piątek, 9 listopada 2018

Zapomniana mitologia.


Za pracą szedłem przez świat aż na jakimś płocie zobaczyłem ogłoszenie: „Augiasz i synowie – spółka z tradycjami szuka pana do sprzątania. Tuż za płotem”. Poszedłem - w końcu sprzątanie nie należy do zakresów wiedzy tajemnej i uznałem, że znajduje się w zakresie moich skromnych kompetencji. Faktycznie było niedaleko, a Augiasz (choć się tym wcale nie chwalił) miał więcej córek, niż synów. Obejście, jak obejście. Zwyczajne, jak to na wsi. Kury pilnowały kurcząt i plotkowały o rudym, nocnym gwałcicielu, który rozkochał się w niosce do obłędu, aż ją wytarmosił w ekstazie tak, że umarła z rozkoszy. Wciąż jej jęzor wisi na wierzchu, bo amanta spłoszyły burki cierpiące na zapalenie pęcherza. One i pięć razy w nocy wstają, kiedy prostata im spać nie pozwala. Koty, od niechcenia wysiadywały w tym czasie jaja skrupulatnie unikając ludzkich oczu i pomówień. Chytre bestie – zamiast malutkiego jajeczka liczyły na tłustą gąskę i z poświęceniem, wylegując się grzały brzuszyskami małą ławicę podebranych cichcem jaj. Chyba liczyły, że się im upiecze i padnie na amanta, że gardło ćwiczył, żeby wysokie C wydobyć z siebie bez konieczności raptownego ściskania jąder.

Augiasz był trochę schorowany. Korzonki, żylaki, skleroza, czarnowidztwo, drżąca rączka i zwapnienie żył, ale cynikiem był wielkim, bo przypadłość rozwija się z wiekiem bez wstrętu i ograniczeń. Pozwolił, żeby ta najbrzydsza z córek dzbanek mleka postawiła na stole, ale resztę zagonił do roboty, gdzieś za siedmioma górami, żebym nawet myślami nie zdołał drogi odnaleźć. Trzech synów posadził obok, żeby zapewnić sobie przewagę liczebną, chociaż taktyczną miał zagwarantowaną – w końcu ja za chlebem przyszedłem, a chleb na stole stał i kusił. Trochę bałem się rękę wyciągnąć, ale w końcu pomyślałem, że nie ubiją parobka, zanim robotę zacznie, a głodny roboty nie zrobi. To sięgnąłem po skibkę z brzegu, piętkę pachnącą i ciepłą, że chyba córy piekły, bo zapach kobiety przebijał ponad drożdże. Ośliniłem się, ale Augiasz nie zauważył, bo jemu też sztuczna szczęka się nie domykała i wzorem buldoga nosił sople zamiast brody.

Któryś z synów chciał już zagaić widząc, że ojciec popadł w melancholię, albo w pamięci poemat w pięciu aktach wierszem cyzeluje, ale Augiasz go powstrzymał dłonią podobnym gestem, jakim Kopernik słońce wstrzymywał. Senior ma mieć posłuch i pierwszeństwo przy wyjadaniu skwarek z miski. Szczeniaki na wsi mores znają i zmilczał syn ojcowską reprymendę. Ja mogłem milczeć jeszcze ze dwa miliony lat, dopóki mleko i chleb na stole. Tylko żołądek mi burczał, że za wolno przeżuwam, jakbym był statecznym wołem, a nie rozpaczliwie głodnym obdartusem. I jak takiemu wytłumaczyć, że w gościach, to półgębkiem, ukradkiem, że delektować się trzeba i udawać, że je się z roztargnienia i ciekawości, a głód został ukrzyżowany dwadzieścia lat temu i skóra z niego ozdabia fotel na werandzie, albo się pręży na wojennym bębnie.

