wtorek, 3 listopada 2026

Niejadek objadł się przed obiadem.

 

Wełniane czapki zaczynają przedzierać się do „głównego nurtu”. Nie dziwne więc, że Skórzastogłowy dołączył rączo do stada roztropnych. Ogrzane myśli potrzebowały jednak ujścia, bo gdy tylko wsiadł do autobusu, zaczął demodelować stan istniejący za pomocą zdeterminowanego pasma poleceń wysyłanych w świat za pośrednictwem wiadomości głosowych i błyskawicznie przemeblował świat, zanim ten dostrzegł, że wczoraj już się skończyło. Wrony też penetrowały Miasto, sprawdzając zaspanym okiem, czy noc przetrwało w stanie należytym, czy też stało się coś wymagającego ich reakcji – szczur zdechł, albo został przejechany i leży nadaremnie w rynsztoku – podpowiadam niepytany…


Na przystanku niedbale wsparta o reklamę zniewoloną między szybami tkwiła pani z łapkami utopionymi w otchłani kieszeni. Bez wahania skojarzyłem panią z odwrotną klepsydrą – minima i maksima lokalne zlokalizowane miała odwrotnie proporcjonalnie do starożytnego czasomierza. Cóż – szczęście czasu nie mierzy, a cynicy wymyślają coraz bardziej dosadne tezy. Moją uwagę beztrosko przechwytuje pani obwieszona tobołami tak dokładnie, że zajmuje mi chwilę wyłuskanie jej z otoczki bagażu. Juczna kobieta wygląda na puchatą sowę, zaniepokojoną nieco dobiegającymi z zewnątrz dźwiękami. Wiem, co mówię, bo właśnie wczoraj zostałem zaproszony na randkę w ramach której obejrzałem „Pieśni lasu”, gdzie sowy stanowiły znaczący element. Jednak panią zaniepokoił dźwięk aktualny, a nie wspominkowy. To był „mój” tramwaj (dziś epitafium Wandy Rutkiewicz).


Kominy elektrociepłowni dusiły się tłustym dymem, by ogrzać wciąż śpiące Miasto. Pani, którą los wygnał z domu (pewnie na zakupy – „szoruj babciu, do kolejki, weź koszyczek…”) krztusiła się także, ale ona zamiast dym wydalać, to go pochłaniała, choć najwyraźniej robiąc krzywdę steranemu życiem układowi oddechowemu. W sieciowym sklepiku zachwycająco opływowa ekspedientka stała na niskim stołeczku i mogłaby zostać niezwykłym pomnikiem, gdyby nie to, że wspinała się na paluszki, by ułożyć coś poza zasięgiem wzrostu. Aż chciało się specjalnie dla niej wymyślić taboret z dodatkowym szczeblem, żeby nie męczyła się, ilekroć jakiś King-Kong egoistycznie zagarnie gwiazdkę z nieba, czy coś równie nieuchwytnego za dwanaście dziewięćdziesiąt dziewięć brutto! I to wszystko w złociszach polskich! Potem, to już tylko podziwiam, jak rozrósł się w paskudnych warunkach śródmiejskiego podwórca bożodrzew, dopiero-co uznany za chwast wart bezwzględnego tępienia, nawet bez błogosławieństwa krągłej pieczęci z czerwonym orłem. Najwyraźniej jestem istotą „lekkiego ducha”, może nawet „lekkiego prowadzenia się”, bo moją uwagę bez wysiłku przejmuje pień dojrzałego jawora, dzięki wilgoci wyrazistszy niż zwykle i lekkodusznie zasługujący na zauważenie. Szczęściem chyba spał, bo otaksowałem go bezwstydnie od stóp do głów, zapomniawszy, że za takie spojrzenie mogę oberwać „z liścia”, a potem usłyszeć wiązankę, od których damy oficjalnie się rumienią (co bardziej „eteryczne” czy jak kto woli współczesną wersję owego słowa „sensualne” – mdleją/tracą kontakt z rzeczywistością), a niedamy eskalują przemoc, pełną jadu wydalanego w furii wraz ze śliną. Okej, przepraszam jaworową duszę za moją ciekawość ciut po fakcie, ale szczera pokuta zmienia ponoć grzesznika w świętego, jeśli tenże dożyje owej transformacji.


    W drodze powrotnej trafiam potwora na baterię – R6 VENOM.

Czeluść, na szczęście z dnem.

Zanim nastał dzień, nim ktokolwiek zdążył zareagować, zniknąłem w otmętach. Nie pytaj, czy były to grzybki halu wyskrobane w dzikości nowiu, alkohol przepędzony daleko hen od mundurów, czy mleczko zbierane skwapliwie z nielegalnie wyrosłych makówek, względnie nasiona konopi patynowane światłem księżyca. Może to jedynie naturalna w tutejszym narodzie, „ułańska fantazja”? Domniemaniom czoła stawiać nie zamierzam. Niech Was prowadzą Wasze uprzedzenia i nadzieje. Ważne jest, że zniknąłem. I że w otmętach, które „jakoś” wymykają się tak rozumowi, jak i paragrafom.


Dobrze było? Powiem tylko, że Alicji nie spotkałem. Zaledwie Biernik się tam szwendał znudzony do żywego, czyhając, by zadać ciekawskie pytania.


poniedziałek, 2 listopada 2026

Antoni nie goni w toni okoni, a Ola soli nie soli.

 

Przepięknie płoną liście winobluszczu ostrożnie wspinającego się na kolczasty krzew rokitnika. W ciepłym świetle latarni żółcie, pomarańcze i czerwienie wyglądają niemal jak żywe. W mroku osiedlowych zakamarków ćwierkają się niesłyszane w ubiegłym tygodniu melodie. Musi jakiś wirtuoz zawitał do tutaj na zimowisko. Dywan czekający na Jednodniową Gwiazdę najwyraźniej przeszedł w stan spoczynku. Leży zwinięty niedbale, jak wielki, kosmaty pies chwilę po maratonie na bagnach. Otorbieni kloszardzi okupują ławki (O! kupują ławki!) wiaty przystankowej, bo tam wilgoć ma słabszy dostęp do ich zmaltretowanych ciał. Poza tym – można usiąść i „nie złapać wilka”.


