piątek, 19 czerwca 2026

Zespół zepsuł kosztowny krzyk kszyka w koszyku.

 

Autobus przyjechał z mokrymi (od zewnątrz) szybami. Pewnie brał prysznic dla ochłody przed zbliżającym się skwarem, albo boi się zwiędnąć gdzieś na pętli. Przez te mokre okna zerkam i czytam, co czynię machinalnie:

- My perfect break,

- Energy for you,

- Barber shop,

- Welcome to a better day,

- Medical center.

Naprawdę trzeba reklamować firmy i usługi w języku obcego kraju który wyparł się całej Europy? Dzieciaki w swoim slangu mają tak wiele wtrąceń i dziwacznych skrótów, że trudno w tym rozpoznać polszczyznę. Może ktoś usiłuje ukryć własne kompleksy, brak wartości, przegiętą marżę, podłą jakość? I po co to komu? Gówno nie zacznie pachnieć, kiedy nazwiesz je shit.


Okazała dama w bieli na hulajnodze wytrąca mnie z zawziętości, a barszcz Sosnkowskiego kolonizujący zrekultywowane wysypisko śmieci sprowadza na ziemię. Kępka dziurawca osiedliła się między pasami ruchu i ściąga wzrok ciemnożółtymi słoneczkami kołyszącymi się na wietrze. Kolejny napis dla odmiany poprawia mi samopoczucie – kwiaciarnia nazywa się KWIATOLUBNA. Do autobusu wtacza się dziewczątko w czerni z metalowymi smarkami i różowiastą walizą-krową. Dziewczątko ma na sobie tej czerni nie za wiele i pewnie resztę kryje krowa, ale ten fragment przyszłości będzie już mógł podziwiać ktoś odległy, bo wysiadła przy dworcu. Przypominam sobie wczoraj widzianą dziewczynę w koszulce FC Barcelony związaną pod biustem, by opalić nereczki. Sądziłem że na plecach znajdę nazwisko pani Pajor, ale jednak zajął je pan Lewandowski. D0 NUGAT – stoi i nudzi się czekając na wyzwania ze strony posiadacza. Niedaleko nagiej babci na kościelnym murze znajduję fioletowe spostrzeżenie artysty – SŁOŃCE ZASZŁO – kto jest ojcem i czy dziecię zdrowe, tego już nie wiadomo. Na bulwarach szaleństwo „małej architektury”. PIN CATERING (i inni) rozstawiają namioty ławy i stoły, czyli kulinarne szaleństwo za chwilę się zacznie i znów zabraknie miejsca nad Rzeką, a wielkie żarcie zbierze żniwo – ciekawe, czy farmacja szykuje się już na wątrobiarzy, cukrzyków i otyłych na życzenie, by zarzucić świat „wyrobami medycznymi” i suplementami pozwalającymi zeżreć więcej i częściej.


Emerytowany Dżokej znów w siodle! Dosiadł wreszcie, może nie szlachetnego rumaka, ale rower – cóż, też ma siodło i potrafi rozwiać włos na wietrze. Jak tu mieć zaufanie do knajpy crême oferującej pierogi domowe? Już prędzej bistro palce lizać brzmi jakoś bardziej tubylczo, choć bar byłby jeszcze lepszy. Kompletuję działalność literacką na tablicach rejestracyjnych P6 RANGE, D1 SENSO, V8 LAVIE, V6 FEEL. Mnożą się te wybryki literackie na potęgę.


Wracam nadziewając się na obraz beztłuszczowej dziewczyny pałaszującej łyżką coś dużego z plastikowej miski-talerza. Patrząc na nią zawartość pewnie jest dietetyczna, albo zgoła o ujemnym bilansie energetycznym. Podziwiam pocąc się i współczując krągłościom wciśniętym w czernie, gdy słońce potrafi wytopić wodę i tłuszcz nawet z nagiego ciała. Przed sklepem z piwem stoi koziołek reklamowy a na nim reklama: dziś na kranach - IPA, APA, UPA – trochę się zapędziłem, ale trafić piwo, które smakuje jak piwo, a nie wynalazek szaleńca który po prostu musi odcisnąć swój talent na wytworze, to już sztuka. Gdy koncerny masowo używają żółci bydlęcej zamiast chmielu napój staje się trudny do wypicia i trzeba szukać mniejszych browarów, ale kto powiedział, że skórka od grapefruita, to doskonały pomysł na piwko? Ech! Dobrze, że choć kefir zachowuje się uczciwie.



czwartek, 18 czerwca 2026

Wraca przez wrota na wrotkach.

