wtorek, 31 października 2023

Piękno nie przemija.

 

    Kościelne dzwony otrząsnęły się ze snów i na chwilę rozśpiewały ciemność. Przemknął pogwizdując jakiś pociąg, czapla lecąca pod wiatr poskarżyła się na chrypkę, lecz nie czekając na grzecznościową litość pomknęła w dół Rzeki, gdzie czekał już na nią jaz elektrowni wodnej.


    Kolarz płci piękniejszej (kolarka brzmi bardzo niefortunnie, niemal jak golarka – pani od strzyżenia bród?), posilała się elektronicznym papieroskiem przed kolejnym etapem wyścigu, albo przed górską premią – skąd miałaby wziąć górę, to nie wiem, ale może wspinała się na szczyt możliwości?


    Starsza pani w spódniczce z trudem opinającej dorodne pośladki musiała być Niemką. I nie było to niesmaczne, a tyrolski zachwyt jej leciwego towarzysza, klejącego się do niej był niemal namacalny. Tutejsze zabytki miały mizerne szanse konkurować z tak apetyczną towarzyszką.

niedziela, 29 października 2023

Ersatz?

 

    Odnoszę wrażenie, że dotyk jest bardzo niedocenianym zmysłem. I co gorsza, ludzie nie rozpoznając braku, nieświadomie poszukują bodźców pośród coraz dosadniejszych wrażeń wizualnych, czy kontemplując węchem/smakiem skrajnie charakterystyczne detale otoczenia.


    Zdumiewające, jak łatwo można zapomnieć o tym skromnym zmyśle, szczególnie, że należy do tych, które potrafią nieźle krzywdzić zarówno dawcę i biorcę. Trzeba szczęścia, by zdobywając się na odwagę, dotknąć obcego człowieka, nie narażając się na podejrzenia o złe zamiary.


    Dotyk? Niektórzy latami żyją bez fizycznego kontaktu z żywą istotą. Inni kupują psa, albo kota, żeby mieć namiastkę tego, co może zaofiarować bliskość drugiego człowieka. Zakompleksieni? Przesadnie ostrożni? Współczuję wszystkim.

sobota, 28 października 2023

Kolejny dzień pełen sukcesów.

 

    Hmmm…


    Tym razem na stronie "Niedobrych literek" z premedytacją uprawiających bizarro zmieścił się mój tekst odsłaniający niejako moje rozpasanie umysłowe tam, gdzie rozum rzadko zagląda. Zapewne wyłącznie z powodu ciekawości, z czym mógłby się zetknąć, gdyby poszedł spać, względnie poddał się uporczywej terapii etanolem.


    Gdyby jednak ktoś chciał się bezpośrednio zarazić czymś, czego się nie spodziewał, to zapraszam do lektury:


    https://niedobreliterki.wordpress.com/2023/10/28/preteksty-terapia-by-daniel-wojnarowicz/

Nic nadzwyczajnego. pospolitość i pospólstwo.

 

    Najpierw przyjechało pół autobusu, przez co standardowe stężenie myśli na metr kwadratowy wzrosło skokowo. Później było już normalnie, jeśli normą jest to, co daje się zauważyć nie szukając po alkowych, czy innych skrzętnie skrywanych tajemnicach. Azjatka smutniejsza niż uprzednio, biegacze chodnikowi, spieszony dżokej. Na ławkach ślady pospiesznej konsumpcji napojów ratujących zdewastowany nadużyciami budżet.


    Dziewczę wcale nie płoche podciągnęło spódniczkę aż pod biust (chyba po starszej siostrze), aż spódniczka poddała się i była baaaardzo mini. I żadne czarne podkolanówki z wełny nie miały szans sięgnąć jej rąbka.

czwartek, 26 października 2023

Mistrzowska riposta.

 

    - Niech cię szlag jasny trafi łobuzie! - przeklęła święta niewiasta, dotychczas nieskazitelnie łagodna i nieskończenie pobłażliwa. Bezgraniczną uprzejmością ujarzmiała nawet przestępcze sumienia, aż trafiła na Mistrza Stopniowania Nieskończoności, który przekroczył wszelkie granice, łącznie z nieistniejącymi, zadając kłam opinii o zaletach obejmujących całe znane i nieznane Multiversum sąsiadujące z miękkimi uczuciami przemiłej pani.


    - Teraz muszę cię zabić – poinstruowała Mistrza, który tezę, empirycznie poparł dowodem (jak wyżej), w wyniku czego pani od przekleństwa błyskawicznie przeszła do słusznej konkluzji, na poczekaniu rozwiązując zaistniały paradoks z wdziękiem Olka zwanego Wielkim.


    Nie zwlekając dłużej, wypluła z siebie najszpetniejszą z obelg, podpartą prawym podbródkowym.

środa, 25 października 2023

Powrót do normalności.

 

    Niewidzialny pies obszczekiwał ciemność bez większego zaangażowania emocjonalnego, a drobna kobieta z koczkiem (wyglądająca, jak żywcem wyjęta z Muminków) na mój widok oddycha z ulgą, po mojej obecności w autobusie rozpoznając, że dzień zaczyna zgodnie z harmonogramem – taki system wczesnego ostrzegania. Obecność innych umiejscawia nas w czasoprzestrzeni.


    Wiatr wróżył sobie właśnie z czerwonych liści gruszy, zrywając je po kolei kocha-lubi-szanuje, kiedy dołem przechodziły rozszczebiotane zalążki kobiet o kształtach czekających na wypełnienie i z hałaśliwą radością komentowały wzajemne sukcesy szkolne. Rozłożysty dąb przebierał się dopiero w jesienną szatę. Pani, cieleśnie obecna bardziej niż ja przysiadła się do mnie z podróżną obojętnością, więc nawet nie wiem, czy w kategoriach my można suponować cokolwiek. Ważne, że miała różowy sweterek kolorem pasujący do licznych wyprysków na pucołowatej twarzy.


