sobota, 20 lipca 2019

Delikatesy dla bohaterów.


Dzień zapowiadał się na długi i nie pozbawiony uroku. Zbliżający się termin kolejnego kamienia milowego projektu ciążył już na naszych szyjach zapowiedzią katastrofy i koniecznością solidarnego zwarcia pośladków celem nadrobienia spiętrzonych zaległości. Muszę przyznać, że najładniej z tego zadania wywiązała się (jak zwykle) pani Kasia, która wiedziona kobiecym instynktem dziś miała pośladki skromnie obciągnięte materiałem, który pozwalał na zapoznanie się z kształtem zawartości, co przed wszystkimi docenił szef, potrafiący w natłoku zadań znaleźć czas, by kontemplować zdrową urodę pani Kasi.

Praca pośród marzeń o bliskim kontakcie trzeciego stopnia z wyidealizowanym nieświadomie obrazkiem pani Kasi pochylonej nad dokumentacją przebiegała pośród westchnień, co jednak nie przybliżało nadmiernie finału, więc szef leczniczo zaordynował dobrowolne godziny nadliczbowe do szczęśliwego finału włącznie. Aby jednak wzmóc zespołową energię postanowił nas wzmocnić, niechętnie korzystając z subwencji centrali na świadczenia dodatkowe i zaprosił całą załogę do zakładowego bufetu na skromną przekąskę, zaznaczając przy tym, że będziemy musieli odpracować ją przy biurkach, każdy kęs posiłku zraszając intelektualnym potem.

Wzorem legionów poszliśmy za przewodem szefa zawiłymi korytarzami instytucji zmierzając do zakładowego paśnika prowadzonego przez rumiane i uśmiechnięte istoty preferujące dziewiczą biel strojów, którą potrafiły szczelnie wypełnić powtarzalnym apetytem własnym. Trudno o lepszą reklamę jadłodajni niż pulchny i uśmiechnięty załogant na pokładzie, więc szliśmy równie uśmiechnięci i pełni nadziei. Na korytarzach snuł się wątek niedopowiedzenia i tajemnicy, gdyż pomiędzy naszą bieżącą lokalizacją, a windami mieściło się królestwo Rudej. Drzwi oblepione zielonymi dżdżownicami nie pozwalały zapomnieć, że tuż za nimi rozpoczyna się być może katastrofa biologiczna albo ożywa nieznana nauce ścieżka ewolucji.

Dlatego, kiedy się uchyliły drzwi nasz wesoły pochód zwolnił i mięśnie stężały nam wszystkim. Zza drzwi wychynął Szparag. Twarz i długie, niewydepilowane nogi miał pokryte jakimiś czerwonymi plamami, czy krostami, co dało mu bezwzględne pierwszeństwo na korytarzu. Ustępowali mu starsi i młodsze, żeby tylko nie zakłócić ruchu i nie doprowadzić do zderzenia czołowego, ani nawet do drobnej stłuczki, czy otarcia. Ruda odprowadzała Szparaga wzrokiem, co świadczyło o wadze jego misji. Poddaliśmy się owej powadze i pogasiliśmy uśmiechy wstrzymując oddechy, gdy Szparag manewrował w kierunku przeciwnym do naszego.

A potem Ruda zamknęła drzwi i rozstrzelała toksyczną ciszę serią zdecydowanych, żołnierskich kroków. Powieki pani Kasi zatrzepotały usiłując przeprowadzić gorączkową aklimatyzację biustu pod którym trzepotało serduszko czułe i pełne empatii. Nie wiem, co trzepotało pod biustem Stanisława, jednak ten nie był skażony delikatnością i rąbał jak drwal mokre drzewo.

- To był trądzik, czy wiatrówka? – zapytał dumny z siebie, że potrafi zasiać wątpliwości w naszych skołatanych głowach.

- Och… Wiatrówka – wyrwało się z pani Kasi – On chyba za duży na wiatrówkę…

- Kto wie – satysfakcją Stanisława można było otynkować ściany – Przecież kiedy Ruda go klonowała, to mogła od razu wersję dorosłą wyprodukować, a natura dopomina się o utracone lata młodzieńcze. To że ciało porosło mu szczeciną przedwcześnie wciąż nie oznacza dojrzałości.

- A może go coś pogryzło? – młodzież była praktyczna do szpiku – Może wyhodowali właśnie jadowite meksykańskie mrówki, albo szerszeniom azjatyckim zmodyfikowali instynkty i Szparag został zaatakowany stając w obronie swojej Stwórczyni?

Po głowach krążyły nam obrazy rozmaitych monstrów i insektów gotowych pokancerować nie tylko Szparaga, ale i całą ludzkość. Godzilla przy tych myślach wydawała się hodowlaną myszą o futerku gładkim i uśmiechu pełnym miłości. Szef ojcowskim spojrzeniem ogarnął nasze stadko i ukierunkował zbiorowe kroki w stronę wind, lecz zanim opanował nasze umysły wizje urosły i skrzepły na tyle, żebyśmy z lękiem spoglądali przez ramię za siebie. Chociaż nikt głośno tego nie powiedział, to ulga w chwili zamknięcia drzwi wind była namacalna i stała się jaźnią żywą jadącą z nami na ufundowany łaskawie posiłek.

Na stołówce panowało skupienie wielu oczu wbitych w zawartość talerzy niczym miecze w ciała pokonanych gladiatorów. Duch lanczu przepływał nad głowami obecnych i zarażał ich pokusami. Pani Kasia i szef, jako jedyne światowe osoby w naszym gronie zajęli miejsca na początku ogonka, żeby własnym przykładem oświecić mniejsze umysły preferencjami. Pani Kasia przeprowadziła błyskawiczne rozpoznanie w walce pytając pyzatą kuchareczkę o zawartość bemarów podgrzewających potrawy panierowane, albo krojone na wióry i obrabiane termicznie, bądź wcale nie. Szef pochłonięty zapleczem pani Kasi z godnością i niewysławialną cierpliwością przeczekiwał przesłuchanie sprawcy i oczekiwał na wyrok nie zaszczycając własnym wzrokiem nikogo więcej.

W jednym z naczyń znajdowała się świeża potrawka z ośmiornicy… Ciśnienie natychmiast spadło i to spadło na nas pozbawiając wilgoci nasze usta. W końcu najbliższy ocean był odległy o pół kontynentu w każdą stronę, więc podobna rozpusta nie miała prawa wystąpić w przyrodzie, chyba, że…

- Ruda wyhodowała jadowite ośmiornice! – syknął któryś z młodych i skaził powietrze toksyną trudną do powstrzymania.

- A Szparag zasłonił własną… hmmm... piersią? Pryszczatym ryjem? Nieważne – zasłonił!

