piątek, 19 stycznia 2018

Monolog z bombą.

Że nie rozumiem, to jasne – faceci mają chyba wbudowane to niezrozumienie żeńskiego świata i priorytetów w nim obowiązujących. Sam często mniemam, że nawet kobiety czują się dość niepewnie we własnym światku i pod agresją kryją brak zdecydowania, wizji, pomysłu, czy inicjatywy. Patrzysz na mnie, a oczy przyjmują formę figur geometrycznych obrazujących ideał zdumienia. Ale zaczekaj jeszcze momencik, zanim zaczniesz mówić i słowotokiem przesłonisz istotności, własne słabości i te wszystkie niedokończone wątki snujące się po historii od przedwczoraj, do następnego stulecia. Poczekaj proszę. Zrobię herbaty.

Wiesz? Jeśli nie stać cię na wysłuchanie odpowiedzi, to może lepiej nie pytaj. Pomyśl chwilę, zanim usta otworzysz, aby wygłosić komunikat spięty znakiem zapytania, bo odpowiedź może cię obezwładnić, posadzić na dupie z otwartą gębą i skarcić słowami, których oficjalnie wolisz nie znać, chociaż przecież znasz – poznaję patrząc na twoją minę obecną. Może kojarzysz słowa stojące dramatycznie blisko rzeczywistości, do której starasz się nie przyznawać pośród obcych, a i samej sobie w oczy nie zaglądasz skrupulatnie, gdy próbujesz temat ominąć, zasypać mirażami, albo własnym wdziękiem. Kręcę głową z niedowierzaniem i chcę wręcz zapytać, jak daleko jesteś się w stanie posunąć, aby meritum zeszło na plan dalszy.

Uczyłem samego siebie, aby nie interesować się sprawami, o których nie lubię rozmawiać przed prywatnym lustrem, dlatego ja nie zapytam, jeśli mnie nie sprowokujesz. Chyba, że bardzo tego chcesz, wtedy mów – postaram się wysłuchać, powstrzymując emocje w kagańcu i na krótkiej smyczy trzymanej żelazną ręką. Chciałem powiedzieć „dziękuję”, że znalazłaś w sobie odwagę i zaufanie do mnie, bo temat zbyt blisko ociera się o twoją bezbronność i uczucia, ale nie powiem tego, bo to już mogłoby stać się natręctwem. Posłucham, jeżeli zechcesz mi opowiedzieć. I nie skażę ciebie na chłostę, lincz, czy inne publiczne szykany tylko dlatego, że masz odwagę na myśli niepokorne, zbyt czarne, żeby w jasnych słowach dało się je wysłowić. Bądź wulgarna i dosadna. Prawdziwa. I siecz słowami, jakby to bicz w rękach sadysty kręcił kolejne krwawe ciosy do utraty sił w mięśniach. Pluj, drap, płacz – wszystko, czego ci trzeba, żeby urodzić czarne marzenia, żeby nierealność ubrała buty codzienne i stała się powszedniością wysłowioną. Niegrzeczną i stojącą okrakiem nad każdym z możliwych kodeksów. W końcu to tylko słowa, które nie muszą ubierać się w czasowniki obarczone trybem dokonanym.

Dobrze już – posłucham, pomimo łez i przekleństw, pomimo nerwów, z których upleść można hol kontenerowca i ciągać go przez kanał panamski, czy gdzie sobie życzyłby armator. Jeśli tylko zechcesz mówić, to jestem obok i przetrzymam sztorm ekspresji i monsuny emocji. Będę milczał, jak milczałby konfesjonał z cedrowego drewna, który nie zdążył się rozgrzać życiem zaklętym w sutannę, jak pełna szklanka wody stojąca na parapecie pośrodku lata i roślin wyciągających do niej swoje drżące z pragnienia liście. Stanę się uchem poduszki, w którą wlewasz łzy, ilekroć świat staje się tak niepokojąco obojętny na twoje potrzeby, albo dotyka cię intensywniej, niż jesteś gotowa pozwolić mu na to. Mogę stać się zastępczo twoją przyjaciółką, co w dalekiej Australii boryka się z kurzem czerwieniejącym na lakierowanych meblach i czasu nie miała żeby wysłuchać właśnie dziś, kiedy się stało.

No właśnie – nie wiem co, ale się stało, bo tylu emocji nie da się upakować we własnym gabarycie bez przyczyny. Telefon milczy tak beznadziejnie, że chyba też jest męską wersją instrumentu, więc zlicza te cholerne sekundy, impulsy, cyferki, a kiedy trzeba przytulić, to tylko burknie, że mu bateria osłabła i to jego trzeba dopieścić. Telewizor powiela bzdury w kolorach nieznanych naturze i dialogi idealne na wydepilowanych starannie nogach i kieckach po osiem tysięcy sztuka. Patrzę, jak rozglądasz się za butelką, żeby rozcieńczyć te emocje, albo zakonserwować, ale wino? Ono już rozcieńczone, zbyt łzawe, mdłe, a tu trzeba szoku. Wódki wzmocnionej, albo zgoła spirytusu. Haust głęboki poparty słowem soczystym, siarczystym jak policzek mrozem malowany na Szpicbergenie zimą. Nie ma. Oczywiście nie ma i ja już wiem, że zbłądziłem, bo powinienem – kto jak kto, ale ja – powinienem.

