piątek, 19 stycznia 2018

Monolog z bombą.

Że nie rozumiem, to jasne – faceci mają chyba wbudowane to niezrozumienie żeńskiego świata i priorytetów w nim obowiązujących. Sam często mniemam, że nawet kobiety czują się dość niepewnie we własnym światku i pod agresją kryją brak zdecydowania, wizji, pomysłu, czy inicjatywy. Patrzysz na mnie, a oczy przyjmują formę figur geometrycznych obrazujących ideał zdumienia. Ale zaczekaj jeszcze momencik, zanim zaczniesz mówić i słowotokiem przesłonisz istotności, własne słabości i te wszystkie niedokończone wątki snujące się po historii od przedwczoraj, do następnego stulecia. Poczekaj proszę. Zrobię herbaty.

Wiesz? Jeśli nie stać cię na wysłuchanie odpowiedzi, to może lepiej nie pytaj. Pomyśl chwilę, zanim usta otworzysz, aby wygłosić komunikat spięty znakiem zapytania, bo odpowiedź może cię obezwładnić, posadzić na dupie z otwartą gębą i skarcić słowami, których oficjalnie wolisz nie znać, chociaż przecież znasz – poznaję patrząc na twoją minę obecną. Może kojarzysz słowa stojące dramatycznie blisko rzeczywistości, do której starasz się nie przyznawać pośród obcych, a i samej sobie w oczy nie zaglądasz skrupulatnie, gdy próbujesz temat ominąć, zasypać mirażami, albo własnym wdziękiem. Kręcę głową z niedowierzaniem i chcę wręcz zapytać, jak daleko jesteś się w stanie posunąć, aby meritum zeszło na plan dalszy.

Uczyłem samego siebie, aby nie interesować się sprawami, o których nie lubię rozmawiać przed prywatnym lustrem, dlatego ja nie zapytam, jeśli mnie nie sprowokujesz. Chyba, że bardzo tego chcesz, wtedy mów – postaram się wysłuchać, powstrzymując emocje w kagańcu i na krótkiej smyczy trzymanej żelazną ręką. Chciałem powiedzieć „dziękuję”, że znalazłaś w sobie odwagę i zaufanie do mnie, bo temat zbyt blisko ociera się o twoją bezbronność i uczucia, ale nie powiem tego, bo to już mogłoby stać się natręctwem. Posłucham, jeżeli zechcesz mi opowiedzieć. I nie skażę ciebie na chłostę, lincz, czy inne publiczne szykany tylko dlatego, że masz odwagę na myśli niepokorne, zbyt czarne, żeby w jasnych słowach dało się je wysłowić. Bądź wulgarna i dosadna. Prawdziwa. I siecz słowami, jakby to bicz w rękach sadysty kręcił kolejne krwawe ciosy do utraty sił w mięśniach. Pluj, drap, płacz – wszystko, czego ci trzeba, żeby urodzić czarne marzenia, żeby nierealność ubrała buty codzienne i stała się powszedniością wysłowioną. Niegrzeczną i stojącą okrakiem nad każdym z możliwych kodeksów. W końcu to tylko słowa, które nie muszą ubierać się w czasowniki obarczone trybem dokonanym.

Dobrze już – posłucham, pomimo łez i przekleństw, pomimo nerwów, z których upleść można hol kontenerowca i ciągać go przez kanał panamski, czy gdzie sobie życzyłby armator. Jeśli tylko zechcesz mówić, to jestem obok i przetrzymam sztorm ekspresji i monsuny emocji. Będę milczał, jak milczałby konfesjonał z cedrowego drewna, który nie zdążył się rozgrzać życiem zaklętym w sutannę, jak pełna szklanka wody stojąca na parapecie pośrodku lata i roślin wyciągających do niej swoje drżące z pragnienia liście. Stanę się uchem poduszki, w którą wlewasz łzy, ilekroć świat staje się tak niepokojąco obojętny na twoje potrzeby, albo dotyka cię intensywniej, niż jesteś gotowa pozwolić mu na to. Mogę stać się zastępczo twoją przyjaciółką, co w dalekiej Australii boryka się z kurzem czerwieniejącym na lakierowanych meblach i czasu nie miała żeby wysłuchać właśnie dziś, kiedy się stało.

No właśnie – nie wiem co, ale się stało, bo tylu emocji nie da się upakować we własnym gabarycie bez przyczyny. Telefon milczy tak beznadziejnie, że chyba też jest męską wersją instrumentu, więc zlicza te cholerne sekundy, impulsy, cyferki, a kiedy trzeba przytulić, to tylko burknie, że mu bateria osłabła i to jego trzeba dopieścić. Telewizor powiela bzdury w kolorach nieznanych naturze i dialogi idealne na wydepilowanych starannie nogach i kieckach po osiem tysięcy sztuka. Patrzę, jak rozglądasz się za butelką, żeby rozcieńczyć te emocje, albo zakonserwować, ale wino? Ono już rozcieńczone, zbyt łzawe, mdłe, a tu trzeba szoku. Wódki wzmocnionej, albo zgoła spirytusu. Haust głęboki poparty słowem soczystym, siarczystym jak policzek mrozem malowany na Szpicbergenie zimą. Nie ma. Oczywiście nie ma i ja już wiem, że zbłądziłem, bo powinienem – kto jak kto, ale ja – powinienem.

Wiedzieć muszę instynktownie, że w barku wódka jest obowiązkiem, kiedy staje się poszukiwanym artykułem, więc błyskawicznie kurtkę wdziewam na plecy i bez słowa jednego drzwi szeptem zamykam, żeby pobiec w bezkres monopolu. Nie jedną, ale trzy – różne, bo skąd mam wiedzieć, czy trafię w apetyt, potrzeby i okoliczność. Targam bulgoczące zakupy, a w domu podejrzewam bulgoczącą kobietę, która powie, albo wybuchnie. A ja nie mam kamizelki kuloodpornej, nie mam ogniotrwałej ściany, ani nawet zatyczek do uszu. Za to mam flaszki stężone, w trzech kolorach, jakby to była kaleka tęcza spierzchnięta od wiatru. Dopiero teraz dostrzegam, że boso wybiegłem z domu, że skarpety piją mróz wprost z chodnika. Dobrze, że będzie się czym rozgrzać i że niedaleko już. 

Wszedłem na palcach, żeby nie zainicjować tykania zegara… a bomba… Powiem to, jak tylko zmielę w ustach chwasty, bo mi oddech się skończył z wrażenia – bomba spała w fotelu. Rozmazany makijaż, ledwie rozpięty płaszcz, jeszcze szalik wisi na szyi, a buty wbijają się w stojący na ławie talerz herbatników obcasami ze dwanaście centymetrów najmarniej. Herbata drży niepokojąco w szklance, bo łyżeczka już zdążyła popełnić samobójstwo i tylko gruby dywan ją uratował przed zagładą. 

Negocjacje z losem?

Mężczyzna poszukiwał dłoni kobiecej, a wzrokiem stygmatyzował przestrzeń w odległych galaktykach. Laski nie miał, bo po co, kiedy obok idzie ciepło, które poda rękę i świat opowie, albo ominąć pomoże. A, że ma rąk dwie, więc drugą skwapliwie i kurczowo schwytało małoletnie życie. Patrzyłem i zanim zachwycić się zdołałem, naszła mnie myśl dotycząca nie pana, nie rozmarzonej małoletniości malującej wystawowe szyby uśmiechem tak słodkim, że mógł te szyby kryształami cukru porysować, lecz dotyczące pani pozbawionej rąk. Oddała wszystkie, które miała, chociaż z przedramienia wisiała siateczka z chlebem, a na ramieniu torebka kokosiła się, żeby miejsce znaleźć pomiędzy szukającymi się wzajemnie ciałami. Jak sobie radzi ta kobieta – otoczona bez szczętu potrzebą jej miłości, jej oddania bezkresnego i uporczywie całodobowego? Widziałem spokój, który na twarzy ślepca wygładzał niepokoje szukania ramienia przynależnego, widziałem zachwyt w oczach szukających oczu matki, żeby samym wzrokiem posłać przesłanie – potrzebuję cię bardziej, niż potrafię słowami to określić. A pan mierzył przestrzenie dziur kosmicznych stojących mu na drodze – na każdej drodze… Oddam smak, węch i słuch, żeby tylko wzrok zachować. Czucie? Nie wiem – bałbym się wybierać pomiędzy tymi zmysłami, ale tamte wymieniam hurtem nawet na wzrok natychmiast. Żyję widzeniem, czuciem żyję, gdy pozostałe, choć bardzo przyjemne są tylko uzupełnieniem tych dwóch, które wypełniają moją codzienność wartościami rozróżniającymi je od siebie. One… stwarzają mnie każdego dnia. I nocy bezsennej każdej.

czwartek, 18 stycznia 2018

Zimny oddech.

Dwie młode elegantki, w płaszczykach, kozaczkach, w białych rękawiczkach i z cienkimi papieroskami w dłoniach odzianych, poszukiwały w czeluściach śmietników czegoś, co widocznie być tam miało, lecz tylko jedna z łupem poszła dalej – widać jedno epicentrum odpadkowe, to za mało, aby zadowolić aż dwie kobiety. Tymczasem śnieg uczy się wpadać do oczu na wiatru ramionach niesiony. Podwórkowe ptaki eksplodowały aktywnością i zmagają się z wiatrem szybując pod prąd gremialnie. Mewy pośród wirujących płatków szukają czegoś jadalnego, a może chcą się stać totalnymi albinosami i przymierzają każdy płatek z osobna, niczym broszkę, albo koniakowską koronkę, z której później uprzędą suknię z trenem do ziemi (czyżby samiczki?). A ja liczę te spadające, jednodniowe gwiazdy i oczy mam od nich zamglone. A przecież niosłem w nich dzisiaj obraz nauk ścisłych niosących idee do swoich twórczych samotni – brodatych, siwych, nieomal tak, jak ów staruszek-pies przypominający trochę baranka, którego od paru lat nikt nie ostrzygł, bo wełna nawet na grube skarpety i zakopiańskie swetry nikomu już niepotrzebna. Toczyło się biedactwo węchem wspierając słabnący wzrok i przerwę zrobić musiało pod piekarnią, skąd tak pięknie pachniało gorącą skórką – licznego pieczystego i pojedynczej piekareczki.

Głodne marzenie.

Pan z miękką twarzą, tak delikatną, że szczelnie zamknięte okna w samochodzie, to trochę za mało, żeby nie uwłaczać tej delikatności wzrokiem noszącym ślady porannej irytacji na zbyt długo niezmieniające się światła. Parę kobiet pociągnęło wzrokiem za ową parkującą delikatnością z westchnieniem kryjącym uczucia tak rozmaite, że wolałbym ich nie precyzować. Po drugiej stronie… cóż – znowu (bo mi się to zdarza z premedytacją i wyzywającą bezczelnością) zdarzenia dzieją się stadami – pani za kierownicą, z twarzą wydelikaconą ponad bieżący wiek, bo ludzie tak powinni wyglądać dopiero w następnym stuleciu, kiedy zrezygnują już zupełnie z brutalności natury i otoczą się sterylnością sterowaną do szóstego miejsca po przecinku najdrobniejszej ze skal pomiarowych. Grzywka dotykając czoła usiłowała je porysować, kiedy pani pochyliła się nad jednym z zegarów deski rozdzielczej, a ja nie mogłem nic zrobić, więc uniosłem mój wystraszony żal dalej, nad wodę, gdzie kaczki sprawdzały, jak szybko dziczeje Rzeka, gdzie podziały się zutylizowane garaże wraz z nocnym stróżem i psem, którzy przecież byli wkomponowani w ten krajobraz tak samo doskonale, jak uschnięta dwa lata temu kaleka grusza, co dziś wyłącznie kształtem ubogiej korony drapie zadumę w płowiejącej pamięci. Dorównać miękkością dzieciom, to już wyzwanie ponad siły współczesnej dorosłości – może dlatego z takim rozrzewnieniem patrzy się na małoletnie, niezdarne życie, które potrafi skaleczyć do łez choćby i wzrok zbyt ostry. Drobiazg wiózł, lub niósł radość w sobie i pytania na zewnątrz, aż śnieg się topił ze wzruszenia. Dziewczyna, nie tyle ładna co intrygująca, twarz miała oczywiście pozbawioną martwej skóry i niosła świeżość własną ostrożnie, a ja oddech wstrzymałem, żeby ruchliwą, swojską bakterią nie pokalać tych przestrzeni delikatnych bardziej niż ptasie mleczko. Milczałem, bo o czym mówić i jak, kiedy słowa ze mnie wychodzą zbyt twarde wobec tych widzeń, a bardziej miękkich już nie znam. Znowu słownik stał się zbyt ubogi, żeby opisać widziane i kolejny raz trudno wysławialne marzenie podniósł z kurzu moich chceń. Napisać choć raz treść na komplet zmysłów. Jeden jedyny raz dotknąć niemożliwego i przyszpilić do papieru treść, w której będzie smak, zapach, wrażenie i jeszcze to, co tylko podświadomością kiełkuje i wrażeniem, pamięcią nieistniejącego. Wiem – jestem pazerny, ale choć jeden raz… noszę w sobie nadzieję, że kiedyś się uda.

środa, 17 stycznia 2018

Przesłanie futrem wyśpiewane.

Ciemność kota przeszyła milczącym, ciepłym wektorem mrok pokoju. Spod zasłoniętych rolet światło nocy drapało plastikowe futryny okien, żeby wspiąć się na parapet i ogrzać wyziewami kaloryfera, albo zdjąć z kociego futra ładunek elektrostatyczny i wybuchnąć mikrowyładowaniem. Udawałem, że widzę, jak cień kota zagęścił ciemność, jednak to moje udawanie było bardziej niż nieprzekonujące. Kot nawet nie wzruszył ramionami, czy czymkolwiek, czym koty wzruszają, kiedy chcą zignorować takie nieudolne próby zawarcia przymierza. Wskoczył na okno i kocim sposobem zaznaczył przestrzeń pomiędzy materiałem rolety, a szybą. Zastygł tak, przełykając ślinę i tylko zgrzyt pazurów drących drewno parapetu wskazywał, że zewnętrzne pełne jest kocich śniadań ukrytych pod sutanną nocy. Licha ona zapewne, skoro nie potrafi obronić przed apetytem kota, który nie może wesprzeć się węchem, ani słuchem, bo on zamknięty w kloszu pokoju o ścianach przedwojennej grubości i oknach współcześnie szczelnych. Kot pewnie przypomni sobie o mojej obecności po wielu daremnych wysiłkach sforsowania podwójnej szyby, jednak chwilowo złości się jęcząc, że przeszkoda hamuje atak, a głowa oparta o szybę wlecze rzeką procesy myślowe, gdy kły już na zewnątrz zanurzają się w podskórne źródła ciepłej, dzikiej krwi.

