piątek, 15 stycznia 2021

Wyzwanie.

A gdybyś… Przepraszam, że naruszam strefy delikatniejsze o jedwabiu…

 

Jednak spróbuj! Powiedz, zanim język rozpuścisz bez cienia litości, zanim w oddaniu, rzęsami zatrzepoczesz, zanim obarczysz mnie winą za każdy twój wybór – powiedz, do końca szczerze i bez zbędnych uzasadnień. Ile lat mieć trzeba, by poczuć się w końcu sobą? Tą istotą, która już jest odarta z kagańców i przesądów, z iluzji, niedościgłych marzeń, a wciąż czuje się człowiekiem atrakcyjnym zewnętrznie, jednocześnie mającym przeświadczenie o wewnętrznej wartości.

 

Stać cię na odwagę, żeby w odpowiedzi kliknąć dwie cyferki? Za dużo? A może za mało? Powiedz proszę, bo może znów mi się WYDAJE!

Ekstrakty cd.

 

Zaraziłem się historycznym wyzwaniem, żeby napisać coś, co zmieści się ledwie w trzech zdaniach i maksymalnie trzystu znakach wliczając spacje (oba  warunki są niezależne i mają zajść jednocześnie, co wcale nie jest oczywiste, a tym bardziej proste), więc próbuję ponownie.

 

 

Niepewność.

Gryzę własne palce z niepokoju. Bo może przyjdziesz, zostaniesz i sprawisz, że jutro nie nadejdzie przez trzysta lat. Ponoć to mrzonka, ale wierzę tak bardzo, że palce bieleją mi od ściskania kciuków i niemal słyszę nieśmiałe kroki na schodach – jeden, drugi, aż wreszcie skrobiesz w drzwi ostrożnie…

 

Chciałbym.

Dać coś z głębi siebie. Zostawić ślad, wiekuistą pamiątkę, jaką zapamięta każdy – nawet ten, który w procesie mnie-stworzenia nie miał świadomości wspólnoty z moimi genami. Masochistycznie przyznam się, że gówno potrafię i ani kropli więcej – tylko tym mogę obdarować przyszłość.

 

Dorastanie pośród ignorantów.

Mikroskopijne przedszkole, realizuje na podwórku nieuświadomione, trudne do artykulacji potrzeby niedojrzałych istot, które ledwie pojawiły się w skomplikowanej rzeczywistości. Pod nadzorem tych, którzy już zdążyli pozbyć się złudzeń, bo wiedzą. Słowa bezlitośnie przecinają powietrze: nie wolno!

 

Głód życia.

Własną krwią chciałem nakarmić oseska, którego dopiero co począłem. Z trzewi moich, z genów skażonych niedoskonałością przeszłych pokoleń. Ssał tak zawzięcie, jakby słońce nie miało wzejść jutro – w odmętach jego apetytu sczezłem, usychałem szybciej, niż opadłe jesienią liście drzew.

 

Apetyt.

Pierworodnego dla przykładu zjadłem sam, następnego podałem tobie. Płakałaś przełykając, bo matki nigdy nie uwierzą w nemezis; ja, niewzruszony mówiłem:

- Bez nas pozostali nie mają żadnych szans, pustą piersią nie nakarmisz nawet jednego, ja prędzej zdechnę, niż zdobędę mięso na czczo!

Pogoda nie dla bogaczy.

 

Liczę płatki śniegu. Łzy kapią mi z oczu bezwstydnie. Nie nadążam z rachunkami, nie mam kogo poprosić o wsparcie. Jednym nie mogę, innym nie chcę, tymczasem spadające gwiazdy masowo tłuką się o krawężniki, kruszą na chodnikach, pękając pod naprężeniem skamieniałych nawierzchni.

 

Dziwne. Ciebie też zdziwiło? Dlaczego śnieg ma ledwie dwa wymiary, zamiast chociaż czterech? I kto powiedział, że nie powinien mieć więcej? Instynktownie zaczynam rozumieć własne łzy – śnieg mógłby mieć więcej wymiarów – mi trafił się ersatz dla ubogich! Wszechświat emituje tyle możliwości, a śnieg płaski, jak nie przymierzając flądra.

 

Czyżby dla ubogich śnieg padał w wersji ekonomicznej, zamiast Business Class?

Diagnoza.

 

- Zauważył pan może, z jaką pieczołowitością i starannością został pan przebadany? Dołożyliśmy wszelkich starań, żeby, jako klient, mógł pan docenić nasz profesjonalizm. Jesteśmy najlepszą kliniką w kraju, a kto wie, czy nie na świecie!

 

- No tak… - wydukałem wciąż oszołomiony wielowątkowym tempem i rozpiętością przeglądu. Nigdy wcześniej nie byłem poddany tak wszechstronnemu bilansowi. Przyznam, że nawet szukając w palcie ostatniego grosza nie przetrząsałem kieszeni, aż tak zawzięcie.

