piątek, 31 lipca 2026

Wróżę podróże pod róże w rurze.

 

    Starsi, czyli bardziej doświadczeni życiowo wędrują wzdłuż brzegu z kijkami do nordic walking – Skandynawia niedaleczko, wystarczy obejść maleńki Bałtyk brzegami. Na pewno bliżej byłoby w prostej linii, ale woda zbyt zimna na stare kości i lepiej dreptać wzdłuż brzegu – co ciekawe, większość podejmuje próbę obejścia wody przez obwód kaliningradzki, czyli nie boją się ruskiego luda! Brawo! Duch w narodzie nie ginie, nawet, gdy włos siwy, a pamięć sięga czasów stalinowskich. Bo przecież Niemca się aż tak nie boją, jako ta Wandzia z legend.


    Dzieciarnia łopatkami, wiaderkami względnie zrywkami na produkty spożywcze usiłuje przelać morze do dziury nieopodal brzegu, wykopanej w pocie czoła przez kochającego tatusia. Mama w tym czasie uwieczniła wysiłki, ale tylko młodszej gałęzi rodzinnej smartfonem, by mieć dowód iż wakacje były i się odbyły w skandalicznych warunkach – tłok, wrzask i tylko piachu kupa, na dodatek mokrego i co ten facet sobie myślał, jeżeli w ogóle myślał.


    Ja rewolucyjnie odkrywam, że między ciepłym piachem, a mokrym dnem pojawia się i przemieszcza chybotliwa granica, na którą patrzeć nie sposób, bo się odkłada na wzroku tak, że łatwo potknąć się o własne nogi i to „przed wypiciem” jak mawiali w którymś z kabaretów. Fale usiłowały wyjrzeć na brzeg ponad innymi, mniej zuchwałymi, więc morze wznosiło się i opadało wypychając jednostki człowiecze bliżej brzegu, ku uldze ratowników pobierających gażę za utrzymanie przy życiu populacji plażowej.


    PS. Wyłowiłem i uratowałem przed słoną wodą kilka drobnych kamieni, ale nie podjąłem decyzji o ich dalszym losie. Jeszcze.

Przepis na szczęście?

 

    Każdy kardiolog trąbi, że ruch, uprawianie sportu i każda aktywność fizyczna to miód na serce. Że krew krąży żwawiej i dotlenia mózg, który ze szczęścia wariuje w pozytywnym sensie. Ale mało który wspomni, że sport, to obciążenia. Że układ szkieletowy reaguje, że się zużywa, naraża na kontuzje i trwałe uszkodzenia. Żaden lekarz nie wspomni, ze sport to koszty. Nie każdy może biegać, ale i w ten sport elegantki muszą zainwestować niemałe pieniążki, żeby pupa wdzięcznie przetaczała się po asfaltowych ścieżkach. Rowerzyści? Zakupy tanie nie będą, chyba, ze ktoś jest domorosłym mechanikiem i wszystko zrobi sam. Pływanie? Baseny są rzadkie, jak dzika przyroda.


    Więc co? Co robić, żeby onemu szczęściu pomóc nie rujnując się ekonomicznie? Jak uniknąć pułapek i zbawić tak serce, jak i mózg? Jak podnieść ciśnienie nieszkodliwie, poza związkami w przemocowej pracy zarobkowej, czy wymuszonej miłości? Desperacja wskazuje jedno rozwiązanie – seks w wersji autoerotycznej. Można uprawiać bezkosztowo, nie narażając się na wydatki na strój, czy sprzęt. Można uprawiać bez względu na pogodę, czy porę roku. Nie wymaga „zgranej ekipy”, rezerwacji miejsc, karnetu, trenera personalnego, porad medycznych. Nie trzeba się wstydzić przed obcymi, wulgarnie komentującymi nasze wysiłki zmierzające ku szczęściu. A krew na pewno krąży żywiej, mózg nie tylko się dotlenia, ale i wypełnia szczęściem, które wycieka nie tylko oczami, czy nosem. Bezpieczny seks, nie niosący zagrożeń zarażenia się czymś brzydkim i to bez zabezpieczeń. Zerowe ryzyko niechcianej ciąży, także jest nie do pogardzenia. Dostępny dla każdego i o każdej porze, bez względu na płeć faktyczną i deklarowaną. Wystarczy sobie przypomnieć o własnym serduszku, zaciągnąć zasłony i leczyć się do woli, aż organizm nam podziękuje. Nie trzeba się chwalić, ani skarżyć. Fakty pozostaną faktami. I uśmiech zagości na twarzy twojego kardiologa częściej, niż gdybyś przebiegł w spalinach milion kilometrów.