Milczę. Udaję, że śpię, jednak nawet to przychodzi mi z wielkim trudem, bo ta bezczynność rodzi demony, które pośród tego mroku niedoskonałego przecież rosną we nie i przede mną. Nie uspokaja mnie miarowe, rytmiczne metrum kociego ogona skandujące pomiędzy gipsową ścianą, a blatem parapetu niekończącą się mantrą: chcę, chcę, chcę…

Leżę i również chcę, chociaż jeszcze nie zdefiniowałem potrzeby. Wolę nie przyglądać się ciału, bo ono gotowe wyprężyć się pożądaniem, które spełnić mógłbym tylko wsobnie, popełniając autodestrukcję nasion daremnych utopionych w bezkresie pościeli. Zaglądanie w przeszłość gotowe spłoszyć kota szlochem, lub śmiechem zupełnie nieadekwatnym do tego mroku i bezruchu, w którym tylko ogon taktuje pierwotnym głodem i gotowością do uczty zawstydza niedoszły poranek.

Przejeżdżający samochód rozedrgał powietrze wystarczająco, żeby pojawiły się cienie. Chrzęst zmiażdżonych kałuż, które zaskorupiły się pośród nocy, a teraz odradzają się ciemnością płynną, błotnistą i niepitną tak bardzo, że gawrony, które skorzystały z podobnej wody do dzisiaj są czarne i chrypką kaleczą świat ilekroć otworzą się na dialogi. Światła płynęły falą, jakby to oświetlenie kutra było, a nie samochodowe, lecz podwórze, niczym ocean wzburzony potrafi nieostrożnym kierowcom połamać zęby, albo język podzielić na części w dziele autodestrukcji, kiedy trafi na optymistę-gadułę, lub ignoranta-gawędziarza. Reflektory wymalowały na żółtej przecież ścianie szarą duszę kocią. Wielka ona, niewspółmiernie do tego skromnego ciała potrafiącego wnętrze halloween’owej dyni zasiedlić. Na ścianie cień omiatał pajęczyny, a pająki bezgłośnie drżały trwogą, bo nie mucha to przecież na spotkanie cięciw labiryntu wyszła, a wróg potężny, co jak jeż szczotki i penicylinowe zawiłości gotów potraktować ignorancją i niezauważeniem, a szkody poczyni tak duże, że nawet dziki pająk się spoci, nim odtworzy kolię czekającą na perły rosy zimowym świtem, gdy słońce żebrać będzie o randkę ze skostniałym światem.

Samochód przestał kroić mrok świetlnym mieczem i z okien niósł ostatnie echa umierających skorup malowanych styczniem na mokrych powierzchniach wygładzających wizualnie areał podwórza, aż zamilkł przekraczając zasięg słuchu. Patrzyłem na ścianę, która oddawać próbowała kolor, i wsparcie kociego grzbietu błogosławiła, bo dzięki niemu zewnętrzna noc kleiła się do ścian, jak ręce niecierpliwego kochanka kleją się, gdy tylko okazja spotkania się trafi. Miałem nie zamykać drogi nocy do tych ścian, do mnie, do wnętrza, jednak tam, na wyciągnięcie wzroku mieszka pani cierpiąca na bezsenność, znudzona jałowością programów telewizyjnych, więc w oknie tkwiąca niepowstrzymanie i jako ta wieczna lampka w kościele świeci siwą głową pośród każdej nocy.

Nie wiem dlaczego pożałowałem jej widzeń i uniesień bezdusznie tak. Przecież mogłem, bo nic mnie nie kosztowało wziąć kobietę (która przecież kiedyś była) w otwartym oknie, w krzyku drącym prześcieradła nocy i wspólną ekstazę wywrzeszczeć wystarczająco głośno, żeby usłyszała. Wiem, przypadek sprawił, że wiem, bo widziałem, jak wnuk na osiemdziesiąte zapewne urodziny przyniósł babci lunetę, żeby wzrok jej wyostrzyć i dać wrażenie ruchu, którego sama już wykonać nie bardzo może. Mogłem dać jej wspomnienia, być lekarstwem i młodością utraconą. Mogłem stać się jej zastępczym życiem, a ja… wstydziłem się nadaremnie codzienności. Kląć mi się teraz chce, lecz obiecałem sobie, że zaklnę dopiero wówczas, kiedy horyzont zarazi się atomowym grzybem, albo przyjaciel mnie zdradzi dla paru srebrników.

Noc dojrzewała powoli, ale dnia rodzić jeszcze nie była gotowa, ciało moje rozkołysane w snu zapomnieniu trwało i bezruchu, a w głowie mieliły się zdania niepoważne, wstydliwe, małostkowe marzenia, i pasły się niczym nieoswojone konie i karmiły się moją zbyt kruchą dojrzałością, taką, do której wstyd się pośród obcych przyznawać. Ot – drobna, niezbyt przyjemna szykana (tak jakby szykany mogły być przyjemne…), spoza której wygląda zaciekawione życie, czy wreszcie zareaguję bardziej żywiołowo, niż na muchę, która trzy okrążenia mojego nosa wraz z uszami wykonała, zanim leniwie machnąłem tak, żeby bydlątka nie uszkodzić.

Koci ogon – wiem, wymyśliłem to sobie, ale wymyśliłem obrazem, w który uwierzyłem, zanim się stał rzeczywistością – koci ogon zesztywniał, słysząc falującą melodię białka. On nie słyszał skrzydeł miksujących powietrze, żeby zamazać moje płoche wizje, lecz słyszał ciepło przystawki, a może nawet przynętę dla opierzonego białka, które nerwowo dreptało na zewnątrz. Jeden wróbel tylko był wystarczająco bezczelny, żeby z wysokości zewnętrznej , więc bezpiecznej, satelitarnej anteny postukać pazurkami w czaszę i zaśmiać się kotu w pysk, kpiąc z jego kagańca szybą podwójną ustawionego. Żal było skamlącego kota i już miałem wstać otworzyć na oścież okno i oddać kotu przyrodę na jego pazerność, a w zamian (niestety) wziąć klimat i przytulić do stóp niegodziwych, marznących pośród desek podłogi, do żeber własnych wątłych i nie gotowych absolutnie na przyjęcie w poczet „niedzielnych morsów”. Tkwiłem, schwytany pościelą niczym lodołamacz pośród arktycznej kry, spiętrzonej ponad moc silników ryczących ropy agonią, zniewolony, czekający wiosennych roztopów. Koci ogon mierzył czas pośpiesznie, siedmiokrotnie, a może dziewięciokrotnie, bo ponoć tyle w nich życia, że ludzką śmierć po raz dziewiąty przeżyć łzą muszą, nim umrą prawdziwie.

Gapiłem się w wahadło ogona pokrytego mrokiem, a ogon, niczym kameleon ubrał się w mrok otoczenia i stał się tylko fanaberią otumanionej głowy, a nie rzeczywistością. Pomimo tego drgał przed wzrokiem i wypełniał horyzont myśli do spodu. Chyba już się pogodził z myślą, że się nie uda zatopić kłów w ciepłych piórkach podwórkowej galanterii, ale wzrok nadal szperaczem przebiegał dostępne przestrzenie, a mózg wypełniający konchę profilowanej jednostkowo muszli wysyłał do mnie sygnały niedostępne dla pięciu zmysłów a ja…

Nie musisz wierzyć, bo twoja wiara nic nie zmieni poza tobą. Nie musisz słuchać, bo i tak to powiem. Kpij. Szydź, że jestem egocentrykiem, że mój świat mi namalowany, w ramy został ubrany, niczym w obrożę i kaganiec tak mocno trzymający mnie za pysk, że tylko słowem próbować mogę cię dotknąć pośród samotnej nocy. Śmiej się ze mnie, że mniemam i gdybam, że z kotem rozmawiam, który tylko domysłem ciepła i życiem nieistniejącym… bo w tym mroku – może go nie być wcale. Może tylko moja ignorancja zachłanna powołała go do życia i ciepło bawełny zwiedzającej moje ciało i pijącej soki spoconego ciała…

On tam jest – uwierz proszę – jest na oknie kot czarno-dachowy, doczepiony do ogona, wywijającego w mroku hieroglify pisane podczerwonym światłem na suficie i jestem ja – nagi, zmumifikowany, spętany włóknami syntetycznymi tak bardzo, że własnego aromatu nie czuję i rozmawiam z kotem. Ba! Nie rozmawiam – słucham monologu, bo sam nie wnoszę nic do tej rozmowy. Nic wartościowego. Słucham nieistniejącego, ale możliwego kota ciemności, który tę ciemność przeszył wzrokiem lasera i doświadczeniem przychodzącym z wiekiem (nie zdążyłem zapytać, czy pamięta uwielbiających go wysuszonych dzisiaj faraonów – ech, jakim jestem beznadziejnym gawędziarzem, o taką informację nawet nie zdążyłem kota zapytać…), gdy kot z pogardą rzucił parę słów nim skulił się w beznadziei i własną wielkością siebie zagrzewał do snu, kiedy dzień się rodzi wraz z Bogiem:

- noc to czas, w którym Bóg zrywa kolory z każdego istnienia, czas, kiedy nicość jest nieskończona, a horyzont kończy się na nozdrzach, pazurach i końcach wąsów. Noc, to czas, w którym wielkością jest każde istnienie, a reszta jest dopełnieniem rzeczywistości. Był czas, kiedy noc żyła pijąc oddechy niewidzialności, gdy karmiła się podglądana jedynie przez lustra gwiazd. A teraz? Miasto świeci. Miasto tętni i kipi kolorami pośród brzemiennej nocy, która już nie jest odpoczynkiem wojownika, tylko cyrkiem, komedią graną pośród tęczy kolorów, zamiast… nocą świat ma pachnieć, ma dotykać i uśmiercać, a nie wyglądać… ech… świat zszedł na… ludzi?...

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Sfermentowane Ego.

Na podwórzu stado czarnych mesjaszy chodzi po wodzie. Zamarzniętej, ale – malkontentów i tak nie zabraknie, a one bezkompromisowo wzdłuż i wszerz przemieszczają się z godnością i niespiesznie. Przypominam sobie, że ja również i to nie od dzisiaj potrafię – co prawda woda leżała cienką warstwą rozrzucona po chodnikach, ale ja również sunąłem jak lodołamacz, transatlantyk, czy coś na kształt chudego kaszalota przez ten śliczny przestwór i rozcinałem fale zostawiając za sobą kilwater. Czyli można, jeśli się tylko chce i niech mi tu pesymiści nie wmawiają, że absolutnie nie, że to już jest passe i mało oryginalne. Nie poradzę, że dopiero niedawno zaszczyciłem świat własną osobą, ale wiadomo – na dobre czekać trzeba, czasami bardzo długo. Pomimo wszystko już jestem i po tych popisach linoskoczka, pora wziąć się za poważniejsze sprawy. Na przykład za fermentację. Bo to nie dość, że widowiskowe, to jeszcze po tych degustacjach toastach wielbiących twórcę i nieodłącznym kacu pozostawia w pamięci ludzkiej zalążek dobrego słowa, takiej adopcji, że swój chłop, że z nim, to już konie kraść z posterunków kanadyjskiej konnej, gwałcić jachty pod pełnymi żaglami, albo piętnować Appalachy uzbrojonym butem. Ale to jutro, kiedy klinem, bo teraz łeb pęka i liście tupią spadając z drzew, a echo rozwłóczyć ten dźwięk potrafi w melodię tantryczną, usypiającą niczym matematyczna hipnoza pana Kaszpirowskiego. Więc ustalone. Od jutra z przydomkiem Wielki/Potężny/Niezwyciężony, lecz dzisiaj, cichutko, w pościeli wykrawam kawałek dnia i zarażam go mrokiem. Jeszcze nie skisł ale chyba się poddał. Trudno powiedzieć, że się nie spodziewałem, bo w końcu po to poświęcam swój wielkopański czas, żeby się udało i mam – prywatną noc pośrodku dnia skupioną niemalże, jak pulpety w sosie pomidorowym skupiają się w słoikach na półkach marketów. Resztki świadomości mówią – owoce do fermentacji są potrzebne, albo kartofle. Niech chociaż ryż, żyto, czy nadgniłe śliwki, albo wysłodki z buraków. Nic z tego. W obrębie tej mojej nocy tylko wątroba gnije wraz z nerkami. Ech! Zbyt wiele na raz. Trzeba odczekać. Niedługo. Do jutra może wystarczy. A dzisiaj – niech wrony trenują, niech szukają zakazanego owocu, żeby go przerobić na diabelskiego drinka – na klina.

niedziela, 14 stycznia 2018

Podsłuchane.

Wiatr zawodzi tak żałośnie, że pewnie znowu przedarł się przez szczeliny w drzwiach wejściowych i teraz mozoli się wspinając na kolejne piętra klatki schodowej, wącha kwiaty na parapetach, palce pomiędzy drzwi wciskać próbuje i sprawdza kuchenne zapachy bulgocące pod pokrywkami. Przystawia ucho do dziurek od klucza i podsłuchuje bezwstydnie zupełnie, a jeśli kto go spłoszy, to pędzi po schodach na strych i przez dach uciec próbuje szarpiąc się z zardzewiałą kłódką, która śpiewa mosiężnym dźwiękiem nie okrętowe szklanki wybijając, lecz tłukąc się jak dzwonek na koziej szyi.

