piątek, 21 lutego 2020

Uzdrowienie

- Potrafisz zaufać? - Istota położyła na mojej głowie coś, co mogłoby być ręką, jednak na pewno nie ludzką.
Oczy miałem rozbiegane. Zapewne przerażone i pełne zdumienia. Znajdowałem się w pomieszczeniu. Chyba... Przestrzeń wokół mnie nie miała ustabilizowanych żadnych osi - nie było tu dołu, czy lewej strony, a ja... nawet nie dotykałem ściany czy podłogi. Lewitowałem urągając grawitacji. Ja, który nie miałem już siły, żeby leżeć. Lekarze wykazywali zawodowy, chłodny entuzjazm ilekroć mnie mijali, ale kłamali szuje wszyscy. Oni wiedzieli i ja wiedziałem, że te stetoskopy, monitory, kroplówki to tylko oszustwo za jakim kryła się bezradność. Mój czas kończył się tak szybko, że w lekarskich skinieniach dostrzegałem już powątpiewanie, czy na następnym dyżurze będą mieli szansę raz jeszcze uśmiechnąć się do mnie spoza karty pacjenta. 

Kiwnąłem głową. Zaufać? Niechby i diabłu. Nie miałem do stracenia zbyt wiele. A tu, w tej dziwacznej przestrzeni, dwie istoty zdawały się chcieć pomóc i najwyraźniej liczyły się z ewentualnym sukcesem. Co z tego, że obcy? Wisiałem czy fruwałem pomiędzy okładkami tej przestrzeni bez butelek z morfiną i nie bolało nic. Już zapomniałem, że ciało potrafi nie boleć. A wystarczyło, że jedna z tych... osóbek położyła mi rękę na głowie. 

- Dobrze. Wpuścimy ci asystenta. Nie bój się, pozwól mu działać.
Coś ugryzło mnie w ramię. Lekko, trochę jak komar. Popatrzyłem z ciekawością. Pod skórą nabrzmiało coś na kształt gąsienicy i przemieszczało się bez trudu. Kiedy odetchnąłem głęboko i dojrzałem do zgody na takie towarzystwo, gąsienica przestała bawić się w spacery. Przyśpieszyła do tego stopnia, że nie mogłem jej dogonić wzrokiem. Do czasu, gdy weszła mi w oczy i zacząłem patrzyć wzrokiem, jakiego kot mógłby mi pozazdrościć. Brzuch podskakiwał mi, co mnie rozbawiło, chociaż to coś grasowało we mnie po organach. Śmiałem się. Pierwszy raz od lat śmiałem się szczerze. 

Nie wiem ile to trwało. Pewnie jakąś wieczność. Ale wreszcie ucichło i gąsienica ukryła się gdzieś poza moimi zmysłami, albo poszła sobie odpocząć. Popatrzyłem z niemym pytaniem na moje osobliwe towarzystwo.
- Ostatnie dwa pytania - powiedziała istota wciąż trzymająca mi rękę na głowie. - Jeśli zechcesz asystent zostanie w tobie. Na wszelki wypadek i na przyszłość. Chcesz? I drugie - jeśli wolisz zapomnieć, powiedz. Asystent wyczyści ci pamięć tego czasu, a lekarze ogłoszą cud. I tak zresztą ogłoszą. Wolisz pamiętać?
Nie dałem istocie dokończyć. Całowałem coś, co chyba było ręką.
- Tak! Chcę, żeby został. Niech sobie mieszka we mnie i niech wiem. Nie chcę o was zapomnieć.

środa, 19 lutego 2020

Deszcz

Deszcz padał histerycznie. Szlochał szarpany wiatrem, zanosił się i tonął w spazmach, własne łzy łykając i taplając się w rosnących, nieforemnych kałużach. Może chciał się wypadać do końca, unicestwić samego siebie tą rozrzutnością. Krople wielkie, gęste, a każda niosła ten sam cel. Świat w nieskończonej liczbie pryzmatów poszarzał, choć krople zdawały się błyszczeć jak rtęć. W dni podobne do tego, schronienia szukały nawet zwierzęta nawykłe do wilgoci. Niebo rzucało się na ziemię dramatycznie, kalecząc ją i liżąc te rany dopóki świeże.

Stałaś przy oknie. Widziałem twoje plecy i biodra kołyszące się w niesłyszalnym takcie. Milczałaś, jakbyś piła ten deszcz. Byłem pewien, że oczy masz otwarte tak szeroko jak wtedy, kiedy wnikam w ciebie prosząc o ich otwarcie. Wtedy... wtedy świat przestaje dla mnie istnieć. Jestem ja w tobie zanurzony i oczy, w których tonę. Nie ma miejsca na oddech, na życie pojedyncze. Czuję wtedy, że dopiero wspólnie stanowimy całość. A teraz, gdy stałaś przed oknem i biodrami szukałaś spełnienia w ruchach leniwych, nieuświadomionych, byłem pewien, że oczy masz dokładnie takie same, jak w chwili, gdy zapadam się w tobie, a czas dogorywa gdzieś poza horyzontem.

Odłożyłem książkę na stół. Patrząc na ciebie nie mogłem czytać, bo i tak nic nie rozumiałem, za to rosło we mnie pragnienie, które spełnić się mogło tylko z tobą. Patrzyłem cicho, bez ruchu nawet, żeby nie spłoszyć chwili, w której pożerałaś całą sobą ten deszcz padający po drugiej stronie szyby. Palce wpiłaś w parapet przesuwając kwiat w tej chwili pozbawiony znaczenia. Przestrzeń między nami gęstniała, chociaż ty pewnie nie miałaś świadomości mnie siedzącego za stołem z książką umierającą od obojętności. Zsunęłaś buty z nóg i odepchnęłaś je niecierpliwie gdzieś w bok, oczu nie odrywając od monotonnego, zamglonego obrazu za oknem. Wielkie jak świat cały akwarium wypełniało się deszczem, a ziemia ledwie nadążała wypijać łaskę z nieba.

Oderwałaś dłonie od parapetu i przytuliłaś je do piersi. Tak myślałem, ale byłem w błędzie. Okno zdawało się oddawać ci uśmiech, który błąkał się po twoich ustach, gdy puścił pierwszy guzik bluzki. Nie sądziłem, żebyś była w stanie to zaplanować, ale guzik puścił pod niecierpliwą dłonią, a kiedy to się już stało, poszła lawina. Kolejne guziki z zaciśniętymi ustami puszczały, aż bluzka spadła na podłogę. Roztańczone biodra zgubiły spódnicę całkiem beztrosko, a bielizna pofrunęła za nią niczym biała gołębica.

Stałaś naga przed oknem, przed deszczem, przede mną, choć o mnie zapomniałaś chyba, bo tam działo się. W tobie się działo to, co miało się dziać, żeby zaczarować cię bez reszty. Niewidzącym wzrokiem sięgnęłaś wreszcie wnętrza pokoju, ale wyłącznie po to, żeby odnaleźć drzwi. Lunatycznym krokiem poszłaś do nich. Usłyszałem jak skrzypią drzwi wejściowe, a wiatr zamyka je z trzaskiem. Potem słyszałem już tylko jak klaszczesz w dłonie i śmiejesz się w głos. Podszedłem do okna. Deszcz próbował zmyć z szyby twój obraz i ukryć nagość.
- Chodź! - Zawołałaś. - No chodź już wreszcie!

poniedziałek, 17 lutego 2020

Zachłanność

Byłem wirusem. Z dumą muszę przyznać, że dość jadowitym i odpornym. Jedyną moją słabością, którą każdy przecież posiada, była odległość. W warunkach kosmicznych droga pomiędzy gwiazdami okazywała się ponad moje siły. A co dopiero mówić o odległościach międzygalaktycznych. To ta słabość sprawiła, że nie byłem w stanie spenetrować całego wszechświata. Do czasu...

Miałem szczęście - jeśli wirus może mówić o trafie. Trafiła mi się flota. Pięć dalekobieżnych okrętów pełnych ludzi. Żywe konserwy. Żaden wirus nie przepuściłby takiej okazji. Oblizywałem się na zapas. Wreszcie będę mógł zaspokoić głód. Rosła we mnie perfidia. Nie zjem tych konserw. Powstrzymam się z apetytem. Wymyśliłem sobie, że jedno wielkie obżarstwo to odrobinę mniej niż życie pełne dostatku. Zamarzyło mi się opanować kosmos, aż po brzegi. Konserwy miały stać się moim środkiem transportu. Katalizatorem, dzięki któremu pokonam odległość niedostępną dla mnie. 

Rzuciłem się na flotę zachłannie, ale ostrożnie, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Przeniknięcie metalowych pokryw okrętów nie było kłopotem. Ludzka skóra stawiała jeszcze mniejszy opór. Zalągłem się niepostrzeżenie w każdym pokładowym życiu. Łącznie ze szczurami, insektami i roślinami. Wszystko co wegetatywne zostało zarażone i było mnie pełne. 

Cierpiałem. Trudno opowiadać jak cierpiałem biedząc przy pełnym stole. Ciepła krew, impulsy elektryczne, białka... Pokusa tak silna, że gdybym miał usta śliniłbym się niepomiernie. Zapomniałem już jak smakuje sytość, ale udało mi się poskromić apetyt. Oczami wyobraźni widziałem nagrodę - flota albo wracała do domu, albo eksplorowała kosmos. Kosmos pełen żarcia. Czekałem cierpliwie i zerkałem w przestrzeń, szukając śladów życia, na którym mógłbym pasożytować i zaspokajać łaknienie. Czas płynął zbyt wolno jak dla mnie albo głód był zbyt silny. Nie wytrzymałem. Uszczknąłem jakiś okruch z tego bogatego stołu. Jedno dość mocno wyeksploatowane życie. Przecież i tak by nie pociągnęło już długo. Było skazane na śmierć, a ja tylko odrobinę ją przyspieszyłem. 

Pochopnie niestety. Lekarz pokładowy był zawzięty i pedantyczny. Znalazł mnie. Znalazł i podzielił się wiedzą z admirałem floty zanim zdążyłem go powstrzymać. Dowódca był również wiekowy, a co za tym idzie, cyniczny. Domyślił się jakiej przyszłości szukam i o czym marzę. Rzuciłem mu się do szyi - chciałem zabrać oddech i rozum. On też mnie wyprzedził. Nie sądziłem, że naciśnie guzik... autodestrukcji.

sobota, 15 lutego 2020

Wilk i owca

Bieda. Do niektórych miejsc i ludzi jest przypisana. Każde miasto ma dzielnicę nędzy, gdzie można się jej naoglądać wystarczająco. W tych miejscach tak bardzo się rozpleniła, że niemal jest niewidzialna. Jak grawitacja, której niby się każdy domyśla, ale przecież nie stawia się jej pomników. 

Ona też pochodzi z takiego miasta i z takiej zapomnianej dzielnicy, gdzie wciąż widać na murach ślady dwóch ostatnich wojen. Od dziecka potrafiła obserwować, zadawać pytania i dziwić się. Na szczęście dziwiła się w duchu, a nie głośno - tego dodrośli by nie zdzierżyli. Oni przecież w mozole przedzierali się przez nędzę i starali się tak, jak umieli, by nie spłowały ich marzenia. Bez skutku. Bieda wcześniej czy później dopadała każdego, a kiedy ktoś wyszedł stąd w świat, to i tak miał na twarzy i sumieniu wielkie łaty doskonale widoczne w świecie bogatym. Zewnętrze z pogadą bezbłędnie wykrywało dziurawe buty, pocerowane jesionki i swetry przechodnie, po straszym kuzynie. Nie pomagało wcale, że delikwent wyszedł właśnie z włoskiego sklepu pachnąc francuskimi perfumami. 

