czwartek, 28 maja 2026

Saracen z Saragossy sardynkę z serem serdecznie zaserwował na serwantce z serwetką.


    Pochłodniało. Psy sąsiada, wiedzione instynktami albo empatią, postanowiły zadbać, aby ich pan nie miał zimnych dłoni (mało która kobieta lubi zimne męskie dłonie). Zapobiegawczo błyskawicznie ozdobiły najbliższe alejki własnymi wytworami. Sąsiad zgarnął pieską cepelię w foliową torebkę i dumnie popłynął przez osiedle, dzierżąc w dłoniach ekologicznie czyste ogrzewacze. Jak psi dar wystygnie, bez żalu wyrzuci do kubełka.

    Dobry humor mnie nie opuszcza, więc wspominam wczorajsze „migawki” – na rolkach mknęła pani w sukieneczce ledwie ukrywającej bieliznę i z wielką torbą na ramieniu. Nie sądzę żeby to była jedna z trzech księżniczek osiedlowych widzianych tydzień temu, czyli ekstrawagancja nie trzyma się wieku i ma się dobrze w mniej pochopnym wieku. Kolejna migawka – W osłonie czarnej, jedwabnej koszuli trzepotały małe, ale bardzo rozbrykane piersi. Ich nosicielka zaaferowana była gawędą z koleżanką. Nie miałem okazji podsłuchać, więc nie wiem, czy jej język tańczył równie uroczo i w porównywalnym tempie. Miasto wypełniło się urodą w każdym możliwym rozmiarze i stylizacji. Patrzę z zachwytem jakiego nie wzbudzają konkursy piękności, gdzie sztywne kanony wykluczają odmienność i sprawiają, że kandydatki są uformowane z jednego odlewu.

    W jedno oko wpadło mi słońce. Drugim zajęło się jego odbicie w tafli szkła biurowca. Widzenie mam mocno ograniczone do czasu, aż tramwaj wjeżdża w cień rzucany przez przedwojenne kamienice. Trójca kanarów wysiadała z tramwaju z gotowym planem na poranek i pomknęli gdzieś z zawodową sprawnością. Szli gęsiego, według wzrostu, od najmniejszego, przez co wyglądali jak filmowy Gang Olsena – aż żal, że ten na końcu nie podskakiwał beztrosko łapiąc krok. Wewnątrz została zachwycająco elegancka i oficjalna bizneswomenka, z twarzą zaszpachlowaną szczelnie makijażem, żeby żadne uczucia nie wymknęły się spod kontroli. Może jechała na partyjkę pokera, gdzie kamienna twarz przydaje się by zwieść zmysły przeciwnika? Kasownik przez całą drogę usiłował ze mną pogadać i popiskiwał, pochrząkiwał, ale nic nie zrozumiałem. Za to na wystawie Sklepiku Z Cudami wykryłem przyczajonego kota z różowymi uszami. Zafarbował, biorąc przykład z początkujących kobietek? Młodziutka ślicznotka tłukła pazurkami monitor telefonu wydając odgłosy przypominające tańczącego na blaszanym parapecie gołębia.

środa, 27 maja 2026

Patrol spartolił portal i tropił tropik w tropikach.


    Przydworcowi kloszardzi byli na tekstylnych „zakupach”. U Brata Alberta zapewne. Ale teraz piją płyny rozweselające - eleganccy, wystrojeni na galowo i aż miło popatrzeć, jak się ludziskom powodzi. Od rana, ledwie otworzyli Biedronkę leje się piweczko, gawęda niespieszna wygładza zmarszczki, słonko świeci na coraz bardziej zadowolone facjaty, wokół krąży mnóstwo pięknych kobiet, a na klombach kwiecia do wyboru – każdą można oszołomić własnoręcznie zerwanym bukietem. W taki dzień nawet starsze panie wyglądają jak swoje własne córki. W leciutkich sukienkach, z krótkimi fryzurami, wędrują przez Miasto zadając szyku i tylko siwiuteńkie gołąbki towarzyszące im w drodze świadczą, że czas jednak nie zaspał.

