środa, 1 lipca 2020

Niesmak.


- Patologia – wzrok pań sterczących na parapetach, jak jakieś zmurszałe ze starości gołębie krzyczał na mnie, kiedy opuszczałem lokal mieszkalny zwany domem.

A ja przecież zamierzałem popełnić prozaiczny spacer, jaki zdarzało się popełniać nie tylko mnie, ale i milionom moich przodków. Zasadniczo – powinienem być dumny z siebie, bo moje drzewo genealogiczne sięgało początków stworzenia – w innym razie byłbym wyłącznie mrzonką i urojeniem cierpiących na jakąś wyrafinowaną chorobę psychiczną powołującą do życia niebyt. I to w tak nikczemnym opakowaniu, w jakie wyposażyli mnie protoplaści, mieszając w tyglu wieków to i owo. Wolę nie zaglądać im do alkowy, więc drzewa nie wyposażałem w szczegóły typu data poczęcia, tudzież śmierć często nagła. Ba! Wolałem w ogóle wymazać z pamięci wszystko, co dziadek Stefan mówił, a co dopiero czynił. Nie czułem się zobligowany nosić świadectwo wieków na karku i tarczę herbową na plecach. Syzyf jestem, czy co? Wygodniej mi było z rękami w kieszeniach.

Wyszedłem więc, co nie było moim skromnym zdaniem żadnym wiekopomnym osiągnięciem, ale te wszystkie pomarszczone meduzy i bazyliszki usiłowały przeprowadzić na moim sumieniu pospieszny proces krystalizacji, więc przeskakiwałem co żarliwsze klątwy i słowa niegodne wzmianki. Ręce mi drżały, jakbym własnym gardłem osuszył piwniczkę dziadka Stefana, ale Bóg świadkiem, że dziadzio poradził sobie nie czekając wnuka. Pępkowe pił aż do śmierci wątroby i uczcił w ten sposób pierwszy krzyk ojca. Nie powiem – ojciec lingwistą stał się błyskawicznie. Prócz ojczystego opanował łacinę z przedmieścia, nim nauczył się rachować jednocyfrowe słupki. Dopiero, kiedy cukierki i owoce zamieniono na walutę (dowolną) sztuka rachowania przestała być wiedzą tajemną zamkniętą szczelnie poza zasięgiem świadomości ojcowskiej.

Ścigany gorącem wypalającym mi sierść na grzbiecie dokładniej, niż laser radzi sobie z depilacją wzgórków łonowych, pomknąłem na tej fali jak sirocco, choć nieco mniej wytrwale. Wszak nie musiałem przebyć morza, a zaledwie pas ziemi niczyjej, żeby osiąść łagodnie gdzieś w staromiejskich kazamatach zamienionych na lokal z wyszynkiem. Po drodze nieśmiało planowałem zadbać o szczyptę kultury, więc spacer promenadą, może jakiś niezobowiązujący flirt z turystką zza rzeki, będącej w najgrubszym miejscu graniczną, względnie kontestowanie panoramy z drugiej strony tej samej rzeki, która tutaj po obu brzegach chełpiła się identycznym hymnem. Moim skromnym zdaniem niewiele się na drugim brzegu zmieniło od czasów, kiedy Kopernik był łaskaw uszczknąć co nieco z dobrostanu tubylców. Szczęśliwie nie poszedł śladem Cagliostra i raczył oddać ducha i nie nęka współcześnie żadną wymuszoną daniną.

Nogi miałem rozpuszczone jak dziadowski bicz, więc spowolniłem nieco, żeby przystojniej promenować i epatować wdziękiem ewentualne łanie o imionach brzmiących jak nazwy haubic, czy moździerzy. Włos szczęśliwie opuścił mnie już dawno i nadmiarem nie grzeszyłem, więc pot bezwstydnie spłynął nie mając się czego uchwycić, a wiatr wylizał resztki do sucha. Spacer. Smakowałem to słowo, jakbym degustował unikalne wino ze starofrancuskiej stajni, szykowane na specjalną okazję, albo koniec świata. Mijałem tych, którzy delektowali się winem zdecydowanie młodszym i tańszym o budżet netto wojewódzkiego miasta na rok bieżący. Jakieś psy i dzieci pospołu ganiające piłkę czy patyk, mamusie zapatrzone w nie i w nich, więc przemknąłem niepostrzeżenie, jak dłoń kieszonkowca w tłocznym tramwaju. Uniosłem widzenia banalne, choć piękne w swojej prostocie. Smoczki nurzające się w kurzu parkowej alei, pampersy pełne dojrzałej treści, trawniki nasycone wcale nie mniej, pnie drzew nasiąknięte pospiesznie trawionym winkiem. Poczułem niemal fizyczne pragnienie, by dołączyć do tej fekalnej rozpusty, wspominając starowinkę podciągającą skraj kiecki razem z falbanami tłuszczu, żeby zdeponować pod krzakiem nawóz na najbliższą kadencję samorządu. Może nawet we współpracy z nim, albo sponsorowana przez siły ekologicznie zielone, więc nie zżymałem się, tylko pogratulowałem obowiązkowości i poszedłem tam, skąd wiał wiatr – nie byłem skrytosamobójcą.

Nauka nie poszła w las. Dzisiaj powieliłem sprawdzone wcześniej postępowanie, czym przyśpieszyłem niechybny koniec. Znaczy dotarłem do celu nie odnotowując strat własnych, choć zysków niestety również. Żadna z obcoimiennych pań nie raczyła zerknąć na mnie wzrokiem wystarczająco pobłażliwym, żebym ośmielił się dać głos. Samopas wystrzelony w miejską przestrzeń pokonałem dzielącą mnie od celu parabolę i wylądowałem zacnie pośrodku lokalu uzewnętrznionego na chwałę gości spragnionych, a także łaknących odrobiny lokalnej atmosfery. Obsługa podejrzliwa do obrzydliwości błyskawicznie odzyskiwała próżne naczynia, żeby zniweczyć wysiłki poszukiwaczy suvenirów, lecz na szklaneczkę ociekającą perlistym chłodem czekać trzeba było zdecydowanie dłużej. Sam już nie wiem, czy warto było pod obstrzałem pokonywać przestrzenie, żeby zamoczyć usta w szybko gasnącej pianie.

