poniedziałek, 5 października 2026

Pyszałek pysznie napuszył uszy.

 

Mgła (tak umownie nazwałem owo zjawisko) cuchnęła. Nie do końca tylko tym, co ludzie byli skłonni wepchnąć do pieca, by zamienić stare i niepotrzebne przedmioty na ciepło użytkowe, gdy paliwo droższe niż kiedykolwiek. Dość powiedzieć, że aromaterapii to nie przypominało, raczej walkę o oddech, w której o grymaszeniu należało błyskawicznie zapomnieć, jeśli chciało się płucom na pożarcie podrzucić „cokolwiek”.


W autobusie chwiał się chłopina o łydkach uboższych od przedramion. Nie musiał posiłkować się płynami rozluźniającymi posiadając tak wątłą podstawę do przemieszczania się i utrzymywania równowagi. Jakiś byczek wsiadł na tyłach dworca, by wysiąść na przodach – piechotą byłoby szybciej, ale może zamierzał pozwiedzać Miasto i panorama z okna autobusu dać mu miała satysfakcję względnie zafundować turystyczne uniesienia. Biletu nie kasował, więc może jednak zamarzyła mu się szczypta adrenaliny i zakazany owoc?


Dziewczynka bez wszystkich jedynek dziś w tramwaju stała i nie śmiała się– i stała się nieśmiała? A może ktoś ją wyśmiał brutalnie i bez sensu? Zerkam na migocący reklamami elektroniczny kasownik i odnajduję informację skromnie ukrytą w dolnym pasku monitora - Dotknij, aby kupić bilet, co aktywowało moją, czającą się w pozornym uśpieniu fantazję. Samoczynnie. Wyobraźnią posłusznie dotykam ekranu, a kasownik karci mnie informacją: nie teraz, wyświetlam reklamę VIP, przyjdź później. Zawziąłem się i naciskam raz po raz, żeby poskromić samowolę kasownika, i nakłonić go do kolaboracji, a ten w paśmie alarmowym wezwał ochronę, by spacyfikowała krnąbrnego pasażera, czyli mnie. Osaczają mnie sprawnie i bezrefleksyjnie przystępują do czynności, a kasownik tylko podjudza, pozwalając sobie na uszczypliwe komentarze i podgrzewając i tak już rozognioną kolizję. Dostrzegam to kątem oka, mając wykręcone ręce i parę rosnących siniaków na tyłku. Nim w przypływie męstwa ochroniarzy wylecę przez otwarte drzwi i wyląduję sponiewierany na nieswoim przystanku słyszę jeszcze jak ów pluton komandosów wespół z kasownikiem zgodnie rechocze okropnym, złym śmiechem.


Przez przejście dla pieszych energetycznym krokiem przemknęła pani w adidasach o tak zębatym podwoziu, że przy każdym kroku warczały. Raz puszczonych samopas myśli nie potrafię już zatrzymać. Wymyśliłem sobie, że każdy strój to uniform, kostium, przebranie. Makijaż przemianowałem na maskę, a tatuaże na kamuflaż. Z takim wstępem dotrzeć mogłem jedynie do wniosku, że wyłącznie nieopisana nagość pozwala na szczerość, co zgadza mi się z wcześniej sformułowaną tezą, że na golasa trudniej się kłamie.


I jeszcze - czemu kwitną kwiaty, a nie kwity? Może to być, że kwity kwiczą?

Biedny Amerykanin nosi Ino-centy? I skrycie wzdycha do bogatszej Dolores, potajemnie i nieumiejętnie fałszującej co wartościowsze nominały? Zza węgła, łakomie zerka nich Krezus Kryzys w achach i echach wieszczący krach.


    Na deser tablica G0 BRIT.

Wszechmocny?

 

Marmurowy Bóg spał sobie spokojnie na piedestale, podglądany przez bezwstydne tłumy, którym jeszcze bardziej bezwstydni kapłani sprzedawali promocyjne bilety obiecując żądnej sensacji gawiedzi nagie fakty, a dla klientów VIP nawet ich degustację. Faktycznie – Bóg leżał na wznak i najwyraźniej śniła mu się jurna Bogini, gdyż we wzwodzie prezentował się naprawdę imponująco. Dużo bardziej imponujący był TAM, niż gdziekolwiek indziej, szczególnie, że mało kto w obliczu ekstremalnie wzwiedzionego członka zdołał dostrzec na peryferiach postrzegania wywalony jęzor i wybałuszone oczy, a co dopiero tyłek więcej niż pokaźny i brzuszysko, jakby posiadacz żarł bez przerw ostatnie dziesięciolecie. Bogini musiała tymczasem dokonywać nie lada cudów w tym boskim śnie-zbliżeniu, gdyż członek nie wiotczał nawet na okamgnienie.