Patrzyła. Stała jak wmurowana obserwując okolicę, a w głowie rosły pytania. Sama nie wiedziała, że pobiła rekord świata. Stała się wynikiem nim piersi zaczęły wypychać bluzkę, którą mama przerobiła z własnej. Nie chciała tak. Chłopcy w śmietnikach hotelowych szukali skarbów - puszek po piwie, kapsli, zachodnich gazet z paniami ubranymi jedynie w pietnastocentymetrowe szpilki. Handlowali wszystkim, co mieli. Wymieniali się lub przegrywali w karty. W końcu na brodach wyrastał im pierwszy włosek, a wyprężone na wysokości zamków błyskawicznych spodnie zniekształcały się niemal trwale. 

Dziewczętom wcale nie było do śmiechu. Niby też mogły grzebać w śmietnikach, ale podobno im nie wypadało. Mogły za to cerować rajtuzy i ubierać lalki z gałganków. Mogły sprzedawać niewinność, ale przecież nie w nieskończoność. Te, które zdecydowały się na to miały dłonie, usta i podbrzusza spenetrowane taką ilością członków, jak emerytowane, przydworcowe dziwki. Opinii już nie dało się umyć, choćby człowiek szorował się latami. Można było tylko stłumić alkoholem wyrzuty sumienia i inkasować prezenty z szeroko rozłożonymi kolanami. 

Pośród takich widoków dojrzewa się nad podziw szybko, a kasa staje się jedną z bardzo niewielu wartości wartych dostrzeżenia. Pieniądze stawały się koniecznością, bez której szacunek trzeba było uzyskać pięściami. Jej dłonie nie nadawały się do tej roli. A kolana na samą myśl o tym, że przwinie się między nimi cała populacja, zwierały się i przytulały do piersi z krzykiem - nie pozwól nigdy! Tego jednego była pewna - nie pozwoli ciału pracować bez końca, tłumiąc skargi w niekończącym się toaście. Nie chciała zostać kanapą wyślizganą do cna przez anonimowe tyłki. I nie chciała być biedna. Nikt nie chce. Ale ona znała biedę. Nie chciała liczyć ile razy szła spać głodna, albo podkradała ukradkiem resztki zakąsek ze stołu, przy który dorośli konsumowali kolejny dzień, który nie różnił się niczym od wczorajszego, czy jutrzejszego. Zasypiała ciesząc się, że wulgarne krzyki i chichot pijanych kobiet podszczypywanych jawnie przy stole zagłuszają burczenie pustego brzucha. Potem przyszedł dzień, kiedy jeden z biesiadujących popatrzył na nią wzrokiem, w którym umarła ze strachu. Nie do końca rozumiała, ale zaczęła się bać. Uciekła wtedy na noc do koleżanki z klasy. Ale nie mogła uciekać w nieskończoność...

Myślała długo. Chyba mijały jakieś lekcje, może ktoś coś do niej mówił, ale ona układała właśnie swoją przyszłość i nie miała czasu na drobiazgi. Gdy się ocknęła, rozejrzała się po klasie. Jej wzrok padł na dobrze zbudowanego chłopaka, cieszącego się dużym szacunkiem. Zerknęła na jego ręce i wcale nie interesowały jej brudne, obgryzione paznokcie. Kostki! Kostki miał pełne strupów i drobnych ran. Widać często się bił, a skoro go szanowali, to chyba wygrywał te pojedynki. Niby przypadkiem znalazła się obok niego i kiedy towarzystwo rozpierzchło się, wykorzystała chwilę.
- Będę twoja. Załatw to - powiedziała szybko i uciekła, by nie widział jej oczu. 

Powiedziała: "będę twoja", ale pomyślała: "będziesz mój". I był. Rozbierał się gorączkowo, pazernie, patrzył na jej nagość zachłannie jak głodny wilk na biegnącą łanię. Bolało. Wiedziała, że będzie bolało i była na to gotowa. Nie pozwoliła mu przestać. Zebrała jeden wytrysk i zażyczyła sobie następnych. Brała, aż zaczął błagać o przerwę. Zasnął w końcu i wcale nie przypominał już wilka. Raczej szczeniaka szczęśliwego, że może przytulić się do ciepłej miękkości. Gdy się obudził jej ręka znów poszukała dorastającej męskości. 
- Będę twoja - powtórzyła - ale tylko na wyłączność. Albo ja, albo wszystkie inne. 

Zacisnęła zęby. To była decydująca chwila. Teraz wygra, lub przegra wszystko. Trzymała go za członka, który trzepotał jak ptak pośród gęstych krzewów. I rósł błyskawicznie. Chwyciła mocniej. Jego podniecenie chyba pozbawiało go rozumu, ale jej zrobiło się przyjemnie. Piersi stężały. Czuła coś, czego do tej pory nie znała - władzę! Okiełznała wilka. Dzikiego. Żyjącego pośród innych. Basiora. Był jej. Czuła to zanim odpowiedział, ale zmusiła go, by sam to usłyszał z własnych ust:
- Ty. Żadna inna. Od dziś tylko ty.

Pochyliła się i wzięła w usta pulsujące życiem ciało. Znów chowała oczy. On był głupi. Silny i głupi. I miał to... Niemal z pogardą pomyślała o trzymanym w ustach członku i kołyszącej się mosznie. Nawet nie poczuła wytrysku. Pracowała dalej. Dla niej musi być szczeniakiem. Wilkiem będzie na zewnątrz. Ona go nauczy. Posteruje. Zostanie jego panią, a on będzie jej służył. Wiernie. Dziś niech ma swoje święto. Jutro i pojutrze. Ale za tydzień... Za tydzień zacznie wydawać mu rozkazy. I on je wykona. 
Dopiero za tydzień. Teraz... Teraz usta pełne nasienia. Jeszcze raz...

środa, 12 lutego 2020

Paradoks

Usiadłem, gdzieś w dworcowej restauracji, jak to zwykle bywa, kiedy zbyt wiele czasu zostało i nie wiadomo, co z takim począć. Usiadłem, zamówiłem jakieś piwo i siedziałem taki sam jak porzucony w lesie pies. Czasu miałem z pół nocy chyba i wiedziałem, że na jednym piwie nie skończy się to na pewno, lecz ileż tej kawy z sieciówek można wlać w siebie, ileż można cudze miasto zwiedzać, gdy wszystko pozamykane na głucho i tylko rynek życiem tętni, a ja z bagażem, zmęczony i wyzbyty już ciekawości miejsc obcych i nieoswojonych. Dom mnie wzywał głosem wielkim i codzienności mi się zachciało, takiej w kapciach, z książką w ręku i wróblami przekomarzającymi się za oknem. 

Siedziałem i leniwie sączyłem piwo nienajlepsze, a jednak przesuwające wskazówki zegara wiszącego na ścianie. Miałem nawet książkę wyciągnąć, żeby chwilę w cudzych światach pobłąkać się myślami, lecz wtedy dosiadł się ktoś i kufel stawiając zapytał zmęczonym głosem, czy można. Wzruszyłem ramionami, jakby ta moja zgoda/niezgoda miała stanowić o czymś. Niech siada, niech pije, jak ja. Ani pomoże, ani zaszkodzi. Obcy facet w obcym mieście, gdy noc i piwo między nami stanowi barierę, szlaban, a może nić porozumienia? Siedzieliśmy tak milcząc i we własne naczynia zaglądając, kiedy podniósł wzrok i zagaił.
- Wie pan? Muszę z kimś pogadać. Ileż można z księżycem nocy na balkonie spędzić. Sam jestem na świecie, a tych znajomych, co mam nie chcę swoją osobą zamęczyć. Widzę, że do gadania pan nie skory, ale posłuchać może?
- Czasu dość – uśmiechnąłem się do własnych myśli, pamiętając jak śmiałem się, że każdy drobny pijaczek w połączeniu z koleją potrafi mnie wyłuskać i choćby pociąg napchany był po krańce wytrzymałości, to znajdzie mnie i we mnie słuchacza. Od kiedy pamiętam tak było, więc nawet się nie zdziwiłem – noc długa, mów pan śmiało.

Nie był jakoś namolny, ani mocno wstawiony nawet. Ubrany wręcz schludnie, choć biednie. Na piwo też stać go było, co już stanowiło miłą odmianę i pozwalało życzliwiej popatrzeć na gościa. Siwiejąca głowa, zarost srebrem utkany. Nie wysoki, szczupły o ciemnych żywych oczach i dłoniach wskazujących, że robotą fizyczna raczej nie parał się za często. W obliczu rzeszy pijaczków stanowił jakieś apogeum porządku. Zawsze to lepsze od książki, bo tę zdążę jeszcze przeczytać – do domu daleko, a książka jedyna. Zaczął mówić głosem niskim, znużonym i niepewnym, jakby się wstydził treści przekazywanych, jednak mnie wbiło w fotel i trzymało mocno od pierwszych zdań.

