wtorek, 22 stycznia 2019

Bajka o dorastaniu czarownic.


Po chodniku biegał zajączek. Nie taki pluszowy, z ogonkiem-pomponikiem, ale słoneczny. Biegał i tym nieistniejącym ogonkiem merdał. Przynajmniej tak mi się zdawało. Patrzyłem nie mogąc oderwać wzroku. Kusił mnie. Zupełnie, jakbym był rybą, której przed nosem wędkarz zatrzepotał kolorowym frędzlem z ukrytym beznamiętnie haczykiem. Niepozorny, przeskakiwał pęknięte płyty z wdziękiem i nie zawahał się ani razu, nawet, kiedy jedna z płytek chybotała się niepewnie, bo połamana. Ja nie byłem tak zdolny. Biegłem niezgrabnie za nim, sapałem i szurałem butami o szorstką, nierówną powierzchnię. Wreszcie się zatrzymał i patrzył na mnie lekko zdziwiony, że mi się chciało gonić go. Jak w piosence… Bez nadziei na schwytanie.

Ktoś parsknął śmiechem. Podniosłem wzrok z chodnika i znalazłem właściciela zajączka. A raczej właścicielkę. Dziewczątko miało włosy spięte jakąś chustą, żeby nie spadały jej na twarz i nie wysprzątały z niej piegów. Rudych. Cała była ruda tak naturalnie, że można się było wyłącznie zachwycać. Najwyraźniej miałem dzień, w którym cieszył mnie każdy drobiazg. Myła okno stojąc na parapecie boso, w dresie tak niemiłosiernie powyciąganym, że równie dobrze mógł w nim łazić starszy brat, albo ojciec stanowiący kubaturową multiplikację masy dziewczęcia. Pomiędzy ledwie zarysowanymi piersiami, na bluzce łasił się jakiś napis, ale nie dałem rady przeczytać, żeby nie pomyślała o mnie jak o nastolatku, który jedną myślą świat zaszczyca.

Zasłoniła ręką usta myśląc, że będę ją beształ za jej śmiech, którym mnie otoczyła i wyróżniła z anonimowości. Patrzyliśmy wzajemnie jak dwa spragnione siebie wzgórza, pomiędzy którymi wije się strumień zbyt zimny i kamienisty, żeby miały odwagę go przekroczyć. Wieczność staliśmy najpierw jedną, a potem kolejną. Jakie to szczęście, że piegi jej nie wyblakły. Zajączek zaczął się już potwornie nudzić i nawet uszami strzygł i piszczał, żeby mu patyczek rzucić, gotów stać się oswojonym wilkiem, żeby tylko go ktoś zagospodarował i nie kazał leżeć odłogiem trzeciej wieczności.

- Wiesz co? – rudowłosa postanowiła przerwać monotonię mijających nieskończoności – zrobię nam herbaty. Usiądziemy na parapecie i odpocznę od harców. Umiesz machać nogami?

Zaskoczyła mnie? Nie – ja byłem zaskoczony już od jakiegoś czasu, więc trudno byłoby nałożyć na siebie takie uczucie po raz kolejny. Chyba nie istnieje stopień wyższy od słowa „zaskoczony”? Usiadłem milcząc i sprawdzałem, czy umiem machać nogami. Na parapecie trudno, bo ściana przeszkadza – lepszy byłby trzepak. Za to trudniej na trzepaku pić herbatę. Dzbanek podzwaniał porcelaną, idąc gdzieś z czeluści mieszkania zbudowanego na wysokości chodnika, tylko po drugiej stronie bardzo grubego muru stojącego chyba z przyzwyczajenia, bo innego powodu nie widziałem. Pewnie wisiały na nim od wewnątrz jakieś spłowiałe obrazki i fotografie upstrzone muchami do niepojęcia. Może nawet kilim z jelonkiem pozującym na tle porannego lasu. Od zewnątrz mur ozdobiony był dziurami po karabinowych kulach i połataną byle jak łachą kleksa po pancerfauście. Piwniczny smród snuł się i wspinał po wilgotnych fugach, ale zanim mnie za kolana złapał wróciło dziewczę i samą swoją obecnością wygnało bestię znów w piekło piwnic.

- Ja wiem, że nie jesteś głodny, ale skoro już się z ciebie śmiałam, to chyba kawałek ciasta z rabarbarem zjesz? A jeśli nie z rabarbarem, to ze mną. Chcesz? Mogę wydłubać palcami, jeśli nie lubisz. Tu możesz kruszyć, wysypiemy później na zewnątrz i wróble będą miały swój mały raj. Często patrzysz, jak wróble jedzą ciasto? Wczoraj jadły mi z talerzyka…

Język raz w ruch wprawiony chyba nie zamierzał się zatrzymać ani na chwilę. Siadła na parapecie trącając okno ku radości zajączka, a bose stopy z braku miejsca wciskała pode mnie. Zajączek natychmiast pobiegł gdzieś dalej, na drugą stronę ulicy i cud, że nie przejechał go samochód dostawczy parkujący przy zieleniaku. Herbata była owocowa. Wieloowocowa i jej zawartość miała niewiele wspólnego z suszonymi liśćmi krzewu herbacianego. Za to pachniała goździkiem i cynamonem, jakieś kwiatki usiłowały w niej żyć i rozwijać się z pąków, pomarańcze oparzone wrzątkiem starały się dogonić barwą kolor jej piegów. Daremny trud. Tego naśladować nie można. Można tylko podziwiać. Mój zachwyt wciąż miał otwarte usta, choć to niezbyt grzeczne i mogłem much nałapać przez własne gapiostwo, a nie talenty.

- Wiesz? Jak będę duża, to zostanę czarownicą. Tak jak babcia. Mama trochę krzyczy na mnie, ale mamy zawsze tak krzyczą, kiedy dzieci chcą skosztować trudniejszych ścieżek. Nie boję się wcale. Mogłabym się nawet z tobą ożenić… - usiłowała schwytać to słowo rękami, ale już wyleciało z niej i zawstydziła się, aż piegi nabrały intensywności.

Od niechcenia robiła wszystko, żebym nie mógł pożegnać się ze zdumieniem i chociaż się uśmiechnąć. Jej bezpośredniość rozbrajała mnie po samo dno duszy.

- Ja jestem już duża i wiem - nie mówi się ożenić, tylko wyjść za mąż, ale to wszystko jedno, chyba, że mama słyszy. Ona nie lubi, kiedy tak mówię. A ty musisz poczekać. Niedługo. Jakieś trzydzieści lat, bo czarownice nie powinny za szybko się żenić, żeby nie wyjść na pochopne i rozgorączkowane. Czarownice muszą mieć szacunek. I nie powinny się żenić, zanim znajdą pierwszy srebrny włos świętojańską nocą. Ale ja będę go mieć szybko. Jak babcia. Ona też się ożeniła i dlatego jest mamusia, wiesz?

Sięgnąłem po herbatę w porcelanowej filiżance tak delikatnej, że niemal przeźroczystej. Zdumienie postanowiło zameldować się we mnie na pobyt stały wraz z rodziną i czyniło pierwsze przymiarki do kredytu hipotecznego. Herbata mu nie przeszkadzała, a mi poparzyła język. Ugryzłem ciasto z kruszonką i z wydłubanymi przed chwilą kawałkami rabarbaru. Czy ja lubię rabarbar? Nie wiedziałem, a w tym „moim” kawałku nie było już ani jednego. Chciałem sprawdzić, ale się wstydziłem odrobinkę, jednak ciekawość przeważyła. Sięgnąłem paluchami do jej talerzyka i wydłubałem jeden. Szybko wsadziłem w usta, żebym się nie rozmyślił. Westchnąłem. Lubię rabarbar. I herbatę, w której jednego liścia herbacianego nie ma. Niesamowite odkrycie!

Dziewczę zignorowało moje wysiłki i udawało, że nie widzi, jak dłubię w jej kawałku ciasta. Wpychało paluszki stóp pode mnie i sprawiało jej to jakąś niepojętą frajdę. Okiennica skrzypiała, kiedy się tak wierciła, a zajączek oszalał ze szczęścia. Skakał ludziom po oknach, wskakiwał na plecy, na kolana, zabierał się na krótką przejażdżkę motorem, albo sprawdzał jakie zakupy zrobiła siwiuteńka pani wędrująca z laseczką bardzo powoli. Kiedy dziewczę mocniej oparło się o szybę ta znieruchomiała. Ciepło rozlało moi się po kolanach. Nie. Nie wylałem herbaty. Zajączek przycupnął mi na kolanach i najwyraźniej zamierzał pójść spać. Nie ruszałem się, żeby go nie spłoszyć, ale dziewczę uśmiechnęło się do mnie tajemniczo:

- Możesz go pogłaskać. Jest twój. Babcia mówiła mi, że ożenię się z kimś, kto potrafi pogłaskać zajączka. Spróbuj. Bardzo jestem ciekawa, czy ci się uda. A potem, to już tylko trzeba będzie poczekać. Umiesz czekać? Na mnie?

Sztuka współczesna.


