piątek, 24 maja 2019

Konfabulacja.


Dziecko wszak! A przecież wargi pełne chemicznej krwi, rzęsy doklejone takie, że można nimi omiatać pajęczyny, brwi wyczesane, wystrzyżone i domalowane, gdzie natura poskąpiła materiału. Spódniczka usiłowała skryć Myszkę Miki wymalowaną na majtkach, ale chyba się poddała, bo Myszka bezczelnie zerkała na świat z uśmiechem w tych warunkach niejednoznacznym. But uzupełniał wzrost, żeby hurtem udało się przekroczyć metr pięćdziesiąt. Bluzka, którą wypchać mógł jedynie obiad, bo na resztę trzeba było jeszcze odrobinę poczekać dopełniał obrazu. Może nie do końca dopełniał, bo częścią składową tego zestawu w kilku wersjach czerni (z wyłączeniem tła Myszki) uzupełniał plecak.

No właśnie! Delikatnie indagując płeć piękniejszą dowiedziałem się, że taki plecak to szykana, wrzód kalający kobiecość, szczególnie, kiedy but pilnuje wzrostu, a spódniczka nie pilnuje cnoty. Dlatego nie – kategoryczne i bezwzględne. Nie wspomnę o wzroku, którym zostałem obarczony, gdy wychyliłem się z sugestią, że taki plecak, to wygoda, a torba, to utrapienie, które nawet próżnym będąc waży ze trzy pudy. Wzrok był zdecydowanie wyższej kategorii wagowej, a pogarda i niesmak w nim zawarty był tak gęsty, że można było je kroić na porcje, pakować i sprzedawać w dawkach leczniczych, kolekcjonerskich, albo nawet czarnorynkowych.

Otóż dziecko do spółki z Myszką posiadało plecak z logo… nie chcę powiedzieć, że była to lilia, bo lilie tatuowało się całkiem niedawno prostytutkom, powiem więc, że to nenufar samotny, odbarwiony i pozbawiony nurtu. Za to wypchany od środka, więc rokujący nadzieje. Zawartość plecaczka pominę chrząknięciem. Nie zagląda się w tornistry przesuwające się w plenerze ruchem jednostajnie nieokreślonym, chyba, że ma się plenipotencje wynikające z… ekspresji lędźwi. Inaczej trzeba dysponować mundurem, przed jakim wzbraniałem się skutecznie bez najdrobniejszego uzasadnienia.

Dziecię dysponowało monitorem wielkości pola golfowego dla drugoligowych szejków i multikolorowymi, zapewne nie własnymi szponami tworzyło wiadomość tekstową. Może z pamięci biblię cytowało? Albo podręcznik z przygotowania do życia w rodzinie? Wychowany w szacunku dla tajemnicy korespondencji nie zgłębiałem tematu. Wolałem postudiować detale fizjonomii modelki. Tknęło mnie, że dziewczę (chyba niedorozwinięte) zamiast kolczyki w uszach nosić, powiesiło je w nosie, na wargach i języku – wiem, bo działalność literacką wspierało językiem. Być może konsekwentnie do czytania niezbędny był jej palec.

Monitor sapnął zwrotnie – znak, że interakcja wystąpiła i oblicze zaczęło mienić się uczuciami skrajnymi, raptownymi i szybkozmiennymi. Sapnęło dziewczątko, aż bluzeczka się uniosła, żebym odnotował kolejny kolczyk – tym razem w pępku. Aż się bałem sarkazmu w uśmiechu Myszki Miki i wolałem skupić się na młodej, eksperymentalnej hodowli tatuaży. Chwilowo przedramię dawało jeszcze szanse na rozpoznanie rodzimej karnacji, jednak stan ten mógł niebawem ulec zmianie nieodwracalnie.

Pazury pracowicie tłukły Exodus na wirtualnej klawiaturze, a ja przesiadłem się ze wzrokiem na zwieńczenie okazu. Włosy dopadł jakiś minimalizm i asymetria. Może fryzjer był niewidomy, a dziewczę przechyliło się, żeby pogadać z kimś na sąsiednim fotelu? Faktem jest, że jednostronnie dysponowała nie tyle włosami, co zarostem. Na moje oko góra tygodniowym. Przynajmniej ja po tygodniu dysponuję podobnym, kiedy ogarnie mnie niechęć do obróbki powierzchni niechętnie gładkich.

