mieszkam tu jakiś czas, więc do galerii jakoś wceluję, chyba, że mnie na pokuszenie powiedzie człowiekiem spotkanym, albo zdarzeniem błahym uwiedziony dam się na manowce sprowadzić. To też dobra forma spędzania czasu. Takie manowce. One się słodko kojarzą w czasie teraźniejszym. Idę, ale czuję już, że preteksty szukają do mnie dostępu i odwieść mnie chcą od planu. Bo z planów ludzkich, to bogowie się śmieją przecież. I łatwy dostęp mają do rozmaitych przeszkadzajek, które z drogi ściągnąć potrafią i mocny organizm, a co dopiero takiego mnie codzienności pozbawionego, bo ona skołtuniona w torebce siedzi teraz i piszczy cicho. Chyba nie chce się kąpać. Albo chemicznych się boi odczynników. A ja jak twardziel bezwzględny, jak zimna suka za uszy ścisnąłem torebeczkę i zdusiłem w zarodku te łkania i niosę do pralni zakurzoną, kusą codzienność. Niech tylko stęknie, to ją zeklnę słowem obelżywym. Cicho być ma i basta. Bo nie wiadomo, co dzień przyniesie.

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Lekarstwo

Ta trójka siedząca przede mną... W nich wszystkich było tyle samo ciepła, co w zaokiennym termometrze w połowie stycznia. Patrzyli na mnie rybimi, martwymi oczyma i milczeli, bo powiedzieli już wszystko. Reszta zależała ode mnie. Rak pożerał moje tkanki w takim tempie, że decyzję trzeba było podjąć natychmiast. Albo wcale - można było wziąć morfiny wystarczająco dużo, żeby ostatnie chwile spędzić na tak głębokim haju, że nie zauważyłbym kiedy stanę się przeszłością.

Przede mną stała szklanka, w której kłębił się absurdalnie błękitny płyn podobny kolorem do nieba zanim burzowe chmury zasnują widnokrąg czernią. Lek, który mnie uratuje lub zniszczy. Jedyny jaki może cokolwiek zdziałać w czasie, który mi pozostał. Ale nie za darmo. Stanę się mutantem. Pół-maszyną. Albo zdechnę, jeśli nie przetrwam kuracji. Miałem więc być oblatywaczem tej substancji, a święte trio było przekonane, że zdecyduję się ją wypić. Pot perlił się na moim czole i pierwszy strumyczek połaskotał mnie koło ucha, gdy ześlizgiwał się na pierś. Płyn w szklance zadrżał, gdy sięgnąłem po naczynie niepewną dłonią. Płuca Kłuły mnie bólem, który mógł tylko wzrosnąć, a ręce miałem białe, jakbym nigdy w życiu nie widział słońca. Bałem się to za małe słowa. Byłem przerażony diagnozą. Reakcja we mnie już się zaczęła i do wieczora miała objąć wszystkie kości. Osiem godzin żebym składał się z bólu i wycia. Ze smrodu śmierci. Na powierzchni płynu otworzył się lej tornada. Zbliżałem szklankę do ust, a trio patrzyło w milczeniu. Suche, spierzchnięte wargi oparły się o szkło naczynia. Płyn był cierpki, ohydny - leki nigdy nie są smaczne, chyba że te nieskuteczne. Ta konkluzja dodała mi otuchy i przełykałem ze wstrętem do dna. Udało się powstrzymać torsje. Tylko wzrok zaczął pływać, jakbym upił się dokumentnie. 

Ten z lewej chwycił moją dłoń, odwrócił wierzchem do góry i głęboko ciął w nadgarstku. Nim krzyknąłem zobaczyłem czarną krew. Przez chwilę, bo rana zabliźniła się niebywale szybko. Drugi próbował wbić gwóźdź w moje udo, a kiedy mu się nie udało pokiwał głową z uznaniem i pokazał reszcie wygięty w kabłąk pięciocalowy kawał stali. Oparłem dłonie o stół, zacisnąłem w pięści, a potem patrzyłem w zdumieniu, że wydałem w blacie dwie nierównomierne dziury. Kiedy otworzyłem pięści wysypały się z nich trociny. W oczach całej trójki zamigotał strach. Wreszcie jakieś uczucie! Bali się mnie. Ja też się bałem siebie. Nie miałem pojęcia na co mnie stać i czym jestem. Nie wiedziałem też jak długo będę. Choć się nie zdradziłem nawet drgnięciem powieki, wiedziałem, że jestem od nich zależny. Może trzeba powtarzać dawki żeby podtrzymać życie? Byłem ich niewolnikiem, ale oni też nie byli wolni. Strach wypełzał ze mnie i wypełniał trójcę. Byli moi. Paradoks. Żaden nawet nie próbował uciec czy podejść beztrosko do drzwi. Ja podszedłem... to znaczy chciałem podejść, ale dotarłem tam szybciej niż myśl wybijając sobą dziurę. Po tej demonstracji żaden już nie drgnął. Mój strach przeszedł na nich i choć podzielił się na trzech, to nie był ani trochę mniejszy.

sobota, 28 grudnia 2019

Opiekuńczość

Nie martw się – mówisz do mnie, jakby to zależało tylko i wyłącznie od mojego chcenia, a zaraz potem pytasz się, czy uczucia mieszczą się gdzie indziej niż w sercu. Tak. Są tam, w żołądku i płucach – są wszędzie, mogą wymioty spowodować, albo wysypkę. Śpiączkę, lub bezsenność w zależności od okoliczności. Nie martw się i już. Uśmiechem nerwowym kryjesz własne przerażenie, nieszczerym, wyczuwalnym nawet na odległość – nie twoim – tylko demonami w tobie mieszkającymi napędzony śmiech.

Nie martw się… Oczywiście. Nie martwię się, bo przecież powiedziałaś. Tak wiem, nic nie mówić, nie wspominać, odepchnąć wszystkie myśli na bok i do widzenia. Zapomnimy o tym wszystkim, albo będziemy udawali trzymając się za rękę. Że dobrze jest, że cudowny dzień wstaje, a że zęby zacisnąć trzeba niemal do krwi, żeby nie było bólu widać na twarzy, że oczy zamiast błyszczeć z pasji i radości mgłą łez są zasnute, to udawajmy. I nie martw się, tak jak ja się nie martwię. Może jeszcze kogoś okłamiemy, a ty się zaśmiejesz niewesoło i będziesz patrzyła mu w oczy z takim natężeniem, że być może on też uwierzy. Może nawet nie będzie się martwił.

No tak... Powiedziałaś i niech się stanie. Bo ja chciałbym, żeby tak było można. Powiedzieć i zmienić. Wykarczować te myśli po samo dno i zupełnie się wtedy nie martwić, bo po temacie, po sprawie i po bólu. Tak. Nie martw się. Nie musisz być silna, nie musisz być samodzielna, chociaż jesteś, bo wolisz wierzyć w siebie, bo zbyt długo tak musiało być. Więc dobrze. Udawajmy. Udawajmy łykając łzy, aż nam rozmiękczą żołądki, aż rozboli wątroba i tańczyć będziemy niczym cienie, którym tak świetnie jest, kiedy mogą wywalić precz wszystko, bo przecież – powodu do zmartwień nie ma.

A ja… Jakoś nie potrafię, nie nauczyłem się nie martwić, bo nauczyłem się myśleć. I od bardzo dawna raczej korzystam z tej umiejętności w sposób nadmierny, niż powierzchowny. Czasem wręcz kosztem snu, kiedy dnia brakuje. Być może robisz podobnie do mnie – spacerując. Bo wtedy w głowie się układa, a spokojny, rytmiczny marsz powoduje, że myśli uspokajają się, systematyzują i doprecyzowują. Udaje się nawet je ponazywać. Imieniem obarczyć, a stąd już tylko jeden wysiłek, żeby zdefiniowany problem zacząć jakoś rozwiązywać. Jakoś… Wymyślić schemat działania, kolejność zdarzeń i próbować rozwikłać, nawet, gdy nierozwiązywalne jest do rozwiązania. Może w marszu, kiedy nie trzeba pilnować mimiki twarzy, kiedy nie trzeba przez ramię się oglądać, kiedy wreszcie można być szczerym do końca i samemu sobie powiedzieć nawet brzydką, niechcianą prawdę rodzi się spokój. Rodzi się pomysł i myśli stają się grzeczniejsze, pokorniejsze i ustawiają się w szeregu niczym porządne wojsko na musztrze.

Ale – nie martw się. To brzmi jak poczekaj, a wiesz, jakim uczuciem darzę taką czynność, o ile w przypadku tego czasownika można o czynności mówić – dla mnie powinno się to słowo zdegradować i broń Boże ładną nazwą żadną nie namaszczać – czasownik to zbyt wiele dla słowa czekać.
Ale dobrze. Dla ciebie gotów jestem na poświęcenia. Nie wiem jak duże, ale jestem gotów, więc poczekam i martwić się nie będę. Za to, kiedy już na spacer pójdę i nad rzeką stanę sam, w półmroku zimnego poranka, ciepłym popołudniem, lub w środku mokrej nocy – dowolnie – powiem prawdę.