Wiedzieć muszę instynktownie, że w barku wódka jest obowiązkiem, kiedy staje się poszukiwanym artykułem, więc błyskawicznie kurtkę wdziewam na plecy i bez słowa jednego drzwi szeptem zamykam, żeby pobiec w bezkres monopolu. Nie jedną, ale trzy – różne, bo skąd mam wiedzieć, czy trafię w apetyt, potrzeby i okoliczność. Targam bulgoczące zakupy, a w domu podejrzewam bulgoczącą kobietę, która powie, albo wybuchnie. A ja nie mam kamizelki kuloodpornej, nie mam ogniotrwałej ściany, ani nawet zatyczek do uszu. Za to mam flaszki stężone, w trzech kolorach, jakby to była kaleka tęcza spierzchnięta od wiatru. Dopiero teraz dostrzegam, że boso wybiegłem z domu, że skarpety piją mróz wprost z chodnika. Dobrze, że będzie się czym rozgrzać i że niedaleko już. 

Wszedłem na palcach, żeby nie zainicjować tykania zegara… a bomba… Powiem to, jak tylko zmielę w ustach chwasty, bo mi oddech się skończył z wrażenia – bomba spała w fotelu. Rozmazany makijaż, ledwie rozpięty płaszcz, jeszcze szalik wisi na szyi, a buty wbijają się w stojący na ławie talerz herbatników obcasami ze dwanaście centymetrów najmarniej. Herbata drży niepokojąco w szklance, bo łyżeczka już zdążyła popełnić samobójstwo i tylko gruby dywan ją uratował przed zagładą. 

Negocjacje z losem?

Mężczyzna poszukiwał dłoni kobiecej, a wzrokiem stygmatyzował przestrzeń w odległych galaktykach. Laski nie miał, bo po co, kiedy obok idzie ciepło, które poda rękę i świat opowie, albo ominąć pomoże. A, że ma rąk dwie, więc drugą skwapliwie i kurczowo schwytało małoletnie życie. Patrzyłem i zanim zachwycić się zdołałem, naszła mnie myśl dotycząca nie pana, nie rozmarzonej małoletniości malującej wystawowe szyby uśmiechem tak słodkim, że mógł te szyby kryształami cukru porysować, lecz dotyczące pani pozbawionej rąk. Oddała wszystkie, które miała, chociaż z przedramienia wisiała siateczka z chlebem, a na ramieniu torebka kokosiła się, żeby miejsce znaleźć pomiędzy szukającymi się wzajemnie ciałami. Jak sobie radzi ta kobieta – otoczona bez szczętu potrzebą jej miłości, jej oddania bezkresnego i uporczywie całodobowego? Widziałem spokój, który na twarzy ślepca wygładzał niepokoje szukania ramienia przynależnego, widziałem zachwyt w oczach szukających oczu matki, żeby samym wzrokiem posłać przesłanie – potrzebuję cię bardziej, niż potrafię słowami to określić. A pan mierzył przestrzenie dziur kosmicznych stojących mu na drodze – na każdej drodze… Oddam smak, węch i słuch, żeby tylko wzrok zachować. Czucie? Nie wiem – bałbym się wybierać pomiędzy tymi zmysłami, ale tamte wymieniam hurtem nawet na wzrok natychmiast. Żyję widzeniem, czuciem żyję, gdy pozostałe, choć bardzo przyjemne są tylko uzupełnieniem tych dwóch, które wypełniają moją codzienność wartościami rozróżniającymi je od siebie. One… stwarzają mnie każdego dnia. I nocy bezsennej każdej.

czwartek, 18 stycznia 2018

Zimny oddech.

Dwie młode elegantki, w płaszczykach, kozaczkach, w białych rękawiczkach i z cienkimi papieroskami w dłoniach odzianych, poszukiwały w czeluściach śmietników czegoś, co widocznie być tam miało, lecz tylko jedna z łupem poszła dalej – widać jedno epicentrum odpadkowe, to za mało, aby zadowolić aż dwie kobiety. Tymczasem śnieg uczy się wpadać do oczu na wiatru ramionach niesiony. Podwórkowe ptaki eksplodowały aktywnością i zmagają się z wiatrem szybując pod prąd gremialnie. Mewy pośród wirujących płatków szukają czegoś jadalnego, a może chcą się stać totalnymi albinosami i przymierzają każdy płatek z osobna, niczym broszkę, albo koniakowską koronkę, z której później uprzędą suknię z trenem do ziemi (czyżby samiczki?). A ja liczę te spadające, jednodniowe gwiazdy i oczy mam od nich zamglone. A przecież niosłem w nich dzisiaj obraz nauk ścisłych niosących idee do swoich twórczych samotni – brodatych, siwych, nieomal tak, jak ów staruszek-pies przypominający trochę baranka, którego od paru lat nikt nie ostrzygł, bo wełna nawet na grube skarpety i zakopiańskie swetry nikomu już niepotrzebna. Toczyło się biedactwo węchem wspierając słabnący wzrok i przerwę zrobić musiało pod piekarnią, skąd tak pięknie pachniało gorącą skórką – licznego pieczystego i pojedynczej piekareczki.

Głodne marzenie.

