czwartek, 2 grudnia 2021

Podróż.

    Kartka była inna od wszystkich, jakie dotykałem. Ignorancja nie pozwalała mi rozstrzygnąć papierowej tajemnicy, która kusiła delikatnie.

    - Nie mogę jej pokreślić bzdurami. Lepiej zachować na coś ważnego - uznałem, wciąż pieszcząc dziewiczą stronicę.

    Straciłem rachubę czasu. Kiedy ponownie zerknąłem na papier, ten przyjaźnił się już z dłonią. Pociągnął mnie za sobą, jak chłopiec, chcący pokazać dziewczynie widok przeznaczony tylko dla niej.

    Przestałem się opierać, ze zdumieniem obserwując, jak na kartce pojawia się najpierw moja dłoń, potem ramię. Nogom poszło dużo sprawniej. Uśmiechnąłem się wsuwając głowę i roześmiany pobiegłem w nieznane.

    Papieru wystarczyło na całkiem zgrabny świat. Chyba się zgubiłem.

Koło życia.

    Nie wnikając w godziwość poczynań własnych, poszedłem do kuchni, żeby uraczyć lekko zaniedbany egoizm herbatą. No i zaczęło się, bom okiem na polepę rzucił, a tam szpon. Może niezbyt okazały, jednak – szpon! Nie co dzień znajduje się w kuchni szpony. Podniosłem i krótkowzrocznym subiektywizmem oszacowałem znalezisko, nie zawiadamiając służb archeo, czy saperskiego patrolu. Bez przymierzania do węgielnej kostki uznałem, że okres połowicznego rozpadu zacznie się z grubsza za jakieś dwieście lat, więc narzędzie świeżym być musi, gdyż nawet nie cuchnie należycie.

    Siadłem – po chłopsku, na zadzie. I zadumałem przyziemiony, przylepiony do tej podłogi, co dotąd wyłącznie moją oazą była. Świątynią dumania zamkniętą na obce spojrzenia. Bo szpon znaleźć, to z filozoficznego punktu widzenia identyczne oszustwo, jak szpon zgubić. Przecie z próżnego, to i Salomon… Ja znalazłem, czyli ktoś zgubił. A skoro tak, do obecnie dysponuje orężem większym od zgubionego. Na tym polega dojrzewanie! Wylinka z węża sugeruje jedynie, jakim był przed przepoczwarzeniem. Dlatego, mimo dość karłowatego rozmiaru szpon szacunek budzić musiał. Szczęściem, jeszcze nie grozę, bo wyobraźnią nie sięgałem aż tak daleko. Wystarczająco jednak, żebym zrozumiał, że nie mieszkam już sam i jaskinia przestała być bezpiecznym azylem.

    Dumać umiałem, szczególnie, gdy herbatą pysk sparzyłem. Sięgałem coraz głębiej w pamięć, przypominając sobie noce, kiedy tajemne przeciągi znienacka chłodziły mi stopy, albo na łydkach kreśliły lodowym sztyletem ślady subtelnych pieszczot Królowej Śniegu. Jakieś zaginione okruchy krakersów, czy nadgryziona kiełbasa, która schnąć miała u powały aż do świąt. Zdecydowanie. Miałem gościa w pieczarze! Mięsożercę. Nie subtelną rusałkę-wegankę, co dla dobra sprawy publicznie raczyła się obnażyć, pogrążając się w zachwycie wyposzczonych nastolatków, by pokazać, że weganizm dysponuje nie tylko twarzą, ale i nie byle jakim ciałem (o rozumie na wszelki wypadek nie napomykając). Znaczy nie owca, nie króliczek z ogonkiem rozkosznie pomponowatym, a bestia krwiożercza pomieszkiwa gdzieś na peryferiach błogo nieświadomej dotąd świadomości.

    Okropne odkrycie sprawiło, że popuściłem. Gaz lżejszy od rozumu uniósł się szarym tumanem i w niedoskonałej aureoli bałwanił się gdzieś nad moimi uszami. Tygrys? Wilkołak? Jastrząb wygłodniały? Dzik szablozęby? Krokodyl nilowy? Pterodaktyl? Wątpliwości stłamsiły nadzieję na przetrwanie. Nagle stałem się gatunkiem zagrożonym, wymierającym anonimowo i w żadnej grinpisowej księdze dowolnego koloru ani wzmianki, że ostatnie tchnienia tu na tej podłodze wykwilę, gdy za załomem czai się głód potwora. Cóż dla niego moja świąteczna kiełbasa jałowcowa? Pewnie dotąd mu się odbija jak po szklaneczce dżinu z tonikiem.

    - A te ślady na ścianie? – zadrżałem, pomimo zbawiennego ciepła herbatki ziołowej z natury – wilgotne kleksy potrafiły wspiąć się na sufit, a ja durny kląłem sąsiadkę z góry, że mi zalewa mieszkanie.

    - Jeśli przeżyję, to pójdę i przeproszę! - Obiecałem sobie solennie, drapiąc się starczo w przerzedziałe owłosienie i młodzieńczo po jajkach - I te nocne szelesty. O matko!