Stawaliśmy się dumni ze Szparaga i każdy z mężczyzn chciał stanąć na posterunku, a oczami wyobraźni widział siebie z trójzębem, jak zwalcza bestię podstępną i głodną niczym święty Jerzy smoka bezbożnego. Rany na twarzy uznaliśmy za medale, którymi naznaczyło go życie i nasz zbiorowy szacunek wyniósł Szparaga na piedestał tak wysoki, że Ruda mogłaby go pocałować w dużego palucha, ale już w kolano to niekoniecznie. Bo Ruda (choć wielka), to przecież drobniuteńką jest istotą, której należy się wsparcie silnego, męskiego ramienia. Jak to dobrze, że wyhodowała sobie Szparaga, choć Stanisław był gotów służyć nie tylko ramieniem zbrojnym.

piątek, 19 lipca 2019

Bajka z podróży.


Niepozorny – to wystarczające słowo żeby scharakteryzować sylwetkę i wszystko, co można było powiedzieć z zewnątrz o tym mężczyźnie, który siadywał przy oknie i patrzył, jak autobus mija kolejne przystanki. Kiedy jednak usiadła przed nim kobieta delikatnie dotykał jej włosów, a jeśli nie zaprotestowała, to bawił się nimi i układał je. Dotykał głowy, rozczesywał niesforne kosmyki i układał włosy nadając im kształtów, których nie udało się osiągnąć właścicielce podczas porannej, pospiesznej toalety. On nie spieszył się, a kobiety pod jego dotykiem piękniały. Uśmiech błąkał się w dwuznacznościach, ale żadna z nich nie powiedziała ani jednego słowa, by nie przerwać seansu.

Nawet zazdrosne kobiety, którym nie było dane usiąść przed mężczyzną milczały przeklinając własny brak zdecydowania. Niektóre miały w oczach obietnicę, że następnego dnia usiądą przed nim i pozwolą mu na wszystko, o co poproszą jego palce. Wybranka tymczasem mrużyła oczy z lubością, wzdychała do własnych niespełnień i pozwalała twarzy wypięknieć w jego dłoniach. Rozglądałem się po niemal pustym autobusie. Za oknami przesuwały się wciąż te same krajobrazy i tylko wewnątrz mogło wydarzyć się coś, co zerwie z monotonią i obudzi poranek. Mężczyzna zaplatał jakieś skomplikowane loki szczuplutkiej, drobnej brunetce, która wsiadła z wygryzionym warkoczykiem, któremu brakowało sporo materiału. Rozwiązał go bez pytania i rozkładał mizerne, cienkie włosy usiłując wydobyć z nich trzeci wymiar. Szło mu zdecydowanie lepiej niż właścicielce włosów, co musiałem przyznać i ja, choć w kwestii fryzur jestem laikiem. Wiedziałem jednak, że podoba mi się efekt.

Blada twarz pani okryła się równie bladym rumieńcem i tylko przyspieszony oddech wskazywał, że nie śpi, lecz pogrąża się w marzeniach. A potem Niepozorny wysiadł na trzy przystanki przed finalną pętlą i zniknął bez słowa, ku rozpaczy siedzących w autobusie kobiet. Wybranka otrząsnęła się po delikatności seansu z ociąganiem i niemal namacalna była niechęć powrotu do rzeczywistości. Sztywnym krokiem zmierzała do wyjścia, a otwarcie oczu kosztowało sporo wysiłku.

Mężczyzna pojawiał się nieregularnie, jakby nic nie wymuszało na nim codziennej konieczności, a jedyną powtarzalnością byłą pora. Jeśli się pojawiał, na przystanku, to w godzinach wskazujących na pracę od wczesnych godzin porannych. Patrzyłem na starych, dobrych nieznajomych, z którymi dzieliłem codzienność w tym fragmencie, który obejmował autobus stąd do tam i nauczyłem się wypatrywać Niepozornego z równą wytrwałością, jak kobiety, którym dane było poznać smak jego dotyku. Czy byłem zazdrosny? Nie. Zastanawiałem się raczej, czy kobiety zjadłyby mnie żywcem, gdybym zajął miejsce przed Niepozornym odbierając jednej z nich wielką i niespodziewaną przyjemność. Tylko jedno miejsce i tylko jedna mogła zaznać przyjemności, a Niepozorny wsiadając stawał w kolejce do kasownika i kasował elektroniczny bilet bez pośpiechu. Dopiero potem rozglądał się po wnętrzu i wybierał miejsce. Panie patrzyły z nadzieją, kiedy zmierzał w ich stronę i czekały na cień dotyku snujący się po szyi, gdy wplątywał dłonie we włosy.

Nie było reguły. Czasem siadał za starszą panią, która pod zmarszczkami ukrywała resztki urody i dopiero dłonie Niepozornego potrafiły wywlec ją z podcieni zmęczonej używaniem skóry. Innym razem siadał za jakąś zwariowaną trzpiotką, która miała więcej tatuaży, jak rudzielce piegów. Żadna nie potrafiła zrezygnować, jeśli tylko pozwoliła jego dłoniom na kontakt dłuższy niż pojedyncze sekundy, a te, które chociaż raz widziały efekt na twarzach wcześniejszych wybranek nawet nie myślały o rezygnacji z przyjemności. Rozsiadały się wygodniej, mrużyły oczy i wypinały piersi, jakby chciały się pochwalić przed autobusowym światkiem - chyba tak było. Następnie odpływały uwiedzione dłońmi w nieistniejące, prywatne światy.

Musiał kochać je wszystkie, bo czułość z jaką układał włosy była namacalna i niemalże widoczna. Zostawiała połysk na najbardziej nawet zniszczonych włosach i potrafiła wzmocnić kolor najsmutniejszych oczu. Drapałem się po głowie szukając wzoru, schematu, czy jakiejkolwiek idei przyświecającej wyborom, jednak nie umiałem znaleźć. Nie umiałem i z każdym tygodniem rosła we mnie ciekawość. Zerkałem na kolejne kobiety wymodelowane jego dłońmi i ubrane w piękno, które trzymało się wnętrza wytrwale, cierpliwie czekając na kolejny seans pozwalający urodzie utrwalić się ukorzenić na twarzy.

Nie. Nie przysiadłem się do niego. Ale i tak nie wytrzymałem i w końcu machnąłem ręką na własną codzienność, by wysiąść z nim na jakimś zapomnianym przystanku w opłotkach miast i dogonić go i złapać za rękę. Odwrócił się bez pośpiechu i zmierzył mnie niepozornym wzrokiem pełnym melancholii.

- Dlaczego? – zapytałem i widziałem po nim, że wystarczy już słów i nic więcej tłumaczyć mu nie muszę…

- Niekochane kobiety są jak opuszczone cmentarze… Czasem wystarczy drobny gest.

środa, 17 lipca 2019

Zaduma nie całkiem jesienna.


Pani pachniała krówkami i nawet karnację miała skarmelizowaną latem. Poruszała się bardzo energetycznie i tylko zniszczone włosy świadczyły o uporczywym i długotrwałym ich używaniu. Początkująca kobieta o bardzo krótkim stażu stała na przystanku w czarnych legginsach o przeźroczystych, szerokich lampasach, które miały udokumentować (choć nie pokazać) brak bielizny. Wciąż nie mogę się zdecydować, czemu ma służyć takie o(d)krycie. Wiatr sprawdza co nowego w Mieście i zdążył wymordować dwie garście mirabelek, które teraz wykrwawiają się na chodniku. Dym uciekający z kominów elektrociepłowni zastygł w poziomie, jakby właśnie czas się skończył i tylko jaskółki niezorientowane zupełnie krążą beztrosko po pochmurnym niebie.

wtorek, 16 lipca 2019

Kalendarz anielski.


