piątek, 3 kwietnia 2020

W pieleszach.


Czas przepływa przeze mnie, jak morze przez meduzę. Jest wszędzie. Panoszy się. Pokpiwa. Chyba. Może to moja paranoja nadaje mu moc, może moja słabość. Ukrywam się w głowie. Zdejmuję twarz, bo zupełnie mi teraz niepotrzebna. Wkładam do miski z wodą – zupełnie, jakbym chował sztuczną szczękę na noc, żeby móc mlaskać, ciamkać i ględzić niezrozumiale.

Twarz w wodzie wygląda na zwiędniętą. Sflaczałą. Ostatnio była mocno używana. Przyda się jej płukanie, bo zakurzona i ponura. Pielęgnacja. Spa dla twarzy. Ta, mogłaby się uśmiechać, ale nie chce najwyraźniej. Może źle jej było ze mną. Może nienawidzi mnie? Wystawię na allegro, czy OLX. Może ktoś kupi, albo wymieni na inną?

Otwieram szufladę i chowam ją do środka. Mam tam jeszcze kilka. Na wszelki wypadek, bo zdarza się zgubić. Roztargnienie, albo emocje i po wszystkim. Zostaje potem gdzieś w biurze rzeczy zagubionych i nikt się nie zgłasza, bo wiadomo – tam nie potrafią przechowywać twarzy i one szybko parcieją i kruszą się – trudno, kto zgubił, musi mieć nową. Ja mam kilka. Jedna, to jeszcze z metką – dziewicza. Trzymam na szczególną okazję. Kiedyś założę, ale teraz, to nawet nie dotykam, żeby kancery jakiejś nie zrobić.

Przebiegam wzrokiem – cztery. Teraz są wszystkie. Pływają sobie spokojnie w letniej wodzie. Patrzą się. Jedna, to nawet kokietuje mnie. Ją rzadko zakładam. Domowa. Wyjmuję, kiedy przychodzą goście. Może jej się nudzić, bo dawno nikogo nie zapraszałem. Z nią nie wychodzę dalej, niż na balkon. Przyzwyczajona jest – taka kura domowa. Mam szczęście, że to lubi. Nie każda dałaby radę.

W domu, kiedy nie ma gości, chodzę bez twarzy. Trzeba oszczędzać. Nie jestem krezusem, a cztery twarze, to niewiele. Są tacy, co mają specjalną garderobę na twarze. Ja muszę zadowolić się płytką szufladą, chociaż był czas, gdy powodziło mi się lepiej i mam jeszcze zapasowe szuflady, na wypadek, gdyby się trafiła dzika forsa. Kupiłbym bez wahania ze trzy, albo i więcej. Nawet zagrałem w totolotka, kiedy była kumulacja i marzyłem przez parę dni, że będę miał garderobę z twarzami na każdą, najdzikszą okazję, że będę przebierał i kaprysił jak filmowa gwiazdka, która drugi raz nie założy tej samej, ale nie odda też biedniejszym, żeby nie chodzili w jej twarzy. I potem marnują się twarze zamknięte na wieczność w prywatnych rezydencjach i nawet w spadku nie zostaną przekazane innym, bo testamenty obwarowane są restrykcjami i żadnej twarzy uwolnić nie zechcą.

Uśmiecham się do tej domowej, czochram delikatnie tę, którą właśnie zdjąłem – służbową. Dzisiaj smog był w mieście. Trochę poszarzała, ale w kąpieli się zregeneruje. Ma czas. Weekend. Do poniedziałku powinna być świeża, jak zapach bułeczek z pobliskiej piekarni. Nowa przygląda mi się badawczo, choć metka przesłania jej jedno oko, jak piratowi z bajek. To nie czas na fanaberie. Nie założę jej. Mierzyłem w sklepie. Nic nie zmieniło się od czasu zakupu. Musi pasować. Nie kupowałem twarzy na jedną okazję, tylko na lata. Roztropnie. Może nie jest spektakularna, jak kreacja na Sylwestra, ale solidna, jak dębowe biurko, które pamięta czasy królów. Niezniszczalna i rozpoznawalna, lecz nie pstrokata niczym papuga.

Czwarta… Z nią jest źle. To twarz z historii. Nosi piętno lat ze mną. W niej dorastałem i przeżywałem te wszystkie pryszczate lat pełne wstydu i upokorzeń. Pierwszych, miłości, które czezły w słowach niepokornych, albo były wyłącznie iluzją spuchniętego z pożądania rozporka. Trzymam ją z sentymentu. Przychodzą czasami nostalgiczne, listopadowe wieczory, kiedy wyjmuję ją i staję przed lustrem. Albo w oknie, gdy noc łaskawie zgasi słońce i pozwoli na swobodę. Krępuje mnie ciekawość zewnętrza. Nawet, gdy jest iluzoryczna. Z tą twarzą lubię samotność. Otulam się nią, jak miękkim kocem i wspominamy sobie drobiazgi, płaczemy razem, albo śmiejemy się z mojej niedoskonałości.