Samoloty wyzwalają we mnie goń myślową, zupełnie nie wiem dlaczego. Dziś skierowały moje myśli na tzw. nadbagaż. Powiedzmy facet sto pięćdziesiąt kilo żywej wagi z zaledwie saszetką 10 kg kupuje bilet i na tym się kończy jego finansowa martyrologia. Tymczasem, obok niego szamoce się kompaktowa dziewuszka raptem czterdzieści kilosów (jak się grubiej ubierze), która w walizce przemyca tajemnice panieńskiej alkowy, o porażającej wadze trzydzieści kilo z lekką górką na niewysławialne i musi dopłacić za nadmierną ich wagę, choć łącznie bagażem nie sięgają połowy osiągnięć zmasowanego faceta. Czyżby człowiek liczony w sztukach, na pokładzie zużywał stałą ilość paliwa, a bagaż pożerał je proporcjonalnie do masy własnej? Gdybym to ja ustalał ceny biletów, ważyłbym pasażera brutto, adekwatnie do wysiłku włożonego w jego przetransportowanie hurtem stąd-tam. Co wniosłeś na wagę – jedzie i płacisz za całość, albo pedałuj na piechotę! Że jestem zbyt bezwzględny? Biznes podobno nie zna uczuć, tylko ekonomię. Podobnie mogłoby być w tramwaju, taksówce, czy na dowolnie dużej łodzi motorowej. Koszt zależy od masy brutto, a nie od nazwiska, wieku, czy płci. Zaplątany w dywagacje rentowności cudzych interesów zauważam najpierw dłonie. Oczywiście damskie, ale mniejsza z tym. Dłonie są zniszczone nadużywaniem i sugerują, że właścicielka odlicza czas do emerytury w godzinach, góra tygodniach. Podnoszę oczyska, a tam twarz, która musi się jeszcze mocno napracować, zanim bezduszny system emerytalny w ogóle raczy z tą twarzą negocjować warunki awansu na emerytkę. Dysonans poznawczy szokuje. I teraz to już nie wiem, gdzie zostałem wizualnie oszukany – czyżby były to sztucznie postarzone dłonie, czy też twarz zrekonstruowana, odrestaurowana pieczołowiciej, niż freski w kaplicy sykstyńskiej?


Przeczytałem, co napisałem dobrowolnie i bez użycia środków przymusu bezpośredniego. Muszę być strrrrasznym człowiekiem, albo zwyczajnym, prostackim chłopem, posługującym się rozsądkiem z miedzy. Albo-albo. Boję się rzucić monetę, zdając się na los, bo ten biednemu w oczy gotów żar z ognia wepchnąć, albo zmiażdżyć kręgosłup kołem toczącej się fortuny. Nastrój w sam raz na horror z udziałem własnym.


A kiedy pozwolić sobie na brak kontroli, dzieją się różne nieprawdopodobieństwa. Zalęgła się we mnie niesprowokowana niczym ekspresja, absolutnie nie poetycka (pozory mylą, po to są), na temat dźwięku:

Pech odbija się echem – echem, pechem, echem, pechem…

Zamienia głosy w osy, osy, osyy, osssyyy.

Krzyk obrasta w szyk, szyk, yk…

Rozbiera uczucia, w czucia, ucia, ucia, ucia

Krnąbrne słowa karci, karci, arci… ci

Nikt słów lepiej nie podzieli, Eli?, Eli, eli,

Nie sprowadzi ledwie do sylaby, aby, aby, aby

Może tam się kryje znaczenie – e nie!, e nie, enie

Krucjata.

 

I wtedy właśnie, Moja Pani, poprosiła (tak to umownie nazwijmy) mnie, żebym TĘ LARWĘ…


Cóż. TA LARWA, była chyba starsza od bałtyckiego bursztynu i ówczesnego załamania systemu globalnej gospodarki. Zdechły ponoć wszystkie gady – Boże! Co mógłbym zrobić, żeby teraz zdechły ponownie?! Naukowcy wciąż się spierają, czy to było ocieplenie, czy wieczna zmarzlina panująca ledwie milion lat, wg kalendarza istot żyjących zbyt krótko, by to pamiętać. Świat się zwyczajnie roztopił i rozlał się wzdłuż i wszerz – Holandia i Wyspy Wielkanocne powinny być wdzięczne losowi, że ową niedogodność przeprowadził WTEDY, a nie TERAZ.


Jako jednostka zdecydowanie aspołeczna, uznałem, że to marnotrawstwo. Że bursztyn lubię? Owszem, ale ja nie o tym. Padło wówczas więcej mięsa, niż udało się zjeść. Może mam indiańskie (obecna nomenklatura demokracji wiodącej napiera, że owe zaszłości są północnoamerykańskie) korzenie, ale uważam, że Bóg dał, żebym to zjadł, ale nie po to, by zabijać ponad możliwości żołądka (i żony – te perfidie zawsze wiedzą jak utrafić faceta perfekcyjnie spreparowanym kotletem! Mają to wbudowane, ale skąd te geny pochodzą, to żadna się nie przyzna nawet na wymyślnych torturach)


Abstrahując (jeśli ktoś potrafi abstrahować od żony i kotleta, to zapraszam do grona ŚWIATŁYCH – przecież sam siebie nie nazwę MARGINESEM) od faktów i domniemań, uznałem, że kolaborować należy z własnym stadem (czytaj żoną), prawdy objawione zostawiając dla MESJASZY (mniejszość seksualna, bezpłodni, albo nawiedzeni tak, że przekierować potrafią popędy na idee – destylacja nie sfermentowanych płynów, lecz umysłów). Aspirowałem, ale nie doczekałem się odpowiedzi. Może moje CV podarła jakaś zawistna duszyczka, której TEŻ-SIĘ-NIE-UDAŁO? W MOIM (jak naiwnie sądziłem) stadzie, ja byłem SAMCEM ALFA, a ONA – SAMICĄ ALFA. WADERĄ! Testosteron we mnie napęczniał, bo facet tak ma – jak wspomni o swojej SAMICY ALFA. Barbarzyńskie, zerżnięty z jakiegoś filmu wulgaryzm – jak rżnąć, to Księżniczki, znalazł we mnie wdzięczną słuchawkę.


Lubiłem rżnąć! Ale LARWĘ? „Zrób coś” było mało konkretne, za to rżnięcie, zdawało się być pozbawione jakichkolwiek niedomówień. Posłusznie, rozpocząłem podchody. LARWA była chyba toksyczna, bo skrupulatnie unikały jej samice, a samce po pierwszym skarceniu dłonią w pysk przez swoje Wadery, kwiląc jak niewinne prosięta, szukały łatwiejszej zdobyczy. MOJA nie wybaczała porażek i zawsze potrafiła wyciągnąć z zanadrza, czy innego lamusa jakieś zawstydzające mnie „a pamiętasz?”. Nie mogłem się poddać. Musiałem choć do pierwszej krwi zmierzyć się z LARWĄ, więc nie uciekłem, tylko przystąpiłem do działań zaczepnych, przy których „Hej Mała!” nie wystarczało. Zapewne słyszała ów tekst od tak wielu śmiałków, że przestała wierzyć. „Hej Wielka?” – nie warte ryzyka, a nuż uzna, że ja oszacowałem jej cielesność zamiast na rozmiar 36, to zgoła na 58… A to już byłoby samobójstwo z premedytacją, jakie DOJRZAŁYM nie przystoi. Niech się tną małolaty płci nieokreślonej przed skrupulatną sekcją zwłok.


