piątek, 30 października 2026

W narzeczu dorzecza życzę rzeczonym rzeczom oczywiście-rzeczywiście niedorzecznych rzeczowników. (życzliwy rzecznik, znany redakcji, nie mylić z wodnikiem)

 

Udziec tej pani byłby ozdobą każdej biesiady – wystarczyłoby go wstępnie obrać z zewnętrznej czerni, co samo w sobie przydałoby mu pikanterii Podróżni przeważnie nie dostrzegli go, bo dosypiali, albo pieścili dłońmi swoje monitory. Za to ja podziwiam bez końca zabiegi MPK w trosce o dobro pasażerów. „Przejazd techniczny” nazywa się ta atrakcja i polega na tym, że tramwaj, względnie autobus jedzie „na pusto”. Kierowca się uczy hamować bez wstrząsów, czy nierówności w torowisku? Grunt, że burty pojazdu reklamują zeszłoroczne osiągnięcia naprawy torowisk, które bez reklam przeszłyby niezauważenie – są takie remonty, po których komfort znika, zamiast rosnąć.


Na przystanku młodziutka pani zaplata nogi w iksy, z jakimi zaczyna igraszki grawitacja. Czyby pęcherz doskwierał aż tak? Ciężko ustać na nogach w tej wyszukanej pozie. Do tramwaju wpada stadko rozćwierkanych młodych Włoszek, a każda w takiej samej bluzce z krótkim rękawem. Aż do świtu zwiedzały Miasto? E! nie jest aż tak rozległe. Kiedy tramwaj przecinał Dzielnicę Boga – wszystkie się rozćwierkały, znienacka nabierając werwy i teraz, to już nie wiem, czy gaworzyły z Majestatem, czy rozpoznały lokalizację hotelu, by w końcu ukryć się w cieple klimatyzowanych pomieszczeń.

Prasówka i opowieść.

 

Dwa w jednym. Zaczęło się od seksu – wiele spraw tak się zaczyna, a czasami nawet tak kończy. W ramach porannej lektury trafiam na zaawansowany wykład dotyczący seksu przekąskowego i dla smakoszy. Wiadomo – żeby zostać „ekspertem”, należy nie tylko wiedzieć, ale i wykazać się. Najlepiej własną, chwytliwą klasyfikacją czynu, bo w seksie ludziska wypróbowali już niemal wszystko, łącznie z tym, żeby solowo wepchnąć sobie głęboko przez tyłek hantle dwa kilo żywej wagi, dla wzmocnienia zawstydzonego własną słabością jelitka (poważny niedobór żelaza w organizmie?).


A skoro już pozwoliłem się wyedukować w zakresie przekąsek (ongiś nazywanymi „szybki numerek”, obecnie fast-food), małostkowo pozazdrościłem i zapragnąłem dołączyć do grona światłych, nadających ton, nowoczesnych i otwartych na świat fachowców. Z miejsca wykryłem mało eksploatowane płaszczyzny seksu, o których mawia się niechętnie, albo wyłącznie w hermetycznych kręgach. Powszechnie znany jest seks małżeński i wyrażany z lekkim przekąsem pozamałżeński. A gdyby tak… seks przed-małżeński, względnie po-małżeński? Ale, po co się aż tak ograniczać? Seks panieński, wdowi, rozwodniacki, albo zgoła kawalersko-staropanieński! Niechby rozwodnicko-przedślubny! Nie bójmy się nowego! Seks z maszynką do golenia, albo z mikserem wolnoobrotowym, żeby przyjemność potrwała dłużej, na ile tylko przedłużona za grosze gwarancja pozwoli!


Ileż słów można utoczyć, jak dalece odpłynąć od natury. Terminologia zbyt trudna dla prostaczków, niczym skwarki na ziemniakach przyda smaczku sprawom znanym i lubianym. A potem już będzie można unieść rąbek spódnicy i pozwolić eksperckiemu tyłkowi na szaleństwa, o jakich jeszcze nie śnił. Ale… - bo bez takiego zawieszonego w próżni ale żadna eksperckość udać się nie może, gdyż życie zawsze bogatsze jest od jednostkowych fantazji, które należałoby przemnożyć przez te miliardy fantastów wciąż jeszcze żyjących, iluś zmarłych, którzy pozostawili po sobie SŁOWA i IDEE, oraz SI – kradnącą i lepiącą w całość co bardziej chwytliwe fragmenty cudzych wynurzeń, poczynając od podejrzanych indywiduów (przyznam się z zawstydzeniem, że bezwstydnie pasożytuje też na mnie, wykorzystując mój brak czujności sprowokowany analogowym życiem, bo w ciągu niespełna roku „czytliwość” bloga przekroczyła Wasze uprzednie, dziesięcioletnie osiągnięcia i łączne statystyki bloga właśnie dziś przekroczyły równik – znaczy milion odsłon. Obłęd!).


