wtorek, 31 lipca 2018

Poza słowami.


Dotknęła mnie plastikowa pani. Wreszcie, bo już traciłem nadzieję. Po co mi to było? Sam nie wiem. Ale zdarzyło się wczoraj, więc dzisiaj od rana siedzę sam przy barze i nie wiem czym jeszcze mógłbym zdezynfekować umysł, żeby posprzątać własne myśli, w których chaos kłębi się w obliczu przeciwstawnych i wykluczających się opcji. Ogień i woda. Dzień i noc, a ja poszarpany wiecznymi głodomorami wymagającymi jednoznaczności tkwię przy barze, przy którym wcześniej udawało mi się poskarżyć barmance. Tej samej, która mówiła, że skoro nie patrzy nawet, to i tak widzi i wie, bo kobiety tak mają, że czasem… że często tak wyrażają uczucia – udając ignorancję, że proszą w ten sposób o więcej wysiłku, o staranie, o zdobywanie, żeby szacunek własny zbudować i zazdrość otoczenia. Wtedy uwierzyłem jej i starałem się wciąż, choć nadzieje zetlały we mnie już mocno. Uwierzyłem i udało się wczoraj. Plastikowa pani dotknęła mojego ramienia, a nawet usiadła naprzeciw mnie i patrząc mi w oczy wygłosiła… Jednak – nie wolno mi tego zrobić dziś…

Ale – po kolei. Przecież był taki czas, w którym plastikowa pani nie istniała dla mnie wcale. Podkusiło mnie wstąpić do lokalu, który był dla mnie zbyt drogi, a ona weszła, zanim zdążyłem zamoczyć wargi w piwie, którym chciałem zasłonić własne ubóstwo. Weszła to słabe słowo – najpierw weszły jej piersi i wtedy nie wiedziałem, że to rękodzieło wykonane na prywatne zamówienie za jakieś szesnaście tysięcy przez rzeźbiarza ciał, do którego kolejka ustawia się licząc terminy w kategoriach długich miesięcy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem wielu rzeczy, że pośladki, nosy, wargi, brwi, rzęsy, policzki, że sztuczne paznokcie, depilacja… Naiwny byłem czystą naiwnością i zachwyciłem się wchodzącą madonną o włosach jak z portretów renesansowych malarzy – złotych, przetykanych platynowymi nićmi, ułożonymi w tak wiele obietnic i niedopowiedzeń, że męska część sali wydała zbiorowe westchnienie pełne nadziei i marzeń.

Poszła do baru krokiem, któremu morskie fale mogłyby pozazdrościć płynności, miękkości i wdzięku. Łaskawie kiwnęła głową kilku mężczyznom, którzy najwyraźniej zasługiwali na uwagę, na zauważenie, a nawet drinka w jej towarzystwie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że potrafi wyselekcjonować towarzystwo szacując zasobność portfeli na podstawie niewidocznych metek ubrań, że umie skosztorysować zapachy w kilku uniwersalnych walutach, a nawet określić zakład medycyny kosmetycznej, w której udoskonalone zostały detale urody poszczególnych egzemplarzy siedzących w jej otoczeniu. Patrzyłem zachłannie, a piana na piwie skwierczała żałośnie porzucona, niezauważona i zlekceważona kompletnie. Dopiero kelner pogardliwie patrzący na mnie z góry uświadomił mi, że nie pozwolą mi tu zostać przy niewypitym piwie do rana i albo coś zamówię, albo wywali mnie ten Wezuwiusz mięśni napędzanych sterydami w modnej, czyli zbyt drogiej siłowni, w której na ogolonych klatkach piersiowych pysznią się grube złote łańcuchy, często sięgające aż sześciopaka do wynajęcia, na którym jak na pianinie grają zapewne sprośne melodie samotne kobiety szukające jednodniowej atrakcji z samcem – przewodnikiem stada.

Wyszedłem wtedy, ale nie dałem rady zapomnieć tej opalenizny układającej się warstwami na młodym ciele; tej prawdziwej, zebranej gdzieś na południu Europy i tej sztucznej, sięgającej niedwuznacznie tam, dokąd wzrokiem dotrzeć mogą jedynie wybrańcy. Zapewne zdawało mi się, jednak odprowadziła mnie rozbawionym wzrokiem – a może tylko była to sugestia dla tego kwiczoła obok, żeby jawnie zaczął zachwycać się jej towarzystwem i eksponować owo szczęście za pomocą czegoś równie wyrafinowanego jak ona.

Kiedy w ramach zawodowego spotkania zjawiłem się tam czas jakiś później, ogień we mnie zapłonął już wytrwałością godną wiecznej lampki. Z nieswojego budżetu łatwiej było mi zamawiać coś mniej wstydliwego niż piwo, więc i kelner nie pastwił się nade mną, tylko w służbowej uniżoności serwował, choć bez wylewności. Ona trwała, bo boginie trwają, a nie są tak po prostu jak ludzie, czy pasożyty. Trwała tam, ukrywając zapach własnej kobiecości pod chemiczną sukienką kosmetyków wartą więcej, niż kiedykolwiek miałem w portfelu, a przed nią pośród szklaneczek i talerzyków dyskretnie zaczęły pojawiać się kluczyki od samochodów. Co odważniejsi przechodząc w stronę baru bezszelestnie kładli je na jej stoliku. Ona kończyła pić coś niebieskiego, a może zielonego – trudno wyczuć komuś, kto nie jest przyzwyczajony do półmroku i migotania świateł imitujących ogień. Nie patrzyła na tych facetów w marynarkach skrojonych na miarę, butach ze skór zwierząt pewnie nieistniejących na ziemi. W końcu wybrała jakieś i położyła je na pustym talerzyku. Kiedy wstawała męska część świata wstrzymała oddech – tylko szczęśliwiec zerwał się, żeby jej krzesło odsunąć i ramię podać chwytając w przelocie własne kluczyki…

Nawet w najbrzydszej ramie wyglądała na personifikację raju. Kiedy wyszła wreszcie, a oddech nieśmiało zaczął mi wracać, poczułem, że ten bogaty galimatias na stole stracił smak i aromat. Żułem, jak gumę żutą drugi dzień z rzędu, a oczy miałem pełne obrazu odchodzącej. Odepchnąłem w końcu talerze, bo żucie miliona złotych bez smaku, to tortura, którą chciałem przerwać jak najszybciej. Na szczęście towarzystwo miało chyba również dość udawania rozkoszy, więc wyszliśmy, a gdy tylko pożegnałem się z oficjalną częścią wieczoru, poszedłem miastem na oślep, żeby ochłonąć i głowę wystudzić. Tak, jakbym miał jeszcze nadzieję, że uda się zapomnieć.

Los sprzyjał, a knajpa wydawała się nie wiedzieć zupełnie dlaczego pasująca do wszystkich biznesowych części nieoficjalnych – ot, takie kuluary, w którym można było to, czego nie sposób oficjalnie i przy świadkach, więc intymnie, przy potrawach tak wyszukanych jak poruszane tematy, przyszło bywać częściej i nawet Wezuwiusz zaczął się uśmiechnąć do mnie otwierając drzwi. Plastikowa pani bywała częstym gościem, więc wiodłem sam siebie na pokuszenie, albo na zgubę. Raczej na zgubę, bo niewiele było trzeba, żebym zaczął zaglądać tam o różnych porach już bez oficjalnej delegacji, alibi w postaci gości, lecz samotnie – na lunch, na kawkę poranną przy prasówce, na kolację, czy kieliszeczek czegokolwiek, czemu udało się utracić przeźroczystość i palność, żeby oszukać samotność. Utraciłem naiwność. Barmanka patrzyła na mnie z niemym wyrzutem, że staczam się w tę powierzchowność, przed którą wbrew własnemu interesowi starała się mnie ochronić i wyrzucić za drzwi. To od niej poznałem ów świat tabloidowy, naskórkowy, sztuczny i ona pokazała mi jak pieniądze potrafią zmienić człowieka w karykaturę, zmumifikować za życia i w pawiooką srokę wystroić.

Plastikowa pani nie była głupia. O nie. Ona zaadaptowała się do tych warunków i korzystała z tej powszechnej afirmacji, jak tylko umiała. Płynęła z prądem pilnując, aby lakier zawsze był nieskazitelny, karnacja lśniąca, a włosy ułożone w najdrobniejszym szczególe. Żadnej naturalności, tylko pozy, jakby pracowała i zapewne tak było. Na mnie wciąż uwagi nie zwracała, wybierając jednego z tych byczków spoconych pod ciężarem dźwiganych kart kredytowych bez względu na karnację, rasę, a nawet płeć. Sam widziałem, jak wyszła z biuściastym miliardem dolarów pod rękę, a cztery półdupki zgodnie meandrowały w stronę intymności. Wiem, głupi byłem, jestem i takim już zapewne pozostanę, ale nie potrafiłem jednak oderwać oka od plastikowej pani. Za to jej przychodziło to nieznośnie lekko. Aż do wczoraj, kiedy podeszła do mnie tym krokiem, przed którym morze gotowe byłoby się rozstąpić i dotknęła mojego ramienia. Dotknęła i usiadła naprzeciw patrząc mi w oczy. Wzrok miała ostrzejszy od lancetu, choć przecież widywałem ją dotychczas ze wzrokiem zamglonym, zwiastującym spełnienie w uniesieniu. Patrzyła na mnie skrupulatnie, jakby liczyła w moich oczach elektrony skaczące po wiązaniach neuronowych. Kiedy oblizała wargę świat ode mnie odpłynął. Zawitała niepojęta, kosmiczna pełnia. A ona głosem tak cichym, że musiałem przestroić się na odbiór kierunkowy wyszeptała do mnie słowa:

- Mogę być twoja i tylko dla ciebie dożywotnio, ale nie dziś. Od jutra mogę być, jeśli nadal będziesz tego chciał. Nikomu więcej nie powiem tych słów i ty ich nikomu nie powtórzysz. Wiem, bo różnisz się od tych wszystkich tutaj, którzy przeglądają się w cudzych ciałach jak w lustrach, którzy szukają potwierdzeń i akceptacji poprzez metki droższe, bogatsze wystroje, bardziej wyrafinowane rozrywki. W tobie tkwi jeszcze prawda, choć bywasz tu za często niestety. Jeśli to co powiedziałam już ciebie boli, przerwij mi, uciekaj, a nie wrócę więcej, bo może mi się zdawało tylko…

Jak miałem przerwać jej monolog, kiedy czekałem na niego dłużej chyba niż życie trwa? Jak miałbym zrezygnować z marzenia, którego spełnienie wkładała mi właśnie w ręce? Nie! To byłoby zaprzeczenie życia, lecz ona wiedziała więcej… Wargi mi pękły z suchości i żadne trunki nie dały rady zdezynfekować słodkości kropli krwi wyrosłej gdzieś na środku. Podała mi serwetkę papierową, a kiedy skinąłem głową, że chcę ciągu dalszego westchnęła zupełnie jak ci, których kluczyki zostawały bezpańsko na stolikach:

- Dobrze. Powiem ci ciąg dalszy, ale on pozostanie naszą własnością i tajemnicą pilnowaną równie skrupulatnie, jak tajemnica arki przymierza. Nie było mnie tu kilka dni. Wyjechałam tak daleko, jak tylko umiałam, żeby nikt się nie zorientował, że muszę. Stać mnie, ale ten bęcwał, z którym widziałeś mnie ostatnio uparł się, że mnie podrzucić choćby do Zurychu, więc tylko głową kiwnęłam, a jemu skrzydła wyrosły równie spocone, jak tors. Jestem nosicielem… Potrójnym… Noszę w sobie dwa życia własne i jedną cudzą chorobę... Mam HIV i bliźnięta nieznanej rasy… Jeśli to wszystko cię nie przeraża i nadal chcesz, możesz mnie mieć na wyłączność i wieczność, która w moim przypadku będzie dość niedługą wiecznością. Pewnie nie zdążę się zestarzeć…

- Tylko nic nie mów. Wyjdź teraz bez słowa i idź sobie. Idź i jeśli odpowiedź będzie pozytywna przyjdź jutro tutaj. Jeśli ciebie nie będzie… Ja będę… Od jutra tylko twoja… A teraz idź już zanim się rozpłaczę…

poniedziałek, 30 lipca 2018

Przyspieszona aklimatyzacja.


Miasto gęste od wrzasku maszyn i ludzi wita mnie jazgotem chaotycznym, a ja usiłuję ukryć siebie i własne myśli gdzieś tam, w spękaniach i załomach murów. Wszystko naraz krzyczy do mnie i skarży się na wyścigi… Stop! Jeszcze wczoraj patrzyłem na rozśpiewany las, na wodę kipiącą gniewem na kamieniach i w meandrach korzeni niemalże namorzynowego lasu czarnych olch, na dumne drzewa upadłe dostojnie, na mosty zbyt niskie by pod nimi przepłynąć bez pokory…
Patrzyłem na zrudziałe tory ciągnące się po horyzont do miejscowości zapomnianej przez ludzi, do której drogę zapamiętały chyba tylko „latające patyki” jak nazywam kormorany, bo tak właśnie wyglądają w locie (i chyba nic nie lata brzydziej - nawet człowiek spadający w przepaść wygląda bardziej poważnie, że nie wspomnę o trzmielu). Jakoś wolałem zaufać zimorodkom, że lepiej znają drogę do przodu, niż tym włóczęgom, które choć wyglądają na zabiedzone, gdzieś w sobie mieszczą nieposkromione żołądki zbyt pojemne dla czegoś równie wątłego jak czarny badylek - taki motyl, czy ważka o zaburzonych proporcjach skrzydeł względem korpusu.
Nieco nostalgicznie wspominam, że zeszłego roku biała czapla niestrudzenie prowadziła szlakiem, a w tym roku drobnica taka, jednak w Mieście i na nią liczyć trudno, choć zdarzało mi się dostrzec, kiedy bezsenność lub niecierpliwość wygnała mnie na spacer bladym świtem, a Rzeka zatrzymała widzeniem lub dobrym słowem.
Słońce odbija się od asfaltu, który powiela co najmniej pięciokrotnie sympatię słońca dla ziemi, a strupieszałe mury ssają zachłannie każdą porcję ciepła – niechybnie wiedzą, że tubylcom już wkrótce zabraknie na węgiel, więc choć tak chcą wesprzeć wysiłki ludzkie z obawy, że ci zdechną i nikt więcej nie pojawi się na ich miejsce, żeby murom nadać wartość. Spłukałem już pierwsze wrażenie, a reszta zejdzie ze mnie wraz ze skórą i to już wkrótce. Oddałem Miastu własny pot, choć zaledwie przed chwilką tu zawitałem.
Klapki bardziej ubogie w materiał niż stringi masowo poszukują zacienionej strony ulic, pani w piekarni powstrzymuje odchudzanie poprzez odwodnienie za pomocą wentylatora-giganta, Ktoś suszy psa przed wejściem do mięsnego, a ten chudy niemiłosiernie nawet oczy ma wyblakłe lecz czeka cierpiętniczo na domniemaną paróweczkę.
Samochody z „klimatycznie” zamkniętymi oknami przemieszczają się niespiesznie w potoku przekleństw, ale przecież powinny już przywyknąć, że Miasto nie należy do czołówki krajowej w kategorii płynności geograficznej i więcej się kontempluje zastany krajobraz, niż zaskakuje zmysły zmiennością przestrzeni.
Znowu u siebie. Na starych śmieciach i w otoczeniu wzbudzającym zaufanie nieprzewidywalnością jutra. W miejscu oswojonym i udręczonym moją osobistością, którą znosi pobłażliwie. Może nawet nie zauważa i tylko uzurpuję sobie, że jestem tu? Niewykluczone, a nawet prawdopodobne, jak powiedziałby jeden z greckich filozofów…

środa, 18 lipca 2018

Konserwacja sprzętu.


Z przyczyn rozmaitych, głównie zależnych od autora w najbliższym czasie działalność twórcza przeniesiona będzie w plenery wolne od elektroniki. Nie trzeba lamentować, ani grosza na tacę rzucać w jakiejkolwiek intencji, gdyż zamierzam wytrwać na cyfrowej pustyni około dwóch tygodni, po czym wrócę i będę nękał treściami nadal. Tymczasem.

wtorek, 17 lipca 2018

Deliberacje przed potopem.

Bo nastał dzień dla koneserów. A dla pozostałych taki więcej stacjonarny. Od świtu, który trudno bladym nazwać, bo jakiś taki napęczniały był od wilgoci i intensywnością burą usiłował nocy dorównać, co mu się niemalże udało. Popłakał się wreszcie z wysiłku biedny dzień, który nocą być chciał. I płacze nieustająco, żeby zasugerować zajęcia inne od latem standardowych. Żeby się pogrążyć, albo zanurzyć, oddać, lub, co kto i z kim uważa – ja wolę nie wnikać zbyt szczegółowo, bo taka ciekawość może mnie napiętnować jakimś mało wyrafinowanym epitetem i kosztować dożywotnią łatkę na sumieniu. „NASTAŁ DZIEŃ GDYBALNY”.

Powiedzmy, że dzień w sam raz na niespieszną prasóweczkę przy małej czarnej (i wcale nie mam tu na myśli niewyrośniętej nastolatki z plemienia Masajów, ani spódniczki, która nie zawsze potrafi utrzymać w sekrecie przed otoczeniem kolor bielizny – gdyby niepojętym przypadkiem tam była) – ot, choćby po to, żeby sprawdzić, czy wszystkie panie obmyte minioną nocą zdążyły się już pochwalić dzisiejszą (czyli dojrzalszą o dobę, więc bardziej skrupulatnie maskowaną) nagością, czy też któraś z dyżurnych naturystek zaspała i dopiero się stroi w nagość i makijaży płacząc z wściekłości, popijając przy tym zielone koktajle zamiast śniadania i klnąc w niebogłosy agenta, dyżurnego paparazziego, subtelny budzik z francuska nadmiernie dyskretny, że ona jeszcze nie, a przecież świat już kłuje po oczach sutkami w tak wielu odsłonach… i opalonymi szyneczkami zapakowanymi w ciało, któremu dopiero jutro potrzebny będzie fotoszop, aby „liczba odsłon” nieustająco dążyła do nieskończoności.

W taki dzień, to można nawet starannie wyczesać futro – własne, albo kocie, bo psiego, to chyba lepiej nie. Pies-łapserdak – wiadomo – pójdzie w krze i naniesie do chałupy drobiazgu i po wyczesaniu trzeba byłoby w entomologa się bawić, gdyby człowiek się uzbroił w lupkę zwielokratniającą doznania wzrokowe. Lupkę (nie powiem) – mam po babci, więc w sumie, można byłoby i psa wyczesać, ale zabrakło bardziej psa, niż grzebienia. Do babci ostatecznie można niby zadzwonić, ale czy odbierze, to już inna bajka. Jednak – posiadającym psa, grzebień i lupkę po babci – polecam. Lupkę w przypływie dobroczynności gotów jestem pożyczyć nawet. Niech stracę! – Przyjmę psa do wyczesania! Tylko niech będzie łagodny i wyrozumiały, bo nie potrafię. Ale chęci mam i szybko się uczę, a dzień zapowiada się długawy. No i ten zachwycający świat przyrody – pluskwy wegetariańskie, wszy lewitujące, karaluchy wielkouche, wije niezasupływalne, tuczniki rybików, czy może pajęczaki albinosy… i sto miliardów jeszcze nieodkrytych „obcych” czekających tylko na klasyfikację pod mokrym, psim… No! Nie przesadzajmy z tą szczerością…

Zza ściany dobiega mnie metrum chrapliwie powtarzające jeden akord, jedną nutę powtarzającą się cyklicznie w jazzowej tonacji i niezmordowanie – to maratończyk senny. Do tytułu króla-śpiocha troszkę mu ciągle brakuje, ale znać w owym chrapnięciu wieloletni trening i skumulowane pragnienie zaistnienia w najbliższej, drukowanej edycji „Księgi Rekordów Guinessa”. Dźwięk może i monotonny, jednak udało mi się znaleźć zastosowanie dla niego (przepraszam - wcale nie myślałem o tłuczeniu kotletów) i wykorzystać, nim południe zdążyło zapukać pod strzechy – ów dźwięk wprowadza spokój w moją przeponę. Kierowany stadnym instynktem zrównałem oddech z podsłuchiwanym i z lubością rozkoszuję się poematem niesterylności pokoju i wdycham coś, co rozpaczliwie przed moim wdychnięciem się broni i konwulsyjnie chwyta mnie za nozdrza, żeby wbrew mojej buńczucznej nieświadomości nie ulec jednak biodegradacji w czeluściach niezmierzonych pęcherzyków płucnych. Trochę łaskocze, ale jestem twardszy niż myślałem i powielam metrum odrobinkę tylko żałując, że do walca przydałaby się zwiewna, lecz całkiem niewydumana partnerka. Partner już nie. Jeszcze nie. Aż tak długim ten dzień się nie zapowiada, żebym zatęsknił za monopłciowym tańcem, którego dominującym motywem stałaby się szeptana na niepewne głosy mantra: „raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy, raz…”

Wysłałem oko na zwiad – za okno. Wymagało to odrobinę wysiłku, bo sam iść nie zamierzałem za owo okno, więc poprosiłem oczy, żeby przełączyły się na odbiór i ściągały do mnie obrazy słońcem malowane. One to zrozumiały, choć ja nie bardzo – jakie słońce w ten listopadowy wieczór? Ja rozumiem, że jest lipcowy poranek, ale on tylko w kalendarzu i wiadomościach – za oknem niestety tego nie widać. Do oczu z ociąganiem i nieśmiałością poczęły dołączać inne zmysły. Uszy doniosły, że pan, który od dziecka najchętniej komunikuje się ze światem krzykiem-który-na-ogół-jest-monologiem-do-własnej-głowy wciąż to czyni, a przeponę wzmocnił, wydolność płuc skoczyła mu, dalece przekraczając średnią krajową dowolnego kraju (włączając w to wszelkie mocarstwa, łącznie z tymi, które dopiero aspirują do tytułu). Węch wykrył nieodległe prace przygotowawcze do obiadu, który będzie czymś więcej niż prozaiczną czynnością fizjologiczną podtrzymującą procesy życiowe. Zamieniać w kupę wyrafinowane potrawy ludzie potrafią z wdziękiem i estymą. Im bardziej wyszukane, tym bardziej subtelna kupa. Z goździkiem w epicentrum, albo tłuściutką muchą. Lecz zatwardzenie niestety pozostaje jednoznaczne i twarde jak „pracująca sobota”.

Chwilę pozazdrościłem, bo w końcu czasu miałem aż nadto, więc czemu nie dogrzać się w cudzym szczęściu? Podobnież, kontakt ze szczęściem, nawet taki zaściankowy, powoduje wzrost samopoczucia i libido i paru innych czynników, których uzasadnienie przekracza poziom magistra, czy doktora nauk wszetecznych. Zanurzyłem się kompletnie laicko, wpuszczając doznania do wnętrza i do mnie, a one przyszły pomimo dżdżu, albo wespół z nim. Nawilżyłem się bezwstydnie i w gratisie. Powspominałem historyczne deszcze, które mnie lizały bezwstydnie, a ja równie bezwstydnie pozwoliłem im na to, a sobie na nagość kompletną i krzyczałem głośniej od atmosfery własną radość niepohamowaną żadnym „nie wolno”, „nie wypada”, „kto to widział” – ja widziałem, czułem i doznałem i wiem, że nie tylko wypada, ale wręcz trzeba.

Dzień chlał, jak zagorzały, długodystansowy alkoholik, albo nieskończona gąbka która nie zna granic pojemności, a ja ów dzień dla siebie miałem – taki „wsobny” idealistyczny, pozbawiony wątków erotycznych, czy politycznych. Siedziałem sobie i moja nagość nie posiadała chorągwi, barw klubowych, przynależności, wyznania i deklaracji. Po prostu – była. Tak jak byłem ja i ten dzień mokry, jak zapowiedź potopu. Może był ten dzień prorokiem, może czas arkę budować, ale… Nie nadaję się na weterynarza. Ja? Nie zaprosiłbym zwierząt na arkę. Chyba, że na talerzach. Ja zabrałbym ludzi. Zabrałbym świat cały, którego zdołałbym dotknąć i przekonać do idei. Czyli niewielu, bo przekonywać nie potrafię. Pewnie sam wypłynąłbym szukając Araratu, jeśli już w ogóle zdołałbym zbić z desek choć tratwę. A z dopłynięciem, to już musiałby sobie poradzić większy od mojego umysł. Płynąć jest łatwo – aż do utonięcia. Trudniej gdzieś wylądować.

