środa, 16 września 2020

Nie taki piękny Dunaj.


Jestem obcy.

Zawsze. Palinka pali gardło inaczej. Tutejszy alkohol chwali się owocowym pochodzeniem, a nie będąc pędzonym z plebejskich kartofli, czy zbóż staje się paliwem dla konesera. Piję. Czasami mam ważenie, że urodziłem się by pić. Piję, lekceważąc procenty. Palinkę wybieram z tych najbardziej wytrawnych, wzbudzając podziw nygusów, którzy pierwszy raz ogolili się przedwczoraj i bez marynarki za miliard dolarów wyglądaliby na Kacperka, który w piaskownicy zgubił łopatkę, bo mu Łukaszek świsnął, żeby zaimponować Beatce z mizernymi warkoczykami uwięzionymi różową gumką tuż za uszami.

Co najmniej trzydzieści stopni różnicy między Anadyrem, a zimą w Budapeszcie oszałamia. Tu śnieg trzyma się ulicy do czasu, kiedy pierwszy samochód zgniecie nieliczne płatki, stłamsi i pogna w odmęty kanalizacji burzowej. Miasto, jak miasto. Ma historię, bo miasta zakłada się już z dedykowaną im historią, dorabiając szczegóły mitologii, zanim na dobre powstaną, a czas ugładzi brakujące wągry na ich obliczach. Dunaj płynie, jak płynął, tylko teraz już w kagańcu imienia. Wcześniej był jedynie rzeką, teraz jest dumnym nosicielem miana.

Każdego dnia, gdy popołudnie w końcu dojrzeje zjeżdżam hotelową windą i odprowadzany wzrokiem portiera zanurzam się w kłąb modnych, gęsto rozłożonych knajp o oknach pełnych naddunajskich pejzaży. Z „Nemzeti” nad Dunaj nie było daleko, a do modnych knajp jeszcze bliżej. Wierchuszka nie żałowała środków, mogłem pozwolić sobie na ekstrawagancje. Anadyr powoli odpływał już w zapomnienie, a ja mogłem zwiedzać miasto ciesząc się bogactwem elewacji powstałych dużo wcześniej, niż się urodziłem. Obcym… Wszędzie byłem obcym. Nawet, siedząc w nadwiślańskiej knajpie z emerytowanym drapieżnikiem Urzędu Bezpieczeństwa…

To on pierwszy, znieczulony końską dawką gorzały wyłuszczył mi prostą prawdę. Ludzie ukrywają przed bliskimi i tymi, którzy chcą wiedzieć. Obcym powiedzą wszystko. Przestają się kontrolować i bać. Wyparcie. To jest coś, co działa. Wyrzucić; uzasadnić i wyrzucić, udawać, że tak miało być. Obcemu można powiedzieć, bo przecież on… zniknie. Nikomu nie powtórzy. A nawet jeśli, to kto takiemu uwierzy? Ja nawet sobie nie wierzę, ale to działa. On, siedząc nad lampką zardzewiałego koniaku gruzińskiego powiedział, ale minęło sporo czasu, zanim zdobyłem się na odwagę, żeby stać się obcym. Miał rację. Teraz jestem wyznawcą jego teorii i wiem, że ma rację. Nie chwalę się tym, żeby nie podpowiadać konkurencji.

- Az egészséged [i]twoje zdrowie![/i] - Wypiłem do dna kieliszek palinki… Mądry człowiek, jeśli o kimś, kto wyciskał ostatnie krople krwi z umordowanych ludzi wyznających innego Boga można tak powiedzieć. Mądry był na pewno, a szatan mógłby uczyć się od niego bezwzględności.