Wracając do ale - seks należy do absolutnego topu (po polsku – szczytowanie przy seksie jest najprostsze i nie zawsze jest ścigane prawem, choć mniejszość twierdzi, że łatwiej zdobyć koronę Himalajów niż nieudawany orgazm), czemu miałbym udawać, że ja, jako ta anomalia zoologiczna plasuję krzyżyk w rubryce „nie dotyczy”? Dotyczy. Wieczór miał być kameralny i więcej upojny, a kiedy miał nastać, staranniej niż zwykle umyłem królewskie (wg mnie) utensylia i opakowałem je zdobnie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy woje do boju ruszą. Zawczasu ruszyłem tzw dupę i „ogarnąłem się” – czułem się, jakbym do pierwszej komunii szedł, albo na inne odpusty gwarantujące życie wieczne amen. Nikt dotąd jakoś nie zapytał, co zamierzam robić żyjąc bez końca, ale to już inny wywód/wzwód.


- Alleluja i do przodu! – krzyknął we mnie bies podstępny, bo wiadomo, że żar piekła kusi maluczkich tym, przed czym niebo się wzdraga. Zasiadłem między niewiastami (szczęściarz?), a oneż lały płyny naganne społecznie w naczynia ciut więcej niż skromne (szczęściarz?) - I cóż było począć z tak pięknie rozpoczętym wieczorem (szczęściarz?)?


Smoltok sączył się leniwiej niż elektroniczna muzyka, pełna jesiennych westchnień, sugerując życie w przytuleniu, w drobnych ustępstwach, wciąż śmielej zmierzających do celu, aby bez pośpiechu, małą łyżeczką się nasycić, albo pozwolić się sycić zmysłom prze eko-rurkę non stop. Ech! Dłonie upiły się najpierwsze i zapragnęły ogrzać się na niekomplementarnej parze piersi (szczęściarz?), więc jedna we w lewo, insza w prawo i już zaczęła gorzeć magia (szczęściarz?). Muzyce nieco podniósł się puls, ale nikomu nijak to nie przeszkadzało, więc, jako jedyny facet w towarzystwie (szczęściarz?) rzuciłem zuchwałą propozycję – paliwo rozzuchwaliło mnie, ale w końcu „ktoś musi”. Z samczą nieczułością zaproponowałem paniom grę w „uciekaj myszko do dziury”; eskalując zaproponowałem, by zarówno moję myszkę, jak i owe dziury wstępnie wyswobodzić z pęt tekstylnych (szczęściarz?). Wiem, panie w cichości ducha zapewne wolałyby, żebym zdrobnienie przemieścił na ich stronę i spłonione zuchwałością mą dziureczki poszczuł myszorem-potworem, o jakim możnaby (jeśli przetrwają) snuć siejące grozę opowieści na wieczorkach nieskrępowanych samczą obecnością, gdy już kiść biustonoszy beztrosko zawiśnie na żyrandolu… ale cóż - fakty niestety obnażyłyby brutalną prawdę.


Jednak równie dobrze mogłem otworzyć piekielne wrota i zaproponować mycie podłóg świętą wodą. Panie przystąpiły do wnikliwej analizy ad-hoc rzuconej propozycji i zwiększyły zapotrzebowanie na płyny naganne (dłonie mi ostygły, lekceważąco odtrącone na czas analizy). Smoltok rozrósł się i poczułem się jednostką marginalną, wstawioną (na pewno) poza nawias zaawansowanej strategii, jaka kluła się w dwóch, nieco rozcieńczonych etanolem skomplikowanych żeńskich systemach nerwowych. Żaden chłop nie sięgnie tego poziomu analizy gry i z uczestnika zostałem zdegradowany do poziomu obserwatora (kto przeciw-nie patrzę). Panie również miały umysły nieco skażone, a stopień ich rozcieńczenia rósł z każdym „kluczowym” znakiem zapytania i kieliszkiem.


