wtorek, 22 czerwca 2021

Rasista.

 

Wziąłem pod ręce dwie pachnące młodością, genetycznie opalone towarzyszki i ruszyliśmy w miasto. Toczyliśmy się lekko, z wdziękiem, jaki zapewniała obecność istot bezapelacyjnie pięknych, których urody nie potrafiła zaburzyć moja kontrastowa fizjonomia, wyblakła na ciele i umyśle, jawnie świecąca bielą skóry i włosów.

 

Kobiety mają zdecydowanie więcej tolerancji dla płci przeciwnej i moja przechodzona uroda kompletnie im nie przeszkadzała, więc cieszyliśmy się wzajemnością i bliskością.

 

Szczęście jednak ulotnym bywa, a z czasem mu nie po drodze. Promenowaliśmy dumą i zachwytem wypełnieni, mijając nieistotności i obcość obojętną, aż trafiliśmy na wulgarność pragnącą zaburzyć chwilę bezobcesowym komentarzem:

 

- Patrzcie! Oreo się toczy!

Żywe solniczki

 

Słońce zapomniało o umiarze i praży, jakby chciało z ludzi przyrządzić frytki w sosie własnym. Nawet muchom nie starcza sił, by niepokoić wątłe, zrozpaczone umysły brzęczeniem. Kamienna pustynia, poprzecinana asfaltowymi parowami, z rzadka zakłócana przepływającą z mozołem karawaną samochodów. Bezruch. Tylko ptakom jeszcze wystarcza energii, by podróżować w poszukiwaniu wody. Cienie dodają brody wszystkiemu, co stawia opór słońcu. Gdzieś pośrodku tej spiekoty młodziutkie życie pod okiem dawcy zwiedza okolice w głębokim wózku i rozkoszuje się lipowym aromatem, pozostając w gęstym cieniu korony drzewa. Drzewa zaczynają się pocić trochę później, lecz nie mniej lepko, niż ludzie.

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Przekrojowo.

 

Młoda mama z dziewczyneczką w croksach wysiadała z tramwaju. Dzieciątko ledwie dawało sobie radę z wysokimi stopniami i gdyby nie czujność mamy, to pewnie nie znalazłaby odwagi, by wstąpić na nie i jeździłaby, póki nie dorośnie. Mama miała na udzie siniaczka w kształcie flaminga, z wyraźnie zaznaczonym garbem dzioba, a dziewczątko włoski niczym wyschnie te sianko zdobiące skraje trawników, w których kwitł szczaw, chabry i kąkole. Upoiłem się wonią lip, spoconych, mimo poranka, usiłujących stłumić agresję kwiatów ligustru. Starszy pan, zdający się być wdowcem, szedł ze zwieszoną głową i bez stanika – dlatego podejrzewałem, że to wdowiec, bo szanująca się mieszczka nie wypuściłaby męża z domu bez gorsetu – tyle miał światu do zaoferowania! Inny – bielusieńki kruk – drzemał na przystanku, w otoczeniu wiekowych matron zaaferowanych rodzinnymi komplikacjami, a jak donosi Szekspir, czy greckie mity – owe mogą zakończyć się ruiną kwitnącego dostatku. Miasto tymczasem porastało chwastem raczącym żółcić się powyżej żywopłotów i powoić poniżej. Jeżyny podsuwały kwiecie pod nosy przechodniów, sosny pociły się żywicznie. Im bliżej południa, tym większy letarg i dostojeństwo. Sjesta. Przymusowa, więc nie z tych najbardziej pożądanych, ale jednak. Głupio lenistwu zaglądać między uda, bo zamiast szczygłów, można zobaczyć nagą prawdę. Zdumiewa jedynie, że nagość może być sensacją, skoro dana jest każdemu - bez wyjątku.

piątek, 18 czerwca 2021

Obietnica.

 

Na słupie ogłoszeniowym, między reklamą proszku do prania i ekskluzywnych apartamentów nad rzeką, znalazłem (piórem napisaną) wiadomość, z której ktoś (może wiatr) wydarł (niestety) telefon kontaktowy.

 

- Szukam. Bez nadziei, lecz przecież szukam nadal, więc może jestem zbyt nieufną, zbyt wymagającą, inną, głupią, albo zarozumiałą?

 

- Nic mogę dać, lecz siebie oferuję bez reszty. Z rudymi piegami, miesiączką odbierającą rozum, nosem nawykłym do płynących nocami łez. Raczej nie jestem piękna, gdyż moje piękno nosi brzemię trzech zabiedzonych piękn.

 

- Więc… jeśli nie sam, może pokochacie mnie we troje? Serce mam duże, dawno nieużywane i bardzo spragnione – postaram się, zmieszczę was.

Tu i tam.

 

Dziewczę, oddzielone od pierwszych pożądliwych spojrzeń letnią sukienką, wdziało na wątłe nóżki martensy sięgające kolan. Dzisiaj! Kiedy nawet wróble na dnie rynien szukają ochłody i tracą strach przed ludźmi, spijając wodę z podstawek pod doniczkami wystawionymi na balkony i dostojnie zażywającymi słonecznej kąpieli. Kopciuszki uwodzą się nawzajem, korzystając z cienia za tujami, z ludzkiej senności, bo komu chciałoby się wstawać wcześniej, niż musi? Merdają rudymi ogonkami i zuchwale trzeszczą paszczą w rytm własnych marzeń. Maciejka co prawda zakończyła już gody - czas, w którym zapachem potrafiła ukoić myśli zbrodniarzy i na dzień skromnie schowała się, przeczekując upał. Nie dziwię się - na co komu spocony aromacik? Chyba dla perwersyjnych jednostek, ale ci znajdą, jeśli szukać im się zechce. Wystarczy wsiąść do autobusu, żeby uzbierać okazały bukiet wrażeń. Sąsiedzi stadnie żerują na parapecie, przypominając gołębie spragnione zauważenia, paszy i pieszczot. Kiwają miłośnie główkami, a chociaż nie znam powodu, czarne myśli nie mają do mnie dostępu.

czwartek, 17 czerwca 2021

Z daleka.

