wtorek, 14 sierpnia 2018

Bezgłośnie.


Smutni ludzie smutnego Boga idą ulicami. W czerniach, względnie w brązach lub szarościach. Zakonnice płci wszelakich i księża. Niewiele zmienia biskupia purpura – tylko podkreśla smutek codzienności i nieustającą pokutę za życia. Jakaś młoda pani z serduszkiem sinym na wierzchu stopy, lecz to nie siniaczek, tylko tatuaż, co przypomina mi podobny nad piersią wydłubany i pieprzyk w tym samym kształcie na pośladku – jedno widzenie pociągnęło kolejne wprost z zakurzonej pamięci. Zadumana kobieta zerka na mnie badawczo, jakby była zagubiona w rozterkach własnych niepewności, a jej wzrok pytał mnie o coś, lecz już w trakcie pytania sama zwątpiła i zawieszone w powietrzu pytanie utonęło w miejskiej fosie nim je odczytałem. A tam już czyhały na nie wiecznie głodne ryby. Starsza pani miała zapewne duży problem ze wzrokiem, albo lustro kłamało bezczelnie, bo szminką pociągnęła nie tylko usta, ale i ich nadętą karykaturę zachowując odstęp wyraźnie widoczny od warg. Patrzyła na świat z zawziętością i uporem, a krok miała zdeterminowany i niemalże wojenny. Dziewczęta wdzięczą się elektronicznie i uśmiechają do telefonów, samotnie pozują w wyszukanych pozach, które staną się publiczną własnością już za moment. Jakiś umięśniony king-kong cały na biało szedł tak kanciasto, że schody zaczęły się wstydzić własnych ograniczeń i chyba poczuły się niepełnosprawne, bo remont na nich się rozpoczął. Koszulka nie była śnieżnobiała, lecz upstrzona drukowanymi komarami w wielkiej ilości. Nastolatki na wszelki wypadek szły miękko i cicho, szerokim łukiem omijając Goliata pośród spłoszonych spojrzeń.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Spiskowa teoria dziejów.


Letnie niedyskrecje potrafią nieźle zamieszać w głowie, kiedy, zamiast poprzestać na daremnej na ogół radości z widzenia i ewentualnych aktach autoerotycznych, pozwolić sobie na dywagacje. Pod przewiewnymi sukienkami panie z wdziękiem prezentują bieliznę zdobioną tak kunsztownie, że aż kusi naciągnąć ją na ramy obrazu i podziwiać, jako dzieło sztuki użytkowej. Ale – z facetami, to jak wiadomo za bardzo nie przejdzie, bo skojarzenia mają jednoznaczne i bezkompromisowo fizyczne – przynajmniej do pierwszego spełnienia. Potem można już usiłować wykorzystać miękki, wyeksploatowany wzrok do bardziej uduchowionych spektakli. A ja poniekąd przypadkiem zacząłem się zastanawiać nad geografią wstydu, który zdecydowanie przemieszcza się ku północy i bielizna zamiast zakrywać pośladki obecnie skupia się na nerkach. Trochę zaniepokojony zrobiłem przegląd prasy, w którym niczym nie sprowokowana nagość bije rekordy popularności, jakby promocja naturyzmu stanowiła podstawę egzystencji portali, dzięki czemu mój niepokój ustabilizował się błyskawicznie uzyskując potwierdzenie – przegapiłem trendy mody. Być może niejednokrotnie. Ale fakty mówią, znaczy pokazują. Obecnie wyjść z gołym tyłkiem wręcz wypada, lecz nerki chronić trzeba. Logika podpowiada, że słusznie, że łatwiej implantować pośladki niż nerki, a i o materiał łatwiej. Trochę obawiam się nawrotu kanonu urody preferowanego w Afryce, bądź też w krajach arabskich, gdzie zależność pomiędzy urodą i masą ciała jest wprost proporcjonalna i zachwyt rośnie wraz z grubością tkanki. Zapewne można implantować ciało do kuli, jednak jaką tężyzną (cóż za nachalnie dwuznaczne słowo) trzeba się wykazać, żeby tę permanentną krągłość być w stanie eksponować na tyle długo, żeby rzucić na kolana obiekt pożądany. Wydaje się, że bielizna marki stringi bezkonfliktowo zaadaptuje się do takich warunków – dostrzegam w tym niewidzialną rękę marketingu podprogowego firmy produkującej mercedesy, gdyż na ciałach wybujałych ich logotyp staje się tym doskonalszy, im bardziej ciało zbliży się do ideału kuli. Osobiście widziałem nie raz i nie dwa, logotyp na tle bladości niemal księżycowej, która pełnią wypięta być może celowo w moją stronę - nie. Jeszcze nie kupiłem. Trochę się bronię, ale i zbieram powolutku. Skóra ma być? Blada jak łydki pań krążących po mieście? Jak one to robią, że się udało zachować kremową skórę, to nie wiem. Ciekawe, czy mercedes tak potrafi. Na razie kupili mnie, aż się irytuję, że napuścili na mnie tyle bladolicych kuperków, że tylko patrzeć kiedy ulegnę.

Pomagier.


Kazała uciekać i liczyła głośno, jak w dziecinnej zabawie w chowanego. Rozglądałem się rozpaczliwie bezradnie dookoła i żadnego pomysłu nie miałem dokąd. Nawet najgłupszego. Stałem jak posąg wmurowany w ziemię z przerażenia, a klepsydra przewijała dni i miesiące. Gdzieś obok pojawiało się młode, przerażone życie i wiało bez wahania – po kątach, po krzakach, zupełnie bezmyślnie i we wszystkich kierunkach. Ani się obejrzeli, tylko kłusowali rączo donikąd. A ja wciąż stałem z galimatiasem rozmazanym w głowie i miną nietęgą. Wreszcie któryś nie wytrzymał i nie zwalniając galopu krzyknął:

- Wiej kretynie!

- Ale dokąd?

- Nie dokąd, tylko skąd! Przecież to nie wycieczka szkolna, ani wakacje last minute. Wiej stąd, a jak już się uda, wtedy będziesz myślał, co dalej.

Buty chciały podjąć wysiłek i poczułem w sobie zastrzyk adrenaliny. Już miałem skoczyć za tym wygadanym, żeby chociaż pozory rozsądku i wyboru zachować, ale mnie powstrzymało. Bo co z tego, że będę ciut dalej od licznika? Co z tego, że nie zobaczę kolejnych spadających ziarenek? One i tak spadać będą nadal. Więc może nie warto tak dyszeć nieprzystojnie chowając się pokutach, bo i tak mnie dopadnie, tyle, że znienacka.

- O nie! To nie dla mnie – pomyślałem i słowo daję, że pomyślałem i szlacheckie poczucie honoru we mnie zapłonęło niczym boski wiatr w duszach kamikadze – Zostaję! Zostaję i nie będę jako te szaraki z podkulonym ogonem kicał po miedzach, po bruzdach i krzakach kolczastych tak bardzo, że najgęstsze futro wytarmoszą do sfilcowanego wieloletnią służbą dywanu.

Przechadzałem się bezczelnie wokół tej klepsydry, która po cichutku i monotonnie przewijała te wszystkie jednostki mniejsze i większe nie zwracając na mnie uwagi. Takim troszkę pyszałkowatym wzrokiem patrzyłem, jak uciekają spłoszeni, wystraszeni tak, że żadnemu fryzura się utrzymać z godnością nad twarzą nie chciała i nagle wydało mi się to śmieszne. Bo ja już zdążyłem wydeptać ścieżki w gruncie. Własne, prywatne klepisko, w którym ukryć się nie sposób, więc podstępnie podejść mnie byłoby ciężko. I w oczy patrzyłem wrogowi, który dyszał mi wciąż tę samą starą śpiewkę:

– Uciekaj! Odliczanie dawno się rozpoczęło, a twoje szanse maleją z każdym ziarnkiem, które stoczy się po wydmie przeszłości. Uciekaj, póki czas, póki w nogach jeszcze krew gorąca, a kości nikt nie pogryzł do szpiku.

Ironizowałem trochę ze strachu, trochę z braku wiary. Czasami usiadłem w cieniu klepsydry, albo oparłszy się na niej drzemałem licząc barany… Znaczy innych, którym zew ucieczki podniósł krew wystarczająco wysoko, żeby rozum odebrać. Dziwne to wszystko, bo chociaż trudno było znaleźć chwilę samotności, to przecież nie było nawet do kogo gęby otworzyć. Nie chciałem rozpraszać uciekających, żeby się nie wywrócili. Może mają jakieś wskazówki, albo więcej informacji dostali zanim pojawili się tutaj? Wzruszyłem ramionami, gdyż energii w sobie miałem sporo. I nie nadużywałem zapasów wiedząc, że być może nadejdzie chwila, żeby je zebrać w sobie i czarną godzinę przegnać precz.

