Zza węgła wyfrunęła wrona, niemalże wachlując mnie czarnym skrzydłem. Słoneczne żółtko czochra się o katedralne wieże, nad Rzeką pierwsze białe baldachy czarnego bzu. Na płyciznach płocą się płocie i okonią okonie. Czarne tulipany w niekoszonej trawie wyglądają jak skrzepy krwi.
Zły czas dla czarnych spodni. Jedne znajduję porzucone w przystankowej wiacie, inne leżą na murku sporego klombu, jeszcze inne przewieszone przez kartonowe pudło, bo w środku już się nie zmieściły. Biodra mini i maxi jakoś podświadomie grawitują ku sobie tworząc parę komplementarną i choćbym nie wiem jak wzrok wytężał, to nie potrafię odkryć łączącej je nici, poza wzajemną sympatią/potrzebą, czy wyrachowaną zagrywką. Ale to wszystko łącza naturalne, psychiczne, nie fizyczne.
Pani o azjatyckich rysach zajada się tostem, z którego odłamuje małe kąski i łowi na nie to ser, to pieczarki, zanim wprowadzi je w czeluści przewodu pokarmowego. Na stojąco, gdy autobus trzęsie, to niewielka przyjemność.