I
w-on-czas, nie ukrywam, trudny dla mię, u drzwi stanęła niewiasta,
której wydawałosię (z akcentem na przedostatnią sylabę tego
ortodoksyjnego imiesłowu). Nie protestowałem. Stanęła, znać,
powody miała. A ona tak stojąc na wycieraczce, jako koźlarz babka
w jagodzinach była uprzejma nieco spurpurowieć i wyznać. Przyznam,
że się nie spodziewałem wyznań rodem z mojej wysłużonej
wycieraczki. Bynajmniej, nie zanosiło się na lekcję biblijną,
jako w zwyczaju mają chodzący parami, lub w trójkątach Świadomi
Wyznawcy – była sama, jak porażka w z góry wygranym robrze.
Nóżkami drobiła, jakby ją ta moja wycieraczka podgryzała po
kostkach, czy coś w tym guście. Chciałem nawet zbesztać (nie
wiem, czy bardziej wycieraczkę, czy siebie, że taką harpię na
własnym łonie wyhodowałem), jednak wycieraczka zdawała się być
głuchą, a pani i tak przyglądała mi się z lekkim niepokojem.
-
Czym mogę szanownej pani służyć? - zapytałem szarmancko i
staroświecko – Liczę, że nie usiłuje pani ode mnie wyłudzić
grosz ostatni, którym uchował, by nabyć płyn rozrywkowy, a
wypłata dopiero pojutrze i w chudy czas pani zaszła…
-
Nie zaszłam – zaprotestowała pani, rumieniąc się przy tym
intensywnie – ale chętnie bym...
Uchyliłem
szerzej tak powieki, jak i drzwi mieniące się wejściowymi, kto
wie, może robaczywe serce także. Pani wkroczyła, bo jednostki
wybitne kroczą, nawet, gdy idą siku, a co dopiero, gdy porywają
się na czyny i zdobywają przyczółki pilnie strzeżone.
-
Naprawdę ostatni? – pani już stojąc na spłowiałym dywanie
„zdobiącym” salon, czyli ten pokój, w którym na piedestale
stoi odbiornik RTV, zapytała się drżąco, omdlewająco, a jednak
podejrzanie zdeterminowanym głosem – Oj, to faktycznie nie w czas.
Ale może… A konto?
Napuchłem
z dumy. Ja-pustak, gość przed wypłatą, którego grosz nawet z
litości się nie trzyma, zostałem byłem podejrzany, że jednak
zdarzają mi się okresy hossy i Klondike, to przy mnie ledwie
aureola, a nie gorączka kipiąca od samorodków. Podziwiałem
optymizm kobiety-która-raczyła-zagościć-w-mych-progach, a takowe
zdarzały się rzadziej niż deszcz karasi, czy terrorystyczne ataki
piorunów kulistych na ciała cyfrowo sprzężone z siłami spoza
oficjalnej narracji medialnej. Pani, eskalując rumianość twarzową
wyznała mi jeszcze (by mnie dobić i pozbawić tarcz ochronnych), że
najchętniej popełniłaby ze mną jakąś niepokalaną wieczność
we dwoje, gdzie ja byłbym strażnikiem płomienia, a ona płonęłaby
do mnie i dla mnie, żarliwiej od dziecięcych modlitw do św.
Mikołaja.
Mój
dywan przesiadł się z podgryzania pani i zabrał się za moje
członki. Najwyraźniej miał chrapkę ujrzeć onę kobietę bez
oprawy. Musiałbym być skrajnym kłamcą, gdybym udawał, że ja
nie. Pani była może nie do końca witruwiańskim człowiekiem –
ciut za krótkie nóżki nadrabiała z górką długością rąk,
wpisywanie jej w okrąg sens jeszcze miało, ale w kwadrat? Tylko
umysł chory i bardzo zdeprawowany gotów byłby to uczynić.
Najwyraźniej moje umysłowe dywagacje naprowadziły pania na jakiś
trop, a może podsłuchała żebracze modły dywanu, bo osiągnęła
kolejny poziom zarumienienia i burak ćwikłowy w pełnej krasie
ledwie ośmieliłby się stanąć w szranki.
Dość
powiedzieć, że pani drżącymi paluszkami zaczęła bez słów
rozpinać guziczki, a dywan, jak rasowy erotoman – zesztywniał i
poślinił się. Że ja też? Cóż. Trudno chyba znaleźć samczyka,
który nie oślini się na widok objawienia. Pani, niczym cebulka
zrzucała zewnętrzne warstwy i poczułem niepokój, że gotowa
ciągnąć ów proceder do końca… znaczy rozebrać się z ciała i
kości, żeby jej naga dusza zmarzła na dywanie i uciekła gdzieś,
gdzie cieplej, choćby do piekła. A przecież premedytacji w niej
nie było, tylko potulna zgoda na wszystko, co los (czyli nieogolony
ja) jej przyniosą. Bałem się podrapać po łbie, żeby mi włosy
nie wyszły z wrażenia, mój dywan podobnych skrupułów nie miał,
bo wyliniał już długo przed pojawieniem się owej Cebulki chętnej
i zdeterminowanej.