Młoda pani okryła skórę nóg skórą spodni. Czarne na białym... Domyślnie białym, bo tego naocznie nie sprawdzałem z wielu rozmaitych powodów. Ale obok szedł podobny zestaw kontrastów i kosteczki lśniły bielą, więc jest szansa, że się nie pomyliłem. Ludzie otoczeni muzyką sączącą się im z kieszeni tłoczyli się na deptakach, koparki niespiesznie zakopywały betonowe trumny pod ziemię, elektroniczne termometry przekrzykiwały się dokładnością, blaszane rzeźby stawały się mrożonkami, więc chyba się nie zepsują do wiosny… Ktoś usiłował namalować nogą i psim gównem jakiś obrazek na chodniku. Nie miał talentu zupełnie. Nawet ja maluję czytelniej, choć mój talent malarski żwawo maszeruje po ujemnej stronie skali i zmierza w stronę absurdu. Podejrzewam, ze poeci dostaliby rozstroju nerwowego usiłując zatytułować jakiekolwiek moje dzieło. Nawet, gdy wybiorę farbki o znacznie większym potencjale estetycznym. Nie – nie zrobię im tego. Poetę mieć na sumieniu? Brr... brzmi jak przypis z sennika z dramatycznym znaczeniem. Bo przecież dzieci, kwiatów i poetów zabijać nie wolno…

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Bezpańsko.


A dziś, to już taki dzień nastał, że nawet czas ode mnie uciekał w popłochu, żeby się bezruchem nie zarazić. Napisałem nastał, bo on nie nadchodził, nie zbliżał się, nie mijał, tylko trwał i udawał, że jest tu od zawsze i nigdzie się stąd nie ruszał. Miałem zamiar chrząknąć znacząco, ale poskromił moją pochopność tym swoim beznamiętnym trwaniem. Takim szarym, niezdecydowanym i uporczywym. Odbierającym wolę i chęci. Przytłaczającym monotonią i niepowtarzalnością – bo powtarzalność kojarzy się z czymś, co się zaczyna i kończy. Z czymś, co ma gabaryt, kubaturę, fakturę, smak, rozmiar… „Trzeba było uważać”… - Flinto uśmiechnął się całkiem nierealnie, epicko chowając ustnik trąbki w kieszeń.

Poczułem się… (a może od zawsze się tak czułem?) jak monument - wiekowy, wygasły, antyczny wulkan, który stracił nadzieje na erupcję czegokolwiek tak dawno, że już bólu straty nie czuje. Zużyty, rachityczny i z przyszłością równie niepewną, jak pamięć jednostkowa. Kiwałem się w odruchu sierocym i wzrokiem bezkrwawym, obojętnym, może nawet tępym, malując mizerną oś braku zainteresowania z grubsza prostopadle do krawędzi oddzielającej ścianę od podłogi. Nieciekawą, typową, nudną. Może trochę skurzoną, ale i ta krawędź udawała, że jest tam od zawsze. Dzień trwał…

Trwałem i ja bez uzasadnienia, gdyż uzasadnienie również odwołuje się do pamięci historycznej, albo ma nadzieje każdego, najdrobniejszego nasienia na ciąg dalszy. Kto wie – może nawet rokuję… Tymczasem (i jest to słowo jak najbardziej zasadne, gdyż dojrzałem już do myśli, że stałem się wieczną tymczasowością) trwałem i byłem niespełnionym potencjałem. Białkiem, w którym jeszcze nie zadrżała iskra życia. Talentem, który nie olśnił jeszcze sceny publicznej i już nie zamierza. Czyżby domniemanym? Pchniętym w ścieżki tryumfu przez rozbuchane ego własnych przodków? Ideą namaszczony zbyt wielką, żeby ludzki rozum mógł stanąć w szranki chociaż z ułudą sukcesu?

Teraźniejszość została przygwożdżona w przypadkowym miejscu mozołem - ciężkim, podkutym buciorem, rażona reumatyzmem i ubolewając spontanicznie, gotowa była w chwilach drgnięcia emocji eskalować skargą zająknioną tak rozpaczliwie, że aż samozachłystującą się w niedopowiedzeniu. Nie daj Bóg, w takiej chwili spazmu, zapragnąć powołania do życia słowa mającego trzy sylaby. Bieżący świat nie zna wystarczająco pojemnych płuc, żeby mogły przeżyć podobną lekkomyślność. Byłbym zaklął i furią nieprzebytą się wykazał. Znam wystarczająco wiele magicznych słów, choć nie w domu mnie uczyli. Drugi fakultet kończyłem wieczorowo, poza zasięgiem karzącej ręki sprawiedliwości ludowej. Oparty plecami o mojżeszowe tablice z tej mniej czytelnej strony, pobierałem słowa gorące, mogące przepalić łańcuchy, jeśli modlitwa żarliwa rozpali płomień w pochopnej głowie. Byłbym zaklął… W rewolucji kaprali słowa spoza słownika wspinają się nawet na urojone piedestały.

Zrezygnowałem, bo wygasłym wulkanom rezygnacja przychodzi z wiekiem coraz łatwiej. Niepostrzeżenie. Ich intymność bezczeszczona wielokrotnie, zdeptana, zbrukana, zelżona, przestaje zauważać cudze namiętności i pożądliwe spojrzenia. Przestaje? Przepraszam – zapomina odczuwać i wydaje się jej, że owo zawsze i teraz, to synonimy. Że nie istnieje alternatywa. Czas, jak złodziej, jak kochanek przyłapany, nim w ekstazę popadnie, ucieka pod pachą unosząc siedmiomilowe buty pożądania i pozostawia za sobą niespełnienie. Obietnicę zapieczętowaną tak wymyślnie, że trudno ją w ogóle znaleźć.

Wstrzymałem oddech. Wstrzymałem? Przecież to bez znaczenia, skoro trwa we mnie nicość, która nie zna żadnych interwałów. Wobec rezygnacji z erupcji, czymże jest rezygnacja z trwogi i niepokoju trudnego do zmierzenia narzędziami pyszniącymi się sąsiedztwem absolutu? Czas też wstrzymał oddech – najwyraźniej opacznie odczytał aluzję, że może być przydatny, że może moje chętne uda, ramiona, usta, czy powieki rozwierają się właśnie, żeby przyjąć go w siebie niczym niepokalany sakrament, żeby się oddać do końca, bez granic postawionych defektem rozumu, albo przesądem wyćwiczonym pod chłostą otoczenia. Nawet barierą głupoty dotąd ponoć niezmierzonej. Skubaniec – muszę to z pokorą przyznać, że oddech wstrzymuje idealnie. Potrafił przeczekać na bezdechu Wiosnę Ludów, Rewolucję Październikową i jej następstwa, nie zżyma się, gdy każą mu poczekać siedemdziesiąt wiosen, aby przeczytać akta spraw zamkniętych w sejfach bardziej niedostępnych niż Strefa 51. Cierpliwością zawstydził nawet Bieszczady, które karleją po młodzieńczych ekscesach i z pobłażliwością kiwa głową nad życiem dawno już zapomnianym, odciśniętym w wapieniach niegdysiejszych mórz.

A teraz? Teraz przycupnął gdzieś w zapomnianym kącie i zerka na mnie. Udaje, że go nie ma. Wiem, że mnie pożre, gdy tylko oczy zamknę, by już więcej ich nie otworzyć. W tej chwili? Kopię nogami ze strachu. Bodę powietrze, które uchyla się niczym torreador. Ole! Ole! Krzyczę! Krzyczę? Ja? Skoro krzyczę, to chyba żyję? Czy znów mi się coś wydaje? Nie sądziłem, że potrafię krzyczeć, a jednak.

- To jakiś sen – myślę sobie i faktycznie. Czas wgryza się we mnie i usiłuje zdeterminować teraźniejszość pchając ją w przyszłość. Rozbił szkło i wszedł we mnie ponoć niezbywalnym prawem zdobywcy. Boli. Sapie lepiej, niż sapał Syzyf popełniając karnie własną wieczność. Pewnie za dużo pali, albo o kondycję przestał dbać. Może utyło mu się i teraz pracuje nad formą? Gwałci mnie, który hantlem bezwolnym się stałem? Może entuzjazm wreszcie mu zgaśnie i ktoś nadepnie go, choćby nieświadomie, jak niedopałek porzucony na zatłoczonym chodniku.

niedziela, 20 stycznia 2019

Obława.

Noc z impetem wpadła na mnie odbierając mi oddech. Patrzyła spoconymi oczyma wielkimi jak światy. Rozedrganymi, rozdygotanymi i przeszukującymi przestrzenie dookoła mnie, a nawet te głęboko we mnie schowane. Krótkie, ciemne włosy sugerowały ekstremalną odwagę, albo dramatyczny jej brak. Czarna, skórzana kurtka kryła w sobie ciężar wielu lęków i fobii. Wydobywał się spod niej poszarpany najbliższą przeszłością oddech zaszczutego zająca. Dżinsy i martensy w kolorze kurtki skrywały długie nogi śmiertelnie zmęczone biegiem.