Pan z miękką twarzą, tak delikatną, że szczelnie zamknięte okna w samochodzie, to trochę za mało, żeby nie uwłaczać tej delikatności wzrokiem noszącym ślady porannej irytacji na zbyt długo niezmieniające się światła. Parę kobiet pociągnęło wzrokiem za ową parkującą delikatnością z westchnieniem kryjącym uczucia tak rozmaite, że wolałbym ich nie precyzować. Po drugiej stronie… cóż – znowu (bo mi się to zdarza z premedytacją i wyzywającą bezczelnością) zdarzenia dzieją się stadami – pani za kierownicą, z twarzą wydelikaconą ponad bieżący wiek, bo ludzie tak powinni wyglądać dopiero w następnym stuleciu, kiedy zrezygnują już zupełnie z brutalności natury i otoczą się sterylnością sterowaną do szóstego miejsca po przecinku najdrobniejszej ze skal pomiarowych. Grzywka dotykając czoła usiłowała je porysować, kiedy pani pochyliła się nad jednym z zegarów deski rozdzielczej, a ja nie mogłem nic zrobić, więc uniosłem mój wystraszony żal dalej, nad wodę, gdzie kaczki sprawdzały, jak szybko dziczeje Rzeka, gdzie podziały się zutylizowane garaże wraz z nocnym stróżem i psem, którzy przecież byli wkomponowani w ten krajobraz tak samo doskonale, jak uschnięta dwa lata temu kaleka grusza, co dziś wyłącznie kształtem ubogiej korony drapie zadumę w płowiejącej pamięci. Dorównać miękkością dzieciom, to już wyzwanie ponad siły współczesnej dorosłości – może dlatego z takim rozrzewnieniem patrzy się na małoletnie, niezdarne życie, które potrafi skaleczyć do łez choćby i wzrok zbyt ostry. Drobiazg wiózł, lub niósł radość w sobie i pytania na zewnątrz, aż śnieg się topił ze wzruszenia. Dziewczyna, nie tyle ładna co intrygująca, twarz miała oczywiście pozbawioną martwej skóry i niosła świeżość własną ostrożnie, a ja oddech wstrzymałem, żeby ruchliwą, swojską bakterią nie pokalać tych przestrzeni delikatnych bardziej niż ptasie mleczko. Milczałem, bo o czym mówić i jak, kiedy słowa ze mnie wychodzą zbyt twarde wobec tych widzeń, a bardziej miękkich już nie znam. Znowu słownik stał się zbyt ubogi, żeby opisać widziane i kolejny raz trudno wysławialne marzenie podniósł z kurzu moich chceń. Napisać choć raz treść na komplet zmysłów. Jeden jedyny raz dotknąć niemożliwego i przyszpilić do papieru treść, w której będzie smak, zapach, wrażenie i jeszcze to, co tylko podświadomością kiełkuje i wrażeniem, pamięcią nieistniejącego. Wiem – jestem pazerny, ale choć jeden raz… noszę w sobie nadzieję, że kiedyś się uda.

środa, 17 stycznia 2018

Przesłanie futrem wyśpiewane.

Ciemność kota przeszyła milczącym, ciepłym wektorem mrok pokoju. Spod zasłoniętych rolet światło nocy drapało plastikowe futryny okien, żeby wspiąć się na parapet i ogrzać wyziewami kaloryfera, albo zdjąć z kociego futra ładunek elektrostatyczny i wybuchnąć mikrowyładowaniem. Udawałem, że widzę, jak cień kota zagęścił ciemność, jednak to moje udawanie było bardziej niż nieprzekonujące. Kot nawet nie wzruszył ramionami, czy czymkolwiek, czym koty wzruszają, kiedy chcą zignorować takie nieudolne próby zawarcia przymierza. Wskoczył na okno i kocim sposobem zaznaczył przestrzeń pomiędzy materiałem rolety, a szybą. Zastygł tak, przełykając ślinę i tylko zgrzyt pazurów drących drewno parapetu wskazywał, że zewnętrzne pełne jest kocich śniadań ukrytych pod sutanną nocy. Licha ona zapewne, skoro nie potrafi obronić przed apetytem kota, który nie może wesprzeć się węchem, ani słuchem, bo on zamknięty w kloszu pokoju o ścianach przedwojennej grubości i oknach współcześnie szczelnych. Kot pewnie przypomni sobie o mojej obecności po wielu daremnych wysiłkach sforsowania podwójnej szyby, jednak chwilowo złości się jęcząc, że przeszkoda hamuje atak, a głowa oparta o szybę wlecze rzeką procesy myślowe, gdy kły już na zewnątrz zanurzają się w podskórne źródła ciepłej, dzikiej krwi.

Milczę. Udaję, że śpię, jednak nawet to przychodzi mi z wielkim trudem, bo ta bezczynność rodzi demony, które pośród tego mroku niedoskonałego przecież rosną we nie i przede mną. Nie uspokaja mnie miarowe, rytmiczne metrum kociego ogona skandujące pomiędzy gipsową ścianą, a blatem parapetu niekończącą się mantrą: chcę, chcę, chcę…

Leżę i również chcę, chociaż jeszcze nie zdefiniowałem potrzeby. Wolę nie przyglądać się ciału, bo ono gotowe wyprężyć się pożądaniem, które spełnić mógłbym tylko wsobnie, popełniając autodestrukcję nasion daremnych utopionych w bezkresie pościeli. Zaglądanie w przeszłość gotowe spłoszyć kota szlochem, lub śmiechem zupełnie nieadekwatnym do tego mroku i bezruchu, w którym tylko ogon taktuje pierwotnym głodem i gotowością do uczty zawstydza niedoszły poranek.

