Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2026

Krótko i węzłowato.

 

    W kwartalniku Ypsilon (nr 14/2026) zmieściły się dwa moje opowiadania, co jak zwykle cieszy, więc trąbię gdzie się da, dumny, jak tatuś trzymający na rękach pierworodnego. A poczytać w wersji elektronicznej można o tam - https://ypsilon.org.pl/

piątek, 8 maja 2026

Sekcja zwłok.

 

Nie. Jeszcze żyję chociaż zdaję sobie sprawę z nieprzyzwoitości popełnianego bezczelnie czynu. Zasadniczo żyję bez uzasadnienia, zapewne z przyzwyczajenia, albo przez pomyłkę, której nikomu nie chciało się unicestwić, żeby pozostałych nie ochlapać czymś odrażającym, co zwykle wydziela miażdżony argumentem siły organizm od najmniejszego po te najokazalsze.


Usiłując nadać jakkolwiek małe, ale jednak znaczenie podjąłem się prowadzenia bloga. Pamiętniczka, szuflady na niepokorne myśli. Poligonu, po którym wciąż przetaczają się burze ciężkostrawnych myśli i płochych pomysłów, którym nijak na salony wstąpić się nie godzi.


Obserwując żenująco ubogie zainteresowanie treściami pojawiającymi się tu od lat zauważyłem ze zdumieniem, że licznik odwiedzin drastycznie zmienił skok. Od ładnych paru miesięcy comiesięczna liczba gości osiąga poziom rocznego zainteresowania z lat poprzednich. Podejrzewam nieustająco, że to działalność sztucznego tworu żerującego na obcych treściach, jednak nie mam pojęcia czym sprowokowałem zainteresowanie SI. Widocznie mało kaloryczne te treści skoro musi tak często uzupełniać paliwo.


Po komentarzach sądząc istot żywych na blogu bywa raptem kilka, bo ciężko mi uwierzyć, że wstyd tudzież inne skomplikowane uczucia paraliżują tłum odwiedzających do tego stopnia, że ani cześć, ani (nowocześniej) cze! nie powiedzą i tylko ukrywają się skrupulatniej niż patyczak w koronie drzewa. Aż tak zły nie jestem… chyba. Nieważne. Nie to nie. Przymusu nie ma. Piszę, bo lubię nawet gdy nikt nie widzi.


Dziś rano dowiedziałem się że moja twórczość blogowa stanowi skarlałą, ale jednak formę publikacji. Mój błyskawicznie pęczniejący narcyzm rozpędził chmury nad Miastem i osłodził kawę! Teraz wypada zrobić porządny coming-out, zapomnieć majtek idąc po bułki, albo chociaż zatrudnić małe stadko paparazzich, żeby obfotografowywali moje nieuniknione ekscesy. Pamiętniczka raczej nie napiszę, bo przecież już mam. Może zacznę gotować? Albo remontować domy, względnie ogródki? Prowadzić program w TV i tańczyć z gwiazdami? Może nawet śpiewać? Ewentualnie zasiadać w jury czegobądź jako „ekspert”… eksport? eks?


Trzeba rzecz na spokojnie przemyśleć. Jako istota publikująca, publiczna być może, obawiam się wracać do domu, gdyż ten gotów stać się domem publicznym, co zrodzi konieczność zainwestowania w czerwone latarnie, a do wypłaty szmat czasu. Cennik usług to kolejna oczywista oczywistość. Ech! Może i lepiej że to Sztuczna robi tłok – wstyd jakby mniejszy.

środa, 6 maja 2026

Szaleństwa ciąg dalszy.

 

    Przypadkiem (a ponoć te nie istnieją) postanowiłem przejść przez jezdnię na krwistym świetle, gdy ruch kołowy zamarł. A jak padło pytanie, czy nie mam wyrzutów sumienia i czy spać będę mógł w nocy, zacząłem snuć opowieść. Gdy tylko dopadłem maszyny – przepisałem i wysłałem w jedyne miejsce (jedyne prócz Lustra), w którym nie boją się, gdy wyobraźnia potrafi zdestabilizować wszelkie prawa, z fizyką włącznie. Oczywiście mowa o Niedobrych literkach, a efekt można skonsumować tam:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/05/06/relacja-na-zywo-by-daniel-wojnarowicz/

piątek, 1 maja 2026

A tymczasem.

 

    Okazało się, że startując w kategorii „romans” z króciutkim opowiadaniem trafiłem w objęcia PaskudZinu. I gdyby komuś było po drodze z szaleństwem miłosnych uniesień, to zapraszam tam:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/04/30/paskudzin-08-juz-dostepny/

    Może tylko zaplątałem się, jako ten rzep uczepiony czegoś większego? Nieważne, grunt, ze uczucia płoną!

niedziela, 19 kwietnia 2026

Zapomniane sny.


    Miło mi więc taplam się jak dzik w borowinach (nie cierpię na reumatyzm). Znienacka okazało się, że w nieprzebranych zasobach sieciowych ktoś dostrzegł moje twórcze wysiłki - o tam:



    A ja jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa i mam nadzieję w "o tam" zaistnieć w ramach bieżącego konkursu literackiego na obu zaanonsowanych dystansach.

niedziela, 22 lutego 2026

Partyjka we dwoje

     Na Niedobrych Literkach - https://niedobreliterki.wordpress.com/ opublikowano jedno z moich opowiadań. Portal uwielbia, gdy świat nie do końca jest takim, jakim widać go na co dzień i wszelkie anomalia uważa za mile widziane, pobudzające i wręcz proszące się by przyjść na świat. najwyraźniej udało mi się taki świat stworzyć i kto wie, czy magisterki z demiurgii się nie podejmę, bo temat nośny i aż się prosi o płodność. Jeśli masz kaprys przeczytać, to tu:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/02/20/partyjka-we-dwoje-by-daniel-wojnarowicz/

czwartek, 1 stycznia 2026

Nietypowo.

 

    W osiem lat popełniłem 3426 wpisów, obejrzanych przez 460.000 często skromnie ukrywających skłonności czytelnicze gości. Podejrzewam, a z wiekiem podejrzliwość rośnie, że część z tej liczby to niezdrowa ciekawość SI – bo przecież nie bardzo to możliwe, żeby przyrost gości nastąpił aż tak wielki – siedem kolejnych lat na poziomie ok. 50.000 rocznie, a w zeszłym roku ok. 115.000. A przecież nic się nie zmieniło. Pisałem obrazki i opowiadania, czasem setki, ekstrakty, czy spontaniczne prasówki. Żadnych gołych tyłków i zapomnianych biustonoszy, żadnego szlachtowania, czy potyczek z wielkimi tego świata zakończonych efektownym sukcesem, czy druzgocącą porażką. Czyli pewnie przyszła ku mnie zwiedzona złowieszczym tytułem Sztuczna Pani, a może jakieś inne narzędzie administracyjne, chcąc rozważyć, czy mój moralny kompas tudzież słownictwo nie rokuje nadziei na trwałe zbanowanie strony, względnie jakiś zapuszczony badacz opinii publicznej zbierał materiały do magisterki, czy coś jeszcze mniej prawdopodobnego.


    Nieistotne. Wszystkim, którzy rozkoszują się ciałem i umysłem ożywionym życzę, aby ten rok był choć trochę lepszym od poprzedniego. Żeby nie wyjść na skąpca – to życzę Wam zgoła, żeby ten rok był zwyczajnie dobrym, co jest paradoksalnie lepszym życzeniem, niż życzenie, żeby coś było lepsze, gdyż lepsze nie jest tak dobre jak dobre, choć to wg zasad języka stopień wyższy.


    Tym, co nie zaginęli w dygresjach – niech się darzy, wieją tylko przychylne wiatry, a los sprzyja, jakby był pasożytem żerującym na szczęściu nosiciela, zainteresowanym, żeby stół był zawsze pełen wyszukanych potraw.


    A tym, którzy jeszcze nie wiedzą, czego chcą – życzę po prostu – NIECH!

sobota, 15 listopada 2025

Oko-wita oko-licznych.

 

    A kiedy na Narodowym gra reprezentacja Polski i rząd – podobno też polski zabrania wnosić narodowe flagi, to pojawia się niewygodne pytanie, czyj ten rząd tak naprawdę jest. Bo Kozakom gościnnie korzystającym z naszych stadionów nie zabraniał wnosić flag. Holendrom raczej też nie miał śmiałości odmówić. I wszystko z powodu paru słów, które Pan Premier i tak już słyszał? Donald matole, twój rząd rozwalą kibole skandowali na trybunach litewskich, a wcześniej podczas demonstracji kiboli wszystkich śląskich klubów w Katowicach, pojednanych niemożliwą zgodą na ten jeden spektakl. Więc może i lepiej, że nie oglądałem.

piątek, 7 listopada 2025

Duma nie dumanie.



    Na czternastej stronie listopadowej Gazety Rawickiej pojawił się artykuł na temat konkursu literackiego wraz z moim (zwycięskim) opowiadaniem.

sobota, 1 listopada 2025

Z innej (nieco) beczki. cz.4

 

Było tak:

https://w-lustrze.blogspot.com/2018/05/wymarzone-wakacje.html

a po korekcie p. Anny wygląda jak niżej.


Wymarzone wakacje


Siedziałem na brzegu omszałym od wodorostów, grzałem się w południowym słońcu i beztrosko się gapiłem, jak fale pożerają kamienie, drążą skałę i wyszarpują z niej okruchy. Absolutnie nie miałem zamiaru przeszkadzać soli w procesie krystalizacji. Sól jodowana naturalnie, serwowana całodobowo każdemu, nawet niechętnemu. Wdychałem ją, pasąc się bezwstydnie i bez umiaru. Fale trochę się tłukły i szumiały, o świętym spokoju więc mowy być nie mogło. Do tego mewy i głuptaki darły się niczym przekupki w dzień targowy, kiedy obok sołtys w gumofilcach wyzbywa się tony koperku po dumpingowych cenach, katastrofalnie rujnując rynek lokalny. Dobrze, że to nie hotelowa plaża ze zmieloną na miałki piasek skałą, bo tam sielski hałas wzbogacany jest wzmacniaczami radioodbiorników i nawoływaniem lodziarzy mozolnie brnących po kolana w piachu przez ciżbę turystów.


Podpłynął niekochany przez nikogo rekin, żeby się pochwalić uzębieniem i irokezem na plecach, alem go zignorował. Nawet ramionami nie wzruszyłem, bo lenistwo przytuliło się do mnie szczelniej niż mokry podkoszulek do piersi jednodniowej miss plaży. Rekin usiłował. Nie wiem co, ale usiłował. Stawał na ogonie, dryfował jak kłoda, uśmiechał się od brzusznej strony wieloma rzędami wyposzczonych zębów i coś tam po rekiniemu do mnie szemrał. Chyba żebrał o żarcie, ale nie miałem. Taki morski gawron – poradzi sobie, jak jest młody i zdrowy, a jeśli nie, to go inny gawron zeżre. Też skosztowałbym, czy smaczny, ale bardziej nie chciało mi się ruszać, niż chciało kosztować. W końcu rekin zrozumiał daremność swoich wysiłków i pożeglował gdzieś dalej z tym swoim malutkim, nastroszonym żagielkiem uwielbianym przez chińskich kucharzy. Może należało chociaż go nadgryźć?


Skała cierpiała katusze od wieków – z góry paliło ją słońce, z dołu studziła ziemia, a woda hartowała rozgrzane powierzchnie, sycząc jadowicie. Los skały był przesądzony. Bronić się jeszcze trochę zdoła, ale w końcu morze ją przegryzie i utopi. Zmieli na ciemne ziarna piachu i wypluje gdzieś, gdzie małoletnie rączki będą lepić te swoje piaskowe baby do czasu, gdy dorastając, zatęsknią za żywą babą. Wzruszyłem ramionami: a może zatęsknią za plastikową babą? Obecnie plastik w natarciu. Furorę robią nietoksyczne i wolne od wad wszelakich egzemplarze. Przy zamówieniu bezpośrednio u producenta można rys charakteru wybrać z katalogu, wydziwiając przy tym nad rasą czy kubaturą. Instrukcja obsługi wesprze proces programowania i adaptacji do fantazji użytkownika w procesie realizacji wizji perfekcyjnej miłości, niekończącej się aż po grób. Albo po szrot – w zależności, kto pierwszy padnie pod naporem płomiennego uczucia.


Ciepło i leniwie. Jakiś kaszalot wynurzył się niby wyspa bezludna porośnięta kolonią omułków i chwastami zebranymi w wiechcie. A może to glonojady były…? Nie wiem. Przepływając nieopodal, zatrąbił gejzerem spienionej wody. Gdyby był lokomotywą, zapewne gwizdałby ciężkim basem, a tak wypluł tylko grzbietem to, co przesączyło się mu przez niedomknięte usta – taki ma co domykać! Ocean wpływał mu do pyska całymi jeziorami, a może nawet Dunajem? Rzuciłem na kaszalota okiem, bo ciamkał i mlaskał. Kolejny żebrak – ten znowu chciał, żebym wodorosty spod tyłka wyciągnął i mu podrzucił, ale w taki dzień wolontariat i opieka nad zwierzętami nie miały do mnie dostępu, więc i jego zignorowałem. On wyznawał stoicyzm, bo wzruszył tym, czym wzruszają kaszaloty, kiedy widzą daremność wysiłków, i odpłynął we własną przyszłość, pogardliwie machając do mnie ogonkiem na pożegnanie – taki tłusty piesek oceaniczny. Ciut większy od tych pokojowych chihuahua, ale i ocean przecież jakby większy od najbardziej napuszonego pokoju, jaki można sobie wyobrazić.


Słońce szamotało się po błękicie i w błękicie się odbijało. Aż dziw, że nie zwariowało od tej niebieskości wszechobecnej. Gdy popatrzeć na obie nieskończoności, to można zapomnieć, gdzie podłoga, a gdzie sufit. Mnie również ćmiło się w oczach, dlatego omijałem wzrokiem widnokrąg, tylko gapiłem się na fale pożerające skałę, ryzykując chorobę morską. Łowiłem okiem podrygujące ślimaki, małże i drobne, żywe świństewka czepiające się wszystkiego wystającego ponad słoną wodę. Wszystko – jak mikroskopijne krowy – zachłannie żarło ten brzeg, tę skałę i wodorosty. Słońce dołączyło do mnie i kontemplowało te wysiłki mieszanego towarzystwa. Mimochodem usiłowało wypalić im cechę fabryczną na plecach – słońce do Unii nie należy i żadnych metek czy etykiet nie wiesza swoim krowom, tylko wypala piętno ogniem, jak to drzewiej bywało. Pociągnąłem nosem – nawet czuć. Śmierdzi podejrzanie zepsutą rybą i skisłą zieleniną. Całe otoczenie nasiąkło na podobną modłę. Dopiero tam, gdzie natura uschła na pieprz, pośród skały mniej zerodowanej, wątpliwy aromacik zachowywał się ciut dyskretniej i nie atakował nozdrzy wonią przeterminowanego sushi.


Gdzieś poza zasięgiem słuchu dwa narwale udawały jednorożce wojujące o prymat w krainie baśni, groźnie wymachując połyskującymi mieczami. Ale czy to był prokreacyjny pojedynek o nimfę wodną w rozmiarze XXL, której powaby w kolejnych tłuściutkich „iksach” zachwycająco przelewały się od czubka ogona aż po wypielęgnowane wąsiska, czy jedynie płocha igraszka ku uciesze ławicy zabiedzonych rybek o gabarycie stworzonym do bezpośredniego konserwowania w oleju lub pomidorach – to już nie wiem. I ów brak wiedzy wcale mnie nie zmartwił. Szanowałem własną ignorancję, pozwalając zauważeniu pozostać bezzasadnym. Nie siedziało obok mnie żadne pisklę, które zapytałoby „a dlaczego?”. W każdym razie żadne, któremu miałbym obowiązek odpowiedzieć, siedząc na dudniącej oceanem skale. Jakieś niepozorne żyjątka łaziły wokół mnie, przeze mnie i być może nawet pode mną i we mnie, jednak żadne nie krzyknęło pytania wystarczająco głośno, żebym mógł się zdziwić. To i się nie dziwiłem wcale.


Tramwaj wodny zamachał do mnie sturęczną życzliwością, turyści bowiem czują się w obowiązku machać do każdego Robinsona Crusoe. Ktoś pstryknął mi fotkę, którą zapewne w domowym zaciszu doprawi odrobiną własnej estetyki przy delikatnym wsparciu fotoszopa. Kto wie, czy nie stanę się gwiazdą zaranną fejsbukowej grupy wsparcia, jako że biustonosza nie miałem wcale (wzorem gwiazd Instagrama – zapomniałem), a moje zielone slipki chyba się wstydziły obcych, bo wczepiały się w te wodorosty i wyglądały, jakby ich tam wcale nie było. Może wypłynę na brzeg gremialnego zainteresowania jako ten Wodnik Szuwarek z dobranocki? Wynurzę się z piany wzorem boskiej Afrodyty? Rozglądam się za rekwizytami – nieśmiało, żeby nie pomyśleli, że mi się chce sikać albo że usiłuję zakopać pirackie perły. Szukam konchy adekwatnej do mojej kategorii wagowej i godnej dotykać stóp majestatu, żebym mógł wystąpić w całej krasie (w krasie i zielonych slipkach, dodam, żeby zgorszenia pośród małoletnich nie posiać). Wycieczka zmęczona błękitem skierowała na mnie wszystkie możliwe obiektywy aparatów, telefonów i kamer, chociaż konchy nadal nie było. Jakiś malarz ekstremalny oblizał siedemnaście pędzli i wpasował w sztalugi własny geniusz. Szukał nieśmiertelności w wiekopomnym dziele o formacie naturalnym i pod roboczym tytułem: „Facet z wodorostem” – za jakieś półtora miliarda dolarów, jeśli tylko malarzowi wystarczy cierpliwości, by wstrzymać się z aukcją do następnego milenium… Dobrze, że motorniczy zlitował się, otrąbił gawiedź i powiódł w odmęty wizytować kolejnych robinsonów.