Nie wnikając w etapy pośrednie (czytelnika zwykle interesuje zwycięzca, a historia martyrologii w siedmiu tomach wierszem służy tylko wzmożeniu napięcia, oraz psychodelicznym historykom, względnie pisarzom) zauważyłem, że poziom zapasów paliwa napędowego spadł dramatycznie nisko, czyli problem nie był zaściankowy, a wręcz pochodził ze sfery level-hard, dla wtajemniczonych wirtuozów i wymagał odpowiednio zaawansowanej „rozkminy”. Jednostka prosta, trącona alkoholem (grzanie dłoni dawno już straciło zasadność i stało się bezczelną, historyczną hipotezą, trudną do potwierdzenia przez szanujące się istoty) nie nadążała za biegłością wyrafinowanych dyskutantek i jedyne, co dotarło do moich sponiewieranych, zainfekowanych etanolem zwojów to dwie konkretne konkluzje:


- Jeden samiec na dwie samiczki, to kompletny absurd, ale gdyby odwrócić proporcje… propozycja warta byłaby natychmiastowego przetestowania, albo przynajmniej rozważenia (pewnie rozważanie trwałoby tydzień, ale to już akademicki problem, być może wystarczający na otwarcie przewodu doktorskiego. Wolałem się nie pogrążać w dywagacjach, a tym bardziej w pytaniu, o czym właśnie dyskutują, skoro proporcje są-jakie-są).


- Seks, to waluta, której trwonić nadaremnie się nie godzi. Na seks TRZEBA ZASŁUŻYĆ! Po coś się tę wonną różę pielęgnowało CAŁE ŻYCIE! Na pewno nie po to, by na życzenie, bezinteresownie szafować zasobami naturalnymi. Ciężkie czasy i trzeba oszczędzać.


Dopiłem (modnie jest mówić - zastosowałem) ostatnią dawkę ogłupiacza i sprawdziłem, czy na zewnątrz funkcjonują jeszcze odwieczne prawa natury. Ale co może wątły od zarania, męski umysł, zamroczony z premedytacją i bez umiaru? Wiatr uwalniał pochopne myśli. Seks dla zasłużonych? O takim żaden ekspert w spódnicy nie wspominał, żeby nie narazić się płci, która NIGDY nie wybacza i nie zapomina tym bardziej. Może się czegoś nauczyłem? Faceci się nie uczą! Tępi się rodzą i tacy mrą. Ale podświadomie od wtedy staranniej dobieram towarzystwo, w którym pozwalam szarym komórkom wymierać przede mną. Nie wszystko człowiek chce usłyszeć.

czwartek, 29 października 2026

Kraska klaska, klaszczą kleszcze, a co jeszcze robią leszcze?

 

Siadły na poplonie

Strwożone wigonie

Przecież nie wygonię


Gdy po nieboskłonie

Jak w gęstym betonie

Snują się gamonie


Niech ktoś spyta o nie

Piekło go pochłonie

Moje są i koniec!


Tak sądzę. Wigoniom czas dać odpocząć po walce/ucieczce/trwodze – niech znajdą swój wigoniowy raj z dala od ciekawskich wzroku.


Młoda kobieta podróżuje o tej samej porze co ja, więc pewnie bezwiednie dozna paradoksu i w trybie przyspieszonym stanie się Starą Dobrą Nieznajomą. Może ja już dostąpiłem z Jej strony owego nie-poznania? Trochę się obawiam tej młodości, gdyż zauważona twarz, niewątpliwie piękna, zdaje się być wklejona pod długie, proste włosy. Dziś podsiadł ją pan rozlazły cieleśnie, więc ani drgnęła, oszczędzając siły na cykliczne kompletowanie oddechów, wklejona w bezdusznie zimną szybę. Na zewnątrz grasuje leśmianowskie Zjesieniałe Zmrocze i panoszy się mrucząc coś, bym zapomniał o złotej jesieni, bo teraz już tylko mżawka i inne spektakle zdecydowanie rzadziej chwalone przez poetów.


Wysoka dziewczyna poruszała się bez udziału świadomości, zatrudnionej do wnikliwej penetracji monitora. A przecież jej białe skarpety w gorące serduszka naciągnięte wysoko na ledżinsy (gdzieś usłyszałem taką wersję nazwy stroju) drobiły kroczki na zewnątrz. Czy to na nią warczał klaksonem kierowca? Wewnątrz dyskretnie i wytrawnie pachniało kwiatowym mydełkiem, ale podejrzewam, że to zasługa podróżujących pań, a nie MPK – wyrafinowany aromat zwykle kosztuje majątek, którego żal byłoby na wnętrze odwiedzane często i gęsto przez tych-co-nigdy-nie-docenią.


Pora na przesiadkę, więc tramwaj, a w nim? Miasto od kilku lat promuje rozmaite nieżyjące indywidualności, którym zdarzyło się choć zawitać tutaj, wywieszając tablice wewnątrz niektórych pojazdów – wcześniej trafiłem na Wandę Rutkiewicz, Adama Wójcika, Jerzego Kukuczkę, Marka Hłaskę. Dziś wylosowałem tramwaj pod wezwaniem Jerzego Grotowskiego i z miejsca zachwycam się cytatami dwujęzycznie zdobiącymi epitafium. Trafia do mnie szczególnie, wydłubany, niekompletny fragment byśmy się nie zgubili w tłumie, (…) ani pośród słów pięknie precyzyjnych. Wspominam pikantne opowieści mamy, dorabiającej sobie podczas studiów (nomen-omen) w studiu Grotowskiego i już mam dzień udany bardziej niż bez tego.