 

Sroki przekrzykiwały się z zajadłością, pociąg zawył niczym rozżalony pies, pierwsza tego roku kukułka wyśpiewała kolejną godzinę. W sam raz, żeby dziewczęta w sandałkach wsiadły do autobusu i pojechały do swoich obowiązków. Robotnicy budowlani stadnie ruszyli po śniadanie do marketu, samochody karnym różańcem przedzierały się przez sygnalizację świetlną. Niebo zaróżowione z wysiłku wygnało noc poza widnokrąg, ku uciesze pulchnych wróbli. Wiatr ostatni raz westchnął i poszedł się opalać gdzieś, bliżej wody.

środa, 16 czerwca 2021

Nałogowiec.

 

Upał dopiero nadciąga, ale są i tacy, którzy już są gotowi na przyjęcie frontalnego ataku, bo jak inaczej nazwać rzecz intymną, powszechnie nazywaną „ściągą”, którą mimo lokalizacji wysoko na dorodnym udzie widać z daleka? Odzież skurczyła się do absolutnego minimum, a kiedy odwagi wystarczy, to nawet krok dalej. Sąsiad demonstruje oprawioną w okienne ramy nie tyle tężyznę, co przewlekłą rozpustę kulinarną. Gładko wlewa się w prostokąt okna i rozgrzewa płuca papierosami w tempie czterech na godzinę. Bacznie obserwuje życie osiedla, przedszkolaki szukające szczęścia w piasku, niewiasty strzegące potencjalnych skarbów, czy może szkrabów, ukraińskich dziewcząt, chińskich psów, tureckich kochanków, azjatyckich dentystów, czy japońskich wiśni. Sam nie wiem czego wypatruje, jednak czyni to z zadziwiającą wytrwałością.

Prowokacja

 

 

Pierwszy, ze strachu przed śmiercią spłonął w niepokojach i nie wytrzymując ciśnienia drżących myśli, niezwłocznie zabił się, bo czekanie i strach gorsze były mu od natychmiastowego efektu. Kunsztownie zawiązany sznur od bielizny zapisał w spadku własnym dzieciom, łudząc się, że zrozumieją przesłanie.

 

Drugi pozwolił się zamrozić, w naiwnej wierze, że za sto lat nauka posiądzie lekarstwo wystarczające, by życie przedłużyć chociaż o kilka wieków – przezornie, przed wejściem do kriokomory założył stuletnią lokatę w banku, żeby nie spędzić wieczności żebrząc na ulicach i śpiąc pod mostem.

 

Trzeci podszedł do sprawy filozoficznie. Skoro myśli powodują niepokoje, więc zamiast życia należy się pozbyć ich właśnie. Odważnie eksperymentował z alkoholem i mniej legalnymi używkami, aż osiągnął spokój ducha w zakładzie zamkniętym – ubezwłasnowolniony nie był w stanie rozdysponować resztek majątku, skazując bliskich na rodzinną batalię. Uśmiechnięty od ucha do ucha i wolny od trosk nie podejrzewał skali rodzącego się konfliktu.

 

Czwartemu ideologia wskazała szansowny kierunek rozwoju. Wiara mająca moc przestawiania gór – obiektów nieruchawych i masywnych do obłędu, względem jednostek mobilnych i lekkich niczym piórko miała pełne prawo zainicjować komfortową podróż bez przesiadek w kierunku nowego świata/życia. Starannie unikał ciężkich potraw i przezornie wierzył we wszystkich znanych ludzkości Bogów, bo nigdy nie wiadomo, który okaże się autentyczny. Nie potrafiąc przewidzieć, jaką walutą należy dysponować w zaświatach obciążył stanem posiadania żonę, a w drogę wyruszyć zamierzał „na lekko”, żeby zwiększyć szansę szczęśliwego lądowania.

 

Piątemu zaświtała idea reinkarnacji, sprawiająca, że śmierć stawała się zaledwie zabiegiem chirurgicznym – niezbyt przyjemnym, jednak niezbędnym dla kontynuacji życiorysu w lepszym, bo nowym opakowaniu. Zwiedzał świat, szukając doskonałego miejsca dla przyszłej lokalizacji własnych idei, a gdy w końcu odkrył je, wymienił cyfry z kart bankowych na kruszec, który nie traci wartości i nocą, w wielkiej tajemnicy, zdeponował go nieopodal raju, grzebiąc w ziemi. Zaufanie do idei było zdecydowanie większe niż do rodziny, której na stare lata niedostatki pamięci, albo nieumiejętnie skrywana chytrość mogła wypaczyć obietnicę zwrotu depozytu bezradnie kwilącemu niemowlęciu kolejnego wcielenia.

 

Szóstemu…

 

- Ej! Szósta! Szósty! Co u Was?

Czekając.

 

Ptaki ostrzegały się wzajemnie przed nadchodzącym kotem w którym wiary w sukces nie było ani krzyny. I głodu zapewne również nie było, bo szedł sennie zadumany. W pozostawionym na tarasie grillu pełnym wody kąpią się wróble zerkając w niebo pełne małych, kudłatych chmurek. Słońce wygrzewa dziecięce rysunki kolorową kredą wymalowane na placu zabaw i nudzące się śmiertelnie, bo przecież nikt nie gra w klasy, nie zachwyca się zawiłością labiryntów i tajemnych symboli. Porzucone – czekają na znalazcę.

wtorek, 15 czerwca 2021

Ekstrakty cz.15

 

Cielęcinka.

Był koneserem, osobnikiem wyrafinowanym i subtelnym, lecz rygorystycznie wymagającym jakości. Poszukiwał ekstrawaganckich smaków, endemicznych potraw i przypraw nieznanych tłumom. Dziś zażyczył sobie, żeby obrać mu ze skórki młodego chłopczyka.

 

Nieugięta.

Marzyła o gwiezdnych podróżach, bo była najzwyczajniej w świecie głupia. Wpływ bajek o urodzie wszechświata otumanił ją kompletnie, a próżnia zdawała się jej przyjemną odmianą dla atmosfery. Pytana o tolerancję na temperatury bliskie bezwzględnemu zeru – wzruszała ramionami – i tak poleci!

 

Nieurodzaj.

Staruszek nie miał sił zbierać gruszek z drzewa, więc czekał, aż spadną jesienią i dziwił się, kiedy nie umiał znaleźć między schnącymi liśćmi ani jednego owocu. W swojej dobroduszności nie podejrzewał, że ktoś okrada proboszczowski sad, pożerając na wpół zielone owoce, nim staną się słodkie.

 

Apetyt.