Aż kiedyś dzień taki nastał, że pojawiło się takie bezradne i przerażone i w kółko się kręciło, jak kot, co za ogonem własnym się stęsknił. I patrzyło oczyskami niebieskimi i wielkimi jak koła młyńskie. Od tej wielkości ów błękit się rozciągnął niemal do przeźroczystości, bo przecież barwa naciągana niknie i blednie, jak słońcem prana w nieskończoność. Zerknąłem z ciekawości, kiedy wystartuje w masowym maratonie, ale toto stało z otwartą gębą i gapiło się z niedowierzaniem. Na klepsydrę i na mnie.

Nie zamierzałem jawnie być wścibski, więc udawałem, że spaceruję wokół klepsydry moim prywatnie wydeptanym klepiskiem, moim labiryntem ucywilizowanej przestrzeni w środku której dojrzewała i starzała się apokalipsa i sąd ostateczny. Bez pospiechu i nienachalnie się starzała, a ja wraz z nią. Ręce splotłem na zapleczu, gdzieś poniżej nerek i promenowałem swoją metropolią w budowie, a nosem zaczepiałem o gęstniejące chmury, bo nawet ciśnienie zeszło z nieba, żeby zobaczyć to Zjawisko.

A Zjawisko gapiło się na mnie, co troszeczkę mnie deprymowało, jednak boski wiatr i sarmackie korzenie… O nie! Nie mogłem się poddać w godzinie próby. Nawet klatkę wypiąłem nadaremnie, bo pomyślałem, że jeśli zechce komuś opowiedzieć, a niechby i tylko w pamięci obraz ponosić z godzinkę, to niech mnie nosi dumnego i wyprostowanego niczym marmurowy obelisk nad gnijącym ciałem rozpostarty. Może nie podziurawię tego wystraszonego Zjawiska ostrym nosem, czy taką lędźwiową tymczasowością, która się raczy uwypuklać nie zważając na konwenanse i dobre (ponoć) wychowanie.

Zjawisko parsknęło śmiechem, czemu się nawet nie dziwię, bo musiałem wyglądać komicznie. Samotnik wypukle drepczący wokół obłej, szklanej klepsydry i zerkający na wypukłości klepsydry ożywionej. Pośród tych wszystkich ucieczek zdawała się być objawieniem, albo właśnie Zjawiskiem. Sarmactwo ze mnie ulotniło się, bo w śmieszności ulatniają się nie takie grzechy pierwotne. Schowałem się w cieniu klepsydry i żułem wstyd siedząc plecami do obu klepsydr. Siedziałem i czekałem aż sobie pójdzie, ucieknie, zniknie w dowolnie wybrany sposób, ale słyszałem jak drobi po moich ścieżkach, jak zwiedza zalążki mocarstwa karnymi stopami trasujące plątaninę autostrad i obrys drapaczy chmur.

Potem trwała cisza kojarząca się z melancholią, więc wyjrzałem, bo może Zjawisko oddaliło się dematerializując się bezszelestnie, ale stało tam zadumane i uczyło się wytwarzania zmarszczek na czole i nosie. Nieporadnie bardzo. Wyglądało pociesznie tak, że tym razem to ja parsknąłem, a ono podniosło na mnie oczy zadumane, już bardziej błękitne, bo mniej w nich strachu niosło i zmalały zwracając twarzy proporcje właściwe.

- Wiesz? Ja tu chyba zostanę, jeśli nie masz nic przeciwko…

Zatkało mnie, ale co mogłem mieć przeciwko, kiedy Zjawisko mogło się stać brakującym elementem ewolucji ku wzajemnej radości. I to jakim elementem. Moja kanciastość chwilowa, zwierzęcość i fizyczność zamerdały tak entuzjastycznie, że nie zdążyłem nawet słowem jednym zachować się, kiedy stało się oczywistym, że owszem – hurra! Klepsydra (ta nieożywiona) zmętniała nieco i piasek zaczął rysować szkło od wewnątrz, jakby nagle stał się szorstkim ułomkiem, a nie otoczakiem wypolerowanym w górskim strumieniu. Wydma przeszłości oklapła w sobie i zamiast dumnego wzgórza przeistoczyła się w płaską wyżynę. Z góry kurz pospiesznie usiłował wybudować nowe pasma górskie i siał zamęt niczym piaskowa burza spadająca na miasto i wdzierająca się w każdą intymność.

- Pomóż mi! – wysapałem do Zjawiska zapierając się nogami w wydeptaną ziemię – Pomóż mi, a obrócimy to dziadostwo!

Zjawisko stanęło obok mnie i naparło wespół ze mną. Jęczeliśmy i dyszeliśmy, a klepsydra zastygła w zdumieniu, że taką podłość ktoś jej wyrządzić chce. Rozkołysaliśmy niebezpiecznie i w strachu, że nas przygniecie i stłamsi dwa dopiero co wspólne żywoty, lecz teraz poczułem, że ten zapas sił czekał na Zjawisko, żebyśmy dali radę. Czmychały płoche jednostki niestabilnością tym bardziej przerażone. W las i na przestrzał przez szczeliny w widnokręgu obiecujące lepsze światy. A klepsydra drżała w niedowierzaniu i wściekłości.

Mięśnie wrzeszczały z wysiłku, w głowie huczało, a klepsydra warczała i gryźć chciała. Piaskiem w oczy rzucać, lecz daremnie, bo szkło matowiało szybciej i powoli obraz wnętrza stawał się tylko domysłem. Wreszcie środek ciężkości wychylił się poza barierę stabilności i grawitacja wyciągnęła pazerne dłonie po dach klepsydry, żeby jej czapkę zerwać. Stęknęło tylko raz, a potem… Runął kolos i brzuchem walnął w głaz znaczący nowy początek. Kamień węgielny nowego świata. Z otwartej rany sączyła się przeszłość i gnała przed siebie szukając tych, którzy jej uciekli. Przeszłość brutalnie ułożona do snu zatonęła gdzieś w niecywilizowanej matni drzew i chwastów. Nikt się nią nie zainteresował, więc obrażona poszła spać i łaskawie pozwoliła teraźniejszości pobaraszkować choć trochę.

Oparliśmy się ze Zjawiskiem o dno klepsydry i dyszeliśmy ciężko. I wtedy przyszedł taki dziwoląg szczęściem promieniujący bezgranicznie i dosiadł się do nas. Patrzył na mnie i na Zjawisko i oblizywał się, jakbyśmy byli jego obiadem.

- No dobra – powiedział – Teraz nie muszę się tak spieszyć, skoro czas przestał popędzać. I wy również nie, chociaż, jak podglądałem ciebie, toś wcale się nie spieszył… Jakiś defekt masz?

Obmacałem ciało i głowę, zerknąłem na Zjawisko, a ono ramionami wzruszyło bez słowa. Wygląda, że wszystko w porządku i żadnej anomalii nie dostrzegłem. Chwalić się nie ma czym, ale od skarg byłem równie daleki. A gość niespodziewany uśmiechnął się dość perwersyjnie i kontynuował mowę:

- Jakoś udało się wam odnaleźć pośród tego czasowego zamordyzmu, pośród nagonki, więc na cóż czekać? Pomoc wam potrzebna? Jeśli tak, to nie ma problemu. Mam teraz mnóstwo czasu i chętnie pomogę. Żeby nie było, że obcy się wtrąca – jestem Życie.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Warto wracać.


Pomysł zupełnie nie nowy, nasączony stereotypem i testosteronem, ale w końcu nie jestem jakimś mutantem, tylko zupełnie zwyczajną jednostką, skażoną instynktem stadnym i cywilizowaną zawzięcie i uparcie tak długo, że pazury mam wiecznie stępione i języczek nieostry. Czego więc oczekiwać od takiego psa podwórzowego, któremu tylko podczas pełni zdarza się jeszcze zawyć tęsknotę do księżyca, lecz i wtedy ogląda się trwożliwie, czy skądś nie nadleci but, albo cios między uszy zadany za zakłócanie.