Przypomniałem sobie resztką instynktów, że miałem rżnąć, a nie smoltokować, jak jakiś zacietrzewiony głuszec w rui, względnie na puszczy. Miałem zrobić „coś”, a jeśli kobieta wyraża się tak nieprecyzyjnie, znaczy, jest gotowa na WSZYSTKO! Nawet na „pożegnalny seks” z „idącym na śmieć” Gladiatorem (poczytajmy mementa na nagrobkach, zanim czas je zdezaktualizuje bez pośrednictwa sieci globalnej). Z seksu, owszem, więcej niż skorzystałem, a ONA była łaskawa nie skomentować nadużycia, gdyż jej płeć eksploatowałem okazjonalnie i niezbyt ekstrawagancko, można powiedzieć zgoła, że na zamówienie. Po zaledwie trzecim, niewieścim ”ach” do dna opróżniłem zbiorniki paliwa i stygłem, jako niehartowane ostrze z damasceńskiej stali. Kiedy już próżnia zadomowiła mi się w mosznie i skolonizowała ją, anulując wszelkie doczesne granice, zostałem poinstruowany, że a konto sukcesu zainkasowałem właśnie zadatek (do zwrotu co do zasady), więc czas ruszyć w bój. Z LARWĄ oczywiście!


- Wróć z tarczą – pozwoliła sobie na chwilę słabości moja wypełniona mną Pani – i niech twoja lanca dopiero wtedy znów nabierze szczypty ostrości.


Któryż samiec udźwignie pochlebstwo, choćby było na wyrost? Wróć, sugerowało przychylność dla wracającego, a tę przychylność… No, przed dwudziestą drugą, nie godzi się głosić! Hipotetyczny uszczerbek na psychice niedorostków ponoć powstrzymuje samorządne i niezależne lędźwie od jawnego czynu. Ciekawe! Telewizyjne bajki pozawalają sobie na brutalizację narybku w tempie trudnym do porównania z „dorosłą” sceną. Bajki uśmiercają bohaterów i inne indywidua w tempie trudnym do osiągnięcia dla dorosłego kina. Wmawianie dzieciom, że odkryta pierś, to grzech i tajemnica, a śmierć „wrogów imperium”, to efekt spodziewany, patriotyczny, wręcz wymagający współudziału? Naprawdę? Odbiegłem, ale powietrze zawierało zbyt mało wartości odżywczych, bym zregenerował się przed wymarszem, co zostało już przyszpilone w planie dnia Najjaśniejszej, Jedynej i Mojej. Czas rozliczyć LARWĘ! Z jej niegodnego życia! Amen!


Szukanie legowiska LARWY, samo w sobie staje się czynnością moralnie wątpliwą, nawet, gdy posiada się błogosławieństwo Własnej Wadery. Jako jednostka podległa „wykonywałem rozkazy”, delegując odpowiedzialność na Zleceniodawczynię. I znalazłem, gdyż LARWA kryć się nie zamierzała. Dostrzegłem ją z daleka, a feromony poprowadziły mnie przez pole minowe wprost ku leżu, piernatom, gawrze, bo przecież nie norze… Przed (umownie nazwijmy to) wejściem, stał karny szereg zdeterminowanych i zdesperowanych Samców Alfa. Kulturalnie stanąłem w kolejce, przepuszczając damy ciężarne, weteranów i inwalidów. Damy nieco mnie zdekoncentrowały i kto wie, czy paru małolatów nie wkleiło się w kolejkę przede mnie, ale w stale rosnącym stadzie Samców Alfa czułem się coraz mniejszy, aż w końcu, zrezygnowany poprzestałem na samcu, aż upadłem na dno i zadowoliłem się pogardliwym mianem Petenta. Moja Wadera na pewno właśnie przestała być ze mnie dumna i może nawet podkleiła gumą do żucia podwójne dno szuflady biurka multimedialnego. Miałem dokonywać czynów bohaterskich, być niezłomnym ułomkiem, albo choć Zawiszą, któremu wszyscy winszują, a tymczasem byłem kolejkowiczem, w kolejce po drobny, gratisowy pakiecik z feromonami LARWY. Nisko upadłem i pewnie pogrążyłbym się całkiem, gdyby nie telefon od zaniepokojonej Wadery:


- Rozum zostawiłeś w domu Mój Ssssskarbie. Nie wysłałam cię na zakupy, więc opuść kolejkę i wal do źródła. Masz ją unicestwić, a nie dotować darowizną dowolnego rodzaju. A-NI-HI-LACJA! Lekceważąco podeszła do sylabizowania owego słowa, licząc najwyraźniej, że wytrąci mnie z marazmu zmaltretowanego długością nie mojego przecież ogonka. – Szalikiem ją załatw, albo weź pod but, jak kpa niedopalonego! Zresztą, sam lepiej wiesz, jak stłamsić wesz! Do boju!


I ruszyłem do boju, ale tłum chętnych przede mną stanowił coś na kształt Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego – trudny do sforsowania i pełen zagadek. Miałem wrażenie, że nim dotrę na czoło ogonka, zdążę się postarzeć. I chyba już zacząłem, kiedy posłyszałem kolejny telefon od Wadery. Z rezygnacją skazańca odebrałem połączenie i potulnie czekałem na zasłużoną połajankę. Ze słuchawki, zamiast jadu wytoczył się jednak entuzjazm:


- Boże! Wiedziałam, że jesteś zdolny do wszystkiego, ale zaskoczyłeś mnie absolutnie. Wracaj do domu na kartoflankę i kieliszek czegoś pikantnego. Jestem absolutnie zachwycona twoją inicjatywą.


- Ale, że co? – wydukałem, nie chcąc wykazać się niewiedzą przedmiotową – Naprawdę ci się podoba, czy sobie kpinę ze mnie urządzasz?


- Człowieku, to ty oka nie masz? – wrzasnęła w słuchawkę – W życiu do głowy by mi nie przyszło tak ją upaść. Niżej nie mogła, Tucznik jeden. Jest skończona medialnie i towarzysko. Brawo Mój Panie! Jak chcesz, to potrafisz. Wracaj szybko, żebym nie ostygła, to jeszcze ten.. no wiesz, wracaj, po dokładkę i kawałek tortu!


Wzruszyłem ramionami, nie wiedząc co się wydarzyło, ale z tortu , a tym bardziej z dokładki rezygnować na rzecz niepewnego pojedynku może wyłącznie idiota. Wracałem gdybając, marząc i nadziewając się na własne nadzieje. Moja Wadera obiecująca słodkie i gorrrące? Pyszota! Po drodze przez witrynę sklepu RTV dostrzegłem kurczącą się kolejkę przed gawrą LARWY – Tłustej, szpetnej i rozlazłej. Pożarła tych co bardziej wyrywnych i leniwie czekała na kolejkowiczów, by i z nich utoczyć kalorii. Gdyby mnie Moja Wadera nie odwołała z posterunku… teraz właśnie byłbym trzeci w kolejce… zaraz za tym łysym, któremu poci się czaszka nieskrępowana owłosieniem. Sama LARWA od tego popasu roztyta w każdej możliwej osi i w tych niemożliwych także. Morda w telewizorze niemal rozepchnęła monitor sześćdziesiąt dwa cale! Ale fart! Zamiast męki pańskiej, nagroda wypipkana gwiazdkami, czy innym brzęczkiem. Śmierć pochopnym, chwała roztropnym i opieszałym!




niedziela, 1 listopada 2026

Sojusz silniejszy od śmierci.