Martwię się i wcale mnie nie cieszy twój śmiech udawany i beztroska pozorna. Martwię się i wcale mi się nie podoba, że próbujesz utrzymać te zmartwienia głębiej niż musisz – w sobie tylko. Bo ty z sobą chyba nie rozmawiasz za często? Nie na głos. Więc ze mną porozmawiaj, bo nie wiem, czy oprócz mnie z kimkolwiek mogłabyś. Z nią? Może, lecz nie teraz. Nie, bo ona własnych ma więcej, niż ty swoich kłopotów, a do telefonu się nie przytulisz przecież.

Czyli ja. Zostałem jedynym, z którym można, bo w końcu twoi bliscy, już od dawna wiedzą, że z tobą krucho i każdy dodatkowy wybryk, każde następne nieszczęście, może skutkować już dożywotnio, lub śmiertelnie. Więc nie chcesz i trzymasz ich w nieświadomości. Mnie też wolisz trzymać z daleka od nich, żebyśmy kiedyś tam, przy jakiejś kawie, czy lodach nie padli sobie w ramiona z płaczem, że znowu jest źle, że tym razem, to już nie wiadomo co i rany boskie, niech nie będzie najgorsze, niech przyjdzie cokolwiek mniej niż w głowie już nam się wspólnie wykluło, ale niech przyjdzie, bo nie-wiadomo-co jest gorsze jeszcze niż słabiutka nawet wiedza. Niech się rozstrzygnie we łzach z emocji gorzkich, niech łatka zostanie uszyta i przyklejona werdyktem jakimś, ale niech będzie wiadomo.

Nie martw się. Dobrze. Pójdę nad rzekę i jej to powiem, niech zaniesie słowa do ciebie sama, jeśli zechcesz słuchać. Powiem jej nawet to, czego tobie odwagi nie mam powiedzieć. Jej powiem i niech płyną słowa tam, gdzie odbiorcę znajdą – nie słowami, lecz tymi zmysłami które tam głęboko i w sercu, żołądku i płucach mieszkają. W człowieku mieszkają całym. Niech płyną do tego człowieka moje słowa, a ty mój człowieku słuchaj ich płucami i nosem słuchaj, kiedy wreszcie dotrą. Sprawdź na języku, czy smaczne są i zrozumiałe. Posłuchaj mnie więc wtedy, kiedy będę mówił do ciebie słowami, które mężczyznom trudno z gardła wydrzeć.

Boję się. O ciebie się boję i wyobraźnią już namalowanych obrazów. A wyobraźnię mam dość rozpasaną i te parę słów mimochodem rzuconych w przelocie nazwą choroby… nie poradzę, że kierunek myślom narzucają i są jak te klamry spinające myślenie mottem narzucającym się nachalnie. Boję się i czuję te uczucia we wszystkich podrobach i wcale nie podoba mi się to czucie i nie chcę go takim w sobie. Bo chcę, żeby było tam miejsce na inne, inaczej działające i takie, które z wdzięcznością się odwzajemnia, te pożądane i wytęsknione.

Dlaczego? Dlaczego teraz, kiedy się stało niemożliwe ma stać się coś, co mogłoby zaprzeczyć, zrównoważyć i w niwecz obrócić? Nie chcę, nie zgadzam się i protestuję w bardzo niecenzuralnych słowach. Nie mam w sobie zgody na takie słowa. Na czekanie i na myśli zbyt czarne, żeby je powtarzać. Więc nie mów mi, żebym martwić się przestał, żebym zapomniał i udawał, bo nie mam w sobie takiej zgody. Proszę – nie każ mi być spokojnym, bo tego mam za dużo na zewnątrz. A w środku, w tych płucach i żołądkach wcale spokój nie mieszka i żółcią jakąś mnie oblać potrafi znienacka myślą trzepnąć w potylicę aż zahuczy i obraz w oczach zemglić.

Gdybyś jednak rację miała chcę powiedzieć ci tylko jedno. Tam, nie wiem gdzie ono jest i jak trafić można za życia, więc tam zaczekaj na mnie, tak, jak ja czekał będę na ciebie, gdy pierwszy dotrę. Będę szukał dziewczyny spacerującej, co ze śmiechem kwitnącym łąki przemierza, a ty szukaj chłopca, który za często zamyśla się nad niepozornym detalem natury. Poczekaj na mnie i weź mnie za rękę, żebym się nie pomylił, nie zabłądził i zbyt długo nie szukał – jak teraz. Bo ja, tam, gdy przyjdzie czas będę i podam ci dłoń, żebyś się zagrzała i drżeć przestała, a ty położysz mi głowę na ramieniu, żebym się zapachem twoim zdążył nacieszyć do pełna. I pójdziemy razem – ty i ja do nowego życia, do kolejnego wcielenia, do tutaj, ale już nie teraz, tylko kiedyś, gdy przyjdzie czas na kolejny obrót klepsydry i może wtedy ty i ja będziemy już my? Może wtedy zanim ktoś zdąży ci oczy zgasić podłym czynem i wspomnieniem niecnym zdławi zaufanie. Może wtedy będziemy umieli powiedzieć wszystko. Zupełnie wszystko i płakać sobie w dłonie wzajemnie, żeby oczyścić się, żeby wykrzyczeć niemoc i chwilę złą.

