czwartek, 30 stycznia 2020

Naucz mnie

Naucz mnie płakać. Proszę. 
Ukradkiem opuszkami palców zbierałem łzy z twojej twarzy, by skosztować jak są gorzkie, bądź słodkie w zależności od źródła. Potem, gdy rozzuchwaliłem się całkiem, spijałem je ustami z policzków, by w końcu pić wprost z twoich oczu. Wtedy otworzyłaś się całkiem - jak dzika orchidea polizana słońcem. Widziałem, jak chcesz je chować na moim ramieniu, jak próbujesz wsiąknąć je w koszulę na wysokości piersi, a ja uniosłem twoją twarz wysoko i kradłem je, zanim wyżłobiły ścieżki na policzkach. Oddałaś mi się cała, zupełnie tak, jakbym biorąc łzy wziął całą ciebie, którą mi dałaś. 

Upiłem się całkiem. Wtedy i za każdym razem, gdy mogłem ich skosztować. Ale dziś... dziś proszę cię, żebyś nauczyła mnie płakać. Żebyś mogła z mojej twarzy zebrać łzy w bukiet, wzięła je ode mnie, jak ja brałem twoje. Nie umiem. Nie potrafię. Życie odebrało mi tę umiejętność i teraz nie mogę. Próbowałem.

Czasem, gdy naprawdę dopiecze oczy wilgotnieją, jakby ktoś ścisnął schnące jabłko. Gdzieś na powierzchni pojawia się kropla wilgoci, lecz powieki trwożliwie drepcąc w miejscu zaraz ją rozprowadzają po oczach i ani jedna się nie zapodzieje, nie uroni. Od dziecka ktoś twardą ręką ścierał ze mnie każdą mgłę, jakby to był deszcz niechciany, albo krople wody po wyjściu z basenu zawieszone na czubkach rzęs zbyt rzadkich, aby mogły je utrzymać i strofował mnie sądząc, że życzliwość i uczucia tego wymagają.
- Nie becz, nie jesteś babą.

Uwierzyłem w te uczucia, w życzliwość, w przychylność. Uwierzyłem, że babą nie jestem. I nie byłem. Zakamieniały we własnej męskości, w pozorach, w przepychankach nastoletnich kozaków, obrońców każdego, nawet najbardziej bzdurnego Alamo. Zmiażdżyłem własne łzy i z bohaterskim rechotem pozbyłem się ich szczając w dziewiczy śnieg, stojąc w szeregu mnie podobnych. Wytopiliśmy z naszych łez wulgarne przesłanie dla świata i od tamtej pory idę przezeń z zaciśniętymi pięściami i suchą twarzą - od płaczu, którego nie ma. 

Naucz mnie płakać. Naucz wtulać się w pierś tak, jak ty to robisz. Kiedy trzymam cię w ramionach i nasiąkam twoimi łzami czuję się tak twój, jak nikt na świecie. Zazdrosny jestem o każdą łzę, którą ronisz nie mnie. Jakbyś mnie okradała. Wiem, że nie zrozumiesz teraz. Żeby zrozumieć musiałabyś poczuć moje łzy, jak przepalają ci bluzkę, jak toczą się w otchłań stanika, by wreszcie pocałować twoje piersi tak czule, jak żadne na świecie usta. Taką łzą można otworzyć wszystko. Naucz mnie. Proszę. Przy tobie miałbym odwagę płakać. Ty nie powiesz mi nigdy: "nie becz, nie jesteś babą!" Ty weźmiesz je, żeby wziąć mnie całego. Żebym ja wziął ciebie. Dałem ci wszystko, co mogłem, wszystko co miałem, a nawet to, czego wciąż nie mam. Wszystko. Prócz łez.

środa, 29 stycznia 2020

Nadzieja

Rozwijam sznurek bez pośpiechu. Mam czas. Mogę celebrować chwilę. Latawiec szarpie się na uwięzi i śpieszno mu do chmur kicających jak zające wyprane w proszku zmiękczającym sierść. Puchate nie-wiadomo-co podskakuje omijając niewidoczne przeszkody, a mój latawiec zachowuje się jak pasterski pies co szarpie smycz, bo już natychmiast chce gnać do tej znakomitej zabawy. Ścigać, zaganiać, szczekać rozkazy, albo po prostu szczęście i patrzeć jak strwożone istoty kłębią się w stadzie i czekają, czy nie grozi im inne, większe niebezpieczeństwo.

Ten latawiec... list napisałem do ciebie. Drugi. Ja wiem, że nie istniejesz, ale nie potrafię przestać marzyć, że jednak pojawisz się dla mnie. Kiedy nikt nie widzi szepczę nadzieje i opowiadam nasz świat, jakim byłby, gdybyś się pojawiła, a ty śmiejesz się ze mnie i wkładasz mi rękę pod ramię. Idziemy razem gdzieś, gdzie zaczynają świecić korale dzikiej róży, a żółte talerzyki na wrotyczach pachną cierpką, wilgotną jesienią. Gdzie trawy schną w milczeniu posypując ziemię prochami nieprzeliczonych nasion. 

Szukałem cię w mieście ale tam hałas, rozgardiasz i pośpiech. Ktoś łokciem trącił, inny zbeształ, że sterczę jak kołek pośrodku chodnika. Jazgot samochodów zagłuszał mój szept, a krzyczeć nie umiałem. Wstydziłem się wołać, bo wciąż pokazywaliby mnie palcami i pukali się w czoła, że taki ze mnie nierozsądny dureń. 

Latem pojechałem nad morze - jak sądzę morze lubisz wraz z niekończącymi się plażami, którymi można wędrować od rana do nocy i leżąc na wygrzanym piasku liczyć gwiazdy. Poszedłem molem wcinającym się głęboko w wodę i tam list zapakowany w butelkę wrzuciłem. Ten pierwszy. Jakaś starsza pani pokiwała głową ze zrozumieniem, może i ona kiedyś rzuciła w toń wielką modlitwę. Mnie odarł ze złudzeń patrol policji wręczając mandat za zaśmiecanie. Zapłaciłem bez skargi. Zapłaciłbym więcej byleś tylko podniosła ten list i była. Tylko tyle. Aż tyle. 

Dziś znów napisałem list i wyszedłem na łąkę wielką jak morze. Stojąc po pas w dzikich trawach, gdy rzepy z nadzieją chwytają się moich spodni, a pajęczyny smużą się w słońcu wypuszczam mój list pod niebo. Może ten spadnie ci pod nogi i przeczytasz go nim stracę nadzieję. Podpieram się myślą, że prędzej życia mi braknie niż nadziei, ale może to tylko słowa. Czasem przychodzi dzień, gdy smutek potrafi wspiąć się nadziei na szyję i dusić, krew spijać, pluć w oczy i deptać pośród szyderstw. Bronię tej mojej nadziei, okrywam ramieniem i zbieram ciosy jej przeznaczone, żeby przetrwała nietknięta. Dla ciebie. Dla nas. Dziś czuję jak tańczy i klaszcze w dłonie jak mała dziewczynka, która z tatusiem wyszła puszczać latawiec. Jak jej powiedzieć teraz, że gdy sznurek się skończy trzeba będzie go puścić? By leciał. Do ciebie. Dla nas... Nie mam siły. 
Wkładam sznurek w ręce nadziei...

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Tabu

- Nie Stachu. Nie namówisz mnie na pewno. I na twoim miejscu nie siadałbym tam pod tą sosną. Mów co chcesz, śmiej się ze mnie, ale jeśli chcesz tam iść, to beze mnie. Nie przekonasz mnie. Jakby mało miejsca w lesie do siadania było. Popytaj we wsi, to się dowiesz, że tam, to nawet grzybów nikt nie zbiera, choćby ich dwa wiadra się śmiały na kilometr. Zapytaj co starszych, tylko tak na boczku, żeby za wiele uszu nie było, bo się ludziska wstydzą zabobonów takich. Ale skrzynkę wódki tam postawię i stać będzie ruski rok i żaden tubylec się po nią nie schyli na pewno. Niedobre to miejsce. I lepiej je z daleka omijać. Ty za długo w mieście siedziałeś, to możesz nie wiedzieć, kiedy szkrabem biegałeś, to mogli ci nie powiedzieć, a teraz, to nie ma kto. Może Kryśka pamiętać będzie. No dobra, chodź gdzie kawałek dalej, bo licho nie śpi, to ci powiem. A popatrz, popatrz, żebyś zapamiętał, żebyś więcej się nie oglądał i nie kusił losu.

Poszliśmy spory kawałek, a Stachu jeszcze za plecy zerkał i taka ciekawość niezdrowa z niego szła w powietrze, i na gębę mu pytania wyskakiwały, jak małoletniemu pryszcze. A kiedy już się udało odejść kawałek, że drzewa zasłoniły i nawet wiatr od sosny nie szemrał złowieszczo, tośmy siedli na pniu zwalonym i w słońcu kolana grzejąc, pot z czoła my otarli i zakurzyli. Po całym, jak dorośli. Stachu kapsel zerwał i butelkę podał, bo przy gadaniu to schnie niemożebnie, wiec od razu łyk spory wziąłem i rozsiadłem się wygodniej.