Artyście także warto było oddać pokłon. Rzeźbiąc sylwetkę tak znamienitą zadbał o detale, dzięki czemu boski członek zdawał się być niemal żywy, a żyły nabrzmiałe w nadziei na spełnienie tylko czekały na ofiarę. Wiele pań i niejeden z panów klęcząc przed posągiem czuli, jak miękną im kolana, a oddech staje się płytki i chrapliwy. Aby dostąpić bliskości, trzeba było jednak wykazać się naprawdę grubym portfelem, więc większości ze zwiedzających wystarczyć musiała wyobraźnia i mokre sny. Najbardziej zdeterminowani wstępowali w szeregi zakonne, by po długim nowicjacie mogli dostąpić zaszczytu i szczytować w boskim siodle. Był nawet specjalny zeszyt intencyjny, a z częstotliwości spółkowania należało się spowiadać i spodziewać się pokut, jakie mogłyby zatrwożyć co mniej zdeterminowane jednostki.


Szczęśliwie Bóg milcząco dopuszczał tak poligamię, jak i związki jednopłciowe, a pod względem rozwiązłości był jak sam szatan. Kapłani dopuszczali znacznie więcej, szczególnie, kiedy i oni zostali dopuszczeni, żeby nim boski członek spenetruje wiernopoddańcze łono, lub inny, równie mroczny otwór, przetestować gotowość wyznawcy do zbliżenia. Posuwali się do tego, że sprawdzali również gotowość co młodszych zakonników, nim ci dostąpili zaszczytu do dziewiczej eksploracji boskiego ciała. Członek z marmuru nie odpoczywał ni we dnie, ni w nocy. Zapotrzebowanie na boską łaskę było imponujące. I tylko nigdy nikomu nie udało się doprowadzić Boga do ekstazy. Co mniej bogobojni mnisi czynili zakłady, czy kiedykolwiek i komukolwiek się uda doczekać boskiego nasienia.


Raz na rok zbierało się konklawe, huczna impreza, na którą zjawiali się wszyscy zakonnicy, by spośród siebie wybrać na kolejną kadencję Wielkiego Mistrza Płci Rozwiązłej, który przez kolejny rok miał rozpoczynać maraton boskiej penetracji, stanowiąc pobudkę i pierwszy posiłek dla nieposkromionego apetytu. Zwyczajowo po rocznej służbie na boskim członku Wielki Mistrz Płci Rozwiązłej przechodził na emeryturę i słowo przechodził było przeważnie na wyrost. Biedak ledwie mógł ustać na nogach i najczęściej lektyka zabierała sługę bożą daleko od pokus i wrzawy.


Kolejny Mistrz właśnie udawał się na zasłużony odpoczynek, a boski posąg został przesłonięty całunem do czasu wyboru nowego przedstawiciela gotowego oddać się w roczną niewolę boskich zmysłów. Był to chyba jedyny czas w roku, kiedy Bóg zwyczajnie się nudził pozostając na cokole kompletnie sam, chyba że śniona Bogini dotrzymywała mu towarzystwa. Konklawe tknięte zuchwałą myślą postanowiło na Wielkiego Mistrza powołać kogoś, czyj apetyt zdawał się być równie nieskończony, jak boska cierpliwość. Skąd mieli wiedzieć, że w wielkiej tajemnicy niewinność całunu została sprofanowana przez jednostkę terrorystyczną uzbrojoną w młot kamieniarski i knebel, by dokonać aktu sabotażu, lub jak kto woli kastracji posągu.


