środa, 30 kwietnia 2025

Strzyga strzygła szczygła szczytującego na szczypiorku.

 

    Zza węgła wyfrunęła wrona, niemalże wachlując mnie czarnym skrzydłem. Słoneczne żółtko czochra się o katedralne wieże, nad Rzeką pierwsze białe baldachy czarnego bzu. Na płyciznach płocą się płocie i okonią okonie. Czarne tulipany w niekoszonej trawie wyglądają jak skrzepy krwi.


    Zły czas dla czarnych spodni. Jedne znajduję porzucone w przystankowej wiacie, inne leżą na murku sporego klombu, jeszcze inne przewieszone przez kartonowe pudło, bo w środku już się nie zmieściły. Biodra mini i maxi jakoś podświadomie grawitują ku sobie tworząc parę komplementarną i choćbym nie wiem jak wzrok wytężał, to nie potrafię odkryć łączącej je nici, poza wzajemną sympatią/potrzebą, czy wyrachowaną zagrywką. Ale to wszystko łącza naturalne, psychiczne, nie fizyczne.


    Pani o azjatyckich rysach zajada się tostem, z którego odłamuje małe kąski i łowi na nie to ser, to pieczarki, zanim wprowadzi je w czeluści przewodu pokarmowego. Na stojąco, gdy autobus trzęsie, to niewielka przyjemność.

wtorek, 29 kwietnia 2025

Widzieć, nie wiedzieć.

 

    Kobieta mocno osadzona w trzech wymiarach i posunięta w czasie ładnych kilka dziesięcioleci, o twarzy podrasowanej słońcem nieznanego pochodzenia przecina chłód poranka obojętnością. Czarnopupe dziewczęta penetrują Miasto pieszo i na rowerach, czasem tylko korzystając z komunikacji zbiorowej. Wokół na biało i malinowo kwitną głogi wiotkim pniem udające młodzieniaszki.


    Zadurzony wiosennie motorniczy nie wypuścił pasażerów i niechcący pojechałem o krok dalej, niż zamierzałem. W nieznane, na wagary, wyrwany zostałem z rutyny, jak perz z grządki. Przez przechodnią bramę przemknęła zabiedzona kuna i nie jest to żadna metafora, tylko fakt ze świata dzikich zwierząt. Wbiegła w podwórze i zatrzymała się, by złapać orientację w obcym środowisku. W trawie, tuż przy krawężniku odpoczywał gołąb, jawnie lekceważąc przechodniów. Udekorowana na ciele pyza żwawo przekraczała most pociągając kawkę z tekturki. Jej brzuszek wykorzystał łuk wzgórka łonowego, by wspiąć się po nim zachowując nienaganną krzywiznę. Dziewczę wybujałe pod niebo w spódnicy z rozcięciem pozwalającym płci na swobodny oddech szło w towarzystwie prywatnego bodyguarda (że niby specjalisty od cielesnej ochrony).


    I dobrze jest. Ciepło. Rozmaicie. Widzialność doskonała, świat wciąż cieszy i zaskakuje, choć przecież (na chwilę zapominając o nadmiarowej podróży) wciąż te same ścieżki prowadzą mnie tam i z powrotem, bez hobbitowych przygód.

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości 22.

 

    Ona wskoczyła w to i owo, uprzednio wyskakując z tamtego i owamtego. Kiedy ona pozuje, on foty komentuje. Chwalą się wzajem i chwalą na zewnątrz, goszczą się i troszczą, lecz wiadomo, gdy obcy im nie zazdroszczą... W-ów-czas „fun” zdycha pospołu z „wajpem” i wakacje są ani all, ani inclusive.

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości 21.

 

    A kiedy z wypłaty umiłowany kraj ściągnie co tylko może na US, ZUS i Bóg wie co jeszcze, mogę wreszcie zaszaleć z zakupami, obciążonymi kolejnymi, niebagatelnymi daninami na rzecz państwa. Gnijącą na rachunku kasę pokąsa podatek od zysku. Cyfryzacja ów problem (czyli mnie) jeszcze pogłębi.

niedziela, 27 kwietnia 2025

Dobra dusza.

 

    Namalowała dla mnie połówkę cebuli i dwie główki czosnku. Obok coś się piętrzyło niewyraźnie. Spytałem zaintrygowany, a wtedy okazało się, że to sól, tylko solniczka się zbiła, bo była szklana, a ze szkłem, to nigdy nie wiadomo. Każdy głupi wie, że sól do cebulki, albo czosnku, to dobra rzecz i nieważne, co sądzą o tym dietetycy. Kontynuowałem pytaniem, jak skorzystać z prezentu, co troszkę ją speszyło.