- Z obcym gadać łatwiej. Bo plotek nie poniesie do znajomych, do pracy, czy gdzie tam jeszcze. I pojedzie sobie daleko w świat, co najwyżej pomyśli, ze trafił mu się pijany gawędziarz, który wymyśla niestworzone, w nieznanym celu. Może artysta na bani, może pisarz, co trawy za dużo wypalił, albo schizofrenik z pobliskiego zakładu uciekł i na pielęgniarzy z pogoni czeka przy piwie. Takim się nie przeszkadza mówić i na wszystko pozwala, głową kiwając, bo krzywdę w ataku szału jakiegoś zrobić gotowi. Lecz niech się pan nie obawia. Ja tylko pogadać muszę, bo kiedy mówię, to jakoś we mnie się układają myśli i łatwiej mi świat własny uporządkować, żeby dzień jeszcze jeden przeżyć w miarę taktownie. Czy czuł się pan kiedyś nadmiarowy? Zbędny? Powtórzony życiem? Bo mi się zdarzyło i trwa. Trwa we mnie uczucie, jakbym był własnym sobowtórem. Nie takim, co to w lustrze wygląda jak ja. Mam sobowtóra w głowie. W myślach, słowach i czynach nawet. W lustrze go nie rozpoznam, bo to kobieta jest. Ładna bardzo i wcale do mnie podobna. Tutejsza, aż dziw, że wcześniej jej nie spotkałem, bo w głowie ma kalkę ze mnie zdjętą doskonale. Czy ją znam? Zabawne pytanie. I tak, i nie. Znam, bo myśli jak ja i nie znam, bo ledwie wiem, gdzie mieszka. Spotykam ja czasem na kawie, czy w drodze do domu, kiedy na ławce usiądzie, żeby ochłonąć po ciężkim dniu. I tak już się stało, że niby znać, to nie znam, ale parę miesięcy temu usiadłem na ławce obok. Co mnie tam zagoniło, jakim zrządzeniem właśnie tam pójść się zachciało do dzisiaj nie wiem, lecz kiedy spojrzałem w tę twarz obok na ławce siedzącą, to pomyślałem, że znam. Że widziałem, pamiętam i cały umysł mam przekonany, że spotkałem już wcześniej i bliższa jest mi, niż siostra bliźniaczka. Różnie się ludziom zdarza, jednych się nienawidzi na pierwsze spojrzenie, innym sympatie się oddaje dożywotnio na pierwsze słowo wymówione. Trudno to jakoś przypisać logice, jednak może coś w nas ze zwierząt zostało i instynkty pchają, lub ostrzegają. Mnie popchnęło. Ją też, więc pewnie coś jednak w tym jest. Chwila na ławce zmieniła się w noc. Z nikim nie milczało się tak dobrze. Z nikim, nawet z rodziną, z matką, czy żoną. Siedziało się milcząc, a czas jakby obok płynął i nie trącał nas nawet. Tylko horyzont troszeczkę popadł w nostalgię i schował popołudniowy uśmiech słońca pod pierzynę nocy w gwiazdy strojnej. Odprowadziłem ją do autobusu. Tylko tyle. Niedaleko było i w zasadzie po drodze, żeby wrócić do świata żywych, więc czemu nie. Odprowadziłem, a słów wymieniliśmy banalnych niewiele. I pewnie nic by się nie wydarzyło, gdyby nie następne spotkanie. Już takie więcej rozmowne. Na podryw, to lat trochę sporo, lecz na gawędę akurat, więc zaprosiłem panią na kawy kieliszek i w bardziej godziwych warunkach. Zgodziła się jakoś tak naturalnie, bez przymusu, czy podtekstów wszelakich i zapowiadało się przyjemne, choć banalne popołudnie. Knajpa pusta prawie, znudzona kelnerka zaglądała do nas co chwilę z braku zajęcia i kawka, wina kieliszek, jakaś przegryzka, żeby usta czymś zająć na chwilkę, kiedy skrępowanie wymagało chwili dla siebie. Może to wtedy tknęło mnie pierwszy raz. Że moje słowa w jej ustach, że wypłynęło z niej to, co we mnie tkwiło tajemnie. Tak wstydliwie, że nie chciałem nazywać słowami, żeby się nie rumienić na darmo. Lecz siedziało. Potem kolejny i znów. Jakbym sam ze sobą gadał, chociaż dialog przy stole był faktem. Był dialog do chwili, gdy ona powiedział, że jej myślami zdania układam, że nią się wyrażam i mówię jej najskrytsze tęsknoty. Dłonie pod stół schowałem, żeby się uszczypnąć, zbyt mocno, do łez w oczach, lecz ona tam siedziała. A ja? Przed lustrem, które mi płeć zmieniło i lat kilka odjęło. Taki ładniejszy i młodszy ja. Gadam do siebie i dopowiadam sobie. Słowami, które wstyd publicznie z ust wyjąć. A przecież wyjmowałem wciąż i na dodatek one wracały z tamtych ust do mnie. Nie echem, ale prawdą o mnie nie przeze mnie opowiedzianą. No nie wiem sam, jak to nazwać – sumienie posadziłem własne przy tym stoliku i nikt poza mną nic nie zobaczył? Nikt nie widział, że gadam do siebie? Ze sobą? Sam? Czyli nie zdawało mi się. Ona tam była i była mną sobą na raz. Jednocześnie. Albo to ja w dwóch osobach byłem. Patrzyłem, jak usta chowa pod dłońmi, gdy mówi moimi zdaniami. Do mnie mówi mną. Niesamowite wrażenie.
Wie pan? Gdyby to wtedy skończyło się, pomyślałbym, że może pijany byłem, albo się śniło, lecz nie. Spotkałem ponownie. Pod rękę mnie wzięła i poszliśmy bez słowa. A ona z każdym krokiem ładniejsza. Jakby karmiła się moim zdziwieniem, zachwytem i milczeniem, które rozciągnęło się nad nami, bo cóż po słowach, skoro tą samą myślą szliśmy. Weszliśmy gdzieś na herbatę- skąd wiedziałem jaką chce wypić? Pojęcia nie mam bladego nawet, lecz wiedziałem. Tak samo, jak wiedziałem, że czasu ma niewiele, że ukradkiem na zegarek zerka, lecz wyjść nie potrafi. Została zbyt długo jak sądzę, lecz słowem się nie odezwała. Nie było potrzeby.
Od tamtej pory widzieliśmy się jeszcze kilka razy. W milczeniu szliśmy, lub siadaliśmy w parku na ławce, żeby porozmawiać. Wszystko jedno, czy wzrokiem, czy dłonią, czy ust potokiem płynących słów, bo niewiele to zmieniało. Tylko moje przekonanie, że spotkałem siebie okrzepło, nabrało mocy i pewności. Różni nas przeszłość i wygląd, doświadczenia życiowe nas różnią, lecz głowy wcale. Wystarczy, że popatrzę, że w dłoń ujmę jej rękę i mogę za nią wypisać myśli wszelakie.
Widzę, że podejrzewa pan mistyfikację, że ćwiczę na panu fabułę do opowieści, jakbym przed napisaniem chciał poznać reakcję na treść. Piszę, owszem, lecz nie teraz. Teraz proszę pana, to ja przy tym piwie myślę co dalej. Co zrobić mam ze sobą. Po co komu taki nadmiarowy egzemplarz, skoro… a co tam. Sam pan zobaczysz, jeśli chcesz. Usiadł pan tu, gdzie zwykle siada ona. Ja siedzę, gdzie zwykłem tu siadać. Jeśli pan mi nie wierzy, to proszę się przesiąść na moje miejsce i poczekać. Sam pan zobaczy, bo ona tu przyjdzie. I drugi raz pan usłyszy opowieść być może.

Dopił piwo, przeprosił za słowotok i poszedł. Ja wziąłem kolejne piwo, a opowieść? Machnąłem ręką, miła odmiana po bełkocie lepiej wstawionych. Zapaliłem, żeby umysł od słów oczyścić, wziąłem większy łyk piwa i znowu myśl mi do książki skoczyła, że może jednak poczytać, bo czasu wciąż sporo. Patrzyłem na torbę wypchana i jakoś nie miałem ochoty jej otwierać. Siedziałem znów sam przy piwku i oczy przymknąłem. Gdzieś pod skórą resztki tej historii we mnie krążyły i sam się zdziwiłem, że echem jakimś we mnie została. Chyba śmiechem parsknąłem nawet niegrzecznie, lecz potem… Przesiadłem się. Nie mam żadnego uzasadnienia dla tego kroku. Przesiadłem się tylko po to, żeby pognębić tę opowiastkę, żeby jej kłam zadać i zepchnąć w niepamięć, ale się przesiadłem na miejsce, które zajmował. Przesiadłem się i zapomniałem natychmiast. Nawet te książkę nieszczęsną wyjąłem i czytać zacząłem, leniwie pociągając piwo, a noc dojrzewała.

- Można? – kobiecy głos wyrwał mnie z odmętów fabuły. Wzruszyłem ramionami, gdy siadała na tym miejsc, które wcześniej moim było, zanim w tę mrzonkę się nie wybrałem i nie usiadłem tu, złośliwością jakąś pchany nielogiczną zupełnie.
- Wie pan? Muszę z kimś pogadać. Ileż można z księżycem nocy na balkonie spędzić. Sama jestem na świecie, a tych znajomych, co mam nie chcę swoją osobą zamęczyć. Widzę, że do gadania pan nie skory, ale posłuchać może?
Ciało mi zesztywniało, głos w gardle uwiązł, deja vu? Prawdę mówił ten zmęczony głos? Nadmiarowy człowiek? W dwóch osobach? Spotkałem niemożliwe? Co tu jest grane? W końcu drugie piwo jeszcze w połowie kołysze się w szklance, więc to nie alkoholowe omamy. Żart jakiś moim kosztem zaplanowany? Czy fakt niespodziany? Jedno życie w dwóch ciałach? To tak można? Rozsiadłem się wygodnie, żeby posłuchać znanej mi już opowieści.
- Noc długa…

niedziela, 9 lutego 2020

Szczęście

Świat kręci się gdzieś niedaleko. Nie przeszkadzam mu z wzajemnością. Jestem. Po prostu. Nawet nie mam potrzeb i żadnych życzeń. On ode mnie również nic nie chce. Jestem i on jest, więc można powiedzieć: jesteśmy, ale przecież to nieprawda. Bo jesteśmy oznacza coś więcej, niż istnienie obok siebie. Bo ja i on, to jeszcze nie my. Absolutnie. Trwamy sobie pomimo siebie raczej, niż wespół. To znaczy – on trwa, a ja siedzę. Nawet nie najwygodniej, bo na jakimś klocu drewnianym siedzę i chropowatą korą masuję sobie pośladki. Siedzę i gapię się w płonące drewno, które iskrą strzeli od czasu do czasu, albo z sykiem odparuje soki z nie do końca wyschniętych gałęzi.

Kiedy wokół śnieg, a wiatr hula nie całkiem pieszczotą będąc na te parę patyków skrzyżowanych, klocek i mnie. Przez ten świat, co się obok kręci i na pewno teraz jest zupełnie gdzie indziej. Niech mu się wiedzie – szepnąłem najciszej jak potrafię, żeby mi się nie dosiadał do tego ognia, do tej chwili. Pośród wielkiego, białego placka zimy, mały krąg żółto-czerwonego ciepła tańczy przede mną i gra melodie bez słów zrozumiałych. Puszczam myśli swobodnie, jak puszcza się latawiec, kiedy już znudzi się trzymanie sznurka. Niech sobie lecą gdziekolwiek ciesząc się niespodziewaną swobodą.

Głaszczę wspomnienia. Lekkim dotykiem pamięci głaszczę w głowie zdarzenia z przeszłości i ludzi minionych. Bo dobrymi mi byli ci ludzie i zdarzenia pamięcią przytulone. Patyk do ognia wkładam leniwie i jestem. Ciepłem z przodu uwięziony i chłodem podparty od tyłu. Myślę, że wszystko teraz mogę, że każdą rzecz jestem w stanie – zrobić, lub stworzyć. Mogę. Ale nie chcę, bo nie ma potrzeby otaczać się przedmiotami. Ludźmi też nie. Nie teraz. Wystarczy ogień tańczący i skaczący na następny patyk włożony do środka, by chwilkę żywicą zapachniał i wonnym dymem mi w twarz plunął.

Myśli błądzą wokół idei, że mogę wszystko i nawet bóg mógłby się ode mnie uczyć wszechmocy i wszechwiedzy. A ja flirtuję z płomieniem i doskonale lekceważę własne możliwości. Marnotrawię czas idealnie. Siedzę i kwintesencją spokoju jestem, oazą cierpliwości i bezkresu. Próżnią potrzeb być mogę przez wieczność. Gdzieś tam, w tym świecie, co obok, jest wszystko, czego mi trzeba – ludzie niezbędni do życia, zdarzenia do pamiętania, jutrzejsze drobiazgi. A ja siedzę na klocku, z wyciągniętymi nogami i woda paruje mi z butów. I kolejny patyczek zanurzam w płomieniach i nie potrzebuję nic więcej.

Zaraziłem noc ogniem malutkim, skrzącym kolory na śniegu i malującym mi rumieńce na twarzy. Nie spieszy mi się nigdzie i do niczego. Cały jestem objęty wrażeniem, w zmysłów czuciu kąpany. Noc, ogień, ja, świat obok i można wszystko. Wszystko czego się zapragnie. Ale jakoś się nie pragnie. Nie czuję potrzeby pragnąć więcej, ani nawet mniej. Takie lokalne, zupełnie malutkie i prywatne bezkrólewie potrzeb, jakbym już wszystko, co potrzebne posiadał. Dziwne to potrzebowanie jakieś, bo kiedy się ma, pojawia się strach, że ktoś będzie chciał i zabrać spróbuje, posiąść i ukraść choćby. To nie chcę, bo jak ukraść nic? Nie mam nic i tego co mam nie trzeba pilnować nawet, bo się nie zgubi. Wszędzie za mną trafi, całe i nieuszkodzone.

Przychodzisz więc wtedy właśnie i siadasz obok. Bez słów patyk w płomienie wkładasz, ale nie dzielisz ognia na pół. Na twoje-moje. Nie, bo nie ma potrzeby wcale. Nie pytam skąd przyszłaś i jak długo zostaniesz, bo przecież nie chcę cię więzić. Jesteś, bo chcesz i zostaniesz ile się będzie podobać. Patyków mamy w bród, a noc jeszcze młoda. Bądź więc jeśli chcesz. Bądź, jak ów świat - obok, jeśli tego potrzebujesz. Ogień śmieje się z nas, bo dla niego ty i ja, to już my – przy wspólnym ogniu siedzimy i przez płomienie zerkamy w nocy środek.

Uśmiecham się lekko, jakbym pytał, czy rankiem również ciebie zobaczę, a ty odpowiadasz, że tak. Bo nie spieszno ci nigdzie i zostać możesz, a taki ogień pokusą jest silną. Noc dojrzewa, twój zapach miesza się z dymem ogniska, świat kurczy się do wąskiego kręgu światła, a w nim nie ma miejsca już na nikogo. Teraz tylko my – ty, ja, i ogień zmieścić się możemy, ale on powoli szykuje się do snu. Nie chcę go karmić na siłę – niech się prześpi odrobinkę.