 

B0 JUTRA – na początek. A na tylnej szybie reklama Centrum Edukacji Sensorycznej Bohater Jutra. I wszystko jasne. Ciułam widzenia podróżne do kolekcji na dziś, gdy dziarskie babcie dominowały przestrzeń. Pierwsza z cyberpapieroskiem, w dżinsach za kolanko i takim zestawem dziur, że szwajcarski ser zgliwiałby z wrażenia. Krążyła po przystanku nieco rozjuszona niekompetencją komunikacji miejskiej każącej JEJ CZEKAĆ! Druga to nawet wsiadła do autobusu którym jechałem. Dżinsy-dzwony miały nogawice kosmate i kudłate. Masa frędzli wycierających chodniki wymagała wizyty u stylisty-fryzjera, ale najpierw mycie, najlepiej podwójne. Pani wdała się w smart-potyczkę z wirtualnym światem i tyle ją widzieli. Trzecia? A i owszem. Trzecia babcia namalowana była na ścianie kościoła. Nagusieńka i uśmiechnięta siedziała sobie z jedną nogą podgiętą pod siebie (bo pod cóż innego?) i robiła szal na drutach. Żółto-czarny. Początek ozdabiał już szyję, drugi koniec dopiero powstawał. Malarz litościwie poukrywał newralgiczne fragmenty nagości i nic nie drapało od patrzenia.


W drodze wysupłałem z siebie myśl, że kobiety mają w sobie więcej żaru od facetów. Chłopaki poubierane w dwie-trzy warstwy i skarpety, a dziewczyny z gołymi nogami i często wybierały krótkie rękawy. Na bocznej elewacji budynku wyższego od sąsiednich o jedną kondygnację pyszni się wielki napis DNO. Dno na górze? Intrygująca koncepcja. Jakiś typek zaraża przestrzeń nadwyżką własnych preferencji muzycznych i łupu-cupu przedziera się spod słuchawek opadając na niczego się nie spodziewającą publikę. Idąc wzdłuż Rzeki podziwiam mycie mostu wodą pod ciśnieniem. Śpiący kloszardzi obudowani dobytkiem cicho poświstują ostatnie sny i nie przeszkadzają ptakom pleść arie miłosne. Stadko rozchichotanych, cycatych księżniczek pruje po chodniku na hulajnogach, pozwalając powiewom na wyrafinowane pieszczoty. Jadą gęsiego, więc może to były gąski?


Kopciuszki bawią się w berka z wróblami. A może to konkurs, kto „bardziej” fruwa? Jaskółki uwijają się niezbyt wysoko, co słabo wróży tym, co pragną się dziś opalić. Kępa traw wyrosła w rynnie niepostrzeżenie rozsiewa potomstwo po okolicy, licząc na łaskawość losu/wiatru.


PS. Przeczytałem niewymuszenie: Zawsze jest coś, co próbuje cię zabić. Ananshael (Bóg śmierci) jest wszędzie. (Brian Staveley Miecze cesarza). – Tak prawdziwe, że aż boli. I co? Odkryłem, że przecinek kursywą jest „bardziej pochyły” (różnica - dla niewiernego Tomasza: , ,). Ale to tylko „przy okazji”.

środa, 17 czerwca 2026

Spocony spot o sporcie w porcie.


    Po raz nie wiem który padam ofiarą nowomody transportowej. Kiedy kierowca MPK trafi na cienki strumyk „zielonej fali” i przejedzie bez postoju ze dwa skrzyżowania (w Mieście jest ponoć działający inteligentny system transportu), wówczas na dowolnie wybranym przystanku nabija minutki „oddając” zaoszczędzony czas i stoi sobie beztrosko jak jakiś obelisk. Żeby nie gnuśnieć – patrzę. Chudy gość w czerwonych adidasach idzie tak, jakby chodnik był z gumy i uginał się pod ciężarem kroków. Może marynarz na wakacjach? Od strony dworca szedł, więc kto wie, czy nie przyjechał właśnie na kurację odwykową w skostniałym, miejskim środowisku.

