piątek, 17 września 2021

Wrota cz. 3

 

        - Więc jednak! – aż podskoczyłem z emocji i porwałem obie deski biegnąc do łazienki, żeby strumieniem ciepłej wody z prysznica przyspieszyć proces nasiąkania desek. Ułożyłem je na kąpielowym ręczniku i patrzyłem, jak białe drewno upija się żółknąc, brązowiejąc i odsłaniając wszystko, co przetrwało w ukryciu.

 

Czarne znaki budziły się do życia i gnały niczym rzymska kohorta zmierzająca do sobie znanego celu, w drodze pożerając dostępną przestrzeń. Drobne pismo korzystało ze słojów, niczym z linijek, a jego kształt znamionował szlachetne pochodzenie. Dzisiaj nikt już tak pisać nie potrafi. Można było popaść w zachwyt od bezrozumnego patrzenia. Niepomny świata czekałem, aż centurie okrzepną w swoim szyku, aż nabiorą wyrazu i staną się ostrzem rozcinającym mrok niepewności. Welinowe karty pociętej księgi, schły powoli, zwijając się w bólach zapomnienia, a ja czekałem na przekaz wynurzający się z drewna.

 

Nie wiedzieć kiedy katedralny dzwon obwieścił północ, a ja wciąż siedziałem gapiąc się w dwa kawałki drewna. Literki były bardzo małe, gęsto utkane, jakby ich autor wiedział, że musi zmieścić na małej powierzchni bardzo dużo słów i drugiej okazji mieć nie będzie. Wygrzebałem z szuflady starą, nieco zapyziałą lupę, a kiedy sprawdzałem, czy działa – dokonałem odkrycia jeszcze bardziej niezwykłego. Tekst napisany był po polsku!

 

Amok, to słowo niezbyt starannie dobrane do tego, co we mnie gorzało, jednak rozsądku starczyło mi jeszcze, żeby sfotografować zawartość, nim zacząłem czytać. Drewno w każdej chwili mogło ukryć już na wieczność to, co dotąd trzymało w pamięci dla wybrańca – dla mnie. Musiałem dorosnąć do tej roli, a mądrość autora, który przewidział, że z łaciną mogę sobie nie poradzić, gdy przyjdzie odszyfrowywać zapiski sprzed wieków była godna podziwu.

 

Ukryć prawdę muszę z obawy przed Najświętszą Inkwizycją. Przed „Malleus Maleficarum”, którego stronice pobłogosławione bullą przez Innocentego VIII trafiły z Moguncji na tron naszego pana poprzez dominikańską komandorię osadzoną w Poznaniu, zyskując poklask i chętne ucho zarówno króla, jak i biskupów.

 

Tedy nie sposób jawnie opisać wszystkiego, czegom doświadczył, chcąc życie córki ratować, w opresji wielkiej pozostając z braku cyrulika wystarczająco otwartego na rozwój medycyny i chętnego podjąć starania, by bieg rzeczy odwrócić i ku zdrowiu dziecię moje przywieść.

 

Szukałem po Europie, umyślnego pchnąłem nawet ku pałacom uprawiającym sztukę wzniesioną na wyżyny przez ibn Sinę przed wiekami, ku chińskim medykom mającym ponoć dar uzdrawiania igłą i miksturami, jakich ziemie naszych przodków znać nie mogły. Tymczasem dziecię gasło mi w rękach, a przywiedzion do rozpaczy szalałem, wyjąc do księżyca skargi i bluźniąc niemożebnie.

 

Znikąd nadziei nie stało, włoscy i francuscy mistrzowie leku nie znali, o zamorskich posłańcach słuch zaginął. Dziewczyna bledsza już od prześcieradeł i lżejsza niż szczenię ogara kwiliła w malignie, za nic mając matczyne pieszczoty i całonocną dbałość służebnych.

 

        - Boże! – pomyślałem, kiedy oczy załzawione z wysiłku uniosłem znad deski – ten tekst… jest jednym z pierwszych tekstów w naszym języku, a ich autor posługuje się nim tak zgrabnie, jakby był poetą, albo mówcą sejmowym, kronikarzem, czy bardem!

 

Noc przekwitała zapewne, bo gdzieś z ciemności dobiegły mnie zalotne dźwięki pieśni miłosnej drozda. Gardło miałem spopielone z emocji - przecież wody napił się jedynie artefakt. O sobie zapomniałem, lecz teraz żadna siła nie dałaby rady oderwać mnie od opowieści sprzed pięciu wieków.

*** cdn

czwartek, 16 września 2021

Ekstrakty cz.33

 

Oszust.

Komplementował tak żarliwie, aż mój zawstydzony romantyzm rozpaczliwie zapragnął uwierzyć. Żebrał, bym pozwolił ogrzać jedwab niewinności zachwytem. Gdy uległem, sięgnął po moją zlęknioną nagość, zerżnął bez litości i nim (nagle obojętniejąc) zapiął rozporek, odszedł, szukając kolejnego prawiczka.

 

Los szubrawcy.

Kochankiem był tak doskonałym, że niewiasty błogosławiły mu nawet zachodząc w pozamałżeńską ciążę, świadome, iż dziecko odziedziczy afrykańską karnację. Po czasie okazało się, że ideał nosi świadomą skazę HIV. Kobiety zgodnie naostrzyły noże do oprawiania kurcząt i poszły wytrzebić chore narządy.

 

Znaleźne.

Jak każdej jesieni grabiłem liście przed domem, gdy pod grabiami coś się zaświeciło. Schyliłem się, podnosząc szczerozłoty detal, potem drugi i kolejne, aż nazbierałem pół garści złotego groszku.

- Przepraszam, to moje zęby – wyseplenił gość w zakrwawionej jesionce.

 

Spełnienie marzeń.

Od dziecka uwielbiała naśladować zbłąkane dusze, a na szkolny bal maskowy poszła przebrana za mgłę. Obecnie, ilekroć wieczór skropiła czerwonym winem, boso tańczyła na ulicy w nocnej koszuli. Pech ją prześladował tej nocy, bo kierowca o słabym sercu już bez ducha potrącił ją śmiertelnie.

 

Lustrzane odbicie.

Wył, kiedy chirurg kreślił mu na udzie linię cięcia, więc został uciszony eterem, a prosty zabieg zakończył się sukcesem w środowisku wolnym od krzyku. Po wybudzeniu nadal lamentował, co było konsekwencją nieuniknionej straty. Karta pacjenta odkryła prawdziwą przyczynę – marker skreślił nie to udo!

Garść światła.

 

Przedszkolęta policzone po dwakroć odprowadziły młode opiekunki z palcu zabaw na sjestę przedobiednią. Wróble jeszcze nie wierzą, że cisza wróciła między konary ulubionych przez nie drzew, więc tylko wiatr czochra się w gęstwinach, zrzucając zużyte świsty. Sąsiad przeliczywszy pozostawione w piaskownicy zabawki chyba był ukontentowany wynikiem, bo z lubością zaciągnął się kolejnym papieroskiem, łokcie wbijając w zasiedlone dziury parapetu. Sprzątaczki dzielą się cieplutkimi plotkami, przemierzając oswojone, osiedlowe ścieżki. Rowery na krótkich smyczach, gęsto upięte na stojakach tęsknie wyglądają za węgieł budynku, sprawdzając, czy pani już wraca i weźmie na spacer, choćby ubożuchny.

Smutek.