środa, 29 lipca 2026

Czyste trzysta szóstego oszusta.

 

    Odpoczywanie bywa męczące.

- Tato! Czemu ta woda się nie ogarnia?

I odpowiedz coś rozsądnego młodemu piegowatemu dzieciakowi, który właśnie rzuca w ciebie piłką plażową. Na plaży mnóstwo otyłych, za to tatuowanych nad podziw mało. O zgrozo – zero radości z wakacji, choć świeci słońce, woda kusząco faluje w przód i w tył, a plażę przemierza dzielny sprzedawca mrożonej kawy i popcornu. Starsi ludzie wypoczywają siedząc na słupkach falochronów niczym mewy i kormorany. Przy brzegu moczy nóżki starsza pani w białej sukni (nieco podkasanej) i w białym kapeluszu. Fale odsłaniają jej stopy z pomalowanymi na biało pazurkami – istna panna młoda czekająca na zaślubiny z morzem. Raczej nie na noc poślubną, bo to południe zaledwie i taka „noc”, byłaby niezłą perwersją.


    Z elewacji budynku pokrzepia mnie hasło reklamowe: Naszą misją jest twój powrót do zdrowia sygnowany przez MSWiA. Czyżby Ministerstwo Zdrowia już nie istniało i inny minister pochylił się nad moimi choróbskami? Wśród mniej renomowanych reklam moją uwagę przykuła zachęta, by odwiedzić lodziarnię, w której można nie tylko zjeść loda samemu, ale postawić takowego swojemu PSIECKU! Wśród reklamowych smaków – wołowina, indyk i coś tam jeszcze – nie musiałem wybierać, bo psieckiem nie jestem. Na chodnikach wiodących na lub z deptaków przymorskich cała masa Królewiczów i Królewien, o ego podbitym do tego stopnia, że nie widzą postronnych i oczekują, że to otoczenie będzie opływać wokół nich, jak kupa burty statku wycieczkowego.

Pięćset pięt się pęta w pętlach.

 

    I tak wyszła perfidia oka – okazało się, że nie tyle „wyjechałem w poszukiwaniu pogody/przygody”, ale uciekłem! Tak. Przed upałami, które właśnie spadły na Miasto. A ja tymczasem taplam się w strefie umiarkowanej, konserwuję ciał ciało solą jodowaną naturalnie, a wiadomo, że wędzone i solone trzyma się dłużej. Więc będę nękał. Tych i owych. Swoją obecnością niespecjalnie imponującą. Dziś, za budzik robiły mewy. Musiały być wygłodniałe i pewnie znalazły padlinę wartą wezwania kamratów, a może coś świętują? Drą się niemożebnie. Każda z osobna i stadnie również.


    PS. Suszone też trzyma się nieźle, więc tym, co się zeschną życzę długiego życia. Złośliwość zamierzona i czekająca również mnie. To zbyt mały kraj, by skutecznie uciec przed falą – jakąkolwiek.

wtorek, 28 lipca 2026

Jak raz rozpadało się w rozpadlinie i opadło na padlinę.