    Kopciuszek zwiedza przykościelne doły wydziobane w trawniku jednym z niekończących się remontów. Jawory obwieszone gronami nasion, lipy pachnące obłędnie i trudny do zlokalizowania śpiew ptasi prowadzi mnie przez park pełen wilgotnej zieleni. Podagrycznik cichutko rośnie obok pokrzywy i wspólnie zerkają na mężniejące ambrowce amerykańskie. Rozłożyste katalpy zawłaszczają spore połacie burego nieba zarażając je młodą zielenią. Podzwonne mostu rdzewieje w cieniu wiązu. Przy pięknym granitowym pomniku pamięci ofiar wołyńskich krzyczy na mnie szpak, nerwowo drepcący wśród śmieci z conocnej bibki. Pewnie znów kozacza hołota bawiła się do bladego świtu przy markowych trunkach i szukała okazji do walki wręcz z przechodniami – na wypadek gdyby front ich zaskoczył właśnie tu, nad Rzeką. Rzeka tymczasem pobłażliwie, acz z pewną dozą złośliwości kopiuje w nurcie pejzaż najstarszej części Miasta – Dzielnicy Boga. Betonowa ściana szczerzy się do mnie szablonowym drukiem pytając Jak się czujesz? Więc odśmiecham się, choć nie zwykłem rozmawiać ze ścianą.

Kolekcjo-nerka.


    - Fakju Maniek! - społeczne doły wyszły z miss-Grażyny równie szybko jak pośladki z dżinsowych szortów – Odpieprz się!

    Maniek grzecznie (jak na miss-Grażynę) pouczony - odpieprzył się. Nawet czyniąc to, myślał o niej miss-Grażyna. Nauczyła tego wszystkich już dawno. Kto był mniej pojętny trafiał na listę osobistych wrogów i pościł tam, aż zdechł. Z miss-Grażyną warto było trzymać, bo potrafiła z tych szortów wyskakiwać w takim tempie, że nawet napaleniec nie zawsze zdążył ze wzwodem na czas. Tam gdzie urzędowała miss-Grażyna języki znali tylko wracający z jumy z workiem pełnym wymienialnego szczęścia, dla pozostałych języki obce były jak sama nazwa wskazuje-obce. To dlatego miss-Grażyna musiała Mańkowi z ichniego na nasz przełożyć, żeby skutecznie odkleić go od własnego tyłka, który akurat miał coś pilniejszego do zrobienia, jak świecić dla Mańka w wersji non-profit. Idea darmowego świecenia jakoś nie została przyswojona przez miss-Grażynkę. Zawsze (prócz nasienia) pobierała cokolwiek się udawało pobrać, gdyż uboga lokalna męskość zbyt wiele nie posiadała, jednak (zdaniem miss-Grażyny) wszyscy bardziej cenili ją wiedząc, że oskóruje ich z dóbr do cna, względnie (niechętnie) zadowoli się usługą typu mycie okien, zakupy w spożywczaku, czy choćby wyczyszczenie jej trampek.

    A, właśnie! Dla porządku - jeśli słowo juma jest dla Ciebie słowem obcym, szanse że spotkasz miss-Grażynę są mniej niż iluzoryczne.

    Miss-Grażyna była stworzona do większych rzeczy i te wszystkie przyziemne obowiązki nie znajdowały do niej dostępu. Kiedy nie udzielała się cieleśnie na rzecz pospólstwa… no właśnie! Nikt nie wiedział co robi, gdy robi coś innego niż… Tymczasem miss-Grażyna miała hobby! Pielęgnowała je starannie i w wielkiej tajemnicy. Była fotografem amatorem. Paparazzistką, co ukradkiem lub telefonem pstrykała zdjęcia wszystkich pań, na których obliczu dostrzegła choćby szczątkową nienawiść do siebie. Czyli najczęściej żon, dziewczyn i konkubin facetów korzystających z łaskawości demokratycznego tyłka miss-Grażyny bez umiaru. Najbardziej spektakularne fotki mis-Grażyna drukowała na papierze fotograficznym i oklejała tablicę wiszącą na ścianie obok telewizora. Wciąż miała niedosyt skwaśniałych, wściekłych twarzy kobiecych i dlatego… eskalowała!