Stał się moim nauczycielem i nigdy nie zdradził, skąd sympatia właśnie do mnie. A przecież znajomość zaczęliśmy, kiedy okradłem… usiłowałem go okraść z portfela. Złapał mnie za rękę i do dzisiaj czuję ten uścisk. Bulterier nie chwyta tak mocno i zdecydowanie. Przyciągnął mnie do swojej twarzy jak szczeniaka i powiedział słowa, od których zeszczałem się w gacie. Ja – ulicznik… Zeszczałem się ze strachu, ale nie spuściłem wzroku z jego oczu. W nich można było zmieścić Rów Mariański, Czomolungmę, Plejady… Naraz! Był nieprzenikniony i cuchnący „Sportami” – aluzją PRL do kondycji polskich olimpijczyków… Ćmił tę machorkę namiętnie. Podejrzewam, że nie wypuszczał ogarka nawet podczas seksu z nadworną dziwką.

Każdego dnia wychodziłem, a szron Anadyru topniał we mnie w nikłym słońcu, jakie latem nada Balatonowi barwę, której nie potrafią powtórzyć nawet foldery reklamujące tamtejsze kurorty. Wychodziłem i odwiedzałem modne, budapeszteńskie knajpy, siedząc samotnie pośród tych, którzy udawali obcych. Ale naprawdę obcy byłem tylko ja. St. Andrea Wine&Skybar, Eat&Meet, Lunapark Cafe and Restaurant… Wszystkie, po właściwej (mojej) stronie Dunaju. I w zasięgu niespiesznych paru kroków, by nacieszyć się tą niezdecydowaną zimą, jaka mogłaby już być przedwiośniem, gdyby nie kalendarz.

Tu pijało się łagodniej. Częściej zmieniało się trunki, bo klimat nie był tak wymagający. Lałem w siebie wyroby tutejszych winiarni, monopolu, a czasem wieczór kończył się w półświatku oparów spoza oficjalnego obiegu. Ludzie też byli bardziej otwarci, swobodni, jakby [i]Matuszka Rasssija[/i] nie uwiła w ich sercach korony cierniowej nie-do-zapomnienia. A przecież to nieprawda. Dom Terroru, o który zahaczałem, żeby przywrócić trzeźwy osąd oglądałem już sześć razy i nawet kasjer zaczynał mnie rozpoznawać i pytać, czy piszę rozprawę naukową, czy pogłębiam wiedzę o węgierskim komunizmie.

Bary… Nieodłączna część życia, spędzam w nich więcej czasu, niż „normalni ludzie” w pracy. Sam nie wiem już, co jest normą, bo przecież nie zamierzam siebie uważać za kogoś spoza norm. Czyżby cały świat był nienormalny? Wzruszam ramionami naprzeciw pierwszej z knajp, jakie dziś zaszczycę kapitałem mocodawców. Piję bez zatwardzenia. Nie wysilam się, ale też nie oszczędzam nad miarę. Ciepło. Aż mi się chce zakląć z rozkoszy. Całe dwa stopnie w plusie! Anadyr odpokutuję chyba reumatyzmem. Za to tu – pada. Deszcz, co tam był nieznany. Raz postanowiłem chwilę pozwiedzać, ale to daremny trud. Praca przede wszystkim, a diabelski młyn moknący w przedwiośniu, to jakiś dramat. Dramat malarzy, właścicieli wesołego miasteczka i fotografów, którym zadawało się, że poza sezonem uda się pstryknąć fotkę siódmego cudu świata bez konieczności oglądania nadbałkańskich gąb, którym do Budapesztu blisko.

Wszystkim blisko do Budapesztu. I dlatego tu jestem i opływam w łaskę góry. Łaska nie płynie za darmo. Płynie, bo potrafię. I robię to dobrze. Rzeźbione elewacje hotelu żegnają mnie, wiedząc, że wrócę i wracał będę, aż nie doznam spełnienia, albo łaska góry wyczerpie się patrząc na moją nieporadność. UB wiedziało - nieporadność też jest bronią i to dosadną jak dziewictwo. Tu… też zadziała, tylko muszę spotkać obiekt. Nie! Obiekt musi spotkać mnie!.

