Kierowca, najwyraźniej zakochany, jechał jakby czas był tylko iluzją, tłem lub oprawą jego uczuć gorących. Wokół aż tryskało od witalności – złoto forsycji i lila-róż śliw wiśniowych, gdzieniegdzie białe bądź różowe kwiaty głogów wtrącały romantyczno-aromatyczne „ale”, gdy w trawach tłok narcyzów przepychał się z szafranem w walce o uwagę otoczenia. Pojedyncze jeszcze hiacynty i wznoszące się ku słońcu tulipany zerkały ostrożnie lekko zniesmaczone jawną bójką na trawnikach. Nic, tylko się zakochać trwale i wetknąć stokrotkę za ucho.
Z wrażenia nie zdążyłem na nic sensownego i posiłkowałem się drobną improwizacją, co sprowadziło mnie nie tyle na ziemię, co na wyspy. Rozbuchaną porankiem romantyczność błyskawicznie zgasił jazgot nożyc do żywopłotów katujących ledwie rozbudzone róże. I jeszcze remont najwęższego przystanku na świecie, powodujący niezwykle rozległy galimatias, labirynt ścieżek między pachołkami i zastawami drogowymi. Strach, że Minotaura się trafi i to takiego więcej wściekłego, a Ariadny ani widu. Pewnie odsypia nocne szaleństwa Zołza jedna! Zamiast wzdychać, tryskać uczuciami miękkimi jak ruskie pierogi z wody, wpadam w rezonans z wszędobylskim warkotem. I nie wiem, czy warto było dać się ponieść tej fali porannej, czy nie lepiej było przeczekać. Ech!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz