Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imperium. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imperium. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 grudnia 2023

Imperium cz.8 Trzecie dno.


    W pokoju hotelowym spoważniała. Zerknęła na mnie i zaczęła pakować osobiste drobiazgi, wzrokiem poganiając mnie.


    - Dość tych luksusów Mały. W końcu jesteśmy piratami. Czas dołączyć do ferajny.


    Ledwie kwadrans później opuściliśmy hotelową klimatyzację i zanurzyliśmy się w skwar. Powiedzmy. Taksówką jechaliśmy do tawerny przy porcie, gdzie mieli czekać nasi. Po hałasie poznaliśmy, gdzie siedzą. Zabawa nabierała rumieńców i nie była to chyba pierwsza zabawa. Niektórzy wyglądali na obdartusów, inni mieli popodbijane oczy, albo trzymali się za nadwyrężone w walce wątroby, czy nerki. Za to wszyscy zgodnie byli pijani w sztok. Gwizd Niny musiał jednak dotrzeć do trzewi ferajny, bo wstali wszyscy. W miarę prosto, na ile pozwalały okoliczności.


    - Wracamy na statek – ogłosiła Nina - Wypłata za trzy dni, ale nie tu. Jeszcze dzisiaj ruszacie. Ja z Małym… jadę po pieniądze. Spotykamy się tam, gdzie zwykle. Jasne? I nie zabierajcie żadnych „pamiątek”, tfu! Panienek chciałam powiedzieć. Ani tego, co wam już ofiarowały też lepiej nie.


    Pomrukiwali niczym syte niedźwiedzie, ale wytoczyli się i ze śpiewem na ustach opanowali całą szerokość drogi wiodącej na kotwicowisko. My taksówką pojechaliśmy na lotnisko, a świt zastał nas w Europie. Zurych. Miasto bankierów. Świat utajony, czający się w wekslach, przelewach i rachunkach prowadzonych dla wszystkich, którzy z dowolnego powodu wstydzili się własnego nazwiska. Nina zostawiła mnie w kawiarni, żebym ochłonął, a sama przekroczyła progi banku pachnącego z daleka dyskrecją i wielowiekową odpowiedzialnością za depozyty. Słyszałem, że wciąż czynne są rachunki tych, którzy musieliby żyć po trzysta lat z górką, ale bankierzy są przeświadczeni, że pieniądz nie starzeje się tak szybko i pochopne zamknięcie rachunku byłoby zniewagą dla klienta, bądź osoby upoważnionej.


    Wychodząc dzwoniła gdzieś, a kiedy podeszła do stolika miała już w głowie plan na nadchodzący dzień. I następne zapewne.


    - Dziś mamy naprawdę ważne spotkanie.


    - To wczorajsze było nieistotne? - pozwoliłem sobie na sarkazm.


    - Poniekąd – odparła lekko roztargniona – Mały. Jak widzisz mam do ciebie zaufanie. I proszę o to samo. Dziś będzie trudniej niż wczoraj, ale zaufaj mi. I oczywiście pilnuj jęzora. To bardzo ważne. Nie mam czasu tłumaczyć, a w samolocie chrapałeś tak, że nie miałam sumienia tłuc ci do głowy tego, co i tak stać się musi. Wierzę w ciebie! Na razie radzisz sobie doskonale.


    Nie kłamała. Te twarze… Trudno ich nie rozpoznać. Zbyt często zajmowały centralne miejsca wiadomości ze świata finansjery. Metalami ziem rzadkich zajmowały się zaledwie trzy korporacje. Szef ze swoim dupkiem umocowany był szczebel poniżej CEO najmniejszej z trzech korporacji. Ci dwaj… prowadzili dwie pozostałe firmy. Ich łączny budżet wystarczyłby, żeby kupić cała Ziemię, jeśli nie zrobili tego wcześniej. A teraz Nina i ja…


    Przy tym obiedzie, wczorajsza kolacja była ledwie nędzną przekąską. Obsługa bezszelestnie wymieniała sztućce i talerze z zawartością, napełniała kieliszki winami, kosztującymi więcej niż roczny budżet Maroka. Łatwo dać się oszołomić. Musiałem pilnować się, żeby nie siedzieć z otwartą ze zdumienia gębą. Za to Nina wyglądała, jakby była stałym bywalcem podobnych uczt. Częstowała się z wdziękiem, uśmiechała się, wymieniała uwagi lekko i najwyraźniej – bawiła się przednio. Swobodna atmosfera i kilka kieliszków sprawiło, że zacząłem się rozluźniać, gdy zaproszono nas na poobiednie cygaro do biblioteki. Omszałe obrazy, meble w skórze i egzotycznym drewnie, wszystko wysmakowane i pamiętające bardzo odległe czasy.


    - Opowiadaj Nina – drobniejszy z dwóch gości przeszedł do meritum – jak miewa się nasz konkurencyjny ulubieniec?


    - Przecież wiesz Igor – droczyła się przez chwilę – W tej chwili zapewne pucuje tyłek Morgana. Albo odwrotnie.


    - Nie o to chodziło Nina – syknął nieco rozbawiony, ale i zły, że go zlekceważyła – Złapał się?


    - A mogło być inaczej? – wzruszyła ramionami Nina – Przelew jutro powinien dotrzeć, a Morgan ma przesłać sprzęt na wskazany adres. Powiecie wreszcie co to ma być?


    - Satelita.


    - Na jaką cholerę mi satelita? Mam z Małym szukać tymczasowych wysp. A do tego wystarczy mała armada dronów.


    - Nie. Drony dobre są dla szczeniaków, którym raz w życiu trafi się ziarno. A nam zależy na rezultacie i chcemy przy okazji złapać za jaja Malucha.


    - Malucha? - w głowie tłukły mi się podejrzenia, że Nina właśnie zdradza jedną korporację na rzecz dwóch pozostałych, a Maluch, to pewnie ich CEO. On też pojawiał się na okładkach, starając się unikać towarzystwa, bo był nikczemnego wzrostu i w towarzystwie czuł się jak szczeniak.


    - Ten satelita jest szczególny. Teoretycznie skanuje powierzchnię, ale faktycznie potrafi wyśledzić instalacje podziemne, tunele, pustki, w tym bunkry, schrony i magazyny. To szpieg wojskowy. Oczywiście nie musisz o tym wiedzieć, ale skoro trafia się okazja, grzech nie skorzystać. Zamów to u Morgana. Koniecznie. I nie pozwól mu wykpić się czymś mniej. To będzie twoja premia. Oczywiście poza wynagrodzeniem standardowym.


    - Standardowym? - coś we mnie darło już mordę na potęgę. Jak daleko sięga intryga? Popiłem wodą, obawiając się, że kolejna lampka wina rozwiąże worek z pytaniami i nie powstrzymam ciekawości, przed erupcją. Co tu się tak naprawdę dzieje?


    - OK – Nina nie marnowała czasu, widać kojarzyła szybciej ode mnie. - A to oznacza, że w najbliższym czasie konkurencja się skurczy…


    - Nina – Ostrzegawczo mruknął ten drugi – Czy twój towarzysz zasługuje na aż takie zaufanie, żebyśmy poruszali ten wątek?


    - Nie przyprowadziłabym go, gdyby było inaczej Marquez! - bez wahania odpowiedziała Nina, uśmiechając się dość wyraźnie. - Mały jest piratem wielkiego kalibru. I jeszcze większej przyszłości. Uczy się, ale niezwykle szybko. Możemy rozmawiać otwarcie. Czyli Maluch Hans właśnie kładzie łeb pod topór? Kiedy się dowie?