Przejeżdżający samochód rozedrgał powietrze wystarczająco, żeby pojawiły się cienie. Chrzęst zmiażdżonych kałuż, które zaskorupiły się pośród nocy, a teraz odradzają się ciemnością płynną, błotnistą i niepitną tak bardzo, że gawrony, które skorzystały z podobnej wody do dzisiaj są czarne i chrypką kaleczą świat ilekroć otworzą się na dialogi. Światła płynęły falą, jakby to oświetlenie kutra było, a nie samochodowe, lecz podwórze, niczym ocean wzburzony potrafi nieostrożnym kierowcom połamać zęby, albo język podzielić na części w dziele autodestrukcji, kiedy trafi na optymistę-gadułę, lub ignoranta-gawędziarza. Reflektory wymalowały na żółtej przecież ścianie szarą duszę kocią. Wielka ona, niewspółmiernie do tego skromnego ciała potrafiącego wnętrze halloween’owej dyni zasiedlić. Na ścianie cień omiatał pajęczyny, a pająki bezgłośnie drżały trwogą, bo nie mucha to przecież na spotkanie cięciw labiryntu wyszła, a wróg potężny, co jak jeż szczotki i penicylinowe zawiłości gotów potraktować ignorancją i niezauważeniem, a szkody poczyni tak duże, że nawet dziki pająk się spoci, nim odtworzy kolię czekającą na perły rosy zimowym świtem, gdy słońce żebrać będzie o randkę ze skostniałym światem.

Samochód przestał kroić mrok świetlnym mieczem i z okien niósł ostatnie echa umierających skorup malowanych styczniem na mokrych powierzchniach wygładzających wizualnie areał podwórza, aż zamilkł przekraczając zasięg słuchu. Patrzyłem na ścianę, która oddawać próbowała kolor, i wsparcie kociego grzbietu błogosławiła, bo dzięki niemu zewnętrzna noc kleiła się do ścian, jak ręce niecierpliwego kochanka kleją się, gdy tylko okazja spotkania się trafi. Miałem nie zamykać drogi nocy do tych ścian, do mnie, do wnętrza, jednak tam, na wyciągnięcie wzroku mieszka pani cierpiąca na bezsenność, znudzona jałowością programów telewizyjnych, więc w oknie tkwiąca niepowstrzymanie i jako ta wieczna lampka w kościele świeci siwą głową pośród każdej nocy.

Nie wiem dlaczego pożałowałem jej widzeń i uniesień bezdusznie tak. Przecież mogłem, bo nic mnie nie kosztowało wziąć kobietę (która przecież kiedyś była) w otwartym oknie, w krzyku drącym prześcieradła nocy i wspólną ekstazę wywrzeszczeć wystarczająco głośno, żeby usłyszała. Wiem, przypadek sprawił, że wiem, bo widziałem, jak wnuk na osiemdziesiąte zapewne urodziny przyniósł babci lunetę, żeby wzrok jej wyostrzyć i dać wrażenie ruchu, którego sama już wykonać nie bardzo może. Mogłem dać jej wspomnienia, być lekarstwem i młodością utraconą. Mogłem stać się jej zastępczym życiem, a ja… wstydziłem się nadaremnie codzienności. Kląć mi się teraz chce, lecz obiecałem sobie, że zaklnę dopiero wówczas, kiedy horyzont zarazi się atomowym grzybem, albo przyjaciel mnie zdradzi dla paru srebrników.

Noc dojrzewała powoli, ale dnia rodzić jeszcze nie była gotowa, ciało moje rozkołysane w snu zapomnieniu trwało i bezruchu, a w głowie mieliły się zdania niepoważne, wstydliwe, małostkowe marzenia, i pasły się niczym nieoswojone konie i karmiły się moją zbyt kruchą dojrzałością, taką, do której wstyd się pośród obcych przyznawać. Ot – drobna, niezbyt przyjemna szykana (tak jakby szykany mogły być przyjemne…), spoza której wygląda zaciekawione życie, czy wreszcie zareaguję bardziej żywiołowo, niż na muchę, która trzy okrążenia mojego nosa wraz z uszami wykonała, zanim leniwie machnąłem tak, żeby bydlątka nie uszkodzić.

Koci ogon – wiem, wymyśliłem to sobie, ale wymyśliłem obrazem, w który uwierzyłem, zanim się stał rzeczywistością – koci ogon zesztywniał, słysząc falującą melodię białka. On nie słyszał skrzydeł miksujących powietrze, żeby zamazać moje płoche wizje, lecz słyszał ciepło przystawki, a może nawet przynętę dla opierzonego białka, które nerwowo dreptało na zewnątrz. Jeden wróbel tylko był wystarczająco bezczelny, żeby z wysokości zewnętrznej , więc bezpiecznej, satelitarnej anteny postukać pazurkami w czaszę i zaśmiać się kotu w pysk, kpiąc z jego kagańca szybą podwójną ustawionego. Żal było skamlącego kota i już miałem wstać otworzyć na oścież okno i oddać kotu przyrodę na jego pazerność, a w zamian (niestety) wziąć klimat i przytulić do stóp niegodziwych, marznących pośród desek podłogi, do żeber własnych wątłych i nie gotowych absolutnie na przyjęcie w poczet „niedzielnych morsów”. Tkwiłem, schwytany pościelą niczym lodołamacz pośród arktycznej kry, spiętrzonej ponad moc silników ryczących ropy agonią, zniewolony, czekający wiosennych roztopów. Koci ogon mierzył czas pośpiesznie, siedmiokrotnie, a może dziewięciokrotnie, bo ponoć tyle w nich życia, że ludzką śmierć po raz dziewiąty przeżyć łzą muszą, nim umrą prawdziwie.