 

Parasole, jak deszczowe kwiaty zakwitły od brzasku i choć przeważają czarne kielichy, to jednak między nimi zdarzają się kolorowe. Może pozostałe muszą dojrzeć po długiej nocy pozbawionej barw? Niebo poplamione chmurami przeciera się gdzieniegdzie, flirtując z nieobecnym słońcem. Psy pospiesznie załatwiają potrzeby, by dokończyć psie sny w zaciszu domowych pieleszy i tylko kloszard niezłomny kontempluje świeżo wyłowione ze śmietnika flaszki, przeliczając łup na gotowiznę – wszak wczoraj udało się nazbierać wystarczająco na butelczynę czerwonego wina, którą skonsumował bez pośpiechu kryjąc się w jesionowym cieniu. Gołębie, nieco zmoknięte zbiły się w gromadkę na skaju dachu i nad czymś debatują, ludzkość zmierza ku własnym, codziennym tyraniom ze wzrokiem martwym i pustym, czasem niosąc dla kamuflażu nieszczery uśmiech.

Wrota cz. 2

 

Popatrzyłem na zabytek, którego kupno przywiodło mnie na krawędź finansowej zapaści. Dzisiaj była potwornie droga, ale kiedy pachniała świeżością warta była najmarniej kilku wsi. Nie sądzę, aby którykolwiek z antenatów ośmielił się tknąć taki majątek nożem. A teraz ja miałbym potraktować wiekowe skóry ostrzem? Mogło się zdarzyć, że wskazówka wypadła z innej książki, a ktoś bezmyślnie wsunął ją między karty mojej i zniszczę wolumin, nie osiągając nic, poza kacem moralnym.

 

- Ale… - kartka, choć schowana parzyła ręce, a palce pełne ciarek i mrówczej energii szukały rękojeści korzystając z rozkojarzenia głowy.

 

Nożyk był niewielki i do sztyletu było mu daleko. Zwykle obierałem nim pomarańcze i gruszki, albo odkrawałem kawałki mocno wyschniętej, jałowcowej kiełbasy. Drewniane okładki kryte skórą zdawały się pocić pod moim wzrokiem. Zrobiłem głęboki wdech i korzystając z lupy zacząłem przyglądać się dziełu. Byłem pewien, że między stronicami z cielęcego pergaminu nie znajdę rozwiązania, a jedynym miejscem, w którym kryć się mogło rozwiązanie były pięćsetletnie okładki.

 

- Niech mi wybaczy Bóg Kustoszy, Archiwistów i Antykwarystów! - Oglądałem unikat, szukając miejsca, w które mógłbym wbić ostrze!

 

Na zewnątrz zmierzchało już, a niebo widząc świętokradztwo spochmurniało, ostrząc szpony błyskawic, żeby mnie uśmiercić, nim popełnię nieodwracalne szkody. Zasłoniłem okna, jakby kotary miały mnie ochronić przed wzrokiem zgniewanych bóstw. Nóż o czerwonej, plastikowej rączce wyglądał krwawo, jak po skończonym misterium ofiarnym na barbarzyńskim ołtarzu. Usiadłem i chwyciłem rękojeść. Nóż wszedł gładko. Utwardzone ostrze profilowane laserem penetrowało wnętrze między awersem i rewersem tylnej okładki, mijając deskę. Krótszą z krawędzi przeciąłem jednym ruchem, jednak nie wydarzyło się nic.

 

- Oszalałem! - oparłem się prostując nogi.

 

Powtórzyłem operację z przednią okładką, ale i tak spod skóry nie wypadły kolejne objawienia. Poszedłem do kuchni pijąc wodę wprost z kranu, przy okazji płucząc twarz pulsującą od emocji. Papierowym ręcznikiem otarłem twarz i wróciłem do stołu, niczym chirurg czujący powołanie i obowiązek.

 

- Rozpłatać! – szepnąłem – Napisane było rozpłatać, więc nacięcie, to za mało, aby uzyskać efekt.

 

Przeciąłem dłuższą z krawędzi, a późnej drugą z krótszych. Spomiędzy luźnych kawałków skóry tylnej okładki wysunęła się deska wyschnięta na kamień. Odłożyłem ją na stół i szukałem treści po wewnętrznej stronie skóry. Nic. Została jeszcze frontowa okładka. Druga deska dołączyła do pierwszej, jednak we wnętrzu skór panowała ta sama dziewicza pustka, co w poprzednich.

 

- Grzbiet? – gorączka opanowała mnie całkiem, więc nim się opamiętałem już grzbiet księgi powiewał pod wpływem mojego oddechu, lecz i on nie dał odpowiedzi – Niech to szlag!

 

Poszedłem do kuchni, bo pić mi się chciało wściekle. W zasadzie powinienem pójść gdzieś ochłonąć, albo się upić, ale uznałem, że nie dam rady nakłonić nóg na spacer w deszczu, który nerwowo bębnił w blaszany parapet. Przyniosłem szklany dzbanek pełen zimnej wody. Stawiając z impetem na stół uderzyłem o blat odrobinę za mocno. Dno dzbanka pękło i odpadło, a na zbezczeszczone zwłoki księgi wyciekło półtora litra kranówki.

 

Nawet nie krzyknąłem. Byłem zrezygnowany. Z oparcia krzesła zdjąłem przepoconą koszulę i machinalnie wycierałem kałużę. Ryciny traciły swoją doskonałość, pergamin dostał zmarszczek, a atrament chłonął wodę każdym subtelnym ogonkiem litery, czy ekslibrisu. Patrzyłem na łaknące wilgoci deski. Pięćsetletniej posuchy nie dało się ugasić w okamgnieniu, jednak bladość drewna powoli odzyskiwała ciepłe barwy. Między słojami budziły się do życia pierwsze rzędy czarnych robaczków śpiących od wieków w ukryciu.

*** cdn

środa, 15 września 2021

Wrota cz.1

Można powiedzieć, że przypadek, zrządzenie losu, ale to oczywiste nadużycie. Gdyby tak było, równie dobrze kto inny sięgnąłby po książkę leżącą skromnie za plecami wielu podobnych i to jemu wypadłaby mała, brązowa ze starości kartka, na której wyszukaną kaligrafią płowiał czarny atrament kreślony gęsim piórem. Może nawet nie zauważyłby jej i zostałaby na podłodze, aż do wizyty sprzątaczki, która odłożyłaby ją poza zasięg wzroku odwiedzających, albo wyrzuciła do śmieci.

 

Książka nie była tania i gdyby nie kartka – odwróciłbym się na pięcie i zapomniał, że w ogóle wyciągnąłem po nią rękę i głaskałem grzbiet z cielęcej skóry, niegdyś pewnie wyzłocony tytułem tłoczonym po łacinie. Jednak kartka… parzyła w rękę, choć w półmroku antykwariatu nie byłem w stanie przeczytać treści. Organizm przeszyła zuchwała myśl, żeby schować ją w kieszeń, odstawiając księgę na półkę, jednak rozum podpowiadał, że kradzież jest złym pomysłem, szczególnie, że znalezisko mogło stanowić ledwie ułamek tajemnicy.

 

Pod pytającym wzrokiem księgarza grzebałem w portfelu ze świadomością, że naruszam budżet nie tylko na bieżący miesiąc, lecz zniweczę wszystkie wakacyjne plany. Szaleństwo zaczęło się, kiedy odmówił przyjęcia płatności plastikową kartą. Nie chciałem rozstać się z książką, z obawy, że wypadną z niej brakujące (byłem o tym już przekonany) fragmenty przesłania. Stałem i patrzyłem, jak pakuje księgę w papier, zaklejając taśmą miejsce łączenia. Dopiero wtedy poszedłem do najbliższego bankomatu, by oczyścić rachunek bankowy z wakacyjnych fantazji.