Pogłaskałem ją czule zanim zamknąłem szufladę. Nie ma co wzdychać, do listopada daleko, a czasy trudne. Szlochanie trzeba ograniczyć, żeby przetrwać. Zasłaniam rolety. Pokazać się bez twarzy jest jeszcze gorzej, niż w tej listopadowej. Nic nie poradzę, że po domu lubię chodzić nagi.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Żywa skamielina.


Strategicznie osiadłem w lagunie nieróbstwa i przeczekuję złe czasy. Jak pluskwa. Ona, niekarmiona, potrafi ponoć osiem lat przeżyć ukryta pomiędzy deskami podłogowymi, czy w innej, mysiej dziurze. A dąb pożerany żywcem przez kozioroga też osiem lat się broni, nim się podda definitywnie, więc ja, w tym samym cyklu osiadłem i zamieniam się w skałę osadową. Jak trylobit. Ale on osiadał setki, albo tysiące lat – taki był nieumiejętny. Ja będę zdolniejszy. Tak sobie postanowiłem, jeżeli mądrość można sobie postanowić i mieć. A co mi tam. Kto powiedział, że nie wolno?

Osiadłem i przyglądam się z bezpiecznej przystani, jak wokół świat pogrąża się w pływach – przypływ natchnienia-odpływ gotówki, przypływ wytycznych-odpływ rozsądku. Kolebie się toto wszystko na mizernej fali wstecznej i trzeba uważać, żeby nie wciągnęło człowieka, więc nózie w górę i trzymaj się stary, jak kotwica pośród raf koralowych – aż do śmierci. Nawet księżyc zaczął się kurczyć. Chyba się boi, że i na niego przyjdzie kryska, bo wychudł i pysk się mu wyciągnął, tylko patrzeć, jak dopadnie go anoreksja.

Świat dookoła pręży się i spieszy do nie wiadomo jakich przyszłości. Nawet czas trzeba wziąć w cugle, bo oszalał i pędzi rączo, jakby szaleju się nażarł. Jeszcze się ochwaci i będzie chciał ze mną tu… na skale osiąść, albo pogrążyć się w jakieś święte dumanie. Nie wiem, czy chcę się z nim dzielić własnymi myślami, a nawet i mojej bezmyślności mi żal na pół szatkować. Może niech lepiej poleci sobie gdzieś, gdzie tłuściejsze mieszkają życiorysy, zdarzenia dosadne, a historia miesza się przyszłością w wielkim, głodnym wirze tak, że tylko słowo „kiedyś” pławić się może nie bacząc, jakim płynie nurtem.

Osiadania nie byłem uczony i wymyśliłem je siłą własnej woli, co oznacza, że wolę posiadam. Może nawet wolną wolę posiadam, ale nie zamierzam zbyt skrupulatnie się jej przyglądać, bo a nuż poszkapiłem? Źle poczułbym się, gdybym dokonał mimowolnego odkrycia, że jednak nie i ta wola siedzi w okowach niezrywalnych, grubym lodem chłodnej bezwzględności przywalona. Na cóż mi takie rozczarowanie, gdy mogę delektować się subtelnym wątkiem wolności ulotnej jak cień ważki w nurcie potoku?

Pozycję przyjąłem godną. Dostojną. Szczerze mówiąc trochę odgapiałem od starożytnych, bo cóż ja mogłem wiedzieć o osiadaniu i właściwej sylwetce. Ale był taki gość w historii tego świata, albo miał być tak bardzo, że świat go sam wymyślił i on wiedział. Jego stado nadało mu imię Siedzący Byk w dawno wymarłym języku, szczęściem zdążyli go przełożyć na język wiecznie żywy, czyli transformacja jest możliwa i kto wie, czy nie obejmie również mnie, bo językiem zaściankowym dysponuję, a imieniem, to już zupełnie wcale. Może zanim osiądę ostatecznie ktoś nada mi imię, choćby przechodząc obok w dobrym humorze i komentując drobne zauważenia powie na przykład:

- O! Padlina!

I stanę się Opadliną z dwoma niesymetrycznie rozłożonymi wykrzyknikami i będę osiadał jak sam król, co pilnuje śpiących rycerzy gdzieś w zerodowanych, niegościnnych górach i miecz ma rdzewiejący od tak dawna, że to już wydmuszka jest i bez warstwy kalcytu, wapienia, czy gipsu zniknąłby jak natchnienie poety pozbawionego muzy. Miałem czas. Mogłem eksperymentować, uczyć się, wypróbowywać nieprawdopodobieństwa i korzystać z pamięci, a czasami z jej braku. Podstawy teoretyczne zasadniczo były mi zbędne. Nawet nie podejrzewam, że znalazłby się jakiś docent z otwartym przewodem doktorskim, który miałby ochotę zbadać szerokie spektrum osiadania jednostek, którym pośpiech dał się we znaki do tego stopnia, że aby zwolnić gotowi są nawet na osiadanie.

A ja jestem gotów. Ba! Ja osiadam! Może nieumiejętnie, może bez wsparcia ideologicznego, a kto wie, czy nie bez sensu. Jednak osiadam. Najwyraźniej mam w sobie instynktowną umiejętność, która ujawniła się właśnie teraz i bardzo chce zostać zauważoną i wykorzystaną. Nie jestem z tych, co posiadane talenta wiodą na pokuszenie, albo marynują jak śledzie w beczce. Skoro trafił mi się, usiłowałem nie pozwolić mu na śmierć z nieużywania. Przyznam się otwarcie - chciałem go wykorzystać, jakkolwiek potwornie to brzmi i źle o mnie świadczy. Nie obiecywałem wszak, że jestem dobrym człowiekiem. Nic nie obiecywałem. Nawet tego, że będę osiadał.

Nim świt pobladł.


Najpierw pękło niebo. Chmury rozstąpiły się niczym morze przed izraelitami i po niebie meandrowała chwiejna ścieżka wijąca się jak dym pośród zmierzchu. Potem ktoś obudził słońce. Chyba kopniakami wyganiał je z pościeli, bo wstawało gniewne, purpurowo-fioletowe ze złości. Sroki położyły uszy po sobie i nerwowo szukały schronienia w gęstych, nagich jeszcze gałęziach i w cudzych gniazdach. Asfaltem dreptała nicość – teraz lepiej widoczna, bo ciepło-żółte łby latarni zwieszały się nad nią z politowaniem. Jakiś zbłąkany samochód przemknął udając, że wcale go nie ma, ale oczy miał szeroko otwarte i chyba przerażone własną zuchwałością. Na sumakach pysznią się zeszłoroczne owocniki wyglądające jak bordowe lampiony lżejsze od powietrza. No, chyba że duchy z przykurzonego, wiśniowego pluszu. Ludzie przed sklepami rozstawieni niczym piony na planszy GO we wstępnej fazie gry zajmują strategicznie uzasadnione pozycje, a plansza popękała zupełnie. Płyty chodnikowe na całą zimę zostawione bez gospodarza wyglądają jak potłuczone lustro, albo rzeka, gdy tafla lodu zamienia się w krę, nim odpłynie do morza.

środa, 1 kwietnia 2020

Przyznaj się proszę. Tak - do Ciebie mówię!


Nigeria? Hongkong? Singapur? Portugalia i Australia? Człowieku! – ależ Cię poniosło! Rozumiem, że Polak na tyłku nie usiedzi, ale Turkmenistan? Argentyna? Czyżby obawa przed deportacją? Irlandia? Zwalczanie demografii, albo miłość do ryb i wilgotnego klimatu? ZEA? Kraj mocno skąpany w upale, piasku, ropie i tak grubo obsypany dirhemami, że nagiej ziemi nie widać? Jak bardzo trzeba nie kochać teściowej, żeby uciec do Indii, czy Japonii? Jakie długi mieć trzeba, żeby od razu do Kolumbii? Strach przed wirusem nie wchodzi w grę, bo uporczywość zjawiska sprawia, że Honduras nie jest zapewne wolnym od zarazy. 

Dlaczego?

Ty tak naprawdę, czy to jakiś żart?

Deliberacje o niewielkim znaczeniu dla świata.


Jak doskonałym narzędziem penetracyjnym jest język można się przekonać z chwilą, gdy w ustach pojawi się dowolnie wybrana nieciągłość. Drobna rana, czy uszczerbek w klawiaturze nosiciela wystarcza, żeby w obrębie jamy ustnej nastąpiło pospolite ruszenie, na czele którego stanie jego wysokość język. Bezbłędnie wykryje i udokumentuje wszelkie precedensy, powielając rozpoznanie tak długo, aż sam zacznie krwawić z wytrwałości w badaniu wybryku natury.

Penetracja… słowo spopularyzowane przez ginekologów, nawet w ich specjalistycznym, zawodowym języku (nomen-omen?) nie wyklucza udziału w procederze tego narzędzia poznawczego, które zdaje się być bardziej uniwersalnym od domyślnego, gdyż potrafi zachwycić się hipotetycznymi walorami smakowymi, a ze względu na nieodległą lokalizację pokrewnych narzędzi pozostałych zmysłów nienachalnie zaangażowanych w procesy eksploracyjne, wydaje się, że wąska specjalizacja fenomenu członka, faworyzowana jest grubo ponad jego rzeczywiste zasługi (szanując wierzenia co poniektórych – Jego [JEGO?... {JEGO?}] rzeczywiste zasługi – są tacy, którzy nawet nadają Mu [MU?... {MU?}] imię, choć zdarzają się przecież Bogowie bezimienni, zamieszczam stopień wyższy, najwyższy i boski do wyboru zgodnie z wyznaniem, niepotrzebne skreślić bez wahania).