Lepiła gołąbki – na nogach pełnych żylaków stała od rana i ubierała w kapuścianą skórkę farsz. Lekarz kategorycznie jej zabronił jeść podobne potrawy, jednak o ich robieniu nie wspominał. Może kto przyjdzie i się poczęstuje, albo sama ukradkiem zje, gdy księżyc zapodzieje się w oknach sąsiada?

 

Kaprys.

Słoń miał być, najlepiej ze słoninką. Nie wchodziły w grę żadne inne stworzenia, bo w obliczu słonia każde zdawało się ubogie, a posiadanie pytona, czy legwana, dobre jest dla miernot. Wieloryb spełniłby oczekiwania, gdyby dziecięcy pokój napełnić wodą, ale tu już tata kategorycznie zaprotestował.

Kalejdoskop poranny.

 

Słońce przegryzło się przez betonowe ściany i wypełniło nawet zakamarki ciepłem, w jakim schną pamiętające zimę wilgocie i wczorajsze prania. Czarnopióre ptaki szukają wytchnienia w gąszczach liści i żywopłotach, ludzie wpasowują się w klimatyzowane klatki na kołach. Skoszone trawniki łysieją wytrwale, kolarze szukają wiatru we włosach, jaśminy kwitną, ciężarne kobiety pięknieją w oczach. Tramwaje kuszą wyprawą na drugi kraniec Miasta, mirabelki i czereśnie puchną na gałęziach, modrzew mimo niezliczonych igieł uwodzi miękkością, chow chow rudy jak wiewiórka dyszy ciężko, lecz jeszcze nie spłowiał, więc pewnie młodzieńczym zapałem się zmachał, a nie cierpieniem od nadmiaru słońca. Szpak kąpie się w kałuży, lecz czujnie zerka, czy nie grozi mu spotkanie z kołami samochodów dostawczych. Starszy pan prowadzi staruszkę pod rękę w drodze do im znanej przyszłości – zapewne nieodległej, bo nogi już nie niosą zbyt dobrze. Może zmierzają do kwiaciarni, przed którą kwitną kwiaty we wszystkich kolorach świata. Intryguje mnie myśl, że w mijanych wzrokiem oknach królują orchidee, zamiast dalii, nasturcji, czy pelargonii.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

Intymność.

 

 

 

 

Płakałaś zanim poprosiłem. Przytulałem, świadomy nieuchronnej porażki.

 

Płakałaś, mimo wzajemnej gorączki - nie dojrzewaliśmy w alkowej, lecz w publicznej przestrzeni, gdzie łzy stanowiły zalążek ekscesu, gorących komentarzy, jakim bliżej sensacji, wydłubanej między śniadaniem okraszonym szwarcwaldzką szynką, a obiadem pełnym subtelności utopionych w beszamelowym sosie, okraszonym zieleniną, uwiarygodniającą domniemaną świeżość potraw, a gorzką prawdą. Kły kamienie nerkowe i guziki marynarki z premedytacją epoksydowane, by udawać kość pterozaura. Nie wierzyłaś, bo kobiety widzą fakty, zamiast mrzonek, jednak słuchałaś zachłannie kłamstw… Że kocham, pragnę i nie znam jutra bez ciebie.

 

Płakałaś, a mimo to zakwitłaś, gdy ja płonąłem. Piekłem byłem tobie, czy niebem?


Pomiędzy wczoraj, a jutrem.

 

Kiedy się urodziłem… Kiedy mnie urodzono…

 

Czułem się potomkiem wszelkich możliwych Bogów i Demonów. Byłem! Istniałem! Świat pochylał ku mnie korzenie, usiłując wypić moją bezczelną zuchwałość. Bez cienia litości wnikał w moją intymność i sumienie skaził dekalogiem, rozrośniętym do kodeksu zbyt grubego, bym mógł go ujarzmić jednym życiem.

 

Pokusiłem się o kolejne, jednak kodeksy rosły szybciej, niż moje fantasmagorie. Nim zdołałem począć kolejne wcielenie, świat zastawałem pełen nowalijek – zupełnie, jakbym był północnym wiatrem, zdumionym, że życie kwitnie, zamiast skostnieć na wieki.

 

Rosłem w obliczu Wielkich, a z każdym dniem karlałem. Gdy poczułem strach – zrozumiałem!

 

- To kres, czas oddać duszę!

Poza nurtem.

 

O poranku na ulice wypełzły osobniki od wielu lat przygotowywane na wielki głód i wstydliwie chowając głowy pod kapturami ciężkich kurtek wabiły postronny wzrok bladymi stopami wetkniętymi (najwyraźniej z pośpiechu) w letnie sandałki. Nadymałem się jak umiałem, bardziej niż rozdymka tygrysia, jednak doskonałość kuli daleką mi została, gdy z zewsząd dostatek dyskretnie sugerował moją błahość. Szczęściem lato przyszło zaledwie dwie, czy trzy godziny później, skracając tuszę, sukienki i rękawy. Nawet kosy zrudziały i zamiast czernią, mienią się w odcieniach naturalnego zamszu. Z sosnowej gałęzi, nieodległej balkonowym trzewiom dobiega rozpaczliwe wołanie o pomoc – to wróbla rodzina żebrze o strawę dla drobiazgu (szyderca zauważy natychmiast, że słowo „drobiazg” w przypadku wróbli jest niewyszukany, a „narybek”, czy „plankton”, to już lekka przesada w odniesieniu do opierzających się piskląt). Robinia włochata, szczeciniasta wabi naręczami kwiatów zebranych w kiście, jednak nos w panice szykuje ciało d odwrotu. I teraz już nie wiem, czy to gatunkowa przypadłość, czy drzewo nażarło się padliny i potrafi skusić jedynie bardzo wyrafinowane jednostki.

niedziela, 13 czerwca 2021

Skutki uboczne.

 

Mój psychoterapeuta, z rozpaczy popełnił samobójstwo. Wcześniej, próbował wszystkiego, desperacko proponując nawet elektrowstrząsy. Kiedy odmówiłem, pokiwał głową ze zrozumieniem, jednak nie dysponował alternatywnym programem leczenia.

 

Człowiek starych czasów i zasad – nie potrafił dłużej brać pieniędzy za sesje na kozetce, po których czułem się nieco sfatygowany, gdyż mebel służył dłużej niż ustawa przewiduje, a jego połowiczny rozpad datowany był na wczesny renesans. Wstyd mi było przyznawać się, że kontakt z antykiem, zamiast uniesień przynosi ból w krzyżu, jednak nie posunąłem się do propozycji darowizny na zakup nowego wyposażenia gabinetu.

 

Wypchnął narzędzie pracy oknem i skoczył. Chybiając o włos, rozbił uczoną głowę.

sobota, 12 czerwca 2021

Amory.

 

Wczorajszego popołudnia kos usiadł nieskromnie na szczytowym gzymsie dachu i wytrwale udawał miniaturowego pingwina. Gardził śpiewem, czy beztroskim lotem. Stał i kręcąc główką poszukiwał atencji. Najwyraźniej mój zachwyt był zbyt mizerny, bo odfrunął. A kiedy pojawił się dzisiaj, wybrał inny dach i udawał, że to wcale nie był on. Siadł, rozpostarł ogon niczym głuszec i zaczął śpiewać nie czekając na zaproszenie. Zwabione pieśnią przyleciały najmarniej trzy inne, żeby posłuchać, bo gadane miał niewątpliwie. Nawet deszcz nie ośmielił się padać, kiedy śpiewał, a kosica… kosówka… koszałka… no… samica kosa, znosząca dotąd jakieś paproszki na budowę gniazda, aż przysiadła na balustradzie tarasu i bezwstydnie popuściła z zachwytu. Nic to – przyjdzie deszcz, to umyje.

Fortel.

 

Krew kapała niechętnie. Najwyraźniej była zbyt gęsta, dobrze wykarmiona organizmem nosiciela, który zwisał teraz ponad barierką mostu i nie wykazywał żadnych życiowych odruchów. Może faktycznie zdechł? Krew w doskonale odmierzonych porcjach pluskała o nurt mętnej, niosącej mnóstwo cywilizacyjnych śmieci rzeki, która beznamiętnie pochłaniała każdą z kropel osobno. Może, gdyby ją pozbierać w większe naczynie dałoby się dostrzec w nurcie ślad uchodzącego życia, a tak, to tylko główny zainteresowany i ewentualny sprawca mógł mieć świadomość gasnącego życiorysu.

 

Zdumiewające przywiązanie do życia większości osobników nakazuje trwanie pomimo wszystko i możliwie najdłużej, choć, kiedy ich zapytać „po co?” nie potrafią sensownie wyjaśnić owego zamiłowania, czy też nałogu. Wirus nie zastanawia się w imię jakiej idei istnieje, tylko kolonizuje każdą dostępną przestrzeń i zanim zdąży się nacieszyć zdobytym przyczółkiem, już zuchwale zerka dalej i dalej. Ten tutaj najwyraźniej należał do mniejszości lekceważącej dar. Wiatr rozwiewał poły steranego płaszcza usiłując wypełnić przestrzeń balustrady balonem, czy żaglem i strącić most w odmęt wodnego żywiołu. Człowiek trwał niewzruszenie, kpiąc z wiatru, a krople krwi spływały zmienną trajektorią tonąc, gdy tylko opadły na poziom wody.

 

Z nurtu zaczęły wynurzać się brzytwy płetw. Trójkątnych. Złowrogich. Bezlitosnych. Kręgi… Płetwy zataczały kręgi, wciąż ciaśniejsze, wciąż bardziej dosadne i gęstsze od brzytew. Poeta niewątpliwie usłyszałby przełykanie śliny, nerwowy trzepot ogonów i domyślił się lodowatego wzroku usiłującego wytropić zwierzynę, która pozwala sobie na kpiny z rekiniego głodu. Że woda słodka, a nie ocean? Bzdury wymyślone na użytek tych, którym odwagi brak, aby skosztować tego, co wypełnia przestrzeń między kamiennymi brzegami. Ta woda była przede wszystkim tłusta, nieczysta, a stopień jej zasolenia zależał od księżyca i pływów oceanicznych. Na wysokości mostu był pas ziemi niczyjej, jeśli wodę mierzyć granicami wpływów.

 

Rekiny dawno już nauczyły się, że nie ma lepszego żywiciela niż człowiek, który sam niezbyt smaczny, lecz często wyrzuca najlepsze kąski z pogardą nazywając je odpadkami. Wrzuca w nurt, bo przecież woda poniesie dalej nie tylko zbędną materię, ale również smród i toksyny. Rekiny wstydziły się przyznać, lecz nabawiły się instynktów opisanych przez Pawłowa, badającego reakcje psa na bodźce zewnętrzne.

 

Czyli poeta miałby rację! Rekiny poczuły krew. Śmierć. Poczuły i przypłynęły tu, śliniąc się i oblizując, a ogony wybijały rytm rodem z horroru o potwornym ludojadzie potrafiącym wyłuskać jedzenie z łodzi, jak człowiek wydostaje sardynki z puszki. Woda dobrze już kipiała od zimnokrwistych potworów, kiedy na moście wiatr zamarł ze zdumienia. Zwłoki drgnęły, wyprostowały się i nabrały życiowego wigoru, może nawet gorączkowego pośpiechu. Człowiek wsunął w usta dwa palce i zagwizdał rozkazująco, a sygnał podparł komendą:

 

- Brać je, a żywo!

 

Rzeka zaroiła się od harpunów, most przestał być deptakiem, a stał się lożą dla oficjeli chcących obejrzeć igrzyska. Najzuchwalsi miotali już ostrza w nurt, albo pieszcząc kolby kusz składali się do strzałów. Oszukańczo martwy zuchwalec tymczasem usiadł przy barierach i ze spokojem bandażował przedramię, nie oglądając się na rzeź. Miasto znów będzie syte.

 

- Ciekawe, czy następnym razem znów uda się oszukać rybie móżdżki, czy konieczna będzie prawdziwa ofiara – zastanawiał się szukając w kieszeniach papierosów – Może jednak się uda…

piątek, 11 czerwca 2021

Dla pamięci.

 

Jaskółki fruwają tak wysoko, że od czasu do czasu, dla orientacji muszą pikować w stronę osiedla, żeby nie zagubić się w oceanie błękitu, odartego przez słońce z sinego habitu nocnych chmur. Samoloty, najwyraźniej zazdroszcząc ptakom wspólnoty, szukają się nawzajem i spiesząc ku lotniczemu mrowisku pomrukują z zadowoleniem. Patrzę na kolorowy plankton kwiatów wylegujących się na balkonach i przypominam sobie, że w rynkowym tumulcie dostrzegłem wczoraj siniaczka w kształcie tulipana na białej, pozimowej nodze.

czwartek, 10 czerwca 2021

Łowca meteorów.

 

Kosmos rozsiewał okruchy porzucając beztrosko wszystko, co mu się z pyska ulało. Leciały później paprochy przez jedną, czy dwie nieskończoności, zahaczając gwiazdy i planety. Czasem niszcząc, innym razem zapładniając jałowe przestrzenie między galaktykami. Grawitacja, czująca zazwyczaj wielką niechęć do swobodnego lotu jakiejkolwiek materii starała się zwabić okruchy, lecz była kompletnie nieświadoma zagrożeń, jakie powoduje, gdy kosmiczna szarańcza wpadnie w jej sieci i zacznie płonąć, ścierając wierzchnią warstwę skóry o atmosferyczne opory. Drobniejsze fragmenty spalały się całkiem, większe, leciały na łeb na szyję, jako ogniste kule, wbijając się w grunt z siłą bomb atomowych.

 

Warto było wytropić i upolować –kosztowały majątek.

Gwiazda.

 

Zaćmienie słońca zwabiło deszcz i wygnało do domów mamusie z narybkiem. Nie na długo, jednak pochłodniało wystarczająco, by wróciły już nie w sukienkach, lecz dżinsowych spodniach. Spragnione chodniki wyssały rzadkie krople i schną nadal niedosytem. Pojawili się również kosiarze i niezrażeni cięższą murawą tną bez litości. Z wysokości dachów szpaki podglądają okolicę i niczym bociany za traktorem czają się na drobne, dogorywające w agonii życie rozszarpane żyłką. Słońce znów uczy się malować ściany ciepłem, wspinając się nawet na najbardziej strome elewacje. Czasem przysiądzie na jakimś balkonie, żeby kwiatki wyzłocić, albo wypić wodę z podstawek. Otrze usta mizerną chmurą i wędruje wprost do jutra.

Ptasia notka.

 

Wiatr strąca wróble z parapetów, albo ściga po alejkach schnące liście. Ciepłe jeszcze przed chwilą niebo pomarszczyło się, jak czoło młodej pani opuszczającej autobus z naręczami bagażu. Chwasty pożółkłe z pragnienia wyciągają szyje i kołyszą kolorowymi głowami wespół z makami, robotnicy bez pośpiechu opychają się bananami, staruszki przycupnięte w wiacie czekają na najgorsze. A może tylko na autobus, który zabierze je tam, gdzie nie zmokną? Na pięciolinii energetycznej garść szpaków usiłuje skomponować arię na siedem starannie wyselekcjonowanych głosów, a dzieci usiłują rozwłóczyć piasek możliwie daleko od ich porannej lokalizacji – pewnie będą później podglądać tego pana, który niezmordowanie zgarnia go na powrót w więzienie ram piaskownicy. Kosy spalinowe, niczym szarańcza brzęczą poza wzrokiem, budząc lekki niepokój. Rozglądam się, skąd nadlecą, jednak nie sięgam wzrokiem tam, dokąd dotarł słuch. Za dużo ścian. Może uda się to pustułce patrolującej teren z wysokości dostępnej jerzykom i jaskółkom, lecz nie mi?

środa, 9 czerwca 2021

Nocne lęki.

 

Na palcach nosiłaś obrączki. Siedemnaście. Wiem, bo policzyłem, kiedy zajęta byłaś czymś, co angażowało twoje zmysły i zapomniałaś… pozwoliłaś sobie na chwilę beztroski, a palce złożyłaś w mojej dłoni, żebym je zagrzał, lecz broń Boże więcej. Dotykałem opuszków, kostek, mierzwiłem nieistniejące włoski, wodziłem wskazującym palcem po błękitnych żyłach wiodących z zaścianków ciała ku metropolii – sercu, lecz najwyraźniej nie miałem wystarczającej siły, żeby dotrzeć aż do centrum.

 

Dłonie miałaś brzydkie. Gryzłaś paznokcie – nie z głodu, lecz z obawy, a przestraszyć potrafił cię każdy drobiazg, który nagle zawitał w okolicy twoich zmysłów. Przytulałem palce do własnych policzków, licząc, że ich ciepło, szorstkość wiecznie odradzającego się zarostu pozwoli zapomnieć o niepokojach, ale ty tkwiłaś we własnych strachach po same uszy i na nic zdały się moje mniemania.

 

Widziałem pierścienie-chryzantemy, na chwałę dawno odeszłych kobiet, widziałem obrączki-obietnice złamane, nim zdążyły pokryć się kurzem historii, albo te, pochopne, beznadziejne, wulgarne, lecz mimo to noszone na palcach, jakby one były muzealną gablotą, mającą pamiętać o wszystkich, którym się zdawało. Nawet o tym podpitym wujaszku, co na jarmarcznym straganie kupił za grosz pierścionek z niebieskim oczkiem, tańszy od precla parującego ciepłem pulchnej córki piekarza.

 

W pamięci i na dłoni dźwigałaś wspomnienia każdego mężczyzny, który miał odwagę zbliżyć się, mijając granicę obojętności. Były jeszcze bransolety, o których mówić nie chciałaś, chociaż było ich niemal tyle, co pierścieni. Insynuowałem, że to pokłosie kobiet, jakie zdarzyły się tobie, ale nie śmiałem pytać. Są sprawy, o jakie nikt rozsądny nie zapyta, woląc poczekać na szczerość i otwartość, gdy nadejdzie czas.

 

A czas nadszedł, lecz nie całkiem tak, jak sobie wymyśliłem. Zadzwoniłaś, budząc mnie ze snów pełnych niespełnień. Pojechałem. Zbierałem z wilgotnego od zagranicznych wódek stołu kolczyki, telefony, ciebie wreszcie. Zabrałaś sama włosy rozsypane jak bierki do nowego rozdania, przepasałaś się torebką, która dziewictwo straciła równie dawno jak ty. Może nawet stanowiła swoiste memento, bo zabierałaś ją zawsze, gdy uznałaś, że kieliszek czegoś więcej niż niewinność pomoże wieczorowi dotrwać nocy, a może nawet poranka?

 

Przyjechałem, zbyt ubogi w kieszenie i mięśnie za wiotkie na twoją uległość nieświadomą, ale wspomagany przekleństwami otoczenia zdołałem przenieść twój życiorys z obcej knajpy na kanapę mojego samochodu.

 

- Nie! – krzyczałaś – Tylko nie do domu! Weź mnie do innej knajpy, do siebie, na plażę, albo w doliny między zapomniane szczyty.

 

Kiwałem głową uważając, żeby nie zaginąć w pomarańczowych światłach śródnocnej sygnalizacji. Chciałem okazać się wartym zaufania, jednak nie umiałem wymyślić nic oryginalnego. Zawiozłem cię do siebie. Do łóżka, z którego wyciągnęłaś mnie w noc, żebym uratował resztki pamięci. Pod kołdrą zapewne kłębiły się wciąż moje samotności, ale nie przeszkadzało to wcale, byś zawinęła się w kołdrę i wsunęła jej rożek w usta. Mruczałaś coś zuchwałego, gdy zdejmowałem ci buty, ale nie zrozumiałem. Usiadłem w fotelu i słuchałem jak śpisz. Patrzyłem, jak przytulasz się sama do siebie i szukasz czegoś, kogoś…

 

Policzyłem obrączki, bo świt był odległy, policzyłem bransolety, tatuaże i… ech… nie wiedziałem, czy jest tam miejsce dla mnie, ale zadzwoniłaś właśnie po mnie. Nie po darczyńców od pierścieni, nie po niewiasty od bransolet, nie do tajemnic zawartych w kolczykach, czy rytych w skórze symbolach. Do mnie. A teraz śpisz i uśmiechasz się bardzo odważnie. Patrzę, siedząc naprzeciw, bo łóżko mam tylko jedno, a dziś bardziej potrzebne jest tobie. Kupić większe? Żebyśmy zmieścili się razem? Zapytam, choć boję się – masz na palcach siedemnaście pierścieni… A może kupić bez pytania? Przecież nigdy nie odmówię ci noclegu...

Ekstrakty cz. 14

 

Niepewność.

Mów, że kochasz, chociaż wciąż nie wierzę. Mów, bo bez słów nie ma cię wcale. Nawet, kiedy krwawisz łzami nie czuję smaku szczerości.

 

Wyznanie.

Spałaś, kiedy zrywałem zielone jabłka z twojego sadu. Spałaś, kiedy przy ogniu chwaliłem się bezzasadnie, że będziesz moją. A teraz klęczę, żebrzę, żeby moje sny stały się twoim jutrem.

 

Cud.

Głaskałaś brzuch. Własny, ale w oczach miałaś nieokreśloność, jaką może mieć wszechświat, którego miary ludzkość nie zdąży poznać nigdy. Zrozumiałem, zanim otworzyłaś usta – nocą stworzyliśmy nowe życie!

 

Ostateczna lekcja.

Klęczałem przed ołtarzem i wznosiłem modły podłego istnienia. O jutro, o chleb, a ty, z góry, łajałeś moją pochopność, bo przecież obiecałeś wszystko w zamian za liche życie. Skazałeś mnie na śmierć – żebym wreszcie zrozumiał…

 

Spełnienie.

Nie sięgałem twoich kolan, lecz pachniałaś piękniej, niż pierś matki. Już wtedy przeczuwałem, choć śmiałaś się, jawnie upokarzając mnie wobec rodziny. Teraz szepczesz mi do ucha bezeceństwa, o jakich nawet Lucyfer nie śnił i błagasz o jeszcze - w końcu uwierzyłaś, że stworzona zostałaś dla mnie.

Bez odwrotu.

 

Kradłem. Łup pachniał tak, że ociekałem pożądaniem, ale kradłem nie dla siebie – dla ciebie kradłem i nie śmiałem przed tobą tknąć łupu. Chciałem się pochwalić. Kładłem zdobycz u twoich stóp, czekając daremnie na pochwałę. Nigdy nie udało się zadowolić cię w pełni. Cokolwiek przyniósłbym w zębach, w sakwie, zawsze było zbyt mizernym na zauważenie. Byłem paprochem przyklejonym do twojego, zdecydowanie bogatszego życiorysu.

 

Jak podnawka na brzuchu rekina.

 

Miałaś nas więcej, a każda wielbiła cię, jak ja. Może nawet mocniej? Znosiłyśmy dar, a ty, niczym strażnik sezamu rzucałaś okiem i w porywach łaski pozwalałaś łupom spędzić noc wewnątrz skarbca. Żadnej z nas nie udało się doprowadzić twojego wzroku do lśnienia. Do łez wzruszenia, albo zachwytu. Okiem archiwisty szacowałaś, wyceniałaś i wrzucałaś w czeluści magazynów, o jakich nie śnił nawet pazerny Salomon.

 

Bezsenne noce, pełne autoerotycznych malign cuchnących wilgocią, mrzonek, o jakich strach wspomnieć przy obcych i dni spędzane na łowach, by w końcu znaleźć tajemny klucz do twojej czułości, mijając rafy uprzedzeń zalegających w sumieniu od szczeniaka. Moich i tych, którymi zdążyłaś nasiąknąć, nim pierwsza menstruacja zmieniła szczenię w samicę.

 

Wyłaś pośród nocy, jak i ja wyłem, choć nasze wycia różniły się znacznie. W twoim głosie, prócz cierpień samotności, czuć było obawę, że jakakolwiek wspólnota będzie cierpieniem większym niż samotność – w moim, że nigdy nie zaznam więcej, niż tumult beznadziei na jakąkolwiek, niechby parszywą wzajemność.

 

Kładłem wszystko, licząc, że szala zwątpienia wreszcie przeważy. Żarłem, pasłem się i siebie też kładłem na wagę. Próżny wysiłek. Oś wagi ani drgnęła. Twoje oczy zamglone większą ideą prześlizgiwały się nade mną, choćbym stawał na palcach, czy skakał wyżej niż lekkoatleci. Gdy patrzyłaś na stożek K-2… topniały śniegi, a szron w skumulowanym pędzie miażdżył maluczkich. Zwykle… patrzyłaś wyżej, mimochodem skubiąc okruchy darów, motywów, łupów piracko zdobytych, danin i wyrazów miłości.

 

Sam już nie wiem, czy jesteś moją wybranką, czy ja twoją laurką, dziewicą skorą do krzyku w grzechu pierworodnym, gdy życie zaczyna kłaść się cieniem na włosach kruczej maści, na mięśniach stężałych od trudu. Przyjdziesz…? Zauważysz…? Pochylisz się   ?

 

Sił coraz mniej, a dni wciąż dłuższe, jakby wiosna przepoczwarzyła się w lato, gdy we mnie jesień dogorywa, a łupy w zębach wciąż mniej okazałe – wiem, jestem nieudany, sił mi brak, by nawet z otwartych skarbców przyciągnąć fortunę… dziś mogę przynieść jedynie resztki, na jakie stać zmurszałe kości, mięśnie zwiotczałe od nadużyć wieloletnich.

 

Kwitniesz. Widzę to z dolin własnej egzystencji, czuję, jak pachniesz niedosiężna mojej ekonomii, jak stawiasz bogom wyzwania, nim skłonisz się łaskawie doskonałości, czekając na eskalację boskiego uwielbienia. Zdycham czując jak twój sandał spycha moją wątłość w czeluści rynsztoka. Tam, gdzie miejsce odpadków… gówna…

 

Nim spłynę, ustami sprzątam brudy z twojej stopy, żebyś mnie nie przeklęła, ale otrząsasz się, jakbym był zimnym deszczem na nagich ramionach. Już… nie pamiętasz mnie wcale. Zanim zsinieję, pochłania mnie piekło odpływu.

Teraz? Już po mnie!

Emisja głosu.

 

Dyskretnie mamił doskonałością zatkniętą na wysmukłej nóżce z pieczołowicie rzeźbionym kryształem czarki przeznaczonej na szampana z wyrafinowanej półki, dostępnej jedynie wybrańcom. Stał nie na próżno i nie próżnym było subtelne wnętrze, jednak, miast martini z oliwką, czy karaibskiego drinka zdobnego w tęczową palemkę… w akwarium pucharu pływały utopione w białkach żółtka. Trzy. Duże, niemal pomarańczowe.

 

- Paskudztwo!

 

Wiedziałem, że nie cierpisz jajek pod żadną postacią, jednak surowe zdawały się zwielokrotniać pierwotne obrzydzenie. A przecież stały tam… dla ciebie…

 

Ileż cierpieć musiałaś, nim przyznałaś, że pragniesz sięgnąć wysokiego „C”?

 

- Poćwiczmy – szepnęłaś zarumieniona – w ekstazie, tłumiącej wstyd przed fałszywą pruderią otoczenia.

Nim słońce wespnie się na szczyt nieba.

 

Poranek pod wpływem siniaczka w kształcie sombrera zrudziałego od słońca przypomniał, że sezon trwa już w najlepsze, tylko zauważeń brakowało. Owszem – widywałem wcześniej, jednak nie w głowie mi dorabianie ideologii, więc z braku nieumyślnego skojarzenia – zignorowałem widzenia. Dziś nietrwały wzór na skórze był oczywistym i rozpoznawalnym na pierwszy rzut oka. Śmieciarki ostrzegają postronnych piskliwą czkawką, że przybyły, by połknąć śmieci zebrane w ostatnich dniach przez dedykowane kontenery. Sprzątaczki krzątają się, mijając konserwatorów, albo psy wracające z porannej wizyty w zielonej łazience. Ptaki usiłują nagadać się do syta, zanim nastanie upał i przyjdzie skryć się w gąszczu zieleni, na sjestę pozwalającą przetrwać apogeum.

wtorek, 8 czerwca 2021

Bez pośpiechu.

 

Złocą się polne kwiaty, trawy kołyszą na wałach przeciwpowodziowych spętane ptasią wyką sfioletowiałą z wysiłku. Pani o nogach bielszych niż moje sterowała radością młodocianej suczki, by emocje nie urwały jej ogona, bo zamiatała nim alejkę po całej szerokości. Gdy pogłaskałem tętniące życiem szczęście, szczeniak aż popuścił z radości i powiódł wilgotny szlak od moich stóp, do gdzieś-tam-za-chwilę. Czarny bez przewrotnie bieli się baldachami mocno pachnących kwiatów, puch z topoli zwiedza świat płynąc z ciepłym prądem, wanty mostu dzielą przestrzeń na drobne trójkątne porcje, jakby to był tort pokrojony przez jubilata.

Stagnacja.

 

Dwie rosłe dorosłe przeszły od kłusa do stępa, najwyraźniej umordowane zbijaniem wagi przed kanikułą. Szły parując zmęczeniem i korzystały z okazji, by pogawędzić, gdy tylko oddech nieco się uspokoił. Ciepło. Wiaterek udaje, że chłodzi, ale jedynie roznosi ptasie śpiewy po wciąż zaspanych oknach. Jakiś zasapany pociąg świszcze z oddali, asfalt mięknie niepostrzeżenie, błękit przeważa nad szarością nieba, cienie pokornie układają się za plecami swoich nosicieli. Nie dzieje się nic. To raczej dobry objaw.

poniedziałek, 7 czerwca 2021

Wątpliwość.

 

Pomyślałem, że rozpacz będzie lekarstwem na niedobory, nieszczęścia i niezrozumienia. Bardzo chciałbym jawić się pełnią szczęścia, lecz życie modyfikuje pożądania i sprawia, że tracą czystość, szlachetność i piękno.

 

Staram się, usiłuję, dążę, uczę się z oczami pełnymi nadziei. Ale to za mało. Najwyraźniej urodziłem się upośledzony i czucie nie jest moją mocną stroną, a chcenie przeważa nad szlachetnymi pobudkami.

 

- To bardzo źle? Czy inni również tak mają?

 

- Wstydź się! I nie porównuj się z gówniarzami! Stać cię na więcej. A jeśli nie, to dorośnij wreszcie! Ktoś musi!

 

Niepewność przylgnęła do mojej skóry, którą skrywam w wilgotnościach poduszki…

Tu i tam.

 

Nic nie odkrywa ciał równie pięknie, jak lato. Sandały zaroiły przystanki i zasiedliły chodniki. Porzucone biustonosze smętnie zwisają z klamek w łazienkach, bo przecież grzech nosić nadaremnie. Robinie zdusiły miejskie smrody i konkurują z asfaltem, licząc, że przeważą barwą. Psy wciąż wcześniej chcą spacerować, bo w upale lepiej jest położyć się na chłodnych kaflach, na balkonach, wdychając pot wody mozolnie parującej z miski. Szyszki wreszcie zaczęły spadać z sosny, więc teraz skrzynki pełne ciepłych szyszek, bo piękniej okalają kwiaty, niż ziemia jałowiona upałem. Chwasty niezrażone moim zachwytem kłębią się pomiędzy jezdniami, a chodnikami – wszedłem, by skropić buty ponocną rosą – żal, że nie boso.