 

Wracałem do domu szybkim krokiem, ściskając teczkę pod pachą i rezygnując z zakupów. Emocje kotłowały się we mnie, zabijając apetyt i zmęczenie. Książka przejęła kontrolę nad moim umysłem i nie zamierzała przejmować się żadną z cielesnych uciążliwości. Niecierpliwość ledwie pozwoliła mi na zamknięcie drzwi i strącenie ze stołu wszystkiego, co mogłoby zawadzać. Kiedy położyłem tom, czas wstrzymał oddech, a światło nad stołem zadrżało. Papier pakowy darł się, jakby go żywcem ze skóry kto obdzierał, ale nie miałem w sobie spokoju pozwalającego na subtelność.

 

Księga powstała w czasach, kiedy sztuka czytania dostępna była nielicznym i świadczyła o wielkiej mądrości właściciela, a kaligrafia zdawała się magią uprawianą na ogół w klasztorach przypominających zamki o flankach niebosiężnych wspartych na zębach granitowych skał smaganych wiatrem ostrzejszym od miecza. Pośród murów wspominających czasy pierwszych władców i zapomnianych rzezimieszków, w świętym skupieniu świątynni braciszkowie ozdabiali karty rycinami, nadając koloru sproszkowanymi minerałami, czy krwią roślin znanych wtajemniczonym.

 

Taka była i ta księga. Notatkę, która uwiodła mnie i zbałamuciła tak, że zatraciłem się ekonomicznie odłożyłem na bok, pozostawiając jej studiowanie na koniec. Najpierw chciałem się przekonać, czy słusznie podejrzewałem, że pojedyncza stroniczka, to zbyt mało na wielką tajemnicę sprzed wieków. Wszak żaden kopista nie ośmieliłby się zostawić w bezcennym dziele prywatnej wiadomości nikłej wartości, więc musiał zostawić ją bogaty pan, albo przeor klasztoru. W czasie gdy pismo było unikatem każda wiadomość musiała nieść hiobowe wieści i przesłania godne dekalogu.

 

Obracałem strony z wypiekami na twarzy i niemal nie widząc, co oglądam. Z rysunków przedstawiających anioły i demony, uzupełniane roślinnymi i zwierzęcymi motywami wnioskowałem, że rzecz dotyczyła duchowej przestrogi, albo niosła przypowieści obrośnięte wielowiekową legendą podpartą autorytetem zwycięskich zastępów. Na studiowanie zawartości przyjdzie czas – teraz szukałem brakujących, jak mniemałem wskazówek, dodatkowych kartek zbrązowiałych ze starości. Przewróciłem wszystkie karty raz i drugi, a po trzeciej bezskutecznej próbie usiadłem i otarłem pot z czoła.

 

- Los jest perfidny! – sapnąłem, przeświadczony po czubki nerwów, że wiadomość będzie zawierać ledwie część przekazu. – Chce, żebym zgorzał bez szans na rozwiązanie.

 

Sięgnąłem wreszcie po kartkę i obejrzałem ją w ostrym świetle lampy tak, aby nie umknął mi żaden szczegół. Zrobiłem kilka zdjęć wykorzystując flesz, fotografując obie strony na blacie i pod światło, aby odkryć niewidoczne treści. Oryginał schowałem w folię, chcąc zachować ją w jak najlepszym stanie. Słowa… oczywiście, że słowa, bo cóż mogłoby się znajdować na starym papierze, którego jakość była zdecydowanie gorsza od welinu użytego jako materiał na księgę. Widać było liczne ubytki na brzegach, a całość pociemniała znacznie bardziej od kart manuskryptu, jednak litery wciąż były czytelne, układając się w łacińską sentencję.

 

Z emocji spociły mi się dłonie, kiedy zrzucałem pliki zdjęć do pamięci komputera. Elektroniczny tłumacz błyskawicznie poradził sobie z tekstem, który po obraniu z ozdobników zaciemniających obraz brzmiał niezwykle:

 

- Chcąc ciekawość ukoić, trzeba w mądrzejszych czasach księgę sztyletem rozpłatać.

*** cdn


Nadszedł, chociaż nic nikomu nie obiecywał.

 

Orion przebiegł dachami naprzeciw balkonu, ścigając jakąś nocną zwierzynę. Pewnie trudno mu się rozeznać w mrowiu fałszywych gwiazd, rozsiewanych ludzką zuchwałością. Zignorował łypiący kolorowymi oczyma samolot i panią dźwigającą siaty ze świeżymi wiktuałami niesionymi w zacisze domowego gniazda aby nakarmić pisklęta. Na skraju widzenia, z mroku nieśmiało wynurzył się kontur szaro-czarnego psa wycieraczką ogona usiłującego rozpędzić ciemność. Obok przystanku pani udająca posturą słup ogłoszeniowy, pełna tatuaży i kolorowych włóczek wplecionych we włosy, każdego dnia w innym kolorze, jakby patchwork po babci pruła systematycznie, kontemplowała widnokrąg dostojnie i niewzruszenie. Nie wiem sam czemu, ale obraz ten skojarzył mi się z widzianym wczoraj dziewczęciem kontrastowo tak szczupłym, że ledwie się jej zmieścił tatuaż pomiędzy biodrami. Ciężkie buciory i skórzane krótkie spodenki, w jedynie słusznym kolorze dopełniały obrazu kurczowo trzymającego się pępka rysunku na skórze. Popiskujące z głodu śmieciarki zwiedzają okoliczne śmietniki, jak wygłodniałe bestie zrodzone po nuklearnej nocy. Niechybny znak, że dzień już w natarciu.

wtorek, 14 września 2021

Ekstrakty cz.32

 

Przewodnik.

Uczysz mnie cieszyć się detalem, błahostkami, których tak wiele każdego dnia. Pokazujesz smaki nieznane i aromaty, od jakich można stracić rozsądek i skromność. Błądzę opuszkami po twoim ciele, bez wzroku szukając miejsca, skąd rozlewa się szczęście.

 

Bez granic.

Podlewałem twoje oślepione piękno komplementami, od których kwitłaś niczym wiosenne kwiaty, czy gwiazdy w bezchmurną noc. Kiedy straciłaś słuch pisałem dłońmi na skórze wyznania, od których kryłaś się rumieńcem, a oddech zaczynał tańczyć w uniesieniu. Gdy zgasło czucie zostały mi tylko wspomnienia.

 

Przemiana.

Było ich wielu, a nieskończony koszmar bólu rozlewać miał się w tobie już do końca świata. Wtedy zaczęło kiełkować życie poczęte tak niegodziwie, że płakałaś rozpacz bez granic, bo sprawcą był nieznany szubrawca. A jednak urodziłaś niewinną miłość ufnie wtuloną w ciebie malutkimi łapkami.

 

Wiara.

Opowiadałem ci każdy dzień, choćby największym wydarzeniem był szpak siedzący na drucie, albo chmura w kształcie trzygłowego smoka. Wspominałem rzeczy minione, albo wymyślałem jutra piękniejsze od innych, a ty uśmiechałaś się ciepło. Nie chciałem słuchać tych co mówili, że umarłaś dawno temu.

 

Żniwa.

Każdej nocy wypływałem na staw, by pielęgnować nenufary, odkąd w słońcu lipca zaśmiałaś się, że uwierzysz w moją miłość, gdy ofiaruję ci kwiat czarnego lotosu. Przełknąłem gorycz, w tajemnicy poświęcając noce hodowli wodnych lilii. Wreszcie podczas nowiu zakwitł pąk czarniejszy od nocy.