Warto zauważyć, że językiem można penetrować nie tylko własne usta, ale również każde inne, bez względu na wiek, płeć i religię, które nierozważnie, albo z premedytacją zbliżą się w zasięg dyfuzji energii cieplnej skumulowanej wstępnie w pospiesznym oddechu naładowanym elementami jawnego, bądź nie, podniecenia. Sam oddech stać się może katalizatorem sprawiającym, że język stanie się bardziej giętki i żwawy, niż najbardziej brykliwy z tygrysków preferujących tradycyjną, prokreacyjną wersję zabawy w „uciekaj myszko do dziury”, czyli ONEGO (pozwolę sobie skorzystać od razu ze szczebla wyższego od najwyższego, żeby mimochodem nie urazić – organ jest niezwykle czuły, podobnie jak język… O matko! JĘZYK też?)

Żeby lekceważąco nie ograniczać narzędzia o tak szerokim spektrum funkcjonalności, wspomnieć należy o możliwościach zastosowań horyzontalnych, które acz mniej spektakularne od wertykalnych, będących z natury swej dogłębności bardziej przenikliwymi, przyczyniają się do tworzenia map strategii i kreśleniu wielowątkowych ofensyw gotowych zakwitnąć niepohamowanym wzruszeniem i utratą kontroli nad trzymanym zazwyczaj na krótkiej smyczy ciałem. Język położony na największym z ludzkich organów staje się zalążkiem tylu opowieści barwiących ciała autoerotycznym rumieńcem, że pominięcie tego niedopowiedzenia zdaje się zbrodnią, które na dodatek w sennych marzeniach potrafi zaowocować wilgotnym wyznaniem tak namacalnym, że wymagającym dezynfekcji w kąpieli pełnej chemicznych bąbelków, aby zatrzeć ślady jeśli nie zbrodni, to przynajmniej ekspresji. Czyż potrzebnym jest bardziej jawne przyznanie się do winy?

Pośród bardziej perwersyjnych zachowań, żeby nie powiedzieć WYKORZYSTAŃ, wypada wspomnieć (ale tylko wspomnieć z obawy o rozpowszechnianie zarazy) o używaniu języka do artykułowania braku treści o zabarwieniu dyplomatyczno-filozoficznym na przykład. W słowach, karnie stojących w niepoliczalnych szeregach, albo w węzłowatych, dosadnych wykrzyknikach wieńczących brak znaczenia wysoką amplitudą fali gasnącej. Na przeciwległym końcu skali znaleźć można złotouste, błogosławione tu i ówdzie milczenie, które doprowadzić gotowe do zaniku narzędzia, w przypadku uporczywej odmowy kolaboracji z tymże.

I już sam nie wiem. Lepiej gadać, czy milczeć? Lizać, czy może tylko malować nim słowa na oswojonych plecach, łydkach, czy pośladkach? Wargi, czy policzki wydają się zbyt wątłe, aby zmieścić na nich coś więcej niż:

- Przyjechałam do ciebie, cieszysz się?

Niepokoje.


Wczorajszy śnieg na asfalcie był tak doskonałym kamuflażem dla srok, że nawet, kiedy słońce roztopiło jednodniową zimę, sroki pozostały „zniknięte”. Rozpuściły się i spłynęły kanalizacją burzową? Oddały ducha i w postaci obłoków pary wzniosły się w niebiosa poza zasięg orłów? Drobnica szaroburo harcuje i śpiewa psalmy dziękczynne, słońce jak nadmuchana mandarynka nasącza ściany kolorami, liżąc je bezwstydnie, po ulicach wędruje skostniała nieobecność. Emeryci ratują Miasto z bezludności – czas żerowania nastał właśnie dla nich. Odgórne namaszczenie, by karnie ruszyli do paśników, znalazło posłuch. Starsi chowani byli w szacunku dla słowa. I wiedzą, że zawsze może być gorzej, więc uśmiechają się na widok pełnych półek, z których i tak nie wezmą nic, bo emerytura przykrótka, ale widok cieszy mimo woli. Tak, jak mnie cieszy filharmonia, opera, kino, czy teatr. Rzadko korzystam, ale cieszy, że MOGĘ. Zupełnie, jakby ktoś rozciągnął moją klatkę ograniczająca wolność i objął nią alternatywy. Są mniejsze miasta i mniejsze możliwości. Są też większe, ale i to, w którym mieszkam jest zbyt duże. Coraz trudniej spotkać człowieka. Czyżby chaos rozrastający się w kosmosie dotknął też Miasto? Zalecana odległość minimalna pomiędzy osobnikami rasy ludzkiej nie została jeszcze określona w latach świetlnych, ale wygląda na to, że powoli trzeba się do podobnej opcji przystosować. Niedostosowani zapewne wymrą jak dodo i inna różnorodność biologiczna.

poniedziałek, 30 marca 2020

Korporacja.

- Nie zamierzam nawet prosić o dyskrecję – człowiek w ręcznie szytym garniturze, o dłoniach wypielęgnowanych tak, jakby w życiu nie były używane wzruszył ramionami – Sprawa jest przesądzona. W Kongu ogłoszono stan wyjątkowy. Pełna izolacja, zamknięcie granic kordonem sanitarnym. Wewnątrz lekarze wojskowi. Zmilitaryzowany personel, który pod groźbą zdrady stanu został zaprzysiężony i wyekspediowany do wnętrza w celu opanowania epidemii, która i tak przekroczyła już wszystkie granice. Dawno przekroczyła, i wierzę, że zostanę dobrze zrozumiany.