- Pluń Stachu na to miejsce bez wstydu i żalu, bo żałować nie ma co. Las w końcu duży i tej jednej sosenki, to możesz sobie odpuścić, choćby i krzyczała do ciebie. A może. I kiedy krzyknie, to lepiej nie słuchać, bo omami i najsilniejszego uwięzić gotowa. A kiedy prezent dostaniesz, to ci tak w pięty pójdzie, że nie będzie się komu poskarżyć nawet. Widziałeś, boś się gapił jako to cielę. A ptaszka jakiegoś słyszałeś tam może? Biedronkę, czy pasikonika widziałeś? Nic. Żadne bydlątko się tam nie zbliży, bo rozum swój ma i najmniejszy robaczek. A muchę, jeśli w te strony przywieje, to broni się i łapkami powietrza się trzyma i walczy jak z rzeki prądem, żeby nie tam. Wieje stamtąd wszystko, co zmysły ma jakie takie. Co instynkt dziedziczy w każdej komórce. I tylko miastowe głupki ze stępionym czuciem zajrzą tam czasem, kiedy się w okolicę tutejszą zaplączą. Bo tam zieleńsza trawa, bo cień, bo zapach żywicy tak pięknie uwodzi, a wokół ni krzaczka, więc wręcz zaprasza, na piknik, na kości wyprostowanie, na lenistwo. Poleżeć i wygrzać kości, czy z dziewuchą jaką pobaraszkować.
Nikt już nie wie, co się tam stać musiało, jedna Wieśka może co wiedziała, ale jej nie ma, a czy kto ją pytał? A pewnie i nie, bo się bali ludziska - i Wieśki, i tej sosenki. A mnie ojczulek tu przyprowadził i nawet nie straszył, że nogi mi z tyłka powyrywa, jeśli tam pójdę kiedy. Krzepę miał, i mógłby to zrobić, a on jak nie on. Powiedział tylko, że głupi nie jestem i dla własnego spokoju trzymać się będę z daleka. A pokazał, żeby mnie na wsi chłopaki nie naciągnęli na jaki zakład, czy inną zabawę szczeniacką. Poważny był przy tym jak katafalk, tom i uważniej słuchał. A jak skończył mi gadać, to rwałem do chałupy, aż się za mną kurzyło, dobrze, że w portki nie narobiłem. Może przesadzał, może barwił stare opowieści, ale nie namówisz mnie żadną siłą, żebym tam poszedł. Ani na trzeźwo, ani po pijaku.
Bo tam, jak zawoła, jak się na ziemię położysz, to zaśniesz. Zaśniesz nawet nie na długo. Tyle, żeby zapomnieć. A jak wstaniesz, to nawet nie poznasz, że spałeś. Czyli niedługo, bo słońce to samo grzeje, wiaterek wieje i okolica ta sama. Nie poznasz, jakbyś tylko okiem mrugnął, a już wystarczy. I nie wie nikt, czy z ziemi to ciągnie, czy od sosenki płynie, ale ludzisków zmienia. Na resztę życia i żadnego lekarstwa nie ma. Paskudnie zmienia, bo nie tylko na gębie, lecz w charakterku gmera. Najgorszą zarazę ci z flaków wyciągnie i ją rozmnoży. Na wierzchu położy i gnać cię będą ciągoty okrutne. Jeden, co się naśmiewać z ludzi uwielbiał, ten śmiać się już będzie tylko. Do końca świata się śmieje i jako wioskowy głupek po okolicy do dzisiaj się kręci, a uśmiech mu z pyska nie schodzi. Inny, gorączką pchany nienawiści zacznie mordować bez pamięci, aż go chłopy na widłach zostawią, gdzie w polu daleko, coby władza nie wiedziała kto i dlaczego. A i dziecina taka tu żyła, co to jej rosnąć się odechciało po jednym śpiku pod oną sosenką. No metra nie miała chłopina, a każde narzędzie za duże, za ciężkie i portki w sklepie dziecinnym mu kupowali, albo mu szyła matula przez łzy ledwie widząc. Szkoda gadać za wiele, nie mnie cię Stachu straszyć, ani rozumu uczyć. Niech ci wystarczy, że kiedy pójdziesz, już sobą nie wrócisz. Jeśli ci znane niemiłe, jeśli szukasz, czegoś nie zgubił i w genach po familii nie dostałeś, to idź do sosenki, ale do mnie już nie zaglądaj. A i do domu nie wracaj, cobyś Kryśce i dzieciakom krzywdy wielkiej nie zrobił. A kiedy zobaczysz gdzie w lesie, że młody łoszak a łopaty ma jak byk staruszek, znak to niechybny, że się maleństwo nie całkiem normalne zrodziło i zabłąkało pod tę sosenkę. Z daleka omijaj, bo to niepewny zwierz bardzo. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby ta puma, co ją w TV pokazywali, że ona też spod sosenki wstała. Zmienioną sobą wstała i straszy ludzi, a może futrzak podwórkowym kociakiem był wcześniej z instynktem trochę pokrzywionym? Pytać się nie ma kogo, zrozumieć trudno ale chodzić tam nie potrzeba. Możesz się śmiać, lub nie wierzyć, ale mnie pod sosenkę nie ciągaj. I sam lepiej też nie łaź, jeśli biedy sobie napytać nie chcesz, bo miejscowe, to się kłaniać przestaną zanim się dwa razy obejrzysz. Na wiarę weź i zapomnij. Bo to niedobre miejsce. I do gadania temat też nie najlepszy, bo mi to piwo smakować przestało. Już lepiej wracajmy.

sobota, 25 stycznia 2020

List

Siedziała na wąskiej, niewygodnej ławce i płakała. Tu na zewnątrz mogła sobie pozwolić na okazanie uczuć. Na co dzień udawała twardą i pogodną. Tylko w nocy, kiedy pod kołdrą obejmowała kolana, a zimne stopy nie pozwalały zasnąć, łkała cichutko, żeby cierpiący na bezsenność sąsiad za cienką betonową ścianą nie usłyszał jej skargi. Tak. Na cmentarzu mogła bezpiecznie płakać. Listopad dopiero miał nadejść, ale suche, zakurzone liście jaworów wiatr już przeganiał po alejkach i dekorował nimi pomniki. Jeden z nich przyszła właśnie oczyścić z liści. Oprócz niej chyba nikt tu nie zajrzy. Ona też przychodziła tu rzadko, jakby miała za złe matce, że umarła i zostawiła ją samą.

Zadumała się. Matka nie miała zbyt wiele czasu wychowując ją samotnie. Ojciec nie udźwignął ciężaru ojcostwa i odszedł, kiedy już umiała mówić do niego "tatusiu" siadając mu na kolanach. Kiedy potrzebowała go tak bardzo, że gotowa była wybaczyć mu każde draństwo, jakiego się dopuścił albo mógł dopuścić. Matka, choć robiła co mogła, nie wystarczała dziecku, które chciało mieć rodziców w obu dłoniach. Przytulała się do mamy i zadawała wciąż to samo pytanie - dlaczego. Pytała i patrzyła z lękiem w wyblakłe niebieskie oczy mamy i drżała ze strachu, że usłyszy brutalną odpowiedź, że to jej wina, że przez nią odszedł jedyny w jej życiu facet. Dziadek? Widziany dwa razy do roku, oschły, nie umiejący okazać uczuć, zmęczony jej energią szukał wytchnienia i uciekał od niej zasłaniając się gazetą lub telewizorem. Nie. Tatuś był jedynym facetem. I jedynym draniem. A przecież kochała go nawet dziś, choć nie widziała go od dwudziestu lat.

Pozwalała łzom spływać po policzkach i nawet nie rozglądała się, czy ktoś widzi. Miała czterdzieści pięć lat i była na świecie sama. SAMA! Nie było nikogo, z kim mogłaby dzielić chwile szczęścia - rzadkie jak egzotyczne motyle. Mama umarła kilka lat temu. Jak wszyscy - na raka. Do końca ukrywała swoje cierpienie i martwiła się o córkę, która gryząc paznokcie udawała, że nie widzi w matczynych oczach bólu. Całe życie udawała. Radość, zaradność. Miała  w sobie wymyślony uśmiech na każdą okazję. Więcej ich było niż butów czy sukienek w szafie. Świat wierzył, albo też udawał i pozwalał jej trwać na marginesie istotności.

Wspominała swojego męża. Boże! Tak bardzo pragnęła mężczyzny, tak jej było brak męskiego ramienia, że powiedziała "tak" pierwszemu, który miał odwagę zapytać. Założył jej na palec obrączkę, powiedział kilka słów, które pielęgnowała przez lata, a potem zażądał, by rozkładała nogi ilekroć był w pobliżu. Była służącą, sprzątaczką i kucharką. Dziwką gotową na każdy kaprys pana i władcy. Kiedy ją uderzył pierwszy raz, sama siebie przekonywała, że się jej zdawało. Że to sen jakiś koszmarny. Ale ten sen powtarzał się regularnie. Nie było już tygodnia, żeby jej ciała nie kryły nowe siniaki lub blizny. Wmawiał jej, że jest głupia i brzydka, a robił to wystarczająco często, by uwierzyła. Pogodziła się z tą myślą bez walki. Najwyraźniej jej tęsknota za męskim towarzystwem była grzechem i Bóg ją ukarał. 

Przed matką ukrywała prawdę bardzo długo. Byłą zbyt dumna, żeby przyznać się do faktów, chociaż wiedziała dlaczego jej matka się rozwiodła. Jej facet był taki sam. Bił ją słowami niczym japońskim mieczem. Poniżał publicznie. A kiedy wypił, co zdarzało się zbyt często, darł na niej ubranie, by wziąć siła to, co mu się należało. On też był panem. A teraz matka leży przyciśnięta wielkim, czarnym kawałem marmuru i może jej mówić wszystko. Już się nie wstydzi, chociaż płacze gorzkimi łzami. Ona wiedziała - szepnęła sama do siebie. Wiedziała, bo matkę niełatwo oszukać. Szczególnie taką, która ma w sobie ocean niewykorzystanych uczuć do zaoferowania. Gdyby tylko jej pozwolić cała byłaby kochaniem i niczym więcej nie zajmowałaby się w życiu.

Ale nie pozwoliła. Uciekła z domu z tym kretynem i trzymała się go pomimo wszystko. Kiedy nie wytrzymali sąsiedzi i wezwali policję, okazało się, że to nie wszystkie grzeszki. Rozwód spoza krat dotarł i znów była sama. Kompletnie. Zniechęciła się i już nie podjęła żadnej próby.  Uznała, że Bóg ma rację skoro skazał ją na samotność. Przestała zauważać męski świat. Milczała coraz częściej, coraz trudniej było jej gdzieś wyjść. Praca i dom. Zimne, puste przestrzenie pozbawione pamiątek, poza kilkoma starymi fotografiami z czasów dzieciństwa. Ona z mamą w grubych kurtkach i wełnianych czapkach przytulone do bałwanka przed babcinym domem, ona na plaży i siedząca na mosiężnych kolanach jakiegoś poety czy muzyka. 

Westchnęła cicho, a spazm rozciągnął się na serię. Wiatr bawił się jej włosami i ocierał o nogi. Nawet coś przywlókł, co łomotało teraz na nogawce, tuż nad butem. Miała zamiar strącić to z nogi - pewnie suchy liść, ale zanim ruszyła nogą zerknęła. Kartka papieru zapisana drobnym pismem. Podniosła. Pismo od pierwszego spojrzenia wydało jej się męskim. Ciekawość wzięła górę. Rozejrzała się ale nie dostrzegła nikogo, komu wiatr mógł porwać list. Był bezpański. Chociaż nie. Był jej. Dla niej. Może nawet do niej. Uświadomiła sobie, że w życiu nie dostała listu. Nigdy nie poczuła tej chwili niecierpliwej, kiedy otwiera się kopertę, a w środku wieści ze świata. Położyła kartkę na kolanach i wygładziła papier ręką. Może to wstrętne, że czyta cudzy list, ale tak bardzo chciała, żeby był do niej, że uwierzyła, że się spełniło. 

Piszący z kaligrafią był na bakier, a literki niewielkie, ledwie zaznaczone w kształcie. Otarła oczy z łez, wdmuchała nos i wyczyściła szkła okularów. Bez nich nie dałaby rady na pewno. Uśmiechnęła się do własnych myśli - celebruje chwilę. Odwleka specjalnie moment, gdy zacznie czytać i  czuje rozkoszny ból niespodzianki. Mogłaby głaskać ten list długo, ale zbliżający się listopad wyraźnie dawał znać, że pora zakończyć wysiadywanie na ławkach i kryć się w domach.