    Nie byłem pedantem, że się tak niestarannie wyrażę. Kolację, a często i obiad lubiłem spożywać na pokładzie największego prywatnego poduszkowca, czyli w łóżku. Komu chciałoby się płynąć z pojedynczym talerzem do kuchni? Wyrzucałem wprost w ocean odpadków. Najpierw pod poduszkowiec, potem byle „od sie” – jak mawia woźnica do konia, gdy chce, by ten w prawo skręcił. I teraz, w tym moim chaosie zakwitło tajemne życie i grasuje, kiedy ja bezwstydnie romansuję z Morfeuszem. Może nawet ono abażur po babci rozdarło, żeby więcej światła ulewało się bokiem, miast tylko aureolę w suficie wypalać?

    Podłoga w kuchni nabrała temperatury lodowca na Szpicbergenie podczas śnieżnej nawałnicy, znieczulając miękkie tkanki i unieruchamiając mnie, równie skutecznie, jak mamuta, którego dopiero pięć lat temu tambylcy odkryli na Syberii i pożarli, zanim siwowłosi i bezzębni znawcy tematu wymruczeli słowo „sensacja”. Po chałupie krąży zabójca. A ja tkwię unieruchomiony, jak korek w szyjce szampana i tylko patrzeć, aż eksploduję.

    Już się nie drapałem – może bestia pochodzi od psów, a te reagują na ruch. Szczególnie, gdy uznają, że to objaw agresji. Zlałbym się w gacie, ale są amatorzy strachu i za jego aromatem gotowi przemierzyć pustynie i oceany. Poza tym – po jednej, ubogiej herbacie mogłem jedynie skropić najbliższe otoczenie, a papraniną się brzydzę. Potop, to co innego. Przed oczami fruwały mi szmaragdowo-czarne smoki, nietoperze wielkości boeinga 737, wokół pływały sześciometrowe, obłe ludojady, negocjujące z barrakudami prawo do dziewiczej krwi, a spod trzepiących wściekle o podłogę tygrysich ogonów unosił się kurz, zaburzając ostrość spojrzenia.

    Macałem dyskretnie przestrzeń, szukając broni – białej, różowej, czy choćby przeźroczystej. Paczka po chipsach, spodeczek od herbaty, zeschły piernik-serduszko… Gówno! Tym mógłbym obronić się najwyżej przed rybikiem. Wreszcie coś zazgrzytało zachęcająco i zdobyłem się na odwagę, by znalezisko ująć w dłoń. Chłód metalu uspokajał. W duszy ruch! Bitewny amok. Wzwód! Napięcie mięśni, krew we wzroku. Szumiało pod sklepieniem, gdy metal oswajał się z wnętrzem dłoni. Mogłem walczyć. Nie byłem bezbronną ofiarą! Uniosłem uzbrojoną dłoń, rozglądając się za wrogiem i szacowałem bitewną wartość uzbrojenia indywidualnego.

    Wtedy nadeszło olśnienie! Byłem bezpieczny! Trzy dni temu, czekając, aż sos nabierze właściwej konsystencji i zmiękczy padlinę w garnku - czekałem w kuchni, obcinając pazury u nóg… Teraz, podobnie jak wtedy, cążki wypadły mi z ręki i czmychnęły pod stół, kryjąc się za kubkiem po jogurcie.

Nim pęknie mrok.

          Ostry sierp księżyca, mocno spracowanego całonocnym ścinaniem gwiazd, położył się na tłustym paśmie chmur ciemniejszych od nocy. Z otchłani dobiegał śpiew kosa, który najwyraźniej wstydził się własnego talentu, gdyż przestawał śpiewać, ilekroć ogryzek światła zaznaczył ptasią obecność w przestrzeni. Wiatr wytrwale szukał dziurawych dżinsów, żeby wykraść zapodziane wewnątrz ciepło, jednak coraz mniej okazji mu się trafiało. Zielone służby wydrapały drzewom spod nóg dopiero co zmarłe liście, dlatego osierocone lamentują, załamują ramiona i drą włosy z coraz uboższych głów. Sztuczna zorza nie może zdecydować się, w jakiej sukni dzisiaj wystąpić, więc mieni się i dojrzewa z rumieńcem niezdecydowania. Z parapetów zerkają egzotyczne nasturcje, otoczone spokojnym oddechem śpiących. Samochody, jak paciorki różańca powtarzają mechaniczne zdrowaśki w drodze ku wieczności.


środa, 1 grudnia 2021

Inkarnacja.


    - Co się dzieje? – pomyślałem, czując swędzenie torsu – No, nie! To chyba mi się śni!

 

    Dłoń zamierzająca podrapać dywan, jaki porastał moją klatę natrafiła na mięciutkie piersi. Może niezbyt okazałe, jednak, kiedy się weźmie pod rozwagę fakt, że wyrosły na męskim ugorze w jedną, nie za długą noc, to okazy były zachwycające.

 

    Kosmiczne zaskoczenie odebrało mi oddech. Aż dziw, że wciąż leżałem obok pięknej pani, z którą spędziłem tę noc. Powoli kleiłem w całość wydarzenia wczorajszego wieczoru. Sobota wygnała mnie w miasto. Jakaś dyskoteka, drink. I poniosło, zamiast do własnego łóżka, to do tego kwiatuszka pochrapującego teraz beztrosko, z pupą wystającą spod kołdry. Nawet nie pamiętałem, jak ma na imię. Ale pamiętam, że między figlami poszedłem do łazienki wziąć prysznic i z braku własnych kosmetyków, użyłem znalezionych na półeczce gospodyni. Balsam pachniał ładnie, jakimiś egzotycznymi kwiatami, czy owocami, więc skorzystałem z okazji, żeby wetrzeć w klatę odrobinę.


    - W nogi też! – Wystraszyłem samego siebie i czym prędzej sięgnąłem ku łydkom.

 

    Były na miejscu, jednak podejrzanie gładko palce prześlizgiwały się po skórze. Odrzuciłem kołdrę. Owłosienie skarlało przez noc i wydawało się być w odwrocie. Tylko patrzeć, jak wylinieję do szczętu. Szczęśliwie nie pozwoliłem sobie na więcej z tym zadziwiającym balsamem. Ale, czy to może być? Popatrzyłem na wciąż śpiącą księżniczkę. Piękna była. Przeciągnąłem ręką po pupie i sięgnąłem ku łydce. Ona, to dopiero była gładziutka.


    - Nic dziwnego. Po takim balsamie zapewne stosowanym regularnie, gładkością mogła zawstydzić szkło.

 

    Dziewczę zamruczało coś pod wpływem pieszczoty i obróciło się na plecy, odsłaniając piersi. Rozkosz dla zmysłów. Odruchowo przykryłem ręką, ciesząc się ich ciepłem. I wtedy szatan mnie opętał.

 

    - Ciekawe, jak wyglądać będzie bez balsamu.

 

    Oj, nie był to dobry pomysł, jednak nie umiałem powstrzymać ciekawości. Przetrząsnąłem szuflady i szafy, aż znalazłem sznur, którym spętałem śpiącą, w głowie układając plany zakupu łańcucha, kłódki, a zamiast knebla tej czerwonej kulki z sexszopu. Nie miałem pojęcia, jak długo działa preparat, a chciałem ją wyjałowić z chemii użytkowej i dotrzeć do nagiej prawdy.

 

    Obudziła się przerażona, skamląc o litość, ale byłem niewzruszony. Bardziej martwiło mnie, jak pójść do sklepu obciążony cycuszkami, które nie zamierzały zniknąć. Podrapałem się po brodzie i tam czując, że golenie nie będzie mi potrzebne w najbliższym czasie. Musiałem po kąpieli potrzeć ręką twarz i szlag trafił zarost. Trudno Założyłem coś luźnego, by ukryć zdumiewający stan posiadania i poszedłem na zakupy. Szczęśliwie nieopodal był market budowlany i jakiś sieciowy spożywczak. Zapasy zrobiłem na tydzień, bo nigdy nie wiadomo. Nie uśmiechało mi się paradować ze świeżo nabytym biustem co dzień do sklepu i wzbudzać uśmieszki obsługi.

 

    Moja suczka spacerowała teraz po pokoju na żelaznej smyczy. Na golaska oczywiście, żebym mógł obserwować nadchodzące zmiany. Przyniosłem jej kuwetę, bo bałem się, że nie upilnuję jej w łazience i sięgnie kosmetyków, wydłużając proces jałowienia.

 

    Jej piersi zaczęły więdnąć już pod wieczór w poniedziałek. Wyglądały jak smutne jamniki. Aż się płakać chciało, gdy wspomniało się ich niedzielną urodę. Szybko sprawdziłem, czy moje też. I owszem! Wklęsły moje skarby i nie korciły do autoerotycznej zabawy. We wtorek na ciele dziewczęcia pojawiły się pierwsze kiełki zarostu. Na niezbyt długim, naprężonym łańcuchu krążyła niczym głodna lwica, a jej pośladki spłaszczyły się, jakby zostały wysiedziane nadmiernie. W środę moje łydki były już ciemne, jak w minioną sobotnią noc. Gospodyni również nabierała karnacji okrytej miękkim futrem.

 

    Nie wiedziałem, jak daleko się posunie w tej swojej przemianie, ale postanowiłem wytrzymać pełny tydzień. Piątkowy wieczór doprowadził moją zdobycz do rozpaczy. Błagała o krem, o fluid, puder, czy szminkę, cokolwiek… Pozostałem niewzruszony. Dziewczę wypłakało w końcu wszystkie łzy i popadło w apatię. Nuda. Ledwie zegar minął północ, napoczynając sobotę postanowiłem ją uwolnić i pójść w diabły. Nie była już piękna. Skóra stwardniała, włosy na głowie straciły jakość, nawet figura stała się kanciasta, aruchy pozbawione wdzięku i sprężystości.