Ale - kiedy zobaczyłem butelkę płaską, nieco przypominającą czujnie śpiącą na dnie oceanu mantę, postanowiłem skosztować marzenia i poddać się tęsknotom za nieznanym, odległym i pasjonującym. Za odyseją, za wyprawą beczką w dół wodospadu, za samotną eksploracją lasów deszczowych i tropieniu z maczetą źródeł Amazonki, Orinoko, Jangcy-Ciang, czy Wołgi. Nieważne. Za podróżą na Andromedę ze świadomością, że dopiero prawnuki będą mogły jej dotknąć czymś więcej niż stęsknionym wzrokiem.

Znalazłem butelkę z korkiem ozdobnym lecz szczelnym. Takim, któremu można zaufać, że nie wpuści wody do środka, a ja bezpiecznie leżąc na wznak we wnętrzu butli będę zwiedzać zarówno błękit świata podwodnego, jak i niebiosa. Z ręką wetkniętą pod głowę, albo brodą na dłoniach wspartą zaspokoję ciekawość i przyniosę opowieść, gdy podróż się skończy szczęśliwie po perypetiach niezliczonych. Pusta butelka patrzyła z nadzieją na drugie życie, jak koperta czekająca listu i wypełnienia znaczeniem jej smutnego oczekiwania.

Wsiadłem w Nautilusa z lekkim tylko niepokojem, bo przecież trudno wracać, kiedy się nie wyjechało. Szkło przyjęło mnie chłodno, jednak życzliwą przeźroczystością starało się otworzyć mi szerzej oczy powiększając zewnętrze, żebym nie uronił widzenia. Korkowy dziób skierowałem w oś rzeki. Nawet nie górskiej, bo poczętej pośród nizin i na tyle małej, że człowiek nie zajmował się jej pętaniem pozwalając by swobodnie i beztrosko płynęła dając zajęcie zimorodkom, żurawiom i ważkom o zielono-niebieskich barwach opalizujących migotaniem skrzydeł. Jedna nawet usiadła na łodzi niczym majtek na oku i wypatrywała lądu, przygody, okazji do abordażu, sztormu, czy przeszkód. Zwalonych pni, które nurt rozwścieczą, mielizn, po których brzuchem mój okręt będzie szorował, czy chwili trwogi, gdy granitowa, lodowa góra wypiętrzy się nad powierzchnię, aby powstrzymać śmiałków i rozbić w pył marzenia o dalszej podróży.

Pośród olszynowego, niezdrowego lasu, który umierał w gnijących pod wodą korzeniach i sechł nadmiarem słońca w koronach, pośród przepychających się, świeżo wyklutych brzóz, wodnej mięty i tataraku, pośród niemal namorzynowego kłębowiska korzeni łódź sunęła cicho, a grzywy wodorostów ujawniały potęgę nurtu, falując niczym szarpane tornadem sosnowe lasy. Płynąłem w ciszy rozkrzyczanej skargami młodych myszołowów bojących się puścić schnącego konara i skoczyć samobójczo w dół, żeby się przekonać, że skrzydła już niosą, choć nieumiejętnie. Patrzyłem na figle narybku szukającego słońca, by lustereczkiem odbicia mnie w oko ukłuć i pochwalić się srebrną kolczugą.

Płynąłem patrząc jak mrok obejmuje świat we władanie i kradnie barwy motylom, jak wydłużają się cienie dębów i rosną uciekając krwawemu słońcu, aż w horyzont wczepione wisieć poczynają, pazurami trzymając się życia, które słabnie z minuty na minutę. Patrzyłem, jak rosną omamy, jak lęki nabierają sił i rosną ponad miarę, ponad wytrzymałość, jak sielanka przeistacza się w horror, a rzeka kipi bielą wścieklizny na bystrzach, przeszkodach i zwidach. Jak wije się broniąc przed poznaniem i wymyka się każdej ludzkiej ingerencji. Jak drąży grunt w pragnieniu ucieczki, niczym więzień jedną ideą opętany – wolność. Dzikie mustangi i prerie niezmierzone, oceany bezkresne i wszystko, co łupinę potrafi na manowce wywieść i dać oddech pełen zapachu wiatru.

Cygański wiatr pchał, lub powstrzymywał łódź, a rzeka toczyła się zmiennie – raz nerwowo innym razem zasępioną głębią osiadała na laurach. Słońce, jak wielka stateczna krowa lizało mnie po policzkach, żeby solą potu uzupełnić braki mineralne chlorofilu, i wodę grzało, żeby mnie reumatyzm zbyt szybko nie dopadł dokuczliwością powtarzaną dożywotnio. Gzy przekomarzały się ze świerszczami, pustobrzuche kleszcze skwierczały z pragnienia, komary wespół z wodnymi pająkami usiłowały pić nawet wodę, z braku napojów energetycznych. I rozglądały się niespokojnie, gdy tylko cień zmierzchu zaczynał marszczyć się w nurcie, bo skrzydła nietoperzy równie mroczne i ciche przynieść mogły zagładę. Płynąłem ogrzewany blaskiem ognisk nadbrzeżnych, zimnym światłem księżyca i puszczającymi oko gwiazdami zbyt dalekimi, aby się od siebie różnic mogły. Płynąłem, gdy szczytówki wędek kłaniały się mi obojętnie i bez nerwowego szarpnięcia, mijałem wioski otwarte na rzekę i z piedestału pomostów oferujące żelazne racje żywnościowe, bądź rozpustę.

Nieskończoność jezior kolejnych trwać umiała godziny całe, nim rzeka znów spłynęła wężowym ruchem pomiędzy paprocie zwieszone z powalonych pni i sypiące nasiona wprost w rzekę, by to, czego ryby nie zjedzą rozmnożyło się na zakolach piaszczystych. Okręt drżał, jednak wciąż cały, choć może trochę zmęczony płynął szukając przystani. Wiózł mnie nieomylnie głównym nurtem poprzez niepojęte, dzikie i nieuczesane. Wiózł pod asfaltowymi drogami, pod mostami i wiaduktami. Wreszcie zacumował pośród lasu, przy drodze pamiętanej przez nielicznych tubylców, lecz nie każda mapa potrafiła ją odszukać – tak bardzo w zieloności się skryła.

Wysiadłem, aby wrócić. Może opowiedzieć. Wyprostować się i docenić ciepłą wodę na żądanie, miękkość materaca, obiad pachnący na talerzu. Schowałem się w pielesze, jak w matki łono. W bezpieczeństwo i przewidywalność, w codzienność i powtarzalność. Ale przywiozłem obrazek. Jeden, nieostry, bo w niedoskonałej pamięci rosnący. W meandrach rzeki świat rósł piaszczystymi skarpami, które utrzymywał pozwalając chwastom i drzewom plątać korzenie w warkocze. Tylko wiatr bezmyślny szarpał te rośliny a bobry szukając budulca zwalały drzewa, które spadając kaleczyły skarpy bruzdami. Krew żółtego piasku toczyła się w rzekę, która porywała drobiny unosząc je daleko, a ranna skarpa wykrwawiała się bez końca. Nie dawała już rady zaskorupić się roślinami. Ptaki nie pozwoliły budując gniazda i pazurkami ryjąc miłosne wyznania – bo na piasku łatwiej napisać słowa, niż w twardzieli buczynowej.

Na szczycie skarpy dostojniał buk. Stalowy pień potężniał latami, a korona jeszcze zielona pyszniła się niczym afro na czarnoskórej głowie. Wybrał miejsce zbyt dawno. Może zbyt nieroztropnie rozpoczął życie na skraju skarpy. Teraz cierpi katusze. Jak człowiek z diagnozą dramatycznie śmiertelną – jeszcze żyw, jednak wyrok już został wydany i odwołania nie będzie. Piasek spod nóg mu się wysypuje i z każdą chwilą więcej korzeni opala się w słońcu. Schnie z braku wody i dzięcioły przeszukują już kalekie korzenie szukając gangreny i pasożytów. Płynąłem pod buczynowym kolosem o dwóch koronach, a on posępniał nade mną mając brodę korzeni obnażoną, naśladującą fryzurę którą nosić mu przyszło. Ptaki pisały do siebie listy, a piasek staczał się niby malutkie, nieznaczne lawiny. Wiatr ptakom pod ogonki zaglądając też robił swoje. Od niechcenia, przypadkiem strącał w nurt kolejne kamyczki.