Rozglądał się po twarzach siedzących osób, beznamiętnie, mosiężnym wzrokiem przesuwał z sylwetki na kolejną, a chociaż nie starał się nikogo zastraszyć - osiągnął efekt.

- Lekarze tego nie wiedzą. I długo się nie dowiedzą, gdyż z wnętrza nie jest łatwo o kontakty ze światem. A poza tym – najwyraźniej mówiący pokpiwał teraz – Są szczęśliwi, że nie muszą walczyć z zarazą, tylko siedzą w komfortowym hotelu i chleją na mój koszt. Gwarantuję wszystkim, że osiągnęli poziom szczęścia, jakie było im niedostępne na zewnątrz, choć nie wszyscy jeszcze w nie uwierzyli. Znaleźli się w sytuacji kogoś, kto wygrał w totolotka nie wysyłając nawet kuponu. My… My też wygraliśmy…

Konsternacja na sali osiągnęła stan, w którym cisza była zbyt bolesna do zniesienia, więc każdy usiłował powiedzieć cokolwiek, choćby absurdalnie pytać sąsiadów o co chodzi, wiedząc, że są równie mocno zaskoczeni, jak pytający. A przecież nie byli to ludzie, których słowa mogły zaskoczyć. Każdy z nich żonglował słowami na co dzień i korzystał z potęgi słowa na sposoby, których etyka i prawo wstydziły się, lecz musiały to czynić po alkowach i prywatnych, kompletnie niejawnych spotkaniach, nie znajdując ujścia na światło dzienne. Cóż mogła ich obchodzić jakaś zaraza w najbiedniejszym kraju świata? Dlaczego miałby to być ich problem? I dlaczego ów problem był zwycięstwem każdego z nich? Przecież oni nie lubili się nawet prywatnie. Te wszystkie sojusze, uśmiechy, poklepywania, wręczanie nagród, medali i wzajemne ukłony pod szklanym okiem obiektywów agencji prasowych i stacji telewizyjnych…

- Powiem państwu szczerze, że zamierzam izolować pierwszych „zarażonych” jeszcze tej nocy, a w przeciągu tygodnia epidemia dotknie około tysiąca przypadków. – Szczerość. Nieprawdopodobna, ale zdawała się autentyczną, biła z oblicza prowadzącego - Potem… Zaczną się restrykcje i obostrzenia. Najpierw ograniczenia dla gospodarki, turystyki i ograniczenie ruchu obywateli do ruchu lokalnego. Nagonka. Słowna, ze wszystkich mediów. Strach, panika podsycana umiejętnie doniesieniami z frontu walki z diabłem, który będzie pożerał ludzkie istnienia. Potem ograniczenia staną się jeszcze ostrzejsze. Za miesiąc będę miał społeczeństwo w dobrowolnym areszcie domowym, uwiązane do odbiorników RTV. Do Internetu, bo wiem, że u was też wybuchnie epidemia, która w tym tygodniu pochłonie trochę ofiar. Proszę o jedno – nie bądźcie zachłanni w pierwszych dniach. Pozwólcie strachowi narastać stopniowo. A jeśli już musicie koniecznie pozwolić epidemii działać szerokim frontem, to przygotujcie opinię publiczną na wstrząs, żeby nie spowodować eksodusu. Tego przecież nie chcemy!

Pierwsze, jeszcze niedowierzające uśmieszki zaczęły pojawiać się na twarzach wyjałowionych ze złudzeń i najbardziej cynicznych. Powoli dołączały kolejne i kolejne. Ziarno posiane zaczęło kiełkować zrozumieniem. Perfidia przedsięwzięcia przerastała wszystko, co do tej pory wymyślił człowiek. Globalny kataklizm gorszy od wojny światowej. Armagedon sterowany centralnie. I lejce, które można ściągnąć wszystkim ludziom na świecie. Wbić jadowitą ostrogę w podbrzusza i i zacisnąć dłoń na zuchwałych gardłach. Zniewolić wszystkich. Unicestwić opornych, a pokornym wyznaczyć zadania. Opozycja, którą można bezkarnie zgładzić, zamknąć w gettach jak degeneratów i odmówić im wszelkich praw. Zagłodzić, pozbawić godności i sprowadzić do roli bezmyślnego mięsa żebrzącego o litość. Zuchwały plan.

- Jak widzę, osiągamy poziom, przy którym dyskusja i projektowanie przyszłości zaczyna mieć ręce i nogi. Macie… Mamy pacjenta zero – Kongo. Dżentelmeni nie mówią o pieniądzach, ale my chyba możemy? – prowadzący pozwolił sobie na ironię i najwyraźniej był rozluźniony – Na kupienie Konga stać było każdego z nas. Tani kraj, bez dostępu do bogactw naturalnych, z braku sieci teleinformatycznych, dróg i zainteresowania globalnych mediów poddał się łatwo. Etap pierwszy też mamy za sobą. Teraz trzeba spuścić z łańcucha psy! Plotkę. Napuścić media i rzucać im ochłapy, karmić krwią. Rzeczywistą i tą mimochodem wyrywającą się z niedyskretnych ust. Kamień rzucony w wodę musi zatoczyć krąg nie raz, a więcej. Szerzej. Musi objąć całą ziemię, a jeśli będzie trzeba, to niech płynie dalej!