 

- No widzi pan! A my? Owszem! Drążymy, aż nie dotrzemy do istoty rzeczy! Musimy! Klient oczekuje od nas kompleksowego rozpoznania i na fuszerkę nie możemy sobie pozwolić. Konsekwencje mogłyby być porażające! Szczerze zachwycony jestem pana zrozumieniem tematu, więc pozwolę sobie przejść niezwłocznie do konkluzji. Przykro mi, że muszę to panu uświadomić, jednak wykazuje pan ponadnormatywne odchylenie od propagowanej, ustawowej średniej krajowej. Nawet najbardziej tolerancyjne normy przekroczył pan alarmująco! Zbyt wiele wyobraźni, kompulsywne posługiwanie się całą paletą uczuć i zachłanne, spazmatyczne kolekcjonowanie wrażeń pochodzenia zarówno wewnętrznego, jak i obcego. Pan działa w przestrzeniach absolutnie nie uzasadnionych akceptowalnymi społecznie faktami. Zupełnie tak, jakby chciał pan własne życie zgadnąć, albo dopiero wymyślić je na potrzeby własne. Tak nie wolno!

 

- Ale ja chcę… – zacząłem, lecz przerwał mi natychmiast.

 

-Właśnie! Od tego zacznijmy. Najpierw JA, a zaraz potem CHCĘ! Pan wybaczy, ale tak nie można. Nie jest pan już dzieckiem. Gdyby każdy był podobny do pana, mielibyśmy totalną anarchię na świecie i charakterologiczny rozgardiasz. Wykluczone! Żadne JA, żadne CHCĘ! Te mrzonki trzeba z pana wyrugować, uporządkować pozostałą w panu szczątkową schludność i obowiązkowość, uczesać, wyczesać wszy utopii, a gnidy wypalić aż po korzenie. Ukierunkować wnętrze, żeby przestało stwarzać zagrożenie dla porządku publicznego.

 

- Ale ja chciałem być sobą… Nic więcej – jąkałem się lekko przytłoczony szybkostrzelną serią argumentów.

 

- Znowu JA, i znowu CHCĘ! Kolejny raz podzielił pan świat na siebie i resztę. Bez żadnego szacunku dla gabarytów planety i własną, skądinąd (przepraszam za wtrąconą dygresję) nikczemną posturę. Zachowuje się pan, jakby był lepszy, ważniejszy, czy więcej znaczący od pozostałych użytkowników ekosystemu zamieszkującego Ziemię. Przypomnę, że panu podobnych pod tym samym kosmicznym adresem pomieszkuje przejściowo około dziesięciu miliardów jednostek. Często inteligentniejszych, czystszych, czy estetycznie usadowionych powyżej luksusowych półek w sklepach dla koneserów, niż wszystko, co pan sobie w obmierzłym umyśle wyduma. Nie zniżajmy się (proszę) do dyskusji na poziomie nierozumnego zwierzęcia. Nie, miły panie! Nic z tego! Kategorycznie zapraszam na terapię z zakresu stabilizacji i standaryzacji życia wewnętrznego. Gwarantuję panu, że kiedy wróci pan po drobiazgowo zaprojektowanym cyklu musztry pańskiej tymczasowej niesubordynacji, zdecydowanie łatwiej będzie się nam rozmawiać! I przestanie pan uzurpować rolę, jaką bezczelnie i absolutnie bezpodstawnie odznaczył pan swoje ego. Czas na radykalny detoks!

 

- Ale ja nie chcę! – prawie się rozpłakałem w obliczu zahartowanej determinacji diagnosty.

 

- Do tej pory pan CHCIAŁ! Czyżby coś się zmieniło? Od początku naszej polemiki podkreślał pan wartość własną i potrzebę samorealizacji, żeby nie powiedzieć autodestrukcji. A teraz, kiedy nadarza się okazja, żeby przez chwilę być pasożytem i na koszt społeczeństwa przystąpić do epokowego programu, pan staje okoniem! Karygodne zachowanie, na jakie nie możemy panu pozwolić. Wszelkie diagramy bez cienia wątpliwości wykazują konieczność wygładzenia i oszlifowania pańskiego zuchwałego, egoistycznego światopoglądu i bezkompromisowego ograniczenia jego bezpodstawnie domniemanej roli w zbiorowym trudzie globalnej koegzystencji. Trzeba pana odprasować, nadać sznyt, wypolerować, jak poleruje się diamenty, żeby wydobyć z nich ogień brylantu. Do zobaczenia! Będzie pan, jak nowo narodzony, kiedy znów się spotkamy. Klnę się na wszelkie świętości, że wróci pan bliski ideału, a nasza rozmowa wreszcie wypłynie na szerokie, spokojne wody.

Drobne spostrzeżenia.