Kolejna interakcja. Mimicznie dziewczę wyposażone było w mięśnie, jakich u siebie nie podejrzewam nawet. Czytanie dostarczało tylu wrażeń, że z lubością oddałem się obserwacji piegowatego oblicza usiłując rozszyfrować galopujące stadami emocje. Trudny temat. Jak się okazało niebawem nie tylko dla mnie. Dziewczę również nie nadążało z emocjami w trakcie czytania, gdyż zarzuciło proceder i niezwłocznie przeszło do Księgi Liczb, które wybierało dwoma kciukami naraz. Że też jej się szpony nie zaplątały, to cud. Monitor sposępniał i znieruchomiał. Słuchać było tylko burczenie fizjologiczne, kiedy pchał w eter kolejne sygnały przywołania.

Wreszcie udało się i odbiornik aktywował połączenie. I to jak! W wersji rozsiewczej, dostępnej dla dysponentów aparatów słuchowych nie zabezpieczonych słuchawkami. Szybkostrzelne komunikaty były gęsto nafaszerowane emocjami i tak soczyste, że co bardziej pruderyjne staruszki mdlały, a mniej eleganccy panowie spoglądali z podziwem starając się zapamiętać co trafniejsze fragmenty wiązanki. Oczywiście żaden nie przyznał się, że dziewczątko dysponowało asortymentem im niedostępnym i ekskluzywnym we własnej kategorii.

Tylko starszy pan, nie do końca zorientowany w postępie technologicznym wybałuszył bladoniebieskie ślepia na przyszłą niewiastę. Na jego obliczu szamotała się chęć zrozumienia i rozpacz, że niestety znów nie udało się. Walczył ze sobą niezbyt długo, bo w tym wieku czekanie nie jest opcją rozważaną na poważnie.

- Hę? Co mówiłaś panienko? Możesz powtórzyć, bo nie dosłyszałem?

I jak tu się nie roześmiać? Oblicze dziewczątka mogło zrekompensować wszelkie nieszczęścia. Nawet te przyszłe.

czwartek, 23 maja 2019

Stado.


Na serdecznym palcu nosił dwie obrączki. Obie złote, choć różne. Budziły pytania i intrygowały pewien specyficzny gatunek kobiet. Tych zbyt odważnych i otwartych nie wszelką nieformalność, kiedy tylko jawić się ona będzie cieniem jakości i dobrego smaku. A tego nie można mu było odmówić. Mankiety starannie wyprasowanej koszuli błyszczały niebanalnymi spinkami, a wypielęgnowane dłonie zdawały się jednocześnie miękkimi, jak i mocnymi. No i wzrost, który zapewniał komfort większości kobiet w wyborze obuwia na wielkie wyjścia i wyrafinowane pozostania w zaciszu sypialni.

Był. To na ogół wystarczało, choć oczami potrafił sięgnąć do zapięć staników nawet tych, które usiłowały nie zwracać uwagi na ciekawość dyskretnie wychylającą się spoza gęstych, ciemnych brwi i rzęs stalowym, ledwie zmiękczonym światłem otoczenia wzrokiem. Gdy z lubością zaciągał się powietrzem, jego nozdrza zdawały się sortować tło, żeby skonsumować każdą z kobiet z osobna, selektywnie, a niektórym od własnych myśli miękły nogi, bądź wstyd wychodził na policzki purpurą na podejrzenie, że to ich aromat tak go oszołomił.

Trzeba przyznać, że pozwalał się uwodzić z wdziękiem. Nie był wybredny. Czasami tylko sprawdzał kieszenie wełnianej marynarki zachowując drobne karteczki z numerem telefonu i imieniem, wsunięte mimochodem gdy mijała go potrzebująca towarzystwa kobieta, a w jej wzroku czytał zgodę na zdecydowanie więcej niż fantazjowanie. Ozdobny człowiek często przydaje się towarzysko, choć to dopiero preludium, gdy przybędzie odwagi.

Tym, którym brakowało jej wspierały się alkoholem, licząc, że kilka kolejek pozbawi je oporów i poniesie je ponad obawami ku wieczorowi pełnemu niezapomnianych wrażeń, albo chociaż uwolni rozum z hamulców i powiedzie w autoerotyczną ekstazę. Pięknoduch tymczasem kolekcjonował karteczki, westchnienia i szepty. Konkurencja widząc beznadziejną sytuację wycofywała się oddając pole bez walki. Nikt nie zorientował się, kiedy został jedynym męskim okazem na sali wypełnionej kobietami.

Pośród chichotu koleżanek któraś zamknęła drzwi na klucz. Inna zaczęła pokrzykiwać szukając jedności pośród stada. Alkohol krążył wciąż szybciej i szybciej. A pięknoduch dotykany coraz śmielszym wzrokiem poczuł spragnione dłonie na pośladkach, policzkach, udach, wargach, wplątane we włosy dłonie nie umiały się wycofać. Krzyknął, gdy poczuł dłoń zbyt intensywnie poszukującą jąder – do bólu aż.

