sobota, 22 września 2018

Pobudka.


Ona – krótkowłosa, zdecydowana, wyprostowana i chodząca tak brzydko, jak chodzić potrafią tylko faceci z opuchniętymi z niespełnionego pożądania jądrami. Albo trafieni kolanem bezlitośnie. Udawała, że nie słyszy szyderstw w pracy, kiedy za jej plecami „koledzy” zakładali się, czy się goli. I nie chodziło im na pewno o depilację obejmującą coraz większe połacie kobiecych ciał spragnionych doścignięcia ideału urody, tylko o twarde, męskie golenie zarostu na twarzy. Stała tyłem i nalewała do kubka służbową kawę o smaku kurzu wymieszanego z błotem, ale zdawało się, że to bez znaczenia. Opanowała odruch sprawdzenia dłonią, czy policzki zachrzęszczą pod palcami odrastającym zarostem. Dobrze chociaż, że jasnym i bardziej miękkim od zarostu tych tam…

Wzięła pełny kubek i przeszła pomiędzy chowającymi wzrok mężczyznami niczym bosman podczas przeglądu leniwej wachty. Chowali oczy, żeby nie dostrzegła w nich złośliwych błysków i rozbawienia. Ale ona była kobietą i nie musiała widzieć – ona wiedziała. Że śmieją się z niej i na życzliwość nie ma co liczyć. Szczęściem skórę miała pancerną, a odporności na stres można jej było pozazdrościć. Wzruszyła ramionami okrytymi żakietem, któremu niewiele brakowało do kroju męskich marynarek. W sumie mogłaby kupować i męskie, bo piersi miała tak drobne, że biustonosz mocno musiał się starać, żeby je uwypuklić. Gdy mu na to pozwalała, bo na ogół nie zgadzała się. Ani na demonstracje, ani na biustonosz. Uznawała, że to zbędna część garderoby i używała wyłącznie od święta. Czasem, kiedy upał skłaniał do wyboru czegoś bardzo lekkiego i półprzeźroczystego zakładała, żeby ukrócić plotki w biurze.

Szła w kierunku własnego biurka wymieniając zdawkowe, nieszczere uśmiechy. Postawiła kubek na biurku obok klawiatury i usiadła. Koniec przedstawienia. Osiem godzin. Niecałe, bo już kilka minut minęło. Przy sąsiednim biurku koleżanka poprawiała makijaż, który wydawał się być narzędziem pracy. To przez kierownika nieodpornego na jej wdzięki. Peszył się, ilekroć wlepiała w niego z uwielbieniem niebieskie oczy podkreślone kosmetykami. Maślane oczy potrafiła zrobić zawsze, gdy przechodził. Dopiero, kiedy się oddalił można było usłyszeć, co o nim naprawdę sądzi. Trzeba przyznać, że niezła z niej suka i tylko patrzeć, jak którymś popołudniem otworzy się przed nim na biurku jak jakiś małż, a potem wczepi się w faceta niczym koala w pień eukaliptusa by wspiąć się po nagrodę. Już teraz zadania, które dostaje zdają się być mniej pracochłonne, żeby miała czas na uwielbianie szarży.

- Wiesz? – szepnęła niezbyt dyskretnie, jak zawsze, kiedy na dyskrecji jej nie zależało – Jest nowy w biurze. Ponoć dziwny. Idziemy popatrzeć? Sama nie pójdę, bo Artur zobaczy i będzie zazdrosny…

Popatrzyła spod oka wiedząc, że nie uwolni się od namolnej towarzyszki i po raz kolejny wzruszyła ramionami. Życie mijało jej na wzruszaniu ramionami i gdy się nad tym zastanowiła, to chyba faktycznie wyrobiła już w sobie taki odruch na każdą propozycję płynącą z zewnątrz. Wstała i poszły razem. Piękna i bestia – słyszała to określenie wyszeptane tak, żeby nie mogła nie słyszeć. Jej towarzyszka kręciła biodrami, jakby usiłowała postrącać z cudzych biurek segregatory. Wiadomo – może gdzieś z tyłu zerka Artur… znaczy kierownik, więc niech widzi, że pończochy, że szpilki tak wysokie, że można nimi dowiercić się do ropy naftowej. Przecież nie po próżnicy się stara, tylko dla niego.

Nie były jedyne. W zasadzie wszystkie dziewczyny w biurze odczuwały nieprzemożną chęć spaceru i przerwy na papieroska, żeby zobaczyć „nowego”. Tego „dziwnego”. On? – siedział z nosem zatopionym w papiery i najwyraźniej miał na policzkach rumieńce – jak pensjonarka. Niezwykłe. Dorosłe kobiety muszą się nieźle wysilić, żeby namalować podobne, a on w pracy ma naturalne, które nie znikają. Najbardziej bezczelne przeszły obok już trzy razy, żeby popatrzeć. Jedna, to nawet półgębkiem usiadła na biurku nowego chcąc przeprowadzić z nim wywiad. Kto, co, jak się nazywa, te wszystkie drobne sprawy, które za kilka dni spowszednieją. Podniósł wzrok. Buzię miał delikatną. Dziecinną może. Długie włosy spięte gumką, świecący drobiazg w uchu, ani śladu niebieskiego cienia zarostu, oczy wielkie, spłoszone i te rumieńce wciąż rosnące. Podał dłoń wąską i miękką, z wypielęgnowanymi do granic możliwości paznokciami i przedstawił się:

- Gracjan…

Głos miał miękki, ciepły i taki, że się aż chciało doń przytulić. I uwierzyć było trudno w jego męskość. Kobiety słyszące ów głos drgnęły niedostrzegalnie, bo wzbudził w nich ukryte pragnienia homoseksualnych doznań. Eksperymentu, o którym nikomu nie wolno mówić, lecz potajemnie skosztować owocu zakazanego, niegrzecznego, łamiącego konwenanse, który czasami przerywa sen wilgocią ud. Gracjan mógł być kompromisem pomiędzy tabu, a banalnym romansem. Większość kobiet otrząsnęła się z erotycznej mrzonki i odeszła, tracąc zainteresowanie, gdy rozsądek zepchnął fantazje nieco głębiej w wyrafinowane duszyczki. Została pani dociekliwa, z niezaspokojoną… ciekawością chyba. Nagroda dla kierownika zaintrygowana głosem zapomniała na chwilę, że biodrami powinna omiatać ściany z pajęczyn. Coś w jej głowie dzwoniło, że Gracjan może być niebezpieczny. Może w kierowniku obudzić podobne chęci jak te, które dostrzegła w oczach koleżanek. Zerknęła na Martę, bo w niej też coś wewnętrznego zareagowało na Gracjana. Wzięła ją pod rękę mocno i szepnęła jak zwykle niedyskretnie:

- Chodź już. Musimy pogadać.

Kiedy odchodziły paplała już jakieś nieistotności układając usta (bo być może Artur właśnie zerka) w dziubek zalotny, a drugą ręką kręciła we włosach loczki i układała je za uchem jak obietnicę pieszczoty. W głowie powstawała strategia neutralizacji wdzięku Gracjana. Musi go jakoś schować przed Arturem, obronić go przed urokiem nowego. A może…? Martę najchętniej by napuściła na niego – zerknęła bardzo ostrożnie – może się uda. Marta na ogół nie wykazywała zainteresowania kimkolwiek. Tego zainteresowania, które związane jest z seksualną atrakcyjnością być może była nawet pozbawiona. Wyjałowiona. Mały, chudy i wypieszczony niczym ukochana laleczka facet wprowadził niepokój w środowisko złośliwych, cynicznych i bezwzględnych samic walczących o strefy wpływów z wszystkimi, łącznie z facetami i szefostwem płci dowolnej. Sojusze chwilowe i święte wojny toczyły się pod płaszczykiem uprzejmości, a szykany miały nie dwa dna, a chyba z pięć.

- Tak! Marta byłaby dobra! – pomyślała – przecież każdy, kto zobaczy tę laleczkę z Martą musi poczuć niesmak i zniechęcić się do jakichkolwiek kontaktów. Co z tego, że piękny, jak się go ubierze w brzydką, niemalowaną babę. Babsztyla bez krzty uroku.