    - Jak tylko potwierdzisz przejęcie satelity wraz z kodami dostępu. Bo drobne, pewnie wpłyną już bladym świtem, zanim wyjedziesz.


    - I co dalej? - zapytała Nina z niewinnym uśmiechem – Potem będziecie się podgryzać nawzajem?


    - Wyrośliśmy już z tego. Hans, gdyby tylko nieco spuścił z tonu zmieściłby się w truście, jednak to za mały kaliber, zbyt porywczy i skupiony na własnym ego tak już napompowanym, że dialog nie wchodził w grę. Musimy go skompromitować i wyrzucić z rynku. Podzielimy między siebie strefy wpływów, udając, że konkurujemy, ale faktycznie będziemy mieli monopol na światowe zasoby. A ty z tym… Małym… wyeliminujecie możliwość dołączenia kogoś z zewnątrz. Jeśli chwilowe wyspy są faktycznie tak łakomym kąskiem, że mogą zachwiać rynkiem... szukajcie ich, żeby przejąć je, nim ktokolwiek się zorientuje.


    Popołudnie dorosło do poważnego wieczoru, kiedy przyjęcie się skończyło, a ja miałem poczucie deja vu.


    - Ten sam rachunek co poprzednio?


    Nina tylko kiwnęła głową, wkładając mi rękę pod ramię. Ścisnęła mocno i szepnęła:


    - Zabierz mnie stąd Mały. Wystarczy atrakcji na dzisiaj.

***

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Imperium cz. 7 Drugie dno.


    - Nie sądzisz Mój Mały, że kamery odwróciły od nas wzrok? - uśmiechnęła się szelmowsko, zupełnie, jakbyśmy w piaskownicy napsocili. We mnie wciąż kipiała krew po tym, co zbyt krótko nazywa się seksem. Przy Ninie przydałoby się słowo mające znacznie więcej liter, żeby choć zbliżyć się do tego kosmosu, jaki właśnie się odbył – więc słuchaj uważnie, bo nie wiem, kiedy pojawi się kolejna okazja, a nie co dzień można urządzać seanse na rzecz tych zakulisowych podglądaczy.


    - Czyli – z trudem przełknąłem ślinę – mieliśmy towarzystwo?


    - Mały. Jesteś już dużym chłopcem. To oczywiste, że pokój hotelowy jest monitorowany przez Korporację założycielską. Szpiegostwo to dla nich chleb powszedni. Ale nie martw się – oni tu widzieli już nie takie ekscesy. Miejmy nadzieję, że odpuścili. Byłeś całkiem… hmmm… wiarygodny.


    - Byłem?


    - I owszem – krótko przytaknęła odpalając papierosa – A teraz do brzegu. Na kolacji waż słowa. Najlepiej milcz, i staraj się nie mieć zdziwionej miny, kiedy Morgan będzie insynuował i testował twoją odporność na różne trudne słowa. Na przykład konfident, podwójny agent, szpieg, czy zdrajca.


    - Morgan?


    - Ten w krawacie, co nas wiózł. I jego szef być może. Dla nich jestem jedną z tajnych agentek. Zapewne właśnie awansowałam, bo przywiozłam im bardzo bogaty transport. Niezaewidencjonowany.


    Zakrztusiłem się zupełnie naturalnie. Przywieźliśmy rudę korporacji? Mieliśmy przecież zarobić. Liczyłem, że statek trafi do pirackiego portu, skąd transporty odbiorą rudę do ukrytego azylu, gdzie wydestylują z niej miliony w żywej gotówce. A tu taka konfuzja.


    - Mały! - skarciła mnie, sycząc jak żmija – Myśl szybciej! Gdzie najłatwiej ukryć kontrabandę? Oczywiście w brzuchu lewiatana. Morgan nie raz robił lewiznę, a jego szef poci się smalcem na myśl, że mógłby zostać bardzo bogatym szefem Korporacji. Chętnie obejrzałabym ich w zwarciu, kiedy już ładunek zostanie przemielony i puszczony na sita. Ich biznesową erekcję może nawet zobaczysz przy kolacji. Zrobią to. Przepuszczą towar przez maszyny Korporacji, spylą towar fałszując faktury zakupu i zgarną… zgarniemy tyle, ile się da. Nieskazitelne pieniądze. Szef Morgana, ilekroć zostają sam na sam, każe mówić do siebie Kajzer. Że niby cesarz. A Morgan uwielbia być sługą gotowym na każde świństwo. Dobrali się idealnie. Korzystaj z luksusu. Jedz, pij i trzymaj mordeczkę na smyczy. Niech ci jęzor nie odfrunie. Udawaj niemowę.


    Jeszcze nie zdążyła się przebrać, kiedy ekran na ścianie pojaśniał od uśmiechu Morgana.


    - Gotowi? - świnia! Widział co robiliśmy i jego oczy omiatały nagość Niny bez skrępowania – Kolacja stygnie, a Szef nie lubi zimnych dań, więc pospieszcie się trochę.


    Zeszliśmy na parter i prowadzeni przez hotelowego boya do restauracji, której nad drzwiami zabrakło miejsca na gwiazdki. Ekskluzywna, to niedostateczne słowo dla przepychu, jaki ujrzeli wewnątrz. Nina miała rację. Jedzenie było boskie. Żadnych kompromisów. Suto, rozrzutnie i absolutnie ekstrawagancko. Grzech pożerać dzieła sztuki, a każda z potraw warta była uwiecznienia. Szef Morgana bez skrępowania głaskał podwładnego po kolanach, gdy słuchał relacji Niny z wyprawy i zdrady kapitana. Aż zaczął się jąkać na myśl, że cenny ładunek mógł wpaść w niepowołane (czyli nie jego) ręce.


    - My… my… myślisz, że dla kkkogo pppracował? - seplenił z emocji, aż kropla śliny plasnęła cicho o nieskazitelny dotąd obrus – mmmogłaś nam go pprze… przekazać, to wyddddusilibyśmy my… mmmy z niego kkomu miał zzzawieźć tttowar. Ttaka bez bez bezczelność!


    - Wiesz co zawiera ładunek? - Morgan nie miał kłopotów z klejeniem słów w całość i wpatrywał się we mnie, jakby chciał mi wepchnąć oczy głębiej w oczodoły – FOR-TU-NĘ! Nigdy nie widzieliśmy tak bogatej rudy. Będzie tego więcej? Kiedy możesz dostarczyć?


    - Tymczasową wyspę już pochłonął ocean – krótko ucięła Nina – ale możemy poszukać kolejnej. Mały potrafi znaleźć nową. Potrzeba tylko trochę wsparcia, ale chyba jesteście przygotowani na drobną dotację na rzecz zysków?


    - Jak dddrobną? – zainteresował się Szef Bez Imienia.


    - Kto nie smaruje, nie jedzie – wzruszyła ramionami – przydałby się zaawansowany sprzęt, intymny lokal z lądowiskiem dla dronów, łącznością satelitarną, no i aprowizacja. Plus gotówka. Czyściutka i nie budząca podejrzeń. Powiedzmy – dziewięć zer. Na początek wystarczy.


    - Dzi, dzi… dziewięć? Czy ty myślisz dziewczyno, że ograbiliśmy Boga? - Szef ledwie łapał oddech – Pppół miliarda i ani grosza więcej.


    - Jeszcze nie dobraliście się do boskiego portfela? - zainteresowała się dla odmiany Nina – Pół miliarda musicie podeprzeć powiedzmy tróojką z przodu. Inaczej nic z tego nie będzie.


    - Dddwa i koniec tych targów – zdenerwowany szef ścisnął Morgana za jaja tak mocno, że Morgan poszarzał, ale wciąż się uśmiechał blado.