 

    - Szkoda czasu! – mruknąłem i sięgnąłem po klucz od kłódki, rzucając nim w skuloną, rozszlochaną samiczkę – Trzymaj się mała!

 

    Rzuciła się błyskawicznie, żebym się nie rozmyślił i drżącymi rękami uwalniała się z uwięzi. A potem, ignorując mnie pognała na oślep do łazienki. Między nogami telepała się jej pomarszczona jak mózg moszna…

Triumf umysłu.

 

        Cierpliwie, dzień po dniu, sączyłem w twoje uszy jad. Powtarzałem mantrę do znudzenia, nie martwiąc się jej monotonią. Musiałaś uwierzyć. To była wyłącznie kwestia czasu i wytrwałości. A ja byłem zawzięty i nie pozwoliłem sobie na zaniedbanie.

 

            - Jesteś kompletnie głupia! Beztalencie! Idiotka!

 

            Zagwarantowałem ci cały pakiet ideologicznej gangreny każdego poranka, oraz wieczorną powtórkę. Smagana wściekłością głosu, kuliłaś się w kącie, żeby mniej bolało.

 

            Wreszcie zgasły ci oczy, a bezsenność skopała z łóżka na dobre. Teraz byłaś już moja na zawsze. Drżałaś pod wpływem spojrzenia, wstydząc się odezwać. Żebrałaś o zgodę, chcąc pójść do łazienki. Całowałaś dłoń, za najdrobniejszą łaskę.

wtorek, 30 listopada 2021

Potęga miłości.

 

- To już dziś! – ekscytacja przerosła nawet emocje porannego wzwodu, wypielęgnowanego niegrzecznymi snami.

 

Strąciłem kołdrę w czeluść oceanu. Dywan nie protestował zbyt zajadle. Tylko szklana wyspa potrącona łyżeczką zakwiliła rzewnie i pękła.

 

- Niech to szlag! Zorba zapewne powiedziałby „jaka piękna katastrofa”.

 

Niespodziewana erupcja szklanego wulkanu nie mogła ostudzić nastroju. Obudziłem się pluszowy i romantyczną duszę ledwie zmieściłem w wyposzczonej sypialni. Co prawda odkurzałem w tym miesiącu, ale przy TAKIEJ OKAZJI mogłem to zrobić raz jeszcze.

 

- Przecież dziś… wróci ONA!

 

Z wdziękiem pasikonika pognałem do łazienki, nie przejmując się absolutnie własną nagością telepiącą w chłodzie lustrzanego wzroku. Najwyraźniej zwierciadło z przedpokoju chciało zakpić ze mnie, ale pokazałem mu język. Wiedziałem, że tyłek, to ja mam na pewno. Niebagatelny. Rączo zająłem strategiczne miejsce przy umywalce. Ogolić się, pod pachami też. No i wypucować tego tam łapserdaka, żeby mi wstydu nie przyniósł. Woda po goleniu, lekkie muśnięcie głowy grzebieniem, żeby wytrząsnąć ewentualne przeszłości…

 

- Myć? – zakwitła we mnie drobna niepewność – Lepiej umyć, żeby żenady nie było. I szpony opiłować na krótko, bo jeszcze podrapię Moją Kruszynkę.

 

Zabiegi mnożyły się niczym menu w renomowanym SPA, ale przecież wielki dzień już się zaczął! Zafundowałem sobie pełen pakiet zabiegów, z potrójną lewatywą włącznie. Puste rurociągi pokarmowe pobudziły wreszcie motyle do ćwierkania. Nie umiałem tak wdzięcznie i dziewczęco i moje motyle buzowały basem, jakby były szerszeniami, czy trzmielami XXL. W takich warunkach depilacja pośladków, to pryszcz. Emocje stłumiły ból.

 

Zegar raz wlókł się niepomiernie, to znowu galopował wypatrując nagrody za Wielką Pardubicką. Powtórzyłem opryski. Dezodorant wgryzł się we mnie, aż syknąłem. Jednak depilacja, to wcale nie taki pryszcz. Nawet trzmielo-motyle ucichły, czekając aż wybuchnę. Zerknąłem na fotografię stojącą na ołtarzu pomiędzy kwiatami i uśmiech rozproszył chmury. Była piękna. I dzisiaj… Och! Depilacja, to jednak pryszcz. Warto było pocierpieć. A dezodorant zdążył odparować, więc pora na resztę zabiegów. Konsjerża nie miałem, pokojowych też nie.

 

- Zresztą, sprzątać lepiej na golasa, żeby nie uświnić koszuli i kantów w spodniach nie zdefasonować.

 

Poszedłem na całość. Przebrałem pościel. Ona chyba lubi flanelową? W kwiatki, czy w misie? Ja miałem tylko jakieś kraty – bez sensu! Po babci została jedna z czegoś egzotycznie miękkiego. Tamtą przynajmniej zna. Kiedyś… Och! Założyłem białą. Kraty absolutnie nie pasowały do powagi chwili. I kanty od długotrwałego leżakowania na półce również nie. Wyprasowałem pościel na wszelki wypadek i skropiłem czymś pachnącym. Każda kobieta chyba lubi, kiedy prześcieradło pachnie?