A
potem, sam nie wiem kiedy, Cebulka była już obrana tak dokładnie z
łusek i warstw, że tylko wzdychać i chlipać, co żeśmy z dywanem
uczynili niezależnie i samorządnie. Ja chlipałem mocniej, bo organ
miałem wyżej, a wiadomo, że ciepło się unosi, podłożu ledwie
resztki zostawiając. Pani zerknęła na swoje bose stopy otulone
oszołomieniem dywanowym i na mnie oszołomionego bezgranicznie.
-
Tak lepiej? - spytała nieco przekornie, nieco filuternie, ale
buraczek na twarzy zdawał się osiągnąć apogeum skali.
-
moooo... – usiłowałem przytaknąć słownie, jednak jedna sylaba,
to i tak za wiele dla mojego organu mowy, zastąpionego organem
zdecydowanie bardziej predestynowanym do dialogu z nagą kobiecością.
Pani
najwyraźniej słowami jak makijażem usiłowała okryć nagość,
więc wylał się z niej potok słów tak gęsty, że dywan utonął
na śmierć, a mi ledwie otwarta gęba wystawała ponad słowotok.
Tonący chwyta ponoć brzytwy, ale nikt nie chciał mi wskazać,
gdzie najbliższe cholerstwo się znajduje i tonąłem usiłując
sobie przypomnieć, alfabet Morse’a, by wezwać pomoc.
Nie
miałem wyjścia – musiałem zakochać się i to bezgranicznie.
Zmysły właśnie zmierzały w tamtą stronę, kiedy wzrok – chyba
największy malkontent przymierzał się do konfrontacji.
Najwyraźniej kolaborował z mózgiem usiłując wyprodukować
maksymalną dawkę dopaminy, serotoniny oksytocyny i endorfin, żeby
błogość osiągnęła stan szczęśliwości – istny raj na ziemi.
I ów wzrok, nie niepokojony przez używki grzeszne i szkodliwe
potknął się po raz pierwszy, gdy wespół z mózgiem doliczył się
sześciu, kto wie, czy nie ośmiu sutków…
-
Boże! Stała przede mną atawistyczna suka, pramatka, gotowa
wykarmić stado szczeniąt! - Raz rozkojarzony wzrok zaczął
śledztwo zdecydowanie krytyczne. - Sześć palców na każdej z
kończyn, w wygasłym monitorze odbiornika telewizyjnego pokazał się
tył głowy przyglądający się bacznie zapleczu dwiema parami oczu,
z których jedna para miała pionowe źrenice!
Pani
topniała w oczach, najwyraźniej tracąc rozsądek i ogładę.
Spomiędzy ud ciekł jej sok niespełnienia, oczekiwania na dawcę,
na mnie! A we mnie rósł sprzeciw, bo przecież zoofilia, to grzech.
Jej piersi sterczały szukając moich ust, jej ciało, więcej niż
chętne rwało się do uległości, ale sześć palców? Trzy pary
oczu? I te sutki trudne do policzenia w stanie wzburzenia! Instynkt
jak tchórz zaczął odwrót i o pełnym wzwodzie nie było już
mowy, gdy zaatakowała. Najwyraźniej dostrzegła jak pogrążam się
w mimikrę, by zachować swą steraną cnotę i nie sponiewierać jej
na ciele obcym. Mezalians międzygatunkowy – obrzydlistwo! Nigdy
nie byłem otwarty na nowe, na eksperyment, na doświadczanie i
przekraczanie granic. Ksenofobię wbudowaną miałem równie głęboko,
jak wrażliwość i fizjologię.
Kobieta
krzyknęła i tym krzykiem obezwładniła mnie całkiem. Większa
część krzyku poszła poza granicami słyszalności, co nie
zmieniło faktu, że organizm poczuł te dźwięki jak torturę. Ze
strachu spadły mi portki i nim zdążyłem zwiotczeć dostatecznie,
już siedziała na mnie. Rodeo sobie urządziła, ujeżdżanie
dzikiego mustanga. Mówią, że najstraszniejszym drapieżnikiem na
Ziemi jest człowiek. Ten, który to głosił najwyraźniej nie
spotkał jej. Do tej chwili nie wierzyłem, że można zgwałcić
mężczyznę, bo jak „namówić go” na wzwód? Teraz już wierzę,
choć nie wiem, jak to możliwe, ale ponoć wiara to coś, co wymyka
się rozumowi.
-
O rany! - chciałbym i ja się tak wymknąć, ale ona wciąż
tańczyła hipnotyzując mnie jedną z par oczu. A potem straciłem
wzrok, gdy orgazm rozszalał się we mnie i spełniłem się w niej
bez reszty.
Nim
szum w uszach skurczył się do ludzkich rozmiarów, nim krew z oczu
zeszła, poprawiała już bieliznę pod sukienką. Poklepała mnie po
policzku pakietem sześciu palców i szepnęła.
-
Dziękuję sąsiedzie. Będę zaglądać od czasu do czasu –
uśmiechnęła się łobuzersko i idąc w stronę drzwi dodała
kpiąco – Przecież chcesz, nie musisz udawać, a ja nikomu nie
zdradzę co ci po głowie chodzi.