Strach dołączył do nas chwilę później ciągnąc za sobą echo. Może zatrzymał się, żeby je zabrać, aby nie zdradziło, gdzie się zbieg ukrywa. Może echo potknęło się na krawężniku i upadło kalecząc kolana do krwi? Syczało teraz cicho pocieszane przez strach trzymający mocno szczupłą dłoń na ustach dziewczyny. Noc przecinały zbliżające się, ostre, nienawistne okrzyki i werble stad podkutych butów na wilgotnym bruku. Złapała mnie za ręce i szepnęła:

- Proszę… Nie mam sił dalej uciekać…

Sam widziałem, że nie miała. Kurtka nie była zapięta aż tak wysoko, żebym nie widział jak szybko unoszą się jej piersi w pośpiesznie chwytanych oddechach. Oparła się o ścianę zaułka, ale nie miała aż tyle odwagi, żeby pozwolić oczom się zamknąć. Strach przycupnął koło jej nóg jak pies i patrzył, jakby czekał na ciąg dalszy zabawy. Ulice zdawały się kipieć od nienawiści. Od wściekłości porozrzucanej po kilku sąsiednich przecznicach i nawołujących się nawzajem, żeby przeczesać każdą z bram przechodnich i każde podwórko. Krzyk zdawał się być czarniejszym od jej ubrania, na tle którego jej twarz stawała się już nie blada, a śnieżnobiała.

Nie sądziłem, że strach potrafi nałożyć tak ostry makijaż. Jej oczy szukały ucieczki, sprawdzając jednocześnie, czy kryjówka nie została odkryta. Usta jej drżały, a to drżenie przeniosło się na rękę i zaraziło ją całą. Wpatrywała się we mnie szukając podłości, albo heroicznych talentów. Nie miałem. Nic poza zdumieniem nie miałem. Położyła mi dłoń na ramieniu i przyciągnęła bliżej wilgotnej ściany, żebym wraz z nią wtopił się w gęstwinę mroku. Mur śmierdział moczem, pleśnią i wilgotną cegłą. Dziewczyna śmierdziała strachem i jakąś łagodną nutką kwiatowych perfum, które nie radziły sobie absolutnie z przytłaczającą siłą otaczających nas aromatów.

Pośród nocy kroki zdawały się mnożyć, rozpełzać, zaglądać w czeluści piwnic o drzwiach skrzypiących, w zakamarki wyglądające tak, jakby wkrótce miały się stać sceną drastycznego horroru. Z najbliższej krzyżówki dobiegały krótkie, zdecydowane komendy. Skończyła się amatorska nagonka. Teraz, to już było perfidne, skoordynowane polowanie, z finałem gwarantującym rozrywkę dla zaangażowanych żołnierzy. Wrzask dowódcy wysyłał właśnie patrole złożone z wielu bardzo szerokich ramion dźwigających kije do bejsbola i karków szerszych niż talia dziewczyny. Czułem, jak dziewczę cofa się za mnie i kwiląc cichutko wkleja się w pęknięcie muru zazdroszcząc pająkom talentu do ukrywania się poza zasięgiem wzroku. Kroki zbliżały się do nas nieubłagalnie.

Przegapiliśmy szansę chyba ostatnią. Pięciu ostrzyżonych na jeża, lub jeszcze krócej przerośniętych mutantów patrolowało ulicę zaglądając we wszystkie bramy. Pchnąłem ją lekko i pokazałem niszę zakratowanego, piwnicznego okienka przyczajoną pośród mroku i śmieci. Kucnęła i wtuliła się w ledwie widoczne wgłębienie. Szczęściem była drobna i zmieściła się bez trudu. Nim zdążyłem otrzeć pot z czoła dopadło mnie światło latarki.

- Brudasa widziałeś ziomal?!

Zaprzeczyłem ruchem głowy, bo nie miałem zaufania do własnego głosu. Latarka usiłowała wydrzeć ze mnie zmianę zeznania, lecz w końcu pozwoliła mi żyć.

- Do rana znajdziemy na pewno. Jakbyś zobaczył, to wiesz…

Wiedziałem. Ściana z cegieł też wiedziała i ukradkiem piła moje cierpienie nie bacząc, że pulsem dobijam się do obcych ludzi o pomoc. Pajęczyna rozwijała się po okolicznych ulicach nieubłaganie, stuocznie, a skórzastogłowy pająk z wysokości skrzyżowania wyszczekiwał kolejne komendy. Z piwnicznego okienka dobiegł urwany szloch paniki gryzącej własną pięść. Wydłubałem dziewczynę z kamiennej ramy wysmarowanej wiekowym, węglowym pyłem i pociągnąłem w podwórze. Przez mur na sąsiednie, zamknięte zupełnie, by wejść ledwie dostrzegalną bramę i po skrzypiących schodach w pustostan na trzecim piętrze, żeby tam dotrwać poranka. Drżała… Drżeliśmy… Przez wybite szyby zajrzał wiatr, a za nadszedł nim chudy księżyc. Dziewczyna wtuliła się we mnie, jakby chciała się schować i przed nimi.

- Brudasa? – wyszeptałem jej wprost do ucha.

Odepchnęła się lekko ode mnie i stanęła na tle okna. Teraz, kiedy strach został na poziomie parteru jej twarz odzyskiwała kolory, a oczy kształt daleki od okrągłego. Powiedziała coś czego nie mogłem zrozumieć i chyba widziała moje niezrozumienie, bo złapała mnie za ręce i powiedziała:

- Dziękuję. Nawet się nie domyślasz, jak jestem brudna ze strachu. Ale żywa. To się da umyć.

sobota, 19 stycznia 2019

Błogostan.


W ramach poobiedniego dłubania w zębach pomyślałem sobie leżąc nieskromnie na kanapie, że ten mój Stwórca, to jednak jest gość. Może i ma lekko spaczone instynkty macierzyńskie, co sugeruje, że dysponuje płcią z tych brzydszych, a może nawet pryszczem na nosie, ale tak całkiem nieużytkiem, to nie jest. I złośliwością specjalną nie grzeszy. Jeśli nawet uziemił kogoś gromem z jasnego nieba bez większego uzasadnienia, to jednak nie na masową skalę, lecz selektywnie i w miarę dyskretnie, skrupulatnie unikając służb mundurowych, czy mediów. Ślady własnej ingerencji starannie zaciera, a potencjalnych świadków rozbraja zaburzając ich psychikę wizją domniemanego raju, tak wyszukanego, że przestają być wiarygodni w zeznaniach.

Ten mój wielki, niepoznany dotąd Tatko to chyba taki większy dzieciuch i to z bogatej rodziny, która niedostatek miłości rekompensowała mu bezkresem zabawek. Pewnie na osiemnastkę dostał wszechświat, żeby mógł sobie troszkę poeksperymentować bez większego uszczerbku na majątku Protoplastów. Bo taki wszechświat, to zasadniczo mnóstwo niczego. Takie powietrze w plastikowej butelce. Tylko nawet bez powietrza, żeby przypadkiem coś nie wybuchło, albo nie zaraziło przez prątkowanie sąsiadów szkarlatyną, dżumą, czy innymi wiatropylnymi nieszczęściami. Choćby smród. Tkwi na ziemi, bo nie ma dokąd uciec, a tak gotów byłby wysmużyć się do sypialni Staruszków i zakłócić im to, co staruszkowie wyczyniają, kiedy dzieci nie widzą – bo ja wiem jak nie Ikebana, to pewnie Kamasutra, albo inna Joga. Powietrze prócz smrodu ponieść jest gotowe również skargi, a kto chciałby słuchać skarg, kiedy właśnie Szanowną Małżonkę kolanem ucapił i dech jej skrócił bedeesemując w celach pomnożenia wyrafinowanej boskości na wieki wieków? Taki zestresowany Potomek gotów się objawić udręczony pierworodnym cierniem i runąć na świat jak siedem plutonów ciężkozbrojnych Jeźdźców Apokalipsy, a każdy z czterema siatami pełnymi puszek Pandory i egipskich plag.

Nieliczne światy tkwią w kosmicznej pustce tak rzadko, jak rodzynki w postnym serniku, a i światy wyglądają zupełnie podobnie do tych rodzynek. Biedne, pomarszczone i wciąż wzdychające do urody z okresu dojrzałości. Mumifikowana młodość – pewnie ten wszechświat na promocji poszedł w jakiś Czarny Piątek, ledwie trzy dni przed końcem terminu przydatności do spożycia i się zupełnie postarzał. W sam raz na pierwsze podejście dla Żółtodzioba – jak zepsuje, to nie będzie żal. A, że zepsuje, to było niemal pewne.

Pomiędzy zęby wśliznęło mi się jakieś włókno i drażni, przyjemnie przypominając ledwie co zakończony posiłek wysokobiałkowy. Młodziak zadbał o swoje stado. Lodówki wymyślić jeszcze nie umiał, ale czego od Szczeniaka wymagać? Kto o lodówce myśli, zanim się dorobi mięśnia piwnego? Grunt, że przewidział problemy z aprowizacją narodu wybranego (do eksperymentu) i zabezpieczył paszę. W młodym wieku nie zawsze ma się tyle rozsądku, żeby pamiętać, że mięso psuć się lubi i to raczej błyskawicznie. I broni się zajadle. Dosłownie – jadowicie. Miał nas jakoś nakarmić i przypilnować, żebyśmy się nie struli zbyt masowo stając się gatunkiem wymierającym w konwulsjach i torsjach. Bo tymczasem jad kiełbasiany wymyślił się sam nie czekając na czyjekolwiek błogosławieństwo, czy klątwę. Dlatego właśnie paśnik musi być żywy i odnawialny. Żeby nikomu nie brakło. Chytra sztuka ów Młokos.