Uff… Spociłem się z tej bezceremonialnej ciekawości i wreszcie spienione fale szukające suchego lądu znalazły na mnie wytęsknioną lagunę. Wytrwale prasowałem własnymi pośladkami oceaniczne mchy, którymi niezbyt hojnie okryte zostały kamienne wypukłości. Warstwa dobrana zbyt skąpo do moich upodobań siedziskowych sprawiała, że zaczynałem odczuwać dyskomfort na zapleczu. Nie sprzyjał kontemplacji nieskończoności również brak oparcia, baru i kelnera w trzcinowej spódniczce, który przyniósłby szklanicę chronioną kostkami lodu i tęczową parasolką, aby alkohol nadmiernie nie wyparował, zanim zacznie przemierzać ścieżki krwiobiegu konsumenta, czyli mnie. Przez resztę roku byłem niewolnikiem świata luksusu i wielogwiazdkowej cywilizacji, wymagając wsparcia zaawansowanych technologii do degustacji romantycznych uniesień, lecz moja destynacja bieżąca była od nich najwyraźniej wolna.


Choć dzień jeszcze nie minął, słońce już wytopiło ze mnie ostatnie, skrzętnie ukrywane przed światem miligramy tłuszczu i wody. Pod stopami szerzyła się geologia brutalna i twarda, obok dryfował świat dorszy i stworów, które nawet na talerzu potrafią wywołać obrzydzenie kształtem i podejrzeniami o podwodną, niecną działalność. Skóra mi schła i ciemniała w takim tempie, że cokolwiek poniżej lodowej kąpieli w ptasim mleczku w ogóle w grę nie wchodziło. Afrykańskich przodków – jeśli ich miałem bez udziału mojej bieżącej świadomości – zachwyciłbym karnacją. Jednak strefa komfortu oddalała się w panice ode mnie szybciej, niż słońce przemierzało własną, monotonną codzienność. Ogarnęła mnie rozpaczliwa dychotomia: czułem się tak miękki, że można było mną świeżutkie bułki smarować nawet szczerbatym widelcem, i tak wyschnięty, że trzonek od kilofa powinien brać ze mnie przykład. Najbliższa klimatyzacja znajdowała się gdzieś poza Saharą, Gobi i porą suchą, która może potrwać najbliższe pięćset lat…


A ja, głupi, z nieświadomości i ignorancji kosmicznej, wykłócać się chciałem, że tydzień w raju to za mało?

Z innej (nieco) beczki. cz.3

 

Było tak:

https://w-lustrze.blogspot.com/2018/10/zyka-mysliwska.html

a po korekcie p.Ewy jest jak niżej

Żyłka myśliwska


Świat bez smoków wydaje się absurdalnie przewidywalny, miałki i gnuśniejący. Taki rozleniwiony kocur, który cały dzień śpi, a nocą jedno oko otwiera, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku i obraca się na drugi bok, żeby dokończyć to, co wcześnie rano zaczął. I spróbuj tu dziecku wytłumaczyć, że smoki to jakiś archaik wściekły i teraz zamiast nich są telewizory, gry komputerowe i audiobooki rozsiewające aktorskimi głosami resztki fantazji za grosz. Nie da się, bo po siedemset pięćdziesiątym trzecim „dlaczego” mijam z wielkim pośpiechem stan dzisiejszej wiedzy na temat kwantów, rozmiaru wszechświata w wersjach makro i mikro, a smoków wciąż nie widać i powoli wraca do mnie pierwotne, pierworodne pytanie: dlaczego?

Pięćset siedemdziesiąte czwarte „dlaczego” powoduje, że sierść na łbie pokrywa mi się nalotem łupieżu, a przypalony mózg zaczyna dopominać się chłodzenia, względnie farmakologicznego wsparcia środkami legalnie odurzającymi – z grubsza C2H5OH +H2O, gdyż bezwodna postać mogłaby bezpowrotnie doprowadzić nadwyrężony mózg na skraj autodestrukcji. A smoków jak nie było, tak nie ma. Ani w wersjach kieszonkowych, przelotnych, ulotnych, zdegenerowanych, czy podejrzanie trudnodostępnych, ani do samodzielnego rozmnażania.

Zaczynam podejrzewać, że dawno temu smoki usłyszały pytanie „dlaczego?” po raz pięćset siedemdziesiąty piąty w jednym szybkostrzelnym cyklu i skryły się poza granicami pojmowania. Obecnie tylko piękne panie rozmarzone dzieciństwem pełnym zapytań beztroskich potrafią reaktywować mitologię w treściach sprzedających się w takich ilościach, że te książkowe smoki całkowicie wyparły naturalne wypełniając niszę ewolucyjną.

Dla bezpieczeństwa postanowiłem zaimportować jakiegoś, niechby chuderlawego i z jednym tylko okiem. Żeby był i nie dopuścił do pięćset siedemdziesiątej szóstej próby podwieszenia pytajnika za trzysylabowcem, na który dostałem już alergii objawiającej się zmarszczkami, cellulitem, żylakami, czarną ospą, trądem i męskim równoważnikiem upojnego okresu. Reanimacja, fryzjer, libacja, wstrząs autoerotyczny i dwa lata wakacji w miejscu udostępnionym światu przez pana Verne’a jako sanatorium to absolutne minimum, aby przywrócić spokój mojej ignorancji.

Obłożyłem się makulaturą i studiowałem plotki na temat pokątnego handlu, szukałem czarnorynkowej giełdy, żeby się nie sfrajerować i nie przepłacić za egzemplarz wybrakowany i bez gwarancji. Jest takie miasto, gdzie budynki przypominają otwieracze do butelek, bo tamtędy podobno przelatują smoki – nie takie duże, ale malutkie – smoczki może byłoby lepiej powiedzieć, żeby być precyzyjnym. Może zminiaturyzowały pod wpływem japońskiej myśli technicznej, a może ekologiczny wątek wplątał się w genealogię olbrzymów. Choć najprawdopodobniej, to dieta sprawiła, że są teraz przeźroczyste i trudno je dostrzec okiem pozbawionym narzędzi, zmieniających percepcję w czytelny obraz. Tak to jest, kiedy żre się bambus z ryżem i popija wodą. Zamiast jak na smoka przystało baraninkę na ostro i antałek przedniego wina w kolorze żywej krwi.

Nic to. Nielegalni zeszli do głębokiego podziemia i ukrywają się przede mną jak jakaś dżdżownica. Postanowiłem pokłusować odrobinę i sprowadzić sobie takiego, który w te okienka trafia i nie narusza elementów konstrukcyjnych budynku, bo to niebagatelna zaleta. Zapisałem się na kurs ujeżdżania koni, żeby po odłowie wrócić rączo nie zważając na granice. Dziki smok, to nie krowa i paszportu zapewne nie posiada. Takie machlojki jak kwarantanna, embarga, kontrola ekologiczna, sanepid, LOP, KGB i inne instytucje pilnujące obecnego ładu społecznego nie sprzyjają – jak sądzę – inicjatywom zmierzającym do udomowienia czegoś, co zamiast loga firmowego ma odbyt i mordę, z której ciężką czkawką potrafią wylatywać ogniste kartacze ignorując zupełnie ustawy o posiadaniu broni białej, palnej, powtarzalnej, biologicznej, chemicznej, fizycznej, czy jakiejkolwiek innej. W tym przypadku broń ponoć jest przeźroczysta, a jej sympatie, czy antypatie na razie nie zostały doświadczalnie przetestowane.

Ogródek wyposażyłem w wieżę kontroli lotów z międzynarodowym lotniskiem i strefą wolnocłową na dachu, trzynastoma łazienkami, kuchnią all inclusive, apartamentami powyżej okolicznych, mocno już oswojonych cumulusów – niektóre mają już swoich adoratorów i są pieszczone przez swoich kochanków, kiedy świat śpi – i schronem przeciwatomowym wersji Bodyguard 2K18+. Oczyściłem tereny przyległe z napowietrznych sieci energetycznych. Drzewa pozbawiłem piskląt, żeby nie postarzały się przedwcześnie, rzucając okiem na kolosa lub z zazdrości nie dostały histerii, kiedy zobaczą jak się pasie smoka, i co z tego wyniknie. Bo taki wróbelek, choćby żarł całą wieczność, to w najlepszym razie osiągnie rozmiar pieprzyka na jego nosie.