Prowadzący wyraźnie się rozgrzał i poniosło go. Ale zrozumienie osiągnęli już nawet najmniej domyślni, początkujący władcy. Smakowali w umysłach zemsty partyjne i prywatne. Rozwijali niedopowiedzenia w ciąg działań koniecznych, oczekiwanych niemal i widzieli siebie na piedestałach, które rosły tak szybko, że myśl ledwie nadążała.

- Skoro zaraza przekroczyła granice, czas na etap drugi. Lokalne ogniska zarazy, eskalacja na całe kontynenty. A następnie izolacja, restrykcje, godzina policyjna i drakońskie kary. Konfiskaty mienia, mediów, towarów. Czystki. Rezerwaty i więzienia. Gułagi! Kołchozy! Będziemy hodować bydło. My wszyscy. Zostaniemy hodowcami. Ale to już etap trzeci. W czwartym… otworzymy granice, upodlimy ostatecznie niewolników i odbierzemy im głos i resztki poczucia godności. Sprowadzimy do roli kelnerów i fryzjerów, obsługi hotelowej, prostytutek, ogrodników… ktoś musi pracować, żeby świat trwał na naszą chwałę.

Mówca napił się wody. Umysły na sali osiągały poziom wrzenia. Oczy powleczone szaleństwem idei. Doktrynacja wciąż trwała, ale trafiała na grunt tak płodny, że sama siebie karmiła szybciej niż słowa wypowiadane ze sceny. Cud dzieworództwa dotknął każdej z osób i przyszłości wiły się jak dziko rosnące winorośle. Ktoś powinien przystrzyc je, żeby nie zdziczały. Poprowadzić pędy tam, gdzie mogły znaleźć wsparcie na solidnym szkielecie. W końcu istotą winorośli nie są pędy, a owoce.

- Karmić będziemy posłusznych. Damy im iluzoryczną nadzieję, pokażemy ścieżkę awansu, której nikt nie przebrnie. Opór stłumimy bez reszty. Każdą wątpliwość rozstrzygniemy tak, aby zostali sami roślinożercy. Drapieżniki wybijemy do nogi. Policja tak brutalna, żeby słabsi mdleli na sam ich widok, a dzieci popuszczały w majtki. Kary i jeszcze raz kary. Za najdrobniejsze uchybienia, za ukłon zbyt opieszały. Stado mamy duże i trzeba je ostro wyczesać, żeby żadna wesz się nie ostała. Kontrola życia. Totalna. Chipowanie i śledzenie. Kartoteki od dnia narodzin, aż do śmierci. Przyuczanie, a nie nauka. Zwierzęta nie muszą umieć. Mają być posłuszne i realizować to, co im pisane. Jak w konfucjanizmie. A my… My będziemy Konfucjuszem!

Matrix.


Rodzina szklanych kałuż snuje się po asfaltowym chodniku i mami zajączkami odbitych promieni słonecznych. Pośród nagich drzew śpiewa swoje miłosne zaklęcia ptasi plankton. Trudno go dostrzec, więc sroki nerwowo rozglądają się i szukają nieostrożnych śpiewaków, żeby wykraść im z gniazd jaja. Mróz zadusił dżdżownicę, która w agonii zwinęła się w symbol nieskończoności. Pod lodowym lukrem nie tli się już życie, a drapieżniki jeszcze nie odkryły mrożonki. Krokusy i żonkile, forsycje i liliowe głogi. Świat obsypany kwiatami marznie w milczeniu. Ludzie nieufni. Jak za czasów jaskiniowych. Obcy-wróg, niebezpieczny, toksyczny. Zacięte twarze, rozbiegany wzrok. Każdy każdego mija szerokim łukiem. Strach się nawet uśmiechnąć. Puste pejzaże stanowią raj dla fotografów szukających wizji futurystycznej apokalipsy, w której kontakty międzyludzkie zdigitalizowane zostaną w stu procentach. Łączność cyfrowa, kontakt za pośrednictwem prostokątów monitorów. Miłość platoniczna i nienawiść tożsama. Rodzą się we mnie scenariusze w których zmysły zostają wyrugowane przez ewolucję i ograniczone do akcji-reakcji na obrazy i dźwięki z metalowo-plastikowych czarnych kości. Niemal biegnę w skorupę domu, w którym mogę rozebrać się z pozorów i poczuć ciepło własnego ciała. Uruchamiam pudło. Szukam kontaktu. Bodźców. Przyszłość dzieje się już teraz.

sobota, 28 marca 2020

Wiosna?