Za późno na żale, więc koiłem dylematy płynami żółtymi, jak nie powiem co, bo mi wciąż po wierzchach muld we łbie prześlizgiwały się parkowe obrazy pełne produktów przemiany materii. Wolałem nie wywoływać z lasu nie tylko wilka, ale nawet szczeniaka – w końcu też pies. Tylko dziki. Więc pewnie on też...

Lato w pełni.


Słońce rzuciło się na Miasto i usiłuje zgnieść każde życie. Nawet to niecywilizowane. Lepki, duszny opar kipi ponad asfaltem i przepycha zapach kwitnących lip do drugiej ligi. Autobusy poczerwieniały z wysiłku, a samochody pełne wpół śniętych pasażerów delektują się drinkiem z chłodzonego klimatyzacją powietrza. Ludzie nadkładają drogi, żeby tylko iść cienistą stroną ulicy, albo przechodzą przez wielkopowierzchniowe, dobrze schłodzone sklepy. Dzieci nurzają się w wakacyjny upał, z kurzu tworząc wydmy jeśli nie morskie, to pustynne. Kwiaty linieją w oczach, a wróble patrolują okolice wypatrując lustra wody. Niechby brudnej, mizernej, zebranej w zapomnianym grillu, byle wody. Pojedyncze chmury na niebie są tylko iluzją, choć pełzną gdzieś bieląc się nadaremnie. W taki dzień nawet wrony usiłują płowieć, albo opalić się na jasny blond.

wtorek, 30 czerwca 2020

Zachłanność.


Zamierzam zapełnić tobą jakąś małą, prywatną wieczność. Niewielką. Ledwie taką, żeby prócz nas zmieściło się kilka osób potrafiących dodać światu koloru, albo znaczenia. Kolejny raz budzę się z podobnym postanowieniem, jakby to był niekończący się, powtarzalny sen, ale teraz, dziś, wiem, że to nie są marzenia. Horyzont myśli zaczyna być stabilny, przestaje drżeć i rozrywać się. Nie muszę widzieć daleko, ani ostro. Czasem podejrzewam, że w ogóle nie muszę widzieć. Po omacku przecież też potrafię cię znaleźć. W środku nocy, gdy sprawdzasz, jak bardzo potrzebuję twojej bliskości, ja narzekam jęcząc wskroś snu, że krzywda mi się dzieje, gdy twoje pośladki przestają ogrzewać mój brzuch, uda, moją natarczywość czujnie śpiącą, lecz gotową podnieść się i sięgnąć do źródła, by pić, jakby jeszcze nigdy w życiu nie udało się ugasić pragnienia.

Wiem – bezmyślne drgnięcia kwarcu zliczają chwile brakujące do tej, w której zacznie się przyszłość. Banalna, prosta, oby jak najprostsza. Niech powtarzają się słowa i ceremonie. Niech dłonie wciąż znajdują te pasujące do nich kontury. Lubię przymierzać twoje biodra do moich rąk, ust, ud, policzków, oddechu… I zachwycać się jak doskonale pasują – lepiej niż najwygodniejszy fotel. Cóż może być ponad wszystko? Mieszkając w niebie nie trzeba udawać, wystarczy po prostu być. Bez póz i krzywych uśmiechów. Pamiętasz? Nasza córeczka też o tym marzy. Być prawdziwą i i czuć miłość, która nic nie musi, a wszystko chce. Ja też chcę. Nie muszę. Uczę się od dziecka, bo mądrzejsze ode mnie.

Rozmarzyłem się snując ciągi dalsze, choć wciąż czekam na te bliższe. Mgły osiadają na oczach i skraplają się rosą na rzęsach. Tak samo zachowują się łąki, gdy świt przegoni już demony nocy. Twoje łąki. Te, po których biegasz bosa, a wiatr rozwiewa ci piegi. Gdybym umiał malować, byłabyś właśnie taką. Nie umiem malować, za to widziałem już podobny obraz. Szczęście siedziało przede mną, na meblach, machając nogami. Twoja krew, nie znająca jeszcze zbyt wielu upokorzeń, bo cieszyć się potrafi tak, że całe niebo zdążyłbym pomalować w harcujące baranki i wciąż nie znudziłoby się słuchać tego śmiechu.

Wracam. Z końca wszechświata. Mam po co i mam do kogo. Nie chcę dłużej zwlekać, ani włóczyć się. Chcę odpocząć. Posłuchać opowieści o codzienności, w której największym zdarzeniem jest wybór menu na obiad, który dopiero kluje się w głowach i może zmieniać się jeszcze pięć razy, jeśli przestanie pasować do humoru, bądź apetytu. Chcę, żebyś była. Bliżej, niż na wyciągnięcie dłoni. Tak blisko, żeby ciepło mojego oddechu umiało cię odnaleźć i skoczyć w twoje objęcia bez lęku. Tak blisko, żebyś przestała dostrzegać inne możliwości.

Wiem. Jestem szalony. Zaborczy. Egoistyczny bez granic w tych swoich „chcę”, „moja”, „dla mnie”, ale przecież od tak dawna nie chciałem niczego. Niczego i nikogo. Żyłem pozbawiony potrzeb i możliwości, a każde „ale” kaleczyło się obite szyderstwem, czy ignorancją. Teraz, ten jeden raz, kiedy wreszcie się odważyłem, kiedy nareszcie można, gdy jest komu powiedzieć, nie potrafię chcieć mniej. Nie umiem samego siebie skarcić za zachłanność i nawet się tego nie wstydzę. Chcę. Wszystko. Ciebie całą. Kocham. Pragnę. Potrzebuję. Szukam ciebie w przyszłości tak już bliskiej, że odbiera mi sen. Chcę.