Siodło mogłem przymierzyć tylko jednym końcem – tym, który pasować miał do mojego odwłoka, bo smoczego chwilowo nie miałem. Literaturze nie chciałem zanadto ufać, bo to pewnie jest tak, jak z rybami, które rosną w czasoprzestrzeni wraz z odległością od wody i wędek. Na wszelki wypadek przytroczyłem gumy od ekspandera, srebrną taśmę marki MacGyver. Kłąb sznura od snopowiązałki i szesnaście łokci gumy od majtek – w tym jeden na wypadek awarii zwieraczy, gdyby się okazało, że ujeżdżam afrykańskiego bawoła rocznik dwa tysiące trzynasty, któremu jądra spuchły od chęci kopulacji, a zamiast spełnienia doczekał się stada os żerujących na drgającym spazmatycznie narządzie.

Byłem gotów. Dopiero na miejscu przyznałem się, że zakupiłem również: kontener siatki leśnej, na motyle, sieci rybackie, siatkę do siatkówki i rakietki do badmintona. Kiedy wiedzy brakuje, trzeba wspierać się domniemaniem. Miałem rupieciarnię, którą sześć tirów właśnie wiozło ciemną nocą pomimo zakazów pod starannie wybrany, niczym nie różniący się od pozostałych budynek z dziurskiem na smoki. Z otwieraczem, w którym zamiast kapsla miał się pojawić smok, smoczek, lub smoczysko płci dowolnej – nie jestem ani rasistą, ani szowinistą, więc detale wyposażenia zwierzątka były mi doskonale obojętne. Jednak imię Kapsel wydało mi się jak najbardziej na miejscu i adoptowany, odłowiony egzemplarz już nie jest anonimowy, choć wciąż jeszcze nieschwytany.

Z pajęczą cierpliwością rozsnułem zasadzkę w otworze tak chętnie wykorzystywanym przez smoki – parkur, czy kie licho? – siadłem na zadzie i czekałem na przelot okazu. Uzbroiłem się w opakowanie wysokoprocentowej chemii, żeby nie ulec skażeniu, gdy będę siodłał bydlątko, a poza tym poprawiacz nastroju miał za zadanie umilić mi czaty. Żeby czas nie był straconym, pajęczym wzorem zająłem się wyplataniem. Wiklina trochę szeleści i gotowa byłaby spłoszyć meritum mojego pobytu, więc zająłem się robieniem z wełny merynosów jakichś sweterków, czapek dla dzieci w wieku wczesnoprzedszkolnym i szalików na kilometry bieżące.

Po merynosach przyszła pora na wielbłądy, lamy, dalmatyńczyki, krety a z braku materiału przerzuciłem się na produkcję łapaczy snów z wykorzystaniem piór gatunków zagrożonych. Zagrożenie owych gatunków było niebezpieczeństwem fundowanym sobie osobiście. Ptaszyska skubały własne kupry tak zapamiętale, że nie przerywając lotu potrafiły się rozebrać do bezwstydu, a kiedy traciły lotność szybowały wprost do woków, aby zapewnić esencjonalną treść różnokolorowej botanice poszarpanej na strzępki sprawiając wrażenie bogactwa.

Okazy albo się wyroiły, albo czekały na okres lęgowy gdzieś w Pirenejach czy w Arktyce, bo nie było ani jednego. Chińskie dzwonki milczały zaciekle od tak dawna, że może już zapomniały, jak się wydaje dźwięki, kiedy trącona szponem smoczym sieć wypełni się pożądanym egzemplarzem. Wielokrotnie smarowałem i pucowałem siodło, żeby nie urazić tego, któremu na grzbiet zamierzałem je wsadzić, bo brudziło się nieustannie. Mieliłem w zębach przekleństwa, a ono starzało się szybciej ode mnie. Z resztek wielbłądziej wełny uplotłem mu nawet kocyk, żeby je przykrywać, ale gdzie tam! – nic nie pomogło. Miałem wrażenie, że zamiast mnie na siodło wsiada smród i pylica. Metale rzadkie i gęste, ciężkie i toksyczne. Cały Mendelejew osiadał, jakby chciał się na przejażdżkę wybrać. Ja zresztą też byłem osiadły i powoli zacząłem osiągać spokój i niewzruszoność buddyjską. Kształty również, ponieważ dla niektórych gatunków zagrożonych ––zagrożeniem byłem ja z moim niezmordowanym apetytem.

Kalendarz wypiął się na mnie ze trzy razy zanim się poddałem. Teraz już tylko trwam i czekam roku przestępnego, chińskiego Roku Smoka, albo czegokolwiek, co pozwoli mi z godnością opuścić pokład i powrócić do macierzy, za swoim przewodem. Poniżej uwijały się transporty floty kontenerowej rozwożące do strefy Schengen produkty naturalne made in JA po pięć euro za sztukę. Aż przyszedł taki dzień, że azjatycki urząd skarbowy – adres nieznany, bo skrył się w szlaczkach, ale pieczęć jest czerwona i wygląda morderczo – zainteresował się moją działalnością, czy też tu, na górze, jej brakiem i postanowił za pomocą ideogramów nastraszyć mnie sądem wiekuistym i gołąbkiem w lukrze, względnie szarańczą z rodzynkami. Namówiłem swoje zasiedziałe członki do próby wykonania czynności zwanej schodzeniem z góry. Założyłem siodło na plecy i westchnąłem. Miałem na nim siedzieć, a nie być w nie ubrany. Wszystko na opak. I znikąd pomocy. Schodziłem jak jakiś zewłok nieszczęsny, zombie, albo inna karykatura życia. Strój dopełniający kowbojskiego konika ozdabiał mnie grawerowaną w motywy arabskie skórą pokrytą patyną nieudanego polowania. Kroki grały żałobnego marsza, tylko flotylla tirów święciła sukces, gdyż udało się przeciągnąć lokalny PKB na dodatnią stronę bilansu, zwalczyć głód w siedmiu najbiedniejszych okręgach i zafundować obiad dla jakiegoś miliarda sztuk azjatyckiego planktonu. Tylko smoka ani na wzór…

Musiałem chyba na głos powiedzieć, bo podszedł do mnie pan, który na moją cześć usiłował zaokrąglić skośne oczy i uczył własne usta układać się w słowa zrozumiałe dla mnie, nie mające nic wspólnego z kwadratową architekturą tutejszych literowych obrazków.

- Widzę, że SMOG pana dopadł. To niebezpieczne zajęcie. Dobrze, że pana nie przytłoczył, bo potrafi dopiec nieźle. Na pana miejscu wyszorowałbym się i to tak przez miesiąc non stop. Wy Europejczycy, to jesteście strasznie dziwni – tyle czasu siedzieć w smoczym okienku i Smoga nie zauważyć… Pan to lubi? Wdycha zamiast kokainy, czy haszyszu?

środa, 29 października 2025

Z innej (nieco) beczki. cz.2

 

    Po pierwszym odcinku jest już nieco łatwiej. Jak pisałem tu:

https://w-lustrze.blogspot.com/2025/09/z-ostatniej-chwili.html

    pazerność oka zdołała także uzyskać wsparcie pani Anny Niewiadomskiej (adres zawodowca: aniewiad@hotmail.com ), która starła się na początek z opowiadaniem Diabelskie igraszki, które wyglądały tak:

https://w-lustrze.blogspot.com/2020/06/diabelskie-igraszki.html

    a po ociosaniu z niedoróbek wyglądają jak niżej.


    Diabelskie igraszki

    Anioł Stróż mi blaknie. Zrobił się podejrzanie przeźroczysty i wygląda jak własna karykatura. To niechybnie jego ostatnie chwile… Czas pomyśleć o nowym... Jednak nim załaduję świeżego, wcześniej wykorzystam tego do cna. Nie znoszę marnotrawstwa, dlatego zużyję go do ostatniej kropli, a potem z szuflady wyjmę zmiennika. Mam. Przezornie kupiłem zapasowego, bo bez porządnej ochrony lepiej nie ryzykować życiem.


    Na wszelki wypadek sprawdzam zawartość szuflady; w tym czasie Anioł dłubie w zębach i przygląda mi się raczej ponuro. Udaję, że nie widzę tych jego min, chociaż on i tak WIE. I słusznie – ma wiedzieć. Wiedzieć i zapobiegać. Pomagać, ratować i leczyć. Lizać rany, żeby brzydkie blizny nie szpeciły mojej przyszłości. Chronić bezgranicznie, choćby kosztem własnych piór. Nie darmo jest w końcu Stróżem.


W szufladzie leżą małe metalowe puszki z zawleczkami. Różnobarwne konserwy zabezpieczone przed przypadkowym otwarciem. A w środku… mieszkają rozmaite cienie. Oferta jest naprawdę niezwykle bogata i każdy może wybrać coś dla siebie. Na co dzień i od święta. Nigdy nie oszczędzałem na zakupach, lecz nawet wśród ekskluzywnych towarów można trafić na bubel. Gwarancja, termin przydatności, zasięg i moc ochrony to kluczowe parametry, które skrupulatnie sprawdzałem, żeby mieć pewność. Gdybym się pomylił, co trupowi z gwarancji? Odszkodowanie? Kurhan nagrobny z mamony dla skończonego idioty?