Plan wykrystalizował nim wróciły do biurek. Postanowiła otoczyć oboje intrygą i jakoś ich ku sobie popychać. W głowie Marty obraz Gracjana jednak był już wyryty, chociaż broniła się przed tą myślą. Nieumiejętnie, bo do dzisiaj nie musiała ani razu bronić się przed podobnymi myślami. Ostatni raz „męskie” towarzystwo zapamiętała z przedszkola, kiedy jakiś nieudacznik został bez pary i opiekunka grupy połączyła ją z nim, żeby szli razem do parku. Wracała też z nim i od tamtej pory nie doświadczyła niczego więcej. W pracy nie podawała nikomu ręki, chociaż raz, po pijaku pomyślała złośliwie, że poda. Poda tym wszystkim czarodziejom całującym piękne koleżanki po rękach. Poda im własną dłoń, kowalską i ciężką. Bez manicure, bez kremów i odżywek. I będzie patrzyć, jak się szamoczą i udają, jak kombinują, by się zapaść pod ziemię. Była gotowa to zrobić. Nawet, kiedy wytrzeźwiała była gotowa. Powstrzymała ją myśl, że następnego dnia musiałaby przyjść do gniazda os, w którym byłoby jeszcze gorzej. Dla własnego dobra zrezygnowała. Postanowiła, że zrobi tak na odchodne. Pójdzie się pożegnać i poda rękę. Może nawet nachyli się i da buziaka w policzek?

- Chyba w czoło – pomyślała ironicznie – przecież jestem wyższa od większości facetów w biurze. I bardziej rozrośnięta w ramionach.

Rzuciła okiem na wygaszony monitor i usiłowała się w nim przejrzeć.

- Co się ze mną do cholery dzieje? Od kiedy mi na wyglądzie zależy?

Zapomniała o pracy, zimnej suce i jej (już wkrótce) Arturze. Zasłoniła się monitorem i otworzyła dowolny segregator jako alibi. Siorbnęła wystygłej już, ohydnej kawy. Jutro nadrobi zaległości, a dzisiaj odda się mrzonkom. Popuściła cugle wyobraźni - lekko, tyle tylko, żeby zobaczyć, jak idą pod rękę z Gracjanem przez to stado żmij. I to ona trzyma go pod rękę, to ona jest przewodnikiem stada i głową… bała się nawet myśli, że z rozpędu chciała skończyć wizję słowem „rodziny”. Zerknęła w czarną toń kubka i zdało się jej, że włosy ma w nieładzie. Poprawiła dłonią, bo jej krótkie włosy nadawały się do czesania dłonią. Nie miała szczotek i grzebieni przy sobie. Torebki nawet nie miała, co wydaje się niepojęte dla reszty kobiet na świecie. A jej niepojęte się wydało, że uczesała się siedząc przy biurku. Tylko patrzeć, jak w biurze odepnie guzik bluzki.

- Naprawdę tak pomyślała? Ona? – chciała zbesztać samą siebie, gdy palce realizowały podświadome myśli i błądziły niebezpiecznie wokół górnego guzika bluzki. O szlag! To nie guzik - palce próbowały odpiąć pęczniejący sutek.

piątek, 21 września 2018

Leniwym krokiem.


Tuż poniżej młodej pupy rozsiadł się dojrzewając wielki, siny żółw. Płci męskiej zapewne, bo wyciągał szyję i starał się rzucić okiem pod odważnie wycięte spodenki kryjące świeżo zakwitłą kobiecość. Rumieniec pani z piekarni schował się w dekolt i wypłynął rękawami na pulchniutkie ramiona. Mijam kobietę w czarnych, wzmocnionych skórą spodniach i kozakach po kolana. Patrzyła na mnie zdziwiona moim zdziwieniem, a ja nadal zrozumieć nie mogę, dlaczego zimowy strój w letni czas założyła. Rozumiem za to bezdomnego, który dosypia na ławce w cieniu wzgórza ubrany w kurteczkę. Jemu noc mogła dopiec i chce nacieszyć się komfortem. Jak żmija – połyka ciepło na zapas, żeby wyzwolić w sobie energię na kolejny dzień ubogi w kalorie pokarmowe. Pani blada od stóp do głów idzie niepewnym krokiem – może pierwszy raz w życiu wyszła z domu? Przy tegorocznej pogodzie trudno skłonić skórę, by pozostała mleczną. Nie zajrzałem w oczy – być może w nich znalazłbym odpowiedź. Odwiedzam miejsca, w których pośpiech powinien być karalny, a ciekawość zamiera w obliczu sielanki. Woda płynie leniwiej od myśli i chwyta spadającą z platanów korę, klonowe liście, śmieci bezmyślnie wrzucone do wody. Zapłonąłem lenistwem i trwałem w jego objęciach zanurzony po szyję. Zajrzałem w zaułki i piwnice, w miejsca, gdzie cegła starzeje się z godnością, chociaż od podsłuchiwania wyznań zarumieniła się niemal na bordowo. Podłogą z klocków drewna poszedłem tam i z powrotem, bo krata niegościnnie zamknięta mnie odepchnęła. Nie mam żalu, Drewno jest cieplejsze od granitu. Cieplejsze od oszukanych obrazów drukowanych na płótnie, żeby taką namiastką wieść na pokuszenie bliźnich. Przystanąłem przy labiryncie granitowym, gdzie ścianami być miała zieleń trawnika i w głowie rozwiązywałem szaradę nie mając nici Ariadny. Nie chciałem pytać, ani wiedzieć. Szedłem szukając miejsc, w których nie widać remontów. To trudne. Być może obecnie niemożliwe. Nawet, kiedy horyzont ograniczony zostanie sznurem kamienic perspektywicznie dążących do zwarcia. Mijam knajpy, w których w południe krzyczą na mnie – nieczynne! Nie szkodzi – rajskie jabłonie założyły korale tak piękne, że nie potrafię odwrócić wzroku. Zbyt wielu zazdrośników patrzyło, więc nie skosztowałem, choć wiem, że warto.

Dekalog.


Raz…

Sekundy mijają niczym godziny. Rozciągają się tak bardzo, że najbardziej elastyczna guma patrzyłaby z ponurą zazdrością gdyby dysponowała wzrokiem i uczuciami. Pomiędzy pierwszym, a drugim cyknięciem zegara zmieścić można kosmos. Nieskończoną czarną i zimną przestrzeń, w której tkwię… Jestem utkwiony… Jak zaburzenie, anomalia, niedopatrzenie i przypadek niechętnie dostrzegany przez sprawcę zamieszania.

Dwa…

Noc się rozsiadła po wszystkich kątach i niezmordowanie zwiedza mieszkanie, jakby nigdy wcześniej w nim nie była. Kokosi się i szpera po szafach. Tylko dlaczego musiała potknąć się właśnie o mnie? Dlaczego wyrwała z objęć snu i nie pozwala zamknąć oczu, choć otwartym na żer nic nie podsuwa? Chciałem obrócić się na bok, ale kołdra syczy coś trudnego do zrozumienia – chyba jest wściekła, że się rozpycham. Zesztywniałem i leżę na wznak usiłując przypomnieć sobie, jak daleko od nosa znajduje się sufit.

Trzy…

Nieskończoność lepka trwa, kpiąc ze mnie i z zegara. Może się nawet mocuje z nim trzymając w dłoniach wskazówki, żeby nie wykonały kolejnego skoku. Przestrzeń i czas – wieczna wojna w której biorę udział każdej chyba nocy. Awansowałem na arbitra? Mam rozstrzygać? A cóż ja mogę rozstrzygać leżąc nago w ciemnościach? Ściany przedrzeźniają każdy mój ruch i zwracają echem obrzydliwie zabarwionym i rozciągniętym tylko trochę mniej od sekund, więc staram się nie istnieć.

Cztery…

W okolicy śmietników drży i dyszy jakieś zamieszanie. Lokalna wojna. Szczury? Nie - one są zbyt inteligentne, żeby przy suto zastawionym stole walczyć o pojedyncze kęsy i narażać się na rany zębami pobratymca. Zapewne bezpańskie psy łapczywie szarpią się o coś.