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Wyznanie.


Pierwsze były sroki ze swoim sardonicznym śmiechem ukrywające się w świeżo opierzonych drzewach. Potem, na ledwie skoszonym trawniku wykazującym tendencje do schnięcia pojawiły się szpaki – nieprzemakalne najwidoczniej. Młoda sroka wyglądała przy nich, jak zmokła kura i nawet żartować złośliwie nie chciała, tylko polowała na dżdżownice, które wynurzyły się z ziemi, żeby nie utonąć. Pod żywopłotami zakwitły pieczarki-mutanty. Wielkie jak talerze i brązowe od wilgoci. Śliskie niczym winniczki zmierzające w przyszłość mozolną. Pośladki w czerni zdominowały drogę do tam. Ciekawe, czy powrót będzie w bardziej wyszukanych barwach. Kostki granitowe, spomiędzy których deszcz wydłubał paprochy i piasek zdawały się być taterniczym szlakiem, pełnym wybojów i okazji do zwichnięcia kostki. Wspiąłem się. Do tam. A nie wspinam się, gdy mam obawy, że powrót mnie przerośnie. Wrócę. Wierzę, że wrócę. Chcę wrócić.

niedziela, 28 czerwca 2020

Symbioza.


Kradnę. Tylko nocą, chociaż w dzień również zdarzają się niebanalne okazje. Tych, którzy śpią w dzień oszczędzam. Oni… są i tak poturbowani przez los wystarczająco, żebym jeszcze ja…

Za to nocami skrupułów nie mam. Może dlatego, że nocą mniej widać, a demony hulają z wiatrem pośród mrocznych akwariów z szybami zamglonym do tego stopnia, że wewnątrz ledwie widać kontury śpiących. Może to zazdrość? Sam nie śpię już trzeci rok. Tak sądzę. Trzeci z rzędu, od kiedy sobie uświadomiłem, że nie umiem już spać. Nie potrzebuję tego. Jedyne, czego mi brak, to sny. Obrazy podświadomości wygładzającej kanty życia i zmieniające rzeczywistość w dzieło potrafiące zakwitnąć na skórze gęstym potem, rosą strachu, którą każdy może sobie zaaplikować. Albo uśmiechem tak bezwstydnym, na jaki nie stać ludzi na jawie.

Miliony okien. Akwaria pełne śniętych ludzi z wygaszonym czuwaniem. Odpoczywających, żeby jutro podjąć się wyzwań, na jakie dziś zabrakło sił, czasu, albo determinacji. Jutro… Kiedy się nie śpi pojęcie jutra wydaje się bardzo abstrakcyjne. Patrzę z pożądaniem. Głodny, jakbym nigdy wcześniej nie jadł, ale to nieprawda. Jadam regularnie. Każdej nocy łowię. Aż dziw, że jeszcze nikt nie upomniał się o swoje sny. Że nie szukają mnie detektywi, że prasa nie podnosi lamentu. Miasto jest wielkie i nie brakuje akwariów. Zmieniam okolice, piętra, czas…

Usiłuję być… uczciwy… Nie karmić się w jednym paśniku, nie okradać kogoś do cna. Jedna noc, jeden sen, najlepiej, żeby nigdy więcej nie stało się to samo. Wolałbym pozostać nierozpoznawalnym koszmarem, który trafił się raz i znikł wraz z krzykiem okradanego, który budził się z blizną na sennej marze i nieciągłości, jaką spowodował mój atak. Na początku stałem gdzieś obok, przycupnięty na parapecie obok śpiących gołębi i patrzyłem, jak się miotają. Kopią pościel, łapczywie piją zimną herbatę, albo wtulają się w leżące obok ciało, żebrząc o pieszczotę w środku nocy.

Smutny widok snujących się lunatyków, którym skradłem obraz. Jeden i niepowtarzalny. Chyba niepowtarzalny, bo przecież nie ponawiałem gwałtu. Dla mnie nowy. Wytytłany w nieprawdopodobne detale bardziej, niż ruski generał w medale. Byłem nałogowcem? Tak. Nie ma powodu ukrywać. Byłem i jestem. A to oznacza, że będę się staczał. Może nawet na samo dno. Na pewno. Niżej, niż dotąd przyznawałem się sobie. Nałogowcy są mistrzami w udawaniu, wymyślaniu argumentów, wyszukiwaniu alibi, albo okazji do kolejnego grzechu.

Przekroczyłem granicę. Stąd nie umiem wrócić – nieprawda – nie chcę wrócić. Przywykłem do własnego nałogu i stał się cząstką mnie. Kradnę sny. Obcym mi ludziom, których nie umiałbym rozpoznać w dzień. Wślizguję się w ciepłą pościel pachnącą nieznanymi ludźmi, przytulam się do nich, a potem, przez nosy, uszy, otwarte usta, a nawet przez pochwę… wdzieram się do ich wnętrz i zwiedzam światy surrealne, nierzeczywiste. Kolorowe, albo pełne mroku gęstszego od nocy, gdy pojawiłem się w ich nie-życiu. Zdarzało się, że miałem problem ze znalezieniem drogi powrotnej w gąszczu lęków i diabolicznych paranoi. Zdarzało się, że toczył mnie orgazm… cudzy orgazm budzący się z nieświadomości. Zdarzało się…

Ale kiedyś przekroczyłem granice. Noc sprzyjała nocnym Markom. Była ciepła, niespiesznie tłoczyła się na skwerach i rogatkach, pęczniała w nieskończonościach chmur rozrywanych niecierpliwie przez księżyc, żeby mógł położyć w nurcie rzeki gwiazdy. Nie wiem sam dlaczego, ale wróciłem. Pierwszy raz usiadłem na parapecie, z którego przecież zdarzyło mi się już uciekać po udanym zamachu. Usiadłem i gapiłem się na kontur, obdarty już raz przeze mnie z nocnych mar. Sięgnąłem poń ponownie. Kiedy wsuwałem się pod kołdrę czułem się podle, ale nie ustawałem. Ciało pachniało. Podniecało. Wciąż udawałem, że tylko przytulić się do młodego ciepła chciałem. Ale to tylko wykręt. Chciałem wniknąć w sen. I stało się.