A jeśli ci zimno, przytul się do mnie odrobinę. Umiem zagrzać twoje ręce równie dokładnie, jak robił to ogień… Chcesz? Utonę w twoich włosach oddechem do świtu aż i schowam ci dłonie we własnych. I patrzeć będziemy w ten zasypiający ogień, bo wtedy potrafi być jeszcze piękniejszy, gdy wspina się delikatnie na niedopalone fragmenty gałązek, jak skrada się po powierzchni węgielków szukając czegoś co jeszcze mógłby żarem ogarnąć. Przyszłaś popatrzeć, jak ogień zasypia? I sama pewnie zasnąć byś chciała… Sama? Nie – chyba nie sama… Chciałabyś?

piątek, 7 lutego 2020

Na pohybel

- Siedź tu - przywiązałem cień do jakiejś odstającej obejmy mającej trzymać rynnę. którą ktoś chyba ukradł.
Cień milczał ponuro, ale gadatliwy nie bywał nigdy. Wyglądał trochę jak zbity pies i żal mi się go zrobiło. Ale nie mógł iść ze mną. Musiał zostać i być na tyle blisko, bym mógł wrócić. Tłumaczyłem mu wcześniej, ale choć kiwał głową, że wie i rozumie, to nadal czepiał się ręki i nie chciał mnie puścić. Zupełnie jak kobieta, gdy facet spakuje rzeczy do pracy, tak niebezpiecznej, że nigdy nie wiadomo, czy wróci. Może mój cień był właśnie taką kobietą? Patrzył pod nogi i nie miał śmiałości zerknąć mi w twarz. Bał się, że zacznie płakać - tu na chodniku, pośród miasta, które miękkość i delikatność niszczy dla samej satysfakcji oglądania upadku.

Tu każdy jest twardy. Bardziej niż musi. W grupie staje się już diamentem. Narzędziem zaczepnym, wybuchowym i toksycznym. Bez względu na płeć każdy stawał się tu granatem, pistoletem, albo przynajmniej kastetem, którym wybijał światu myśl, że jest słaby, że można go stłamsić i wziąć pod but. Poklepałem cień po plecach, udając, że ja również mam tutejszą odwagę i pogardę dla bólu towarzyszącego egzekwowaniu szacunku. 

Wiatr wypłukał z bramy przechodniej smród moczu hodowanego na tanim winie i jeszcze tańszym piwie. Kwaśny tak, że krystalizował się na odpadającym tynku żółto-brązowymi plamami uwalniając je z objęć czarnego kwiatu grzybów pleśniowych. Musiałem wejść w tę bramę. Wewnątrz, gdzieś za węgłem, na fundamencie rozebranych komórek na opał siedziało stado tubylców. Rechotali pośród przechwałek i niezgrabnych ciosów dłońmi zawstydzonych regularnie dziewcząt. Gdzieś tam stał mój samochód. Chyba stał. Nie zamierzałem nim nigdzie jechać. Chciałem tylko, żeby stał i był kompletny. Żebym nie wyglądał przez okno , czy wciąż ma lusterka i koła. Dlatego musiałem tam wejść i zostać na tyle dług, żeby zdążyli mnie zapamiętać. W reklamówce niosłem litr wódki i jakiś napój pomarańczowy - z tych podlejszych - żeby nie stwarzać wrażenia, że się wywyższam.

Cień? On musiał tu zostać, żebym wrócił. Ostatnia deska ratunku, wzór, do którego będę usiłował dorównać, forma pamiętająca mój kształt. Skomlał trochę, ale nie mógł iść ze mną. Gdyby poszedł, stoczyłbym się niechybnie. Zapatrzyłbym się weń i ułożył na nim na noc ciemną i zbyt długą, aby donieść oddech, aż do rana. Nie. Musiał zostać jak kotwica, żebym mógł wycisnąć się ostatkiem sił. Rozumiał. Widziałem to. Ale bał się bardziej ode mnie. To tylko parę godzin. Wytrzyma. W końcu musi tylko poczekać. To ja miałem przełykać zawartość flaszki pośród rubasznych kuksańców.
- Te! Koleś! Idziesz? - Usłyszałem i poczułem soczyste klepnięcie w plecy. Popatrzyłem na cień, westchnąłem i zanurzyłem się w smród bramy.

środa, 5 lutego 2020

Monolog pisany marzeniem

Pozwól mi być Mężczyzną. Takim, który spotkał Kobietę. I sobie pozwól Nią być, nie chowaj się w słowach, nie zasłaniaj się rozumem. Bądź pełnią kobiecości, co słów nie zna i nie potrzebuje, bądź mi kimś, przy kim poczuję się najważniejszym człowiekiem na świecie. Pozwól mi na wszystko. I nie pytaj o jutro, bo jutra może w ogóle nie być. Chcę dzisiaj i tej chwili jednej, najdłuższej chwili, jaką można nosić w pamięci, takiej chwili, kiedy jednym ruchem ręki skreślimy wszystko i napiszemy wszystko, chociaż nikt tego nie przeczyta.
Stań przede mną bez pośpiechu, rozkoszując się chwilą oddaj ziemi, co nie Twoje, zostaw, porzuć każdy, najmniejszy skrawek materiału, rzuć go i niech zniknie w chaosie, równie nieważny jak wszystko, co nas nie dotyczy. Pozwól mi patrzeć na Ciebie najprawdziwszą z możliwych, taką, jakiej być może nikt nigdy nie widział jeszcze. Nie spiesz się. Mamy czas. Chcę się cieszyć każdym guzikiem, który przestaje Cię krępować, każdym zamka błyskawicznego szelestem i wiatru westchnieniem wzbudzonym upadającym materiałem. Chcę widzieć, jak aureola Twojego ciepła otacza Twoje ciało, jak płyną prądy żył pulsujących, jak twarz Ci się zmienia. Nie ma nic. Ty i ja, a cała reszta gdzieś poza światem realnym, nieosiągalna jak galaktyki najodleglejsze. Pozwól mi patrzeć na Ciebie, kiedy oczy przymykasz w tęsknotach niewysłowionych nadaremnie.
Pokaż mi te tęsknoty sobą na Tobie malowane nocami, pokaż mi, dokąd płyną ścieżki pożądania, skąd się wzięły i gdzie mają źródła. Namaluj mi dłońmi, jak pieszczoty rosną, jak tłuką się po zakamarkach, jak oddech zabierają i gasną gdzieś tam, gdzie jest ich miejsce. Chcę widzieć Ciebie w Twoją pieszczotę otuloną, przytuloną, objętą i zagarniętą do krzyku. Zabierz mnie, na to zwiedzanie Ciebie Twoją dłonią, pokaż i naucz ciała jeszcze mi nieznanego. Będę patrzył w zachwycie, z oddechem zgaszonym, żeby nie zakłócić tej chwili najważniejszej, żeby nie przeszkadzać, byś ścieżek nie zgubiła, żebyś nie obudziła się ze snu zanim…
Chcę patrzeć, jak Twoje palce zaokrąglają Twoje ciało, jak się lepkim sokiem potu oblekają, jak tętnią nerwy i mięśnie Twoją tylko wyobraźnią napięte. Zaufaj mi, nie będę przeszkadzał. Będę chłonął każdy ruch i każdy szept nieświadomy. Każdym krzykiem karmić się chcę i ciała łukiem wygiętym w ekstazie, by zniknąć tam, gdzie wszystkie strumienie dążyć chcą dręczone rosnącą żądzą.
A kiedy już, zmęczona, pachnąca spełnieniem położysz się przy mnie… drżącą dłonią pójdę, gdzie byłaś przed chwilą, pójdę poszukać tych ścieżek własną dłonią. Okrążę cień Twoich śladów tam, gdzie ich zabrakło dotykiem, bezładnie, bezwolnie, instynktem tylko gnany. Powtórzę, jak potrafię najpełniej wszystkie mantry i miraże westchnieniem malowane, by się moja dłoń Twoją stała i dała kolejne zapomnienie i w kolejne emocje zawiodła Cię bezwstydnie. Jak bardzo muszę swoją niecierpliwość powstrzymać, jak usta wyschnięte odsuwać, żeby pośpiechem nie zepsuć widzenia. Bo przecież… z oczami do Ciebie przytulonymi, widzieć Ciebie nie będę, a chcę. Chcę tak bardzo, że resztą sił utrzymuję odległość palcami mierzonej nieskończoności i chłonę ów widok uchem i okiem, nosem zbieram gorący oddech Twój i włosem na skórze nadgarstka. Krzycz, nikt nie usłyszy. Nie ma nikogo poza nami, dzisiaj możesz wszystko. Dziś jest koniec świata, który znałaś a zaczyna się nowy. Taki, w którym nasze ciała staną się jednym. W którym nasze oddechy tak bardzo się wymieszają, że nie będziemy umieli ich rozplątać, w którym smak Twojego ciała będzie przyprawą każdego mojego oddechu, a mój aromat Twoim się stanie ubraniem. Krzycz. Poczekam, aż zobaczę swój obraz w Twoich oczach i pójdę raz jeszcze na tę wyprawę do Ciebie całej…. Język tak bardzo palcom zazdrości, że nie wystarczy mu chwila, on przecież całe życie czekał tej właśnie okazji, do niej został stworzony i krążyć chce po plecach, pośladkach i udach pachnących najświętszą prawdą. Będę Cię szukał nim w szyi zakamarkach, w piersi uniesieniu, w dłoniach gorączką sztywnych. W każdej wyniosłości i w każdej dolinie. Nie popędzaj mnie proszę, nie ciągnij mnie tam, gdzie przecież sam trafię. Pozwól sobie na kobiecą uległość, pozwól pieścić Cię dłużej, niż sama sobie na to pozwalasz. Daj mi proszę siebie całą i nie spiesz się… nie trzeba, zdążymy na pewno, bo to dla tego dnia minęło zbyt wiele nocy samotnych, do tego momentu myśli zmierzały, teraz…
A kiedy znów upadniesz emocją pokonana, kiedy ciało zacznie stygnąć, kiedy skrzepnięte wysiłkiem mięśnie znów odzyskać będą chciały sprężystość, a skóra zacznie się szronem pokrywać i meszkiem niewidocznych włosków szukać mnie zacznie – będę. Tuż obok będę. I patrzył Ci będę w oczy, szukając w nich siebie Twoim wzrokiem malowanego i… leż piękna, dzień się jeszcze nie skończył. Trwaj chwilo. I kiedy mi pot ocierasz z czoła, i miesza się on z Twoją ekstazą na palcach własnych zebraną, i dzielisz go między nasze usta, kiedy już wiesz, że nic ich nie powstrzyma, kiedy …. Czy można jeszcze bardziej pożądać, czy można czuć więcej jeszcze i mocniej…? Nie potrafię dłużej hamować siebie… nie potrafię. A dłonie chcą i oczy chcą i reszta ciała szuka w przytuleniu Ciebie, już nie we fragmentach, lecz całej… gdybym tylko umiał przytulić każdą Twą cząstkę na raz, żebym mógł ją czuć jednocześnie wszędzie, gdybym… Znów mam suche usta aż po krańce płuc, znów oddechem mogę wypalić dziury w pościeli, znów ręce tracą stabilność, kiedy pod sobą czuję jak Twoje ciało mu odpowiada, i wtóruje, i ponagla, i napędza jednym wciąż rosnącym rytmem, i kusi, zaprasza ud rozchyleniem i tajemnicą tętniącą żywego ciała. Nie ma słów, nie ma rozumu, nie ma czasu i przestrzeni. Jest pragnienie niepowstrzymane, monsun uczuć z żywiołu siłą prący niepowstrzymanie. Czuję Twój krzyk rodzący się w głębi i czuję, jak mnie ogarnia żar Twojego wnętrza, czuję nienazwane i to wszystko, co w słowach jest płaskie, a tu… płynie na nieznanych płaszczyznach tak wielu, że nauce wymyka się liczba wymiarów. Twoje wnętrze dna nie ma, a ja nie mam rozumu, żeby przestać go sobą szukać. W nieznane głębie z Twoim na moich ustach okrzykiem zanurzam się i gaśnie mi rozum zupełnie. Gaśnie mi krzykiem utopionym w Twoje włosy, splata się w warkocz z Twoim i łączą się w jedność niepowtarzalną. Najpiękniejszą, najszczerszą, jedyną. Melodię, po której innych już nie ma. Po której nic już mądrego napisać się nie da, a i powiedzieć nie sposób. Zostawiam w Tobie siebie, zostawiam, lecz przecież jestem….jesteśmy…. czy… nie wiem, czy to możliwe, żebyśmy byli, bo przecież nie ma nas wcale, bo przekroczyliśmy każdą z granic, bo świat został tak daleko za nami, że nie trafimy chyba z powrotem, i może nawet nie będziemy chcieli tam trafić… Teraz nie. Kiedy pozwoliłaś mi być Mężczyzną… Kiedy Ty stałaś się Kobietą, kiedy to, co z tyłu mierne takie i płaskie…
Pozwól mi być… I bądź mi…

