- Bo ja… już nie zdołam się cofnąć. Po prostu nie ma gdzie. Za plecami czyhają głodne wilki, które zazwyczaj rozszarpują najsłabsze źrebiątko w stadzie. To, które odstaje. Więc prę naprzód,
bo tylko tam, pod kopytami słyszącymi skowyt tratowanych, stado czuje siłę i
uwielbienie mas podążających za syrenim głosem basiora. Tam, na pierwszej linii
jestem BOGIEM. Gdy się zatrzymam, choćby po to, by otrzeć pianę z ust – zdepczą
mnie młodsi niecierpliwcy.
- Więc prę, jak
spocony żółtodziób penetrujący Syberię, który nie wie, że już dawno umarł. Bo
spirala historii już zagięła parol. Kiedy zwalniam – pot zamarza, kiedy
przyspieszam – pocę się intensywniej… Rozwiązaniem byłaby oaza spokoju, ale ona
zdaje się nie być przyjazną i złowieszczo szczerzy coraz ostrzejsze kły pośród
syberyjskiej niekończącej się nocy. Prę… póki tchu w płucach i lęku w sercach
drugiego szeregu.
- Matador
rozwija płachtę. Czerwoną, do jakiej nawykł, więc uderzam na oślep, licząc, że
za parawanem czeka mnie raj komunistów, jednak głośne „Olle”! usiłuje strącić moje
mniemanie w mierzwę teraźniejszości. Brak tylko bezwzględności sierpa, gdy spoza czerwieni
zaczyna lśnić złoty księżyc rapiera, który dojrzeć do supernowej zdoła dopiero,
gdy nasyci się zuchwałością myśli adepta. Niech bodzie. Niech atakuje.
Utalentowany tancerz zawsze znajdzie właściwą voltę dla aplauzu publiki.
- Blef! –
pomyślałem spoza skrwawionych źrenic – Ryzyko, które kosztować może tylko innych,
nie mnie, bo ja przecież już dawno nie oddycham. Ale przecież nie poddam się
nigdy. Jak pod Somosierrą – zdechnę, zabierając wszystkich, których udźwignę!
Szczęśliwie ćwiczyłem od szczenięcych lat, więc tanio z grzbietu nie zedrą mi
skalpu. Nie wypatroszą, jak okonia podstępnie walczącego po śmierci, gdy
ostrymi cierniami kala nadętego kucharza pokutą ciernia zatrutego wirusem
śmierci. Nie ma wyjścia. Zmartwychwstanie dostępne jest wyłącznie dla
wybrańców! Dla mnie!
- Biegłem, bo
przecież nie sposób zatrzymać się przewodząc stadu hien. I nieistotnym jest, że
byłem najzuchwalszym samcem w stadzie, że wyłem najgłośniej, aż księżyc skamieniał,
czy zamarzł… Oni wiedzieli. I to wystarczało, żeby żaden nie ośmielił się
wytatuował kłami na moim karku wyzwania, albo wyroku. Młodziaki i osiłki czekały wespół, aż się zasapię. Więc biegłem, zapominając, że słabszym dawno zabrakło
łap, mięśni, a piszczele pękły im z wysiłku.
- Mrok zaskoczył
mnie nagle, że przysiadłem na zadzie. Powietrze, zdezorientowane zupełnie
podążyło jeszcze kilkanaście kroków naprzód i w końcu wyrzygało mój cień na cierniach mizernego drzewa pozbawionego liści i duszy. Pierwsza kropla potu ukradkiem
ześliznęła się po skroni i łaskocząc ucho potoczyła się ku brodzie. Pełnia. Noc
była domysłem, bardziej romantycznym wieczorem, tonią odbitą w szmaragdowym jeziorze, niż piekielną czeluścią. Przede mną
kryć się musiał wróg. Bardzo umiejętnie, bo choć pierś mi skakała łapczywością
łykając świeżość wieczornej rosy, to pejzaż trwał w milczeniu godnym wierszy. Widziałem
nic. Nieskończoną, nieruchomą przyszłość, pośród jakiej trudno byłoby ukryć
choćby ambicję, a co dopiero wrażą armię.
- Za mną? Obróciłem
się wielekroć tej nocy i zewsząd otaczał mnie klosz beznadziei. Natura potrafiła
żyć beze mnie. Bez wytycznych i nakazów. Miałem być pomazańcem, a teraz…
Chciałem zakląć, jednak przyszłość położyła mi palec na ustach wystarczająco
radykalnie, żebym wyzwolił ekspresje jelit rozwolnieniem.
- Ciiii! Nie
zakłócaj. Za chwilę się zacznie – szepnął głos Niepojętego – Warto zobaczyć. To
coś więcej, jak jakieś lokalne niesnaski. Skosztuj obrazu. Może wreszcie
doznasz spełnienia? Spróbuj. Nawet niepłodne ziarno kiedyś dojrzewa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz