niedziela, 2 sierpnia 2026

Je dynie jedynie w jodynie.

 

    Słońce rasistowsko mnie napastuje. Umazany pigmentem na brąz coraz mniej przypominam białego człowieka. Może to i lepiej, bo ten wiecznie na cenzurowanym. Od kilku lat najlepiej mieć korzenie ze stepów akermańskich, niż być rdzennym (ha! Na ziemiach odzyskanych niełatwo być rdzennym, bo w tyglu historii tak wiele nacji może się pochwalić przodkami, czy podwładnymi właśnie stąd) tubylcem.


    Zatłoczonym deptakiem biegnącym wzdłuż brzegu pani wiozła walizę tak pełną muzyki, że aż się z niej wylewało – wystarczało dla wszystkich, a siła rażenia sięgała dalej niż wzrok. W morzu? Gęsto. Panowie z butelkami piwa, panie w strojach rozmaitych i wszystko kołyszące się do rytmu dudniących ze sceny bębnów. Dwie nastolatki z glanami-podkolanówkami przewieszonymi przez ramię usiłowało tańczyć w wodzie i wcale nie były odosobnione. Na plaży taki ścisk, że można dorobić się nieswojego dziecka, względnie utracić własne – i to bez nielegalnej aborcji.


    PS. Usłyszałem anegdotkę – morską, czyli na czasie. Na brzegu kuca malutka dziewuszka i coś tam sobie kreśli łapkami w piachu i przemawia do Bałtyku no chodź głupie morze, chodź! Morze grzecznie podpłynęło pod malutkie rączki, a dziewczynka oburzona krzyczy – ale nie tak bardzo!

Ekstrakt o sile woli – niejednej.

 

    Lekkomyślny mężczyzna tak skutecznie udawał orgazm, że jego (przypadkowa) partnerka zaszła w ciążę. Ciąża okazała się co prawda urojona, ale alimenty już nie.

sobota, 1 sierpnia 2026

Poleciało ledwie letnie lato.

 

    P0 BOSO – nad morzem deklaracja w zasadzie zbędna, ale w Wielkopolsce? Coś ćwierka w świerkach. Mewy krążą dość nerwowo i chyba ściągnęły deszcz nie wiadomo skąd. Nawet parka kosów, która regularnie wizytuje trawnik przy posesji udając domowe kurki znikła gdzieś, żeby im czarne garniturki nie zblakły. Dzieciom, gdy zabrakło słońca zostały tylko monitory telefonów. Drepczę przez nie swoje miasto podziwiając ilość miejsc, w których można się stołować. Posiłki w knajpie, to dla mnie fanaberia, ale najwyraźniej należę do mniejszości, bo knajpy pełne są spragnionych śniadania z dostawą pod ryjek wygłodniały całonocnym postem. Może to sentyment za peerelowskimi wczasami z pełnym wyżywieniem? Ale pasą się przeważnie ludzie młodzi. Czyżby zabrakło mamusi, a zdolności kulinarne trzymane są w ryzach czekając na objawienie w telewizyjnym talent-szoł?

piątek, 31 lipca 2026

Wróżę podróże pod róże w rurze.

 

    Starsi, czyli bardziej doświadczeni życiowo wędrują wzdłuż brzegu z kijkami do nordic walking – Skandynawia niedaleczko, wystarczy obejść maleńki Bałtyk brzegami. Na pewno bliżej byłoby w prostej linii, ale woda zbyt zimna na stare kości i lepiej dreptać wzdłuż brzegu – co ciekawe, większość podejmuje próbę obejścia wody przez obwód kaliningradzki, czyli nie boją się ruskiego luda! Brawo! Duch w narodzie nie ginie, nawet, gdy włos siwy, a pamięć sięga czasów stalinowskich. Bo przecież Niemca się aż tak nie boją, jako ta Wandzia z legend.


    Dzieciarnia łopatkami, wiaderkami względnie zrywkami na produkty spożywcze usiłuje przelać morze do dziury nieopodal brzegu, wykopanej w pocie czoła przez kochającego tatusia. Mama w tym czasie uwieczniła wysiłki, ale tylko młodszej gałęzi rodzinnej smartfonem, by mieć dowód iż wakacje były i się odbyły w skandalicznych warunkach – tłok, wrzask i tylko piachu kupa, na dodatek mokrego i co ten facet sobie myślał, jeżeli w ogóle myślał.