    Choć tego nie pamiętam, musiałem w nocy pożreć kota. Żywcem. A kiedy się obudziłem, brzuch mruczał, burczał i przemieszczał się leniwie korzystając z ponocnego ciepła. Troszkę się przestraszyłem, że zacznie bawić się wyrostkiem robaczkowym i podrapie mi go śmiertelnie, albo z głodu zacznie konsumować wątróbkę… I co z tym począć?


    Zawsze może być gorzej! Stara prawda wylazła, kiedy ja wylazłem z domu i wsiadłem do tramwaju. Kotu wciąż było we mnie dobrze i zajmował się tym, czym zwykle zajmują się koty – mruczał, czyścił futro z nieznanych defektów i kokosił się, szukając epicentrum termicznego. Musiałem się go pozbyć. Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić? Współpasażerki patrzyły na mnie jak na zboczeńca, który podziwiając ich niewątpliwe wdzięki pozwala sobie na wątpliwe dźwięki. Świnia, to najdelikatniejsza z ich myśli, niektóre zgoła wyartykułowane szeptem, gdy znalazło się chętne, damskie ucho.


    Pomyślałem, że trzeba kota unieruchomić, a następnie, zaatakować go sejsmiczną falą uderzeniową z kwasów żołądkowych. Ręką bydlaka przytrzymać nie szło, więc kucnąłem, pochyliłem się i dopiero wtedy dłońmi chwyciłem za wystający brzuch. Wokół mnie poruszenie walczyło o prymat z obrzydzeniem:


    - No chyba nie będzie pan tu srał?! - krzyknęła w końcu jakaś dama, jeśli dżentelmenki (dżentelmenówki? Bo chyba nie dżentelemenelki) w ogóle używają publicznie słów o takie sile rażenia - dosadnych i niesalonowych. Dość powiedzieć, że pani-dama skutecznie sperforowała moje podejrzenie o kobiecej delikatności, szczególnie, gdy dołączyły kolejne, rozzuchwalone bezkarnością tej pierwszej i pod niebo (znaczy pod sufit tramwajowego wagonu) wzniósł się lament gnilny, pełen jadu, toksyn i szamba. Czym wobec tej fali nienawiści był mój biedny kotek przedśmiertnie mruczący sobie coś po kociemu?


    Obrzuciłem wzrokiem pełnym pogardy owo damowskie skupisko i wyszedłem z godnością. Daję słowo – kot we mnie zaczął merdać ogonem, czym mnie rozśmieszył, aż popuściłem, szczęśliwie tylko w postaci gazowej. Za mną wrzało, jednak motorniczanka już oddzieliła mnie szklaną ścianą od dyszącej niskimi uczuciami nagonki. Z życiem uszedłem, ale problem pozostał. Oddałem się analizie w niespiesznym marszu i dopiero widok klinik zasugerował wsparcie fachowca. Któż, jak nie lekarz? Może taki „pierwszego kontaktu”? Ten, to jak saper, lepiej, żeby się nie pomylił, bo potem jatka i rzeźnia bez granic.


    Wkroczyłem do medycznego imperium, gdzie nauka walczyła o lepsze z ekonomią, a dobro ogólne z dobrem jednostki. Wydawało się, że postępuję logicznie, pragmatycznie, można wręcz powiedzieć, profilaktycznie. Lekarze płci nie mają, dopóki noszą na sobie uniform i stetoskop – po co go noszą, to w większości już zapomnieli. Ten/ta moja pamiętała i gdy tylko naciągnęła mnie na negliż, przystawiła zimny talerzyk do brzucha. Kot we mnie wyprężył się i chyba wściekł. Tak go napastować zimnym, bezdusznym metalem? Zamiast głaskać i pitigrilić jak mawiał któryś z poetów-pieśniarzy, białą bronią w kotka-koteczka-puszka-puchatej kulki?


    Pani (bez potwierdzenia empirycznego uznałem, że mój lekarz jest kobietą) empatię odwieszała zaraz po wejściu do pracy na wieszaku, razem z płaszczem. Ale patrzyła na mnie dziwnie, choć ponoć wytrawnego adepta sztuk medycznych byle co nie zdziwi. Ona jednak uznała mój przypadek za „interesujący”, może nawet „nietuzinkowy”, wart precyzyjniejszego rozpoznania w boju, a kto wie, czy nie uleczeniu mnie i rozdzieleniu dwóch istot wzajemnie w sobie uwięzionych. Może chciała tego mojego kotka wnuczce sprezentować pod choinkę? Nie wnikałem, zapytałem gdzie podpisać i kto płaci podatek od czynności cywilno-prawnych z tytułu nieodpłatnego udostępnienia kota pozbawionego wad prawnych, albo i nie.


    Rzeczywistość okazała się brutalniejsza niż mogłem mniemać. Pani (uparcie trzymam się pierwotnych podejrzeń, licząc, że z facetem poszłoby mi jeszcze gorzej) zdecydowała się kota uśmiercić, nie uwalniając mnie od niego i vice-versa! Ni mniej, ni więcej, ale skierowała mnie na prześwietlenie. Ale sucz! Promieniami X chciała go załatwić! Przed taką nienawiścią skryć się nie zdoła ani za nerka, ani w cieniu płuc. Z kwitem na utylizację kota udałem się do bunkra. Za biurkiem siedziała istota pancerna, pozbawiona humoru, palcem wskazała izolatkę z pancerna szybą, założyła mi kamizelkę kuloodporną, czy raczej promionioodporną i wtedy okazało się, ze jednak dysponuje humorem. Wisielczym. Zapytała, czy nadal marzy mi się zostać rycerzem, co na białym koniu będzie molestował omdlewające księżniczki, a przecież ona mogłaby mnie takimi blachami obłożyć po całości, nie tylko fragmentarycznie. Kot znienawidził jej od pierwszego kopa. Ja także. Pani schowała się za pancerne zasłony, a mi kazała nie oddychać. Jeszcze czego! Nie dość, że włożyła kota (i mnie) do mikrofalówki, to jeszcze chce, żebym sam się udusił! Głupia jakaś, czy co?