W tramwaju króluje mrok tekstylny, a jeśli nawet pojawiają się odmieńcy, to barwy noszą nieszczególne – gnilna zieleń, spłowiały błękit, zakurzony róż. Na ich tle, ostrzyżony na jeża budowlaniec jawnie pociągający piwko z butelki wygląda imponująco – jego robocze spodnie pysznią się żywą pomarańczą, której (jeszcze) nie zdążył pochlapać betonem, czy innymi budowlanymi ingrediencjami.


Rzeczny stwór nieznanej mi proweniencji zoologicznej wyprysnął powyżej nurtu. Znaczy pod spodem trwa utajone życie. Może i stwór sprawdzał, czy powyżej linii wodnej także trwa? Szmaragdowa sowa z wystawy Sklepiku Z Cudami dorobiła się narybku. Parka cudnie wytrzeszczonych piskląt ciekawie zerka na stado gołębi udeptujących granit chodników w nieustającym poszukiwaniu – paszy, partnerki, toalety… ale nie – nie zaglądajmy gołębiom głęboko pod spódniczki, czy inne kilty!


Zanurzam się w czeluść przechodniej bramy i wchodzę na kurs kolizyjny z molochem na kołach, szczuplejszym od pojemności bramy zaledwie o włos. Przeczekuję, wypatrując okazji do kontynuacji podróży i potykam się o reklamę z burty molocha. Eko-misja rzuca mi się w oczy, a jako wytrawny gracz w słowa natychmiast dostrzegam niebezpieczeństwo e-komisji i robię rachunek sumienia… wyrzucam plastik do żółtego… kupę robię uczciwie, po domowemu, rzadko na betonie i jeśli już, to z rumieńcem wstydu pakuję efekt w polietylen i spowiadam się z grzechu, albo choć biednym życie osładzam tym, co mnie przestało cieszyć. Patrol tak rozbudowany może wzbudzić trwogę nawet w niepokalanym serduszku. Obiecuję sobie, że nigdy, ale to nigdy nie pójdę zobaczyć, jak do dowolnego portu wpływa wielki kontenerowiec – powiedzmy MAERSK. Chyba posikałbym się z wrażenia, a preferuję wydalanie poza zasięgiem nienasyconej i żądnej sensacji publiki. Naprawdę wydalanie jest takie interesujące?


na koniec tablica V8 WOLF.

środa, 28 października 2026

Jeśli naparstnice zrobią parujący napar, to kałamarnice pchną kał w kałamarze?

 

- Z komina dym ujrzysz czarny, a przedświt zamilknie strwożony… - Niemal słyszałem czarcią wróżbę zerkając na osiedle z bezpiecznej przystani domostwa, gdzie ciepło wciąż kokosiło się w pościeli, a kawą nasiąkał księgozbiór – może niezbyt imponujący, ale własny. Na zewnątrz tylko wiatr sprawdzał, czy wszystkie szczerby osiedlowe są na swoim miejscu, a może zwyczajnie wróżył sobie zużywając czerwone liście winobluszczu – kocha-lubi-szanuje… Ptaki wstrzymały oddech i tylko jakiś trzeszczący drobiazg usiłował ostrzec mnie przed tym dniem, co dopiero miał nadejść.


Na przystanku ktoś rozwinął dywan. Co prawda nie czerwony, ale jednak! Jakie Hollywood, taki dywan. Zapewne autobusem miała przyjechać jakaś jednodniowa Gwiazda. Nie czułem się i nie wyglądałem, więc skromnie ominąłem dywan i stanąłem jak plebs, na bruku. Autobusy jeżdżą u mnie ciurkiem – żeby zaoszczędzić na światłach, więc kierowcy siedzą poprzednikom na ogonach i uczą się tablic rejestracyjnych na pamięć. Niepotrzebnie, żadne szczególne. Ale na dywan nikt nie wysiadł, nim mnie porwało w codzienność. Tłok uzasadniony prognozą pogody – zimno i może padać, a „w kupie cieplej” jak mawia popularne porzekadło.


