środa, 29 lipca 2026

Czyste trzysta szóstego oszusta.

 

    Odpoczywanie bywa męczące.

- Tato! Czemu ta woda się nie ogarnia?

I odpowiedz coś rozsądnego młodemu piegowatemu dzieciakowi, który właśnie rzuca w ciebie piłką plażową. Na plaży mnóstwo otyłych, za to tatuowanych nad podziw mało. O zgrozo – zero radości z wakacji, choć świeci słońce, woda kusząco faluje w przód i w tył, a plażę przemierza dzielny sprzedawca mrożonej kawy i popcornu. Starsi ludzie wypoczywają siedząc na słupkach falochronów niczym mewy i kormorany. Przy brzegu moczy nóżki starsza pani w białej sukni (nieco podkasanej) i w białym kapeluszu. Fale odsłaniają jej stopy z pomalowanymi na biało pazurkami – istna panna młoda czekająca na zaślubiny z morzem. Raczej nie na noc poślubną, bo to południe zaledwie i taka „noc”, byłaby niezłą perwersją.


    Z elewacji budynku pokrzepia mnie hasło reklamowe: Naszą misją jest twój powrót do zdrowia sygnowany przez MSWiA. Czyżby Ministerstwo Zdrowia już nie istniało i inny minister pochylił się nad moimi choróbskami? Wśród mniej renomowanych reklam moją uwagę przykuła zachęta, by odwiedzić lodziarnię, w której można nie tylko zjeść loda samemu, ale postawić takowego swojemu PSIECKU! Wśród reklamowych smaków – wołowina, indyk i coś tam jeszcze – nie musiałem wybierać, bo psieckiem nie jestem. Na chodnikach wiodących na lub z deptaków przymorskich cała masa Królewiczów i Królewien, o ego podbitym do tego stopnia, że nie widzą postronnych i oczekują, że to otoczenie będzie opływać wokół nich, jak kupa burty statku wycieczkowego.

Pięćset pięt się pęta w pętlach.

 

    I tak wyszła perfidia oka – okazało się, że nie tyle „wyjechałem w poszukiwaniu pogody/przygody”, ale uciekłem! Tak. Przed upałami, które właśnie spadły na Miasto. A ja tymczasem taplam się w strefie umiarkowanej, konserwuję ciał ciało solą jodowaną naturalnie, a wiadomo, że wędzone i solone trzyma się dłużej. Więc będę nękał. Tych i owych. Swoją obecnością niespecjalnie imponującą. Dziś, za budzik robiły mewy. Musiały być wygłodniałe i pewnie znalazły padlinę wartą wezwania kamratów, a może coś świętują? Drą się niemożebnie. Każda z osobna i stadnie również.


    PS. Suszone też trzyma się nieźle, więc tym, co się zeschną życzę długiego życia. Złośliwość zamierzona i czekająca również mnie. To zbyt mały kraj, by skutecznie uciec przed falą – jakąkolwiek.

wtorek, 28 lipca 2026

Jak raz rozpadało się w rozpadlinie i opadło na padlinę.

 

    Po życia kres – rozbawia tak mnie napis, jak i możliwości, jakie oferuje. Pożycia kres? Też pięknie. Pani w leginsach, które potrafią wyprofilować wszystko od pępka w dół. Można? Wiek przestaje być przeszkodą, a rozpustne życie pełne kalorii zaledwie drobną przeszkodą. Obserwuję zaniki logiki – chłop ma na plecach pusty plecak, a w ręku ciężką, wypchaną siatę. I jeszcze tablica S0 JAJA – są jaja? A pewnie, że so!


    Morze nieco wzburzone, ale słońce opala pospołu z wiatrem. Bursztynu nie wyrzuca, za to morskiego siana mnóstwo. Ktoś się cieszy na desce z żaglem i wywija młynki, podskakuje, a brzeg mu po cichu zazdrości. Rybą pachnie tak w smażalniach, jak i wokół śmietników. Miejscowość zdominował jakiś influencer, przemieszczający się monstertruckiem po mieście i reklamujący lody. Pani z bufetu twierdzi, że niedawno reklamował parówki – patrz pan, jaki uniwersalny. Pewnie też pisze piosenki i powieści, maluje wiersze i pazurki, a przy okazji robi kurs nawigatora rakiety międzyplanetarnej. Jak szaleć, to za wszystkie pieniądze świata.