Sen był ciepły. Rozmarzony, pełen błogości. Smaczny. Zazwyczaj szukałem rozmaitości, żeby nie nasycić się zbytnio jednym smakiem tylko, ale tu… Zachłysnąłem się. Zapomniałem zupełnie. Podarłem zasady i osiadłem w tym śnie, zabierając go ze sobą. Później grzałem się wspomnieniem, smakowałem, niczym kiper rozcierałem na języku każdą z wonnych chwil. Cały dzień przetrwałem oszołomiony i czekałem nocy, żeby… Narkoman nie ma zasad. Ma chwilowe kaprysy. Poszedłem kolejny raz. Trzecia noc w tym samym ciele. A potem czwarta i piętnasta. Trzydziesta ósma! Zanurzyłem się bez reszty, wracałem, drążyłem, zbierałem do czysta, do ostatniego ziarnka.

Dnie spędzałem coraz bliżej, patrząc jak gaśnie radość w oczach ciała. Jak gasną nadzieje i marzenia. Jak chudnie w oczach od mojej zawziętości. Ale nie umiałem oderwać się od tych snów. One były moje! Moje, moje, moje! Dla mnie śnione! Ciało słaniało się już od zapalczywości, od głodu, z jakim rzucałem się na nie, gdy tylko oczy przesłoniło powiekami. Mamrotałem, śpiewałem kołysanki, podrzucałem alkohol i proszki. Wszystko, byle tylko ciało poszło spać. Moje ciało – zacząłem tak na nie mówić sam nie wiem kiedy. Moje ciało i moje sny. Wślizgiwałem się bez zachowania ostrożności, z coraz większą wprawą i pasłem się nim w nim uwięziony.

Musiało się stać. Wiedziałem, że musiało, bo świat karze tych, którzy zapominają o ostrożności. Ja – nie miałem jej już wcale. Mój głód był tak duży, że nie dawałem rady utrzymać postronków powściągliwości. Ledwie słońce kryło się w cieniu lasu akwariów wpadałem do ciała i siedząc w kąciku czekałem na sny. Wszystkie. Ciało obolałe od mojej nieustannej obecności poddało się i przestało bronić. Zamykało oczy wyczuwając moją determinację. Wchodziłem jak po swoje i tak właśnie uważałem – moje sny, moje ciało, moje potrzeby, chcenia, nałogi…

Ciało otworzyło się na mnie bez reszty. Ze złamaną wolą wpuściło mnie w siebie, aż staliśmy się jednością. Nie miałem pojęcia, że ciało… miało już świadomość mnie w sobie. Że miało plan. Swój, nie mój… Ukryło go tak skrzętnie, że nie zauważyłem podstępu. Pułapki, w jaką wpaść może nieświadomie każdy. Ale mnie nie interesował każdy. Mnie interesowało to ciało, jego sny, które stały się moimi snami, a nocami zawłaszczałem to ciało bez reszty. Zapatrzony w sny nie dostrzegłem, że noc się skończyła, a ciało otworzyło oczy. Uwięziło mnie w sobie! Mogłem wyjrzeć jego oczami na jego świat. Tkwiłem w tym ciele, szarpałem, chciałem uciec. Próżny trud. To nie ja zawładnąłem ciałem, ale ono mną. Prowadziło mnie ścieżkami, które miało kaprys pokazać mi. Oswajało mnie z więzieniem.

Wieczorem, gdy spać się kładło miałem nadzieję, że umknę. Ale ciało owinęło mnie snami, spętało i nie dało zerwać więzów przed świtem. Gdy otwierało oczy, więzienie miało mury nieprzebyte i kolejny dzień jasyru miałem przed oczami. Ciało szyderczo przyglądało się moim rozterkom. Przegrałem. To ja poddałem się ciału, które silniejszym było od mojej robaczywej woli. Zamknąłem oczy. Zamykałem coraz częściej. W tym ciele… musieliśmy zmieścić się we dwoje. Oboje go potrzebowaliśmy. Nawet teraz nie umiałem z niego zrezygnować...

czwartek, 25 czerwca 2020

Kulinarne nietakty.


Kapłan właśnie uwalniał Boga, który chyba mieszkał gdzieś pośród chmur, bo to na nich właśnie kapłan skupił własne ramiona, wyciągając je wysoko nad głowę  i starając się rozedrzeć niebo na fragmenty, spomiędzy których Bóg miał zajrzeć na mnie właśnie. Nie byłem odważny. Wcale. Pęcherz jako pierwszy poddał się uciskowi boskiego spojrzenia, które jeszcze nie wychynęło spoza chmur. Bałem się tak bardzo, że osiwiałem zanim kapłan wymamrotał całą dziękczynną formułkę. Dzisiaj Bóg nie był w humorze, bo kazał się prosić dłużej. Nie zajrzał w dół. Ani na kapłana, ani na mnie. Wcale mi to nie poprawiło nastroju.

Kapłan zaniósł się szlochem i powtórzył inwokację. Dłońmi szukał szwu w chmurach, ale te ignorowały go zupełnie. Ze mnie wyciekał mocz, jeśli o tej konwulsji można było powiedzieć, że wyciekał. On ze mnie uciekał w panice i gorączce. Jakby wiedział, że za chwilę będzie za późno. Tłum zawył, gdy tylko zawyłem ja. A ciężko było powstrzymać płuca przed zawodzeniem. Tłum powtarzał, ale w jego śpiewie więcej było radości. Więcej łaknienia. Mnie drążyły lęki. Kapłana – brak obecności Boga. Chyba złorzeczył – mi oczywiście, bo byłem bliżej. Modliłem się, żeby złorzeczył chmurom, że takie nieprzekupne. Puchate potwory. Czy to możliwe, żebym był godzien uwagi Boga? Kapłan był o tym przekonany jeszcze wczoraj, ale dziś patrzy na mnie z nienawiścią. Tłum wyje i coraz mniej w tym wyciu radości.