Sielanka niestety trwała krótko – jakieś cztery zwrotki trzynastozgłoskowca i zaledwie dwie marne skibki - ech, rozmarzyłem się i oczy powlekła mi wizja, w której ręka tej, co chleb kroiła pot mi z czoła odgarnia i na czole nie poprzestaje, lecz wygrywa na skórze pełen koncert pośród miękkości intymnego siana. Chleb pachniał obietnicą raju i piekła naraz, aż przytulał się do mnie i szeptał bezeceństwa w jej imieniu. Augiasz podrapał oba ośrodki odpowiedzialne za podejmowanie decyzji, czyli łysinę i rozporek (kolejność przypadkowa), po czym przystąpiliśmy do negocjacji warunków umownych. Chytrość z niego biła, jakby miał szkockie pochodzenie, albo przynajmniej na Małopolsce każde wakacje spędzał. Parobek się zapodział, co stajnie im sprzątał od wieków – jakieś smoki obecnie oswajał, czy zapasy z wężami uprawiał – nieważne. Ważne, że mu sukcesy do głowy uderzyły i nad mierzwą pochylać się nie chce, żeby mu manicure się nie pokruszył i aureola nie przesiąkła aromatem odległym od boskich perfum.

Twardo na zadzie siedział Augiasz, a ja na początek standardowo pół królestwa chciałem i tę córuchnę od chleba, bo te stajnie, to ponoć końca nie widać i było ryzyko, że jak wrócę, to już żadna na mnie starego nie spojrzy. Zgarbiony, śmierdzący drań, co się ze stajni wynurzył po wiekach wieków amen… Gryzłem chleb niespiesznie i tych jego synów liczyłem. Wiedziałem, że kutwa i nie da królestwa, ale córę? I opierunek, bo ktoś mi śniadanie do pracy zrobić musi chyba. Własnej córze chyba spać w stajni też nie pozwoli, więc niech myśli, póki jeszcze ma czym. Głowa zdezelowana, zużyta niemal do cna i nie ma co regenerować, ona już dogorywa. Nie ma czego żałować. Naradzić się chcieli z synami i wysłali mnie gdzie pod jabłonkę, a ta brzydka mi wody chłodnej przyniosła i ukradkiem w rękę wsunęła liścik pachnący znajomo. Ech! Na wiele ustępstw już byłem gotów, byle tę dłoń ucałować i nie poprzestać, nim smaku całego ciała nie wyssam do szpiku. Dłoń w kilku zaledwie słowach spisała baśnie Szeherezady w wersji dla dorosłych, bez jednego znaku zapytania, czy wielokropka. I tak uroczo wyrażała się podkreślając słowo MY…

Negocjacje zakończyły się w czasie niewiele krótszym niż wojna trojańska i obyło się bez perfidnych podstępów. Przynajmniej mam taką nadzieję, bo ten sęp Augiasz siedział taki zadowolony, jakby surową wątrobę wyżerał każdego ranka jakiemuś nieszczęśnikowi. O pieniądzach dżentelmeni mówić nie będą, a poufność umowy pod karą sądu ostatecznego nie pozwoli Augiaszowi przechwalać się po knajpach, jak to parobka naraił za grosze, ale ja swoje wiem. On nie wierzył, że wrócę, to był dość spolegliwy. Nim pod bronią stanąłem u wierzei stajennych skubnąłem z talerza jeszcze dwie skibki i mlekiem wprost z dzbanka popiłem. Splunęliśmy w dłonie i przypieczętowaliśmy umowę. Zostawiłem oślinionego buldoga z narybkiem przy letnim stole, a sam poszedłem w bój.

W środku nawet jakieś konie stały, a smród niósł się już chyba pod sam Panteon. Konie chyba wytrzymać nie mogły i aż rwały się do pomocy, żeby uwolnić je od aromatu, który nadawał się do krojenia i wysyłania na eksport w plasterkach, serwetkach wycinanych na kurpiowską, czy łowicką modłę i rozścielania na polach zamiast nawozów mineralnych. Oparłem się na łopacie, bo to najlepsza rzecz, jaką łopata potrafi zaoferować kolaborantowi. Zamiast głupio na robotę się rzucić i skonać, poddałem rzecz analizie. Przyjemnie się analizuje, kiedy w kieszeni dwie skibki świeżutkie, a pod nogami dzban zimnego, pysznego mleka, które chytrze zabrałem ze sobą. Wzorem Augiasza miałem już zamiar ośrodki decyzyjne pobudzić do działania, kiedy się okazało, że jeden z ośrodków jest właśnie pobudzany spontanicznie i siłą bliżej nieznaną. Muszę przyznać, że zostałem poddany indoktrynacji tak fachowej, że przymierzałem się do dziękczynnej arii, kiedy siła spontaniczna zamknęła mi usta, żebym Augiasza snów nie ubarwił. Dłoń pachniała chlebem, piekłem i rajem. A kiedy już niewyśpiewana aria dobiegła końca usłyszałem w uszach obietnicę czegoś więcej, niż to „drobne, improwizowane preludium”, kiedy już z pracy do domu wrócę.