Ludziska meandrowali po nierozpasanym wnętrzu, zmierzając do tam, albo zupełnie gdzie indziej (bez powodu fragment po przecinku skojarzył mi się z Puchatkiem – z właśnie TYM SŁAWNYM PUCHATKIEM). I w powodzi ciał tylko jedna pani uśmiechała się bardzo dyskretnie, za to pełnym jestestwem, którego wcale jej nie brakowało. Obłęd. Może to tak jest, że nieskrępowana otoczeniem sytość wywołuje euforię organów szczęścia, a obrys lekceważący modną, wątłą kreskę przydaje radościom masy. Powiedzmy promil szczęścia na kilo wagi. Pani kształty niosła jawnie obiecujące mnóstwo ciepło-miękkich-skojarzeń, a trudna do opisania szczęśliwość beztrosko wypływała z niej, sączyła się, otaczała aureolą trudną do zignorowania.


Przesiadam się na tramwaj. W biegu, choć mi się nie spieszy, ale najwyraźniej zaczął się dzień wiary w instynkty. Wsiadam i ledwie sięgnę po kapowniczek, by nie uronić porannych widzeń, kiedy w mijającym mnie tramwaju, jadącym w kierunku dla-mnie-powrotnym dostrzegam siebie. W tym-tam-tramwaju właśnie coś notuję w kapowniczku i leciutko się uśmiecham, gdy akurat ułoży mi się pełne zdanie z którego jestem zadowolony. Drugi-ja, łba nie unosi, notuje, najwyraźniej skupienie jest mu nieobce, oswoił je już, bo cóż… przeżył więcej ode mnie, więc bardziej stateczny, może nawet konserwatywny, niewyrywny i byle piękność w brązach nijak go z równowagi nie wyprowadzi. A mnie owszem, tak. W utajonych ochach i achach patrzę, jak maszeruje w rozchełstanym płaszczu, wymachując torbą bułek (czyżby je studziła? Piekarnia ledwie dwa kroki…), a ja pochlebiam sobie, że mruczy pod nosem moją częstochowską mantrę o wigoniach, kto wie, czy nie dorabia kolejnych zwrotek? Może takich?


Poprosiłem Sonię,

By moje wigonie

Ukryła w salonie.


- Czymże je zasłonię

Kiedy przyjdą po nie

Nieczułe wałkonie?


- Cichutko, na stronie,

Przepytaj Polonię,

Co poszła w kolonie.


A potem to już dopadł mnie ów początkowo ponury poranek, który nadciągał nieuchronnie, choć leniwie. Jeszcze tylko potknąłem się o czarne, bazaltowe lustro Rzeki marudzące pode młynem i czekające, by pochwycić obraz pani, która Rzeki nie widzi, bo przecież tam, głęboko w odmętach 5G dzieją się rzeczy, które bez niej dziać się nie powinny i przynajmniej światłego komentarza wymagają. Istny skandal! Osaczony dogmatami, prawdami nienaruszalnymi, wiedzą ogólną i powszechnie powielaną, oddalam się tam, gdzie nie sięgają zasięgi. Jak szara myszka. W dziurze, której nikt jeszcze nie zinwentaryzował. (Ja – ten, który sam o sobie mówi jednostka kameralna, wątpiąca, umysłowo sprawna-inaczej, może nawet toksyczna i zakaźna. Więc wiesz… Poligon, wchodzisz na własną odpowiedzialność!). Niskopienne, rozłożyste rusałki przemknęły podwórcem, tokując zaciekle, jak głuszce w rui, aż się niebo zwarzyło i czeka pośród opcji szykując ten dzień, by stał się innym od innych.


PS. A gdyby oną przysłowiową szarą myszkę, choćby i w mysiej dziurze, zafarbować na fuksję, albo lazur (nieznanego) wybrzeża, czy inny piasek pustyni bez nazwy – czy w-ów-czas byłaby godna dywanu ze wstępu do dzisiejszych dywagacji? Nie warto przesadzać z nadziejami – świat szuka eskalacji – więc pięć kolczyków, metr kwadratowy tatuaży, najlepiej intymnych, albo obrazoburczych i nonszalancka nagość-nie-nagość, to obowiązkowe i minimalne wyposażenie każdej z Gwiazd Jednodniowych.


    Z tablic jedynie L1 SZEWA zasłużyła na uwagę.

wtorek, 27 października 2026

W poprzek poprzeczki, snują się po rzeczkach porzeczki.

 


A może przegonię,

Te moje wigonie,

By poszły na błonie.


Ciałem je zasłonię

Na natury łonie

gdy los wróci po nie.


Zanim pod jabłonie

Przywędrują konie

Wiele łez uronię.


Kiedy zło na tronie

W błyszczącej koronie

Marzy o ich zgonie


Topór na wigonie

Zatrze mściwe dłonie

Już ich nie ochronię.