    PS – bursztyn wyszedł z morza wcześniej i jest obłędny. Przy okazji – tani nie jest, choć jest go wiele.

Kres określonego okresu kreślenia.

 

    Zmiana klimatu to coś, jak terapia. Może oszołomić, albo odbić kamień z błędnika. Mewy drą się, choć im krzywdy nikt nie robi. Może za mało wyrzuca, by się w końcu upasły tak, żeby utracić zdolność wznoszenia się nad ziemię. Zerka na mnie Z3 ROMEO i nie wiem, czy mam się zarumienić, czy zapłonąć z oburzenia. Na razie drobny deszcz studzi emocje, ale za chwilę wyjrzy słonce i poliże mnie po nosie. Bursztyn tego roku wychodzi z morza chętniej niż rok temu, niż lat temu pięć. Bo wieje i morze się burzy. Na stolikach przy plaży przeceny, ale tylko dla tych, którym pojawi się obłęd w oczach. Zeszłoroczna budowa dziś pyszni się i cieszy z łupów. 5 zł za godzinę. Parking z widokiem na morze. Wiadomo, to kosztuje.

poniedziałek, 27 lipca 2026

A co!

    Zaczęły się wakacje. tak na dobre i niekoniecznie na poważnie. Ale będę. Przynajmniej zamierzam.

sobota, 25 lipca 2026

Di-agnostyk, to podwójny agnostyk, czy tylko pojedynczy analityk?

 

    Gdzieś wyżej sąsiadka śpiewa najpiękniejszą pieśń świata, którą każdy rozumie w dowolnym języku Ziemi. Podwórkiem przemyka senny posiadacz i nie zakłóca pieśni. Trochę mi głupio robić porządki w balkonowych kwiatach, więc stoję, by nie zakłócić misterium. Dopiero, gdy pieśń przeszła metamorfozę i zmieniła się w rozszczebiotaną, radosną krzątaninę dokończyłem pracę. Ten z naprzeciwka, który właśnie się wyprowadza chyba też czekał na koniec arii, bo zaraz potem pojawia się samochód z podnośnikiem i meble wędrują na pakę. Mało kto robi zakupy o poranku. W końcu sobota. Wakacje. Nim upał ogarnie Miasto lepiej oddać się przyjemnościom.

piątek, 24 lipca 2026

Konserwator produkuje konserwy, czy je konserwuje?

 

Autobus pusty, jakby jakieś święto spadło znienacka na Miasto. Jeden zapatrzony w telefon amator porannych ploteczek i pani o łydkach opalonych mocniej niż uda (gdy będzie wysiadać ostrożnie sprawdzi, czy zabrała z siedziska własną pupę). Poza tym ja i kierowca. Pędzimy śpiącymi, pustymi ulicami, aż wsiada porośnięty dookolnie szczeciną gość i bogactwo wyboru miejsc siedzących go oszałamia. Może błędnik zaszwankował z wrażenia, dość, że chwiejnym krokiem zlustrował możliwości nim osiadł ciszej niż kurz na meblach.


Przystankowe donice uwolniły się już od namolnej, rocznej obecności młodych laurowiśni i przebranżawiają się na miejskie śmietniki i szalety. Trzeba iść z postępem. Z duchem czasu i wymogami rynku. Chłop o twarzy foksteriera przeżuwał wiadomości siedząc pod wiatą i nie były to radosne wieści, bo uśmiechem pyska nie skaził ni razu. Budowlaniec zmierzający do pracy we flanelowej koszuli i roboczych spodniach, na nogi wsunął klapki – nie wiem, czy są robocze klapki. Może chciał się kumplom pochwalić wykwintnym pedicure? W obie strony zasuwają składy MPK – tramwaj z doklejonym na zapleczu autobusem. Kiedy stają na światłach tworzą się ogromne komunikacyjne bloki. Kawki ćwiczą równowagę spacerując krawężnikami.


