wtorek, 17 września 2019

Pochłodniało.


Niechybnie jesień zajrzała do Miasta nie bacząc na kalendarz. Pani wykradała dłońmi ciepło spod własnych piersi, dziewczęta założyły metalowe smarki, żeby wyglądać adekwatnie do pogody. Tylko czarnowłosa i równie czarno odziana niewiasta uśmiechała się uroczo, a pośladki miała stworzone z takim rozmachem, że pomiędzy nimi występowała drobna, lecz zauważalna zmiana strefy czasowej. Może nawet dysponowały lokalną grawitacją? Fanatyczny kibic rozgrzewał się całą noc i o poranku podtrzymywał temperaturę zagrzewając otoczenie do boju pieśniami nacjonalistycznymi w rytmie tętna elektronicznej perkusji dobywającej dźwięk z telefonu. Trochę bał się, co mama powie, więc na wszelki wypadek nie odebrał, jednak poinformował o tym wszechświat, który zaszczycił własną, chwilową obecnością sięgając po kolejny kwant płynnego paliwa.

poniedziałek, 16 września 2019

Letnie akcenty.


Pośród kurtek oblegających chodniki krótkie spodenki zdawały się być ekstrawagancją, podkreśloną jeszcze rudym owłosieniem wspinającym się po udach niczym bluszcz ku słońcu, choć z cokolwiek odmiennym i nieoczekiwanym rezultatem. Gość z gatunku wyposażonych na bogato w tkankę zarówno miękką, jak i tę twardszą podpięty był do programu zewnętrznego poprzez uszy i tańczył głową, rękami czynił podejrzanie wężowe ruchy i drobił nóżkami niczym przerośnięta baletnica rodem z jeziora łabędziego. Całkiem niedaleko pochrząkiwał przerośniętym silnikiem dwuosobowy samochód ledwie mieszczący miniaturę King Konga o ramionach grubszych od ud nie cierpiących na anoreksję. King Kong oczywiście odziany był wystarczająco ubogo, żeby można było podziwiać dywan na klatce piersiowej i wszystko to, czym obdarzyła go siłownia. Poza rozumem, który najwyraźniej jest przeźroczysty, albo skwapliwie chowa się w cieniu bogactwa. Pani siedząca w BMW o rejestracji z odległych stron przemawiała do pustego wnętrza gestykulując i przewracając oczami by omijać dzielące piersi zacisze ocienionego, głębokiego wąwozu – aż dziw, że miała czas patrzeć na drogę. Chyba niedokładnie, bo King Konga nie dostrzegła, co było wyczynem godnym uwiecznienia w księgach. Pomimo tłoku na przystanku nie dostrzegłem ani Galla, ani Anonima, więc postanowiłem równie anonimowo uwiecznić w imieniu nieobecnych kronikarzy owo widzenie. Czarnoskóry biegacz uciekał zawzięcie przed gęsią skórką, wdychając spaliny, żeby przypadkiem nie odbarwić się pod wpływem czystszych, więc zapewne szkodliwych wersji powietrza. Korki wlewały się w Miasto i sączyły jadowite pomruki, co staje się normą, ilekroć niebo wypluje choć odrobinę wilgoci.

niedziela, 15 września 2019

Przyniesiony z wczoraj.


Sroki okrążały mnie siedzącego na parkowej ławce, a najodważniejsze spoglądały mi w oczy bez lęku demonstracyjnie wbijając pazury w korę mizernego jesionu. Słońce rozplątywało gałęzie, żeby też rzucić mi się do oczu, więc może to był dzień, w którym świat miał mi coś do powiedzenia. Nie chciałem słuchać? Może trzeba zastanowić się odrobinę? Dzieci krzyczały własną beztroskę, ale dzieci zawsze tak robią, gdy czują się kochane. Jakieś psy zliczały nieobsikane jeszcze drzewa i robiły co mogły, żeby zmniejszyć ich liczbę do zera. Selektywna zbiórka surowców wtórnych jak zwykle wzbudziła mój podziw nad bardzo wąską specjalizacją. Zbieracze butelek ignorowali puszki i odwrotnie. Znaczy – nie, że puszki ignorowały zbieraczy, tylko… ech! Co ja będę się tłumaczył…

sobota, 14 września 2019

Cykle.


Do wnętrza można było tylko zajrzeć, kiedy zerwało się jedną z fotografii wiszących na szkle. Wisiały tam nieskończonym szeregiem. Uśmiechnięte, bądź smutne, nieświadome w jakim celu ktoś zrobił im zdjęcie. Czasami cherubinek rechotał leżąc nago na brzuszku, a czasem zdawał się wkraczać w dorosłość i wzrokiem pełnym wiary we własną siłę butnie spoglądał na patrzącego, z przesłaniem, że podbój świata jest kwestią kaprysu. Każda fotografia miała imię. Gdy się już zdecydował ktoś zerwać jedną ze szkła, na tylnej ściance obrazka figurował adres napisany oszczędnym pismem pozbawionym cienia uczuć.

Puste miejsce promieniało wtedy światłem, kusiło, by zerknąć do wnętrza. Mimo, iż prostokąt wydarty ze szkła był niemiłosiernie mały, wystarczał, żeby ślina zastygła w ustach, niczym podstarzała lawa. Za szybą świat sprzyjał. Wszystkiemu i wszystkim. Kobiety oddawały się kontemplacji ciał męskich na ogół, choć czasami sięgały wzrokiem i żeńskich. Panowie prężyli się w niegasnących żądzach chwaląc się nienasyceniem. Kopulowali beztrosko i bezkarnie. Zdawało się, że tylko sięgnąć ręką, albo pozwolić się uwieść płci dowolnej i krzyczeć spełnienie, jakim przyszło.

Nie brakowało chętnych, by zajrzeć. Tylko szyba oklejona dokładnie odbierała możliwość sięgnięcia wzrokiem do środka. Cerber pilnował i matowym wzrokiem poskramiał tych, którym się zdawało. Zerwać zdjęcie mógł każdy, jednak nie każdy gotów był na ciąg dalszy. Pytali wzrokiem, albo całą nadpobudliwością, ale cerber wzruszał ramionami i unikał wyjaśnienia zagadki, jak wejść w ów świat. Byli też weterani, którzy z poczuciem wyższości zrywali jedno ze zdjęć, wzruszali ramionami patrząc na wybór losu i wychodzili w milczeniu nie poświęcając ani chwili na obserwację świata za szkłem.

Zza szyby uśmiechnęło się do mnie nieznane mi szczęście i paluszkiem wzywało do siebie. Wzwód boleśnie odpychał mnie od prostokącika przez który zerkałem z głodem wyraźnie wypisanym na twarzy. Świat, który potrafiłby zawstydzić szkołę Kamasutry rozciągał się przede mną, oddzielając mnie zimną taflą od spełnienia. Po tej stronie nie mogłem liczyć na nic więcej, jak ukradkowa masturbacja zagrożona powszechnym potępieniem. Tam zaczynał się inny świat, w którym dozwolone były marzenia i każdy był nastolatkiem śpiewającym dziękczynne pieśni wszystkim bożkom płodności naraz.

Nie sądziłem, że mogę pragnąć tak mocno, ale stało się. Obudziłem śpiące instynkty i gotów byłem wydrapać sobie tunel w tym szkle, żeby tylko przywitać jego drugą stronę. Fantasmagorie rosły we mnie, miraże i obietnice niewypowiedziane dotąd nawet w myślach. W głowie krystalizowały obrazy i przekonywały mnie, że jestem już członkiem tamtego świata, niesłusznie oddzielonym od niego granicą pilnowaną przez cerbera. Popatrzyłem na niego z nienawiścią. Szukałem wzrokiem drzwi, przez które mógłbym wejść do środka wykorzystując najdrobniejszą z szans, byle niedopatrzenie, roztargnienie, albo lenistwo.

Cerber nie wysilał się na jakiekolwiek uczucia, tylko beznamiętnie zakleił mój otworek kolejną fotką. Dziewczynka. Może z osiem lat. Kucyki miała związane wstążkami, a na pyzatej buzi rozsiadły się grochy rudych piegów, staczając się z nosa dookoła. Papier nie potrafił zgasić w jej oczach ciekawości i błysku w jakim rodzi się szczęście. Mógłbym być jej ojcem – pomyślałem, że mógłbym, chociaż to wierutne kłamstwo. Nie mogłem, bo dotąd nie miałem możliwości, żeby podzielić się genami. Papierowe ręczniki w łazience nie nadają się na matkę i nie udźwigną rosnącego życia dłużej jak okamgnienie.

Wyciągnąłem rękę i zerwałem to zdjęcie. Była piękna w swojej niedojrzałości. Zdjęcie podpisane było imieniem Mea, a kiedy je przeczytałem poczułem, że pierwotna mrzonka dobija się o ciąg dalszy. Smakowałem to imię ignorując cerbera, który wklejał kolejne zdjęcie zasłaniając widzenia. Bolało. Na odwrotnej stronie znalazłem adres. Niedaleko, może pół godziny spacerem stąd. Ale po co pójdę. I co powiem, jak ją spotkam? Przecież przyszedłem tu w innym celu – chciałem zaspokoić ciekawość i wejść tam, gdzie nigdy nie byłem. Jądra puchły i eksplodowały bólem usztywniając krok.

Miętoliłem w dłoniach dwie fotografie obcych dzieci i patrzyłem, jak cerber wypełnia szczeliny po wzroku ciekawskich, którzy jak ja przełykali ślinę aż się skończyła i teraz patrzyli nie mając pomysłu, jak przekroczyć ostatnią przeszkodę. Cerber lekko, choć zdecydowanie pchnął mnie, żebym szedł wraz z nim, a gdy mijaliśmy kolejnego nieboraka popchnął i jego, zaganiając nas jak rasowy owczarz. Szliśmy milcząc, z rękami w kieszeniach, głowami w chmurach i myślami gorętszymi od wściekłości wulkanów. Przed nami pojawiła się śluza. Wejście do raju.

To, co pierwotnie wziąłem za kolejkę, było szpalerem ochrony pilnującym legalności każdego, kto przekraczał drzwi. Tu nie było już żadnych zdjęć, które zasłaniałyby widok, więc widzieliśmy, że co bardziej krewcy szczęściarze konsumowali szczęście tuż za drzwiami. Na oczach nas, którym nie było dane wejść do środka. A może…? Może cerber uznał, że można wpuścić i nas? Rozejrzałem się po naszym małym stadku. Trzy kobiety i pięciu facetów, w tym dwóch takich, co jeszcze nie zaczęli się golić. Nadzieja szeptała bezwstydne życzenia i łudziła się karmiąc się własnymi mrzonkami do obłędu. Ktoś bardziej niecierpliwy przysunął się bliżej kobiety jakby sugerował, że gdy tylko miniemy wrota chętnie wymieniłby się z nią pożądaniem i pragnieniami do spełnienia.

Cerber ustawił nas z boku szpaleru i gestem kazał zostać, a sam oddalił się, wracając tam, skąd przyszliśmy. Pewnie niepokoił się, czy zbyt wielu zdjęć ktoś nie zdarł, albo, czy nie usiłuje przedrzeć się przez szkło. Nikt z nas nie protestował, chociaż nie wiedzieliśmy po co przyszliśmy tu. Widok raju rekompensował nam brak wiedzy. Syciliśmy wzrok ciągle nie odzywając się do siebie, bo być może to spowoduje, że wygonią gadułę z kolejki i to bez prawa powrotu. Wśród ochrony zapanowało rozluźnienie. Szpaler zwiądł i obecnie oscylował nieopodal wejścia raczej bezładnie, lecz nie tracąc czujności. Na nas zwracali uwagę zaledwie marginalną, jednak nie ukrywali, że marnujemy czas stojąc w przedsionku.

Zerknąłem na fotografię dziewczynki, gdyż daremność obserwowania obrazów po drugiej stronie przejścia sponiewierała mnie i doprowadziła do stanów, w których gotów byłem na żebranie i każdą niegodziwość, żeby tylko doświadczyć tego, co trafiło się szczęściarzom. Rozkojarzony, opuchnięty od żądz niespełnionych z lekkim opóźnieniem posłyszałem harmider. Szpaler wyprężył się i zastygł w oczekiwaniu. Nadciągał ktoś, kto ryczał pieśń tryumfu. Biegł niosąc coś w ręku. Kiedy przebiegał koło nas podniósł to coś nad głowę i krzyknął:

- Trzy dni! Macie tylko trzy dni, a kolejne święto dopiero za rok! Nie stójcie przynieście przepustki!

A potem zniknął pośród szpaleru, który porównywał fotografię z małą, zakrwawioną główką. Drzwi zaczęły się uchylać… Mea uśmiechała się do mnie ze zdjęcia.

Niejednoznaczności.


Pan ukrywał pod kaszkietem niedobory futra. Może rytualny krąg, może liniał punktowo, bo mu się myśli zgrzały, aż wyjałowił poletko i nawet chwasty rosnąć nie chciały? Nie wiem – szedł przede mną, a i na wzroście zaoszczędził, więc pewnie zbierał na inne przywary. Kokoszą się w siatkach niedzielne obietnice i czekają na gości. Na dzieci, którym może się zechce przyjść, na tego bruneta, co wieczorową porą być może wreszcie przestanie być niedopowiedzeniem… Worek butelek grzechocze szyderczo, więc pewnie znów nici z tego. A połów obfity i krzepy wymaga by donieść gdzieś, gdzie się zamieni w brzęczącą monetę. O szeleście banknotów można jednak zapomnieć. Niech więc słońce wyzłoci drobne, by stały się zalążkiem fortuny.

piątek, 13 września 2019

Telegraficznym skrótem.


Dżinsy opięte niemal tak, jak potrafi zająć się ciałem młoda skóra wsiadły do autobusu i trzy uśmiechnięte, rozszczebiotane krągłości gaworzyły beztrosko, chociaż (jak mawiają sympatycy boksu) „chodziły w różnej wadze”. Panie nieśmiało powyciągały już z szaf zimowe rzęsy – grubsze gęstsze i dłuższe, co może oznaczać, że sroga zima nadciąga niepostrzeżenie. Młodzieżowe kciuki tak bardzo zaadaptowały się do mieszania przestrzeni na klawiaturze, że płuca nie radzą sobie równie dobrze z oddychaniem.

czwartek, 12 września 2019

Niemoc.


Psy nie szczekają bez powodu. W zamkniętej, pozbawionej obcych zapachów przestrzeni szczekanie musi oznaczać coś więcej, niż wyłącznie deklarację żywotności. A ten akurat pies zdążył ochrypnąć i skowytał, jakby z wyciem wstrzymywał się do czasu osiągnięcia dojrzałości przez księżyc. Trochę musi poczekać, bo księżyc ledwie zamknął za sobą drzwi anoreksji i pił przestrzeń usiłując wyssać z niej rzadkie kalorie, a tylko zabłąkane asteroidy dokarmiały jego niedosyt.

Dźwięk odbijał się od zamkniętych okien bardzo skrupulatnie oklejonych folią antywłamaniową, na wypadek, gdyby ktoś wzorem pajęczaków potrafił wspiąć się po gzymsach na siódmą kondygnację i usiłował sforować okno w poszukiwaniu łupów, bądź tylko poziomej płaszczyzny. Ściany dzielnie wtórowały oknom i strunobetonowe lustra powielały ów dźwięk w nieskończoność, gdyż lustra nic więcej, jak powielać w nieskończoność nie potrafią, gdy tylko znajdą sobie towarzystwo do pary.

Niemal widziałem, jak gasną ostatnie krople światła ściekające z żyrandoli, jak kurz ukradkiem osiada na kuchennych szafkach, albo tonie w niedopitym kieliszku. Przestrzeń, bezużyteczna, w obliczu gospodarza, który nie zamierza podzielić się z nią energią oddechu, żeby w wibracjach wiatru pchnąć falę w przyszłość. Na parapetach trzy mrące pasiflory wspinają się do kratki wentylacyjnej, licząc, że stamtąd nadejdzie wybawienie, jednak ziemia w doniczkach wygryziona została do szczętu z tego, co mogłoby pozwolić roślinom wstać z kolan i dumnie powędrować ku słońcu.

Judasz w drzwiach przewraca oczami i sam nie wie, czy śledzić wnętrze, czy skierować swój niesłabnący apetyt na zewnątrz. Wycieraczka sklęsła, sfilcowała się niemal do konsystencji torfu, pozwala się kopać i deptać leżąc zupełnie niedramatycznie przed zamkniętymi drzwiami. Człowiek tak nie potrafi. Nawet, gdy jest tylko pod wpływem mniej, lub bardziej nielegalnych substancji, to jednak samą obecnością potrafi podnieść chwilę z niebytu i nasączyć ją zalążkiem sensacji.