No tak! Już i mnie obłapił, bo gęsią skórą porosłem, a drobne włoski stały się czułe na dotyk i drżenie powietrza. Jak kocie wąsy, tylko drobniejsze, gęstsze i rozproszone po gabarycie całym. Widać mu było mało, bo mnie za czuprynę schwytał, wzdłuż szyi wspiął się do ucha i zaczął mamrotać. Zrodził nadzieję na opowieść niezwykłą. Uroiłem sobie, że taki wiatr zapewne opowieści snuć potrafi – z bliska i daleka, byle nie pod przymusem, bo wtedy kręci mu się we łbie i oderwany od gruntu szaleje trąbą powietrzną po świecie, szkód czyniąc tyle, że aż mu wstyd później i chowa się na zbyt długo, a upiorna cisza i bezruch sprawiają, że świat się poci, albo zamarza.

Machnąłem ręką, niech sobie gada, niech mnie uwiedzie, albo czym oszołomi. Oczy zamknąłem i pośród tchnień chłodnych w słuch się zmieniłem, zupełnie jakbym się stał ciałem jednozmysłowym. Nawet chłodu nie czułem, ani tych jego rączek wścibskich, niewychowanych i bezwstydnych, kiedy w trakcie gaworzenia zwiedzał moje ciało, posapując z zadowolenia. Czekałem na barwną opowieść o tym, co na końcu świata, albo ulicy, może jakieś niedyskrecje lub nadinterpretacje pozszywane z fragmentów słów ludzi mi nieznanych, albo zdarzenia zmiksowane zbytnią pobieżnością i splecione echem w łańcuch niewiarygodny.

No i nie zawiodłem się, bo kiedy już mamrotanie wśliznęło mi się strumyczkiem do ucha, to ono takie jak wiatr – nieuczesane, prędkie, nieprzewidywalne. Jedno zdanie zaczął z dumą po hiszpańsku, żeby w pół drogi być szczebiotem francuskim, a twardą, hardą kropkę stawiał już po flamandzku. Jak z dziewczęcym, chińskim okrzykiem zaczął, to rosyjskim, rubasznym śmiechem nafaszerował puentę jakby po warcie syberyjskiej kto stanął naprzeciw bimbru szklanki niespodziewanie. A ja, jak ten tuman nierozumny mogłem tylko podziwiać ekwilibrystykę jego brzuchomówstwa, gdy był paragwajskim przedszkolakiem, który na jednym wydechu na szwedzką turystkę wyrósł, co na Cyprze obedrzeć chce z cnoty Hindusa.

Chichotałem, choć pojedynczych słów nie rozumiałem, a wiatr połykał już i gubił, bo znów się spieszył gdzieś, gdzie go jeszcze dzisiaj nie było. Przypomniał mi poranne odgłosy, kiedy sąsiadce jakieś garnki wysypały się z szafki i jej żarliwe, niepowtarzalne błogosławieństwo goniące je aż do podłogi, a na mnie rumieniec zażenowania malujące. Nauczył się mojego chichotu, więc razem pochichotaliśmy chwilę, a potem szczypnął mnie w sutek, który niebacznie wyściubił się pod jego dotykiem i poszedł sobie bez słowa. 

Nawet się nie pożegnał, tylko pobiegł dalej – zapomniał? Taki roztargniony, czy coś usłyszał za rogiem i pobiegł zaciekawiony, niczym szczeniak świat wycieraczką ogona rozsuwający, żeby widoczność poprawić? Zdmuchnął paproch ze schodów i tylem go widział. Usłyszałem jeszcze, jak gwizdnął z podziwem, więc pewnie kokietował sąsiadkę, co do kościoła szła jak co tydzień, pieniążek wrzucić do koszyczka w tajemnej intencji.

sobota, 13 stycznia 2018

Pośród zmysłów.

Noc ogłuchła od krzyków kładła się spać, naciągając na siebie kołdrę czarno-granatową, nakrapianą gwiazdami i czymś, co mogłoby być drogą mleczną, lub polucją – w końcu to tylko kwestia odległości. Gwiezdne nasienie wygląda ekscytująco z daleka, lecz tam, w tej niezmierzonej pustce gwiazdy wcale się do siebie nie uśmiechają, bo każda ma do innej równoważną nieskończoność. Siedzę sam, daleko od zamętu i patrzę przez zamknięte okno, jak mrok przelewa się w sobie i wierci, bo mu niewygodnie, albo na ciebie śpiącą, skuloną nieomal do małej, wystraszonej kuleczki. Patrzę nie zapalając najmniejszej nawet lampki, chociaż ogrom wyobraźni zużyłem, żeby zrozumieć. Lęk. Bo to chyba on bronił się we mnie przed przyjęciem do wiadomości prostej prawdy. Prostej, lecz całkiem nieoczywistej, a ty zrobiłaś wszystko, żeby wydawała się kosmicznym absurdem. Do tej chwili wciąż nawiedza mnie wątpliwość, czy to w ogóle możliwe.

Nie widzisz mnie prawie wcale. Słyszysz mnie podobnie. Masz zmysły pokancerowane tak bardzo, że są one szczątkowe. Przypominam sobie, jak wodziłaś wzrokiem za mną, jak patrzyłaś mi w oczy, jak potrafiłaś odpowiadać na zadane nieśmiało pytania szeptane wprost do ucha – tego samego, które potrafi wykryć ciepło i drżenie mojego oddechu lecz z dźwiękiem radzi sobie zdecydowanie gorzej. Długo trwało, zanim przestałem się bronić przed zrozumieniem, że jestem zaledwie barwną plamą, a do rozmowy z tobą ust nie muszę otwierać. Jedynie słuchać muszę, kiedy odpowiadasz, bo ja nie mam twoich zdolności. Opowiadałaś, o spustoszeniach, jakie w głowie zrobiła zgorzel, jak leczenie skatowało ją jeszcze bardziej, kurczowo szukając życia. Opowiedziałaś mi rozpacz i zęby zaciśnięte tak mocno, aż popękało na nich szkliwo.

A teraz śpisz zwinięta w kuleczkę, bezbronna, niewidoma i niesłysząca. A przecież, gdybym to komukolwiek powiedział – wyśmiałby mnie. Życie wygrało. Ty wygrałaś i nauczyłaś się funkcjonować korzystając z pozostałych zmysłów. Ty wyciągasz mnie z naszej bezpiecznej, oswojonej jamy do świata, który szybko się zmienia i ignoruje twoje ograniczenia, bo ma własne cele do realizacji i gotów kopnąć, żebyś tylko nie przeszkadzała. Głaszczesz mnie, uśmiechasz się czule i mówisz mi:

– chodź, pójdźmy do ludzi, pójdźmy kokietować świat naszym dwukrokiem na chodnikowych płytach, zatańczmy na moście, albo przytulmy jakiś park do siebie. Zjedzmy kolację przy świecach, a może ubrudźmy ręce pizzą jedzoną palcami gdzie pod płotem. Chodź, tam świat, tam życie, weź mnie za rękę i pójdziemy. Poprowadzę cię, nic się nie bój…

Szliśmy i ty wiecznie wesoła, uśmiechnięta, życzliwa dla każdego burka, który nam się pod nogami pałętał, głaszcząca dziecko, kiedy chwyta cię za nogę, bo pomyliło się w wesołej zabawie i myślało, że ciocia na drodze jego radości stanęła. Miasto układało się przed tobą jak łąka pachnąca, jak bezkres oceanu po którym można bez wzroku nawet, bo gdziekolwiek spojrzeć to błękit podzielony widnokręgiem na niebo i jego odbicie w lustrze wody. Twoja ręka grzała moją, a palce, ruchliwe niby mrówki zwiedzały wnętrze mojej dłoni i spijały aromat, kiedy spociłem się z emocji, albo zesztywniałem, gdy przeszkoda nagła wyrosła przed nami. Szedłem bardziej tobą prowadzony, niż prowadząc, bo ty patrzyłaś na mnie okrągłą buzią pełną zachwytu, że tylko czekałem, aż zaczniesz podskakiwać jak mała dziewczynka i kiwać główką powtarzając: chcę, chcę, chcę…

Śpisz i nie słyszysz mnie wcale, a ja w oknie patrzę na ciemność i widzę w niej niewiele więcej niż ty, a kto wie, czy nie mniej. Patrząc uśmiecham się do swoich myśli, do ciebie się uśmiecham, bo wspomnienia niosą obrazy nas zanurzonych w tylu dniach, w rozmaitościach i niepojęciu stworzenia. Zamknąłem oczy, bo w tym oknie, to wysiłek daremny trzymać je otwarte, oglądające bezwidocze. Zamknąłem oczy i patrzyłem przez to okno do świata, który się schował na pojedyncze godziny, żeby odpocząć od mojej ciekawości nachalnej. Zajrzałem też do łóżka, żeby zobaczyć, czy śpisz spokojnie, czy masz ciepłe stopy, czy na ustach wciąż kwitnie uśmiech.

Chciałem powiedzieć ci kilka miłych słów i pogłaskać po tej steranej głowie, w której mieszka chaos i zgliszcza dzieła stworzenia, gdzie demony zagryzły zmysły zanim z nimi wygrałaś i zadusiłaś wyjąc z wściekłości, rozpaczy, bezsilności. Chciałem dać ci tyle ciepła, żebyś mogła nim połatać blizny, żebyś nosiła je jak wisiorek na łańcuszku, żeby było dostatecznie blisko, aby złapać je ręką, nim krew tryśnie na nowo.

Wskazówki twojego oddechu cicho przemierzały tę ciemność, a ja zapadłem się w sobie tak głęboko, że ledwie stamtąd widać było zewnętrze. Szukałem siebie w sobie i ciebie we mnie szukałem, więc pewnie nas chciałem odnaleźć, ale nie takich ze zdjęcia, nie uśmiechniętych na pokaz do albumu, ale takich… których ty możesz rozpoznać – węchem, smakiem, czy dotykiem. Szukałem nas we mnie i myślałem, że sam nie znajdę, że chyba już czas wstać spod tego okna, wśliznąć się pod kołdrę cichutko i przytulić do twojego zaufania, stać się dopełnieniem bezpieczeństwa, a niechby nawet obudzić pożądaniem przecież wyspać, to jeszcze się zdążymy…

Na drewnianej podłodze drobne, ostrożne, wilgotne kroki. Małe stopy kurczące się pod dotykiem chłodnej podłogi, szukając mnie, szły bezbłędnie wybierając azymut. A potem, kiedy już poczułem we włosach twoją dłoń i otworzyłem oczy w sam raz, żeby zobaczyć jak na podłogę sfruwa biała koszula, a ty drugą dłoń zanurzasz już we mnie i szepczesz: 

- Coś się stało? Tak strasznie krzyczałeś… Chodź już wreszcie, za długo na ciebie czekałam. I nie martw się o nic głuptasie, bo już zawsze ciebie rozpoznam i nie pomylę się na pewno.

piątek, 12 stycznia 2018

Ostatnia partia.

Dwa kalekie manekiny pociągnięte granatowym aksamitem stały żałośnie nagie na wystawie i przyglądały się, jak podobna nagość dotyka również wnętrza sklepu. A przecież dopiero co sklep chwalił się wyborem biustonoszy ze strategicznie dedykowanymi walorami, w jakiś tajemniczy sposób powiązanymi z optyką i wizualizacją. Że niby coś miały przesuwać, powiększać, czy podnieść, żeby w przedmeczowych szachach, można było sterować walorami na skrzydłach, albo zagęścić środek pola i przejść do ataku frontalnego, czy totalnej obrony. Tym razem asortyment poddał się wraz z personelem, na kaflach kurz gra w szachy ze śmieciami, a zapomniana szczotka sędziuje w milczeniu. 

Zanurzony w zachwycie.

Dwie starsze panie zamówiły w paśniku pejzaż, a potem z widoczną satysfakcją pochłaniały kolorową łąkę ze wspólnego talerza. Jak strasznie żałuję, że nie udało się podejrzeć, czy machały nóżkami pod stolikiem. Sąsiadka samotnie zawstydzała kościelne wieże strzelistością swoich nóg, zmierzając zaułkiem wzdłuż ceglanego muru do bliżej mi nieznanej przyszłości, a jej uśmiech w odpowiedzi na życzenie dobrego dnia trochę rozjaśnił mono kolor jej stroju. Jakiś pan usiłował zakonserwować frontową elewację dworca kolejowego własnym moczem i on również ze swojego wyboru wyraźnie był zadowolony. Za to podobnych, pozytywnych emocji nie odnalazłem w sylwetce malarza – tak sądzę, bo dżinsy miał pochlapane abstrakcją kapiącą z wałka, czy ławkowca – stał na krawężniku z zamglonym wzrokiem i dłonią uzbrojoną w papierosa usiłował uspokoić świat. Świat miał go w pogardzie, a poza tym był spokojny, jak na godziny szczytu komunikacyjnego i pod żadnym pozorem nie zamierzał zwalniać. Minęła mnie młodziutka pani w za dużych okularach (kobiety chyba mają bardzo ustabilizowane poglądy w kwestii wyboru szkieł – bardzo duże, większe niż niezbędne i kształt również jak z jednej matrycy) i pachniała gorącą, dobrze posłodzoną pomarańczą. Szedłem przeciwnie niż pies gończy czepiając się rozpływających się resztek aromatu i kierowałem się w jej przeszłość nieodległą, aż mój zachwyt powstrzymany został przez ruch samochodowy. I tą panią, co niosąc dużą lecz szczupłą torebkę na ramieniu, dłoń obciążyła kilogramem cukru. Nie zapytałem jej, co trzeba nieść w takiej dużej torbie, żeby cukier mógł temu czemuś zaszkodzić i wymyśliłem, że to zapewne paleta jaj rozsypana na mniejsze porcje, ale pani emocjonalnie rozczochrana powstrzymała mój słowotok stwierdzeniem, że pojęcia nie mam o zawartościach torebek damskich i specyfice ich wypełniania. W każdym bądź razie moja świadomość wzrosła wystarczająco, żebym już nie domniemywał pochopnie na widok niesionej w rączce zziębniętej jakiegoś prozaicznego cukru. Może i szkoda, bo zapowiadało się intrygująco…

Poranek nic z Griegiem nie mający wspólnego.

Chociaż świt jeszcze nie powił światła, to oni już idą. Cicho i anonimowo. Panowie, pachnący warstwowym octem, wytwarzanym każdego dnia pod siedmioma warstwami odzieży i nakładanych ciepłym potem na skórę bezpośrednio w miejscu powstania, idą opierając się o plastikowe brzegi śmietników, jakby to były umywalki, w których odrobinę rozcieńczą aureole aromatów. A ja przecież wiem, że nie, bo jeśli w tej umywalce znajdą nadające się do handlu przedmioty, to one zostaną wymienione na płyny stężone i ów dezodorant stanie się jeszcze mocniej utrwalony. Idą też panie, które w pamięci przeszukują kilogramy własnej cielesności, każdego poranka źle rozłożone po kubaturze, bo tu zbyt wiele, a tam za kuso. Idą i myślami grają w warcaby z własnym ciałem starając się przesunąć, popchnąć i ustanowić mentalną damę – kiedy nikt nie widzi prostują się odrobinę bardziej i pozwalają biodrom popłynąć – kiedyś trzeba wypróbować krok podejrzany w telewizji. Idą też mamusie z dzieciaczkami za rączkę trzymanymi i mamusie myślą już tylko o spaniu, kiedy w drodze powrotnej skromne zakupy na szybko, żeby nie marnować spaceru i wykorzystać puste dłonie. A dzieciaczki wciąż śpiące patrzą na świat nie widząc go wcale, jednak za chwilę pośród sztucznego oświetlenia, pośród tężejącego rozgardiaszu będą krzyczeć codzienność aż do obiadu. Psy – o te, to myślą szeregowo – najpierw przemianę materii trzeba zrealizować, potem daremnie poszukać towarzystwa, więc tylko zostawić wizytówkę (że tak niezręcznie się wyrażę) ręcznie wypisaną na pniu drzewa, a następnie wiać tam, gdzie cieplej, żeby w spokoju opracować strategię przetrwania na cały dzień. Wyszli i kierowcy o oczach zamglonych, jak przednie szyby ich samochodów. Kryją się w blaszanych klatkach klimatyzując nierozbudzone ciała, ale to się zmieni, bo zanim podwórze opuszczą wytelepie im wnętrzności na wertepach lepiej, niż drinka w shakerze. Jakiś bramin powodowany potrzebą fizjologiczną wstał już i drapiąc się po owłosieniu intymnym konsumuje pierwsze być może piwko, korzystając z baldachimu sklepienia przechodniej, wietrznej bramy. Czas studentów – ale ci dla odmiany wracają, a nie idą. Poza tym, o jakim marszu mowa, kiedy całonocne ćwiczenia zrobiły z nich wilków morskich i idą ze śpiewem na ustach, a pokład kołysze się po sam widnokrąg więc szukają hamaka, aby zregenerować członki, lub cokolwiek innego. Gołębie usiłują rozszarpać karki konkurencyjnemu stadu, które na udeptanej stanęło ziemi i czeka, co z wiszącego powyżej karmnika się wysypie. I w ramach czekania na resztki z pańskiego stołu wgryzają się w opierzone gardziołka obcych. Odsuwam się od okna, zanim klepisko krew zacznie chłeptać.

czwartek, 11 stycznia 2018

Wartość.

Nieważne, kto czyta, kto pyta, komu się wydaje. Interpretować też może każdy bez względu na płeć/wiek/wyznanie:
- Żeby sens życie miało, wystarczy kochać. cokolwiek, kogokolwiek, byle szczerze. Niekoniecznie tylko raz -  niech odtwarza się uczucie ilekroć zajdzie potrzeba.
PS1. Moja kotka ma mnie w dupie - wystarcza jej, że w misce leżą świeżo nasypane chrupki, bo te z poranka nie nadają się już wcale.
PS2. Jestem głupi. I nie zmieni tego nikt na świecie, a poza nim, to już nikomu się nie chce.
PS3. Dobre słowa zużyłem przed obiadem - teraz mam w sobie tylko pozostałe. (dziękuję - obiad smakował)
PS4. Lubię Cię - ale wcale nie znam. To bardzo źle?
PS5. To nie dekalog, więc na koniec życzę Ci dobrej nocy, albo wszystkich nocy nie gorszych od tej dobrej, a gdyby noce nie zdarzały się w Twoich okolicach, to życzę Ci dobrego dnia - każdego, którego jeszcze nie udało się skonsumować.

Wróżenie przeszłości.

Wyciągnąłem rękę i podałem ją tej pani, której czarne włosy błyszczały jakby pomalowała je sadłem niedźwiedzim, czy gęsim chociażby. Długie, ciężkie kryjące uszy i myśli zerkające spomiędzy błyszczących cekinami oczu. Wzięła tę moją dłoń i schowała we własnej, ciepłej, dużej i miękkiej. Spracowanej i noszącej ślady wielkich garów i monstrualnych patelni, żeby nakarmić rodzinę w której chyba pięć naraz pokoleń siada do stołu, albo do ognia, albo po prostu siada gdzie się da i siedzą w kręgu zamkniętym dla obcych, lecz dla siebie otwarci i z dobrym słowem. Ręce miała tak przyjemne w dotknięciu, tak kojarzące się z babcią i pajdą chleba z masłem i czosnkiem posypaną, że na chwilę zapomniałem zupełnie gdzie jestem i przeniosłem się do świata, który dawno już minął. Zamknąłem oczy i znowu miałem lat osiem i buzię tym masłem umorusaną, bo pajda chrupiąca skórką, gruba na trzy palce i masłem bez wstydu posmarowana, a na nim łzy czosnku pocięte śmiały się do mnie i płakały, bo solą oprószone. Czułem smak na podniebieniu, a ciepła dłoń zdawała się chcieć mnie do piersi przytulić i zanurzyć się w moje włosy i dobrym słowem obdarować, żeby ten dzień znów smakował jak ów chleb z masłem…

        Umysł pływał w nieistniejących poza moją głową światach, a pani bez złości, lecz chyba z zaciekawieniem zerkała na mnie miękkimi ruchami i bezgłośnie zliczała moje palce, odciski i dawno zapomniane blizny. Ślizgała się dłońmi po paznokciach i próbowała poczuć kształt każdego z paliczków. Potem podniosła moją dłoń do twarzy, jakby ją chciała powąchać, albo zjeść, niby ten chleb z masłem od babci, ale została tak z moją dłonią otwartą przed jej twarzą pobrużdżoną, zwiędłą jak pozimowe jabłuszko z kopca dopiero wyjęte. Nawet na tę dłoń nie patrzyła, tylko w moich szukała oczach tych kolorów, które na jej spódnicy zdawały się przekomarzać i walczyć o pierwszeństwo, wijąc się niczym koralowe węże, którym w głowie figle jedynie, a nie strzykanie jadem. Patrzyła i milczała, bo o czym tu rozmawiać, kiedy ja poza światem jestem i nic nie usłyszałbym wtedy. Pociągnęła lekko, żebyśmy na ławce jakiejś usiedli, bo nogi ma już zmęczone życiem, bo zdążyła już świat dokoła obejść i teraz marzy się jej ciepły, pachnący kąt i więcej niż chwila bezruchu. Patrzyła na mnie wciąż, jakby wzrokiem mnie poznać mogła po samo dno, do każdego, najmniejszego brudu duszy i nadziei bezzasadnej.

        Może to popołudnie było, kiedy się ocknąłem, ale nie pamiętam, czy dłoń podałem jej rano, czy wieczorem młodym, więc czas znaczenia specjalnego chyba nie miał, bo ani mnie, ani jej nie spieszyło się zupełnie. Siedziała słońca pledem owinięta na ławce zielonej jak wiosna i dłoń moją trzymała bez pośpiechu i cienia niecierpliwości. Na jej dłoniach żyły tańczyły, fioletowe fale rzek wijących się, szukających delty ujścia, lub choćby katarakty, z której skoczyć mogłyby w przyszłość bez lęku, a ja syty już chlebem zjedzonym w widzeniu, ogrzany wspomnianą dobrocią poddałem się pulsującym falom i pływom i zewom tej krwi, która tyle cierpliwości dla mnie miała. Popatrzyłem wreszcie odrobinę przytomniej i pośród chust w nieistniejące kwiaty barwniejsze od najbarwniejszej łąki znalazłem panią, rumianą jak matrioszka i malutką taką, jakby już jedną z ostatnich laleczek w zestawie była.

        Pani patrzyła mi w oczy tak głęboko, że nic nie musiałem mówić, bo brała ze mnie wszystko, czym nasiąknąłem od niemowlęcia. Widziała mnie, jakbym był przeźroczystym zegarem, który w ziarnach piasku kapie zdarzeniami minionymi i uczuciami przyszłymi. A ja jej rękę podałem i wiedziała po co. Wiedziała, że chciałem zapytać, albo usłyszeć odpowiedź zanim zapytam. Milczałem nadzieją, że mi powie, że chociaż ust nie mogę otworzyć, to ona już wie i pomoże, rozwikła i uprzedzi nieuniknione, ale ona wciąż milczała i patrzyła we mnie, jakbym strumieniem był, na którego dnie pstrąg ma zakrzyknąć tęczą zanim schwytany zostanie mocną, bezkompromisową dłonią. Nie sądziłem, że można mnie obrać tak do końca, z każdego wstydu i zakurzonej pamięci, jak główkę kapusty włoskiej na gołąbki rozbieraną listek po listku. A przecież rozbierała mnie tak właśnie i nad żadnym listkiem nie wydziwiała, nie skrzywiła się i nie połamała własną nieuwagą, czy niezrozumieniem. Siedziałem przed tą panią już raczej jako idea życia, niż samo życie, bo otwierała we mnie karty tak mocno zakurzone, że aż nieczytelne, ale przecież we mnie istniejące i dające podwalinę dzisiaj.

        A kiedy już dzień postanowił pożegnać się z nami i spłynąć gdzieś poza zasięg wzroku, to tylko cekiny w jej oczach zdradzały, że wciąż jeszcze czyta we mnie i dopiero gwiazdy zazdrosne mrugać poczęły, żeby już przestała w końcu, bo to ich zadanie jest. Ławka przestała być wiosenną, a pled słoneczny pociągnął za słońcem i zostawił kobietę drżącą od wilgoci, która skradała się tak dyskretnie, że trzeba było dłuższą chwilę nasiąkać i poczekać na jęzor wiatru, żeby rozpoznać, że już jest i wspina się mackami wilgotnymi po łydkach, po szyi, po nerkach. Zadrżała i ja zadrżałem i ocknęliśmy się razem chyba z tego letargu, z tej medytacji moją historią wzbudzonej, jakbym ja miał historię tego wartą. A przecież wiem doskonale, że nie. Że pamięć moja nie niesie nic, czego nie noszą pamięci innych.

        Popatrzyła na mnie, jakby usłyszała moją wątpliwość i głowę przekrzywiła jak wróbelek, co psotę obmyśla zapewne, jak dziecko, które oczami próbuje przyciągnąć inne oczy do wspólnego śmiechu, który sięgnąć potrafi czubka włosa i duszę rozśmieszyć bez powodu. A ona patrzyła i ramionami wzruszyła, aż w końcu odezwała się głosem bardziej szorstkim, niż papier ścierny, czy gruboziarnisty granit i uwolniła moją dłoń wciąż zatopioną w jej dłoniach miękko-ciepłych, strudzonych. Odezwała się wstając, żeby wykąpać się w mroczniejącej nocy, bo wstała, żeby odejść i już więcej nie wracać, co poznałem po nie-wiadomo-czym, lecz pewność miałem, że to nasze ostatnie spotkanie jest. Wstała i szła, jakbym przestał istnieć i słowa tylko dla mnie snuły się za nią niby woń perfum dyskretnie ciągnięta wiatrem, gasnącą smugą złudzenia. Poszła zostawiając niedosyt, zostawiając mnie ze zbroją codzienności leżącą obok ławki, a ja jak jakaś larwa bezbronna, stałem na drodze słów płynących z mroku, w którym jej już nie było, bo stała się tylko domysłem i interpretacją czerni tak doskonałej, że pochłonęła jaskrawość kwiatów na chustach i fale płynących strumieni barw w spódnicach zanurzonych.

- Po co ci to? Czemu chcesz wiedzieć? Tobie niepotrzebna taka świadomość. Naprawdę chcesz nosić w sobie piętno przyszłości? Nieuchronność, od której ani uciec, ani ją dogonić? Chcesz być nosicielem jutra tylko po to, żeby zgasić niedosyt wczoraj? To głupie – uwierz, że głupie. Lepiej zostaw, jak jest, a jutro znajdzie cię niechybnie i nie zostawi samopas. Ani nie zapomni przyjść, ani nie zaśpi. Jeśli już koniecznie chcesz, powiem tylko, że dłoń masz miłą w dotyku i można w niej zamieszkać na dłużej, a w oczach… ech… stara jestem, ale poszłam z tobą jak dziecko na chleba pajdę i wciąż mi w brzuchu ciepło od niej…

środa, 10 stycznia 2018

Rozmlaskanym krokiem.