Pięć…

Ktoś kaszle. Zapewne sąsiad, który kupił pieska, bo nie ma z kim rozmawiać, więc teraz wstaje przed czwartą, żeby przed wyjściem do pracy zdążyć ze zwierzakiem wyjść choć na kwadrans. A może to bezdomny chrypi. Ten, który śpi na betonowym murku za prześcieradło mając rozłożony karton? Wilka złapie i reumatyzm, ale o tym jeszcze nie wie. Może nie dożyje? Któż przejmowałby się przyszłością, skoro teraźniejszość niepewna?

Sześć…

Zatrzymany semaforami pociąg wyje żałośnie. Skarży się na bezruch, kiedy dworzec wyczuwa już nosem i okiem zmęczonego maszynisty. Samolot buczy jednostajnie, wznosząc się do lotu w dalekie kraje, a ulicami, zamknięci pojedynczo w samochodach, przemykają w wielkim pospiechu ci, którzy nocą wracają z daleka, albo właśnie jadą gdzieś, gdzie zdążyć muszą nim słońce wstanie. Pijany nocny tramwaj kolebie się na torach i wypluwa na przystankach wracających z dyskotek studentów, panią, której randka udała się średnio i pana z wielkim brzuchem, któremu znakomicie udały się szwagra imieniny. Będzie pokuta o poranku, ale teraz zadowolenie maluje się na pełnym obliczu i wielką łaskawością obejmuje mgliste otoczenie. Czyje były wczoraj imieniny?

Siedem…

Okno w sąsiedniej kamienicy otwiera się. Nie zapalając świateł kobieta staje w oknie, by wypalić pierwszego papierosa. Taki rytuał, póki kawa zbyt gorąca. W samym szlafroku wygląda jak namalowana w ramie okiennic. Za firanką mąż zachwycony porannym wzwodem usiłuje zrealizować gotowość instynktów i głowa pani podryguje przez chwilę, a gwiazda żaru z papierosa przemieszcza się mniej płynnie. Niemal słyszę, jak mąż gryzie firankę, żeby nie ogłosić okolicy spełnienia, a pani syka z irytacją, kiedy sukces stygnie, spływając wewnętrzną częścią uda. Zadrżała i wyrzuciła niedopałek, który popełnił samobójstwo na parkingu pod oknami, w czasie, gdy kobieta bierze prysznic.

Osiem…

Sprawdzam, czy ja również ogarnięty zostałem sztywnością, choć nie wiem, z kim miałbym ją dzielić. Chyba ze sobą… Przychodzi kotka, żeby mnie otoczyć trudną miłością. Bo przychodzi tylko wtedy, kiedy sama potrzebuje pieszczot i nadstawia się mrucząc, by ją głaskać dopóki nie odejdzie. Taka jednokierunkowa miłość wypełniająca znienacka dłonie miękkim i ciepłym futrem bez nadziei na wzajemność.

Dziewięć…

Wrona zgubiła własne stado, które w objęciach nocy jest zakamuflowane doskonale. Siedzi teraz samotnie, zapewne na tej katalpie rosnącej przed kuchennym oknem i płacze chrapliwie z żalu. Wrony… W locie wyglądają tak, jakby ktoś podarł noc na strzępy i rozsypał na wietrze. Darte kartki nawet wydają podobny dźwięk, do wronich dialogów.

Dziesięć…

Zaskrzypiała brama garażu. To artysta wstał w nocy gnany natchnieniem. Może nawet boso wyszedł, bo mu się zdarza zapomnieć w ferworze uniesienia. Kto przejmowałby się strojem, gdy namiętność i wena niesie. Błogosławię mu i kciuki trzymam, bo on czasu nie widzi wcale. Więc przelatuje mu przez palce, a wiatr rozwiewa trocinki z pękniętej klepsydry. Gdyby nie on… Poranek nie nadszedłby chyba nigdy. Tymczasem czerń płowieje. Malarz zaraża płótno i okolicę kolorami. Kołdra zeskakuje na podłogę i układa się w kłębuszek jak młody psiak.

czwartek, 20 września 2018

Ludzie spotykają się dwa razy.


Siedziała tam, przy stole, jednym z bardzo wielu w bibliotece. Ani na środku, ani przy autostradzie, którą wędrowali studenci szukający wsparcia obsługi i jeszcze jednej pozycji, w której być może znajdą rozwiązanie problemu, by na wczoraj sporządzić sprawozdanie. Nie. Siedziała tak, jakby szukała zaścianka. Najbardziej skrytego miejsca w całej czytelni. I chyba znalazła, bo tam, gdzie siedziała nawet światło zaglądało niechętnie i wstydziło się własnej obecności. Zupełnie tak, jakby czuło się niechciane. Po czubek głowy zanurzona była w półmrok i niemal niewidzialna na tle stron rozświetlonych punktowym światłem. Nie sposób było wyczytać z mimiki jakichkolwiek uczuć, bo mimika niknęła poza kręgiem białego światła załamującego się w czerni druku chciwie wysysającego tło liter. Dla mnie była konturem, cieniem, grafiką pociągniętą kawałkiem węgla na tynku.

Ale przecież była i ściągała mój wzrok częściej, niż obojętność pozwalała czynić to bezkarnie. Może nawet wysłała do mnie ostrzegawcze spojrzenie, że widzi i nie życzy sobie tego zainteresowania nią. Speszyłem się trochę, bo sam nie potrafiłem określić dlaczego zaintrygowała mnie właśnie ona. Przewracałem kartki czegoś, co jeszcze przed chwilą stanowiło powód mojej obecności tutaj, a teraz zaledwie alibi pozwalające podglądać nieznajomą. Szczęściem byłem sam i ona również, więc obracając kartki bezmyślnie czekałem aż wyjdzie, żeby dołączyć. Pustka w głowie nie rokowała, że się uda, bo wypadałoby zagaić jeśli miałbym wyjść z nią, a mi do głowy nie przychodziło dokładnie nic. Jak zaczepić, żeby nie zrazić, żeby zaciekawić i pozwolić jej łaskawie zgodzić się na moją obecność tuż obok.

Tak samo jak udawałem że czytam, udawałem że myślę. A przecież nie myślałem wcale, tylko uczyłem się zmysłami widzianego konturu i buńczucznie stwierdziłem przed samym sobą, że poznałbym, gdyby jej cień minął mnie gdzieś w zaułku oświetlonym gazową latarnią. Łatwo mniemać na własny temat, bo kto miałby zweryfikować takową zapowiedź, skoro nawet ustami nie poruszyłem ubierając myśl w zdanie. Grzałem się więc bezkarnie, że nie pozwolę temu istnieniu przemknąć obok bez zauważenia. A istnienie złożyło książki, spakowało torbę i ruszyło w moją stronę…

W MOJĄ! W gardle suchość, we łbie pustka, a na tle punktowych świateł przy zajętych stołach szedł do mnie kontur i w oczach rósł. Pośród bibliotecznej ciszy obraz rósł z każdym miękkim krokiem wystukanym nieodwołalnym, ostrym i bezwzględnym rytmem. Tuk, tuk, tuk – z każdym kolejnym echem obcasa na kamiennej podłodze coraz wyraźniej rysowałem w głowie obraz sinusoidy bioder dyktujących stopom metrum by dopełnić kolejny cykl gładką amplitudą. MUSIAŁA przejść obok mnie, nawet jeśli tylko zdawało mi się, że dostrzegła moje zainteresowanie nią i było jej nie w smak, że ktoś odkrył jej obecność w czytelni. Tuk, tuk, tuk… Świat zamknął się w tym dźwięku – dla mnie się zamknął i nie słyszałem nic więcej. Ręce powtarzały ostatni świadomy ruch i przewracały bezsensownie kartki, a kontur wynurzał się z cienia w stronę lepiej oświetlonych fragmentów czytelni.

- Zostań. Proszę – mijając mnie położyła mi dłoń na ramieniu i widząc moją minę pełną żalu i niemej skargi pogłaskała mnie po policzku – Zostań, dziś nie jest dobry dzień, żebyś się odezwał, bo każde słowo będzie złe.

Poszła nie zmieniając rytmu. Odłożyła na ladę wypożyczone książki, uśmiechnęła się leciutko i kiwnęła głową na do zobaczenia, po czym wyszła. Siedziałem, rozkoszując się własną pamięcią, która skupiła się na policzku dopiero co polizanym delikatnością opuszków palców nieznajomej. Ona nieśmiała i ja pełen zapału w tym jednym momencie zamieniliśmy się rolami i zostałem z niczym, kiedy poszła w swoje jutro. Bezwładnie siedziałem. Bez pomysłu na ciąg dalszy popołudnia, a książka, przestała stanowić wartość. Zamknąłem i oddałem – niech poczeka na lepszy dzień do czytania.