To w ramach hipotetycznych roszczeń o niefrasobliwy ciąg dalszy, o który czasami bywam zaczepiany. Tablica F1 KRESS dopełni niezobowiązujących obowiązków kronikarza i teraz mogę się już oddać – żeby tylko kto chciał brać! I dlaczego Owa miałaby nazywać się Twórczość Radosna?


Do rzeczy! Mocarny cieleśnie budowlaniec rączo mknął chodnikiem, raczej maszerując, jak idąc do roboty i może chciał ubić jogurt na masło, bo wymachiwał reklamówką z drugim śniadaniem zamaszyście, nie wiedząc, że z jogurtem łatwo nie będzie wygrać, bo już się nim zajęły jakieś modne, medialne bakterie. Zanim za nim, jeśli wolno się tak wyrazić, poszła zblazowana dama, dystans pomiędzy nimi rósł z każdym jej krokiem, gdyż pani PROMENOWAŁA chodnikiem i pośpiech miała w namacalnej pogardzie. Pana pewnie także, a ręka w kieszeni sugerowała nawet arogancję i traktowanie czasu jak intruza przeszkadzającego w porannej przechadzce.


Wraz ze mną do autobusu wsiadł Sympatyczny Rudzielec, ubrany(a) w czerwony płaszczyk, czym zgasił(a) konkurencję definitywnie (definitywnie, to ulubione słowo pana Huberta z telewizora, zatrudnionego po to, by sprawdzać, czy pani/pan powiedzieli to co powiedzieli). Wewnętrzna szarość i czerń pasażerska mogła być jedynie tłem dla tak intensywnego skupiska barw. I słusznie. Poprawiłem się w siodle i zacząłem wypatrywać dookólnie wątku czerwieni w przestrzeni publicznej. Tu torba, tam plecak z poszukiwanym motywem przewodnim. Gustowny sweterek na nienajmłodszym biuście, rozkloszowane spodnie kolaborujące z rozkołysanymi biodrami, czapka-niemal-niewidka, bo nosicielka chyba nic nie widziała spod niej (spod niej spodnie spadły?), płonąca ogniem sygnalizacja uliczna, kompletująca tylne światła przydworcowych taksówek w sznur różańca, FAŁ-WEJ w sam raz dla silnej i niezależnej (VW – niemieckiej produkcji maszyna, ponoć niezawodna niczym wermacht w szczytowej formie), zaparkowany dyskretnie w nicości Śródmieścia…


Wysiadam z autobusu i usiłuję dogonić tramwaj. Skórzastogłowy wyprzedza mnie i wspólnie, choć osobno musimy pokonać zawalidrogę. Pani jest tak zapatrzona w świeżo napływające wieści ze świata, że świata poza nimi nie widzi. Okropność, choć pasje uważam za zaletę, a nie wadę istot płci dowolnej. Udało się! Mi-nam. Chwilkę zaledwie później zerkam jak na nabrzeżu przycupnęła czapla z niewiarygodną cierpliwością wypatrując wodnej taksówki, by przy drinku i zacnych przekąskach podziwiać Miasto z poziomu Rzeki, od czego jest prawdopodobnie uzależniona. Potem jeszcze krwią w oczy bije sukienka w czerwieni, ale tę, z mety i bez pytania, zawłaszczyła sobie szmaragdowa sowa z wystawy Sklepiku Z Cudami. Wytrzeszczała gały tak bardzo, że przekonała mnie iż ja też powinienem zerknąć. I nie kłamała, o dziwo! Tak kiecka, jak jej zawartość, warta była zauważenia (wartkiej wartości?) – m. dostrzegłaby, że cały byłem zachwyceniem… gdyby była, ale cóż. Wszystkiego można jedynie pragnąć bezrozumnie. A, że nieobecni racji mieć nie mogą, bezczelnie ukradłem m. ów zwrot (czy jak tam nazywa się owo wyrażenie w poprawnej definicji języka polskiego), bo jest zbyt piękny, by pozwolić mu umrzeć w otchłaniach bloga-którego-już-nie-ma (brzmi jak tytuł kolejnej powieści pana Gortycha? Wszystkie słowa dawno zostały już napisane, tylko o tym nie wiemy!).

Prasówka cd.

 

    Irytuje mnie powszechne lekceważenie mężczyzn, gdy tylko kobiety mają okazję „wykazać się szczerością”. Żeby nie być gołosłownym informacje z dziś:


    - Jedna pani psycholożniczka namawia kobiety do zdrad, twierdząc, że najlepiej znaleźć „lepszy model”, nim porzuci się ów stary, żeby nie być tą samotną, poszukującą, tylko mieć w odwodzie bezpieczny port, który stanie się parasolem ochronnym na czas poszukiwań.


