Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat dwuznaczny.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat dwuznaczny.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2022

W szponach miłości.

 

Mgła kłębiła się, rozpełzając po wszystkich kątach i ścierała ostre krawędzie z architektury, gdzie tylko się dało. Nawet tak ubogiej, jak chylące się ku ziemi stodoły i płoty wykoślawione od wieloletniej eksploatacji. Jolanta oczywiście wiedziała, że do wsi dotarła królewska wysłanniczka i odpoczywa po trudach podróży pod „Trzecim Zębem” – ilekroć wymawiała tę nazwę zgrzytała wszystkimi zębami na ludzkie lenistwo. Mogliby w końcu wymyślić liczbę większa od dwa i niechby nawet brzmiało to jak darcie starego prześcieradła na zardzewiałym gwoździu.

 

-Trzyyyy…. – zaśmiała się do siebie, idąc w stronę wsi wzdłuż płotu, który bardziej BYŁ, niż STRZEGŁ – Tak! Tszszszszyyyy! Doskonałe imię dla liczby większej od dwa. Aż trzeszczy w szwach od tajemniczej pojemności!

 

Gumiaki miarowo mlaskały w rzadkim błocie gościńca, zachęcając do ćwiczenia wymowy nowego słowa, a Konieczność gdzieś ponad marginesem opowieści uniosła leciutko brew, nie zakłócając spokoju narracji.

 

- Tszszsztery… Czczcztery – przednia zabawa takie wymyślanie. Jolanta cieszyła się jak dziecko z psoty – Trzeszczące nazwy powinny dawno powyrywać gwoździe z płotu, a sam płot położyć na wieczny sen w koronie (w tym Półświecie są umysły zaniepokojone, ilekroć słyszą to słowo w nieswoich ustach.) z polnych chwastów.

 

Kopnęła na próbę, a płot posłusznie się położył na ziemi. Nie cały, jednak wystarczający kawałek, żeby wieszczka roześmiała się w głos.

 

- Pięć! Pięć, pięć! – udawała że nabija nowe gwoździe wprost od kowala przyniesione.

 

Zaróżowiona od ćwiczeń fizycznych zbliżała się do zabudowań Jędruskowej. Jędrzej oczywiście osiadł już był w karczmie, jak plantacja korali na mieliźnie, pozwalając dzieciarni na swobodny rozwój umysłowy i fizyczny przy robocie, jaką akurat zleciła im matka i każdego dnia sprawdzał, czy się zanadto nie obijali. Akurat pora przyszła na kartofle i pełne kosze wędrowały na dziecięcych grzbietach z pól na pryzmę za chałupą pod czujnym okiem matki. Jola na wszelki wypadek na palcach zaznaczyła wymyślone w drodze nowe nazwy, żeby się nie zapodziały w jej przepastnej pamięci, bo zbyt pięknie brzmiały, żeby zmarnować odkrycie.

 

- Policzę Łucji! Ona to dopiero potrafi się śmiać! Tszszszy! Czczcztery! Pięć! – odginała kolejne palce zaśmiewając się do łez - I wreszcie Trzy Zęby zaczną wyglądać przyzwoicie, jak szczerbate pisklęta zmieniające właśnie garnitur zębów na te dorosłe.

 

Józef Kuternoga, po kilku próbnych testach męskości, przekonał się, że bez codziennego wianuszka piany uczepionego wąsów dysponuje czymś więcej niż chucią, a Kasia tak ochoczo eksploatuje zaniedbane dotąd poletko dziewictwa, że każdego dnia (i nocy) wytrwale ćwiczą śpiew, od którego sowom w głowach się kręci, a sąsiadki mężom wkładają do uszu watę z woskiem, żeby nie powariowali od samego słuchania. Karczma musiała pójść na kompromis i nauczyć się funkcjonować pod nieobecność gospodyni, która wpadała jak po ogień, sprawdzała, wydawała dyspozycje i podciągając kieckę wracała biegiem w pielesze, nim pościel pod nią ostygła.

 

Izyda uśmiechała się pobłażliwie i odpoczywała po trudach podróży, nie angażując gospodyni bardziej niż trzeba, aby wypić herbatkę ziołową pomiędzy jednym, a drugim spazmem pierwszej (wcale nie nieśmiałej) miłości. Przeczekując burzliwe porywy uczuć Iza zastanawiała się, ile czasu trwać może pierwsza miłość i kiedy gospodyni przejdzie do etapu drugiego, dla zaawansowanych i już nie tak zaborczego.

 

- Eeech! I tak w Stolicy nikt na mnie nie czeka, a te tchórzliwe łapserdaki zapewne wymyśliły dla mnie przyszłość tak paskudną, że gdybym ją znała, włos na pupie zjeżyłby mi się trwale. Mogę przeczekać gorączkowe uczucia i cieszyć się świeżym powietrzem wsi.

 

Zły czas wybrała na podobne oświadczenia, bo jeszcze myśl nie wytrzepotała się z gąszczu jaśminów, bzów i róż pnących się w ogrodzie, kiedy spoza sztachet dobiegł Izę gwizd.

 

- Stoliczna? – Głos był dźwięczny i najwyraźniej pełen radości życia.

 

- A kto pyta? – nieufność, to podstawa przetrwania w Mieście, pomyślała Iza, chyba sprawdzi się także na wsi.

 

- Jola jestem. Za wsią mieszkam. Pod lasem.

 

- To skąd wiesz, że ze Stolicy przyszłam?

 

- Nie sądzisz, że nawet plotce potrzebne są nogi? Albo choć usta? Inaczej nigdy nie dotarłaby gdzie trzeba.

 

- Czyli to twoja sprawka – mruknęła Iza – No dobra. Jestem Iza. Z Domu Filozofów. Znaczy…

 

- To też wiem – Jola bezceremonialnie przełaziła przez płot nie bacząc, że kiecka zaczepia o sztachety, sterane jak wszystkie we wsi – Tam już jesteś świętą. A tak dokładniej, to strawioną przez pewne krwiożercze istoty i przerobiona na… (wybacz mi nieokrzesanie wieśniaczki) na gumno.

 

Iza parsknęła śmiechem, a Jola zawtórowała, tym razem śmiejąc się jak kruk na widok bezpańskiej padliny.

 

- Skoro jestem martwa, najwyższa pora wrócić do pełnego imienia. Izyda – wyciągnęła rękę, bo wieszczka właśnie przedarła się przez szpalery kalafiorów, brukselki i innych rzeczy, na które roślinożercy patrzyli śliniąc się nad miarę. Znaczy - patrzyliby, gdyby nie bali się kontrofensywy Katarzyny. Co bardziej zuchwali roślinożercy wprost po szturmie na ogródek Kasi stawali się znaczącą pozycją w karczemnym menu.

 

- Trzymaj – zamiast podać rękę, Jola podała jej worek pełen słoików – Przyda się Kaśce, jak już wyplącze się z prześcieradeł.

 

Bezpośredniość Joli najwyraźniej zachwyciła Izydę, bo zaniosła worek do kuchni i wróciła z dwoma kubkami czegoś parującego.

 

- Mam nadzieję, że potrafisz być powściągliwa w słowach i nie mielesz ozorem na prawo i lewo? Bo pogadać chciałam, jak kobieta z kobietą.