    - Bo wiesz… - zaczęła się tłumaczyć – musiałam siusiu i nie zdążyłam namalować chlebka, a potem, to już mógł być nieświeży, to nie chciałam cię częstować starym. Jeśli lubisz stary, to ci zaraz dorysuję!

Wrzask o brzasku.

 

    Dziewczynka puszczała mydlane bańki i chyba wkładała im do środka jakieś dziecinne marzenia do spełnienia, bo odprowadzała każdą wzrokiem, jakby jej wzrok umiał powstrzymać bańkę od pęknięcia zanim doleci do nieba. Osiedlowe psy rozmerdały powietrze na powitanie, a, że na drugich końcach smyczy rodził się drobny flirt i zwierzęta robiły podchody międzyrasowe. Dostawcy jedzenia serwują wprost z plecaków wciąż ciepłe zamówienia i na spalinowych rumakach odjeżdżają w dal siną od spalin. Po niebie uwijają się samoloty w każdą możliwą stronę malując przypadkową szachownicę. Nieustannie zdumiewa mnie gęstość tego ruchu, sugerującego, że zerkam z wieży kontrolnej lotniska w centrum świata, a wokół mnie roją się samoloty. A przecież tu jest zaścianek, miejsce, gdzie dopiero co umarli ludzie, obawiający się rozpakować walizkę, bo przecież Niemcy tu wrócą, więc to tylko na chwilę. A tu taka niespodzianka – wczoraj, przed Urzędem Wojewódzkim stała olbrzymia kolejka, jak się okazało, wszyscy liczyli na kartę Polaka. I nie byli tam sami „bracia ze wschodu”, bo sporo Afrykańczyków i Azjatów. Wciąż nie wiem, czy to u nas jest tak dobrze, czy gdzieś tam w świecie jest jeszcze gorzej.

Zwędlina – kradziona z wędzarni kiełbasa.

 

    Od samego rana jestem, po wrażeniem przeczytanego artykułu o odkryciach naukowców w grobowcu Tutanchamona. Autor artykułu napisał (między innymi): Broń, którą faraon dzierżył w prawej dłoni, wydawała się być niewzruszona upływem czasu. Sztylet miał ostrze zrobione z żelaznego meteorytu i złotą rękojeść ozdobioną kryształową głowicą. Wzruszyłem się, bo jestem miękki i nie tak ostry jak sztylet. On, zimny i niewzruszony przetrwał zarówno śmierć faraona, niewolę trwającą ponad trzy tysiące lat i badanie zespołu naukowców, żebym ja, prostaczek mógł poczuć wzruszenie.


    Za oknem słońce łaskocze gęstniejące korony drzew, ścigając zimny wiatr, by go ogrzać nieproszonym miłosierdziem. W wiszących pod balkonowym sufitem chińskich dzwonkach zrobionych z bambusowych patyków osiedliła się pszczoła, przysparzając radości obserwacyjnej, gdy zamieszkując jedną z rureczek, zwiedza także pozostałe. Może zaprosi koleżanki, może dzieciom szykuje niezależne i samorządne gniazdka. Dzwonek nigdy nie dzwonił, bo był nieudany, ale teraz pomrukuje i byczy. Najwyraźniej znalazł życiowy cel. Intrygujące, bo zanim zawisł dzwonek, na zewnętrznej ścianie zbudowałem spory (ok.50x60) cm obraz z kawałków drzew, kory, szyszek i trzcin, żeby cieszył oko Oka, dając szansę bezdomnym owadom na kolonizację. Obraz cieszy, ale chyba jest pustostanem.

sobota, 26 kwietnia 2025

Wystarczy dostarczyć starcze stercze dostarczyciela storczyków.

 

    W zdziczałych ogródkach schną modrzewie, kaliny szykują się do kwitnienia, trawy tworzą niską, splątaną wiatrem i deszczem dżunglę. Dziewczyna w czarnej pelerynie udaje batmana, jednak zdradzają ją nieco wielkie, białe słuchawki. Pani rozkosznie okrąglutka pod czarnymi rajstopami ukrywa tatuaże rosnące gęsto jak bluszcze. Nowy kubełek na śmieci, owinięty jeszcze czarną folią błyszczy w słońcu jak tłusta kropla rtęci.