A TY? POPŁYNIESZ ZE MNĄ?

Antybajka.


Szum. Łatwy do pomylenia z silnym wiatrem, lecz to woda rozmieniona na drobne spada poprzez atmosferę, jakby bezmiar kosmosu zapragnął skroplić się właśnie dziś i właśnie tu. Żółta, zaniedbana elewacja chleje wodę łapczywie – aż zbrunatniała od tej żądzy. I odsłania ślady tego, co wewnątrz. Kontury ścian i pieców kaflowych, szaf, może nawet pani, która opierając się o ścianę rekami zasłania głowę, żeby pijany cios nie dosięgnął jej już o poranku tam, gdzie uszkodzenia najtrudniej połatać.

Zrobiłem z tej wielkiej, bezokiennej ściany, obszarpanej przez czas i wiatry nieprzyjazne całun turyński i czytam przeszłość wyrzeźbioną na drugiej, ukrytej stronie. Wiem – śmiejesz się ze mnie, że znów nadwyrężam i bajki opowiadam, że mi się wydaje, a wyobraźnią własną chcę przykryć to, czego zobaczyć nie mogę. Wiem, że tak myślisz, że z mokrej zaprawy pijanej długo oczekiwanym deszczem zrobiłem monitor dla gdybań. Zrobiłem! I co z tego? Ja wiem, że za tą ścianą mieszkają ludzie. Że mogę opowiedzieć ich dni, a nawet noce. Bo one będą zupełnie takie, jak noce, które już widziałem, albo te, które dopiero zobaczę, ku własnemu ubolewaniu.

Popatrz. Tam dojrzewa chłopczyk spłodzony w radosnej pijackiej zabawie, który połowie okolicy będzie mówił tata lub wujek i co gorsza może mieć rację. Bo ten chrapiący na kanapie przy włączonym telewizorze wcale ojcem być nie musi. Mama nią jest, albo będzie, kiedy się otrząśnie i z promili wypłucze. A chłopczyk? Ty wiesz, że on już jest alkoholikiem, synem alkoholika, że zanim świat obarczy go dorosłością już będzie skazańcem i gościem aresztów? A jeśli masz złudzenia, że nie, to zapytaj dzielnicowego, który już dzisiaj za biurkiem klei ponure myśli, jak zdjąć mu legalnie odciski palców i pobrać próbki DNA.

A tam? Wyżej o dwa piętra? Pani miałaby piękne, białe włosy nad buzią pomarszczoną bardziej niż jabłuszko po wyjątkowo długiej zimie, ale nie – ma stalowe, popielate i zakurzone. Siedzi przy zasnutym pajęczyną, matrowym oknie kuchennym, a z radia wydobywają się dźwięki tak głośne, że owady omijają jej mieszkanko, żeby nie wpaść w rezonans. Siedzi, a w starym rondelku kipią ziemniaki czekając aż mleko skiśnie, bo dzisiaj na obiad ziemniaki ozdobione szczyptą koperku i szklanka kwaśnego mleka. Córka przyniosłaby pewnie kawałek kurczaka, jednak leczy anemię, własną i własnego dziecka, więc jej nie ma teraz, bo drapie pazurami poczekalnie szpitalnych przychodni, żeby ktoś wreszcie usłyszał jej rozpaczliwe i bezgraniczne wołanie o pomoc. Pani siedzi i nie wyjdzie na spacer, bo cztery kondygnacje schodów skrzypiących ironicznie i podstopnicami szczerzących się z pogardą dla jej słabości i dorodnych żylaków powstrzymają ją tak długo, aż śmierć głodowa jej w oczy zajrzy.

Ty wiesz, że ona zimą pali książkami w piecu? Pali wilgotnymi książkami i płacze, bo nie ma sił zejść do piwnicy po węgiel, gdyby wciąż tam był, ale dawno go nie ma. Bo ukradł go już dwie zimy temu ten, co na trzecim mieszka. Mieszka, to zbyt wielkie słowo – on tam okazjonalnie sypia. Zdarza mu się czasem oczy otworzyć odrobinę trzeźwiej – szczególnie, kiedy „znajdzie” porzucone dobra. I właśnie dwie zimy temu postanowił wypić wino z koleżkami w piwnicy, bo cieplej i któryś oparł się o babciną komórkę, a ta, jak kretynka była uprzejma się zająknąć, więc potraktowali ją z kamaszy, aż jej odrzwia pękły na śmierć. Chłopakom do winka kompot ze śliwek się trafił, jakieś szpargały, żeby było czym oczy i język zająć i pośród plotek węgiel się napatoczył – „Znalazł się!” W sam raz, żeby na święta własnej kobicie go sprezentować, więc skrzyknął ferajnę i te trzysta kilo z uciułanych przez babinkę złotówek stado pasożytów wyniosło i zrzuciło hałdą przed piecem kuchennym chichocząc przy tym beztrosko, jacy to samarytanie z nich i pomoc drobnosąsiedzka.

A to dziecko, któremu piersi nie zdążyły wyrosnąć, a już zarabiają? Popatrz uważnie, jak drobnymi paluszkami przelicza banknoty dyskretnie, a wargi drżą modlitwę złożoną z liczebników, jak je chowa ukradkiem w poszewkę poduszki, żeby nikt nie znalazł, bo przecież zabiorą i jeszcze w twarz dostanie za bezczelność i ukrywanie dóbr materialnych, a ona… Jeszcze wstydliwą nagością zarobiła je, gryząc z niepokoju paznokcie do krwi, kiedy stać musi nago przed nastolatkami, onanizującymi się jawnie i wulgarnie komentującymi jej niedorosłe ciało. Ona jeszcze marzy, kiedy zamknie oczy leżąc na tej poduszce, w której marzenia zaczynają szeleścić kolejnym kolorowym banknotem. Zamyka oczy i widzi świat, w którym banknoty wymienia na wszystko, czego jej w życiu brak – na słodycze i kosmetyki, na podróże w ciepłe kraje i sukienki miękkie i piękne tak, że w nich nawet piegowaty rudzielec wygląda jak królewna z bajki. I marzy, że spotka ją ktoś, kto zauważy nie po to by wziąć, ale by dać. Jej dać i nie chcieć w zamian nic. Żadnego wujka brutalnie sprawdzającego zawartość jej biustonosza, żadnego przyjaciela, szukającego w jej torebce paru złotych na mało wyrafinowane winko z kolegami.

Tam wysoko – na samej niemal górze, ciemna plama na ścianie się rozpływa, jakby bitumicznym kleksem była. Ale to tylko obrys plamy krwi, której nikt już chyba nie pamięta. Oprócz babinki, bo czasami, jak ją najdą wspomnienia, to opowie, jak to przyjacielski pokerek na poddaszu zakończył się ciosem siekiery, która przez ciało wbiła się w ścianę tak mocno, że trzeba było niezłego osiłka, żeby ją wydostał. Babcia nie pamięta układu kart przegrywających życie, więc scenariusza nikt nie napisze. Za to elewacja krwawi kleksem niezmywalnym, choć nie dającym się rozpoznać. Świeci, niby wieczna lampka przy ołtarzu, choć nikt  już nie pamięta dlaczego i po co.

Patrzę na ścianę i świat chlipiący wraz z nią, a ona pije, żeby nie czuć. Pije, żeby zapomnieć i oddać się w ręce wiatrom wszelakim, żeby zagłuszyć jęki utrapionych, żeby zagłuszyć płacz dobiegający zewsząd. Żeby nie widzieć, jak bieda potrafi dotkliwie kąsać i jak porywa się na wciąż niższe i bardziej podłe czyny. Śmiech niemowlęcia rozstrzeliwuje mur żłobiąc w nim bliznę sięgającą dwóch kondygnacji. Ale jemu wolno. Ono nie wie jeszcze, że zostało skazane. Na tutaj i na zawsze. Jeszcze może się śmiać, zanim odwiedzi je rzeczywistość. Deszcz pada wciąż. Ściana upija się i płacze. Za ścianą trwa życie i powtórzy się znów... Skąd wiem? Posłuchaj – tam gryzie brudną poduszkę brudna pani, a niedomywalny kolega powiela cud istnienia bez zabezpieczeń i beztrosko. Poczekaj, aż zaćwierka kolejne niemowlę. To już wkrótce…

poniedziałek, 16 lipca 2018

Lolita.


Patrzyłem na ciebie. Na twoje ciało, które dorastało zdecydowanie szybciej od mózgu, na te wszystkie bibeloty, którymi każda kobieta nawet w bezruchu potrafi oszołomić mężczyznę, jeśli tylko w nim choć odrobina gorącej krwi jeszcze krąży. Skąd wiedziałaś Niedojrzałości Moja, jak spowodować, abym nie był w stanie odwrócić się, abym zastygł, jak magma gorejąca w morskie otchłanie rzucona? Patrzyłem skostniały, a ty stałaś podpierając brodę palcem, albo od niechcenia opierając skroń o futrynę, żeby pachnące nocą włosy wysypały się na twarz, gdy ty mówiłaś spomiędzy tych czarnych włosów tak urocze głupoty, że pokonałaś moją bezduszną i odporną na świat duszę. Trzepotałaś rzęsami, jak mucha plujka skrzydłami tłucze po świeżo umytej szybie, kiedy daremnie szuka ucieczki na swobodę.

Kupiłaś mnie tym swoim nieumiejętnym życiem, które dopiero nieśmiało wypełniało ciałem twoje okrągłości, a z ust twoich wyfruwały prawdy tak naiwne, że nie znalazłem w sobie samozaparcia, żeby ciebie ich pozbawiać. Żeby poskromić twoją nastoletniość dopiero co się jątrzącą pierwszym księżycem. Niech sobie zgniją w tobie, kiedy przyjdzie na to czas. Niech pozostaną ideami zaszczepionymi poprzez bajki, których nie miał kto zinterpretować i wyjaśnić, zanim się stało. Niech więc trwają wespół z dziecięcym tłuszczykiem na buzi i wraz z nim odejdą w przeszłość, kiedy pora nadejdzie, by życie wypaliło do cna złudzenia. Do zmarszczek zrozumienia, albo zgorzknienia. Jednak już dziś nie uwierzę, kiedy mówisz, że nie wiedziałaś, że nie widziałaś, że nie chciałaś – chciałaś i robiłaś wszystko z premedytacją, która podszeptem wydobywała z twojej podświadomości to, czym mogłaś mnie rzucić na kolana i zostawić z gębą pełną zdumienia i niedowierzania. Zanim sama zrozumiałaś byłem już twój.

Stary ja, któremu własne myśli zdążyły głowę pomalować niewzruszoną stalą historii przeżytych bardzo nieumiejętnie dni i ty, nieledwie rok temu w pierwszy biustonosz odziana, który nosiłaś dumnie, choć niepotrzebnie. Przepraszam – potrzebnie. Uczyłaś się nosić pozory i kryć wartości nieistniejące. Ale dzisiaj już umiesz, a prawdy tężeją, boleśnie kalecząc moje oczy, bo dzisiaj celowo nie zdążyłaś się ubrać. Dziś w halce tkanej pajęczą nicią, przez którą przebić się potrafi delikatne pierze zarostu intymnego, który wciąż nie wie, że zostanie wytrzebiony depilacją, żeby jego miejsce zajął tatuaż, od którego męskiej części świata spłoną policzki, a głos zadrży – jeśli dane mu będzie zobaczyć…

Sam już nie wiem, czy bardziej bałem się obrazu, czy też tego, że go nie zobaczę. Że nagle zmarszczysz sterczący nosek i palcem namalujesz determinantę oczekiwań, które spełniał będę z dala od ciebie tak długo, aż zdechnę niespełniony. Tupiesz rytmicznie nóżką bosą o skraj dywanu, a halka nie potrafi się powstrzymać od naśladownictwa i chociaż rytm trzyma, to przecież spóźniony, jakby synkopą chciała odpowiedzieć na twojego życia rytmy. Patrzę, jak głodomór patrzy na obiad podawany za szybą kryształową na stuelementowej zastawie stołowej wciąż pamiętającej obiady cesarzy chińskich, których prochy przez wieki rozproszyły się w niepojętej karuzeli ewolucji. Twoje wpółśpiące oczy, stopy lunatyczki, ciepło sprężystych pośladków wygrzanych nocą w inkubatorze materaca miękkiego niemal tak, jak twoje kiełkujące piersi. Twarde tylko wtedy, kiedy się je dotyka, lecz miękkie, gdy się do nich przytulać… Miękkie w oczach patrzącego.