A potem drugi krzyk, już podszyty strachem, kiedy podarły mu koszulę rozdzierając ją wielobarwnymi paznokciami. Guziki rozprysnęły się po okolicy, a on osaczony gęstym, zdyszanym tłumem szarpany we wszystkie strony, rozbierany, popychany i podszczypywany niemal do krwi nie umiał uciec z gęstniejącego kręgu pożądania. Każda chciała mu wyryć inicjał na piersi, a kiedy spłynął pierwszą krwią skowyt oprawców osiągnął apogeum.

Szaleństwo, słodko-duszny zapach krwi mieszał się ze smrodem strachu i furią niewiast. Krwi przybywało, pięknoduch jęczał i kulił się chowając przed ciosami twarz i podbrzusze. Daremny trud. Kilka kopnięć w nerki i stracił świadomość osuwając się pomiędzy nogi odziane w szpilki, którymi można byłoby przebić mu serce na wylot. Drobne, powierzchowne rany zapłonęły i zakwitły czerwienią kryjąc skórę. Nie był już piękny.

Nim emocje przygasły był tylko drżącym ochłapem mięsa stygnącego na parkiecie. Niekompletnym. Nadgryzionym i wyssanym z urody. Martwym. I tylko dwie obrączki, które zsunęły się z serdecznego palca i leżały gdzieś nieopodal zdawały się krzyczeć jak wyrzut sumienia:

- Był nasz. Zabrałyście nam to, czego nie mogłyście dostać.

środa, 22 maja 2019

Żółta Carimora.


Rzeka poszarzała i straciła blask nękana nieskończonością kropel szarpiących jej gładkość, aż stała się matowa niczym papier ścierny. Ludzie też. Szczęściem dla Rzeki stały się kwiaty podobne do żółtych irysów, które dość beztrosko ochrzciłem kosaćcami. Moje zdumienie było widoczne, kiedy okazało się, że owszem, tak właśnie się nazywają i wyglądają. Niewzruszony wędkarz ze świstem batoga wypuścił w nurt kolejną porcję żarcia i medytował przyczajony w szuwarze oczeretowym. Nie przeszkadzały mu nawet śmieci beztrosko wałęsające się w nurcie tuż przy brzegu. Pośród krzaków skarżyły się jakieś ptaki, jednak nie wychylały się, żeby nie dostać kataru. Tylko asfalt zadowolony z siebie zagarniał coraz większe kałuże i udawał, że taki gładkolicy jak wspomnienie niemowlęcych czasów. Niebo rozdarte wylewało się na ziemię, która chłeptała bezwstydnie, choć nie nadążała przełykać. Kosodrzewina w perłach dżdżu wyglądała jakby się wybierała na bal. Wiatr prószył kwiatami kasztanowców i robinii bez umiaru, przy okazji przynosząc aromat świeżo koszonej trawy pachnącej arbuzem i słodki zapach ściętych drzew. Na chodnikach ktoś rozsypał srebrno-złote gwiazdki tonące w kałużach. Te z nocnego nieba utrzymują się na powierzchni bez trudu, ale tym ludzką ręką stworzonym tak dobrze już nie szło. W niewielkich odstępach, na chodnikach, powtarzało się ostrzeżenie: „Uwaga, nadciąga Carimora”. Nie wiem, cóż to takiego, ale obrazek przypominał dziewczynkę nakrytą żółtym sztormiakiem i z wyszczerzonymi zębami. Bać się? A może wypatrywać niecierpliwie?

wtorek, 21 maja 2019

Rozmowa.


Miasto mokło bezradnie zupełnie. Zmrok przytulał się do zziębniętych kocich łbów z rzadka tylko lizanych ciepłym, żółtym światłem reflektorów, które niczym niestały w uczuciach kochanek znikały szybko za najbliższym węgłem. Gdyby nie wszędobylskie reklamy i podświetlone wieże kościelne ta noc mogłaby się wydarzyć gdziekolwiek pośród oceanu w skorupie zbyt mizernej, żeby dotrwać poranka.

Żółknące intensywnie liście staczały się z drzew i lepiły bezwstydnie do każdej płaskiej powierzchni i nawet wiatr nie dawał rady ich poderwać do lotu w nieznane. Płoty milczały kamiennie, albo metalicznie, latarnie grały w kości o to, która ma namalować cień sąsiadki na witrynie sklepowej. W taką noc łzy pozwalały sobie na każdą fanaberię.

Stałaś na balkonie, jak jakaś Julia wydumana i mokłaś zupełnie tak samo, jak mokłaby Kaśka, czy Tamara, gdyby akurat miała kaprys wyjść na balkon pośród tej dżdżystej nocy. Ale one nie miały – ochoty, balkonu, nastroju, czy wręcz wszystkiego naraz, więc stałaś samotnie na balkonie ty właśnie.