    Życie z Aniołem było bezpieczne. Nudne, ale bezpieczne. Parę lat temu spowszedniała mi codzienność i zacząłem eksperymentować. „Głupie numery” – mój Anioł nazywał rzeczy po imieniu. Pchałem się pod koła, prosiłem o kłopoty w ciemnych zaułkach, usiłowałem wypić stężone toksyny – oczywiście absolutnym przypadkiem… A on był. Zawsze był. I zdążył w każde drzwi wsadzić palucha, którym teraz wierci w zębach. Działał znakomicie. Może nawet był zbyt doskonałym narzędziem, bo przecież bez Anioła takich szaleństw nie przeżyłby nawet największy szczęściarz. W najlepszym razie zostałby dożywotnim kaleką pozbawionym pokus i przykutym do łóżka na wieki. Nieudanymi eksperymentami oskubałem Anioła z piór – teraz liże rany jak weteran wielu wojen. Linieje niczym zwierzę sezonowo zmieniające sierść. Przed nim… ostatnia batalia. Ostatni raz zostanie bohaterem.


Wyciągam puszkę z nowym Aniołem i stawiam na blacie biurka. Wyeksploatowany niemal do cna Anioł i tak już wie… Otworzę dzisiaj puszkę. Dwie puszki. Tę drugą z nowym Aniołem Stróżem. Świeżym, mocnym i odpornym na ciosy. Z gwarancją trwałości na minimum kolejną dekadę. Ale najpierw…


    Co wybrać? Którą puszkę otworzyć? Mam dość nudy pod skrzydełkami Anioła. Potrzebne mi emocje. Duże! Twarde, żebym je poczuł szarpnięciem w mosznie, a żołądek mi nawiał w zapadłą dziurę gdzieś pod nerkami. Rzuciłem okiem na Anioła – pobladł jeszcze bardziej. Nie. Nie mogę pozwolić sobie na nic ekstremalnego… On nie wytrwa wystarczająco długo. To musi być lżejszy kaliber. Popatrzyłem na Anioła z niechęcią. Odbiera mi szansę na wypróbowanie czegoś naprawdę mocnego. Zerkam na puszkę w kolorze zielonego groszku – jestem żółtodziobem, ostra jazda jest mi obca. Są również puszki dla zaawansowanych, a ja nawet tych dla początkujących nigdy nie wypróbowałem. Demon? Wersja dla niedoświadczonych? Krótkotrwała, łatwa do anihilacji? Czas działania w zależności od intensywności może zamknąć się w pojedynczych godzinach?


    Biorę! Anioł zbladł jeszcze bardziej i kręcił głową na „nie, absolutnie nie!”, ale go zlekceważyłem. Cóż może mi powiedzieć. Wiem, że to go zabije ostatecznie i bez najmniejszej wątpliwości. Odda życie za mnie. Taki jego los. Powinien był się spodziewać, że nadejdzie chwila próby ostatecznej. I właśnie dziś ona nastąpi. Mam wielką ochotę na puszkę z Demonem. Otworzę ją, by pośród własnych lęków i emocji obejrzeć walkę Demona z Aniołem. O mnie. Szczęściem Anioł jest z wyższej półki, więc nawet w tym stanie powinien bez kłopotów uporać się z Demonem dla amatorów. Najwyżej polegnie. A jeśli będą kłopoty, to w okamgnieniu odbezpieczę świeżego Anioła.


    Zerknąłem na blat. Zrobię tak: otwierając puszkę z Demonem, na wszelki wypadek będę miał w ręku drugą, z nowym Aniołem, żeby ją odbezpieczyć, gdy tylko złe okaże się silniejsze od gasnącego Anioła albo gdy strach zacznie wyrywać mi serce. Sprawdziłem etykietę. Termin ważności odległy, a jakość gwarantowana. Firma to firma. Nie fuszeruje. Szkoda czasu na czytanie instrukcji. W środku na pewno jest egzemplarz okazowy. Komandos wśród Aniołów Stróżów. Taki ukręci kark całej watasze Demonów, a co dopiero jednemu amatorowi. Da radę. Obroni, kiedy przyjdzie czas próby. Zużyję starego Anioła do końca, a później nadejdzie wściekła odsiecz! Zmiażdży lęki już wstępnie pokąsane przez tego tu… zmęczonego weterana… Lepszej okazji trudno wypatrywać. Równie komfortowej próby mogę już nie mieć. Chyba nic złego stać się nie może? Wzruszyłem ramionami: a niby co ma się stać? Szarpnąłem zawleczkę – psyknęła, tracąc hermetyzację…


    Anioł pocił się mocno. Czyżbym go przecenił? Dobrze, że konserwę z nowym Aniołem trzymałem w drugiej ręce: wypuszczę Demona i rzucając puszkę, uwolnię rękę, aby zerwać drugą zawleczkę. Cholera! Za długo patrzyłem na więdnącego Anioła! Spod wieczka wynurzyły się kosmate szpony. Błyskawicznie schwytały starego Anioła za gardło i skręciły mu kark. Nie zdążył nawet krzyknąć. Ja też, ale zacząłem drzeć się chwilę później, bo Demon ugryzł mnie w ręce. W OBIE NARAZ! Koszmar! Bolało. Puściłem wszystko, co trzymałem. Na podłogę poleciała wpółotwarta puszka z Demonem i ta z nowym Aniołem, wciąż szczelnie zamknięta.

    

    Demon rechotał obrzydliwie i walczył, by całkowicie wydostać się ze swojej puszki. Nim ta opadła na ziemię, był już na zewnątrz i zdążył jeszcze przechwycić opakowanie z Aniołem… Rzucił okiem na instrukcję. Demonstracyjnie powoli zaczął otwierać pojemnik, gapiąc się na mnie i rżąc bez ustanku. Głupiec! Wpatrywałem się w niego z nadzieją, że nie przestanie i uwolni mojego Anioła na własną zgubę – widać, że to początkujący Demon, tępy osiłek, bez krzty rozumu. Pewnie taki zaawansowany nie popełniłby samobójstwa w równie głupi sposób. Nie wiem, co nim kierowało, jednak zawleczka podnosiła się, stale choć nieskończenie wolno, aż posłyszałem znajome psyknięcie. Odetchnąłem głośno. Dość swawoli! Ten początek był już wystarczająco emocjonujący. Bałem się jak nigdy dotąd i nie chciałem więcej. Dość! Teraz chciałem się nudzić pod skrzydłami solidnego Anioła, który wie i ochroni. Demon ryczał z radości, nadal otwierając puszkę. Nareszcie zerwał wieczko zdecydowanym ruchem i rzucił na podłogę. Blacha zakołysała się na parkiecie, zabrzęczała. Anioł wynurzał się ze swojej konserwy powoli, jakby zastały mu się kości od długiego pobytu wewnątrz.


    Dziwne. Demon rechotał, a Anioł najwyraźniej nie miał ochoty opuszczać puszki. Wychylił się niechętnie i gramolił na zewnątrz bez entuzjazmu. Kiedy wreszcie wyszedł i rozprostowywał skrzydła, miałem go skląć za opieszałość, lecz on popatrzył na mnie z wyrzutem, jak na winowajcę. Wzdychając, zgodnie z przeznaczeniem, sadowił się za tym, który go uwolnił… za Demonem.

Z innej (nieco) beczki. cz.1


    Będą retrospekcje. Przynajmniej pozornie.

    Jako ta ślepa kura oślepła ze szczęścia znalazłem, choć nie szukałem. Gęstą i niezbyt prostą siecią linek sieciowych dotarłem do pani Ewy Wardawy, która zdecydowała się nadać paru moim opowiadaniom nieco więcej wdzięku i ociosać z co większych głupot. Pisałem o tym tu:

https://w-lustrze.blogspot.com/2025/09/z-ostatniej-chwili.html

    Panią Ewę można zastać pod e.wardawy@wp.pl – jednak negocjować należy już solowo i bez kumoterstwa, czy chowania się oku za plecy (oko pleców raczej nie posiada, a jeśli nawet, to nie wie, jak to sprawdzić).

    Na pierwszy ogień poszła zapomniana mitologia, która wyglądała tak

https://w-lustrze.blogspot.com/2018/11/zapomniana-mitologia.html

    a teraz wygląda jak niżej.


