środa, 25 lutego 2026

Kołowanie kałamarza koło kału.

 

W pół podróży znienacka nastaje dzień. Niebo pęka, spod stada skisłych, burych baranów wydostaje się na świat niezbyt agresywny błękit. Rzeką płyną obrazy nocy przywleczone gdzieś z daleka. Drzewa ciężkie od bombek jemioły wypatrują słońca. Ptaki rozpraszają się po Mieście, a każdy nosi w pamięci lokalizacje kilku obiecujących stołówek. Na przystanku dziewczyna pulchna jak tłustoczwartkowy pączek z nadzieją wypatruje szczęśliwego numerka na tramwajowych wyświetlaczach. Bez uzasadnienia wyprzedzam długonogie gazele w czarnych rajstopach ogłuszone wielką porcją porannych ploteczek z wirtualnego śmietnika. Kosy i szpaki pogwizdują bez zadęcia, a ja wypatruję, co je skłoniło do uznawanego za wulgarny zachwytu.

Ekstrakt o niezbywalnej sile tradycji.

 

Tradycyjna receptura, w przypadku Amerykanów kojarzy mi się z nieodmiennie z wysłaniem gdzieś lotniskowca, puszczeniu z niego kilku samolotów, by paskudnymi bombami zaprowadziły demokrację uległą amerykańskim apetytom ekonomicznym. Przed erą lotniskowców ćwiczyli na autochtonach i bizonach maximami.

wtorek, 24 lutego 2026

Kapitalny akapit o kapitulacji kapitana.

 

Niebo zdawało się być niezwykle ciężkie, czekające na pretekst, by spaść na ziemię i nagłą śmiercią ją pokarać. Za to pachniało, czego nie czyni, gdy dzień dojrzeje. Kosy dokazywały na całego korzystając z naturalnego maskowania. Dziewczęta o fałszywych rumieńcach i udach wyćwiczonych na długich dystansach mijały senne sylwetki o bardziej kruchej budowie i mniejszym apetycie na życie. Byczek jadący zapewne na budowę posilał się zeroprocentowym „piwem”, rozcieńczając wczorajsze ekscesy, albo przygotowując organizm na dzisiejsze.


    Wracam. Spotykam dwóch gości w identycznych kurtkach. Wychodzą z punktu bukmacherskiego. Jeden kręci głową i mówi – Daj spokój, dwadzieścia wyników i zero trafień? Faktycznie on powinien dać spokój. Chyba, że ten drugi potraktuje wskazania pierwszego jako niemal pewną wskazówkę, co nie przyjdzie – ich szanse w tandemie wzrosną niebotycznie.

Zawzięty.

 

- A ty niby kto? – ryknął na mnie kapitan.


- Jo? Nasz – usiłowałem wmówić mu brednię o wspólnych korzeniach, albo choć wątłym pokrewieństwie narodowym.


- Jonasz powiadasz – podrapał się w łysiejący łeb – Nie znam.


- Ale… - usiłowałem przejąć inicjatywę, lecz nieskutecznie.


- A skoro nie znam, pójdziesz na pokarm dla rybek. Dla jednej rybki! Takiej, na którą czaimy się wszyscy od dawna.


Nim się zorientowałem te jego zbiry – majtki z porannej wachty wraz z bosmanem sprawili mnie, jak szynkę do wędzenia. Spętanego podpięli pod największy haczyk na ryby, jaki w życiu widziałem, a potem dołożyli jeszcze niewielki ponton, który miał mnie utrzymać na powierzchni i bez buziaka na pożegnanie brutalnie wywalili za burtę. Taplałem się w niezbyt ciepłej, za to mocno osolonej wodzie, a z pokładu dobiegały mnie rubaszne porady, bym unikał rybek o trójkątnej płetwie grzbietowej, bo nie na nich zależy kapitanowi. Dzień dopiero zamierzał rozwinąć się wzdłuż osi dodatnich temperatur, lekko kolebiąc moim ubezwłasnowolnionym kadłubem ciągniętym na grubej linie za statkiem. Kibicom szybko znudziła się monotonia mojej mokrej egzystencji i pozostawili na warcie pechowego obserwatora, sami oddalili się na partyjkę pokerka, może nawet rozbieranego. Nikt mnie nie zapraszał, więc kołysałem się, zastanawiając, czy morska choroba, to dobry pomysł, gdy nadziei na śniadanie zabrakło. Monotonia ruchów powierzchni skłaniała do drzemki, co wobec braku alternatyw przyjąłem ze stoickim spokojem. Obserwację otoczenia pozostawiłem temu nieszczęśnikowi na warcie. Gdyby coś się wydarzyło, nie przegapi, bo go ze skóry obedrą kamraci.


Tego jednak nie mógł przewidzieć najczujniejszy nawet wartownik. Ocean uniósł się raptownie, spłynął z wypukłości lewiatana ochlapując wszystko i wszystkich. Gdzieś w epicentrum wypiętrzenia znalazłem się ja wraz z osprzętem wędkarskim.


- Jest! – usłyszałem zachwycony głos wartownika – Do mnie, ale migiem!


Pokładowa euforia ominęła mnie, gdyż lewiatan, w przelocie mnie połknął, przegryzając linę, jakby to była zbutwiała niteczka. Sunąc w dół przewodu pokarmowego potwora pomyślałem z wisielczym humorem, że na taki egzemplarz właściwszą przynętą byłby cały statek, a jego obie kotwice robiłyby za mizerne kotwiczki. Ocean zatrzepotał nerwowo, nakrył bydlątko i uspokoił się, kpiąc z marynarzy, że niby nic wielkiego się nie stało. Ja? Pierwszy raz w życiu spływałem wodospadem, górską rzeką, rwącą w nerwach stromym kanionem. A chwilę później przyziemiłem na pupkę z bolesnym „ała” na sztandarze. Woda znikła w fiszbinowych śluzach potwora, a ja zacząłem rozglądać się po nowym lokum. Więzienie miało rozmiar tak wielki, że świadomość uwięzienia nieco okulała. Razem ze mną uwięzionych zostało mnóstwo rybiej drobnicy i wszelkie możliwe „owoce morza”, czyli chwasty trudne do strawienia przez syty organizm. Ale dla mnie, który wysprzątał żołądek z treści do czysta, pokusa rozśpiewała się murmurandem spragnionych kiszek. Spływ wodospadem uwolnił mnie od liny sam nie wiem kiedy i jakim sposobem, grunt, że odzyskałem swobodę ruchów. Połknąłem trochę małży z wodorostami, bardziej treściwy posiłek odkładając na później. Chciałem pozwiedzać, żeby zorientować się w rozmiarze nieszczęścia. Żołądek potwora, jak się wkrótce okazało był niezłym śmietnikiem. Wszędzie walały się cywilizacyjne graty, ze sporą łodzią w całości, jakimiś sieciami, meblami, czy sporymi kawałkami drewna.


- Da się żyć – pomyślałem – mam tu wszystko, co trzeba, żeby przetrwać!


Znalazłem nawet rower leżący beztrosko za paroma skrzynkami leciwej whisky. Na pokładzie znalazłem latarkę-czołówkę, więc mogłem pozwolić sobie na zwiedzanie. Rower nieco skrzypiał, ale to pewnie od wilgoci. Grunt, że korozja bo nie pożarła. Pedałowałem bez pośpiechu, kontemplując wnętrze potwora. Kolorowe stawy kusiły niczym gorące źródła, jednak większość była toksyczna, pełna kwasów żołądkowych, a nie słodkiej wody. Sterty chwastów schły w stogach, w których rozmaite zwierzęta nieznane nauce wiły gniazda, czy inne legowiska. Nos drażnił fetor, narastający w czasie. Dojechałem do czeluści, z której wydobywał się ów smród i chwilę trwało, nim zrozumiałem, że dotarłem do mniej apetycznego końca układu pokarmowego. Zawróciłem, obiecując sobie obozować bliżej drugiego końca.


Pierwsza noc była trudna, jak dziewiczy sen lądowego szczura na statku. Ale z czasem zacząłem przywykać. Żeby nie popaść w depresję, podjąłem się sprzątania. Najpierw najbliższe otoczenie, potem coraz dalsze rewiry. Za wysypisko śmieci robił oczywiście „odpływ” lewiatana. Humanitarnie nie zapychałem go nadmiernie, żeby nie dostał niestrawności, ale co mniej użyteczne przedmioty i odpadki lądowały gdzie trzeba, żeby nie odbierać otoczeniu walorów estetycznych. Stołowałem się w kubryku statku, ostrożnie paląc drewnem, bo zimny prowiant dobry jest na krótszą metę, a ja zamierzałem pożyć odrobinę dłużej. Od czasu do czasu „mój” potwór – tak o nim myślałem, cierpiał jakieś dolegliwości żołądkowe, szczęściem niezbyt burzliwe, ale najwyraźniej systematyczna gospodarka odpadami polepszyła nie tylko mój, ale i jego standard życiowy.


- Da się żyć – myślałem każdego dnia, choć samotność zaczynała już drążyć tunele w moim optymizmie – Ale gdyby tak okazja się trafiła na godziwe towarzystwo, warto się przygotować.


Lekko pokpiwając z samego siebie, na wypadek niemożliwego wykonałem jednak pierwsze ruchy. Po gruntownym sprzątaniu najbliższych okolic, na statek zacząłem znosić „skarby”, czyli to wszystko, co na stałym lądzie za takowe uchodziło, choć tutaj było zaledwie śmieciem. Ładownie wypełniałem drogocennościami. Nawet skrzynki wiekowej whisky przy których znalazłem rower wniosłem pod pokład. Statek był moim domem, a reszta, to był mój świat. Brak słońca dokuczał równie mocno, jak brak kobiety, a gdyby jakaś się trafiła zrządzeniem losu – z mety stałaby się królową tego świata, choćby była szczerbata i kulawa.


- A gdyby tak… - myśl niepokorna korciła – A gdyby tak znaleźć sposób, by wrócić?


Korzystając z niezliczonych fiszbinów bestii ostrożnie wspinałem się ku paszczy potwora, unikając jęzora, ruchliwszego od całego miotu piskorzy. Raz tylko trafiłem, że lewiatan ziewał będąc na powierzchni i wnętrze jego olbrzymiej paszczy wypełniło światło dnia. To była ta chwila, gdy się rozpłakałem z tęsknoty za światem i obiecałem nie spocząć, nim się nie wydostanę. Jak wrócić? Przeciąć brzuch potwora? Raz usiłowałem machnąć szabelką i ciachnąć go w miękkie tkanki, ale reakcja była tak gwałtowna, że niemal utraciłem skromny stan posiadania. To zły pomysł. Przecięcie żołądka, to jeszcze nie wolność, a jak bestia utonie nim powycinam przejście w tłustych powłokach brzusznych? Zostanę w martwym, gnijącym brzuszysku, a potem morze mnie pożre. To zła droga do wolności. Sam wyjść paszczą nie zdołam, przez odbyt tym bardziej.


- Nie ma wyjścia. Musi mnie wyrzygać! A skoro tak, to musi mnie wyrzygać wraz z łodzią, dopiero wtedy mam szansę przetrwać na oceanie.


Plan szaleńczy, ale straceńcy chwytają się nawet mizerniejszych szans. Postanowiłem doprowadzić potwora do torsji i tak utorować sobie drogę na zewnątrz. Zgniłe ryby, to za mało. Za to w ładowni statku znalazłem całe beczki przypraw i spory zapas nafty. Jedno i drugie dzień po dniu ostrożnie windowałem w górę przełyku, by potem, kiedy potwór zbliży się do powierzchni skłonić go do torsji. Głębokość zanurzenia nauczyłem się rozpoznawać uszami – im głębiej pływał, tym bardziej zatykały się, przy powierzchni odzyskując czujność. Wreszcie przyszedł dzień prawdy. Szybkimi uderzeniami siekiery rozbiłem beczki z pieprzem i naftą. Mieszanina spływała w dół gardzieli, a ja korzystając z liny zjeżdżałem tuż obok. Kiedy strumień dotarł do żołądka, wsiadłem na statek, a w rosnącą plamę nafty cisnąłem płonącą żagiew. Pożar wspinał się do ujścia, oświetlając drogę ku wolności. Lewiatan ryknął raz i drugi, Zassał paszczą wody, ale naftę nie tak łatwo ugasić, bo pływa płonącą plamą po wierzchu. Wreszcie żołądek skulił się i eksplodował wypychając materię na zewnątrz. Najszybsza z możliwych podróż w powodzi iskier i śmieci. Wreszcie głuche plaśnięcie o wodę i…


- Byłem wolny!


Darłem się w niebogłosy, a stateczek kołysał się na drobnej fali. Uwolniony od płomieni żołądkowych lewiatan zniknął w głębinach. Wystarczyło, żebym dopłynął do lądu i zapomniał o niedoli.


A potem? Może zamiast zapominać, zapoluję na kapitana i jego załogę?

poniedziałek, 23 lutego 2026

O braku bruku i zbrukanej brukwi.

 

Dziewczyny długonogie, zadumane, może utrwalające w pamięci weekendową euforię, pozwalają uwieźć się (uwieść się?) Miastem, aż zerkam w nurt, czy poziom nie za wysoki, jednak Rzeka zachowuje się jak to na przedwiośniu – woda rwie, lecz zagrożenia nie widać. Nawet fosa miejska zaczęła odmarzać, a liczba rozpoczętych poważnych remontów drogowych sugeruje lepiej od pierwiosnków i przebiśniegów bliską wiosnę. Jeszcze chwila i znów będzie po co włóczyć się po wyspach, po mostach, po zakamarkach, w które nikt o zdrowych zmysłach nie zagląda, po podwórkach zapyziałych przez lata niezauważeń i chodnikach zadeptanych na śmierć milionami turystycznych buciorów. Czy czekam? Absolutnie nie, bo czekanie, to czynność (jeśli można w ogóle nic-nie-robienie nazwać czynnością), do której czuję wrogą niechęć. Uliczne oświetlenie, najwyraźniej zmęczone długotrwałą nocą zamknęło oczyska i mrok rozlał się po pejzażu zmniejszając poziom realizmu widzeń. W cieniu przedświtu fantazje staja się żywsze, łatwiejsze do spełnień. Nawet absurdom gotów jestem przyznać zauważalny poziom prawdopodobieństwa, gdy wymyślam ciągi dalsze nie posiadające ani ciągów bliższych, ani początków. Aż dziw, że rzeźbione papugi na wystawie milczą, jakby języka w gębie zapomniały. Stężałe niebo przewija wiatr, najwyraźniej pobudzony ciężkim granatem smużącym się od samego widnokręgu. Tonę w barwach zmarzniętych od wilgoci cegieł, aż marzną mi uszy.


Wracam, przyszpilony spojrzeniem dziewczyny o farbowanych włosach i namalowanej twarzy. Chyba jej nie pasuję, gdyż jako naturysta nie jestem wymalowany, tylko naturalny, choć nie nagi. Za to chłopak, który dogonił tramwaj ma makijaż bojowy, jakby dopiero zamierzał olśnić jakąś księżniczkę i włosy takie, że nie wszystkie dziewczęta mogłyby z nim stanąć do zawodów. Później, oczywiście w okolicy dworca PKP trafiam dziewczę w różnych półbutach – prawy jest czarny, a lewy biały.


PS Z mandarynki i siedmiu goździków zbudowałem kwiat, podnoszący poziom miękkiej magii aby wychylić kąciki ust do „być może” – niewysławialnej obietnicy każdego, nawet najzuchwalszego „później”.

niedziela, 22 lutego 2026

Partyjka we dwoje

     Na Niedobrych Literkach - https://niedobreliterki.wordpress.com/ opublikowano jedno z moich opowiadań. Portal uwielbia, gdy świat nie do końca jest takim, jakim widać go na co dzień i wszelkie anomalia uważa za mile widziane, pobudzające i wręcz proszące się by przyjść na świat. najwyraźniej udało mi się taki świat stworzyć i kto wie, czy magisterki z demiurgii się nie podejmę, bo temat nośny i aż się prosi o płodność. Jeśli masz kaprys przeczytać, to tu:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/02/20/partyjka-we-dwoje-by-daniel-wojnarowicz/

Ekstrakt o sile prokreacji.

 

    Onan powinien zostać świętym, patronem rolników, gdyż wierność kobiecie doprowadziła do zrzucenia nasienia w ziemię, aby Bóg, nie cierpiący marnotrawstwa zamienił je w zboże. Czyli bez kozery powiedzieć można, że wysiłkiem własnych lędźwi stworzył zboża, tak trudne do zastąpienia innym pokarmem.

piątek, 20 lutego 2026

Bez bez bezy, beza bez bzu.

 

Niebo poróżowiało z wysiłku, by napocząć dzień, ale chyba się udało. Rzeka niesie ku morzu zimowe brudy, a z wystawy zerkają z troską na świat drewniane anioły w spłowiałych sukienkach. Aż się uśmiecham na myśl, że tylko męskie cherubinki występują na golasa, a żeńskie obowiązkowo ozdabiają świat w sukienkach. Widać Bogu kobiece ciało nie za bardzo się podoba i kazał się im ukrywać.


    Zerkam na dziewczątka, rumiane i pyzate, posiadające na buziach całe gwiazdozbiory w czerni, rzadziej w złocie i dumam, czy to maskowanie pryszczy, czy ozdoba. Chyba wolę jednak podziwiać schody żywopłotowe, wspinające się do nieba. Irga-tawuła-rokitnik, zaczynają od kilkudziesięciu cm, a kończą na jakichś trzech metrach. Zza żywopłotu wyglądają na ulicę białe topole, jarzębiny i inne drzewa, którym wzrost na to pozwala.

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości 40.

 

Skuszony ideami pana A, reprezentującego barwy partii X zagłosowałem. Natychmiast po wygranej pan A zmienił szeregi (i głoszone idee) na Y, robiąc ze mnie idiotę. Skoro zdradził wyborcę, który go namaścił, powinien dożywotnio utracić mandat, a z urzędu powinno się go wyrzucić, może nawet wydalić.

czwartek, 19 lutego 2026

Serwis zaserwował w serwerowni ser na serwetce.

 

Chrzęszczący pod nogami śnieg świadczył o ujemnych temperaturach i termometr był niepotrzebny. Archeopan zerkał na mnie podejrzliwie, czy wsiądę w nie-swój/nasz autobus. Wsiadam. Po co ryzykować, że nasz nie przyjedzie. W środku szesnaście stopni, za to na plusie i pani, która dziś włożyła całe dżinsy. W tramwaju jeszcze zimniej. Z braku lepszych pomysłów zaczynam bawić się słowami. Znajduję Środę Popielcową, Tłusty Czwartek, Czarny Piątek, Wielką Sobotę, Palmową Niedzielę i Lany Poniedziałek. A Wtorek? Taki bezpański mi się ostał. W sam raz do przytułku dla niechcianych dni.


Zerkam przez okno na przystanek, a tam połowa oczekujących, to kanary. Wysiada kobieta z kubkiem kawy i drepce za taką, która niesie dwa kubki. Eskalacja. Zerkam, czy przodem zjadę kolejną z większą liczbą kubków. Ciąg arytmetyczny, albo nawet geometryczny mi się zamarzył. Nic z tego. Przodem to tylko wiatr otrząsa szadź z żywopłotów. Nawet kloszardzi rozmyli się w mroku i wtopili w niebyt.


Wracam. Usiłuje dosiąść się do mnie starsza pani o krótkich nóżkach. Żeby osiągnąć sukces, wspina się a cała kiść rozmaitych siateczek przewija się jej po przedramionach, zanim osiągnie szczyt i klapnie. Kawałek dalej siedzi pani z policzkami przypominającymi policzki buldoga, co nie przeszkadza jej wzbudzać sympatię.