Błogość i sytość mijały się gdzieś w moich trzewiach, gazy szukały ujścia, a grawitacja namolnie zapraszała mój dobrobyt w odmęty kanapy. Oczy kleiły się, jakbym je żelatyną posmarował. Znikąd nadziei. Z tym mięsem spacerującym swobodnie aż do chwili, gdy przyjdzie czas na pieczyste, to dobrze wymyślił. Trochę uciążliwie, po co to tyle kształtów i kolorów? No i nóżki mógł zaprojektować krótsze, żeby tak szybko nie uciekało. A te zęby? Szpony, kolce, jad? Poniosła go młodzieńcza fantazja. Mógł opracować jakieś sześciany, czy kule w dziewięciu smakach i wystarczyłoby. Chociaż…

Koneserzy chwalą sobie rozmaitość. Wielobarwność i wielosmakowość. Rozpieszczeni grymaszą, szukając subtelnych odcieni i przypraw nie z tej ziemi. Eksperymentują zaciekle i wytrwale. Część tej różnorodności udało się już zeżreć do cna. I martwe przepisy zasiedlają stare księgi. Nikt już nie odtworzy specjałów z braku surowca. Delikatesy… Podobno w zeszłym roku udało się ludziom odprowadzić trzy gatunki drobiu do przeszłości. Pewnie z rybkami było podobnie. Przepuszczone przez jelita nie potrafią dłużej pływać. Co ten Młodzian myśli? Znudziło mu się? Wietrzy spiżarnię? Zapomniał o nas? Poszedł pewnie pograć w bilard, albo za dziewuchą jaką oczami powłóczy i nie widzi, że skrajne ubóstwo grozi ludzkości. Tylko patrzeć, jak skończy się rozpusta i nawet najzdolniejszy kucharz będzie miał kłopot z dwunastodaniową ucztą. Mógłby już wrócić i reaktywować zapasy. Inaczej przyjdzie pościć.

Drepczący filozof.


Plemnik wie. Skąd, dokąd i po co. Wie też, że jeśli przegra, to nie warto nim sobie głowy zaprzątać. Tylko zwycięzca ma prawo do kaprysów i do ekscytacji życiem. Do ciągu dalszego i śmiania się w twarz pobratymcom. On wie, żyjąc w swoim perfidnym świecie, który powołuje go do biegu i piętnuje koniecznością o tak mizernych szansach powodzenia, że powinien się załamać zupełnie. Upić, rozmazać, skoczyć z okna w czeluści nieskończonego kosmosu. Dwustanowy, bezwzględny i całkiem nieprzyjazny świat ma do zaoferowania drobną iskrę raju w oceanie piekieł. Jak wielka musi być nadzieja, która każe wypatrywać sukcesu? Jak silne wiązania, żeby nie rozpadł się z niepokoju? Gdy młodość musi zastąpić doświadczenie, talent, siłę, przetrwa najsilniejszy w gnieździe. Pomazaniec szczęścia. Wybraniec losu. On wie, zanim wystartuje, że każda chwila wahania, detaliczny błąd, zwyczajny pech, czy niedbalstwo skończy się tragicznie. Wie…

A ja nie wiem, choć przecież na starcie jestem sumą szczęśliwych zbiegów okoliczności. Sumą cudów, które tak mizerną szansą określone zdarzyły się pomimo wszystko. Dwie cudowności splecione we wspólny węzeł w jedynej świątyni. Misterium zachwycające i niezrozumiałe, układanka karmiona ciałem, żeby mogła się rozbudować i być. Żyć. Jak drwina z niemożliwego, bo przecież cuda nie zdarzają się co dzień. Zupełnie, jakbym zużył cały limit szczęścia nim pierwszą, nieporadną samodzielnością się wykażę. Nie wiem. Zerkam na życie bezrozumnie, rozpaczliwie. Płaczę, bo świat każe mi wystartować do kolejnego wyścigu, żebym na mecie… No właśnie… Nie wiem, czy jest meta, gdzie jej szukać i w jaki sposób. Jak sprawić, żebym w tym wyścigu nie pobłądził? Dlaczego nie wiem? Przecież wynurzam się niczym ten plemnik i drogi szukać powinienem. Szczęścia. Przyszłości, jedności, czegoś, co sprawi, że idea splecie się w wyższą rzeczywistość i powije jakąś przyszłość. Bogatszą, mądrzejszą, bezpieczną. Moją.

Nie wiem nic i nic nie rozumiem. A gonię naprzód. Donikąd. Sam gonię, chociaż wszędzie wokół podobni do mnie. Oszołomieni, nieumiejętni. Potykamy się wszyscy. Klniemy wpadając na przeszkody. Pomagamy sobie nawzajem, choć przez to możemy się spóźnić do TAM. A jeśli znów wygrać może tylko jeden? Dobić do wysp szczęśliwych i tryumf ogłosić w świątyni spełnienia? Krzykiem drążącym pustkę, w której zdychać będą konkurenci? Objąć ramionami i wziąć w posiadanie wzajemność niezbędną do spełnienia? Stać się zalążkiem kolejnego cudu?

Milczę. Na ogół milczę, bo mówić nie ma o czym, a tym bardziej nie ma z kim. Nikt nie wie. Co bardziej cyniczni zamiast biec chcą po drodze choć namiastkę raju skonstruować i otaczają się upadłym tłumem łudząc go i faszerując fałszywą obietnicą. Zwolnić? Włożyć ręce w kieszenie i pogwizdywać w pozornej beztrosce? Skoro i tak nie wiem, dokąd zmierzam, więc czemu miałbym dotrzeć tam zasapany? Słaby? A jeśli sił mi będzie potrzeba u kresu drogi, to skąd je wezmę? Głupio byłoby zdechnąć u źródła… Głupio w ogóle zdychać… Rozglądam się niepewnie. Przede mną wielu i już ich nie dogonię, więc i sensowność pośpiechu karłowacieje. Rozglądam się na boki, bo może tam znajdę boczną furtkę przemyślnie ukrytą, ominiętą przez prowadzących maratończyków. Degenerat toczący swoją kulkę błota i ekskrementów donikąd. Zawodowiec w drodze na manowce. Jedyne co mam, to nadzieja. Wiara, że sens istnieje, choć go nie dostrzegam.

Trzeba iść. Ręce z kurzu otrzepuję, wzrok wbijam niezbyt inteligentnie w widnokrąg i idę do nieznanego celu. Wyobraźnia usiłuje ów cel upiększyć, a zmęczenie spotworzyć. Dzień i noc, dobre ze złym. Splecione we mnie kipielą niepewności. Szumem wrzasku ignorantów zanieczyszczone. Leniwie wybieram wydeptane ścieżki, choć logika cierpi – tam, nawet jeśli cel istnieje, to już ma swojego szczęśliwca. Lepiej skręcić w bezdroża. W mniej uczęszczane okolice. Przecież ci z przodu są równie bezradni. Nic mądrzejsi. Idę. Gdzie oczy poniosą.

piątek, 18 stycznia 2019

Przekąska.


Kobieta była pełna pasji. Nie miała jeszcze czterdziestu lat, choć pierwsze siwe włosy srebrzyły jej fryzurę. Grzała dłonie trzymając pomiędzy nimi kubek gorącego mleka z cynamonem i goździkiem. Ja niemrawo dłubałem w carpaccio. Bez apetytu. Odebrała mi go w paru pierwszych zdaniach i wzrokiem, w którym więcej było cierpienia, niż mogłem sobie wyobrazić.

- Co ty możesz o tym wiedzieć? Przyjeżdżaliście na najbliższą farmę w ramach nagrody, żeby uwolnić młode ciała od presji prokreacyjnej i już. Gdybyś został… Na dowolnej… Wtedy mógłbyś mówić. A teraz, to milcz i słuchaj. Jestem w ciąży. To dziecko będzie pierwszym, które zobaczę żywym. I modlę się, żeby urodziło się chłopcem, bo nie wiem, czy znajdę w sobie siłę do życia, jeśli będzie dziewczynką. Modlę się, choć nie znam życia chłopców. Za to doskonale znam życie dziewcząt. Tych, które nie należą do elity. Znam też życie tych, które należą do każdego gorszego sortu.

Popatrzyłem na nią z wyrzutem. Biedna – nie miała pojęcia o doli nastolatków wcielonych do armii ochraniającej plantacje i produkującej żywność roślinną. Dwadzieścia lat służby, gdzie każdy dzień był niemal takim samym. Państwo wymagało pełnej wysługi lat, zanim można było przejść na emeryturę. Dwadzieścia lat w zapadłej dziurze na uprawie roślin, w stadzie samców w podobnym wieku. Wieczny dyżur i tylko rzadkie wizyty na farmach zgodnie z harmonogramem. Każdy mógł się zobaczyć z kobietą raz na kwartał, a za szczególną aktywność zawodową nawet raz na miesiąc. Pół dniówki odmiennej od pozostałej, wykorzystywanej pospiesznie, do zachłyśnięcia się własnymi emocjami, które kipiały i nie pozwalały na jedną chwilę zwolnić.

- Gdybyś został… - kontynuowała – wiedziałbyś, co się dzieje po waszym wyjeździe. Mnie zabrali z domu nim zdążyłam zjeść tort urodzinowy, na którym powoli stygło szesnaście świeczek. Zabrali mnie na farmę bez prawa do protestu. Bez szansy na zmianę decyzji. Dostałam przydział na pełne dwadzieścia lat produkcji żywności. Zostałam przepuszczona przez medyczne tryby i zakwaterowana zanim obeschły mi łzy po rozstaniu z rodzicami. A potem przyjechali chłopcy na farmę… Wiedziałam, że jeśli chcę żyć muszę zajść w ciążę nie później niż w pojedyncze tygodnie. Państwo nie utrzymuje darmozjadów. Miałam być płodna. I byłam… Ten pierwszy, pamiętam go jeszcze – miał niewiele więcej niż ja i tulił się we mnie myśląc, że będę mu matką, a ja miałam zostać matką za jego przyczyną. Tak strasznie się bałam, bo w przeciągu miesiąca część kobiet zniknęła z farmy bezpowrotnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam…

Zaintrygowała mnie opowieścią i gmerałem widelcem z rzadka tylko podnosząc przezroczysty płatek delikatnego mięsa do ust.

- Kiedy nie było męskich wizyt pracowałam sortując i pakując mięso. Na tacki, w próżniowe opakowania, hurtowe porcje do mrożenia luzem i świeżo mielone na bieżący użytek. Pakowałam, nie wiedząc dokąd trafi. Nie wiedząc skąd pochodzi. Pod nieustającym nadzorem i kontrolą medyczną. Kiedy ciąża była już zaawansowana i praca wiązała się z ryzykiem zostałam odizolowana od załogi na czas porodu i połogu. Dziecko… zabrali mi zanim je w ogóle zobaczyłam. Łudziłam się, że oddadzą, że to tylko badania kontrolne, ale nie… Nie oddali. Nigdy i nikomu nie oddawali. Pytałam, to kazali mi milczeć. I pokarm ściągać trzy razy na dobę. Pokarm też zabierali nic mi nie mówiąc.

Milczałem, bo nie bardzo wiedziałem, co mam powiedzieć. Wolałem zaczekać aż dokończy opowieść.

- Potem była kolejna ciąża i następna. Pełne dwadzieścia lat. Po każdej ciąży miałam sześć tygodni na regenerację, nim pierwszy mężczyzna pojawiał się w progu z uśmiechem pożądania. Jak w zegarku pojawiał się i pojawiali się kolejni, aż ciąża nie stała się pewnikiem. Wtedy pracowałam na taśmie, przy rozbiorze i porcjowaniu… Filetowaniu, jak mawiały bardziej doświadczone współpracowniczki. Prawie połowa kobiet pracowała z wiszącymi z piersi laktatorami, żeby nie uronić pokarmu. Dopiero po trzeciej chyba ciąży zobaczyłam…

Rozpłakała się i łzy płynęły jej nieprzerwanym strumieniem. Zupełnie, jakby kurek odkręciła. Łzy dwiema strużkami spływały ku brodzie i kapały wprost do kubka ze stygnącym mlekiem. Poczułem się dość nieswojo, bo nie potrafiłem radzić sobie z emocjami kobiet… Przecież nie znałem ich wcale. Poza krótkimi wizytami na farmie widywałem wyłącznie mężczyzn.

- Dopiero po trzeciej ciąży chlipała zanosząc się szlochem – zobaczyłam. Postawili mnie bliżej początku taśmy. Zobaczyłam żebra i malutkie serduszka, nóżki… rączki malutkich dzieci i poćwiartowane ciała dorosłych. Kobiet, które nie umiały rodzić i mężczyzn, którzy trafili na taśmę z nieznanych przyczyn. Miałam rozbierać mięso i oddzielać je od kości, a przecież te kości… Boże… niemowlęce… delikatniutkie takie… Mało się nie przewróciłam, kiedy jedna z bardziej doświadczonych kobiet dała mi w twarz z otwartej ręki. Żebym się nie wygłupiała, bo jak zacznę histeryzować, to trafię na taśmę tak, jak te ciała, które się przede mną przewijały. Straciłam spokój na kilka lat. Patrzyłam każdego dnia na te drobne ciałka i myślałam, czy moje dzieci też dotknęłam nożem, czy patroszyłam własne niemowlę…

Carpaccio zaczęło mnie drapać w gardło i z mówieniem miałem coraz większy kłopot, a ona szlochała cicho.

- Dwadzieścia lat… Nie liczyłam, ale jedno dziecko rocznie… Może je tuczyli, zanim na taśmę trafiło, może takie prosto z porodu szło pod nóż… Nie wiem… Naprawdę nie wiem… Straciłam rozum i czucie. Byłam maszynką do produkcji i obróbki mięsa. Z taśmy znikały te mniej odporne, te niepłodne, zbyt leniwe… We mnie zgasło czucie całkiem. Nawet, kiedy pod nóż trafiła ta, która stała obok mnie przez dwa lata… Filetowałam… Pakowałam i porcjowałam. Mleko zdawałam nim wystygło. Miałam szczęście. Przetrwałam całe dwadzieścia lat.

Podniosła kubek do ust i zrobiła drobny łyk patrząc na mnie przez łzy.

- Wiesz skąd pochodzi mleko? Skąd biorą się sery, tłuszcze? Może z moich piersi. Może własne mleko piję i nie wiem. A ty… może właśnie zjadasz swojego synka… - odsunąłem talerz, ale przytrzymała mi dłoń – Jedz, na zdrowie, nie wolno marnować żywności. Zbyt wiele kosztuje. Jedz proszę…

Równie dobrze mogłaby mi kazać jeść kamienie, ale faktycznie – przez całe dorosłe życie nie dostrzegłem żadnego zwierzęcia. Żadnej obory, chlewu – nic. O dziko żyjących zwierzętach, to tylko słyszałem, że ponoć gdzieś na peryferiach świata może się uchowały pojedyncze egzemplarze przeznaczone na odstrzał dla prominentnych obywateli. A przecież dania mięsne przysługiwały mi zarówno podczas służby na plantacji, jak i obecnie na emeryturze… Jadłem je całe życie i nie powiem, że bez smaku. Żarłem zachłannie, bo mięso było rarytasem, który nie trafiał się co dzień. Dziś pozwoliłem sobie na rozpustę, bo chciałem zaimponować kobiecie, która ma zostać matką mojego dziecka… Zużyłem deputat na cały najbliższy tydzień, a teraz boję się do ust podnieść. Kobieta pogłaskała mnie po policzku i zgrabnie zwinęła plasterek w rulonik.

- Jedz. Musisz mieć siłę. A potem… Pójdziemy się pomodlić, żeby urodził się nam syn. Zdrowy. Bo zdrowemu pozwolą zostać przy nas szesnaście lat. Ani dnia dłużej. Ale szesnaście lat będziemy mogli się cieszyć, że jest nasz, zanim państwo nam go zabierze. A jeśli będzie córka… Powiedz, że tak nie będzie… Myślałam, że nie mam w sobie już łez… Nie chcę patrzeć na nią i widzieć siebie, jak rośnie, żeby wyfiletować ciebie i mnie, gdy tylko dorośnie do farmy. Bo chyba nie sądzisz, że pozwolą nam się zestarzeć i sprawić, że mięso będzie żylaste? Nie pożyjemy dłużej jak te szesnaście lat. A potem zabiorą – najpierw dziecko do pracy, a potem nas na rzeźnicki stół. Na taśmociąg. Dokończ carpaccio i chodźmy już proszę… Nie mam sił patrzeć na jedzenie…

Spektakularna kariera.


Wstawałem i wstawałem i „wstaniętym” czuć się jakoś nie umiałem. Czyżby depresja? Na wszelki wypadek podlałem ją kawą czarną, żeby zabłądziła w myślach, albo przefiltrowana nerkami spłynęła w czeluści kanalizacji. Bezskutecznie. Niemal czułem, jak mi się broda naciąga, a za oknem dzień równie ponury i zaspany. Solidaryzuje się niechybnie. Malkontenci uwielbiają się gromadzić, żeby w skupiskach i skupieniu poddawać się martyrologii własnej i wzajemnej, eskalować i kolaborować w nieszczęściach. Napędzać się i dramatyzować. Wywyższać się. Zerknąłem podejrzliwie, bo dzień chyba miał zamiar popełnić samobójstwo, zanim w ogóle dojrzał. Jakby aborcję. Jeszcze niepoczęty, a już wyskrobki i resztkami, ochłapami krwistymi zwisa z żywopłotów i masztów antenowych.

Szukając wytchnienia i natchnienia oddałem się rozpuście porannej prasówki i niebacznie wpadłem na pomysł, żeby błyskawiczną karierę zrobić. Przykłady chłostały mnie po oczach rozmaitością. Tak bywa, że z braku rozsądku człowiek oddaje się mrzonkom bezpłatnie i bezterminowo. Jak zwykle, powiedzieć było łatwiej, niż zrealizować. Podglądałem zdolnych i utalentowanych licząc lekkomyślnie, że zarażę się talentami, ale to prawdopodobnie nie jest choroba zakaźna. Już prędzej dziedziczna. Wiem, bo przytulałem się do monitora i nic. Może nie ta płeć? Zwierzenia z dzieciństwa czytałem i autobiografie ilustrowane. Nie pomogło, choć wiolonczelę zdążyłem pokochać platonicznie i warsztat samochodowy, gdzie spawały się dzieła sztuki niezrozumiałej, konserwowanej w blasze ze skwarkami nagaru. Nic. Nawet wysypki nie dostałem, chociaż starałem się i byłem pełen zapału – ostatnie resztki entuzjazmu poświęciłem na ołtarzu nadziei. Czarna, bezdenna rozpacz.