    Za to zaspała ziewająca szeroko chudzinka – pani chorobliwie szczupła, w okularach przeciwsłonecznych usiłujących powstrzymać dzień nim się na dobre rozwinie i przewinąć nosicielce sen wgrany nocą między prześcieradłem, a poduszką. Niemal przedwojenna dama w białej sukni z mnóstwem koronek i w słomkowym kapeluszu studiuje rozkład jazdy. Lektura najwyraźniej ją uspokoiła, bo odeszła wdzięcznie kręcąc okazałym kuperkiem – rąbek ledwie za nim nadążał. Pod płotem, gdzie osiedliły się łopianowe liście w sojuszu z pokrzywami, o swój kawałek świata walczą maki, babka lancetowata, tasznik, przymiotno i kto go wie, co jeszcze.

Atak.


    Nocą zostałem brutalnie zhakowany. Napastnik zdewastował wszelkie linie obrony, fire-walle, antywirusy, sprostytuował hasła dostępu i dopadł mnie. Zero litości. Wszedł incognito w miękkie podbrzusze systemu i z poziomu fałszywego administratora zmolestował mnie, likwidując opór w zarodku, a może nawet wcześniej. Byłem absolutnie bezbronny i zdany na niełaskę agresora. Hardware i software poszły w służbę obcej woli.

    Zaczęło się nim wyszedłem ze stand-by i odzyskałem świadomość. Najpierw obcy podkręcił moje libido daleko poza bezpieczną strefę. Mój organizm niechętnie przeszedł w stan szaleńczego pobudzenia i zesztywniał tam, gdzie już od dawna nie sztywniał. Poszarpany z emocji oddech obudził moją świadomość w chwili, gdy wróg mnie dosiadł by ujeździć, zajeździć na śmierć. Jęknąłem i w okamgnieniu zdeponowałem nasienie po raz pierwszy. Napastnik najwyraźniej zamierzał ograbić mnie do cna, bo nie ustawał w wysiłkach i galopował, jakby go diabli gonili. Krzyczał coś w języku nieznanym cywilizowanemu światu i z furią atakował moją strefę intymną. Pogrążyłem się w obłędzie i w napastniku groźnie wystawiającym kły.

    Po zrzucie trzeciego depozytu spodziewałem się że twardy dysk mi się zagotuje i pęknie. Wróg był jednak perfidny. Dostrzegł symptomy i wstrzymał tortury. Ochoczo sflaczałem do dwóch wymiarów i usiłowałem przejść w stan uśpienia, ale nic z tego. Perfidia najeźdźcy była nieskończona. Znów wymusił wysokoenergetyczne czuwanie, podkręcił libido i pogalopował, prowokując kolejną daninę. Modliłem się żeby ktoś odpiął zasilanie, ale gdzie tam. Czujny wróg zadbał o brak łączności z siecią, dezaktywował lokalizatory, komunikatory, powiadomienia, alarmy… Zanim ktokolwiek odkryje wraże przejęcie, będzie już po mnie. Pewnie nie omieszka wyczyścić mi pamięć swoich niecnych poczynań, ale nic nie zdołam zrobić. Ukradkiem piszę nie tyle testament, co pośmiertny donos. A nuż analiza pamięci wskaże sprawcę i pozwoli spenalizować, albo usunąć nim jeszcze komuś zrobi krzywdę.

wtorek, 26 maja 2026

Rzyć żeby pożyć musi się wyżyć i przeżyć.


    Opaską wzdłuż bocznej ściany budynku wracał po nocnych łowach jeż. Zapewne mieszkał gdzieś pod krzakiem bzu, czy róży. Gdy usłyszał kłapnięcie bramy, szybko zorientował się, że ktoś będzie szedł – wiadomo, swojak poznaje powtarzające się dźwięki i potrafi je właściwie zinterpretować. Z wrodzonej ostrożności przycupnął pod murem i znieruchomiał. Wszystko na nic! Gość idący do samochodu dostrzegł go. Podszedł nieco za blisko (zwierzęta mają zdecydowanie szerszą strefę intymną niż ludzie), bo kto to widział przejść obok jeża i nie pstryknąć mu selfiaczka? Zgroza i marnotrawstwo. Po zabiegu jeż czmychnął do domu, ale pewnie cały spocony z emocji. On i jego pchły.