    Ja rewolucyjnie odkrywam, że między ciepłym piachem, a mokrym dnem pojawia się i przemieszcza chybotliwa granica, na którą patrzeć nie sposób, bo się odkłada na wzroku tak, że łatwo potknąć się o własne nogi i to „przed wypiciem” jak mawiali w którymś z kabaretów. Fale usiłowały wyjrzeć na brzeg ponad innymi, mniej zuchwałymi, więc morze wznosiło się i opadało wypychając jednostki człowiecze bliżej brzegu, ku uldze ratowników pobierających gażę za utrzymanie przy życiu populacji plażowej.


    PS. Wyłowiłem i uratowałem przed słoną wodą kilka drobnych kamieni, ale nie podjąłem decyzji o ich dalszym losie. Jeszcze.

Przepis na szczęście?

 

    Każdy kardiolog trąbi, że ruch, uprawianie sportu i każda aktywność fizyczna to miód na serce. Że krew krąży żwawiej i dotlenia mózg, który ze szczęścia wariuje w pozytywnym sensie. Ale mało który wspomni, że sport, to obciążenia. Że układ szkieletowy reaguje, że się zużywa, naraża na kontuzje i trwałe uszkodzenia. Żaden lekarz nie wspomni, ze sport to koszty. Nie każdy może biegać, ale i w ten sport elegantki muszą zainwestować niemałe pieniążki, żeby pupa wdzięcznie przetaczała się po asfaltowych ścieżkach. Rowerzyści? Zakupy tanie nie będą, chyba, ze ktoś jest domorosłym mechanikiem i wszystko zrobi sam. Pływanie? Baseny są rzadkie, jak dzika przyroda.


    Więc co? Co robić, żeby onemu szczęściu pomóc nie rujnując się ekonomicznie? Jak uniknąć pułapek i zbawić tak serce, jak i mózg? Jak podnieść ciśnienie nieszkodliwie, poza związkami w przemocowej pracy zarobkowej, czy wymuszonej miłości? Desperacja wskazuje jedno rozwiązanie – seks w wersji autoerotycznej. Można uprawiać bezkosztowo, nie narażając się na wydatki na strój, czy sprzęt. Można uprawiać bez względu na pogodę, czy porę roku. Nie wymaga „zgranej ekipy”, rezerwacji miejsc, karnetu, trenera personalnego, porad medycznych. Nie trzeba się wstydzić przed obcymi, wulgarnie komentującymi nasze wysiłki zmierzające ku szczęściu. A krew na pewno krąży żywiej, mózg nie tylko się dotlenia, ale i wypełnia szczęściem, które wycieka nie tylko oczami, czy nosem. Bezpieczny seks, nie niosący zagrożeń zarażenia się czymś brzydkim i to bez zabezpieczeń. Zerowe ryzyko niechcianej ciąży, także jest nie do pogardzenia. Dostępny dla każdego i o każdej porze, bez względu na płeć faktyczną i deklarowaną. Wystarczy sobie przypomnieć o własnym serduszku, zaciągnąć zasłony i leczyć się do woli, aż organizm nam podziękuje. Nie trzeba się chwalić, ani skarżyć. Fakty pozostaną faktami. I uśmiech zagości na twarzy twojego kardiologa częściej, niż gdybyś przebiegł w spalinach milion kilometrów.

środa, 29 lipca 2026

Czyste trzysta szóstego oszusta.

 

    Odpoczywanie bywa męczące.

- Tato! Czemu ta woda się nie ogarnia?

I odpowiedz coś rozsądnego młodemu piegowatemu dzieciakowi, który właśnie rzuca w ciebie piłką plażową. Na plaży mnóstwo otyłych, za to tatuowanych nad podziw mało. O zgrozo – zero radości z wakacji, choć świeci słońce, woda kusząco faluje w przód i w tył, a plażę przemierza dzielny sprzedawca mrożonej kawy i popcornu. Starsi ludzie wypoczywają siedząc na słupkach falochronów niczym mewy i kormorany. Przy brzegu moczy nóżki starsza pani w białej sukni (nieco podkasanej) i w białym kapeluszu. Fale odsłaniają jej stopy z pomalowanymi na biało pazurkami – istna panna młoda czekająca na zaślubiny z morzem. Raczej nie na noc poślubną, bo to południe zaledwie i taka „noc”, byłaby niezłą perwersją.