    Zapomniana mitologia


    Za pracą szedłem przez świat, aż na jakimś płocie zobaczyłem ogłoszenie: „Augiasz i synowie – spółka z tradycjami szuka pana do sprzątania. Tuż za płotem”. Poszedłem, w końcu sprzątanie nie należy do zakresów wiedzy tajemnej, i uznałem, że znajduje się w zakresie moich skromnych kompetencji. Faktycznie było niedaleko. Augiasz, choć się wcale tym nie chwalił, miał więcej córek, niż synów. Obejście, jak obejście – zwyczajne, jak to na wsi. Kury pilnowały kurcząt i plotkowały o rudym, nocnym gwałcicielu, który rozkochał się w niosce do obłędu, aż ją wytarmosił w ekstazie tak, że umarła z rozkoszy. Wciąż jej jęzor wisiał na wierzchu, bo amanta spłoszyły burki cierpiące na zapalenie pęcherza. One i pięć razy wstają w nocy, kiedy prostata nie pozwala im spać. Koty, od niechcenia wysiadywały w tym czasie jaja, skrupulatnie unikając ludzkich oczu i pomówień. Chytre bestie – zamiast malutkiego jajeczka liczyły na tłustą gąskę – i z poświęceniem, wylegując się grzały brzuszyskami małą ławicę podebranych cichcem jaj. Chyba miały nadzieję, że się im upiecze i padnie na amanta, że gardło ćwiczył, żeby wydobyć z siebie wysokie C bez konieczności raptownego ściskania jąder.


    Augiasz był trochę schorowany: korzonki, żylaki, skleroza, czarnowidztwo, drżąca rączka i zwapnienie żył. Ale cynikiem był wielkim, bo przypadłość rozwija się z wiekiem bez wstrętu i ograniczeń. Pozwolił, żeby ta najbrzydsza z córek postawiła na stole dzbanek mleka , ale resztę zagonił do roboty, gdzieś za siedmioma górami, żebym nawet myślami nie zdołał drogi odnaleźć. Trzech synów posadził obok, żeby zapewnić sobie liczebną przewagę, chociaż taktyczną miał już zagwarantowaną – w końcu ja za chlebem przyszedłem – a chleb na stole stał i kusił. Trochę bałem się wyciągnąć rękę, ale w końcu pomyślałem, że nie ubiją parobka, zanim zacznie robotę, a głodny robić nie będę. To sięgnąłem po skibkę z brzegu, piętkę tak pachnącą i ciepłą, że chyba córy piekły, bo zapach kobiety przebijał się ponad drożdże. Ośliniłem się, ale Augiasz nie zauważył, bo jemu sztuczna szczęka się nie domykała i wzorem buldoga nosił sople poniżej brody.


    Jeden z synów chciał już zagaić, widząc, że ojciec popadł w melancholię, albo że w pamięci poemat w pięciu aktach wierszem cyzeluje, ale Augiasz go powstrzymał gestem, jakim Kopernik słońce wstrzymywał. Senior miał mieć posłuch i pierwszeństwo przy wyjadaniu skwarek z miski. Szczeniaki na wsi mores znają i syn zmilczał ojcowską reprymendę. Ja mogłem milczeć jeszcze ze dwa miliony lat, dopóki mleko i chleb na stole. Tylko żołądek mi burczał – może za wolno przeżuwam – jakbym był statecznym wołem, a nie rozpaczliwie głodnym obdartusem. I jak takiemu wytłumaczyć, że w gościach, to półgębkiem, ukradkiem, że trzeba się delektować i udawać, że się je z roztargnienia i z ciekawości, a głód został ukrzyżowany dwadzieścia lat temu i skóra z niego ozdabiała fotel na werandzie, albo się prężyła na wojennym bębnie.


    Sielanka niestety nie trwała długo – jakieś cztery zwrotki trzynastozgłoskowca i zaledwie dwie marne skibki – ech, rozmarzyłem się i oczy powlekła mi wizja, w której ręka tej, co chleb kroiła, pot mi z czoła odgarnia i na czole nie poprzestaje, lecz wygrywa na skórze pełen koncert pośród miękkości intymnego siana. Chleb pachniał obietnicą raju i piekła naraz, aż przytulał się do mnie i szeptał bezeceństwa w jej imieniu. Augiasz podrapał oba ośrodki odpowiedzialne za podejmowanie decyzji, czyli łysinę i rozporek – kolejność przypadkowa – po czym przystąpiliśmy do negocjacji warunków umowy. Chytrość z niego biła, jakby miał szkockie pochodzenie, albo przynajmniej na Małopolsce spędzał każde wakacje. Parobek się zapodział, który stajnie im sprzątał od wieków – jakieś smoki obecnie oswajał, czy zapasy z wężami uprawiał – nieważne. Ważne, że mu sukcesy do głowy uderzyły i nad mierzwą pochylać się nie chce, żeby mu manicure się nie pokruszył i aureola nie przesiąkła aromatem odległym od boskich perfum.


    Twardo na zadzie siedział Augiasz, a ja na początek standardowo pół królestwa chciałem i tę córuchnę od chleba, bo te stajnie, to ponoć końca nie widać, i było ryzyko, że jak wrócę, to już żadna na mnie starego nie spojrzy. Zgarbiony, śmierdzący drań, co się ze stajni wynurzył po wieki wieków amen… Gryzłem chleb niespiesznie i tych jego synów liczyłem. Wiedziałem, że kutwa, i nie da królestwa, ale córę? I opierunek może, bo ktoś mi śniadanie do pracy zrobić chyba musi. Własnej córze spać w stajni raczej nie pozwoli, więc niech myśli, póki jeszcze ma czym. Głowa zdezelowana, zużyta niemal do cna i nie ma co regenerować, ona już dogorywa. Nie ma czego żałować. Naradzić się chcieli z synami i wysłali mnie gdzieś pod jabłonkę, a ta brzydka mi wody chłodnej przyniosła i ukradkiem w rękę wsunęła liścik pachnący znajomo.


    – Ech! Na wiele ustępstw już byłem gotów, byle tę dłoń ucałować i nie poprzestać. Nim smaku całego ciała nie wyssam do szpiku. Dłoń w kilku zaledwie słowach spisała baśnie Szeherezady w wersji dla dorosłych, bez jednego znaku zapytania, czy wielokropka. I tak uroczo wyrażała się podkreślając słowo MY…


    Negocjacje zakończyły się w czasie niewiele krótszym niż wojna trojańska i obyło się bez perfidnych podstępów. Przynajmniej mam taką nadzieję. Ten sęp Augiasz, siedział taki zadowolony, jakby surową wątrobę wyżerał każdego ranka jakiemuś nieszczęśnikowi. O pieniądzach dżentelmeni mówić nie mogą, a poufność umowy pod karą Sądu Ostatecznego nie pozwala Augiaszowi przechwalać się po knajpach, jak to parobka naraił za grosze, ale ja swoje wiem. On nie wierzył, że wrócę, bo był dość spolegliwy. Nim pod bronią stanąłem u wierzei stajennych, skubnąłem z talerza jeszcze dwie skibki i mlekiem wprost z dzbanka popiłem. Splunęliśmy w dłonie i w ten sposób przypieczętowaliśmy umowę. Zostawiłem oślinionego buldoga z narybkiem przy stole letnim, a sam poszedłem w bój.


    W środku nawet stały jakieś konie, a smród niósł się już chyba pod sam Panteon. Konie najprawdopodobniej wytrzymać nie mogły i aż rwały się do pomocy, żeby uwolnić je od aromatu, który nadawał się do krojenia i wysyłania na eksport w plasterkach, serwetkach wycinanych na kurpiowską, czy łowicką modłę, i rozścielania na polach zamiast nawozów mineralnych. Oparłem się o łopatę, bo to najlepsza rzecz, jaką potrafi ona zaoferować kolaborantowi. Zamiast głupio na robotę rzucić się i skonać, poddałem rzecz analizie. Przyjemnie się duma kiedy w kieszeni dwie skibki świeżutkie, a pod nogami dzban zimnego, pysznego mleka, które chytrze zabrałem ze sobą. Wzorem Augiasza miałem już zamiar ośrodki decyzyjne pobudzić do działania, kiedy się okazało, że jeden z nich jest właśnie ożywiany spontanicznie i bliżej nieznaną energią. Muszę przyznać, że zostałem poddany indoktrynacji tak fachowej, że przymierzałem się do dziękczynnej arii, kiedy ów siła spontaniczna zamknęła mi usta, żebym Augiasza snów nie ubarwił. Dłoń pachniała chlebem, piekłem i rajem. A kiedy już niewyśpiewana aria dobiegła końca usłyszałem w uszach obietnicę czegoś więcej, niż to drobne, improwizowane preludium, kiedy już z pracy do domu wróciłem.


    – O Bogowie! – wrzasnąłem mentalnie przepojony miłością i pożądaniem.


    – Co?! – odwrzasnęli równie mentalnie i gromadnie Bogowie, wytrąceni z drzemki poobiedniej i lenistwa odwiecznego.


    – Piekło mi stygnie i niebo się schładza, czekając aż mierzwę wygarnę gdzieś, gdzie nie skaleczy boskich nozdrzy. A Augiasz w sen zimowy zapadł, choć słońce wysoko na firmamencie i gotów skrystalizować na tym taborecie, zanim go hemoroidy na brzuszek obrócą.