"Dziecko.
Nigdy nie znalazłem w sobie odwagi, by ci powiedzieć wprost. Ilekroć Cię widziałem cała odwaga ulatniała się szybciej niż otworzyłem usta. Patrzyłem na Ciebie i plotłem dyrdymały zawstydzony niczym młokos. A potem było mi wstyd, że nie potrafię, a skoro nie potrafię, to lepiej się stało, że milczałem albo mówiłem nieistotności.
Dzisiaj przyznam się, chociaż jest już za późno. Trochę liczyłem, że się domyślisz, że Ty znajdziesz tę odwagę, która ze mnie uszła i sama zapytasz, a ja nie zdołam Ci się wymknąć i odpowiem. Chciałem tego tak bardzo, że łykałem ślinę, żebym się nie zaciął przy odpowiedzi, bo wtedy mogłoby zabraknąć mi głosu. 
Patrzyłem jak rośniesz, jak wstajesz z kolan i ocierasz łzy, jak się śmiejesz i podskakujesz pełna szczęścia. Jak idziesz z mamą na lody albo do szkoły. Nie raz szedłem Waszym śladem i udawałem, że trzymam Cię za rękę, a Ty patrzysz to na mnie, to na mamę i brykasz jak szczeniaczek spragniony zabawy i włosy sypią Ci się do oczu, a Ty dmuchasz na nie, bo ręce masz nami zajęte i wtedy ja odgarniam Ci te włosy, czując ciepło policzków rumianych. 
Zazdrościłem Twojej mamie, że może z Tobą iść na spacer czy zakupy, że może przykryć Cię w nocy, kiedy przyśni Ci się coś, co sprawi, że skopiesz z siebie kołdrę i kulić się zaczniesz przytulając do poduszki w poszukiwaniu straconego ciepła. 
Być  chciałem w Twoim życiu każdego dnia. Pójść na wywiadówkę i usprawiedliwić te wagary, o których mama nawet nie wie, porozmawiać, kiedy smutek Cię dopadnie, gdy kolega z klasy udaje, że nie widzi, jak bardzo chciałabyś, żeby podał Ci rękę i serce. Chciałem być blisko ale nie jak kolega czy znajomy mamy. Chciałem być dla Ciebie.
Wiele razy wyobrażałem sobie, że przychodzisz i wieszasz się na mojej szyi, a potem opowiadasz coś, co właśnie zaprzątnęło Twoją śliczną główkę i szepczesz do mnie - "tato, szkoda, że nie widziałeś". A ja widziałem i wciąż mam łzy w oczach i tak bardzo chcę, choć jeden raz usłyszeć, jak mówisz do mnie "tato". Zamiast tego przychodzę tu płakać nad zimnym kamieniem i próbuję wydrapać z nagrobka datę śmierci. Nie umiem się pogodzić z tym, że Ciebie nie ma. Nie potrafię wymazać marzeń, których spełnienie było już tak blisko. Tylko moje głupota i brak odwagi sprawił, że stało się. Klęczę i żebrzę o wybaczenie. Boga proszę, aby dał okazję, żebym mógł powiedzieć, chociaż jeden raz - kocham Cię córeczko. Choć nie byłem Twoim tatą, to chcę nim zostać i jeśli tylko mi pozwolisz, to będę. Najpełniej jak umiem, a Ty nauczysz mnie, jak trzeba Cię kochać, żebyś przyszła do mnie i powiedziała mi na ucho - ja Ciebie też tatusiu. 
Będę tu przychodził. Będę uczył się słów. Znajdę w końcu odwagę i powiem. Tylko przyjdź proszę. Chociaż raz."

Kiedy kończyła czytać list nasiąknął jej łzami, które płynęły nie tylko z oczu, ale i z nosa. Nawet usta miała pełne łez, których nie szło wytrzeć. Przeczytała raz jeszcze, potem znów. Pierwszy w życiu list, a zrobił na niej takie wrażenie, że nie była w stanie uwolnić się od tych liter. Kolejny raz przeczytała, choć znała już treść na pamięć. Miała go w sercu i w duszy. Rozejrzała się wokół - popołudnie już nabrzmiało i zaczęło skłaniać się ku wieczorowi. W alejce liście tańczyły piruety i robiły to wdzięczniej od skrawków folii lecących z łopotem. Gdzieś brzęknął przewrócony znicz.

Obejrzała się. Siwowłosy mężczyzna poprawiał coś na starym, podniszczonym grobie. Nie zastanawiała się nad tym co robi. Wstała i poszła do niego. Jego twarz też była pełna łez i wpatrzona w malutkie zdjęcie nastoletniej dziewczyny. Wyblakła od słońca fotografia kogoś, kto nie żyje. Położyła rękę na ramieniu klęczącego mężczyzny.
- To ty córeczko? - zapytał nie odwracając głowy.
- Tak tatusiu - gdy to mówiła w ustach urosła jej wielka gula ze wzruszenia - chodźmy już. Jest zimno. Napijemy się herbaty, a potem opowiem ci, co się dzisiaj stało.

piątek, 24 stycznia 2020

Anioł

Lubię kiedy przy mnie rozbierasz się i z poważnej kobiety, matki, szefowej wszystkich szefów stajesz się małą dziewczynką z warkoczykami, czy kucykami. Kiedy wreszcie przestajesz udawać i zdejmujesz te złudne makijaże i podkłady dobrego wychowania, pewności siebie i fachowości. Kiedy już to wszystko na bok odłożysz i podskakujesz na paluszkach trzymając mnie pod rękę i mruczysz cichutko, albo śmiejesz mi się w oczy wprost tym śmiechem, który mówi - chcę – wszystkiego, lodów z malinami, herbaty z pomarańczą i miodem, czytać chcę, słuchać i pokaż mi więcej. Tego miasta i tych drzew, aniołka kryjącego złote skrzydła we wnęce wysoko na ścianie i wróbelka wiszącego z ratuszowej elewacji. Pokaż mi bibliotekę, w której można posiedzieć przy kawie i dworcowe tarasy dopiero co otwarte. Kiedy prowadzę cię w labirynt ukryty na patio budynku uniwersyteckiego, a portier wychodzi gdzieś daleko, żeby nie przeszkadzać własną natarczywością cieszyć się nam wątpliwym aromatem bukszpanowych ścieżek.

Bardzo lubię, kiedy na bok odkładasz oficjalny uśmiech i śmiech zbyt szeroki, żeby szczerym mógł być, a w oczach gasisz to czujne, skupione zwierzątko nieustannie wypatrujące zagrożeń i analizujące każdą, nawet najmniejszą przesłankę, by uciec, albo nastroszyć się i fuknąć jak wściekła kotka, i prychnąć, jak głodny lampart. A kiedy wreszcie położysz je obok, jak torebkę w kinie na wolnym fotelu, kiedy zapomnisz, że są pod ręką i w każdej chwili założyć znów je można na siebie, jak wieczną lampkę, jak dres, w którym można wszystko, byle nikt nie dostrzegł co pod nim się dzieje i jak się szamocze to wszystko, czego nie widać. Tak. Bardzo lubię. Uwielbiam wręcz i maślanym patrzę wzrokiem, kiedy odkładasz na bok konwenanse, jak niepotrzebny już szalik, jak parasol, gdy deszcz nie pada i przeczytaną gazetę, w której nie było ani jednej ciekawej wiadomości, czy zdjęcia.

Lubię, bo wtedy zaczyna mówić całe ciało, i głowa mówi, i oczy stają się tak wygadane, że aż się ci ręce trzęsą i wyciągają do mnie po jeszcze. Odrobinkę jeszcze - uwagi, głębszego zerknięcia pod powieki i dotyku dłoni najdelikatniejszego – tego, który powoduje, że wstają najmniejsze z włosków, a cała ręka pytać się nerwów zaczyna, czy to już dotknięcie było, czy tylko fantazja. Czy to czekanie na ciepło innej dłoni się objawia westchnieniem takim, czy pragnienie spełnieniem jest już i faktem namacalnym, który jęk z gardła wychrypieć potrafi bez świadomości udziału. Uwielbiam te chwile, kiedy w oczach, niczym w falach oceanu mieszają się barwy nieustannie, i plączą, i krążą, i z myślami krzyżują, i wilgocią nasiąkają, i w obietnic marzeniach toną zapraszając do tej niezmierzonej głębi mnie całego. Tak. Uwielbiam i świat sprzed nosa tracę zupełnie i otoczenie nieważne, dźwięki spoza i zapachy… Ginie mi świat i ja ginę nie wiedząc kiedy i dlaczego w tym uwielbieniu, w tym misterium, które nie zna czasu i praw fizyki.

Tak. Zdecydowanie. Bardzo lubię patrzeć na twoją nagość intymną, wstydliwą. Tą z opowieści i wspomnień na ciele czytanych. Kiedy dotykam i odwagi mi brak już, żeby ci w oczy spojrzeć, kiedy własnym wspomnieniem twojej przecież opowieści wędruję po stygmatach przeszłość piętnujących, niknących bardzo powoli i niechętnie, a pamiętanych przecież doskonale. I łzy budzących i złe słowa w tobie, które są przecież. Ja wiem, że są, chociaż tego nie mówisz, jednak wystarczy, że słabym słów doborem wspomnę, żeby dostrzec jak wulkan wybucha, jak emocje erupcją straszną, bezzwłoczną płoną i niosą palący ładunek na oślep, na wprost, na wiwat i rozum zasypia. Wiem, więc nie patrzę, chociaż ciągnie mi oczy do twoich, żeby zobaczyć, czy wciąż są czynnym kraterem i jaką barwą kipią. Dotykam więc dyskretnie każdego wspomnienia, każdej chwili, której pamięcią się ze mną podzielić raczysz i patrzę własne snując myśli, a palcami próbuję ten szum zebrać, jakbym zbierał kurz ze stolika, nim położę na nim szklankę kawy. Każdą chwilą pasę się - wspomnieniami, słowami, obrazem i wrażeniem. Rosną we mnie nie moje przecież emocje, rodzą się uczucia nieznane, gdy próbuję podstawić własne czucia pomiędzy te słowa i sprawy minione, jakbym sam miał je przeżyć i wspominać własną kancerą na ciele i we własnym umyśle gwoździem zostać przyszpilony.

A ty, jakbyś nieświadoma była, podrzucasz wciąż nowe, drobne, niby nieważne detale, które nowych znaczeń dodają i nakładają się niby kolejna warstwa farby na werniksie już wyschniętym, i kontury się kształtują, i nowym znaczeniem barwią, i głębszą wciąż treścią, ideą, aż horyzont pęka, bo stary zbyt kusym był, za wąskim i ograniczonym przedwcześnie. Maluję więc nowe linie, zmieniam perspektywę, szerzej i szerzej wciąż patrzę, widząc że znowu zbyt krótko, zbyt skąpo rozciągnąłem czas i przestrzeń, żebym mógł wzrokiem cię objąć i zrozumiał, poznał, poczuł i dotknął prawdziwie. Znów zgaszę światła wszelakie i niech tylko oczy twoje świecą w ciemnościach, jak gwiazdozbiór świeżo odkryty, daleki bardzo i nie do końca poznany. Z tą niepewnością badacza, który nie wie, czy groźnym będzie, czy przyjaznym ów nowy świat zbyt daleki, żeby go poznać szybko i bez wysiłku.

Karmię się każdą chwilą i słowem niewypowiedzianym. Niedoskonałością i niedopowiedzeniem. Uczę się i zdumieniem okrywam, jak rumieńcem, nad którym zapanować nie sposób, bo oddech przyspiesza i ręce tracą stabilność. Karmię się jak ktoś, kto zapomniał już dawno jak posiłek wygląda, wygłodniały łazęga szukający po śmietnikach resztek na królewską zaproszony ucztę – nim deser podadzą już przystawkami opycha się do granic wytrzymałości i patrzy troszkę żałośnie, troszkę rozżalony, że więcej na raz nie mieści, a kieszenie już pełne i oddech krótki z obżarstwa… Tak i ja pochłaniam wszystko co na stół wniesione zostanie i nie nadążam, tak wiele potraw się wciąż pojawia, a ja nie przetwarzam, nie jestem w stanie, za tym wszechświatem i obfitością nadążyć. I kiedy oczy zamknę, kiedy zostanę sam na sam z własnymi myślami i wspomnę, budzą się kolejne pragnienia i tęsknoty i błagania o jeszcze, o powtórkę o kontynuację.

Lubię bardzo. I szukam okazji i łaszę się jak pluszowy miś do dziewczynki o oczach świecących beztrosko, takiej, która świadomości nawet nie ma, jak mocno działa, jak silnym echem we mnie buzuje jej radość i smutek i jaką pełnią zmysłów każde odbieram wrażenie, słuchem przygnane, czy drgnięciem na palcu najmniejszym.

Jak się to stało i czemu – sam nie wiem, lecz rozum już zasnął, a ciało nieposłuszne się stało i tylko powtarzać potrafi: „Chcę, więcej chcę i wciąż chcę”. I skrzydeł nie szukam na twoich ramionach, bo przecież nie one są mi potrzebne. Nie aureole żadne i szaty z obrazów starych mistrzów, żebym rozpoznać potrafił. Nie trzeba mi rekwizytów żadnych i definicji wiekami namaszczonej. Nie trzeba konturu, ni metryczki. Bo wiem dokładnie, czego chcieć mi się zachciało. Ciebie całej, prawdziwej i nagiej. Ciebie, która tkwisz tam, gdzie nie wpuszczasz nikogo, gdzie niepoznana wciąż jesteś i tylko nocą samotną ostrożnie zerkasz, by sprawdzić, czy nie zniknęłaś, czy z tych masek codziennych w sumienie nie wsiąkły pozory i nadal trwasz w sobie calutka, niezbrojna, lecz w tę dziewczynkę wesolutką tylko wyposażona, która ufnie rączki wyciągnie i zaprosi do tańca we dwoje, a skrzydła i aureole niech więdną w trawach, niech się w szafie zakurzą, niech je czas pożre, lub w lesie zbutwieją i karmią przyszłe drzewa wspomnieniem. Niech o nim las szumi, że jest taki anioł co tańczyć ze mną poszedł i skrzydła zostawił, bo przeszkadzały. I aureolę wyrzucił, bo jej blask mi oczy zasłaniał i nie widziałem oślepiany światłem, które miało schować nagą prawdę, tę szukaną. Zatańczysz ze mną dziewczynko? Zostaw teatralne rekwizyty aniołeczku i chodź ze mną pomiędzy drzewa – niech się cieszą naszą radością i płaczą wspomnieniem podłym. Pójdziesz?

czwartek, 23 stycznia 2020

Azymuty nieobjawione

Kamienie obieram ze skórki, żeby się dobrać do miąższu. To trochę jak szukanie żółtka w jajku zbyt długo gotowanym. Obieram je niewprawną ręką, gmeram w granitowych skorupkach krusząc je na proszek, niczym trollowy kopciuszek, któremu kazano pośród kamiennej mąki wyłuskać ziarna granatów i rubinów, rozdzielić je od skaleni i różowego kwarcu. Patrzę, czy nie urodzi się jajo z geodą ametystów, z malachitowym okiem, lub opalizującym, czarodziejskim blaskiem gwiazdy mlecznego opalu. Odkładam na bok ostre zęby kryształów, turmalinowe kolumny i przerażające szpony morionów. Szukam agatowego melanżu, jaspisu z pastelowym połyskiem, ale wciąż tylko pazury własne kaleczę i tylko piach, Sahara cała pod nogami mi rośnie i złoto głupców pirytowym blaskiem naśmiewa się ze mnie pośród okruchów mną popełnionej erozji. Szukam, czego nie zgubiłem, pragnę, czego wysłowić nie potrafię. Więc obieram granitowe obeliski wierząc, że kiedyś odnajdę w jednym z nich to, czego nie wiem. Że ślepym trafem zostanie mi w dłoni betlejemska gwiazda i poprowadzi mnie poprzez mną uczynioną pustynię do tam, gdzie mieszka każde moje jutro. A na razie sięgam po kolejny fragment nieobrobionego granitu przetykanego biotytową płytką o wzroku ciemnym i mętnym, do piasku sprasowanego tak mocno, że wnętrza strzeże jak sejf bankowy. Rozcieram w dłoni i patrzę, jak pęka skorupka, a ja palce wkładam mocniej do środka i próbuję rozewrzeć zaciśnięte przed wiekami ściany. Jest pod nimi żółtko? Nie złoty cielec dendrytami wczepiony w spękania wiekowe, w słabość nieidealnej skały, lecz światło księżycowej nocy, latarnia morska lepiej od każdej busoli brzeg poszukiwany wskazująca.

wtorek, 21 stycznia 2020

Nietolerancja

Egoizm. Tak. Kiedy z bezwzględną stanowczością zaglądam we własne myśli, których nikt nie widzi i nie może się przysiąść, a potem znienacka wyszarpuje je z mojej dłoni, żeby z szyderczym śmiechem światu obwieścić, staję się małym, rozwydrzonym chłopczykiem, który zna jedno tylko słowo – chcę.
Chcę, chcę i chcę. Niczego we mnie nie ma więcej chyba, a jeśli nawet, to i tak zaczyna się od chcę. Niczym rozpieszczony jedynak w zbyt bogatej rodzinie, która rekompensuje juniorowi brak miłości spełnianiem zachcianek, a on bezwzględnie i bezmyślnie wykorzystuje sytuację, tak i ja – chcę i wyciągam ręce po wszystko, co poza zasięgiem. I nie interesuje mnie, czy naruszam twoje granice, jak bardzo wymuszam własnym chceniem zgodę, żebyś mi się stała, bo ja, ja, ja…

Najważniejszy na świecie i jedyny, któremu się należy i musi dostać wszystko, co w oczy wpadło, co spodobało się tak bardzo, że już nie potrafi zrezygnować. Tak. Nie potrafię i nie chcę. I jak jakaś śliska, obrzydła kreatura kuszę fałszywą obietnicą, zbliżam się szeptem i korzystając z nieuwagi kradnę – chwile twojego zapomnienia, gdy przesuwam granice z premedytacją wycofując się, zanim zdążysz zaprotestować. Nieustannie zbliżam się do ciebie i twojego ciała nie pytając o zgodę. Wciąż bardziej, wciąż odważniej i dalej.

Chcę. I robię to, udając że nie słyszę braku zgody na takie zachowanie, chociaż twój świat, twoje rozumienie i potrzeby różnią się od tych, które gotów jestem ci ofiarować w zamian. Ofiarować? Znowu kłamię? Czyżbym coś dawał? A może wyłącznie biorę, korzystając z twojego niezdecydowania, z twojej nieświadomości, z twoich braków, emocjonalnego niezaspokojenia i marzeń tęskniących, żeby je wreszcie z kimś podzielić? Doskonale wiem, że to nie ja – nie taki ja, jakim jestem dzisiaj. Powinienem napluć w lustro, ilekroć przed nim staję. Zamiast tego patrzę w nie wzrokiem równie gorącym jak lustrzane jego odbicie i odnajduję w nim, dojrzewającą gładkość twojej intymności, która z każdym dniem zbliża się, paruje pod wpływem mojej niecierpliwości i mgłą nadziei oczy ci zasnuwa. Ja nie marzę. Projektuję strategie, żebyś była moją, bo tego właśnie chcę. Knuję schowany w gąszczu pozorów i realizuję zaszyfrowany plan, jak robot, który jest skazany na wykonanie pełnej sekwencji, żeby zamknąć proces finałem. Bezwzględny jestem jak policja podatkowa i system bankowy.

Czasami, gdy zawstydzę się własnych czynów, kiedy spojrzę na siebie okiem widza, ogarnia mnie myśl, że nie jestem dobrym człowiekiem, że tak nie powinno się dziać… Próbuję zwiększyć dystans, rozluźnić uchwyt i wyrzucić z głowy zachwaszczone myśli. Ale to nie trwa długo, bo chciejstwa wracają do mnie falami przypływu wieczorami i porankami, na spacerze i w pracy. W czytanych zdaniach i oglądanych obrazach – nieważne jakich, czy to film będzie, czy migawka z ulicy, albo nawet luźne myśli, które błądząc po oceanie podświadomości nasiąkają twoim obrazem. Abym w końcu dostrzegł cię nagą dla mnie. Dobrowolnie złożoną ofiarą, którą z wysokości ołtarza będę brał w posiadanie, bo mi się należy. Należy. Przecież powiedziałem, że chcę. A skoro chcę, to dostaję. Tak było i tak ma być wciąż.

Wreszcie ulegasz i stajesz naga dla mnie, a ja tryumfalnie patrzę na ciebie, jak na własność. Jak na wypatrzoną dawno temu na sklepowej witrynie zbyt drogą zabawkę, która niepojęcie trafiła w moje dłonie wypełniając mnie euforią. Dotykam nieśmiało najpierw, chwilę później odważniej, aż sięgam po ciebie całą i biorę we władanie. I tylko czasem, kiedy myślisz, że nie patrzę, w twoich oczach widzę żal, smutek jakiś mną uczyniony, że nie jestem takim, jakim ty byś mnie chciała. Widzieć, czuć, oddawać się zgoła.

Tolerancja? Ja i tolerancja? Łatwo jest mówić, obiecywać, w słowach ukrywać pragnienia mną szyte i dla mnie. Raczej cyniczne i bezduszne siedzi we mnie zwierzę, które brać chce co mu się nie należy, na co nie zasłużył i nie powinien. Nieustannie napinam strunę, szukając nocnych ścieżek twoich dłoni zanurzonych w ciebie, żeby ich miejsce zająć, żeby własnym dotykiem zastąpić twój, który przecież bardzo kalekim jest… Ach – nawet teraz potrafię słowami zmieniać rzeczywistość, manipulować emocjami i kręcić nimi na chwałę własnych chęci. Podstępnie i podle.

Zerkam kątem oka, żebyś nie dostrzegła. W tobie tyle rozumu jest wciąż. I kiedy nawet na granicy bezwstydu balansujesz i fanaberiom moim „tak” mówisz, to przecież potrafisz moje dłonie odsunąć i powiedzieć stanowczo „nie”, kiedy ja bełkocę ogarnięty pasją – „chcę!”

Tolerancja i ja… Ja i moje nieskończone chcę - trzy słowa, z których dwa tylko uczciwie zmieszczą się w jednym, prostym zdaniu, chociaż potrafię ułożyć je wszystkie razem – potrafię, ale nie przed lustrem. Nie szczerze do krwi – niech tolerancja zostanie za drzwiami, kiedy ja chcę. A ty stań przede mną ze swoją nagością i daj mi wszystko po krańce zmysłów i jeszcze trochę spoza nich. Przyjdź do mojego chcę i bądź. Moja bądź. Dla mnie… Chcę przecież… Ja… Chcę…

Ja chcę!

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Strach

Strach niósł się drżeniem gasnącej fali wzdłuż stalowego kręgosłupa budynku i rozpierzchał po równie stalowych, poprzecznych wręgach, niczym po żebrach spiętych w klatkę. Zupełnie inaczej niósłby się po wodzie, rozpływając się w pazernych falach biegnących w każdą stronę. Tu ruch był ukierunkowany, narzucony zamysłem architekta, a przecież i tak docierał wszędzie, kalecząc uszy, powodując trwożne rozbieganie wzroku i podnosząc dłonie do ust, by ukryć szloch trwogi, albo by przygryźć palce do bólu i odciągnąć umysł od tego dźwięku, który potrafi chwycić za gardło i wyprzeć powietrze z płuc.

Nie było wolnych od lęków. Dźwięk dotykał duszy i darł ją na strzępy. Najodważniejszy w krzyku wyzwania zawierał obawę, że może przyjść ten strach i pożreć serce żywcem, nie wyjmując go spomiędzy łopatek czy zwartej klatki żeber. Tchórzliwsi obejmowali ramionami kolana, kulili się na łóżkach, fotelach czy dywanach i zamykali oczy udając, że ich tam wcale nie ma, chociaż wiedzieli, że to dziecinna iluzja, ale i tak oddawali się jej nie widząc bardziej racjonalnych rozwiązań. 

Dźwięk docierał do każdego z zakamarków, wsiąkając w tkanki i mięśnie. Płynął układem  nerwowym i przysiadał pod każdą znalezioną czaszką niedopowiedzianą grozą. Dopiero wtedy pojawiał się następny i magistralą, którą szedł pierwszy posuwał się niczym prąd po rozpoznanej już trasie. Strach zarażał i niósł się niczym wirus, czy pustynna burza obejmując to, co spotkał po drodze. 

Wystarczył jeden krzyk, by porazić mięśnie. Drugi rzucał na kolana organizmy przerażone do tego stopnia, że nie znalazły odwagi nawet na ucieczkę. Oddech skrócony do spazmu i spojrzenie zaszczutego zwierzęcia trwale osiedlały się na każdym. Potem puściły pierwsze zwieracze i smród mentalny stracił wyłączność. W trzecim nawrocie strach chichotał już i bawił się stadem pochwyconych jednostek trącając pojedyncze z nich, jakby je skazywał na śmierć. Ktoś konwulsyjnie kopał nogami ziemię w ataku paniki i nikt poza strachem nie starał się mu pomóc. Inny, o słabym sercu, dogorywał w zawale zbyt gwałtownym , by miał szansę na drugi. Nie pomogło zaciskanie rąk na uszach. Dźwięk i strach mieszkały już wewnątrz i umiały dotrzeć bez pośrednictwa uszu. Indukowały się wprost z kręgosłupa i paraliżowały, by później porwać w czyste szaleństwo i zabić.

Strach był już wszystkim i opanował każdy żyjący organizm. Nikt nie wiedział skąd przychodził, ale był tu i zdawał się nieprzerwanie szeptać wprost do mózgów:
- Jestem tu po ciebie. Jesteś mój. Poczekasz na mój głód, na pragnienie. Wezmę cię, gdy tylko zechcę. Ale najpierw nacieszę się twoimi lękami.

niedziela, 19 stycznia 2020

Wróżba

Jak ktoś ma pecha to nawet wróżąc z fusów herbaty dowie się, że herbata była w saszetkach, a śladowy poziom pozostałości po napoju wystarczyć może najwyżej do spekulacji i to obarczonych wielkim ryzykiem nadinterpretacji. Co jednak robić jeśli herbata dawno wypita i mikroskopijne krople zasychają na ściankach kubka, a na jego dnie tli się zalążek wróżby? Przyglądałem się tyleż bacznie, co bez zrozumienia i zapewne trzeba byłoby szamana, żeby coś wykuglował z tak mizernej materii. Ja zapadłem się w sobie i bezmyślnie zerkałem na dno naczynia, w którym nie pływało już nic mogącego zwilżyć wargi. Drobny meszek kurzu herbacianego przykrywał dno schnące nieco wolniej od ścianek kubka.

Postanowiłem odczekać chwilę, bo może trzeba ustabilizować obraz, zanim zacznie się z niego czytać. Kubek stygł, wietrzał i sechł bez większego entuzjazmu - ja zresztą też wolałem go pełnym i gorącym. Dylemat. Zrezygnować z objawienia na rzecz parującej herbaty, czy uzbrajać się w cierpliwość i czekać na przesłanie? Cierpliwością grzeszą kamienne nagrobki, a nie żywi ludzie. Ja również nie należałem do tych, którym udaje się zmarmurzeć na czas wystarczająco długi i przebierałem nóżkami, żeby przyszłość uchwycić tu i teraz. 

Poszedłem na kompromis z moim dylematem - kubek odstawiłem na parapet, a sam poszedłem zaparzyć herbatę, tym razem już z fusami, w innym kubku. Zapach mówił mi, że dokonałem doskonałego wyboru. Przyssałem się do wrzątku i co tu ukrywać - chciwie siorbałem, jakbym od dawna nie próbował napoju. Wnet obejrzałem dno, na którym kłębiły się liście, jakby to była jesień w pobliskim parku - ciemne, wilgotne, gęstym kożuchem leżące na całej dostępnej powierzchni czekały na mnie. Tym razem dno aż się prosiło o wróżbę. Przyglądałem się jak z braku wilgoci zniekształca się obraz modyfikując ukształtowanie tej martwej przecież natury. Patrzyłem usiłując wprowadzić jakikolwiek ciąg znaczeniowy, ale język natury chyba nie był moim ojczystym, bo nie rozumieliśmy się wcale, co mnie odrobinę zniechęciło. 

Szczęściem obok mieszkała Cyganka, więc niewiele myśląc zaprosiłem ją na herbatę licząc, że przy okazji odczyta i wcześniejszy wynik. Sprawa zdawała się zmierzać ku rozwiązaniu. Cyganka chętnie wypiła herbatę i zjadła parę maślanych ciasteczek. Kiedy zapytałem ją o przepowiednię zawartą na dnie wszystkich kubków, podrapała się po nosie i wiedziona ciekawością zajrzała kolejno w dna kubków - trzech moich i jednego swojego. 
- Cóż sąsiedzie... - rzekła z namysłem sugerującym powagę sytuacji. - Myślę, że jedno jest oczywiste, a reszta mglista. Żeby nie mieszać ci w głowie mgliste przepowiednie zostawimy losowi. A oczywista rzecz jest taka, że masz cztery kubki do umycia.

sobota, 18 stycznia 2020

Próba

Pytania. Zakończone nie znakiem zapytania, a szubieniczną pętlą. Stwierdzenia z wykrzyknikiem maczety wbitej głęboko w plecy, lub kropką pocisku magnum 44 rozpłaszczoną w betonowej ścianie po przejściu przez miękkie ciało. Jeszcze niedopowiedzenia, z wielokropkiem, pośród oceanicznych toni, pływających głodnymi żarłaczami. Dołóż milczenie, głębsze od ciszy idealnej próżni, zabierającej oddech, zanim pomyślisz o ust otwarciu. Spróbuj teraz. Żyj. Pełnią księżyca, blaskiem słońca, rozmaitością gwiazdozbiorów. Jeśli potrafisz, chyba jesteś bogiem. Kłaniał się będę najniżej, jak potrafię, gdyby się znalazło jedno dobre słowo warte powiedzenia. Zostań szumem drzew, pejzażem nieposkromionym, zmiennym jak pory doby i roku. Pokaż mi sztuczkę. Iluzję. Pokaż uśmiech szczery.