    Nina skinęła głową. I zaraz zrobiło się miło, ciepło i sympatycznie. Nieznane mi stworzenia oddały życie, żeby oszołomić mnie smakiem tonąć w sosach tak wyszukanych, że ich nazwę kucharz wymyśli dopiero pojutrze, kiedy sczołga się z tyłka kucharki. Biznes na gębę, żadnych kwitów, umów, czy przysiąg. Z piratami i szefami to niepotrzebne. Zemsta byłaby zbyt uciążliwa dla oszusta.


    - Dasz sobie radę z ludźmi? - Morgan chciał chyba podkreślić, że nadal żyje – Nie domyślają się, że jesteś naszym człowiekiem w ich szeregach? A ten tu? Też jest zdradziecką szmatą?


    Uśmiech Morgana rósł, gdy mi na twarz występowała krew. Nina chwyciła mnie za kolano, ale jaj nie sięgała. Gdy uświadomiłem sobie ową szczególną różnicę, uśmiechnąłem się szeroko.


    - Nie martw się Morgan. Nina panuje nad wszystkim. Grunt to zachować rozsądek i całe jaja. - nie umiałem się powstrzymać przed drobną uszczypliwością i chyba trafiłem, bo temat umarł.


    Do końca wieczoru nie padło już ani słowo na temat biznesu. Dopiero, kiedy wstaliśmy od stołu, by wrócić do apartamentu szef, nie siląc się na udawany szacunek dla kobiety opuszczające towarzystwo wystękał obżarty jak świnia.


    - Pppojutrze. Ten sam rachunek, co pppoprzednio? Mmmmorgan zorganizuje rrresztę tę… Ale ttto też dopppiero ppojutrze.


    - Biedny Morgan - Nina śmiała się jeszcze, kiedy wchodziliśmy do windy. - Szef będzie go ujeżdżał aż do pppopppopppojutrza. Odda biedak wszystko, czym kałdun napchał. I to z nawiązką. Naprawdę żałuję, że nie możemy zobaczyć tej jazdy!

***

Imperium. cz. 6 Gry strategiczne.


    Oficjeli na nabrzeżu było znacznie więcej. Brak sił policyjnych, czy jednostek antyterrorystycznych nic nie tłumaczył. Nina przedstawiła mnie jakiemuś bubkowi, który wzrokiem penetrował powietrze nade mną, nie zniżając się do zauważenia. Limuzyna nie wyglądała na więzienną karetkę, ale może w korporacjach takie rzeczy są na porządku dziennym. Dać skazańcowi ostatnia chwilę luksusu. Skorzystałem. Tak, jakbym miał wybór. Nina coś opowiadała krawaciarzowi, ten kiwał głową. Komitywa. Mnie ignorowali. Na szczęście. Czy w mojej sytuacji można popełniać głupstwa? A może to już bez znaczenia? Samochód zatrzymał się przed ekskluzywnym hotelem.


    - Najpierw kąpiel, garderoba, a potem obiad? - Krawaciarz udawał, że pyta. - Na siedemnastą?


    Nina kiwnęła głową, ale bubek już wracał na klimatyzowane łono limuzyny.


    - No Mały! - sapnęła Nina – Bieg zdarzeń nieuchronnie pcha nas do łóżka. Chodź, miejmy to z głowy. Apartament powinien unieść taki epizod.


    Zakrztusiłem się. Nina była kobietą zdecydowaną i (jak sądziłem) pozbawioną uczuć miękkich. Zaproszenie również brzmiało jak rozkaz. Jeśli jednak mam zdechnąć, to niech choć przez chwilę moje będzie na wierzchu. Drzwi połknęły nas i winda pełna złoceń i przeszkleń wiozła nas na szczyt. Najlepsi zawsze siadają możliwie najwyżej. Jak wrony.

niedziela, 12 listopada 2023

Imperium. cz. 5 Wątpliwości.

 

    Morze nie protestowało przeciw powrotom na łono cywilizacji. Dni płynęły spokojnie, wręcz leniwie, statek matka zdawał się sięgać obu krańców widnokręgu, stanowiąc niemiłą zadrę na wszechobecnym błękicie. Zanurzony głęboko pod ciężarem ładunku, mozolnie płynął ku przeznaczeniu. Każdemu potrzebny był czas, by oswoić się z faktami i odpocząć po naprawdę wielkich emocjach na tymczasowej wyspie, którą niechybnie już porwały bermudzkie diabły.


    Niemal patologiczna podejrzliwość Niny okazała się zbawienna. Na statku-matce znaleźliśmy uwięzioną załogę pilnowaną przez automaty. Prócz maszyn na statku nie było innego nadzoru. Najwyraźniej kapitan (niech go piekło pochłonie wraz z wyspą) nie dowierzał nikomu, albo nie chciał dzielić się z personelem.


    - Skąd miał taki sprzęt? - zachodziła w głowę Nina – Nie wyglądał na krezusa, którego stać na zakup ultranowoczesnych zabawek bojowych.


    Piraci w ogóle z nich nie korzystali, uznając cybernetyczne istoty za zbyt łatwe do zmanipulowania, czy unieszkodliwienia. Kapitan jednak skusił się i dzięki nim opanował pokład, nim załoga zorientowała się w czym rzecz. Dopiero impuls pozbawił cyfrowe stwory namiastki życia. Znów złom stał się złomem, bez aspiracji intelektualnych. Załoga… Nina nie mogła jej już zaufać. Wszczepy, wykonane pod przymusem, mimo że unieszkodliwione mogły mieć uśpione uwarunkowania zaimplementowane w mózgach nie podejrzewających nawet zarażenia zewnętrznym imperatywem. Ktoś mógł nimi zdalnie zarządzać. Ktoś (kto?) mógł kontrolować świadomość ludzi poddanych praniu mózgów i ukrywać się w splotach nerwowych do czasu, gdy będą potrzebni posłuszni i lojalni wykonawcy.


    Na czas podróży Nina postanowiła udawać, że nie dostrzega ukrytego zagrożenia. Nie chciała prowokować ewentualnego ataku, czy wzbudzać podejrzeń w mocodawcy. Kapitan nie żył, ale zapewne sznurki pociągał ktoś inny. Ostrzegła mnie, bym nie był zbyt wylewny względem tych ludzi i raczej nie mówił zbyt wiele. Emocje minionych dni stygły powoli. Pokładową rozrywką były niekończące się przechwałki kto na co wyda fortunę z pełnego brzucha masowca. Kiedy zarys lądu ozdobił monotonię widnokręgu byłem już mocno znudzony pomysłami ich lordowskich mości, u których poziom perwersji przekroczył wszystko, co śmieli wymyślić twórcy z branży hardporno, czy horrorów.


    Morze przestało być odludne. Coraz więcej jednostek zmierzało zbieżnym kursem. I chwała Bogu, bo znudzeni do granic ludzie stawali się uciążliwi i drażliwi. Teraz mieli zajęcie i poganiani stalowymi rozkazami Niny przestali zajmować się głupotami. Próbowałem dopytać Niny o dalsze plany, jednak za każdym razem jej oczy penetrowały okolicę, a palcem ostrzegała mnie, że lepiej unikać newralgicznych tematów.


    - Grząski grunt. Lepiej nie ryzykować. Elektronika może nasłuchiwać z daleka. Wiesz o tym. A tu… mamy jeszcze tych ludzi. I nie dowiesz się kto słucha. Poczekaj. Jeszcze trochę.