    – Aha… – mruknęła nieokreślona boskość z góry – Daj nam momencik, bo sprawa jest poważna, żadnych półśrodków, tylko na chwałę niebios, problem trzeba rozwiązać. Niech trąci doskonałością, bo partactwem na Panteonie zajmować się nikt nie zamierza. A przy okazji – Pegaz gdzieś się nam zapodział – gdybyś był łaskaw zerknąć po boksach, czy gdzie tam za klaczką płochą nie poleciał drapichrust, to byłoby miło…


    – Przysługa za przysługę – pomyślałem. Uczciwy układ. Gumofilce może siedmiomilowe nie były, jednak na spacer po stajni wydawały się w sam raz. Ale tylko sprawiały takie wrażenie, bo kiedy pierwszy krok w mierzwę wykonałem, to ona połknęła stylowe obuwie wraz z łyżką, którą w bucie trzymałem na wypadek spotkania z zupą, czego nie wykluczałem nawet w chorobie i we śnie. Nawet się jej nie odbiło. Bogom zupełnie nie w smak to było, że boski posłaniec w gównie był gotów utonąć szukając ichniej zguby. Rwetes się wielki uczynił. Chmury zgęstniały i srogość nad światem zakwitła w granacie tak ciemnym, że prawie czerń zawstydził swą intensywnością. Spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością zawiązała się ad hoc, w świat poszły wici, że torf małoletni za drobną opłatą odmłodzi owoce na drzewie, które mogą nawet starym członkom odświeżyć wspomnienia i wieczorom przywrócić pożądaną temperaturę. Za jedyne trzy dolce od taczki – załadunek, transport, cła i ubezpieczenia podróżne po stronie zamawiającego.


    Kolejka stanęła nim niebo wyblakło, a całodobowa obsługa wymagała pozyskania personelu. Na pierwszy ogień zaangażowałem augiaszowe nieroby. Pierwszy raz w życiu gumofilce przymierzali z zachwytem i niedowierzaniem. Następnie przyszły córy, po cichu i na paluszkach, żeby się tata nie obudził, lecz on popierdywał radośnie i beztrosko pod jakąś sosenką , a żywice pachniały mu niczym kamfora, bo czymś trzeba zagłuszać skutki przemiany materii. Nim nadciągnęli na zakupy łajna trzej królowie z mieszkiem złota, już trzeba było otworzyć pierwszą linię kolejową, żeby transportować urobek w dalekie landy. I Pegaz się odnalazł, ale z jęzorem na brodzie uczył kolejną samotną klacz latania, a ta oczami przewracała, zachwycona samczyka talentami. Mruknął tylko, że przyjdzie, jak tylko pragnienie reszty dziewcząt ugasi i za kieliszeczkiem ambrozji zatęskni, więc niech mu tam na Panteonie już w koryto zaczną nalewkę dozować, bo koniec stajenki niczym światełko w tunelu łypie żółtym oczkiem parowozu.


    Córy w administracji sprawdzały się nad podziw dobrze, kasując równo wielmożów i chudopachołków, a szafy pancerne podstawiano, gdy tylko poprzednie zaczynały trzeszczeć przesytem niczym przykuse biustonosze podczas przeglądu oręża. Chłopaki na przodku nabrali wigoru i oczy im błyszczały, choć kufajki przeszły koniną. Apollo przyglądał się w milczeniu, ale przy pierwszej konfrontacji topless odpadł w przedbiegach, popadł w kompleksy i płakał pod drzwiami stajni czekając na wakat. Dzikie baby były tak zachwycone krzepką jędrnością młodzieży, że podwoiły pojemność biustów, żeby się chłopaki w obfitości mogły zanurzyć po fajrancie. Po wszystkich krzakach śpiew syreniego szczęścia niósł się zbiorowo aż nad ocean, gdzie wściekłość porzuconych połowic kobiecych musiała przed namiętnością wydrzą i kocią ukrywać w milczeniu rybie zakończenie. Córeczki wybrednie selekcjonowały promenujących z niedbałą nonszalancją gachów i amantów, jednak oczy wznosiły do góry, jakby czekały na gwiazdkę… a raczej gwiazdora… No… Jeśli nie Boga samego, to przynajmniej półboga, Herosa, Erosa, ochłap, ale z pańskiego stołu, z Panteonu, bo na ambrozję zakusy im rosły szybciej niż gachom zawartość rozporków.


    Wreszcie Augiasz się wyspał, bo w tym czasie wyspać mógłby się nawet kamień i dno oceanu. Oczy przetarł niedowierzając, że jego synowie paradują w gumiaczkach, a za nimi jak winogrona całe kiście stęsknionych białogłów błagających o konsumpcję. Już miał nóżką chromą tupać na swoje córeczki, kiedy zobaczył mizdrzących się adoratorów nieśmiało meandrujących po trawnikach, niczym winniczki po deszczu. Zerknął na mnie podejrzliwie, ale ta brzydka, własną piersią mnie przed ojcowskim wzrokiem broniła, więc odpuścił. Podciągnął gacie i do stajni uderzył, jak rozpędzony peleton zmierzający do górskiej premii. Konserwatywny był bardzo, więc pociąg do przewozu mierzwy zignorował i nie pozwolił własnym członkom na prawie borowinową rozpustę, i poszedł pieszo. W te czeluści niezmierzone, w drogę, która końca chyba nie miała. Jedyna nadzieja, że go Pegaz zabierze, kiedy już pobryka do woli. Może go w pysku jak szczeniaka przytarga… Dobrze by było, bo ta… Ta brzydka…


    Kiedy już tatuś zaginął w otmętach barokowej stajni – uciekł bez zapłaty świntuch jeden – to mnie po policzku pogłaskała… Jej dłonie…


    – O Bogowie! – wrzasnąłem mentalnie przepojony miłością i pożądaniem.


    – Co znowu?! – odwrzasnęli równie mentalnie i gromadnie Bogowie, wytrąceni z drzemki poobiedniej i lenistwa odwiecznego…


piątek, 17 października 2025

A to było tak!




    Zanim jeszcze ośmieliły się wykluć pierwsze dinozaury, pewna miła mi istota postanowiła mnie „rozpisać”. Rzecz polegała na tym, by mając podane pojedyncze słowo przerobić je na opowiadanie zajmujące najmarniej stronę gęstą od tekstu. W założeniu treść miała trafić do zamawiającej w postaci surowej - czyli z literówkami, kulawą interpunkcją, czy gramatyką lecz miał być napisany duszą. Powstało tego ze trzysta sztuk (w archiwum, którego nie sprzątam leżą wszystkie bez wyjątku). Jedne lepsze, inne mniej, ale każde zostało przeczytane przez dwie osoby. Czasu na klasyków nieco brakło, więc pogodziłem się z własną ignorancją, z rzadka ubolewając, że pewnie coś mnie ominęło. Za to rozpisany zostałem bezecnie. Teraz potrafię stronę machnąć w pół godziny, a tematy pojawiają się jak pchły na bezpańskim psie.


    Jak spora część piszących, zamarzyło mi się większe audytorium, więc swoje dzieła, te najbardziejsze na świecie od lat wysyłałem na rozmaite konkursy literackie, czy takież portale. Byłem gościem na Nowej Fantastyce, T3ksturze, Fantazmatach, Niedobrych Literkach i przede wszystkim zatruwałem przestrzeń wirtualną na blogach od 2002 roku – kto wie, czy to nie z mojej winy w 2015 roku Onet postanowił wygonić brać blogującą, przerażony moją rozpasaną aktywnością (pisywałem tam na własnym blogu, na innym działałem w tandemie z facetem, na kolejnym z kobietą i wreszcie poszedłem na pełną rozpustę - w trójkącie, przekształconym później w czworobok). Zasadniczo – czego nie przeczytałem, to napisałem. Dość powiedzieć że skutku było tyle, co kot napłakał. Wysyłałem i wysyłałem, jakbym w czarną dziurę wrzucał. Dla zagęszczenia liter podejmowałem się rozmaitych ekstrawagancji – pisałem drabble, zawierające się dokładnie w stu słowach, ekstrakty muszące upakować gawędę w trzystu znakach klawiaturowych, treningach wyobraźni z pisaniem na zadany, najczęściej absurdalny temat.


    W ramach szpiegowania osiągnięć bliźnich udało mi się niedawno wykryć, że pani Popielarz prowadzi kursy dla korektorów tekstu, a absolwentom chciałaby umożliwić ćwiczenie na żywym (na przykład moim) organizmie – to prawda, wciąż żyję, choć dinozaury już nie bardzo. Zgłosiłem się na ochotnika, bo jak ćwiczyć, to tylko na mnie. Po braku osiągnięć widać, że trzeba się ciężko napracować, żeby z tych moich literek wydłubać cokolwiek sensownego. Zachłannie poprosiłem o wsparcie dwutorowe i pojawiły się dwie panie gotowe posprzątać ów przedsionek piekła, a przynajmniej małą paczkę ważącą maksymalnie 40 tys. znaków klawiaturowych. Przyznam się, że w trosce o nieznany mi status światopoglądu obu pań wybrałem teksty z krainy jeśli nie łagodności, to przynajmniej z ich okolic, żeby trwale nie zdeformować subtelnych umysłów. Zjawisko trwa i trwa mać (jak mawiali w jakimś kabarecie).