 

- ? A widzisz wokół jakieś zacne grono do gawędy? Sama tu siedzę i czekam, aż gospodarze skończą ćwierkać.

 

- Z Kaśką też chcę pogadać. Poczekamy razem. Masz więcej tej herbaty? To może potrwać więcej niż chwilę.

***

wtorek, 22 listopada 2022

Co koń wyskoczy.

 

Po drugiej stronie Pól Pasikoników monotonnie czerwone ptaki umilały wędrowcy podróż. Izyda postanowiła rozkoszować się ciepłem czarnego słońca i cieniami, które spadając z drzew tworzyły w trawie niemal pluszowe kleksy, szare miraże, naśladujące stworzenia trudne do wymyślenia innym sposobem. Dlatego jechała bez pospiechu nazywając co bardziej fikuśne figury i cieszyła się aromatem łąk nad którymi uwijały się nieco naburmuszone barwą dnia trzmiele i mnóstwo skrzydlatych rzeczy jeszcze od nich mniejszych. Tylko motyle stadami osiadały po zacienionych stronach drzew i gorączkowo naradzały się nad strategią na nieplanowane egipskie ciemności. Słońce najwyraźniej przesadziło z ekstrawagancją wyboru i motylom nie chciało się nawet trzepotać skrzydełkami w tonacji ogryzionej z większości kolorów.

 

- Faktycznie – mruknęła Iza – trzeba być czarną pumą, żeby stawać na piknik w tak ekstremalnych warunkach.

 

Wyjęła z sakwy sztandarową kanapkę korporacyjną z wieczystą gwarancją świeżości i jazzowo chybotała się w rytm końskiego swingu, rezygnując z postoju, kiedy od zaplecza nadciągnął mocno już spóźniony Czas. Nie był zbyt uprzejmy i chyba wciąż miał za złe Autorowi, gwałtu na ciele, bo mełł w zębach klątwy tak straszne, że ponadczasowe. Gdzieś TAM – świat trwał i oczekiwał od niego przyszłości! A on tymczasem dopiero mknie przez nieużytki dzielące Stolicę od Bierutowa. Ożesz ty!

 

- Byłabym głupią siksą, gdybym nie skorzystała z okazji – Izyda potrafiła wyrażać się jak na wiejskim weselu, ale wolała nie przyznawać się, gdzie nabyła tę frapującą umiejętność i błyskawicznie wróciła w tonację bon tonu. – Wybacz koniku, że cię błyskawicznie opuszczę. Poczekaj tu na mnie proszę. I nie przejedz się zieleniną, która chyba wszędzie tu się panoszy. Oby słońce było ci bardziej przychylne. Jak to brzmiało? Ożesz ty! Warto przyswoić. Będzie jak znalazł zanim opowieść powróci na łono stolicy.

 

Kończąc naukę klątwy już wyjmowała stopy ze strzemion, by skoczyć. Spadła na kark Czasu, jak harpia. Jak skrytobójca. Jak wyrzucony z okna samolotu termos z kawą zbyt zimną, aby chcieć ją wypić.

 

- Jauć! – wrzasnął Czas, gdy poczuł na grzbiecie skromne kilogramy spoconego gościa.

 

Chciał coś dodać, ale chyba właśnie wtedy Izyda zarzuciła mu prymitywne wędzidło w pysk.

 

- Pasek od damskiej torebki? (Autor przeprasza, jeśli przekład nie był doskonały, gdyż w naturze brzmiało to z mniej więcej: „aaeek o alej oeiii!” i nie była to zasługa chwilowej prędkości wiatru wstecznego) – Czas nie potknął się jedynie dlatego, że zapomniał języka w gębie i o nogach nie myślał nawet podświadomie, a one poradziły sobie z wściekłym patataj, czy tik-tak podkręconym na maksymalne obroty. Pejzaż sprzyjał. Był w miarę gładki i wolny od króliczych nor. – Oo eee? (co jest?)

 

- Ruszaj się malutki – zawołała wesoło Izyda ściskając Czasowi boczki kolanami – przyszłość czeka na nas. Ihhaahha!

 

- O Bezwzględna! Indianka mnie dosiadła! A one potrafią ujeździć wiatr i śmierć nawet, a co dopiero konika! (Autor pozwoli sobie pominąć wersję oryginalną, żeby nie zużyć zbyt wielu samogłosek nadaremno. Napomknie jedynie, że nieważne kim się czujesz – z wędzidłem w pysku i Ihhaahha nad uszami – musisz być konikiem. Każdy tatuś zna to doskonale, a Czas miał nieskończenie wiele więcej okazji, by zaznać rutyny).

 

Pejzaż nieco się rozmazywał od prędkości, co w szaro-czarnym umaszczeniu przypominało podróż okropnie długim szybem windy BEZ WINDY. Izyda była twarda i powstrzymała objawy choroby lokomocyjnej. Czas powstrzymał się od słów, bo z wątłą Indianką na grzbiecie wolał chwilowo nie polemizować. Z puszystą tym bardziej.

 

Zresztą! Podróż nie powinna trwać długo. Czas zasuwał jakby miał w pupie motorek. Zanim Izyda oswoiła się z lękiem, że w takim towarzystwie zmarszczki na jej gładkiej buzi są zaledwie kwestią mrugnięcia okiem, a cellulit już się lubieżnie rozpełza po całej skórze… Powstrzymała się od mrugnięcia! Skutecznie. Zanim oczy jej wyschły z wysiłku, byli na miejscu. Zsiadała z wierzchowca u koniowiązu z miną znudzoną, jakby przyjechała do kiosku po paczkę papierosów bez filtra, prezerwatywy i szmatławiec poranny, który kupuje od lat, zanim wstąpi do piekarni po ciepłe bułeczki.

 

- Uff – Czas sapnął tylko raz i czmychnął daleko od Izydy – Przed wariatami strzeż mnie Bezwzględna!

 

- Ty też nie potrafisz zdobyć się na odrobinę oryginalności? – Konieczność odparła namolny atak modłów wyraźnie zniesmaczona.

 

- Pa koniku! - Izyda zawiesiła torebkę na ramię i puściła za zadem Czasu całusa oraz perskie oczko. – Mam nadzieję, że wracamy razem?

 

Czas udawał, że nie słyszy, co było szaleńczo trudne, gdyż zmierzali do tej samej Gospody Pod (nie wiedzieć czemu) Trzecim Zębem. Chciał przeczekać, więc zatrzymał się przed witryną kowala i studiował z namaszczeniem promocje na kowadła (kup dwa, a podkuję przód konia gratis) i reklamowany w tym sezonie szczyt mody olimpijskiej – oszczepy wyważone indywidualnie do wagi i zasięgu ramion przyszłych olimpijczyków.

 

Izyda kopniakiem (skąd znała zwyczaje z pogranicza Dzikiego Zachodu?) wepchnęła do karczmy tuman świeżego powietrza, wyduszając z wnętrza pulchnego cumulusa formowanego pracowicie przez ostatni tydzień przez tambylców.

 

- Pani wybaczy – bąknął zaskoczony cumulus, przedzierając się obok Izy na środek gościńca, gdzie rozpłynął się w powietrzu.