 

Pies, wyglądający niemal tak, jakby ukradkiem zerwał się z wiekowej, czeskiej kreskówki wiódł na spacer chudzinę okutaną dokładnie we wszystko, co ciepłe i grube, wszystko, pod czym można zgubić własne kształty, a nawet płeć i kolor skóry. Inny, zdecydowanie dostojniej prezentujący się pies ciągnął za sobą zasapane dziewczę, a w pysku niósł zapakowaną w folię kanapkę, na wypadek, gdyby zgłodnieli po drodze. Pani w crocsach przeskakiwała wydmy kolein w drodze do tajemniczej, chwilowej potrzeby. Gawrony zasiedlały czubki drzew, a te, dla których miejsca zabrakło, latały wokół złorzecząc. W zajęte krzesła grały? Śnieg zaciera ślady ludzkiej działalności, ale najwdzięczniej zachowują się płożące jałowce, które od wczoraj zdają się być zimowym pejzażem z bardzo starych gór. Dziewiczym i dotąd nie tkniętym żywą stopą. Biało-czarny bałwanek stracciatella przysiadł skromnie na skraju trawnika i pewnie cieszył się, że dotąd nie nabrał karmelowej karnacji w wyniku zbiorowej, psiej łaskawości.

czwartek, 14 stycznia 2021

Zamknij oczy.

 

W miejscu, gdzie trudno spotkać uśmiechniętego Boga – znalazłem plamę. Brzydką, starą i wytrwale płowiejącą. Patrzyłem bezmyślnie, bo jakież wielkie myśli mieć można na widok kleksa z potłuczonego furią pomidora? A przecież patrzyłem i bezmyślność, gdyby potrafiła się zmieniać, na pewno skorzystałaby skwapliwie z podobnej okazji. Wędrowałem po bezdrożach wolnych od rozumu, a przecież takie plamy potrafią pobudzić nawet niewybredną wyobraźnię. Zaczęło mną kołysać. Nieznane nie ustawało w wysiłkach, chociaż na pustkowiu trudno dopatrywać się drogowskazów.

 

Z braku lepszych pomysłów ponownie zerknąłem na plamę, jak na coś, co mogłoby stać się zalążkiem filmu. Coś, czemu warto dać szansę, by urosło, opierzyło się w znaczenia i zakwitło owocem. Żeby poszło do ludzi z przesłaniem. Rozpuściłem wodze i pozwoliłem na wiele dzikim mustangom, o krwi zbyt gorącej, by ją ujarzmić, na wędrówki do miejsc, w jakie nie zapuszcza się nikt szanujący czas i podejmujący decyzje pod rygorem ekonomicznych ograniczeń.

 

Dziewczynka miała najwyżej pięć lat. Tańczyła. Kusa, trzepocząca w niewyczuwalnym wietrze sukienka pełna była kwiatków, sandałki i (zapewne) białe skarpetki. Włosy miała niezbyt gęste, jasne i tak długie, jak na to pozwalało krótkie życie. Przed nią podskakiwał pies. Duży i silny. Chyba labrador. Ogon zadzierał ponad dziecięcą główkę, a paszczą udawał, że chwyta dziewczynkę za kostki. Ona piszczała ze szczęścia i również udawała, że okropnie boi się wielkiego psiska z wywalonym jęzorem, większym od plastra surowej szynki, ale w oczach miała gwiazdy rozpalone mocniej, niż płonie ogień fasetach krwawych brylantów.

 

        Kleks dawno już przestał mi być potrzebny. Niech linieje dla innych! Zamknąłem oczy. Utonąłem we wzruszeniach, w fantazjach ciągów dalszych. Sam siebie zachłannie spytałem – co dalej? Śmiech dziecka tętnił we mnie napędzając krwiobieg, a poszczekiwanie psa sprawiało, że niecierpliwość we mnie rosła bez końca. Patrzyłem oczyma wyobraźni, jak stwarza się świat niepojęty, napoczęty niegdyś i porzucony, nim wybrzmiał. Ciśniętym w grzechu pomidorem naszkicowana historia która trwała chyba tylko po to, żebym przyszedł i ją przeczytał wprost z sufitu. Ja, który ledwie na oczy widzę, gdy mgli się wszystko i ćmi, więc niedopowiedzenia uzupełniam omamami. Bezpodstawnie uzurpuję jutro!

 

Nieopodal, oparta o framugę, stała kobieta. Kiedy ja tonąłem w zachwycie śmiechu dziecka powielonego echem psiej radości, ona milczała zawzięcie i wcale nie radością malowała twarz. Zdawało się, że w obliczu tak beztroskiego szczęścia uśmiechnie się każdy, zarażony widzianym szczęściem. Ona minę miała raczej zaciętą, a oczy czujne, rozbiegane, gorączkowo szukały, ile przyjdzie zapłacić za frywolność. Płakała. Cicho żeby nawet pies nie zdołał usłyszeć. Usta zasłoniła dłonią, a łzom pozwoliła płynąć po skórze bez przeszkód.

 

Podszedłem. Wystarczyło, żebym otworzył ramiona, aby wpadła w nie, nie odrywając wzroku od rozbawionej pary. Pilnowała psa? Żeby w zabawie i psotach dziecku nie zrobił krzywdy? Nie odrywała wzroku, ale chwili nie zakłóciła, bo naruszyć szczęście banalnym zakazem zdawało się zbrodnią. Płakała, bo kobiety potrafią znaleźć w sobie łzy na każdą, nawet najbardziej wyrafinowaną okazję. Mnie wychowano z dala od łez, więc słuchałem tylko, jak się słucha o rozpoczętej właśnie wojnie światów, czy fanaberiach nieuchwytnej Nessi. Ukradkiem zbierałem łzy, które się pojawiały na jej policzkach. Słodsze były od soku z malin wygrzanych sierpniowym słońcem, gdzieś daleko, poza zasięgiem ludzkiej chciwości. Kobieta ściskała moją rękę tak mocno, jakby bała się, że wraz ze mną zniknie dziecko, i pies, i radość nie zmącona najlżejszym szelestem wątpiących.