W moim akwarium fruwały anioły. Niewielkie. Takie, które mogły przycupnąć na kamieniu, czy pomachać nóżkami siedząc na bukowym korzeniu o kształtach wymyślonych przez naturę, by drzewo mogło przetrwać w niegościnnych górach. Pogięte, twarde drewno stanowiło obecnie wystrój szklanego pudła na wodne motyle i anioły, które polubiły chyba ten kawałeczek drewna, bo siadywały na nim chętnie.

Trochę wstyd podglądać anioły, kiedy ubranka na nich mokre i tylko baldachimami skrzydeł podrygujących na falach mogły zasłonić swój wstyd przed moim wzrokiem. Mizerna ochrona, skoro nawet kot oblizywał się bezwstydnie i gdybym nie przykrył pudełka wiekiem od góry, pewnie wybrałby mi anioły co do jednego i tylko strzępy piór zastałbym na dywanie. I tak, ilekroć wróciłem do domu widziałem na szkle odciski jego nienasyconego pyszczka.

Anioły lubiły się przytulać, albo tańczyć na tym korzeniu bosymi stópkami przebierając z wprawą doświadczonej baletnicy. Czasami bawiły się w berka i ich beztroski śmiech słychać było aż po krańce nerwów. Kot stawał się wtedy nerwowy i stroszył grzbiet. Bałem się o moje anioły, jednak kot mieszkał tu dłużej i nie miałem sił go przegnać. Najwyraźniej widział w nich ptaszęta, których zdążył w swoim życiu skosztować.

Kot marszczył czoło i nos knując podstępnie, a aniołki nie zwracały najmniejszej nawet uwagi na jego kulinarne zapędy. Tańczyły, albo grały we frisbee aureolami, żeby nadać trochę blasku mijającym chwilom. Patrzyłem z nieustającym zachwytem na ich zabawy i żarty, które całymi dniami wyczyniały, aż woda tętniła życiem. Patrzyłem jak tkają korale z pęcherzyków powietrza, albo bawią się w chowanego ukrywając się nawet w filtrze, czy za pompkami.

Popiskiwały z radości, kiedy kot czochrał się o krawędź pudełka rozkołysując wodę na kształt morskich fal. Surfowały na liściach wodnych strzałek, albo budowały z nich spadochrony, żeby opadać na dno w spowolnionych drganiach. Nie sądziłem, że tyle czasu można tkwić przed szklanym, ruchomym obrazem, a przecież każdego dnia spędzałem przy nim długie chwile.

Z czasem kot zaczął kłaść się na pokrywie pudła i drzemać tam, od niechcenia tylko biczując ogonem jedną ze ścian. Ogon, grubszy od anioła pojawiał się znienacka na tle ściany i miękko uderzał w szybę, a anioły udawały przestrach i uciekały gdzie pieprz rośnie, by po chwili wrócić roześmiane i szczęśliwe. Kotu posiwiały wąsy i coraz chętniej wylegiwał się na wieku akwarium.

Patrzył gdy przychodziłem, ledwie unosząc powieki i w szparkach czerniała mu błogość. Doskonale potrafił zaplanować całodniowy wypoczynek, który jakoś nie nudził mu się i nie męczył. Jedyną aktywność skupił na ogonie, który spacerował za niego, biegał i podskakiwał. Od czasu do czasu nadstawiał jeszcze ucha, gdy anioły rozdokazywały się mocniej i bezskutecznie usiłował się nie oblizywać.

Byłem pewien, że szelma uśmiecha się do własnych snów, w których wybiera z akwarium aniołki i jeden po drugim znikają mu gdzieś pod nosem. A kiedy zaburczało mu w brzuszku, to aniołki pokładały się ze śmiechu, ale ja patrzyłem nań podejrzliwie i zastanawiałem się, czy nie ograniczyć mu wolności.

Kot najwyraźniej wolał sufit anielskiego pudełka niż moje kolana. Spędzał tam większą część dnia i coraz łatwiej było odnaleźć go właśnie tam. Udawał głuchego, kiedy go wołałem, żeby przyszedł na pieszczoty i tylko łakociem mogłem go przekupić, żeby zastrzygł uszami i ociągając się zeskoczył leniwie i przyszedł wielką łaskę mi czyniąc. Wystarczyło jednak, żeby skończyły się rarytasy i już zerkał na szybę, a aniołki chyba też czekały, aż wróci na posterunek.

Kotu osiwiały wąsy i ogonem bił już mniej zdecydowanie, ale tylko on się postarzał. Aniołki wciąż szczebiotały swoją radość i wymyślały harce i swawole zaplatając warkocze z wodorostów w żywe, zielone brody. Kot tymczasem grzechotał swoje mruczando i robił to coraz głośniej, jakby w końcu przestał się wstydzić, więc mruczał i gruchał i wyśpiewywał swoją radość z nic-nie-robienia.

Któregoś wieczora siedziałem patrząc na zabawy aniołków i ogon koci zamiatający szkło od niechcenia. Aniołki udawały, że siedzą na nim i kołysały się jak na huśtawce i miały od tej zabawy niezwykle zadowolone buzie. Kot nieświadomie kolaborował i ogon przesuwał się wystarczająco wolno, żeby mogły nadążyć. Kiedy koci ogon znieruchomiał zawiedzeni byliśmy wszyscy – ja i aniołki. Ogon wisiał smętnie i bezwładnie. Patrzyłem na aniołki, a one żegnały się z jednym, który chyba się gdzieś wybierał.

Nie mogłem zrozumieć, ale ten jeden zamachał skrzydełkami i sobie tylko znaną szparą wyszedł ze szklanego pudełka. Mokrymi stópkami plaskał cicho, aż zaczął się wspinać na koci grzbiet. Położył się gdzieś między jego uszami i zniknął pozostawiając mokrego kleksa w sierści. Pogłaskałem, ale było już za późno – aniołek zniknął, a kot… leżał martwy z uśmiechem szczęścia na pyszczku.

Wyniosłem do ogródka i zakopałem pod wierzbą, z której w młodości wypatrywał łupów i wróciłem do domu. Aniołki stały rządkiem przy szkle i patrzyły na mnie z takim smutkiem, jakby chciały na mnie coś wymóc. Miotałem się pomiędzy bólem, a niezrozumieniem. Chciałem im pomóc, ale jak? Zbliżyłem twarz do szkła, a one płakały wraz ze mną.

- Dobrze – szepnąłem – wezmę następnego kota do domu, tylko już nie płaczcie proszę.

Wszystkie zaklaskały w rączki a potem zaczęły bawić się w jakąś wyliczankę. Myślałem już, że szybko zapomniały i wróciły do zabawy, ale wylosowany aniołek podfrunął do wieka pudła i wyszedł na zewnątrz. Szedł zostawiając mokre ślady stópek i smugę ciągnących się za nim skrzydeł.