Idę. Kolejny wieczór na dryfowaniu między knajpami. Na czekaniu. Można być myśliwym nie idąc za zwierzyną. Można kryć się, jak mrówkolew w głębokiej jamie i czekać, aż do gęby wpadnie smakowity łup. Patrzę na młodzież, na jej nachalność i bezpośredniość. Od kilku dni oglądam zapalczywość grupki studentów zmieniających knajpy częściej niż ja. Nie wiem… Nic nie wiem. Piję i czekam.

W końcu podchodzi do mnie brunetka, z włosami obciętymi krótko i zdecydowanie. Wojskowy jeż, wyższy, niż u komandosów, ale wciąż jeż. Tatuaż yij-yang na ramieniu, jak szczepionka na gruźlicę. Patrzy mi w oczy szukając odzewu. Przeszłość kończy się. Pije tokaji aszú– węgierską odpowiedź na wszelkie pretensje Francji dotyczące lżejszych trunków. Pije łapczywie, drapieżnie, widać w niej niepohamowaną energię. Milczę stukając szklaneczką palinki w jej smukły kieliszek do białych win starannie dobrany przez barmana. Ona? Nie dorosła jeszcze do zrozumienia, że kieliszek i wino, to para nierozłączna i nie wolno ich pomylić, bez szkody na podniebieniu. I patrzy na mnie, jakbym miał stać się jej Nemezis.

Potem hotel. Pantofle zrzucone szybko, bezładnie, koszula jęcząca pod jej paznokciami i noc za krótka na opowieści. Gada. Non stop gada i nie pozwala sobie na orgazm. Przełykam ślinę z trudem. Nie jestem z kamienia i zanurzony w ukrop jej płci tracę rozsądek. Ona opowiada. Paple. „Zieloni”. Jest z nimi, ale nudzą ją, boi się mężczyzn, którzy mówią, marzą, a nie realizują. Tu przyjechała poradzić. Naprawić świat. Rozkłada ostatnio nogi przed kimś, kto nie jest tego wart, ale może, między jej udami dojrzeje. Może już dojrzał, bo ja jestem alternatywą, mającą spowodować zazdrość. Skutecznie? Dowie się jutro.

Zasypiam w poczuciu porażki. Który mężczyzna dozna pełni, gdy kobieta gada, zamiast krzyczeć bezeceństwa? Kiedy budzę się, wciąż jest półmrok, Odwykłem od takiej pory. Obok śpi nastoletnie, zbuntowane ciało. Dotykam. Przez sen pręży się. Ciepła, napięta skóra pokrywa się drobną kaszką, ręka nie przestaje szukać. Delikatnie zdejmuję kołdrę. Dotykam kręgosłupa. Dziewczyna jęczy przez sen. Moja ręka spływa niżej, sprawiając, że młode ciało wygina się jak kot. Erekcja na widok wypiętych pośladków dogania mnie tak szybko, że zanim pomyślę klęczę już za śpiącą. Sam nie wiem skąd przyszedł mi do głowy pomysł, ale uderzam otwartą dłonią w pośladek. Mocno. Nie nawykłem do delikatności.

Krzyknęła! Ostro. Zabolało na pewno. Jakie to perwersyjnie podniecające. Wzwód wymyka się spod kontroli. Chcę więcej. Drugi policzek w nietknięty dotąd pośladek wyzwala we mnie euforię. Dziewczyna… popuszcza. Emocje nie pozwalają mi zamknąć tego rozdziału. Wchodzę w nią, pachnącą moczem i ciepłem nocy. Krzyczy! Wreszcie, zamiast gadać – krzyczy niezrozumiałe treści pełne fantazji. Jest moja. W czarno białym pokoju, z dodatkami wiśniowej czerwieni wstydzą się dziewiczym niemal rumieńcem jej pośladki, kiedy przeszywam ją półśpiącą, półprzytomną, nieznaną jej samej, a ciało dobija się o więcej, o mocniej i bardziej.