    Zastanawia mnie ilość kobiet o farbowanych włosach – jasne farbują na ciemne, ciemniejsze rozjaśniają, rude odrasta na każdy możliwy kolor, że o bardziej ekscentrycznych barwach ledwie wspomnę. Naturalne włoski mają tylko dziewczynki w tiulowych sukieneczkach w drodze do przedszkoli. To wstyd mieć naturalne włosy? Mnie kusi idea świata bez farb do ciała – choć dla wielu byłby to szok kulturowy.

wtorek, 24 października 2023

Od Sasa...

 

    Usiłowałem właśnie zdefiniować widziane (pani z tańczącym biustem nagrywała telefonem historię uzyskiwania praw wyborczych przez kobiety w poszczególnych krajach świata, wypunktowanych na metalowych tablicach wmurowanych w chodnik ścieżki dydaktycznej), gdy minęła mnie młodziutka Azjatka, wyglądająca na córkę tej, którą zwyczajowo mijam idącą przeciwnym kursem.


    Zgrabna dziewczyna w marszu usiłowała pomarańczowej minispódniczce dodać nieco skromności, ku wyraźnej dezaprobacie nieogolonego dżentelmena, najwyraźniej amatora damskiej pikanterii. Dla równowagi, po afirmacji piękna, przyszło mi zderzyć się z młodzieńcem odpasionym strawą wysokobiałkową, otoczonego aureolą octu – na pewno nie był to ocet truskawkowy, czy lawendowy.

poniedziałek, 23 października 2023

Nie wyjeżdżając.

 

    Obżarte do nieprzytomności szpaki (dla odmiany) kontrolowały cykle sygnalizacji świetlnej, korzystając z otwierających się korytarzy powietrznych i oblatywały skrzyżowanie. W autobusie – pies piękniejszy nawet od swojej właścicielki. Spojrzenie miał bardziej inteligentne, niż połowa pasażerów.


    Podziwiałem dworcowy koloryt i gdyby tak przysiąść na jednej z ławeczek, czy pod ścianą i popatrzeć dłużej niż chwilę, to wystarczyłoby dorobić historię jednostkom wyłuskanym z tłumu i napisać powieść-rzekę. Wielowątkową, skomplikowaną w dziejach, o losach posplatanych w niemożliwe do rozwiązania węzły i tak fantastyczną jak życie. Ewentualnie – można by posłuchać opowieści tych ludzi, co przyszli zbyt wcześnie, albo czekają na przesiadkę, bo (być może) ich opowieści byłyby jeszcze bardziej nieprawdopodobne, jak owoc rozpuszczonej wyobraźni. Jak choćby ta opowieść - kto uwierzy, że można ot tak sobie - przyjść na dworzec dla samego dworca, jak jakiś fan kolei, czy inny hobbysta przeciągów peronowych?

sobota, 21 października 2023

Demony.

 

    Światła samochodów kłują w oczy zabijając pomniejsze zauważenia. Na przystanku kobieta, która zdążyła zaprzyjaźnić się ze swoimi zmarszczkami stała wyprostowana elegancko, a kiedy przyjechał jej autobus usiadła z podobnym wdziękiem. Jesień upadła na chodniki i wyleguje się na mokrym asfalcie dywanem żółto-brązowych liści spragnionych wilgoci. Panie upychają kunsztowne fryzury w wielkie kaptury, irgi sztywnieją jeszcze skrupulatniej niż zazwyczaj. W mroku połyskują obojętne reklamy, nie zastanawiając się nad sensem własnego istnienia. Pani o zielonej pupie (wcale nie była niedojrzała, ani pani, ani pupa) spod zielonego kaptura wyciągnęła na światła autobusowego wnętrza blond czuprynkę i zapadła w letarg na kilka zaledwie przystanków.


    Perfidny typ doprowadził do sytuacji, w której ludzie uwierzyli, że ciała są brzydkie i wymagają upiększenia. I teraz już nastolatki przekłuwają ciała gwoździami, wstrzykują toksyczne farby pod skórę i malują mordki, jakie warto nosić zamias własnego oblicza. Szaleństwo kompletnie nie zna umiaru. Tylko czekać, aż ciało stanie się powierzchnią permanentnej reklamy i zacznie zarabiać na swoje utrzymanie. Wszak cnota już jest przedmiotem internetowych aukcji, więc czemu nie skóra?


    Azjatka w kremowej kreacji dziś nie tańczy na chodniku. Idzie spiesznie i sztywno, jakby pełny pęcherz gnał ją w intymność łazienki. Nieopodal idzie facet miękkim krokiem doświadczonego pijaka, któremu włączył się instynkt podróży donikąd, ale skupiony gość szedł niewątpliwie celowo, tylko cel nie bardzo mu się podobał. W nurcie dostrzegam korzeń, wyglądający na koguta bażanciego. Biegł ci on gdzieś w górę Rzeki, ale niezbyt prędko.


    Później, z braku widzeń zanurzam się w otchłanie własnej głowy, co nigdy nie jest bezpieczne i dochodzę do wniosku, że zapadłem na przewleką nietolerancję w jej współczesnym rozumieniu. Nie umiem, nie chcę i mam nadzieję nie wyleczyć się z adoracji wszelkich popaprańców, obcych, zboczeńców, czy mniejszości hołubionych tak, że nawet papież nie spotyka się z podobną atencją. Szczególnie, gdy przypomnę sobie, że pod wpływem sukcesu gejów na polu afirmacji społecznej pedofile zaczynają przebąkiwać, że ich miłość jest również godna szacunku społecznego, a nie leczenia w zakładach zamkniętych, czy chemicznej sterylizacji uczuć. Dzieci kochać trzeba – tak naucza nie tylko kościół, ale zasadniczo każde ludzkie zgromadzenie. Nawet przestępcy dzieci traktują pobłażliwie i delikatnie.

piątek, 20 października 2023

Dyrdymały podróżne.

 

    Zarumieniona na krawędziach ziemia szykowała się właśnie na przybycie obcych i tylko przejmującej muzyki brakowało, żeby zaczęła się inwazja. Gdzieś w ciemnościach krzyknął ptak, karmiony senną marą, albo ogłaszający światu start w nowy dzień.


    Jak łatwo można odrzeć ludzi z kruchej skórki cywilizacyjnej. Wystarczy zamknąć sklepy na tydzień, czy dwa, żeby dantejskie sceny stały się codziennością. Teraz, w erze cyfrowego pieniądza może wystarczyć zamknięcie banków, albo odcięcie dostępu do internetu.


    Kierowca rozrzutnie zapalił światła wewnątrz autobusu. Może chciał się przyjrzeć dokładniej młodziutkiej dziewczynie wyglądającej na modelkę, bo raczej nie gościowi w żółtych spodniach dresowych i granatowej bluzie z kapturem, co wyglądał, jak bawełniana flaga kozacka. Chociaż… kto wie – MPK deklaruje bezgraniczną miłość namolnie i gdzie tylko się da, więc afirmacja obcej przecież flagi może być zgodna z ich nowym dekalogiem.


    Wolałem podziwiać kobietę o kształcie wiolonczeli, ubranej w szorstkie, wełniane tkaniny podkreślające urodę jej ruchu. O wyrachowaniu mowy być nie mogło, gdyż jej ruch charakteryzował się naturalnością, a nie wystudiowaną pozą. Może po prostu umiała pięknie chodzić? W kategoriach „naj” była zwyczajnie przeciętna i nie grzeszyła niczym szczególnym, poza sposobem przemieszczania się.


    - Mały cukier, to cukierek, a duży, to niewątpliwie cukrzyca. I jeśli ktoś jest szowinistą, to język polski, a nie ja. Cukiernica? Też nie brzmi dobrze...

czwartek, 19 października 2023

Zawrót głowy.

 

    Najjaśniejsza gwiazda przedświtu, jak każdego poranka patronowała tym, co wstali wcześnie i świeciła kompletem pięciu jupiterów ogarniając aureolą najbliższe jej otoczenie. Czyli – wszystko w normie. Szron zmatowił karoserie diamentowym pyłem, dziewczę o porcelanowej twarzy wytarło szerokimi nogawicami szlak pomiędzy przystankiem, a autobusem. Zapodziała się za to pani z wytatuowaną na achillesie palemką, a szkoda, bo stanowiła najpiękniejszy akcent przystankowego życia.


    W środku, przyszła modelka cierpiała na krótkowzroczność, względnie zszokowały ja czytane wiadomości, bo łapała ostrość zbliżając i oddalając od wypielęgnowanej elewacji ekran telefonu. Przez okna widzę gościa w krótkich spodenkach i zimowej kurtce, z łbem owiniętym starannie jakąś szmatą. Zdawało mi się, że przymrozki ciągną od gruntu w górę, ale najwyraźniej samca o owłosionych łydkach traktowały specjalnie. Ciepło na takim rozkłada się inaczej? O ile w ogóle mowa być może o cieple. Monstrualny nawet jak na golema pan z plecaczkiem na plecach, który wyglądał na nim, jak kołczan prawilności na piersiach karków, stał sobie skromnie, osłaniając golemicę… golemkę… nie – golemka, to karłowa odmiana golema, a golemica, to samotna samica, a ta najwyraźniej była oswojona, albo sama przejęła stery nad golemowym losem, odwracając się doń na chwilę, by przekazać polecenia, czy skontrolować ich wykonanie.



    Wyborczo – ulica zrobiła już swoje. Wygrani, a tym bardziej przegrani mogą już zapomnieć o plebsie, więc ich portrety łypią z zapomnianych reklam zewsząd, nieco natrząsając się ze zdewaluowanych już obietnic. Chłopak w rajtuzach zakończył bieg wokół wzgórza dysząc ciężko, choć wokół dreptały piękne niewiasty o wzroku cokolwiek sennym i rozmarzonym.


    Pochłodniało tak, że moszna przytula się do jąder i na szczęście nie szczęka zębami). Na wyspach komuś potłukła się szklana impreza w papierowej torbie, i tylko tuman nieskonsumowanego aromatu błąka się pomiędzy brzegami. Nagie kobiety ozdabiają ściany jadalni hotelowej i czynią to z wdziękiem, jakiego mężczyznom na pewno by zabrakło. Tłuściutkie szpaki wesoło baraszkują na winobluszczu zwieszającym się z dachu i żrą czarne jagody bez końca. Cóż – czas obfitości lada chwila się skończy.


    - Czy mąka potrafi występować w liczbie pojedynczej? Taki paproszek, okruszek niewielki… jeden mąk, mączunio…


   Brunetka umazana farbkami całkiem niebosko sadziła susy, jakby przeskakiwała widziane tylko przez nią kałuże, utykając telefon w tylnej kieszeni spodni, przez co deformowała pośladki, stawiając na nonszalancką asymetrię. Dojrzała niewiasta z dwiema torbami (nie mam na myśli zawartości biustonosza, tylko siaty) ścigała autobus w takim tempie, że wypełniła minimum olimpijskie bez trudu i zdążyła do wnętrza – i to z uśmiechem. Nic, tylko czekała na uroczyste wręczenie medalu, na jaki niewątpliwie zasłużyła.

Wyrachowany brak ciekawości.

    Zaprosiłem sprzedajne ciało dowolnej płci na odpłatne czyszczenie magazynów jądrowych z zalegających we mnie, mocno zakurzonych pokładów. Było mi obojętne gdzie zdeponuję nadbagaż, dlatego szukałem według kryterium „po taniości” Byle toto rozchyliło pośladki i przyjęło.


    Przyszło coś skorumpowanego, żując gumę, informując przy tym że depozyt między zęby nie trafi. Wolałem nie kombinować, gdzie jeszcze, żeby nie znaleźć czegoś, co mnie ostatecznie rozkojarzy. Poprosiłem istotę o samodzielne przygotowanie się do przyjęcia zrzutu. Lekko zaskoczona posłusznie wypięła meritum do postaci jawnej. Mogłem rozpocząć operację logistyczną. Bez fanatyzmu i udawanych emocji zwierzę przyjęło, zainkasowało i poszło.


    Imię, czy marka? Czasem bezpieczniej nie wiedzieć.


środa, 18 października 2023

Deliberacje nad zmieniającym się światem.

 

    Niekończący się różaniec świateł mamrocze natchnione przekleństwa w drodze do codzienności, albo śpiewa pieśni obrazoburcze, niewiele wspólnego mające z kościołem. Psy kręcą kuperkami, bo przecież nigdy nie wiadomo kto i na kogo patrzy z daleka, a prezentować się należy, może nawet trzeba. Dzieci z ciężkimi tornistrami i papieroskiem rozświetlającym tuman niewiedzy zmierzają leniwie ku przystankom. Na przystanku dziewczęta o nogach zaplecionych w warkocze informują jawnie, że lato się skończyło.


    Dwie, na oko sympatyczne, rude kobry wymieniają pogodne ploteczki, aż im policzki różowieją pod makijażem maskującym twórczą działalność czasu. Martwe twarze w autobusie szukają podniet na wyświetlaczach, które bladość lica okraszają trupim, niebieskim jadem.


    Zaskakuje mnie ilość ludzi w okularach. I tych niepełnosprawnych, czy otyłych. Naprawdę przed erą internetu tło wyglądało inaczej i takie jednostki były marginesem ulicy, a nie normą spotykaną każdego dnia. Cóż – kiedyś (okropne słowo) cyrylica na ulicy też była ewenementem. Życiowo doświadczona pani z bagażem podręcznym biegła do tramwaju, zadając kłam temu słowu. Bieg kojarzy się z prędkością. Nie w jej przypadku, chociaż… zdążyła nim drzwi się zamknęły, więc prędkość też jest względna.


    Znajduję porzucony dziecięcy bucik i mam natychmiastowe skojarzenie z wylinką – węże zrzucają skórę, gdy garnitur staje się przykusy – dziecko wyrosło podczas spaceru? W taki ziąb? Aromatyczna chmura ciągnie spod hotelowej kuchni zwiastując egzotyczne śniadanie dla śpiących jeszcze gości. Okraszona strąkami glediczia udaje niewiniątko, ukrywając kolce w gąszczu liści, ale lada chwila kłująca prawda wyjdzie na jaw.


    - Czy transfuzja krwi i przeszczep nerki kłócą się z ideą weganizmu?

wtorek, 17 października 2023

Różowe okulary.

 

    Kiedy umysł czuje niedosyt wrażeń, zabiera się za filozoficzne rozważania. Na przykład takie pytanie:


    - Dlaczego jamniki mają smutne pyszczki?


    I jedna z wielu możliwych odpowiedzi:


    - Łażą po nierównych chodnikach i tak często trą podwoziem o podłoże, że cud prawdziwy, że nie płaczą bez końca. A schody? Toż to cykliczna tortura i gdyby jamniki miały moc ustawodawczą, schody byłyby zakazanym rozwiązaniem architektonicznym.


    Potem było już łatwiej, bo widzenia się zaczęły objawiać. Na początek gość ubrany w różową bluzę z kapturem, który wyglądał, jakby naciągnął na siebie prezerwatywę. Obok niego dreptała madonna w kiecce powłóczącej się po ziemi i wymiatającej spomiędzy nich historię współczesną (czy takie określenie, to już anakolut, czy jedynie nietakt chronologiczny?).


    Miastu przydałoby się rozcieńczyć krew obcą, aby zachować swojski klimat. Zbyt wielu przybyło takich, co żadną miarą nie chcą być turystami. Aż tak im się spodobało, jednak językiem tutejszym zarazić się nie zamierzają nawet pracując jako kontroler biletów. Z tym większą sympatią patrzę na prawdziwych turystów zza południowej granicy. I tych z zachodu także – cud, że wszyscy się tu pomieścili. Czyżby tubylcy zwiali gdzieś daleko za chlebem?


    Na ziemię sprowadza mnie jadąca autobusem (wewnątrz pachniało chlebem z pasztetem niezbyt wysokich lotów) kobieta z głową ściśniętą różowiastym turbanem, uśmiechnięta bez końca i bez początku. To takie proste? Może każdemu zafundować taki rozweselające okrycie mózgu?

poniedziałek, 16 października 2023

"Chłodem powiało od drzwi niedomkniętych..."

 

    Zmarznięte od zimnej nocy winobluszcze rumienią się i płoną, drzewa kipią kolorami wysmagane jesiennym chłodem bez litości. Znak, że za chwilę wiatr ogołoci je do cna, a tamaryszki w wiotkich sukienkach już omdlewają przy najlżejszym podmuchu. Szpaki organizowały się właśnie w rój, by znienacka zaatakować śpiące jeszcze ogródki działkowe. Ścieżką rowerową biegło chude chłopię na paluszkach, jakby chodnik parzył w stopy.


    W autobusie karampuk z jednym uchem poszatkowanym przez kolczyki i dłońmi pełnymi pierścieni przytulał się do dziewczątka o długich włosach okrytych czarnym beretem. Wyglądał na kocie szczenię spragnione pieszczot i część nawet dostał po drodze, a resztę miał obiecaną szeptem kładzionym wprost w ekstrawagancko przycięte włoski. Kolejny karampuk był obwieszony medalionami z kamieni (albo ich imitacją). Odkarmiony był bez żalu i oszczędności tak, że nawet uszy miał mięsiste. Zupa na takich uszach na pewno nie wyszłaby dietetyczna.


    Kobieta, solidnie obudowana urodą nosiła upierzenie w kolorze odpowiednim dla turmalinu arbuzowego. Uwielbiam bezpodstawnie ów kamień, więc i na niewiastę patrzyłem przychylnym wzrokiem. Może zbyt łapczywie?

sobota, 14 października 2023

Bajka bez morału.

 

    Śnieżnobiały koń z melancholią zauważył, że nocami jego sierść kusi wszystkie drapieżniki z olbrzymich odległości i jest niczym latarnia morska wykwitła na bezpiecznym brzegu ich niespełnionego jeszcze apetytu. Nie chciał tak kruchej przyszłości dla własnego potomstwa, więc odpowiedzialnie i świadomie, zaproponował małżeństwo statecznej konince maści karej, w nadziei, że narybek przejmie urodę po mamie.


    Koninka była nie pierwszej już młodości i płoche nadzieje na macierzyństwo odwieszała właśnie na wieczne nigdy, dlatego ochoczo przystała na koncepcję przedłużenia gatunku z absurdalnie bladym amantem, choć mezalians aż kłuł w oczy przygniatającym kontrastem.


    Błogosławieństwo śp. Darwina wsparło rozpaczliwe wysiłki ad hoc powołanej parki kopulującej raczej stępa niż galopem, lecz ostatecznie brzuszki wydęło i jej (z powodu sukcesu prokreacyjnego) i jemu (z dumy i obżarstwa), a pojawienie się następcy stało się li tylko kwestią czasu.


    Wielce wyczekiwany pierworodny kopał wściekle usiłując wydostać się ze starzejącego się ciała rodzicielki, która nie uniosła ciężaru odpowiedzialności i wydaliła miot wprost na pastwisko, lekko przystrzyżone nerwową konsumpcją w oczekiwaniu na poród. Miot stanął na chwiejnych nogach i usiłował… w sumie nie wiadomo co usiłował, ale zużywał na to mnóstwo energii, choć oczy miał jeszcze sklejone wodami płodowymi i dopiero szorstki, matczyny jęzor metodycznie sprzątał zbędne elementy wystroju młodzieniaszka.


    Stojący nieopodal ojciec mrugał nerwowo oczyskami, w pamięci powtarzając listę znanych sobie barw umaszczenia, poczynając od najbardziej pożądanych. Jako daltonista miał z tym pewien trudny do wysłowienia problem, jednak świadomość wykonania życiowej misji osładzała mu trud rozpoznawania barw, więc dukał zerkając na owoc własnych erotycznych wyczynów.


    Tymczasem potomek oswobodzony ze spuścizny po matce gromadził właśnie dawkę cech ojcowskich, zupełnie, jakby od urodzenia był ortodoksyjnym demokratą. Darwin z zaświatów przyglądał się z niemą ciekawością, bo przecież… potomek wydawał się być zebrą.

Ekstrakt o wykorzystaniu barbarzyńskich praw dynamiki.

 

    Lewitowałem swobodnie na przekór grawitacji, winę zwalając na zaburzenia błędnika. Grawitacja sarkała, więc okazałem zaświadczenie od specjalisty i uległa presji fachowej diagnozy. Korzystając z okazji tryknąłem ją „z bani” w kałdun i poprawiłem łokciem w „miętkie” – niech ma za swoje!

Z uśmiechem.

 

    Brodata ciemność na czterech łapach zignorowała aromat śmietnika i skupiła się na kostkach pięknej rudowłosej. Z mroku połyskiwały seledynowe gwiazdozbiory jałowcowych jagód, niebo płonęło gdzieś daleko i bezgłośnie.

    W autobusie kobieta z oszczędną fryzurką zmieniała miejsca szukając chyba zagrzanego. Zafascynowana możliwościami systemu przerzutek pani wyszpachlowana na gładko i obrzucona strukturalnym tynkiem o mały włos nie rozjechałaby mnie z kretesem, choć kroczyłem skrajem chodnika, który (jak sama nazwa wskazuje) jest ciągiem komunikacyjnym dla jazdy wszelakiej. Z tego nieszczęścia zdobywam się na „złotą myśl”:

    - Dzieci potrzebują powodu by płakać, dorośli szukają uzasadnienia dla śmiechu.

    Kolejna niewiasta niosła torebkę, w której bez kłopotu zmieściłaby się kompaktowa, zmotoryzowana armia, bateria rakiet hipersonicznych i miniaturowy buldog na wypadek potrzeby precyzyjnej operacji na egzemplarzu wytypowanym do anihilacji. Taki buldog, raz wczepiony w łydkę celu, nie zerka już łakomie na kolejne, przynajmniej do czasu, kiedy siłami zewnętrznymi wyczepi się go i zabezpieczy przed ewentualnym samozapłonem.

piątek, 13 października 2023

Wszechświat w głowie.

 

    W autobusie zabrakło starych dobrych nieznajomych. Sami obcy. Niepokój pogłębiony mrokiem rozganiam usiłując wymyślić alibi dla nieobecnych. Święto jakieś? Urlopik na żądanie po imieninach cioci? Domówka z ploteczkami do białego rana? Bladolica brunetka nie mogła się zdecydować, czy jechać dalej, czy wysiadać. Gdyby nie smartfon – zaszamotałaby się na śmierć, a tak wyskoczyła na chodnik, a zatrzaskujące się drzwi nie przytrzasnęły jej ogonka. Białe i różowe (nomen-omen?) róże w mroku wyglądają jakoś szlachetniej niż w pełnym słońcu. Coś jak chodnik pokryty świeżym śniegiem – nie widać psich gówien i papierków po cukierkach. Za to na trawnikach, zamiast rosy połyskuje szkło opróżnionych w marszu buteleczek po płynach przywracających życie.

czwartek, 12 października 2023

Wyrodna córka?

 

    Trudno stwierdzić, czy była najlepszą Partią w mieście. Zapewne była najmłodsza, co stanowiło nieodpartą pokusę. Nic dziwnego, że na wezwanie stanęli szeregiem; wyprężeni, twardzi i stanowczy, niczym żołnierze na defiladzie.