 

Wtulona, nawilżała moje ramię miłością do tańczącej chwili, która właśnie się rozgrywała przed nami, do każdej niespełnionej dotąd nadziei, do marzeń, jakie jeszcze nie zdążyły zakwitnąć. Nawet do psich pcheł, gdyby zdążyły osiedlić się na kosmatym, wesołym sumieniu labradora! Rysy jej twarzy łagodniały, miękły, jakby nawilżone łzami skazane zostały na ciepło. A potem, w niepewne drżące zuchwałą odwagą dłonie wzięła moją twarz i wgryzła się spojrzeniem czystszym od zimowego powietrza.

 

- To koniec! – szepnęła, a jej wargi zdawałaby się trzepotać szybciej niż skrzydła ważki – Wreszcie! Koniec pustych prześcieradeł, kołder zimnych bardziej, niż dworcowe poczekalnie lutową nocą, dłoni spragnionych dotyku, pustych od powtarzających się niespełnień. Minął czas niekochania. Złe poszło precz i wreszcie zaświeci słońce. Płacz. Płacz proszę, a jeśli nie potrafisz, to cię nauczę. Mamy czas… Mnóstwo czasu…

M(aryn)istyczna epopeja.

 

Zaczęło się gdy ulubiony fotel, nie bacząc zupełnie, że go używam, zaczął porastać włosem. Sierścią? Futrem? Nie jestem biologiem, więc może to było runo, ale porastał bezwstydnie, gdy w nim zanurzony niespiesznie delektowałem się nic-nie-robieniem. Czułem jak pod siedzeniem przybywa materii, jednak powstrzymałem się od komentarzy do chwili, kiedy fotel sapnął wyraźnie poirytowany:

 

- Może byś zlazł wreszcie łaskawco z mojego grzbietu?

 

Miał mnie! Autentycznie się wystraszyłem. Podskoczyłem naśladując zwierzątka z kreskówek Disney’a i w okamgnieniu schroniłem się za węgłem kominka. Solidnego, kamiennego mebla którego ząb czasu nie zdążył wyszczerbić zanadto. Ująłem w dłoń żeliwne narzędzie – jedno z wielu mieszkających nieopodal na stojaku i służących zapewne do mieszania w ogniu i popiele. Zerkałem spłoszonym wzrokiem na fotel, który w tym czasie wyhodował bokobrody, sumiaste wąsiska i brodę spływającą kaskadami na dywan. Brwi miał tak krzaczaste że mogły w niej zamieszkać wszystkie wikłacze z pobliskiego ogrodu zoologicznego, a grzywka sięgała już nerek.

 

- Nerek? To fotele mają nerki? - Najwyraźniej moje zdrowie psychiczne sięgnęło dna i pogrążając się w niekończących się wątpliwościach wybiło w nim głęboką dziurę, żeby pomieścić otchłań absurdu. Na wszelki wypadek, choć pewnie zbędnie, doprecyzowałem ideę w myślach, że mówiąc nerki miałem na uwadze to miejsce, gdzie człowiek by je miał, gdyby był fotelem… Znaczy – fotel miałby nerki tam gdyby był człowiekiem, to znaczy… ech! Zaplątałem się całkiem w nieistotnej dygresji, a tymczasem dno rozumu pogrążało się w czarnej dziurze tętniącej energią fatamorgany.

 

Szok pogłębił się jeśli w ogóle możliwym jest stopień wyższy od szoku, gdy na ekspansję fotela zareagował dywan! Niepozorny, często zapominany prostokąt grubo splecionych włókien, o kraciastym wzorze nagle zapragnął stać się oceanem i falował, jak wściekła manta gdy ją uwięzić w wątłej jamie podczas odpływu. Fotel z wysokości mostka nawigował z godnością morskiego wygi i wprawą jakiej nikt nie miał prawa podejrzewać. Przeszukałem w pamięci pochodzenie mebla odkrywając historię niebanalną. Ówże stanowił rodzinny nabytek sprzed paru wieków, wcześniej pozostając na usługach jakiegoś portugalskiego baroneta raptownie zubożałego wskutek uporczywie nieszczęśliwego obstawiania w Monte Carlo, więc wcześniej miał pełne prawo uprzednio należeć choćby i do Vasco da Gamy, który drzemiąc w miękkich zakamarkach, mógł sącząc od niechcenia porto, udzielić meblowi kilku lekcji żeglarskiego kunsztu.