A potem usiadł mi na ramieniu i czekał. Domyśliłem się, że to on wybierze kota, a potem będzie jego duszkiem. I razem dokończą życie – jeden na akwarium, a drugi w środku… Ile mi zostało aniołków jeszcze? Trzy? Popatrzyłem na pozostałe, a w szybie zaświeciły moje siwiejące włosy… Dam radę? Jeszcze trzy koty i trzy aniołki?

Dyskretne zachwyty.


Nadmiarowy pan z nieszczupłą kobietą katurlali się bez pośpiechu ku jakiejś wspólnej codzienności trzymając się za ręce. Młoda pani podśpiewywała w marszu, a jej tyłeczek chciał chyba tańczyć w rytm muzyki. Zachwycające – krzywik zzieleniałby z zazdrości widząc te ruchliwe kształty. Aż się zacząłem rozglądać wokół, bo uświadomiłem sobie, że kształty są przypisane do jednej tylko płci, co mnie z kolei zdumiało. Może nie doceniam męskiej części populacji, ale trudno – mają pecha i na łaskawy wzrok marne szanse. Sroka śledziła mnie jawnie, choć tym trudniejszym sposobem – od przodu. Podfruwała i czekała, aż nadejdę, żeby znów wykonać skok i ukryć się na martwej gałęzi topoli. Pozwoliłem – niech ma radochę ptaszek w garniturze. Pod tują przysiadła w trawie pełnoziarnista bułeczka i udaje purchawkę, a pani stojąca na przystanku na mój widok postanowiła przejść piechotą choć jeden i poszła wypełniając mi drogę własnym zapleczem. Potem jeszcze kilka niezdecydowanych osób, które w nogach czuły lato, a na grzbietach jesień. Sandałki i letnia sukienka z jesienną kurtką i kapturem, który i zimą dałby radę wyglądały dość ekstrawagancko przy posiniałych, albo pobladłych udach. Szczególnie, gdy one odjeżdżały w równie siną dal na hulajnodze. Uda ktoś wymyślił zacnie – młode kobiety na przystankach grzały pomiędzy nimi własne dłonie – gdzie im lepiej będzie?

niedziela, 14 lipca 2019

Sezamie - gotuj się!


Nieopatrznie przyswoiłem informację, że mężczyzna kuchenny, to skarb, więc aspirowałem. Incognito, żeby wstydu nie było przetrząsnąłem kulinarną modę – chwilowo pobieżnie i bez fanatyzmu. Kuchnia zmierza w przyszłość eksperymentalnymi ścieżkami. Do wyboru: ciekły azot, czyli mrożonki, ekstrawaganckie białko, czyli owady, albo łąka luzem. Zacząłem od łąki, bo sezon sprzyja. Na pierwszy ogień poszła rukola – takie liście ostu obrane z kolców – ciężka robota i kłuje w paluchy, ale surówka gotowa. Teraz humus. Szpadlem nakopałem na cały tydzień. Do picia zielone „smuty” – w hoboku mieszadłem do farb zmiksowałem pokrzywę z łętami selera. I gluty wybrałem, żeby bezglutenowo było… Tylko kto to teraz zeżre?

Biznesmen.


Samodoskonalenie, rozwój i inicjatywa. Aż mi się wstyd zrobiło, że tak światły nurt płynie pomimo mnie. Postanowiłem dołączyć, zakładając działalność, którą trudno nazwać gospodarczą.
Zecer wspomnień – zawód chwilowo nieistniejący zamierzam powołać do życia. Chwytać fastrygą wystrzępione, niedokończone wspomnienia i łatać je. Pocerować, wypełnić i odprasować, żeby były piękne i pachnące odpowiednio do rangi nosiciela. Oprawić w wiśniową skórę ze złoconymi tłoczeniami…
Chyba oczywistym jest, że nie wszystkie zamierzchłe wspomnienia pasują do bieżącego anturażu, a wybrane chciałoby się podnieść o klasę czy dwie. Postanowiłem sprowokować przeszłość do tego, by przymknęła oko na chwilę i pozwoliła ozłocić nawet to, co pachnie niesalonowo.

Poszarzałe wspomnienie.


Chociaż śmiałem się głośno, kiedy powtarzał swoje nieprawdopodobieństwo, to jednak po jakimś czasie ze zdumieniem odkryłem, że miał rację. W ogóle podejrzanie często miewał rację, chociaż usta otwierał rzadziej, niż gorliwy katolik po eucharystię. Wydawało się, że żartuje, że droczy się ze mną i usiłuje wykazać mi ignorancję, a przecież on tylko inspirował i wskazywał ścieżkę. Niemożliwą, pełną wykrotów i pułapek, ale przecież ścieżkę, którą mogłem podążać, a jeżeli dopisze szczęście, talent i wytrwałość, może doprowadzi mnie do czegoś, czego wstydzić się przed światem nie będę musiał. A on wzruszał ramionami i bez cienia złośliwości mawiał wciąż, że dobry malarz z czerni i bieli wyczaruje najbarwniejszą tęczę i nie potrzeba żadnej ultramaryny, żeby pokazać jak niebo przegląda się w oceanie, ani jak czysty potrafi być śnieg, nim dotknie go wzrok wieczoru.

Gruntowałem płótno za płótnem i godzinami malowałem rosnącą za oknem lipę motając się w szarościach i popielach. Z moich lip mogłem już zbudować spory park, albo aleję wiodącą do bardzo odległego dworu, a one wciąż wyglądały, jakby Bóg spalił inne kolory i zostawił mi w oczach pogorzelisko. Ojciec zaglądał tu rzadko, lecz za każdym razem gdy przychodził wyjmował z paczki niemiłosiernie wygniecioną paczkę papierosów bez filtra i palił, jakby mu się dokądś spieszyło, a ja miałem wrażenie, że rozsnuwa mgły pomiędzy moimi lipami, żeby dorobić wszystko, czego nie udało mi się namalować. Czasem kiwał głową, a ja patrzyłem na moje martwe lipy ze łzami w oczach i niemal czułem, jak je spowija dym śmierdzącego papierosa. Nigdy nie namaluję życia, choćbym kupił najdroższe farby…

A potem ojciec wychodził zabierając jeden z nieudanych obrazów, a ja zaciskałem zęby i kląłem głośniej niż wolno. Sąsiedzi wybaczali mi, bo to jedna z niewielu fanaberii na jakie sobie pozwalałem, a i to niezbyt często. Wychyliłem się przez otwarte okno, a wyglądać musiałem jak blady duch ubrany w resztki siwego dymu. Z dołu przyglądała mi się dziewczynka. Miała może sześć, może siedem lat, ubrana była w niebieską sukienkę w wielkie białe grochy, a buzią jasną z oczami pełnymi ciekawości zarażała świat uśmiechem. Trochę mi było wstyd, że była świadkiem mojej ekspresji , więc zapytałem, czy napije się ze mną herbaty. Na ławce pod lipą, którą malowałem od dawna.