czwartek, 16 stycznia 2020

Łakomstwo

- Patrz, jak żre. Jak buldożer idzie i nawet się nie zawaha. Żre jak leci, jak kombajn.
Zerknąłem na horyzont, a tam faktycznie, kurzu chmura, zgiełk jakowyś i wszystko co żywe wieje stamtąd o mało nóg nie gubiąc. Ale co? Trudno poznać. Wzrok nie ten, a i kurz przesłania. Szarańcza jakaś zmutowana? A może maszyneria taka tyralierą idzie i mieli do żywego kamienia wszystko, co na drodze spotka. W tym hałasie myśli zebrać ciężko, więc stoję i raczej bezmyślnie się gapię z otwartą gębą. Co to być może? Ręką po zarośniętym policzku przejechałem aż zaskwierczało od zarostu twardego. W życiu nie widziałem nic podobnego, a żyję już czas jakiś i byle co mnie zaskoczyć nie może. Portki troszkę podciągnąłem, bo z tego zdziwienia jakby niżej niż zwykle, może strach nieświadomy? Albo wychudłem odrobinę na świeżym powietrzu pracując. Na wszelki wypadek poszedłem do chałupy i z lornetką na dach się wspiąłem. Przynajmniej zobaczę, co tam grasuje tak hałaśliwie, zamiast stać bezczynnie i muchy w gębę łapać. Wgramoliłem się na dach, lata już nie te, żebym jak kozica skakał, czy na drabinie tańce dzikie wyprawiał, ale jakoś się dało. Siadłem obok komina i szkła do oczu przystawiam, gdy tylko oddech się trochę wyrównał. Dziwne, starość jakoś mnie dopada niepostrzeżenie. Parę szczebli i kroków kilka po nierównym i wystarczy, żeby się zasapać. Wreszcie bez rąk drżenia do oczu uniosłem lornetkę – łup wojenny jeszcze, ale działa, dobrze szkła, to i działać musi, a mechanizm smarowany, to i trzyma się w całości. Solidny, nie taka zabawka z aluminium i plastiku. Swoje waży, ale warto dźwigać. Ostrość próbuję wyregulować i nawet się udało. Te wzrokowe perypetie szkłami zawsze jakoś się wyprostuje, dobrze, że książek czytać lornetka nie trzeba. No i gapię się na horyzont jak jaki letnik, turysta, czy inny ciekawski bubek z Japonii i świat pusty oglądam, zamiast kartofle okopać. A tam… coś dziwnego się dzieje.
Jakby trąba powietrzna, tylko pozioma, a nie pionowa. Przetacza się po polu sąsiada i pszenicę mu mieli bez litości, choć to nie pora. Faktycznie jakby kombajn, ale taki, co to pięćset metrów na jedno posiedzenie obrabiał. No, Stachu, ty toś maszynerię taką postawił? Skąd pieniędzy nabrał i czemu żniwa zanim dojrzeje. Na pszenicę czas jeszcze przecież. A poza tym – zmieli to w pół godziny i co potem ta maszyna będzie robić? Taką to dżunglę brazylijska w tydzień zmieliłby na trociny. Zerkam wciąż i ciekawość niezdrowa we mnie rośnie, a pytania o logikę tego postępowania rosną we mnie tak, ze brwi już chyba mam na plecach. Oparłem się lepiej o ten komin, też dobrze byłoby go otynkować, bo już popękało i iskry jakie mogą z dachu sypać i słomę ze stodoły zaprószyć. Bieda byłaby, bo przecież nowej stodoły stawiać nie będę. Może ubezpieczyć i niech się dzieje? To później pomyślę, dobrze, że zauważyłem dziury w kominie. Teraz to draństwo pooglądam jeszcze chwilę, zanim mnie kobita na obiad zawoła. Nie. Nie zawoła, bo też się gapi. Przed chałupę wyszła i ręką czoło od słońca zasłania i gapi się na stachowe pole i tę pszenice niedojrzałą po krańce widzenia. Co za franca jaka? Kto to widział żniwa na czerwca początku odprawiać? Dziwne to jakieś.
Zerkam znowu, a ten wał kurzu i trocin toczy się w moją stronę. Wysoki jest. Jakie cztery metry, może więcej nawet, bo tam nad rowem zmielił też wierzbę. Szkoda trochę, bo ogłowiona pięć lat temu i teraz ładnie cień dawała gęstą, młodą czuprynką. Miło było posiedzieć ze Stachem i kielicha grzmotnąć w cieniu. Jakiś ruch koło domu, więc okiem rzuciłem, a tam Stach stoi i włosy rwie z głowy.
- Stachu, a kto to twoje pole młóci tak nie w porę? – krzyknąłem z dachu, a ten tylko włosy rwie z głowy i klnie na czym świat stoi.
- Józek, pojęcia nie mam, ale przed chwilą moja krowa takiego szwungu dostała, że chyba się dziś nie zatrzyma. Pojęcia nie mam, co za draństwo się tam panoszy, ale mu nogi z tyłka powyrywam, tylko mi daj jaką kosę, czy siekiery kawałek. Pójdę i zrobię tam jaki porządek, nim do reszty mi pole zmarnuje.
Podrapałem się po łbie. No nie godzi się tak sąsiada w potrzebie zostawić, choć trochę strach w tę kurzawę wchodzić, ale – Stachu pomógł nie raz i nie dwa – mus, to mus. Zebrałem się z dachu i na dół. Po drodze tylko flaszkę złapałem co to w lodówce została po ostatnich imieninach, żeby dla kurażu, jak odwagi nie starczy. Z drewutni żeśmy dwie siekierki świeżo ostrzone zabrali, kobita palce gryzie, a my już idziemy w tę zawieruchę, żeby pole ratować. Na przełaj, przez zboże, bo czasu nie ma, żeby obchodzić. Głupio tak trochę bo ten od maszyny nie zobaczy nas w tej zadymie i chyba jakim skrajem trzeba i od tyłu gościa zajść, po partyzancku, bo inaczej przemieli jak nic. To tak celujemy w ten bliższy koniec tumultu, gdy nagle cisza. Stanęło. Stanęło i stoi.
- Patrz – wysapał Stach – wystraszył się cholernik jeden.
- A to na rowie gdzieś tak stanęło co?
- No będzie, że na rowie. Może maszyną nie przejedzie. Zwolnij Józek, bo mi nogi włażą nie powiem gdzie.
Skoro stanęło, to pośpiechu nie ma, stanęliśmy w tej pszenicy i po kielichu walnęliśmy na nerw uspokojenie, a potem już, jak wiek każe z godnością, poszliśmy dalej. Bez tego nieprzystojnego biegania i dyszenia jak pies. Ledwie ze sto kroków zrobiliśmy, a tu znów rwetes, tylko ta maszyna obróciła się jakoś i mieli teraz w lewo. No my i tak od prawej szli, więc bliżej będzie. Ale warczy, mieli i żre. I teraz coś widać wreszcie, ale skaranie boskie. Zeżarło do kamienia. Wszystko z ziemią włącznie. Jakby boisko jakie miało tu być, albo pod fundamenty parkingu dla TIR-ów.
- Ki diabeł? Co to ma być? Pszenicę zmarnował – trudno, ale ziemię zabrał? Po co mu to?
- Jak wylizane, do czysta. Coś mi to śmierdzi Stachu. Choć jeszcze bliżej, zobaczymy, czy czego nie widać, bo w tej kurzawie, to oczy szczypią.
Wyszliśmy na kamienie. Gładkie, ciepłe i ziarnka piasku na nich nie było. Ni mróweczki najmniejszej, czy muchy. Jakby całe życie ktoś odkurzył i ze sobą zabrał.
Staliśmy tak z tymi siekierami, gapiliśmy się na ten ugór kamienisty i żadnych pomysłów, co to i kto i po co to komu? A walec mielił dalej, tylko teraz w inną szedł stronę.
- rządowa jakaś zabawka i nie uprzedzili? – pomyślałem – może odszkodowanie dadzą i się odkujesz, a jak nie, to do gazety i zaraz dziennikarze porządek zrobią. I jeszcze zdjęcia będziesz miał na całą Polskę
- Wiesz Józek, gdzie ja mam zdjęcia? – Stach był w wielu kwestiach bardzo praktyczny i wiele spraw miał tam, gdzie niektórzy wszystko mają. – pole szlag trafił, a ja fotki będę oglądał? W kibelku chyba, jak mi się papier skończy. Do dupy.
Patrzyliśmy w milczeniu na te kamienie po polu leżące cicho, a z lewej młockarnia mieliła dalej. Tuman kurzu od tyłu też gęsty, lecz nie tak, jak od przodu i coś tam wydawało się, ze widać. Lecz ani śladu metalu, kabiny, kół czy gąsienic. Tylko walec taki ziemisty się toczył może na trzech chłopa wysoki. Niedługo się toczył, bo znów stanął. Jakby myślał i zastanawiał się co dalej. Niepojęte. Poszliśmy za tym, a kurz powoli osiadał i trochę widzenia było. Dzień w pełni, lato i słońce, wiatr trochę pognał zadymki i ten walec przed nami odsłonił się wreszcie. Nagi taki i nic nie wystaje. Jakby nie miał przodu, czy tyłu. Taki rulon z ziemi. Brązowy, ale rozmaicie. Nie tak po całości, tylko ogólnie brązowy, a punktami jakiś taki – wszędzie inny. No… maszyna toto nie jest. Nie wygląda. I operatora nie widać. Zresztą gdzie by wlazł taki. W ten rulonik. To chyba z boku, ale przecież bok też widzieliśmy. Trudna sprawa – ja bym nie wlazł – w ten rulon ziemi, to jakbym się sam pogrzebać chciał. Rzuciłem siekierkę, bo widać, że nie będzie kogo nią obsobaczyć, pociągnąłem z flaszki i Stachowi podałem bez słowa.
- pójdę, pomacam, co to takiego – odwagi urosło, widać dobra gorzałeczka, albo ja już z głowa nie do końca dobrze stoję.
Parę kroków zrobiłem, a tu rulonik obraca się i boczkiem do mnie się obraca. I startuje w stronę skąd przyszedł
- Stach! Ta cholera do domu ci wejdzie. Gonimy!
Pobiegliśmy chociaż kurz, próbowałem na ślepo złapać tego boczka i drzwi, czy okna poszukać, albo jakiego uchwytu, ale to się kręciło i mieliło i nic za co pewny chwyt zrobić. I lataliśmy tak ze Stachem jako te latawce na wietrze, a to sobie nic z nas robiło. Ani się śmiało, ani klęło – szło i żarło pszenice i ziemię i co tam na drodze stanęło. Robaki i myszy nieostrożne, lub zbyt wolne wkręciło jak nic. Ot – głodomór, tylko po co ziemię żre i kiedy odda. Czy odda, bo z pola to nici i Stach do miasta chyba pójdzie za chlebem, bo na kamieniu przecie nie rośnie nic poza mchem. No żal mi się chłopa zrobiło, a tu nie ma na kim się wyżyć nawet. A walec szedł bez pośpiechu i trwogi żrąc i liżąc ziemie do kamienia. Stanęliśmy zdyszani.
- Stach. Nie dam rady dalej się z tym szamotać. Za mocne draństwo. I człeka nie widać. Żeby choć koła miął, tobyśmy mu kapcia zrobili i poczekali aż kto wyjdzie, żeby mu gębę obić. A tak to co? Znikąd nadziei. Stanęliśmy zdyszani, smętni i w beznadziei pogrążeni, a ten szatański walec kolejny raz się obrócił i paraduje nam przed nosami. Toczy się kurzem w oczy sypiąc i chwastem jakimś rozdrobnionym, a za nim pustynia kamienista, pusta i czysta jak lodowisko. Kółko zatoczył. W kwadracie, ale kółko. Więc może się pomylił? Przecież za chwile już po kamieniach jechał będzie, bo tam już wygryzł do czysta. I co dalej. Patrzyłem na skraj tego, co polem było a teraz stało się dnem basenu chyba.
- Stachu. Gdyby tak deszczu dużo, to może staw i ryby hodować? Patrz – posprzątane i najmniejszego korzonka nie widać. Może zarastać nie będzie i karpie na święta, albo jakie inne pstrągi dla turystów w hurcie sprzedawać? Przecież tu już nic nie posadzisz, chyba że to – pokazałem z obrzydzeniem na walec – chyba że to odda, wysra, wyżyga chociaż ziemię, ale się nie zanosi. Żarłoczne toto aż strach. A patrz jak żarło – do rowu z każdej strony. Jakby się wody bało. To co teraz zrobi, skoro rowy dookoła, a w środku wyżarte? Przeskoczy? Dupę ma chyba za ciężką, więc tu zgnije i rozciągniemy może. Franek koparek pożyczy, byle na paliwo było. Cała wioska to może do zimy rozciągniemy z powrotem. Tylko niech ziemię odda chociaż. Patrz, jaki tłuścioch. Ledwie się rusza – może pęknie wreszcie i jeden kłopot mniej.
Pociągnęliśmy z flaszki po ostatnim łyku, splunęliśmy, a ja cisnąć chciałem te pustą flaszkę w ów walec. Butelka zatoczyła łuk i spadać zaczęła wprost w środek tego żarłoka. W te brązowe liszaje teraz nieruchome jak wały nad rzekami. Obróciłem twarz do Stacha, bo coś tak ucichł i nie wiedziałem, czy co się mu nie stało, serce może nie wytrzymać, kiedy ojcowiznę jaki obcy pożre, a to było takie niesamowite, że o wypadek kardiologiczny nietrudno. Stach stał ze spuszczoną głowa i dumał oparty na siekierze, którą do tej pory ciągał ze sobą. Usłyszałem jak pęka szkło. Zerknąłem przez ramię, a tam, gdzie przed chwilą nażarty do wypęku walec odpoczywał świeciły kamienie. Kamienie, a na nich ta nasza w nerwach pita butelczyna roztrzaskana na drobne.
- Wiesz Józek – wreszcie się odezwał – jedna to mało, chodź do mnie na kielicha. I tak roboty dzisiaj nie będzie, to możemy przy kieliszku podumać, co to robić teraz. Chodź – sam wciągał przecie nie będę jak ten tu nienażarty. On poszedł, to my też chyba, co?

niedziela, 12 stycznia 2020

Lalka

- Zostaw – krzyknąłem ostro i całkiem niegrzecznie, gdy zbliżył się do leżącej w kącie strychu laleczki i wyciągnął po nią rękę. 

Nikomu nie pozwalam jej dotknąć, ruszyć, kopnąć, czy nawet kichnąć w jej stronę. Ma tam być, w niezakłóconym spokoju leżeć. Mieszkać w tym kącie do końca świata. Ruszyć jej nie dałem dzieciom siostry, fachowcom, co dach naprawiali, kominiarzowi – nikomu. Może mam uraz, może jestem dziwakiem, ale leży tam już trzydzieści lat chyba. Sam tylko raz na kilka lat delikatnie kurz z niej zdmuchnę, żeby zobaczyć, czy w guziczkowych oczach wciąż życie mieszka, a uśmiech nie wypłowiał zupełnie. Ten uśmiech, nie taki jak Mona Lisy. On tuszem jakimś namalowany dziecięcą chyba ręką, niewprawną i drżącą, bo asymetryczny jest i dziś powiedziałbym – brzydki. Ale wiem, że to jest piękny uśmiech i tak nie powiem. Dotknąć nie pozwolę nawet najlepszemu kumplowi – niech bierze co chce, flaszkę z lodówki razem z lodówką, obrazy ze ścian niech zabierze, portfel z płaszczem na wieszaku wiszącym, ale tej jednej lalki nie dam nawet dotknąć. Ma tam być. To jej miejsce i większej świętości w tym domu nie ma.