Zwieracz okazał się zbyt mizernym zamkiem dla mojego strachu. Brzuch uwolnił się od nadmiaru, cieknąc po udach strumieniami rzadkiej, cuchnącej mazi. I pomyśleć, że chwilę wcześniej było to wszystko we mnie i niemal definiowało mnie, jako jednostkę. Byłem masą płynnego gówna, a teraz jestem sam nie wiem czym, skoro meritum wypłynęło. Opakowaniem? Próżnym workiem na nieczystości? Kapłan zaczął kląć we wszystkich językach świata. Znał ich zdecydowanie więcej niż ja, ale czułem, że nie ominął żadnego z żywych, a może i martwych języków. Miał wprawę. Chyba wieloletnią, bo włosy miał popielate, a wzrok wyblakły, przepalony wypatrywaniem słońca i boskości. Pewnie klął już tysiące mi podobnych i wiedział, jak zareklamować własny talent przed boską interwencją.

Chmury nie wytrzymały pierwsze. Podarły się na strzępy i rozpierzchły się ku widnokręgowi, każdy fragment własną ścieżką wiedziony. Tłum poczuł przypływ adrenaliny i wycie wzmogło się. Teraz ociekało głodem niepowstrzymanym. Kapłan skarcił tłum jednym spojrzeniem, w którym gotowe były zardzewieć sztylety nasączone tajemnym jadem. Chwilę później wyłem już tylko ja. Krnąbrny byłem ponoć od urodzenia. Aspołeczny i egoistyczny. Sąsiedzi i znajomi – wszyscy, którym dane było mnie poznać kiwali głowami z politowaniem i zrozumieniem, dla martyrologii rodziny. Byłem zakałą. Nie rokowałem, ale matczyna miłość nie mogła uwierzyć w to, że nie zda się na nic jej poświęcenie i bezgraniczna wiara. Kochała mnie pomimo i na przekór. Zawsze. Kiedy wygryzałem jej sutki do krwi i kiedy chłostałem słowem niesprawiedliwym.

A teraz kapłan patrzy z pogardą i złością, że zakłócam misterium. Błękit rozpanoszył się już na firmamencie, chmury uciekły… Zazdrościłem im. Gdybym umiał uciec, jak one… nie byłoby mnie tu na pewno. Kapłan doszedł chyba do wniosku, że gołymi dłońmi nie rozedrze dziś nieba i chwycił w obie ręce zakrzywioną szablę o szerokiej głowni. Coś na kształt tureckich bułatów. Skąd w rękach kapłana tak egzotyczne ostrze? Wolałem nie ryzykować bardziej oryginalnych domysłów i poddałem się najłagodniejszej wersji zdarzeń – ofiara, danina dobrowolna złożona w podzięce za wsparcie u wrót nieba.

Wzniesiona broń wyglądała groźnie, świeciła naostrzonym ostrzem tak, że słońce zaczęło przeglądać się w nim śmiejąc się w głos, gdy ostrze zniekształcało owal konturu, by zmieścić na powierzchni cieńszej od włosa cały kształt. Kapłan ciął niebo z rozmachem. Tłum zawył donośniej i bardziej zuchwale. Czyżby miało się udać? Chwila, gdy Bóg zstąpi z nieba i zejdzie po stopniach usłużnie podsuniętych grzbietów wiernych? Chciałem wierzyć, że zejdzie i to w dobrym nastroju. Okaże łagodność, wyrozumiałość, a nawet współczucie. Kapłan wciąż był wściekły i nie powstrzymał impetu, z jakim ciął niebo. Opadające ostrze stuknęło o granitowy ołtarz, ledwie mnie zauważając. Zupełnie, jakbym był zbudowany z powietrza, albo nie stał na jego drodze. Podzielił mnie na części tak dyskretnie, że niemal nie zauważyłem. Dopiero jelita wijące się po ołtarzu, jak poruszone wężowisko uświadomiły mnie, że stało się coś nieodwracalnego. Moja pycha została skarcona, zmniejszona o połowę, a teraz wyciekało ze mnie życie. Smrodliwe, obrzydliwe życie rozpełzało się po ołtarzu usiłując ukryć się w cieniu, żeby słońce nie wychłeptało wszystkiego naraz. Kapłan obnażył zęby. Tłum napęczniał podnieceniem i pchał się do przodu węsząc i przełykając ślinę.

- Dość! - krzyknął kapłan zdecydowanym tonem i uniósł bułat ponownie. Byłem mu wdzięczny za zrozumienie – To boski posiłek, nie wam pisany!

Tłum pijany żądzą nie słuchał, dalsze szeregi popchały ten pierwszy. Wreszcie ktoś schwytał w ręce jakiś fragment moich kiszek i ugryzł je zanosząc się spazmem rozkoszy. Po brodzie ciekły mu soki, twarz oszalała z rozkoszy. Czułem jego radość – drugi koniec kiszek wciąż tkwił we mnie. Oczy mi gasły, gdy z nieba zaczął spoglądać Bóg. Słuch już zawodził, więc nie mogłem słyszeć tłuszczy, która rzuciła się na mnie. Bułat świsnął ostatni raz – tym razem nie na mnie, lecz na zachłanników. A potem usłyszałem ostatni krzyk. Kapłana pożeranego żywcem. I tych paru nieszczęśników, których dosięgło ostrze zawyło, powielając cień krzyku kapłana. Bóg patrzył. Ja też, chociaż mój wzrok stygł błyskawicznie. Zanim zgasłem widziałem jeszcze, że się skrzywił. Nieznacznie, ale jednak. Najwyraźniej nie nadawałem się na boską przekąskę, nawet doprawiony sosem z kapłana.