Przepłynąłem zielonością wody żółtą skarpę zagłady. Stalowy pień jeszcze tej jesieni zaczerwieni się, bo buczyna czerwieni się aż do czerni każdego roku, gdy ma nasienie zrzucić. I zapewne zdąży zrzucić. Niestety – znów zbyt blisko skarpy i tych ptaszków, co trzema pazurkami wyznają sobie miłość na śmierć kolosowi. I już go raczej nie zobaczę…

Czytelnia.


Może jestem jednostką aspołeczną. Może samotnikiem bardziej, niż chcę się do tego przyznać. Jednak stało się coś, co usiłuje za uszy wyciągnąć mnie z podziemi i pośród ludzi ustawić. Może i dobrze, a może wręcz przeciwnie – nie wiem wcale. I chociaż czuję wielką niechęć, to jednak zdecydowałem się napisać kilka słów, aby nie wyjść na kosmicznego gbura. A ponieważ zjawisko nasiliło się i zwielokrotniło, postanowiłem równie publicznie się określić, chociaż raz już to zrobiłem zanim Onet doszedł do wniosku, że nie jestem pożądanym gościem na jego stronach.
Zabawa w nominacje według mnie jest dość nieszczęśliwą formą promocji blogów niosących jakiekolwiek wartości. Z wielu powodów wymienię dwa. Wyróżniając jedne, a pomijając inne można spowodować u czytających niedosyt, że akurat ich twórczość została pominięta, a chyba nie to było intencją pomysłodawcy.
I kolejna sprawa – postęp geometryczny zjawiska powoduje, że zabawa osiąga w krótkim czasie rozmiar wszechświata, co deprecjonuje wartość zupełnie. 20 nominowanych wskaże 400 kolejnych, którzy swoimi wyborami zaszczycą już 8.000 dla których kwestią chwili się stanie wskazanie 160.000, aby cykl następny zacząć mogło 3.200.000. Czyli więcej niż wynosi liczność zbioru. Aż nie chcę myśleć, że cykliczność mogłaby wykonać kolejny krok. Gdyby jednak karność i obowiązkowość uczestników była doskonałą, to w tydzień czasu każdy użytkownik miałby kilkanaście wyróżnień na koncie i machina stałaby się perpetuum mobile.
Oczywiście – pięknie dziękuję za wyróżnienie zarówno FRAU B, jak i GREENELCE, jednak zamierzam tej gałęzi nie rozwijać dalej, żeby dać szansę zabawie na trwanie i rozwój. Żebym jednak nie wyszedł na niewdzięcznika otworzę się choć na tyle, żeby wskazać adresy, które działają na moją wyobraźnię i wnoszą coś absolutnie wyjątkowego. Nie oznacza to wcale, że nie czytam innych – czytam, bo bardzo lubię, jednak nie w tym rzecz aby wskazać wszystkich. Ja traktuję rzecz jak drogowskaz – jeśli u mnie się Tobie podoba, to zerknij tam – może jesteśmy podobni odrobinkę i podążając za moim klimatem odnajdziesz dla siebie jakiś świat niepoznany? Pamięć nosi wartości blogów już nieistniejących, jednak nie czas na Zaduszki. Do dzieła.

 - dwa światy, w których karmię zmysły i zarażam się czuciem. Rzeczy nieoczywiste, spoza świata materialnego i przesiąknięte sztuką pod wezwaniem każdej (nawet jeszcze nie odkrytej) muzy.

- kolejne światy, gdzie autoironia i humor sprawiają mi wiele radości, a jakość opowieści sprawia, że tematyka stoi w kolejce i czeka na zauważenie.

- za wymagające hobby podpierające teksty obrazkami własnej produkcji wyprodukowanymi w warunkach urągających cywilizacyjnym przyzwyczajeniom.

- za nietuzinkowy styl życia, uporczywie kontynuowany z humorem pomimo wszystko.

- za detale codzienności ujęte w skondensowanej formie, chyba niedostępnej dla mnie.

piątek, 10 sierpnia 2018

Bez ram.


W piasku wije się tatuaż jednodniowy. Namalowany nieznaną ręką, lizany wiatrem i zdeformowany osuwającymi się drobinkami. Ziemia nawet za bardzo się z niego nie otrząsa, bo wie, że to blizna, która się zagoi do wieczora. Samoistnie i bez jej interwencji. Tymczasem trwa pomiędzy moimi stopami i usiłuję odcyfrować znaczenie zawarte w symbolu zbyt obłym, aby był standardem ze świata symboli noszących piętno znaczenia niczym stygmaty. Żadne serca, krzyże, czy harcerskie symbole. Żaden wyrafinowany alfabet, pismo obrazkowe, czy emotikony. Może autograf człowieka, który gdzieś tu popełniał poranek wolny od konieczności.

Zerkam szukając w głowie odpowiedzi na wielokrotność łuków ciągniętych patykiem w kurzu. Może to ten, który leży pod ławką tuż obok lewej stopy? Podniosłem, bo przedpołudnie prosiło o chwilę wytchnienia, a lepszych pomysłów nie miałem. Wziąłem w dłoń i pozwoliłem oczom prowadzić patyk po już istniejących kreskach. Odtworzyłem, a wilgotna ziemia wybujała kontrastem i obraz stał się czytelniejszy. Do czasu, kiedy słońce rzuciło nań okiem, bo od tego wzroku zbladł błyskawicznie i znów się zaczął deformować, popadać w ascetyczne samounicestwienie na raty. Jeszcze raz powtórzyłem bezmyślność własną poprawiając cudze myśli zapisane niezrozumiale.

Ktoś przeszedł niepostrzeżenie i tylko żwirowa alejka podniosła alarm, że przesuwa się teraźniejszość anonimowa do jakiegoś gdzieś-kiedyś. Nie podnosiłem głowy, bo nikogo się nie spodziewałem, ani towarzystwa spragniony nie byłem. Pochłonęła mnie grafika nad która siedziałem i czytałem jej znaczenia i wymyślałem przyszłość skomplikowanej retoryki. Bałem się, że własną niepewnością zniekształcę i odmienię znaczenie, więc kiedy już decydowałem się po raz kolejny poprawiać zanikający obraz robiłem to w skupieniu, gryząc wargę niemalże do krwi, żeby nie uronić żadnej krzywizny, a łukom nie odebrać wypukłości. Dzień w tym czasie dojrzewał do rozmaitych bezeceństw aż wreszcie zaczął kusić wieczorem ubranym w barwy stygnącego słońca, cieniami zaglądającymi niemal po horyzont i szukającymi pod drzewami pierwszych schadzek wstydzących się jeszcze pocałunków nastolatków.

Powtórzyłem obrazek ze świadomością daremności, bo przecież nocą nie dam rady podtrzymać życia tego, co w dzień było już nie najprostsze. Nie uniosę znaczenia aż do poranka kolejnego, bo noc pożre kreskę skromną niechybnie. Odłożyłem patyk tam, skąd go wziąłem, bo być może ów ktoś przyjdzie jutro i znów będzie chciał namalować to, czym w sidła własnej świadomości mnie schwytał. Na cały dzień, w którym sił nie znalazłem, żeby odejść. Jak maniak zafascynowany obrazem mieszkającym na ścianach muzeum, kiedy nocny portier wygania go, a on ze łzami w oczach i musi bez widzenia całą noc przetrwać, by rankiem znów usiąść i przeżyć wspólnotę z czuciem w ramy oprawionym.

Że nierozsądny jestem? Ależ wiem o tym doskonale. I co gorsza nie zamierzam tego zmieniać. Patrzyłem na sosnę wczepioną pazurami korzeni w wietrzejąca skałę i kibicowałem jej dzień cały i później odwiedzałem, żeby sprawdzić, czy się udało. Jakbym był matką chorego dziecka i w szpitalnej niewygodzie, zakłócając sterylność, pośród bólu wielu ludzkich nieszczęść siedział na twardym taborecie i gorącą, wystraszoną dłoń dziecka trzymał, tak siedziałem. Kamienie do domu zabierałem, żeby się ogrzały choć trochę, żeby kąpiel wzięły i mogły zakwitnąć kolorem bezwstydnie całkiem. Patyki znajdowały we mnie przyjaciela, a korzenie bezdomne droczyły się ze mną i wpraszały nienachalnie, aż je zabierałem z westchnieniem do siebie wiedząc, że świat znów będzie gderał, że dla martwej natury znajduję miejsce, którego żywym odmawiam. Że pośród szczątków żyję, jakbym mieszkał na cmentarzu. W martwą przyrodę wciśnięty i trudny do zauważenia.