Patrzył na mnie zdziwiony, zupełnie nie pojmując skąd we mnie takie emocje z powodu szmacianej zabawki. Patrzył, ale nie schylił się i uszanował tę moją ekstrawagancję.
- O co chodzi? Czemu jest taka ważna?

Zabrałem go ze strychu. Siedliśmy przed domem przy kawie.
- Chcesz, to ci powiem. Tylko nie powtarzaj nikomu, bo pomyślą, że stuknięty jestem, a mi nie chce się tłumaczyć. Tobie powiedzieć mogę. Wiesz, że miałem dziadków w tej wiosce, co obok nas – tu za rzeką? Dawno to było i ja, jeszcze kajtkiem byłem. Jak to dzieciarnia, bawiliśmy się u nich i wszystko było nam wolno, bo dziadki już takie są, że wnukom pozwolą na bardzo wiele. I u nich na strychu leżała ta lalka. W kącie leżała i nikt się nią nie interesował. Chłopaków lalki nie bawiły, a dziewczyn na strych nie zabieraliśmy. Tam rupieci co niemiara leżała i wszelkie wyspy skarbów, więzienia i pirackie statki się odbywały. Stare połamane meble, skrzynie ciężkie jak grób, lampy, obrazki, kawałki maszyn rolniczych – no rupieciarnia, jak to na strychach. Za to plac zabaw przecudny dla dzieciarni, więc często tam bywaliśmy, szczególnie, gdy pogoda nie dopisała. No i w końcu zmarło się dziadkom, a rodzice już własny domek mieli, też nie najmłodszy, ale własny. Tamten stał pusty, bo pomysłu na niego nie było. Stary, garbaty i mchem porośnięty, a kiedy ludzi w nim brakło, to jeszcze się pochylił od nieużywania. Staruszek wyniósł, co wartość miało, spalił śmieci za domem i tak stał sobie i tylko myszy go nawiedzały. Któregoś razu, wlazłem na ten strych, a tam pusto. Dobrze ojczulek posprzątał i wyspa piratów teraz pustynią być mogła. I tylko ta laleczka w kącie leżała. Zabrałem na pamiątkę i do naszego domu zaniosłem. Tak jak u dziadków leżała na strychu, tak i tam ja wyniosłem na strych i w kąt położyłem. Możesz się ze mnie śmiać, ale dom dziadków tej samej nocy stęknął, klęknął i upadł. Może ze starości, może wiatr go przewrócił, ale tak było, że upadł tej samej nocy, kiedy ja lalkę z niego zabrałem. Wiesz? Nie zwróciłem wtedy uwagi, bo kto by zwracał, kiedy takie wydarzenie w życiu młokosa – afera, zamieszanie i zbiegowisko. Bo w końcu nie co dzień dom klęka i w kupę śmieci się obraca. Ojciec jakoś to opanował, gruz wywiózł na polne drogi, drewno odłożył na bok i do palenia było jak znalazł, a że pusty był, to nikt za bardzo nie żałował. Ziemie się sprzedało, i kto inny tam teraz mieszka – może widziałeś – miastowi, co to zielonym peugeotem jeżdżą i chyba tylko na weekend tu się pojawiają, żeby od miejskiego kurzu i hałasu odpocząć. I ta nowa taka kostka parterowa z blachą na dachu. Nawet w tym samym miejscu stoi, co dziadków domek. A dziadki na naszym cmentarzu i kamień już płowieje i ryte napisy straciły ostrość konturów. Stare czasy. Ale do rzeczy. Matka chorować zaczęła i ojciec chciał bliżej lekarzy, my z domu już wyfrunęliśmy, jemu chałupa za dużą była, więc ją chciał sprzedać, a przecież też ona nowa nie była. Kupili mieszkanie gdzieś tam w opłotkach miasta i to posprzątali. Ja już tutaj się wprowadziłem i z kobitą na swoim urzędowaliśmy, a pisklak w drodze, to i pomóc za bardzo nie szło staruszkowi. I kiedy już odżałował, odchorował te przeprowadzki, meble po starych znajomych utkał, a chata skrzypiała pustką i chłodem zionęło poszedłem zobaczyć. Ostatnie spojrzenie, nim pójdzie chałupa do ludzi. Łaziłem po pustym domu, a spod nóg tylko kurz się podnosił, muchy zamalowały okna z pająkami do spółki, mrówki, myszy, jakieś gniazdo rudzika – ruina i tyle. A przecież dom. Stary, niewygodny, ale dom. W środku nic nie zostało, bo co się wziąć dało, to poszło po sąsiadach – na małym tyle dobra nie było potrzebne, więc ojciec za psi pieniądz puścił a część porozdawał, żeby go pamiętali tutejsi. Sam poszedłem i sam po tym pustym domu chodziłem i tak mi jakoś – no wiesz… przykro trochę, bo chociaż rozumiem, że starość ma swoje prawa i konieczności rozmaite życie przynosi, to przecież dziecka świat się w tym domu mieścił i żal mi było chałupy. Na strych mnie wywiało, gdy wspominać zacząłem, a tam ta lalka leżała. Zapomniana, zakurzona i brudna, że ledwie ja poznać zdołałem. Nikomu nie mówiłem, ale siadłem na tym strychu i płakałem, z nosa mi ciekło i wspominałem... dom dziadków i dzieciństwo, i te lata beztroskie. Wziąłem tę lalkę w rękę, dmuchnąłem jej w twarz, żeby trochę kurzu zeszło i zabrałem. Zabrałem na pamiątkę, żeby mi coś takiego drobnego oba domy przypominało. Żebym pamięć dziecka w domu dziadków i rodziców w sobie doniósł do końca życia i wnukom opowiedział. Zabrałem i do domu wróciłem. Wyniosłem ja tu, na ten strych i w kąt odłożyłem. Bo wiesz – tu tylko kominiarz zajrzy raz na ruski rok, a pusto jest i dzieciaki tu nie włażą. Położyłem pod ścianą, żeby tu sobie mieszkała. Pewnie zapomniałbym o niej, ale tej nocy… Wichury szły przez okolicę. Wściekłe wiatry. I we wsi jeden się dom przewrócił. Dokładnie jeden i to staruszków chałupa była. Żadnemu wiatr nawet dachu nie zerwał, a temu jednemu, jakby wszystkie nieszczęścia świata los przypisał, ściany padły i stropy, komin na ziemię rzuciło i nie było co ratować nawet. Rano, gdy sąsiedzi mi powiedzieli poszedłem zobaczyć. Zamiast domu kamieni kupa. Ruina kompletna. Nie było co zbierać, tylko Fadroma i gruz usunąć. Staruszek się podłamał kompletnie. Rok ze staruszką pożyli raptem. Więcej po szpitalach, jak w tym mieszkaniu. On, to już chyba czekał, by zemrzeć w spokoju, tylko matki pilnował, żeby się sama na świecie nie została. Jak matka padła, tak on tydzień później. Dom, to sam wiesz, bo obok przejeżdżasz co dnia – sklep tam postawili, gdzie piwko pijemy, mieszkanie sprzedałem, tu remont machnąłem większy i ruszać się stąd nie zamierzam. Ale ta lalka… śmiej się ze mnie do woli – nie dam jej ruszyć nikomu. Dwa razy w życiu ją z chałupy wyniosłem i dwa razy dom rozpadł się w pierwszą noc. Dwa domy z mojej przeszłości zniknęły, gdy tylko wyniosłem z nich tę laleczkę. Dzieciom niczego nie bronię. Niech broją do woli, ale kiedy kto tylko do lalki się zbliża, to mi się włos jeży na tyłku i utłukę na pochodzenie nie patrząc. Nie patrz tak na mnie. Bo prawdę mówię. A kiedy mnie zbraknie, to dzieciom przekaż, żeby się nie ważyły choćby tknąć tę laleczkę.

piątek, 10 stycznia 2020

Guzik

Pani była tak roztargniona, że nawet nie zauważyła mnie, gdy stanęła przede mną i bezwiednie drapała paznokciem klapę marynarki. Stałem sparaliżowany nie mogąc nawet drgnąć, gdy szpon przedarł się przez materiał i od niechcenia przeciął jedwab koszuli. Trudno wymagać, żeby tak delikatna tkanina wytrzymała napór paznokcia wyostrzonego na bojowo.
Gdybym mógł to pewnie krzyknąłbym, gdy przecięła mi skórę i pierwsza nieśmiała strużka krwi zaczęła przeszukiwać ścieżki w głąb ziemi, wybierając na ciele te miejsca, którymi najszybciej mogła to osiągnąć. Część krzepła wyznaczając koryto, część wsiąkała w materiał, aż nachlał się do syta, lecz reszta wytrwale płynęła w dół nie przejmując się stratami. Krwi byłem pełen i wydawało się, że nie zabraknie jej na fanaberie pani o szklanym wzroku, w którym nie umiałem odnaleźć siebie ani jej.
Palec wgryzł się we mnie jak dżdżownica w glebę. Wolno lecz nieustannie pogrążał się omijając kości od niechcenia. Nie wiem dlaczego, jednak byłem przekonany, że kości mam zbyt miękkie, by przetrwały tak wielkie roztargnienie i nieustępliwość. Mięśnie wiotczały i napinały się pod wpływem ruchów palca, który zaczął już łaskotać skórę od wewnątrz pleców. 
- Och! - twarz kobiety ożyła, kiedy palec wynurzył się z drugiej strony. Usta zgasły zaraz po okrzyku, a dłoń cofnęła się zawstydzona. Pani oparła dłoń o drugą klapę marynarki, jakby chciała wytrzeć ją z krwi, ale palec tak zasmakował, że drążył już drugą dziurę. Znów zapomniała o mnie i pozwoliła narzędziu na swobodę. Wprawa uzyskana za pierwszym razem sprawiła, że pazur wynurzył się na plecach zdecydowanie szybciej i nie zaspokoił swoich ambicji. Tym razem kobieta powstrzymała się od wydania jakiegokolwiek dźwięku, lecz przystąpiła do trzeciej przeprawy. A potem do następnej. 
Stałęm bezradny w kałuży stygnącej krwi i wyglądałem jak ochłap. Nie miałem pojęcia jak wielkim apetytem wykaże się kobieta, lecz cztery stygmaty rozlokowane w niedoskonały kwadrat najwyraźniej ją zaspokoił. Na moich oczach oblizała palce i ujęła w nie przeźroczystą nić. W szklanym wzroku nie było widać ani skupienia ani niecierpliwości, gdy nawlekała nić na sporą igłę. Zanim zorientowałem się w jej zamiarach zaczęła mnie przyszywać do ciężkiej, aksamitnej kotary w kolorze dojrzałego burgundu. Krew opuszczając ciało pozostawiła mnie bladym, niczym stara kość słoniowa - jak pożółkły, pomarszczony guzik poruszany wiatrem na ciepłej, głębokiej czerwieni zasłony dzielącej świat na części. 