 

- Khy, khy – Czas najwyraźniej zachłysnął się skondensowanym aromatem.

 

- Szanowanko – swobodnie odkłoniła się Iza i wkroczyła.

 

PS. Szanowny Czytelniku. Jeśli KOBIETA, zamiast po prostu WEJŚĆ - WKRACZA, to znak, że najwyższa pora budzić Historię.

 

- Ale Historia… - zza kotary rozległ się zmęczony czuwaniem głos Anonima

 

- Milcz łobuzie, kiedy do mnie mówisz! – Autor nie był zdolny w damskim towarzystwie przytoczyć dokładniej riposty, jaką poskromił Anonima. Ale był do bólu skuteczny. Uwierzcie. I zacnie pasowałby do knajpianego chóru zwoływanego spontanicznie przed świtem spośród jeszcze żywych.

 

- Jest! – zaszemrała plotka, aż spod sufitu zerwały się na wpół śnięte gołębie zdobywające tam patynę, a z grafik wiszących na ścianach smętnie osypał się kurz.

 

- Jestem – odparła rezolutnie Izyda. - I co?

 

Talent do smalltoku zbiorowej plotki chyba właśnie zdechł na podłodze, zduszony wieloma parami gumofilców z bardzo starego katalogu Korporacji. Tylko barman ścierał olimpijskie kręgi pozostawione na blacie przez dopiero co wychlane kufle. Precyzując wypowiedź, w obliczu zaistniałej drobnej luki konwersacyjnej: mokra ściera w rozmiarze XXL zatoczyła nerwowy łuk zgaszony dłonią Katarzyny Wielkiej! Pierwszej Po. Po kim, to już lepiej nie wnikać, ale i tak każdy domyśla się podskórnie, że Większe Ryby ZDARZAJĄ się każdemu.

 

- Cześć – Izyda czuła się Pod Trzecim(?) Zębem jak RYBA w wodzie i wskazując głową wstecz zapytała – Oni tak zawsze?

 

- Nigdy – wzruszyła ramionami Katarzyna – Dawno nie widzieli obcej, to ich skutecznie zatkało. Wreszcie. Kaśka jestem. Czego się napijesz?

 

- Czegoś innego. Nie chcę się fraternizować. Izyda. Jadę od Stolicy.

 

- Czyli plotka nie kłamała?

 

- Ooo.. Wyprzedziła mnie? Zdawało mi się, że podróżuję z prądem. Cóż. To uczy pokory. Nie kłamała.

 

- W takim razie zapraszam do mnie. Mieszkam nad karczmą, bo tak najwygodniej.

 

- Dopóki ktoś, w pijanym widzie, nie puści czerwonego kura… - mruknęła Izyda, ale zaproszenie przyjęła bez mrugnięcia okiem (chyba nadal miała drobne obawy że lada moment dogonią ją zmarszczki i celulit)

 

- Przestań! – Czas poczuł się chyba zawstydzony – nie zrobię ci nic, czego sama sobie nie zrobiłabyś pierwej malutka… Zaskoczyłaś mnie i tyle. A to nie zdarza się co dzień.

***

poniedziałek, 21 listopada 2022

Stępa i galopem.

Halny dopiero się rozpędzał i zerkał łakomie na pasma gór, ignorując pagórek będący pozostałością po Krzywym Rogu i stanowiącym obecnie przedmurze właściwych gór, wyostrzonych przez wiatry i świecących błękitem śnieżnej stali niekończącej się tam zimy. Czas, na rozkaz Bezwzględnej Konieczności, naprawdę się postarał. Niezwykle groźna, historycznie niedostępna iglica, zatopiona ostrzem w miękkim podbrzuszu nieba, była już wykałaczką w żuchwach Historii, a lekka wypukłość terenu zdawała się być przepukliną, względnie efektem sutego posiłku nie wymagającym nic więcej, jak czknięcia. Nie na darmo Konieczność zerkała właśnie tu. Czknięcie wolało pozbyć się poobiedniej opieszałości, nie chcąc narażać się na gniew Bezwzględnej. I nim nad pagórkiem przemknął halny – ziemia na wierzchołku (wstyd byłoby to coś nazywać szczytem) zapadła się odsłaniając głębiny. Halny zanurkował zachwycony niespodziewaną zmianą stanu skupienia okolicy i taplał się w podziemnej próchnicy. Po smoczych ogonach wypadało się spodziewać nieodległych im odbytów. Martwych poniekąd, ale przecież gazy jelitowe wydostają się ze wszystkich ciał jeszcze długo po śmierci, a smoki były genetycznie odporne na pojęcia „długo” i „śmierć”. Halnemu szybko znudziło się zwiedzanie sztolni pełnej zgorzeli i zatęchłych odorów, więc pognał do tych swoich epoksydowanych ostrzy, skrzących się w czarnych promieniach słońca. Tylko Bezwzględna Konieczność wiedziała (nie musiała zaglądać smokom w bieliznę), że halny rozniecił przyczajony w smoczych trzewiach ogień i namaścił olimpijską tradycję aromatyzowanym naturalnie świętym płomieniem przedwiecznego pochodzenia.

***

 

Halny był zagorzałym analfabetą, trudno więc się dziwić, że oparta o skromną półkę skalną podwójna tablica wyszczerbionego dekalogu nie wzbudziła w nim cienia emocji i ignorował cień, jaki sama rzucała na przyszłość wyprawy, której pochrapywanie strącało już pojedyncze ziarnka kurzu z pęknięć pamiątkowego leja po dumnym Krzywym Rogu.

***

 

Smoki, za życia wrogie sobie, od wieków pośmiertnie przytulone do siebie i wspólnie cierpiące niedolę mroźnych zim i lat pełnych insektów wymieniały między sobą drobne przekleństwa i plany na lepsze cokolwiek, choćby runo na sawannach, aby skryć grzbiety przed słonecznym niezdecydowaniem kolorystycznym. W szczególnie melancholijne dni potrafiły nawzajem podpierać w sobie gasnące ego, bo mimo wrogości ŻYWIŁY do siebie szacunek. Teraz miały też tajemnicę, misję i instynkty, jakich za życia nie doświadczyły. Skupione na coraz ściślej kolaborujących umysłach urzeczonych Pisklęciem, ledwie zauważały, co dzieje się na szachownicy Półświata.

***

 

Cała przyroda węszyła. A to zawsze niesie jakieś przesłanie. Węszenie prokreacyjne, spożywcze, albo zgoła delikatesowe, ryzyko spotkań najwyższego stopnia zagrożenia, w trakcie których jeden spotkany staje się napędem drugiego. Może się zdarzyć także węszenie wyższego stopnia. Polityczne. Bo zawsze warto wiedzieć, kiedy WIĘKSZA RYBA zaczyna się psuć. A w stawie Dwuświata wiecznie coś pływa i coś gnije, choć rzadko miewa głowę zdolną zrozumieć płynność polityki zewnętrznej.

 

Prezes był podejrzany. Zapewne przez Szpiega. I choć spodziewał się tego od dawna, nie dostrzegł momentu, kiedy został zinwigilowany do cna. Do gołego. Szpieg naprawdę był profesjonalistą. Profesjonalistką?