A teraz nad kreską w piasku skowyczę, bo zabrać nie potrafię, ani zostawić. Poszedłem w końcu, bo noc mi zaczęła dogryzać, a wiatr bezeceństwa i szyderstwa sączył mi do uszu. I usiadłem w jakimś ludzkim gnieździe, żeby cos do jedzenia zamówić i oszołomić się alkoholem na wszelki wypadek, znieczulić, żeby móc później zasnąć bezmyślnie i błogo. Na serwetce usiłowałem obrazek powtórzyć, bo jeszcze się łudziłem, że ręka zapamiętała kształt, a oko poprowadzi dłoń, zanim ta zmięknie od alkoholu. Nie. Nie da się powtórzyć ideału. Miniaturowe nawet odstępstwa powodują, że piękno zmienia się w bohomaz, jeden fałszywie powtórzony łuk zepsuje obraz i nie pozwoli zmysłom na ucztę. Zmiąłem kilkanaście serwetek, na których nie sprostałem zadaniu i poszedłem spać. Skulony, jak jakiś lis w norze, niespokojnie czujny usiłowałem wydrapać nocy chwile zapomnienia, jednak nie bardzo mi się udawało.

Wreszcie poddałem się i stanąłem w oknie nagością własną. Wiatr mnie objął natychmiast i wiódł na pokuszenie. Do tam, skąd dopiero co wróciłem. Negocjowaliśmy chwilę przy kawie, a on wreszcie wsunął mi rękę we włosy i potarmosił bardziej przyjaźnie:

- No chodź chłopie! Nie daj się prosić.

Poszedłem z wiatrem. Bo mnie łatwo namówić na dowolnie absurdalny spacer, na taniec w deszczu, czy leżenie w trawie pod drzewem, żeby nie czuło się samotne. Ławka była pusta, a patyka nie ukradł żaden pies. Leżał sobie pod ławką tam, gdzie go zostawiłem, ale w miejsce autografu znalazłem ślady buta i nawet jedna kreska nie dożyła poranka, który nieśmiało wychylał się spoza zaniedbanych kamienic. Brutalnie zdławiony obraz milczał do mnie znaczeniem ukrytym już pod bieżnikiem adidasów, stłamszony niczym niedopałek ponad konieczność zgaszony butem.

Usiadłem, jak siedziałem wczoraj i patyk w rękę wziąłem. Nogą wyrównałem ziemię i na niezapisanej tablicy usiłowałem stworzyć to, co odtwarzałem wczoraj wielokrotnie. Może byłem zbyt wymagający, jednak kolejne próby nie zostawiały złudzeń i nie dawały radości. Ścierałem nogą i malowałem raz jeszcze i jeszcze. Bez skutku. Poranek już całkiem odważnie rozdawał kolory okolicy, a ja mozoliłem się nad kreską zbyt trudną do odtworzenia. Jakiś pies przywitał mnie ogonem i mokrym nosem sprawdzał, co usiłuje z ziemi wygrzebać, ale poszedł czując, że do łakoci mi daleko. Pojedyncze kroki zaświergotały na żwirze, znikając tak samo, jak się pojawiły. Spoza pleców słońce zerkało na moje nieudolne próby, a ja ciągle drapałem ziemię niedoskonałością. Chyba zaskorupiłem się w sobie, bo łączność ze światem zerwała się niepostrzeżenie.

Nie wiem, ile czasu minęło, ani co się działo wokół. Siedziałem nad zniszczonym obrazem i naprawiałem go bezskutecznie. A pamięć wciąż mówiła, że nie zrobiłem tego dobrze. Aż poczułem na ramionach dłonie. Mniejsze od moich i delikatniejsze. Jakieś włosy zaczęły łaskotać mnie w ucho i szept ciepły, spowity kwiatowymi perfumami:

- To nie tak… Zaczekaj, pokażę ci. Ale to mój obraz i ty nigdy go nie namalujesz. Spróbuj namalować własny. Zobaczysz, że uda się za każdym razem. Weź patyk i maluj duszą. Zgaś wstyd i zwątpienie, pozwól sumieniu prowadzić rękę tam, gdzie nawet myślami boisz się podążać i namaluj. A jeśli tak bardzo spodobał się tobie mój, to pozwól mi go namalować. Daj patyk…

Wątpliwość.


Kobiety w białych koszulach szukających ich kolan w marszu… Trochę rozchełstane, niedbale ściągnięte paskiem, bądź rozwiane cygańską swobodą, rozpięte filuternie, kusząco. Panie w sukienkach i fryzurach pozbawionych symetrii, nierównomiernie ściągające oczy w kierunku ciał podejrzanie bladych, jakby to lato było tylko wytworem mojej wyobraźni. Mijam staruszki w słomkowych kapeluszach, patrząc na twarze, którym od śmiechu pomimo wszystko zmarszczki wymalowały nową wartość na twarzach. Jakaś wytatuowana dziewczyna niesie sandały w ręce – widać okaleczyły ją bardziej, niż deptak jest w stanie tego dokonać. Inna korzysta z fontanny dość bezwstydnie, jakby chciała zostać miss mokrego podkoszulka. Nie mam problemu z widzeniami, z ich minięciem i zapamiętaniem. W kucki pod garażem siedzi malarz i duma. Trochę przypomina siwowłosą wronę oglądającą własne pazury. Nie wiem, co widzi, ale nie kocie łby, nie kurz podwórza, nie codzienność oczywistą i niechlujną. Bo malarze widzą świat inaczej. Oni widzą świat uczuciami, jak poeci, którym niewiele trzeba słów, żeby oswoić widnokrąg, żeby zamiast sylwetki dostrzegli uczucia kłębiące się w niezgłębionej toni oczu. Staram się nie przeszkadzać światu własną obecnością, bo doskonale sobie radzi beze mnie. Nawet sroki przestały się skarżyć i zajęły się czymś konstruktywnym. Krótki deszcz rozmazał po Mieście aromat kurzu, który drapie język szorstkim posmakiem. Mijam tłum wędrujący z martwym wzrokiem do nieznanych mi codzienności, mijam budowy, które już wkrótce trwale zmienią krajobraz miejscowy. Drzewa chore od ludzkiej obecności i kwitnącą na zielono wodę w miejskiej fosie. Pasożytuję odrobinę, bo dać od siebie chyba nie mam co, a korzystam z tego multiorganizmu, z tej wspólnoty skupiającej ludzi i ich wytwory, zasiedlających przyrodę zaborczo i bezwzględnie. Zwalczających objawy niesubordynacji witalności biologicznej. Bo roślinom wolno, jednak nie tu – tu nawet chwasty mają być estetyczne i rosnąć z poszanowaniem BHP i kodeksów. Tylko jak je przekonać, żeby wykształciły w sobie zdolność kształtowania się według kanonów ideałów geometrycznych? Sekatorem? Piłą łańcuchową? Kosiarką? Bo chyba nie perswazją?

czwartek, 9 sierpnia 2018

Kulinarna rozpusta.


Rzecz będzie o jedzeniu, ale bardzo tendencyjna i raczej krotochwilna. Jeśli więc hipotetyczny czytelnik pała do jedzenia uczuciami żarliwymi i uduchowionymi, to może niech lepiej nie czyta, żeby nie pokalać obrazu i nie nosić w sobie ambiwalentnych uczuć, a kubkom smakowym zaoszczędzić rozstroju nerwowego, bo gotowe pomylić się w procesie rozpoznawczym i organoleptyczny błąd kosztować gotów zdrowie, które jak wiadomo na bardzo kruchym leży ruszcie. Nie, nie – nie myślałem tutaj o żeberkach i grillowaniu umysłu. Tutaj jawnie i na wprost miałem na myśli podatność zdrowia na uszkodzenia w wyniku spożycia – weźmy taką strychninę, albo owoce cisu, że nie wspomnę o grzybkach urodziwych nad podziw. Takich baśniowych, które dzieci nie wiadomo czemu uczą się malować jako pierwsze i pałają żądzą wszczepioną sobie samodzielnie, albo nierozsądkiem dorosłych.