    Czekałem. Cały byłem czekaniem, a nie znam nikogo, kto to lubi. Brzegi ziemi były już doskonale widoczne. Zabudowane architekturą nie tylko portu - cargo, ale całą infrastrukturą cywilizacji. Spore miasto… Nie spodziewałem się, że będziemy płynąć między ludzi. Sądziłem, że łup gdzieś ukryjemy, rozproszymy się, a akcja separacji metali odbędzie się daleko od ciekawości postronnych. Tymczasem, nad portowymi budynkami dało się już odczytać logo jednej z największych korporacji, a statek-matka zmierzał wprost w paszczę lwa. Patrzyłem na Ninę zdumiony, ale ta uśmiechała się tylko i kiwała przecząco głową.


    -Nic nie powie cholera jedna! - zżymałem się – a może…


    Podejrzenia narzucały się same. A może Nina była agentem korporacji? Może zwiodła nas wszystkich i teraz... Niech to szlag! Zaufałem małpie. Jak debil! A teraz płyniemy do doków korporacyjnych z kontrabandą, za którą nas wszystkich powieszą na suchej gałęzi. Nielegalne wydobycie, sprzedaż materiałów strategicznych i miliard paragrafów, mających uchronić korporacje przed konkurencją pomniejszych cwaniaków. Przed nami. Nie było dokąd uciec.


    Rzucono cumy. Nabrzeże zaroiło się od personelu. Statek uwiązany na smyczy trzymał się brzegu pozwalając na rzucenie trapu. Nina schodziła pierwsza, witając się z kimś w garniturze kosztującym więcej niż wynosił roczny budżet Kambodży. Załoga pakowała właśnie manatki i wesoło schodzili za Niną. Czyżby bywali tu wcześniej? Podejrzenia we mnie nie kwitły, a rozszalały się bez cienia umiaru.


    - Alem sobie wybrał pirata na wspólnika!


    Nina gwizdnęła ostro i pomachała ręką, żebym do niej dołączył. Z braku lepszych pomysłów poszedłem. W paszczę lwa.

wtorek, 7 listopada 2023

Imperium cz.4 Do domu.

 


    Nina wysłała załogę na zasłużony odpoczynek, dając im po błękitnej pigułce wzmacniającej. Uśmiechnęła się i puściła do mnie oko. Viagra czyni cuda. Z braku kobiet na pokładzie, pod pokładem dyskretnie kwitła kultura jednopłciowej miłości i kajuty wypełnił jęk dawców i biorców prawdziwie męskiego pożądania. Skorzystaliśmy z intymności podłączając w pełni naładowaną baterię akumulatorów i uruchamiając silniki. Kapitan nie kłamał choć ten jeden raz. Naprawdę podróż po piekielnym Trójkącie wiodła z prądem. Tym ukrytym w maszynowni.


    - To jeszcze nie koniec Mały – szepnęła Nina – ale teraz mamy kilka godzin na odpoczynek. Później nauczę cię, jak być korsarzem, gdy wokół roi się od piratów. Prawdziwych i udawanych. Musimy wrócić na statek-matkę. Sama nie wiem, co zastaniemy. Bogata ruda, to naprawdę łakomy kąsek.


    Zasypiałem właśnie, kiedy niebo rozdarł grzmot. Nie musiałem się oglądać. Wyspa przestała istnieć. Ocean pożarł ją i ugasił piekielne pragnienie. Koniec gorączki złota. Szóstą część łupów wieźliśmy statkiem bez kapitana i z załogą kompletnie pozbawioną woli wbrew im samym. I nieświadomych, że ich los spoczywa w cudzych rękach.


    - Mój również? - Sen odpłynął pod naporem nieznośnych myśli – Nina mówiła… A jeśli kłamała? Przecież i tak uwierzyłem jej bez wszczepu. Na pewno bez? Uwierzyłbym bez?


    Zaplątałem się w dywagacjach. Była zbyt ładna. Zbyt mądra, aby musieć mnie wiązać wszczepem. Zdaje się, że wolała świat wolny od cyborgów. Może będzie umiała uwolnić mnie od wtyczki? Nie wiem kiedy, od lęków przeszedłem do marzeń. Nim zasnąłem, byłem przekonany, że zakochałem się i teraz muszę tylko podbić jakiś kontynent, oskalpować zarząd największej korporacji i koronować siebie/nas na następców tronu i innych zaszczytów.


    Pobudka nie była już tak sielska. Ocean zachowywał się w miarę przyzwoicie, jednak zatknięty na widnokręgu statek matka miał burty w innych kolorach, niż kiedy zaczynaliśmy naszą awanturniczą misję. A może to nie matka? Nina kompletowała właśnie wiadomość flagową – komunikacja jak za króla ćwieczka, ale o dziwo udało się. Z tamtej strony napłynęła odpowiedź, nieco mniej kolorowa od naszego pytania. Oczywiście nie rozumiałem nic, jednak Nina wydawała się spokojna.


    - Jesteśmy w domu. Ale pistolecik trzymaj za paskiem tak, żeby nikt go nie dostrzegł, dobrze Mały? Wsuń scyzoryk do skarpety. Najlepiej zrób to w kajucie, żeby jakiś dociekliwy obserwator nie zobaczył, co majstrujesz. Swoją drogą – nie pobawiłbyś się dronem na wszelki wypadek?


    Kapitan najwyraźniej miał szerokie horyzonty zainteresowań. W magazynie znalazłem drony podwodne i powietrzne, a nawet korzystające z obu mediów w zależności od potrzeb. Kiedy jednak odkryłem stację nasłuchową potrafiącą przejąć sygnały satelitarne, wolałem skorzystać z bezpośredniego nasłuchu. Statek-matka zdawał się być martwym wielorybem. Ale pokłady miał pełne naszej rudy. Mostek pusty, pokłady również. Ktoś jednak odpowiedział na sygnały Niny. Wzmacniacze dźwięku i obrazu odbiły się o podobną próżnię. Mimo to, ustawiłem nasłuch i podgląd non-stop, licząc, że życie nie zniesie kompletnej próżni.


    Zbliżaliśmy się powoli. Nina wolała mieć czas na orientację w sytuacji. Matka milczała wciąż. Nieludzkie. Wyłączone silniki, czajniki, wentylatory, nawet szum automatycznych toalet nie włączał się w kakofonię morskich fal. Gdybym miał więcej mocy użytkowej na satelicie, mógłbym jeszcze wzmocnić sygnał i wyszukać bijące serca. Jeśli w ogóle jakieś tam były.


    - Mały! - mruknęła Nina – nie podoba mi się to. Musimy coś zrobić, bo inaczej po nas. Najpierw usunę ci wszczep. Obawiam się, że matkę przejęły cyborgi. Albo SI. Musimy puknąć impulsem elektromagnetycznym. Bo moi ludzie muszą być pod pokładem. Nikt inny nie odpowiedziałby na nasz kod flagowy prawidłowo.


    Usunięcie wszczepu nie było już tak komfortowe. Bolało jak diabli. Jakby odpinali człowieka od kroplówki z żarciem. I została dziura w karku. Głowa bolała mnie, jakbym zbyt długo pozostawał pod wpływem farmakologii, czy alkoholu. Nie ma co. Interfejs, nawet najniewinniejszy uzależnia i obezwładnia. Zawłaszcza ciało. Dobrze, że go wyjęła.


    - A reszta? Co z nimi?


    - Im nie mogę wyjąć – wzruszyła ramionami – Nie wiem, co namotał im w splotach programów nasz ukochany kapitan. I czy nie zostanie ślad w układzie nerwowym. Coś jakby pamięć o wcześniejszym życiu. Mogą mieć rozwinięte rozmaite, bardzo paskudne pasożyty, które przetrwają usunięcie wszczepu. Ciebie pilnowałam, to wiem, że jesteś ok. Oni pocierpią, kiedy wyślemy impuls. Trudno. Życie pirata to także ból.