 

Prezes nie byłby jednak Prezesem, gdyby był lekkomyślny i łatwowierny. Miał swoje sieci i macki. Gdyby zechciał być ośmiornicą – nie mógłby poprzestać na dwóch podwójnych parach odnóży. Jego macki byłyby niepoliczalne. Sieć za to była pojedyncza. Handel rządzi się prawami, nad którymi trudno panować. Nawet król tolerował praktyki, które w innej instytucji domagałyby się natychmiast wielu ofiar – nie głupich kozłów, czy płotek. Aby sięgnąć stanowiska na szczycie Korporacji musiał być przebiegły i utalentowany w interpretowaniu tego, co zabronione. O tym co wolno – uczyli nawet w podrzędnych szkołach, na stołecznym bazarze pod nienachalną flagą Korporacji, a nawet w karczmie Dwulicowej w obu jej odsłonach.

 

I Prezes oczywiście WIEDZIAŁ, że Król WIE. Pominął więc w pamięci on-wie-że-ja i przeszedł do konstatacji, że tak urządzony jest świat i inaczej gotów NIE ZADZIAŁAĆ. Czyli Prezes jest potrzebny światu i królowi taki, jakim obudził się dzisiaj i będą się wzajemnie uśmiechać, aby posady świata nie zadrżały w rewolucyjnym ryku motłochu.

 

- Po pierwsze – kolaboracja – zawołał w duchu hasło miesiąca, wiszące na ścianie zakładowej stołówki.

***

 

- Po pierwsze – kolaboracja – król Leon właśnie wciągał spodnie do konnej jazdy, choć planował spędzić czas raczej w powozie, niż oddając pośladki niekończącym się końskim klapsom, w tkanki nie tak już miękkie, jak onegdaj. - Sądzę, że Prezes dojrzał do rozmowy o ciemnej stronie dwukomety i winie, którym szafuje tak oszczędnie. Polityka jednak każe zaczekać, żeby przyszedł do mnie. Przedszkole polityki. Pozycja negocjacyjna preferuje tych co siedzą, a nie skazanych na spacery do siedzących. Taktyka mrówkolwa jest nienaganna i kwestią cierpliwości jest chwila sytości. Tymczasem popchnijmy wyprawę odrobinę pejzażu w przód.

 

Dzikość krajobrazu nie budziła wątpliwości. Odwaga podróżnych już tak. Karawana skupiła się jak pszczoły w ulu i pozwoliła otulić dwoma szwadronami królewskiej kawalerii. Tylko łowczy Zenon beztrosko siedział na dachu powozu z amunicją oddziału ciężkiej artylerii i stroił cięciwę kuszy podśpiewując jakąś karczemną przyśpiewkę pełną wulgarnych aluzji dotyczących bezpruderyjnych kontaktów różnopłciowych. Ono postanowił najeść się na zapas, bo nigdy nie wiadomo, kiedy dzicz zaprosi do suto zastawionego stołu (broń Bezwzględna przed zaproszeniem na stół – Ono nie byłby fordanserką, nawet po ostruganiu go z dobrobytu, a jako posiłek stanowiłby największą z możliwych kalorię, w towarzystwie której, cholesterol galopem pokonałby każdą skalę umykając górą w tempie odrzutowca. Antek ze łzami w oczach polerował rękojeść znicza, zanim ktokolwiek zażąda okazania. Pejzaż pozbawiony kompletnie architektury, nawet tej prymitywnej w postaci wysłużonego gościńca – zastanawiał.

 

- W jaki sposób Korporacja dostarczała towary do tam, albo przywoziła do tutaj? Przecież linia kolejowa z pętlą Na Krańcu właśnie przykucnęła za lasem bez imienia, albo za tą łąką po lewej, co faluje, jak brygada górników po urodzinach brygadzisty, kiedy odwaga dojrzeje do przedostatniej kolejki już w Dwulicowej.

 

Król pozwolił koniowi na samorządność i kiwał się w siodle niczym wytrawny traper. Królowanie wymaga zachowania pozorów i godności, nawet siedząc okrakiem na czymś kościstym i niewygodnym. Przezornie koronę podróżną miał z materiałów mniej szlachetnych, za to lżejszych i nie robiących dziur w królewskiej czaszce. Pozwolił sobie na ekscentryczny detal w postaci pompona w kontrastowej do otoczenia czerwieni. Czapeczka starannie ukrywała królewskie myśli przed orszakiem i Prezesem, którego godność zdaje się właśnie została urażona kolejnym pęcherzem na tkankach miękkich przewidzianych do boksowania z bezlitosnym losem.

 

- Ból innych łagodzi niedogodności podróży – pomyślał i dziabnął konia ostrogami, a ten zmienił bieg na wyższy – Ciekawe, co teraz zrobisz, hultaju!

 

Karawana z każdą chwilą traciła na wizerunku, a manewr królewski skruszył wątły ład. Jedynie kawaleria zdała egzamin z jazdy po właściwej krawędzi kodeksu drogowego. Widnokrąg przezornie cofnął się bardziej, niż musiał.

 

- Od wariatów z daleka trzymaj mnie Bezwzględna Konieczności! – modlitwa stanowiła drobne urozmaicenie dla widnokręgu, którego głównym zajęciem było oddalanie się od pościgu.

 

- Dasz sobie radę doskonale! – Bezwzględna była zblazowana, a modlitwa sztampowa do obrzydliwości.

 

Na horyzoncie majaczyły już srebrne ostrza niezdobytych szczytów, świeżo przeciągnięte osełką halnego. Srebrny kurz unosił się skrzącą mgłą, kryjąc to, co się ludziom nie mieściło w głowach. Ponoć żył tam Świątobliwy, który … (tu zaczynały się opcje i warianty zaprawione wysokoprocentowymi wspomagaczami fantazji, więc pozwolę Czytelnikom, aby sami sobie dośpiewali, jaką super-mocą został obdarzony ów święty człek chwilowo nieistotny dla opowieści).

 

Bojowe słonie zarżały, sadząc, że przyjdzie im zaatakować górskie pasmo i roznieść je na kłach, albo stratować, jak nielegalną plantację bawełny wraz z niewolnikami. Krzywy Róg, który pod butem Czasu reinkarnował do postaci Krzywej Otchłani zdawał się odsuwać od nieelegancko wyglądającej karawany, kurczowo trzymając się rąbka pierzchającego widnokręgu. Lej nie potrzebował pożywienia. Karawana nie mogła ofiarować nic, na co Otchłań gotowa byłaby zerknąć przychylnie. Ale i to miało się zmienić. Wkrótce.

 

Antek cichutko rozpłakał się z ulgi – dwie skazy na rękojeści okazały się skórką od tego lepkiego pomarańczowego owocu z drugiej połowy Dwuświatła. Długotrwały kontakt z antkowymi łzami odkleił je od nieskazitelnej znów rękojeści. Teraz mogły się odbyć Igrzyska bez skazy!

***

Ciąg bliższy.


Mężczyźni tak bardzo zawładnęli uwagą publiczności, że ominęła nas uczta u Łucji. W obliczu jawnej niegodziwości Autor przyszpilił Czas jak motyla w pluszowej gablocie, żeby bezpiecznie cofnąć się do wątków, które zapodziały się nam przez nieostrożność, albo delikatność.