Gapiłem się w wahadło ogona pokrytego mrokiem, a ogon, niczym kameleon ubrał się w mrok otoczenia i stał się tylko fanaberią otumanionej głowy, a nie rzeczywistością. Pomimo tego drgał przed wzrokiem i wypełniał horyzont myśli do spodu. Chyba już się pogodził z myślą, że się nie uda zatopić kłów w ciepłych piórkach podwórkowej galanterii, ale wzrok nadal szperaczem przebiegał dostępne przestrzenie, a mózg wypełniający konchę profilowanej jednostkowo muszli wysyłał do mnie sygnały niedostępne dla pięciu zmysłów a ja…

Nie musisz wierzyć, bo twoja wiara nic nie zmieni poza tobą. Nie musisz słuchać, bo i tak to powiem. Kpij. Szydź, że jestem egocentrykiem, że mój świat mi namalowany, w ramy został ubrany, niczym w obrożę i kaganiec tak mocno trzymający mnie za pysk, że tylko słowem próbować mogę cię dotknąć pośród samotnej nocy. Śmiej się ze mnie, że mniemam i gdybam, że z kotem rozmawiam, który tylko domysłem ciepła i życiem nieistniejącym… bo w tym mroku – może go nie być wcale. Może tylko moja ignorancja zachłanna powołała go do życia i ciepło bawełny zwiedzającej moje ciało i pijącej soki spoconego ciała…

On tam jest – uwierz proszę – jest na oknie kot czarno-dachowy, doczepiony do ogona, wywijającego w mroku hieroglify pisane podczerwonym światłem na suficie i jestem ja – nagi, zmumifikowany, spętany włóknami syntetycznymi tak bardzo, że własnego aromatu nie czuję i rozmawiam z kotem. Ba! Nie rozmawiam – słucham monologu, bo sam nie wnoszę nic do tej rozmowy. Nic wartościowego. Słucham nieistniejącego, ale możliwego kota ciemności, który tę ciemność przeszył wzrokiem lasera i doświadczeniem przychodzącym z wiekiem (nie zdążyłem zapytać, czy pamięta uwielbiających go wysuszonych dzisiaj faraonów – ech, jakim jestem beznadziejnym gawędziarzem, o taką informację nawet nie zdążyłem kota zapytać…), gdy kot z pogardą rzucił parę słów nim skulił się w beznadziei i własną wielkością siebie zagrzewał do snu, kiedy dzień się rodzi wraz z Bogiem:

- noc to czas, w którym Bóg zrywa kolory z każdego istnienia, czas, kiedy nicość jest nieskończona, a horyzont kończy się na nozdrzach, pazurach i końcach wąsów. Noc, to czas, w którym wielkością jest każde istnienie, a reszta jest dopełnieniem rzeczywistości. Był czas, kiedy noc żyła pijąc oddechy niewidzialności, gdy karmiła się podglądana jedynie przez lustra gwiazd. A teraz? Miasto świeci. Miasto tętni i kipi kolorami pośród brzemiennej nocy, która już nie jest odpoczynkiem wojownika, tylko cyrkiem, komedią graną pośród tęczy kolorów, zamiast… nocą świat ma pachnieć, ma dotykać i uśmiercać, a nie wyglądać… ech… świat zszedł na… ludzi?...

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Sfermentowane Ego.

Na podwórzu stado czarnych mesjaszy chodzi po wodzie. Zamarzniętej, ale – malkontentów i tak nie zabraknie, a one bezkompromisowo wzdłuż i wszerz przemieszczają się z godnością i niespiesznie. Przypominam sobie, że ja również i to nie od dzisiaj potrafię – co prawda woda leżała cienką warstwą rozrzucona po chodnikach, ale ja również sunąłem jak lodołamacz, transatlantyk, czy coś na kształt chudego kaszalota przez ten śliczny przestwór i rozcinałem fale zostawiając za sobą kilwater. Czyli można, jeśli się tylko chce i niech mi tu pesymiści nie wmawiają, że absolutnie nie, że to już jest passe i mało oryginalne. Nie poradzę, że dopiero niedawno zaszczyciłem świat własną osobą, ale wiadomo – na dobre czekać trzeba, czasami bardzo długo. Pomimo wszystko już jestem i po tych popisach linoskoczka, pora wziąć się za poważniejsze sprawy. Na przykład za fermentację. Bo to nie dość, że widowiskowe, to jeszcze po tych degustacjach toastach wielbiących twórcę i nieodłącznym kacu pozostawia w pamięci ludzkiej zalążek dobrego słowa, takiej adopcji, że swój chłop, że z nim, to już konie kraść z posterunków kanadyjskiej konnej, gwałcić jachty pod pełnymi żaglami, albo piętnować Appalachy uzbrojonym butem. Ale to jutro, kiedy klinem, bo teraz łeb pęka i liście tupią spadając z drzew, a echo rozwłóczyć ten dźwięk potrafi w melodię tantryczną, usypiającą niczym matematyczna hipnoza pana Kaszpirowskiego. Więc ustalone. Od jutra z przydomkiem Wielki/Potężny/Niezwyciężony, lecz dzisiaj, cichutko, w pościeli wykrawam kawałek dnia i zarażam go mrokiem. Jeszcze nie skisł ale chyba się poddał. Trudno powiedzieć, że się nie spodziewałem, bo w końcu po to poświęcam swój wielkopański czas, żeby się udało i mam – prywatną noc pośrodku dnia skupioną niemalże, jak pulpety w sosie pomidorowym skupiają się w słoikach na półkach marketów. Resztki świadomości mówią – owoce do fermentacji są potrzebne, albo kartofle. Niech chociaż ryż, żyto, czy nadgniłe śliwki, albo wysłodki z buraków. Nic z tego. W obrębie tej mojej nocy tylko wątroba gnije wraz z nerkami. Ech! Zbyt wiele na raz. Trzeba odczekać. Niedługo. Do jutra może wystarczy. A dzisiaj – niech wrony trenują, niech szukają zakazanego owocu, żeby go przerobić na diabelskiego drinka – na klina.