Pot stygnie na moim czole, kiedy otwiera oczy i patrzy na mnie, jak kocię szczenię na matkę przed karmieniem. Mówi. Znów mówi. Jakieś pierdoły o mężczyznach i chłopcach, o nadziejach i niespełnieniach, o domkach z ogródkiem. Ja pieprzę! Ależ odjazd zrobiła. I to bez wyszynku!. Opowiada. Słucham bo to mój fach. Słucham wszystkich. Sprzątaczek, portierów, kelnerów, dziwki i ich alfonsów. Bileterów w kinowych kasach i taksówkarzy. Jej też słucham. Leniwie, bez napinki. A ona… Dzisiaj nie mówi już udawanym węgierskim i łamaną angielszczyzną. Dziś mówi po polsku i głaszcze mnie po policzku. Widzę, że nie spodziewa się zrozumienia. Pozwalam słowom płynąć, a po mojej twarzy błąka się w uśmiechu zaskroniec niezrozumienia.

Zaprasza na popołudnie. Z jej „oddziałem”, który tu, w Budapeszcie ma „zadanie” – „Zieloni” zbawią świat. Właśnie tu. Rozbiją kostuchę. Skamieniałą nomenklaturę. Staną oporem młodości i sprawią, że świat otworzy oczy. Nie kłamała. Ja już otworzyłem i musiałem pilnować się, żeby nie zauważyła. Znów góra miała rację! Znów miałem szczęście milczeć, aż trafię!.

I trafiłem. Patrzyłem, jak zakłada majtki na lewą stronę, jak macha ręką na rajstopy porzucone i więdnące na dywaniku nieopodal łóżka. Ubrałem się. Śniadanie. Trzynasta. Wcześnie trochę, ale nie jestem na wakacjach. Czas zapracować na te luksusy. Niektórym pisany Tobolsk dożywotnio, a ja? Siedzę w Budapeszcie i cieszę się łaską góry, płacącej za moją niezdarność i powolność. Ale tak pracuję. Tylko tak potrafię. Pić, aż przyjdzie do mnie cel. Szczęśliwie Rosjanom udało się spłodzić Dostojewskiego i ich rozumienie „Zbrodni i kary” jest dojrzalsze. Oni WIEDZĄ, że Raskolnikow MUSI… Wystarczyło, że to zrozumie. A ja staram się ludziom pomóc zrozumieć. Milczę tak wytrwale, aż się poddadzą.

Piękne ma nogi. Młodość zawsze ma zalety, które docenia się dopiero po fakcie. Na emeryturze… jeśli dożyję… kupię sobie młode ciało. Albo więcej młodych ciał. Będę się cieszył ich arogancką ignorancją i dotykał nieśmiertelności trwającej okamgnienie. Czuję kolejny przypływ pożądania, ale nie – pora wyjść. Nie wolno nadwyrężać cierpliwości góry. Idziemy. Wtula się we mnie, jakbym był spełnieniem jej sennych polucji. Kobiety mają polucje? Idziemy. St. Andrea wzywa na lampkę czegoś nierozcieńczonego wodą.

Młode pokolenie mężczyzn wydaje się obce. Zdziecinniałe, łagodne i niepewne. Metroseksualizm i wzorce niego wynikające sprawiają, że są delikatni, jak mimoza podczas sztormu. Łatwo zerwać im fartuszek i zagłębić się w miękkie tkanki. Wejść za zgodą, bądź bez niej zrealizować pokusę i doczekać się pochwały po wszystkim. Oni koszmarnie potrzebują dobrego słowa, zrozumienia, poparcia, miękkiej dłoni na policzku. Ten… też był taki. Opowiadał, mnożył słowa wielkie, ale był dzieciakiem. Szukał we mnie zachwytu nad własną męskością. Znalazł ją w moich oczach wraz z obietnicą, że tylko intymność pozwoli nam na pełnię szczerości.