 

Łucja żyła już wystarczająco długo, aby przekonać się, że łatwiej się żyje mając rację, niż wtedy, kiedy rację mają inni. Dlatego dyskretnie popełniła taktyczny mezalians towarzyski, z premedytacją wchodząc bez reszty w dożywotni związek z racją, ku obopólnemu zadowoleniu.

 

Nieoficjalne spotkanie zwołane zostało tradycyjnym zewem aromatycznym (szarlotka pigwowo-rabarbarowa, BEZ jabłek), a niepisaną i ściśle przestrzeganą sugestią było, że to impreza homoseksualna. Grono niezapraszanych stanowiły wyłącznie kobiety (z kryptokobietami włącznie) dysponujące na tyle wyrafinowanym powonieniem, że potrafiły rozpoznać woń szarlotki PRZED upieczeniem. Inaczej nie miałyby prawa zdążyć, nawet w tak zdumiewającym świecie, jak Dwuświat.

 

Było ciasto i słodkie likiery. Herbaty słodzone srebrną łyżeczką, albo miodem z dzikich barci. Niezobowiązująca wymiana opinii o cudzym kapeluszu i własnych odciskach. Kołczany tłuste od zatrutych strzał i topory olśniewające podwójnym ostrzem nudziły się w przedsionku, konie leniwie sortowały siano, wyłuskując zeń pachnące pąki koniczyny. Słońce zerkało przez uchylone okna, pozwalając sobie na niedyskrecje i przymierzało się nawet do komina, chcąc tamtędy wśliznąć się w epicentrum wybuchów śmiechu i szepty pełne dostojnych znaków zapytania. Wokół domku Łucja wyhodowała taką masę ekologicznych pułapek, że nawet królewski Szpieg zaniechałby prób sięgnięcia czubkiem ucha futryny. Termitiery i gniazda os, kretowiska i żmijowe warkocze. Każda toksyna miała swoją siedzibę nieopodal obiektu zwanego domkiem Łucji. Do tego trzeba dodać tyraliery trujących roślin, patrole mięsożernych pędów pasożytniczych bylin, zwyczajowe w łowczych kulturach wilcze doły, sidła i potykacze dla gruboskórnych i wreszcie kij od szczotki stróżujący po wewnętrznej stronie drzwi, tuż obok bejsbolowego (babcie TEŻ są zagorzałymi amatorkami sportów zespołowych) kija. Nikt rozsądny nie usiłowałby nawet myślą targnąć się na mir domu Łucji. Nierozsądni dawno już zdążyli użyźnić nieregularną plantację toksycznych rosiczek o szczękach potrafiących wygiąć kute pręty ogrodzeniowe i skruszyć podkowy.

 

Czas NAPRAWDĘ się starał. I nigdzie nie pędził. Zdobył się nawet na odwiedzenie Historii w domowym areszcie. Jednak kobiece spotkania są tak gęsto nafaszerowane słowami, że każdy wieczór nadchodzi zbyt wcześnie. Zanim ostatnie brzemienne w słowa opowiadaczki zdążą uwolnić magazynki od nadmiaru amunicji, pierwsze wracają do starcia ze świeżym ładunkiem słów ważkich i znaczących. Łucja była na to przygotowana i kiedy Czas zaczął popuszczać w szwach – wygoniła drania z domku, żeby nie podglądał, jak nieoficjalna impreza przeradza się i piżama-party, a na stylowym wieszaku w kącie salonu zaczyna stygnąć kiść biustonoszy umęczonych dźwiganiem słodkich ciężarów.

 

- Nie mogłam nikogo innego wygnać w tę noc – wyjaśniała Łucja, lecz nie wiadomo do kogo kierowała usprawiedliwienie.

 

- Przecież to oczywiste – Bezwzględna Konieczność była doskonale zorientowana. Jak to kobieta.

 

Likier sprawiał że słowa miękły i stawały się kosmate jak misie w dziecięcych łóżeczkach. A kiedy większość słów została już wypchnięta na wolność i snuła się pod powałą, przysiadając na krokwiach i drzemiąc w ciepłym aromacie uczty, Łucja chwyciła Jolantę pod łokieć i zaprosiła do zwiedzenia ogrodowej chluby tego sezonu wegetacyjnego - zagonu pachnącego groszku, który miał zwyczaj przytulać się do przechodzących pozornie delikatnymi lianami, aby usidlić gości do czasu, aż Łucja ich przesłucha i zezwoli na cokolwiek. O ile w ogóle zauważy, co oczywistym nie było, gdyż Łucji okulary miały podwójne dno i doskonale służyły do rozpalania ognia częściej, niż do sprawdzania, kto zaplątał się w prywatną zieleń na plantacji. Czasami Łucja wypalała za pomocą okularów drobne instrukcje na odległość niedostępną jej nogom. Palony list od niej wróżył zazwyczaj rzeczy, których wolelibyśmy uniknąć. I dzięki lekturze – czasami się udawało, jeżeli trafiło na rozsądnego czytelnika.

 

-Jolka! Musisz działać – powiedziała, kiedy tylko upewniła się, że pozostali goście nie usłyszą – Ostrożnie. Historia dobija się do Bierutowa i zapewne lada chwila doznasz zdumiewających objawień. Ale wiedz już teraz, że zanim powędrujesz daleko, dobrze byłoby zostawić sojusznika na miejscu. Masz tam jaką rozsądną dziewuchę? Przyślij ją do mnie, to przyuczę na początek. Nie zamykaj się w kręgu przyzwyczajeń. I skoro świt wracaj do Bierutowa, nie czekając, aż pozostałe się obudzą. Czas nie śpi.

 

- Akurat – mruknął porywacz Czasu, czyli Autor.

 

Łucja ścisnęła wieszczkę za łokieć i pozwoliła jej nasycić ciało przekazaną informacją. Potem to już tylko plotkowały o intrygującej skłonności tej nowej odmiany groszku do szukania ciepła tam, gdzie ludzie wstydzą się, że mają go najwięcej.

 

Taa… - Narrator uśmiechnął się znacząco – Każda kobieta jest tajemnicą. Ale niektóre bardziej. I nie mówią wszystkiego. Nigdy. Nikomu. Chociaż gadają tak dużo…

***

 

- Najwyższy czas uwolnić Czas – gwizdnął zawadiacko zza kotary Anonim.

 

- Spokojnie – Autor właśnie otwierał gablotę i ostrożnie wyjmował szpilkę z pluszowego dna.

 

Motyl Czasu zatrzepotał, pisnął jakieś zatopione w przeszłości przekleństwo i rozpaczliwie doganiał teraźniejszość, sapiąc i plując jadem.

***

Absencja.

 

Nici przeznaczenia splatały się w pajęczą sieć wysoko nad głową Józefa Kuternogi i czyhały na dogodny moment, żeby znienacka spaść mu na głowę. Nie dostrzegał jej, pochłonięty klejeniem strzępów pamięci z poprzedniej nocy, kiedy nadeszła Katarzyna z (chyba) gotowym planem na Józefa Odgruzowanego. Czuć było go jeszcze wędrownym samcem, jednak intensywnością zapachu nie przekraczał średniej stajennej – naprawdę ZDARZAŁY SIĘ stajnie bardziej aromatyzowane. W Kasinym szlafroczku wyglądał nieco frywolnie, jednak ubrania, które z niego zdarła nie nadawały się nawet na śmietnik – poszły od razu na kompost, gdzie spontanicznie zaczęły wyrastać na nim co bardziej toksyczne odmiany tojadu i wilczej jagody nie czekając wiosennego rozpasania.