Rodziny o dziedziczność wolałem nie pytać, bo mogłaby się okazać wstydliwa, a przecież nie chcę stać się rodzinnym konfesjonałem, albo grabarzem, co z dębowej szafy trupy wyjmie, odkurzy i z precjozów okradnie, nim w sosnowym meblu poświęci je w ziemi. Cóż - rozgrzeszać nie umiem nawet siebie. Po nieudanym szczepieniu talentu byłem odrobinę większym sceptykiem i przodkom postanowiłem nie zakłócać wiecznego odpoczynku, a pradziadkowa umiejętność dmuchania w okarynę nie wydała mi się szczególnie godna reinkarnacji. Może nawet perwersyjnie poddałbym wiwisekcji jakieś zapieczone, szlacheckie przeszłości z domniemanego drzewa genealogicznego, lecz w trakcie jego pobieżnego przeglądania z jakiejś gałęzi zaćwierkało do mnie szyderstwo, że wszelkie uzdolnienia raczyłem we własnym kadłubie zdeformować i spotworzyć. Weźmy takie pływanie – przodkowie pływali w poziomie, podczas gdy ja, z wątpliwym wdziękiem, kursuję wyłącznie w pionie. Odważny przy tym jestem bardziej, niż zawodowy nurek głębokościowy – bez sprzętu potrafię osiągnąć dno nie pytając nawet, jak bardzo jest odległe. Tylko opowiedzieć o rekordzie nie miałbym już sił, bo płuca mam zbyt skromnie skrojone i na powrót do świata żywych już ich nie wystarcza.

Ech ta moja skromność. Nie tylko płuca z resztek mam szyte. Żałość we mnie zaczyna skowytać, więc chwytam się drastycznych rozwiązań. Mógłbym zostać milionerem. Nie – nie takim z telewizyjnego teleturnieju, który zaczyna się jąkać, gdy pytają o kraj pochodzenia, albo równie fascynujące tajemnice umysłu. Bank bezlitośnie poinformował mnie, że nie był uprzejmy pomylić się na moją korzyść, a uskładane środki wystarczą na utopienie niecnej nadziei w czteropaku piwa z dolnej półki (na falach krótkich odbieram znaczące, ironiczne chrząknięcia suflera z wyraźną sugestią – raczej z palety), chyba że trafi się promocja w markecie, to może nawet ze środkowej. Zer za mało! Coś takiego… Nawet cyfra dumnie na przedzie stała i tylko zer zabrakło. A przecież każdy wie, że przewodnik stada musi mieć autorytet, a za nim, to już mogą wędrować te zera nieskończone i dowolnie upośledzone. Zazwyczaj o zera łatwiej niż o sternika. A tu taki afront na rachunku! Na mostku wódz sterczy samotnie niczym…. (pomińmy to drobne niedopowiedzenie milczeniem), żeby zejść jako ostatni, zgodnie z etyką zawodową.

Dzień się rozpłakał widząc jak pogrążam się w szaleństwie i desperacji. A ja przecież rozwiązań szukam, które mogę dogonić. A może warto zerknąć na takie, które są w stanie dogonić mnie? O! Wreszcie! Powiłem myśl płodną i wartą pielęgnowania. Ortodoksyjną, skrojoną na miarę mojego umysłu. Bo przecież czekać już umiem! A przypływ kiedyś nadejść musi! Tak samo, jak podatki, Alzheimer, czy kometa Halley’a. Rzuciłem się na prasówkę jak głodny rekin w obliczu ławicy sardynek i najpierw teleskopowo, a później nieco dogłębniej poszukuję precedensu. Jest! Są! O Boże – ile ich! Więc jednak – można! Można być sławnym nierobem. Beztalenciem utalentowanym. Można być. Niesamowite. Jest tłok, ale wciąż nie taki, jak na pierwszomajowych pochodach przed obliczem. Wcisnę się. Zmieszczę… Chyba…

Studiuję osiągnięcia jednostek mi obcych. Wsłuchuję się w głoszone idee. Ekstrawaganckie… W piaskownicy powiedziałbym, że głupie, ale głupi, to jestem ja, bo dziaduję w mrącym poranku, kiedy tam kwitnie życie pełne euforii i wyrafinowanych krajobrazów. Jak ktoś sugestywnie powiedział – „zima, to nie kwestia kalendarza, tylko geografii – zawsze gdzieś jest!” Zerkam na panie kręcące tyłeczkami w pogoni za nieustającą wiosną, podglądam z lekkim zawstydzeniem wiecznie letnie piersiątka faszerowane masą polimerową, porzuconą odzież jednorazowego użytku tulącą się do dywanów z rozpaczy za ciepłem idealnego ciała, gadżety, których przeznaczenia nie jest pewien nawet producent, lecz pięknie wyglądające w otoczeniu boskości jednodniowej.

Ogarnia mnie zapał bojowy. Knuję strategię, szturm, inwazję, albo kolonizację. Pacyfikuję niepoznane dotąd przestrzenie i myślą w posiadanie je biorę. Wzwód poranny symbolicznie identyfikuje akceptację ciała i gloryfikuje myśli nieskromne. Naśladuję, a przynajmniej mam zamiar. Szkoda wysilać się, skoro gotowe sukcesy aż się proszą o kolejne kopie. Z salonu przytargałem palmę. Może nie całkiem palmę, ale palemkę… Fotoszop dorobi brakujące fragmenty. Z morzem był niejaki kłopot, ale ugotowałem prześcieradło z kałamarzem i trochę się zaraziło kolorem. Od biedy ujdzie. Początki są trudne. Kotu zabrałem żwirek z kuwety i udrapowałem słoneczną plażę. Nawet jak kot się upomni i przyjdzie, to wilgotna plama na plaży uzasadni się samorzutnie i bez słowa. Egzotyczne otoczenie już prawie miałem. Przydałyby się jeszcze wodorosty. W lodówce miałem por i pęczek koperku, a w sypialni geranium od babci – musi wystarczyć. Na wszelki wypadek dołożyłem rybie truchło – mrożony filet z mintaja zagęścił atmosferę. Jeszcze tylko stolik, parasol i kolorowy drink w egzotycznym opakowaniu… Pognałem do „Biedronki” po ananasa i słomki, z piwnicy wyciągnąłem parasol z reklamą jakiegoś piwa, a na plastikowe krzesło rzuciłem słomiankę ze ściany, żeby udawała bambusowe meble. Na rattan pozwolę sobie, jak zacznę zarabiać. A teraz trzeba improwizować. Zapaliłem energooszczędne słońce półtora tysiąca lumenów z górką, trzy razy powielone jak każe pismo, żeby piasek zaskwierczał tropikiem.

To było łatwe. Teraz pora na transformację obiektu, który ma ozdobić ów pejzaż zaprojektowany z rozmachem. Obiektu westchnień, czyli mnie. Niczym boski wiatr porwałem sąsiadce z balkonu stringi. Trudno było wymagać, żeby w styczniu suszyła bikini. Machnąłem ręką – wystąpię topless. W końcu blitzkrieg ma być, a nie pełzająca wojna pozycyjna. Uuuh… Nie sądziłem, że mam takie biodra… Poczucie wartości we mnie wzrosło, kiedy usiłowałem się wbić w odzież tak skromną. Wciągnąłem brzuch, wypuściłem powietrze (nie przyznam się którędy) i wreszcie się udało. Wąski pasek materiału wśliznął się w przedziałek bezlitośnie, dzięki czemu moje oczy nabrały szklistego połysku, a pośladki charakteru. Nooo… Pośladki mam teraz jak młody Bóg… Chyba przyjdzie się kłaniać sąsiadce i razem z nią na zakupy chodzić. Kto wie – może i szybki kurs makijażu? Albo depilacja wzajemna? Hmm… Może się rozpędziłem, ale w pozyskaniu sławy nie chciałem już się ograniczać. Mam zawojować świat, to może i sąsiadkę uwiodę. No przecież widzę jak elegancko potrafię wypiąć się na rajskiej plaży. Żaden homar tego nie potrafi. Hamer? Humor? Homer? A kogo to interesuje – grunt, że portfolio zaczyna się mocnym akcentem!

czwartek, 17 stycznia 2019

Szkolenie indywidualne.


Spotkanie było tak nieoficjalne, że skryło się pod płaszczykiem imienin gospodarza. Nie tych oficjalnych, przedpołudniowych, urzędowo biało-czerwonymi goździkami oprawionych i przemówieniem, ale osadzonym w prywatnych pieleszach, z imiennym zaproszeniem i jawną sugestią zachowania dyskrecji. Patrzyłem po zgromadzonych gościach ze zdumieniem obserwując, że żaden nie pojawił się z partnerem, czy partnerką. Poskromiłem prywatną ciekawość wierząc, że nim wieczór upłynie kwestia nietypowych imienin zostanie wyjaśniona i nie będę błąkał się w bezzasadnych domysłach. Postanowiłem możliwie dobrze się bawić, zanim gospodarz przejdzie do meritum.