poniedziałek, 3 lutego 2020

Róża

- Uuuuch… - uderzył o ziemię i przekoziołkował, nie obeszło się bez licznych potłuczeń. Z łokci i kolan sączyła się krew, a żebra bolały przy oddechu. Na dodatek, zanim znieruchomiał coś owiniętego w wielkie, gładkie prześcieradło wylądowało na nim z piskiem, jaki wydałoby stado szczeniaków na widok matki. 
Dziewczyna nie była ładna. Wyglądała na zaspaną, z bladymi ustami, szeroko otwartymi oczami i włosami w nieładzie. I jeszcze ta idiotyczna, nocna koszula, spod której ledwo było widać czubki palców u nóg. Klął jeszcze, ale już jej się przyglądał, by szybko przejść do stanu lekceważącej arogancji.

- I co narobiłaś głupia? - zapytał raczej retorycznie.
- Ale ja... - szepnęła drżącymi ustami - ja nie chciałam...
- No tak! Nie chciałaś, a ja krwawię - zaśmiał się ironicznie.
- Urwij - wyciągnęła w jego stronę ręce - no, urwij oba rękawy, to cię opatrzę. Umiem.

Popatrzył na nią z niedowierzaniem, ale podawane rękawy uszarpał, udając, że nie wymaga to żadnego wysiłku. Skórę na ramionach miała równie miękką jak jedwab nocnej koszuli. Opatrzyła go z wprawą i delikatnością, do jakiej nie przywykł. Zaczął rozglądać się dookoła, żeby nie gapić się na nią. Planeta była tak mała, że ledwie się na niej zmieścili. Niewiele brakowało, a minęliby ją i lecieli dalej w nieskończoność kosmosu. Zamierzał teleportować się na sąsiadującą z Ziemią planetę, a tu taka niespodzianka. Wylądował Bóg wie gdzie i to z zasmarkaną, zaspaną księżniczką, brzydką jak noc. To z pewnością jej wina, bo ich ścieżki musiały się spleść, interferować, a przez to zmienić kursy przelotów. 

Burknął coś na temat nieodpowiedzialności dziewczęcia ale ona rozchlipała się żałośnie i tylko przepraszała, że przecież nic nie zrobiła. Leżała w łóżku i czytała przed snem "Małego księcia". Westchnęła kilka razy do postaci, ale nic więcej. I nagle mrok i lądowanie na pupie... na nim. Nie wie, gdzie dom ani jak wracać. Boi się bardzo, więc niech jej nie zostawia samej. Wzruszył ramionami. Chciał pomyśleć albo przynajmniej poudawać, że to robi. 
Wokół teren wyglądał jak łyse klepisko. Ani śladu roślin czy życia. Tylko w jednym miejscu coś się działo - wyglądało jak dawno przekopany prostokąt ziemi. 

- To ty? - pokazał palcem, a kiedy zaprzeczyła ruchem głowy, podszedł i rozkopał butem. Szukał skarbów. Każdy chłopak szukałby pirackich łupów, czy czarnoksięskiego depozytu, gdyby na nieznanej planecie odkrył cień nadziei, że tam kryć się może skarb. Zapomniał o dziewczynie i rył butem podłoże, aż dotarł do kamieni. Nic. Może ktoś się rozmyślił albo już podjął schowany depozyt. Zagarnął butem do dziury wykopaną ziemię i żeby ukryć zawstydzenie wysikał się odwracając plecami do dziewczyny. Gdzieś musiał, a schować się nie było gdzie. Odwróciła się słysząc jak strumień wgryza się w spulchnione podłoże i zasłoniła usta dłonią. Śmiała się, ale bardzo dyskretnie. Ciekawe co zrobi, kiedy i ją pęcherz przyciśnie.

Chłopak otrzepał ręce o spodnie, udając, że je umył i powiedział:
- Spróbuję poszukać drogi powrotnej. Zostań. Wrócę po ciebie - rycerski duch najwyraźniej wziął w nim górę, a niemy zachwyt był mu nagrodą. Podobało mu się. Bardziej niż chciał to przyznać nawet przed sobą. Wszedł w trans i zniknął.

Kiedy wrócił... był pokaleczony od stóp do głów, jakby ktoś go zamknął w jednym worku ze stadem kotów. Padł ciężko i bez przytomności. Dziewczyna nie marnowała czasu na lamenty tylko oddzierała pasy z nocnej koszuli, aż zrobiła z niej sukienkę mini. Bardzo odważną. Obandażowała go, a głowę położyła na kolanach i głaskała jego policzki. Dopiero teraz pozwoliła sobie na łzy. Kiedy otworzył oczy znów zobaczył ją brzydką, spłakaną i nieszczęśliwą. Bandaże przesiąkły i trzeba je było wymienić. Jego ubranie było w strzępach, a zbyt twardy materiał nijak nie nadawał się na otwarte rany. Zsunęła resztki sukienki i z rumieńcem na twarzy darła na pasy wszystko, co jej zostało. Pasy pachniały jej młodym ciałem i nadal były ciepłe. 

Owinięty w świeże opatrunki leżał na jej kolanach i drobne wiśniowe pestki na jej piersiach nie pozwalały mu na nic. Rozkojarzony patrzył na nią, ale widział tylko te pestki. Kręciło mu się w głowie i chyba zasnął. Gdy po wielu godzinach obudził się - nic się nie zmieniło. Wciąż leżał z głową na jej kolanach, a ona głaskała go i układała mu włosy, nucąc cicho nieznaną mu kołysankę. Wstał z wysiłkiem. Zrobił kilka kroków - niezgrabnych i zmęczonych, ale udało się. Na kupce, gdzie sikał coś się zieleniło. Bez żadnych myśli podszedł i znów podlał piach.

- Muszę jeszcze raz spróbować. Ale w inną stronę. Tam nie.
Popatrzyła na niego jak na bohatera. Nic nie leczy męskich ran lepiej niż zachwyt kobiety. Widział w jej oczach tyle zachwytu, że przestał dostrzegać brzydotę. Może jej tam wcale nie było? Może tylko mu się zdawało, bo patrzył przez negatywne emocje, a ona płacząca, nieszczęśliwa... Trudno o piękno w takiej chwili. A teraz stała przed nim naga i dumna z niego, jak nikt nigdy przedtem. Urósł i nabrał odwagi. 

- Dasz mi twoje siły? - ni to spytał, ni stwierdził. - Moich zabraknie nawet na krótką podróż. Zanim się zregeneruję trochę czasu upłynie. Dziewczyna kiwnęła głową, aż grzywka przesłoniła jej oczy i wtuliła się w niego cała. Czuł jej ciepło na sobie. Pożerał jej energię jak pijany. Smakowało. Nie umiał się powstrzymać i brał jej młodość w siebie. Trudno było przestać. Mógł ją wyssać do cna. I chyba to zrobił. Jej wielkie wpatrzone weń oczy zdawały się być bardziej przeźroczyste, a ciało stawało się mleczne niczym mgła.
- Wrócę po ciebie - dotknął jej policzka nim wystartował ponownie. 

Drugie podejście było równie nieudane. Może nawet bardziej, bo zwalił się na ziemię jak wór ziemniaków i nawet nie jęknął. Po jego sile nie było już śladu. Dziewczyna sprawdziła dłońmi czy wszystkie kości są całe i znów położyła jego głowę na swoich kolanach. Płakała, śpiewając cicho. Był nieprzytomny. Trudno było pomóc. Ułożyła go wygodnie pod krzewem, który wyrósł podlewany przez niego. Sama nie wiedziała dlaczego ale wydało jej się, że tu będzie najlepiej. To przynajmniej było "jakieś" miejsce. Dające się wyróżnić. Kiedy już leżał poprawiła mu włosy i położyła się na nim oddając mu energię do końca. Zaczął pojękiwać, a ona ważyła coraz mniej. Gdy w końcu przytomnie otworzył oczy, chciał objąć ją ramieniem ale była już tylko bladoróżową smugą nad jego ciałem. Wiatr porwał ją do tańca zanim zdążył krzyknąć. Został z niczym. Ale żył. 

Rozejrzał się wokół. Małą planeta musiała pomieścić już tylko jego, a jedynym punktem orientacyjnym byłą zgarnięta butem kupka ziemi, na której wyrósł drobny rachityczny krzaczek. Z jedną, bladoróżową różą, która wyglądała tak jakby mu się przyglądała. Byłą brzydka? Kolczasta? Pachniała młodością i ciepłem, które zdążył poznać. Musiało mu się zdawać. Takie ciepło nie może być brzydkie. Na pewno była piękna, przecież nie ma brzydkich księżniczek. 
Ostatni pasek zakrwawionego jedwabiu pomachał mu na pożegnanie - wiatr porwał i jego. Został sam na planecie, mając krzak za jedynego towarzysza. Ile czasu musi minąć, żeby nabrał sił i wrócił? Bo będzie próbował ponownie. Tym razem poleci z wiatrem. Może uda mu się ją odnaleźć. Nawet nie wie jak ma na imię...

niedziela, 2 lutego 2020

Coś

- Ratuj chłopie, bo mi się impreza zmarnuje!
- Jaka impreza, jakie ratuj? Stachu, o czym do mnie gadasz?
- Józek. Iść miałem do Franka, gałęzie jakieś pomóc spalić i coś tam o kartoflach gadał, a to wiadomo, że węgiel, to popić będzie trzeba, żeby zdezynfekować. No nie chce ognia na darmo palić, a po zimie mu hałda gałęzi urosła i chce to przez ogień puścić, żeby się kury tam nie chowały i jaj nie niosły w kolczaste, bo jego Baśka przecież ręce już poharatane do łokcia i pod nos mu podstawia, że jej się krzywda dzieje. Sam palić nie chce i darmo z dymem puszczać też, to se wymyślił, że ognisko z kartoflami będzie i parę osób skrzyknął, żeby wesoło było. No i iść już miałem, kiedy się moja Kryśka napięła i mówi, że albo z tobą idę, albo ona ze mną na te kartofle pójdzie. To dzwonię i ratuj Józku, bo baby tam nie zabiorę, a iść trza.
- A Jolce, to co powiem?
- A bierz ją do mnie, to se z Kryśką poplotkują troszkę, albo jakiego winka wypiją i siądą przed telewizor na babskie pogaduchy.

Poszliśmy w końcu, bo żyć nie da ten Stachu. Kobitki w domu zostały, a my we dwóch przez pola, na wskroś, bo tak bliżej do Franka i nie będziemy się po asfalcie męczyli, żeby nas jaki pijany do rowu spychał. Ziemia kleiła się do buciorów, dobrze, że w gumiakach poszedłem, bo te iły takie lepkie, gdy trochę wilgoci podłapią, że pół tony pod nogę jedna się łapie i iść ciężko, a buta zgubić nie problem.