    Zarumieniona z emocji odważnie przyglądała się paradzie członków gotowych do poświęceń. Każdy ojciec byłby dumny widząc sukces córki, choć większość byłaby również przerażona. Klamka zapadła. Partia westchnęła i drżąc z podniecenia ogłosiła, że przyjmie na swoje łono każdego chętnego, szczerego członka.



    Przybyli otarli pot z czoła, przed nieodległą inicjacją. Tylko matka zasłoniła usta dłonią, żeby nie wymknęło się słowo nieparlamentarne, gdy karnie zapisywali się w kolejkę do dziewiczego jeszcze łona.

środa, 11 października 2023

Bezrybie.

 

    Wszechświat cisnął bumerangiem księżyca w Oriona, ale ten zgrabnie przeskoczył kilka galaktyk i wyglądał na zadowolonego z własnych talentów. Dziewczyna o twarzy jak jajeczko dzisiaj miała namalowane na skorupce wyblakłe kolory – może ktoś scałował czerwień ust, a może zmarzły jej tylko. Azjatka w czarnych rajstopach drobiła pospieszne kroczki na chodniku, jakby go pieściła, czy tańczyła, spiesząc do tam, gdzie mi było nie po drodze. Wędkarze z doświadczeniem dłuższym od mojego życiorysu wymieniali się uwagami, co trzeba zrobić nad Rzeką, żeby wrócić z pustymi rękami, nie łapiąc przy okazji wilka.

wtorek, 10 października 2023

Chłodnym okiem.

 

    Deszcz spłukał z przystanków wszelkie objawy życia. W autobusie ktoś suszył polarową bluzę z kapturem korzystając z poręczy. Czerstwe dziewczę z zaciśniętymi wargami i podpisanymi nogami było zbyt biedne na skarpetki, więc marzły jej kostki.



    Na przystanku końcowym napotykam szwadron kozaków wracających z wojny. Najwyraźniej wygrali, bo niosła ich euforia i stadko rozchichotanych markietanek zatankowanych po korek napojami rozweselającymi odbierającymi rozum i opory.



    W Rzece plumkało od niebiańskiej wilgoci, usiłując oszukać starą Rzekę, że ryby wróciły na podwodne pastwiska. Nie wiem, czy dała się oszukać, ale przez Miasto płynie już tak długo, że chyba jest ostrożniejsza i więcej podejrzliwa. Mokre psy śmierdzą jak stare dywany i z trudem ulegają presji naprężonych smyczy. Chowam parasol do plecaka, bo mi się żal zrobiło biedaka – niech choć on nie moknie.

sobota, 7 października 2023

Trochę tam, trochę z powrotem.

 

    Świat pachnie wilgocią, murszejącą ziemią i rozwijającym się skrycie grzybkiem. Kobiety chwalą się już jedynie gołymi kostkami nim południowe słońce pozwoli na coś więcej. Czyżby wstydem było nosić skarpetki obejmujące cokolwiek więcej niż spód stopy? Dziewczyna (co jest wysoce prawdopodobne) namalowała sobie twarz dla obcych i gdzieś pod spodem być może tętni życie wewnętrzne. Nieistotna dygresja – ważne, że dziś namalowała na twarzy zdumienie. I będzie tak chodzić zapewne cały dzień. Ja lubię się dziwić, ale nie aż tak zaciekle. Pani zerka na mnie co chwilę i pociąga nosem, jakbym był kokainą do wciągnięcia. Przecież zwykłego kataru tak by nie wciągała na śniadanie.


    Pająki pracowicie mocują do balustrad mostu znaki wodne, dziewczę w czarnym golfie eksponuje urodę łopatki, a golf nie wygląda na nadgryziony przez mole. Dworcowy koloryt wypełniła (dosłownie) murzynka z dredami i zadkiem, na którym powinna nosić ostrzeżenie „zarzuca przy skręcie” – taka uwaga mogłaby ustrzec nieostrożnych przed kolizją, a spokojnie zmieściłaby się na zapleczu czekoladowej pani. Młoda niewiasta wciąż walcząca z trądzikiem pozwalała dziecku na samodzielną obsługę panelu dotykowego, w czym dziewczątko dysponowało niezłą biegłością i znajomością tematu, poruszając się pomiędzy grami z wprawą profesjonalistki.

piątek, 6 października 2023

Ekstrakt ze słynnym precedensem - Enola Gay.

 

    Wyjątkowa promocja na ultranowoczesne pralki, które dzięki specjalnym programom wypiorą brudne pieniądze, krwawe diamenty i nieczyste sumienia. Urządzenia z limitowanej serii wyczyszczą także pamięć (analogową i cyfrową), oraz duszę z grzechu pierworodnego. Błyskawiczna dostawa pocztą lotniczą.

Ekstrakt gene-alogiczny

 

    Książę wziął za żonę Książeczkę, więc dla Księdza została jedynie Księżna, z którą po krótkiej szamotaninie prokreacyjnej spłodził Księżyc. Książę nie pozostał mu dłużny, a nawet eskalował i za jednym zamachem spłodził całą Księgarnię.

czwartek, 5 października 2023

Zdumiewające rzeczy (i ludzie).

 

    Jak partyzant, wychodzę z domu, kiedy na dworze jeszcze ciemno i cicho drepczę ku przeznaczeniu. Na przystanku kobieta w czerni strząsa z siebie chłód zbliżającego się poranka. Ktoś ogryzł księżyc i zaledwie połowa wędruje po niebie. W autobusie rudowłosa kobra pozbierała paproszki z siedzenia, zanim złożyła na nim swoje członki (hmmm… ) jednocześnie hipnotyzując kogoś, kto znajdował się za moimi plecami. Siedząca obok niej męska kobra była uśpiona monotonią dźwięków sączących się z słuchawek, więc starałem się być bezszelestnym, żeby nie wytrącić jej z letargu.