Boże! Jak ty to wszystko wiesz dokładnie. Jak mnie torturujesz swoją pozorną nieświadomością, jak przeciągasz się, żebym zobaczył, że jedwab nie potrafi się potknąć na twoim udzie i płynie po nim tak gładko, jakby już nie miał zamiaru nigdy się zatrzymać… A ty chwytasz skraj halki dłonią, zanim odsłoni piegi tam, gdzie jeszcze nikt ich nie policzył, a szczęśliwiec ugrzęźnie na wieczność życia i będzie błagał o jeszcze, o ponowne sprawdzenie, czy aby pod wpływem emocji ich liczba nie zmieniła się od poprzedniego liczenia. Miałaś w oczach obietnicę raju haftowaną piekłem niedopowiedzeń i obietnic odważniejszych niż każda z myśli, którą zdążyłem począć. Nie wiedziałem, że jest coś więcej, niż nieskończoność, że ktokolwiek może mieć w sobie odwagę, żeby przekroczyć nieistniejącą granicę, krzycząc beztrosko: Chodź! Zobacz! Jakie cudowne rzeczy dziać się mogą, kiedy zdejmiemy z siebie ograniczenia, chodź, bądź ze mną nagi, odarty z pierza cywilizacji, przesądów, małostkowości. Chodź! Bądź ze mną tu, gdzie poza nami nikt nie będzie miał odwagi przyjść…

- Głupia! – niemal krzyczę na siebie i na ciebie, kiedy tak stoisz, a pościel paruje twoją dziewiczą słodkością, która przestała być już dzieckiem, tylko zapomniała o tym powiedzieć twojej głowie. Nie zdążyła jej nauczyć, że twoje chodź znaczy coś innego – już znaczy. Patrzę na twoje włosy różowe od chemii, na paznokcie, których kolor zamaskowałaś lakierem, na twoją nagość pozornie okrytą jedwabiem śliskim tak, że aż dziw, że po twojej skórze nie spłynął popełniając samobójstwo u twoich stóp nieskażonych jeszcze finiszem spaceru wokół równika, maratonem ziemia-mars-ziemia z aprowizacją na księżycach wszelakich…

Udajesz, że paznokcie gryziesz z niepokoju, ale jednocześnie oczami przewracasz, czym wstrząsasz moją świadomością do tego stopnia, że mój kręgosłup traci stabilność i nie potrafi już utrzymać rozwagi na poziomie akceptowalnym społecznie. Jestem twój i tylko skamleć umiem teraz, kiedy jesteś pachnąca nocą, której znaczenia znać nie możesz jeszcze – powiedz mi proszę, że jej nie znasz… i błagam - nie kłam, bo przecież nie rozpoznam kłamstwa w twoich wargach drżących, w twoich ustach, które uczą się służyć tobie zgodnie z wolą, ucząc się języka, którego żadna nauczycielka polskiego ciebie nie nauczy – nawet, jeśli go zna, to nie zdradzi się z talentem, żeby nie stał się chlebem powszednim…

A ty znasz… Wszystkie sztuczki, którymi świat dąży do powielania, do reprodukcji, bezwzględnie wybierając ziarno odporne bardziej, trwalsze o promil i ognioodporne. To dlatego na mnie ćwiczysz o poranku własną siłę, własne chęci, chociaż ja już nie mam szans w bezkompromisowym wyścigu plemników do cudu stworzenia. Jestem mięsem armatnim, poligonem, na którym trenujesz na czczo, jakbym był programem napisanym dla ciebie, w celu pozbawienia mnie złudzeń. A przecież… to właśnie ja mam przed oczami ciało ciepłe, miękkie i chętne… choć zbyt młode, lecz może to tylko moja interpretacja… Jak bardzo chciałbym być twój, tego nawet nie potrafię wyrazić. Jesteś pasożytem, od którego się nie uwolnię, jesteś przeznaczeniem, któremu jestem posłuszny, którego nie potrafię skarcić słowem, zapomnieć i odejść, jesteś wszystkim, co przeklinam i wszystkim, czego pragnę. A teraz stoisz przede mną i skórę naciągasz niedwuznacznie pod jedwabiem bezbarwnym… Gdybym był pająkiem, już szukałbym porwanych twoją ekspresją nici, już szukałbym drżącej w sieci zdobyczy motającej się z każdym ruchem i z każdym krzykiem bardziej moją, czekającą na konsumpcję.

niedziela, 15 lipca 2018

Ostrożnie łypiąc oczami na boki.


Ciekawe, że najgorzej zachowują się ludzie w trzeciej osobie liczby mnogiej. Zupełnie, jakby ten wyjątek przewidziany został na każdą możliwą przywarę i podłość z samego dna zakurzonego piekła. Z definicji anonimowi, odlegli i tajemniczy. Odpowiedzialni za każdą podłość, podstęp i szykanę. Niech awansuję na wyznawcę spiskowej teorii dziejów, jednak widzę, że każdego dnia tajemniczy ONI (psssst… wymawiać szeptem proszę, a oczyskami zerkać również na własne plecy – licho nie śpi!) są przyczyną katastrof dnia powszedniego, knucia zmieniającego kolory sztandarów, a nawet kierunku przepływu rzeki mamony, emigrantów, wirusów, zakazów.

Dyktat ONYCH sprawia, że pozostałym rosną garby przygnębienia, niepokój porasta policzki sino-błękitnym zarostem szorstkim jak drobnoziarniste granity przed polerowaniem, oczy matowieją bez względu na kolor tęczówki i pejzaż odbijający się w nich, a westchnięcia płyną przez świat tornadami i cyklonami zbiorowej niemożności. Tylko ONI pławią się w szczęściu i luksusie i krzepią się moim-waszym-naszym nieszczęściem i spijają krew owieczek, które nie dorosły do tego, aby ONYMI się stać. Więc pozostały bęcwałami, skażonymi bezdomnością i biedą, niewolnikami rasy panów prześmiewczo schowanych za kulisami.

No oczywiście, że za kulisami, bo przecież nawet dzieci już wiedzą, że najważniejsze sprawy odbywają się pod arkadami, w podcieniach i kuluarach – aż dziw, że wciąż w domach powstają salony i livingroomy, zamiast wąskich, słabo oświetlonych korytarzy, w których pajęczyny strzec mogłyby tajemnic i intymności. Aż dziw, że alkowe potrafią w słowach zakwitnąć. Że powstają stadiony i teatry o scenach, na których można byłoby uprawiać ziemniaki dla niewielkiej społeczności. Albo taki rynek – niegdyś podwórzec możnowładcy, a dziś każdy cham może dłubiąc w zębach spacerować w pocerowanych gaciach i wydziwiać nad gryfami, attykami i portalami. Może splunąć w sukiennice, gdzie kryć się mogły spiski wszeteczne, albo samemu zawiązać jakiś mniej wyrafinowany. Ba! Nawet moczem mur ozdobić można sztuką ekspresyjną, chwilową, aby zwieńczyć fantazję dziełem własnych… no… może nie rąk, bo to już byłoby bezczelne nadużycie… ale powiedzmy – dziełem myśli własnej, subiektywnej i pełnej niepohamowanej energii życiowej.

A ONI nic! Albo coś. Nie wiadomo w zasadzie, bo nie są rychliwi. Sprawiedliwi również nie, bo gdyby tak, to od pomników stałoby się gęsto w każdym z miast na świecie. Ludzkość lubi stawiać pomniki sprawiedliwym. I wygranym też. Ale ONI, chociaż wygrani są od zawsze do zawsze, to jakoś potrafili uniknąć pozowania artystom ludowym, czy intelektualnie wysublimowanym ze społeczności prymitywnej i od władzy dalekiej. I nie mają pomników, ani nawet selfie na Instagramie – niebywałe! Zupełnie, jakby wstydzili się sukcesu! Oooo! To podejrzane bardzo. Zapewne nieetycznie sukces osiągnięty, więc i na pierwsze strony gazet lepiej się nie pchać. Rosjanie coś chyba wiedzą, bo wymyślili przysłowie, że cichy dalej zajedzie, ale bardziej za język pociągnąć się już nie dali. Albo ONI złapali Rosjan za gardło, albo igrzyska dla ludu odwróciły uwagę skutecznie, lecz trop wystygł, zanim zdążyłem nań wstąpić.

Teraz, kiedy już z domu wyjść miałem, żeby pójść na beztroski spacer dopadł mnie niepokój. Bo może ONI już tam są? Może czyhają na mnie z niegodziwością? Może chcą mi biednemu smycz i kaganiec założyć? Ostatni grosz z kieszeni wyszarpać, a i kieszeń przy tym sfatygować, żebym sobie nie myślał? Wręcz utłuc, jak insekta, ot – od niechcenia otwartą dłonią bijąc na ślepo, skoro brzęczy zbyt blisko zmysłów. Troszkę się boję, bo nieznanego bała się ludzkość cała od zarania dziejów, a ja też jestem ludzkość i stadnym instynktem zarażony jestem od maleńkości, a nawet od Adama i Ewy. Ciekawe, czy już wtedy byli ONI, czy też to jakieś wyrodki Adamowe? Jakieś Ewie niedoróbki? Bo chyba nie boskie nasienie? Nie… Na pewno nie… Przecież to byłoby głupie, gdyby Bóg dał i Bóg wziął – sam wyprodukował taki malutki światek i miałby go sam psuć? To takie małostkowe… Poza tym On, albo Ona, to jeszcze nie ONI…

sobota, 14 lipca 2018

Bezmyślenie.


Postanowiłem zostać pijakiem. Zatwardziałym i bez… (reszta niech pozostanie niedopowiedzeniem, bo trudno od pijaka wymagać konsekwencji, jednoznaczności i uporczywości). Postanowienia mają to do siebie, że przypominają te noworoczne – chętnie składane deklaracje nie poparte nawet próbą osiągnięcia celu. Jednak ja postanowiłem dać szansę nałogowi i do sklepu wszedłem, żeby na palcach pokazać, jak bardzo doskwiera mi susza i efekt cieplarniany, pierdnięcia krów w kolorze „milky way”, spaliny skraplające się kwaśnymi łzami pośród powłoki ozonowej podartej przez Czarnobyl i Fukushimę skrupulatniej, niż wełna merynosów jest wyczesywana, zanim przeobrazi się w sweterki na pluchy jesienne i kopy śniegu zalegające za okiennicami przez tak długie miesiące, że nawet popioły bukowego drewna z komina potrafią doprowadzić wielbłądzie garby śniegu na parapecie do styczniowej czerni nocy w nowiu. Tej z powstania, kiedy nogi znać musiały kierunki, bo światło było wrogiem, alarmem, krzykiem przedśmiertnym wartownika, który zamiast spać w zaciszu stróżówki popełnił nadgorliwość i wyszedł skonfrontować własną niezłomność z bezwzględnością ostrzy styczniowej nocy.

Zrobiłem, bo mogłem. W końcu i tak nikt nie potrafi wiarygodnie powiedzieć dlaczego nie. Albo dlaczego tak (żeby być uczciwym). I żaden plan na życie sprawdzić się nie potrafi, bo chyba ludzie są schwytani za jaja tak mocno, że łzawią już przy narodzinach, a później jest jeszcze gorzej. Bo to eskaluje, a cywilizacja potrafi tylko uprzykrzać, upokarzać i stawać ponad każdą ludzką słabością i kpić publicznie. Wyrzucam sobie, że tak patriarchalnie podszedłem do zagadnienia, jednak nie wiem, za co życie chwyta kobiety, żeby nie mogły tego co mogą, żeby się w sobie otrząsnęły i powiedziały DOŚĆ! podpierając słowo wykrzyknikiem, który słowniki starają się omijać ze względu na jego ograniczoną do środka nocy cenzuralność. Będę obrazoburczy do amoku, ale mam w dupie hipokryzję na tym poziomie. Szczanie po nogach jest koniecznością i naturą. Udawanie nie ma sensu. Masz śmierdzieć własnym moczem. Masz nim pachnieć, jeśli chcesz być PRAWDĄ. Inaczej pozostajesz złudzeniem, perfumami za trzy kapitalistyczne stówy, albo mydłem które zeżre anonimowo twój smak, zanim przyjdę po niego. I mój też zeżre, nim ty mi powiesz, że właśnie miałaś ochotę na mnie saute… Jesteś oszustwem spatynowanym dla ukrycia pożądania, nienawiści, bliskości lub wręcz przeciwnie.

Przepraszam. Jestem początkującym pijakiem i jeszcze nie wiem, jak powinien pachnieć szczery samiec, a jak prawdziwa samica. Nie wiem ile wolno, albo ile trzeba, żeby stało się, żeby dało satysfakcję poczuć i wycie pośród księżyca, nad brzegiem porośniętym szuwarem, albo w zaciszu ścian murowanego śmietnika śmierdzącego dostatkiem gnijących resztek, których nie udźwignęła barokowa lodówka. Ale już teraz straciłem złudzenia, że piżmo jakiegoś egzotycznego stworzenia ma być rajem dla zmysłów, jeśli je pokryć płatkami chińskiej róży, czy olejkami eterycznymi cytrusów. Wstyd się przyznać, gdzie mam piżmo i owo stworzenie je produkujące, ale w obliczu niedostatku wolałbym je dostać na talerzu, bo na talerzu aromaty są dla mnie zrozumiałe – pachnie, więc jem, śmierdzi – unikam.

Szukam szczerości, która potrafi ograbić ze złudzeń cywilizację, która powie głośno, że urodziłem się drapieżnikiem, wszystkożercą, świnią, egocentrykiem i nie zawaham się przyznać, że pożrę każdego, kto ode mnie słabszy, a wiał będę jak najdalej od kłów mocniejszych. Wciąż udaję, że spotkam właśnie ciebie i potrafię w rzeczywistości wykroić niewprawną ręką owal, w którym ty i ja staniemy się jednością niedostępną dla głodu otoczenia, a może i boskiego kresu cierpliwości. Że nawet on/ona/ono pozwoli nam nacieszyć się wzajemnością i będzie podglądać jak nieopierzony sztubak i rumienić się będzie patrząc, jak pozwalasz mi… jak ja oddaję się tobie bez reszty i mam w sobie zgodę na ciebie w ciemno i bez granic.

Ale na razie ciebie nie ma poza moją wyobraźnią, więc postanowiłem zostać pijakiem, bo oni mają bardziej rozbudowane czucie, więcej kolorów ma do nich dostęp i fantazja przekraczająca normy moralne. Bo w normach ciebie nie ma. Wiem, bo sprawdzałem. Ale musisz być gdzieś, bo jesteś mi napisana, więc poszukam poza normami. Zostanę pijakiem, a jeśli się nie uda, to artystą, narkomanem, bezdomnym, a nawet Krezusem – bo chcę zrobić coś, co sprawi, że wreszcie będziesz. Nie w ogóle, ale dla mnie. Bo będziesz…? Prawda?

piątek, 13 lipca 2018

Sprostać nieznanemu.


Budzę się pusty od snów, których spamiętać nie zdołam nigdy już zapewne. Budzę się z ustami pełnymi słów niedojrzałych, zagryzionych zębami tak mocno, że tylko stomatolog zaciera ręce i podnosi cenniki na naprawę uszkodzonego szkliwa. Bezrobotny jęzor mam pocięty własnymi zębami, bo noc zbyt krótką była, żeby ciało się uleczyło po cowieczornym gryzieniu języka, żeby emocje nie wypłynęły potopem nieodwracalnym. Bo one, zmęczone dniem całym, obrosły mchem egoizmu, spatynowały się subiektywnym nalotem beztroski i głupot wszelakich. Chciejstwami i nadziejami perfidnymi do szpiku kości. Nie znam własnego ciała wystarczająco, żeby określić, jaką siłą dysponuje, jednak żuchwę potrafię docisnąć lepiej chyba niż owczarek anatolijski, a zawziętość mam godną buldoga, kiedy już zatrzasnę się na pochopnym słowie próbującym wyfrunąć frywolnie ze mnie. Czasami udaje się jednej samogłosce przebrnąć zasieki i zadrżeć agonią w tężejącym mroku szeptem ostatniej woli, jednak wokół nikogo, kto pochyliłby chętne ucho i wysłuchał tej ostatecznej spowiedzi, kto rozgrzeszyłby i pozwolił zdechnąć w zrozumieniu, czy pośród dobrego wspomnienia.

Budzę się nagi i bezbronny, chociaż skóra ochronnym pancerzem pilnuje dostępu do mojego wnętrza i tylko odrobinę marszczy się, kiedy przeciąg bezwstydnie oblizuje ją szukając soków wypływających z ciała. Najwyraźniej wiatr poczuł silną potrzebę uzupełnienia soli mineralnych, bo zlizuje mój nocny pot łapczywie tak, że aż nerwy rozcapierzyły szpony szukając wroga, na którym mogłyby potrenować wyładowania elektryczne i porazić go mikrogromem powielanym na każdym centymetrze ciała ubranego we własne o sobie mniemanie i zapach tak naturalny, że aż nieprzyzwoity dziś. Ciało się pręży i szuka rywala, żeby się z nim zmierzyć, żeby udowodnić, że może, że potrafi, albo nawet, że chce. Bo ono nie wie absolutnie, z czym przyjdzie się zmierzyć. Czy z miłością, czy z ostrzem na wpół stopionego w ogniu noża. Z mistyką kreacji nieuczciwej, oszukańczej i pazernej, czy z naiwną wiarą w niemożliwe, żeby ją wesprzeć dobrym słowem i podeprzeć echem, aby trwała wystarczająco długo na krótkie życie. Żeby spotkały się siły przeciwstawne i wyprostowały kręgosłup, żeby wypełniły mięśnie pożądaniem, siłą witalną, smakiem przyszłości niepojętej, choć możliwej. Żeby stało się jutro, choć dopiero co oczy zamknięte pożegnały wczoraj.

Budzę się i świadomość utraty „teraz” doprowadza mnie do wściekłości i pasji godnej lepszego stworzenia. Znów zmarnowałem każde możliwe „teraz”, aż zwiędło we mnie pozostając wczorajszą rzeczywistością, zamiast nadzieją na jutro. Znów pozwoliłem zbyt wielu chwilom minąć nadaremnie, nieumiejętnie siejąc przez palce piach, kalecząc nurt wody dłonią, która nie ma dość sił i umiejętności, żeby powstrzymać rzekę. Wyrzucam sobie własną niedoskonałość, opieszałość i bezradność, ale wciąż leżę gdzieś pomiędzy snem, a jawą, pomiędzy wczoraj i jutro, a dzisiaj jakieś takie zabiedzone, wychudzone i zastraszone usiłuje się wyprzeć samego siebie. Sam już nie wiem, czy to dzisiaj powinno płakać nad swoim losem, czy też ja nad sobą raczej… Umysł ociężały po bezczynnej nocy przeciąga się leniwie we mnie i próbuje obarczyć mnie odpowiedzialnością za wszystko, albo nawet naznaczyć katharsis. Zanim zdążyłem utwardzić serce, zanim ubrałem się w maski dnia powszedniego umysł płata mi figla za figlem jak w kalejdoskopie. Podrzuca iluzje, odbierając oddech, kusi fatamorganą, żebym sczezł w niespełnieniu, a ja, jak ostatni prostak, poddaję się każdemu z oferowanych szaleństw i proszę o więcej. Na własną zgubę. Na wieczność jednego, całego uderzenia serca, na kres życia pojedynczej komórki, która swoim truchłem pokłoni się nowemu pokoleniu, samobójczo oddając mu energię życiową, jakby przekazywała iskrę olimpijskiego ognia – tego świętego, otoczonego bałwochwalczym uwielbieniem, przed którym i niewierny uklęknie w strachu, że być może racji nie ma i trwa w ateizmie nieuzasadnionym na własną zgubę.

Budzę się w biedzie i niedostatku. Nie tym materialnym, bo o nim nic wciąż nie wiem, a być może bóg mi nocą ozdobił stół rogiem obfitości, może z nieba deszcz pszczół przyniósł mi powodzenie w sztukach wszelakich i talentem użądlił, albo myśl moja została zapłodniona genem zwycięstwa na niwie jeszcze nie zrozumiałej? Wiem – łudzę się, bo przecież nie da się zapłodnić pustki. Nie można wygrać losu na loterii, której  nikt do życia nie powołał. Defetyzm zasnuwa okna mrokiem i wciąż chce udawać, że noc nie minęła jeszcze. Ale sam wiem, że to tylko kłamstwo przytulone do ciepła kołdry – nie jej było to ciepło – ona mi je kradła przez całą noc, żeby teraz pysznić się nie swoim przymiotem. I drwi ze mnie, żem nagi, że wiatr na kostkach potrafi namalować sine witraże, kruche, chwilowe, ale przecież kaleczące ciało.

Budzę się, znów niespełniony, niedokończony i niepewny. Zbyt wiele we mnie płochości, wahań i niedopowiedzeń, które mógłbym dokończyć na własną zgubę. Więc nie kończę i zamiast zwilżyć język, żeby słowo mógł wypluć, które stanie się katowskim toporem, wypuszczam w blady świt łzę-zwiadowcę – jedną tylko, cichszą od wyznania prawiczka, co to jąkał się całe życie, zanim nie spotkał spełnienia, przy którym period stał się zaletą, a nie wadą i wybuchł gejzerem wzajemnego dziękczynienia. Wypuszczam na świat nadzieje utkane z pajęczyn myśli, których nie da się ubrać, bo każde ubranie przytłoczy je śmiertelnie, a ich nagość jest krucha ekstremalnie. Tak bardzo, że samo zdefiniowanie jej staje się zabójstwem z premedytacją. Więc nie nazywam. Leżę i pozwalam jej toczyć się po mnie. Już nieogolonym jestem, bo czas wyrósł na mnie zarostem błękitno-szarym, szorstkim i chropawym. Drapieżnym bardzo, lecz łza, jak ostatnia deska ratunku potrafi surfować pomiędzy przeszkodami ustawionymi przez czas i płynie wciąż mijając szpony dendrytów zakończeń nerwowych, zasadzek piekieł namiętności i waleczna jest bardzo, niepowstrzymana tak, że zaczynam czuć dumę. Zaczynam czuć. Zaczynam -  dzień nowy, najeżony przeciwnościami, zasiekami i niepewnością. Zarost uśmierca pościel jeżem sztyletów, aż ta kwiczy z bólu, a ja zdzieram z siebie skórę prześcieradła i staję sam na sam ze światem. On nie wie, że mam ze sobą zwiadowcę, który już był tam, gdzie idę – był w dzisiaj. Idę. Już bez wahania. Za śladem schnącym na policzku…

czwartek, 12 lipca 2018

Uporczywość rzeczywistości.


Pani jest blondynką od tak dawna, że zapewne sama nie pamięta, jakim kolorem włosów obdarowali ją przodkowie. Stoi w oknie otwartym na oścież i paląc papierosa beznamiętnie mierzy wzrokiem przestrzenie podwórka. Nic jej nie peszy, ani nie deprymuje. Nic nie ponagla. Po prostu – oprze się łokciami o parapet i usiłuje zamglić najbliższy sobie ladszaft rozpływającą się chmurą ciepłego aromatu tytoniu. Patrzę od kilku lat, bo to robię trochę umiejętniej od innych czynności. I wciąż nie potrafię wymyślić wiarygodnego wieku dla tej pani, a błąd, który moje chwilowe mniemanie gotowe jest popełnić, przekracza zapewne stuprocentowo rzeczywistość – i (o zgrozo!) to błąd, który może mi się zdarzyć w obu kierunkach jednej osi. Intrygująca tajemnica, objawienie niezrozumiałe, lecz powtarzalne w swojej niepojętej czasowo rozpiętości zachwyca mnie niepomiernie. A pani o karnacji sugerującej dopiero co zakończone wakacje w krajach cieplejszych niż wschodnia Europa oferuje stoi w oknie i wypina pupę w czeluści kuchni pozostające poza zasięgiem mojego niedoskonałego zmysłu. Uśmiecham się na myśl, że głodomór zamieszkujący ową przestrzeń mógłby się nasycić, nim pani skończy palić, a firanka zamortyzuje żar uniesienia nie pozwalając mu na okrzyk tryumfu, który rozpleniłby się po podwórku ekstazą i zawiścią. Jeszcze rok temu pani nawiedzała parapet odziana wyłącznie w szlafroczki, których miała więcej niż ja skarpet, tym razem znów w białej bluzeczce… Słabo to wróży przyszłości. A przecie obrazek wciąż cieszy. Stałością, powtarzalnością i stabilnością. Wspomnieniem i fantazją.

wtorek, 10 lipca 2018

Transformers.