Fiołki kwitną nadaremnie i są niepomiernie zdumione, że nikt się nimi nie zachwyca - pierwszy raz od tak dawna, że najstarsze już tego nie pamiętają. Na nieużytkach, pod młodymi brzózkami-samosiejkami atramentowe kleksy marnieją niezauważone. Już mleczom jest łatwiej, bo kłują nieliczne oczy przez okna autobusów pokrzykujących na pasażerów, by jak najszybciej wysiedli i schowali się w domach. Świat stał się niegościnny. Obcy był od dawna, ale nie aż tak, żeby w betonowej dżungli poczuć się niepewnie. Słońce przebiega kalendarze od widnokręgu, do obłędu i tylko psy potrafią się z tego cieszyć, gdy przemykają opłotkami przez skraje placów budów. Aż dziw, że owe toczą się, choć opieszale.

piątek, 27 marca 2020

Zdrajca.


Urodziłem się, żeby polować. Rządzić. Na pewno nie po to, żeby krwawić i płakać. Początkowo potrzebowałem jeszcze pomocy, kiedy dopiero uczyłem się, jak zdobywać przewagę w świecie obcym i chyba wrogim. Czasem świat był naiwny i sam mi wpychał w ręce łupy, innym razem musiałem odepchnąć kogoś, żeby mu zabrać zabawkę, której właśnie pożądałem. Bez różnicy – zabierałem dziewczynkom i chłopcom, którzy mieli pecha znaleźć się w piaskownicy w tym samym czasie co ja. Ciągnąłem opornych za włosy, albo pchałem. Nie wahałem się ugryźć, albo kopnąć w kostkę. Zabierałem zabawkę i ciskałem ją w piach, gdy przestała cieszyć. Ale pilnowałem, żeby nikt inny się po nią nie schylił. Była moja!

Wtedy musiała mnie jeszcze bronić matka, bo inni dorośli protestowali, a sam nie miałem żadnych szans. Wstydziła się i przepraszała, a ja w tym czasie szczypałem i planowałem zemstę. Kiedy nie miałem na kim wyładować złości matka zawsze była w pobliżu. Widziałem ile siniaków miała na nogach. Szczypałem mocno, a skórę miała delikatną nawet jak na dziewczynę. Dzieci nauczyły się szybko, że trzeba mnie omijać z daleka i nie pomagała nowa koszulka, czy czapeczka. Dzieci kryły się w objęciach rodziców, a piaskownica pustoszała. Matka płakała i usiłowała mi coś tłumaczyć, ale ze złości kopałem ja po nogach i gryzłem ramiona.

Rosłem. Szybko rosłem i uczyłem się, że strachem mogę poskromić nawet tłum, który mógłby mnie rozszarpać, lecz przerażony podda się mojej bezczelnej pewności siebie. Tylko matka nie bała się mnie. Jeszcze się nie bała, bo kiedy miałem dwanaście lat poskromiłem i ją. Pchnąłem mocno na ścianę, aż uderzyła głową w obraz za szybą i stłukła ją. Płakała, a z pomiędzy włosów sączyła się krew. Uderzyłem. Ręką. Na policzku pojawiły się ciemnoczerwone smugi od palców. Podobało mi się. Uderzyłem z drugiej strony i śmiałem się patrząc, że nierówno wyszło. Asymetrycznie. Matka płakała, ale musiała się poddać. W domu miałem już władzę absolutną.

Przyszedł czas na zewnętrze. Tam wciąż nie bali się mnie wystarczająco. Sąsiadów pacyfikowałem wytrwale. Podrzucałem na wycieraczkę psie gówna, kopałem, gdy się zbliżali, albo dzwonkiem do drzwi zabierałem im spokój nocy. Kamienie rzeźbiły w ich szybach gwiazdy, aż spokornieli i pochowali się w swoich norach. Sprawdziłem, co tam robią. Nic! Wszedłem za starą babą do jej mieszkania. Cuchnęło starością. Wszystko było stare – i ona i meble i te wszystkie drobiazgi z porcelany, czy wełny. Parę rzuciłem na podłogę, żeby zobaczyć, czy zaprotestuje, ale milczała płacząc. Stara była. Nie miała ze mną szans. Musiała słuchać. Poszedłem do kuchni. Na stole stało jakieś ciasto, to je zjadłem, ale nie było najlepsze. Talerz oczywiście rozbiłem i powiedziałem jej, że następnym razem ma mieć ciasto z malinami, bo inaczej dostanie ode mnie lanie i poszedłem zostawiając otwarte drzwi.

Faceci w moim otoczeniu bywali różni, ale często walczyli. Spotkania z nimi traktowałem jak poligon. Nie raz oberwałem, bo rzucałem się na każdego, bez względu na rozmiar i obrywałem tak, że potem matka mnie musiała kurować, a na twarzy miałem tęczę od siniaków i wybite zęby. Ale zaciskałem te pozostałe i ćwiczyłem po nocach. Pompki, brzuszki. Z książki uczyłem się postawy bokserskiej i wyprowadzania ciosów. Karate. Marzyło mi się, że zostanę Brucem Lee. Każdy chłopak o tym marzył, ale ja ćwiczyłem. Bez mentora, z książek, które ukradłem jakiemuś nieudacznikowi – jego rodzice jeździli po świecie i zamiast miłości dostawał prezenty. W tym książki do ćwiczeń. Przyniósł je kiedyś do szkoły i wrócił już bez nich. Nie miał odwagi poskarżyć się. I słusznie. Książki były moje.