 

Odkurzacz, jak natrętna mucha bzyczał i bzyczał, usiłując pożreć stłuczoną szklankę. Dopiero jak ta ukąsiła mnie w duży paluch – ochłonąłem i pozbierałem ręcznie, tyłek wypinając pod niebiosa. Rowkiem przepłynął detaliczny przeciąg. Zadrżałem. Dobrze, że nie zarżałem.

 

- Wywietrzyć. Koniecznie!

 

Wydawałem sobie polecenia i karnie realizowałem całe pakiety rozkazów, żeby samcze gniazdo przekształcić w świątynię miłości. Malować? Nie. Za późno już. Więcej kwiatów? Nie chciałem jej oszołomić aż tak, by zamarła w pół kroku. Miała tylko lekko zwiotczeć w moich ramionach i dać się ponieść przez wszystkie piekła namiętności tego świata. Poranność wzwodu była już lekko przechodzona. Czas mija nieubłaganie, a sterczenie nadaremno zaczynało doskwierać. Opłukałem zimną wodą. Twarz też.

 

- Spokojnie. Jeszcze dwie-trzy godziny.

 

Żeby nie zwariować zabrałem się za mycie okien. Przesadziłem też zwiotczałe kaktusy wyglądające na śmiertelnie chore, schowałem do szafy parasole z połamanymi odnóżami, a sprzęt wędkarski wepchnąłem za regały, żeby nie straszył pióropusz batów z wesoło podrygującymi, kolorowymi spławikami. Już dawno miałem je pochować, bo zaczęły wrastać w palmę stojącą w rogu pokoju. Lepiej nie spotkać się z pytającym spojrzeniem Mojej Pięknej Pani, gdy pierwszym rzutem oka natknie się na niezatapialny dowód moich prymitywnych aspiracji. W życiu nic nie złowiłem, poza katarem i dwoma mandatami za łowienie poza zasięgiem karty wędkarskiej.

 

Wędki nawet nie zajęczały, kiedy wpychałem je w pajęczyny za meblościanką. Tam chyba nie zajrzy? Skamieniałem na chwilę i na wszelki wypadek wepchnąłem jeszcze głębiej. Nie. Nie zajrzy! Będzie mi patrzeć w oczy, a ja zajmę jej zmysły pieszczotą.

 

- Wraca! Wreszcie do mnie wraca!

 

Tańczyłem obijając się o meble. Jeszcze godzina, bo więcej nie wytrzymam. Pojadę po nią. Odbiorę osobiście. I choćbym miał sterczeć w deszczu i dziesięć w skali Beauforta wiało mi w pysk, wezmę na ręce i przyniosę do naszej oazy, żeby nacieszyć się ciepłem bliskości.

 

- Nie! Nie będę dłużej czekał!

 

Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, a dzisiaj, to już kompletnie straciłem rozum. Pójdę. Naprawdę, pójdę i będę czekał na nią. Siedzenie w domu wydawało mi się niegodne, mało męskie, zbyt tchórzliwe. Uczuciem mogłem przecież zmienić klimat w północnej Afryce, a siedzenie i gryzienie pazurów nie przystoi komuś z takim rozmachem. Szerszenie zabrzęczały we mnie gniewnie, przyznając mi rację.

 

- Idziemy! – krzyknąłem do nich donośnie.

 

Mało brakowało, a emocje wygnałyby mnie nago w świat. Ocknąłem się w otwartych drzwiach, osaczony podejrzliwym wzrokiem sąsiadki, szczęśliwie na wpół ślepej.

 

- Dzień dobry – bąknąłem i w panice wycofałem się do okopów.

 

Koszula była zbyt ciasna, aby objąć tors wypełniony westchnieniami, a krawat stał się obrożą trzy numery zbyt małą. Spodnie? Kto zapinał zamek przy pełnym wzwodzie, ten wie, że to niełatwe i grożące trwałym kalectwem. O wypadek nietrudno, gdy ręce rozbiegane dygoczą, a materiał sztywny sugerował burzę podskórną. Porwałem kiść kwiatów z wazonu, który z rozpaczy rozchybotał się na stoliku.

 

- Idę! – krzyknąłem do świętego obrazu prosto z Lichenia przywiezionego przez babcię, aby uchronić mieszkanie od złych spojrzeń i klątwy kościelnej – wrócę z NIĄ!

 

Wiatr opowiadał niestworzone historie, gdy gnałem przez miasto. Gdzieś tam… miała pojawić się ONA. Byłem grubo przed czasem, gdy otwierałem drzwi zakładu, ale sekretarka była wyrozumiała. Uśmiechnęła się z lekkim przekąsem, wskazując stojące pod ścianami krzesła i gazety sprzed miesiąca zaczytane na śmierć w niecierpliwych dłoniach podobnych do mnie.

 

- Czy ktoś czekał z równą niecierpliwością, jak ja? Absolutnie niemożliwe!

 

Mało nie rozszarpałem jakiegoś kolorowego miesięcznika pełnego plotek i wielkiego świata. Szczęściem, drzwi się otworzyły i wyszedł kierownik, trzymając pod pachą duże pudło.

 

- Już pan jest? – zdziwił się, ale zawodowy sznyt wziął górę – już idę po nią. Zespół się postarał i jest jak nowa.

 

Chwilę później wrócił, w ramionach trzymając martwą lalę. Chwyciłem, czując niepohamowaną siłę miłości.

 

- Jesteś wreszcie! – szepnąłem jej do ucha i włączyłem. Popatrzyła na mnie, jakby wstawała po długiej chorobie:

 

- Dzień dobry Kochanie… Tęskniłeś?

poniedziałek, 29 listopada 2021

Ekstrakty cz. 43

 

Amator rarytasów.

Niechybnie, zasłużyłem na karę. Wszak, ukąsiłem boską nieskazitelność, by pryszcz objawił się tam, gdzie obcym wstęp surowo wzbroniony. Żaden nie zaszlochał, kiedy śmiertelnie dostałem boską ręką w pysk, a ja chciałem tylko skosztować…

 

Kara i duch.

Wynurzałem się jedynie nocą, kiedy wzrok najsilniejszych stygł ze zmęczenia. Jedzenie walało się po niedomytych blatach, podłogach, czy plastikowych korytach na odpadki. Ucztowałem suto, do czasu, aż jakiś nadgorliwiec prysnął mi w oczy jadem lizolu.

 

Walka o przetrwanie.

Zagarnąłem ramionami ścierwo. Jemu, było już wszystko jedno, a ja musiałem nakarmić poczętą wczoraj bezradną przyszłość. Okolica zdała się być nieprzyjazną, więc toczyłem cuchnącą kulę zapasów poza zasięg wrogiej ciekawości.

 

Wątpliwości.

- Dlaczego nie znoszą mnie, kiedy karmię się tym, o czym nie wspominają w towarzystwie?

- Dlaczego gardzą mną, ilekroć proszę, by nakarmili mnie do syta tym, od czego odwracają się wszyscy?

- Dlaczego opędzają się ręką, choć smród pochodzi z ich trzewi, a ja tylko… delektuję się ekstrawaganckim menu?

 

Słabsza kość pęka.

Pięć lat przespałem, bez umiaru eksploatując zgromadzone przezornie zapasy tłuszczu - podobno potrafię dłużej przetrwać, ale syci mędrcy, nie domyślają się nawet, jak trudno głodnemu zasnąć. Ostrożnie wypełzam w noc szukając dawcy. I wtedy oczy zaślepia mi ostry strumień radzieckiego muchozolu.

Instynkt.

 

Jęknęłaś, przewracając się na plecy. Ze wzroku wyczytałem przerażenie, ból i błaganie o pomoc. O ochronę przed niewiadomym. Bezpłodnie histeryzowałem, obejmując cię dłońmi. Zapłakałaś skargę bezsłowną, a ja ugrzęzłem w niestworzonych hipotezach. Wreszcie twój brzuch zadrżał i uniosłaś się nieznacznie na wysokości lewej nerki. Chwilę potem, kolejne drgnięcie uniosło prawą łopatkę, a następnie cały kark. Kiedy biodrami ubodłaś mnie w twarz, sądziłem, że zatonęłaś w mistycznej ekstazie, lecz wstrząsy uniosły cały korpus ponad grunt ufajdany ludzką eksploatacją. Przestałaś się opierać, drgawki nabrały tempa. Znienacka na milionie dziewiczych stóp odbiegłaś daleko, poza zasięg własnego krzyku. Na zawsze. Szybciej, niż rącza stonoga.

Figle słowne.

 

Wrony udeptują śnieg na gałęziach i wyglądają jak oskrzydlone, zimowe liście. Pani w błękitnych dżinsach prężnie demonstruje tężyznę fizyczną, a mięśnie nóg kończące się gdzieś powyżej nerek sprawiają, że zdumiony cellulit przysiadł z wrażenia ześlizgując się na pięty, albo w ogóle hamując gwałtownie w sąsiedniej galaktyce. Pojedynczy kolarze udają, że mlaskający roztopami śnieg, to nie powód do zaniechania treningu i płoszą zaspaną piechotę z chodników. Patrzę na reklamę salonu masażu, informującego, że masażystki dysponują talentem zaimportowanym wprost z Bali. Wcześniej kontemplowałem billboard dotyczący domów z bali, więc tylko patrzeć, jak ktoś sprowadzi i zacznie rozpowszechniać plaże z Bali, albo folklor, czy klimat – tym bardziej, że niektórzy już głośno wzdychają za latem pełnym potu i komarów. Na oprószonym białym kurzem drzewie wisi ostatnia tego roku pigwa, kurczowo trzymająca się gałęzi, żeby jej wiatr nie zaprosił do skoku na łeb na szyję, w czeluści wygolonego trawnika pełnego ekskrementów. Dwóch wczorajszych dżentelmenów raczy się płynami prosto z flaszki, chcąc widmo kaca odsunąć w czasie i marząc, by udało się uzyskać rozgrzeszenie, zmarszczonego obrzydzeniem noska Drugiej Połówki (tym razem tej bezalkoholowej). Pan naciąga maseczkę na oblicze, ale przy jego okazałej brodzie maseczka wygląda ubożuchno, jak minispódniczka na pupie pani reklamującej cudzołóstwo.

piątek, 26 listopada 2021

Poprzestając na małym.

 

          Pani o zachwycających kształtach miała tak mleczne szkła okularów, że nie mogła dostrzec uwielbienia w oczach kompaktowego Goliata stojącego nieopodal. Człowiek zbudowany był na wzór herosa, tylko w nieco uboższej skali – raptem jakieś metr pięćdziesiąt w wojennych buciorach. Nie dostrzegła też wysokopiennej, odtłuszczonej niewiasty w bojowym makijażu i szponach zaczepnych, zamaskowanych bladoróżowym kamuflażem, o barwie powielonej na wargach. Królowa Śniegu? Rozglądałem się dość zachłannie, bo przedpole pełne było elementów zbyt atrakcyjnych, by gnuśnieć z nosem w monitorze telefonu, jak znakomita większość podróżnych. Hałaśliwa dzieciarnia wracająca ze szkół przepychała się obok tych, którzy z mozołem nieśli do domu siatki wypełnione nędzą codzienną. Dziewczę zaplotło nogi, czekając na tramwaj i gibało się utrzymując chwiejną równowagę na zewnętrznych krawędziach stóp. Pani w beżowych, miękkich spodniach prezentowała ukrywające się pod nimi mięśnie dokładniej, niż anatomiczne pomoce naukowe dla studentów. Smutno mi było, że nie znam ich nazw, i nie mogę usystematyzować wiedzy posiłkując się fachowym terminem. Trudno – musi mi wystarczyć pokusa ze szczyptą tajemnicy.

Prasówka cd.

 

1.  Zbiorowy obłęd.

Można już zaszczepić własnego awatara w jednej z gier. Chwilowo dostępna jest jedynie słuszna szczepionka. Zapewne po to, żeby wdychając to, co wentylator wymiecie z dysku komputera nie zarazić się egzotyczną odmianą zarazy.

 

2.  Wbrew naturze.

Fascynujący pomysł, żeby ludzi przebiegunować na pokarm roślinny. Z żadnym innym drapieżnikiem udać się to nie może i wilk nie stanie się jeleniem, ale w przypadku ludzi… Kto wie. Wystarczy nazwać wytwór sojowy kotletem, albo z warzyw wyprodukować pasztet. Nieustająco niepokoi mnie również idea bezmięsnego kurczaka.

 

3.  Władza absolutna.

Czytanie powinno rozwijać i dawać pożywkę wyobraźni. Dlatego pałam gorejącym zachwytem, czytając notkę o śmierci przez pluton egzekucyjny. Wyobraźnia kwiczy ze szczęścia. Dożywocie za posiadanie serialu na pendrive? 5 lat kamieniołomów, za obejrzenie? Czyżby to kryptoreklama serialu? Chociaż, w kraju rządzonym przez despotę nie wolno nosić obcisłych spodni i skórzanych płaszczy na wzór Jedynego Godnego Posiadacza.

 

4.  Kto, kogo.

I kiedy. Dywagacje mnożą się szybciej niż mięso armatnie skumulowane na granicach. Tylko patrzeć, jak komuś zadrży mały paluszek na spuście i zacznie się ostatnia wielka wojna w historii ludzkości. Strach pomyśleć, że w tym czasie olbrzymy światowej polityki gotowi zawzięcie dyskutować i wysyłać oficjalne noty pełne ubolewania, albo determinacji.

 

5.  Pestki.

Skoro amigdalina zawarta w pestkach owoców potrafi zapobiec rakowi, albo ograniczyć jego niszczące działanie na ludzkie organy, to dlaczego nikt dotąd nie opracował terapii opartej na naturalnych przecież składnikach. Ba! Dlaczego nikt nie opracował dotąd żadnej skutecznej terapii – wszak na obecnie panującą nam niemiłosiernie zarazę kapłani zagłady w pojedyncze miesiące wyrzygali cały pakiet rozwiązań, wdrożyli, opanowali logistycznie i ekonomicznie, elegancko wyrzekając się odpowiedzialności jeszcze przed skasowaniem zysku.

 

6.  Pożądanie.

Jak kochać, to księżniczki – taką zapewne argumentacją posiłkował się zbrodniarz przy wyborze ofiary. Zgwałcić w ciemnym zaułku kucharkę, a w pełnym świetle afrykańską Miss, to kompletnie różne historie, choć powinny mieć identyczny wynik z rygorystycznego kodeksu karnego. A komentarz organizatora zabawy – kobiety, woła o pomstę do nieba.