niedziela, 14 stycznia 2018

Podsłuchane.

Wiatr zawodzi tak żałośnie, że pewnie znowu przedarł się przez szczeliny w drzwiach wejściowych i teraz mozoli się wspinając na kolejne piętra klatki schodowej, wącha kwiaty na parapetach, palce pomiędzy drzwi wciskać próbuje i sprawdza kuchenne zapachy bulgocące pod pokrywkami. Przystawia ucho do dziurek od klucza i podsłuchuje bezwstydnie zupełnie, a jeśli kto go spłoszy, to pędzi po schodach na strych i przez dach uciec próbuje szarpiąc się z zardzewiałą kłódką, która śpiewa mosiężnym dźwiękiem nie okrętowe szklanki wybijając, lecz tłukąc się jak dzwonek na koziej szyi.

No tak! Już i mnie obłapił, bo gęsią skórą porosłem, a drobne włoski stały się czułe na dotyk i drżenie powietrza. Jak kocie wąsy, tylko drobniejsze, gęstsze i rozproszone po gabarycie całym. Widać mu było mało, bo mnie za czuprynę schwytał, wzdłuż szyi wspiął się do ucha i zaczął mamrotać. Zrodził nadzieję na opowieść niezwykłą. Uroiłem sobie, że taki wiatr zapewne opowieści snuć potrafi – z bliska i daleka, byle nie pod przymusem, bo wtedy kręci mu się we łbie i oderwany od gruntu szaleje trąbą powietrzną po świecie, szkód czyniąc tyle, że aż mu wstyd później i chowa się na zbyt długo, a upiorna cisza i bezruch sprawiają, że świat się poci, albo zamarza.

Machnąłem ręką, niech sobie gada, niech mnie uwiedzie, albo czym oszołomi. Oczy zamknąłem i pośród tchnień chłodnych w słuch się zmieniłem, zupełnie jakbym się stał ciałem jednozmysłowym. Nawet chłodu nie czułem, ani tych jego rączek wścibskich, niewychowanych i bezwstydnych, kiedy w trakcie gaworzenia zwiedzał moje ciało, posapując z zadowolenia. Czekałem na barwną opowieść o tym, co na końcu świata, albo ulicy, może jakieś niedyskrecje lub nadinterpretacje pozszywane z fragmentów słów ludzi mi nieznanych, albo zdarzenia zmiksowane zbytnią pobieżnością i splecione echem w łańcuch niewiarygodny.

No i nie zawiodłem się, bo kiedy już mamrotanie wśliznęło mi się strumyczkiem do ucha, to ono takie jak wiatr – nieuczesane, prędkie, nieprzewidywalne. Jedno zdanie zaczął z dumą po hiszpańsku, żeby w pół drogi być szczebiotem francuskim, a twardą, hardą kropkę stawiał już po flamandzku. Jak z dziewczęcym, chińskim okrzykiem zaczął, to rosyjskim, rubasznym śmiechem nafaszerował puentę jakby po warcie syberyjskiej kto stanął naprzeciw bimbru szklanki niespodziewanie. A ja, jak ten tuman nierozumny mogłem tylko podziwiać ekwilibrystykę jego brzuchomówstwa, gdy był paragwajskim przedszkolakiem, który na jednym wydechu na szwedzką turystkę wyrósł, co na Cyprze obedrzeć chce z cnoty Hindusa.

Chichotałem, choć pojedynczych słów nie rozumiałem, a wiatr połykał już i gubił, bo znów się spieszył gdzieś, gdzie go jeszcze dzisiaj nie było. Przypomniał mi poranne odgłosy, kiedy sąsiadce jakieś garnki wysypały się z szafki i jej żarliwe, niepowtarzalne błogosławieństwo goniące je aż do podłogi, a na mnie rumieniec zażenowania malujące. Nauczył się mojego chichotu, więc razem pochichotaliśmy chwilę, a potem szczypnął mnie w sutek, który niebacznie wyściubił się pod jego dotykiem i poszedł sobie bez słowa. 

Nawet się nie pożegnał, tylko pobiegł dalej – zapomniał? Taki roztargniony, czy coś usłyszał za rogiem i pobiegł zaciekawiony, niczym szczeniak świat wycieraczką ogona rozsuwający, żeby widoczność poprawić? Zdmuchnął paproch ze schodów i tylem go widział. Usłyszałem jeszcze, jak gwizdnął z podziwem, więc pewnie kokietował sąsiadkę, co do kościoła szła jak co tydzień, pieniążek wrzucić do koszyczka w tajemnej intencji.

sobota, 13 stycznia 2018

Pośród zmysłów.