Porzuciliśmy dziewczę z wilgotnymi udami i poszliśmy do niego. Tak bardzo chciał gadać. Chciał się chwalić. Dostał w pysk! Mocniej, niż dziewczyna w tyłek. Widziałem łzy niezrozumienia na twarzy, ale mi było mało. Dostał drugi raz i zaczął szlochać! Naprawdę zaczął! Przytulił się do mnie i łkał, jak pisklę kukułcze. Chwyciłem za włosy i odsunąłem od siebie – niech mnie widzi!

- Idziemy do mnie! – warknąłem – Ani się waż otworzyć gębę!

Ciągnąłem go za szmaty. Szliśmy. Nie do hotelu. Miałem dyskretne lokum na taką właśnie okazję. On był szefem dziewczyny, zasługiwał na względy. Ładny był. Mógłbym go nawet zerżnąć, choć nie przepadam za chłopcami. Ale plan miałem inny. On sądził, że wezmę go. Brutalnie, z atawistyczną, samczą werwą. Kiedy dotarliśmy na miejsce zaczął się wdzięczyć i rozbierać. Miał wprawę. Biskupa mógłby cnoty pozbawić. Znów dostał w pysk, ale teraz już do krwi. Zgłupiał, przewrócił się i jęczał. Wiązałem mu ręce i nogi do podstawy wielkiego stołu na dwanaście osób i dwanaście potraw. On… miał być na nim jedynym daniem.

Leżał nagi, rozkrzyżowany, jak płaski Chrystus na krucyfiksie. Patrzył tymi swoimi aryjskimi oczami na mnie z lękiem i nadzieją. Nie pytałem. Stary ubek wyjaśnił mi już dawno, a ja wierzyłem mu bardziej niż matce i ojcu. Kiedy zadaje się ludziom pytania – łżą. Jak psy, choć nikt nie widział łżącego psa. Kłamią bez powodu i z powodów ukrytych. Nie miałem ochoty na słuchanie łgarstw. Postanowiłem poczekać. Bo kiedy człowiek zaczyna mówić sam, wtedy mówi prawdę. Albo to, co za prawdę uważa.

Bełkotał coś po polsku, ale tak nieskładnie, że nie skupiałem się na tym. Obciąłem mu kciuk. Pozwoliłem płakać i kląć. A kiedy przestał obciąłem mu dwa najmniejsze palce u nogi. Znów zaczął koncert. Krzyczał, wzywał Boga i znajomych. Straszył koneksjami – to dobry objaw, znaczy, coś wie. Oszczędzałem mu twarz, żeby mógł mówić, ale reszta? Była zbędna. Chciałem dać mu do myślenia, ale tak, żeby przeżył. Uznałem, że bez oka świat mu się nie skończy przedwcześnie i wyjąłem jedno łyżeczką od herbaty. Sterczały jakieś farfocle, ale obciąłem nożem. Nie był już taki ładny i wzwód powoli mi mijał. Zostawiłem go, starannie zamykając drzwi. Niech dojrzeje.

Dziewczyna siedziała przy barze i piła coś niebieskiego z szampanówki. Zanim podszedłem wyczuła mnie i odwróciła wzrok. Kiedy mnie dotknęła – drgnąłem. Nie była już dziewczynką. Nie była cnotliwą lolitką, ale dojrzałą kobietą. W jej oczach kryło się piekło pożądania i zgoda na mnie bez granic. Była moja. Skinąłem głową, dopiero wtedy zsunęła z hookera wciąż pewnie rumiane pośladki i przybiegła.

- Idź do łazienki – „poprosiłem” – zostaw tam bieliznę i otrzyj twarz z kosmetyków. Nie lubię ich, są niesmaczne.

Pobiegła. Zamówiłem węgierską specjalność – leczo. Pasowało mi jakoś do tego dnia. Mięsno-paprykowo-pomidorowe szaleństwo pełne przemocy, pocięte w nierówne, byle jakie ochłapy. Ją? Też będę musiał zabrać na przesłuchanie. Ale najpierw… Nacieszę się, nim okaleczę.