    Ból było słychać bez wzmacniaczy. Kajuty wypełniły się wyciem, kiedy impuls roztrzaskał się o burty statku matki. Elektronika zwiędła w okamgnieniu. Statek siłą rozpędu dobił do burty matki. Załoga jęcząc wynurzała się na pokład.


    - Teraz są czyści – beznamiętnie popatrzyła na mnie i swoich ludzi – Panowie, nie ma co rozpaczać. Na matce są gdzieś nasi. Musimy ich odnaleźć i uwolnić. Dość leniuchowaliście. Idziemy. A przeładunek bez elektroniki, to też będzie nie lada atrakcja. Mały? Potrafisz zapewnić nam parasol? Wolałabym, żeby satelity nie zerkały na nas przez czas jakiś. Chyba nie chcemy się chwalić, dokąd zawieziemy rudę?


*** cdn?


poniedziałek, 6 listopada 2023

Imperium. cz.3 Drugie dna.

 

    - Musisz mi zaufać – syknęła, gdy tylko kapitan zamknął drzwi. – Za chwilę się okaże, że jedno z nas też musi poddać się zabiegowi, bo inaczej załoga się zbuntuje. Jeśli do tego dojdzie zginiemy oboje. A jeśli mi zrobią wszczep, wtedy już się nie obudzę, a kapitan przejmie rządy na statku. Jedyna szansa, to poddać zabiegowi ciebie. A kapitan będzie bezradny, bo ja z nim sobie poradzę. Więc uważaj. Pokażemy załodze, że to bezpieczne i każdy wyjdzie bez szwanku. Ale fakty będą takie, że wyjdziesz żywy tylko ty. A z nich wyprujemy każdy wolny elektron, żeby stąd zwiać. Masz moje słowo. Pirackie, ale moje.


    Załoga dreptała w miejscu na głównym pokładzie. Nad wyspą kita dymu i ognia biła niebo niczym wściekły tygrys przed atakiem. Kiedy się dobrze przyjrzeć konturom, wyspa zdawała się być mniejszą niż miesiąc temu i najwyraźniej zamierzała zanurzyć się w chłodne wody oceanu na więcej niż ludzką chwilkę.


    - Panowie – głos kapitana ociekał słodyczą, w której tylko koneser mógł doszukać się odrobiny dziegciu. I wcale nie był już lakoniczny - Bez prądu nie ruszymy się stąd. Jak wiecie akumulatory przepadły. Nie mamy zapasowych, panele słoneczne nie pracują z braku słońca nad widnokręgiem. Potrzebujemy prądu rozruchowego, inaczej pogrążymy się w oceanie razem z wyspą, chyba, że wcześniej rozwali nas jakiś płonący odłam spadający z nieba z wielką prędkością. Każdy z nas jest akumulatorem. Mamy w sobie zasoby energii, które dla wspólnego dobra musimy wykorzystać. Statek wyposażony jest w małe laboratorium i możemy wykonać banalny wszczep. Zabieg prosty i bezbolesny. W miejscowym znieczuleniu. Wszczep zamontowany wprost do układu nerwowego pozwoli nam zasilić akumulator do startu statku. A kiedy już ruszymy, popłyniemy z prądem, a wesprą nas zamontowane poniżej linii wodnej turbiny, które doładują baterie. Wystarczy, że każdy załogant odda około trzydziestu procent energii i uciekamy z tej przeklętej wyspy! Wszystko jest już gotowe do zabiegów. Przed poborem prądu każdy otrzyma ekstra porcję kawy, czekolady, adrenaliny, czy czego potrzebuje, żeby strata energii była jak najmniej dotkliwa, a po wszystkim i tak będziemy odpoczywali i taplali się w dostatku aż do śmierci.


    - Ale – wątpliwości gęstniały w atmosferze i osiadały niepokojem na skórze łydek – a co jeśli…


    Któryś powtórzył moje pytanie – pomyślałem – teraz się zacznie.


    Panowie – kapitan najwyraźniej miał dzień mówcy – żeby rozwiać wasze wątpliwości…


    - Mały będzie pierwszy – brutalnie przerwała potok wymowy Nina. – Pokaże wam gnojkom, że nawet szef wyprawy nie cofnie się przed daniną na rzecz powrotu do domu.


    Kapitanowi opadła szczęka, ale Nina skutecznie rozbroiła go odbierając nawet poślednie argumenty. Fakt. Jeśli „szef wyprawy” siada do wszczepu, to co tam jakaś Nina. Moja staroświecka dusza zżymała się na myśl o wszczepie, ale kobieta miała rację. W fizycznym konflikcie z kapitanem nie miałem szans, a nagle straciłem całą wiarę w czystość jego intencji. Miał coś takiego we wzroku, jakby wilka przyłapanego na ukradkowym, pospiesznym przełykaniu dopiero co zaginionego kurczęcia.


    Nie kłamał sukinsyn. Nie bolało. Ledwie chwilę trwało i na karku miałem już wszczep z interfejsem kompatybilnym z wtykiem kabla zasilającego. Monitor wyświetlał wynik pomiaru poziomu energii. Czekoladę uwielbiałem od zawsze. Zjadłem trzy tabliczki. Z adrenaliny zrezygnowałem. Bałem się, że na oczach załogi dostanę wzwodu, albo zrobię coś bardzo głupiego. Kawa, po czekoladzie nie smakowała, ale pomiary energii wskazały wzrost. Parę łyków napoju energetyzującego i zaczęło się. Nie mogłem zrobić nic. Wszczep przejął całkowitą kontrolę nad moim ciałem. Byłem dawcą. Biernym i bezwolnym. Maszyną. Jednak czułem ssanie, pustkę i przerażenie. Wstydziłem się, kiedy poczułem, że zmoczyłem spodnie. Nigdy nie byłem specjalnie odważny. Monitor pokazywał kurczące się zapasy energii, prąd płynął bezszelestnie, ja wiłem się i pociłem. Wreszcie ssanie ustało. Poczułem, jak miękkie mam nogi. Kapitan odpiął kabel.


    - Widzicie jakie to proste? - Z tego chuderlaka udało się uzyskać niewiele, ale wy, byczki to inna liga! Zobaczycie, popłyniemy ekstra cugiem! Raz, dwa, zapraszam kolejno do separatki.


    Kiedy poszedł pierwszy, opór pozostałych zmalał. Taśmowa produkcja ruszyła. Każdy z załogi wychodził z separatki z błyszczącym wszczepem na karku, stawał przed monitorem i po pobraniu środków energotwórczych zdawał trzydzieści procent. Globalna wartość poboru rosła systematycznie, choć nikt z dawców nie wiedział, jaką wartość musi uzyskać akumulator, aby rozruch się udał.


    - Trzymaj – syknęła Nina, ukradkiem podając mi coś na kształt pistoletu – za chwilę ktoś wyjdzie przez tamte drzwi. Nie patrz, nie myśl, tylko strzel. Zobaczymy, co za niespodziankę przygotował nasz kapitan. Przypilnowałam, żeby twój wszczep był nieco inny niż dla pozostałych. Zwróciłeś uwagę? Twój jest neutralny. Oni na żądanie będą skazani na powtórne wpięcie w układ zasilający baterię. Tylko jeszcze tego nie wiedzą, bo imperatyw pojawi się dopiero na żądanie.