    Zrzuciłem fragmenty zbroi i nieco tylko świecąc nagością rzuciłem kąśliwą uwagą, niespecjalnie starannie celując w panią. Mięso rozprysło po ścianie, pani wzruszyła ramionami i wróciła do dziergania szaliczka dwa i pół kilometra, a może i więcej, bo ciężka zima będzie jak nic. Wyszedłem na świat wolny od promieniowania X i odetchnąłem. Kot zresztą też. Poszliśmy razem na piwo. Jak dorośli. Trzeba się jakoś dogadać, skoro żyć bez siebie nie umiemy. Kot obiecał „zachowywać się”, ale w zamian zażądał, że jeśli pojawią się u mnie jakieś miłe kotki, poproszę każda z osobna, by mojego kotka podrapała za uszkami, albo choć pogłaskała po podwoziu, pal sześć, co sobie taka kotka pomyśli o tym moim kocurku – właśnie, bo kotek okazał się być kocurem i to pełnoprawnym, z wyposażeniem, którego żaden skalpel, czy chemia nie dopadła.


piątek, 30 października 2026

W narzeczu dorzecza życzę rzeczonym rzeczom oczywiście-rzeczywiście niedorzecznych rzeczowników. (życzliwy rzecznik, znany redakcji, nie mylić z wodnikiem)

 

Udziec tej pani byłby ozdobą każdej biesiady – wystarczyłoby go wstępnie obrać z zewnętrznej czerni, co samo w sobie przydałoby mu pikanterii Podróżni przeważnie nie dostrzegli go, bo dosypiali, albo pieścili dłońmi swoje monitory. Za to ja podziwiam bez końca zabiegi MPK w trosce o dobro pasażerów. „Przejazd techniczny” nazywa się ta atrakcja i polega na tym, że tramwaj, względnie autobus jedzie „na pusto”. Kierowca się uczy hamować bez wstrząsów, czy nierówności w torowisku? Grunt, że burty pojazdu reklamują zeszłoroczne osiągnięcia naprawy torowisk, które bez reklam przeszłyby niezauważenie – są takie remonty, po których komfort znika, zamiast rosnąć.


Na przystanku młodziutka pani zaplata nogi w iksy, z jakimi zaczyna igraszki grawitacja. Czyby pęcherz doskwierał aż tak? Ciężko ustać na nogach w tej wyszukanej pozie. Do tramwaju wpada stadko rozćwierkanych młodych Włoszek, a każda w takiej samej bluzce z krótkim rękawem. Aż do świtu zwiedzały Miasto? E! nie jest aż tak rozległe. Kiedy tramwaj przecinał Dzielnicę Boga – wszystkie się rozćwierkały, znienacka nabierając werwy i teraz, to już nie wiem, czy gaworzyły z Majestatem, czy rozpoznały lokalizację hotelu, by w końcu ukryć się w cieple klimatyzowanych pomieszczeń.

Prasówka i opowieść.

 

Dwa w jednym. Zaczęło się od seksu – wiele spraw tak się zaczyna, a czasami nawet tak kończy. W ramach porannej lektury trafiam na zaawansowany wykład dotyczący seksu przekąskowego i dla smakoszy. Wiadomo – żeby zostać „ekspertem”, należy nie tylko wiedzieć, ale i wykazać się. Najlepiej własną, chwytliwą klasyfikacją czynu, bo w seksie ludziska wypróbowali już niemal wszystko, łącznie z tym, żeby solowo wepchnąć sobie głęboko przez tyłek hantle dwa kilo żywej wagi, dla wzmocnienia zawstydzonego własną słabością jelitka (poważny niedobór żelaza w organizmie?).


A skoro już pozwoliłem się wyedukować w zakresie przekąsek (ongiś nazywanymi „szybki numerek”, obecnie fast-food), małostkowo pozazdrościłem i zapragnąłem dołączyć do grona światłych, nadających ton, nowoczesnych i otwartych na świat fachowców. Z miejsca wykryłem mało eksploatowane płaszczyzny seksu, o których mawia się niechętnie, albo wyłącznie w hermetycznych kręgach. Powszechnie znany jest seks małżeński i wyrażany z lekkim przekąsem pozamałżeński. A gdyby tak… seks przed-małżeński, względnie po-małżeński? Ale, po co się aż tak ograniczać? Seks panieński, wdowi, rozwodniacki, albo zgoła kawalersko-staropanieński! Niechby rozwodnicko-przedślubny! Nie bójmy się nowego! Seks z maszynką do golenia, albo z mikserem wolnoobrotowym, żeby przyjemność potrwała dłużej, na ile tylko przedłużona za grosze gwarancja pozwoli!


Ileż słów można utoczyć, jak dalece odpłynąć od natury. Terminologia zbyt trudna dla prostaczków, niczym skwarki na ziemniakach przyda smaczku sprawom znanym i lubianym. A potem już będzie można unieść rąbek spódnicy i pozwolić eksperckiemu tyłkowi na szaleństwa, o jakich jeszcze nie śnił. Ale… - bo bez takiego zawieszonego w próżni ale żadna eksperckość udać się nie może, gdyż życie zawsze bogatsze jest od jednostkowych fantazji, które należałoby przemnożyć przez te miliardy fantastów wciąż jeszcze żyjących, iluś zmarłych, którzy pozostawili po sobie SŁOWA i IDEE, oraz SI – kradnącą i lepiącą w całość co bardziej chwytliwe fragmenty cudzych wynurzeń, poczynając od podejrzanych indywiduów (przyznam się z zawstydzeniem, że bezwstydnie pasożytuje też na mnie, wykorzystując mój brak czujności sprowokowany analogowym życiem, bo w ciągu niespełna roku „czytliwość” bloga przekroczyła Wasze uprzednie, dziesięcioletnie osiągnięcia i łączne statystyki bloga właśnie dziś przekroczyły równik – znaczy milion odsłon. Obłęd!).


Wracając do ale - seks należy do absolutnego topu (po polsku – szczytowanie przy seksie jest najprostsze i nie zawsze jest ścigane prawem, choć mniejszość twierdzi, że łatwiej zdobyć koronę Himalajów niż nieudawany orgazm), czemu miałbym udawać, że ja, jako ta anomalia zoologiczna plasuję krzyżyk w rubryce „nie dotyczy”? Dotyczy. Wieczór miał być kameralny i więcej upojny, a kiedy miał nastać, staranniej niż zwykle umyłem królewskie (wg mnie) utensylia i opakowałem je zdobnie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy woje do boju ruszą. Zawczasu ruszyłem tzw dupę i „ogarnąłem się” – czułem się, jakbym do pierwszej komunii szedł, albo na inne odpusty gwarantujące życie wieczne amen. Nikt dotąd jakoś nie zapytał, co zamierzam robić żyjąc bez końca, ale to już inny wywód/wzwód.


- Alleluja i do przodu! – krzyknął we mnie bies podstępny, bo wiadomo, że żar piekła kusi maluczkich tym, przed czym niebo się wzdraga. Zasiadłem między niewiastami (szczęściarz?), a oneż lały płyny naganne społecznie w naczynia ciut więcej niż skromne (szczęściarz?) - I cóż było począć z tak pięknie rozpoczętym wieczorem (szczęściarz?)?