Szedłem… A w zasadzie szłam chodnikiem… Wiem, że to trudne, jednak z tą moją płcią sama nie potrafiłam dojść do ładu. Piegi na twarzy, które mogły być zwiastowaniem rudowłosej smarkuli dojrzewały w słońcu i wcale nie ułatwiały zadania, bo nos po przodkach usiłował w niebie wydziobać dziurę, a piegowatych do nieba chyba nie wpuszczają. Ich wyrzucają, żeby się umyli i trzymają w czyśćcu, aż ich twarze anielsko zabielą się. A ja szłam w pełnym słońcu i tylko pośladkami zasłaniałam ślady własnych stóp zbyt małych na męskie i zbyt dużych na damskie. Niech będzie, że się wstydziłam, że miałam kaprys uwieść tego pana, który zwolnił, żeby dotknąć wzrokiem mojej pupy i nie wypuszczał jej z tego objęcia. Słyszałam, jak resztkę śliny przełyka po cichu, myśląc, że nie wiem, a ja czułam, jak na pośladkach powstają dwa kratery jego pożądaniem wypalone. Wierciłam tyłeczkiem mocniej niż musiałam, ale przypięty był tak dokładnie, że nie dałam rady uciec przed tym wzrokiem.

No dobrze! – pomyślałam – niech mu będzie, skoro taki nienapatrzony, a ja uciec nie mogę, to skażę go na męki i wieść będę na pokuszenie kręcąc biodrami w ruchach podpatrzonych u morskich fal liżących miękki piaszczysty brzeg. Rękę wsunęłam we włosy. Krótkie, wygodne i wystrzyżone ekstrawagancko. Dotknęłam ucha, wypięłam biust malutki, domyślny zaledwie, ale przecież biust, więc ON MUSIAŁ ZOBACZYĆ!. Bo oni zawsze widzą. Nawet mnie to bawiło, kiedy do przesady zaczęłam kołysać biodrami i plątać ścieżki spaceru, a on wciąż szedł na smyczy mojej pupy zapięty i charczał swoje niespełnienie rosnące bardziej i bardziej. Szłam wolniej, zatrzymując się przy witrynach, poprawiając coś na twarzy z oczami wbitymi w lusterko, a on cierpliwie przeczekiwał, żeby mnie nie wyprzedzić. Obciągnęłam bluzeczkę, która była T-shirtem, a dżins płowiał pod wzrokiem tego pana tak bardzo, że aż przyspieszyłam. Nie chciałam być damą w bieli, więc szybszym krokiem, w parkowe aleje, w cień lip, które przestały już oszałamiać ludzi i owady i stały cicho-brzemienne, dojrzewające nasieniem. Zupełnie jak ten za mną dojrzewał i na jego erekcji wiatr mógł popełnić seppuku, gdyby tylko poczuł podobną potrzebę.

Nie sadziłam, że mam taką władzę, a on przecież nie był nastolatkiem, którego moszna wypełniona jest ponad możliwości utrzymania jej w ryzach i na samą myśl potrafi wybuchnąć gejzerem i cyklicznie powtarzać owe nieujarzmione erupcje. Szedł za mną brzydką, bez makijażu, pachnącą własnym ciałem, a nie piżmem perfum wiodących na zatracenie rozsądek. Adidasy cicho pokonywały przestrzeń, a za mną szedł niewolnik zmysłów. Mój niewolnik. Chyba nawet zaśmiałam się niegrzecznie, lecz skąd miał to wiedzieć? Jak rozpoznać, że nie był to śmiech szczery, albo taki, który z beztroski i radości spaceru pośród drzew się narodził? Nie miał szans. Mogłam go rzucić na kolana i zrobić z niego żebraka, mogłam krzykiem sprowadzić go do roli przestępcy i napastnika. Mogłam być jego katem, albo snem… Mogłam w zasadzie wszystko. Zanim rozum mu wróci, już miał w sobie zaszczepioną zgodę na mnie całą. Bez reszty.

A ja nie. Był zabawką, która sama się złapała. Jak bezpański latawiec, po którym łzy dziecka już obeschły, a ten pokonał pół świata, żeby wreszcie w moich dłoniach wylądować. I był mój tak bardzo, że niepomalowanym paluszkiem skinąć wystarczyło, żeby zatańczył każdą pieśń głodnych.

Zaśmiałam się złym śmiechem zupełnie znienacka. Nawet dla mnie było to zaskoczenie. Krok mi zgęstniał, zesztywniał i stał się kanciasty. Poczułem ciężar jąder pomiędzy nogami i strząsnąłem z tyłka ten wzrok jedną obelgą niewypowiedzianą. Dłonie zacisnęły mi się w sobie, aż paznokcie wytatuowały wewnątrz dłoni hasła bitewne. Włos, niczym grzbiet wilka nastroszył się, a na wargach zaczęły rodzić się obelgi. Oczy, przed chwilą roześmiane pochłonął wir. Gorączka rywalizacji i odruchy obronne. Już kiedy się obracałem poczułem, jak wklęsł się w sobie, jak zeszło z niego powietrze i w końcu opadł tyłkiem w chodnik z niedowierzania.

To było tak absurdalne, tak niespodziewane, że ryknąłem śmiechem. Ohydnym śmiechem, w którym była pogarda i zarozumiałość. Napiętnowałem go wzrokiem i uczyniłem z niego eunucha. Impotenta. Złym śmiechem zrobiłem z niego kalekę. Nie potrafił chodzić, ani stać. Jak zwiędnięty liść pośród chodnika tkwił tam ze wzrokiem pełnym szaleństwa i niezrozumienia, a ja śmiałem się nad jego utraconymi snami. Nad jego głową przesuwał się świat, a wiatr chichotał wtórując mojemu śmiechowi. Zostawiłem go tam, jak zmiętą paczkę po papierosach, jak papierek od cukierka. Splunąłem pomiędzy jego bezwładne nogi i odwróciłem się, żeby nie widział, że od śmiechu szklą mi się oczy.

Odszedłem nie oglądając się ponownie, a z każdym krokiem, gdy odsuwałem się od tego porzuconego nieszczęścia krok mi łagodniał i miękł. Poczułam, jak falują mi biodra, a piersi umęczone ocieraniem się o materiał bluzki zaczęły dopominać się wolności i wiatru. Jakiś męski wzrok dotknął spierzchniętych rodzynek moich sutków i zawahał się podejmując decyzję, czy pozwolić moim piersiom uwięzić jego oczy, czy też ma iść precz do własnej, być może znienawidzonej codzienności. Resztką złego śmiechu zaśmiałam mu się w twarz. Brzydko tak, że oderwał ode mnie wzrok, wzdrygnął się i poszedł sam. Zostawiając moje piersi dla mnie i dla wiatru.

sobota, 7 lipca 2018

Bez pośpiechu.


Drobniuteńka pani idąca przede mną przez lipcowy skwar gryzący sfatygowane chodniki Miasta zaburzyła mi spokój zmysłów. Długo nie potrafiłem określić przyczyny, aż wreszcie dostrzegłem anomalię, która nie pozwoliła moim oczom cieszyć się rozmaitością lata i parła jak na smyczy za młodym, nieopalonym ciałem, czepiając się zapleczu ud i Achillesów cicho przemierzających świat w białych adidasach. Lewa noga na całej widzialnej długości była szczuplejsza od prawej pyszniącej się dorodnym tatuażem na wierzchu uda i to na tyle wyraźnie, żeby pozbawić wzrok wątpliwości, które przecież i tak we mnie znalazły wdzięczny obiekt – asymetria jest bardzo trudna do przyjęcia, nawet wtedy, kiedy jest oczywista. Pani, o wystających z sandałków drobnych paznokciach pomalowanych kolorem żywej krwi do ich lakierowania musiała chyba wyskubywać włoski z pędzelka, żeby nie zabarwić całych paluszków, bo paznokcie były ledwie punktowe. A ona, na schodach stojąc, starannie wyczesywała farbowane na blond włosy, zanim wynurzy się z czeluści przejścia podziemnego. Spowodowała we mnie rozkwit ciekawości, jednak nie znalazłem istoty, której dedykowana być miała owa chwila i pieczołowitość z jaką kształt fryzury został wymodelowany ponad myślami skupionymi na spodziewanym celu. Wiewiórki pochowały się w cieniu daglezji, żeby nie spłowieć na słońcu i tylko dzieci na metalowych zabawkach zakotwiczonych w łasze piasku rechotały zbiorową radość z powodów trudnych do identyfikacji dla skostniałej dojrzałości. Pijany bełkot minął mnie azjatycką karnacją, chińskie ideogramy na czytniku młodej Europejki czekały na rozszyfrowanie i chyba smaczne były niezwykle, bo degustacja rozciągała się w czasie ponad prozaiczną prasówkę. Aż westchnąłem, że ja również chciałbym umieć dostarczyć aż tyle smaku czytelnikowi, żeby każde słowo rozsmarowywał na podniebieniu i pieścił kubki smakowe wykwintną treścią. Pani o stopach zbyt małych dla bogatej w ciało sylwetki szła rozpraszając obojętność otoczenia i obejmowała własnym ciepłem nawet anonimowe istnienia. Pastelowe dziewczątko wniosło do tramwaju horror Kinga wyraźnie zaznaczony na ostatnim drżeniu kolan, a plastik siedzeń nie uległ psychozie, tylko wibrował oskarżeniem wzajemnym pań wyrzucających sobie na wzajem brak wychowania. A na przystanku została młoda mama siedząca obok narybku. Miedziane włosy zebrane w kuleczkę i sukienka biała kryjąca kolana skromniutko wsparte o siebie i tylko jej stopy oparte palcami o chodnik tańczyły pieśń radości cichutko śpiewanej małemu chłopcu.

piątek, 6 lipca 2018

Dialog przegranego boga.


- Chciałam być twoim świętem, a ty mi nie powiedziałeś, że głupio myślę…

- Ale… - W gardle mi zaschło na podobną niesprawiedliwość, której uzasadnienia szukać należy w damskiej duszy tak głęboko, że w zasadzie żadnemu facetowi wejść się tam nie udało na wystarczający okres czasu, żeby zdążył zrozumieć i zapamiętać mniemania. A przynajmniej brak jest wiarygodnych danych, że ktoś taką podróż odbył, wrócił bez szkody dla zdrowia psychicznego i udokumentował ją wspomnieniem spisanym bez etosu rycerskiego i chorobliwej dumy popartej trzema lampasami kaprala na ortalionowym dresie. Bez erekcji i mołojeckiej chwały autokratycznie przyznanej samemu sobie bez wahania i zbędnych „okoliczności towarzyszących”.

- No i mam co chciałam! Przez ciebie! Święto raz na rok i ani grama więcej, a przecież nie tego chciałam! Ja chciałam każdego dnia. Codzienności chciałam, tylko mi się wydawało… I nie śmiej się proszę barbarzyńco… Myślałam, że myślę i że ty też myślisz, a przecież się nie udało i teraz nikt już nie wie, jak rozplątać spełnione, pochopnie pobożne życzenia. Bo przecież jesteś, a tak ubogo, jakby ciebie nie było wcale. Tym pustym talerzykiem dla wigilijnego wędrowca, któremu udało się zabłądzić właśnie do mnie, a ja nie wiem nawet, czy chcę go wpuścić do domu, bo śmierdzi przeszłością beze mnie. Cuchnie niedostatkiem… Zaniedbaniem własnym i moją pogardą.