Deszcz nie miał pomysłu co z sobą począć, więc szlochał raczej intensywnie i mało wyrafinowanie. Mokłaś chyba nieświadomie, popijając szampana z butelki, jakbyś chciała napompować się bąbelkami i unieść ponad chmury, kiedy deszcz cierpliwie rozbierał cię przyklejając się do twojego gasnącego ciepła.

Ja zadrżałbym już z pięć razy i szczękałbym zębami, a ty swobodnie zwiedzałaś wzrokiem miasto leżące u twoich stóp i łaszące się w nielicznych przypływach światła. Milczące, ale nie ciche. Mroczne, może nawet groźne i bardzo obce. Trudno oswoić miasto, nim się wydrepcze własne ścieżki tak bardzo, że nawet gołębie zaczną się kłaniać, a szpaki przywitają człowieka po imieniu i zaproszą na owocową rozpustę.

Byłaś nieobecna bardziej niż sądziłem, skoro nawet spóźniony klekot butów na obcasie wyraźnie spieszący się pod kapeluszem parasola w drodze do tam-gdzie-nie-pada nie zwrócił twojej uwagi. Miasto poszatkowane nieskończonością spadających kropli posępniało nasiąkając połyskliwą czernią.

Balkon przeciekał jak stara, przeżarta wiekiem drewniana balia. Deszcz cichutko ćwierkając strumyczkiem wijącym się w dłoniach wiatru odfruwał w mrok. Stałaś wyprostowana, pozwalając kroplom poznać siebie aż po intymność. Na rzęsach perlił się drobiazg udający koronę zdobną w kamienie Swarovskiego, a ty pobłażliwie pozwalałaś im spłynąć na policzki, gdy mrugałaś oczami i dalej, w zagłębienie obojczyków, na piersi nastroszone i pełne.

Za tobą, w pokoju, stłumione kloszem światło nocnej lampki nie mogło poradzić sobie z wszędobylskimi cieniami wałęsającymi się drżąco po zakamarkach pokoju. W oknie balkonowym wzdychała firanka pijąc wilgoć, żeby zgubić zapach zaplątany w oczkach nasączonych kurzem. Dywan został wewnątrz z obrzydzeniem patrząc na ciebie, bo już wiedział, że kiedyś wrócisz i każesz mu grzać ci stopy zmarznięte i mokre.

Nie był twój. Ani dywan, ani pokój. Nawet to miasto twoim nie było. Wynajęłaś wszystko na jedną noc jak dziwkę i traktowałaś dokładnie tak, jak się traktuje dziwki. Zaspokojenie kaprysu, jakiejś ekstrawagancji, która ledwie do głowy przyszła, a dobrym pomysłem wydawała się tylko do czasu, gdy się ją w końcu wysłowiło.

Stałaś bezpańsko, bez słów, pijąc szampana, jakby to było mleko, a kiedy opróżniłaś butelkę rzuciłaś nią w mrok, aż popełniła samobójstwo w ciemności tłukąc się na drobne. Gdzieś daleko nocny tramwaj zadźwięczał dzwonkiem i zabił szemranie wody jazgotem metalowych krawędzi przetaczających się po szynach. Jakiś ptak oszalały z trwogi zatrzepotał skrzydłami jakby walczył z kotem, noc wślizgiwała się do pokoju nie mogąc się zmieścić cała, więc otworzyłaś jej szerzej drzwi.

A potem weszłaś za nią do wnętrza. Dywan rozpaczliwie usiłował cię strząsnąć z siebie. Wzięłaś w rękę telefon, a noc z niesmakiem cofnęła się, jak oparzona przed podświetlonym monitorem. Wybrałaś numer i cierpliwie czekałaś, aż sygnał przerodzi się w głos. W środku nocy tylko ty potrafisz zadzwonić i tylko na ciebie nie umiem się pogniewać. Podniosłem słuchawkę i słuchaliśmy nawzajem swoich oddechów. Mój przypominał kota w trakcie sjesty. Twój wciąż mieszkał w innym świecie i drapał szorstkością.

- Przyjedź po mnie… Przemokła mi dusza. Nikt inny jej nie ogrzeje.

Deficyt.