    Z elewacji budynku pokrzepia mnie hasło reklamowe: Naszą misją jest twój powrót do zdrowia sygnowany przez MSWiA. Czyżby Ministerstwo Zdrowia już nie istniało i inny minister pochylił się nad moimi choróbskami? Wśród mniej renomowanych reklam moją uwagę przykuła zachęta, by odwiedzić lodziarnię, w której można nie tylko zjeść loda samemu, ale postawić takowego swojemu PSIECKU! Wśród reklamowych smaków – wołowina, indyk i coś tam jeszcze – nie musiałem wybierać, bo psieckiem nie jestem. Na chodnikach wiodących na lub z deptaków przymorskich cała masa Królewiczów i Królewien, o ego podbitym do tego stopnia, że nie widzą postronnych i oczekują, że to otoczenie będzie opływać wokół nich, jak kupa burty statku wycieczkowego.

Pięćset pięt się pęta w pętlach.

 

    I tak wyszła perfidia oka – okazało się, że nie tyle „wyjechałem w poszukiwaniu pogody/przygody”, ale uciekłem! Tak. Przed upałami, które właśnie spadły na Miasto. A ja tymczasem taplam się w strefie umiarkowanej, konserwuję ciał ciało solą jodowaną naturalnie, a wiadomo, że wędzone i solone trzyma się dłużej. Więc będę nękał. Tych i owych. Swoją obecnością niespecjalnie imponującą. Dziś, za budzik robiły mewy. Musiały być wygłodniałe i pewnie znalazły padlinę wartą wezwania kamratów, a może coś świętują? Drą się niemożebnie. Każda z osobna i stadnie również.


    PS. Suszone też trzyma się nieźle, więc tym, co się zeschną życzę długiego życia. Złośliwość zamierzona i czekająca również mnie. To zbyt mały kraj, by skutecznie uciec przed falą – jakąkolwiek.

wtorek, 28 lipca 2026

Jak raz rozpadało się w rozpadlinie i opadło na padlinę.

 

    Po życia kres – rozbawia tak mnie napis, jak i możliwości, jakie oferuje. Pożycia kres? Też pięknie. Pani w leginsach, które potrafią wyprofilować wszystko od pępka w dół. Można? Wiek przestaje być przeszkodą, a rozpustne życie pełne kalorii zaledwie drobną przeszkodą. Obserwuję zaniki logiki – chłop ma na plecach pusty plecak, a w ręku ciężką, wypchaną siatę. I jeszcze tablica S0 JAJA – są jaja? A pewnie, że so!


    Morze nieco wzburzone, ale słońce opala pospołu z wiatrem. Bursztynu nie wyrzuca, za to morskiego siana mnóstwo. Ktoś się cieszy na desce z żaglem i wywija młynki, podskakuje, a brzeg mu po cichu zazdrości. Rybą pachnie tak w smażalniach, jak i wokół śmietników. Miejscowość zdominował jakiś influencer, przemieszczający się monstertruckiem po mieście i reklamujący lody. Pani z bufetu twierdzi, że niedawno reklamował parówki – patrz pan, jaki uniwersalny. Pewnie też pisze piosenki i powieści, maluje wiersze i pazurki, a przy okazji robi kurs nawigatora rakiety międzyplanetarnej. Jak szaleć, to za wszystkie pieniądze świata.


    PS – bursztyn wyszedł z morza wcześniej i jest obłędny. Przy okazji – tani nie jest, choć jest go wiele.

Kres określonego okresu kreślenia.

 

    Zmiana klimatu to coś, jak terapia. Może oszołomić, albo odbić kamień z błędnika. Mewy drą się, choć im krzywdy nikt nie robi. Może za mało wyrzuca, by się w końcu upasły tak, żeby utracić zdolność wznoszenia się nad ziemię. Zerka na mnie Z3 ROMEO i nie wiem, czy mam się zarumienić, czy zapłonąć z oburzenia. Na razie drobny deszcz studzi emocje, ale za chwilę wyjrzy słonce i poliże mnie po nosie. Bursztyn tego roku wychodzi z morza chętniej niż rok temu, niż lat temu pięć. Bo wieje i morze się burzy. Na stolikach przy plaży przeceny, ale tylko dla tych, którym pojawi się obłęd w oczach. Zeszłoroczna budowa dziś pyszni się i cieszy z łupów. 5 zł za godzinę. Parking z widokiem na morze. Wiadomo, to kosztuje.

poniedziałek, 27 lipca 2026

A co!

    Zaczęły się wakacje. tak na dobre i niekoniecznie na poważnie. Ale będę. Przynajmniej zamierzam.