- Barbarzyńcy – mruknął Bóg zaciągając niebo na powrót – Tak zepsuć mięso. Jakby nie można było zapeklować, przyprawić ziołami… upiec… Nic się nie nauczyli. Ech! A wiązałem z nimi takie nadzieje...

Zaduma nie do końca jesienna.


Czarna maseczka spijała wczorajszą wilgoć z chodnika. Jeszcze niedawno podejrzewałbym, że to jedwabna bielizna, która nieznośnie przeszkadzała bezwstydnej ekstazie spełnić się w mroku nocy, gdy tylko krzyk puszczyka mógł stanowić konkurencję dla apogeum rozkoszy, która nie zna żadnych zakazów. Teraz nie. Kolejny raz uświadamiam sobie, że narodziłem się w nowym świecie, chociaż stary nie do końca się zużył. Działał. Analogowo, ale działał. Smakował. Kwiaty róż potłuczone deszczem wciąż nie chcą pachnieć, te na lipach skuliły się i ukryły pod grzywką liści. Uśmiecham się, bo znów będę je oglądał. Kwiaty, a pod nimi liście, układające się jak w zabawie dziecięcej w piekło-niebo. Srebrzysto białe brzuchy liścia i soczysta, połyskliwa zieleń wierzchem. Kamuflaż w sam raz dla sardeli, żeby je człowiek i rekin przestali niepokoić. Kos podglądający drozda zdał mi się perwersją, więc nawet nie usiłowałem zrozumieć, o czym rozmawiają, kryjąc się przed dźwiękiem szpilek spieszących do samochodu szeroko rozchylając uda, żeby połknąć całkiem poranną, więc pewnie nie do końca wybudzoną z sennych majaków istotę. Chmury dryfowały po niebie spiętrzane wiatrem, który nie dał się zamknąć w cieple sypialni, tylko pognał gdzieś daleko bawić się z bytem równie wyrafinowanym. Chcę wrócić. Do świata, w którym kontakt z człowiekiem ma wymiar fizyczny. Czy to znak, że jestem stary? Zbyt stary na nowe rozdanie? Maska śmieje się szyderczo ze mnie, jakby wiedziała, że przegrać muszę. Ale ja wciąż się łudzę. Że można. Że uda się być – tak całkiem lokalnie, a nie na wielką skalę i w lustrach kamer uwięzionym, tylko we wzroku nielicznych, którym się chciało podejść bliżej. I zostać. Być. Najzwyczajniej w tym niezwykłym świecie.

Aż prosi się, żeby napisać opowiadanie, jak pragnienie obleka się w wirtualne ciało i uwodzi inne ciała na obcych kontynentach. A na końcu okaże się, że uwodziło samo siebie. Bo oni/one również byli wirtualni. Wzruszam ramionami – samogwałt jest przecież najbardziej dostępną formą seksu i żadne słowa tego nie zmienią.

środa, 24 czerwca 2020

Celnik.


Z węży plotę koronę cierniową. Nienasyconą, podstępną, bezwzględną i śmiertelną. Zewsząd sterczą kolce zębów jadowych utkanych gęściej niż na zbroi akacji wystraszonej głodem zwierząt. Oszałamiam węże spojrzeniem. One też potrafią patrzeć z tak daleka, że ich oczy zdają się zawierać próżnię gdzieś tam, dokąd wzrokiem trudno sięgnąć, jednak moje spojrzenie zawiera odmęty nie do wytrzymania nawet dla nich. Mieszczę w nich nieskończoność wszechświata, źrenice czarnych dziur hipnotyzują doskonałym brakiem barw o tak wielkiej intensywności, że węże nie śmią drgnąć, nawet wtedy, kiedy plotę supły i sprzymierzam je ze śmiertelnym wrogiem. Wić się odtąd będą wspólnie, w jednym kłębie, który zabija z czystej nienawiści. Nie dla łupu, nie dla obrony. Zabija, bo może. Bo potrafi i każde życie uzna za wroga, jeśli tylko zbliży się na tyle, żeby sięgnąć je choć jednym kłem.

Oset z zazdrości zwiądł i zesztywniał. Nie było go stać na więcej. Martwe igły stwardniały w słońcu, gdzie im jednak do korony. Mogą wzbudzić najwyżej pełne pasji przekleństwo i drobną uciążliwość, kiedy trzeba wyciągać ciernie igłą, czy zębami. Korona dyszy i ocieka jadem. Od samego patrzenia można dostać gęsiej skórki, a co wrażliwsi, to i drgawek. Konwulsji przedśmiertnej, nim zostaną namaszczeni błogosławieństwem niebytu. Rytuał przejścia wymaga odrobiny bólu i drugiej – strachu. Bez tego każdy chciałby spróbować. Czas poleruje szkielety odważnych, pozbawiając męstwa tych, którzy dopiero chcą. Albo zdaje się im, że chcą. Bo ci, którym nie straszne przesłanie i tak przyjdą do mnie. Przymierzyć koronę. Poszukać nieśmiertelności w śmierci. W lustrze gasnącej świadomości przejrzeć się i przejść tam, dokąd nie ma dostępu życie. Jedyne wrota. Wąskie oko klepsydry z cieknącą piaskiem ścieżką.