Otóż – stało się, że świat przydreptał do tutaj wraz ze swoją różnorodnością i kusi niepojętym. Nowym. Obcym, ale nie wrogim podobno. Nawet języka tubylców usiłuje się nauczyć i zaszczepić dziecinne miłości z dalekich stron. Nie oponuję, bo wiem, że nieśmiertelne ruskie pierogi i barszcz ukraiński, albo kołduny litewskie są tak polskie, że przeciętnemu dorosłemu powinny być serwowane niemalże z automatu, tak, jak Norwegom zaleca się urlop w ciepłych krajach. Bez recepty i ograniczeń czasowo-miejscowych bigos, schabowy, golonka i żurek. Acha! I flaki koniecznie plus kaszanka. Nasi zarażają obcych, więc nie dziwota, że obcy przywożą do nas własne przekleństwa i pod nos podstawiają nieświadomej publice, która dyskretnie zerka, czy obcy to żre, a jeśli owszem, to również zaczerpnie z gara, bo jak mawia przysłowie – dla towarzystwa, to się i powiesić można. Po sarmacku i bez ograniczeń.

A skoro grzybkiem się już odbiło na wstępie, to pierwszy niech będzie taki grzybek. Pod ziemią raczy rosnąć, na ogół czarny jak kret i pomarszczony jak zmarznięta moszna. Trudno znaleźć, bo nie dość że daleko, to jeszcze pod ziemią. Cwaniaki z Galicji nauczyli świnie polować na owe grzybki, gdyż świnka węch ma o całe niebo doskonalszy i potrafi. A potem taki Bóg myślistwa wyrywa świni z pyska… znaczy z ryja… no… wyrywa oną mosznę zmarzniętą, żeby ją utrzeć na tarce (mężczyzn uprasza się o niełzawienie – to nie cebula, a moszna jest wyłącznie epitetem) i oprószyć makaron bezjajeczny, bezglutenowy, bezsensowny, albo spartańsko nieobecny w ogóle. Broń Boże pożreć jak świnia – nie godzi się, człowiek do wyższych celów jest i jemu też z ryja… znaczy z buzi… chyba z buzi… no w każdym razie z pyska mu wyrwą, bo nie tak. Tego się nie je, a wyłącznie drażni kubki smakowe bliskością.

Kolejny wybryk, to rybie jaja, które stanowią o sile rosyjskiej gospodarki, tuż obok niezwykle popularnej wódeczki, czy bardzo pożądanych złota i diamentów. Każdy obżartus zerka głodnym wzrokiem na (poniekąd również czarne) jaja śmierdzące mniej więcej jak kuter dalekomorski przy przejściu na emeryturę odraczaną przez lekarza-orzecznika na tyle długo, że sam Neptun klęczy w błagalnej pozie, żeby już więcej nie wypływał na cokolwiek większego od przelotnej kałuży na zapleczu złomowiska. Owe jaja – w zasadzie jajeczka, albo jajunia, bo niewielkie są i pojedyncze przypomina wielkością wsad stomatologiczny na próchnicowe ubytki. Tylko śmierdzi wytrwalej i potrafi aromatem objąć wszystko, co w zasięgu wzroku konsumenta się znajdzie. Nawet kawa, która podobno potrafi zneutralizować nawet aromat adidasów po pięćdziesięciu dyskotekach i trzech letnich maratonach nie radzi sobie i przesiąka na wylot, aż się człowiek zaczyna pocić tranem i można go zeskrobywać wprost ze skóry co najmniej trzy dni.

Japonia, to wiadomo – kraj barbarzyński, otoczony zewsząd wodą niezdatną do picia, więc się ognia dość późno dorobił i z tego nieszczęścia musiał żreć słone ryby na surowo, co jest wysoce niebezpieczne dla zdrowia zarówno fizycznego, jak i psychiki pacjenta poddanego podobnemu zabiegowi. Bo patrzyć, jak wiją się jakieś macki, czułki, odnóża, czy no sam nie wiem… mięśnie brzucha? Oni już doskonale wiedzą, że to niejadalne i może spowodować nieodwracalne szkody na libido osobnika wychowanego w kręgu kultur wielbiących ogień i gorące, zdezynfekowane dania, z których duch i dusza odparowały w procesach fizycznych zwanych między innymi gotowaniem. A takie gotowanie to i smród potrafi wyżąć z potraw i uczynić je nietoksycznymi, bezsmakowymi i wartościowością oscylującymi na poziomie celulozy (plus przyprawy, więc sole mineralne i tym podobne dodatki mające zabić organizm kapsaicyną, lub czymś, co jest nielegalne w większości cywilizowanego świata). O i żrą te ryby jakby byli tuńczykami, czy rekinami, a od płaczu oczy im się zdeformowały niczym liście ostro zakończone, żeby szybko odprowadzać wilgoć i asymilować. I cera – żółta od tranu, albo od woreczka żółciowego, kiedy szlag jasny… Przepraszam – nie zamierzałem być wulgarny, jednak mnie poniosło, kiedy wspomniałem marynowane ośmiorniczki w sosie sojowym, albo z zieloną pastą ostrzejszą od siekiery Kuby Rozpruwacza.

Jakiś pan – najwyraźniej było to po tym, jak przeczytałem, że najliczniejszy naród na świecie gustuje w lukrowanych ptaszkach, a słodkie mięso jak wiadomo oprócz niekończących się torsji oferuje liczne uszkodzenia uzębienia i dzieci od najmłodszych lat uczone są, żeby nie nadużywać słodyczy. I do tego ryż, w którym więcej jest genetyki, niż przyrody. Wstyd narzędzi używać do takich potraw, więc azjaci łyżki wsadzili w cholewy butów (jeśli mieli buty, albo chociaż cholewy) i żarli toto patykami. Wolę nie pytać o higienę dłoni, ale jakiś powód musiał być, żeby zamiast rączką, która doskonale nadaje się do wprowadzania pokarmu w organizm, wyłączyć ją z procesu i zastąpić okorowanym drzewcem. No i jakiś pan usiłował przekonać mnie, że szarańcza smażona w lukrze, pizza z dżdżownicami, czy też świeży (jeszcze tętniący przerażonym życiem) sok z tychże stanowią naturalną konsekwencję przywiązania ludzi do diety białkowej. Ale wystarczy popatrzeć na lokalne przekleństwa z naprawdę górnej półki, żeby się przekonać do pijawek w cukrze, czy szarańczy w pomarańczach. Weźmy taką rybę mydlaną z puszki, którą wolno otworzyć dopiero, kiedy puszka napęcznieje do kształtu piłki, przy czym otwieranie wolno przeprowadzać wyłącznie na świeżym powietrzu, albo zgniłe jaja pieczone w ogniach piekielnych, jaskółcze gniazda w beszamelu (tak – te już zużyte przez dorastający narybek), trujące ryby z grzybkami halucynogenkami, kolczaste owoce śmierdzące szaletem na taką odległość, że hieny wystąpiły o zmianę narodowości, albo przynajmniej azyl polityczny, żeby się znaleźć bliżej węchowego orgazmu.

Dlatego, pomimo wyrozumiałości sięgającej absurdu jestem zakamieniałym zwolennikiem konsumowania pieczonych, czy smażonych krów, niechby nawet święte być miały i aureolą ozdobiony talerz modlił się za moje zdrowie  w trakcie degustacji, duszonych przed uduszeniem w sosie myśliwskim świń, których nieczystość staje kością w gardle wyznawców innych wzorców ideologicznych. Będę żarł zgniłą kapustę i skisłe ogórki. No i zachęcał będę obcych, żeby skosztowali lokalnych (dla mnie) specjałów, po których jelita potrafią zagrać całą operę Peer Gynt i zbisować trzykrotnie w przeciągu jednego wieczora, ze szczególnym uwzględnieniem partii solowych i ciemnych basów występujących we fragmencie pod symptomatyczną nazwą kojarzącą się z wykwintną wieczerzą W grocie króla gór…

Jak zwykle - drobiazgi.