Kiwnęła głową zaintrygowana, więc zaparzyłem w dzbanku jakąś pachnącą kwiatami i egzotycznymi owocami, na tacę postawiłem dwie filiżanki, słoik z cukrem, bo oczywiście nie używałem srebrnej cukiernicy, gdyż ta brudziła się od samego powietrza zbyt szybko. Porwałem resztkę herbatników, które robić miały za ciasto do herbaty i zszedłem na dół. Dziewczynka dygnęła grzecznie aż zmiękłem cały. Ostrożnie postawiłem tacę na ławeczce pod lipą i zaprosiłem ją na poczęstunek. Siedziała machając nóżkami zbyt krótkimi, żeby sięgnąć ziemi, a może to ławka była zbyt wysoka?

Okazało się, że mieszka całkiem niedaleko, w sąsiedniej kamienicy i właśnie czeka na koleżanki, które wciąż jeszcze jedzą obiad i dlatego stała sama pod lipą, bo samemu bawić się jest trudniej. Rezolutnie zapytała mnie czym się zajmuję i czy potrafię się bawić, a potem uznała, że malowanie, to dobra zabawa, byle nie przesadzać. Że czasami trzeba pobyć z ludźmi i zatańczyć, albo poskakać na skakance. Nawet miała skakankę i koniecznie chciała mi pokazać, jak się to robi. Patrzyłem, jak podrygują jej kucyki, gdy skakanka obijała się o ziemię, a ona przeskakiwała lekko i z niemożliwą do opisania radością. Kiedy podała mi skakankę oczy miałem tak pełne zachwytu, że niemal mokre od szczęścia. Zapomniałem już radość młodości, ale poddałem się jej woli i skakałem niezgrabnie, jak tłusty pies przez ten przykrótki sznurek, a ona klaskała w ręce i dopingowała mnie do większej gracji.

Oddałem jej skakankę, gdy tylko posłyszałem młode głosy wołające do niej wesoło. Podziękowała za herbatę i zapytała, czy jutro też przyjdę, więc kiwnąłem głową, bo głos mi się łamał i wolałem nie mówić nic. Pobiegła zupełnie zapominając o mnie, a ja zostałem pod lipą, żeby ochłonąć. Przysiadła się sąsiadka wracająca z zakupów. Wesoła, okrąglutka pani, która jak się okazało miała więcej dobrego humoru, niż zmarszczek. Przysiadła się i dogadywała serdecznie poklepując mnie po kolanie. Moje herbatniki nie pytając o zdanie pokruszyła i rozsypała wróblom na żer i wyjęła z siatki jakieś ciasteczka nakrapiane różanym dżemem. Kupne, ale miękkie i świeże. Napełniła filiżanki i siedzieliśmy razem oddając się rozkoszy nieróbstwa. Nawet nie zapytała, ale sam z siebie opowiedziałem jej o lipie i o tym, jak maluję ją, a ona wciąż nie chce ożyć i ciągle smutna i spalona.

Pani westchnęła i wtuliła się w moje ramię zamykając oczy. Wąchała mnie chyba, albo dłońmi szukała czegoś, czego w sobie nie podejrzewałem, ale trwała tak nie ruszając się, jakby zbierała się na odwagę. Potem zaczęła mi opowiadać cichym, niepewnym głosem własną historię i całe życie, które tu, w cieniu malowanej przeze mnie lipy spędziła. Aromat lipowy otulił nas, a cień, niczym miękki kot położył się na naszych kolanach, żebyśmy nie zmarzli. Pani twarz rozciągała się w uśmiechach wspomnień, albo marszczyła w chwilach grozy. Samą mimiką mogła opowiadać historię, bo jej twarz była otwartą księgą. Nigdy nie musiała chyba ukrywać uczuć, bo malowały się na jej buzi czytelniej niż literki w elementarzu. Czas cofnął się, a jej twarz wygładziła się. Nie mogłem się powstrzymać i chciałem pogłaskać ją po policzku, kiedy otworzyła oczy.

- Pokażesz mi twoją lipę? – zapytała cicho – Ja o swojej ci opowiedziałam i bardzo chcę zobaczyć twoją. Przyjdź jutro tu na herbatę i przynieś ją, dobrze?

Odprowadziłem ją do drzwi niosąc siatki, a potem wróciłem po tacę. Wróble szczebiotały wydziobując z niej okruchy po ciastkach, ale na mój widok rozpierzchły się i z wysokości lipy krzyczały, żebym zostawił to, czego i tak nie zjem. Wysypałem okruszki na ławkę i poszedłem do domu. Wyjrzałem przez okno i zamknąłem oczy… Patrzyłem na lipę z zamkniętymi powiekami, a ona wyciągała do mnie ramiona… Malowałem zawzięcie, aż nadeszła noc. Zapaliłem dwie ostatnie świeczki, jakie znalazłem w kredensie, bo elektryczne światło wydało mi się zbyt brutalne i malowałem dalej. Księżyc zerknął przez otwarte okno, ale poszedł do swoich spraw, a ja w zapamiętaniu malowałem, jakby moje życie miało od tego zależeć. Mieszałem czerń z bielą na miliardy odcieni szarości i modliłem się, żeby ożyły do złota kwiatów, do wiosennej, pełnej życia zieleni. Do błękitu sukienki uśmiechniętej dziewczynki i uśmiechu starszej pani, od którego zmarszczki topiły się i skóra nabierała jędrności. Nawet brązowe wróble szarą smugą pociągnięte zaczynały wiercić kuperkami niecierpliwie i napastliwie, dopóki czubkiem pędzla nie rozsypałem pod lipą okruszków…

Słońce zaglądało do pokoju z niemym pytaniem, po co świece palę w dzień, a ja usiadłem na fotelu zmęczony, ubrudzony farbami i poszarzały z wysiłku. Koniec. Wiedziałem, że w prostokącie płótna nie zmieści się ani jedna kreska, ani najdrobniejsza nawet plamka. Obraz sechł lizany słońcem, a ja siedziałem wyzuty z uczuć. Kiedy usłyszałem dziecinną radość za oknem podbiegłem do okna i szukałem niebieskiej sukienki, ale nie było jej dzisiaj. Chciałem się pochwalić, pokazać jej swój obraz, na którym ona skacze na skakance i uśmiech ma tak piękny, jak tylko można. Zrezygnowany chciałem się już cofnąć, kiedy zobaczyłem staruszkę. Popatrzyła na mnie pytająco, więc kiwnąłem głową, że owszem – już schodzę na dół.