 

Widelec do dłubania w popiele czmychnął ukradkiem z mojej dłoni i zanurzył się w toń dywanu niby wielki wąż morski. Kominek szczerzył się jakoś tak, jak się szczerzą klify Etretat, gdy pogoda nie ma zamiaru kolaborować z dobrym humorem. Za to drzwi wypięły się na podobną niefrasobliwość stanęły murem i wypięły się zamykając ujście fanaberii, a i mnie przy okazji. Kwiaty na parapetach z przerażenia zaczęły wspinać się firankami na wyższą kondygnację kiedy dywanowy ocean w pełnej euforii osiągał właśnie ósmy stopień w skali Beauforta.

 

Cud że nogi miałem wciąż suche, jednak ten stan nie mógł trwać wiecznie, a miejsca na karniszach i szafie były już dawno zajęte. Telewizor zzieleniał, najwyraźniej nie nawykły do życia na morzu, a ława taplała się niezgrabnie na płyciźnie pozbawiona kilu i żagli. Lampa uchyliła abażuru na pożegnanie i popełniła samobójstwo w otmęcie. Drewniany wieszak skrycie zakochany w lampie poczuł się Romeem i Julią jednocześnie by pośród szlochu podążyć za ukochaną lampą zapominając, iż posiada dodatnią wyporność i nie dla niego spokój dna obok ukochanej. Mikroklimat zmieniał się, a dywan pokonywał ostatnie szczeble kariery na osi wściekłości. Z pogardą minął dziesiątkę i rozwijał skrzydła, pokazując demoniczną moc.

 

Runąłem! Jak kolos z Rodos! Każdy by runął. Ostatni raz zaciągnąłem się słonym od wody powietrzem i runąłem w przestwór bez życia.

środa, 13 stycznia 2021

Dywagacje w środku dnia (ponoć).

 

Dym snuje się, porwany wiatrem. Ale, co by o nim nie dywagować, to ulatnia się w poziomie, kiedy śnieg, bliski pionu ścieli się na wszystkim, czego ma prawo się spodziewać na cywilizowanej płaszczyźnie.

Gryzę ser. Wytrawny, twardy, pewnie dojrzewający dłużej od miękkich odmian. Smaki mieszają się w ustach i zostawiają niedosyt. Jeszcze. Śnieg kapie raczej nieśmiało, a ja gryzę kolejny kawałek sera, martwiąc się jedynie o to, że światła za mało. Nie tego elektrycznie napędzanego ale tego, które gościło na balkonie jeszcze tak niedawno. Od patrzenia w górę cierpną ramiona. Może trzeba zasnąć, wzorem niedźwiedzi?

Spotkanie.

 

Wracałem. Sam już nie wiem skąd, z głową ciężką, dobrze zakurzoną. Pieszo, co poniekąd miało uwolnić mnie od ciężaru wieczornej rozpusty. Od mgieł w głowie i porannego kaca. Ulica absolutnie nie nadawała się do spacerów. Zbyt szeroka, zbyt prosta, czego można byłoby się spodziewać po pasie startowym lotniska, a nie po przyjaznym dla ludzkości deptaku. Z przekąsem uśmiecham się do historii – tu ponoć było niegdyś lotnisko, ale wystartował stąd ledwie jeden samolot, by chwilę potem awaryjnie i toksycznie przyziemić, co karierę frontowego lotniska zakończyło bezapelacyjnie w ferworze zapalających pocisków z katiuszy.

 

Ulica miała zalety – wiatr potrafił się tu rozpędzić do prędkości przekraczających prędkość dźwięku i gwizd docierał do sponiewieranych długo po fakcie, więc tubylcy pod wpływem płynnej fantazji raczej omijali promenadę. Jednak wiatr wydmuchiwał stąd nie tylko brud i łzy. Zdarzało się, że porywał westchnienia i niedokończone marzenia. Demony, zanim urosły w siłę. Skołtunione, zmotłoszone i niezbyt dojrzałe wyglądały jak pęczki skrobu w australijskim interiorze. Dla zakurzonej głowy, taki wiatr był bodźcem. Szczepionka ostatecznie oddzielająca ziarna od plew. Nad ulicą smętnie i dusznie kołysały się sodowe światła latarni rozedrganych w emocjach, a pod nimi, chyłkiem, pospiesznie przemykały nieliczne samochody wystraszone żółto-pomarańczowej, piekielnej poświaty na spopielałej czerni asfaltowej rzeki.

 

Sepia i magia. Noc niedoskonała, zarażona barwami i dechem piekieł. Wyobraźnię mam dość rozpasaną, podatną na podszepty i czekającą tylko nieuważnej chwili, więc czym prędzej podążyła w czeluści wsparta wspomaganiem farmakologicznym. Uwięziłem dłonie w kieszeniach, żeby nie dotknąć jadowitej okolicy. Nie głaskałem nic i nikogo, nie witałem się z cieniami i pokutującymi wspomnieniami obcych, nieznanych istot przeglądających tęsknie pyski w nielicznych kałużach, czy niedomytych witrynach zamkniętych barów. Wieżowce, niczym gigantyczne kostki szarego mydła upiornie sterczały ponad rzeczywistość i grzebieniem anten drapały niebo. Obojętne dłoniom, szukającym zajęcia i znajdującym je poprzez dziurawe kieszenie. Ciepło, chociaż noc. Pot zaczynał się perlić na czole, po frywolności i rozpasaniu samopas puszczonych dłoni. Trudno – niech sobie radzą… radzę.