Zaglądałem później i nawet zdążyłem zlekceważoną literaturę wypożyczyć ponownie, ale stół w zaścianku ani razu już nie zaświecił punktowym światłem w obecności konturu. Byłbym kłamcą, gdybym udawał, że przypadek mnie tam sprowadza, albo potrzeba. Zbyt rzadko miałem potrzebę, za to nadzieja pchała mnie tam częściej i wynajdowałem preteksty, żeby spędzać więcej czasu w tym wnętrzu, gdzie woń książek przypominała mi o przemijaniu. Stary papier pachnie zupełnie inaczej, niż egzemplarz wprost z drukarni. Pachnie kurzem, tajemnicą i obietnicą niemożliwego. Pieściłem dłonie gładkością okładek, minioną ostrością grzbietu i poszarzałą bielą kartek. Tylko lampka nad stołem w kącie czytelni wciąż doczekać nie mogła kolejnej wizyty konturu.

Czas. Miał leczyć, a nie eskalować tęsknoty. A jednak zachowywał się niestandardowo i skazał mnie na szukanie czegoś, co nie zdążyło się dopełnić, albo dopowiedzieć. Chciałem. Wiedzieć, zrozumieć, zaznać, a tymczasem pozostałem skazańcem któremu nawet wyroku nie odczytano. Może sam się skazałem i dobrowolnie odbywam karę? Ścieżkę własną wydreptałem do biblioteki. Jeszcze trochę i mnie adoptują tam, albo zameldują przynajmniej czasowo. Nadaremnie, bo nie ścian szukam. Nasiąknąłem starym papierem jakbym był pracownikiem. I wszystko na nic. Kontur albo mnie omijał, albo był wtedy przypadkiem. Turystyczną jednostkową obecnością. Ale przecież… Powiedział "nie tym razem", więc kolejne spotkanie było czymś więcej niż wymysłem.

- Chodź, dzisiaj nie chcę być sam, a i tobie przyda się towarzystwo – jeden z pracowników biblioteki właśnie kończył pracę. Znaliśmy się z widzenia na tyle, że w zasadzie mogłem o nim powiedzieć, że to stary dobry nieznajomy.

Z braku lepszych pomysłów poszedłem z człowiekiem, o którym wiedziałem tyle, że pojawia się w pracy i z naturalną sympatią obsługuje zaglądających do biblioteki gości bez względu na wiek i płeć. To wystarczyło, żebyśmy spędzili wieczór, choć bez wylewności typowej dla znajomości dłuższych od historii świata. Przypadkowy znajomy nie usiłował przytłoczyć mnie własnymi problemami, więc wieczór płynął dość żwawo i atmosferze pozwalającej na szczery uśmiech. Najwyraźniej chciał uniknąć stagnacji, bo sugerował wciąż nowe lokale, gdy tylko udało się pierwsze szkło opróżnić z zawartości, a znajomością okolicy wykazywał się wręcz doskonałą – pojęcia nie miałem, że w zasięgu wzroku mieści się tak rozległa sieć gastronomiczna i różnorodnością potrafiąca dostosować się do bardzo specyficznych gustów.

Wieczór postarzał się gdy schodziliśmy po schodach opakowanych w bordowy dywan w czeluści jakiejś piwnicznej knajpy. Na dole muzyka rozpływała po pomieszczeniach i chyba było jej duszno, bo wspinała się tymi schodami na górę. Usiedliśmy przy stoliku. Ktoś coś podał, przypadkowy towarzysz postanowił przed konsumpcją zwiedzić tutejszą łazienkę, więc zostałem sam przy stole. Półmrok ciepły otoczył mnie dyskretnie, a z niewidocznych głośników popłynęła muzyka. Wraz z nią napłynęła do mnie jakaś fala melancholii i patrzyłem na blat stołu pomiędzy szklankami pełnymi i jeszcze oszronionymi. Gwiazdy iluminacji sceny tańczyły jakiś chorobliwy taniec na polakierowanej powierzchni. Patrzyłem bezmyślnie, ale światła zniknęły nagle. Jakiś cień zdjął je ze stołu i zawładnął całą powierzchnią. Zachłysnąłem się – cień nie był obcy!

Podniosłem wzrok. Na podwyższeniu sceny, niczym na talerzu, w rytm muzyki wyginała się ze smutnym uśmiechem właścicielka cienia, którego tak długo szukałem. Kolorowe światła zniekształcały ruch i kształty, a ona tańczyła zdejmując w tańcu nieliczne elementy garderoby, aż w końcu była ubrana jedynie w chromowaną rurę, za którą nawet nie próbowała się ukryć, by dotrwać do końca utworu. Patrzyłem zachłannie na zgubę, a ona niewidzącym wzrokiem omiatała wnętrze knajpy. Nie wiem, czy cokolwiek była w stanie dostrzec, bo wszędzie poza sceną oświetlenie było ledwie zaznaczone.

Nim zeszła, zerknęła w moją stronę i zdawało mi się że drgnęła, lecz chwilę później już jej nie było, bo znikła gdzieś poza sceną. Patrzyłem tępo w to miejsce, gdzie umknęła, jednak daremnie. Na scenie pojawiła się kolejna tancerka, żeby w przerysowanych ruchach spleść się z muzyką w udawaną ekstazę. Opuściłem wzrok. Nie tak wyobrażałem sobie nasze spotkanie. Nie tak chciałem poznać to ciało. W głowie kłębiły się myśli rozmaite i same ze sobą się spierały. Szukały przyczyn i racjonalnego wyjaśnienia. Apetyt na zabawę minął mi bezpowrotnie. Nie wiedziałem, czy wyjdzie na scenę jeszcze raz, a może i pięć, lecz nie chciałem stresować jej własnym widokiem. Pożegnałem towarzysza wymyślając pierwszy lepszy pretekst i wyszedłem w noc.

Ulica pustoszała. Gdzieniegdzie ostatnie, małe grupy przemieszczały się do lokali otwartych dłużej od innych, ale poza czujnym wzrokiem taksówkarzy wypatrujących gestu przywołania okolicę zwiedzał już tylko wiatr. Stanąłem, bo wyszedłem pod wpływem impulsu nie wiedząc, co mam zamiar dalej zrobić ze sobą. Wbiłem ręce w kieszenie i już miałem pójść do domu, kiedy usłyszałem za sobą kroki i ktoś chwycił mnie lekko za ramię.

- Już uwierzyłam, że się uda – powiedział cień patrząc mi prosto w oczy – Dziś był ostatni dzień i gdybyś poczekał chociaż te pięć minut… Moje ostatnie pięć minut tutaj. Możesz uwierzyć, albo nie. Dziś odebrałam właśnie ostatnie pieniądze. A jutro chciałam cię odnaleźć.

- Wiesz? Jutro właśnie się zaczęło…

Trochę dłuższy spacer.


Dzień zaprosił na spacer odrobinę wcześniej niż się spodziewałem, ale nie broniłem się przesadnie, bo pięknie się zapowiadał. Już przez okno widziałem, że lato stężało polizane jesienną nocą i nawet drgnięciem wiatru nie odezwie się. Zastygło i zmumifikowało się. Nawet ptaki ćwierkały co drugi dźwięk.

Dobrze odżywiona kobieta jutra szła z głową zatopioną w korespondencję elektroniczną. Rzuciłem okiem na jej twarz uśmiechającą się do monitora i zobaczyłem metalowe smarki wiszące z nosa. Jedna z kropel przykleiła się gdzieś pod ustami. Ohyda. Cyborgi żrą chyba płynny metal na śniadanie i upuszczają co-nieco, żeby stężało, ale może to i lepiej, bo w razie potrzeby smycz będzie o co zaczepić, gdy przyjdzie takiego zaparkować.

No!. A potem było jeszcze zabawniej. Chudy i brudny człowieczek założył na głowę papierowy kubełek z KFC i popijając colę z puszki kontemplował witryny zamkniętych sklepów z miną konesera. Jego towarzysz (jak sądzę) przeprowadzał rewizję ulicznego śmietnika ubrany w rozchełstaną flanelową koszulę i dżinsy nad kolano. I nie byłoby nic zdumiewającego w tym stroju, gdyby nie fakt, że spodenki po wewnętrznych i zewnętrznych szwach były rozprute i wyglądały jak spódniczka. Trochę po szkocku wyglądał, bo skarpety nosił grube i buty nadające się do górskich eksploracji.

Następnie minęła mnie owalna pani z kulistym panem z włoska wymieniając uwagi. Rozmawiali głośno i słowa płynęły bardzo szybko. Nie przeszkadzało im, że mówią w tej samej jednostce czasu. Myślałem, że się kłócą, ale jednak nie – miny mieli sobą zachwycone i jeśli tak wygląda włoska kłótnia, to chcę być Włochem. Minąłem panią, która na udzie miała siniaczka-monidło. Taką ślubną fotografię młodej pary, ale nowożeńcami były zajączki. Czasowa wystawa w kolorach i zapewne nikt mi nie uwierzy, jednak zdawało mi się, że zajączki były bardzo zadowolone (jak to z nowożeńcami bywa). Może tło im służyło ciepłem młodego ciała?

Starszy pan w pełnym garniturze i nie wiedzieć czemu czapeczce bejsbolówce zamiast kapelusza odłożył laseczkę na ligustrowy, świeżo przystrzyżony w kancik żywopłot i skraplał się bezwstydnie. Na trawniczek okalający miejską fosę. Miał szczęście, że król z brązu siedzący na koniu nieopodal zerkał na drugą stronę ulicy. Kiedy mijałem kwiaciarnię, której właściciel dobudował dach na stelażu z drewna i pozwolił winoroślom i bluszczom obrosnąć, by żywą ścianą odgrodzić wnętrze, ze stojącymi na regałach kwiatami, od zewnętrza palonego słońcem od wiosny, znowu fizjologia wygrała z przyrodą. Dwaj spragnieni panowie siedzieli na ławeczce oddając się konsumpcji i jeden z nich przeprowadził procesy filtracyjne na tyle szybko, że potrzebował odprowadzić nadmiar wody. Wolę nie myśleć, co działo się po wewnętrznej stronie zielonej, ażurowej ściany.

środa, 19 września 2018

Odkrywanie Ameryki.


Koń musiał być upośledzony, bo zamiast instynktownie szukać pośród końskich piękności zdecydował się na mezalians. Z oślicą, której dla odmiany rozsądku brakło, albo była okropnie leniwa, żeby się przed zalotami obronić. No i stało się. Koń wyegzekwował własne chuci na tępej towarzyszce, a ta, jakby nigdy nic podążyła boczną, pionierską ścieżką ewolucji i przymierzała się do powicia potomstwa. Stwórca, który do tej pory dość rozsądnie obdzielał zwierzyniec ziemski atrybutami i talentami, zgłupiał lekko w obliczu samowoli końskiej i oślej determinacji i nie bardzo wiedział, co z tym poczętym wbrew naturze życiem począć. Przeprowadził błyskawiczną analizę i pośród domniemań wygenerował opcję o szansach powodzenia większych od innych. Wiadomo – boskim jednostkom dane są dane niedostępne dla szaraków, więc nawet w przypadku jednokrotnego ekscesu potrafił znaleźć podobieństwa, czy też szacunki, wesprzeć się ideologicznie abstrakcyjnym myśleniem i nadziejami, pozostawiając w odwodzie cud prawdziwy na wypadek, gdyby życie zdegenerowało.

Tymczasem wypadało płodowi zapewnić jakąś fizyczność i zestaw przymiotów. Najwyraźniej Projektant miał słabszy dzień, bo zamiast maksymalizować zyski i minimalizować straty poszedł na łatwiznę i wyselekcjonował coś na kształt złotego środka – w pół drogi wszystko. Zalety i wady pospołu. I dał wyraz własnemu niezadowoleniu. Napiętnował zwierzę po sąd ostateczny tą dwoistością swoistą i niezdecydowaniem. Stworzył pasiaste stworzenie i kazał mu żyć pomiędzy dniem i nocą, żeby się skryć przed światem nie umiało i kaleczyło zarówno egipskie ciemności, jak i blady świt.

Oślica, zapewne nieświadoma operacji umysłowej i sprawczej nad płodem wykonanej przez złośliwy Absolut powiła ów precedens. Matka potrafi dostrzec piękno nawet tam, gdzie inni nawet się jego domyślić nie zdołają, ze stoickim sposobem wylizała potomka. A potem lizała go całymi godzinami mniemając, że się ubrudził jakoś tak nietypowo, jakby kwantowo, dwustanowo. W małym rozumie nie chciała się zmieścić informacja, że maść cyklicznie sobie zaprzeczająca, będąca w przeciwfazie do wszystkiego co znane i rozpoznawalne w przyrodzie stało się znakiem rozpoznawczym jej potomka, który na drżących nogach usiłował przeć drogą odkrywców. Matka uznała, że potrafi kochać tę połowę dziecka, która aktualnie jest dla niej widoczna i pogodziła się z myślą, że miłość jest bardzo trudnym uczuciem, które nocą wygląda odrobinę inaczej niż w dzień.

W kwestii konia dość powiedzieć, że nie dość, że nierozgarnięty, to na dodatek daltonista i wręcz nie dostrzegł boskiej aluzji. Niech na jego korzyść świadczy wyraźny i niezaprzeczalny entuzjazm na widok potomka, odtrąbiony paszczą wszem i wobec, odtańczony po kres sił i tajemniczy uśmiech kładący się na oślim obliczu matki obietnicą, że na jednym potomku nie zamierza poprzestać. Popęd nieraz powodował perturbacje historii, a uczucia objawiające się wzmożoną produkcją nasienia w połączeniu z bierną płodnością oślicy skutkowały owocami konsekwentnie porażonymi ideą pierwowzoru. Prototyp wyrastał w tym czasie ciesząc się z rosnącej rodziny, nie dostrzegając ironii własnego położenia, gdyż dla niego świat zewnętrzny był zbyt odległy. Matka ze stoickim spokojem przyjmowała do wiadomości, że kolejny egzemplarz jest kopią pierworodnego, a po którymś potomku machnęła ogonem zabijając niechcący ze trzy gzy i przestała usiłować zlizywać nadmiarową barwę z grzbietu narybku.

Trudno się dziwić, że stworzenie upośledzone złośliwością Autora miało kłopoty z integracją w środowisku, w obliczu selekcji rasowej i innymi ograniczeniami dotyczącymi czystości rasy, barwy, czy wyznania, więc zainteresowała się chowem wsobnym. Ignorowana i omijana przez klany przodków z obu stron linii genealogicznej rasa poprowadziła dziewicze drzewo rodowe ukorzeniające się mezaliansem w żyznej glebie ignorancji. Oślicy trzeba przyznać, że płodnością mogła zaskoczyć wiele matek z którymi Absolut obchodził się znacznie łagodniej, a jej nieślubny małżonek tryskał energią nieustającą, jakby urodził się by zostać ojcem narodu. Potomstwo naśladowało nestora rodu skwapliwie i nie zaprzątało sobie głowy problemami etycznymi, czy filozoficznym dysputami. Pasy kryły pasy i radość kopulacji, a następnie radość sukcesu żywiołowo obwieszczana światu i Stwórcy słyszalna była coraz częściej. Autor prototypu konsekwentnie nie mieszał się w ciąg dalszy – przyglądał się z boku, co z tego wyniknie i jak natura wybrnie z tego faux pas, lecz natura prozaicznie zlekceważyła skandal obyczajowy i rozwijała się beztrosko. Zanim oślica z końskim półgłówkiem przeszli w stan spoczynku sawanny mieniły się płynną fatamorganą pasiastych stworzeń kopulujących radośnie i bezczelnie – zawsze i wszędzie. Co dziwniejsze rozprzestrzeniający się jak pożar buszu gatunek nie był ani zgorzkniały, ani złośliwy. Nie szukał odwetu na świecie, ani na hojniej obdarzonych mieszkańcach. Ale czemu akurat paski, a nie pepitka?

PS. Niniejsza historia jest alternatywna, subiektywna i wszelkie podobieństwo do czegokolwiek jest spowodowane wyłącznie ignorancją piszącego. A ta jak wieść niesie jest niezmierzona (bo kto chciałby mierzyć coś tak obmierzłego).

wtorek, 18 września 2018

Celebracja.


Przecięłaś tort. Wpół. Zupełnie tak, jakbyś chciała odciąć połowę przeszłości. Ale nóż zawisł niepewnie nad tym przeciętym ciastem, sugerując na mgnienie oka, że nie wiesz, którą połowę w niebyt strącić. A potem chlasnęłaś nożem lepkim od cukru i kremu znów. I znów na pół, lecz znacząc kierunki prostopadłe. Jakbyś w busoli wyznaczyła strony świata i kontynuowałaś różę wiatrów tnąc ten tort na północ-północny wschód, ćwiartki i ósemki, cyferblat pełen niedopowiedzeń i jeszcze ciaśniej, szukając stopni geograficznych i równoleżników.

A potem wodowałaś te fragmenty słodkości, którym wypływały wnętrzności , którym wiśniowe serca krwawiły spirytusem zanim wylądowały w suchym doku deserowego talerzyka. Patrzyłaś nieśmiało na ten zraniony nożem plasterek i po gościach wzrokiem dość mętnym, niezdecydowanym. A potem wyciągałaś dłoń i podawałaś komuś, jakbyś świętym opłatkiem dzieliła się z bliźnim, lecz czym się kierowałaś w wyborze, nie potrafił nikt odgadnąć. Zanim ostatni z gości dostał talerzyk, pierwszy patrzył na kataklizm patery i całą sylwetką żebrał o więcej. Udał się ten tort lepiej niż okazja. I chociaż znikał i z każdą chwilą stawał się coraz bardziej wiotki i smukły, to przecież mlaskanie maskowane niezbyt umiejętnie świadczyło o powodzeniu, jakim cieszył się wypiek.

Może mi się wydaje, jednak ledwie zauważyłaś, że goście wchłonęli to ciasto i niektórzy ostatkiem sił wypluli dopiero co zgasłe świeczki tkwiące w ich kawałkach, bo jedli z animuszem wielkim – powiedzmy niedyplomatycznie – ŻARLI ten tort na wyścigi. Nie byłem wolny od objawów. Oblizywałem łyżeczkę aż po własny łokieć i dopiero zażenowanie powstrzymało mnie przed skazaną na porażkę próbą wylizania pachy i obojczyka. A przecież usilnie starałem się patrzeć na ciebie, jak dyrygujesz przybyszami za pomocą szpatułki, do której przylgnęły detale zawartości. Popatrzyłaś na nie półprzytomnie, może nawet oblizałaś tępe ostrze i na kłach zawiesiłaś strzępy owoców politurowanych miodem i alkoholem. Popatrzyłaś na nas, kiedy tort skarżył się, że jest źle traktowany w rozlicznych jelitach, że rozsypuje się na drobne, rozpada na trociny, a procesy chemiczne segregują beznamiętnie składniki rozbierając je na atomy, łańcuchy, zlepieńce, krople i chmury.

Wciąż widzę cię taką, jak języczkiem usiłujesz dosięgnąć na czubku szpatułki ostatni groszek z malinowej głowy, który utknął pomiędzy lawą czekoladowej polewy, a pierzem bitej śmietany. Patrzyłaś na nas wszystkich wzrokiem kota, przeliczającego niezjedzone jeszcze myszy nieświadomie bawiące się w berka w zasięgu głodnego wzoru drapieżnika. Ale… Ty nie zjadłaś ani plasterka… Odepchnąłem talerz zbyt późno i skrępowany wychowaniem nie zdobyłem się na afront publicznych torsji wywołanych autodestrukcyjnym gestem. Patrzyłem na ciebie, jak się uśmiechasz nieśmiało, jednak z każdą chwilą uśmiech twój rósł. Goście opadali na oparcia krzeseł, jak marynarki wybrzmiałe chwilą oficjalną, lecz teraz już zbędne. Więc więdną na oparciach krzeseł. Tym razem więdną z właścicielami.

Popatrzyłaś na mnie wzrokiem w którym trudno było dopatrzyć się ciepła. Otarłaś narzędzie o klapy mojej marynarki i pogłaskałaś mnie po policzku. A potem wsadziłaś to narzędzie w kieszeń na mojej piersi i oparłaś mi na nim brodę, żeby nie musieć trzymać mojej głowy w dłoniach. Bałaś się zarazić? Czy sił ci zabrakło? Mnie zabrakło, więc rozglądałem się korzystając wyłącznie z ruchliwości gałek ocznych, nie ruszając głową zadzierzgniętą na tym zaimprowizowanym patyku. Wokół mnie zapadali w sen goście. Zapadali w błogość, więc nie była to zła śmierć. A ja? Za mało zjadłem? Nie zasłużyłem na śmierć w objęciach uśmiechu? Podniosłem wzrok na gospodynię. Ostrożnie, żeby nie spaść z lichej podpórki.

Była tam wciąż i nadal uśmiechnięta nieśmiało. Ledwie co, ale przecież uśmiechnięta. Wokół uśmiechali się ci, którym świadomość przeciekała każdym porem skóry i rozlewała się wokół nóg krzeseł wykonanych przez nieżyjącego na pewno rzemieślnika. Tam nie zaglądało nawet najodważniejsze ze świateł, więc czarna dziura rozszalała się pod stołem i obejmowała coraz to większe tereny wpływów. Zasięgi i strefy łączyły się w kleks nieforemny tętniący głodem. Ssący, nienasycony i drapieżny. Poczułem chłód, kiedy najpierw schwytał mnie za kostki, a później zaczął wspinać się po łydkach. Gdy dosięgnął kolan i opanował je bez oporu, który przecież usiłowałem stawić, chciałem się poddać, choć organizm protestował. On wiedział, że dopóki się tli życie nie wolno odpuścić, choć znikąd nadziei. Nie takie cuda świat widział. Patrzyłem na gospodynię, ale ona już zbierała porcelanę, żeby do zmywarki włożyć. Lokaje gasili światła i ciężkie, bordowe kotary zasnuwali nad ciemną grafitową nocą. Na stole zaczynały gasnąć mdłe, blade świece. Pod stołem czarna dziura rosła nieposkromiona.

Mrugałem powiekami, bo to był ostatni ruch, jaki byłem w stanie wykonać samodzielnie. Dzieliłem ciemność na interwały. Podobne do siebie jak dwie krople wody, ale dawały nadzieję, że jednak są to kolejne cykle, porcje czasu, kwanty przyszłości, w których świat nadal się dzieje. Ja się dzieję światu. Jeszcze. Poczułem jeszcze jedną pieszczotę na policzku i twoja dłoń wplatająca mi się we włosy, kiedy nachylałaś się do mnie, a twoje usta sączyły jad słów wprost w moje dogorywające ucho:

- Nie broń się już. Pozwól mi żyć. Przecież wiesz, że dziś obchodzę rocznicę. A natura nie znosi dysproporcji. Musi zabrać tyle, ile daje. Mniei dała czterdzieści lat właśnie. Zaledwie czterdzieści, a już piętnuje mnie każdego dnia, żebym nie zapomniała, że żyję na kredyt. Dzisiaj zapłacę za kolejny rok – przyszło was czterdziestu na przyjęcie. Po jednym za każdy rok, który unosi mnie w życie. Brakuje tylko ciebie, żeby wypełniła się ofiara. Żebym miała kolejny rok na zapłatę. Żebym znalazła ofiarę wystarczającą, aby moje czoło było gładkie, a śmierć omijała mnie jak nieczystą. Zamknij oczy, pozwól mi żyć, bo dla ciebie i tak za późno.

poniedziałek, 17 września 2018

Pech.


- Możesz mi pomóc dobry człowieku? – głos był miękki, szemrzący strumieniem i dający wytchnienie. Niewątpliwie damski głosik, co stanowiło dość niespodziewany, żeby nie rzec ekscentryczny akcent.