Noc ogłuchła od krzyków kładła się spać, naciągając na siebie kołdrę czarno-granatową, nakrapianą gwiazdami i czymś, co mogłoby być drogą mleczną, lub polucją – w końcu to tylko kwestia odległości. Gwiezdne nasienie wygląda ekscytująco z daleka, lecz tam, w tej niezmierzonej pustce gwiazdy wcale się do siebie nie uśmiechają, bo każda ma do innej równoważną nieskończoność. Siedzę sam, daleko od zamętu i patrzę przez zamknięte okno, jak mrok przelewa się w sobie i wierci, bo mu niewygodnie, albo na ciebie śpiącą, skuloną nieomal do małej, wystraszonej kuleczki. Patrzę nie zapalając najmniejszej nawet lampki, chociaż ogrom wyobraźni zużyłem, żeby zrozumieć. Lęk. Bo to chyba on bronił się we mnie przed przyjęciem do wiadomości prostej prawdy. Prostej, lecz całkiem nieoczywistej, a ty zrobiłaś wszystko, żeby wydawała się kosmicznym absurdem. Do tej chwili wciąż nawiedza mnie wątpliwość, czy to w ogóle możliwe.

Nie widzisz mnie prawie wcale. Słyszysz mnie podobnie. Masz zmysły pokancerowane tak bardzo, że są one szczątkowe. Przypominam sobie, jak wodziłaś wzrokiem za mną, jak patrzyłaś mi w oczy, jak potrafiłaś odpowiadać na zadane nieśmiało pytania szeptane wprost do ucha – tego samego, które potrafi wykryć ciepło i drżenie mojego oddechu lecz z dźwiękiem radzi sobie zdecydowanie gorzej. Długo trwało, zanim przestałem się bronić przed zrozumieniem, że jestem zaledwie barwną plamą, a do rozmowy z tobą ust nie muszę otwierać. Jedynie słuchać muszę, kiedy odpowiadasz, bo ja nie mam twoich zdolności. Opowiadałaś, o spustoszeniach, jakie w głowie zrobiła zgorzel, jak leczenie skatowało ją jeszcze bardziej, kurczowo szukając życia. Opowiedziałaś mi rozpacz i zęby zaciśnięte tak mocno, aż popękało na nich szkliwo.

A teraz śpisz zwinięta w kuleczkę, bezbronna, niewidoma i niesłysząca. A przecież, gdybym to komukolwiek powiedział – wyśmiałby mnie. Życie wygrało. Ty wygrałaś i nauczyłaś się funkcjonować korzystając z pozostałych zmysłów. Ty wyciągasz mnie z naszej bezpiecznej, oswojonej jamy do świata, który szybko się zmienia i ignoruje twoje ograniczenia, bo ma własne cele do realizacji i gotów kopnąć, żebyś tylko nie przeszkadzała. Głaszczesz mnie, uśmiechasz się czule i mówisz mi:

– chodź, pójdźmy do ludzi, pójdźmy kokietować świat naszym dwukrokiem na chodnikowych płytach, zatańczmy na moście, albo przytulmy jakiś park do siebie. Zjedzmy kolację przy świecach, a może ubrudźmy ręce pizzą jedzoną palcami gdzie pod płotem. Chodź, tam świat, tam życie, weź mnie za rękę i pójdziemy. Poprowadzę cię, nic się nie bój…

Szliśmy i ty wiecznie wesoła, uśmiechnięta, życzliwa dla każdego burka, który nam się pod nogami pałętał, głaszcząca dziecko, kiedy chwyta cię za nogę, bo pomyliło się w wesołej zabawie i myślało, że ciocia na drodze jego radości stanęła. Miasto układało się przed tobą jak łąka pachnąca, jak bezkres oceanu po którym można bez wzroku nawet, bo gdziekolwiek spojrzeć to błękit podzielony widnokręgiem na niebo i jego odbicie w lustrze wody. Twoja ręka grzała moją, a palce, ruchliwe niby mrówki zwiedzały wnętrze mojej dłoni i spijały aromat, kiedy spociłem się z emocji, albo zesztywniałem, gdy przeszkoda nagła wyrosła przed nami. Szedłem bardziej tobą prowadzony, niż prowadząc, bo ty patrzyłaś na mnie okrągłą buzią pełną zachwytu, że tylko czekałem, aż zaczniesz podskakiwać jak mała dziewczynka i kiwać główką powtarzając: chcę, chcę, chcę…

Śpisz i nie słyszysz mnie wcale, a ja w oknie patrzę na ciemność i widzę w niej niewiele więcej niż ty, a kto wie, czy nie mniej. Patrząc uśmiecham się do swoich myśli, do ciebie się uśmiecham, bo wspomnienia niosą obrazy nas zanurzonych w tylu dniach, w rozmaitościach i niepojęciu stworzenia. Zamknąłem oczy, bo w tym oknie, to wysiłek daremny trzymać je otwarte, oglądające bezwidocze. Zamknąłem oczy i patrzyłem przez to okno do świata, który się schował na pojedyncze godziny, żeby odpocząć od mojej ciekawości nachalnej. Zajrzałem też do łóżka, żeby zobaczyć, czy śpisz spokojnie, czy masz ciepłe stopy, czy na ustach wciąż kwitnie uśmiech.