Jego żona wnosiła właśnie jakieś egzotyczne, parujące danie, a gospodarz niepostrzeżenie, hojną ręką napełniał kieliszki. Zimne drobiazgi leżące w miseczkach i na talerzykach uśmiechały się z przekąsem, przystrojone piękniej od gości. Miałem już okazję degustować ręką gospodyni przyrządzonych potraw i byłem pełen zrozumienia dla rozrastającego się brzuszka prezydenta. Nie miałem siły obronić się przed tymi rarytasami przygotowanymi tak pieczołowicie i wyszukanie. Chyba każdy z obecnych wiele sobie po tej uczcie obiecywał, co gorliwsi być może nawet pościli, żeby podołać wyzwaniu i nie odpuścić żadnej z podawanych potraw.

Gospodyni wydała mi się nieswoja, odrobinę zdenerwowana, albo zmęczona. Może wypiła ze dwa kieliszki wina za dużo, bo jej miękkie kobiece ruchy zdawały się być nienaturalnie sztywne. Może mi się przywidziało, jednak i gospodarz był nieco zbyt wylewny, choć przecież pierwszy toast dopiero mieliśmy wznieść. Wzruszyłem ramionami, przerzucając uwagę na talerz, gdzie parował gulasz w wyrafinowanej potrawce warzywnej uwodząc mnie aromatem. Ktoś wręcz jęknął z zachwytu i pracowite milczenie ogarnęło okolicę. Grzech takie żarcie wódką zabijać, ale toast wypić wypadało. Dziczyzna smakowała wytrawnie. Nietuzinkowo. Co śmielsi prosili już o dokładkę, nie czekając na kolejne dania. Gospodarze rozluźnili się, prezydent poluźnił nawet krawat dając sygnał, że oficjalna część nieoficjalnego wieczoru właśnie dobiegła końca.

Wódka schłodzona tak bardzo, że była aż gęsta. Grzała i sprawiała, że marynarki po kolei zaczynały się zaprzyjaźniać z oparciami krzeseł, a krawaty chowały się zawstydzone po kieszeniach. Nieliczne, obecne panie ukradkiem zsuwały pod stołem szpilki, a bardziej bezwstydni panowie popuszczali paski spodni sugerując bezgraniczne apetyty kulinarne i szponami widelców selekcjonowali zawartość stołu nakładając bez umiaru na własne talerze dzieła sztuki gospodyni, która lekko zaróżowiona zerkała z dumą na męża. Kiwnął jej głową, może nawet oko puścił i atmosfera wyraźnie zelżała. Wódka potrafi zmiękczać nastroje. Gospodarz wstał i zadzwonił widelcem o butelkę.

- Szanowni goście. Dziękuję wszystkim za przybycie. Cieszę się, że przy kieliszku… hmmm… kawy… możemy porozmawiać, jednak spotkanie to, jak się zapewne domyślacie ma również drugie, nieformalne dno. Pozwólcie, że tym toastem napocznę temat, który być może rzutuje w jakimś stopniu na waszą zawodową codzienność i jak mniemam na przewidywalną przyszłość

Wypiliśmy. Goście rozglądali się niespokojnie starając się ze składu osobowego wyczytać temat zapowiedzianej nieformalności. Sztab kryzysowy, sanepid, jednostki oczyszczania miasta, straż miejska, służby komunalne i mieszkaniowy zasób gminny, rzecznik prasowy, służby specjalne… Można powiedzieć, że zebrany skład osobowy gotów jest zarządzać nie tylko małym kryzysem, ale i sporą wojną, emigracją, czy pacyfikacją. Prezydent miał talent do wzbudzania zainteresowania. I te teatralne, dramatyczne zawieszenia głosu i wzrok spersonalizowany, sięgający dusz indywidualnie. Gdyby nie został politykiem, karierę aktorską miał gwarantowaną. Goście odsunęli lekko talerze i patrzyli na gospodarza w niewypowiedzianym pytaniu.

- Temat jest złożony, wielowątkowy i rozwojowy. Ze względu na… powiedzmy przewidywalne kontrowersje musi pozostać tajnym. Do czasu. Przedstawię państwu dzisiaj zręby idei, a za rok, zaproszę wszystkich obecnych na kolejną imieninową ucztę, żebyśmy wspólnie popchnęli temat w kierunku jego realizacji. Nie ma powodu do pospiechu, gdyż zamierzenie jest długofalowe, ale musi być doskonale przygotowane, przemyślane i powinno zawierać rozwiązania na każdy możliwy potok zdarzeń. Znamy się wszyscy, więc chyba widzicie po personaliach, że podchodzę do tematu nader poważnie i nie zamierzam zdawać się na przypadek.

Wódka wyparowała już chyba z każdej głowy, więc uzupełnienie płynów wydało się koniecznością. Prezydent zaintonował, sztućce cichutko zadźwięczały skubiąc zimne mięsa, galarety i sałatki.

- Temat, który medialnie istnieje niezbyt często, a jednak sporadycznie pojawia się, chociaż usiłuję własnymi, nieformalnymi kanałami spowolnić rozpływ informacji, dotyczy szczurów miejskich. Nie deratyzacji, a szczurów. Zapewne każdy z nas widuje je niemal co dnia idąc do pracy. Według danych docierających do mediów w granicach miejskich populacja szczurów osiągnęła poziom 2-3 mln sztuk. Powiem wyraźnie. Media mają bardzo zafałszowane dane i to nie jest błąd kilkuprocentowy, a kilkukrotny. Moim zdaniem ich liczebność błyskawicznie zbliża się do dziesięciu milionów i będzie nadal rosła w postępie geometrycznym.

Jeśli chciał nam odebrać apetyt, to właśnie mu się udało. Narzędzia powypadały z rąk i oszpeciły obrus kleksami sosów i soczystymi plamami. Ktoś zakaszlał, ktoś sapnął. Nikt się nie odezwał, a prezydent kontynuował.

- Populację otrzymaliśmy w spadku po moim poprzedniku. Nie chciałem i nie mogłem wcześniej państwa uprzedzić, gdyż musiałem pośród personelu znaleźć osoby godne zaufania. Sprawdziłem was wszystkich dokładniej niż urząd skarbowy, niż IPN. Ta informacja nie może opuścić waszych ust. Szczury mamy w spadku po dwóch poprzednich gospodarzach tego miasta i zostaną również po nas. Polecam… Żądam bezwzględnego milczenia poza tym gronem i nie życzę sobie nawet dygresji w tej kwestii. Będziecie skrupulatnie pilnowani przez tajny, wyszkolony w tym celu podmiot.

I jeszcze nas wystraszył. Uśmiechnąłem się lekko i cynicznie. Widać tak mam, że nie walczę z nieuniknionym i domyślałem się, że ceną za dostatek będzie lojalność. Szczury? Bałem się, że będę musiał znacznie bardziej uświnić sumienie. Ze szczurami poradzę sobie bez uszczerbku na śnie spokojnym, czy pełnym wstydu zerkaniu w lustro podczas golenia.

- Powiem najogólniej, żebyście mieli rok na własne myśli. Szczury mają się stać dobrem miejscowym. Trzeba tylko pilnować, żeby nie działa się im większa krzywda. Nie wolno dopuścić, aby przyrost był zagrożony. Dwaj prezydenci, do dziś społecznie szanowani, pilnowali, żeby się udało i nie chcę wyjść na nieudacznika, który zniweczył ich trud! Mamy pilnować, żeby miały co i gdzie jeść. Żeby mogły się rozmnażać, a trutka była bardziej szczepionką potęgującą przyrost, jak narzędziem mordu. Żadne zdecydowane, zmasowane akcje nie wchodzą w grę. To nasz kapitał, który musi dopiero zaprocentować.

Tu mnie miał. Zginąłem we własnej głowie i nie widziałem najmniejszego sensu, aby pielęgnować te ohydne gryzonie. Dokąd tej chłop zmierza? Nie jest pijany, bo on mógłby wypić pół wiadra wódki i idąc po rozciągniętej pod niebiosami linie recytować płynnie konstytucję wspak. W sześciu językach!

- Moi drodzy. Jesteśmy inicjatorami. Gospodarzami plantacji. Eksperymentalnej hodowli. Ekologicznie czystej. Dzikiej, więc nieskażonej koniecznością budowy zagród, inspektów, szklarni, wolier, czy klatek. Hodujemy dziczyznę na konsumpcję. Wolnowybiegową, nie faszerowaną sterydami, odporną na choroby cywilizacyjne. Prawie dziesięć miliardów ludzi… Świat nie wyżywi nas planktonem, czy krowami z kolczykiem unijnego paszportu. Musimy nauczyć się jeść to, czym dysponujemy. A dysponujemy wybieganym, czujnym i roztropnym mięsem kryjącym się przed ludzkością, żeby nie wpadła na pomysł zjeść to mięso. Cóż… Szczury miały pecha – ktoś je w końcu dostrzegł. I teraz… Hodowla ma się znakomicie. Trzeba ją wesprzeć i pomóc rozwinąć, zrobić marketing i dystrybucję. Ubojnie, masarnie – wszystko dedykowane temu mięsu. Pomyslcie proszę w zaciszu prywatności. Poświęćcie chwilę czasu tej myśli, a za rok spróbujemy wspólnie przesunąć granice tolerancji społecznej tak, żeby niemożliwe stało się fascynującym rozwiązaniem i kontynuacją żywotności ssaków naczelnych.