 

7.  Strach.

Liczne przepowiednie dotyczące przewidywanych przerw w dostawach prądu nawet w rozwiniętych krajach zachodniej Europy zaowocowały migracją tych, którym się powodzi ciut lepiej, od reszty. W takim Dubaju, nawet, gdy zabraknie prądu, to chociaż słońce świeci. Najwyżej drinki będą nieco zbyt ciepłe. I dzieci będą skazane na naukę nowego języka. Chyba, że wcześniejszym jeszcze nie dysponowały.

 

8.  Komentarze.

Zdumiewające, że komentarze pod artykułami często mają wartość większą od treści głównej. Oczywiście znajdą się tam buńczuczne hasła, nerwy i prymitywizm, ale pośród szumu, który zawsze jest, można znaleźć niezwykle intrygujące reakcje czytających przede mną.

 

9.  Relaks.

    Aby ochłonąć po przeczytanych emocjonujących i mrożących krew w żyłach wiadomościach, zagłębiłem się w treści sportowe. Na początek pośladki sportsmenki z nieznanej mi dyscypliny fitness. Następnie jakiś bokser straszący, że zabije przeciwnika i kibice trafiający wprost ze stadionu do aresztu. Luzik. Takiego sportu dla koneserów szukałem, aby wytchnąć po sensacjach biznesowo-towarzyskich.

 

10.             Reklama.

Bez niej prasówka byłaby ubożuchna, bo każda z internetowych stron pełna jest rzeczy niezbędnych i „totalnie odjechanych” za pół ceny, albo i ćwierć. Co kupić dla faceta (ferrari), dziecka (może „niebieski wieloryb” w wersji limitowanej, sexlala z pełnym pakietem oprogramowania), dla pani (wakacje w czymś modnym i drogim, byle boy nie cuchnął zjełczałym potem, a hotel miał więcej gwiazdek niż droga mleczna). Szczególnie teraz, kiedy szaleje black week, black november, black Friday, albo dowolny inny black. Szkoda, że największy z blacków panuje na dnie portfela spustoszonego przez codzienność.

czwartek, 25 listopada 2021

Przerażenie. Stopień wyższy.

 

Ze spętanymi dłońmi stałaś na blaszanej podłodze, kolanami pielęgnując trwogę. Lękiem sięgnęłaś daleko poza widnokrąg osamotnionej, przemysłowej lampy, której blask nie dotykał okien, ani głodu oprawcy. Słyszałaś tylko jego gorączkowy oddech, pazerne przełykanie śliny, gdy trwoniłaś ostatnie, gasnące nadzieje, drepcząc bosymi stopami po zmurszałej rdzy. Zakryłaś wargi, żeby w niewoli losu nie zaszlochać, prowokując eskalację zła. Okryta półprzejrzystą halką szarpaną zimnym przeciągiem, zliczałaś płynące po udach krople gorejącego strachu, oddzielające życie od niepewnej wieczności. Dramat zbyt łatwo przerodzić się mógł w tragedię. Echo zwiotczało, nabrało pluszowej obojętności, wciąż powielając milczący krzyk łez.

 

A przecież najgorsze dopiero miało nadejść… Skosztować strachu.

Ekstrakty cz. 42

 

Erotoman.

Japończyk zauroczony w j(J)aponkach, flirtował z nimi bez zażenowania. Ich niewątpliwa uroda i lekkość oszałamiały go, bezwstydnie obiecując rozkosz i ekstazę. Może zachwycały go odsłonięte nogi, a może był fetyszystą?

 

Zatwardziała pielęgnacja.

Italia słynie nie tylko z Włochów i włoszczyzny, ale i z barwy włosów naturalną czernią namaszczonych, nim południowy temperament nosicielek nie dokona gwałtu bronią chemiczną. Gdy patriotyzm lokalny zgubią, prawdę odświeżają, bez wstydu zerkając w intymność fig. Znajdą, chyba, że zajrzą po żniwach.

 

Mikroszanta.

Marynarz niósł w ramionach miękką marynarkę. Zdecydowanym krokiem przenosił ją przez tumany mgieł fantazji, z pobłażliwym uśmiechem pozwalając przejąć ster syrenim śpiewom. Marynarka, nieco ubzdryngolona wieczorną fetą mruczała o kursie na wspólny poranek w jego ramionach.

 

Złoto powinno się świecić.

- Nawet reguły mają swoje wyjątki! - Ogłosił burak pyszniący się własnym, pękatym buractwem, sprawiając że miejscowym gryzoniom opadły szczęki z wrażenia, a tumany bezmyślnie unosiły się ponad problemem – Na obiad proponuję bezmięsnego kurczaka w mleku sojowym z beztłuszczową słoniną!

 

Eskalacja flirtu.

- Ładnemu ładnie we wszystkim!

- A bez wszystkiego tym bardziej!

- Nawet bez ciała?