Wolniej niż dzień mija.

 

Niespiesznie dojrzewają orzechy włoskiej roboty i kasztany tak uwielbiane we Francji. Za buczynowym ziarnem uwijają się na wpół oswojone, parkowe wiewióry ganiane przez rozbawione dzieci. Starsi panowie szukają podgrzybków w co mniej uczęszczanych alejkach, a panie na ławeczkach pozwalają odpocząć patykom do nordyckich spacerów mających jakiś tajemny wpływ na krzepkość damskich pośladków. Słońce zerka spoza daglezji, buków i sosen na plac zabaw i ściankę do wspinaczek dla początkujących taterników. Długowłosy jamnik ze stoickim spokojem podąża za pulchną panią witaną serdecznie przez bywalca balkonu z trzeciego piętra bloku różniącego się od innych jedynie kwiatami ozdabiającymi balustradę. Kloszard uginający się pod łupem puszek po piwie podśpiewuje radość z sukcesu, naśladując staruszka, który na przystanku sam sobie psalmy wyśpiewuje – zapewne wdowiec, nawykły, że tuż obok ktoś grucha życzliwie i nawet gderając czyni to z wieloletnią miłością zaszytą głębiej, niż wszystkie choroby świata.

poniedziałek, 13 września 2021

Ekstrakty cz. 31

 

Mimikra.

Koloratkę zakładam niechętnie, bo drażni, przeszkadza w oddychaniu, szyję raniąc do krwi. Wzbudza jednak zaufanie, pozwalające zwabić kobiecą naiwność i skłonić ją do zuchwałości, na jaką nie stać żadnej w małżeńskim łożu. A ja gustuję w wyrafinowanych potrawach, którym daleko do udawanych modlitw.

 

Koneser.

Kto raz skosztuje jagnięcia, nie zachwyci się baraniną, choćby w przybraniu jogurtowo-czosnkowego kamuflażu. Utracona cnota nie rozśpiewa ponownie nocy dziewiczym śpiewem, ani na rozkaz, ani samorzutnie. Wciąż szukałem, chcąc poznać rozkosz niewinności, aż skazali mnie za pedofilię.

 

Zachwyt.

Zabrałaś mi oddech, gdy ujrzałem cię tak piękną. Szłaś niespiesznie, kusząc drżeniem jędrnych pośladków, a krew we mnie gorzała z braku powietrza i nawet krzyknąć nie śmiałem, by nie zaburzyć rytmu kroków. Odwracałaś się zniecierpliwiona moim niezdecydowaniem, gdy więdłem wpięty w balustradę mostu.

 

Bestia.

Pytając, budzisz we mnie najciemniejsze z ludzkich uczuć.

- Żadne dziecko nie ma płci – pluję ci w twarz – ono po prostu jest!

Ironicznie wykrzywiasz gębę, nie dostrzegając blasku noża, który chwytam w amoku z kuchennego blatu i wbijam głęboko w twój brzuch.

 

Pytanie do.

Ile razy musisz schwytać pośladki kobiet w tłoku szczytu w komunikacji miejskiej, żebyś w końcu doznał spełnienia? Naprawdę nie potrafisz żadnej zachwycić własnymi zaletami? Nawet wtedy, dziwka, za skromną dniówkę zgodzi się zostać gliną, z jakiej ulepisz najzuchwalsze nawet spełnienia.

W przedświcie.

 

Trochę wody w Rzece upłynęło od czasu, kiedy poprzednio zwiedzałem rynkowe bruki nim brzask wyzwoli kolory, pozwalając oczom zachwycić się dziełem nieżyjących architektów. Niebo pocięte smugami samolotowych dysz pękało niechętnie, idąc tropem zsiadłego mleka w szklance, zegar słoneczny nudził się na ratuszowej elewacji otoczony ignorancją ludzką, smętne gołębie, nieco poszarzałe po minionej, upojnej nocy wygrzebywały spomiędzy kocich łbów resztki zapodziane przez wczorajszych głodomorów posilających się podczas marszu. Mgły wygnane w opłotki mgliły się niezbyt donośnie, a w kawiarnianym ogródku muzyka sączyła się otulając pluszem gości – nie wiem, czy to byli najwytrwalsi, siedzący od ostatniej wieczerzy, czy napływowe, ranne ptaszki żądne kawy w godziwym towarzystwie, nim świt rozgorzeje na dobre. Na węzłowym przystanku, pod okiem rozbawionego, pulchnego właściciela wrona flirtowała z torbą pełną wiktuałów i namawiała ją na przedwczesne poczęcie. Widać, że miała wprawę, więc jej zaloty obudziły współczucie postronnej pani, z siniaczkiem, któremu nie przypisałem żadnego skojarzenia (bardzo ubogi bieżący rocznik), która łaskawie wysypała garść czerstwego pieczywa nieopodal żywopłotu, spotykając się z pogardliwym niedowierzaniem ptaszyska – bez tłuszczyku? Bez dodatków? Ohyda!

piątek, 10 września 2021

Lato w pełni.

 

Upał spadł na Miasto znienacka i zagryzł wszelki dojrzały ruch. Aż mirabelki pospadały z gałęzi i schną w pijanych aromatach. Tylko dzieci w piaskownicy skowyczą na los, który dał im tak niewiele piasku do obsługi przedpołudnia, że trzeba walczyć o najdrobniejszą prywatną wydmę, a przegrani łkać muszą na granicy pomiędzy twardym placem, a powstającym właśnie pałacem dla zwycięzców.

 

O poranku, przestraszone zmasowanym nalotem szpaków wróble osiadły w gęstwinach drzew i gardłowały jakieś wróble lamenty, lecz nawet one ucichły, gdy tylko słoneczna ciekawość sięgnęła ich schronienia. Psy kłaniają się sobie ogonami raczej leniwie, bez nadziei na zabawę w berka, czy chowanego, bo komu chciałoby się latać, kiedy słońce wygryza w asfalcie miękkie kałuże? Nawet owady schowały się w głęboki cień, albo w piwnicach przeczekują szczytowe osiągnięcia wrześniowych temperatur.

czwartek, 9 września 2021

Nim przestanę się dziwić.

 

Młodzież, z sobie tylko znanych powodów wprowadza niepokój poznawczy, kamuflując płeć coraz doskonalej. Utalentowani, długowłosi pięknisie, wystrojeni w biżuteryjne fidrygałki niemalże pupkami kręcą i wdzięczą się do wystaw, ćwierkając przy tym rozkosznie. Jakiś niedogolony chłopczyk z różową kokardą we włosach pocieszał swojego towarzysza egzaltowanym głosikiem, a ten żałośnie wtulał mu się w ramiona, choć stali niemal w świetle wrót sieciowego sanktuarium spożywczego na centralnym deptaku Miasta, powodując szamotaninę pośród wygłodniałych turystów i spragnionych wody babć. Tymczasem ciężkozbrojne dziewczęta z papieroskiem w granatowych wargach i otwartym opakowaniem napoju energetycznego przywdziały pancerne buciory z podeszwami rodem z monster trucków i plując rynsztokowymi obelgami wdeptują w trotuary ostatni cień delikatności, maskowany grubą, czarną kreską okalającą oczy, rozlanym na połowę ciała tatuażem, panterką z wygrawerowanym manifestem rewolucyjnym, nabijaną kolcami obrożą, czy innym szkaradzieństwem wymyślonym na potrzeby horrorów i filmów SF.