- O Bogowie! – wrzasnąłem mentalnie przepojony miłością i pożądaniem.

- Co?! – odwrzasnęli równie mentalnie i gromadnie Bogowie, wytrąceni z drzemki poobiedniej i lenistwa odwiecznego.

- Piekło mi stygnie i niebo się schładza, czekając aż mierzwę wygarnę gdzieś, gdzie nie skaleczy boskich nozdrzy. A Augiasz w sen zimowy zapadł, choć słońce wysoko na firmamencie i gotów skrystalizować na tym taborecie, zanim go hemoroidy na brzuszek obrócą.

- Acha… – mruknęła nieokreślona boskość z góry – Daj nam momencik, bo sprawka poważna i żadnych półśrodków, tylko na chwałę niebios problem trzeba rozwiązać. Niech trąci doskonałością, bo partactwem na Panteonie zajmować się nikt nie zamierza. A przy okazji – Pegaz gdzieś się nam zapodział, gdybyś był łaskaw zerknąć po boksach, czy gdzie tam za klaczką płochą nie poleciał drapichrust, to byłoby miło…

Przysługa za przysługę pomyślałem. Uczciwy układ. Gumofilce może siedmiomilowe nie były, ale na spacer po stajni w sam raz się wydawały. Ale tylko wydawały, bo kiedy pierwszy krok w mierzwę wykonałem, to ona połknęła stylowe obuwie wraz z łyżką, którą w bucie trzymałem na wypadek spotkania z zupą, czego nie wykluczałem nawet w chorobie i we śnie. Nawet się mierzwie nie odbiło. Bogom zupełnie nie w smak było, że boski posłaniec w gównie był gotów utonąć szukając ichniej zguby i rwetes się wielki uczynił. Chmury zgęstniały i srogość nad światem zakwitła w granacie tak ciemnym, że prawie czerń zawstydził intensywnością. Spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością zawiązała się ad hoc, w świat poszły wici, że torf małoletni za drobną opłatą odmłodzi owoce na drzewie, które mogą nawet starym członkom odmłodzić wspomnienia i wieczorom przywrócić temperaturę. Za jedyne trzy dolce od taczki – załadunek, transport, cła i ubezpieczenia podróżne po stronie zamawiającego.

Kolejka stanęła nim niebo wyblakło, a całodobowa obsługa wymagała pozyskania personelu. Na pierwszy ogień zaangażowałem augiaszowe nieroby. Pierwszy raz w życiu gumofilce przymierzali z zachwytem i niedowierzaniem. Następnie przyszły córy. Po cichu i na paluszkach, żeby się tata nie obudził, lecz tata popierdywał radośnie i beztrosko pod sosenką jakąś i żywice pachniały mu niczym kamfora, bo czymś trzeba zagłuszać efekty przemiany materii. Nim nadciągnęli na zakupy łajna trzej królowie z mieszkiem złota, już trzeba było otworzyć pierwszą linię kolejową, żeby transportować urobek z dalekich landów. I Pegaz się odnalazł, ale z jęzorem na brodzie uczył kolejną samotną klacz latania, a ta oczami przewracała zachwycona samczyka talentami. Mruknął tylko, że przyjdzie, jak tylko pragnienie reszty dziewcząt ugasi i za kieliszeczkiem ambrozji zatęskni, więc niech mu tam na Panteonie już w koryto zaczną nalewkę dozować, bo koniec stajenki już niczym światełko w tunelu łypie żółtym oczkiem parowozu.