Zacząłem się rozglądać, dookoła, lecz wokół mnie niewiele było miejsc, skąd głos mógłby dojść. Siedziałem na kamieniu wokół którego ocean się łasił i usiłował wyrzeźbić na nim własną potęgę i pozorną łagodność. Kamień wygładzony wodą trwał jeszcze i sporo życia mu zostało, więc zimno spoglądał w bezkresną dal. Ja też. Dal była tak monotonna, że aż choroba morska brała – fale i fale. Po horyzont i jeszcze dalej. Za mną plaża. Też niewdzięczna. Kamienista, z jakimiś zielskami utkanymi przypływami, i drobnym robactwem usiłującym bytować na granicy lądu i wody.

- Tu patrz gamoniu! – głosik już nie był taki układny i niecierpliwość z niego biła jadowita. A ja rozleniwiony, bo przecież sjesta i wakacje, więc na tym kamieniu się ułożyłem najwygodniej jak tylko umiałem. Jakiś materac, żeby pęcherzy na tyłku nie wygrawerować i zagłówek, na wypadek, gdybym zechciał kontemplować nieboskłon, czy zatonąć w banale zachodzącego słońca, które właśnie miało popełnić ów czyn zachodząc za nie wiadomo czym. Skąd miałem wiedzieć, gdzie owo tutaj się mieści, kiedy oczy trochę zamglone lenistwem, trochę porażone słońcem?

Nagle coś położyło dłonie na kamieniu – nie powiem, wypielęgnowane, gładziutkie dłonie pianistki i pazurki polakierowane w fantazje marynistyczne. Może nadmiernie odmoczone, jednak delikatności nie odmówiłbym im. Za dłońmi na tle kamienia pojawiły się pełne piersi dopełniające popiersie z głową o włosach złotem przetykanych na bogato i klapło sobie tuż obok mnie na … i tu objawił mi się problem z definicją, bo tam gdzie człowiek miewa odwłok, tam zaczynała się rybia część osobnika – ta część, w której żeber już je ma, że się tak delikatnie wyrażę.

- Ech! Wy to nawet oczu nie macie ludzie! – to „ludzie” powiedziała tak, jakby słowo miało być obelgą i zapewne nią było, ale ja miałem inny problem. Usiadła obok goła baba, albo przynajmniej pół gołej baby, a ja całkiem nagi. I teraz, to dla równowagi powinienem chyba się zakryć choć do pępka, żeby nie peszyć jej… Tylko, że to ja byłem speszony, a nie ona. Wzruszyłem ramionami, myśląc, że w końcu, jej tu nie zapraszałem, więc niech nie psuje mi wakacji i pozwoli nacieszyć się nędzną resztka słońca, które zawstydziło się różowiejąc, a tu i ówdzie pokryło fioletem.

Pani coś znowu zaczęła mówić tą szemrzącą łagodnością, ale ja akurat zajęty byłem rozwiązywaniem dylematu, który pochłonął mnie bez reszty. Bo babeczki siedząc lubią nogę na nogę zarzucić i w rytm słów hipnotyzować facetów, zupełnie jak kobra hipnotyzuje kapturem poruszającym się po śmiertelnej sinusoidzie. A ta tutaj? Co na co ma zarzucić i czym taktować? Chyba się zaśmiałem niegrzecznie do tej myśli, ale poznałem również odpowiedź, bo chlasnęła ogonem w kamień i dźwięk poszedł, jakbym zaliczył siarczysty policzek mokrą dłonią.

- Dość tego! Może wreszcie zaczniesz mnie słuchać? – miałem wrażenie, że miękkie wargi niedyskretnie sugerowały, że za nimi mieści się pięćdziesiąt trzy rzędy zębów ludojada, gdybym miał chrapkę na najmniejszy protest – Może mi powiesz łaskawco, co tu się dzieje?

- Gdzie tu? – spytałem mało inteligentnie – Siedzę na kamieniu i wakacje mam. Odpoczywam i grzeję się w słońcu jak jakiś słoń morski, tylko tłuszczyku mam mniej, chociaż karmią tu całkiem całkiem…

- Na wyspie matołku! Na wyspie.

- A co ma się dziać? – moje zdumienie sprawiało, że brwi chciały mnie opuścić i zaczęły już rysować podbrzusza nielicznych, małych chmurek – Pyta pani o wieczorek dzisiejszy? No ognisko ma być z muzyką i sztuką teatralną. Trochę alkoholu w tych ludowych naczyniach z kokosa i drinki z papierowymi parasolkami. Jakieś robactwo wodne do jedzenia i to z grubsza tyle. Może trochę folkloru, żeby ukołysać i w dobry nastrój wprowadzić, bo pierwsze parki już się konstytuują. O tam, proszę popatrzeć jak spacerują za rączkę się trzymając. Pani wybaczy ich nagość, ale to turnus dla naturystów, więc odzież jest niemile widziana.

- A kobiety? – najwyraźniej nagość na plaży jej nie wzruszała, bo machnęła ręką – Gdzie są kobiety?

- Na sąsiedniej wyspie – machnąłem ręką usiłując określić kierunek, chociaż sam nie wiedziałem, gdzie leży Lesbos – Gdzieś tam zapewne. A co? Pomyliła pani wyspy? Ta jest męska. Najwyraźniej ktoś panią w błąd wprowadził i lepiej byłoby popłynąć na tę drugą, bo tu nie znajdzie pani towarzyszki…

- Ale ja… - chyba straciła wreszcie tę niezachwianą pewność siebie – Ja nie szukam towarzyszki, tylko towarzysza i chcę go zaprosić do tańca w falach.

- Widać, że pani nietutejsza – z politowaniem pokiwałem głową. Co za tępa baba – Tu są sami geje. No, chyba że przekradli się na wyspę jacyś prowokatorzy, albo paparazzi i czają się w poszukiwaniu sensacji. Ale pani tymi swoimi niewątpliwie pięknymi cycuszkami raczej kariery wśród wczasowiczów nie zrobi, bo mężczyźni czego innego szukają.

Burknęła coś i bez pożegnania zanurkowała. Został po niej wilgotny ślad i jak mawia przysłowie: „baba z wozu”. Popatrzyłem i z grzeczności chciałem jej pomachać na pożegnanie, kiedy wokół zaroiło się od czarnowłosych niewiast, które zamiast pończoch założyły rybie łuski. Może nawet czuć je było rybą odrobinę. Otoczyły wianuszkiem tę, która tak niegrzecznie mnie opuściła. A ta prychając złością coś tłumaczyła towarzyszkom, aż w końcu popłynęło całe stado… znaczy ławica… no… gang syren odpłynął z niczym, gdzie indziej szczęścia szukać. Ot! Siostrzyczki szczęścia w miłości nie znalazły…

Wczoraj i dziś.


Pani poruszała się bardzo płynnie na osi czasu. Może dlatego założyła błękitne dżiny, białe adidasy i bluzeczkę, spod której prawie nie prześwitywała bielizna? W tym stroju równie dobrze mogła być nastolatką, jak jej bardzo dojrzałą matką. I była. Stała przed bramą z godłem cechu murarzy nad portalem i rozmawiała przez telefon. Kiedy wracałem, jakąś godzinkę później wciąż rozmawiała, co potwierdza, że czas lekce sobie waży. Najwyraźniej ze wzajemnością. Inna próbuje się uczyć tej niezwykłej umiejętności, jednak zdradzają ją blade łydki noszące ślady wieloletniego użytkowania, choć twarz tryska wciąż młodzieńczą świeżością. Mogła wsiąść na rower, albo założyć dżinsy z dziurami. Albo wziąć córkę pod rękę i śmiać się do świata radością prostą. Niemieckie białogłowy zadzierają głowy na deptakach wsparte na kijkach do nordyckich spacerów i słuchają opowieści z czasów ich tutejszej młodości. Niektóre chyba zostały trafione wspomnieniem, bo wymagają wsparcia pomarszczonych męskich ramion, które bardziej pamiętają twierdzę w czas zawieruchy, niż konwalie i niedzielny spacer promenadą.

niedziela, 16 września 2018

Sabotaż.