 

- Przymierz – Kaśka podała mu spodnie i koszulę pachnącą czymś znajomym.

 

Zdarzało się Józefowi zasypiać na nieużytkach, pośród kwiatowego rozpasania i to było chyba to. Nie protestował. Mając przed sobą kobietę o bicepsach większych, niż uda innych niewiast trudno być bohaterem. Szlafrok zatrzepotał połami niczym ranny nietoperz i zdechł na skraju łóżka. Kasia odruchowo sprawdziła rozmiar szkód cielesnych po pojedynku z martwym smokiem, aby potwierdzić wcześniejsze podejrzenia – Józef wciąż BYŁ mężczyzną. W ramach kompletowania stroju Kasia pomyślała też o protezie. Wolała zainwestować w porządne odnóże, niż szamotać się z nieparzystością w męskich kończynach. Jeszcze przyrżnie gdzie w architekturę i na przykład skrzynkę piwa potłucze. Niestabilność nie służy kobiecym uczuciom. Męskość na ziemi lepiej niech twardo stoi! I nieważne, jak bardzo dwuznacznie to brzmi. Może to i lepiej.

 

Nowa noga (made in Korporacja) była solidna i chyba nieużywana. Mogła służyć do rozgniatania orzechów, albo tupania, jednak wzrok Kasi uprzedził Józefa, że to nie byłoby mile widziane pod tym dachem.

 

- Teraz nieco cię odkarmimy, a jeśli potem, pod „Trzy Zęby” będziesz zaglądał, to wyłącznie z drugiej strony szynkwasu. A spróbuj mi tylko pianę z kufla wychłeptać… - Kasia nie dokończyła, gdyż jeszcze nie doprecyzowała ciągu dalszego. Były ważniejsze sprawy. – Drew narąbiesz, będziemy mieć ciepło zimą. Ćwiczenia na świeżym powietrzu dobrze ci zrobią. I nie oszczędzaj się, bo plotka niesie, że dużo dzieje się w Półświecie… Knajpa chłonie mocno i kiedy wiedzieć, gdzie ucho przyłożyć, to odrobinę zdradzi. Krzepa będzie nam potrzebna.

 

Józef aż gębę otworzył. Może dlatego, że dotąd to on był jedynym, który w towarzystwie mówił NAM i każde MY kojarzyło się z tym, że ten drugi wyjmie złocisze z sakiewki i zapłaci za NASZE napoje. Sytuacja odwrotna była nienaturalna – Józef nie miał sakiewki. I nie umiał płacić. Umiał opowiadać, ale Kasia gadała za nich dwoje.

 

- Hmmm – chciał się podrapać w męski rozum, ale obecność Katarzyny nagle zaczęła go krępować i pierwszy raz w życiu świadomie się zarumienił. Wszystko przez to MY, które jemu również przemknęło przez umysł nie rozrywając czaszki na fragmenty – Drew narąbać? Ja?

 

- A co? Nie dasz rady? – z nutą złośliwości Kasia przyglądała się kolorkom na policzkach Józefa – siekierka w drewutni, a jeśli tępa, to naostrz sobie, jak uważasz. Tylko kikuta sobie nie oberżnij, bo małą fortunę kosztował. I na obiad wracaj przed zmierzchem, to powiem co dalej.

 

Rąbanie drzew (jeśli ktoś próbował, to wie) przynosi mnóstwo potu szczyptę satysfakcji i czas na najzuchwalsze myśli. Nawet takie, w których MY zdarza się w każdym, nawet najuboższym zdaniu. A zdania, to coś, w czym Józef się już dawno rozsmakował.

 

- ZjeMY obiad…

 

- Narąb drew, będzieMY mieć ciepło zimą.

 

A potem były już takie różne MY, którym obecność osób trzecich nie jest potrzebna, ani po dwudziestej drugiej, ani w ogóle. Tak! Przede wszystkim wtedy właśnie! Stos drzew kurczył się w mrowiu myśli, a siekierka musiała je omijać, zataczając coraz bardziej rozpasane łuki ponad głową Józefa. Gdyby jakaś chmura była na tyle nierozsądna, żeby zawisnąć nieopodal – byłoby po niej, zanimby okiem mrugnęła. MY ma niezwykłą moc. Szczególnie takie świeżo powołane do życia.

 

Obiad był z tych, których nie da się zapomnieć i karczemne obiado-kolacje na koszt wciąż nowych słuchaczy mogły się schować pośród obrzydliwości tego świata. Z pełnymi ustami jedyne, co można wyrazić, to zachwyt. A kiedy już zabrakło siły na zachwyt – Kasia zerknęła za mroczniejące okna, starannie je zamknęła i zasłoniła zasłony. Świece poczuły, że stają się czymś więcej niż kaprysem i zaczęły świecić bardziej. A Kasia nachyliła się do Józefa, biustem ogrzewając obrus poplamiony zachłannością niezgrabnego mężczyzny.

 

- Posłuchaj mnie teraz uważnie – zaszemrała i było to najlepsze ze znanych Józefowi słów. – Król… a niezależnie z nim Prezes… i Wielki Mistrz… Każdy z osobna… wiesz?

 

Plotki kierowane do innych uszu, nam wydawać się mogą naganne, a nie chcąc pokalać wizerunku Katarzyny, sprytnie prześliznę się nad tym wątkiem. Nad kolejnym również, gdyż nie jest to opowieść dla dorosłych, a Kasia tej nocy zrezygnowała ze służby pierwszy raz od czasu pierwszej miesiączki… I uczyniła to z premedytacją, gdyż na kontuarze zostawiła drobnym drukiem szereg instrukcji dla personelu, który bez Kasi wydawał się równie ubogi, jak dzisiejsze menu. Kasia nie zamierzała się tłumaczyć, że wcześniej gotowała dla SWOJEGO mężczyzny i zabrakło Czasu, aby gotować dla bandy opryszków i pijaków, którzy i tak nie docenią talentów drzemiących w obfitym cieple służbowego fartuszka. Dość powiedzieć, że noc była za krótka dla świecy, i choć bezsenna, to była jedną z tych, o których z czułością się mówi „dobranoc”.

***

piątek, 18 listopada 2022

Zbiór namolnych dygresji.


Guz właśnie wrócił do domu. Tak, ten sam, który czaił się na skraju gościńca, żeby za nim czaił się Szpieg, obserwujący jak Jolanta czai się na ciasto Łucji, a wracając zaczyna się jąkać w półkroku na myśl, że gdzieś tam, w Stolicy…

 

- A niech cię drzwi skarbca przycisną Anonimie podły! – Autor nie wytrzymał i krew się w nim zagotowała – ONA miała być TAJEMNICĄ! I dorastać z dala od Historii i plotek. Wszystko zepsułeś! Naprawdę nie mogłeś utrzymać gęby daleko od niej?