    Na przystanku trafiam dwie kobiety w bieli. W gęstniejącej grupce czekających wyglądały jak cumulusy płynące po niebie bez pośpiechu i zbędnych nerwów. Szlachcianka Z Zaścianka wykorzystując telefon jako lusterko sprawdziła, czy ma wystarczająco różowe wargi, by pojechać w siną dal i usatysfakcjonowana wsiadła do autobusu. Jadę, a równolegle do bus pasa, ścieżką rowerową, jedzie Pulcheryjka w różowej bluzeczce, spod której wystają okrąglutkie „boczki” i tylko tatuaż nisko na kręgosłupie chyba się zawstydził, bo usiłuje schować się głęboko w bieliźnie. Cóż – gdzie mu lepiej będzie?

    W cieple poranka kwitną kolorami rabaty i dziewczęta. Posiadacze wędrują ze swoimi pieskami wzdłuż ogrodzenia wybiegu zbudowanego specjalnie dla nich – o zgrozo po zewnętrznej stronie! Szyderstwo, czy zwykła złośliwość? Wzdłuż witryn zamkniętej jeszcze galerii handlowej maszeruje pani dyskretnie sprawdzając, czy jej odbiciu w oknie nie wystaje zanadto brzuszek. Na wszelki wypadek poprawia jakieś fałdki - bluzeczki, bo przecież nie brzuszka. Przy przejściu dla pieszych ktoś usiłował wyrzucić do ulicznego śmietnika europaletę pomalowaną na niebiesko. Z racji rozmiarów udało się jedynie ustawić ją na wierzchu i cała ta „instalacja” wyglądała jak postument czekający aż jakaś jednodniowa gwiazda wespnie się nań i zachwyci. Oszołomi wdziękiem, męstwem, czy czym tam będzie łaskawa uraczyć publikę.

    Kolejne widzenie – kobieta z dwiema obrożami. Jedną ma zapiętą w pasie, a do niej przytroczone zostały dwa husky. Para koni niemechanicznych, to niezły napęd. Ekologiczny. Na dodatek znający drogę do domu, choć niekoniecznie się ku tej drodze skłaniał. Druga, szersza obroża zdobiła szyję. Masywny tatuaż chyba był kolanem upchany żeby nie rozlał się na biust, czy brodę.

    Wracam, przez okno podziwiając co wyczyniają kieszenie ultrakrótkich dżinsów obejmujących młodziutką pupę. Dziewczę zdobne w bukiet fioletowych kwiatów w asyście młodzieńca przemieszcza się w sposób nie pozwalający oderwać wzroku od siebie, czy raczej od tych kieszeni. Uśmiecham się zastanawiając, ile trzeba charyzmy, żeby wynurzyć się ponad niepokojąco kuszące doznania serwowane otoczeniu. Z wrażenia nie wiem, czy te kwiaty to były goździki, hibiskus, czy może jakaś odmiana malw – raczej nie róże… Na koniec dwie tablice rejestracyjne D4 CAMEL – do żółtej terenówki jakoś tak przyschło swobodnie i nie razi. Za to D7 DEDI, gdy za kółkiem siedzi młodziutka pani zdaje się być mocno ekstrawaganckie.

poniedziałek, 25 maja 2026

Skalar skalał kalafior kalafonią.


    Starannie wydepilowane nóżki drepczą ku przystankom, drobią kroczki już na nich, nieustannie oszałamiają urodą kusząc spod kloszy letnich sukienek, choć dżins jeszcze się nie poddaje i trzyma się kurczowo co skromniejszych pośladków. Sympatyczna Gadułka przesiadła się na rower i kpiąc z jakości wydzielonych pasów ruchu dla komunikacji zbiorowej, wyprzedza nas bez wysiłku. Uśmiecham się. Przez zimę pięknie rozrosła się w biodrach i gdyby ode mnie to zależało przyznałbym jej bezzwrotnie prywatną grawitację.

