Ludzie stoją na przejściu dla
pieszych, a czerwone światło nie zamierza zmienić się na zielone.
Po jednej stronie ulicy między cywilami stoi wściekły policjant,
więc nikt nie pcha się na jezdnię, choć nic nie jedzie. Później
okaże się, że policjant bardzo chciał siku, ale postanowił nie
przełazić na czerwonym, z obawy,
że nie zapanuje nad
tłumem. Służbista. Nos na pewno go nie oszukuje. Na krawężnikach
po obu stronach jezdni już czai się zło. I tylko wypatruje okazji
żeby się ujawnić i kpić z umowy społecznej którą on ma
skontrolować,
karcąc niesfornych złośliwych i głupich. Zapomniał że umowa
społeczna ma służyć ustaleniu prawa drogi,
gdy dojdzie do konfliktu interesów. Kiedy nic nie jedzie, albo nikt
nie idzie sygnalizacja stanowi jedynie szykanę prawną służącą
wymuszeniom finansowym przez nadzorców.
Tymczasem do krzyżówki zbliża
się grupa
przedszkolna w asyście siły fachowej niezbyt doświadczonej sądząc
po fizjonomii. Dzieciaczki dokazują, a dorośli się wściekają.
Nie wiadomo na co bardziej – na zdrowy śmiech dzieci,
czy chorą sytuację prawną na pustej drodze. Rośnie agresja, którą
pani przedszkolanka pozwala wyładować dorosłym na dzieciach.
Logika takiego działania odsłania brutalną prawdę. Łatwiej
wyładować emocje na tych,
których z łatwością możemy pokonać niż na kimś kto zacznie
się bronić. Przedszkolanka zapewne obawiała się o własną
nietykalność cielesną wolała przelać nieszczęście na
podopiecznych. Każdemu z czekających przydzieliła po maluchu żeby
mógł się wykazać przewagą fizyczną. Konstytuuje się podział
na indywidualne pary oprawca/dziecko i dzieci dostają soczystego
klapsa podpartego wiązanką pełna słów pomijanych przez szanujące
się słowniki (za to częste podczas współczesnych przedstawień
teatralnych)
Policjant w obliczu licznych
wykroczeń i zbiorowemu gwałtowi na małoletnich obywatelach
zamierza zignorować czerwone światło. Z emocji popuszcza w
spodnie, gdy nadjeżdżają samochody skierowane z pobliskiej
obwodnicy. Dramatyczny wypadek drogowy zablokował wszystkie cztery
pasy jezdni służby drogowe przekierowały cały ruch z obwodnicy na
drogę osiedlową. Światło czerwone na skrzyżowaniu świeci się
już ponad godzinę. Samochody mkną błogosławiąc (lub klnąc)
sytuację na drodze. Piesi karnie stoją choć cierpliwość już
dawno została wyczerpana i nie ma gdzie uzupełnić braków. Ktoś
podjada wprost z torby - zakupy świeżo zrobione w dyskoncie są
niczym żelazna rezerwa, albo uśmiech losu. Nieśmiały w porywie
odwagi oświadcza się sąsiadce, wyznając gęste, trudne do
wysłowienia uczucia. Zaczynają planować wspólne życie, z
wybiciem ścianki pomiędzy mieszkaniami, aby móc zażyć intymności
nie tracąc czasu na spacery przez klatkę schodową.
Rozmowy telefoniczne stają się
coraz bardziej dosadne i karczemne. Słowa nieparlamentarne sieją
spustoszenie w małoletnich główkach. Cóż, parlamentarzystów nie
ma na skrzyżowaniu, co być może osłabia wartość przekazu
słownego. Dzieciaczki nie przestają płakać, wstrząsane kolejnymi
klapsami wydzielanymi już spontanicznie przez stojących. Jakiś
pies zaczyna wyć, więc ktoś kopniakiem wygania go wprost pod koła
samochodów. Rozbryzgi krwi rozjuszają ludzi, którzy dzielą się
na wrogie ugrupowania. Pani przedszkolanka jako przedstawicielka płci
odmiennej, zgodnie z zasadą że mniejszość rządzi światem,
obejmuje przywództwo i wygłasza płomienną mowę sugerując, żeby
nienawiść skierować na tych po drugiej stronie ulicy, a nie do
„swojaków” stojących obok drugą godzinę. Któreś dziecko
ogłasza że musi kupę, kolejne dołączają, bo tak jest zawsze.
Smród niewinnych kupek wrasta w wątły trawniczek dzielący chodnik
od ścieżki rowerowej. Wściekłość wrasta w oblicza stojących i
tęskniących za drugą stroną ulicy. Ktoś sugeruje żeby wykopać
przejście podziemne, albo pokonać jezdnię o tyczce. Niepewność
prawna czynu nieco krępuje inicjatywę szczególnie że gliniarz w
mokrych spodniach to naprawdę zła wróżba.