    Miałem chyba kwadratowe oczy, bo zaśmiała się cicho, nim odsunęła się, zajmując taką pozycję żeby patrząc od wskazanych drzwi była za kapitanem. Wzrokiem kazała mi patrzeć na drzwi i na nic więcej. Pistolet palił mnie w rękę, jednak wierzyłem w Ninę. Nie wiem kiedy zaufałem jej przewidywaniom, ale dotychczas nie oszukałem się wierząc jej scenariuszom. Kapitan gwizdnął i nie zdążył zrobić nic więcej. Nóż, zwykły nóż komandosa, staroświecki, jak moje sumienie, znalazł tętnicę na gardle kapitana i było po wszystkim. Nawet nie krzyknął. Drzwi otworzyły się z hukiem. Strzeliłem w czarną otchłań nie patrząc. Pocisk zrobił zamieszanie za drzwiami. Zabrał powietrze, ogłuszył, albo zatrzymał serca stojących za nimi. Nie trzeba było nic zbierać, ani poprawiać. Wszystko co żyło, opadło ciężko na podłogę. Czterech dobrze odpasionych osiłków uzbrojonych kompletnie przypadkowo. Nowoczesna broń rażąca i staroświeckie harpuny.


    - To jeszcze nie koniec – Nina skoczyła w otchłań i usłyszałem krzyk podwojony echem, albo powtórzony kolejnym zgonem. - No! Teraz możemy już wracać do domu.


    - A oni?


    - Ich ofiara nie będzie na razie konieczna. Ten łajdak ukrył rezerwowe baterie. Ale na razie poudajemy, że poświęcenie załogi dało rezultat. Nie wiadomo, kiedy się nam przyda imperatyw. Gratuluję mały! Przepraszam; MAŁY. Od tej chwili jesteś piratem. Obawiałam się, czy strzelisz na czas. Wahanie mogłoby nam napsuć krwi, ale spisałeś się.

niedziela, 5 listopada 2023

Imperium. cz.2 Odwrót.


    Po tygodniu mieszających się nadziei i zwątpień, wulkan uspokoił się na tyle, że przez zwały ciężkich chmur zaczęło przebijać upiorne, rudo-pomarańczowe słońce. Ziemia wreszcie przestała drżeć. Mimo, że półmrokowi daleko było do sielankowego poranka, Nina postanowiła zaryzykować wydobycie. Tydzień bezczynności dał się wszystkim we znaki. Ładowali się na samochody terenowe i pośród przekleństw jechali na teren wyrobiska. Pamiętali, że w kopalni nie został żaden działający akumulator pozbawili więc statek każdego wata energii magazynowanej dotychczas na potrzeby podróży powrotnej.


    - Słońce jest wieczne! - Mówili. – Złe dni się skończyły. Tylko patrzeć, jak wiatr rozwieje chmury i panele słoneczne znów zaczną pozyskiwać energię.


    Szczęście zdawało się ogrzewać beztroskie sumienia. Akumulatory statku, podpięte do maszyn budowlanych, pozwoliły podjąć pracę wydobywczą. Ładowarki w okamgnieniu napełniały kontenery pokruszonym skarbem, który lada dzień mógł zatonąć bezpowrotnie w otchłaniach oceanu. Niektórzy modlili się o dodatkowe dni, czy godziny, bardziej pochopni uznali, że najgorsze za nimi i teraz trzeba zrealizować zysk. Spontanicznie podzielili się na dwie ekipy i zdecydowali pracować w systemie dwunastogodzinnym. Sen-praca-sen. Bez końca, bez przerw. Byle tylko nie zabrakło energii maszynom wydobywczym i transportowym. Odpoczną w drodze powrotnej i później, kiedy zakończą się aukcje, podczas których sprzedadzą na licytacji urobek mozolnych tygodni.


    Nikt nie sarkał, nie ociągał się. Eldorado rozchyliło płodne łono i błagało, żeby je wykorzystać do cna. Będą wspominać te dni przy szklaneczce czegoś wykwintnego i śmiać się z głupoli, którym zabrakło odwagi. Los wyspy był przesądzony. Ich los, właśnie składał dłonie do oklasków, podziwiając tempo w jakim przeistaczali się w miliarderów. Świat od tak dawna cierpiał na deficyt metali ziem rzadkich, że nowe złoża potrafiły wywołać konflikty zbrojne i lokalne rewolty. To był rarytas, nieodmiennie osiągający na giełdach coraz bardziej zawrotne ceny. Korporacje głodnym wzrokiem wypatrywały nawet komet przelatujących w sensownej odległości, żeby z nich uszczknąć choć odrobinę. Ziemia, jak się zdawało nie mogła już nic zaoferować „wolnym strzelcom”. Znane, zinwentaryzowane złoża były podzielone i zazdrośnie strzeżone. Recykling osiągnął tak oszałamiające rozmiary, że przy zakupie towarów należało podpisać umowę o dobrowolnym zdaniu towaru do producenta po zakończeniu użytkowania pod karami tak restrykcyjnymi, że nikt nie ośmielał się naruszyć warunków umowy.


    A tu wyspa skarbów. I pieprzony wulkan, który nie potrafił się zachować. Teraz, kiedy wydawało się, że los postanowił jednak dać szansę na wzbogacenie się ekipie śmiałków, wulkan znów się zatrząsł. W niebo poleciały piroklastyczne bomby wielkości małych płonących wieżowców. Granity, i wszystko, co zawierały wylatywało z gwizdem w powietrze i spadało z sykiem w słone wody oceanu. Panika w końcu przebiła się przez zachłanność i załoga nie czekając na rozkaz odwrotu ładowała się do samochodów terenowych, by wrócić na frachtowiec. Jakby to miało coś zmienić. Przycumowany do prowizorycznego mola statek kołysał się pod wpływem fal wstrząsanego bombardowaniem oceanu i za nic nie chciał słuchać rozkazów kapitania. Zachłanność eksploratorów pozbawiła statek wszelkich źródeł zasilania, a panele słoneczne były wciąż bezużyteczne. Pozostawało trwać w nadziei, że gotujące się kamienne obeliski miną statek, a aura pozwoli naładować baterie i bezpiecznie odpłynąć z wyspy, nim piekło ją pochłonie. Pełne ładownie cierpliwie czekały na ejakulację.


    - Kretyni! - Nina potrafiła drzeć się i kląć lepiej od bosmana zaprawionego w słownych utarczkach we wszystkich pubach i tawernach świata. – Zostawiliście akumulatory na spychaczach! Tak wam pilno do mamusi? Niby jak mam dowieźć wasze drogocenne tyłki do cywilizacji bez prądu? Natychmiast wsiadać na dżipy i przywieźć wszystkie działające jeszcze ogniwa! I nie wracać mi bez nich, bo osobiście was rozszarpię i nawet wściekłym psom nic nie zostanie na deser!



    Cóż… Wrócili po sześciu godzinach przestraszeni jak nigdy.


    - Nina… - bąknął jeden z nich jąkając się ze strachu. – Akumulatory szlag trafił...


    - Jak to? - Warknęła sucho.


    - Wyrobisko też – mruknął inny – i kilkunastu naszych do kompletu. Zostało nas ledwie dwudziestu.


    - Dwudziestu debili w kupie. Takie stężenie może nas wszystkich zabić. Co się stało? Gdzie baterie?


    - Te ostatnie wstrząsy zabrały akumulatory, naszych ludzi i wyrobisko. Całe. Teraz jest tam wielka, zionąca ogniem dziura. Musimy wiać jak najszybciej.


    - A możesz mi powiedzieć, w jaki sposób? - Jadowicie uprzejmie, z chłodną ostrością pękniętego kryształu lodu zapytała Nina.