Śliczna dziewczyna z malutką, czarną kropeczką na policzku nietypowo zwiastowała początek widzeń zamiast ich końca. Kropeczka wyglądała tak uroczo, że musiała mieć naturalne pochodzenie, więc naturalnie – poszedłem i ja. A dalej to już szły panie (pojedynczo i parkami), które chyba się zmówiły na minispódniczki i czarne rajstopy, żeby pochwalić się najbardziej ubogą łydką na świecie – mogły startować w konkursach z dużymi szansami na sukces – o ile dotrą, bo obawiałem się, czy kolejny krok nie będzie ostatnim, szczególnie, kiedy materiał nasiąknie mżawką i jako te motyle skrzydła przeważą szalę z trzaskiem łamanej wykałaczki. Zbyt dużo identycznych widzeń spowodowało we mnie narastającą trwogę, bo jak mawiał poeta – ziarnko do ziarnka i ucho dzbana się urwie w końcu. Dobrze, że pojawiła się pani na rowerze w grubych, zielonych rajtuzach i pociągnęła mój wzrok szlakiem oddalającego się pojazdu. Potem kobiety w kolorze khaki i mężczyźni przyodziani w kolory - jakby na przekór mniemaniu, że koloryt zawdzięczamy płci wdzięczniejszej. Kilka pań o buziach tak malutkich, że z zachwytem obserwowałem, czy zmieszczą się na nich wielkie, nieśmiałe odrobinę oczy, na wszelki wypadek zabezpieczone jeszcze większymi szkłami, w oprawkach stanowiących zapewne element makijażu. Wciąż nie mam odwagi zapytać, co brodacze noszą w tych swoich gęstych brodach, bo o gniazdo remiza ich nie podejrzewam, a taką kieszeń nosić daremnie aż grzech. Jakiś elegant zabezpieczył głowę kapeluszem, a kapelusz parasolem, po czym poszedł - najchętniej arkadą, podcieniem, gdzie deszcz nie nauczył się zaglądać, bo go grawitacja dusi i ciągnie w płaszczyźnie pionowej jakby silniej. No właśnie – grawitacja ściągnęła dzisiaj chmury nisko i ciśnienie również, dzięki czemu można było oglądać ponure miny i ziewnięcia, jakich nie powstydziłby się hipopotam. Sam też pozwoliłem sobie na niefrasobliwość i uzewnętrzniłem migdałki oddając je na pożarcie anonimowej ciekawości. Lepiej zdrowo ziewać, niż choro zerkać na cudze migdałki, bo te mogą w końcu podzielić się jakowymś wirusem potrafiącym podnieść temperaturę do wysokości tężenia białek. W każdym razie doniosłem suche nogi do szklanki gorącej herbaty, więc jest nadzieja, że mnie nie zaczepiła żadna Agrypina ptasia, świńska, czy ta o ludzkim obliczu…

Bez słów rozmowa.

Dzień przeszył mnie melancholią. Ciemny, zimno-wilgotny, jak nos psa spragnionego zabawy, chociaż całkiem niewesoły. Zaczepiam na pajęczynach własną bezradność i sznurki plączę w skomplikowany labirynt niezrozumienia. Rozwiesiłem je wokół siebie, w spękaniach ścian cegłą kruszących się, w narożnikach pochłoniętych mrokiem, w rysach i załomach całą sieć nieistotności, żeby się czaiła na sens- nawet nie cały, ale chociaż jakiś fragment, który mógłby udawać całość nieporadnie, bo przecież dla takiego-mnie-dzisiejszego to już zupełnie wystarczająca rekompensata. Sieć chwytała bezruch łapczywie, pazernie i dała się pochłonąć bez reszty temu zajęciu, a ja ramionami wzruszałem bo nie tego się po niej spodziewałem. Plunąłem – wiem dobrze, że nie było to ani ładne, ani mądre, jednak plunąłem na tę ścianę i sieć, a pośród kurzu kropla wilgoci obrastała w kolory, żeby roztrzaskać się na podłodze kleksem rdzawo-czerwonym. Zostawiłem sieć w jej daremnych wysiłkach i poszedłem rozwiesić kolejną, już nasiąkniętą wilgocią świata.

Sosna zdawała się czekać mojej wizyty, bo pomachała do mnie ramionami owłosionych gałęzi i skrzypnęła zachęcająco kłaniając się delikatnie. Na końcach igieł skrzyły się perły niezliczone, które ukradła deszczom porannym i teraz wystrojona, uśmiechała się słodko, lepko i żywicznie do tej nie-zimy padającej wciąż z nieba, jakby wiedziała, że tak jest najpiękniejszą na świecie. Wstydziłem się zaczepiać na niej pajęcze sznurki własnych wątpliwości, kiedy ona taka strojna i dostojna i życzliwa ponad ludzkie pojęcie, a przecież powiesiłem. Myśl pierwszą, za którą następne wysnuły się i kolejne wciąż niekończące się, niczym jelita z trzewi wydarte co końca mieć nie chcą całkiem. Te najbrzydsze starałem się zawieszać nisko, na suchych gałęziach, które może litościwie wiatr obedrze ze skóry i złoży ziemi na pożarcie, ale nie przytłoczy życia wybujałego w sosnowych stożkach wzrostu. Powiesiłem cały smutek i wszystkie niespełnienia, jakby to negatyw choinki był, gdzie zamiast nadziei i piękna powiesić można skargi i przekleństwa. Sosna milczała wytrwale i już nie wdzięczyła się, ale poprzez te gwiazdozbiory mrugające niebieską źrenicą kropel wiszących próbowała wydrzeć z mojej duszy odpowiedzi szuka na pytanie, dlaczego to robię i co chcę osiągnąć, kiedy stroję ją w moją melancholię. Ona… cóż… ona odda ją na zatracenie wiatrom, odda ziemi, żeby w niej zgniła karmiąc miniaturowe żywoty solą i cierpką goryczką – niech się stanie przyprawą obojętności nadając jej charakter.

I zupełnie nie rozumiała, dlaczego wczoraj mówiłem do niej „moja”, a dzisiaj już nie potrafię. Nie potrafię, bo gdzieś we mnie odezwał się robal szydzący z moich mniemań, urojeń i fantasmagorii – potrafię, bo mówić potrafię i każdą mrzonkę ubiorę w słowa, uzasadnię, otumanię wdziękiem obcych. Ale siebie? Siebie tumanić i zgubę niezrozumienia samemu sobie przynieść zarazą czarnej ospy? Powiedzieć, to mało, uwierzyć jeszcze gorzej, więc jak dorozumieć się z własnym przeświadczeniem, które haftuje we mnie dendryty ścieżek przyszłości, w której nie ma miejsca na „my”, ani na „moja”? Sosna pogodziła się dość filozoficznie kiwając dostojeństwem, a parę zaledwie łez, którymi mnie dotknęła nie zrekompensował żałości. Ona znów żyje w świecie własnych aspiracji, a mnie toleruje, dokładnie tak samo, jak motyla wiosną szukającego nektaru lub oddechu. Jak mrówki wspinające się, żeby z jej szczytu poznały bezkres świata, jeśli ich wzrok nie odbierze im rozumu. Miałem odejść zupełnie już, bo przecież nie wolno tak, żeby dorosły płakał, żeby lamenty podnosił pod nosy poszukujące innych idei i doznań, a sosna chwiała się niezdecydowanie, jak dziewczyna, którą chłopiec prosi o buziaka, a ona nie wie jak smakuje ciepło bliskości i czy służyć będzie jej urodzie, chociaż nieśmiało domyśla się, że jednak tak. Kiwała się ta sosna już nie moja przede mną żałosnym, bo melancholie snują się i kiwają i chociaż babim latem nie są, chociaż czepiają się każdej, najbardziej mizernej nadziei, to przecież w końcu pójdą precz łzami o barwie tak przeźroczystej, że zawstydzić potrafiłyby najszlachetniejszy brylant.

Patrzyłem, jak pęka jej skóra żywo - pomarańczowa, jak w łupieżu drobnych zmarszczek dzieje się chwila, a ja nie mogę nic – palcem powstrzymać czas, czy życie, dzianie się bądź nie… chciałem ją przytulić, okłamać nadzieją płonną, udawać z miną dziarską, że dobrze się stało i jest całkiem do rzeczy zdarzeń kolejność, ale przekonania jakoś unieść nie potrafiłem w oczach zeszklonych, bo to za trudne, żeby siebie samego wystawiać na wiarygodne kłamstwa. Nie były i chyba wiedziała lepiej ode mnie, że być nie mogą. Milczała, bo to rozsądne, kiedy słowa zawodzą. Milczała, bo życie popełnia się w milczeniu, a w słowach tylko płochość własną można objawić wszem. Miałem pójść i nic mądrzejszego wymyślić nie sposób, kiedy tak stałem wobec cekinów i wdzięcznej, głębokiej zieleni sukni do samej ziemi, skrywającej kręgosłup twardszy i bardziej odporny niż mógłbym samemu sobie życzyć. Jak się z drzewem pożegnać? Jak podeprzeć jego jutro, żeby było początkiem, a nie końcem istnienia? Czym skusić, żeby… Głupiec we mnie ciągle się łudzi, że znaczy i może wpłynąć na coś więcej niż – no właśnie! Niż co? Chyba nic jest wystarczająco duże?

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Wesołość.

Zapewne lepiej było w domu zostać, niż tułać się niespiesznie po wciąż tych samych ulicach, jednak nie utrzymałem nóg z dala od butów i wyszedłem. Na początku dziewuszka wyrośnięta wysoko, ale młodziutka bardzo, lizała loda z takim obrzydzeniem, jakby ktoś ją do tego zmuszał. Okrągła buzia wykrzywiona była niemiłosiernie, a ja nie chciałem się narzucać z dobrymi radami, żeby nie dać się pogrążyć w soczystej wiązance. Chwilę później przechodziłem obok paśnika, jak nazywam fragment galerii handlowej dedykowany wygłodzonej części ludzkości. Przeszedłem pomimo, ale zdążyłem zanotować w pamięci, że przed Mc Donaldem młodzież studiowała menu, jakby się dramatycznie zmieniło. A wychodzący młody facet wachlował dłonią własne usta, gdy wygłaszał komunikat donikąd: 
- uuuuch… ale mi się odbiło ku… - zobaczył mnie, wzruszył ramionami i poszedł, a ja już nie znalazłem w sobie siły do zachowania spokoju i rżałem własną radość na wiwat, w plenery. W ciągu zjawisk pojawiła się pani, która miała twarz jakoś tak naciągniętą dziwacznie, jakby ktoś ją za uszy do tyłu naciągał. Wargi przy tym karykaturalnie wydęte i pomalowane, makijaż raczej wulgarnie intensywny, niż podkreślający urodę – szczerze mówiąc nie bardzo miał co podkreślać, chyba, że głupotę, ale to nie mój problem. Zachwycony po cielęce oczy towarzyszący jej młodzieniec odnajdował jednak w bliskości jakąś wartość, więc może to ja nie potrafiłem rozpoznać piękna, o które nieomal się zabiłem. Tajemniczy zawodowiec o krótkim stażu zapraszał do świeżo otwartej restauracji w bocznej uliczce, ale przypomniałem mu, że już w piątek mnie tam zapraszał. Namolny był i dociekliwy – chciał wiedzieć, czy smakowało, więc odparłem, że nie, bo nie byłem. Spokój odzyskałem dwie przecznice dalej, ale nie na długo. Młode mamy w za dużych okularach i z narybkiem szczebioczącym wzdłuż trotuarów wyzwoliły mój uśmiech już z gatunku tych mniej złośliwych i pozwoliły wytrwać w dobrym humorze, pomimo dwóch jednostek straży pożarnej, które za cel obrały sobie moje błony bębenkowe i atakowały zaciekle. Pies obszczekiwał konia, ale ten, przykryty derką w geometryczne wzorki nawet chrapami nie drgnął wobec psiego gadulstwa, ratuszowe kuranty rżnęły jakąś połowę godziny, Miasto stygło, a dzień chował się po zakamarkach i markotniał. Ale wart był tego, żeby go odwiedzić (pod mostkiem śmiech wciąż we mnie mieszka i objawia się nadwyrężeniem mięśniowym).

Czekając na pieśń.

Czoło o szybę opieram – zimna, niesie przesłanie z zewnątrz, że dzień nie zacznie się sierpniowo, lecz bliżej mu do stycznia. Ponoć, jakoś to kolaboruje z kalendarzem, który machinalnie obrywam w kuchni o poranku, odcinając kupony niewiele wnoszących dni, więc czasem niecierpliwie zrywam przeszłość, która jeszcze przede mną, ale gdy tylko słońce oczy zamknie już zamiast być nadzieją stanie się rozczarowaniem i… ech! Nie ma co narzekać, oddechem zamgliłem szybę w owalu, który podpiera mi teraz czoło, a spod nosa kolejne strużki ciepłego, wilgotnego powietrza wycinają w tej mgle kształt litery. Odwróconej litery V. Jakby to miał być symbol porażki, niekonsumowalnego sukcesu, szyderstwa losu wobec tej mojej bezradności przytulonej do szyby za którą odbywa się życie.

Pod kapturem niesione blond-zmartwienia mijają się z wulgarnymi treściami serwowanymi w szybkich, agresywnych paczkach przeciw komuś, kogo nie ma i nie może usłyszeć z jak wielką nienawiścią przyszłoby mu się zmierzyć, gdyby jednak się odnalazł. Dwie kałuże, okrągłe zupełnie tak samo jak zdziwione oczy potrafią się zaokrąglić i tak samo bezdenne, gapią się na mnie bezceremonialnie i uczuć w ich wzroku żadnych nie widać, poza mroczną głębią. Jakiś pies zadziera nogę tak wysoko, jakby to nie drzewo chciał obsikać tylko mnie stojącego w oknie, chociaż udaje, że mnie nie widzi. Jakieś dziecko kopie plastikową butelkę, a ta hurgocze po resztkach kocich łbów, aż wreszcie łapie się kurczowo połamanych drzwi garażowych i popełnia samobójstwo nadziewając się na drzazgę, która nie zdążyła jeszcze spróchnieć. A może to mróz ją usztywnił i nie pozwolił jej się rozpaść na fragmenty? Paskudny koniec, nawet dla butelki – tak sobie pomyślałem, lecz co ja mogę wiedzieć o domniemanych uczuciach pustej, plastikowej butelki po napoju od którego wypicia zęby wypadają zanim próchnica zdąży się im przyjrzeć?