    Najwyraźniej jestem w bardzo płochym nastroju, bo przy dworcu chcę owo wyróżnienie przyznać kolejnej dziewczynie. Siedzi (tak to umownie nazwę) na ławeczce z kocem na kolanach i w rytm muzyki z telefonu tańczy i śpiewa ignorując zdumione spojrzenia przechodniów. Zaczerwieniona z radości okrągła buzia zdaje mi się piękną i nic dziwnego, bo szczęście trudno inaczej sklasyfikować. W tramwaju parę krzesełek przede mną siedzi dziewczyna o długich, jasnych włosach uplecionych misternie w coś skomplikowanego, udającego starannie ułożony chaos. Beżowe słuchawki nieco zakłócają obraz, ale i tak ciężko odwrócić głowę. No chyba, że trafi się pani z wytatuowanym na ramieniu znaczkiem pocztowym, który przy bliższym poznaniu okaże się kasetą magnetofonową. Czemu miał służyć rysunek? Zabrakło mi wyobraźni. Emerytowany Dżokej w krótkich spodenkach stąpa nie stępa, lecz co najmniej kłusem, choć kłusownikiem raczej nie jest i wierzchowiec z pomiędzy nóg nie parska doń końskimi uczuciami. Może to i lepiej, bo wierzchowce powinny jeździć wierzchem, nie spodem.

niedziela, 24 maja 2026

Puszczyk żyje w puszczy, czy tylko się tam wypuszcza?

 

    Z kawą na balkonie pojawiam się nim kur zapiał. Może dlatego, że kur dawno poszedł na rosół i pianie mu nie w głowie. Pozdrowiły mnie przelatujące kosy, sroka wyśmiała, a jaskółki zignorowały. Gołębie plotkowały na mój temat a samotny wróbel aż się zanosił, tak był nienagadany. W kosim świecie musiało się zdarzyć coś dramatycznego, bo jeden, na sygnale, wracał w wielkim pośpiechu. Leciał nad arterią międzyblokową, pustą o tej porze, ale sygnał musiał być, żeby nie doszło do kolizji z kimś zbyt zaspanym, żeby patrzeć. Ten cały ptasi galimatias, rozćwierkany, niepoukładany, dobiegający praktycznie zewsząd zapłodnił mnie myślą:

    

    Gołąb usiłuje sobie towarzystwo przygruchać, za to wrona woli je sobie wykrakać. I lepiej nie wiedzieć, co na ten temat sądzi sikorka.

sobota, 23 maja 2026

W mitach o Dolomitach mitoman minotaur na minie w mirtach zmitrężył miniony minimalizm.

 

    Psy gremialnie ruszyły na zakupy. Wiadomo – weekend. Słodkie bułki trzeba kupić, jakieś piwko na popołudniowy grill, może trochę papierowych ręczników, bo jak raz promocja w dyskoncie. Nie zawadzi też trochę żeberek, czy karkówki, skoro ogień ma zapłonąć na balkonach i tarasach. Nie wiadomo po co, ale i parę marchewek nie zaszkodzi. Ciepło rozmiękcza umysł. Lepiej wziąć, niż później żałować. Szpaki pogwizdują podsłuchane u kosów melodie, jakby zamarzył się im mezalians, czy choćby jednorazowy skok w bok. Centrum ekologii w postaci kloszarda z wielkimi, pełnymi worami na zwrotny plastik odpoczywa w pół chodnika wiodącego poza osiedle, w tym czasie nowy ochroniarz (nowy w tym bynajmniej przypadku nie znaczy młody, tylko nieznany) melduje się przy furtce i wraca w zacisze stróżówki. Dziewczyneczka, cała w czerni obejmuje taty udo i chowa się za nim, najwyraźniej wstydząc się odrobinę że jej fryzura nie nosi piętna paryskiego fryzjera.

piątek, 22 maja 2026

Ślimak w śliniaku z rośliny lśni od śliny na linie.


