niedziela, 1 lipca 2018

Zalążek bezwolny.


Świat dobija się mosiądzem odległych dzwonów i tylko patrzeć, jak spiżowa pięść roztrzaska szybę na miliard kawałeczków, żeby światło rozszczepić na pojedyncze włókna w tęczowych barwach i mnie nimi wybatożyć. Leżę cichcem, przyzwyczajam się do powietrza w siebie upakowanego po kres wytrzymałości pęcherzyków płucnych. Aklimatyzuję się do bezruchu i niebytu. Nie za bardzo mi to wychodzi, bo już taki nieudany ze mnie egzemplarz. Kot przygląda mi się z dziwną miną – coś pomiędzy szyderstwem, a obojętnością. Zupełnie, jakby mówił mi, że moje domniemane zniknięcie jest tylko tanią sztuczką, którą rozszyfrował bez najmniejszego wysiłku. Krzyk gawrona dosięga mnie pod kołdrą i kaleczy skórę szorstką, nierówną blizną, z której zaczynają się sączyć jady i zgorzele. Płeć staje się obciążeniem, a nie obietnicą przyjemności.

Zakrywam się z głową żeby poskromić światło i powstrzymać dźwięki. Niech się zaplączą w sploty bawełnianej poszwy i we włóknach sztucznych ugrzęzną. Emituję kwaśne ciepło i własną wilgoć rozpraszam drobinkami w przestrzeni najbliższej, w kokonie ciemnym, w którym zmysły stają się dramatycznie zbędne. Chowam się przed światem, który został na zewnątrz, beze mnie. Świadomość błądzi pośród braku bodźców i tylko gasnący jęk karetki sugeruje, że świat chce mnie uratować wbrew mojej woli. Chce mnie odkopać, jak nieszczęśników uwięzionych pod lawiną lub w betonowych złomach po trzęsieniu ziemi. Drżę, lecz szukam dalej dziurki dowolnie małej, takiej od klucza w drzwiach do innego świata. Opuszkami palców staram się wykryć szczelinę w prześcieradle, w ścianie posępnie stojącej obok łóżka i tak beznamiętnie zimnej, że czuję jak skóra próbuje odsunąć się od niej jak najdalej.

Nie ma już we mnie wstydu. Jęczę bezwstydnie i żebrzę o pomoc, choć nie chcę widzieć absolutnie nikogo. Wiem, że to zaprzecza logice, jednak strach również z logiką ma niewiele wspólnego. Dzień. Znowu dzień, w którym zdarzyć się może wszystko, albo nic się nie zdarzy i każde rozwiązanie składa się z samych wad i lepsza strona świata chowa się właśnie za widnokręgiem, w niegasnącej ucieczce w mrok. W otchłanie gdzie przestają istnieć barwy i odległości. Gdzie ruch jest złudzeniem, zmianą nieistotną, a krzyk rozbija się trwogą wewnątrz czaszki i przerażeniem wzmagającym się z każdą chwilą, którą czas potrafi utkać nawet bez udziału zmysłów. Taki krzyk, który potrafi wykroić z mózgu rozsądek i wyrzucić go na śmietnik razem ze spokojem. Tym świętym i tym niekoniecznie podszytym dobrą intencją.

Dzień na paluszkach przesuwa się za oknem i szarpie za skraj kołdry. Coś do mnie bełkocze przy tym i zimny jęzor wpycha pod pościel, żeby polizać mnie po piętach. Szarpię się, bo mam łaskotki. I obawy wielkie też mam, że to dopiero początek, po którym świat wyciągnie mnie za włosy na zewnątrz i klapsem lub słowem wydobędzie płacz ze mnie. Osaczy ludźmi i światłem, aż stanę się pomnikiem spatynowanym przez gołębie i naturalne procesy korozji brązu w agresywnej, toksycznej atmosferze. Nie zamierzam być przedmiotem obserwacji anonimowego zewnętrza. Ani wnętrza też. Zwijam się w kłębuszek i błagam organizm, żeby znów stał się embrionem, żeby przestał mieć niezależność, z której i tak skorzystać nie chcę. Sam siebie namawiam, żebym pod tą kołdrą nauczył się zwijania, jeżeli zwijanie jest procesem odwrotnym do rozwoju. Chcę znów poczuć zapach i smak bezpieczeństwa nasączonego miłością. Nieskończonego szaleństwa błogostanu, bezkrólewia decyzyjnego.

Wolność przecież jest tak irytująco wymagająca. I tak ograniczona jednocześnie, że aż przykro poznawać granice, żeby sobie paluszków nie przytrzasnąć o szlabany niemożliwości i czekać na karę za rozbuchane marzenia i egoistyczne potrzeby. Niemal czuję policzek od świata gdy tylko się wynurzę spod kołdry – za bezruch, brak działania, cieszenia się z wielkości wybiegu, na którym wypasana jest moja świadomość pomiędzy parkanami zakazów. Ten przymus zdaje się być pierwszym i wątpliwym prezentem, który dostałem. Teraz fruną pełne wyrzutów spojrzenia, niczym kolorowy ogon za latawcem że nie korzystam, że nie chcę go, że przecież docenić wypada, spróbować wziąć odrobinę głębszy oddech i krok w nieskończoność zrobić. Tylko nikt mi nie powiedział po co.