Ech! Zły dzień. Bardzo zły. Może lepiej zostać przy tej szybie i pozwolić mu przesmyknąć się po krawędziach świadomości i zakwitnąć kwiatem północy gęstym od czerni i niewidzialności? Przytrzymać się tej szyby i zaparować oddechem dzień i nie pozwolić mu wdzięczyć się płochą nadzieją, jakimś bełkotliwym widzeniem, pakowaniem drabin, wyrzucaniem śmieci, pobieraniem dzieci ze szkół i przedszkoli, czy beztroską konsumpcją podłych alkoholi w otoczeniu podłych ścian, które nie śmierdzą tylko dlatego, że zamarzły. Stoję w oknie i produkuję żylaki. Stoję i dyszę własną niemoc, ale nie mam wystarczająco dużo samozaparcia, żeby całą szybę zaparować i odciąć się nieprzejrzystą markizą wilgoci od tego dnia. Niczego nie mam wystarczająco dużo chyba. Nawet o chceniu mogę myśleć wyłącznie w kategorii zaprzeczeń i dopełnień. Nie chce mi się okropnie. Nie wiem i nie domyślam się, czego mi się nie chce, bo to wymagałoby jakiegoś umysłowego wysiłku, a ja niemalże jak martwa trzcina kołyszę się w bezwietrzu – to choroba sieroca mną tak kolebie chyba. Świat zostawił mnie na zatracenie i w zapomnieniu, samotnie kołyszę się i produkuję żylaki tkwiąc beznadziejnie w oknie i nawet wiatru nie czuję, który pozwala drzewom rozmawiać i plotki z wielkiego świata im niesie i pocieszy, kiedy pies… no właśnie – mnie nie sięgnął, ale tej wierzby posadzonej, aby zasłoniła śmietniki, to już owszem tak. Chyba marznie teraz, bo chwilowe ciepło styczeń zamieni na kościany sztylet, którym pokroi skórę wierzbie, aż ta trzaśnie i wiosną będzie musiała leczyć rany i grubą blizną szpetnie straszyć będzie dzieciaczki i udawać dziada – tego, który zapomniał o higienie, o zmianie odzieży, o własnym zdrowiu i wyższych ideach, bo żyje światem tymczasowym, gdzie podtrzymanie procesów życiowych jest AŻ jedynym problemem.

Próbowałem zakląć, podobnie jak ten pasjonat nienawiści, jednak brak ognia we mnie sprawił, że zabrzmiało to żałośnie, jak beczenie młodej kozy, która zgubiła drogę powrotną do matczynego wymienia. Tak się nie klnie, bo to bez sensu. Przestałem. Próbowałem ponieść więc pod moją grzywką, która wcale blond być nie zamierzała, własne zmartwienia, ale ich nie znalazłem, a o wielkim szukaniu to przecież mowy nie było, bo jeszcze spociłbym się i dyszał głośno charcząc – dlatego poszukałem tak leniwie, jakbym dużym paluchem w piasku szukał ziarenka nieco większego od innych, żeby się podrapać gdzieś w czubek zrogowaciałej skóry. Czyli i zmartwić się nie umiałem i powodu nie znalazłem i może byłby to przyczynek wystarczający, jednak martwienie się (jak uznałem) wymaga jakiejś konsekwencji, a tej sobie odmówiłem. Wolałem tkwić beznadziejnie i martwo. I te żylaki niech już sobie będą, bo nie poradzę, a fotela taszczyć do okna, to już mi się najszczerzej na świecie nie chce.

Sprzątaczka kończy zamiatać minioną jesień. Grabi te liście od końca sierpnia, a one, jako ten feniks z kurzu podwórza podnoszą się z niebytu, powstają wagonami całymi i choćby nie-wiem-co, to jutro znowu tu będą… No, chyba, że jutra nie będzie. Sprzątaczka – taka jak każda sprzątaczka na świecie, miła, bo z każdym chętnie pogada, żeby na chwilę zapomnieć o ciężarze i kilometrach chodników pełnych niespodzianek jeszcze ciepłych i śmierdzących sobie beztrosko. Jakiś emeryt ukrywa się za skrzydłem wrót garażowych, gdzie jedną ręką karmi kaszą gołębie, a w drugiej piwo przemycone trzyma, żeby go małżonka-emerytka nie przechrzciła za piwko przed obiadem wypite. Sąsiadka martwi się barytonem o zdrowie sąsiada, który z rowerowej wycieczki wrócił siedemdziesięciolatkiem, a za chwilę zamieni się w wesołego wieloryba, albo karpia, który przeżył wigilijne uniesienia pomimo religii i będzie pluskał w wannie, a potem… nie – nie powiem, co potem, bo znam, bo ściany zbyt kruchutkie dla żywotności sąsiadów.

Produkuję elipsę mgły i podtrzymuję jej życie, jakby OIOM-em jej był, a ona płakać już zaczęła i rzeźbić w szybie ruczaje, którymi spływa sobie beztrosko na parapetu przestrzeń nieskończoną. Znaczy – płacze, ale nie interesują mnie powody owego płaczu, a fizyką cieczy i ciał stałych bawić się nie zamierzam. Stoję w poczuciu misji i niechcenia. Bo chcieć mi się absolutnie nie chce, a misję mam – te żylaki. To ciężka praca jest – i nie przypominam sobie, żeby ktoś reklamował działalność w takim zakresie – ale poczekam, bo listonosz płci delikatniejszej właśnie dzwoni (znowu do mnie, chociaż dobrze wie, że mnie nie ma) – może w-ten-właśnie-czas reklamę roznosi, że w jakim dyskoncie już polecają usługi związane z produkcją żylaków – był taki czas w historii, że sprzedawane były razem z chlebem, mięsem, czy innymi dobrami niezbędnymi do życia, ale tamte definicje zużyły się i ludzie chcieli skosztować innych, co skwapliwie czynią do dzisiaj, chociaż niektórzy pamiętają jeszcze ugłaskane czasem historie i wzdychają głupio do starych, ponoć dobrych czasów. Ja wzdycham do szyby i nawet to zajęcie wydaje się zbyt trudnym, kiedy widzę sąsiadkę, co samotnie wychodzi w noc, a teraz wraca równie samotna o poranku i potrafi się do mnie uśmiechnąć zadając nieodmiennie to samo pytanie: „zgadniesz, gdzie jeszcze mam tatuaż?” 

Na nodze zaczyna mi pulsować zalążek żylaka, ten pierwszy, o który najtrudniej, potem ponoć jakoś to leci, zupełnie podobnie do telewizyjnych seriali. I teraz, to już zupełnie nie wiem, czy trwać w tym oknie podglądając i konsumując cudze życie na chwałę żylaka, czy może jakoś inaczej zagospodarować (znowu praca…)… Więc może... Postoję jeszcze w tym oknie, jakbym był martwą muchą powieszoną na pajęczej nici i przyklejoną do tego obrazu spoza szyby, który obrasta w banalne zdarzenia, w detale nieistotne i starzeje się w takt zegarów i kościelnych dzwonów skrupulatnie tłukących własne memento mori, aby rzucić na kolana ludzi i czołobitnym hołdom poddać, dopóki życie trwa. Stoję i czołem zmuszam do wysiłku plamę mlecznej wilgoci pod nim przyklejoną i patrzę na zwieńczenie odwróconej litery V, dającej początek dwóm łzom w drżące ruczaje płynące aż w pustynię parapetu i obrazek ten przypominać zaczyna minaret i tylko czekać na muezina wzywającego na modły… Zaczekać na niego? Tu w oknie?

sobota, 6 stycznia 2018

Zew słowa cz.2

Usiadłem. Z braku innych pomysłów, z tego rozciągnięcia w czasie każdej sekundy tak bardzo, że pomiędzy nimi trawy nadążały przekwitać i wobec bezczelnego nakazu ze strony ogrodowego mebla. Może to zdziwienie wynikające z zaproszenia, bo przecież nie co dzień mebel w gościnę zaprasza. Usiadłem i zanim zdążyłem łokcie na oparciu powiesić niczym nietoperz prezentujący z dumą własne, błoniaste skrzydła, mebel obszukał mnie nietaktownie. Trudno od mebla oczekiwać dobrego wychowania, choć w szlacheckim ogródku trwa od niepamiętnych czasów i mógłby odrobinę zarazić się taktem. Tymczasem jednak czułem, jak przebiegają po mnie niewidzialne ramiona przeźroczystej ośmiornicy wślizgując się w każden wstyd i intymność, wpływając pod sekretne myśli schowane głębiej niż świadomość sięga i dotykając bezbronnego jądra, w którym idea mnie została życiem zaimplementowana, wzięła mnie w posiadanie, jak kompleks maszyn podtrzymujących funkcje życiowe, mimo tego, że same życia dać nie potrafią.

Świat usłużnie omijał mnie łukiem, nie plując nawet pod nogi i zdawał się mnie ignorować. Może faktycznie zapomniał o mnie na tę chwilę rozciągniętą do granic? Pewnie miał ważniejsze sprawy na głowie, niż ja, na ławce siedzący beztrosko, w zdumieniu, które gwarantowało, że szybko nie wstanę. Uśmiech rozciągnięty w czasie zapewne przypominał grymas, bo uśmiech podzielony na kadry prędzej kojarzy się z pasją i głodem niż z błogostanem, a przecież nie umiałem się powstrzymać od próby rozciągnięcia ust. Do samego siebie się uśmiechałem i własnej myśli, że na takiej ławce pomyślenie CAŁEGO ZDANIA, to już wyczyn, bo w trakcie myślenia początek lub koniec giną w niebycie. W przeciągu prozaicznej na zewnątrz sekundy, tu mogłem stać się własnym przodkiem, albo prawnukiem. Mogłem przepisać encyklopedię w piętnastu egzemplarzach, albo przeczytać życiorysy wszystkich malarzy posiadających choćby bardzo ubogi życiorys.

Wróbel zerkał na mnie z alejki przekrzywiając ciekawie głowę i zapewne chciał o coś poprosić, zanim jednak wysłowił się, to już zapomniał, albo zrezygnował i pofrunął szukać tego, czego zgubić nie zdołał. Jakaś pani, pomiędzy ławką, a fosą, drobnym kroczkiem szła niespiesznie i zanim mnie minęła już laseczką stukała w asfaltową wstążkę alejki. A przecież taką piękną dziewczynką nadeszła, warkoczykami, które próbowały miękkimi końcami pędzelków domalować kolejne piegi na uśmiechniętej buzi. Minęła mnie, z głową pełną dobrych wspomnień, chociaż siedem drobnych kroczków zaledwie zajęło jej życie, a w moich oczach mniej nawet niż jedno mrugnięcie powiekami. Pulchniutki bobasek zbliżał się już do ławki trzymając w obu wyciągniętych dłoniach gumową piłkę i chyba chciał ze mną zagrać, lecz zanim doszedł – wydoroślał, na zegarek rzucił okiem i usta otworzył, a kiedy krok kolejny wykonał, to tylko skarga na kręgosłup bolący z niego spłynęła.

Siedziałem niczym w kokonie z którego czas został wyssany lecz poza kloszem ów czas odbierał sobie wszystko, czego wewnątrz klosza dosięgnąć nie mógł. Trudno o większe zgliszcza, o zniszczenie postępujące i wandalizm tak wszechstronny. Na moich oczach starzały się lipy i przewracały w wodę spróchniałe, dzieląc ją na baseny, w których puchło życie wodnego zwierzyńca i w tym niespiesznym tańcu łańcucha pokarmowego niczym w paciorkach różańca powtarzało się nieskończonym cyklem. A kiedy asfalt zakwitł kobiercem wielobarwnym i próbował dosięgnąć moich stóp miękką czupryną zupełnie nieznanych mi traw, pośród których przemykał drobiazg owadziego mikrokosmosu wyciągałem ręce, i nogi, i myśli, i chciałem podążyć za widzeniem, żeby w tej trawie zachłysnąć się jej aromatem, oczy zamknąć i pozwolić źdźbłom na pieszczotę delikatną. Murszały mury i to one pierwsze położyły się pośród traw rozsypując się w znikających płaszczyznach, na których jaszczurki robiły to, co zawsze robią jaszczurki gdy odrobina słońca zalśni na płaszczyźnie, a drapieżnik poluje w innych stronach.

Próbowałem mrugnąć powiekami, chociaż raz, jednak zajęcie to przychodziło mi z tak wielkim trudem, że miałem już zrezygnować. Wtedy zupełnie znienacka udało się i to nie raz, a wielokrotnie. Asfaltowa ścieżka wróciła na miejsce, chłopczyk podawał mi piłkę nieśmiało, a dziewczynka z lizakiem w buzi śmiała się oczami większymi od oceanów. Wiatr pogłaskał lipom głowy, a te natychmiast obdarowały mnie zamszowymi kulkami nasion, zupełnie, jakby prosiły abym je posiał. Jedna schowała się w kieszeń, druga przepadła we włosach i tę podejrzewałem nawet, że nie pytając mnie o nic mości już sobie legowisko, aby zakwitnąć dojrzałym drzewem. Wróbel, teraz na oparciu ławki balansując dokończył nieskończoną wcześniej myśl i wciąż przechylając łepek pytał o jakieś okruszki, albo nawet pół chleba, bo ma dużą rodzinę. Nie miałem, bo żeby mieć pół chleba, żeby tak siedzieć na parkowej ławce i mieć pół chleba, i uśmiech dla dzieci, i łagodność w spojrzeniu… trzeba mieć lat więcej i sił mniej. Trzeba mieć cierpliwość i świadomość, której nie da się kupić nijak. Trzeba dojrzeć. Nie miałem chleba dla wróbli, jednak uśmiech dziewczynce zwróciłem, a chłopcu piłkę podrzuciłem, więc pobiegł, po trzech zaledwie krokach o mnie zapominając.

Wstałem i jak po głębokim śnie otrząsnąłem ramiona, wzrok wyostrzyłem na krawędziach ogrodzenia, a dźwięki poskładałem w paczki zrozumiałe dla wspomnień. Wstałem, a ławka szepnęła do mnie cicho, żeby nikt więcej nas nie usłyszał:


- Wrócisz. Wiem, że wrócisz, bo przecież jeszcze nie zaczęliśmy rozmawiać, jeszcze nie poznaliśmy się i nie czas na rozstania. Idź teraz, ale wracaj za każdym razem, kiedy czas zbyt mocno popchnie cię w plecy.

piątek, 5 stycznia 2018

Powrót do natury.