Chciałem powiedzieć ci kilka miłych słów i pogłaskać po tej steranej głowie, w której mieszka chaos i zgliszcza dzieła stworzenia, gdzie demony zagryzły zmysły zanim z nimi wygrałaś i zadusiłaś wyjąc z wściekłości, rozpaczy, bezsilności. Chciałem dać ci tyle ciepła, żebyś mogła nim połatać blizny, żebyś nosiła je jak wisiorek na łańcuszku, żeby było dostatecznie blisko, aby złapać je ręką, nim krew tryśnie na nowo.

Wskazówki twojego oddechu cicho przemierzały tę ciemność, a ja zapadłem się w sobie tak głęboko, że ledwie stamtąd widać było zewnętrze. Szukałem siebie w sobie i ciebie we mnie szukałem, więc pewnie nas chciałem odnaleźć, ale nie takich ze zdjęcia, nie uśmiechniętych na pokaz do albumu, ale takich… których ty możesz rozpoznać – węchem, smakiem, czy dotykiem. Szukałem nas we mnie i myślałem, że sam nie znajdę, że chyba już czas wstać spod tego okna, wśliznąć się pod kołdrę cichutko i przytulić do twojego zaufania, stać się dopełnieniem bezpieczeństwa, a niechby nawet obudzić pożądaniem przecież wyspać, to jeszcze się zdążymy…

Na drewnianej podłodze drobne, ostrożne, wilgotne kroki. Małe stopy kurczące się pod dotykiem chłodnej podłogi, szukając mnie, szły bezbłędnie wybierając azymut. A potem, kiedy już poczułem we włosach twoją dłoń i otworzyłem oczy w sam raz, żeby zobaczyć jak na podłogę sfruwa biała koszula, a ty drugą dłoń zanurzasz już we mnie i szepczesz: 

- Coś się stało? Tak strasznie krzyczałeś… Chodź już wreszcie, za długo na ciebie czekałam. I nie martw się o nic głuptasie, bo już zawsze ciebie rozpoznam i nie pomylę się na pewno.

piątek, 12 stycznia 2018

Ostatnia partia.

Dwa kalekie manekiny pociągnięte granatowym aksamitem stały żałośnie nagie na wystawie i przyglądały się, jak podobna nagość dotyka również wnętrza sklepu. A przecież dopiero co sklep chwalił się wyborem biustonoszy ze strategicznie dedykowanymi walorami, w jakiś tajemniczy sposób powiązanymi z optyką i wizualizacją. Że niby coś miały przesuwać, powiększać, czy podnieść, żeby w przedmeczowych szachach, można było sterować walorami na skrzydłach, albo zagęścić środek pola i przejść do ataku frontalnego, czy totalnej obrony. Tym razem asortyment poddał się wraz z personelem, na kaflach kurz gra w szachy ze śmieciami, a zapomniana szczotka sędziuje w milczeniu. 

Zanurzony w zachwycie.

Dwie starsze panie zamówiły w paśniku pejzaż, a potem z widoczną satysfakcją pochłaniały kolorową łąkę ze wspólnego talerza. Jak strasznie żałuję, że nie udało się podejrzeć, czy machały nóżkami pod stolikiem. Sąsiadka samotnie zawstydzała kościelne wieże strzelistością swoich nóg, zmierzając zaułkiem wzdłuż ceglanego muru do bliżej mi nieznanej przyszłości, a jej uśmiech w odpowiedzi na życzenie dobrego dnia trochę rozjaśnił mono kolor jej stroju. Jakiś pan usiłował zakonserwować frontową elewację dworca kolejowego własnym moczem i on również ze swojego wyboru wyraźnie był zadowolony. Za to podobnych, pozytywnych emocji nie odnalazłem w sylwetce malarza – tak sądzę, bo dżinsy miał pochlapane abstrakcją kapiącą z wałka, czy ławkowca – stał na krawężniku z zamglonym wzrokiem i dłonią uzbrojoną w papierosa usiłował uspokoić świat. Świat miał go w pogardzie, a poza tym był spokojny, jak na godziny szczytu komunikacyjnego i pod żadnym pozorem nie zamierzał zwalniać. Minęła mnie młodziutka pani w za dużych okularach (kobiety chyba mają bardzo ustabilizowane poglądy w kwestii wyboru szkieł – bardzo duże, większe niż niezbędne i kształt również jak z jednej matrycy) i pachniała gorącą, dobrze posłodzoną pomarańczą. Szedłem przeciwnie niż pies gończy czepiając się rozpływających się resztek aromatu i kierowałem się w jej przeszłość nieodległą, aż mój zachwyt powstrzymany został przez ruch samochodowy. I tą panią, co niosąc dużą lecz szczupłą torebkę na ramieniu, dłoń obciążyła kilogramem cukru. Nie zapytałem jej, co trzeba nieść w takiej dużej torbie, żeby cukier mógł temu czemuś zaszkodzić i wymyśliłem, że to zapewne paleta jaj rozsypana na mniejsze porcje, ale pani emocjonalnie rozczochrana powstrzymała mój słowotok stwierdzeniem, że pojęcia nie mam o zawartościach torebek damskich i specyfice ich wypełniania. W każdym bądź razie moja świadomość wzrosła wystarczająco, żebym już nie domniemywał pochopnie na widok niesionej w rączce zziębniętej jakiegoś prozaicznego cukru. Może i szkoda, bo zapowiadało się intrygująco…