wtorek, 7 stycznia 2020

Zawierzenie

Wysiadła na przystanku jak każdego innego dnia i nim zdążyła stanąć prosto już tonęła w ramionach mężczyzny, który całował ją i przytulał, jakby nie widzieli się od miesięcy. Kiedyś była trochę skrępowana, że ludzie siedzący w autobusie patrzą na nich z mniej lub bardziej jawną zazdrością.  Teraz przywykła i niemal z pobłażaniem, jak dla psotnego wesołego dziecka, podchodziła do tego zbiorowego, głodnego wzroku. Mężczyzna szeptał jej do ucha wyznania i tęsknoty, i zdawał się wcale nie widzieć gapiów za szybą autobusu. Całował jej policzki, uszy, albo wpijał się w usta, a dłońmi przytulał ją tak mocno, że traciła oddech i kręciło się jej w głowie. Potem wyjmował jej z rąk siatki pełne zakupów i przekładał je do przyniesionego przezornie plecaka. Ona nie chciała go nosić, bo odbierał jej kobiecość, więc decydowała się na niewygodne siatki, które on powoli i ostrożnie przepakowywał do niekochanego plecaka, który zarzucał na plecy, by móc jej podać rękę i poprowadzić ją do domu. Ich domu, który był odległy od tego przystanku ze cztery kilometry bezdroży.
Miała wrażenie, że tą ścieżką wśród pól i skrajem zagajników wydeptał dla niej odprowadzając ją na autobus każdego poranka, gdy jechała do pracy. Ogarniał jej włosy i całował całą twarz, jakby bał się, że więcej się nie zobaczą, a potem czekał, aż kurz za autobusem opadnie i wracał do domu, żeby po kilku godzinach znów gnać na autobus powrotny. Witał ją żywiołowo jak pies witać potrafi domownika. Od samej jego miłości kręciło jej się w głowie, a kobiety w autobusie wzdychały zupełnie jednoznaczną zazdrość. 
- Boże… - pomyślała. - Żeby one wiedziały...
Gdy autobus odjeżdżał, a oni oddalali się od asfaltowej szosy na tyle, by została tylko wspomnieniem, potrafił zatrzymać ją  w środku pól i rozbierać niecierpliwie jak nastolatek, który nie może doczekać się spełnienia. Czasami patrzył na jej nagość, innym razem brał ją szybko, mocno i krzyczał nieposkromioną radość na tym bezludziu. Mogli płoszyć dzikie bażanty lub młode sarny, lecz nie ludzi. Najbliżsi mieszkali kilka kilometrów dalej, a ten przystanek autobusowy już tylko dla nich dwojga tkwił na posterunku, gdzieś pomiędzy wioskami.
Czasami kładli się nadzy, parujący zmęczeniem pośród traw i polnych kwiatów. Ona rozsypywała włosy na jego piersi i dotykiem uczyła się na nowo jego ciała, on palcami czesał jej włosy. Patrzyli w chmury albo zamykali oczy wąchając wiatr. Liczyli obłoki podkradając z plecaka zakupy. Zdarzało się, że wracali do domu dopiero wtedy, gdy nazbierał wystarczająco dużo gwiazd, żeby upleść z nich korale sięgające poniżej jej piersi. A potem szli spać głodni i spleceni szczęściem jak dwie łyżeczki, by obudzić się o brzasku. 
Ona znów w pośpiechu poprawiała urodę, gdy on szykował jej szybkie śniadanie i gorącą kawę, którą pili razem na ganku bez względu na pogodę, a potem biegli trzymając się za ręce, by zdążyć na jedyny o takiej porze autobus. Nauczyła się zakładać adidasy do torby chowając bardziej eleganckie obuwie. Z czasem zaczęła zostawiać je w pracy, żeby nie nosić w tę i z powrotem. 
Uśmiechnęła się do siebie samej, gdy znów powtórzyło się powitanie - chyba nigdy jej się nie znudzi. Mogłaby każdego dnia wysiadać z autobusu i dziesięć razy, żeby tylko on mógł ją powitać z tą niepojętą wręcz radością. 
Mężczyźni nie bardzo potrafią mówić, więc i on mówił dosyć kanciasto, jakby się jąkał, jakby przeszywało go, że ktokolwiek słyszy, ale przekonywał ją, że jej słyszeć wolno. A kiedy mówił "kocham" mógł nawet milczeć, a i tak wiedziała, że to szczera prawda. Zarzuciła mu ręce na szyi i powiedziała: - Ja też...

niedziela, 5 stycznia 2020

Zwątpienie

Surfowałaś na wierzbowym liściu po zamarzniętej toni fosy miejskiej o skarpach już rozebranych z letniej rozpusty. Miły widok, gdy patrzę ja zgrabnie omijasz mimowolny głód wielkich, żywych cygar pływających tuż pod powierzchnią i czekających, aż lustro wody skusi owady, by się w nim przejrzały. Na takim liściu fosa musi się zdawać oceanem, a wiatr huraganem, a ty stałaś na tym liściu wygiętym niczym turecki but i wpatrzona w skrzące się od reklam okna domu towarowego płynęłaś środkiem. Bez żagla i silnika, jakby to była deskorolka z napędem wziętym z pochyłości gruntu, lecz przecież woda nie potrafi podobnej sztuczki. Pochyłość jest jej obca i tak nienaturalna jakby nie z tego świata.

Może mnie usłyszałaś i na przekór moim wywodom podniosłaś fosę przy samym brzegu i ukształtowałaś ów fragment w wiatę, pod którą można się było schronić przed wiatrem. Gdyby był. Ale go nie było, bo oniemiał podobnie do mnie. Nie wpadłbym na pomysł podniesienia fosy i lepienia z niej czegokolwiek, a ty zrobiłaś to niemal od niechcenia i zdaje się, że właśnie kształtowałaś w tej wiacie ławeczkę. Taką dla dwojga.

Wiatr zakręcił się ze trzy razy niczym bąk zerwany z uwięzi dłoni i potarmosił liche trawy wyczesując spomiędzy nich suche liście. A później gapił się bezwstydnie jak siadasz na ławeczce robiąc miejsce dla kogoś jeszcze. 

Masz ładne kolana, wiesz? Ledwie to pomyślałem, jak kiwnęłaś głową. Ty mnie słyszysz? Znowu kiwnęłaś. Stałem z otwartymi ustami i gapiłem się jak ten okiełznany wiatr. Niezwykłe. Słyszysz myśli siedząc w muszli zbudowanej z wody i zdajesz się czekać na towarzystwo. Tym razem kiwnęłaś trzy razy, więc zgadłem. Strasznie dumny byłem z rozwiązania zagadki i sam siebie spytałem, na kogo może czekać ktoś, kto odpoczywa po spływie na wierzbowym liściu? Podniosłaś głowę i wpatrywałaś się we mnie z jakimś napięciem, a potem bez słowa przesunęłaś się w kierunku skraju ławeczki. Nie dowierzałem. Na mnie czekałaś? Twoja twarz się rozjaśniła i kiwałaś głową z takim animuszem, że włosy ci się rozpierzchły i kilka kosmyków zanurzyło się w ścianie wiaty. Kiedy już przestałaś poruszać głową pojedyncze krople kapały z włosów na twoje kolana, a stamtąd płynęły w dół, żeby zniknąć w wodzie.

Nic nie rozumiałem, ale pragnienie, aby usiąść obok ciebie przepełniało mnie, więc przedarłem się przez żywopłot, a potem śliską od liści i stromą skarpą schodziłem do ciebie. Uśmiechałaś się życzliwie i bez pośpiechu czekałaś, aż dotrę. Zapatrzony w twoją twarz nawet nie zauważyłem, że zrobiłem już kilka kroków po wodzie. Szedłem wierzchem i nawet butów nie zamoczyłem! Pierwsze zdziwienie odarło mnie z bezgranicznej wiary. Natychmiast woda się rozwarła i poszedłem na dno. Nie było tam ciebie...

sobota, 4 stycznia 2020

Życzenie

- Patrz! Spadająca gwiazda! - Ola była bardzo rozentuzjazmowana - szybko pomyśl życzenie! One się spełniają!
Pomyślałem czując na ramieniu uścisk jej drobnych dłoni, a ona patrzyła mi w oczy, jakby z nich chciała odczytać, czy myślałem o niej. Ola lubiła być w centrum uwagi i korzystała z każdej okazji, by zabłysnąć. Nawet teraz, gdy byliśmy sami, szukała potwierdzenia swojej atrakcyjności. Komplementy, a nawet samo zauważenie jej, sprawiało tak wielką radość młodej kobiecie, że naprawdę piękniała. Zupełnie, jakby pochwały i podziw stanowiły ekskluzywną oprawę klejnotu, jakim była jej żywiołowa młodość.

Patrzyłem na nią zachwycony widokiem. Po głowie chodziły mi myśli jakie pojawiają się w młodych mężczyznach, gdy przytula się do nich atrakcyjna kobieta. Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem jej policzka. Przytuliła się do wnętrza dłoni, a cała wcisnęła się w moje ramiona przywierając do mnie plecami. Patrzyliśmy w niebo stojąc tak blisko siebie, a ja nos miałem zanurzony w jej miękkich, gęstych włosach. Pachniały obietnicą raju. Jej biodra wierciły się lekko i poczułem zawstydzenie. Musiała czuć moją erekcję i bawiła się mną. Policzki penie miałem purpurowe i dziękowałem Bogu za zmrok panujący dookoła i brak kogokolwiek. Cisza i ciepło kobiety...

- Powiedz... - usłyszałem, gdy coś w kącie oka zaczęło przeszkadzać zaburzając urodę chwili. Przełknąłem ślinę. Odwróciliśmy się obydwoje i patrzyliśmy z przerażeniem na księżyc. Coś się działo. Coś bardzo niedobrego. Na srebrnym talerzu pojawiały się krwistoczerwone płonące eksplozje, a potem księżyc zapadł się i znikł. Jakby go nigdy nie było. W postaci rumoszu kosmicznego wyruszył zwiedzać wszechświat.

Ziemia szarpnęła wyraźnie - jak hamujący z nagła autobus. Przewróciłem się, a Ola upadłą na mnie. Jej włosy rozsypały się po mojej twarzy. Ledwie poczułem, że z rozbitych warg wypływa mi krew i wsiąka w jej kosmyki. Poczułem nagle, że powietrze stało się rzadsze, a ja lżejszy. Zupełnie tak, jakby ziemia przyciągała mnie z mniejszym animuszem. Bez wysiłku uniosłem Olę. Wstaliśmy zbyt energicznie i rzuciło nami na kilka dobrych metrów. Szczęściem nie trafiliśmy na żadną przeszkodę, a Ola wyraźnie przestraszona trzymała się kurczowo mojego ramienia. Zawsze chciałem, żeby tak właśnie mnie trzymała, jakbym był jedyną osobą, która jest tego warta. Teraz poczułem, że tak jest.

Przyciągnęła mnie do siebie i dokończyła pytanie. Widać ciekawość była silniejsza nawet od niesamowitości chwili.
- Powiedz... co pomyślałeś, gdy spadała gwiazda?
Nie umiałem jej okłamać. Trochę niegrzecznie burknąłem:
- Byle nie w nas...