 

Półwiekowy pan, przezornie ostrzyżony tak, by uprzedzić inwazję łysiny, ciągnął mozolnie olbrzymią siatę warzyw, racząc się wytrząsanymi z puszki ostatnimi kroplami chmielowego nektaru. Niespiesznie minął mnie skondensowany zapach wszystkich kwiatów świata, nawet tych dotąd nie odkrytych, lecz nie znalazłem odwagi w sobie, by dopuścić podejrzenie, że rozsiała go kobieta. Przezorniej było nie ferować wyroku. I jest w tym jakaś logika, gdy kobiety z rozmaitych powodów pozbywają się biustonoszy, a co bardziej ekstrawaganccy (powiedzmy) faceci zaczynają się do nich przymierzać. O zgrozo – niektórzy mają nawet co w nim schować jeszcze przed zabiegami w klinice urody! Najwyraźniej dokarmiani od maleńkości życzliwością rodzinnych wypasaczy posiedli umiejętność zwiększania objętości biustu bez skalpela i wiader silikonowej masy.

 

Dół mija dopiero, kiedy jawnie kobieca, młoda pani idąca z przeciwka, okrasiła „dzień dobry” pięknym uśmiechem, idąc sprawdzić, czy dzisiaj również znajdą się chętni na ozdobne dynie, o kształtach i kolorach, jakie tylko natura jest w stanie wymyślić.

środa, 8 września 2021

Nieco dłuższy spacer.

 

Bezdomny Chrystus szukał miejsca, w którym mógłby usiąść bez lęku, że złapie wilka, więc wybrał autobus i podróż bez biletu. Najwyraźniej wielką miał frajdę, bo podśpiewywał, przedrzeźniał komunikaty sączące się z głośników, albo śmiał się całkiem przaśnie. I nie przeszkadzało mu, że fryzurę miał przykurzoną i leciwą, a szaty w nieładzie, jakby właśnie kończył męczeński spacer na Golgotę.

 

Jakiś samolot wspinając się ku wieczności podzielił niebo na części, chcąc mnie uziemić po jednej stronie podziału, kiedy właśnie zmierzałem na drugą stronę w niebie nakreślonej granicy. Rynek wypróżniony z ludzi odpoczywał po nocnych torsjach i ledwie pierwsze kwiaciarnie zaczynały kusić niewinnie czarnymi oczyma słoneczników, zziębniętymi do bladości pąkami róż, czy gloriozami wyglądającymi jak kolorowe motyle siedzące na czubkach gałązek. Spiżowy Fredro zesłany na ziemie odzyskane, gdy wygnano go ze Lwowa patrzył w zadumie na gołębie wygrzebujące spomiędzy kocich łbów zapodziane okruchy, dzwon ratuszowy rozśpiewał znienacka okolicę, aż zadrżało powietrze i myśli błądzące najwyraźniej po manowcach.

 

Cieleśnie obfita niewiasta traktująca ciało jako narzędzie do jawnych, choć niezbyt zrozumiałych manifestacji, zdobna od stóp, aż po ekstrawagancję wczepioną we włosy kontemplowała w samotności pejzaż pełen wrotyczy i nawłoci, bez nerwów czekając na transport. Kabanos sechł na chodniku, czekając aż znajdzie go głodny pies, właściciele knajpek poprawiali ustawienie ogródkowych stolików, szykując je na popołudniową partyjkę szachów, gdy tylko pojawią się ważne figury i niekoniecznie mniej istotne piony.

wtorek, 7 września 2021

Czekając.

 

 

Szczuplutka, czekająca na transport zbiorowy, piękna pani z wysokości inwalidzkiego wózka korespondowała elektronicznie z kimś, dla kogo (być może) ostrzygła się krótko i asymetrycznie. Starszy kapral na emeryturze pilnował torby warzyw kupionych na placu, grawitując wokół, jak sztuczny satelita, przy okazji ukrywając w kieszeni moro piersióweczkę z czymś zacnym, zardzewiałym i miodopłynnym, czym dyskretnie raczył się ustawiając zadkiem do wiatru. Panie pokryte antycznym kurzem drobiły kroki na klepisku będącym pozostałością trawnika na tymczasowym przystanku i wytężały sterany wzrok, by odczytać, jakim numerkiem los obdarzył kolejny nadjeżdżający zza zakrętu autobus. Dziewczątko w wełnianej czapce przytroczyło się do wrotek, plecaka i kasku, aż niemal zaginęło w bogactwie sportowego kamuflażu. Wszędobylskie legginsy, naciągnięte jak na wystawę w najśmielszej z galerii bezpruderyjnej sztuki, śmiało kreśliły idealne kształty ciepłej zawartości, czasem posuwając się aż odwzorowania detalu bielizny, naśladując wyrafinowane kamee, rzeźbione przez greckich mistrzów. Lato umęczone upałem i kurzem pociło się stadnie pośród wizgu przejeżdżających obok samochodów pakietyzowanych sygnalizacją świetlną w małe, brzęczące roje. W takim otoczeniu nie jest łatwo pachnieć, a niektórym ta sztuka w ogóle nie wychodziła.

Ekstrakty cz. 30

 

Karambol.

Zuchwale wyciągam rękę, by zerwać dla mojej pani gwiazdę nie byle jaką. Patrzę, jak śmieją się jej oczy, kiedy ozdabiam piękną szyję kolią błyszczącą brylantem Gwiazdy Polarnej. Za naszymi plecami, pozbawiony dyszla Mały Wóz wpada w niekontrolowany poślizg i czołowo wbija się w Wielki.

 

Burza.

W ulu panował niepokój - dziś Królowa miała wybrać kochanka, by powielić życie, zapewniając gniazdu niewolnych. Tłusty, pewny siebie Truteń pieścił własną płeć wszystkimi łapkami, pewien jedynego możliwego wyboru, gdy ul rozszarpał piorun, zabijając Królową, a Trutnia pozostawiając bezpłodnym.

 

Przewrotny los.

Od tygodnia cierpliwie iskałam psa, schwytane pchły zbierając w szklaną fiolkę, by krwawo zemścić się na Jolce, która bezwstydnie przystawiała się do mojego Tomka. Ten, nieświadom ryzyka, przypadkiem stłukł naczynie. Ledwie zaczął się drapać, znienawidziły go wszystkie dziewczyny – ja również.

 

Niespełniony.

Drżącymi z emocji palcami rozpinałem guzik za guzikiem, patrzyłem jak sfruwają na podłogę kolejne fatałaszki, a kiedy nie zostało już nic do rozpięcia, okazało się, że całe ciało ukryło się pod wielobarwnymi obrazkami. Chwyciłem skalpel i… zanim cię rozebrałem – umarłaś.

 

Smycz.

Gryzłem śmierdzące więzy, nie bacząc, że dziąsła zaczęły krwawić, a słabsze zęby pokruszyły się, nim pękły pierwsze włókna. Zmęczenie odbierało rozum i oddech, lecz w końcu sznur puścił! Spadałem w nieznaną przyszłość po śmierć, z krzykiem świeżo obudzonej trwogi.

poniedziałek, 6 września 2021

Skarga.

 

Niczym szklanka źródlanej wody – nie posiadam smaku, ani zapachu. Bez osobliwości i cech towarzyszących błahym życiorysom. Nie ubrudziła mnie przepływająca obok przeszłość, a przyszłość jawi się obrzydliwie mdłą. Zupełnie, jakbym omijał przytułki czasu, ignorując reguły gry o przetrwanie.