    - Inna psychologiczka twierdzi, że faceci są prości, a kobiety, to zupełnie inna bajka – skomplikowane, wielopłaszczyznowe i nie zadowalające się bylejakością. Dlatego potrzeby faceta wymienia jednym tchem – seks/żarcie/sen, a potrzeby kobiet są tak skomplikowane i zawiłe, że jej się język zaplątał i żadne słowa owych potrzeb nie odzwierciedlą.

poniedziałek, 26 października 2026

Dzielone szczęście.

 

    Z jadowitym uśmiechem Bogini Wojny wręczyła mi jabłko, jakbym był Parysem i usiłowała postawić mnie przed dylematem – Dla najpiękniejszej!


    Panteon umilkł. Boginie błyskawicznie wypięły biusty, co druga grała nóżką, inne nie do końca dyskretnie usiłowały unieść nieco rąbek tuniki, czy co tam Boginie noszą, żeby im tyłek nie zmarzł. Nawet Stary Satyr zamierzał wziąć udział w losowaniu i chcąc nieuczciwie uzyskać przewagę, wygenerował dla siebie trzy, a może i cztery pary piersiątek, a każda w innym rozmiarze. Uzyskał tyle, że stary Zeus oślinił się (nieleczone zęby wieczności nie przetrwają) i dopiero kopiąca go po kostkach Hera zwróciła mu szczątkową godność.


    Ja? Cóż. Zerknąłem na zbiór biustów, na jabłko i zamyśliłem się głęboko. Nie moja wina, że w nerwach żrę jak maszyna. Nim powziąłem jakiekolwiek zobowiązanie, już ugryzłem. Jabłko chrupało, było doskonałe jak niebo i warte każdego grzechu. Potem powtórzyłem i kiedy już miałem samobójczo podejść do pierwszej z brzegu Doskonałości, w ręku trzymałem ogryzek.


    - Przepraszam – powiedziałem widząc, jak Atena sinieje na twarzy, kompletnie nie kryjąc wściekłości. A przechodząca obok kelnerka z tacą pełną brudnych naczyń zerknęła tylko, jak dorzucam jej ogryzek i potulnie poszła na zaplecze. Panteon drżał od niewysławialnych plotek, od nadziei i przekleństw, jakich żadną ambrozją rozcieńczyć się nie dało. Chyłkiem uciekłem na taras. A tam, jak raz wyszła chwilę odsapnąć owa kelnerka. Zdjęła buciki, najwyraźniej za ciasne i siedząc na zimnych marmurach machała nogami, a dłońmi rozczesywała włosy, którym wiatr nie dawał rady. Odebrało mi oddech.


    – Znalazłem! - pomyślałem cicho – tylko tego cholernego jabłka nie miałem.


    Rozpaczliwie rozglądałem się po mitologiach i wreszcie – drzewo wiadomości dobrego i złego! A na nim jedno, jedyne, piękne i niczyje. Sięgnąłem poprzez zasieki konwenansów i klątw i już je miałem w dłoni. Ciężkie, nieoszukane, pachnące słońcem i gorączką ludzkich pragnień. Alchemiczną tajemnicą i wszystkim, co nieznane. Skoro już je miałem w dłoni, czym prędzej podałem wybrance, żeby się Harpie nie rzuciły na mnie.


    - O! Dziękuję – Pani przyjęła bez ceregieli i wyciągając kozik chytrze zawieszony po wewnętrznej stronie uda zapytała – chcesz pół?

niedziela, 25 października 2026

Choć to kurtuazja, kur tu Azja nie ma.

 

    Ostatnio jakoś więcej chodzę, a do chodzenia mantra, to wisienka bez tortu. Na przykład taka drobnostka:


Po zachodniej stronie

siedzą na ogonie

włochate wigonie.


Zamartwiam się o nie

będąc na balkonie

kiedy niebo płonie.


Co ja powiem żonie

gdy któryś utonie

zanim wrócą słonie.

czwartek, 22 października 2026

Obrendowana.


A kiedy ON przytwierdził do mnie KOD QR poczułam się wyjątkowo. Niepowtarzalna, jedyna na świecie. Żaden z wcześniejszych orgazmów nie dostarczył mi tylu emocji i doznań, co ów perfekcyjny w prostocie gest.


Nie musiał! Wciąż gorączkując z dumy, pełna nadziei zapytałam samą siebie. Prawda? Zrobił to dla mnie, uznając, że jestem unikalna. Potrafiłabym odwdzięczyć się JEMU?