Podarte spodnie i kurtki - aż strach wyrzucić dziurawe buty, bo być może jutro będą szczytem strit-artowej mody, jak obecnie nazywana jest z angielska owa patologia. Do tego oszczędne skarpetki ledwie mieszczące podeszwę stopy i bluzeczki, które nawet nie marzą o tym, by sięgnąć pępka skupiając się z mozołem by okryć choć piersi. To niechybny znak, że popadliśmy w kryzys tekstylny i prawdopodobnie materiał uległ biodegradacji i lada moment przyjdzie paradować z zupełnie gołym tyłkiem. Może jedwabniki wymarły i rzecz jest utrzymywana w tajemnicy? Albo owce się rodzą ze skazą genetyczną i zamiast futerka mają łuski? Gładkoskóre wielbłądy i lamy? Zawsze zostaje jeszcze polar i nylon, choć to niebyt ekologiczne chyba, za to plastikowych butelek do produkcji nici nie brakuje na pewno. Trudno – z lekkim niepokojem wypatruję kolejnych sygnałów, że sytuacja się pogarsza. Tymczasem w wodzie wrze. Zaczęło się tarło i woda nie potrafi zachować spokoju podskakując frywolnie, gdy pod kołderką powierzchni trwają nieustające harce i figle dzikie. Maki od tygodnia się wstydzą po kątach i czerwienią się nie zważając na kaprysy pogody i zakaz upraw.

poniedziałek, 20 maja 2019

Plan.


Twarz miał lisio-trójkątną, chytrą i z uśmieszkiem błąkającym się gdzieś po krawędziach warg niepostrzeżenie. Wkradał się w łaski i oswajał. Udawał przyjaciela, który może się stać aspiryną na każdy ból głowy. Byle przyjąć go i pozwolić. Dyskretnie oblizał wargi, a ja ze zdumieniem obserwowałem własne rozczarowanie, że nie jest rozdwojony na końcu. Spodziewałem się wężowej natury, a on był prozaicznie ludzki i nie niósł w sobie syczącej przyszłości.

Kołysał mnie słowami tak gładkimi, że wnet zacząłem się o nie ocierać. Mruczeć i łasić, jak zapasiony kot na widok zakochanej w nim bez pamięci właścicielki o ciele niemal tak miękkim, jak jego futro. Głos pieścił moje ego i ciało, duszę. Wszystko co we mnie niepojęte podstawiało się pod owe słowa niczym pod prysznic zmywający każdą przykrość, smród niezbyt udanej przeszłości i byle jaką teraźniejszość.

Pod jego dłonią kanty miękły w łuki podobne kobiecym biodrom, albo falom rozkołysanego popołudniem morza. Rzeczywistość zdawała się zamierać wobec majestatu i charyzmy. Sprzedałem się, nim się obejrzałem. Nie sądziłem, że sprzedam się tak tanio, szybko i beznadziejnie. W ogóle sądzić nie mogłem, bo pod wpływem uroku stałem się bezwolny.

Kiedy pogłaskał mnie po policzku nawet zarost podstawił się pod ten dotyk, żeby się nim cieszyć chrzęszcząc błękitnym, epoksydowanym słońcem szorstkiego jak pumeks zarostu. A potem pokazał mi wzrokiem kobietę, grzebiącą bezradnie w torebce i rozglądającą się z nadzieją, że ktoś jej pomoże. Obejrzałem się. Zadbana, choć nie młoda. Może nawet była ładna, ale nie umiałem tego docenić, gdyż zafascynowany głosem trwałem w letargu.

- Pójdziesz z nią i zrobisz wszystko, o co poprosi. Ba! Zrobisz to, zanim poprosi.

Popchnął mnie w jej kierunku, a ja pozbawiony woli i rozżalony, że pozbawił mnie swej miękkości i ciepła szedłem, czując, że mój pan rozgląda się w mojej głowie z niesmakiem rozsuwając na boki co bardziej nieroztropne myśli. Marionetka może mieć nadzieję, że sznureczek się zerwie. Ja nie miałem nadziei, bo własnym chceniem otworzyłem się na człowieka i żadnej obroży nie poczułem samowolnie oddając się w niewolę.

Kobieta poszukiwała w torbie kluczy, których oczywiście tam nie było. Nie mogło być – jak mi podszepnął mój nowy lokator, bo te klucze już miałem w kieszeni. Zaprosiłem… To znaczy, zaprosiliśmy kobietę na kawę, żeby trochę ostygła, uspokoiła się. Rozmawialiśmy, a głos we mnie bawił się mną, jakbym był cyborgiem sterowanym drogą radiową. Mówiłem komplementy, obiecywałem, uśmiechałem się, całowałem w rękę nie raz.

Nigdy nie byłem śmiały, ale z takim przewodnikiem potrafiłem w końcu wyciągnąć rękę po tę kobietę i zaprosić ją do jej domu. Mieszkała niedaleko. Skąd on wiedział, że sama? Pachniała samotnością? Dostatkiem? Pragnieniem? Nie wiem, ale on wiedział i wiedział, jakich słów użyć, żeby ją otworzyć.