Tymczasem pod całunem Trzy nienasycone panie, pałające rozmaitymi uczuciami jawnie i innymi skrycie zabrały się do prac rozbiórkowych. Majestat rozzuchwalony wieloletnim uwielbieniem nie od razu dostrzegł niebezpieczeństwo, a potem było już zwyczajnie za późno. Jedna z pań usiadła boskości na twarzy kolanami przygniatając bicepsy. Drgnęła lekko, gdy boski jęzor wywalony na wierzch wtulił się w kobiecość jak szczenię w matczyny brzuch, ale nie popuściła ani dosłownie, ani w przenośni. Wybałuszone oczyska Majestatu wreszcie do czegoś się przydały – choćby po to, by zamanifestować ubytek tlenu w układzie oddechowym, albo zaskoczenie widokiem podwozia damskiego dosiadającego część twarzową posągu. Pozostałe Gracje usiadły na boskich udach. Jedna oburącz schwytała prącie, druga przystawiła dłuto do jego podstawy. I to był ów moment, kiedy sytuację jeszcze można było opanować, jednak zdumienie, brak tlenu i wieloletni nimb sprawiły łącznie, że Bóg przespał z samozadowoleniu swoją ostatnią szansę. Gdy dwukilowy młot spadł na dłuto było po Ptokach. A dokładniej, to po tym jednym.


Bóg zaśpiewał cieniutko, niezbyt imponująco, bo usta nadal miał zakneblowane Trzecią Gracją, ale jednak zaśpiewał. Konklawe wstrzymało oddech – rozpoznali majestat, a z krzykiem spełnienia byli oswojeni lepiej niż psy łańcuchowe. W ich umysłach podejrzenie, że coś jest nie tak zaczęło kiełkować z opóźnieniem większym od boskiego, a jednak zakiełkowało. I zbiegli hurmem, po dwa stopnie skacząc w dół (komu współczynnik dobrobytu nie pozwalał na frywolność, ten toczył brzuszysko nieco bardziej statecznie – w końcu śpiewak nie ucieknie bez zapłaty. Jakiś wyrywny młodziak szarpnął za całun bez szacunku i oporów moralnych. Po Gracjach został jedynie cień westchnień Trzeciej Gracji, po Dwóch Pierwszych (tak je umownie nazwijmy) świeżutki krater w boskim podbrzuszu i parę zmarmurzałych okruchów na przyszłe relikwie.


- Teraz o wytrysku możemy zapomnieć – szepnął zawiedziony i najbardziej zdeprawowany kapłan, który obstawił, że jeszcze tego lata Bóg raczy utoczyć kroplę spełnienia.


- Kto wie – szepnął Cień Trzeciej Gracji rozpływając się w powietrzu – Z Bogami nigdy nic nie wiadomo na pewno!



sobota, 3 października 2026

Sowa głosowa.

 

    Mgła zdusiła świat dźwięków i cicho jest niemal tak, jakby spadł kopny śnieg. Tłumi odgłosy pochrapujących sypialni osiedlowych i nieliczne zewnętrzne aktywności. Tylko psiarze gremialnie wyszli na spacer i terroryzują kolejki w piekarni, gdy psy na widok wroga zaczynają się gotować do walki, a pańcio jeden z drugim ręce ma zajęte, bo telefon, bo zakupy, bo ta smycz śliska jak diabli i wytykają sobie nawzajem kto ustawił się jak idiota, że wyjść się nie da, bo tam przeszkoda warcząca, a tu pieseczek 30 kg żywej wagi krew już ma w oczach. O kagańcach mowy nie ma, o rozumie właścicieli też. Ale czego wymagać, skoro Sanepid też ma w czterech literach obecność pcheł i kurzu z jakiego piesełki notorycznie się otrzepują wprost na moje bułki, czy ciastka. Gdybym miał alternatywę nieco mniej uciążliwą, zrezygnowałbym tak z osiedlowej piekarni, jak i z warzywniaka, ale niestety konkurencyjne są zdecydowanie za daleko, więc zżymam się nadaremnie.

piątek, 2 października 2026

Pomięta mięta pamięta.

 

    Jesienne popołudnia, to nie to samo, co poranki. Popołudnia wciąż kuszą, by porzucić bieliznę i chwalić się stanem posiadania, bo przecież już za chwilę stanie się to ekstremalnie trudne. Wracałem sobie do domu wiedziony rutyna, jak dorożkarski koń, a do autobusu wsiadła krótkowłosa dziewczyna wtulona w dwie, żółte poduszki uszyte w gwiazdy. Autobus mało romantycznie pachniał kiełbasą, z tych naprawdę przyzwoitych. Nie wykryłem nosiciela wędlina, ale podejrzewałem staruszkę, która była nad wyraz czujna i sprawdzała skąd nadejść może zagrożenie.