Wziąłem obraz i sztalugi, a drzwi zatrzasnąłem nogą. Schody pojękiwały ze starości, ale nie zwracałem na nie uwagi. Wyszliśmy razem. Pani niosła wiklinowy koszyk dzwoniący cichutko porcelaną. Na ławce już czekały puchate kulki wiecznie głodnych wróbli i przekomarzały się z nami o miejsce na niej. Pani z uśmiechem przekupiła je sypiąc garstkę kaszy pod lipę, żeby pozwoliły nam usiąść i już wyjmowała naczynia. Ustawiłem sztalugi tak, żeby mogła patrzeć nie wstając z ławki i oparłem o nią obraz. Wciąż pachniał bielą i czernią. Poprawiałem obraz, kiedy usłyszałem, jak zadzwoniła łyżeczka spadając na bruk pod ławką. Zanim się zdążyłem obrócić zobaczyłem, że ulicą nadchodzi ojciec. Ledwie otworzyłem usta był już przy mnie i chciał coś powiedzieć, ale pokazałem mu ręką ławkę, więc usiadł obok starszej pani, której z oczu ciekły perłowe łzy. Ojciec machinalnie sięgnął po filiżankę i podniósł ją do ust, gdy zerknął na obraz i znieruchomiał.

- Skąd wiedziałeś? – zapytała pani łamanym głosem, a mój ojciec bez słowa przytulił ją do siebie – Miałam taką niebieską sukienkę w białe grochy…

- Ja też ją pamiętam – chrząknął niepewnie ojciec – I dziewczynkę z kucykami, która podała mi skakankę, żebym spróbował…

sobota, 13 lipca 2019

Yeti.


Elektronika zbyt mocno przytulona grawitacją do czegokolwiek zachowuje się skandalicznie. Rozsypuje się w drobny mak kalecząc wszystko dookoła masą o ziarnie tak drobnym, że żaden Kopciuszek nie poradzi już nic. Należy ją uznać za straconą z chwilą, gdy utrata stabilności przestaje być liczona w mikrosekundach i sięga wartości dostrzegalnych analogowymi zmysłami. Ciało co prawda znosi nieco lepiej nagłą utratę wysokości nie tylko nad poziom morza, ale nawet nad poziom ziemi, jednak również nie pozostaje bez szwanku.

Samolot przyziemiał dokładnie tak samo, jak przyziemiałby metalowy kontener na śmieci, który potknął się i utracił równowagę na wysokości dziesięciu tysięcy metrów lecąc z prędkością ponad czterystu kilometrów na godzinę. Mayday, jak mantra krążyło w trybach elektroniki, która jeszcze nie zorientowała się w sytuacji, podczas, gdy analogowe struktury pospiesznie i bezwstydnie opróżniały się nie tylko z płynów chcąc zminimalizować masę podczas nieuchronnego zderzenia niesprężystego absolutnie. Kabinę wypełnił zbiorowy aromat przetworów organicznych usiłujących wydostać się z objęć materiałów naciągniętych na korpusy. Kwaśny smród strachu zagarnął wszystkich i opróżnił żołądki z treści. Gruntowne czyszczenie przewodów pokarmowych nie zajęło wiele czasu i zostało go wystarczająco, żeby ulec zbiorowej panice.

Za oknami tłoczyły się jakieś niegościnne góry, poszarpane, ostre i granitowo-oziębłe. Po takich górach można było się spodziewać wszystkiego najgorszego, a już na pewno nie pikniku, gdzie jakiś najęty Szerpa będzie osłaniał czółko przed udarem słonecznym, niosąc przy tym na własnych plecach i głowie apartament królewski z kuchnią i SPA. Żadnych czerwonych dywanów, ani nawet baru mlecznego. Miliony kilometrów kwadratowych wstrząśniętego gołoborza pełnego grizzli, pterodaktyli i tygrysów szablozębnych, a do kompletu detal w miliardowych populacjach, jak gzy, tse-tse, komary, skorpiony, toksyczne ważki i roślinność podejrzana o wszystko poza skłonnością do zaspokajania potrzeb wysublimowanych podniebień miejskiej arystokracji. Nawet hieny i skunksy zdychają, gdy się podobnej biologii zaczną przyglądać z bliska, a w najlepszym wypadku zacznie im garściami wypadać szczecina i skóra pokryje się liszajem.

W takich to skumulowanych antywarunkach geografia postanowiła sprawdzić reakcję materii na wzajemną bliskość. Słońce zagarnęło wszystkie pobliskie chmury, żeby nie patrzeć na rozmiar nieszczęścia, elektronika darła mordę w nieskończonej frazie wołając Mayday, ale nawet gdyby dosięgła innej elektroniki zachowującej się z większą stabilnością, to przecież materia nie potrafi falować wystarczająco szybko, żeby w sinusoidalnych podskokach zwiać z naszej klatki Faradaya, albo wykorzystując tunelowanie cząstek skwantować własną tuszę i podążyć ścieżką wielobitowej magistrali, żeby bezbłędnie zmaterializować się tuż za sieciowym dekoderem. Krótko mówiąc – elektronika usiłowała zadbać o to, żeby miał nas kto pośmiertnie opłakać, albo przynajmniej posprzątać bałagan, jakiego narobimy w wyniku tego eksperymentu.

Wartość oczekiwana była oczywista – z grubsza tona tatara w puszce, chwilowo hermetycznie zamkniętej, jednak kwestią chwili było kiedy konserwa otworzy się i rozpocznie się nieubłagalny proces gnilny. Niektórzy chyba go już rozpoczęli, bo smród zgęstniał niemożliwie. Aż dziw, że nie wznieśliśmy się na takich oparach. Los rzucał już fałszywe kości, żeby uatrakcyjnić doznania jednostek i zindywidualizować je. Los nie lubi nudy i pewnie jakiś wybraniec będzie zdychał odrobinę dłużej. Może nawet kilka dni… A może w poczuciu dobrego humoru Losu ktoś przetrwa kataklizm i będzie mógł zachłystywać się cudownym ocaleniem przez całe lata? Przekupiłbym dziada, ale nie wiedziałem czym, a odliczanie końcowe już się rozpoczęło. Wysokość kurczyła się równolegle z czasem i jak na mój gust czyniła to zbyt zajadle. Mogłaby pofolgować odrobinę. Żadnemu z nas nie śpieszyło się aż tak do powrotu na ziemię.

Nasz kierowca, chociaż pachniał równie nieprofesjonalnie, jak my, to jednak całą swoją sylwetką usiłował nam wmówić, że panuje nad maszyną, albo naszym losem, i zajadle czymś kręcił, ciągnął, pchał i sapał przy tym tak, jakby każdym oddechem chciał zakląć w językach nam niedostępnych z obawy, że po wylądowaniu napiszemy na niego skargę. Pomiędzy kroplami potu snuły się takie słowa jak turbulencje, dziura, awaria i niestabilność, a takich normalnych, że za kwadrans stewardesa poda lunch i menu znajdą państwo w kieszeni fotela, albo choćby drobnej wzmianki o setce wódeczki dla bardziej strachliwych, to ani-ani. A strachu było tyle, że biedna stewardesa musiałaby rozdysponować po litrze najmarniej, gdy ziemia tak bezkompromisowo zbliżała się do naszego niewystarczająco opancerzonego podbrzusza. Ba – dałem się ponieść marzeniom – ziemi nie było widać po sam horyzont, który kurczył się zastraszająco szybko. Oddolnie przyglądała się nam granitowa, wieloostrzowa piła i oblizywała się lubieżnie jak głodomór czytający w ekskluzywnej restauracji menu ze świadomością, że ciężar rachunku obarczy inne sumienie.