Mucha z pogardliwym lekceważeniem okrążała jakąś paterę z psującymi się właśnie jabłkami, łyżeczka przykleiła się do wnętrza szklanki, z której ulotniła się herbata porzucając wykorzystane kryształy cukru. Fotel rozsiadł się przed telewizorem, jednak maca nieporadnie dywan szukając pilota, żeby włączyć jakieś niepojęte pasmo reklam, czekając na tę jedną, która rozwiąże jego problemy egzystencjalne, albo pozwoli pogrążyć się w marzeniach.

Noc usiłowała właśnie wepchnąć się za szafę, choć wąsko było bardzo i niezbyt czysto, szklane drzwi kredensu ze strachu okryły się kroplami wyschniętego potu, gdy pomyślałem, że czas skończyć z własną niezbornością i bezruchem. Stanąłem u drzwi. Działanie, niechby i głupie zdało mi się szczytowym osiągnięciem aby ocalić coś lub kogoś. Albo przynajmniej psa wypuścić na spacer, żeby bieżnik w przedpokoju nie nasiąknął amoniakiem. Wyciągnąłem rękę w stronę klamki…

Schwytała powietrze. Pies patrzył na mnie zdumiony i podziwiał mój profil porównując go z drugim, leżącym na podłodze. Tamten miał grymas bólu na twarzy. Ja uśmiechnąłem się przepraszająco, jednak gdy chciałem go pogłaskać ręka wpadła mi w gęste, psie futro aż przeszła na wylot. Smutek mnie ogarnął, że nawet tego nie potrafiłem i z roztargnienia przeszedłem przez drzwi. Pusty komin mrocznej klatki schodowej nie orzeźwił mnie, ale straciłem orientację gdy zapadłem się po kolana w schody. Chciałem się podnieść, wydostać, wyprostować, a zamiast tego ciągnęła mnie nieśmiertelna niemalże grawitacja zapraszając do sąsiadów piętro niżej na kolację.

Pies zawył w końcu, choć księżyc nadal potrafiłby skryć się za najbardziej zabiedzoną latarnią.

Widok z okna.


Mgły wstają wraz ze słońcem i wspinają się na wały, żeby zajrzeć do sypialni. Słońce złoci elewacje, aż pąsowieją z zachwytu pelargonie. Tylko wierzba płacze i rwie sobie liście z głowy, stojąc obok bardzo smutnej brzozy. Gdzieś daleko na wantach mostu wiatr wygrywa pożegnalne psalmy tym, którym spieszno gdzie indziej. Bliżej pies usiłuje ogonem rozproszyć chmury, żeby je potem ścigać, jak niesforne baranki. Noc czmycha w zakamarki, ale słońce wydrapuje ją bez litości i nawet cienie płowieją dotknięte ciekawością światła.

środa, 11 września 2019

Współistnienia.


Wielkie białe huby wspinały się na słabnący jawor, z którego sfruwały noski gotowe do siewu ozimego. Pod sufitem autobusu pszczoła szukała siedzącego miejsca – chyba jechała do parku, ale nie znała okolicy, bo rozglądała się i kręciła dość niepewnie. Trafiła i wysiadła na właściwym przystanku, choć lipowe nasiona wplecione w wentylator mogły ją zmylić i skusić, do dłuższej przejażdżki. Wróble bawiące się w chowanego fruną nad chodnikiem, jak chmara suchych liści i nikną w gęstwinie przymierzając różane korale. Wędkarze topią nadzieje i patrzą w spławiki beznamiętnie, jakby czas nie istniał, podczas gdy na ulicznych straganach zaczynają dojrzewać pomidory i śliwki.

wtorek, 10 września 2019

Ostrożnie.


Niebieskowłosa usiadła skromnie i kompletnie ignorowała młodzieńca wspierającego własny, zamierający entuzjazm czarną puszką napoju energetycznego chłeptanego bezwstydnie i dość hałaśliwie. Łzy czarnego bzu popełniały zbiorowe samobójstwo na asfaltowym chodniku nadając mu głębi, jakiej nie miał od nowości, a niebo zazdrosne przeglądało się w nim chcąc osiągnąć podobne skupienie i barwę. Kawalkada czarnych SUVów wyglądała tak profesjonalnie, jak żałobny kondukt, a przecież biznesowo zanurzały się w przestrzeń dedykowaną chyba wyłącznie zmotoryzowanym, więc każdy pieszy stawał się intruzem zmuszonym do szybkiej ucieczki, jeśli trafił na martwy wzrok kierowców, którzy odwykli od istot poruszających się tak niespiesznie.