Węże… Chyba wreszcie polubiły dotyk. A może łatwiej im trawić, kiedy ściskam obłe ciała i przesuwam dłońmi szukając splotu. Chude są moje węże. Gdybym widział kolory, może okiem konesera mógłbym delektować się barwą ciał, szukałbym niedoskonałości, albo ciągłości przejścia między ich elastycznymi skórami pełnymi błyszczących łusek. Dziś… wszystkie są czarne. Szaro-czarne. Nie potrzebują kolorów, by wabić, albo ostrzegać. Korona jest wabikiem i śmiercią tak jawną, że nie musi manifestować nic. Nie przyjdzie po nią żaden romantyk chcący skosztować tajemnicy. Żaden ciekawski nie przytuli się, by zrobić niepowtarzalne ujęcie. Przyjdą ci, którym świat barw zda się mdłym i niestrawnym daniem. Przyjdą szukać ukojenia w mroku. Tam, skąd nie wraca się już nigdy, albo wraca odmienionym.

Kopię od niechcenia jakieś kości, czaszki mdleją i zakwitają kurzem ostatniego grzyba, by wiatr ukołysał kurz w miniaturową wydmę i połączył ją z innymi. Węże krztuszą się i zachłystują. Zupełnie, jakby czuły aromat gnilnych procesów, gdy tkanki miękkie rozchylają się smrodliwym kwiatem, by odsłonić nasienie kręgosłupa. W łukach kości biodrowych kołyszą się resztki jadalne dla ścierwojadów, których skóra jest toksyczna od urodzenia. Tu nie mają dostępu. Korona nie potrzebuje służby. Nie potrzebuje ukłonów i potwierdzenia swojej wielkości. Tu mięso dogorywa statecznie i bez pośpiechu. Ścierwojadom kręci się w głowach na samą myśl o marnotrawstwie, jakie ma tu miejsce, jednak podchodzą dopiero wtedy, gdy przekroczą granice strachu. Przychodzą po śmierć. Korona nie oddaje łupów. Nie zna zmęczenia i litości. Nie ma wątpliwości, czy dylematów. Naznacza życie kroplami jadu, zręczniej, niż zdolny tatuażysta. Potem… mięso może już tylko dojrzewać i odsłaniać kości.

Muchy oszalały z bólu. Wirują, jak ohydna aureola konsumując własny głód w sobie. Powietrze tężeje, jakby słońce zapomniało o tym miejscu. Korona wypatruje łupu. Leniwie. Wie, że nie musi biec, że wystarczy poczekać, aż przyjdą. A przyjdą na pewno. Zawsze przychodzą. Jedni biegną, inni wahają się, ale kiedy zdepczą już kości, kiedy przełamią w sobie bariery – przychodzą. Mierzę koronę. Wsuwam ją ostrożnie na wygładzoną czasem czaszkę, jakbym zakładał perukę. Włosy ożywają. Korona uwielbia moje ciepło, chociaż nie mam go za wiele. Raptem tyle, ile zostawi słońce, które chyba gaśnie, ukrywając wirujące muchy w niebycie. Przysiadłem na kamieniu. Czekam. To jedna z niewielu rzeczy, które potrafię robić. Nie ma we mnie niecierpliwości. Nerwów nie ma. Czas już dawno obrał mnie z nich. Korona układa się w wątłym cieple i drzemie zdradziecko. Oczy im gasną, jakby zasypiały. Tylko języki przeszukują pasma nadciągających smaków usiłując wyłowić życie. Pozwalam im zostać. Nie śpię, nie żyję. Trwam, dając koronie oparcie. Potrzebuje tego. Życie potrzebuje. Niezawodnego końca, który się nie ulęknie i spełni. Wszystko. Strzegę bramy. Granicy między tu i tam. Nie mam potrzeb, więc przekupić mnie trudno. Jeszcze się taki żywot nie znalazł, który przyniósłby mi dar nieodparty. Z obu stron zjawiają się zuchwalcy, żeby przymierzyć koronę. Wiecznie nienasyconą. Przechodzą. Idą, zostawiając wszystko.

wtorek, 23 czerwca 2020

Gladiator.


Byli tacy, co dokarmiali manty, albo własną piersią bronili niepokalanej dotąd rafy koralowej. Trzeba przyznać, że zaangażowane zostały piersi takiej urody, że ledwie zauważyłem spoza nich ową rafę. Kupa… gówna? Odchody i odpadki z ginących bez końca skorupiaków, czy innego podwodnego planktonu. Czym tu zachwycać się? Gdyby nie pomnikowe, zapewne lekko podrasowane piersi rzecz trudna do zauważenia. Przypomniałem sobie, że są księgowi zliczający bociany, czy żurawie, albo zaglądający do gniazd orłom, albo krukom, bo podobno taka karygodna ciekawość gotowa ocalić życie ptaszyskom. Ciekawe jak. Jajeczka – owszem - niezły rozmiar, można byłoby pomyśleć o porządnym śniadanku, ale ocalenie gatunku? Brednie jakoweś chyba!

Można zdalnie adoptować zwierzątko w ogrodzie zoologicznym gdzieś w Patagonii, czy Lizbonie… Dokarmiać tranzytem. Przelewem błyskawicznym. Walutą europejską, albo jakąś inną – okazy nie są wybredne i żrą, jak popadnie. Nawet mocno zdewaluowane waluty. Grunt, żeby było dużo. Bo jeść trzeba i nikt dotąd nie opanował życia poza układem trawiennym. Nawet Salomon z przysłowiowej próżni nie zdołał uronić ani kropelki, a co dopiero zapewnić dostatek i typowy dla wieku dojrzałego lekki bufor bezpieczeństwa zwany pogardliwie otyłością brzuszną. Nie do końca zrozumiałem ideologię hodowania okazów niewolniczych w krajach ościennych i wspierania tej formy ucisku, jednak łzy w oczach celebryckich mają przekonać mnie o słuszności idei i konieczności złożenia daniny współczesnym bogom, pod groźbą, że kolejnym razem nosorożca ujrzę na archiwalnym filmie BBC, albo po ułożeniu tysiącelementowych puzzli 3D. Jakbym kiedykolwiek widywał go w innych konstelacjach...