Córy w administracji sprawdzały się nad podziw, kasując równo wielmożów i chudopachołków, a kasy pancerne podstawiano, gdy tylko poprzednie zaczynały trzeszczeć przesytem niczym przykuse biustonosze podczas przeglądu oręża. Chłopaki na przodku nabrali wigoru i oczy im błyszczały, choć kufajki przeszły koniną. Apollo przyglądał się w milczeniu, ale przy pierwszej konfrontacji toples odpadł w przedbiegach, popadł w kompleksy i płacze teraz pod drzwiami stajni czekając na wakat. Dzikie baby były tak zachwycone krzepką jędrnością młodzieży, że podwoiły pojemność biustów, żeby się chłopaki w obfitości mogły zanurzyć po fajrancie i po wszystkich krzakach śpiew syreniego szczęścia niósł się zbiorowo aż nad ocean, gdzie wściekłość porzuconych połowic kobiecych musiała przed namiętnością wydrzą i kocią ukrywać w milczeniu rybie zakończenie. Córeczki wybrednie selekcjonowały promenujących z niedbałą nonszalancją gachów i amantów, jednak oczy wznosiły do góry, jakby czekały na gwiazdkę… Znaczy gwiazdora raczej… No… Jeśli nie Boga całego, to przynajmniej półboga, Herosa, Erosa, ochłap, ale z pańskiego stołu, z Panteonu, bo na ambrozję zakusy im rosły szybciej niż gachom zawartość rozporków.

Wreszcie Augiasz się wyspał, bo w tym czasie wyspać mógłby się nawet kamień i dno oceanu. Oczy przetarł niedowierzając, że jego synowie w gumiaczkach paradują, a za nimi jak winogrona całe kiście stęsknionych białogłów błagających o konsumpcję. Już miał nóżką chromą tupać na córeczki swoje, kiedy zobaczył mizdrzących się adoratorów nieśmiało meandrujących po trawnikach niczym winniczki po deszczu. Zerknął na mnie podejrzliwie, ale ta brzydka własną piersią mnie przed ojcowskim wzrokiem broniła, więc odpuścił, podciągnął gacie i do stajni uderzył, jak rozpędzony peleton zmierzający do górskiej premii. Konserwatywny był bardzo, więc pociąg do przewozu mierzwy zignorował i nie pozwolił własnym członkom na prawie borowinową rozpustę i poszedł pieszo. W te czeluści niezmierzone, w drogę, która końca chyba nie ma. Jedyna nadzieja, że go Pegaz zabierze, kiedy już pobryka do woli. Może go w pysku jak szczeniaka przytarga… Dobrze by było, bo ta… Ta brzydka…

Kiedy już tatuś zaginął w otmętach barokowej stajni (uciekł bez zapłaty świntuch jeden), to mnie po policzku pogłaskała… Jej dłonie…

- O Bogowie! – wrzasnąłem mentalnie przepojony miłością i pożądaniem.

- Co znowu?! – odwrzasnęli równie mentalnie i gromadnie Bogowie, wytrąceni z drzemki poobiedniej i lenistwa odwiecznego…

12 komentarzy:

  1. Dobrze jest mieć mentalny kontakt z Bogami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. byle był zwrotny, wtedy dopiero się liczy.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. a skleroza to co? w czambuł zła?

      Usuń
    2. Niezła, ale całą ta Twoja historia - palce u stóp gŁośli lizać:)

      Usuń
    3. znaczy mam na koń siadać, jechać i lizać? czy poradzisz sobie bez wsparcia?

      Usuń
  3. A czemuż to zapłata w dolarach liczona? Coś amerykańskie te niebiosa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. po kolei - złotówki już kiedyś były, euro też, przyszła pora na zielone. a co? masz uraz? wolisz juany?

      Usuń
    2. Nie, mogą być zielone...

      Usuń
    3. usiłuję dbać o rozmaitość, więc i w walutach jej szukam. może drachmy byłyby lepsze, czy jakieś obole

      Usuń
  4. Witaj, Oko.

    "Fikcja sprawia, że możemy wniknąć w cudze głowy i spojrzeć na świat cudzymi oczyma. Potem historia się kończy, nim zginiemy, albo umieramy w niej - odważnie i na niby, by w świecie poza opowieścią odwrócić stronę, zamknąć książkę i wrócić do swojego, podobnego i niepodobnego do innych, życia."
    ("Amerykańscy bogowie" - Neil Gaiman)

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń