piątek, 24 lipca 2026

Konserwator produkuje konserwy, czy je konserwuje?

 

Autobus pusty, jakby jakieś święto spadło znienacka na Miasto. Jeden zapatrzony w telefon amator porannych ploteczek i pani o łydkach opalonych mocniej niż uda (gdy będzie wysiadać ostrożnie sprawdzi, czy zabrała z siedziska własną pupę). Poza tym ja i kierowca. Pędzimy śpiącymi, pustymi ulicami, aż wsiada porośnięty dookolnie szczeciną gość i bogactwo wyboru miejsc siedzących go oszałamia. Może błędnik zaszwankował z wrażenia, dość, że chwiejnym krokiem zlustrował możliwości nim osiadł ciszej niż kurz na meblach.


Przystankowe donice uwolniły się już od namolnej, rocznej obecności młodych laurowiśni i przebranżawiają się na miejskie śmietniki i szalety. Trzeba iść z postępem. Z duchem czasu i wymogami rynku. Chłop o twarzy foksteriera przeżuwał wiadomości siedząc pod wiatą i nie były to radosne wieści, bo uśmiechem pyska nie skaził ni razu. Budowlaniec zmierzający do pracy we flanelowej koszuli i roboczych spodniach, na nogi wsunął klapki – nie wiem, czy są robocze klapki. Może chciał się kumplom pochwalić wykwintnym pedicure? W obie strony zasuwają składy MPK – tramwaj z doklejonym na zapleczu autobusem. Kiedy stają na światłach tworzą się ogromne komunikacyjne bloki. Kawki ćwiczą równowagę spacerując krawężnikami.


    Zrudziała Baryłeczka, która wczoraj pielęgnowała rzęsy w trakcie jazdy, dziś zajęła się ustami. Przeżyła, znaczy ma pewną rękę i mogłaby zostać chirurgiem, albo zegarmistrzem. Uśmiecham się do baru zlokalizowanego na rogu ulicy. Wzdłuż jednego chodnika widać reklamę – BAR MLECZ – piękna nazwa! Wzdłuż prostopadłej ulicy znalazł się koniec napisu NY – Nowy Jork? Tutaj? Uśmiecham się z tramwaju do popielatowłosej pani idącej mostem w wiśniowej spódnicy w białe kwiaty. Chyba była zaskoczona, może kombinowała skąd ją znam, a ja nie zdążyłem powiedzieć, że absolutnie nie. Chyba zdziczałem. Nie odzywam się do obcych, oni do mnie też nie. Aż dziw, że wargi mi się nie zrosły, jak nieużywane dziurki po kolczykach (nie, ja nie mam ani czynnych, ani zarośniętych, jednak wiem że blizny się zrastają w czasie). Skoro nie gadam, to choć się uśmiechnę od czasu do czasu i może to mnie ratuje. Zresztą – do kogo gadać, skoro połowa łazi z nausznikami, a pozostali i bez nich gapią się w monitorki?

    V4 YOUNG – brzmi lepiej niż młodziak za kółkiem?

czwartek, 23 lipca 2026

Kupić kupę kuponów, albo złupić łupinę.

 

Dziewczęta dziś jakieś senne, może śnięte, wodzą lakierowanym mgłą wzrokiem po zewnętrzu niegodnym ich uwagi. Zrudziała baryłeczka nie wypuszczając z dłoni elektro-papierosa maluje rzęsy korzystając z małego lusterka, by podziwiać efekty w trakcie jazdy po drogach, które w te wakacje nie zakwalifikowały się do remontu. Na przystanku szamoce się łysy King-Kong, usiłujący jakoś zapanować nad czterema sztukami bagażu. Na pewno mógł się spakować w liczebnie mniejszą zgraję toreb i plecaków.


Reklamy proponują mi kreatywną naukę, albo sugerują, że gdy ja podróżuję moje pieniądze mogą pracować – cóż na razie jest odwrotnie. Kolejny przystanek, a na nim facet o łydkach pogryzionych w milionie miejsc – zupełnie, jakby nocował z nogami w grzęzawisku pełnym pijawek. Chodnikiem sunie kobieta w marynarce i trampkach – czy to już „sportowa elegancja”?