 

    Po życia kres – rozbawia tak mnie napis, jak i możliwości, jakie oferuje. Pożycia kres? Też pięknie. Pani w leginsach, które potrafią wyprofilować wszystko od pępka w dół. Można? Wiek przestaje być przeszkodą, a rozpustne życie pełne kalorii zaledwie drobną przeszkodą. Obserwuję zaniki logiki – chłop ma na plecach pusty plecak, a w ręku ciężką, wypchaną siatę. I jeszcze tablica S0 JAJA – są jaja? A pewnie, że so!


    Morze nieco wzburzone, ale słońce opala pospołu z wiatrem. Bursztynu nie wyrzuca, za to morskiego siana mnóstwo. Ktoś się cieszy na desce z żaglem i wywija młynki, podskakuje, a brzeg mu po cichu zazdrości. Rybą pachnie tak w smażalniach, jak i wokół śmietników. Miejscowość zdominował jakiś influencer, przemieszczający się monstertruckiem po mieście i reklamujący lody. Pani z bufetu twierdzi, że niedawno reklamował parówki – patrz pan, jaki uniwersalny. Pewnie też pisze piosenki i powieści, maluje wiersze i pazurki, a przy okazji robi kurs nawigatora rakiety międzyplanetarnej. Jak szaleć, to za wszystkie pieniądze świata.


    PS – bursztyn wyszedł z morza wcześniej i jest obłędny. Przy okazji – tani nie jest, choć jest go wiele.

Kres określonego okresu kreślenia.

 

    Zmiana klimatu to coś, jak terapia. Może oszołomić, albo odbić kamień z błędnika. Mewy drą się, choć im krzywdy nikt nie robi. Może za mało wyrzuca, by się w końcu upasły tak, żeby utracić zdolność wznoszenia się nad ziemię. Zerka na mnie Z3 ROMEO i nie wiem, czy mam się zarumienić, czy zapłonąć z oburzenia. Na razie drobny deszcz studzi emocje, ale za chwilę wyjrzy słonce i poliże mnie po nosie. Bursztyn tego roku wychodzi z morza chętniej niż rok temu, niż lat temu pięć. Bo wieje i morze się burzy. Na stolikach przy plaży przeceny, ale tylko dla tych, którym pojawi się obłęd w oczach. Zeszłoroczna budowa dziś pyszni się i cieszy z łupów. 5 zł za godzinę. Parking z widokiem na morze. Wiadomo, to kosztuje.

poniedziałek, 27 lipca 2026

A co!

    Zaczęły się wakacje. tak na dobre i niekoniecznie na poważnie. Ale będę. Przynajmniej zamierzam.

sobota, 25 lipca 2026

Di-agnostyk, to podwójny agnostyk, czy tylko pojedynczy analityk?

 

    Gdzieś wyżej sąsiadka śpiewa najpiękniejszą pieśń świata, którą każdy rozumie w dowolnym języku Ziemi. Podwórkiem przemyka senny posiadacz i nie zakłóca pieśni. Trochę mi głupio robić porządki w balkonowych kwiatach, więc stoję, by nie zakłócić misterium. Dopiero, gdy pieśń przeszła metamorfozę i zmieniła się w rozszczebiotaną, radosną krzątaninę dokończyłem pracę. Ten z naprzeciwka, który właśnie się wyprowadza chyba też czekał na koniec arii, bo zaraz potem pojawia się samochód z podnośnikiem i meble wędrują na pakę. Mało kto robi zakupy o poranku. W końcu sobota. Wakacje. Nim upał ogarnie Miasto lepiej oddać się przyjemnościom.

piątek, 24 lipca 2026

Konserwator produkuje konserwy, czy je konserwuje?