Miasto przywitało mnie czymś nieokreślonym. Nowym, którego wczoraj tu nie było jeszcze. Rewolucja? Po ulicach biegali ludzie, zupełnie tak samo, jak mrówki, którym ktoś zniszczył piramidę. Panika, przekleństwa i wszechobecne nerwy. Miasto nigdy nie było stonowane, ale to co się właśnie odbywa, to jakiś kataklizm. Nawet kloszardzi wykazują się nerwową aktywnością i pchają wózki pełne nie-wiadomo-czego, jakby spadek nagły trafili, albo okradli japońską wycieczkę z dóbr wszelakich i zakupy pospieszne zrobili, żeby napchać żołądki czymś, czego nie znają wcale. Patrzyłem, jak centrum miasta zamyka się w nocnych kratach, jak systemy analogowe, archaiczne żaluzje przeciwwłamaniowe w pocie zardzewiałej korby rozwijają się ręcznie, choć powinny tkwić wysoko i nawet sugestią obecności nie zrazić klienta do odwiedzin. A one z zardzewiałym chrzęstem lądują właśnie na chodniku i ktoś usiłuje zapiąć kłódkę, dopełniając ostateczności zamknięcia. Tego fizycznego ochroniarza, który zniknął bez śladu nie zastąpi przecież młodziutka sprzedawczyni, czy kasjerka odliczająca tygodnie do emerytury…

Szedłem coraz bardziej spłoszony, widząc jak zamykają się banki i urzędy, jak eskorty mundurowe lub nie otaczają co bardziej luksusowe przestrzenie. Bałem się? Nie wiem, bo wtedy zdumienie i niepewność walczyły we mnie o prymat, a pytań cisnęło się na usta więcej, niż przez ostatni rok zdążyłem wygenerować. A przecież zaledwie pół godziny spaceruję po mieście. I nikt mi nie powie o co chodzi. Przegapiłem trzecią wojnę? Koniec świata? Chciałem w sklepie kupić coś do picia, ale ostra broń wycelowana we mnie i oczy zacięte wywarczały krótką, bezkompromisową komendę:

- Won!

Nie było miejsca na dywagacje i filozoficzne dysputy. Odszedłem. Daleko od tego szaleństwa, bo może ono zakaźne i drogą kropelkową dopadnie i mnie, żebym też zaczął tak nerwowo dreptać. Wyszedłem spomiędzy witryn i poszedłem nad rzekę, by usiąść w parku i ochłonąć. Żeby podwiązać widzenia w jakiś logiczny ciąg i odkryć przyczynę. Na trawniku dwójka mężczyzn paliła ognisko. W dzień, w środku miasta. Na dodatek nie byli to bezdomni, których służby porządkowe omijają szerokim łukiem, chyba, że chcą zapewnić im wikt i opierunek, czego miejskie władze starają się unikać jak długo się da. Nie. Ci ubrani byli w garnitury, o których już z daleka można było powiedzieć, że czterocyfrowa cena, to absolutne minimum, a za równowartość ich butów można byłoby wyżywić połowę miejskich przedszkoli przez miesiąc. Stali przy ogniu i wrzucali weń jakieś papiery. Jeden z nich zdjął nawet krawat i utopił go w płomieniach.

Podszedłem wiedziony ciekawością. Wyższy wyprostował się, pociągnął z butelki tęgi łyk i popatrzył na mnie zmęczony pierwszą fizyczną pracą jaką wykonywał od bardzo dawna. Wyciągnął butelkę w moją stronę, a gest pełen był jakiejś żałosnej rezygnacji. Wypiłem, kalecząc gardło płynem, który od miodu tylko kolor wziął, a sam cierpką ostrością garbników z dębowej beczki był przesycony tak bardzo, że pokaleczył mi język. Kaszlałem nienawykły do podobnych delicji oddając butelkę. Na trawie obok tych dwóch leżały teczki. Spore aktówki otwarte teraz i wychudłe, a ogień pastwił się nad dokumentami. W trawie warowało małe stado butelek o etykietach zbyt egzotycznych, żebym je znał. Jakiś plastik śmierdział topiąc się w ogniu, więc nie tylko papiery pogrążały się w niebycie.

- To na wszelki wypadek – poinformował mnie wyższy, kiedy zauważył jak kręcę nosem – zapewne zbędna fatyga, ale wolimy spalić, żeby nie zostawić ostatniego śladu.

Niższy popatrzył groźnie, jakby chciał zatkać usta Wyższemu, ale ten wzruszył ramionami tylko i podał mi butelkę.

- Popatrz na niego – pokazał mnie brodą – kto mu uwierzy? I dlaczego miałby dać wiarę w coś, na co dowodów brak. A Ty zawsze powiesz, że pijany jestem i bredzę. Wolno mi? A nawet jeśli nie, to mnie zamkną do wytrzeźwienia, albo ich skorumpuję, żeby odwieźli do domu. O ile w ogóle przyjdą. Kasy na „krawężników” na pewno wystarczy, a może i dobra brandy swoje zrobi wystarczająco. Dziś tego nie kupisz, chyba że masz fortunę na zbyciu. Wiem, że masz… Mamy…

Pociągnąłem mocno zapominając o tłuczonym szkle z żyletkami rozpuszczonymi w tej cieczy. Usiadłem wprost na trawie, a oni na prawie pustych teczkach, w których tkwiły spięte banderolą paczki banknotów w kilku popularnych walutach. Mniejszy sięgnął po nową butelkę i grymasił, niczym francuski piesek, odrzucił i sięgnął po inną, która zyskała uznanie i ją odkręcił. Pił, jakby to była źródlana woda i nie poprzestał na łyku. Kiedy podawał Wyższemu flaszkę brakowało trzeciej części płynu.

- Posłuchaj, bo nikt ci tego nie powie. Wyglądasz sympatycznie, więc ci powiem co się dzieje, bo te biegające matoły stracą miesiąc zanim poznają rozmiar nieszczęścia. Bo i kto miałby im mówić i po co? A jeśli komuś powtórzysz, to cię uznają za wariata i tyle zyskasz, że ktoś zadba o twoją dietę na dość długi czas. Pracowaliśmy z Niższym parę lat i udało się wreszcie opracować wirusa. Nie byle jakiego, tylko naprawdę jadowitego wirusa, który potrafi przyczaić się niczym pluskwa i przetrwać w uśpieniu parę lat korzystając z każdej okazji, żeby się rozmnażać. Poskładał jaja wszędzie. Cały Internet zaraził i wszystkie gałęzie przemysłu. Banki, szkoły, energetykę, wojsko, giełdy. Każdy komputer, który korzystał z aktualizacji, nawet, jeśli korzystał z firmowej płyty, lub dostępu do źródła producenta. Legalny, czy piracki system w każdym zakątku świata stał się wylęgarnią nowego porządku świata. Trwało trochę, bo chcieliśmy mieć pewność, że obejmiemy zasięgiem globalną wioskę. Demokratycznie.

Wyższy pociągnął znowu, a Niższy przesunął resztki papierów w stronę środka ognia, gdzie dogorywał pomięty tablet.

- Nie będzie działać nic. Żadna elektronika, żaden telefon i świat cyfrowy od dzisiaj przestał istnieć. Taki rozproszony impuls elektromagnetyczny niszczący wszystko. Infekcja objęła każdą gałąź. Zanim prąd się znowu pojawi minie sporo czasu, łączność nie żyje, transport właśnie umiera. Chyba zdajesz sobie sprawę, że kości elektroniczne zawiera nawet średniej klasy maszyna? A ta, która nie posiada wymaga prądu. Sterowanie, nadzór, monitoring… archiwa, ekonomia, historia… wszystko umiera… Blokuje się bezpowrotnie i niemoc rozprzestrzenia się od godziny. Niszczy użyteczność. Koordynacja staje się utrudniona i szczebel globalny nie jest obecnie możliwy. Wróciliśmy do epoki plemiennej, gdzie odległość fizyczna stanowi o granicach poznania. Da się system odtworzyć? Owszem, ale dopiero po wojnie. Bo przecież nikt nie uwierzy w dane odtworzeniowe, którymi już teraz usiłują manipulować ci co bardziej cyniczni i nie znający zasięgu akcji. Napij się, jeśli jesteś wystraszony, albo uciekaj gdzieś, gdzie ludzie potrafią przeżyć bez zero-jedynkowych sekwencji. Od dzisiaj plastik odszedł do lamusa. I prasówka z obcych kontynentów musi poczekać na swojego Kolumba. Napij się i idź zbawiać świat, albo ucieknij od niego w zieloność. My przynajmniej od roku jesteśmy już gotowi. Ale dziś świętujemy koniec świata i początek nowego.