    No właśnie! Zagrożenie! Mieszkam w kozackim zagłębiu. A jak czytam w sieci – mnożą się prowokacje i nagrania, jak strasznie traktujemy przybyszów. Oni są szkoleni co i jak robić, my niekoniecznie. Oni są pod ochroną niby-naszego rządu, a my pod tegoż rządu lupą. Bronić trzeba się inteligentnie, bo stu prokuratorów tylko czai się na potknięcie i z góry wie, kto pójdzie do paki. Więc należy opracować plan na wypadek W, czyli prowokacji – może ona mało gliwicka, ale nieprzygotowany z ręką w nocniku obudzić się nie chcę. Więc wymyśliłem sobie, że jak mnie zaczną Kozacy nagrywać, to powiem, żeby mnie Ruskie nie zaczepiały. Jak powiedzą, że oni nie Ruskie, tylko Kozackie, to powiem, że kłamią, bo Kozacy siedzą tu cztery lata i perfekt mówią po polsku, więc na pewno Ruskie! I wtedy, nawet gdy przyjdzie dać takiemu w ucho, to będę kryty ich nagraniem! Zgodnie z oficjalnym trendem – bić Ruskiego, póki on nas nie pobije!


    Schodząc na ziemię – motyle przemieszczają się pojedynczo na drugą stronę miejskiej fosy w poszukiwaniu wonnej budlei – lepsza nawet niewydarzona roślina od niekończącego się remontu asfaltowych ścieżek na Wzgórzu Sakwowym (jak obecnie oficjalnie nazywa się Górkę Partyzantów). Już na osiedlu wpadam w oko pani ukrywającej upływ czasu grubą warstwą makijażu. Gdy tylko mnie dostrzega, zaczyna bioderkowe manewry, w czym ma niezbywalną wprawę, godną przynajmniej ukłonu. Druga, mniej dotknięta kalendarzem ma chyba wbudowany urok osobisty i nie musi usiłować, gdyż dzieje się to bez udziału jej świadomości. Pochlebiam sobie, bo mi już nikt nie chce pochlebiać, że to na moją cześć, choć pewnie żadna z nich nie ma pojęcia, że istnieję, ale i tak robi mi się cieplej (wszedłem w słoneczną plamę – zauważy malkontent).


    Z tablic najpiękniej zaprezentowała się taka D3 TROIT – wyrafinowany gust!

Dla zgody łagodne jagody i godne gody z głodnej zagrody w ogrody.

 

Jakiś ptak zawodził w koronie niemal czarnolistnego klonu. Zdaje się, że pobierał nauki u kosów, ale musiał być początkującym śpiewakiem, bo amatorszczyzną biło na kilometr. W autobusie przysiada się do mnie pani o pięknym profilu. En face już tak rewelacyjnie nie było. Po raz kolejny uświadamiam sobie, jak łatwo powiedzieć „brzydki”, nie potrafiąc odkryć, co tak naprawdę sprawia zawód. Dopiero po przejściu na detal odkrycie (czasami) udaje się. Powiedzmy – nos ładny, oczy całkiem całkiem, czoła nie można się czepiać, ale podbródek ciut za mały, albo zbyt wydatny, co deformuje zupełnie przyjemną twarz.


Przesiadam się na tramwaj, za mną wsiada w towarzystwie mamusi dziewczynka bez wszystkich czterech jedynek. Absolutnie nie przeszkadza to jej śmiać się w głos. Gdy zawtórowała jej mama, okazało się, że jej także brakuje jedynki, ale tylko jednej. Z miłości? Przed gmaszyskiem biurowca stoją w karnym szeregu czerwone dęby, a każdy na innym poziomie zjesiennienia. Mgły snują się nad Rzeką, zaczepiają, oferują malignę i milion niedopowiedzeń. Rosły Szczypior irytująco depcze mi oddech idąc pół kroku za mną. Zerkam w niebo tam szukając ratunku, ale niebo pokiereszowane samolotową aktywnością samo ledwie dyszy. Duszno duszy, gdy dysza ledwo dyszy.

czwartek, 1 października 2026

Robię ogląd przez wzgląd na wygląd.

 

    Zerkam co słychać wieczorową porą za oknem tramwaju wewnątrz którego kłębią się księżniczki nadchodzącej nocy. I cóż tam słychać? Staruszka, raczej elegancka i zadbana wysiaduje ławkę pod wiatą przystankową i plwa sobie niezbyt elegancko pod nóżki w białych skarpetkach i sandałkach. Kiedy nie plwa ziewa niczym hipopotam, kompletnie ignorując otoczenie, więc owa eleganckość zwiędła błyskawicznie.