- Ale… - głos miałem już osadzony w więzieniu o zaostrzonym rygorze i nie nadawał się wcale do wypowiedzi dłuższej od dwóch sylab, więc tylko kaleczyłem do krwi gardło, a język i podniebienie spływało niemocą, kiedy płuca usiłowały się zająknąć oddechem. Przecież z takim zarzutem walczyć nie sposób. Szczególnie, kiedy dotyczy nie-mojego-chciejstwa-i-mojej-domniemanej-akceptacji… Kosmos niedościgniony skumulowany w moim umyśle próbował eksplodować reakcją łańcuchową pełną słów niewypowiadalnych publicznie bez uszczerbku dla miłości własnej otoczenia…

- Bo wiesz… święto miało być, ale dnia każdego. I nocy też. I W OGÓLE, bo W OGÓLE, to coś, co obejmuje właśnie każde niedopowiedzenie i wszystko, czego zabrakło mojemu spełnieniu. Bo miało być W OGÓLE, a nie od święta i… Że też nie pomyślałam wtedy i nie zażyczyłam sobie dla mnie całego, pełnego i nieskończonego W OGÓLE. No i widzisz jak to jest gadać z facetami i tłumaczyć im, a oni nic i nigdy… No chyba się rozpłaczę i to będzie twoja wina, bo przecież MOGŁEŚ MI POWIEDZIEĆ! MOGŁEŚ MI POMÓC. A ty, jak ostatni łapserdak kiwałeś głową i udawałeś, że dobrze, że w porządku i OK, byle nie W OGÓLE! I śmiałeś się, a ręce ci biegały, żeby dotykać tam, gdzie dopiero W OGÓLE upoważnia do dotykania, a ty bez tego i śliniłeś się jak jakiś niedojedzony żebrak, a ja głupia uległam, zapominając o W OGÓLE!

- Ale… - gdzieś we mnie rosła rozpacz i dramat pęczniał tragedią spełnioną tak bardzo, że sam nie rozumiałem, w jaki sposób jeszcze się we mnie ona mieści, a słowa zastygły soplami i skamieniały jak mezozoiczne drzewa przytulone tonią oceanów i lodowców tak skrupulatnie, że prehistoryczny kornik wielkości IC relacji Moskwa-Wiedeń nie zdołał skonsumować celulozy na chwałę ewolucji, nim ciśnienie oszołomiło drewno i scaliło je w skałę niewzruszoną i cierpliwie znoszącą obojętność świata.

- Wiesz? To twoja wina. Chwalisz się, że taki mądry, że pokłady zalet zalegają na dnie twojej istoty warstwą bogatą i niezmierzoną, a tu co? Zostawiłeś mnie na pastwę emocji, choć wiesz, że w emocjach człowiekowi zdarzyć się musi niedoskonałość, że przecież nie każda myśl rodzi się pięknym kwiatem i wymaga drobniutkiego wsparcia, ramienia życzliwego i niezłośliwego. A ty się śmiałeś. Pewnie już wtedy wiedziałeś, że tak będzie, że stanie się, co się stało i teraz kpić ze mnie będziesz, a ja wypłaczę całą wodę z siebie i nic we mnie już nigdy nie będzie takie samo. Bo co zrobić mam, kiedy wigilia i pusty talerzyk ciebie mi nie wystarcza? Kiedy jeden krzyk pośród polarnej nocy, to za mało, żeby wsparcie nadeszło i pomoc skuteczna i żeby szczęście mogło gniazdo uwić gdzieś pomiędzy moją nagością, a twoim uśmiechem sytego kota?

- Ale… - głos napisał mi wypowiedzenie umowy w trybie natychmiastowym i podparł je paragrafami i artykułami ustaw brzmiących tak groźnie, że proces z wolnej stopy wydawał się nieosiągalny i teraz, to już tylko kierat, kaganiec i rąbanie maczetą trzciny cukrowej na nielegalny, czerwony, kubański rum, gdzieś w zapomnianej przez Boga wiosce poza krawędzią cywilizacji. Moja prywatna przepona obraziła się na mnie i plując z pogardą powiedziała bezgłośnie, ale bardzo jadowicie: „ty świnio!”, a ja usiłowałem policzyć wykrzykniki i liczba zer za cyfrą znaczącą, choć przed przecinkiem przerosła coś, co mógłbym znaleźć z teorii liczb wielkich – nie z nazwy, a z ilości zer właśnie.

- Wystarczyłoby, żebyś mi powiedział dwa słowa, żebym zdążyła ochłonąć i pomodlić się o rozsądek, zanim poproszę o świętość dowolnie małą. A ja głupia poprosiłam bez rozumu i dostałam. Nawet nie wiesz, jakie znam słowa, żeby wypluć z siebie utracone nadzieje, bo przecież stać się mogłeś dla mnie i być moim, a jesteś teraz tylko jakimś echem – pokutą, wyrzutem sumienia, przypomnieniem i sądem wiecznym, od którego się nie uwolnię. Pamiętasz? Miałeś wtedy tę marynarkę, w której ktoś ci wypalił papierosem dziurę na lewej kieszeni, a zamszowe buty farbowały ilekroć deszcz przyszedł i to tak, że skarpet prać nie było warto, tak się nażarły barwnika. I w tej koszuli, którą wyrzuciłam ci przy pierwszej okazji, bo jej nie znoszę do dziś. Chichotaliśmy później, bo biegałeś po domu ubrany w tę kieckę, której w życiu nie założę, bo tak się normalny człowiek nie ubiera, a na balkonie schły wszystkie inne części garderoby. I poszedłeś w końcu, ale w mojej bluzce, której żadne pranie i prasowanie nie pobawi wytłoczonych moimi piersiami wypukłości utrwalonych podczas weekendów, kiedy nie widzi nikt, czym się opatulam. A ty poszedłeś, jakbyś miał moje sutki wklejone w lewą stronę bluzki nieustająco pachnącej moimi perfumami niemęsko bardzo.

- Ale… - mój głos już pakował manatki w węzełek i jako te bezpańskie dzieci wędrował w świat pełen niegodziwości, nocy zimnych i głodnych, bo przecież ja nawet tyle nie byłem w stanie mu zaoferować. Ja już wiedziałem, że to ostatnie "ale" ze mnie się wydostało, a jednak nadal wierzgałem, jak wisielec, którego nerwy poszarpane śpiewają pośmiertne naprężenia wzywając na pomoc wszystko, co nieludzkie, bo ludzie z pętlą obciążoną ciałem radzą sobie bardzo słabo i zaledwie jednokrotnością są w stanie się wykazać. Ech! Zupełnie nieudany egzemplarz ze mnie, skoro nawet z własnym głosem nie znalazłem kompromisu.

- I teraz wiesz co? Wiesz na pewno, tylko się głupio uśmiechasz i milczysz, żeby mnie pognębić i upokorzyć, żebym żebrała o twoją obecność dla mnie, i we mnie, i każdego dnia. A ja muszę być twarda, bo kiedyś przyjdzie mi się tłumaczyć z mojej słabości do ciebie, a chcę móc spojrzeć w twarz tym ludziom, których dzisiaj nie znam jeszcze, ale to kwestia tylko przyszłości, która czai się każdego poranka na mnie. Więc skoro tak, skoro nie było cię stać na wsparcie, żebyśmy mogli być razem… Bo przecież widzisz, że zrobiłam WSZYSTKO, żeby się udało, tylko ty, jak głupiec ostatni, nie potrafiłeś nieszczęściu zapobiec. I jeśli mam cię mieć od święta, to dzisiaj święta nie ma, więc idź sobie precz, jak najdalej i nie przeszkadzaj mi płakać, bo głupi jesteś. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Idź i nie wracaj. A na wigilię, to ten talerzyk rozbiję już dzisiaj, więc nie licz nawet na łyżkę barszczu, na zimne uszka, czy łuskę karpia do portfela – gnij w biedzie i zapomnieniu. I nie licz, że będę płakać rok cały, żebyś raz jeden przyszedł wziąć mnie jak grosz na chodniku znaleziony.

- Ale…

- Milcz, żadnego ALE więcej, przecież widzisz, że z tobą nie da się rozmawiać poważnie. Nie patrz na mnie, jakbyś mnie pierwszy raz widział. Jesteś impertynentem, gburem nieokrzesanym, który człowiekowi tylko przykrość potrafi sprawić, więc lepiej już nic nie mów, bo się pogrążasz jeszcze bardziej! Nawet święty Piotr Boga wyparł się tylko trzy razy, a ty właśnie po raz szósty… Idź sobie jak najdalej, bo nie wiem, czy wciąż chcę z tobą rozmawiać. Idź i nie wracaj, jeśli masz w sobie resztki godności… I nie mów nic więcej proszę, bo mi się przeleje i przestanę być dla ciebie uprzejma.

Widzenia (ni)estety.


Widok klapek z futerkiem nie pozostanie bez wpływu na mój zmysł estetyki, a powtarzalność widzenia sprawia, że zaczynam w ów zmysł powątpiewać. Kobieta o łydkach umięśnionych niczym łydki Korzeniowskiego w szczycie kariery i czarne futro wieńczące czerwień szponów położonych na wystawie czarnej podeszwy… Obłęd i histeria dla wzrokowca. Pan bawił się koparką na zabytkowej ulicy i od kilku dni pięciu ludzi usiłuje poskładać puzzla z kocich łbów, którego operator zdążył przekształcić w nieregularną piramidę. Oni wiedzą, że nie przywrócą świetności przedwojennego wykonania, ale robią co mogą, żeby zbliżyć się do tej maestrii, lub chociaż poziomu (wiem, że to dwuznaczne, ale jezdnia lubi być zbliżona do poziomu ku chwale jej użytkowników, a budowlańcy starają się o odpowiedni poziom naprawy z przyczyn bardzo prozaicznych, tzn - domniemanej wypłaty). Własnym potem zwilżają granit i przycinają go soczystymi wiązankami. Gdybym chciał wykropkować parszywe emocje, powstałaby najdłuższa notatka w tym blogu, choć przecież potrafię jedną myśl rozciągnąć na kilka stron maszynopisu. Nieustająco pozostaję pod wrażeniem Hrabala, który wyprawę ze szpitalnych wierzei aż po kres ogrodu z wiecznie otwartą bramą potrafił zawrzeć w zaledwie trzech stronach maczkiem. Pani w sklepie z odzieżą męską składała jakieś szare koszule i czule głaskała je po kieszeniach, jakby szukała ciepła męskiej piersi pod nią. Inna strugała ananasa z łusek skóry i kręciła pupą w obcisłych, popielatych kalesonkach w takt kubańskich rytmów. Gołębie szybują nad Miastem, lecz od kogo się nauczyły tej sztuki, to nie wiadomo. W każdym bądź razie – chętnie lądują w czynnych fontannach i biorą nie tylko prysznic, ale i z jacuzzi korzystają w przeuroczy sposób. Otrząsają się przy tym zupełnie jak psy. O wiele staranniej niż dzieci – te potrafią tak nakarmić wodą pampersy, że nie są w stanie ich później unieść. Jakiś pies popatrzył na mnie z wyrzutem, jakbym był odpowiedzialny za zaduch miejski. Może i jestem, choć bez świadomości – poszedł, zanim go przeprosiłem. Przed kasami ASP trójwymiarowy chaos z liter bez większego znaczenia – gratisowa układanka, kalejdoskop niepojęty i tak doskonale subiektywny, że aż wyzwanie dla smakoszy słów – ułożyć można chyba wszystko i jeszcze zabarwić emocjonalnie zależnościami składniowymi. Kusi, żeby przyjść nocą i z białych liter wygrawerować na tłustej ciemności własne tablice z dekalogiem. A wszystko czcionką obłą, otyłą, pełną łuków i niedopowiedzeń. Domyślnie miękką, jak miękką potrafi być mydlana bańka, czy balonik z gumy do żucia. Może to zbyt podła czcionka na dekalog? Na jakiekolwiek ważne słowa? Brak jej gotyckiego sznytu niemieckich knechtów, brak dostojeństwa szlacheckiej dumy brytyjskich księży. W sam raz na komiks i śmiech do skurczu przepony i łez słodszych od wszystkich innych. Z takich liter należałoby pisać treści frywolne, rozstające się z powagą, zanim słowo ciałem się oblecze.

czwartek, 5 lipca 2018

Zaborca.