    Tymczasem pojawił się konkurs ogłoszony przez bibliotekę publiczną w Rawiczu na utwór nie przekraczający pięciuset słów, na którym postanowiłem wypróbować swą nową, wcale nie tajną broń. Orężem stała się pani Ania Niewiadomska, która błyskawicznie wysprzątała tekst ze śmieci i bełkotu, zostawiając to, co mogło pójść do ludzi i nie wstydzić się zanadto. Moje zdumienie nadal trwa, gdyż odebrałem telefon z nieznanego numeru, zapraszający mnie do udziału, w którym ja miałem być nie tym, co otwiera drzwi innym, lecz stając na czerwonym dywanie, gdy piękne hostessy będą dzielić się ze mną kwiatami i uśmiechami. Z lekkim niedowierzaniem pojechałem na galę, bo może to jakaś podpucha, cyniczny żart hejtera, ale blisko być miało, więc podatek od złudzeń postanowiłem zapłacić, gdyby galowanie okazało się mrzonką. Wstyd się przyznać, ale galowania nie uczonym, więc pewnie wyjdę na pierwotniaka, człowieka lasu i jaskiń w których rysunki staną się czytelne dla nauki dopiero po rozpasanym spożyciu.


    Na miejscu okazało się, że na ubitej ziemi stanęło 239 twórców, a każdy szarpnął się na arcydzieło. W kategorii młodych i pięknych zwyciężyła pani znająca już smak wygranej. W kategorii – pozostali zwycięstwo padło moim łupem. Po raz pierwszy w życiu. Jury przyznało, że wybór był jednogłośny, choć w trzy głosy wysłowiony, a trójca, jak wiadomo jest doskonałością. Dowiedziałem się niejako przy okazji, że Panie oceniające nauczyły się rozpoznawać dzieła sztucznej inteligencji i nie dopuściły takowych do konkursu (pewnie w trosce o zdrowie psychiczne SI, bo nie wiadomo, czy nie wpadłaby w depresję, przegrywając z organizmem biologicznym kompletnie niebinarnym).


    Poniżej tekst zwycięski po oczyszczeniu z pleśni i innych pstrokacizn – podejrzewam, że najwytrwalsi czytacze mogą pamiętać ów tekst z wersji nieoczyszczonej.

Moja?

    Bez złych intencji chwyciłem Tolerancję za mankiet koszuli i pociągnąłem do siebie. Nim się zorientowałem, materiał zatrzeszczał i został mi w dłoni. Urwałem cały rękaw! Koszula musiała być zrobiona z jakiejś tandety, z resztek, z materiału, który zbyt długo przeleżał w wilgotnym magazynie, a potem podłą nicią został uformowany. Tolerancja stała teraz półnaga, a ja się jej przyglądałem. Bezwstydnie? Nie. Zawstydzony byłem tak bardzo, że w nieświadomym geście otarłem pot z czoła własnoręcznie urwanym rękawem. Rozebrałem ją. Niechcący, ale jednak. Cisnąłem szmatkę w gardziel ulicznego kubełka. Patrzyłem na wystraszoną obdartuskę przypominającą wyglądem ofiarę burdy w podrzędnej dyskotece.

    Nie moja ona przecież ta... Tolerancja. Dziwna. Patrzyła mokrymi, okrągłymi oczyma i właśnie zamierzała mnie spytać dlaczego, gdy na mojej twarzy zrodziło się zdumienie, że taka chuda… Zagłodzona? A może głupio upierała się przy restrykcyjnej diecie dziewczyn z wybiegów modowych? Osłoniłbym jej wątłe ciało, żeby nie świeciło bladością, ale czym? Odziać ją w egoizm? We własne świata pojmowanie? Dumałem, drapałem się po głowie, lecz tylko łupież sypał mi się z włosów, gdy ona drżała, łykając powietrze szeroko rozwartymi ustami, jakby to był jej pierwszy posiłek dzisiaj.

    Wyciągnąłem rękę i szarpnąłem ponownie. Za drugi mankiet, bo skażony zostałem symetrią przymusowo wykładaną w szkole na lekcjach geometrii. Szarpnąłem niezbyt mocno – skoro jeden rękaw zlazł lekko, to drugi także powinien. Przecież nie zamierzałem jej krzywdzić. Usiłowałem jedynie wprowadzić w ten strój odrobinę harmonii, sugestię celowości i uratować zniszczoną kreację, by ślicznotka mogła udawać, że tak miało być – w końcu dziewczęta z dumą chodzą w podartych dżinsach. Nie minęła nawet chwila, a już trzymałem w ręku drugi rękaw. Ten również rzuciłem w ślad za pierwszym. Popatrzyłem na Tolerancję niczym projektant awangardowej odzieży, a ona wciąż milczała zdziwiona.

    Krzywo się udarło. Bardzo krzywo, bo jej jedną pierś odsłoniłem niezamierzenie. Co teraz? Drzeć dalej? No przecież do naga ją wydrę… Skrupuły? Brak zdecydowania? Grzebałem w pamięci – widywałem na miejskich deptakach dziewczęta odziane i w taki sposób. Tolerancja łzy miała w oczach, czyli nie spodobała jej się ta przebieranka. Może wystarczy? Popatrzyłem krytycznym wzrokiem na nią. I na jej białą, obdartą koszulinę, za długą, bez rękawów i niedoskonale okrywającą pierś. Okrążyłem bidulkę dwa razy, popatrzyłem i obie poły złapałem od dołu, urywając je po kolei, żeby skrócić. Lato przecież, więc nie musi takich długich połów na sobie nosić… Czy pół? Nieważne. Ważne, że nie musi. I nie będą się za nią ciągnęły, a wiatr, zamiast je rozwiewać, będzie pieścił to ciało blade, żeby zarazić je elegancką opalenizną.

    Chyba lepiej. Wdzianko zrobiło się nowoczesne i młodzieżowe. Potarłem dłonią po brodzie, zaszeleściłem twardym zarostem, a ona gapiła się na mnie wylękniona. Udrapowałem jej na ramionach resztki materii, kierując się własną estetyką. Może przydałby się jakiś dodatek? Ale żadnego nie miałem…

    A ona nadal milczy i patrzy na mnie. Patrzy i ślinę łyka, zbierając w sobie odwagę, lecz w oczach wciąż tkwi niepewność. Patrzy niemo, przechyla głowę i usta otwiera, by zapytać:

    – I co? Teraz jestem już twoja?

niedziela, 21 września 2025

Z ostatniej chwili.

 

    Rzadko się chwalę, ale teraz poczułem taką potrzebę.


    Pani Ewa Popielarz (o czym pokątnie dowiedziałem się na jednym z literackich portali) organizuje kursy korekty tekstów. Uczestnicy na zakończenie dostają szansę praktycznego sprawdzenia nabytych umiejętności, ćwicząc na żywym organizmie. Wystarczyło zgłosić chęć, by za friko otrzymać szansę na wygładzenie własnych tekstów o długości do 40.000 znaków klawiaturowych, czyli bardzo dużo. Ja bez lęku wkroczyłem na tę ścieżkę i korzystam z nawiązką. Wrodzona pazerność podczas wypełniania ankiety zgłoszeniowej kazała zaznaczyć opcję 2 osoby (bo opowiadań pełnych zakrętów i krawężników mam mnóstwo) i stało się. Pani Ewa Wardawy i pani Anna Niewiadomska podjęły się oczyścić ze szlamu moje teksty. Obie natarły tak zdecydowanie, że lada chwila będzie „po ptokach”, a czyste i niewinne dzieła pojawią się w nowej jakości na blogu. Spośród tekstów do pani Ani pofrunęły:


    Diabelskie igraszki -

https://w-lustrze.blogspot.com/2020/06/diabelskie-igraszki.html


    Wymarzone wakacje -

https://w-lustrze.blogspot.com/2018/05/wymarzone-wakacje.html


Natomiast w ręce pani Ewy trafiły:


    Zapomniana mitologia -

https://w-lustrze.blogspot.com/2018/11/zapomniana-mitologia.html


    Żyłka myśliwska -

https://w-lustrze.blogspot.com/2018/10/zyka-mysliwska.html


Jak się później okazało, wybrane treści nie wyczerpały dostępnych limitów i obie Panie coś jeszcze sobie dobiorą, korzystając z bogactwa niewyczesanych słów w lusterku. Dzięki wsparciu mądrych kobiet moje blogowe życie rozkwitnie znienacka i tryskać będzie formą, na jaką dotychczas nie miało szans. Z góry dziękuję Dziewczyny.