- Bo wiesz Józek, ta moja Kryśka, to mówi, że jak z tobą idę, to choćbym na czworakach miał iść, to do dom trafię, a kiedy bez ciebie, to i trzy dni wracać gotowym i nie wiadomo, czy cały dotrę. Bo ciebie coś gna do chałupy, a innych nie. No i się zaparła, bo niegłupia przecie i wie, że to ognisko, to tylko kawałek prawdy, a chłopy się zabawić chcą, zanim w pole pójdą i nawet się nie dziwi, bo roboty w polu nie brak i kiedyś trzeba. A swoją drogą Józek, to jak to jest z tym twoim talentem do wracania? Bo to od kiedy pamiętam, zawsze do domu trafić możesz i jakoś żadnej nocy po rowach nie pamiętam. Wypilim tyle, że konia by przewróciło, a ty jak maszyna, jakbyś miał kompas wszyty w nie wiadomo co i do chałupy zewsząd trafisz. Widzę, że równo ciągniesz, jak wszystkie chłopaki, że oczu nie masz jak każdy, i drobny wiatr nawet na boki cię niesie, a jakoś pod lasem nie spałeś nigdy. I Jolka cię u mnie nie szuka, najwyżej do stodoły zerknie, czy zipiesz.

- Nie lubię Stachu gadać za wiele, bo to wiesz sam, jak ludziska patrzą. A jak sobie człowiek popije, to potem te plotki to rosną i rosną, i zaraz się człeka co przyczepi głupiego, albo go w knajpie palcem zaczną pokazywać, odsuwać się i przychodzi siedzieć samemu jak palec. Nie gadam, bo to trudny temat jest i taki na wiarę. Jak gęby nie rozpuścisz, to ci powiem, bo do Franka kawałek jeszcze jest, a tak mrukiem iść, to niedobrze, bo się w żołądku kwasy boczą. Pamiętasz może, tę starą Wieśkę? Wariatka mówili, czarownica, No tę, co pod lasem mieszkała bez chłopa żadnego i padła chyba z piętnaście lat temu i teraz tam pusto, a nikt dalej nie chce tam łazić nadaremnie, bo dalej strach w ludziach siedzi i nawet myszy nie chcą do tej chaty zaglądać? No. Ona właśnie. To ja u niej za karakana jeszcze byłem, raz jeden jedyny. Nawet nie z własnej woli, tylko tak, jak teraz do Franka idziemy i się twoja Kryśka boi, że gdzie zabłąkasz się po kielichu, tak mnie matula wysłała po ojca, żebym go do dom sholował przed świtem, coby się ludziska nie śmiali, że krąży po świecie bez oka. Bo staruszek, to główkę miął kiepską i ledwie parę kieliszków przechylił, a tracił się dla świata natychmiast. I zamiast do domu, to jak po złości zupełnie w inna szedł stronę. Taki mu się szwendaczek włączał, żeśmy go nieraz dzień cały szukali, a on trzy wsie dalej gdzie w zbożu spał, bo do spania to melodie miał niewąską. I kiedy już tak polazł na większą jakąś zabawę, to wiadomo było, że jak zacznie go nosić, to ktoś go musi pokierować, żeby nosem w naszą stodołę trafił i dopiero, kiedy się przewróci, zostawić można. Niech sobie trzeźwieje, bo chorować, to on nie umiał wcale. Sam pamiętam, jak zima w śniegu noc przechrapał, rano się po jajkach podrapał i do chałupy wrócił, a w nocy drzewa pękały i nawet rankiem policzki szczypały, gdy tylko za drzwi nos wystawiłem. Nic. Ani katarku nie złapał. Dopiero go jakieś nowoczesne choróbsko za kiszki złapało i padł. Tak od razu, w tydzień czy dwa. No. I jak mnie matula po niego wysłała któregoś razu, żebym go w stronę chałupy nakierował, to mi się jakoś tak omsknął, wiatr go zepchnął, czy co i takim slalomem poszedł na Wieśki chałupę. Próbowałem go jakoś nawrócić, ale chłopisko silne i nie dało się absolutnie, bo ja szczeniak jeszcze, to sam wiesz, jak ciężko takiego bezwładnego king-konga przekonać do zmiany kierunku. Szedłem z nim, żeby nie zaginął i czekałem chwili, aż się znów wahnie i skręcić go na chałupę chciałem. Naszyty był nieźle, ale wędrował, aż miło. Dopiero, kiedy się o jakieś koryto u Wieśki potknął, to się wyłożył. I dramat. Bo nie uniosę, a tam go zostawić, to strach. Szarpałem, krzyczałem, ale sił za mało, on za wielki i ten bezwład. Siadłem na tym korycie i dumałem co teraz. Zostawić go tam i wracać do domu, czy po kogo pójść do pomocy, ale to chyba furmanką bym musiał. Noc, nikogo do koła, a chłopy w większości w stanie podobnym. Baby mi nie pomogą, bo za słabe chucherka na tego mojego staruszka. Ciepło było, więc posiedziałem chwilę na tym korycie i miałem go już zostawić, gdy stara Wieśka wyszła przed dom. Mówię ci Stachu, strachu się wtedy nażarłem tyle, ze mało w portki nie narobiłem. A ona w nocy, to tylko oczami świeciła i światła żadnego nie potrzebowała, bo jak kot widziała. I przyszła do mnie i na ojczulka zerknęła, i coś tam skrzeczy, a ja przerażony. Trzy razy gadała, zanim zrozumiałem, że pomoże mi z nim, żebym poszedł do jej chałupy, bo sama rozpalać po nocy nie będzie. Nie wolno jej, czy coś takiego. Jakieś przesądy, albo czary. Zapaliłem, bo kominek miała sprawny. Lepszy niż cała chałupa. Ledwie drzazgę zapaliłem, a już się ciepło zaczęło robić. Wzięła taki czarniawy garnuszek, wody nalała i ziół nasypała. Coś tam mruczała i pluła w ten ogień, jakby się jej do języka co przykleiło. Zanim się toto uwarzyć zdążyło, zanim przestygło, by pić się dało, to mnie tak wzrokiem zmierzyła, jakby mi chciała garnitur do ślubu uszyć. Grzebała w tych swoich rupieciach, jakieś dziwactwa z tych szuflad nawyciągała i zanim ojca do pionu postawić poszliśmy, to mi na szyje zawiesiła taki maluśki woreczek na rzemyku. Lekki był, nie przeszkadzał, a ja się z nią kłócić nie chciałem. Jeszcze się obrazi i nie pomoże mi ojca do domu wyprawić, albo jaką klątwa obrzuci. Macnąłem woreczek łapą, żeby sprawdzić, co w środku. Coś było. Ale woreczek taki zaszyty że nie wiadomo, jak się do środka dobrać. nawet próbowałem parę razy, ale nic. Trzeba by go chyba kozikiem ciąć, żeby to ze środka wydostać, bo nijak nie idzie. A ona, wtedy w tę noc ciemną, ona mi mówi, żebym nie ściągał, kiedy z chałupy wychodzę, to do dom trafie niechybnie i bez najmniejszych kłopotów na własnych śmieciach spać będę. Żeby się po ojcowizny spuściźnie nie tułał po świecie, jak jaki latawiec. I mówi, żebym do środka nie zerkał, żebym ciekawość poskromił i nie wyjmował, żeby to coś, co w środku światła nigdy nie zobaczyło, bo działać przestanie. Wiesz Stachu. Ojcu wlała do gardła trochę tego napoju, a ten jak wstał, to już trzeźwiutki. Ukłonił się tylko, za fraki mnie złapał i popedałował do domu takim galopem, żem się spocił by za nim nadążyć. A Wieśka to śmiała się tak głośno, że całą ją drogę słyszałem. Do dzisiaj ja słyszę, kiedy noc ciemna i do chałupy czas wracać. Nie wiem, co mi w ten worek wcisnęła, co w środku tam siedzi, lecz kiedy z chałupy wychodzę, to wieszam, albo w kieszeń gdzie wcisnę. Małe, lekkie i nie przeszkadza. I nie kłamała – choćbym się czołgał i nóg już nie miał, do domu trafię. A co w tym woreczku schowała? Pojęcia nie mam – coś. Czary, kamień, stary ząb? Nie wiem i wiedzieć nie będę. Noszę ze sobą „coś” i sam to tak nazywam. „Coś”. Bo to takie śmieszne… nawet twoja Kryśka mówi, że „coś” mnie gna. No i gna. „Coś”. Dokładnie „coś” i sam nie wiem co. Tylko Stachu, jak gębę rozpuścisz, to cię ukatrupię – jak cię lubię, tak ubiję. Koniec gęby strzępienia – patrz, jak ładnie się pali, do kartofli jeszcze brakuje, ale chyba niewiele, a flaszeczka widzę że świeci niedaleczko. Chciałeś zabawy, to się bawimy, a o drogę do domu już się nie martw – za uszy, ale doholuję.

czwartek, 30 stycznia 2020

Naucz mnie

Naucz mnie płakać. Proszę. 
Ukradkiem opuszkami palców zbierałem łzy z twojej twarzy, by skosztować jak są gorzkie, bądź słodkie w zależności od źródła. Potem, gdy rozzuchwaliłem się całkiem, spijałem je ustami z policzków, by w końcu pić wprost z twoich oczu. Wtedy otworzyłaś się całkiem - jak dzika orchidea polizana słońcem. Widziałem, jak chcesz je chować na moim ramieniu, jak próbujesz wsiąknąć je w koszulę na wysokości piersi, a ja uniosłem twoją twarz wysoko i kradłem je, zanim wyżłobiły ścieżki na policzkach. Oddałaś mi się cała, zupełnie tak, jakbym biorąc łzy wziął całą ciebie, którą mi dałaś. 

Upiłem się całkiem. Wtedy i za każdym razem, gdy mogłem ich skosztować. Ale dziś... dziś proszę cię, żebyś nauczyła mnie płakać. Żebyś mogła z mojej twarzy zebrać łzy w bukiet, wzięła je ode mnie, jak ja brałem twoje. Nie umiem. Nie potrafię. Życie odebrało mi tę umiejętność i teraz nie mogę. Próbowałem.

Czasem, gdy naprawdę dopiecze oczy wilgotnieją, jakby ktoś ścisnął schnące jabłko. Gdzieś na powierzchni pojawia się kropla wilgoci, lecz powieki trwożliwie drepcąc w miejscu zaraz ją rozprowadzają po oczach i ani jedna się nie zapodzieje, nie uroni. Od dziecka ktoś twardą ręką ścierał ze mnie każdą mgłę, jakby to był deszcz niechciany, albo krople wody po wyjściu z basenu zawieszone na czubkach rzęs zbyt rzadkich, aby mogły je utrzymać i strofował mnie sądząc, że życzliwość i uczucia tego wymagają.
- Nie becz, nie jesteś babą.

Uwierzyłem w te uczucia, w życzliwość, w przychylność. Uwierzyłem, że babą nie jestem. I nie byłem. Zakamieniały we własnej męskości, w pozorach, w przepychankach nastoletnich kozaków, obrońców każdego, nawet najbardziej bzdurnego Alamo. Zmiażdżyłem własne łzy i z bohaterskim rechotem pozbyłem się ich szczając w dziewiczy śnieg, stojąc w szeregu mnie podobnych. Wytopiliśmy z naszych łez wulgarne przesłanie dla świata i od tamtej pory idę przezeń z zaciśniętymi pięściami i suchą twarzą - od płaczu, którego nie ma. 