    Od świtu dostrzegam liczne bose stopy w sandałkach, lub szmacianych, letnich butach. Czyli zimno poszło precz i czas kanikuły się zbliża. Wstyd, że traktuję bliźnich jak termometry, ale staram się nie chwalić niecnym wykorzystywaniem ich wizerunku do celów meteorologicznych i jak najbardziej prywatnych. Może dlatego nie dosięgnął mnie (jeszcze) ostracyzm i prześladowania. Cóż. Bosonogie z wyboru kobiety podziwiam, bo sam boso łażę zbyt rzadko, ale kabriolet to chyba lekka przesada. Ekstrawagancja moim zdaniem nazbyt odważna. Z tablicami rejestracyjnymi – dziś D0 NUGAT dochodzę do wniosku, że ludzie czują silną potrzebę zrobienia czegokolwiek, żeby ktoś ich dostrzegł. I pozwolą sobie na wiele, byle się udało. Kryzys samotności? Ponoć samotność jest oznaką inteligencji. Kto dobrze czuje się we własnym towarzystwie, temu łatwiej ominąć rafy śmiesznego wyścigu po aplauz postronnych.

    Na wystawie Sklepiku Z Cudami bażant taplający się w bardzo kolorowej filiżance. Nie ma czasu podziwiać, bo kolarze, hulajnogowcy i inni skołowani odbierają spokój i z marszu robi się ekstremalna rozrywka.

    Pomazańcy raczej nic z Bogiem nie mający wspólnego krążą po Mieście okraszeni niezmywalnymi malunkami podskórnymi, rzadko aspirującymi do dzieł sztuki. Drobna z buzi kobieta utknęła w za dużym ciele – naprawdę miała prawo podobać się i chyba wcale nie zabiegała o awanse. Wsiadła, żeby napisać ze trzy esemesy i wysiadła. Raptem dworzec objechała. Na piechotę byłoby szybciej.

czwartek, 21 maja 2026

Ostrzę ostrzeżenia do strugania ostryg.


    Nie-moje-psy witają mnie jak dawno nie widzianego przyjaciela, szczekając i pomerdując nie tylko ogonami. Można byłoby zaryzykować twierdzenie, że całe były merdaniem. Ledwie sobie poszły, a zjawiły się kosy. Patrolowały trawnik. Co rusz któryś udawał wąsacza przybrany upolowanymi dżdżownicami wijącymi się po obu stronach dzioba. Sierpówka rozprostowuje skrzydełka nad czubkiem brzozy, ostrożnie wybierając miejsce lądowania na cieniutkich gałązkach. Niebo nie może się zdecydować i równo flirtuje tak z deszczem, jak i ze słońcem. Rozpustne!

    Poranek cieplejszy od wcześniejszych, skłania kobiety do chwalenia się tatuażami, z konieczności zimą mieszkającymi w ukryciu. Miasto, jak zwykle, rozgrzebane. Pełne wykopów i zastaw drogowych. Punktowych remontów, które nigdy się nie skończą, bo nim w ten sposób wyremontuje się ulicę, trzeba zaczynać od nowa. W tramwaju zwalisty gość wypełnił więcej niż szczelnie siedzisko, a i tak sporo się nie zmieściło. Na przykład jego foliowa siateczka z prowiantem na drogę musiała usiąść krzesełko dalej. Niegrzeczny pan pasł się słodką bułą z-makiem-smakiem i miał gdziekolwiek że ludzie stoją obok. Wczorajszy wonny jeździec na gapę dziś wysiadał tam, gdzie ja wsiadałem. Aromatu niestety ze sobą nie zabrał. Porzucił. Nieodparty urok działał na wsiadających. Żadne perfumy nie oszałamiają aż tak masowo. Terapia szokowa odzwierciedlała się na obliczach pasażerów wyrywając ich maski z pozorów obojętności kursem ku obrzydzeniu.

    Wracając do domu płodzę zuchwałą myśl, że biustonosze w Mieście zaczynają się oswajać z zapomnianą na długie miesiące szufladą.

środa, 20 maja 2026

Ekstrakt o loterii na szczęście.

 

    Pan Orzeł zaproponował pani Reszce stosunek, a kiedy zaakceptowała propozycję zostało tylko ustalić hierarchię, bo każde chciało być na górze. Ponieważ nikt nie chciał ustąpić, zdali się na los szczęścia, czyli rzut monetą.