Wróciła kołysząc biodrami i czekała, aż pozwolę się jej dosiąść. Skinąłem głową. Grzebała w talerzu nie jedząc. Myślami była chyba pod własną spódnicą. Pierwszy raz w życiu, miejscu publicznym była bez… Dla mnie, który nie znał ograniczeń. Nie pozwoliłem sobie na więcej. Nie chciałem, żeby nas zapamiętali. Nie chce jeść? Tym lepiej. Zobaczymy jutro, pojutrze.

Szła za mną. Nie oglądałem się, nie namawiałem. Sama szła. Podbiegała, gdy nie nadążała za moim krokiem. Na smyczy zniewolenia i wspomnień. Ależ była głupia. Minęła patrol granatowych. Mogła krzyknąć, uciec. Szła za dłonią, która odcisnęła jej piętno na pośladkach. Nawet, kiedy otwierałem dwa zamki przed niezbyt okazałą, samotnie stojącą posiadłością, nie wykazała cienia niepokoju, tylko odważnie weszła do środka. Starannie zamknąłem furtkę i drzwi. Była moja. Jeszcze dziś, jak pies Pawłowa będzie lizać moje ręce, ale jutro… Zobaczymy.

Weszliśmy do środka. On… wciąż wierzył i wzywał Boga. Ona? Słuchała wyznań i patrzyła na mnie nie wiedząc, który świat jest prawdziwy. Uderzyłem. Za brak wiary. Na odlew, otwartą dłonią. Nadal chciałem, żeby była piękna. Ostatni raz. I była. Krzyczała głusząc dźwięki swojego lekko już naruszonego towarzysza własnym pożądaniem. Kiedy wreszcie zasnęła – przywiązałem i ją. Ale nie budziłem. Niech wyśni ostatni z kolorowych snów. Potrzebna mi była cała, gdyby ten, na dole, okazał się twardszy niż się zdawało.

Tamten jednak zaczął od żali, pytań i próśb. Milczałem. Głodny? Spragniony? Ok! Obciąłem mu uszy i wepchnąłem w gardło – niech żre. Dławił się i szlochał. Ale przełknął kiedy zagroziłem, że jak mu nie starczy, to wepchnę mu w usta członka. Jego oczywiście – swojego teraz bałbym się powierzyć jego rozedrganym ustom. Trudno jest manewrować bólem tak, żeby utrzymać świadomość ofiary. Galanteria była u kresu, kiedy zaczął mówić. Wreszcie., bo już myślałem, że będę musiał karmić go dziewczęcym (przepraszam - kobiecym) ciałem.

Zdumiała mnie moja własna ignorancja, kiedy ze swadą, na jaką stać kogoś, kto nie ma już oka, palców i uszu, opowiadał o swojej grupie. O planach na przyszłość i zadaniu, które tu w Budapeszcie mieli wykonać. Nie pytałem, chociaż ciekawość mnie gryzła. Może warto poznać historię tego miasta? Historię Greenpeace? W dupie! Niech on mi opowie. Po to zostawiłem mu język i nie tknąłem policzków. Opowiadał o prehistorii, o morzu, które szumiało w tych stronach i zostawiło pod miastem krasowe jaskinie wypełnione obecnie słodką wodą deszczową. Wszędzie pod nogami stała woda pamiętająca niemal czas dinozaurów. Jaskinie piękniejsze od innych i wody czystsze niż te z butelek. Wody, na jakich pływał Budapeszt…

Nie umiałem się powstrzymać. W nagrodę dostał ból. Między pośladki wepchnąłem mu kawałek leżącej gdzieś w kącie rury. Poszły gazy, potem krew. Dawno nie jadł, więc nic więcej nie popłynęło. Na górze dziewczyna śpiewała jakąś ludową piosenkę. Miała dobry głos. Pełen żywiołu. Chyba wystraszyło to mojego wspólnika w dziele zrozumienia. Znów zaczął błagać i szlochać. Nie uwolnię się od tego obrazu. Naznaczyłem go ostrzem noża. W poprzek ciała. Naciąłem brzuch płytko, żeby nie wypłynęło nic poza krwią. Zamilkł. Musi dojrzeć. Wyszedłem zamykając drzwi za sobą. Zostali razem. On i jego strach.