 

Patrzę z nadzieją, że ktokolwiek się zjawi i wytrąci mnie z letargu, że stanie się wrzącym kamieniem, gorączką, która rozpłoni kręgi rozchodzące się dalej niż w głąb mnie – do zewnętrza, które nie stłumi najdrobniejszego szeptu i pozwoli wziąć udział w wielkim chórze ekstazy życia.

 

- Któż obrał mnie z właściwości? Za jakie grzechy cierpię na kalectwo braku wszystkiego. Mimo wszystko – jestem przecież…

Domniemania.

 

Słoneczniki kwitną na topinamburowych szczudłach, wyrosłych pośród szczelin w pęknięciach asfaltu u stóp murowanego ogrodzenia zapewniającego pozorną intymność ludziom uwięzionym wewnątrz. Słońce ściera mgły mdlejące mokrą plamą w podcieniach blokowiska, orzechy nabierają rzymskiej tężyzny w otulinie zielonej skorupy. Wymyślam scenariusze dla jutra, albo nawet dalej, dokąd tylko sięgnę fantazją, ale tam był już ktoś mądrzejszy i zaplanował wszystko idealnie, więc to moje rozpasanie jest zaledwie szczenięcym chceniem, żałosną imitacją doskonałości. Z podkulonym ogonem wracam do teraz i cieszę się znów, jak dziecko, gdy słońce liczy mu piegi na nosie, a pies ogonem rozwiewa kurz słodkiej niewiedzy, by w chmurze niedopowiedzeń uczynić zabawą nawet to, co zdarzyć się musi. Wszak nikt nie zabronił życiu być pięknym, zabawnym i przyjaznym. A mógłby zapewne. Gdyby chciał…

Powidoki.

 

Dzień-koszmar dla tych, co wstają nim słońce zdąży popełnić rozgrzewkę na osiedlowym placu zabaw. Zimny poranek flirtował z promieniami rześko przeskakując nad ciepłymi, asfaltowymi kałużami, kryjąc się w gąszcz tui pełnych wróbli przewracających się dopiero na drugi bok. Dziewczęta o bosych kostkach chroniły nerki i uszy podwatowanymi, jesiennymi strojami, poniżej pępka pozwalając sobie na obcisłość skurczonych od wilgoci legginsów. Co odważniejsi, bądź mrozoodporni faceci epatowali ekstrawagancją krótkiego rękawa, a ostrzegawcza kamizelka z polimeru w kolorze najzimniejszej z możliwych odcieni żółci dodawała pikanterii tej zuchwałości o przekrwionych oczach. Mijam panią niosącą futerał skrzypiec (zapewne z pestką instrumentu), której po łydkach wspinały się niebieskie, sportowe plastry wspomagające pracę mięśni. Mijam krzaki jeżyn ogryzionych do gołej zieloności i bezkresu igieł, pestki po zdziczałych węgierkach pachnące skisłym winem, trawniki martwe, wygolone bez litości, tabliczki ostrzegające szczury przed pułapkami, psa starego, jak jego pan, więc rozmawiają ze sobą bez słów, bo to wysiłek potrafiący z ciała wydobyć zaoszczędzoną kroplę wody.

 

Nie mówię „chcę”, nie mówię nawet „chciałbym” – jestem. Po prostu. Patrzę i nasiąkam widzeniem. Domniemywam, że mógłbym być kryształową szklanką wody, która dopiero ma nasiąknąć smakiem tego, co wokół. Czyżbym był „Człowiekiem bez właściwości”? Naczyniem na wszystko, co sprawi, że kropla soku życia ożywi ciało drgnięciem jakiejkolwiek emocji, ciągiem nieprawdopodobnych zdarzeń, opowieścią, niechby bezczelnie powitą pośród nowiu, czy pełni.

 

- Dlaczego nikt nie chce tkać powieści, kiedy sierp jest mniej ortodoksyjny? Dlaczego nikt nie wyje z gołoborza pośród nocy, gdy sierp strzyże niesforne myśli upokarzając ostrzyżonych, jakby to był samurajski kucyk utracony wraz z czcią i szacunkiem.

 

Jestem, gdy świat wokół drży. W ruchu, w niepokojach, w nadziejach i mrzonkach. W bezruchu tracę oddech.

piątek, 3 września 2021

Pławiąc się w cieple.

 

Kobiety, szczególnie te, którym dane było wstać później niż przedszkolnym dzieciom po pierwszej sjeście znów bez deformującej obraz gęsiej skórki mogą eksponować tatuaże nie tylko na łydkach, ale i te wspinające się wysoko po udach. Dzieciaczki swoją żywiołową ekspresją rozpędziły mrok i pustkę, barwiąc plac zabaw szczęściem zapomnianym już przez dorosłych. Psy i wróble przezornie trzymają się z daleka, jedynie panie o kształtach sugerujących ciepłą miękkość przechodzą obok z pluszowym uśmiechem. Owady oszołomione żółtym, nawłociowym szaleństwem zapładniają je bez końca. Wiatr od niechcenia czochra baranie głowy rozpierzchnięte po niebie, pamiętając, że to wskazówki boskiego zegara, którego nie godzi się popędzać bez uzasadnienia. Tylko pasikonik, który zapomniał klucza od domofonu i łka po zewnętrznej stronie drzwi, pamięta, że jesień czai się tuż za płotem porośniętym gęstą brodą winorośli.

czwartek, 2 września 2021

Kandydat.

 

- Wiesz chyba, że sięgając przez wodę po przedmiot leżący na dnie oszukasz się? Że wzrok brnąc przez przeźroczystą wodę natknie się na kąty załamania powodujące, że oko nawykłe do oszustw, jakich tradycyjnie trzyma się powietrze stanie się bezradne w obliczu głębi? I że wyciągniesz rękę, mając pewność, że sięgniesz niezawodnie, a tymczasem – niespodzianka? Albo zabraknie ramienia, albo pchniesz dłoń nie tam, gdzie ów przedmiot leży!

 

- Jeśli choć na chwilę obudziłeś się na lekcjach fizyki, to być może dostrzegłeś również, co pryzmat potrafi zrobić ze światłem. Z tym białym, pozornie prozaicznym. Rozkład widma na składowe ukazuje, że każda z nich przemierzy inną drogę, by wynurzyć się poza przeszkodą. I chociaż trafiają splecione doskonalej od warkocza, to mając odpowiednie narzędzia łatwo można je rozpleść.

 

- A jeśli są światy, poukładane w podobne warkocze? Jeśli jesteś jedną z wersji siebie, którą można rozłożyć na żółtą, czy fioletową postać która w różnym tempie i inną drogą zmierzać będzie w przyszłość, mimo, że globalnie gabaryt szedł będzie, albo zatrzyma się przed tym, co niepojęte? Zatrzyma, bo do przejścia trzeba byłoby rozszczepić każde, najdrobniejsze nawet włókno. I wysłać je tam, skąd zapewne wrócić się już nie uda. Mało kogo stać na podobną determinację.

 

- Strach powstrzymuje nawet myśl o działaniu, więc stoimy przed nierozwiązywalnym problemem. I choćbyśmy zastanawiali się nie wiadomo jak długo, to na drugą stronę nie można dotrzeć nie rozplatając składowych. Zżera nas ciekawość, gryzie i nie pozwala zaprzestać prób, jednak zakodowane w nas ewolucyjne siły nakazujące przetrwać pomimo wszystko osłabia wolę i uniemożliwia targnięcie się na ciało. Cena wiedzy zdaje się zbyt wysoka.

 

- Ale jest drobna, niemal niezauważalna furtka, która pozwala odbyć drogę tam i z powrotem, bez większych szkód. Podróżowanie wymaga niewiele, jednak zrozumienie przekazu, odbiór i wizualizacja doświadczeń, to proces tak skomplikowany, że odtworzenia obarczone będą zazwyczaj błędem o nieznanym rozmiarze. Trochę wariacka teoria, jednak korzystając z trójwymiarowej logiki dalej zajść już nie zdołamy. Stoimy przed pryzmatem i kurczowo trzymamy się własnych ciał, które dopiero po rozszczepieniu mogłyby przejść granice. Każde z osobna!

 

- Mikroskopijna szansa poznania tego, co skrywa się przed tchórzliwym ciałem kryje się we śnie. Ale nie jednym, a wielu snach. Powtarzanych aż do znudzenia. Rejestrowanych z największą starannością i maksymalna rozdzielczością. Te czerwone, zielone, czy będące w pół drogi między żółcią i pomarańczem! Wszystkie! Wystarczy nałożyć je na siebie, spleść nakładając klisze jedna po drugiej, aż powstanie obraz łączący składowe. Każda z wąziuteńkich, niezależnych ścieżek nałożona na pozostałe odtworzy wypadkową w sposób zrozumiały dla oka i mózgu!

 

- Wystarczy… choć to niezbyt udane słowo, znaleźć kogoś, kto potrafiłby śnić ten sam sen wystarczająco długo, aby skompletować widmo. Żeby środowemu snu w błękitach dołożyć zielony czwartek i różową niedzielę. Otulić zmysły śpiącego filtrami przepuszczającymi wybraną szerokość widma i zbierać najbłahsze i najbardziej niezrozumiałe odpowiedzi, nie wysilając się na interpretacje, czy zrozumienie. Zbierać i kompletować. Nakładać i sprawdzać, czy efekt zwraca coś, co zmysły będą w stanie zrozumieć.

 

- Rozumiesz już z jak trudnym zadaniem trzeba się zmierzyć? Ale przecież to szansa, kiedy innej nie ma wcale. Człowiek bombardowany za dnia mnóstwem bodźców będzie bezużyteczny jako sonda badająca drugą stronę istnienia. Albo trzeba te zmysły otępić, oszołomić i sprowadzić do błahostek niezauważalnych, żeby błąd składania echa nie przyniósł potwornych nieprawidłowości, albo…

 

- Tak! Domyśliłeś się wreszcie. Wiedziałem, że głupcem nie jesteś i wpadniesz szybko na rozwiązanie! Oczywiście – trzeba odseparować jednostkę od bodźców i korzystać z jej woli przetrwania mimo wszystko. Zniewolić zmysły tak, żeby nie miały pożywki w rozmaitościach codzienności, lecz stały się ciągiem powtarzalnym do znudzenia. Bez kolorów, zapachów, dźwięków i smaku. Wypreparowane ze zmysłów życie, które po prostu trwa i od czasu do czasu potrzebuje snu, by trwało dalej. Gdy osiągniemy już wystarczający poziom apatii obiektu, będziemy mogli filtrować kolejne długości fal świetlnych i zbierać co noc nowy, wiarygodny fragment odpowiedzi!

 

- Nie walcz. Nic nie zmienisz. Nie uda się tobie powstrzymać nauki. Zostałeś wybrany. Ty, jako pierwszy przekroczysz Rubikon śmierci i przyniesiesz odpowiedź. Opór, to żałosna dziecinada. Cały sztab ludzi, ba! Ludzkość na ciebie liczy, a ty się dąsasz i szarpiesz. Szanuj ciało, żebyś dotrwał końca eksperymentu. A jeśli cię to jakoś pociesza, to nie będziesz jedynym. Od lat obserwowaliśmy kilka osobników o ograniczonej ruchliwości, jednak tobie przypadł w udziale zaszczyt pionierskiego udziału. Dołączą inni, trochę mniej rokujący i nieco bardziej nerwowi.

 

- Postaraj się. I bądź pierwszym! Młodzi ludzie w Ameryce wiedzą od dziecka, że drugiego nikt nie zapamięta – tylko pierwszy trafi do podręczników, reszta ląduje na śmietniku historii.

Ekstrakty cz. 29

 

Kolekcjoner.

Dawno temu niezbyt rozsądnie wpadłem na pomysł, żeby uszy pokonanych wrogów nawlekać na rzemień i nosić trofea przy sobie. Teraz, idąc na pole bitwy dźwigam girlandy egzotycznych uszu, których ciężar przygniata mnie do ziemi. Szczęśliwie smród sam powala wrogów, więc bagaż rośnie bez końca.

 

Pedant.

Nogi zostawiam w przedpokoju, żeby nie nabrudzić, ręce wkładam do zlewu, gdyż higiena namawia mnie na szczątkowe zabiegi. Kadłub porzucam w łóżku, żeby dał odpocząć kręgosłupowi, lecz głowę stawiam na stoliku przed TV - mózg zapiera się, że spać nie zamierza. Sam idę do kuchni, zjeść coś.

 

Twórca.

Mieszając w probówce, z uśmiechem politowania wspominam alchemików marzących o cudownej przemianie ołowiu w złoto. Jezus pokazał, że można uszlachetnić wodę do wina, więc każda zmiana była możliwa. Odważnie nabieram szczyptę człowieka i mieszam z odrobiną innego, dodając co nieco od siebie.

 

Bezmyślny.

Śmiejesz się, gdy cedzę wodę sitem i zdziwiony jestem swobodą z jaką przelatuje. A przecież robisz to samo, kryjąc się pod maską, w nadziei, że z chorego otoczenia odfiltrujesz zdrowe elementy. Naprawdę zapomniałeś że mierzysz się z kropelką tak drobną, że nawet nie domyśla się zasieków maski?

 

Kucharz.

W powietrzu unosiła się dyskretna woń pieczystego. Oczyma wyobraźni dostrzegałem już sterczące z tłuściutkiego mięsa żeberka zatopione w sosie spływającym po stoku tłuczonych ziemniaków. Kompletowałem woń w nozdrzach, licząc, że obiad zmaterializuje się, gdy nabierze odpowiedniej gęstości.

Pieskie widoki.

 

Okoliczne psy znają już mój zapach  poranku więc na powitanie kiwają ogonami. Ja? Nie kiwam, żeby właścicielki zwierząt nie zadzwoniły po pogotowie psychiatryczne. Wróble rozdzwoniły się i jazgoczą, szpak usiłuje coś wyjaśnić dwóm gołębiom stojącym na warcie na krawędzi dachu – bezskutecznie, bo gołębie nie znają obcych języków. Słońce uwalnia kolory od przygnębiającego cienia nocy, lecz choć świeci, to jednak skóra cierpnie od wilgoci. Pani różową przędzą uzupełnia braki w owłosieniu, przy okazji naciągając skórę twarzy, by zmniejszyć głębokość zmarszczek – wygląda to żałośnie, ale może bez tego zabiegu przypominałaby shar-peia?

środa, 1 września 2021

Ani be, Anime.

   Pani była kompletnie nieprzytomna, względnie doskonale udawała, przyglądając się światu z bezgranicznym zdumieniem. Rozglądała się, jakby trafiła tu przez pomyłkę, albo korzystając z nieuwagi montażysty uciekła z kadru animowanego filmu. Laleczka ze szklanego ekranu, bez pojęcia o świecie rzeczywistym i zdumiona istnieniem praw fizycznych! Fizjologii nie pozwalającej bez końca trwać pachnąc, bo wymuszającej potrzeby niższego rzędu.