środa, 22 lipca 2026

Kisiel się kisi w kiściach?

 

Rozległą swą urodę w pewnym pośpiechu przemieszczała w klimatyzowane wewnętrze, by tam dopiero odetchnąć pełną piersią. A drogi oddechowe miała zachwycająco bujne, najwyraźniej jednak niewystarczające by obudzić uczucia pana, który miejsce brakujących włosów wypełnił tatuażami. Tylko na czubku głowy zostawił wysepkę, z której uwił parę niezbyt okazałych dredów spiętych gumkami. Całość przypominała gniazdo remiza przyklejone do łba otworem wlotowym.


Przesiadam się na tramwaj, a tam kobieta w czerni, rekompensująca pewne niedostatki wzrostu rozpasaniem w pozostałych osiach. Była jedyną (prócz mnie)osobą o zadowolonym obliczu. Ja uśmiechnąłem się jeszcze bardziej, gdy przeczytałem treści z tramwajowego monitora, który twierdził, że jest godzina 20.47 dwudziestego siódmego kwietnia 2023 roku. Cofnęło mnie w czasie? Nie zamierzałem się kłócić. Młodość mnie pochłonęła beztroska i płocha. Chociaż 22.07 (przed PRL - E.Wedel) to niezła data i w sam raz na czekoladę doustnie.


Na chodniku podziwiam kaligrafię. Ktoś wysilił się na napis KACZYSKO, nie zrażając się podkładem w drobną kostkę granitową o nieregularnych krawędziach. W zaciszu miniaturowego skweru, przy ławeczce trafiam chude zjawisko o pogłębionej bladości. Poły długiego płaszcza rozwiewał wiatr, pozwalając czerni błyszczeć okruchami metalu rozsianymi tak po stroju, jak po ciele. Zjawisko pakowało w reklamówkę zapasy pozwalające przetrwać najbliższy tydzień.

Ekstrakt o braku równowagi.

 

Mawiają, że szczęśliwa kobieta w domu, to skarb, wart każdego wysiłku. Ortodoksyjnie wysilam pamięć, chcąc wyszukać w niej powiedzenie o szczęśliwym facecie, niechby w tym samym domu, jednak bez skutku. Czyżby ta opcja była niemożliwa, albo niewarta zachodu?

wtorek, 21 lipca 2026

Ceramiczna cera mima.

 

Pole widzenia opanowały kobiety w czerni i zaledwie pojedyncze ramiączko stanika w bieli na słabo opalonym ciele usiłowało rozmleczyć tło. Jakiś byczek zmarznięty okrutnie naciągał na czapkę kaptur, gdy wietrzysko mozoliło się, by potrząsnąć listkami czerwonego dębu. Pusto od wrażeń, a i ludzi mniej niż zwykle. Do tego rejestracja D7 TRUE zdaje się kpić z mojej mizernej konkluzji. Pani skończyły się papieroski, więc zabrała psa „na spacer” do Żabki, by móc kultywować nałogi bez poczucia winy. A że tak o brzasku wynurzyła się z pościeli, to i włos zmierzwiony burzliwą nocą poniosła w przestrzeń.

poniedziałek, 20 lipca 2026

Temu bogatemu Bogu miła była Bogumiła.

 

Panowie grzeją dłonie pod pachami – własnymi, żeby nie było niedomówień. Czyli, chyba-zimno. A do autobusu wsiada dojrzała niewiasta o pancernych łydkach i klatce piersiowej wyglądającej raczej na umięśnioną, niż zawierającą piersi, w stroju w sam raz do ćwiczeń fizycznych. Kulturystka, czyli pani od kultury (ciała?). Zerkając na stan chodników w centrum Miasta dochodzę do wniosku, że weekendowa ulewa była z tych bardziej rozpasanych. W opłotkach nie było aż tak „intensywnie” – słowo nadużywane podczas relacji z meczów piłkarskich, kto wie czy nie robi medialnej kariery.