Zmiękłam w sobie tak między biodrami, jak i w głowie. Zawładnął mną całkowicie i nic więcej się we mnie nie zmieściło. ON, ON, ON….Och, jakież to słodkie, jakie kuszące, wyjątkowe. Gdyby tylko poprosił… zażądał, niechby wymusił na mnie durnej, a zrobię dla NIEGO wszystko.

Pełnik wypełnił pełnię pełnym spełnieniem.

 

Deszcz spadł na Miasto i trudno powiedzieć, że uczynił to znienacka. Od wczoraj się krygował, a na poważnie zaczął ćwiczyć w nocy – wstydził się chyba i wolał przeprowadzić próbę generalną, kiedy nikt nie patrzył. Tak autobus, jak tramwaj spociły się od środka i zewnętrze widzialne było jedynie za pośrednictwem komunikatów wokalno-wizualnych serwowanych z dobrodziejstwa komunikacji miejskiej. Jesień, jeszcze wczoraj złota, poszarzała i tą szaruga przytłaczała, spłukując niepoprawne myśli do rynsztoka.


Na świeżo wyremontowanym przystanku przy krawężniku woda tłoczyła się i zbierała w stado godne miana „kieszonkowego stawu”, spontanicznie wyrosłego tuż obok równie „kieszonkowego parku”. Nie dziwię się wodzie, że chciała przetestować jakość remontu, jednak ci, którzy czekali tam na przesiadkę drżeli jak listki na wietrze, podejrzewając stojącą (czemu nie leżącą, albo siedzącą? Szczególnie, gdy sobie uświadomię, że kamienie leżą, a nigdy stoją) wodę o najgorsze łajdactwa.


Perfidnie skazałem Długopiórego na stróża mającego wyznaczyć kres mojej podróży i przyznam bez wahania – spisał się! Wysiedliśmy zgodnie z domniemaniem codzienności tam-gdzie-zwykle i poszliśmy, tym razem już każdy-sobie. Z przeciwka podążała drużynka budząca organiczny niepokój. Piątka w kompleksowej czerni, zakapturzona, rozbudowana cieleśnie i werbalnie wulgarna nadciągała tyralierą, przeczesując ciemność w poszukiwaniu wyzwania. Małostkowo ucieszyłem się, że to nie moja sylwetka zanieczyściła celowniki tej piekielnej tyraliery. Wyraziłem cyniczne spostrzeżenie, że kredowy obrys denata na mokrym i wciąż zasilanym w wilgoć chodniku utrzymałby się krócej niż pamięć o mojej, nieistotnej istocie. Wyraziłem tylko w najgłębszej głębi siebie, żeby nie sprowokować pokerowej reakcji i pomknąłem naprzód, nim najbardziej wyrywny piekielnik powiedział „sprawdzam!” (dowolny piekielnik powiedziałby raczej sprawdzam kurrrrr!, ale to już dopisałem post fatum. Ci nie powiedzieli nic. Albo byli z wyższych sfer, albo ociężali umysłowo nie zdążyli zareagować nim zniknąłem z horyzontu celów godnych zmasowanego ataku)


Sapnąłem, jak samiec, któremu w życiu udało się niemal wszystko. Ale tak naprawdę, humor poprawiła mi dopiero pani w szmaragdowych spodniach i kremowej bluzie. Nie zmieściło mi się w gardle stwierdzenie (choć na klawiaturze brutalnie je wymusiłem), że szła w moją stronę, z deszczu czyniąc doskonałego powiernika wypełniającego ją szczęścia. Ona szła pomimo mnie. A raczej nie tyle szła, co podskakiwała, tańczyła, rozsiewała radość i uśmiechem poskramiała mrok, powstrzymując marazm wystarczająco skutecznie, bym roztopił się całkiem w jej uniesieniu, wspomnieniach mówiących ideałom „jesteście zbyt ograniczone, żeby zrozumieć”. Zachowałem wspomnienie, choć w swoim wymarzonym świecie, zapewne wcale mnie nie zauważyła. Nie szkodzi. Najpiękniejsze kwiaty, to zawsze te niezerwane.


Radio molestuje mnie reklamą Badaj się by żyć, a ja jak skończony prymityw, nie negując aspiracji Płatnika Owej Reklamy usłyszałem: Żyj, by się badać! I tylko wiary w szczerość intencji nie potrafiłem w sobie wzbudzić. Zapewne jestem zakamieniałym złem, bo na reklamę patrzę poprzez tubę – skoro ludzie nie poznali doskonałości twoich idei, sam rozgłoś je medialnie! Wszak wie to już przedszkolak, że telewizor głosi prawdę, całą prawdę, tylko prawdę i zawsze, ale to zawsze zrealizuje zlecenie Płatnika, nie zniżając się na poziom faktów autentycznych.