 

A wczoraj, zanim się niebo zaróżowiło z wieczornego wysiłku poszedłem między ludzi. Rynek pobłażał wszystkim i tym obcym, i tym, co niemalże osiedlili się na tamtejszych brukach. Naprawdę – nie podejrzewałem, że tak mi brakuje tego rwetesu na chwilę, wielorakości, kolorów i przypadkowych potrąceń, bo gdzieś tam stragan jarmarku oferuje ślinotok za darmo, lecz spełnienie za miliony. Chociaż preferuję kameralne towarzystwo, od czasu do czasu trzeba mi anonimowego zgiełku, chaosu utkanego w skończoną przestrzeń, gdzie ludzie jawnie patrzą na siebie wzajem, szukając pokrewnych dusz. Niechby na jeden uśmiech, albo niezbyt wystawne życie.

czwartek, 3 czerwca 2021

Śmiertelnie poważnie.

 

- Przyszedłem po wiosenny deszcz – starzec krępował się, uciekał wzrokiem i czubkiem buta usiłował zdrapać z drugiego jakąś grudkę ziemi – Przypomnieć, bo już maj, a deszczu dotąd nie było…

 

- A to kto – jego rozmówca brodą wskazał stojącego obok młodziaka, który przyglądał mu się bezczelnie i nie zamierzał ani na chwilę spuścić wzroku.

 

- To mój wnuk – staruszek jąkał się już ze strachu, a łokciem trącił młokosa w żebra, żeby się ukorzył – Łukasz.

 

- Acha! - mruknął gospodarz – po coś go tutaj przyprowadził?

 

        - Coraz trudniej wspinać się między chmury… Nie wiem, czy za rok dam radę dojść, a młody pomaga w drodze. Przy okazji czegoś się nauczy, więc kiedy już ciało odmówi posłuszeństwa, to on będzie zaglądał do ciebie, żeby przypomnieć o deszczu…

 

        - Co? – gospodarz był rozbawiony i najwyraźniej dworował sobie ze staruszka – Usiłujesz mi powiedzieć, że dopadła mnie skleroza i zapomniałem? Albo, że zapomnę za rok?

 

- Jest maj – starzec niemal płakał, a kolana drżały mu ze strachu – Maj…

 

- I co z tego? Może wiosna w tym roku zacznie się koło września?

 

- Nie! – głos młodziaka był twardy jak wnętrze puzonu – Wiosna, to wiosna! Ma być najpóźniej w maju!

 

- Proszę… – wargi starca drżały i nikt nie wiedział, do kogo kierował swoje słowa. Nie zdążył jednak dokończyć zdania. Upadł i strach zaczął spływać z pobrużdżonej twarzy. Uśmiechnął się, jak się śmiał, kiedy miał mniej lat, niż jego wnuk, który patrzył teraz na przemian na martwego i gospodarza.

 

- Daj nam deszcz! Jest wiosna – wykrzyczał – Daj i pójdę sobie! Zabiorę dziadka do domu, tam, gdzie będą o nim pamiętać. I wrócę za rok. Po deszcz. Słyszałeś? Dziadek cię uprzedzał, a ludzie boją się tu przyjść i przypomnieć ci o obowiązkach stary bęcwale!

środa, 2 czerwca 2021

Życzliwie.

 

Czeremchy przejmują od kasztanowców obowiązek ukwiecenia okolicy, a słodki aromat kołysze się niczym cumulus na bezwietrznym niebie. Zwiedzam okolice, gdzie nie dotarły jeszcze kosiarki Zieleni Miejskiej, gdzie chwasty walczą o przetrwanie i kwitną na wyścigi, żeby skusić nieliczne pszczoły do odwiedzin. Niech upiją się do nieprzytomności, niech zapylą, byle zdążyć rozsypać nasienie, nim ludzie zbesztają tę nienachalną przecież zieloną obecność na peryferiach ludzkich potrzeb. Pierwsze maki mdleją już w pełnym słońcu, trawy kołyszą się ze zrozumieniem. Wróble karmią młode i nie w głowie im figle. Mamusie rotacyjnie wyprowadzają dzieciątka na plac zabaw, żeby każde z nich miało cały plac dla siebie. Umówiły się na telefon? Ledwie jedna zabierze malucha – już nadciąga druga. Patrzę z podziwem, jak zmieniają się, nie pozwalając, by dziecięce przestrzenie cierpiały na bezpańskość. Taniec synchroniczny, taktowany szczebiotem piskląt.

wtorek, 1 czerwca 2021

Ekstrakty cz. 13

 

Praca.

Udaję, że to jajka na twardo, które trzeba koniecznie obrać, żeby zjeść śniadanie. W udawaniu jestem dobry, potrafię to robić. Kamienie po śmierci są jeszcze twardsze, więc ciężko idzie, jednak nie ustaję w wysiłkach.

 

Nauka.

Chłopczyk pomaga sobie językiem, mozolnie walcząc ze sznurowadłami, które wiją się jak węże i absolutnie nie zamierzają przeistoczyć się w motyla kokardy. Rączki miękkie, niewprawne, lecz język wspiera je, całkiem oddany idei sukcesu. Nawet cieknące z noska gile nie rozcieńczają skupienia.

 

Wróżba.

Rzut dwunastościenną kostką ma zdecydować o losie w najbliższym miesiącu. W poprzednim nie zdążyłem zostać bohaterem po tragicznym, często pogubionym wątku. Wierzę, że tym razem los będzie łaskawszy, a miesiąc wystarczająco długi, abym się spełnił.

 

Historia.

Grill udaje nastrojowy ogień, przy którym biesiada ciągnie się do rana, by w dogasających, pomarańczowych iskrach i białym popiele drzewnym snuć opowieści wymagające klimatu. Nie muzyki z samochodowego odtwarzacza, czy zdjęć zrobionych telefonem przed pięcioma laty. Na pewno nie!

 

Nadzieja.

Więc dlatego się budzę pośród nocy? Im mniej mnie we wczoraj, tym więcej w jutrze. Klepsydra zbyt ciężka, abym ją sam odwrócił, skazuje mnie na życie w tym co nadejdzie. Liczę, że odnajdę się tam lepiej, niż w minionej rzeczywistości.