Najpierw pani w wyblakłych, dżinsowych ogrodniczkach, ze wzrokiem o porównywalnej intensywności przepatrywała czeluści mijanych sklepów – księgarnia, buty, bielizna… nie szkodzi. Niech czekają na lepsze czasy. Potem panowie, którzy niedobory fryzur uzupełniali pokaźnymi wąsami, lub bródkami odzwierciedlającymi deficyty na półkuli północnej. Ktoś wrzucał żarliwe, pełne emocji słowa do telefonu, ktoś eksploatował harmonijkę ustną dla krótkotrwałej poprawy ekonomii, skrzętnie skrywającej się na dnie kartonu po butach chyba, inny żonglował piłką do wtóru muzyki. Dzień próbował udawać wiosenny i gdyby nie kalendarz może nawet dałbym się oszukać, chociaż nosem poszukiwałem wiosennej wilgoci bezskutecznie – ona pachnie jakoś inaczej, chociaż trudno mi wypunktować słowami różnice. Jakiś mutant rozrośnięty tak bardzo, że nie dał rady zapiąć dżinsowej kurtki (a może tylko udawał, kupując zbyt kusą), olśniewał czarnowłose i czarno odziane niewiasty tworząc przeciąg w czeluściach podziemnego przejścia. Niewidoma pani w dużych, okrągłych i całkowicie nieprzejrzystych okularach zwiedzała malutką knajpkę, jakby chciała się jej przyjrzeć, dopóki pusta i niezatłoczona, a towarzyszący jej mężczyzna dyskretnie naprowadzał chciwe obrazów dłonie na przeszkody w postaci baru, czy stolików. Czerwonowłosa kobieta tak bardzo wyróżniała się w zimowym, monochromatycznym świecie, że jej pośpiech wydawał się jeszcze większy, a rozwiewane wiatrem włosy niczym koguty karetki zapewniały jej pierwszeństwo. Obrazki z chodników przesuwają się przed oczami, tłoczą się lub mamroczą, ale są. Znowu życie zagościło w Mieście, co z niemałą satysfakcją i uśmiechem nienagannym zauważyłem, zanim wieczór przykrył detale.

Zew słowa cz.1

Park. Taki najprostszy, miejski, z deptakiem, placem zabaw dla najmłodszych, jakimś renesansowym pałacem, który podwaliną obecnego parku się stał, będąc wcześniej przydomowym ogródkiem dla lokalnej szlachty. Miejsce, gdzie czas nawlekany jest na druty emerytek produkujących w słońcu kolejną, milionową już parę skarpet, czy czapek, gdzie drobinki czasu tkwią ziarnkiem piasku, skrzypiąc w piastach wózków pełnych śpiącego drobiazgu, lub wrzeszczących swoje niemowlęce dramaty. Miejska fosa dopełnia obraz dając przyczynek determinujący kierunki spacerów, tych schowanych w dłoniach zakochanych w sobie po kres zmysłów, tych pomarszczonych półwieczem wspólnej drogi, i tych, zziębniętych samotnością, szukających cudu wzajemności.

Pośród obecnej tutaj, rozproszonej po alejkach rozpusty, traktującej czas z lekceważeniem tak wielkim, że ów aż piszczał z wściekłości – ja. Niechcący zupełnie, bo nieświadomie wkręciłem się w tryby spowolnionego czasu, bo znowu WYDAWAŁO MI SIĘ. Wydawało mi się, że przez ów park, na skróty, dojdę szybciej, niż czymkolwiek poza rowerem i wrotkami można dojechać, ale ja wrotek zakładać nie chciałem i dyszeć po dotarciu również, więc poszedłem pod baldachimem jaworów nieśmiało zrzucających „noski” nasienne wirujące niby bezdźwięczny wirnik helikoptera, pośród robinii wzdychających za wiosennym czepcem z białego kwiecia pachnącego bardziej słodko, niż miód w raju kiedykolwiek pachnąć zdołał, obok dębów zbyt dumnych, żeby się przyznać do próchniejących ramion i żalu za żołędziami, które daremnie opadną w wielkiej ilości na żwirowe, czy asfaltowe alejki, bez nadziei na rozkwit, a jedyną nagrodą mogą stać się drobniutkie, niewprawne rączki, które pogłaszczą, nim w kieszeń wetkną, albo wronie dzioby unoszące gdzieś poza ludzką jurysdykcję. Mijałem przyczajone na klombach azalie, posadzone chyba tylko dla tych pojedynczych tygodni roku, w które oszołomią owady i ludzi kiściami pełnych barw kwiatów, wyczesane żywopłoty przystrzyżone w geometryczny porządek uwieczniany konsekwentnie, ilekroć siła natury zaprotestuje.

Wszedłem w ów park i nie poznałem, nie zorientowałem się wcale, że czas zmienił układ współrzędnych i objął mnie kuratelą, przeniósł w świat, którego Euklides znać nie mógł, chociaż w nocnych koszmarach zapewne krwistym potem osiadał mu na lędźwiach, zanim ociosane, czterowymiarowe definicje postanowiły skwantyfikować świat i osadzić go w nieskończonej ignorancji objętościowo-czasowej tak płaskiej, że każdy czyn stawał się uproszczeniem, banałem, kpiną nawet. Świat czekał na Einsteina, na Heisenberga, na wielu, którzy jeszcze się nie urodzili, a dopiero powiedzą światu - NIE – nie cztery wymiary, a siedem, jedenaście, sto pięćdziesiąt trzy dopiero potrafią rozumienie świata przybliżyć, znaleźć odpowiedzi, zadać kolejne, zbyt odważne dziś pytania i szukać wymiarów, w których spełniają się one. A ja – kompletny ignorant – wszedłem w świat jeszcze nienarodzony i pośród drobiazgu szczebioczącego, pośród lip układających pod nosem szarady z kropli nasion, pod platanami łuszczącymi się niby rosnące węże, śnieguliczki kłębiące się w jednostajnym memento, że zima w końcu nadejść musi, więc już dziś czas się do niej przygotować i dlatego owoc na przednówek ptaszynom uwić trzeba, żeby dotrwały traw, choćby kurz jeść miały ostatnie tygodnie, zanim trawy powiją ziarno.

Wszedłem w park i nieświadomością swoją wybijałem rytm obcasami, a głowę schowaną miałem wciąż w świecie, z którego dopiero wyszedłem, granicy nie zauważając. Słońce promieniami swoimi próbowało powstrzymać mnie i odpychało mnie, pluło mi w oczy, dotykało torsu z wyraźną chyba sugestią, że obrałem niewłaściwy kurs, jednak ja… nie zauważyłem nawet, pchany głową pogrążoną w czterowymiarowości, że już jestem gościem innego świata. Aż dziw, że się nie potknąłem stawiając pierwszy krok w nieznanej mi geometrii, w świecie o głębi większej, niż pijana fanaberia pozwolić może. Ale wszedłem i stukałem swoją płaską, czterowymiarową obecność w świecie zdziwionym, jak ktoś taki jak ja może trwać. Może miałem wymiar dziewiętnasty i nie wiem tego do dzisiaj, bo umysł zbyt krótki, zbyt pochopny i tchórzostwem przeszyty na wskroś nie pozwala na dumę i objęcie zmysłem posiadacza tak wielkiej rozmaitości. Wszedłem w park i z każdym krokiem oddalałem się od bezpiecznego, skromnego świata, który namaścił mnie pierwszym siwym włosem sugerując, że może czas zwolnić miejsce następnym, nakarmić czekających swojej chwili na osi fizycznego bytu.

Mijałem gry słońca z liśćmi, w plamach jasno-ciemnych, drżących, szybkozmiennych, mijałem spokój żółwi płynących ku plamom cieplejszej wody, mijałem ludzi, których świadomość nie pozwalała im dojrzeć mnie, bo zbyt mizernym byłem, by jedno zauważenie poświęcić takiemu domniemaniu. Byłem nie-istotą, niebytem, kimś, komu jedynie WYDAJE SIĘ, że jest i znaczeniem dysponuje, bo portfel pełen kart kredytowych, wizytówek pysznych i egocentrycznych tak, że trzeba je było gasić, nim się w ten portfel wepchnęło. Szedłem, niosąc własną ignorancję na nieświadomych nogach, obok pomnika zrodzonego mitologią, obok taniego wina, bulgocącego już w trzewiach niewybrednych. Na moment zaledwie zabrałem gabarytem słońce bawiącej się dzieciarni, jednak ta spojrzała na mnie bezkompromisowo i niechętnie tak, że kroku przyspieszyłem, Poszedłem dalej, tam, gdzie niczym i nikomu już zawadzać nie mogłem, choć nie jest to łatwe zajęcie, kiedy atmosfera mruczy mantry i kusi miękkością nawet zatwardziałe i cyniczne umysły.

Gdyby czas miał znaczenie, powiedziałbym, że to chwila była, gdyby pora roku… ech!. Słońce potrafi dotknąć do żywego nie bacząc na kalendarz… Wniknąłem w park, który inną epoką do życia został powołany i w innym zatknięty był wymiarze, a topografia miasta miała się nijak do drogi, którą przebywałem. Nie flirtowałem z zegarkiem, bo wydawało mi się, że chwilą zaledwie naznaczyłem ów park i moja nieistotność przemykała pośród innych nieistotności niczym cień kołysanej wiatrem trawy wyrosłej źdźbłem pomiędzy granitowymi kostkami, żeby ludzki wysiłek obrócić w niwecz bezterminowo. Bo czas dla przyrody istnieć nie ma śmiałości, on najwyżej taktuje, towarzyszy, przymila się, jednak wobec kłów, korzeni i pazurów okazuje się tchórzem, wobec woli życia jest sługą pokornym i papucie przyniesie, herbaty łyk, czy co kto woli, żeby nie pokalać, nie zakłócić idei życia. Dowolnego, które odrzuci aksjomaty czterowymiarowe stawiające na piedestale czas, jako boga mściwego, okrutnego i bezwzględnego – a to przecież pies bezdomny, to sierota głodna strawy i uczuć. To jedno z bardziej hałaśliwych bóstw, pośród tych wielkich, których stać na milczenie.

Patrzę teraz na twoją pochopność i gorączkowość. Patrzę i słyszę wręcz, jak klniesz mnie mówiąc, że zużywam twój czas, że w miliardzie słów jedno niedokończone zdanie napisałem – wszedłem do parku… masz rację – w twoim czterowymiarowym świecie nic więcej - WSZEDŁEM DO PARKU. Sam. Nie z tobą. Tobie mogę - jeśli tylko chcesz - opowiedzieć to co się stało… Widzę, jak oddychasz z ulgą, bo opowiedzieć, oznacza, że wróciłem, że nie była to droga w jedną stronę, więc historia nie będzie tragedią. Masz rację – wróciłem lecz dzisiaj pewien nie jestem nawet, czy gdziekolwiek byłem. Może organizm zmęczony zwisł na oparciu ławki, jak kurtka w ciepły dzień przewieszona, może pogrążyłem się w fantasmagoriach nierzeczywistych, jednak próbuję opowiedzieć. Nie dla chwały i medali – tobie, żeby można było zrozumieć demony pośród których krąży moja głowa, kiedy pozwolić jej na beztroskę.

Wszedłem w park, ciepły słońcem i śmiechem bliźnich, nieletnich tak, że nawet myśli potrafią wyrażać wyłącznie całym gabarytem, śmiechem po kres ostatniego włosa i rozpaczą bezdenną, głębszą nawet, niż podejrzewa się u czarnych, kosmicznych dziur. Szedłem w słonecznych promieniach, nie jak w melodramacie, nie jak w tragedii – szedłem otoczony miłością świata, lecz ta miłość nie do mnie kierowana, a jednak pozwalała mi grzać się w jej blasku. Czułem się absurdalnie, jak nieistniejący kochanek, a przecież czułem własne ciało i emocje również. Widziałem cud poczęcia skupiający się w zbiorze komplementarnym – matka i niepoczęcie już pragnące wzajemności, chociaż wie, że dostanie ją na wieczność trwającą całe życie.

Długo mógłbym opowiadać, chociaż wszystko, co zdążyłem napisać zawiera się w policzalnych krokach, w spełnionych sekundach, w drgnięciach zmysłów zauważalnych, definiowalnych i prostych. Chyba kochałem ten dzień bezzasadnie całkiem, jednak szczerze i do ekstazy. Pojedynczy krok stawał się życiem, a aleja drzewem rodowym sięgającym od Ewy, aż po sąd ostateczny. Długa droga, ale tak sympatycznie ścieląca się pod nogi że nie zauważyłem, jak mijają wymiary rzeczywistości. Wiesz? Na mapie ponoć mierzy się tę odległość w metrach, bo jest to miara adekwatna geograficznie do wyczynu czterowymiarowej rzeczywistości – ja wtedy mierzyłem ją w istnieniach. Własnych. Bo doszedłem do ławki, zwyczajnego, parkowego mebla, na którym wiatr, i atmosfera grawerowały wzajemne życzenia w liszajach farby, w nieostrożnych ekstazy spękaniach własną zaborczość ryły dłutem, aby w czasie zaistniała deklaracja sumy zdarzeń – ty plus ja, to razem my, niezatapialny, prozaiczny i pożądany układ, w którym świat staje się zbiorem dwuelementowym, a cała reszta stanowi zaledwie dopełnienie, które wymaga uwagi, żeby je dostrzec.

Znowu pogrążam się w dywagacjach, jednak świat w słowach opisać, to zbyt wiele, a we mnie niepokój wciąż i nadzieje uzasadnione słabo, albo wcale. Doszedłem do ławki, jakich w parku spodziewać się należy. Jedynym wyróżnikiem tej właśnie ławki był fakt, że pomimo słońca szepczącego nadzieję wprost do serca – była pusta. Szedłem w stronę ławki opuszczonej, jak się okazało niechętnej gościom tak, że omijały ją starsze panie i panowie z siateczkami grzechoczącymi etanolem w stężeniu równie błahym, jak niosące je istoty. Szedłem i rosła przede mną ławka, na której usiąść miałem zamiar dojrzewający we mnie, chociaż czterowymiarowy świat grzmiał i usiłował…

Zbliżałem się we wszystkich znanych i nieznanych mi wymiarach do tej ławeczki parkowej, a na jej oparciu słońce, lub coś bliżej mi nieznanego wypaliło w zielonej olejnicy brutalny przekaz:

- Usiądź i zostań tu! Niedługo, w twoim rozumieniu, na chwilę zaledwie. Usiądź i rozmawiaj. Bądź. Stań się wreszcie istotnością i zapomnij o negacjach. Poświęć chwilę na życie, a nie na dążenie do niego. Czekam na ciebie właśnie.


Usiadłem…

czwartek, 4 stycznia 2018

Wieczny strój.