Kiedy kończył mówić… Może tylko mi się zdawało, ale brodą niechcący wskazał na nasze talerze… Nie… - szepnąłem sam do siebie – Nie mógł nam tego zrobić… Podniosłem wzrok i poszukałem oczu gospodyni…. Znalazłem je, skupione na niewidocznych z mojego miejsca czubkach butów. Pomimo to znalazłem w nich poczucie winy… Więc jednak… Gospodarz właśnie zaczął się żegnać, ale ja wciąż trzymałem się wzrokiem gospodyni usiłującej uniknąć kontaktu z którymkolwiek z gości.

- Mógłbym w czymś pomóc młody człowieku? - Prezydent objął mnie ramieniem – może zostaniesz z nami jeszcze na pół godzinki? Dostrzegam w tobie potencjał, który może ci w przyszłości zjednać wielkich przyjaciół i równie mocarnych wrogów. Jeśli nie uznasz tego za impertynencję, chętnie podzielę się z tobą doświadczeniem przy lampce czegoś, co dojrzewa wolno, lecz w smaku pozwala odnaleźć tchnienie przyszłości. A przecież przyszłość to coś, co obiecujemy wyborcom…

środa, 16 stycznia 2019

Historia.


Pozazdrościłem archeologom spektakularnych efektów i odkrywania na nowo minionych idei reprezentowanych poprzez zmurszałe kości, czy malunki naskalne, nadzbanne, naścienne. Tysiącletnie papirusy skamieniałe niczym drzewa odarte z żywic, żeby bursztynowym ukropem podzielić się mogły ze współczesnością niezależnie od wysmukłości kamiennej kolumny miłorzębu, czy paproci drzewiastej. Wiem, że zazdrość nie należy do cech przydających chwały nosicielowi, ale sam siebie oszukiwał nie będę – pozazdrościłem i wiem, co mówię.

Na początek przejrzałem oferty „last minute”, „all inclusive” i inne, które promocyjnymi gadżetami przykrywały niemal cel podróży i termin wyjazdu. Grymasiłem i decyzji podjąć nie mogłem, aż w końcu pomyślałem sobie, że nie będę grzebał w piasku pustyni, jak jakaś zabiedzona kura, czy wielbłąd z aspiracjami, szukający punktu podparcia przed maratonem Paryż-Dakar… Nie stanę się dla Egiptu kolejnym Ramzesem, sto ósmym wcieleniem Cezara również nie, a tym bardziej kolejną reinkarnacją bezimiennych bóstw dalekiego wschodu, czy głębokiej północy, bo jestem tubylcem i owo „tu” mam w sobie dość mocno ukorzenione. Taki defekt genetyczny, który sprawia, że koszula ciału bliższa, szczególnie, kiedy się jej nie zdejmuje z grzbietu od… Przepraszam – nie pozwolę sobie w PESEL zaglądać nadaremnie – kolonoskopia dla genetycznie obciążonych, czy rentgen profilaktyczny w ramach bilansu -dziestolatka?

Wyjrzałem przez okno. Klepisko, jak klepisko. Wydepilowane oponami uniwersalnymi i zimowymi też. Na kość. I to żywą, która wciąż nie wie, co to próchnica, czy artroskopia. Kopać w czymś takim? Stanąłem przed lustrem, żeby zbadać, czy mam rejestrację, homologację i godło producenta, ale nie – koparką nie jestem na pewno. Kim/czym, to już inna bajka, jednak na pewno nie koparką i motogodzin w tym klepisku ku chwale przeszłości nie zmitrężę. Nawet kapelusza ze skóry bawołu nie mam, żeby wzorem Indiany Jonesa przykryć bezradność malującą się na twarzy i oddać się medytacjom w drodze do sukcesu. Jakoś nie nauczyłem się spać z czymkolwiek na twarzy, choćby to była gazeta o niezbyt wysokich aspiracjach i jeszcze mniejszej wadze i znaczeniu. W takim gruncie i pies sobie niespecjalnie radzi, a dopiero za piątym razem posadzona sosna przebiła się korzeniami przez miejską historię upakowaną gęsto tuż poniżej darni. Mój prywatny manicure… cóż… nie zniósłby podobnych obciążeń…

Zerkam ukradkiem na własne drzewo genealogiczne, jak próbuje zapuścić korzenie i skarży się, że to nie tu. Że do innej gleby nawykło wiekami i teraz czuje się bezdomne, bezpańskie, dziewiczo szlaja się po obczyźnie i uczyć się musi zmian klimatycznych i składu chemicznego skorodowanej przez wieki wyściółki. Aklimatyzacja. A ta jest niespieszna. Nie darmo mówią, że marynarka dopiero w siódmym pokoleniu przestaje uwierać i staje się drugą skórą. Przyszło mi za pierworodnego na obczyźnie uprawiać egzotyczną rolę… Bez rolniczego wykształcenia… Bez talentu do obsługiwania maszyn prostych. Taki mamy klimat… podobno… Nawet wierzę, że niewykształcony, że tymczasowy i przechodni, przelotny być może. Podlegający fluktuacjom i mającym wpływ na teraźniejszość zmienną.

Gdzież więc mam Graala szukać, Arki Przymierza, żeby choć zerknąć, jeśli nie zrozumieć przesłanie? Szukać mam słów w Pięcioksięgu, Siedmioksięgu, Prawdy Ostatecznej w dowolny turban zawiniętej śpiewnie na wysokości minaretu, lub wyrytej w glinianej tablicy spieczonej ziemi? Gdziekolwiek… A przecież nawet do szukania trufli ludzie zatrudniają psy i świnie. Sami nie grzebią w ziemi, chyba, że jednostki wybitne – hmm… Wybitne, są te, które się dokopią sukcesu, bo pozostałe, to szaleńcy, szarlatani i fantaści. A teraz ja usiłuję dołączyć do armii pędzonej nadziejami i mamionych obietnicą zwycięstwa. I perły zapładniane są sztucznie, żeby loterii uniknąć i uniezależnić się od kaprysów natury. A ja? Naturszczyk bez papieru? Wieszcz bez zwiastowania? Jasnowidz z kwarcowym wzrokiem? Amator kwaśnych jabłek i kolekcjoner porażek chłoszczących po wypiętym nieświadomie tyłku?

Zazdrość mnie nie opuszcza, choć logika wskazuje beznadziejność aspiracji. Beztalenciem buty można wycierać, a nie skarbów szukać. Zacisnąłbym zęby, ale obawiam się o całość szkliwa – wiadomo – stomatologia ceni się i nie pozwoli sobie na uszczerbek ekonomiczny, kiedy z godziny na godzinę potrzeba jątrzy się bólem eskalującym w krainy, których nikt do końca poznać nie chce. Trzeci raz przyglądam się paznokciom, a one wciąż mówią mi „nie, nie będziemy ryć w ziemi”. Biceps, który nigdy nie imponował kubaturą udaje swoją uboższą krewną i usiłuje się schować pod kość ramienną, żebym nie napompował go ideologią. Odporny jest na doktrynę sukcesu mniemanego. Dłoń ślizga się po naskórku, gdyż nieodpowiedzialnie zdążyłem się ogolić i (o zgrozo!) przedwcześnie wyłysieć, więc ślizga się ta dłoń po kres zasięgu i zanim zaczepi o cokolwiek może być już za późno na żale.

Na szczęście dłoń usiłuje nauczyć się rozpoznawania kształtu czaszki, licząc, że antropologia przydać się w poszukiwaniach może. Wiadomo – na początek korzysta się z zasobów własnych, żeby ekonomia nie zwiędła, nim dojdzie co-do-czego. Co-do-czego, to taki wybryk słowny, który mówi, że jest nadzieja, lecz mizerna, ale gdyby… to wiadomo – kolejka do sukcesu stanie długa i można się w niej nie zmieścić, bo czarnoodziane potwory z karkiem większym niż przeciętne talie wygnają wzrokiem krwią nabiegłym, paluchem wskazującym szczekającym niczym sierżant w jednostce karnej – PRECZ!

Pozwalam dłoni, bo miękka jest. Ciekawska, ale moja. Niech szuka. Przymykam oczy, może nawet mruczeć zaczynam, jak kot, który rozciągnął granice zaufania aż po dotyk wybrańców. Dłoń uczy się kształtu, choć nie spieszy się wcale. Zanim wygnam na obczyznę, niech we własnych granicach ćwiczy talenty antropologiczne. Zaczynam grzbiet wyginać. Może kocieję? Psieję? Dłoń poczyna sobie wciąż śmielej i już o archeologii nie myślę wcale. Poczekam, Słyszałem, że ziemia rodzi kamienie. Może zamiast pracować i eksploatować instynkty wystarczy patrzeć, co nowego dzień przyniesie? Na patrzenie mam w sobie zgodę. Konsensus i polityczną deklarację zapewniającą o nieagresji. Zawieszam bezterminowo aspiracje związane z wykopkami. Jednogłośnie i jednomyślnie. Podglądam naturę i uczę ją idei – rozbierz się sama z przeszłości. Ja się tymczasem popieszczę. Pod własnym dotykiem nawet obczyzna nie doskwiera.