Słońce rasistowsko mnie napastuje. Umazany pigmentem na brąz coraz mniej przypominam białego człowieka. Może to i lepiej, bo ten wiecznie na cenzurowanym. Od kilku lat najlepiej mieć korzenie ze stepów akermańskich, niż być rdzennym (ha! Na ziemiach odzyskanych niełatwo być rdzennym, bo w tyglu historii tak wiele nacji może się pochwalić przodkami, czy podwładnymi właśnie stąd) tubylcem.
Zatłoczonym deptakiem biegnącym wzdłuż brzegu pani wiozła walizę tak pełną muzyki, że aż się z niej wylewało – wystarczało dla wszystkich, a siła rażenia sięgała dalej niż wzrok. W morzu? Gęsto. Panowie z butelkami piwa, panie w strojach rozmaitych i wszystko kołyszące się do rytmu dudniących ze sceny bębnów. Dwie nastolatki z glanami-podkolanówkami przewieszonymi przez ramię usiłowało tańczyć w wodzie i wcale nie były odosobnione. Na plaży taki ścisk, że można dorobić się nieswojego dziecka, względnie utracić własne – i to bez nielegalnej aborcji.
PS. Usłyszałem anegdotkę – morską, czyli na czasie. Na brzegu kuca malutka dziewuszka i coś tam sobie kreśli łapkami w piachu i przemawia do Bałtyku no chodź głupie morze, chodź! Morze grzecznie podpłynęło pod malutkie rączki, a dziewczynka oburzona krzyczy – ale nie tak bardzo!