    Aby podgrzać atmosferę pleneru zdjęciowego umyśliła sobie, że trafi obiekty w chwili doskonałej furii. Umyśliła sobie pozyskać obraz wściekłości niewieściej z chwili, kiedy facet takowej piękności będzie mozolił się na zadku miss-Grażyny, w już uchylonym przedsionku orgazmu. Pozyskanie numerów owych pań i dyskretny anonim donoszący o akcie w trakcie nie były szczególnie łatwą operacją, jednak efekty spełniały oczekiwania i warte były każdego wysiłku. A nawet kilku zadrapań w szale zadanych jej rykoszetem.

    Tymczasem Maniek wyasygnował kwotę utajoną na intymność pozamałżeńską i już zamierzał zmierzać ścieżką ku przedwczesnemu (z punktu zapotrzebowania miss-Grażyny) wytryskowi. Miss-Grażyna musiała erotomana skarcić i powstrzymać zapędy do czasu, aż „jego luba” znajdzie się w zasięgu obiektywu. Dopiero wtedy – niech się swawolna dusza rozhula, by piekło jednak się wydarzyć mogło! I żeby zawisło w samym centrum tablicy nieustannego pasma sukcesów łowieckich miss-Grażyny.

wtorek, 16 czerwca 2026

Ranny tur z Turowa runął z rana na tor w Toruniu.


    Roślina, którą roboczo (z braku pamięci) nazwałem rdestem, okazała się krwiściągiem. Czyli dobrze nie jest. Dziewczyna o kolanach wystawionych na żer powiewu natury biegła do paczkomatu, chcąc odebrać przesyłkę nim autobus nadjedzie. Na drzewach czerwienią się czereśnie – przynajmniej tam, gdzie szpaki i ludzie nie zdołali ich pożreć.

    Widzenia przystankowe mnożą się bez końca. Na jednym budowlaniec popijał coś z termosu, a następnie z torby wyciągnął keksówkę – kierowca niestety nie poczekał i odjechał zanim człowiek dobrał się do zawartości. Szkoda. Fachura zaspokoiłby apetyt, a ja ciekawość. Pasztet, czy jednak ciasto? Samochód nauki jazdy z rejestracją D1 ZDAM sugeruje skuteczność działań więc jeździ od brzasku by więcej młodych kierowców mogło poćwiczyć Jedz w porannym szczycie. (wracając trafiam D3 NIRO, co chyba miało oznaczać DENIRO – psychofan aktora, czy co?)

    Kolejny przystanek i pulchna pani truchtem zmierzała do piekarni, a jej krągłości usiłowały nadążyć za apetytem. Rozkojarzyła mi zmysły i czułem się jak kibic tenisa stołowego ścigający wzrokiem piłeczkę ping-pongową. Następny – kobieta z krótko ciętą fryzurką wykonywała ćwiczenia rozciągające, ziewając przy tym okrutnie, czym zarażała innych. Jeszcze jeden i znów damskie ćwiczenia. Tym razem pani kołysała się w rytm dousznej muzyki przenosząc ciężar ciała z pięt na palce i wspinała się przy tym na nie, jak wypatrująca zagrożeń czapla pośród trzcin.

    PS. Mijane kobiety bardziej przypominają swoje córki niż moje koleżanki.

sobota, 13 czerwca 2026

Kuracja skórą kury.

 

    W telegraficznym skrócie. D0 HYDRA – niepokojące, mknące Bóg wie gdzie. Może do hydry, a może nie. I w dzielnicy, której nie zwykłem zwiedzać, a gdzie mnie wywiózł tramwaj z przyczyn braku torów tam, gdzie jeszcze wczoraj były (wiadomo; remonty śmierć i podatki są wieczne) na ulicznej skrzynce energetycznej trafiam przesłanie jeszcze bardziej niepokojące – LUSTRO SSIE. Nie zostaje nic innego, jak sprawdzić kogo/co ssie. Na razie objawienia nie było. Lustro trwa jak trwało i nic nowego w nim nie widać.

czwartek, 11 czerwca 2026

Puchacz puchnie w puchu.


    Las parasoli na przystankach zagęszcza tłok. Smutna pani w ramonesce i sneakersach ziewała spoza zaparowanych szkieł. Intrygujące, że kobiety zazwyczaj noszą większe szkła niż mężczyźni. W tramwaju gęsto od wilgotnej obojętności. Lektura wyświetlaczy wspomożona kawą z tekturki pozwala na chwilę zapomnieć o zewnętrzu. Rzeka pije tracąc blask, ale zamszowa też wygląda pięknie. Wiatr do spółki z deszczem strąca płatki kwiatów z jaśminowca i układa nietrwałą mandalę w nurcie. Czterdziestoletni blond-smuteczek mimochodem chwali się pierścionkiem z brylantem, napomykając dyskretnie, że życiorys ma już wypełniony szczęściem, którego nijak nie potrafię dostrzec. Wysoka kobieta o karnacji wypieszczonej słońcem patrzy na mnie ze zdumieniem, że taki tępak ze mnie, ale nadal nie potrafię. Może dlatego, że rozkojarza mnie Pinokio wiszący w oknie wystawy Sklepiku Z Cudami – linczem zakończyła się noc wśród maskotek? Bezwzględna ta maskarada. Masakra maskotek na maskaradzie… brr!

    Crocksy-podkolanówki? Znaczy te… kalosze? Zerkałem i zerkałem, ale przecież pod spódnicę dziewczęciu nie zajrzę, bo mnie obedrą ze skóry w tramwaju. Albo ona sama mnie skatuje, bo kiecka w cętki i pierwszy użytkownik zapewne słabo wspomina spotkanie z niewinna dziewczyneczką. Istny Czerwony Kapturek, tylko kolor się nie zgadza. Jadę. Wysoka blondyna z długim, końskim ogonem ma na sobie bielutka suknię, pod nią białe dżinsy, a pod nimi białe rajstopy. Tę inwazję bieli przerwały nie buty (białe), lecz kurtka w czerni. I z autobusu wysiadło sześć młodych niewiast w czerni i jedna w błękitach – ta najpiękniejsza, bo na tle innych wręcz świeciła.

środa, 10 czerwca 2026

Dochody ze wschodu i zachodnie odchody po obchodach.


    Z dworca wysypuje się gromadka ludzi objuczonych tobołami, na ogół toczących bagaże z hurgotem. Pośród nich widać już pięknie opalonych zdających się wracać z wakacji. Mijają obojętnie skwer, na którym rozkwita okazała dziewanna, wyglądająca jak choinka strojna w żółciutkie ozdoby. Do tramwaju wtacza się rubaszne i rozkoszne grono. Dwóch potężnych kloszardów ozdobionych nieco sfatygowaną madonną zdającą się być pochodzenia kolumbijskiego. Zapewne są wonni, bo w pojeździe rozpoczęła się masowa migracja. Nestor uczula aromatyczne towarzystwo żeby nie klęło, zachowywało się i wyglądało, bo jest nadzieja na zmianę stroju, a może nawet i butów? Przede mną siedzi kolos pocący się tak, że żaden gang kloszardzi mi niestraszny. Obżera się chyba na zapas, być może przewidując długi okres głodówki. Szczęśliwie podróż kończy się szybko - zaraz po tym, jak dane mi jest podziwiać fechtunek Emerytowanego Dżokeja. Pan wywija parasolem tak, że don Kichote mógłby mu pozazdrościć talentu. Tymczasem Dżokej obojętnie mija młyn – gdzie mu do groźnego czwororęcznego wiatraka, więc ignoruje młyn przemianowany na knajpę nie wszczynając potyczki. Nieskoszone trawniki zachwycają bogactwem kwiatów; te obłędnie ostrzyżone pochwalić się mogą jedynie koniczyną, która jak karaluchy potrafi przetrwać wszystko.

    Dziewczęta chowają buzie w cień kapturów, za to pępkami monitorują wrażenia zewnętrzne. Ciekawe, czy następuje jakieś przebiegunowanie intymności i teraz obejmie czoło? Albo rzęsy? Po drodze wysyp twórczości literackiej na tablicach rejestracyjnych – bez dorabiania ideologii np: R0 BCAR, N6 ADHD, K5 ARKAN, L2 PLUS.

wtorek, 9 czerwca 2026

Mania klepania – kleptomania?



    Młode kobiety wtulone w kubki z kawą, wzrokiem wypłukanym z emocji patrzą na świat, w którym zniszczeni życiem mężczyźni odzyskują kaucje z porzuconych na ulicy opakowań. Obok mnie przedwcześnie posiwiała pani czyta tekst z zeszytu w linie i czerwonym długopisem to kreśli, to dopisuje uczesaną wersję słów. Pewnie nauczycielka, bo tekst wygląda na wypracowanie młodego rocznika. Trudne początki literackiej kariery – po kilku przystankach tekst krwawi jak nie przymierzając moje opowieści po pierwszej korekcie.

    V8 VADER – a za kółkiem co najwyżej aspirant na męża Wadery, bynajmniej nie lord Vader. I jeszcze P9 LED – samochodzik nie za wielki, oszczędny niskokaloryczny. Deszcz ukrywał się gdzieś wysoko na szarym niebie i grzecznie czekał na mnie. Pewnie będzie mi towarzyszył w drodze powrotnej bezwstydnie usiłując się przytulać.

    Wracam. Oczywiście pada. Po drodze spotykam dziewczynę wystylizowaną tak alternatywnie, że nocą podawałbym portfel na długim kiju, żeby za bardzo nie podeszła. Chwilę później dla przywrócenia równowagi mija mnie dziewczątko-pyza wystrojone w coś co nazwałbym letnią piżamką w kolorze różowym. Spod parasola wydostawał się uśmiech do całego świata. I to zakaźny. Organizm odmówił reakcji obronnych i szedłem dalej uśmiechając się głupawo. A co mi tam! Może żaden psychiatra nie będzie mnie ścigał z kaftanem bezpieczeństwa. Przy podstawówce na jakimś pachołku usiadł kopciuszek, pomerdał ogonkiem na mnie i odfrunął. Zaraz potem spadł z sosny deszcz szyszek. Zebrałem, niech sierotki nie mokną i pomieszkają ze mną. Już przy domu trafia mi się autko w kolorze między jarzeniową żółcią a zielenią z rejestracją L1 MONKA – limonka, to pewnie nazwa owego koloru, ale musiała ją wymyślić kobieta, bo facet uznałby limonkę jako niezbędny dodatek do tequilli, a nie kolor.

Klan.

 

Byłam małą dziewczynką, co nie przeszkadzało mi patrzeć na świat ze zdumieniem. Ten sam świat, który o mnie mówił „dziwna”, a jeśli ktoś zdobył się na rozwinięcie wypowiedzi, brzmiało to mniej więcej tak: „dziwaczna jak cała rodzina”. Zewnętrze miało wówczas wpływ na mnie, więc pytałam w domu, o co im wszystkim chodzi. Mama podnosiła palcem moją brodę i patrząc mi w oczy prosiła żebym powtórzyła pytanie, ale już w esperanto. Esperanto to martwy język wymyślony przez Polaka, któremu marzył się porządek wśród budowniczych wieży Babel. Jeden język dla dziesięciu miliardów ludzi. Łatwy, o nieskomplikowanej gramatyce i pozbawiony słów trudnych do wysłowienia dla co bardziej egzotycznych nacji. A gdy już spełniłam polecenie, wyjaśniała mi, że to świat jest dziwny, nie my. I żebym nie przejmowała się tym co mówią moje nierozsądne koleżanki czy obcy, bo ja mam rodzinę do której zawsze i w każdej sprawie mogę przyjść i znajdę pomoc, wsparcie, czy towarzystwo.


Babcia sadzała mnie na kolanach i opowiadała o rodzinie. Opowieść, jak każda rodzinna legenda, dla mnie była czymś naturalnym i fascynującym jednocześnie. Myślałam, że tak ma każda z moich koleżanek, jednak szybko okazało się, że nie. Coraz częściej wypychana byłam na margines życia towarzyskiego, a sama także coraz rzadziej zabiegałam o te z gruntu pobieżne kontakty. Babcia była rodzinnym bankiem danych. Wiedziała która ciocia ma imieniny, do której można pojechać na wakacje. O wszystkich krewnych wiedziała wszystko – gdzie pracują, jak im się powodzi i czym obecnie się zajmują. Nie byłoby to dziwne, gdybyśmy żyli w jednej wiosce, czy choćby miasteczku do jakiego obcy nie zaglądają za często. Ale rodzina zamieszkiwała każdy kontynent i kraj świata – tak przynajmniej sądziłam po babcinych opowieściach, których nigdy jej nie brakowało.