Jad mi gęstnieje, bo od tego ciepła woda z organizmu odparowuje. Sam nie wiem, czy jestem wystarczająco odporny na siebie, żeby przetrwać, więc na wszelki wypadek uzupełniam płyny w tempie wykazującym pewną dramatyczną rozpaczliwość poczynań. Tchórz krótko mówiąc mnie obleciał. Żółta bluzeczka drażniła sutki młodej pani, że te w pełnym wzwodzie flirtowały z wysokości zadartych pod niebo piersi z męskim wzrokiem, jeśli tylko ten miał jeszcze dość sił na myśli frywolne. Inna, przy pomocy nożyczek przeprowadziła transformację białych kozaczków do sandałów-podkolanówek, co wyglądało przynajmniej zdumiewająco. Dziewczę na ławce siedzące uśmiechało się do własnego telefonu śpiewając przy tym piosenkę. Sprzedawca lodów również śpiewał kręcąc ubogim tyłeczkiem w rytm starego przeboju Maanam, a przechodzące nieopodal dziewczęta zwartym chórkiem radośnie zawtórowały najwyraźniej w przypływie dobrego humoru. Ktoś grał na skrzypcach, gitarze towarzyszył flet poprzeczny, bańki mydlane zaglądały ludziom w oczy i usiłowały wśliznąć się pod skąpe ubrania. Cień rozpuścił się pod ścianami i schnie tam po cichu. Wygląda, jak plama w przechodniej bramie, kiedy pęcherz już nie jest w stanie unieść efektów namaczania organizmów pienistymi płynami. Ludzie uciekają z domów i nagrzanych ulic do klimatyzowanych galerii handlowych i szukają dowolnego pretekstu, żeby zostać tam możliwie najdłużej. Pan w dżinsach włożył skórzaną kurtkę pod głowę i dogorywa na ławce przy ruchliwej ulicy. Może chce się poddać mumifikacji i zbić wagę przed podróżą w niebyt? Ptaki wyklęły słoneczko i schowały się starannie. Ani widu, ani słychu. Za to pani dojrzała wiekiem i kształtem, prezentowała na siodełku roweru własną rumianą zapewne wypukłość w obcisłości, która tak bardzo się wytężała, żeby objąć kubaturę, że zamiast być czarną – stała się półprzeźroczysta, dzięki czemu można było cieszyć oko kontrastem różowych stringów przykrytych ową czernią niedoskonałą. Krótkowłosa pani o urodzie niebanalnej przeszła obok, a ja wiem, że gdybym podjął się zgadnięcia jej wieku, to błąd mógłby przekroczyć sto procent, co nie przeszkadzało mi wcale pozachwycać się jej urodą. Inna miała buzię dziecka, a stopy zniszczone zbyt długim życiem – najwyraźniej ktoś skleił dwa życia w jedno szamoczące się z niezdecydowania. Na murku oddzielającym chodnik od klombu trwa w plastikowej butelce reszta soku pomarańczowego, a papierowe kubki wciąż z zawartością bezpańsko stoją i zliczają spragnione jęzory mijające ów zestaw. Za to rośliny na klombie podsypane są strzępami drewna bejcowanymi na kolor brunatny bądź pomarańczowy. Że też komuś się chciało barwić te strzępki…

środa, 8 sierpnia 2018

Ludożerca.


To chyba trzeba mieć pecha, albo cechy typowe dla narodu wybranego, żeby trafić, jak ja trafiłem. Bo jak inaczej nazwać fakt, że chciałem zaspokoić prymitywne żądze, a zamiast… zdarzyła mi się niepojęta historia.

Prozaicznie wyasygnowałem kwotę wolną na konsumpcję i postanowiłem zamówić ciało do domu, żeby się nie szamotać w poczekalniach, czy jak tam zwą owe miejsca, gdzie człowiek trafia zanim obiekt wynajęty będzie gotów do świadczenia usługi. Na oswojonym gruncie zamierzenie może przynajmniej naśladować idealistyczne wzorce, bez tej krzykliwości i jednoznaczności. Ciało przyjechało i nawet nie było wulgarne – chyba z wyższej nieco ligi, która dawała nadzieję na odrobinkę więcej niż mechaniczne uwolnienie od nadmiaru nasienia liczonym w pojedynczych minutach. Ciało grzecznie zapytało gdzie będę uprzejmy konsumować, przyjęło zaproszenie na szklankę soku i bezwstydnie pozbawiało mnie garderoby, żebyśmy przeszli do clou programu. Nie bardzo przejmowało się moim monologiem, jąkaniem się i niewprawnością w działaniu, bo chociaż seks jest zwierzętom wszczepiony i intuicyjnie każdy z tematem sobie radzi raczej lepiej niż gorzej, to jednak premedytacja i materialistyczne podejście do zagadnienia stawiało ów akt na jakiejś innej półce, z którą nie potrafiłem się oswoić. Przecież takie ciało równie dobrze mogłem wynająć do zrobienia prania, czy wyprowadzenia na spacer psa. Ba! Ono mogło mieć moje geny zgoła!

Tymczasem ciało ogołociło mnie z tekstyliów i przystąpiło do zajęć profesjonalnych. Nie ma co sapać i debatować nadaremnie – pogrążyłem się w objęciach usługi i z nie dającą się ukryć satysfakcją doznałem spełnienia zgodnie z zamówieniem. Ja wiem, że to banalny początek historii, która powtarza się wszędzie na świecie co kilka sekund, jednak dla mnie egzotyka była pełna i zakwitła mi dziewiczo nowalijką. Objąłem to ciało, które wędrując do pracy zmieniało imię tak często, że już chyba samo nie wiedziało, jak rodzice na chrzcie mieli życzenie zwracać się do niego. Przytuliłem się we własnej błogości pogrążony do usługodawczyni (wolę być precyzyjny, żeby nie pogłębiać ewentualnych niedopowiedzeń). W końcu rachunek płacę i mam prawo do kaprysów. Więc przytuliłem mocno to ciało zdezynfekowane tuż przed przyjściem do mnie, a teraz pachnące mną i moją gorączką. Ciało posłusznie wtuliło się we mnie, bez najmniejszego grymasu pozwoliło się wąchać i poddało się rytmowi mojego, wciąż niespokojnego oddechu.

No i wtedy się zaczęło na dobre. Najpierw myślałem, że spociliśmy się tak bardzo, że ciała przyssały się do siebie i stąd przytulenie doskonałe, a jednak nie. Nasze ciała zaczęły się wgryzać w siebie i wzajemnością zarażać, wymieniać komórkami i dążyło do pełni. Szarpaliśmy się oboje, broniąc się przed nieznanym, jednak zjawisko posiadało determinację i wolę silniejszą od naszych nieco nadwyrężonych mięśni i mogliśmy tylko patrzeć, jak dzieje się przyszłość niepojęta. Ciało usiłowało protestować słownie, jednak moje autentyczne przerażenie przekazało jemu informację, że nie mam z tym nic wspólnego… Znaczy chciałem nie mieć nic wspólnego z tym, co się działo. Przecież zaprosiłem usługę na czas nijaki, raczej krótszy niż dłuższy i nie zamierzałem w ten sposób osiągnąć ideału odnajdując za złocisze drugą połówkę jabłuszka, która do tej mojej pasowałaby z boską dokładnością. Nie. Ja szukałem odprężenia i zamiast sobie loda kupić, czy garść winogron, to wynająłem ciało do ćwiczeń fizyczno-fizjologicznych. Taki „aktywny wypoczynek” i wyjście na siłownię…

Endorfiny poczuły się zawiedzione i więdły we mnie, zamiast w zachwycie eksplodować amokiem i głupawym uśmiechem zakwitnąć na spoconej twarzy. Schowały się gdzieś w żołądku i wierciły dziury z przerażenia, więc jeśli przeżyję, to wrzody żołądka mam zagwarantowane. Tymczasem ciało wżerało się we mnie i zacząłem z nim negocjować. Co dalej? Kim być po scaleniu? Czy w ogóle jest jakiś wybór? Ciało, kiedy otrząsnęło się z szoku podjęło negocjacje i z żelazną konsekwencją wypytywało mnie o status quo mojej egzystencji. Nie sposób kłamać, kiedy jest się przytulonym tak bardzo, więc jak na pierwszej spowiedzi udzielałem odpowiedzi najbliższych prawdzie. Ciało pomilczało dłuższą chwilę, jakby podejmowało ważną życiową decyzję, która spowoduje nieodwracalne zdarzenia. Wreszcie westchnęło i wzmacniając treść wulgaryzmem rzekło:

- No dobra. Zostaniemy tobą, bo twoje życie wydaje się być bardziej uporządkowane niż moje. Chyba, że bardzo chcesz zostać dziwką i każdego dnia zastanawiać się wielokrotnie, którą z chorób złapiemy najpierw, albo jaki ekscentryk wyszykuje nam przedwczesny i gwałtowny koniec świata. Oczywiście, jeżeli w ogóle mamy jakiś wybór…

Ciała wgryzały się w siebie coraz mocniej, a my wspólnowolnie usiłowaliśmy pozostać mną. Uczucie nie-do-opisania. Wątek żeński zasiedlał się we mnie i nie tyle rozpychał, co poszerzał świadomość i możliwości. Znienacka nabyłem umiejętności, których nie posiadałem, nawet tych, które wiązały się z moimi lękami, uprzedzeniami, czy jawną niechęcią. Głowa zasilona szarymi komórkami poczuła się dumna ze stanu posiadania, a układ nerwowy wysyłał na zwiad zastępy elektrycznych posłańców, żeby przeszpiegować ciało. Tę nową jednostkę, która zewnętrznie usiłowała być męską, jednak (ze wzruszeniem czworga ramion) skonstatowałem, że to tylko pozory. Światopogląd wzbogacony o rozmaitość poczuł się lekko oszołomiony, jednak zaadaptował się do nowych warunków szybciej, niż fizyczność. Ta, początkowo lekko rozbawiona cieszyła się intymnością, jakiej żadna usługa dostarczyć nie była w stanie. Orgazmiczne, płytkie, lecz tak pełne uczucie, że pozazdrościłby każdy, gdyby tylko był w stanie choćby mu towarzyszyć. W sposób naturalny stałem się wyznawcą seksu bez granic płciowych. Przepraszam – staliśmy się. I potrafiliśmy zadowolić prawie każdą jednostkę ludzką, dla której męskie kształty nie stanowią przeszkody.