Palinka paliła jak wcześniej, nagie drzewa czekały wiosennego pobudzenia, knajpa tętniła żywiołową trywialnością. Czas mijał. Chciałem spać. Wróciłem do hotelu, kiedy brzask wyzłacał detale na elewacjach. Noc. Miejsce, w którym każdy koszmar doczeka się spełnienia. A ja? Doczekam? Pół-facet rokował. Stwarzał nadzieje, że uda się uzyskać prawdziwe powody ich obecności.

Po trzech dniach zmiękli oboje. Ona? Wiedziała niewiele, ale koniecznie chciała zrozumieć. On? Było go coraz mniej, a moja wyobraźnia została poddana poważnym ograniczeniom. On żył i był w stanie mówić. Oswoił się z cierpieniem, ale nie mogłem więcej pracować nad jego fizycznością. Została psychika. Dopiero, kiedy obciąłem dziewczynie piersi pod jego wciąż czujnym okiem, załamał się. Nie pytałem. UB wiedziało, jak załatwia się takie sprawy. W niczym mądrzejszy nie byłem, więc korzystałem z gotowych wzorców.

To miasto, leżące na zatopionych jaskiniach stać się miało współczesną Atlantydą. Miało zatonąć w chaosie. Miało umrzeć w bólu Titanica. Przestać istnieć. Od miesięcy ochotnicy nurkowie kumulowali ładunki. Jeszcze tydzień-dwa, a byłaby już moc wystarczająca na akcję. Zieloni? Byli jak zawsze narzędziem. Cynizm zawsze grasuje na nieświadomości i entuzjazmie maluczkich. Oni… byli mięsem armatnim. Ja? Chyba armatą.

Została ostatnia niewiadoma. Kto zlecił, zapłacił i naciśnie spust unicestwiający stolicę niemałego przecież państwa, wraz z władzami, turystami i całym tym dobrodziejstwem inwentarza ujętym w corocznych statystykach. Niemieckie nazwisko. Znowu. Czy świat nie uwolni się od Niemców? Może już wystarczy? SMS wysłałem machinalnie. Góra musi wiedzieć. Dziewczyna nie była już taka piękna, więc z ostatecznym ciosem nie był kłopotu. Jej chłopak? Hmmm… nabierał perwersyjnego wdzięku, jednak moje dni w Budapeszcie dobiegły końca. Tym, co zostało do zrobienia zajmą się już szturmowcy z Moskwy. Szkoda czasu. Pójdę. Napiję się palinki, bo Bóg raczy wiedzieć, czy kiedykolwiek tu wrócę.

Wciąż jestem obcy.

9 komentarzy:

  1. Skąd się Tobie biorą takie ponuractwa i okrucieństwa?

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Ewo, artyści to tacy sami ludzie jak inni i jeśli szczęśliwi, delektują się tym szczęściem , radują ,bawią i co im do głowy przyjdzie ale przecież w euforii nie piszą .Piszą najczęściej jak mają doła jak im źle albo jeśli nie maja innego sposobu, wbijając sobie szpilkę w tyłek. To odpowiedź skąd biorą się ponuractwa. Autor może kluczyć albo przyzna mi rację , w sumie to bez znaczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a skoro bez znaczenia, więc nie zajmie stanowiska. coś, jakby trzecie wyjście - szary w czarno-białym świecie.

      Usuń
    2. Będę złośliwa, może jeszcze być z upodobania. :-))

      Usuń
    3. bądź. może być i tak.

      Usuń
    4. prawdę mówiąc większego banału nie słyszałam...

      Usuń