    - Jest sposób, ale wymagający poświęceń. – Wtrącił się kapitan statku.


    - Przejdźmy do kajuty. – Nina już była w drodze, a kapitan posłusznie dreptał za nią. Załoga zdezorientowana stała na trapie nie wiedząc, co ich czeka.


    Usiedli u mnie, bo Nina źle reagowała na kapitańską kajutę, w której to nie ona oficjalnie była przywódcą. Kapitan starał się jak mógł o lakoniczność:


    - Wszczepy – podniósł oczy na Ninę – dla całej załogi. Wydusimy prąd z ich układów nerwowych. Będziemy stymulować i pobudzać, aż naładują baterie. Proszę pamiętać, że na rozruch idzie maksymalny prąd. Potem, w trakcie podróży mamy turbiny, które doładowują akumulatory i nie zużywamy aż tyle energii. Poza tym będziemy płynąć jednym z tych piekielnych prądów i to w dobrym kierunku. Powinno się udać…


    - Musi się udać – warknęła – zbyt wiele zainwestowałam w ten interes, żeby teraz zdychać na gasnącej wyspie, jak jakiś kiep!


    - A co jeśli… - zająknąłem się, ale musiałem wiedzieć. – Co jeśli prądu będzie za mało?


    - Zamęczymy ich, wyssiemy do szpiku. Gówno mnie obchodzi. Mogli pilnować baterii! - Kapitan był bezduszny jak czajnik z gwizdkiem, mordujący ciszę o czwartej nad ranem. – Byle nie zorientowali się, zanim zaczniemy pobierać, bo bunt na pokładzie to coś paskudnego. Możesz mi wierzyć brachu!


    - Nie martw się mały – Nina tylko wzruszyła ramionami. – Weź przykład z motłochu i powiedz sobie tak, jak mówili oni. Mniej chłopa do podziału, pula rośnie, ty krezusie! Kapitanie? Proszę iść i przygotować wszystko do zabiegu. Za chwilę do pana dołączę.

sobota, 4 listopada 2023

Imperium. cz.1 Katastrofa.

 

    Wnętrze wyspy stęknęło mocniej niż dotychczas - górujący nad krajobrazem las, porastający zbocze, przestał istnieć. Zapadł się wraz z centralną częścią najwyższego wzniesienia wzbijając w niebo szybko rozprzestrzeniający się tuman kurzu i ognia. Wulkan przestał być hipotezą naukową. Stał się przerażającym faktem. Czymś, z czym co prawda wszyscy się liczyliśmy, ale w perspektywie miesięcy – nie godzin. Zasnuł niebo, jakby dzień nie miał już nigdy nastąpić.


    - Niech to szlag! - kapitan nie przebierał w słowach i reszta komentarza nie mieściła się w słownikach salonowych – Dlaczego właśnie teraz?


    Siedziałem na mostku. Dotąd bezpieczny i narażony jedynie na kołysanie falami, teraz dotknięty paraliżem lęku. Przypłynęliśmy tutaj dzięki mnie - w obliczu kataklizmu, należałoby chyba powiedzieć, że przeze mnie. Od dziecka roiłem wizje podróży zamorskich, z obowiązkowym odkrywaniem nieznanych lądów i eksplorowaniem dziewiczych terenów. Na pamięć znałem książki o odkrywcach i rozbitkach, o ludziach chytrych i głodnych sławy, czy bogactw. Ale… urodziłem się zbyt późno. Świat został rozrysowany na szczegółowych mapach i nic nie umknęło uwadze kartografów. Zbadane zostały wszystkie kontynenty, świat gór wysokich i jeszcze głębszych dolin oceanicznych. Nie została żadna tajemnica, żebym mógł się wykazać. W czasie, gdy podbój najbliższych planet wydawał się kwestią zaawansowanej ekonomii, połączonej z planem logistycznym, eksplorację ziemi należało uznać za temat zamknięty. Mimo to spędzałem wieczory na mrzonkach. Śledziłem bezzałogową jednostką bezdroża oceaniczne z dala od szlaków handlowych i kurierskich ścieżek. Pozwalałem sobie na niebezpieczną zabawę w patrolowanie pogranicza pirackich rewirów. Kilkakrotnie zanurzyłem się dronem w otchłanie Trójkąta Bermudów, w nadziei, że mgły rozstąpią się i ukażą to, czego nie widział dotąd nikt.


    Najwyraźniej byłem dzieckiem szczęścia urodzonym w czepku, bo stało się! Nazwanie mnie dzieckiem, było już co prawda mocno przeterminowane, ale jednak. Piraci szmuglowali ludzi i towary równolegle do jednego z ramion Trójkąta Śmierci, ja zapuszczałem się sieczną drugiego z ramion. Mgły było do obrzydzenia. Zasadniczo nic poza nią nie było przez całe tygodnie. Jakby ziemskie zasoby skoncentrowały się w wąskim wycinku i na krótkiej smyczy tłukły się od wierzchołka do wierzchołka bez wytchnienia. Przyszła w końcu noc, gdy barbarzyńska burza poirytowana brakiem widoczności trzepnęła garścią wyładowań w kłąb mgły i na moment odsłoniła zarys lądu, jaki nie miał prawa istnieć. Ba! Na pewno nie istniał! Chwilę później straciłem dron, bo burza nie żartowała. Szczęśliwie został mi cyfrowy zapis lotu oraz film nakręcony automatycznie kamerą. I domysł, który sprawił, że zrozumiałem, dlaczego udało mi się to, co innym nie miało prawa.


    Nie korzystałem z wszczepu! Gdybym sterował dronem za jego pośrednictwem, wtedy burza niszcząc dron, przy okazji pozbawiłaby mnie świadomości, a może i życia. Stosowałem staroświeckie, archiwalne metody poszukiwań. Kamera, sygnał satelitarny i sterowanie autopilotem z odgórnie zaprojektowaną trasą, bez możliwości realnej korekty w trakcie lotu. Cóż… Po prostu bałem się, że dron zostanie przechwycony przez piratów, albo służby ochrony korporacji i odkryją mnie. A tego należało się wystrzegać. W rękach jednych, czy drugich, człowiek natychmiast przestaje być istotą żywą, a staje się zbiorem kwantów poddanych drobiazgowemu przesłuchaniu i anihilacji. Bałem się, to najłagodniejsze ze znanych mi słów, jednak trawiła mnie gorączka. I tak odnalazłem ląd dzięki tej strachliwej metodzie, bo uniknąłem zasadzek natury skierowanej na cyborgi. Przypadek w połączeniu z niewiarygodnym szczęściem i brakiem technologicznego wsparcia. Chwilowy ląd – tak nazywali podobne odkrycia naukowcy zrzeszeni wokół korporacji. Wynurzający się z głębin oceanicznych ląd, który równie nieoczekiwanie znikał, czasem po miesiącu, innym razem po kilku latach. Wszystko zależało od pływów oceanicznych i innych, trudnych do kontrolowania czynników.


    Na wyspie trwała gorączkowa penetracja złóż. Nielegalna jak wszyscy diabli. Światowe giełdy metali miały rozpracowane wszelkie bogactwa znajdujące się na ziemi - wszystkie bez wyjątku należały do trzech wiodących korporacji, patrzących sobie na ręce i zakulisowo usiłujących przejąć zasoby konkurencji. Szczególnie łasi byli na metale ziem rzadkich. Produkcja podzespołów elektronicznych i wszelkiego sprzętu, poczynając od prozaicznego AGD, a kończąc na nanotechnologiach medycznych i wojskowym zagospodarowaniu kosmosu zależała od pierwiastków niemal niedostępnych na ziemi. Kto miał je w ręku – trzymał za gardło światową technologię. I nie był to uścisk przyjacielski.