Łatwo kpić komuś, kto żadnej wojny nie przetrwał, nawet tej, która bezskutecznie skrywała los ptaszka dodo wymarłego z powodu apetytu drapieżników i własnej niezdolności do odlotów. Przegrani poszczą na ogół i nurzają się w martyrologicznych wspomnieniach bardziej niż kombatanci stadnie grzejący w popołudniowym słońcu członki, które udało im się wynieść z frontu wschodniego. Postanowiłem walczyć. Żeby nie umrzeć jako wieczny rezerwista, dezerter globalnego zacietrzewienia. A ponieważ najłatwiej walczyć o coś, czego da się dosięgnąć, trzeba było poszukać wroga odpowiednio małego, albo zawrzeć sojusze z olbrzymami. Dziura ozonowa zacumowała gdzieś na odległych krańcach stratosfery, więc pozostawała poza moim zasięgiem, a liny cumowniczej nikt dotąd nie odnalazł i nie zesłał jej na wieczne wygnanie w zimną toń kosmosu, więc i ja skazałbym się na błąkanie się jako ta ślepa kura licząca na szyderczy uśmiech losu bez większych szans na sukces. Walczyć, by przegrać? Kim trzeba się urodzić, żeby podjąć taką walkę? Mesjaszem?


Potrzebowałem czegoś dla małych. Prostych, może nawet prymitywnych. Widziałem wokół takich, co zrezygnowali z żywiny i z dumą okrążali miski pełne trawy, albo jak osy obsiadali paterę owoców. Inni, wcale nie mniej radykalni oszczędzali wodę do tego stopnia, że nie musieli się tym chwalić, bo nosy w ich otoczeniu dysponowały wiedzą o postępach i sukcesach w zwalczaniu niedoborów wody pitnej, albo tylko zdatnej po przegotowaniu. Śmierdzieć jest łatwo, trudniej smród znosić. Nie pamiętam pochodzenia wiedzy, jednak ktoś wcześniej zauważył, że wystarczy cuchnąć gorzej od wszystkiego, żeby wszystko inne stawało się boskim aromatem. Iść na łatwiznę? Przetartym szlakiem? Jak jakiś święty rozdać wszystko, żeby oddalić pokusy i zastygnąć w skorupie dojrzewającej pleśni? Obrzydliwość podobnego rozwiązania świat dostrzegł na szczęście – konwencje genewskie piętnują użycie broni biologicznej i straszą sankcjami, embargiem i wiecznym potępieniem. A miałem walczyć z maluczkim, nie z machiną sięgającą mackami na całą Europę, a aspiracje mającą daleko większe.

Sięgnąłem w głąb siebie. Niewielka ta „głąb” ale sięgnąłem. Burczało mi w brzuchu, a gazy usiłowały rozprostować kości. Gazy tak mają, że dążą do rozprężeń. Może to i lepiej? Rozprężenie wnosi do organizmu podejrzanie słabo uzasadnione zadowolenie, ale przecież błogość nieudawana maluje się na sumieniach, bo twarz stara się jak może zamaskować zachwyt, gdy organizm uwolni się od balastu. Atmosfera w jakiś sposób potrafi zapanować nad obrzydzeniem i pozwala woniom mieszać się bez końca. Nawet tym, z ujemnej strony osi zapachów. Podziwiam ją za determinację. Moja wyobraźnia od razu zaczyna zadawać pytania, a co, gdyby się jej znudziło? Wystarczyłoby małe rozprucie, chwila nieuwagi i przez dziurkę… jak za Grzesiem piasek…

Trzeba koniecznie pomóc. Wesprzeć. Duchem chociaż. Modlić się, żeby wytrwała bidulka, żeby nie popuściła, jak pluton wojska po grochówce. Jak boża krówka po pracowitym przedpołudniu poświęconym na rozdrabnianie łąki za domem i przetwarzanie jej na bezwartościową paszę nadającą się na nawóz, lub ognisko po starannym osuszeniu. Olśniło mnie! Mogę walczyć i wygrać! Wystarczy, że nie będę jadł grochu pod żadną postacią. A niech tam! Gotów byłem nawet nie hodować bydlątek. A co! Ma się ten rozmach, rodem z ofensywy pancernej pod Kurskiem. Samopoczucie i nie tylko poprawiło mi się natychmiast. Zachwycony uniosłem nos i poszedłem krokiem zwycięzcy. Świat powinien być ze mnie dumny, ale jeszcze o tym nie wie. O bojowniku, który właśnie za waszą i naszą… grochu jadł już nie będzie. Poświęcenie epickie wręcz. Godne mistrzowskiego pióra. Obym wytrwał. Przegranych bojowników często myli się z rebelią. Zwycięscy zawsze stają na piedestałach.

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Wyzwanie.


Niebo ciężkie od chmur przydusiło do ziemi aromat kwitnących lip. Z niebytu wychynęły pomrowy i liżą chodniki (po co?) bezwstydnie całkiem. Nie patrzą nawet na winniczki, które zdają się być koneserami czegoś, co mieści się po drugiej stronie. Zawsze po drugiej… Osobnik płciowo niezdecydowany dyskretnie grawitował w kierunku kobiecości, chociaż powyżej kostki miał wygrawerowaną, półnagą kobietę z uniesionymi rękami i w czarnych stringach naśladujących całkiem udatnie odwrócone w pionie logo Mercedesa. Pewności brak i nie podjąłem trudu organoleptycznego doświadczenia. Lepiej trwać w niepewności i drżeć, jak ten kryształ kwarcu, który swoją stałością zawstydza inne wzorce miar w Sèvres. Wróbel usiłuje mnie podglądać zamieniając optycznie osie X-Y. Wczepił się w pionową krawędź tynku i zawieszony tak nienaturalnie podgląda mnie, sprawdzając, czy grawitacja dorówna jego fantazji. Albo chociaż, czy ja docenię wysiłki. Doceniam. Ja. Grawitacja pozostaje niewzruszona. Może to i lepiej?