Emerytowany Dżokej ściga pieszo pięknie wyprostowaną, dystyngowaną panią. Istna księżniczka, ze szlachetną elegancją drzemiącą w każdym ruchu. Schodzę im z drogi, w duchu życząc powodzenia Dżokejowi - w pościgu i nie tylko. Latarni nudzącej się na kamiennej balustradzie mostu mocno się spociło, albo spłakała się minionej nocy, bo wciąż perlą się pod nią tłuściutkie krople, połyskujące w słońcu jak brylanty.


Chłodny wiatr studzi emocje, a ja dumam bez nadziei na rozwiązanie dylematu – jeśli mój telefon fabrycznie wyposażony został w jakieś aplikacje, których nie używam, to one są wyłączone tylko dla mnie, czy dla operatora także? Raz sprawdziłem własną „oś czasu”, choć z GPS nie korzystałem i okazało się, że telefon WIE, skąd i dokąd przemieszczałem się parę miesięcy wstecz, a nawet przypomniał mi, o której i z jakiego autobusu skorzystałem. Oglądając filmy, podziwiam działanie systemu rozpoznawania twarzy z wykorzystaniem ulicznych i samochodowych kamer czy telefonów ludzi z marginesu planu filmowego. Każdy współczesny aparat robiąc zdjęcia, potrafi wyszukać w zasięgu migawki twarze, by nadać im ostrości. A jeśli ja nie korzystam z aparatu, tylko gadam, to też je znajduje? Żeby mimowolnie nie zrobić przechodniom krzywdy, schowałem aparat głęboko w plecaku (prywatna czarna dziura, wyłącznie do użytku osobistego). Cóż - tak naprawdę, nawet w przewlekłym marszu nie nauczyłem się korzystania z zaawansowanych usług teleinformatycznych, więc wymieniłem wieloczynnościową maszynę cyfrową na klawiszowca, a z sieci korzystam stacjonarnie, opierając zad na czymś miękkim, powiedzmy pluszowym.


Powinno mocno mnie niepokoić, że serwery zbierające rozmaite dane znajdują się daleko poza granicami Polski? Ostatecznie, nawet gdyby przechowywane były na miejscu, zdeterminowany uległy/pazerny urzędnik przekazałby je, nie licząc się z interesem podwładnych.


PS. Czy komplementem jest wyznanie kobiecie, że przepięknie się starzeje?

niedziela, 19 lipca 2026

Moc emocji.

 

    Elegantka, której strój w rejonach górnych składał się z ramiączek w różnych kolorach wypasała psy na trawie. Psy co prawda żreć nie chciały, ale „przykucneły” i pod czujnym okiem posiadaczki opróżniły pęcherze. Pani była z nich taka dumna, że zignorowała tabliczkę na skraju trawnika – teren zabaw dla dzieci. Prosimy nie wyprowadzać psów. No i nie wyprowadziła! Szczały tam do woli, a analfabetka roztaczała wdzięki – gdybym miał zgadnąć, to bezdzietna analfabetka.


    Zakładając, że każdy piesek wysika zaledwie setkę trzy razy dziennie, roczne skropliny osiągną niemal 110 litrów (ponad połowa dużej wanny). Nie wiem, ile jest psów na osiedlu, ale posiadacze eskalują – kto miał jednego, ma teraz dwa, albo i trzy. Na pewno psów jest więcej niż dzieci (ostatnio na placu zabaw dziewczynki osiągnęły przewagę nad chłopcami w stosunku 8:1). Przy setce psów będzie to dziesięć hektolitrów. I ta skromna wyliczanka nie świadczy o mojej nienawiści do psów – to nagie fakty – gówienka (te gęste) obecnie często są zbierane. Mocz zostaje - nie w przestrzeni prywatnej posiadacza, ale w przestrzeni ogólnej. Schną drzewa oszczane nadmiernie, a smród rośnie gdy słońce zacznie osuszać plamy.


    Nie rozumiem, dlaczego cudzy pies ma być moim problemem. Gdybym ja regularnie sikał komuś pod oknem/klatką schodową/własnoręcznie posadzonym drzewem, zapewne błyskawicznie spacyfikowałyby mnie SŁUŻBY. A już spacery z psem do apteki, piekarni, czy warzywniaka uważam za ohydną sprawę – kupuję pieczywo, a tam cudzy „pieseczek-on-nie-gryzie-tylko-się-tak-cieszy” wytrząsa kurze i pchły na moje zakupy.

piątek, 17 lipca 2026

Godne choć głodne gody w jagodach.

 

    D6 LUCKY – gdzieś w przelocie dostrzegłem, jak stało sobie autko z taką „dedykacją”. W autobusie przysiada się do mnie jakiś Kozak, który słucha wiadomości z telefonu bez słuchawek. Głodny musiał być bo nieustannie dokarmiał się tym, co mu zalegało w górnych drogach oddechowych. Suma wrażeń zniechęcała skutecznie i nawet piersiątka swobodnie brykające pod bluzeczką dziewczyny bez końca drapiącej się po podbrzuszu nie pozwoliły na poprawę nastroju. Grunt, że upał doskwiera i wytapia nawet nadmiar niechęci.

W upał łupał łupki w łupinach łopianu.

 

    Szlachcianka Z Zaścianka wystąpiła dziś w barwach narodowych. Może przegapiłem jakiś mecz, albo demonstrację? Patrzyła na mnie jak na robaka (znów), więc pewnie coś ważnego mnie (znów) omija. Małżeństwo Tiki-taki dziś w maseczkach ochronnych. Wyświetlacz na przystanku ostrzega - Jakość powietrza umiarkowana… zaledwie. W autobusie farbowane matrony pachnące markowo, drogo i chowające się pod tym aromatem, by w spokoju wreszcie popełnić poranną prasówkę. Za oknem ścieżką rowerową pruje kolarka w czarnej sukni. Biała bielizna podkreśla jak pięknie jest opalona. Choć zerkanie na panów jakoś mi nie idzie, może przez wzgląd na znikomą wartość estetyczną, to jednak popatrzyłem na chłopa, którego głowa wyglądała jak balon, z którego zeszło trochę powietrza – zabrakło dołu. Góra w miarę ludzka, ale dół? Bez podbródka, wszystko takie zwiędnięte, niemal nieistniejące, budzące współczucie. Groteskowa twarz będąca pewnie następstwem czegoś dramatycznego. Wrotycze, bylice, nostrzyki i szczeć porastają beztrosko nieużytki. Póki jeszcze Lex Szarlatan się nie rozpędził, pozwalam sobie na zauważenie. Potem? Kara za treści „szkodliwe” może sięgnąć milionów i to bez sądu – urzędnik będzie decydował, kto jest szarlatanem, skazywał go na kary i usuwał z Internetu szkodliwe treści – owszem, będzie się można odwołać do sądu, ale dopiero po fakcie, czyli za jakieś 5-10 lat, a tymczasem zielarze, naturaliści, terapeuci i inni wyprzedają się z ziołowych herbat, maści, zdrowotnych nalewek, bo strach jest wielki przed zawziętością prawa i Big-Farmy. Kto odważy się teraz zrobić syrop z tymianku na gardło, nie zawierającego „specjalnej formuły” koncernu farmaceutycznego Specjalna formuła zawiera na ogół śmieci, a czynnikiem sprawczym jest tymianek, lecz tymianku opatentować się nie da za to formułę można? Bez ochrony, pod naporem naprawdę wielkiego kapitału farmaceutycznych gigantów znikną zewsząd mądrości naszych babć. Ostatnia okazja uzupełnić księgozbiór, by dać sobie radę, gdy niewydolny system zdrowotny będzie nas zabijał na raty.


    Potem rozkojarza mnie tablica rejestracyjna z cyframi 1024 – matematyk w szkole średniej ilekroć mógł napisać taką liczbę na tablicy, podkreślał ją słowami – lubię równe liczby. A widząc zdumienie uczniów wyjaśniał, że w systemie dwójkowym liczba 1024 to 2 do potęgi dziesiątej. Człowiek wart wspomnienia; każdego roku przy byle okazji dzielił się z uczniami zagadką. Jak rozpoznać, czy to łabędź, czy łabędzica? (kto nie zna, podpowiem – rzucamy chleb do wody – jak WZIĄŁ, to łabędź, jak WZIĘŁA, to na pewno łabędzica). Emocje potrafiły nim zawładnąć tak, że się pocił nad miarę opowiadając. Kiedy sięgnął do kieszeni po chusteczkę, zamiast niej trafił banknot 50 złotych i nim osuszył czoło i skronie. Banknot był z czasów PRL-u, jeśli to istotne.


    Jadę nie swoją trasą i podziwiam pięknie odrestaurowane kamieniczki, między które wdarło się „nowoczesne” gmaszysko – istny brzydal psujący harmonię. Stopy pań często kryją się w crocsach – japonkach i sandałkach. Najwyraźniej służy im to obuwie, choć to guma. Nie obciera i nie odparza, a stopa oddycha. Informacja jakoś się rozchodzi w obrębie płci i coraz więcej pań je nosi latem. Czyli MUSZĄ BYĆ WYGODNE. Pożądane. Może tak samo dzieje się z leginsami? Nietrudno wyobrazić sobie, że mają zalety. A wzrok panów nadaremnie łykających ślinę? Wg reklamy – bezcenny!


    Piękna pani w rozmiarze, którego nawet się nie nazywa w świecie mody dreptała sobie ku własnej codzienności i nie wyglądała na zmartwioną stanem posiadania. I słusznie. Ja, bez udziału świadomości określiłem ją jako Wielkoduszną – mniejsze ciało miałoby ogromny problem z duszą jej rozmiaru. Wsiadłem znów, tym razem wracając po raz pierwszy dziś i wzrokiem potknąłem się o chłopaka w okularach w koszulce z napisem podzielonym między przód i tył: Głównym aktorem – Śląsk z Motorem. Spontanicznie i z równym brakiem jakości poetyckiego przekazu treści odbijam w myślach: Najlepszym kąskiem – Motor ze Śląskiem! Wzdłuż miejskiej fosy wędruje dziewczyna-ósemka. Krągła górą i dołem, w środku ściśnięta obrączką do zaniku wymiarów. Uśmiecha się, jakby usłyszała tę moją niby-poezję. Nim się odśmiechnę – jesteśmy już poza zasięgiem jej wzroku – może jednak sięgnęła tym szóstym? (rejestracja z czterema szóstkami, to coś, o co się potknąłem dziś, by wyprostować się na D7 ASAP jakiegoś korpo-ludka). Autobus przedziera się przez korki spowodowane niekończącymi się remontami i staje na wprost budowy. Czytam tablicę budowy – taka duża, żółta, z czarnymi literkami i nawet skrupulatnie wypełniona czarnym markerem:

    - Rozpoczęcie budowy – 05.01.2026

    - Zakończenie budowy – 03.01.2026

    Najwyraźniej kierownik budowy opanował podróże w czasie i skończy pracę dwa dni przed rozpoczęciem budowy.

    - Ja? Mam kłopot, bo widzę głębokie wykopy pod podziemny parking, a budynku wcale, choć mamy już lipiec 2026… Mam iść do okulisty, czy do psychiatry?

Ekstrakt teoretycznie spiskowy.

 

    Informacja, to broń, powtarzają jak mantrę znawcy tematu. A skoro SI gromadzi i analizuje dane - została wykonana praca, a wiedzy nie zdobywa się po to, by się marnowała. Dane gdzieś w końcu trafiają i ktoś je sprzeda, by kupić mógł ktoś.