    W kawiarni cztery jednopłciowe parki świergoliły radosne wieści znad wyszukanych herbat, a samotny pan, perforowany tatuażami czytał sobie analogową książkę i najwyraźniej nie w głowie mu były amory z obecnymi tam niewiastami.


    Do kompletu tablica D0 CODE.

Larum w Karakorum – kurtyzana w karakułach z wkurzoną kurą serum z sera i rumu kurtuazyjnie konsumuje.

 

Osiedlowe kosy naradzały się na skraju trawnika i popatrzyły na mnie z wyrzutem, że przeszkadzam. Objuczony bagażem Archeopan śledził mnie przez chwilę, lecz górę wziął obowiązek i skręcił do paczkomatu, by pozbyć się ciężaru.


Łysy z wyboru mutant tak się zapatrzył na dżinsowe pośladki, że nie zauważył siedziska i boleśnie wyrżnął w nie mięśniem uda. Ból najwyraźniej miał moc terapeutyczną, bo wzrok odzyskał, by chwilę później przekierować go na monitor pełen ciepłych ploteczek. Gorzej, że zachwycająca rudowłosa okazała się być nosicielką brody.


W Rzece przeglądało się różowe niebo. Lepiej go nie pytać co porabiało nocą, żeby samemu nie nabawić się rumieńca. Wrony pełnią straż na znakach drogowych i pilnie przyglądają się tym, co się nie stosują do wskazań. Jedna chyba zamierzała zmienić przekaz i zlikwidować parking, przekreślając literkę P zawartością jelit.

środa, 30 września 2026

Pomorze, to miejsce pomoru?

 

W autobusie chudy wąsacz staje mi „na oku” – nie wiem, czy z premedytacją, czy przypadkiem, ale za każdym razem wybiera miejsce na wprost mnie. Chyba jest wątłego zdrowia, bo od dawna już podziwiam strój gościa - w czapce wzbogaconej niezależnym kominem podciągniętym na czubek głowy i grubym kapturem, który tylko czyha, by spaść na tę chorowitą głowę. Poza nim, a raczej wraz z nim, we wnętrzu same zombiaki wpatrzone w monitory. Okropieństwo. Z braku lepszych pomysłów wyglądam na zewnątrz (czy można wyglądać do wewnątrz?). Przy dworcu jeden z osiadłych tam kloszardów na inwalidzkim wózku narzucił na łeb i całą resztę niebanalnej cielesności różowiasty koc z polaru, albo futerka. Wyglądał jak olbrzymia kropla malinowej pianki, która dopiero co skapnęła komuś z deseru na chodnik.


W tramwaju równie niewyjściowo. Otoczył mnie wlasna aurą i zawisł nade mną na popas dżentelmen w roboczych portkach. Delektował się zawartością wydzielin nosowych, konsumując bezwstydnie. Trzeba przyznać, że nośność nosa miał nieznośną. Nie chcąc mu towarzyszyć w posiłku, znów skierowałem zmysły na zewnątrz, a tam pulchna pani w żółtej kurtce przewoziła rowerem jeszcze pulchniejszy kojec. Czyżby jej zwierzak rozróżniał kolory równie wybornie jak ona? Chyba tak, bo od barw aż kipiał ów wytwór.


Zamknięty o tej porze zakład usługowy reklamował swoje usługi szyldem FOTO Z RETUSZEM, a ja przewrotnie pomyślałem, że gdyby był bliżej Rynku, śmiało mógłby serwować Foto z Ratuszem, a nawet Foto z retuszem Ratusza! Potem to już absolutnie aseksualnie podziwiałem okazałych mężczyzn, powodowany wątkiem konsumpcyjnym. Pierwszy miał obie rączyny zajęte wielkimi kanapkami, drugi eskalował i targał blachę ciasta. Jakiś męski piknik się zapowiada najwyraźniej, choć pora wczesna. Piękna pani z książką w dłoniach zerkała zdumiona, że mimo wczesnej pory potrafię się uśmiechać, a ja nie śmiałem powiedzieć, że tak już mam, że czego nie dowidzę, to sobie dopowiem, a efekt nieodmiennie wprawia mnie w humor lepszy od wyjściowego.