Gdy trochę podrosłam, mama wraz z babcią pilnowały, żebym uczyła się języków. Same znały co najmniej po pięć i to w stopniu umożliwiającym swobodną konwersację, czy lekturę poezji. Wakacje? Każde spędzałam gdzie indziej. Początkowo podróżowałam z mamą i babcią, później już sama. I wszędzie gdzie trafiałyśmy, nasza rodzina mieszkała w za dużym domu, który swobodnie zmieściłby niespodziewanych licznych gości. Miałam wrażenie, że rodzina rozsypana jest po świecie jakimś kataklizmem, a wtedy babcia wyjaśniła mi dlaczego tak się dzieje. Każda z kobiet wychodziła za mąż za obcokrajowca. I tak moja mama - Greczynka, wyszła za Polaka i przeniosła się do Polski, dlatego ja jestem Polką. Babcia, która jest mamą mojej mamy była Węgierką, która wyszła za Greka przeprowadzając się do jego kraju i stąd mamy pochodzenie. Babcia miała ciemniejszą karnację, bo z kolei jej mama wyszła za Węgra, sama pochodząc z RPA. Według babci od dawien dawna żadna z kobiet w rodzinie nie złamała rodzinnej zasady i w ten sposób nasze korzenie oplotły cały świat. A babcia, niczym wielka pajęczyca, siedziała w samym środku tej sieci i gromadziła dane o każdym, nawet najdrobniejszym korzonku drzewa genealogicznego.


- Dlaczego? – chyba każdy zadałby to pytanie więc i ja ją zapytałam.


- Dawno temu rodzina poznała smak wojny, która zajrzała nam głęboko w oczy i unicestwiła znaczną część rodu. Mężczyźni na fali emocji dali się ponieść słowom różnych mitomanów u władzy i poszli ginąć za cudze ideały. Kobiety z natury ostrożniejsze i pragmatyczne zostały w domu i usiłowały uratować ród przed zagładą. W czas trwogi przysięgły, że rodzina będzie miała swoje miejsca na świecie wszędzie i w razie konieczności zagrożone jednostki zyskają bezpieczne schronienie bez względu na konflikty wojenne, czy inne zawieruchy losu. Pionierki obiecały sobie solennie, że prędzej wyprą się Boga niż własnej rodziny i każda przygarnie siostrę, której los nie oszczędzi. A potem to już poszło. Z matki na córkę pielęgnowałyśmy zwyczaj. W każdym pokoleniu jedna z naszych krewnych dba o pamięć rodzinnego motta.


- A ty? – ciekawością dziecka można wypełnić wszechświat tak, żeby jedna szpilka się nie zmieściła.


- Z Grecji do Polski przeprowadziłam się po śmierci dziadka, żeby pomóc mojej mamie w opiece nad tobą i chyba najzwyczajniej w świecie chciałam na stare lata być bliżej własnej córki. – babcia wykpiła się elegancko, z czego zdać sobie sprawę miałam lata później. – Ale dom w Grecji wciąż jest mój i nie zamierzam się go pozbywać, bo może okazać się przystanią dla którejś z nas. Na razie służy rodzinie jako dom wakacyjny. Pamiętasz? Byłyśmy tam dwa lata temu.


Na moje osiemnaste urodziny miało się zjechać do nas przynajmniej ze dwadzieścia cioć i kuzynek. Babcia z mamą szykowały tę uroczystość wcale nie ukradkiem, a organizację zaczęły niemal pół roku przed ceremonią. Miałam się trzymać z daleka i cieszyć nadchodzącą zabawą, nie przejmując się zaproszeniami, ani menu. I przyjechały. Niemal połowy z nich nigdy dotąd nie widziałam. Za to babcia znała je wszystkie. Przytulała jak własne dzieci i rozmawiała, jakby dopiero co się minęły się w galerii handlowej, czy warzywniaku. Nieważne skąd przyjechały - z Japonii, Mozambiku, Irlandii, czy Rosji – wszystkie płynnie mówiły w esperanto, choć często w emocjach spontanicznie przesiadały się na hiszpański, koreański, czy któryś z arabskich języków. Dopiero niezrozumienie na twarzach krewniaczek przywracało im świadomość i ze śmiechem kontynuowały rozmowę w esperanto.