W wiklinowym fotelu na biegunach kolebię własne ciało, a mgła wspomnień przepływa pomiędzy uszami watą miękką i ciepłą, taką, która rozleniwia i wszelki pośpiech skazuje na potępienie. Świat płynie wokół mnie równie niespiesznie i uczciwie wypełniają się minuty, czy godziny, aby dzień mógł uzasadnić swoją obecność w kalendarzu tego roku. Siedzę i kolebiąc się patrzę, jak chodnikiem spacerują ludzie, wymieniając słowa życzliwe, bądź gniewne, dotykając się wzrokiem i słuchem, a czasem nawet węchem, jeżeli idący posiada na wyposażeniu zmysł powonienia wystarczający do dyskusji.

Szukałem w głowie początku tej całej historii, która dzisiaj stała się normą i codziennością, chociaż wydawało się, że niemożliwą do osiągnięcia, bo tabu i cywilizacyjne normy niczym gorset, skrupulatnie i bardzo dokładnie zasznurowany, opinał nawet myśl, że cokolwiek można byłoby zmienić. Przecież żyłem w świecie, w którym odsłonięta pierś na ekranie telewizora dozwolona była wyłącznie dla osób pełnoletnich, lub takich, których żywot mierzony był co najwyżej w miesiącach.

Zaczęło się jak zwykle – od plotek i domniemywań, jakichś nadinterpretacji i frywolnych żarcików, bo śmiać się cudzym kosztem jest tak łatwo. Gdyby nie Internet, zapewne świat zostałby zaskoczony o wiele później, przez co jeszcze dotkliwiej, jeśli można bieżącą sytuację objąć gradacją zdumienia. Dopóki wypadki przytrafiały się (tak to umownie nazwijmy) osobom żyjącym z popularności w wirtualnym świecie, cała sprawa traktowana była powierzchownie i z domyślnym uśmieszkiem, że kolejny „zapominalski” pozwolił się sfotografować przez paparazzi mniej lub bardziej udanie okazując zdumienie. Ploteczki okrążały ziemię wzbogacając się w komentarze coraz bardziej ironiczne, wulgarne i zapewne świat przeszedłby nad całą historią jakoś pobłażliwie, albo wręcz przeciwnie – zamykając dla przykładu w zakładach psychiatrycznych co bardziej ekscentrycznych „zapominalskich”.

Kiedy jednak okazało się, że podobne przypadki dotykają również zupełnie anonimowe osoby spoza targowiska próżności, a także osoby pozostające poza podejrzeniami o jednodniowe fascynacje, które miały oszołomić ekstrawagancją nieświadomych i żądnych sensacji zjadaczy chleba sprawą zajęła się nauka. Na szczęście nauka, a nie polityka, bo ta wyalienowana od społeczeństwa tak bardzo, że dopóki sama nie została dotknięta owym pandemonium nie uwierzyłaby nikomu, bez względu na polityczne wiatry i przekonania. Ba! Nawet została dotknięta, lecz bezwładność koalicjantów wobec zjednoczonej opozycji paraliżowała działania, które mogłyby przynieść coś więcej, niż parlamentarną burdę. Co robić, kiedy przychodzi żyć pośród ludzi, dla których słowo jest wyłącznie orężem, a jeńców nikt brać nie zamierza, ewentualnie dezerterów w celach marketingowych.

Z nauką problem jest wręcz przeciwny, niż z polityką – zamiast deklaracji, słów napuszonych i wielkich, pełnych wartości brzegowych i zapewnień, że zawsze, że nigdy, nauka stąpa po kruchuteńkim lodzie zapewniając nieodmiennie, że przyjdzie czas, kiedy rozwiązanie zaszczyci świat własną obecnością i może nawet dygnie zalotnie w kierunku spragnionej widowni. Zbieranie dowodów, odsiewanie faktów od mitów, analiza, tabelaryzacja, te wszystkie procesy i procedury rozpoznawcze… I to czekanie na wyciągnięty palec Szwedzkiej Akademii słusznie unieśmiertelniającej na bieżąco, czyli za późno, bogato potwierdzone odkrywcze teorie…

Trwało. A w tym czasie masa dowodowa rosła i przypadki z unikalnych zaczęły być przewidywalnie powtarzalne. Znikała odzież ze świata i to nie ta schowana w fabrykach, czy szufladach domowych, lecz ta, którą ludzie zdążyli założyć na siebie jakby ogrzana ludzkim ciałem stanowiła nieodpartą pokusę dla nieznanego sprawcy. Epidemia wręcz jakaś, na globalną skalę i to nie w odległej Afryce, czy Australii, gdzie kryteria odzieżowe można traktować po macoszemu z powodów zarówno klimatycznych, jak i terytorialnych – małe zaludnienie i wielkie odległości, przy stosunkowo niskim poziomie inwigilacji społecznej mogło problem tekstylny pominąć, jako niegodny uwagi i zrozumiały. Ale tu? W Europie, gdzie obrazą majestatu być mógł nawet nieodpowiedni kolor krawata, a debaty społeczne na temat długości spódniczek, czy skarpet na oficjalnych rautach rozmaitego szczebla stanowiły przedmioty przewodów doktorskich? W pełni demokratycznie, choć jeszcze selektywnie znikać poczęły tekstylia od stóp po głowy i nawet parasoli nie oszczędzały, kiedy już doszło do ataku na jednostkę odzianą. Do bezwzględnej nagości, ku rozpaczy i zawstydzeniu zaatakowanej jednostki, której pod czaszką, w bólach upokorzenia rodziło się rozpaczliwe pytanie: „dlaczego ja?”.

Zbrojna w granty, dotacje i błogosławieństwo wszystkich proroków świata, nauka przypuściła zmasowany atak na niezbadane i przynoszące tak wiele skrajnych emocji zjawisko. A zjawisko – cóż – miało się dobrze i kwitło w najlepsze, a zmasowane, dywanowe naloty na miejscowości mnożyły się i o żadnym kryciu się po kątach mowy już nie było. Iluż to nieszczęśników płci wszelakiej wracało w domowe pielesze, skrywając odartą z odzieży figurę za gazetą pospiesznie kupioną (??? raczej wyżebraną w kiosku a ‘konto przyszłości dobrosąsiedzkiej), czy reklamówką. Ludzie wychodząc z domu niemalże zamiast zegarków, czy telefonów zaczęli nosić pod ręką plastikowe worki, z których można było ad hoc ręcznie wykroić pelerynkę, spódniczkę, czy biustonosz ekstrawagancki i pod taką firanką uciekać przed wzrokiem gawiedzi w zacisze prywatnych sypialni. Owszem, na liczność populacji w miejscach publicznych wpływ był pozytywny, jednak mnogość stresu nie rekompensowała społecznej, sterowanej massmediami satysfakcji, a rząd, nierząd i samorząd wyklinane były pod każdą szerokością geograficzną.

A tymczasem przypadki mnożyły się niczym szkarlatyna w żłobkach, kiedy już pierwszy osobnik zdoła ją donieść w krąg wzajemnej adoracji. Ludzie kryli się po wnętrzach samochodów i stosowali wciąż wymyślniejsze sposoby ukrywania nagłej i niespodziewanej nagości. Bramy pełne były przekleństw tak soczystych i żarliwych, że mógłby zawstydzić proletariat pod budką z piwem w najbardziej zakazanej dzielnicy najbrudniejszego z miast. Po przypadkach pojedynczych, rzadkich skala zjawiska zaczęła namnażać się lawinowo i obejmować populacje zatłoczonych, tramwajowych wagonów, czy kin w galeriach handlowych. Co bardziej pruderyjni łamali sobie głowę, jak dwiema dłońmi zakryć wszystko, co ich zdaniem nie powinno światła dziennego oglądać, a z czego zrezygnować. Inni w desperacji zasłaniali oczy, jakby przez to ich nagość stawała się niewidzialna, przeźroczysta i anonimowa. I jeszcze ten bilon sypiący się z już nieistniejących kieszeni wesolutkim dźwiękiem budził otoczenie pokusą wzbogacenia, bo przecież jej dotychczasowy właściciel zajęty był obmyślaniem strategii wyjścia nie tylko z twarzą, ale bez rumieńców wstydu zwielokrotnionego pazerną sensacji publiką.

Wobec rosnącej skali już nikt obojętnym zostać nie mógł, a wiadomości medialne zdominował temat winowajcy. Pośród plotek i hipotez fantastycznych nawet opieszała na ogół nauka dostała furii i ostatecznie objawiła własne stanowisko, jeszcze nie dopracowane, trochę jakby w szlafroku ad hoc zarzuconym, ale jednak. Otóż – robal! Zwykły, o ile można tak nazwać coś, co potrafiło zmienić oblicze ludzkości przeciągu policzalnych miesięcy – robal, który stanowił coś na kształt zaprzeczenia, czy też negatywu larwy jedwabnika – taka antymateria ożywiona, która zamiast tworzyć, to unicestwia i niestety nie poprzestaje na jedwabiu, a nie gardzi żadną nicią – nawet ze sztucznych tworzyw. Rozmnażanie (wciąż pozostające na etapie hipotez z sugestią, że podobne komarzym zalotom) na czczo jest wykluczone, a dopiero sytość osobników doprowadza ich organizmy do stanu permanentnego podniecenia i spontanicznej kopulacji rozsiewczej i pozbawionej jakichkolwiek ograniczeń. Nie wiadomo skąd pochodzi, w ogóle nie wiadomo nic, poza tym, że jest i to bardzo owej kopulacji spragniony nieomal od poczęcia, a mnoży się tak, że króliki mogą pokręcić tylko uszastymi główkami z podziwem, jeśli je stać na podziw w obliczu tej tajemniczej szarańczy przemierzającej świat tekstylny ku jego utrapieniu i anihilacji. Wiadomo, im mniejszy drobiazg, tym liczniejsze zarodniki, brzemienna ikra rozsiana dla przetrwania gatunku w najbardziej nawet niesprzyjających warunkach. Wobec braku stwierdzonych wrogów naturalnych, bądź wręcz nienaturalnych, robaczek dokarmiany miliardami niechętnych dawców zdominował środowisko naczelnych i czuł się w nim dosłownie „błogo spełnionym”.

Wreszcie co bardziej zdesperowani machnęli ręką, bo kto to widział, żeby cena bielizny kształtowała się na poziomie cenowym telewizorów, czy komputerów, na dodatek bez żadnej gwarancji, czy też robaloodporności. Sprzedawana w metalowych, hermetycznie zamykanych kasetach, żeby chociaż dotrwała do inauguracji na pupach klientów, zanim w niwecz się obrócą pochłonięte żarłocznością rosnącego stada. Nie czekając na wyroki naukowe, na szarżę kawaleryjską, czy ocean napalmu wynieśli w końcu nieobleczone ciała na powietrze i oddali je słońcu w eksplorację nieskrępowaną. Wytworne panie pozbawione odzieży, ale nie dumy paradowały kręcąc bioderkami, a noskami podpierały wesołe chmury spacerujące po widnokręgu i okrywające cieniem co bardziej spocone osobistości. Panowie dziarsko i śmiesznie posuwali się krokiem w rytm prywatnego metronomu zawieszonego w pół wysokości i aż dziw, że szli bezdźwięcznie. Chwilowe, masowe skrępowanie, podnieta skrywanym skrupulatnie ciałem teraz uwolnionym spowszechniało dość szybko i przestało być sensacją, a stało się normą – poniekąd wygodną i bezobsługową.

Fryzjerzy zaledwie się domyślali, że ich usługi za czas niedługi staną się raczej fanaberią, niż usługą, usiłowali korzystając z talentów twórczych oferować bieliznę jednorazową papierową, która bezpieczną być mogła przed zakusami tajemniczego planktonu, jednak jej niedostatki i rosnące liczebnie stado odważnych, dla których papierowe tutki nadawały się wyłącznie na popcorn czy garść śliwek, a nie jako galanteria intymna. Czas cierpliwie wykorzystywał swoją chwilę i okrywał ciała zarostem, który nie był już tak skwapliwie usuwany, wypalany, wyszarpywany, bądź cięty. Teraz każdy włos stawał się ekologiczną odzieżą o bardzo długim terminie użyteczności.

W końcu – sukces! Nauka zmieliła zaledwie pojedyncze lata na badanie zjawiska, a rozwiązanie samo nadeszło nie wiadomo skąd. Liczebność tej wygłodzonej tłuszczy, nieustannie odtwarzającej się czeredy wyraźnie się kurczyła i tendencja owa wykreślnie zdawała się zmierzać w stronę autodestrukcji, za co chwała niech będzie statystyce, albo dowolnemu z panteonu minionych teoretyków ewolucji. Dopiero głosu cynika trzeba było, żeby zauważył i publicznie wygłosił prawdę zbyt niewygodną, żeby nią poplamić ogłoszony sukces – robal rozmnażał się mniej chętnie z głodu. Zamiast radośnie kopulować snuły się jednostki i tryliony głodujących, a pośród tej wiosny ludów coraz rzadziej można było uświadczyć uśmiech sytego przewodu pokarmowego. Co bardziej buńczuczni grzmieli nagością z ambon, że teraz, że renesans, że chińskie fabryki i sztuczne włókna, zakłady chemiczne i manufaktury, że przemysł wojenny przestawić i uzbroić od nowa, a projektanci niech ostrzą zmysły, bo dizajn, bo klientów rzesza nieprzebrana i stęskniona i ekonomia i gospodarka, polityka i wszechświat, to mało, bo tu i teraz, na cmentarzysku robala można zbić kapitał i odtworzyć… jeszcze chwilę poczekać, pozwolić zdechnąć ostatnim płodnym egzemplarzom, dać się postarzeć poza granice zdolności rozrodczych i rozmazać po ścianach historii owego robala, oby pozostał gehenną historyczną wyłącznie.


W tym czasie jednak po ulicach chodzili już ludzie odziani we własne włosy, rosnące bezgłośnie każdej chwili, kryjące opaloną skórę, potrafiącą żyć w doskonałej harmonii z wiatrem i wilgocią. Szatą idealną, nieprzemakalną, mocną i nieomal niezniszczalną. Dożywotnią można śmiało powiedzieć i pasującą wręcz idealnie. Jedyny strój dobry na każdą okazję, który do końca życia się nie znudzi i wiecznie modnym będzie.