Klęknąłem przed jej drzwiami markując próby otwarcia drzwi. Poprosiłem, żeby przyniosła mi jakieś narzędzia od sąsiadki, gdy ja tymczasem gmerałem w zamku kluczami o własnego mieszkania. Minę miałem przy tym natchnioną, jak nawiedzony poeta w transie wzmocnionym czymś, co doskwiera i skraca życie bezapelacyjnie. W bólach powstaje poezja. Bez niego można tylko zapisać westchnienia.

Biegała znosząc mi śrubokręty, kombinerki, całe mnóstwo niepotrzebnych nikomu narzędzi, a ja kręciłem wciąż głową, że nie, niech te leżą, ale może inne jakieś się znajdą. Zmęczyłem siebie i ją własnym wysiłkiem nim niepostrzeżenie przekręciłem jej kluczem zamek i uchyliłem drzwi do tej dziewiczej oazy. Weszliśmy razem, a zachwyt kobiety wynagrodził mi te zabiegi.

Udawałem zmęczonego, co przychodziło mi łatwo mając w sobie głos nauczyciela. Kiedy kobieta oddawała narzędzia sąsiadom, przed każdym wychwalając moje talenty i dobre serce kąpałem się w jej wannie, która, jak mylnie sądziłem, dawno nie oglądała męskich pośladków. Gdy wreszcie wróciła wyszedłem z wanny i mokrymi stopami oznaczyłem ślad pomiędzy wanną, a kobietą stojącą bezradnie w przedpokoju. Podniosła ręce do ust zagryzając palce na widok mojego bezwstydu, lecz nie pozwoliłem jej na złapanie oddechu, gdy przytuliłem się do niej przemaczając jej bluzkę do szaleństwa.

Rozbierałem powoli, a ona nie umiała zdobyć się na najdrobniejszy nawet gest, żeby mnie odepchnąć. Szeptałem jej nieprawdopodobieństwa, a ona wierzyła w nie święcie i bezrozumnie. Zaczarowałem ją? Ja? Nie! Nie ja, lecz ten czarodziej, co we mnie zamieszkał. Czarnoksiężnik władający umysłami szeptał przeze mnie słowa na które czekała całe życie, bo otwierała się niczym kielich kwiatu dotknięty językiem słońca.

Nie raz rozśpiewała noc nim zasnęła. Wstałem, nim jej ciało zaczęło poszukiwać mnie w zbyt dużym łóżku i osadziłem własną nagość w ramie okna czekając, aż mnie odnajdzie głos, który mnie tutaj przywiódł. Znalazł mnie. Nie zajęło mu to wiele czasu. Znalazł i kazał poszukać spodni. Gdy się ubrałem powiódł mnie tam, gdzie gospodyni trzymała biżuterię.

Miała gust, a oprócz gustu zapewne niemałą fortunę. Wiekowe srebra i nowomodne białe złoto. Kamienie, w których uwięziony był ogień niemal żyły, gdy tylko poczuły cień światła, a krawędzie potrafiły przekroić kryształowe szkło. Pakowałem do kieszeni nie wnikając, co czynię i chyłkiem wymknąłem się z domu. Wybiegłem w noc, a słodki głos wiódł mnie gdzieś, gdzie nie wiedziałem.

Na wpół biegłem, aż się zdyszałem. Nogi zaniosły mnie nad rzekę nieopodal czynnej elektrowni wodnej. Stanąłem w tumulcie kurzącej się wody, kłębiącej baranami nawet pośród nocy, by nabrać tchu i opadłem łokciami na balustradę. Posłyszałem kroki, więc się obejrzałem – mój czarodziej szedł do mnie krokiem miękkim, a ja już wyjmowałem z kieszeni precjoza, żeby go obdarować. Dumny, niczym pies aportujący patyk pokazywałem to, co ukradłem śpiącej kobiecie.

Czarodziej przyjmował dary ofiarne z wdziękiem i lekkością. A potem popatrzył na mnie z jakimś żalem i kopnął mnie między nogi. Ogień rozpłynął się we mnie, gdy upadałem na twarz. Czarodziej podniósł mi głowę szarpiąc za włosy.

- Tam była kamera – uśmiechnął się cynicznie – wiesz o tym? Była i widziała ciebie kradnącego majątek i ją, jak się tobie oddaje bez przymusu. Zostałbym żebrakiem, gdybym uciekł, bo puściłaby mnie z torbami, na pierwsze podejrzenie, że chcę odejść, ale teraz… Teraz jest moja. Za chwilę wrócę do domu, a te świecidełka będą zalążkiem mojej wolności, którą ona uzupełni szczodrze. Ale ty… Ty wiesz już chyba? Musisz umrzeć. Tu. Elektrownia zajmie się twoim ciałem… Zrobisz to dla mnie - prawda?