Nie spełniam. Cudzych intencji i własnych potrzeb określonych gdzieś poza mną. Nie spełniam się również, bo to wymaga zaangażowania i podjęcia rękawicy, a ja podejmować nic nie zamierzam. Nic, co mógłbym zrobić, gdybym tylko chciał zadowolić dowolnie wybrane obce życie. Wiem, że jeśli tylko wychynę spod kołdry stanę przed dylematem lub alternatywą. Przed procesem nieodwracalnym, który będzie rokował, albo i nie. W zasadzie nawet jeśli nie stanę, a leżał będę, to mimo wszystko dosięgnie mnie rozdroże, na które wrócić się już nigdy nie da, choćbym wybrał najlepiej na świecie.

Uczyć mnie próbują podobni do mnie ignoranci, a ja zerkam podejrzliwie na impertynenckie próby zawłaszczenia mądrości. Elokwencja i słowa wielkie. Nadęte i wypowiadane ze stanowczością i aspiracjami. Do mnie, który oczyskami wybałuszonymi dotyka świata z braku innych możliwości. Więc nie chcę, ilekroć mogę. Chowam się pod kołdrę i ograniczam wybory do absurdu. Minimalizuję ryzyko podjęcia działania na każdej z dotykających mnie ścieżek i dobrych rad. Palców wskazujących, którymi otoczenie taktuje słowa, żeby ubrać je w mesjanistyczne wizje.

Rozwrzeszczany dzień dobija się z każdej strony, a kołdra nie potrafi zachować się aseptycznie względem tej bezkompromisowej ingerencji. Kulę się w strachu, do którego przywykam coraz bardziej, naciągam skorupę jaja i modlę się o łono, które mnie przyjmie bez skargi. Bez uzasadnienia i słów. W którym stanę się znów kijanką pływającą w otoczeniu bezsłownym. W uczuciach zanurzony bardziej niż jestem zanurzony w świecie nawet teraz.

25 komentarzy:

  1. Zamienic się w embrion i zaczynać od nowa? Chyba nie chciałabym...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wrócić do szczęśliwych czasów.

      Usuń
    2. no parę pechowych zdarzeń też tam było...

      Usuń
    3. z punktu widzenia kijanki?

      Usuń
  2. W dzień, w którym zdarzyć się może wszystko, albo nic się nie zdarzy, najlepiej jest zasiąść do pisania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. powodzenia.
      ja już coś skrobnąłem jak widać.

      Usuń
    2. Widać, widać, co by nie?

      Usuń
  3. Witaj, Oko.

    "Im słodsze dzieciństwo, tym okrutniejsze jest spotkanie z pustką, jaka po nim następuje."
    ("Dom między wiatrem a rzeką" - Veroslaw Mertl)

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a drogowskazu "jak wrócić" tam nie było?

      Usuń
  4. Koszmar poranka, kiedy nie chce się wstawać rozpisany na niemożliwe pragnienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a spróbuj myślom zabronić zmierzać tam, gdzie pragnienie kłóci się z możliwością. ja nie potrafię.

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. mówisz oczywiście o poranku ponad siły i ochotę?
      czy jelenie zaczęły wreszcie zachowywać się przyzwoicie? czy wciąż rykowisko?

      Usuń
    2. Dokładnie. I wbrew pozorom nie chodziło mi o te, kiedy trzeba wstać o 2.45, gdyż te są w porządku. Do rykowiska jeszcze daleko, więc do lasu można prowadzać nawet najwstydliwsze pensjonarki:)

      Usuń
    3. wstydliwe pensjonarki zapewne znaleźć trudniej niż jelonki. to może być gatunek zagrożony wyginięciem, albo już wyginięty.

      Usuń
  6. Powrót do początku, do czystego zalążka. Fajnie, że coś pozostawiłeś i jednak czegoś chcesz, więc nie jest to przypadek beznadziejny - uff!
    bo w pierwszej chwili pomyślałam, że to głęboka deprecha, z tych...co to nie pozwalają opuścić łózka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kursywą deprecha? przecież to tylko opowiadanie. ze wspomnień niekoniecznie moich. z wyobraźni i niedopowiedzeń. z fantazji i własnego rozumienia czegoś zbliżonego - taka wizualizacja myśli powstających, kiedy dotknie sumienia coś innego niż codzienność.

      Usuń
    2. Oj, wiem, wiem, że to z wyobraźni, ale ona jest Twoja.
      I zalążek też jest w Tobie i nie wiem co tam jeszcze...

      Usuń
    3. na przykład obiad. i trochę śladowych pierwiastków, które nawdychałem od urodzenia

      Usuń
    4. Nie będę się zagłębiać, bo przychodzą mi na myśl różne 'rzeczy'.

      A chociaż... smakowało?

      Usuń
    5. rzeczy? one nie są do smakowania chyba. ale globalnie nie narzekam. potrafię znaleźć jaśniejsze strony codzienności.

      Usuń
    6. Może mam trudniej, niebo dzisiaj zachmurzone. I zimno jakoś. Ale, nie poddaję się.

      Usuń
    7. ja mam słońce i cieplutko - jak to latem

      Usuń
    8. A to mnie pocieszyłeś. Dzięki wielkie :)

      Usuń
    9. proszę uprzejmie.

      Usuń