    Mija mnie martwy, mokry wzrok dziewczyny tkniętej nieszczęściem i kozackie pryszcze na twarzy przetworzonej zgodnie z wymogami nowoczesnej mody. Pani Wieniawa – człowiek nieodkrytych talentów zerka na mnie z billboardu, a jak sięgnę pamięcią, to także z telewizora, prasówki, radia oszałamiając mnie zainteresowaniami – jak wielu współczesnych ludzi renesansu zalicza się do grona „ludzi do wszystkiego” pływających na powierzchni globalnego beztalencia. Wszyscy śpiewają, piszą, grają w filmach, bądź je reżyserują, udzielają rad, remontują cudze domy, ubierają kogo tylko się da, samemu się rozbierając, gotują, oceniają innych z całą nabytą znikąd fachowością… Szczęściem tamaryszki zakwitły jak zwykle i nie w głowie im nowe stylizacje. Skrzyp wrastał w tłuczeń międzytorza, tworząc grzebienie z czystej zieleni.


    Wielkoformatowy artysta futerałem na dzieła wielkości A0 podzielił wnętrze na część przednią i tylną, nieco krępując współpasażerów. Przodem znalazła się starsza pani z wielkimi walizami, tyłem błękitne pośladki nie wymagające jeszcze liftingu. Ściany pokaleczone bohomazami bez zauważalnej idei drapią ściany odzierając je z dostojeństwa. Chłopak z wielkim bukietem kwiatów z dworcowego kwiatomatu wędruje dziarsko, odprowadzany podziwem mijających go niewiast. Dziewczęta wybujałe bardziej niż wiosenny szczypiorek i jędrniejsze od rzodkiewek wesoło snują plany na dzisiejsze popołudnie, które Bóg wie, kiedy się skończy, za to zacząć się gotowe już rankiem.

piątek, 25 kwietnia 2025

Lustereczko, powiedz proszę...

 

    A już najbardziej, to nie lubimy własnych wad w zwierciadle zachowań innych. Pierwszy (oczywiście) był nasz Pan, ponoć Litościwy, Stwórca Wszystkiego. Pozwolił nam taplać się w rajskiej ułudzie, lecz nie byłby sobą, gdyby nie zasadził się na ludzi. Wymyślił coś perfidnego – Zakazany Owoc.


    Niby wszystko było dostępne, tabu niewielkie i żyć bez niego można było całkiem przyzwoicie, ale... No właśnie. W końcu stworzył nas na własne podobieństwo, czyli doskonale WIEDZIAŁ, gdyż był Wszechwiedzący, że człowiek słaby pokusie ulec musi. Czemu więc wygnał ludzi, jak wściekłe psy i przebaczyć nie potrafił?


    Bo i on uległ błahej pokusie, podsuwając ludziom Owoc Zagłady.

Mżawka to nie mrzonka.

 

    Mokry świt bębnił pazurkami w blaszany parapet, i wygrywał melodie na rozkloszowanych parasolach. Autobus, zastanawiająco pusty odławiał zmokłe kury z niemal bezludnych wysepek przystanków. Zieleń, soczyście łaknąca, opijająca się traperską metodą na zapas, bo przecież nie wiadomo, kiedy znów woda popłynie z niebiańskiego kurka.


    Sznurówka świateł lokalnego pociągu wpełzła między rubinowe światła szlabanów i znikła grzechocząc pośród szarości. Truskawkowy dym z cyber-papierosa rozprzestrzeniał się i rzedł – widocznie wsiadł na przystanku i nie mógł się zdecydować, do kogo się przysiąść. Kurz spływający rynsztokami uwalnia otoczenie od własnej uporczywej obecności. Porównuję go do mchu, który równie pazernie zawłaszcza każdą niedopieszczoną starannością przestrzeń.


    W autobusie kobiety oszczędzają kolory na lepsze czasy, więc życie przygasło w monotonii barw ciemnych jak niebo. Chodniki okazują się zbyt wąskie dla mijających się parasoli, ekstremalni kolarze pedałują, dźwigając plecaki zabezpieczone nieprzemakalnymi pokrowcami (pokrowiec, czyli potomek krowy). Woda wygładza nierówności chodników, a Rzeka zamazuje obrazy wiatrem malowane na jej powierzchni. Pnie drzew połyskują po kąpieli, a róże zakwitły na niegościnnym trawniku.


    Dziewczątko najwyraźniej wystrojone bardziej niż zwykle przegląda się w mijanych szybach, dla pamięci kronikarskiej podpierając zauważenia fotkami. Przyszły dżentelmen w garniturze ukrywanym pod kapturzastą bluzą niesie w ręku płaszcz, spłoszony jego elegancją. Góra trzynastoletnia księżniczka zakłada nogę na nogę, co natychmiast kojarzy mi się ze sznurem pulchnych serdelków – tyle jest tam tych ud i łydek… Jeszcze tylko dama lat z grubsza osiem (ile trzeba mieć lat, by zasłużyć na telefon komórkowy?) w lakierkach, spodniach w kancik, w ruchach i słowach tak elegancka, że starsze koleżanki mogłyby brać lekcje dobrego smaku i zachowania.