Z dziewczynami szło mi lepiej. Same mazgaje. Wystarczyło pociągnąć za warkocz, albo urwać kieszeń sukienki, żeby zaczęły szlochać i czerwienieć na twarzy. Nie trzeba było nawet uderzać. Można było zlać je słowem wulgarnym. Fajnie wyglądały, gdy pod wpływem słów krew wychodziła im na twarze. Rumieniły się, a ja opowiadałem im świństwa. O nich i o mnie. Wymyślałem absurdy kompletne, byle tylko ujrzeć, jak sinieją im twarze. Miałem wrażenie, że gdybym przejechał po takiej gładkiej buzi paznokciem, to trysnęłaby krew. Raz sprawdzałem – musiałem mocno drapnąć, żeby się udało. To twarde przeciwniczki, tylko tak miękko wyglądają. Wcale nie jest łatwo je uszkodzić. Chowają się w te łzy i człowiek daje się oszukać, że są słabe. Facet, gdy zaczyna płakać jest pokonany. Zostaje moim niewolnikiem, ale baba? Nigdy. Ta płacze na zawołanie i to nic nie oznacza.

Wtedy zrozumiałem, że z dziewczynami trzeba inaczej. Szorstko i mocno. Lać tak, jak nie lałem facetów. One dopiero wtedy zaczynały mieć w oczach strach i poddawały się mojej woli. Mówiłem krótko, jakbym szczekał. Wydawałem komendy. Każdy przejaw krnąbrności tłumiłem ciosem. Aż stawały się potulne. Jedną za włosy ściągnąłem do domu. Matkę wygnałem do kuchni, żeby nie przeszkadzała, a tej kazałem się rozbierać. Do naga. Miała zostać moją nauczycielką biologii. Zwykle nie uczyłem się, ale ta lekcja jakoś mnie intrygowała. One były inne. I puchło im coś na klatce piersiowej. Gdyby to były mięśnie, to każda mogłaby mnie zgnieść, ale to coś było miękkie i bezbronne. Chciałem to zobaczyć z bliska i sprawdzić o co chodzi.

Płakała – to normalne. Uderzyłem, żeby zaczęła się wreszcie rozbierać i chyba zrozumiała, bo drżącymi ze strachu rękami zaczęła rozpinać guziki. Powoli ciuchy spadały na podłogę – one naprawdę były inne. Nie mogłem się nadziwić, ale musiałem pilnować, bo w niej jeszcze tkwił bunt. Gotowa mi uciec, jeśli stracę czujność. Uderzyłem profilaktycznie w brzuch. Żeby straciła ochotę na protesty. Straciła. I ochotę i oddech. Leżała na podłodze i płakała. Chciałem ją kopnąć, żeby przestała, bo nie podobało mi się, że tak wyje. Włączyłem muzykę, a ją za włosy podniosłem. Miała miękkie to ciało. Zupełnie nie ćwiczyła. Chyba głupia. Ale była moja. Teraz widziałem w jej oczach  strach tak potworny, że wykluczał reakcję. Mogłem z nią zrobić wszystko.

Matka coś krzyczała, ale przez dźwięki muzyki niewiele się przedzierało. Zaśmiałem się i krzyknąłem przez drzwi, żeby siedziała cicho, bo psuje mi zabawę. Ucichła. Zrozumiała, że nie wolno przeszkadzać, bo i ona dostanie łomot. Patrzyłem na swoją ofiarę. Zasmarkana i zapłakana. Gile spływały na tę dziwnie zbudowaną klatkę piersiową. Dotknąłem całą ręką i ścisnąłem. Ani grama oporu, ani kawałka mięśnia. Sam tłuszcz. Tłusta, płacząca małpa.

Poczułem na policzku powiew wiatru. Przeciąg. Uśmiechnąłem się. Stała goła, to pewnie zmarznie. Ciekawe, czy poradzi sobie z temperaturą. Nagle poczułem, że ktoś kopnął mnie w plecy. Ciężki bucior wylądował pomiędzy łopatkami. Wyćwiczony drań! Zaskoczył mnie w domu. Chciałem się odwrócić, ale mocno trzymał mnie za włosy i kolanem docisnął do podłogi. Wyłamał mi ręce i pociągnął do siebie. Do tyłu. Zadźwięczała stal. Kajdany! Dopiero teraz mnie obrócił. Patrzyłem zdumiony. Było ich trzech. Wielkich jak szafy i czarno umundurowanych. Spoza nich wystawała drobna, wystraszona głowa matki.

Zdradziła mnie! Szarpnąłem się w więzach. Zabiję ją! Niech tylko uwolnię łapska z tych bransolet!. To ma być matka? Chyba za rzadko ją lałem. Ale to się zmieni. Niech tylko mnie puszczą czarni.