Smoltok sączył się leniwiej niż elektroniczna muzyka, pełna jesiennych westchnień, sugerując życie w przytuleniu, w drobnych ustępstwach, wciąż śmielej zmierzających do celu, aby bez pośpiechu, małą łyżeczką się nasycić, albo pozwolić się sycić zmysłom prze eko-rurkę non stop. Ech! Dłonie upiły się najpierwsze i zapragnęły ogrzać się na niekomplementarnej parze piersi (szczęściarz?), więc jedna we w lewo, insza w prawo i już zaczęła gorzeć magia (szczęściarz?). Muzyce nieco podniósł się puls, ale nikomu nijak to nie przeszkadzało, więc, jako jedyny facet w towarzystwie (szczęściarz?) rzuciłem zuchwałą propozycję – paliwo rozzuchwaliło mnie, ale w końcu „ktoś musi”. Z samczą nieczułością zaproponowałem paniom grę w „uciekaj myszko do dziury”; eskalując zaproponowałem, by zarówno moję myszkę, jak i owe dziury wstępnie wyswobodzić z pęt tekstylnych (szczęściarz?). Wiem, panie w cichości ducha zapewne wolałyby, żebym zdrobnienie przemieścił na ich stronę i spłonione zuchwałością mą dziureczki poszczuł myszorem-potworem, o jakim możnaby (jeśli przetrwają) snuć siejące grozę opowieści na wieczorkach nieskrępowanych samczą obecnością, gdy już kiść biustonoszy beztrosko zawiśnie na żyrandolu… ale cóż - fakty niestety obnażyłyby brutalną prawdę.


Jednak równie dobrze mogłem otworzyć piekielne wrota i zaproponować mycie podłóg świętą wodą. Panie przystąpiły do wnikliwej analizy ad-hoc rzuconej propozycji i zwiększyły zapotrzebowanie na płyny naganne (dłonie mi ostygły, lekceważąco odtrącone na czas analizy). Smoltok rozrósł się i poczułem się jednostką marginalną, wstawioną (na pewno) poza nawias zaawansowanej strategii, jaka kluła się w dwóch, nieco rozcieńczonych etanolem skomplikowanych żeńskich systemach nerwowych. Żaden chłop nie sięgnie tego poziomu analizy gry i z uczestnika zostałem zdegradowany do poziomu obserwatora (kto przeciw-nie patrzę). Panie również miały umysły nieco skażone, a stopień ich rozcieńczenia rósł z każdym „kluczowym” znakiem zapytania i kieliszkiem.


Nie wnikając w etapy pośrednie (czytelnika zwykle interesuje zwycięzca, a historia martyrologii w siedmiu tomach wierszem służy tylko wzmożeniu napięcia, oraz psychodelicznym historykom, względnie pisarzom) zauważyłem, że poziom zapasów paliwa napędowego spadł dramatycznie nisko, czyli problem nie był zaściankowy, a wręcz pochodził ze sfery level-hard, dla wtajemniczonych wirtuozów i wymagał odpowiednio zaawansowanej „rozkminy”. Jednostka prosta, trącona alkoholem (grzanie dłoni dawno już straciło zasadność i stało się bezczelną, historyczną hipotezą, trudną do potwierdzenia przez szanujące się istoty) nie nadążała za biegłością wyrafinowanych dyskutantek i jedyne, co dotarło do moich sponiewieranych, zainfekowanych etanolem zwojów to dwie konkretne konkluzje:


- Jeden samiec na dwie samiczki, to kompletny absurd, ale gdyby odwrócić proporcje… propozycja warta byłaby natychmiastowego przetestowania, albo przynajmniej rozważenia (pewnie rozważanie trwałoby tydzień, ale to już akademicki problem, być może wystarczający na otwarcie przewodu doktorskiego. Wolałem się nie pogrążać w dywagacjach, a tym bardziej w pytaniu, o czym właśnie dyskutują, skoro proporcje są-jakie-są).


- Seks, to waluta, której trwonić nadaremnie się nie godzi. Na seks TRZEBA ZASŁUŻYĆ! Po coś się tę wonną różę pielęgnowało CAŁE ŻYCIE! Na pewno nie po to, by na życzenie, bezinteresownie szafować zasobami naturalnymi. Ciężkie czasy i trzeba oszczędzać.


Dopiłem (modnie jest mówić - zastosowałem) ostatnią dawkę ogłupiacza i sprawdziłem, czy na zewnątrz funkcjonują jeszcze odwieczne prawa natury. Ale co może wątły od zarania, męski umysł, zamroczony z premedytacją i bez umiaru? Wiatr uwalniał pochopne myśli. Seks dla zasłużonych? O takim żaden ekspert w spódnicy nie wspominał, żeby nie narazić się płci, która NIGDY nie wybacza i nie zapomina tym bardziej. Może się czegoś nauczyłem? Faceci się nie uczą! Tępi się rodzą i tacy mrą. Ale podświadomie od wtedy staranniej dobieram towarzystwo, w którym pozwalam szarym komórkom wymierać przede mną. Nie wszystko człowiek chce usłyszeć.

czwartek, 29 października 2026

Kraska klaska, klaszczą kleszcze, a co jeszcze robią leszcze?

 

Siadły na poplonie

Strwożone wigonie

Przecież nie wygonię


Gdy po nieboskłonie

Jak w gęstym betonie

Snują się gamonie


Niech ktoś spyta o nie

Piekło go pochłonie

Moje są i koniec!


Tak sądzę. Wigoniom czas dać odpocząć po walce/ucieczce/trwodze – niech znajdą swój wigoniowy raj z dala od ciekawskich wzroku.


Młoda kobieta podróżuje o tej samej porze co ja, więc pewnie bezwiednie dozna paradoksu i w trybie przyspieszonym stanie się Starą Dobrą Nieznajomą. Może ja już dostąpiłem z Jej strony owego nie-poznania? Trochę się obawiam tej młodości, gdyż zauważona twarz, niewątpliwie piękna, zdaje się być wklejona pod długie, proste włosy. Dziś podsiadł ją pan rozlazły cieleśnie, więc ani drgnęła, oszczędzając siły na cykliczne kompletowanie oddechów, wklejona w bezdusznie zimną szybę. Na zewnątrz grasuje leśmianowskie Zjesieniałe Zmrocze i panoszy się mrucząc coś, bym zapomniał o złotej jesieni, bo teraz już tylko mżawka i inne spektakle zdecydowanie rzadziej chwalone przez poetów.


Wysoka dziewczyna poruszała się bez udziału świadomości, zatrudnionej do wnikliwej penetracji monitora. A przecież jej białe skarpety w gorące serduszka naciągnięte wysoko na ledżinsy (gdzieś usłyszałem taką wersję nazwy stroju) drobiły kroczki na zewnątrz. Czy to na nią warczał klaksonem kierowca? Wewnątrz dyskretnie i wytrawnie pachniało kwiatowym mydełkiem, ale podejrzewam, że to zasługa podróżujących pań, a nie MPK – wyrafinowany aromat zwykle kosztuje majątek, którego żal byłoby na wnętrze odwiedzane często i gęsto przez tych-co-nigdy-nie-docenią.