Słońce zlizało cień z ceglanej ściany i usiłoławo wygoić liszaje, tymczasem na niebie trwał spektakl „dzielenia tortu” przez kogoś nieskażonego geometrią i mającego w pogardzie prostopadłości, równoległości i inne przypadki szczególne. Bez złośliwości płoszę wronę walczącą chyba z zatwardzeniem na środku żwirowej ścieżki. Na mój widok na sztywnych nogach podreptała w zacisze żywopłotu z wciąż kwitnącej krzewuszki i (być może) tam właśnie zakończy walkę z opornym układem pokarmowym.


    Ach - i jeszcze gorrrąca tablica rejestracyjna V8 FUEGO

wtorek, 29 września 2026

Kordzik z korundu skorodował gdy okorował korytarze kurnika z kornika.

 

Orion tak zaciekle usiłował wśliznąć się do sypialni, że nie wytrzymałem – otworzyłem okno i wpuściłem po dobrej woli. Niech zajrzy, niech się przekona, czy pościel wystarczająco paruje od snów niedokończonych. Na zewnątrz grasowały robaczki świętojańskie osiedlowych latarni trzymające mrok w ryzach i nie pozwalające zawłaszczyć zewnętrza na wyłączność, choć kosie psalmy usiłowały wymodlić tryumf ciemności.


W autobusie pierwsze wełniane rękawiczki, czapka i szal – jak dla mnie, to lekka przesada, jednak ciepło nie było. Pod przystankową wiatą topniały ślady hucznej zabawy, rozlewając się szeroko. Tylko niewzruszeni żadnym otoczeniem kloszardzi potrafili zignorować ów bałagan, tocząc gawędę pośród plam i pustych opakowań. Ze stoickim spokojem komentowali minioną noc, a może snuli plany na zbliżający się dzień? Pulchna pani w szortach wysikiwała psa białego jak jej uda na ostatnim skrawku trawnika. Zdaje się, że marny będzie jego los, gdy oznaczonym na ciepło tropem pójdą (jeśli już nie poszły) pozostałe psy z okolicy.


W Dzielnicy Boga porzucone hulajnogi tarasowały chodniki sprawiając, że marsz stawał się torem pełnym przeszkód, w jakim nie sposób zanurzyć się w jesienną melancholię, czy inne sentymentalnie miękkie uczucia. Rzeka toczyła się smętnie, jakby już zapomniała skąd, dokąd i po co płynie, ujarzmiona kagańcem granitowych koryt. Kasztanowce pogubiły znakomitą większość owoców i liści, sugerując, że jesień szybko minie. Rozdeptane rajskie jabłuszka poczuły się winne i pachniały pokusą z której nie korzystał żaden tubylec, pozwalając owadom i ptakom do woli oddawać się nałogom. Drużynka gołębi patrolowała podwórko usiłując pośród bruku wypatrzeć coś jadalnego, przegapionego przez wrony i kopciuszki. Sikorki dla odmiany wydziobywały zaprawę spomiędzy przedwojennych cegieł.


A na deser rejestracja D7 RYBA.

poniedziałek, 28 września 2026

Mezalians.

 

    I w-on-czas, nie ukrywam, trudny dla mię, u drzwi stanęła niewiasta, której wydawałosię (z akcentem na przedostatnią sylabę tego ortodoksyjnego imiesłowu). Nie protestowałem. Stanęła, znać, powody miała. A ona tak stojąc na wycieraczce, jako koźlarz babka w jagodzinach była uprzejma nieco spurpurowieć i wyznać. Przyznam, że się nie spodziewałem wyznań rodem z mojej wysłużonej wycieraczki. Bynajmniej, nie zanosiło się na lekcję biblijną, jako w zwyczaju mają chodzący parami, lub w trójkątach Świadomi Wyznawcy – była sama, jak porażka w z góry wygranym robrze. Nóżkami drobiła, jakby ją ta moja wycieraczka podgryzała po kostkach, czy coś w tym guście. Chciałem nawet zbesztać (nie wiem, czy bardziej wycieraczkę, czy siebie, że taką harpię na własnym łonie wyhodowałem), jednak wycieraczka zdawała się być głuchą, a pani i tak przyglądała mi się z lekkim niepokojem.