Nie martw się…

Dobrze – nie będę. Nie będę mówił, będę udawał i wesoły będę jak młody szczygieł i beztroski jak motyl w słoneczny dzień. Dobrze. Będę udawał. Sam będę udawał, jak ty udajesz teraz. Kiedy dotrzesz do rzeki, a wiem, że będziesz tam na pewno – posłuchaj, jak dzielnie udawałem. A gdybyś miała kiedyś zapomnieć, gdybyś mnie znaleźć nie mogła w kolejnej karmy odsłonie – spotkajmy się tu – nad brzegiem. Będę się uczył wciąż, jak szukać ciebie skutecznie, jak z wodą rozmawiać, żeby czytelne słowa płynęły tylko do ciebie…

Nie martwię się… Płaczę…

środa, 25 grudnia 2019

Wspomnienie jutra

Pamiętasz? Malowałaś mi ciepłym oddechem śnieg za oknem. Ten  śpiący na zboczach gór tak starych, że już się ruszać nie chciały, a drzewa śpiące równie skwapliwie nizały na igły spierzchnięty mrok, który nie potrafił pokonać skrzącej w blasku gwiazd bieli. Malowałaś sad, w którym kosztele robiły miejsce włoskim orzechom i wiśniom szklankom tak soczystym, że już rwąc je z drzewa dłonie krwawiły sokiem po łokcie. Patrzyłem twoimi oczami jak śnieg usiłuje ukryć przed moim wzrokiem dzikie łąki porośnięte motylami maków i chabrów, żółtych biedronek wrotyczy i fioletowych dzwonków pochylających się nad dziewięćsiłami. Liliowe miłki chowające się w trawach kołysanych zadyszką wiatru...

Łaskotałaś gwiazdy nieśpiesznie głaszcząc je po brzuszkach, a one nadstawiały się niczym koty. Zazdrościłem im. Naprawdę zazdrościłem. Choć opierałaś się o parapet, na którym przycupnęło stado doniczek, chciałem wślizgnąć się między wilgotną od ciepła szybę, a twój palec, którym ściągałaś chłód wprost z podwórza. 

Wiatr zamiótł śnieg tak, żeby ukryć nasze ślady, dopiero co zostawione, gdy uczyłaś mnie tańczyć po kolana w śniegu - zapewne dlatego, że słabym byłem tancerzem, czy uczniem. Śmiałaś się z moich ruchów niezdarnych i kanciastych, gdy potykałem się nie potrafiąc ominąć stopami ukrytych pod śniegiem nierówności, aż złapałem cię za rękę i pociągnąłem do kuchni, gdzie zmierzch usiadł na zapiecku, a my piliśmy herbatę parującą niemal tak, jak twój oddech na śniegu.  
Księżyc wąskim sierpem wycinał nad górami skraj wszechświata, a pod las wiatr zapędził stado spóźnionych saren, które pośród pól szukały czegoś jadalnego zbyt długo i nie zdążyły w świetle dnia wrócić w matecznik. Pośród słoi i warkoczy, pęt suchej jak kość kiełbasy, schnących bukietów ziół pachnących wszystkim zaplątany w miliardy drobiazgów ze szkła, porcelany, kamienia, drewna i metalu strawionego ręką artysty, w uśmiechach kłaniających się płomyczków świec patrzyłem na twoje policzki, by po raz nie wiem który obiecać sobie, że już tej nocy uda się wreszcie policzyć wszystkie piegi, nawet te, które już o lecie zapomniały.

Oświetlałaś noc blaskiem oczu i chyba wycinałaś w śniegu jakieś zaklęcie. Chciałem zgadnąć czy usiłujesz czas zawrócić, czy przyszłości szyki zaplątać, żeby ten wieczór, ta noc trwała po kres wszechświata, a ty trzymałaś mnie za rękę i szeptałaś opowieść o świecie, który przecież oglądaliśmy razem. Zamknęłaś mi usta i nie wiem czy to świat jutra, czy wczoraj. Może dziś? 
Patrz... Pierwsze płatki tego wieczoru już się sypią z nieba.