Ponieważ zbliżanie się do ziemi kończy się brakiem reakcji ziemi, więc bliskie spotkanie najwyższego możliwego stopnia staje się oczywistością do której splot zdarzeń nieuchronnie dąży nawet w filmach aspirujących do naukowej fikcji, bez względu na rasę, wiek i płeć reżysera. Nasz kierowca być może nie ogląda amerykańskich filmów z dowolnie wybranego powodu, poddał się jednak konwencji dramatycznej i do samego końca (czyli niezbyt długo) trzymał w dłoniach jakiś metalowy element i nieskutecznie usiłował wydestylować z niego sok. W tym czasie gołoborze wystawiło szpony, żeby pochwycić konserwę i otworzyć ją, aby jak najszybciej dobrać się do szpiku nim nadlecą padlinożercy. Natura uwielbia szpik. Wiem to tylko z literatury, jednak coś w tym być musi, bo szpik jest równie popularny w sklepach, jak steki z ptaka dodo.

Samolot wykonał z własnej inicjatywy jakieś skomplikowane manewry i chyba nie podobał mu się pomysł z podbrzuszem, bo usiłował samopas zrezygnować z tego punktu programu, wybierając ścieżki zaskakujące i nieoczywiste nawet dla geografii. Chyba ją tym zaskoczył, bo patrzyła zdumiona z głupawą miną, jak podbrzusze stygnie ślizgając się po zamarzniętym jeziorze i przeskakuje z jednej zaspy w drugą, czochrając się o jakąś egzotyczną kosodrzewinę. Nastrój dramatyczny wymagałby kilkunastu guzów, złamanej ręki, obrażeń wewnętrznych trupa i zbliżającej się zbyt szybko przeszkody wertykalnej typu pionowa ściana w skali dodatniej lub ujemnej, jednak tym razem zbliżał się karłowaty las, a przed nosem samowystarczalnej maszyny toczył się bałwan śniegowy rosnący z każdym metrem swawolnej podróży. W końcu bałwan nabrał wystarczającej mocy, żeby poskromić ruch postępowy maszyny i dał odpór.

Elektronika oczywiście odmówiła współpracy i stała się przeszłością, poziom strachu opadł do wysokości, w której pół litra na dwóch zdawało się być godziwą rekompensatą, a jeden złamany paznokieć nie był wart odnotowania w książce pokładowej statku, który nareszcie przestał być powietrznym. Kierowca, któremu udało się w trakcie lądowania wyhodować brodę dźwięcznie podrapał się po zaroście i ukradkiem sprawdził, czy podobne błogosławieństwo dotknęło czubka głowy. Jako dowódca okrętu musiał podjąć decyzję, czy opuścić statek, czy też stanąć dryf i czekać na zbawienie. Smród eskalował tak bardzo, że postanowił uwolnić chociaż jego od gęstej atmosfery i otworzył drzwi. Gaz szarmancko wziął pod pachę ciepło i ulotnili się niezwłocznie. My zostaliśmy w obliczu nieskończonego chłodu ciągnącego się wiele kilometrów we wszystkich kierunkach trójwymiarowej przestrzeni.

Stewardesa – właścicielka złamanego paznokcia (jak się okazało poniewczasie reklamacja została uwzględniona i paznokieć wymieniono na nowy, dokładając nabłyszczasz powłoki lakierniczej za straty wizerunkowe) dostrzegła, że nadciąga niespodziewany ratunek, względnie nawałnica i wojenna zawierucha. Stanęliśmy gremialnie w drzwiach i oknach wypatrując zbawienia, lekką trwogą zjednoczeni jednak, na wypadek, gdyby to nie był koniec atrakcji. Od strony gór sunął na nas wał śniegu wyglądający jak detaliczna lawina, jednak nie nabierał masy tak szybko, jak powinna to czynić tocząca się kula śniegu. Patrząc na utoczoną samolotem kulę tamten wał zdawał się być dopiero zalążkiem i nie powinien nas pokarać nieodwracalnym dramatem.

Gapiliśmy się gdy owo niepojęte coś zbliżało się do nas, w tempie, które uniemożliwiało podjęcie przegłosowania decyzji – bać się, czy cieszyć. W końcu wał okazał się pięcioma Białymi Pomponami, z których największy miał ze trzy metry wzrostu, a najmniejszy pomachał nam chorągiewką w kolorach flagi narodowej Tunezji… a może Turcji… Patrzyliśmy jak urzeczeni, a przybysze ustawili miniaturowy szpaler i odtrąbili coś w rodzaju hymnu, dość jednoznacznie zachęcając nas do zejścia na ziemię. Znów nadużyłem słów, bo nie chodziło o zejście śmiertelne, ani o ziemię, tylko o to, żeby wyjść i skazić świeże powietrze w promieniu wystarczająco dużym, żeby szafran stał się w okolicy gatunkiem wymarłym na wiele lat. Z braku alternatywnych pomysłów wyszliśmy, wbrew tradycji puszczając kapitana przodem.

A kiedy staliśmy naprzeciw Białych Pomponów jak zmiana warty honorowej przed obliczem majestatu, Dominujący przynajmniej wzrostem Samiec (?) zapytał grzecznie, czy zechcemy przyjąć zaproszenie na krótkie wakacje w górach. Takie last minute i all inclusive całkiem niedaleko, jakieś półtora kilometra stąd, tyle, że w górę. Zaofiarował się, że pomoże nam dźwigać bagaże, względnie wciągną z synem cały nasz samolocik, żeby nam niczego nie zabrakło. Najwyraźniej trafiliśmy na jakąś przedsezonową próżnię w świeżo wykreowanym kurorcie. Gospodarze patrząc w jakim tempie się poruszamy zaproponowali, żebyśmy jednak wsiedli w swój samolocik, to nas doholują, zanim noc wleje się w doliny. Nasz kierowca wsiadając mruknął coś na temat MTV i Discovery Chanel, a Pompony radośnie kiwały głowami z wielkim entuzjazmem, że owszem dysponują oczywiście. Najwyraźniej gustują w rozrywkach, bo ojciec z synem z lekkim tylko wsparciem żeńskiej części rodzinnego klanu z animuszem przystąpili do pospiesznego parkowania naszego bolidu na zapleczu nieodkrytego dotąd przez ludzkość kameralnego hoteliku w górach. Najwyraźniej zbliżał się czas na serial o dzikiej przyrodzie. Pewnie mieli niezły ubaw słuchając głupot na własny temat…

Zamki z piasku.


W wielkiej stalowej misie stojącej na trzech zaledwie nogach płonęły szyszki sosnowe. Ktoś musiał poświęcić dłuższą chwilę, żeby wypełnić ruszt wyglądający jak olbrzymi wok. Noc wisiała wokół i zarażała palenisko blaskiem gwiazd, które naśladowało bezkres kosmosu pobłyskując miękkim światłem iskier czerwonych, pomarańczowych, a czasami nawet zielonych. Szyszki przytulały się do ognia, jakby chciały go wypić i zamykały płatki nie bacząc, że ogień spala im pazurki, a potem puchły od żaru i tylko czasem upuszczały iskry tonące w mroku.