    Zrudziała Baryłeczka, która wczoraj pielęgnowała rzęsy w trakcie jazdy, dziś zajęła się ustami. Przeżyła, znaczy ma pewną rękę i mogłaby zostać chirurgiem, albo zegarmistrzem. Uśmiecham się do baru zlokalizowanego na rogu ulicy. Wzdłuż jednego chodnika widać reklamę – BAR MLECZ – piękna nazwa! Wzdłuż prostopadłej ulicy znalazł się koniec napisu NY – Nowy Jork? Tutaj? Uśmiecham się z tramwaju do popielatowłosej pani idącej mostem w wiśniowej spódnicy w białe kwiaty. Chyba była zaskoczona, może kombinowała skąd ją znam, a ja nie zdążyłem powiedzieć, że absolutnie nie. Chyba zdziczałem. Nie odzywam się do obcych, oni do mnie też nie. Aż dziw, że wargi mi się nie zrosły, jak nieużywane dziurki po kolczykach (nie, ja nie mam ani czynnych, ani zarośniętych, jednak wiem że blizny się zrastają w czasie). Skoro nie gadam, to choć się uśmiechnę od czasu do czasu i może to mnie ratuje. Zresztą – do kogo gadać, skoro połowa łazi z nausznikami, a pozostali i bez nich gapią się w monitorki?

    V4 YOUNG – brzmi lepiej niż młodziak za kółkiem?

czwartek, 23 lipca 2026

Kupić kupę kuponów, albo złupić łupinę.

 

Dziewczęta dziś jakieś senne, może śnięte, wodzą lakierowanym mgłą wzrokiem po zewnętrzu niegodnym ich uwagi. Zrudziała baryłeczka nie wypuszczając z dłoni elektro-papierosa maluje rzęsy korzystając z małego lusterka, by podziwiać efekty w trakcie jazdy po drogach, które w te wakacje nie zakwalifikowały się do remontu. Na przystanku szamoce się łysy King-Kong, usiłujący jakoś zapanować nad czterema sztukami bagażu. Na pewno mógł się spakować w liczebnie mniejszą zgraję toreb i plecaków.


Reklamy proponują mi kreatywną naukę, albo sugerują, że gdy ja podróżuję moje pieniądze mogą pracować – cóż na razie jest odwrotnie. Kolejny przystanek, a na nim facet o łydkach pogryzionych w milionie miejsc – zupełnie, jakby nocował z nogami w grzęzawisku pełnym pijawek. Chodnikiem sunie kobieta w marynarce i trampkach – czy to już „sportowa elegancja”?

środa, 22 lipca 2026

Kisiel się kisi w kiściach?

 

Rozległą swą urodę w pewnym pośpiechu przemieszczała w klimatyzowane wewnętrze, by tam dopiero odetchnąć pełną piersią. A drogi oddechowe miała zachwycająco bujne, najwyraźniej jednak niewystarczające by obudzić uczucia pana, który miejsce brakujących włosów wypełnił tatuażami. Tylko na czubku głowy zostawił wysepkę, z której uwił parę niezbyt okazałych dredów spiętych gumkami. Całość przypominała gniazdo remiza przyklejone do łba otworem wlotowym.


Przesiadam się na tramwaj, a tam kobieta w czerni, rekompensująca pewne niedostatki wzrostu rozpasaniem w pozostałych osiach. Była jedyną (prócz mnie)osobą o zadowolonym obliczu. Ja uśmiechnąłem się jeszcze bardziej, gdy przeczytałem treści z tramwajowego monitora, który twierdził, że jest godzina 20.47 dwudziestego siódmego kwietnia 2023 roku. Cofnęło mnie w czasie? Nie zamierzałem się kłócić. Młodość mnie pochłonęła beztroska i płocha. Chociaż 22.07 (przed PRL - E.Wedel) to niezła data i w sam raz na czekoladę doustnie.


Na chodniku podziwiam kaligrafię. Ktoś wysilił się na napis KACZYSKO, nie zrażając się podkładem w drobną kostkę granitową o nieregularnych krawędziach. W zaciszu miniaturowego skweru, przy ławeczce trafiam chude zjawisko o pogłębionej bladości. Poły długiego płaszcza rozwiewał wiatr, pozwalając czerni błyszczeć okruchami metalu rozsianymi tak po stroju, jak po ciele. Zjawisko pakowało w reklamówkę zapasy pozwalające przetrwać najbliższy tydzień.

Ekstrakt o braku równowagi.

 

Mawiają, że szczęśliwa kobieta w domu, to skarb, wart każdego wysiłku. Ortodoksyjnie wysilam pamięć, chcąc wyszukać w niej powiedzenie o szczęśliwym facecie, niechby w tym samym domu, jednak bez skutku. Czyżby ta opcja była niemożliwa, albo niewarta zachodu?