Jedno z dzieci w trakcie
defekowania przypomina sobie, że w spadku po dziadku zostały mu
zaszczepione tajniki kung-fu i w wielkiej konspiracji, w przysiadzie
pełnym dostojnego skupienia uczy pozostałe, jak należy kopać,
żeby naprawdę bolało. Dzieci chlipiąc i defekując uczą się,
ukrywając przed dorosłymi talenty. Postępy błyskawicznego
przyswajania metod walk ulicznych jest naprawdę krzepiący.
Policjant zatrzymany niekończącym się sznurem samochodów zaczyna
strzelać gumowymi kulami po oprawcach dzieci. Ktoś prawie-dorosły
wyciąga z kieszeni procę i zaczyna się bronić, inny buduje
prowizoryczną tarczę z reklamy pleksiglasowej.
Samozwańczy wódz przedszkolaków
daje sygnał do ataku. Powstanie gladiatorów przy tej akcji topiku.
Dzieci znienacka walą mężczyzn wściekłymi piąsteczkami w jądra,
a kobiety kopią po kostkach. Najchętniej po obu naraz. Tak kopać
potrafili jedynie najwybitniejsi mnisi z Shaolin i Chuck Norris.
Elegancka zasada mierz zamiary na siły zdaje egzamin (pani
przedszkolanka notuje w pamięci że całej grupie należy się
plusik za aktywność i inicjatywę a za efektywność drugi.
Przywódca grupy jeśli kucharka pozwoli dostanie dodatkową porcję
budyniu na deser. Może nawet nie będzie leżakował w trakcie ciszy
poobiedniej tylko zaprosi na podwórko z księżniczkę z grupy
księżniczek korzystając z krótkotrwałego jednostkowego
roztargnienia pani przedszkolanki). Wśród dorosłych natychmiast
pojawia się chaos i bez słowa dezorganizuje obronę. Po
niespodziewanym ciosie, mężczyźni zginają się w pół uderzając
głowami w stojących obok nich. Kobiety pozbawione punktów
podparcia fikają wymyślne kozły. Usiłują nie połamać paznokci
unikają deformacji fryzur i delegują spodziewane przyziemieniem
siniaki z widocznych fragmentów ciała na te więcej ukryte. Demolka
z autodestrukcją trwa zaledwie moment, a efekt przeraża. Ptaki
Hitchcocka nie spowodowały takich strat jak małoletnia partyzantka.
Przedszkolanka jako jedyna
pozostała w postawie wyprostowanej - gówniarze, ale mores czują!
Ekspresyjnie drze szaty chcąc zaistnieć w historii tubylców w
nadziei że feministyczna odpowiedź na akcję Stańczyka będzie
zdecydowanie skuteczniejsza. Obnażając malutkie, twarde piersi
przejmuje władzę nad wzrokiem otoczenia. Widok odbiera rozum
kierowcom płci męskiej i wyrafinowanym przedstawicielkom płci
piękniejszej. U małoletnich obraz atakuje ślinianki wspomnieniem
starannie zaszytym w podświadomości. W rezultacie na przejściu dla
pieszych dochodzi do wielokrotnego karambolu z udziałem tak wielu
samochodów, że końca demolki nie potrafi dostrzec policjant, który
wspina się na szczyt złomowiska ulicznego w obszczanych spodniach.
Dzieci ukradkiem przedzierają się przez jezdnię i uciekają na
plac zabaw, by tam wzajemnie leczyć rany i dokończyć trening
kung-fu. Mężczyźni wciąż leżą i masują zaatakowane członki,
z ostrożności nie wstając z chodnika i nie patrząc w oczy kobiet.
Spod przymkniętych z bólu powiek rozglądają się, gdzie się
podziali mali karatecy. Kobiety chciałyby poszukać wsparcia bo nie
wiedzą od czego zacząć masaż, od kostek, czy pup, a na
dżentelmenów nie bardzo mogą liczyć bo ci zajęci są sobą, a
lokalne tajskie masażystki z Bali są zajęte i opłacone na rok z
góry.
Nad policjantem zamierzała
powiewać amerykańska flaga i pewnie nadleciałyby helikoptery
niczym wygłodniałe szerszenie, ale kontynent nie ten, a
hollywoodzki scenariusz sztuczna inteligencja zacznie pisać dopiero
pojutrze jakiś miliard terabajtów później.
W straszliwym bałaganie nikt nie
dostrzegł, że światło postanowiło ochłonąć od krwi i pograć
w zielone. I pomyśleć, że gdyby postanowiło to zrobić trzy
godziny wcześniej, cała akcja byłaby wyłącznie autorskim
rozwinięciem niewinnego spaceru w otulinie cywilizacji.