Pogwizdując niezobowiązująco.


Pani o brwiach wymodelowanych w permanentne zdumienie obrzuciła mnie spojrzeniem rozcieńczonym soczewkami. W oprawie mostu (być może) prezentowałem się wystarczająco interesująco – może przypominałem termita pożerającego żelazo, gdy most tętnił życiem rowerowo-hulajnogowo-monokolistym? Na tle pulsującego sinymi smugami nieba kwiaty na czeremchach wyglądają niczym lody na patyku, a w powietrzu unosi się zaduch kwitnących grochodrzewów. Młoda mamusia z wózkiem i dwójką bąków szła ku nieznanemu w leginsach naciągniętych aż po przeźroczystość. Wskaźnik dobrobytu w nich zmieszczony zwiastował dzieciom bardzo obfitą przyszłość. Kosy pogwizdywały bezwstydnie, aż szpaki z zazdrością zaglądały w korony topoli, z których spadały tłuste, wełniste koty, kłębiąc się nieprzeliczonymi stadami przy krawężnikach.

piątek, 17 maja 2019

Narodziny.


Światła bezładnie rozsypane pośród nocy tliły się wielobarwnymi iskrami, jak neonowe robaczki świętojańskie, a może żar wychylający się spod białego popiołu dogasającego ognia. Po horyzont, po kres nocy, jakby ludzie uparli się nie spać, sztucznymi słońcami okraszali swoje życie. Stąd anonimowe, niepozorne i błahe. Światła kipiały i przelewały się rozwłóczone kołami samochodów, a miękki, niezbyt gęsty deszcz rozmazywał smugi w fantastyczne niedopowiedzenia.

Dach spluwał wodą do rynien, a kobieta stała jakby usiłowała zliczyć te odległe, detaliczne słońca, albo szukała pośród nich własnego. Wyjęła telefon, a monitor ożył, oświetlając jej twarz bladym światłem. Prostokątne, bezduszne gwiazdy stały w szeregu pruskim drylem napiętnowane, a po rzece wiły się niesforne zaskrońce puszczające oko do nielicznych taksówek wiozących do domów tych, którym wieczór skończył się przed świtem niestety. Tylko desperacja dzwoni w taką noc, a kobieta chyba nie chciała przyznać się, że doskwiera jej codzienność w zbyt gęstym roju.

Patrzyła na ludzką termitierę, która nawet zasnąć nie potrafi i snuje się pośród nocy szukając tego, czego nie umiała znaleźć w dzień. Patrzyła wzrokiem schłodzonym przez deszcz i cieszyła się cichą, prywatną satysfakcją, że tutaj jej nie odnajdą. Nikomu nie przyznała się, że któregoś razu przyniosła brzeszczot i sapiąc bardziej z emocji niż wysiłku obcięła kłódkę pilnującą krat i zawiesiła własną. Od tamtej pory dach był dla niej azylem, gdy potrzebowała uciec.

Nigdy nie uciekała daleko. Rozsądek i te wszystkie społeczne ograniczenia trzymały ją w ryzach wystarczająco mocno, żeby nie potrafiła uciec światłom miasta rozpełzającego się niepostrzeżenie po granice widzialności. Pomyślała dość depresyjnie, że nie udźwignie więcej wolności niż ta, którą oferował jej ów dach ukradziony cywilizacji na chwile, gdy świat powinien zamierać, choć bronił się przed tym, jakby noc zwiastowała koniec świata.

Gdzieś spoza horyzontu do miasta wlewała się mgła. Być może stygnąca, parująca ziemia oddawała mlecznym oddechem to, czego nie zdążyła spić z chmur. Mgła była ciężka i leniwa. Zdobywała przyczółki powoli, niespiesznie i spośród tumanów wychylały się łby wieżowców pozbawionych tułowi i kościelne krzyże, jakieś kominy mrugające ostrzegawczą czerwienią. Odległe buczenie syreny przepływającej barki stłumione wilgotną watą tłukło się pomiędzy budynkami jak głodny wilk i drażniło słuch. Wąż powracających z wygnania aut niczym sznur korali spływał do miasta flirtując z krwistym wężem uciekinierów.