- Upokarzające! - Zdumienie zamiast namalować się wężem znaku zapytania nad komiksową głową objawiło się na czole – zmarszczką! Tego było już za wiele. Pani prychnęła gniewnie, z niepokojem obserwując mikroskopijne kropelki śliny uciekające w przestrzeń, obróciła się na pięcie i wróciła na plan zdjęciowy.

Odrzucony.

 

Domy wyglądające jak chińskie ideogramy zagrabiały przestrzeń. Żółte, odbierające słońcu wyłączność na ciepło nieba sterczały nieme, nieczytelne dla większości, którzy nie wiedzą, jak czytać - od lewej, do prawej, czy z góry na dół. Absurdalnie zagęszczone naśladowały żywiołowy opis skomplikowanej potrawy pełnej przypraw drapiących nos i gardło jednocześnie.

 

Stałem na ostatnim skrawku spokojnej, bezpiecznej zieleni, a noga zastygła w pół kroku, bojąc się wejść w tętniącą, być może toksyczną geometrię żółci. Niebo skarlało zawstydzone rozpasaniem stada kurczaków, niezmierzonego zagonu kukurydzy. Ziemia owrzodziała, skażona ludzką zgnilizną tak dalece, że natura wiała stamtąd, albo wybierała śmierć w męczarniach, miast podobnego trwania.

 

- Wracać? Do lasu? Do stężałych w chłodzie gór?

 

Brakowało mi soli i nabojów, lecz najbardziej doskwierała mi samotność dzielona z owadami i pomarańczowymi kosmykami karmionych żywiczną szczapką płomieni ognia wieczornego. Mogłem zawodzić na ustnej harmonijce, naśladować wilcze tęsknoty i pragnienia ale potrzebowałem ludzi. Tak! Właśnie ludzi, z ich wadami i uprzedzeniami. Z pośpiechem i pobieżnością. Z rozmaitością, o jakiej śniłem nerwowe sny pełne czucia i mimiki.

 

Budziłem się, głupio obejmując gasnące fantasmagorie, szczerząc rzedniejącą radość, albo ścierając rosę łez z twarzy. Potrzebowałem ludzi, a sól była jedynie pretekstem. Mimo to bałem się wejść pomiędzy ideogramy tak jaskrawe, że aż kłuły wzrok, przepalały oddech i sprawiały, że drżały mi dłonie. Kiedy wejdę tam… Boję się, że nie odnajdę drogi ku wyjściu. Zabłądzę pomiędzy niebosiężnymi ścianami, utknę w wąskich przesmykach i uduszę się z braku powietrza.

 

- Nie! Nie mogę wejść. Ryzyko jest zbyt wielkie. Skoro sam widok mnie oszałamia, to bezpośredni kontakt zabije niechybnie!

 

Paradoksalność sytuacji zmiękczyła kolana. Usiadłem na ostatnim przyczółku zieloności, cofając pochopną nogę. Bezmyślnie gryzłem słodką trawkę, starając się omijać wzrokiem jadowite obrazy, pośród których byłem analfabetą. Nie miałem szansy przeczytać zaszytego przekazu, ukrytych w murach praw i prawd. Strach sparaliżował chęci i potrzeby.

 

- A może.. – nadzieje żywotne jak karaluchy zawsze znajdą posłuch w głowie – A może ktoś stamtąd wyjdzie i będzie okazja spędzić razem choć chwilę?

 

Poderwałem się. Tak! Na pewno są tam tacy, którym symetria i powtarzalność żółtych kątów zacznie doskwierać wystarczjąco, by zatęsknili za pięknem niepowtarzalności utkanej w każdym detalu natury! I wyjdą spomiędzy liter, by poczuć swobodę myśli spętanych miejskim zaduchem. Ostrożnie rzuciłem okiem ku żółtym, jakby naburmuszonym ideogramom, jednak widnokres był pusty od istot żywych. Ruszyłem skrajem dzielącym mnie od innych granicą, której obawiałem się przekroczyć. Szedłem patrząc, jak patrzy się na wioskę trędowatych, po miesiącach spędzonych w buszu – niby cywilizacja, ale toksyczna, zakaźna i bezwzględna. Kto wejdzie – stanie się więźniem własnej słabości aż do zgonu.

 

Nie wiem ile trwało, nim zatoczyłem nieporadny krąg wokół skupiska liter, wielkiej księgi cywilizacyjnego stada, smrodu cudzych myśli wszczepionych każdemu wcześniej, niż się narodzi. Bezskutecznie. Zatoczyłem drugi i trzeci krąg. Czas mijał, sól chyba przestała mi być potrzebna, nabojami nie miałbym już czego napełnić. Zostawiłem strzelbę na tym skrawku zieleni, gdzie poraził mnie pionierski widok i nożem nacinałem karby, gdy kończyłem kolejne kursy.

 

- Nie do wiary, żeby nikt nie wychodził! – Sapałem z gniewem – Czyżbym miał pecha i ktoś wychodził, kiedy ja akurat byłem po drugiej stronie wschodu słońca? I tak za każdym razem? Czyżby obserwowali mnie i unikali? Eee… Chyba nie byli tak perfidni, czy strachliwi… Wszyscy? Niemożliwe.

 

Wydeptałem już ścieżkę omijaną nawet przez chwasty. Nogi wzmocnione nieustanną wędrówką niosły szybko i niezawodnie. Strzelba przewróciła się pocięta karbami i bezużyteczna. Żółte wielkoludy o krawędziach ostrych jak brzytwa nie stępiały ani odrobinę. Nikt się też nie wynurzył z kamiennej otchłani. Piekło zazdrośnie pilnowało bram na zewnątrz.

 

- Teraz dopiero widać, jak rozsądnie było pozostać na zewnątrz! – pochwaliłem siebie, bo nie było nikogo, kto mógłby to zrobić.

 

Rozmawianie z samym sobą rzadko przynosi rozwiązania, bo jak się kłócić, jak zaskoczyć niebanalną myślą, czy ripostą? Zostawały proste zauważenia, które można było bez słów wyrazić. A jednak mówiłem na głos każdą głupotę, żeby język nie przewrócił się podobnie jak zrobiła to nieużywana strzelba. Ze wstydu spaliłbym się, gdyby nagle z czeluści wychynął człowiek, a ja nie umiałbym słowa wykrztusić. Oni, tam, pewnie gadają bez końca. I sztuką konwersacji potrafią zachwycać nawet największe z żółtych olbrzymów pilnujących urody słów.

 

Zwolniłem. Gdzieś na krawędzi świadomości kluły się niepokoje. Przystanąłem, żeby podświadomość uleżała się i urodziła.

 

- No tak! – krzyknąłem – A o czym oni mają ze mną gadać, skoro pochodzimy z różnych światów? Mając mistrzów wokół, czas poświęcać amatorom raczkującym w dyscyplinie? Może dlatego unikają kontaktu, bo szkoda im czasu, by światłą myślą dzielić się z kimś, kto nie potrafi docenić kunsztu?

 

Poczułem się odrzucony. Policzek zapiekł, choć nikt nie uderzył. Opadły ramiona, jakby balon nadziei pękł i zapadł się we mnie. Popatrzyłem jeszcze raz na żółte kolosy, których czytania nikt mnie nie nauczył…

 

- I nie nauczy! – odwróciłem się i zszedłem ze ścieżki. W las. Do moich skapanych w chłodzie gór, do słońca grającego na strunach strumieni melodie szemrzące wilgotnym wiatrem i ognia nie znającego monotonii.