Na mnie padło oprowadzanie ich po moim rodzinnym mieście, oraz po co piękniejszych nieodległych atrakcjach turystycznych Polski. Każda chciała mieć mnie na wyłączność, więc „osiemnastkę” obchodziłam grubo ponad miesiąc. Starsze przedstawicielki zadowoliły się spacerem po bulwarach, choć Selmie (nie do końca starej wdowie) zamarzyło się szaleństwo dyskoteki, gdzie umyśliła sobie zakosztować młodego białego mięska, więc bezwstydnie wymogła na mnie wizytę w dyskotece. Na miejscu błyskawicznie uwiodła jakiegoś smarkacza i ulotniła się, o mnie zapominając aż do następnego południa, gdy szeptem poprosiła, żebym nie zdradziła jej przed ciekawością rodzinną.


W końcu poznałam je wszystkie, a te, które nie przyjechały, przysyłały życzenia via e-mail, względnie messengerem albo FB. Do życzeń każda dołączyła zaproszenie w dowolnym terminie i na dowolnie długi pobyt. Skąd miały adres? To tylko babcia wiedziała. Nie podejrzewałam, że nigdy niewidziane istoty z krańca świata mogą mieć świadomość mojego istnienia, ale życzenia były naprawdę serdeczne, nie takie pochodzące z empiku czy internetowych forów. Trochę chyba byłam już zmęczona niekończącą się fetą, aż nadszedł wieczór. Babski wieczór, mający zakończyć oficjalną uroczystość. Większość zamierzała wracać do swoich, inne w kameralnych gronach zamierzały jeszcze poodwiedzać siebie nawzajem. Przy świecach i winie, rozmowy toczyły się we wszystkich możliwych konfiguracjach, aż babcia podniosła się z fotela i powiedziała coś czego nie zrozumiałam.


- Głosujemy. Kto jest za? - Chyba byłam jedyną, która nie wiedziała o co chodzi. Pozostali zdawali się być wtajemniczeni. Rękę podniosła ponad połowa obecnych. Babcia szybko policzyła, wyjęła z kieszeni kartkę i patrząc na nią dokończyła – Wśród nieobecnych trzydzieści cztery głosy za, dwadzieścia jeden przeciw. Wśród obecnych piętnaście do dziewięciu. Czyli wszystko jasne. Ogłaszam, a nieobecnym przekażę, że wybór został dokonany.


Kuzynki zaklaskały, niektóre uniosły kieliszki z winem, a Selma puściła do mnie oko. I wciąż nikt nie raczył mi wyjaśnić o co chodzi. Podchodziły po kolei i przytulały mnie. Mama była przedostatnia i miała łzy w oczach. A kiedy przyszła kolej na babcię, okazało się nad czym głosowały.


- Tessa – nikt poza tatą i nauczycielami nie mówił do mnie Teresa. Mama wolała Tessę, a mnie i kuzynkom także bardziej przypadła do gustu – Rodzina zaufała tobie i chce ci powierzyć pilnowanie więzi. Drzewa rodowego. Do tej pory ja byłam odpowiedzialna i do mnie spływały nowiny rodzinne. Ale pora przekazać pałeczkę młodszemu pokoleniu. Jeśli się zgadzasz, od dzisiaj staniesz się rodzinnym kronikarzem. Każda z nas będzie wysyłać do ciebie informację o miejscu zamieszkania, o wszelkich ważnych sprawach w rodzinie, o dzieciach i ich losach o sukcesach i porażkach. Dasz radę. Przekażę ci materiały, jakie zgromadziłam, a jeśli będziesz potrzebowała wsparcia, pomogę ci aż staniesz się samodzielna. I zanim się wyprowadzisz do nowego kraju bo Polska jest już zajęta przez twoją mamę. Wszystkie będziemy blisko, ale kraj wybrać musisz sama, a my pomożemy ci się tam urządzić. Więc jak? Zgodzisz się zostać kronikarzem rodzinnym? Fucha na całe życie!