 

Autobus pusty, jakby jakieś święto spadło znienacka na Miasto. Jeden zapatrzony w telefon amator porannych ploteczek i pani o łydkach opalonych mocniej niż uda (gdy będzie wysiadać ostrożnie sprawdzi, czy zabrała z siedziska własną pupę). Poza tym ja i kierowca. Pędzimy śpiącymi, pustymi ulicami, aż wsiada porośnięty dookolnie szczeciną gość i bogactwo wyboru miejsc siedzących go oszałamia. Może błędnik zaszwankował z wrażenia, dość, że chwiejnym krokiem zlustrował możliwości nim osiadł ciszej niż kurz na meblach.


Przystankowe donice uwolniły się już od namolnej, rocznej obecności młodych laurowiśni i przebranżawiają się na miejskie śmietniki i szalety. Trzeba iść z postępem. Z duchem czasu i wymogami rynku. Chłop o twarzy foksteriera przeżuwał wiadomości siedząc pod wiatą i nie były to radosne wieści, bo uśmiechem pyska nie skaził ni razu. Budowlaniec zmierzający do pracy we flanelowej koszuli i roboczych spodniach, na nogi wsunął klapki – nie wiem, czy są robocze klapki. Może chciał się kumplom pochwalić wykwintnym pedicure? W obie strony zasuwają składy MPK – tramwaj z doklejonym na zapleczu autobusem. Kiedy stają na światłach tworzą się ogromne komunikacyjne bloki. Kawki ćwiczą równowagę spacerując krawężnikami.


    Zrudziała Baryłeczka, która wczoraj pielęgnowała rzęsy w trakcie jazdy, dziś zajęła się ustami. Przeżyła, znaczy ma pewną rękę i mogłaby zostać chirurgiem, albo zegarmistrzem. Uśmiecham się do baru zlokalizowanego na rogu ulicy. Wzdłuż jednego chodnika widać reklamę – BAR MLECZ – piękna nazwa! Wzdłuż prostopadłej ulicy znalazł się koniec napisu NY – Nowy Jork? Tutaj? Uśmiecham się z tramwaju do popielatowłosej pani idącej mostem w wiśniowej spódnicy w białe kwiaty. Chyba była zaskoczona, może kombinowała skąd ją znam, a ja nie zdążyłem powiedzieć, że absolutnie nie. Chyba zdziczałem. Nie odzywam się do obcych, oni do mnie też nie. Aż dziw, że wargi mi się nie zrosły, jak nieużywane dziurki po kolczykach (nie, ja nie mam ani czynnych, ani zarośniętych, jednak wiem że blizny się zrastają w czasie). Skoro nie gadam, to choć się uśmiechnę od czasu do czasu i może to mnie ratuje. Zresztą – do kogo gadać, skoro połowa łazi z nausznikami, a pozostali i bez nich gapią się w monitorki?

    V4 YOUNG – brzmi lepiej niż młodziak za kółkiem?

czwartek, 23 lipca 2026

Kupić kupę kuponów, albo złupić łupinę.

 

Dziewczęta dziś jakieś senne, może śnięte, wodzą lakierowanym mgłą wzrokiem po zewnętrzu niegodnym ich uwagi. Zrudziała baryłeczka nie wypuszczając z dłoni elektro-papierosa maluje rzęsy korzystając z małego lusterka, by podziwiać efekty w trakcie jazdy po drogach, które w te wakacje nie zakwalifikowały się do remontu. Na przystanku szamoce się łysy King-Kong, usiłujący jakoś zapanować nad czterema sztukami bagażu. Na pewno mógł się spakować w liczebnie mniejszą zgraję toreb i plecaków.


Reklamy proponują mi kreatywną naukę, albo sugerują, że gdy ja podróżuję moje pieniądze mogą pracować – cóż na razie jest odwrotnie. Kolejny przystanek, a na nim facet o łydkach pogryzionych w milionie miejsc – zupełnie, jakby nocował z nogami w grzęzawisku pełnym pijawek. Chodnikiem sunie kobieta w marynarce i trampkach – czy to już „sportowa elegancja”?