    - Czym mogę szanownej pani służyć? - zapytałem szarmancko i staroświecko – Liczę, że nie usiłuje pani ode mnie wyłudzić grosz ostatni, którym uchował, by nabyć płyn rozrywkowy, a wypłata dopiero pojutrze i w chudy czas pani zaszła…


    - Nie zaszłam – zaprotestowała pani, rumieniąc się przy tym intensywnie – ale chętnie bym...


    Uchyliłem szerzej tak powieki, jak i drzwi mieniące się wejściowymi, kto wie, może robaczywe serce także. Pani wkroczyła, bo jednostki wybitne kroczą, nawet, gdy idą siku, a co dopiero, gdy porywają się na czyny i zdobywają przyczółki pilnie strzeżone.


    - Naprawdę ostatni? – pani już stojąc na spłowiałym dywanie „zdobiącym” salon, czyli ten pokój, w którym na piedestale stoi odbiornik RTV, zapytała się drżąco, omdlewająco, a jednak podejrzanie zdeterminowanym głosem – Oj, to faktycznie nie w czas. Ale może… A konto?


    Napuchłem z dumy. Ja-pustak, gość przed wypłatą, którego grosz nawet z litości się nie trzyma, zostałem byłem podejrzany, że jednak zdarzają mi się okresy hossy i Klondike, to przy mnie ledwie aureola, a nie gorączka kipiąca od samorodków. Podziwiałem optymizm kobiety-która-raczyła-zagościć-w-mych-progach, a takowe zdarzały się rzadziej niż deszcz karasi, czy terrorystyczne ataki piorunów kulistych na ciała cyfrowo sprzężone z siłami spoza oficjalnej narracji medialnej. Pani, eskalując rumianość twarzową wyznała mi jeszcze (by mnie dobić i pozbawić tarcz ochronnych), że najchętniej popełniłaby ze mną jakąś niepokalaną wieczność we dwoje, gdzie ja byłbym strażnikiem płomienia, a ona płonęłaby do mnie i dla mnie, żarliwiej od dziecięcych modlitw do św. Mikołaja.


    Mój dywan przesiadł się z podgryzania pani i zabrał się za moje członki. Najwyraźniej miał chrapkę ujrzeć onę kobietę bez oprawy. Musiałbym być skrajnym kłamcą, gdybym udawał, że ja nie. Pani była może nie do końca witruwiańskim człowiekiem – ciut za krótkie nóżki nadrabiała z górką długością rąk, wpisywanie jej w okrąg sens jeszcze miało, ale w kwadrat? Tylko umysł chory i bardzo zdeprawowany gotów byłby to uczynić. Najwyraźniej moje umysłowe dywagacje naprowadziły pania na jakiś trop, a może podsłuchała żebracze modły dywanu, bo osiągnęła kolejny poziom zarumienienia i burak ćwikłowy w pełnej krasie ledwie ośmieliłby się stanąć w szranki.


    Dość powiedzieć, że pani drżącymi paluszkami zaczęła bez słów rozpinać guziczki, a dywan, jak rasowy erotoman – zesztywniał i poślinił się. Że ja też? Cóż. Trudno chyba znaleźć samczyka, który nie oślini się na widok objawienia. Pani, niczym cebulka zrzucała zewnętrzne warstwy i poczułem niepokój, że gotowa ciągnąć ów proceder do końca… znaczy rozebrać się z ciała i kości, żeby jej naga dusza zmarzła na dywanie i uciekła gdzieś, gdzie cieplej, choćby do piekła. A przecież premedytacji w niej nie było, tylko potulna zgoda na wszystko, co los (czyli nieogolony ja) jej przyniosą. Bałem się podrapać po łbie, żeby mi włosy nie wyszły z wrażenia, mój dywan podobnych skrupułów nie miał, bo wyliniał już długo przed pojawieniem się owej Cebulki chętnej i zdeterminowanej.


    A potem, sam nie wiem kiedy, Cebulka była już obrana tak dokładnie z łusek i warstw, że tylko wzdychać i chlipać, co żeśmy z dywanem uczynili niezależnie i samorządnie. Ja chlipałem mocniej, bo organ miałem wyżej, a wiadomo, że ciepło się unosi, podłożu ledwie resztki zostawiając. Pani zerknęła na swoje bose stopy otulone oszołomieniem dywanowym i na mnie oszołomionego bezgranicznie.


    - Tak lepiej? - spytała nieco przekornie, nieco filuternie, ale buraczek na twarzy zdawał się osiągnąć apogeum skali.