    Wyborcze plakaty zasłaniają już wszystko, a każdy z nich sprowadza się do jednej, wspólnej dla wszystkich ugrupowań idei – NASI DO SEJMU, RESZTA DO WIĘZIENIA!



    Znów pani w zimowej czapeczce i nastolatka z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem podziwiają róże kwitnące wciąż na klombach. Wątły gość z małym, ale bardzo ciężkim plecaczkiem zasuwa w tempie godnym Korzeniowskiego w szczytowej formie. Anonimowy zawodowiec mija roślinę wyglądającą jak łopian wyniosły, którego liście naśladują pokrój choinki malowanej ręką dziecka. Długopióry facet, który za młodu chadzał zapewne z oswojonym kompsognatem na spacery po jurajskiej dżungli, penetrował zawiłe meandry wirtualnego świata, przewijając kostropatym paluchem co bardziej toksyczne wiadomości. A w jakich kategoriach należy traktować podróż, która zaczyna się na przystanku ZA DWORCEM, a kończy się PRZED NIM? Pieszo byłoby szybciej i krócej, bo autobus musiał mierzyć się z korkami i nieprzychylnością sygnalizacji ulicznej. Blond laleczka musiała mieć kanapki faszerowane gwoździami, bo co i rusz sprawdzała językiem kompletność uzębienia. Inna, bez stomatologicznych problemów mknęła na hulajnodze po wertepisku w tempie, przy którym luźna plomba nie miałaby prawa utrzymać się na miejscu. Może ją śmierć goniła, albo piekło otwierało na oścież czeluści?



Dżokej wrócił na ścieżki mojej codzienności, czyli skończył się przydługi urlop, albo wreszcie pokonał życiowy Wielki Taxis i znów może galopować po zielonych (?) bezkresach. Za nim zdecydowanie ponętniej szła pani w turkusie. W pikowanej kurteczce przypominała maskotkę Michellina, z której ktoś złośliwie spuścił powietrze. Na przystanku siedziało dziewczę z rozwianym włosem, ubrane (od góry) w wełniany sweterek, cieniutką miniówkę i skórzane kozaki. Czym prędzej miałem skojarzenie z tranzystorem bipolarnym PNP, że niby górą i dołem trzeba się bronić przed chłodem, za to płeć grzeje tak, że bez solidnej wentylacji trzeba byłoby gasić pożar.



    Dziecko typu dziewczynka jedzie sobie w legginsach modelujących pośladki. Trudno ją podejrzewać, że od najmłodszych lat tak dba o jędrność tyłeczka, więc o co? Zdumiewające. Czasami widuję kobiety, które w takie legginsy upychają tyle materiału, że brakuje im mięsa na twarz. I snują się pięknopupe niewiasty o twarzach wyciągniętych i na wpół zagłodzonych.



    Ach! I okazało się, że można się skradać na siedząco! Pani z bogatym doświadczeniem życiowym uczyniła tę rzecz możliwą. Ukradkiem przesuwała się z jednego siedzenia na drugie, aż wypłoszyła zaskoczonego faceta nagłą i niespodziewaną bliskością. Biedak zwiał spory kawałek, zanim otrząsnął się z wrażenia.

Raczej kolorowo.

 

    Kobieta pachnąca karmelem i wanilią studiowała coś on-line. Inna, najwyraźniej biegnąca wcześniej z walizką, by zdążyć na autobus rozbierała się po sprinterskim sukcesie. Poławiacze dyskontowych okazji byli już w środku, przeglądając półki w poszukiwaniu mega-giga okazji, super promocji i nadzwyczajnych obniżek do wyczerpania serii, czyli czekających właśnie na nich. Zimowa czapeczka, to jednak przesada, chyba, że pani miała chore zatoki, względnie uszy (znów moje ulubione pytanie – co się musiało stać, żeby… trafiło mnie i skłania do odgadywania tajemnic ludzi mi obcych przecież). Krzyże na kościelnych wieżach wyglądają dziś, jak boskie anteny, ściągające świętość między zakurzone ławki.



    Pani zachłannie gromadząca urodę dawno już zapomniała, co to umiar i tylko jej drobniutkie stopy zdają się być wyrzutem względem reszty ciała. Nieopodal dworca dwa gołębie walczą o prymat w dostępie do korytarza powietrznego, przepychając się z trzepotem skrzydeł. Żywopłoty z ostrokrzewu obsypało czerwoną szkarlatyną jagód. Obecna moda jest bardzo tolerancyjna i pozwala naprawdę na wiele. Na przykład na kozaczki w komplecie z gołym tyłkiem. Bo niby czemu nie?



    Pluton młodych piersiątek wsiadł do tramwaju i gaworzył beztrosko, jak w transzei podczas wojny pozycyjnej. Pluton (przypomnę) składa się na ogół z trzech drużyn po dziesięć jednostek w każdej – no, chyba, że właśnie wracają po walce, albo nalot dywanowy przetrzebi szeregi. Tym razem pluton był rumiany i zadowolony z kompletu żołnierek, a żołnierki nie cierpiały głodu ni pragnienia. I umundurowane były tak więcej figlarnie.

środa, 4 października 2023

Od świtu do zmierzchu.

 

    Mrok zdusił życie zewnętrzne i ograniczył emocje do absolutnego minimum. Pani zawzięcie udająca nastolatkę musi być niezwykle gruboskórna, bo gołe po bieliznę nogi potrzebują niezłego zaplecza energetycznego, żeby zapewnić im ciepło zanim dzień się rozszaleje. Górka-miniaturka, wybudowana onegdaj, by dzieciom dać frajdę zjazdu na saneczkach obrosła młodymi drzewkami. Cóż… Śnieg w Mieście stał się zjawiskiem unikatowym, a nie zimową normą. Wybujała estetycznie dziewczyna mocno chwyciła lejce plecaka i pokłusowała na dworzec, a może i dalej, w rytm falującego biustu. Tramwaje, niczym węgorze nerwowo uwijają się po Mieście. Wewnątrz pani, która nie daje twarzy ani chwili wytchnienia. Podziwiałem mimiczną gimnastykę bardzo dyskretnie, żeby nie zakłócić treningu. Beztłuszczowa kobieta wyraźnie marzła idąc mostem, pod którym ryby ocalałe z niedawnych hekatomb szukały towarzystwa, w celu odtwarzania populacji.