 

Guz, kiedy już osiągnął swój cel i osoby postronne opuściły miejsce zdarzenia – wstał i dyskretnie wracał do domu. Przy jego rozmiarach i manierach nie było to łatwe, więc ilekroć ktoś zaburzał guzią samotność, zalegał na tydzień dla bezpieczeństwa. Można więc powiedzieć, że po skali czasu wracał zdecydowanie dłużej niż w skali odległości. A mimo to – udało się. Stał teraz zawstydzony własnym sukcesem, otoczony tyralierą ciekawych wieści pobratymców.

 

- I co? Co TAM widziałeś? Dzieje się COŚ? Trzeba się MARTWIĆ?

 

Guz rozglądał się nieco rozpaczliwie. Tyle pytań, takie zainteresowanie kupą kamienia, której jedynym życiowym osiągnięciem był szczęśliwy(?) powrót…

 

- Ja… bo, ten… - zająknął się, usiłując odpowiedzieć hurtem na zbiorowe oczekiwania – no… Ludzie coś knują!

 

Utworzenie kompletnego zdania i to bez błędów laryngologicznych sprawiło, że sapnął, dumny z siebie pierwszy raz w życiu. Trzeba przyznać uczciwie, że w życiu kamienia niewiele jest powodów do dumy. TEN Guz był wybitny – choć był stosunkowo młody, już miał swój powód. I bardzo mu się podobało nadzienie, jakim się wypełnił. Postanowił pójść raz jeszcze. Nie pamiętał już co prawda w jakim celu poszedł, ale wracanie dostarczało takiej przyjemności, że pogodził się ze stratą czegoś tak płochego jak „cel”.

 

- Oooo… - tłum pobratymców zaszumiał lekko strwożony – Musimy być czujni!

 

Czujność kamienia objawia się tym, że przypada do najbliższego gruntu, choćby był najtwardszym gruntem świata, rzuca się nań z impetem i trwa nie mrugając nawet powiekami. Czai się. Obserwuje. Nasłuchuje. CZEKA. Tłum czujnych Guzów ludzie nazywają nieco pogardliwie gołoborzem, ale to zupełnie inny fragment narracji i nieco zbyt monotonny, aby poświęcić mu Czas i uwagę. Lepiej tam zajrzeć, kiedy coś się wydarzy. Na przykład - lawina.

***

 

Maleństwo budziło w smoku nieznane mu wcześniej uczucia tkliwości i macierzyńskie odruchy. Niewiele brakowało, a sutki rozrzewnionego smoka wypełniłaby góra słodkiego mleka i mimo, że nie byłoby to ptasie mleczko, to jednak z martwego gada utoczyć pokarm i wychować pisklę – to sztuka dla zaawansowanych istot.

***

 

- Taka strata – westchnął Autor – a miała być Czarnym Koniem opowieści! W jej bieżącym wieku nie mogła zostać nawet kucykiem. Najwyżej świerszczem, ale Pasikoniki (Historia oceni je należycie) chwilowo bardzo źle się kojarzą opinii publicznej.

***

 

Wieszczka była już zasadniczo spakowana, jednak krążyła po chałupie nerwowo, jakby coś jeszcze zabrać powinna.

 

- Ach! Proszek na musze odchody! – Jolanta z zadowolenia tupnęła nogą, aż podłoga stęknęła. Tupnięcie Jolanty, to nie byle co – Dorotce należy pomóc, choć może niegrzecznie jest się wtrącać. Jej pomóc trzeba, ale tym draniom, filozofom już nie. Nie dam im proszku na insekty. Niech tę ich świętą księgę trafi coś boskiego z czeluści Wszechkosmosu!

***

 

Dorotka była zrozpaczona. Prześpiewała już zapomniany hit nawet wstecz, w nadziei, że potomek musiał ukryć coś więcej jak klucz wiolinowy do utworu, który odmieni oblicze ziemi. TEJ ziemi.

***

 

W Kasinej sypialni…

 

- O nie! - Zawczasu zaprotestował Autor – tam trzeba zajrzeć na więcej niż rzut oka! Poczekajmy do kolejnego rozdziału!

***

 

Ziarenko grochu ogrzane królewskim łonem… znaczy się tym… dopełnieniem łona niezbędnym w celu reprodukcji, rozkoszowało się monarszym zauważeniem i turlało się wesolutkie i pyzate w niezbadanych przez nikogo wcześniej głębinach kieszeni spodni od piżamy.

***

 

Czas po raz pierwszy w tej opowieści poczuł obłęd między uszami. I stał niezdecydowany niczym gnomon na ratuszowej ścianie w dzień pochmurny jak noc. A przecież zwiedzał nie tylko tę połówkę świata. On bywał również po drugiej stronie i wszędzie gdzie-indziej, z czego nie spowiadał się nikomu. Bezwzględna Konieczność kopnęła go w miętkie, żeby jednak ruszył. Dla dobra wszystkich. Albo wręcz przeciwnie.

***

 

Słońce budziło się w nastroju rewolucyjnym i przymierzało długość fali odpowiadającą światłu w kolorze grobowej czerni. Nawet ładnie wyglądało. Czerń wyszczupla. Martwych nawet do imentu, znaczy do gołego szkieletu. Historia (nadal zamknięta w domowym areszcie) wzruszyła ramionami.

 

- Phi! Nie takie rzeczy widział świat. Ze dwie cywilizacje w przód egipscy szamani nazwą takie rozwiązanie zaćmieniem koronowym.

 

- Koronowym? – zainteresowała się czujna podświadomość króla Leona.

 

- Hę? – martwe smoki zdawały się być równie zaintrygowane, mimo (nie wiedzieć jak) WSPÓLNEJ OPIEKI NAD DZIECKIEM!

***

czwartek, 17 listopada 2022

Pod obcym niebem.

 

Izyda skromnie przeczekiwała na marginesie opowieści całe tabuny bohaterów przepychających się w pocie czoła i usiłujących grać pierwsze skrzypce nawet wtedy, kiedy mieli gumowe ucho i słuch muzyczny pierwszego stopnia. Inna sprawa, że niejaki Stradivarius (Bezwzględna Konieczność lekceważyła zapotrzebowanie na odkrycia w dziedzinie instrumentów muzycznych) miał się urodzić dopiero za parę (czyżby dwa?) tysięcy lat. Towarzyszące Izydzie Pasikoniki przeczekiwały równie wytrwale, widząc jak niewzruszenie stoi na krawędzi Pól z umysłem zajętym sprawami najwyższej wagi. W rzeczywistości była to tylko maniera wyniesiona bez zezwolenia Mistrza z Domu Filozofów i zbawienny wpływ świeżego powietrza znad Pól wytrącił ją z letargu. Wykonała krok w przyszłość i zostawiła Pola za sobą. Pasikoniki również. Z nimi kłopotu nie było – rozbiegły się po pastwiskach, bo trawa zieleńsza rosła nie tam, gdzie ją dopiero co wydeptali, na czczo żegnając Izydę.

 

Droga przez pustkowia (we wszystkich słownikach Wszechkosmosu nazywana bezdrożem) stanowiła kolejne herkulesowe wręcz wyzwanie, jednak Izyda miała naturę zbliżoną do stoickiej, lekko podkręconą szczyptą cynizmu.