 

Tymczasem nogi mieliły pod wiatr i niosły mnie na przekór. Trudny kurs, kiedy spod czaszki dymi bardziej niż z gejzerów w parku Yellowstone. Nawet wytrawny żeglarz potrzebuje wsparcia, a co dopiero laik. Kapota wydęła się niczym spinaker i chwytała w poły liście, paprochy i całą resztę, jaką wiatr i Miasto było uprzejme wetknąć mi pod pachy. Ostrożnie zerkałem ku widnokręgowi, aż w końcu odsłonił zapowiedź starszej części Miasta. Fatamorgana? Omamy? Szedłem niewzruszenie i ostrym halsem meandrowałem pod wiatr. Mając nadzieję, na korzystną zmianę, na zakamarki, zaułki, wąskie uliczki osłonięte liszajami kamienic sprzed wieków, na cień pomników, na ratuszowe zaplecze pełne zapiekłych smrodów kuchennych i wejść dla służby poutykanych pomiędzy grube mury. Wykusze, oficyny, przechodnie bramy, zadrzewione uliczki pełne legend i baśni być może spełnionych…

 

Widok dodawał sił, więc szedłem wciąż, mijając ukłony aut świadczących sobie nawzajem grzeczności, irytujące tych, co świadczą i tych, którzy doświadczyć mieli okazję. Schodziłem im z drogi, uskakiwałem przed każdą brzytwą podwójnych ostrzy świateł, ale parłem naprzód jak rosyjski lodołamacz zimą na Kamczatce. Przewijałem monotonne krajobrazy, jak zdjęcia w starym albumie, aż doszedłem do placu, który miał być orderem za martyrologię. Zwieńczeniem trudów i obietnicą nagrody. Oazą pośród niegościnnej nocy. Plac tętnił życiem, choć zapadła wiekuista noc. Zanurzyłem się w podziemia przejść.

 

- Dno zstąpiło na dno – pomyślałem, mijając zamknięte sklepiki pełne niewyjściowych majtek, zmurszałych bułek i zmumifikowanych zwierzęcych futer. Szalet miejski cuchnący lizolem, chociaż najstarsi mieszkańcy nie pamiętali, żeby zastać go kiedyś otwartym dla potrzebujących. Rytm cudzych kroków pospiesznie wystukiwał tęsknego kankana, inny synkopami zmierzał w kierunku rozpaczliwie czarnego bluesa. Jakaś matrona wsparta na niedorosłym ramieniu roztaczała przed onym wizję arabskiego raju, wtykając mu w ręce pierś większą od bochna chleba – autoreklamy nigdy dość! Ja wdychałem zapach, jeśli smród katakumb można definiować w kategoriach zapachu. Pogwizdując beztrosko minął mnie zziębnięty kloszard, otoczony aurą octu i niestrawionej dotąd wódki. Jakiś pijak rzęził arię na dwa zaropiałe płuca. Wdychałem najstarszy ze znanych mi miejskich smrodów. Najstarsze wspomnienie z dzieciństwa, którego nie miałem prawa pamiętać.

 

Przebrnąłem przez bukiet wspomnień i garść dźwięków rozsypanych niczym rodzynki z dziurawej torebki. Wynurzyłem się po drugiej stronie placu. W sam raz w chwili, gdy wiatr zaczął zawodzić i obiecywać niestworzone możliwości w przedświcie jutra. A przecież właśnie opuściłem piekło i wspiąłem się schodami przez cały zapyziały plwociną czyściec. Nade mną szalała noc. Nie było jej jakoś więcej, czy bardziej intensywnie, ale była i pilnowała opłotków i domniemań, nie dając szansy żadnemu ze znanych z mitologii zuchów. Duch antycznej tragedii uczepił się mojego ramienia i nie puszczał, jakby bał się solowego występu i czekał, żeby pchnąć mnie na pożarcie światu.

 

Zaczepiłem wzrokiem o fontannę zmęczoną przeszłością. Czynną mimo nocy, cieknącą jak znienawidzony kran, odbierający nawet myśli o śnie pełnym ciepła. Na skraju sadzawki, w której kipiała woda, zapomniany z imienia heros powstrzymywał lwa od ryknięcia. Dobrze mu szło najwyraźniej, bo plac pełen był lwiego cierpienia, jednak pusty od jego werbalnej skargi. Zapatrzyłem się w podziwie, jak depcze kark bestii i z kamienną cierpliwością drze pysk potwora. Weterynarz-laryngolog. Lwu z wysiłku rosły kamienne migdały, a może to były węzły chłonne? Siadł na zadzie i nawet ogonem nie ćwierkał. To musiało boleć…

 

- No idźże wreszcie – scenicznym szeptem sapnął z wysiłku heros, a ja rozglądałem się, jak jakiś głupi – Idź, bo dłużej go nie utrzymam! Uciekaj szaleńcze, bo cię rozszarpie!

 

Ja? Uciekać? W tym stanie ducha? O bieganiu nie mogło być mowy. Mogłem najwyżej pełznąć, jak przerażona jaszczurka pozbawiona ogona. Podszedłem bliżej, by przyjrzeć się memu nemezis. Heros chyba nie przesadzał. Dobry był. Muskularny i pełen żył. Trzymał bestię w cuglach, aż mu pot z bicepsów kapał. A lew wzrok miał szorstki niczym pumeks. Patrzyłem na scenę batalistyczną i już miałem szepnąć herosowi, żeby lwa między nogi zdzielił trzewikiem z rzemyków, ale na samą myśl rozbolało mnie krocze i oczy się zaszkliły. Nie dałem rady, bo facet facetowi takiej rzeczy robić nie powinien nawet w malignie.

 

- No dobra! – sapnął heros, a wzrok mu znienacka złagodniał – Widzę, że nie odejdziesz, więc zostań, tylko się nie wygadaj!

 

Rozejrzał się wokół, ukradkiem, jak partyzant, czy szpicel idący po śladzie podwójnego agenta. Zerknął na promenadę, na nieskończoność pasa startowego i sandał mu zadrżał. Puścił bestię i klepiąc ją po grzbiecie przysiadł na ramie sadzawki.

 

- Samson jestem – wyciągnął steraną wiekami dłoń – Znajomi mówią na mnie Sami, a złośliwi Simpson. A ten tam, to Rex, ale kiedy nikt nie słyszy, to mówię mu Reksio. Lubi to, choć nie przyzna, ale nawet taki twardziel czasami chce się popieścić. Siadaj brachu. Bydlątko musi się napić, a na horyzoncie nie widać obcych. Ja zresztą też lubię łyknąć. On pije tylko wodę, bo jak sam widzisz – zwierzę! Ja piję mniej, za to bardziej pożywne. Teraz, to już muszę uważać, bo stary jestem i w głowę idzie zbyt szybko. Chcesz skosztować? Ambrozja już nie ta co dawniej i kolorów mniej we łbie po kielichu. Nie wiem, kto to pędzi, ale na pewno nie dziewucha, bo moc ma taką, że klękajcie narody. I żadnymi kwiatkami się nie odbija, tylko woltażem! Znać ciężką rękę! To jak kolego? Zdrówko? Reksio! Zachowuj się, mamy gości! Nie siorb tak. I nie chlap, bo znów mi sandały rozmiękną, a może i mchem porosnę. Widziałeś kiedyś herosa, któremu mech wyrasta spod paluchów?

Eko-erotyk (ekotyk?)

 

- Nie potrafię powiedzieć tak, żebyś zrozumiał, nie podejrzewając mnie jednocześnie, że jestem niespełna rozumu. Musisz sam zobaczyć!

 

Wygłosiła komunikat i poszła pewnym krokiem w stronę szklarni. Nie oglądała się za siebie – nie musiała. Jaki facet byłby zdolny odmówić kobiecie, słysząc obietnicę: Będę twoja tak, jak żadna dotąd kobieta na świecie…

 

Szła, lekko kołysząc biodrami, jakby nuciła w głowie piosenkę, kojarzącą się z pierwszą miłością, jak mickiewiczowski wóz zanurzony bez pamięci w nieskończoną zieleń stepu. Szedłem, czując zapach jej ciała, włosów, gorączkę niespełnienia. Z daleka zdawało się, że w szklarni coś się kłębi, kotłuje, bucha zielonością i lepi do szyb tęsknie, a może nawet zaborczo. Zupełnie, jak dzieci przyklejające nosy do okien, żeby szybciej od innych zobaczyć wujka z torbą prezentów, wracającą ze słodkich zakupów mamę, albo szczygła zjadającego zapodziane ziarnko słonecznika.

 

Uchyliła drzwi i wśliznęła się do środka, zostawiając buty przed wejściem. Wciąż ignorowała mnie, nie dając nadziei na słowo dialogu, czy dyskusję. Weszła i już. Irytowało mnie, jednak ciekawość zwyciężyła. Zsunąłem buty i jej śladem wszedłem do środka, zamykając za sobą szklane drzwi. Patrzyłem na rośliny. Wybujałe łodygi z gęstym listowiem, zdającym się być gładszym i bardziej miękkim od jedwabiu. Nieznana winorośl? Aksamitny bluszcz jakiego dotąd nie widziałem? Nie potrafiłem rozpoznać, ani nawet z grubsza zdecydować się, czy przypomina jakąkolwiek ze znanych mi roślin. Głupio trochę być takim laikiem, ale nie przyszedłem tu w celach botanicznego kształcenia.

 

Kobieta szła, głaszcząc liście, a one… łasiły się do niej, jakby chciały jeść z jej ręki! Rośliny wyraźnie ją rozpoznawały i otwierały się przed nią, tworząc tajemną ścieżkę, zdającą się być wyrąbaną w gęstwinie dżungli wprawnymi dłońmi tubylców. Wypustkami chwytały delikatnie włosy kobiety, czesząc ją, pieszcząc, lecz nie zakłócając kroku. Kobieta szła wciąż głębiej i głębiej, a ja za nią, omamiony, zachwycony i zdumiony nad miarę. Dawno już zapomniałem, gdzie jest wejście, a przede mną otwierały się ścieżki zaprzeczające geometrii szklarni. Szedłem głaskany po twarzy i nogach. Miałem wrażenie, że jestem rewidowany. Może rośliny traktowały mnie odrobinę bardziej podejrzliwie, niż najwyraźniej im znaną postać idącą przodem? Nie wiem kiedy, roślina wplotła w jej włosy kwiaty, nie wiem jakim sposobem rozpięła mi guziki koszuli. I wcale nie była to nieśmiała próba, z jaką podchodzi się do obcych, ale stanowcza, zdecydowana delikatność, jakiej spodziewać się można byłoby po kimś, kto doskonale zna ciąg dalszy.

 

Wreszcie kobieta stanęła i odwróciła się do mnie, uśmiechając się dość niepewnie. Roślina tańczyła wokół niej całej, wślizgując się pod sukienkę, oplatając ramiona, łydki, czy talię. Patrzyłem, jak urzeczony, kiedy jej sukienka znikała w niebycie, zdjęta zielonymi dłońmi tajemniczej rośliny. Była piękna. Ubrana w rosnące wciąż pożądanie, w nagość ustrojoną miękkimi liśćmi i kolorowymi kwiatami… Chciałem zrobić krok w jej stronę, żeby wreszcie dostać obiecane, jednak ja również schwytany byłem w otchłań roślinnej żądzy. Patrzyłem na własne ciało, już pozbawione odzieży. Nie wiem kiedy się stało, ale byłem nagi, opętany chaosem. Roślina nie znała wstydu, ani umiaru. Ja? Nie znałem jej, jednak uwierzyłem. Kobieta miała już obłęd w oczach i krzyczała ekstazę, od której kręciło mi się w głowie. Była piękna. Świat był piękny, a czas przestał oddychać.

 

Roślina oplotła jej piersi, jednocześnie pijąc ze źródła kobiecości. Wnikała wszędzie i brała bez oporu. Patrzyłem usychając, unieruchomiony nieskończonymi, zielonymi dłońmi. Delikatność dotyku była wystarczająco mocna, żebym nie był w stanie zrobić choćby jednego kroku. Już prędzej mógłbym położyć się w odmęcie tych ramion i zapomnieć się po kres zmysłów. Roślina chyba na to czekała, bo kiedy tylko poddałem się, kiedy pozwoliłem uwieść zmysły rozkoszy byłem już stracony. Jak przez mgłę usłyszałem krzyk kobiety – najpiękniejszy z krzyków, jakie potrafią wydać ludzie. Krzyczała spełnienie tak głębokie, jakby przedarło się na wylot przez jej drżące ciało. Patrzyła na moje pożądanie opętana szaleństwem nienasycenia, choć szczęście wprawiało w drżenie każdy nerw jej ciała.

 

Zerknąłem na siebie, czując, że dłużej nie udźwignę ciężaru oczekiwania. Byłem stracony. Mogłem żebrać tylko, żeby roślina nie porzuciła mnie gdzieś pomiędzy światem rozumu, a światem zmysłów. Obejmowana zielonymi dłońmi płeć pulsowała rytmem znanym od wieków. Tym samym, które zmienia chłopca w mężczyznę. Tylko raz, bo trudno powtórnie dotrzeć do pierwszej w życiu mety. Roślinie udało się to, przed czym rozum się wzdraga. W jej dłoniach znów byłem prawiczkiem. Raz i następny, a potem kolejny. Roślina była głodna, zbierała ze mnie wszystko, czego w sobie nie podejrzewałem. Brała, bezbłędnie odnajdując zaklęcia, jakich trzeba użyć, by zmęczony spełnieniem umysł podjął kolejny wysiłek i popadł z szaleństwo rozkoszy.

 

Krzyczałem? Zapewnie nie raz, a kiedy ostatecznie opadłem z sił i roślina pozwoliła mi na powrót rozumu… Leżeliśmy tuż obok siebie. Bez słów, bo emocje wciąż na nas grały pieśń drżących nerwów. Patrzyłem na kobietę wzrokiem zakochanego po uszy psiaka, a ona odwdzięczała mi się tym samym. Podała mi dłoń. Chwyciłem, jak tonący brzytwę. Roślina spijała nam pot z nagich, spełnionych jak nigdy ciał. Spazmy oddechu nieskończenie wolno przeradzały się w powolny sen śpiącego.

 

Kiedy się obudziłem… Roślina podała mi owoc. Wprost do ust. Ugryzłem. Sok rozlał się po mnie budząc wspomnienie nieodległe. Smak i zapach kobiety, z którą tu przyszedłem. Nie wiem, skąd wiedziałem, że to musi być jej smak, ale pewien byłem niezawodnie. Kiedy ona również ugryzła podany owoc, popatrzyła na mnie tak, że gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości, teraz straciłbym je w okamgnieniu. Była moja. A ja jej. My zaś…

 

Roślina czesała nasze włosy i zdawała się być zajęta innymi sprawami. Na zewnątrz czekał na nas świat rozumu.