Dopiero telefon, z agencji zaniepokojonej nieobecnością ciała wyrwał nas z błogostanu. Coś tam nakłamaliśmy, że wyszło już ciało, że skasowało i jesteśmy zadowoleni i poprosimy w przyszły piątek, żeby znowu przyszło i to już nie na godzinkę, ale na dwie, może i trzy. A potem stygliśmy już w monolit mnie odziani i siedliśmy na fotelu. Ona lubiła nogę na nogę zakładać i kiwać stopą, kiedy myśli ją opanowały, więc nie protestowałem. Chciała drinka, jednak bałem się, że będziemy jeszcze gdzieś jechali, więc na razie poprzestaliśmy na papierosie. Trochę kręciła nosem, więc odpuściłem – trudno - kompromis musimy wypracować i pora z nałogiem skończyć. Jej wdzięczność rozlała się po mnie obietnicami ersatzów tak frapujących, że decyzję uprawomocniłem błyskawicznie. Dobrze, że nie była weganką, bo mielibyśmy się z pyszna, ponieważ jestem zatwardziałym mięsożercą… Znaczy byłem, bo teraz, to sam nie wiem. Poszliśmy do lodówki, żeby się przekonać i moja lodówka chyba jej nie wystraszyła, choć lista zakupów niezbędnych mogła przytłoczyć rozmaitością – przyda i się nieco odmiany menu od standardu singla bez talentu do kucharzenia. I to kręcenie pupą w trakcie bosego spaceru do lodówki rozśmieszyło mnie do łez. Bo ja sam chodziłem kanciasto, a tu niespodziewana miękkość i płynność do rozkołysania. Autoerotyzm wyższego rzędu – sam siebie podniecałem i stałem się samowystarczalny – to znaczy… My się staliśmy, ale na zewnątrz głupio jest mówić o sobie w liczbie mnogiej, jakby to był król, czy też pierwszy sekretarz jedynie niegdyś słusznej partii.

Zamknęliśmy świat na cztery spusty, jak tylko udało się nafaszerować lodówkę do pełna i postanowiliśmy poznać się dokładniej. Nie mogąc zdecydować się na strój po domu chodziliśmy nadzy, jednak czasami przymierzałem sukieneczkę krótką, w której do mnie ciało przyszło, żeby zapoznać się z odrzuconą opcją. Ciało w tym czasie pichciło rzeczy tak wyszukane, że bałem się o przyszłość naszej wagi, jednak kręciłem się tuż obok i nos albo paluchy do garów wkładałem z niecierpliwości. Później na rękach nosiłem to ciało z wdzięczności i dwugodzinną kąpiel z książką, nastrojem i lampką wina bez skargi i z rosnącą akceptacją. Najtrudniej było umyć piersi i … Trudno się myje coś, co istnieje wyłącznie w umyśle, a nie uzewnętrznia się. Wieczór przerodził się w noc, ta obrodziła świtem, a my siedzieliśmy w fotelu i nie mogliśmy się „nagadać”. Bo przecież tyle spraw trzeba omówić – dobrze, że mózg podwojony nadążał za naszymi wątpliwościami i podsuwał rozwiązania ortodoksyjne czasami, jednak skuteczne. Gadaliśmy dzień drugi, a czasem jedno zasypiało, żeby drugie mogło się w sobie zebrać, oswoić i chwilę pobyć jednością. Dziwne, ale zanim lodówka opustoszała przestałem tęsknić za jednością i towarzystwo ciała wydało mi się niezbędne, jak niezbędna do życia wydaje się być wątroba, czy płuca.

Trochę poczytaliśmy, trochę czasu spędziliśmy przed telewizorem i jedność w nas zaczęła stawać się doskonalsza i tylko cichy śmiech w łóżku zwiastował, jak bardzo nam służy wzajemność niespodziewana. Potem przyszedł czas, żeby wynurzyć się z zacisza, z tej oazy i spróbować funkcjonować społecznie. Świat i światopogląd w naszych oczach był już inny, bogatszy w nowe doświadczenia i wiedzę, więc ten stary wydawał się mdły i wąski. Budowaliśmy go więc od nowa, wspólnie i nawet bez przepychanek. Coraz częściej trzymaliśmy się mentalne za ręce i patrzyliśmy w oczy bez obaw, choć wciąż wybory potrafiły zaskoczyć. Jaźń osiągnęła spokój i dumę. Świat stał się bardziej zrozumiały i łatwiejszy do współtrwania. Trwaliśmy w nim i rozwijaliśmy się nie zmieszani własną wielopłciowością i zainteresowaniem. Do czasu. To ciało zobaczyło pierwsze tego pana i zapałało do niego czymś więcej niż sympatią i bardzo mnie namawiało na próbę zbliżenia. Ja, jako niedawny samiec-hetero broniłem się dość wytrwale, jednak wobec argumentów ciała poddałem się. Poznaliśmy się „przypadkiem” i odrobinę zacieśniliśmy ową przypadkowość do znajomości, w której poświęcaliśmy sobie coś więcej niż mgnienie oka na ukłon gdzieś na chodniku. O zgrozo – on okazał się mniejszością seksualną i bardzo taktownie zaproponował zbliżenie…

Zanim zdążyłem zaprotestować ciało entuzjastycznie wyraziło zgodę i podparło ją gestem dalekim od wieloznaczności. Pan zaróżowiony od emocji teraz się zaczerwienił, bo ciało potrafiło być bezpośrednie, więc wieczór spędzaliśmy już kameralnie i kulturalnie. Tylko guziki koszul nie chciały się dziurek trzymać i jeden po drugim oddalał się na wolność, a klimat zadbał, żeby odzież poszła spać na podłogę i nie podglądała, co dorośli zrobią z tak niezwykle zaczętym wieczorem… No właśnie! Zaczętym i dopiętym, bo ciało z gorączkową jakąś łapczywością rzuciło się na męskość i wzięło ją sobie w posiadanie i cieszyło nią aż po spełnienie, by po fakcie wtulić się w te ramiona mrucząc rozkosze niepojęte… A później pot znowu skleił ciała i nie chciał puścić już wcale. I znów, lecz tym razem my we dwoje tłumaczyliśmy panu, że jest już z nami i witamy na pokładzie, z którego nie sposób odfrunąć. Pan miał wartość, którą wniósł w nasze jestestwa połączone. Był amatorem sztuk pięknych i melomanem. Dołożył szare komórki i myśli, które musiały bardzo starannie dobierać towarzystwo, żeby fizyczność uszczerbku nie doznała. Świat stał się nam trojgu otwartą księgą, a ludzie zrozumiali i przewidywalni. A kiedy pan już oswoił się z boską troistością współistnienia zaproponował przezorność w rozbudowie naszej psychicznej i fizycznej mnogości, żebyśmy nie zarazili się podłością, tandetą i niskimi instynktami. Żeby kolejne ciało wniosło coś, czym nie dysponowaliśmy, co mogłoby wzbogacić nas o walory, w które jesteśmy ubodzy… I teraz prześwietlamy ludzi, zanim… Jesteśmy straszni… Zabieramy ludziom życiorysy spełnione. Jesteśmy najokropniejszą plagą ziemską. I aspiracje mamy dorównać mądrością Bogu. Nikt nie patrzy na ludzi tak głodnym wzrokiem…