Okrążyłem gorącą misę patrząc to w jej czeluści, to nad głowę. Taras wychodził ponad plażę i nieodległe stąd morze zdawało się łasić do nóg w nieskończonej powtarzalności. Było tak blisko, że czuć było, jak się poci, na słono, aż na wargach osiadały niewidzialne, drobne kropelki dopominając się, żeby je zebrać językiem. Kilka stolików ze szklanym blatem, wiklinowe fotele wypełnione miękkością, żeby można się było w niej zanurzyć, a nawet ciepłe, wełniane koce, czekające żeby okryć delikatne ciała przygnane tu sentymentem, bądź uniesieniem.

Kamienne balustrady dzieliły białą granicą świat na części dokładniej, niż czynił to z nocą sierpowaty, wyglądający na bardzo ostry księżyc. Oparłem się, jednak marmur wypijał ze mnie ciepło, jak wampir. Zadrżałem i podniosłem łokcie z parapetu. Noc nie była równie zimna, jak ten kamień, za którym mdlała pobladła plaża drżąca wyschniętą, ostrą jak brzytwa trawą porastającą muldy wydm. Wiatr pospołu z ludźmi wysprzątał taras z piasku i gdyby nie chłód można byłoby bosą stopą malować wilgotne ścieżki spacerów. Nieliczne, stylizowane na bardzo stare latarnie lampy nie zanieczyszczały już nocy smugami światła. Pewnie wolały gapić się w niebo i dumać nad własną niedolą, zapomniane i opuszczone przez wszystkich.

Morze kipiało od obcojęzycznych plotek i białą pianą osiadało w piasku niewygadane i przejęte do cna. Księżyc pobłażliwie zerkał z wysokości i byłbym przysiągł, że poprawia sobie wąsiki przeglądając się w toni między jedną, a drugą falą. Zaśmiałem się, jak można się śmiać, kiedy człowiek śmieje się z bezinteresownej radości i nie na pokaz. Zaśmiałem się w noc, bo wokół pustka i nieskończoność kosmosu tylko, a ten nie zauważy mnie nawet, bo zbyt drobnym paproszkiem jestem, żeby cokolwiek mojego mogło go zainteresować, czy choćby skłonić do zauważenia.

Gdzieś obok coś stuknęło, a kamień podniósł echo. Niegłośno, ale przecież się wzdrygnąłem. Nie spodziewałem się tutaj nikogo, a teraz dźwięk niespodziewany zgasił mój śmiech i głowę od nieskończoności morza i kosmosu oderwał. Kim był ktoś, kto tak beztrosko poczyna sobie ze mną i potrafi wyrwać mnie ze szponów dwóch nieskończoności? Patrzyłem rozcinając wzrokiem noc, lecz bez księżycowego srebra nie miałbym szansy żadnej. Szczęściem najbliższa kłębiasta poducha była zbyt daleko od tego wędrowca, a może sam był ciekaw, kto mnie wyrwał z objęć nocy?

W jednym z głębokich foteli, niczym w gnieździe, zatopiona w cień spała młoda kobieta. Musiała przyjść na boso i najwyraźniej wypadły jej z ręki sandały, kiedy się śmiałem, bo leżały teraz tuż obok śpiącej na zimnych, marmurowych kaflach. Kobieta była wtulona we wgłębienie fotela jakby w nim czuła się bezpieczna. Makijaż, a raczej to, co z niego zostało smużyło się po twarzy i zastygło znacząc ślady łez. Nawet we śnie wzdychała przejmująco i niewiele brakowało, aby płakała przez sen. Kuliła się w tym fotelu i miałem nadzieję, że to tylko z zimna, że rękami obejmuje samą siebie, jakby nie było na świecie nikogo, kto mógłby ją wyręczyć.

Zupełnie nie wiem dlaczego, ale przecież… zanim okryłem ją jednym z leżących wszędzie kocy, usiadłem na drugim przed fotelem i delikatnie, żeby jej nie zbudzić starłem piasek ze stóp. Sypał się cichuteńko. Wysechł kradnąc ciepło kobiecego ciała i teraz spadał na podłogę, żeby i jego okradł kamień. Skórę miała delikatną i tak cienką, że niemal przeźroczystą. Bałem się, że ją skaleczę, jeśli zbyt mocno dotknę. Nieświadomie podgięła palce, jakby chciała mnie schwytać nimi, ale złapała pustkę tylko, a ja lekko, opuszkami strącałem ziarenka w niebyt. Stopy miała drobne, jak cała ona. Wsunęła jedną między moje ręce i coś szeptała do oparcia fotela. Kiedy poczuła moje ciepło twarz zaczęła się jej uspokajać.

Rąbek koca wspiął się po policzku, więc wtuliła się w niego jak w matczyne ramiona. Wygarniałem spomiędzy jej drobnych palców ostatnie ziarenka, a jej twarz wygładzała się powoli. Bałem się, że to za mało, żeby obudziła się uśmiechnięta, ale nie umiałem zrobić nic więcej. Kiedy próbowałem zabrać dłonie jej stopa szukała mnie niecierpliwie. Wstyd mi się zrobiło, kiedy jęknęła i oddałem jej obie ręce. Oparłem głowę o brzeg fotela i czekaliśmy poranka. Jej oddech szeptał piękną kołysankę, jakiej nie słyszałem nigdy wcześniej. Coraz spokojniejszą, ciepłą i pogrążoną marzeniach. A potem popchnęła mnie piętą lekko, żebym coś o sobie opowiedział.

Patrzyłem w otchłań kosmosu i opowiadałem jej drobne anegdoty z przeszłości, opisywałem ludzi, których już nie da się spotkać i takich, którym z każdym dniem coraz dalej do mnie. Opowiadałem jak pachnie śnieg, kiedy nikt na niego nie patrzy, albo jakie myśli płyną pod skórą pieszczoną górskim strumieniem, gdy tylko sójki przekrzywiając łebki zastanawiają się, czemu w tak dziwny sposób gaszę pragnienie. W misie szyszki przytulały się do siebie roztaczając aromat gorącej żywicy z rzadka potrzaskując, chyba tylko po to, żeby popchnąć księżyc w dalszą drogę. Opowiadałem wrześniowe poranki i noce sierpniowe, chwile tak drobne, że nawet we mnie gościły przypadkiem i chyba sam nie umiałem powiedzieć dlaczego zostały ze mną. Noc zasłuchała się i przestało się jej spieszyć. Morze kołysało się w rytm jej oddechu i harmonia była tak doskonałą, że taka noc mogła trwać całe życie.

A przecież przyszło słońce i przedarło się przez rąbek koca i ucałowało oczy kobiety nie zważając na mnie wcale. Oczy otwierała niechętnie, ale otwierała. Rozglądała się gdzie noc jej przyszło spędzić, a potem popatrzyła na mnie siedzącego u jej stóp…

- Jesteś – powiedziała niepewnie – Szukałam…