    -Czy tężyzna jest pochodną słowa tęgi? Tężnie też?



    A kiedy dzień wreszcie rozsiadł się wygodnie na cyferblacie teraźniejszości zauważam dziwaczną modę na sweterki składające się zasadniczo z samych rękawów, połączonych fikuśnie ze sobą jakąś imitacją przodu i tyłu. Coś jakby biustonosz z długimi rękawami. Dostrzegam młodą panią z warkoczykami, kiedy siedząc na ławeczce usiłuje pożreć umięśnionego osiłka siedzącego obok. Inteligentnie zaczęła od ust. Kruki zaczęłyby od oczu, ale na krukowatą nie wyglądała. Za to samiec musiał być suchy, bo pani co chwila musiała zwilżać usta piwkiem wprost z butelki. Umknąłem, nim rzuciła na mnie tym swoim głodnym wzrokiem. Lepiej nie ryzykować. Przez okno autobusu dostrzegam rozpacz kierowcy wycieczkowego autokaru. Zatrzymał pojazd na przystanku MPK i pognał pod dowolne drzewo niczym pies i podlał je obficie. Chory pęcherz zawsze wygra z kulturą, czy innymi cywilizacyjnymi ograniczeniami.


    Rozkołysać TAKIE piersi, to sztuka. Ale, kiedy już się uda, żeby je powstrzymać, trzeba jurnego Kopernika i to w kwiecie wieku. Był. Ale nie powstrzymywał. Chyba mu się podobało, więc towarzyszył im sapiąc nie tylko z lubością.

wtorek, 3 października 2023

Dyrdymałki zebrane.

 

    Latarnie drobią w ciemnościach coraz mniejsze kroczki zmierzając ku widnokręgowi. Wysokopienny i krótkowłosy pan przysiada się właśnie do wysokopiennej pani o włosach układających się skromnie na jej podołku. Nie zwracają na siebie uwagi, choć mogliby wymienić się trickami z koszykarskiego parkietu, albo sztuczkami siatkarskimi.


    Płaszcze, kurtki i okapturzone bluzy wzięły poranek w posiadanie, deformując sylwetki i ograbiając je z łuków. Lokalny pociąg przeciął mi drogę, jak iskra światła tnąca mrok na części i nadając jej wartość. Na billboardzie reklama włoskich lodów w barwach miejscowego klubu sportowego, w autobusie dziewczątka w trampkach z (koniecznie) modnie rozwiązaną sznurówką zmierzają do swoich liceów, chłopców i ploteczek w starannie wyselekcjonowanym gronie przyjaciółek. Samodzielny chłopczyk z tornistrem-walizką radzi sobie jak może oburącz taszcząc wiedzę do przyswojenia właśnie dziś. Ostatnie chyba nagie kolana damskie i męskie usiłują rozproszyć mrok czekając na transport do centrum. U stóp kamienic w karnym szeregu stoją butelki, procentowo określające złudne szczęście w płynie. Młody facet, lekko opuchnięty z dostatku chciał mnie zaturkotać na śmierć ciągniętą walizą, więc przysiadłem półgębkiem (powiedzmy) na ławce z widokiem na Rzekę, by przeczekać wstrząsy sejsmiczne i ich akustyczne odwzorowanie.


    Nieco później, gdy słońce rozgrzało się na dobre, trzy gracje niosły na sobie więcej aromatu niż odzieży, jednak ciężar ich nie przygniatał. Wysportowane jednostki o mięśniach prężących się pod skórą nie przejmując się silikonowymi, czy botoksowymi dodatkami. Afrodytę zawstydziłyby zarówno w triplecie, jak i każda z osobna. Dziewczę w przykusej bluzeczce i pancernym makijażu przecinało mój horyzont zdarzeń kursem kolizyjnym z determinacją i zaciekłością. O gracji mowy być nie mogło. Tylko brutalna siła podparta niewybrednym słowem i tym podobne „wyrazy”. A na przystanku stała pani w koronkowej bluzeczce bez rękawów. Całe ręce miała wytatuowane na gęsto, jakby chciała dorobić brakujące rękawy permanentnym malunkiem. Na tylnej szybie jakiegoś samochodu dostrzegam nalepkę-kota, którego ogonem była umieszczona na szybie wycieraczka. Rozbawił mnie ten widok, pomimo tłoku w autobusie.


poniedziałek, 2 października 2023

Zero waste.

 

    Była zbyt naiwna, żeby bezkarnie przetrwać spotkanie ze mną. Błyskawicznie przejąłem kontrolę i zapanowałem nad nastoletnią romantyczką. Żeby się nie zamęczyć, na początek kazałem jej się rozebrać. Przecież ciuchy (markowe jak mniemałem) łatwo sprzedam, a nie cierpię marnotrawstwa, ani wyrzucania pieniędzy w błoto. Cielęcinkę, bożą krówkę, zamierzałem zjeść ze smakiem, choć nie mówiłem jej tego wcześniej, żeby nie tworzyć dramatycznego nastroju na darmo. Wszelkie wnętrzności, czy kostki do ogryzienia, mój pies natychmiast zaakceptował i teraz bezwstydnie łykał ślinę.


    Przedtem jednak, musiałem ją zerżnąć. Bez przyjemności. Raczej z obowiązku. Jak wspomniałem – nie znoszę marnotrawstwa, a okazja nie zdarza się co dzień.