Naucz mnie płakać. Naucz wtulać się w pierś tak, jak ty to robisz. Kiedy trzymam cię w ramionach i nasiąkam twoimi łzami czuję się tak twój, jak nikt na świecie. Zazdrosny jestem o każdą łzę, którą ronisz nie mnie. Jakbyś mnie okradała. Wiem, że nie zrozumiesz teraz. Żeby zrozumieć musiałabyś poczuć moje łzy, jak przepalają ci bluzkę, jak toczą się w otchłań stanika, by wreszcie pocałować twoje piersi tak czule, jak żadne na świecie usta. Taką łzą można otworzyć wszystko. Naucz mnie. Proszę. Przy tobie miałbym odwagę płakać. Ty nie powiesz mi nigdy: "nie becz, nie jesteś babą!" Ty weźmiesz je, żeby wziąć mnie całego. Żebym ja wziął ciebie. Dałem ci wszystko, co mogłem, wszystko co miałem, a nawet to, czego wciąż nie mam. Wszystko. Prócz łez.

środa, 29 stycznia 2020

Nadzieja

Rozwijam sznurek bez pośpiechu. Mam czas. Mogę celebrować chwilę. Latawiec szarpie się na uwięzi i śpieszno mu do chmur kicających jak zające wyprane w proszku zmiękczającym sierść. Puchate nie-wiadomo-co podskakuje omijając niewidoczne przeszkody, a mój latawiec zachowuje się jak pasterski pies co szarpie smycz, bo już natychmiast chce gnać do tej znakomitej zabawy. Ścigać, zaganiać, szczekać rozkazy, albo po prostu szczęście i patrzeć jak strwożone istoty kłębią się w stadzie i czekają, czy nie grozi im inne, większe niebezpieczeństwo.

Ten latawiec... list napisałem do ciebie. Drugi. Ja wiem, że nie istniejesz, ale nie potrafię przestać marzyć, że jednak pojawisz się dla mnie. Kiedy nikt nie widzi szepczę nadzieje i opowiadam nasz świat, jakim byłby, gdybyś się pojawiła, a ty śmiejesz się ze mnie i wkładasz mi rękę pod ramię. Idziemy razem gdzieś, gdzie zaczynają świecić korale dzikiej róży, a żółte talerzyki na wrotyczach pachną cierpką, wilgotną jesienią. Gdzie trawy schną w milczeniu posypując ziemię prochami nieprzeliczonych nasion. 

Szukałem cię w mieście ale tam hałas, rozgardiasz i pośpiech. Ktoś łokciem trącił, inny zbeształ, że sterczę jak kołek pośrodku chodnika. Jazgot samochodów zagłuszał mój szept, a krzyczeć nie umiałem. Wstydziłem się wołać, bo wciąż pokazywaliby mnie palcami i pukali się w czoła, że taki ze mnie nierozsądny dureń. 

Latem pojechałem nad morze - jak sądzę morze lubisz wraz z niekończącymi się plażami, którymi można wędrować od rana do nocy i leżąc na wygrzanym piasku liczyć gwiazdy. Poszedłem molem wcinającym się głęboko w wodę i tam list zapakowany w butelkę wrzuciłem. Ten pierwszy. Jakaś starsza pani pokiwała głową ze zrozumieniem, może i ona kiedyś rzuciła w toń wielką modlitwę. Mnie odarł ze złudzeń patrol policji wręczając mandat za zaśmiecanie. Zapłaciłem bez skargi. Zapłaciłbym więcej byleś tylko podniosła ten list i była. Tylko tyle. Aż tyle. 

Dziś znów napisałem list i wyszedłem na łąkę wielką jak morze. Stojąc po pas w dzikich trawach, gdy rzepy z nadzieją chwytają się moich spodni, a pajęczyny smużą się w słońcu wypuszczam mój list pod niebo. Może ten spadnie ci pod nogi i przeczytasz go nim stracę nadzieję. Podpieram się myślą, że prędzej życia mi braknie niż nadziei, ale może to tylko słowa. Czasem przychodzi dzień, gdy smutek potrafi wspiąć się nadziei na szyję i dusić, krew spijać, pluć w oczy i deptać pośród szyderstw. Bronię tej mojej nadziei, okrywam ramieniem i zbieram ciosy jej przeznaczone, żeby przetrwała nietknięta. Dla ciebie. Dla nas. Dziś czuję jak tańczy i klaszcze w dłonie jak mała dziewczynka, która z tatusiem wyszła puszczać latawiec. Jak jej powiedzieć teraz, że gdy sznurek się skończy trzeba będzie go puścić? By leciał. Do ciebie. Dla nas... Nie mam siły. 
Wkładam sznurek w ręce nadziei...

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Tabu

- Nie Stachu. Nie namówisz mnie na pewno. I na twoim miejscu nie siadałbym tam pod tą sosną. Mów co chcesz, śmiej się ze mnie, ale jeśli chcesz tam iść, to beze mnie. Nie przekonasz mnie. Jakby mało miejsca w lesie do siadania było. Popytaj we wsi, to się dowiesz, że tam, to nawet grzybów nikt nie zbiera, choćby ich dwa wiadra się śmiały na kilometr. Zapytaj co starszych, tylko tak na boczku, żeby za wiele uszu nie było, bo się ludziska wstydzą zabobonów takich. Ale skrzynkę wódki tam postawię i stać będzie ruski rok i żaden tubylec się po nią nie schyli na pewno. Niedobre to miejsce. I lepiej je z daleka omijać. Ty za długo w mieście siedziałeś, to możesz nie wiedzieć, kiedy szkrabem biegałeś, to mogli ci nie powiedzieć, a teraz, to nie ma kto. Może Kryśka pamiętać będzie. No dobra, chodź gdzie kawałek dalej, bo licho nie śpi, to ci powiem. A popatrz, popatrz, żebyś zapamiętał, żebyś więcej się nie oglądał i nie kusił losu.

Poszliśmy spory kawałek, a Stachu jeszcze za plecy zerkał i taka ciekawość niezdrowa z niego szła w powietrze, i na gębę mu pytania wyskakiwały, jak małoletniemu pryszcze. A kiedy już się udało odejść kawałek, że drzewa zasłoniły i nawet wiatr od sosny nie szemrał złowieszczo, tośmy siedli na pniu zwalonym i w słońcu kolana grzejąc, pot z czoła my otarli i zakurzyli. Po całym, jak dorośli. Stachu kapsel zerwał i butelkę podał, bo przy gadaniu to schnie niemożebnie, wiec od razu łyk spory wziąłem i rozsiadłem się wygodniej.

- Pluń Stachu na to miejsce bez wstydu i żalu, bo żałować nie ma co. Las w końcu duży i tej jednej sosenki, to możesz sobie odpuścić, choćby i krzyczała do ciebie. A może. I kiedy krzyknie, to lepiej nie słuchać, bo omami i najsilniejszego uwięzić gotowa. A kiedy prezent dostaniesz, to ci tak w pięty pójdzie, że nie będzie się komu poskarżyć nawet. Widziałeś, boś się gapił jako to cielę. A ptaszka jakiegoś słyszałeś tam może? Biedronkę, czy pasikonika widziałeś? Nic. Żadne bydlątko się tam nie zbliży, bo rozum swój ma i najmniejszy robaczek. A muchę, jeśli w te strony przywieje, to broni się i łapkami powietrza się trzyma i walczy jak z rzeki prądem, żeby nie tam. Wieje stamtąd wszystko, co zmysły ma jakie takie. Co instynkt dziedziczy w każdej komórce. I tylko miastowe głupki ze stępionym czuciem zajrzą tam czasem, kiedy się w okolicę tutejszą zaplączą. Bo tam zieleńsza trawa, bo cień, bo zapach żywicy tak pięknie uwodzi, a wokół ni krzaczka, więc wręcz zaprasza, na piknik, na kości wyprostowanie, na lenistwo. Poleżeć i wygrzać kości, czy z dziewuchą jaką pobaraszkować.
Nikt już nie wie, co się tam stać musiało, jedna Wieśka może co wiedziała, ale jej nie ma, a czy kto ją pytał? A pewnie i nie, bo się bali ludziska - i Wieśki, i tej sosenki. A mnie ojczulek tu przyprowadził i nawet nie straszył, że nogi mi z tyłka powyrywa, jeśli tam pójdę kiedy. Krzepę miał, i mógłby to zrobić, a on jak nie on. Powiedział tylko, że głupi nie jestem i dla własnego spokoju trzymać się będę z daleka. A pokazał, żeby mnie na wsi chłopaki nie naciągnęli na jaki zakład, czy inną zabawę szczeniacką. Poważny był przy tym jak katafalk, tom i uważniej słuchał. A jak skończył mi gadać, to rwałem do chałupy, aż się za mną kurzyło, dobrze, że w portki nie narobiłem. Może przesadzał, może barwił stare opowieści, ale nie namówisz mnie żadną siłą, żebym tam poszedł. Ani na trzeźwo, ani po pijaku.
Bo tam, jak zawoła, jak się na ziemię położysz, to zaśniesz. Zaśniesz nawet nie na długo. Tyle, żeby zapomnieć. A jak wstaniesz, to nawet nie poznasz, że spałeś. Czyli niedługo, bo słońce to samo grzeje, wiaterek wieje i okolica ta sama. Nie poznasz, jakbyś tylko okiem mrugnął, a już wystarczy. I nie wie nikt, czy z ziemi to ciągnie, czy od sosenki płynie, ale ludzisków zmienia. Na resztę życia i żadnego lekarstwa nie ma. Paskudnie zmienia, bo nie tylko na gębie, lecz w charakterku gmera. Najgorszą zarazę ci z flaków wyciągnie i ją rozmnoży. Na wierzchu położy i gnać cię będą ciągoty okrutne. Jeden, co się naśmiewać z ludzi uwielbiał, ten śmiać się już będzie tylko. Do końca świata się śmieje i jako wioskowy głupek po okolicy do dzisiaj się kręci, a uśmiech mu z pyska nie schodzi. Inny, gorączką pchany nienawiści zacznie mordować bez pamięci, aż go chłopy na widłach zostawią, gdzie w polu daleko, coby władza nie wiedziała kto i dlaczego. A i dziecina taka tu żyła, co to jej rosnąć się odechciało po jednym śpiku pod oną sosenką. No metra nie miała chłopina, a każde narzędzie za duże, za ciężkie i portki w sklepie dziecinnym mu kupowali, albo mu szyła matula przez łzy ledwie widząc. Szkoda gadać za wiele, nie mnie cię Stachu straszyć, ani rozumu uczyć. Niech ci wystarczy, że kiedy pójdziesz, już sobą nie wrócisz. Jeśli ci znane niemiłe, jeśli szukasz, czegoś nie zgubił i w genach po familii nie dostałeś, to idź do sosenki, ale do mnie już nie zaglądaj. A i do domu nie wracaj, cobyś Kryśce i dzieciakom krzywdy wielkiej nie zrobił. A kiedy zobaczysz gdzie w lesie, że młody łoszak a łopaty ma jak byk staruszek, znak to niechybny, że się maleństwo nie całkiem normalne zrodziło i zabłąkało pod tę sosenkę. Z daleka omijaj, bo to niepewny zwierz bardzo. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby ta puma, co ją w TV pokazywali, że ona też spod sosenki wstała. Zmienioną sobą wstała i straszy ludzi, a może futrzak podwórkowym kociakiem był wcześniej z instynktem trochę pokrzywionym? Pytać się nie ma kogo, zrozumieć trudno ale chodzić tam nie potrzeba. Możesz się śmiać, lub nie wierzyć, ale mnie pod sosenkę nie ciągaj. I sam lepiej też nie łaź, jeśli biedy sobie napytać nie chcesz, bo miejscowe, to się kłaniać przestaną zanim się dwa razy obejrzysz. Na wiarę weź i zapomnij. Bo to niedobre miejsce. I do gadania temat też nie najlepszy, bo mi to piwo smakować przestało. Już lepiej wracajmy.

sobota, 25 stycznia 2020

List

Siedziała na wąskiej, niewygodnej ławce i płakała. Tu na zewnątrz mogła sobie pozwolić na okazanie uczuć. Na co dzień udawała twardą i pogodną. Tylko w nocy, kiedy pod kołdrą obejmowała kolana, a zimne stopy nie pozwalały zasnąć, łkała cichutko, żeby cierpiący na bezsenność sąsiad za cienką betonową ścianą nie usłyszał jej skargi. Tak. Na cmentarzu mogła bezpiecznie płakać. Listopad dopiero miał nadejść, ale suche, zakurzone liście jaworów wiatr już przeganiał po alejkach i dekorował nimi pomniki. Jeden z nich przyszła właśnie oczyścić z liści. Oprócz niej chyba nikt tu nie zajrzy. Ona też przychodziła tu rzadko, jakby miała za złe matce, że umarła i zostawiła ją samą.