Pojedynczy krzyk tryumfu wzniósł się i wbił w chmury dziurawiąc je ostatecznie. Cóż mogło ucieszyć nieznanego człowieka aż tak, tego nie wiedziała, ale deszcz natychmiast próbował ostudzić emocje i zgasił w zarodku niepoprawną, śródnocną radość. Koła samochodów mlaszcząc obrzydliwie chłeptały kałuże uliczne i rozpryskiwały je na boki malując nietrwałe mozaiki na witrynach zamkniętych sklepów. Sygnalizacja uliczna piszczała zachęcając niewidomych do przejścia na drugą stronę, choć nic innego nie mogła im ofiarować. Wiecznie na drugą stronę. Byle szli, przecież im noc nie przeszkadza…

Inni… Wszędzie inni. Ważni bardziej lub mniej. Istotni tylko dla siebie i kilku lizusów, grzejących się w cieniu samozwańczych bóstw. Miała własną listę gości, wpraszających się do książki telefonicznej, którą nieświadomie przewijała palcem w górę i w dół nie zerkając nawet na kogo wypadnie. Wszystko jedno. Oni są tylko tłem, kakofonią, która zaburza widzenie. Ich nie ma. Pozory, które kłaniają się, albo całują w policzek, nim się miną w rozbieżnych krokach i rzeczywistościach. W drodze od jednego, do następnego nigdy.
Rzeka mieniła się jakby pod powierzchnią tej skrzącej się kołdry figlowało całe stado chochlików. Kolory, przytulone do powierzchni i obsypane mokrym mrokiem zdawały się gęstnieć i spowalniać nurt. Wzięła szeroki zamach i telefon pomknął w kierunku wody. Nie potrafił pływać, choć wydawało się, że potrafi wszystko. Jeszcze kilka chwil wcześniej potrafił. Może wystraszył się samodzielnego lotu, albo GPS go zawiódł i pękło mu serce, nim przywitał się z wodą? Nie wiadomo. W każdym razie pogrążył się zabierając ze sobą całe stado nieistotnych, którym się zdawało.

Nowe życie – naprawdę tak pomyślała – Nowe życie zaczęło się, gdy stare utonęło. Od teraz będzie Alicją. A może Natalią? Kto to wie. W taką pogodę mogłaby nawet być Małgorzatą, choć nie wiedzieć czemu wolałaby tego uniknąć. To zapewne wpływ lektur. Nie chciała być kolejnymi literkami do przeczytania. Ewa? Czy imię mogło mieć znaczenie? Jutro kupi nowy telefon i wtedy będzie miało. Ale nie w nocy. Teraz mogła być kimkolwiek. Albo nikim nawet. Tak! Do rana będzie mówić do siebie „hej ty”, żeby poczuć na skórze bezpośredniość. A nowa książka telefoniczna pełna będzie egzotycznych, nieistniejących imion. Może i dla siebie jakieś znajdzie? Noc mokła coraz bardziej, aż się zatrzęsła od nadmiaru wilgoci, zmywając z bezimiennej kobiety makijaż przyzwyczajeń. Jutro narodzi się na nowo. Może z jakąś interesującą przeszłością?

czwartek, 16 maja 2019

Pyszałek.


Kot nasiąknięty majem ostrożnie przeskakuje trawy, żeby nie strącić pereł nocnego deszczu. Przez zarośnięte tory, do piwnic zdewastowanej fabrycznej hali, gdzie być może mieszka dzisiejsze śniadanie. Smród ludzkości nie przeszkadza mu w żadnym stopniu – skupiony wokół potrzeb żołądka skrada się miękko, po kociemu. Azalie spłukane z kolorów wiją nowe pąki, żeby przypomnieć sobie, jak kolorowe być potrafią, a baldachy czarnego bzu przekornie bielą się pośród kwitnących na różowo głogów. Przeszłość bezwstydnie skrada się za dorodnym dziewczęciem jadącym na rowerze w spłowiałych dżinsach i zaciera ślady jej obecności. Dla mnie ulotnej, ale przecież byłej. Przez roztargnienie pozwalam mżawce polizać się po twarzy. Nie uciekła, więc chyba smaczny jestem.

Wilgotnym wzrokiem.


Pani z ubogą, bordową pupką biegła podtrzymując błękitnymi pazurkami kuleczkę z włosów na czubku głowy. Zapewne bez tego rozpierzchłyby się jak bierki. Nic nie szkodzi. Całkiem niedaleko stał pan przykryty kowbojskim kapeluszem i w garniturze o kilka tonów ciemniejszych od pupki. Chyba pomógłby pozbierać te włosy do kapelusza, zanim rozmiękną w bezpańskiej kałuży. Pod świerkiem dwa nakrapiane ptaki poszukiwały czegoś drepcząc w kółeczko (czyżby rydzów?), a kloszard porzucił swój wózek, żeby się dowiedzieć, że to tylko drozdy. Na płocie oddzielającym świat działkowców od świata turystów z nogi na nogę przestępowały szpaki. Niecierpliwe, czekające aż dojrzeją czereśnie.