Pora na przesiadkę, więc tramwaj, a w nim? Miasto od kilku lat promuje rozmaite nieżyjące indywidualności, którym zdarzyło się choć zawitać tutaj, wywieszając tablice wewnątrz niektórych pojazdów – wcześniej trafiłem na Wandę Rutkiewicz, Adama Wójcika, Jerzego Kukuczkę, Marka Hłaskę. Dziś wylosowałem tramwaj pod wezwaniem Jerzego Grotowskiego i z miejsca zachwycam się cytatami dwujęzycznie zdobiącymi epitafium. Trafia do mnie szczególnie, wydłubany, niekompletny fragment byśmy się nie zgubili w tłumie, (…) ani pośród słów pięknie precyzyjnych. Wspominam pikantne opowieści mamy, dorabiającej sobie podczas studiów (nomen-omen) w studiu Grotowskiego i już mam dzień udany bardziej niż bez tego.


W tramwaju króluje mrok tekstylny, a jeśli nawet pojawiają się odmieńcy, to barwy noszą nieszczególne – gnilna zieleń, spłowiały błękit, zakurzony róż. Na ich tle, ostrzyżony na jeża budowlaniec jawnie pociągający piwko z butelki wygląda imponująco – jego robocze spodnie pysznią się żywą pomarańczą, której (jeszcze) nie zdążył pochlapać betonem, czy innymi budowlanymi ingrediencjami.


Rzeczny stwór nieznanej mi proweniencji zoologicznej wyprysnął powyżej nurtu. Znaczy pod spodem trwa utajone życie. Może i stwór sprawdzał, czy powyżej linii wodnej także trwa? Szmaragdowa sowa z wystawy Sklepiku Z Cudami dorobiła się narybku. Parka cudnie wytrzeszczonych piskląt ciekawie zerka na stado gołębi udeptujących granit chodników w nieustającym poszukiwaniu – paszy, partnerki, toalety… ale nie – nie zaglądajmy gołębiom głęboko pod spódniczki, czy inne kilty!


Zanurzam się w czeluść przechodniej bramy i wchodzę na kurs kolizyjny z molochem na kołach, szczuplejszym od pojemności bramy zaledwie o włos. Przeczekuję, wypatrując okazji do kontynuacji podróży i potykam się o reklamę z burty molocha. Eko-misja rzuca mi się w oczy, a jako wytrawny gracz w słowa natychmiast dostrzegam niebezpieczeństwo e-komisji i robię rachunek sumienia… wyrzucam plastik do żółtego… kupę robię uczciwie, po domowemu, rzadko na betonie i jeśli już, to z rumieńcem wstydu pakuję efekt w polietylen i spowiadam się z grzechu, albo choć biednym życie osładzam tym, co mnie przestało cieszyć. Patrol tak rozbudowany może wzbudzić trwogę nawet w niepokalanym serduszku. Obiecuję sobie, że nigdy, ale to nigdy nie pójdę zobaczyć, jak do dowolnego portu wpływa wielki kontenerowiec – powiedzmy MAERSK. Chyba posikałbym się z wrażenia, a preferuję wydalanie poza zasięgiem nienasyconej i żądnej sensacji publiki. Naprawdę wydalanie jest takie interesujące?


na koniec tablica V8 WOLF.

środa, 28 października 2026

Jeśli naparstnice zrobią parujący napar, to kałamarnice pchną kał w kałamarze?

 

- Z komina dym ujrzysz czarny, a przedświt zamilknie strwożony… - Niemal słyszałem czarcią wróżbę zerkając na osiedle z bezpiecznej przystani domostwa, gdzie ciepło wciąż kokosiło się w pościeli, a kawą nasiąkał księgozbiór – może niezbyt imponujący, ale własny. Na zewnątrz tylko wiatr sprawdzał, czy wszystkie szczerby osiedlowe są na swoim miejscu, a może zwyczajnie wróżył sobie zużywając czerwone liście winobluszczu – kocha-lubi-szanuje… Ptaki wstrzymały oddech i tylko jakiś trzeszczący drobiazg usiłował ostrzec mnie przed tym dniem, co dopiero miał nadejść.


Na przystanku ktoś rozwinął dywan. Co prawda nie czerwony, ale jednak! Jakie Hollywood, taki dywan. Zapewne autobusem miała przyjechać jakaś jednodniowa Gwiazda. Nie czułem się i nie wyglądałem, więc skromnie ominąłem dywan i stanąłem jak plebs, na bruku. Autobusy jeżdżą u mnie ciurkiem – żeby zaoszczędzić na światłach, więc kierowcy siedzą poprzednikom na ogonach i uczą się tablic rejestracyjnych na pamięć. Niepotrzebnie, żadne szczególne. Ale na dywan nikt nie wysiadł, nim mnie porwało w codzienność. Tłok uzasadniony prognozą pogody – zimno i może padać, a „w kupie cieplej” jak mawia popularne porzekadło.


Ludziska meandrowali po nierozpasanym wnętrzu, zmierzając do tam, albo zupełnie gdzie indziej (bez powodu fragment po przecinku skojarzył mi się z Puchatkiem – z właśnie TYM SŁAWNYM PUCHATKIEM). I w powodzi ciał tylko jedna pani uśmiechała się bardzo dyskretnie, za to pełnym jestestwem, którego wcale jej nie brakowało. Obłęd. Może to tak jest, że nieskrępowana otoczeniem sytość wywołuje euforię organów szczęścia, a obrys lekceważący modną, wątłą kreskę przydaje radościom masy. Powiedzmy promil szczęścia na kilo wagi. Pani kształty niosła jawnie obiecujące mnóstwo ciepło-miękkich-skojarzeń, a trudna do opisania szczęśliwość beztrosko wypływała z niej, sączyła się, otaczała aureolą trudną do zignorowania.


Przesiadam się na tramwaj. W biegu, choć mi się nie spieszy, ale najwyraźniej zaczął się dzień wiary w instynkty. Wsiadam i ledwie sięgnę po kapowniczek, by nie uronić porannych widzeń, kiedy w mijającym mnie tramwaju, jadącym w kierunku dla-mnie-powrotnym dostrzegam siebie. W tym-tam-tramwaju właśnie coś notuję w kapowniczku i leciutko się uśmiecham, gdy akurat ułoży mi się pełne zdanie z którego jestem zadowolony. Drugi-ja, łba nie unosi, notuje, najwyraźniej skupienie jest mu nieobce, oswoił je już, bo cóż… przeżył więcej ode mnie, więc bardziej stateczny, może nawet konserwatywny, niewyrywny i byle piękność w brązach nijak go z równowagi nie wyprowadzi. A mnie owszem, tak. W utajonych ochach i achach patrzę, jak maszeruje w rozchełstanym płaszczu, wymachując torbą bułek (czyżby je studziła? Piekarnia ledwie dwa kroki…), a ja pochlebiam sobie, że mruczy pod nosem moją częstochowską mantrę o wigoniach, kto wie, czy nie dorabia kolejnych zwrotek? Może takich?