Mieliśmy fart trudny do opowiedzenia. Znaleźliśmy… Ja znalazłem… złoża... Niezaewidencjonowane. Bezpańskie. Po pierwszym dronie posłałem w Trójkąt drugi i trzeci. Burze nie ustawały i wyspecjalizowały się w niszczeniu mojego sprzętu. Jednak za każdym przelotem uzyskiwałem dane. Im dokładniej analizowałem materiały, tym ostrożniejszy się stawałem. Wreszcie zyskałem pewność, że warto zaryzykować. Fortuna czekała na śmiałka. Bogatego i pozbawionego skrupułów pirata. Wiedziałem, gdzie szukać takiego…


    Mój dron bardzo dyskretnie rozpoczął patrole szlaku przemytniczego. Musiałem zdać się na łut szczęścia, ale jak wspomniałem… sprzyjało mi. Nic poza nim jednak. Potrzebny był statek i ekipa, mnóstwo gotówki, rynek zbytu. Wszystkie brakujące elementy musiał wnieść ktoś - jeden z nich. Moim celem stało się odszukanie tego, któremu warto… można… trudno. Zaufanie miałem kupić informacją. Gdybym jednak trafił na szubrawca, to zdarłby ze mnie skórę i po wiedzy.


    Zestrzeliła mnie Nina. Znaczy – zestrzeliła mojego drona i przechwyciła dane. Moje piegowate szczęście pokazało czerwone uszy – nie zdążyłem skasować celu ostatniej misji, z okruchów wydłubanych z maszyny informacji odnalazła mnie zaledwie tydzień później.


    - Bawisz się w śledzenie piratów mały? - Szepnęła mi do ucha, trącając palcem w żebra. – Ładnie to tak? Podglądać damę? Może choć kawę postawisz w rewanżu i pogadamy?


    Nie było wyjścia. Nina kojarzyła szybko, a decyzje podejmowała jeszcze szybciej. Ledwie poznała fakty, określiła warunki brzegowe, bawiąc się nożem wystarczająco ostrym, żeby podzielić skórę nosorożca na frędzle:


    - Dziesięć procent dla ciebie, czterdzieści dla mnie, reszta dla załogi. Załatwiam transport, i sprzedaż. Pilnuję wydobycia. Ty dajesz namiary, i jesteś twarzą operacji. O mnie wiedzą tylko ci, których będzie można uciszyć na zawsze. Nauczę cię, jak dbać o bezpieczeństwo statku i będziesz naszym parasolem. Węszyć już umiesz, więc sobie poradzisz. Nie negocjuję, nie przerzucam się cyframi i nie zamierzam słuchać bełkotów. Pasuje układ? Jak nie, to znikam i baw się sam z korpomatołkami.


    Na bawienie się w samotności nie miałem ochoty. Zbyt długo tkwiłem solo w ponurej norze na krawędzi metropolii. Nadszedł czas na występ zbiorowy. Kiwnąłem głową na zgodę, bo dziesięć procent wszystkiego, to znacznie więcej niż sto procent niczego. Już chwilę potem kiwałem się na statku, usiłując przekonać chorobę morską, że nie warto zajmować się moimi jelitami. Kalendarz mruczał coś, że trwa to niemalże miesiąc.


    Na wyspie tkwiliśmy od czterech tygodni, pracując na trzy zmiany bez chwili wytchnienia, nie dbając o konserwację maszyn, czy jakiekolwiek zasady bezpieczeństwa. Gospodarka rabunkowa. Czysta grabież. Z premedytacją i pełnym ryzykiem pozyskiwaliśmy rudę, nawet jej nie sortując, tylko w surowym stanie ładując na kontenery. Odsyłaliśmy materiał na statek-matkę cumujący poza zasięgiem anomalii Trójkąta Bermudzkiego.


    Dzisiaj chcieliśmy skończyć załadunek szóstego transportu, gdy ziemia zadrżała i wyrobisko osunęło się zabijając jedną ze zmian. Pozostałe przeszukiwały gruzowisko bez entuzjazmu, do chwili, kiedy okazało się, że osypisko wyłoniło niezwykle bogatą odkrywkę. Kurze erupcji przesłoniły widnokrąg i nawet słońce nie miało sił przebić się przez nie. Ziemia, wciąż niestabilna po wstrząsach, wydawała się przy niebie oazą spokoju. Załoga w pośpiechu wgryzała się w zbocze, ładując cenny gruz na wielkie wywrotki, jeżdżące na złamanie karku pomiędzy prowizorycznym portem i kopalnią.


    Dopiero, kiedy zgasły elektryczne światła wrócił rozum. Baterie słoneczne były bezradne w obliczu czarnej chmury pełnej sadzy i okruchów z wnętrza ziemi. Ci, którzy przetrwali tąpnięcie, stanęli u stóp wyrobiska i rozważali możliwości. Pazerność wciąż brała górę nad strachem, a rozsądek najwyraźniej był obcy grabieżcom.


    - Po ciemku będziemy wydobywać! Reflektory spychaczy wystarczą - dywagowali ci, którym wizja majątku przesłoniła sytuację.


    - Przyjedziemy tu jutro – sugerowali inni. – Może ziemia się uspokoi. W końcu stało się to, co stać się miało i może na tym koniec. Niech chmura opadnie, żebyśmy coś widzieli. No i baterie słoneczne niech naładują akumulatory.


    - Dość tych bzdur – przerwała im Nina. – Wsiadać na dżipy i jedziemy na statek. Trzeba odpocząć. Przeczekać. Jak nie idzie, to nie idzie. Nie wolno kopać się z koniem. Czekamy.


    Nagła noc wywołana wszechobecnymi pyłami okazała się nie mieć końca. Kto mógł, kładł się spać, aby choć trochę odpocząć po harówce, inni woleli szklaneczką czegoś mocniejszego uczcić pamięć poległych.


    - Na pohybel! Mniej nas do podziału.


    Stypa szybko przerodziła się w święto. Trzecia część załogi pogrzebana żywcem pod milionami ton kamieni została zapomniana i spisana na straty. Koszty… wiadomo, muszą być, a pechowcom najwyraźniej się należało. Pozostałym zostawili w spadku swoją część łupu, jak prezent od losu! Teraz, wystarczy tylko wrócić na łono cywilizacji i cieszyć się z efektów ciężkiej harówy. Zostało ich trzydziestu dwóch i pięćdziesiąt procent do podziału! Stawka wzrosła tak, że biedakom pozasychało w gardłach. Każda tona więcej, to majątek.


    Noc nie zamierzała się kończyć równie szybko, co dostępny alkohol. Wulkan czkał cyklicznie i wyrzucał w powietrze wciąż nowe pokłady wrzącej drobnicy - minęły już trzy doby, a on wciąż nie wyglądał na zmęczonego. Prędzej na takiego, co czai się, by zaskoczyć otoczenie czymś nowym. Ludzie patrzyli na ropiejącą w mroku górę ognia i obstawiali zakłady, w którą stronę kiedy popłynie lawa. A jednak, wciąż łudzili się, że warunki poprawią się na tyle, żeby podjąć przerwaną pracę i eksploatować odsłonięcie, które zapowiadało się więcej niż bogato. Klondike, to przy nim szczeniak! Żadne Kimberly nie miało takiej mocy ekonomicznej, jak ta wyspa. Tylko ten cholerny wulkan, który akurat teraz postanowił się ożywić, jakby nie mógł poczekać jeszcze z rok, czy dwa.