Pachniałaś samicą. Spoconą i nieumytą. Żądzą wyrosłą w zaciszu samotnych nocy i dotyku kołdry, której nie miał kto zerwać wiedziony instynktami. Pod pozorem dysputy filozoficznej wciągałaś mnie w świat spojrzeń dwuznacznych i gestów odważniejszych niż te, które świat aprobuje oficjalnie. Bo poza protokołem świat ma daleko bardziej rozbuchane myśli i twoje zachowanie było zaledwie flirtem – ot – takie kręcenie pupą, żebym nie zapomniał, żebym ciebie zignorować nie dał rady. Żeby się we mnie obudziły instynkty, a nozdrza wciągnęły woń feromonów, do zachłyśnięcia i utraty resztek rozsądku. Do prokreacji konwulsyjnej, dzikiej i bezsłownej, w której zęby się obnażają, a grzbiet napręża do granic wytrzymałości, żeby eksplodować ekstazą.

Perfidio! Wiedziałaś, że tam, gdzie buzują hormony rozsądek jest portierem ubezwłasnowolnionym. Siedzi i kiwa głową każdemu, kto podwoje przekracza – zupełnie jak emeryt-ochroniarz, straszący otoczenie niepokalaną czernią munduru i stojącymi na baczność pomiędzy łopatkami, złotymi literami OCHRONA – jedyne, co potrafi stać na baczność w jego otoczeniu i jedyny kolor, w którym wiotkie ciało jeszcze usiłuje się prężyć, choć złocenia napisu przypominają nieco memento drukowane na żałobnych szarfach wieńców. Na pewno nie gwiazdę szeryfa.

Doskonale wiedziałaś, że nie dam rady wytrzymać dłużej niż kwadrans. Że choćbyś największe głupoty opowiadała, to już mnie uwiodłaś i teraz stan ten mógł się wyłącznie pogłębiać. Szczerzyliśmy się do siebie nawzajem, a ja przełykałem ślinę nerwowo i tężałem, czując jak moje własne ubranie staje się zbyt dopasowane, duszne i uwierające. Przerosłem je chwilowo, a ty mówiłaś coś, szczebiotałaś, jednak nie w tym rzecz była. To tylko pozór. Woalka na pożądaniu. Pomiędzy piersiami popłynęła wskazówka drążąc tunel, wyłom w murze niedostępności i płynąc szemrała:

- pójdź za mną całym sobą i kompletem zmysłów, płyńmy razem, a ja wilgocią pokażę ci ścieżkę, z której nie da się zawrócić, którą trzeba pokonać do samego dna, do utraty rozumu, do nieprzytomności, do krzyku, który nawet noc potrafi rozebrać z intymności, ku zazdrości wszystkich tych, którym dane nie było dotrzeć aż tam. Którym trzeba wzdychać bezksiężycową nocą nadaremnie, albo pogrążyć się w zachwycie nad bezwstydnym uniesieniem.

Kupiłaś mnie, a ja się sprzedałem nie wiedząc kiedy. Smak twojej żądzy wypełzał na całe ciało i nie pomagały żadne materie, nie dało się ukryć, jak bardzo chcenie wzięło nas w posiadanie. Nie mnie, nie ciebie – nas. Trzeszczałem w szwach materiału, który choć sztormowym płótnem się chwalił w genealogii, to nie był szyty na miarę euforii uniesień, ty równie niedyskretnie rosłaś ogniskując mój wzrok amatora – braffitiera na ostrzach pestek kaleczących krągłości napęczniałym wyznaniem niespełnienia. Palcem, na którym zakrzepł twój sok, zbierany o poranku, a może przez noc całą po trzykroć, po siedmiokroć, czy nawet więcej, wskazywałaś coś nieistotnego, bo przecież bardziej szło o to, żebym poczuł, niż zobaczył, a ja za tym palcem podążałem bezwolnie wzrokiem, jak pies bezdomny za skórą pełną tłustego mięsa. Mogłaś mnie już uwieść wszędzie lub dokądkolwiek i robiłaś to z nieświadomą premedytacją. Nieświadomą, bo skowyt wydobywał się z ciebie tak samo i jednym, skażonym powietrzem oddychaliśmy już chyba. Dłonie zapomniały o wychowaniu, o dyskrecji, o powinnościach, obowiązkach i wszelkich tabu ukorzenionych w archaicznych dogmatach. Nikt już nie wie, czyje dłonie kogo szukały opuszkami miękko-ciepłymi od niepewności, żeby wreszcie zarazić się smakiem dopełnienia, nadzieją i obietnicami, przy których nawet bladolica, niezapisana tablica spłoniłaby się rumieńcem.

Byłem twój tak bardzo, że nie zmieszczę w słowach niczego, co dałoby radę zbliżyć się do pasa ziemi niczyjej, do granic pojęcia, do pierwszej dygresji, czy rozbieżności. Chwila szaleństwa nieskonsumowanego jeszcze, lecz już otoczenie pokryło się mgłą nieistotności, obojętnością wobec pieśni języka zlizującego z warg kurz ostrożności. Przepatruję wstecznie życie i myślę, jak bardzo nie potrafię już sam i dla siebie. Jak bardzo trzeba mi czegoś, co da się podzielić, czym można się wymienić i uzupełnić każden niedostatek, niedoskonałość jednopłciową zamienić na wspólnotę spełnień. Pochłonęłaś mnie własnym pragnieniem, a ja w oczach miałem niedyskrecje, których unikając kiczu wygłosić nie sposób. Bo są sprawy, które w słowach brzmią infantylnie, wulgarnie, bądź nie brzmią wcale, lecz w działaniu witają się z uśmiechniętym szeroko strażnikiem rajskich wierzei, z dowolnie zdefiniowanym rajem, zapomnianym przez czas i siedem grzechów głównych…

A potem… powiedziałaś: „chcę!” i zanim echo słowa odbiło się od moich ust wygłodniałych, spierzchniętych i pełnych niepewności już w twoje usta pędziło moje „chcę!” tak podobne, jakby z jednej matrycy odlane i szept nasz wzajemny zaczął się splatać w harmoniczne wartości i w nieuświadomienia i w to wszystko, czym umysł potrafi przesiąknąć zanim pojawi się zrozumienie. A potem? Potem świat przestał istnieć na wieczność, która trwała aż do spełnienia… I jeszcze i wciąż. Aż czas zawiązał węzełek i wyruszył jako ta sierota–nieboga po pylistej drodze, którą ponoć podczas burzy przemierzały bezdomne dzieci… w swoim egoizmie ledwie zauważyłem że starsza siostra wiodła brata, którego oczy pełniejsze były wilgoci, niż całe niebo, a drzewo wyciągało pazury drapieżnie i niepowstrzymanie… Odetchnąłem z fałszywą ulgą, bo malarz, gdyby poczekał jeszcze chwilę na zwiastowanie piorunów…

Też płaczesz nad ich losem…? Ej! Czas radzi sobie lepiej od każdego organizmu! Nie pora na litość, kiedy czas na miłość nadszedł. Czas? Niech idzie sobie precz – w ostatnie kręgi piekieł wszelakich.

środa, 4 lipca 2018

Objawienie.


I tylko pan z fajeczką niewzruszonym pozostał. Jak zwykle stał w podcieniu portalu bramy przechodniej, śmierdzącej uryną tak bardzo, że nawet owady zawracały i wybierały inne ścieżki chcąc się przedostać na podwórko w celach równie tajemniczych, jak ludzie, którzy wnikali w ową przestrzeń wstrzymując oddech, by wynurzyć się we wnętrzu, o jakim lokalne władze wolały nie pamiętać dla własnego bezpieczeństwa. Nie wiem, co siwowłosy, brodaty, ale nie niechlujny pan wiecznie w popielatej marynarce palił, ale musiał mimochodem neutralizować fetor skondensowany tak, że można z niego zapewne pozyskiwać pierwiastki w ilościach większych niż śladowe. Stał i palił patrząc na świat z życzliwą ciekawością, może ciut chorobliwą i nadgorliwą, zbyt wytrwałą i bezkompromisową, lecz społecznie mało szkodliwą.

Kiwnął mi głową, kiedy przechodziłem chodnikiem. Znowu. A może tylko oczami zaakceptował moją-tutaj-obecność, zanotował ją, niedwuznacznie sugerując, że mnie zauważył, że moja aura nie jest w stanie niepostrzeżenie zagrać w klasy na płytkach chodnikowych potłuczonych tak niemiłosiernie, że przypominały rozsypanego w nieładzie puzzla. Żadnego uzasadnienia podpartego logiką znaleźć nie umiałem, jednak czułem podświadomą sympatię dla kogoś, kto życie potrafił spędzić w bramie i znajdować w tym radość codzienności. Cud istnienia. Że umiał się odnaleźć pomimo wszystko i wszystkim. Pamiętal mnie z obdartymi do krwi kolanami, kiedy umorusany biegłem z piłka na boisko, albo wracałem z pierwszej randki zachwycony, że wreszcie udało się skraść pięknej pani pocałunek, po którym oboje spiekliśmy raka, ale o tym sza! - Nikt wiedzieć nie musi...

Jeśli miał żonę, to musiała nią być ta pani, która potrafi zbesztać wzrokiem zarówno bezpańskiego psa za skołtunione futro, jak zasmarkane dziecko płaczące nad gałką loda, który upadł tak nieszczęśliwie, że go chodnik liże brudnym od piasku jęzorem, czy sąsiada, który pod wpływem wracał i pozwolił sobie rozpiąć jeden guzik koszuli, której krawat w życiu nie dotknął. Tę samą, która w warzywniaku wykłócała się o jakość ziemniaka, czy kolor kalafiora po cztery trzydzieści sztuka. Pani, rozbudowana we wszelkich możliwych kierunkach marsem na czole sugerowała kapcie zanim człowiek wejdzie na klatkę schodową, a co dopiero mówić o ustroniu oficjalnego przedpokoju. Kobieta tak pełna zasad, że spełnienie wszystkich przekraczało nawet boskie talenty, więc o ludzkim prochu szkoda wspominać. Ten mógł być wyłącznie łajany i wyprowadzany z błędu wykładami emocjonalnie gęstymi od przygan i sprawiającymi, że człowiek padał na kolana żebrząc o pokutę, byle tylko nie dostąpić wtajemniczenia.

A on stał, z zalążkiem uśmiechu i dotykał świata czymś nieznośnym. Potrafił ze wzroku zrobić dyskretne narzędzie zmieniające nawet zazdrość w szlachetne ramy okalając dusze mknące w milczeniu chodnikami. Potrafił wyssać szpik z sumienia anonimowo przekraczającego Rubikon jego zmysłów – cuchnącego bylejakością bramy. Jestem pewien, że potrafił chodzić, jednak odkrycie tego talentu wymagało uporczywej tubylczości i to tej nieokiełznanej, której zdarzało się wracać bladym świtem, lub wstawać jeszcze wcześniej. Trudno było przejść bez spłowiałego błękitu wzroku popielatego pana i obłoczka ciepłej chmury napędzonej aromatyzowanym tytoniem, której znaczenie odczytać potrafiliby być może Apacze, gdyby ich wzrok był w stanie dosięgnąć czegoś tak nieistotnego, jak ślepa uliczka miasta.

I kiedy wreszcie zdecydowałem się rozproszyć anonimowość człowieka, kiedy zebrałem w sobie pokłady odwagi i bezczelności poszedłem przez sklepową lodówkę, żeby pustymi rękami nie wpraszać się lipcem w gości i stanąć obok fajeczki, obok brody, która wymagała ogromu pracy, żeby pomimo zmarszczek w ukrytych starannie brodzie chciała się układać w sensowną całość – nie było człowieka. Brama śmierdziała, ponieważ nic więcej nie umiała i była ohydnym pucharem przechodnim, lecz jej aktualny zdobywca opuścił posterunek właśnie dziś, kiedy miałem kaprys zagrzechotać szkłem niskoprocentowym. A mógłbym zapytać o tak wiele… O nie swoje wczoraj, albo przeszłość zamierzchłą bardziej niż historia słowa pisanego…

Ileż trzeba mieć w sobie BOGA, żeby tak stać w śmierdzącej bramie bezkreśnie? I właśnie dziś BÓG zniknął… Wiecznego człowieka zabrakło w bramie, która czci amoniak. Kiedy ja, nie bacząc na skwar przyniosłem schłodzone konserwy w płynie, żeby pogadać bez obawy, że kurz podrapie gardła… Nie wiem, czy to dobry dzień, skoro właśnie dziś BÓG opuścił bramę, idąc do miejsca, w które świat zaglądać  nie ma odwagi... Smród stał się ostatnim szlabanem do tam... Wejść? Płuca jeszcze mocne...