Poprosiłem Sonię,

By moje wigonie

Ukryła w salonie.


- Czymże je zasłonię

Kiedy przyjdą po nie

Nieczułe wałkonie?


- Cichutko, na stronie,

Przepytaj Polonię,

Co poszła w kolonie.


A potem to już dopadł mnie ów początkowo ponury poranek, który nadciągał nieuchronnie, choć leniwie. Jeszcze tylko potknąłem się o czarne, bazaltowe lustro Rzeki marudzące pode młynem i czekające, by pochwycić obraz pani, która Rzeki nie widzi, bo przecież tam, głęboko w odmętach 5G dzieją się rzeczy, które bez niej dziać się nie powinny i przynajmniej światłego komentarza wymagają. Istny skandal! Osaczony dogmatami, prawdami nienaruszalnymi, wiedzą ogólną i powszechnie powielaną, oddalam się tam, gdzie nie sięgają zasięgi. Jak szara myszka. W dziurze, której nikt jeszcze nie zinwentaryzował. (Ja – ten, który sam o sobie mówi jednostka kameralna, wątpiąca, umysłowo sprawna-inaczej, może nawet toksyczna i zakaźna. Więc wiesz… Poligon, wchodzisz na własną odpowiedzialność!). Niskopienne, rozłożyste rusałki przemknęły podwórcem, tokując zaciekle, jak głuszce w rui, aż się niebo zwarzyło i czeka pośród opcji szykując ten dzień, by stał się innym od innych.


PS. A gdyby oną przysłowiową szarą myszkę, choćby i w mysiej dziurze, zafarbować na fuksję, albo lazur (nieznanego) wybrzeża, czy inny piasek pustyni bez nazwy – czy w-ów-czas byłaby godna dywanu ze wstępu do dzisiejszych dywagacji? Nie warto przesadzać z nadziejami – świat szuka eskalacji – więc pięć kolczyków, metr kwadratowy tatuaży, najlepiej intymnych, albo obrazoburczych i nonszalancka nagość-nie-nagość, to obowiązkowe i minimalne wyposażenie każdej z Gwiazd Jednodniowych.


    Z tablic jedynie L1 SZEWA zasłużyła na uwagę.

wtorek, 27 października 2026

W poprzek poprzeczki, snują się po rzeczkach porzeczki.

 


A może przegonię,

Te moje wigonie,

By poszły na błonie.


Ciałem je zasłonię

Na natury łonie

gdy los wróci po nie.


Zanim pod jabłonie

Przywędrują konie

Wiele łez uronię.


Kiedy zło na tronie

W błyszczącej koronie

Marzy o ich zgonie


Topór na wigonie

Zatrze mściwe dłonie

Już ich nie ochronię.


To w ramach hipotetycznych roszczeń o niefrasobliwy ciąg dalszy, o który czasami bywam zaczepiany. Tablica F1 KRESS dopełni niezobowiązujących obowiązków kronikarza i teraz mogę się już oddać – żeby tylko kto chciał brać! I dlaczego Owa miałaby nazywać się Twórczość Radosna?


Do rzeczy! Mocarny cieleśnie budowlaniec rączo mknął chodnikiem, raczej maszerując, jak idąc do roboty i może chciał ubić jogurt na masło, bo wymachiwał reklamówką z drugim śniadaniem zamaszyście, nie wiedząc, że z jogurtem łatwo nie będzie wygrać, bo już się nim zajęły jakieś modne, medialne bakterie. Zanim za nim, jeśli wolno się tak wyrazić, poszła zblazowana dama, dystans pomiędzy nimi rósł z każdym jej krokiem, gdyż pani PROMENOWAŁA chodnikiem i pośpiech miała w namacalnej pogardzie. Pana pewnie także, a ręka w kieszeni sugerowała nawet arogancję i traktowanie czasu jak intruza przeszkadzającego w porannej przechadzce.


Wraz ze mną do autobusu wsiadł Sympatyczny Rudzielec, ubrany(a) w czerwony płaszczyk, czym zgasił(a) konkurencję definitywnie (definitywnie, to ulubione słowo pana Huberta z telewizora, zatrudnionego po to, by sprawdzać, czy pani/pan powiedzieli to co powiedzieli). Wewnętrzna szarość i czerń pasażerska mogła być jedynie tłem dla tak intensywnego skupiska barw. I słusznie. Poprawiłem się w siodle i zacząłem wypatrywać dookólnie wątku czerwieni w przestrzeni publicznej. Tu torba, tam plecak z poszukiwanym motywem przewodnim. Gustowny sweterek na nienajmłodszym biuście, rozkloszowane spodnie kolaborujące z rozkołysanymi biodrami, czapka-niemal-niewidka, bo nosicielka chyba nic nie widziała spod niej (spod niej spodnie spadły?), płonąca ogniem sygnalizacja uliczna, kompletująca tylne światła przydworcowych taksówek w sznur różańca, FAŁ-WEJ w sam raz dla silnej i niezależnej (VW – niemieckiej produkcji maszyna, ponoć niezawodna niczym wermacht w szczytowej formie), zaparkowany dyskretnie w nicości Śródmieścia…


Wysiadam z autobusu i usiłuję dogonić tramwaj. Skórzastogłowy wyprzedza mnie i wspólnie, choć osobno musimy pokonać zawalidrogę. Pani jest tak zapatrzona w świeżo napływające wieści ze świata, że świata poza nimi nie widzi. Okropność, choć pasje uważam za zaletę, a nie wadę istot płci dowolnej. Udało się! Mi-nam. Chwilkę zaledwie później zerkam jak na nabrzeżu przycupnęła czapla z niewiarygodną cierpliwością wypatrując wodnej taksówki, by przy drinku i zacnych przekąskach podziwiać Miasto z poziomu Rzeki, od czego jest prawdopodobnie uzależniona. Potem jeszcze krwią w oczy bije sukienka w czerwieni, ale tę, z mety i bez pytania, zawłaszczyła sobie szmaragdowa sowa z wystawy Sklepiku Z Cudami. Wytrzeszczała gały tak bardzo, że przekonała mnie iż ja też powinienem zerknąć. I nie kłamała, o dziwo! Tak kiecka, jak jej zawartość, warta była zauważenia (wartkiej wartości?) – m. dostrzegłaby, że cały byłem zachwyceniem… gdyby była, ale cóż. Wszystkiego można jedynie pragnąć bezrozumnie. A, że nieobecni racji mieć nie mogą, bezczelnie ukradłem m. ów zwrot (czy jak tam nazywa się owo wyrażenie w poprawnej definicji języka polskiego), bo jest zbyt piękny, by pozwolić mu umrzeć w otchłaniach bloga-którego-już-nie-ma (brzmi jak tytuł kolejnej powieści pana Gortycha? Wszystkie słowa dawno zostały już napisane, tylko o tym nie wiemy!).