    - moooo... – usiłowałem przytaknąć słownie, jednak jedna sylaba, to i tak za wiele dla mojego organu mowy, zastąpionego organem zdecydowanie bardziej predestynowanym do dialogu z nagą kobiecością.


    Pani najwyraźniej słowami jak makijażem usiłowała okryć nagość, więc wylał się z niej potok słów tak gęsty, że dywan utonął na śmierć, a mi ledwie otwarta gęba wystawała ponad słowotok. Tonący chwyta ponoć brzytwy, ale nikt nie chciał mi wskazać, gdzie najbliższe cholerstwo się znajduje i tonąłem usiłując sobie przypomnieć, alfabet Morse’a, by wezwać pomoc.


    Nie miałem wyjścia – musiałem zakochać się i to bezgranicznie. Zmysły właśnie zmierzały w tamtą stronę, kiedy wzrok – chyba największy malkontent przymierzał się do konfrontacji. Najwyraźniej kolaborował z mózgiem usiłując wyprodukować maksymalną dawkę dopaminy, serotoniny oksytocyny i endorfin, żeby błogość osiągnęła stan szczęśliwości – istny raj na ziemi. I ów wzrok, nie niepokojony przez używki grzeszne i szkodliwe potknął się po raz pierwszy, gdy wespół z mózgiem doliczył się sześciu, kto wie, czy nie ośmiu sutków…


    - Boże! Stała przede mną atawistyczna suka, pramatka, gotowa wykarmić stado szczeniąt! - Raz rozkojarzony wzrok zaczął śledztwo zdecydowanie krytyczne. - Sześć palców na każdej z kończyn, w wygasłym monitorze odbiornika telewizyjnego pokazał się tył głowy przyglądający się bacznie zapleczu dwiema parami oczu, z których jedna para miała pionowe źrenice!


    Pani topniała w oczach, najwyraźniej tracąc rozsądek i ogładę. Spomiędzy ud ciekł jej sok niespełnienia, oczekiwania na dawcę, na mnie! A we mnie rósł sprzeciw, bo przecież zoofilia, to grzech. Jej piersi sterczały szukając moich ust, jej ciało, więcej niż chętne rwało się do uległości, ale sześć palców? Trzy pary oczu? I te sutki trudne do policzenia w stanie wzburzenia! Instynkt jak tchórz zaczął odwrót i o pełnym wzwodzie nie było już mowy, gdy zaatakowała. Najwyraźniej dostrzegła jak pogrążam się w mimikrę, by zachować swą steraną cnotę i nie sponiewierać jej na ciele obcym. Mezalians międzygatunkowy – obrzydlistwo! Nigdy nie byłem otwarty na nowe, na eksperyment, na doświadczanie i przekraczanie granic. Ksenofobię wbudowaną miałem równie głęboko, jak wrażliwość i fizjologię.


    Kobieta krzyknęła i tym krzykiem obezwładniła mnie całkiem. Większa część krzyku poszła poza granicami słyszalności, co nie zmieniło faktu, że organizm poczuł te dźwięki jak torturę. Ze strachu spadły mi portki i nim zdążyłem zwiotczeć dostatecznie, już siedziała na mnie. Rodeo sobie urządziła, ujeżdżanie dzikiego mustanga. Mówią, że najstraszniejszym drapieżnikiem na Ziemi jest człowiek. Ten, który to głosił najwyraźniej nie spotkał jej. Do tej chwili nie wierzyłem, że można zgwałcić mężczyznę, bo jak „namówić go” na wzwód? Teraz już wierzę, choć nie wiem, jak to możliwe, ale ponoć wiara to coś, co wymyka się rozumowi.


    - O rany! - chciałbym i ja się tak wymknąć, ale ona wciąż tańczyła hipnotyzując mnie jedną z par oczu. A potem straciłem wzrok, gdy orgazm rozszalał się we mnie i spełniłem się w niej bez reszty.


    Nim szum w uszach skurczył się do ludzkich rozmiarów, nim krew z oczu zeszła, poprawiała już bieliznę pod sukienką. Poklepała mnie po policzku pakietem sześciu palców i szepnęła.


    - Dziękuję sąsiedzie. Będę zaglądać od czasu do czasu – uśmiechnęła się łobuzersko i idąc w stronę drzwi dodała kpiąco – Przecież chcesz, nie musisz udawać, a ja nikomu nie zdradzę co ci po głowie chodzi.