Zadumała się. Matka nie miała zbyt wiele czasu wychowując ją samotnie. Ojciec nie udźwignął ciężaru ojcostwa i odszedł, kiedy już umiała mówić do niego "tatusiu" siadając mu na kolanach. Kiedy potrzebowała go tak bardzo, że gotowa była wybaczyć mu każde draństwo, jakiego się dopuścił albo mógł dopuścić. Matka, choć robiła co mogła, nie wystarczała dziecku, które chciało mieć rodziców w obu dłoniach. Przytulała się do mamy i zadawała wciąż to samo pytanie - dlaczego. Pytała i patrzyła z lękiem w wyblakłe niebieskie oczy mamy i drżała ze strachu, że usłyszy brutalną odpowiedź, że to jej wina, że przez nią odszedł jedyny w jej życiu facet. Dziadek? Widziany dwa razy do roku, oschły, nie umiejący okazać uczuć, zmęczony jej energią szukał wytchnienia i uciekał od niej zasłaniając się gazetą lub telewizorem. Nie. Tatuś był jedynym facetem. I jedynym draniem. A przecież kochała go nawet dziś, choć nie widziała go od dwudziestu lat.

Pozwalała łzom spływać po policzkach i nawet nie rozglądała się, czy ktoś widzi. Miała czterdzieści pięć lat i była na świecie sama. SAMA! Nie było nikogo, z kim mogłaby dzielić chwile szczęścia - rzadkie jak egzotyczne motyle. Mama umarła kilka lat temu. Jak wszyscy - na raka. Do końca ukrywała swoje cierpienie i martwiła się o córkę, która gryząc paznokcie udawała, że nie widzi w matczynych oczach bólu. Całe życie udawała. Radość, zaradność. Miała  w sobie wymyślony uśmiech na każdą okazję. Więcej ich było niż butów czy sukienek w szafie. Świat wierzył, albo też udawał i pozwalał jej trwać na marginesie istotności.

Wspominała swojego męża. Boże! Tak bardzo pragnęła mężczyzny, tak jej było brak męskiego ramienia, że powiedziała "tak" pierwszemu, który miał odwagę zapytać. Założył jej na palec obrączkę, powiedział kilka słów, które pielęgnowała przez lata, a potem zażądał, by rozkładała nogi ilekroć był w pobliżu. Była służącą, sprzątaczką i kucharką. Dziwką gotową na każdy kaprys pana i władcy. Kiedy ją uderzył pierwszy raz, sama siebie przekonywała, że się jej zdawało. Że to sen jakiś koszmarny. Ale ten sen powtarzał się regularnie. Nie było już tygodnia, żeby jej ciała nie kryły nowe siniaki lub blizny. Wmawiał jej, że jest głupia i brzydka, a robił to wystarczająco często, by uwierzyła. Pogodziła się z tą myślą bez walki. Najwyraźniej jej tęsknota za męskim towarzystwem była grzechem i Bóg ją ukarał. 

Przed matką ukrywała prawdę bardzo długo. Byłą zbyt dumna, żeby przyznać się do faktów, chociaż wiedziała dlaczego jej matka się rozwiodła. Jej facet był taki sam. Bił ją słowami niczym japońskim mieczem. Poniżał publicznie. A kiedy wypił, co zdarzało się zbyt często, darł na niej ubranie, by wziąć siła to, co mu się należało. On też był panem. A teraz matka leży przyciśnięta wielkim, czarnym kawałem marmuru i może jej mówić wszystko. Już się nie wstydzi, chociaż płacze gorzkimi łzami. Ona wiedziała - szepnęła sama do siebie. Wiedziała, bo matkę niełatwo oszukać. Szczególnie taką, która ma w sobie ocean niewykorzystanych uczuć do zaoferowania. Gdyby tylko jej pozwolić cała byłaby kochaniem i niczym więcej nie zajmowałaby się w życiu.

Ale nie pozwoliła. Uciekła z domu z tym kretynem i trzymała się go pomimo wszystko. Kiedy nie wytrzymali sąsiedzi i wezwali policję, okazało się, że to nie wszystkie grzeszki. Rozwód spoza krat dotarł i znów była sama. Kompletnie. Zniechęciła się i już nie podjęła żadnej próby.  Uznała, że Bóg ma rację skoro skazał ją na samotność. Przestała zauważać męski świat. Milczała coraz częściej, coraz trudniej było jej gdzieś wyjść. Praca i dom. Zimne, puste przestrzenie pozbawione pamiątek, poza kilkoma starymi fotografiami z czasów dzieciństwa. Ona z mamą w grubych kurtkach i wełnianych czapkach przytulone do bałwanka przed babcinym domem, ona na plaży i siedząca na mosiężnych kolanach jakiegoś poety czy muzyka. 

Westchnęła cicho, a spazm rozciągnął się na serię. Wiatr bawił się jej włosami i ocierał o nogi. Nawet coś przywlókł, co łomotało teraz na nogawce, tuż nad butem. Miała zamiar strącić to z nogi - pewnie suchy liść, ale zanim ruszyła nogą zerknęła. Kartka papieru zapisana drobnym pismem. Podniosła. Pismo od pierwszego spojrzenia wydało jej się męskim. Ciekawość wzięła górę. Rozejrzała się ale nie dostrzegła nikogo, komu wiatr mógł porwać list. Był bezpański. Chociaż nie. Był jej. Dla niej. Może nawet do niej. Uświadomiła sobie, że w życiu nie dostała listu. Nigdy nie poczuła tej chwili niecierpliwej, kiedy otwiera się kopertę, a w środku wieści ze świata. Położyła kartkę na kolanach i wygładziła papier ręką. Może to wstrętne, że czyta cudzy list, ale tak bardzo chciała, żeby był do niej, że uwierzyła, że się spełniło. 

Piszący z kaligrafią był na bakier, a literki niewielkie, ledwie zaznaczone w kształcie. Otarła oczy z łez, wdmuchała nos i wyczyściła szkła okularów. Bez nich nie dałaby rady na pewno. Uśmiechnęła się do własnych myśli - celebruje chwilę. Odwleka specjalnie moment, gdy zacznie czytać i  czuje rozkoszny ból niespodzianki. Mogłaby głaskać ten list długo, ale zbliżający się listopad wyraźnie dawał znać, że pora zakończyć wysiadywanie na ławkach i kryć się w domach.

"Dziecko.
Nigdy nie znalazłem w sobie odwagi, by ci powiedzieć wprost. Ilekroć Cię widziałem cała odwaga ulatniała się szybciej niż otworzyłem usta. Patrzyłem na Ciebie i plotłem dyrdymały zawstydzony niczym młokos. A potem było mi wstyd, że nie potrafię, a skoro nie potrafię, to lepiej się stało, że milczałem albo mówiłem nieistotności.
Dzisiaj przyznam się, chociaż jest już za późno. Trochę liczyłem, że się domyślisz, że Ty znajdziesz tę odwagę, która ze mnie uszła i sama zapytasz, a ja nie zdołam Ci się wymknąć i odpowiem. Chciałem tego tak bardzo, że łykałem ślinę, żebym się nie zaciął przy odpowiedzi, bo wtedy mogłoby zabraknąć mi głosu. 
Patrzyłem jak rośniesz, jak wstajesz z kolan i ocierasz łzy, jak się śmiejesz i podskakujesz pełna szczęścia. Jak idziesz z mamą na lody albo do szkoły. Nie raz szedłem Waszym śladem i udawałem, że trzymam Cię za rękę, a Ty patrzysz to na mnie, to na mamę i brykasz jak szczeniaczek spragniony zabawy i włosy sypią Ci się do oczu, a Ty dmuchasz na nie, bo ręce masz nami zajęte i wtedy ja odgarniam Ci te włosy, czując ciepło policzków rumianych. 
Zazdrościłem Twojej mamie, że może z Tobą iść na spacer czy zakupy, że może przykryć Cię w nocy, kiedy przyśni Ci się coś, co sprawi, że skopiesz z siebie kołdrę i kulić się zaczniesz przytulając do poduszki w poszukiwaniu straconego ciepła. 
Być  chciałem w Twoim życiu każdego dnia. Pójść na wywiadówkę i usprawiedliwić te wagary, o których mama nawet nie wie, porozmawiać, kiedy smutek Cię dopadnie, gdy kolega z klasy udaje, że nie widzi, jak bardzo chciałabyś, żeby podał Ci rękę i serce. Chciałem być blisko ale nie jak kolega czy znajomy mamy. Chciałem być dla Ciebie.
Wiele razy wyobrażałem sobie, że przychodzisz i wieszasz się na mojej szyi, a potem opowiadasz coś, co właśnie zaprzątnęło Twoją śliczną główkę i szepczesz do mnie - "tato, szkoda, że nie widziałeś". A ja widziałem i wciąż mam łzy w oczach i tak bardzo chcę, choć jeden raz usłyszeć, jak mówisz do mnie "tato". Zamiast tego przychodzę tu płakać nad zimnym kamieniem i próbuję wydrapać z nagrobka datę śmierci. Nie umiem się pogodzić z tym, że Ciebie nie ma. Nie potrafię wymazać marzeń, których spełnienie było już tak blisko. Tylko moje głupota i brak odwagi sprawił, że stało się. Klęczę i żebrzę o wybaczenie. Boga proszę, aby dał okazję, żebym mógł powiedzieć, chociaż jeden raz - kocham Cię córeczko. Choć nie byłem Twoim tatą, to chcę nim zostać i jeśli tylko mi pozwolisz, to będę. Najpełniej jak umiem, a Ty nauczysz mnie, jak trzeba Cię kochać, żebyś przyszła do mnie i powiedziała mi na ucho - ja Ciebie też tatusiu. 
Będę tu przychodził. Będę uczył się słów. Znajdę w końcu odwagę i powiem. Tylko przyjdź proszę. Chociaż raz."

Kiedy kończyła czytać list nasiąknął jej łzami, które płynęły nie tylko z oczu, ale i z nosa. Nawet usta miała pełne łez, których nie szło wytrzeć. Przeczytała raz jeszcze, potem znów. Pierwszy w życiu list, a zrobił na niej takie wrażenie, że nie była w stanie uwolnić się od tych liter. Kolejny raz przeczytała, choć znała już treść na pamięć. Miała go w sercu i w duszy. Rozejrzała się wokół - popołudnie już nabrzmiało i zaczęło skłaniać się ku wieczorowi. W alejce liście tańczyły piruety i robiły to wdzięczniej od skrawków folii lecących z łopotem. Gdzieś brzęknął przewrócony znicz.

Obejrzała się. Siwowłosy mężczyzna poprawiał coś na starym, podniszczonym grobie. Nie zastanawiała się nad tym co robi. Wstała i poszła do niego. Jego twarz też była pełna łez i wpatrzona w malutkie zdjęcie nastoletniej dziewczyny. Wyblakła od słońca fotografia kogoś, kto nie żyje. Położyła rękę na ramieniu klęczącego mężczyzny.
- To ty córeczko? - zapytał nie odwracając głowy.
- Tak tatusiu - gdy to mówiła w ustach urosła jej wielka gula ze wzruszenia - chodźmy już. Jest zimno. Napijemy się herbaty, a potem opowiem ci, co się dzisiaj stało.