 

- Skoro Stolica zna Bierutów, to znaczy, że ktoś musiał stamtąd wrócić. Czemu więc ja nie miałabym tam dotrzeć? Szczególnie, kiedy Pola Pasikoników okazały się korporacyjną zasłoną dymną, a nie śmiertelnym zagrożeniem. Podobnie rzecz miała się z nocą – mruknęła jeszcze i ciepłem kolan skłoniła konia do marszu.

 

Szli (choć koń bardziej niż Iza) pół dnia w przeraźliwie nudnym towarzystwie nizinnego pejzażu, na który składały się z grubsza sprawiedliwie: zwodnicza zieleń łąk i niebiański błękit do obłędu eksploatowany od paru (dwóch?) miliardów lat. Słońce było uprzejme zaskoczyć świat pomarańczowym przebraniem i wydawało się parodiować ten zaskakująco lepki owoc z drugiej, nieznanej połowy świata. Nieznane Izie drzewa, słysząc miarowy stukot kopyt, porzucały sąsiedzkie pogawędki i z niesmakiem zajmowały porzucone miejsca w szpalerach, zapewniając zuchwałej podróżniczce cień i świergot czerwonych ptaków ukrywających się skromnie, albo przezornie w wygrzanym listowiu. Dołem przemknęło coś, co samo wolało o sobie nie pamiętać, gdyż nie wyglądało atrakcyjnie, a na dodatek pochodziło z rodu dotychczas niesklasyfikowanego w żadnym nawet najbardziej fantastycznym katalogu zwierząt. Z dziupli wyglądały pisklęta i tylko ryk nadrzewnych drapieżników powstrzymywał je od opuszczenia gniazd. W gęstwinach dojrzewały jeżyny, usiłujące zwabić Izydę na manowce podróży, jednak ta była nieugięta. Szła naprzód (choć koń bardziej) i pociła się pod ostrzałem słonecznych promieni. W jukach przytroczonych do siodła wiozła zapas prowiantu na całą drogę, a termin przydatności przekraczał oczekiwaną długość życia najmarniej o drugie tyle. Nieco gorzej stała z wodą, jednak z nudów, obserwując topografię terenu, wytypowała hipotetyczne akweny zbieżne z azymutem, którym podążała (przy czym koń podążał bardziej). Z pobieżnych wyliczeń wynikało, że przed kolacją i zasłużonym odpoczynkiem powinna osiągnąć przynajmniej dwa spośród podejrzanych o wilgoć miejsc postojowych, więc zamierzała się nie martwić ani na zapas, ani o zapasy.

 

Bezwzględna Konieczność wiedziała wcześniej, że Izyda dotrze (ale koń bardziej) do miejsca postojowego. Ba! Wiedziała, co tam zastanie. Iza musiała poczekać dobre dwie godziny, aż pokona (koń bardziej) drogę, jednak udało się (im). Topografia nie wykazała się w kwestii wody za pierwszym podejrzeniem, ale za drugim poddała się i wepchnęła między kolczaste krzewy rachityczny, pogięty nieludzko strumyk, szemrzący nieco powyżej skali szumu. Popołudnie gęste było już od zmęczenia, gdy Izyda jednogłośnie podjęła decyzję o rozpoczęciu ulubionej fazy podróży, czyli popasu. Koń nie protestował. Izyda, jak każda szanująca się kobieta postanowiła przed kolacją oczyścić ciało i umysł z podróżnych brudów. Rozejrzała się podejrzliwie po okolicy, kazała koniowi się odwrócić i dopiero wtedy zaczęła luzować haftki zbroi, by jej nie narażać na przedwczesną korozję. Strumień wystarczał zaledwie na zatopienie stóp, a i to czynił niechętnie.

 

Narrator przypomina tym, którzy tego potrzebują – najcwańsze cząsteczki wody zawsze siedzą na dnie i z wielkim oporem opuszczają głębiny, choćby je deptać czymś więcej niż grawitacją. Nawet, gdy „coś więcej” jest piękną (nie wspominałem?), nagą (a o tym, to już na pewno) kobietą.

 

Młoda pani filozof zagadkę skutecznej kąpieli rozwiązała w okamgnieniu. Nie mając dość sił, żeby wyrwać z pejzażu i ustawić wertykalnie wystarczający kawałek ruczaju – sama zmieniła położenie względem świata i najzwyczajniej w świecie - położyła się na dnie, pozwalając nurtowi na… hmm… pozwólmy jej bez świadków przeżyć swój „pierwszy raz”, szczególnie, że noc była blisko, a pomarańczowe słońce rudziało pod przemożnym wpływem zbliżającej się fioletowej powodzi.

 

Czas z podejrzaną melancholią usiłował odgadnąć sny pachnącej świeżością kobiety, która po kąpieli, a przed snem, nabrała apetytu wystarczającego na podwójną kanapkę, plus dwa razy podwójne frytki. Każdy świat dysponuje zestawem zajęć, po których apetyt wykracza poza znaną skalę, a dietetycy grzmią i straszą wiecznym potępieniem. Czas co prawda lubował się w liczbach, jednak kalorie nie były jego mocną stroną. Podobnie jak ułamki i tabliczka mnożenia, o którą od dawna apelowała wieszczka Jolanta.

 

Są wieści rozchodzące się w przestrzeni szybciej od myśli i światła. Pod zastanawiającymi się nad własną nazwą „Trzema Zębami” plotka o Nadchodzącej pływała na powierzchni każdego kufla i drapała gardła niesłychaną sensacją.

 

- Samotna pośród Pół Pasikoników. Na pewno jest na skraju wyczerpania, pokiereszowana i nadgryziona tu i ówdzie. Ale ŻYWA! Bezbronna niewiasta uszła przed szarańczą z bezkresu i zmierza ku wsi. Jeśli nie padnie od ran – przybędzie (ale bardziej koń) pojutrze.

 

Byli i tacy, co chcieli jej wyjść naprzeciw, jednak w tej opowieści granice są rozmazane i tak niepewne, że trzeba desperata, aby dla widoku ogryzionej zapewne kobiety narażać się na osobiste uczestnictwo w łańcuchu pokarmowym ciut poniżej szczytu. Jeśli przeżyje – wyjdą jej naprzeciw, kiedy gościniec zadrży od końskiego kopyta tuż za kapliczką na rozstaju.

 

No właśnie – w Bierutowie rozstaje nie są tym, o czym zwykło się myśleć; że pozwolą na alternatywę, chyba, że miałoby nią być filozoficzne - iść, albo nie iść. Bierutowskie rozstaje wiodły jedynie do Kolonii, bo żadnej innej drogi nie było. A rozstajem nazywano lokalnie pewne szczególne miejsce niezbyt gościnnego gościńca położone dwa kroki za kapliczką, skąd jeszcze widać komin karczmy. Krok dalej komin staje się już tylko fantasmagorią podróżnika. Zrozumiałe jest, że w stronę mięsożernych Pól Pasikoników nie wiodła żadna droga – nikt z tubylców nie zamierzał prowokować drapieżników do poszukiwania żeru na jej końcu…

***