wtorek, 27 października 2026

W poprzek poprzeczki, snują się po rzeczkach porzeczki.

 


A może przegonię,

Te moje wigonie,

By poszły na błonie.


Ciałem je zasłonię

Na natury łonie

gdy los wróci po nie.


Zanim pod jabłonie

Przywędrują konie

Wiele łez uronię.


Kiedy zło na tronie

W błyszczącej koronie

Marzy o ich zgonie


Topór na wigonie

Zatrze mściwe dłonie

Już ich nie ochronię.


To w ramach hipotetycznych roszczeń o niefrasobliwy ciąg dalszy, o który czasami bywam zaczepiany. Tablica F1 KRESS dopełni niezobowiązujących obowiązków kronikarza i teraz mogę się już oddać – żeby tylko kto chciał brać! I dlaczego Owa miałaby nazywać się Twórczość Radosna?


Do rzeczy! Mocarny cieleśnie budowlaniec rączo mknął chodnikiem, raczej maszerując, jak idąc do roboty i może chciał ubić jogurt na masło, bo wymachiwał reklamówką z drugim śniadaniem zamaszyście, nie wiedząc, że z jogurtem łatwo nie będzie wygrać, bo już się nim zajęły jakieś modne, medialne bakterie. Zanim za nim, jeśli wolno się tak wyrazić, poszła zblazowana dama, dystans pomiędzy nimi rósł z każdym jej krokiem, gdyż pani PROMENOWAŁA chodnikiem i pośpiech miała w namacalnej pogardzie. Pana pewnie także, a ręka w kieszeni sugerowała nawet arogancję i traktowanie czasu jak intruza przeszkadzającego w porannej przechadzce.


Wraz ze mną do autobusu wsiadł Sympatyczny Rudzielec, ubrany(a) w czerwony płaszczyk, czym zgasił(a) konkurencję definitywnie (definitywnie, to ulubione słowo pana Huberta z telewizora, zatrudnionego po to, by sprawdzać, czy pani/pan powiedzieli to co powiedzieli). Wewnętrzna szarość i czerń pasażerska mogła być jedynie tłem dla tak intensywnego skupiska barw. I słusznie. Poprawiłem się w siodle i zacząłem wypatrywać dookólnie wątku czerwieni w przestrzeni publicznej. Tu torba, tam plecak z poszukiwanym motywem przewodnim. Gustowny sweterek na nienajmłodszym biuście, rozkloszowane spodnie kolaborujące z rozkołysanymi biodrami, czapka-niemal-niewidka, bo nosicielka chyba nic nie widziała spod niej (spod niej spodnie spadły?), płonąca ogniem sygnalizacja uliczna, kompletująca tylne światła przydworcowych taksówek w sznur różańca, FAŁ-WEJ w sam raz dla silnej i niezależnej (VW – niemieckiej produkcji maszyna, ponoć niezawodna niczym wermacht w szczytowej formie), zaparkowany dyskretnie w nicości Śródmieścia…


Wysiadam z autobusu i usiłuję dogonić tramwaj. Skórzastogłowy wyprzedza mnie i wspólnie, choć osobno musimy pokonać zawalidrogę. Pani jest tak zapatrzona w świeżo napływające wieści ze świata, że świata poza nimi nie widzi. Okropność, choć pasje uważam za zaletę, a nie wadę istot płci dowolnej. Udało się! Mi-nam. Chwilkę zaledwie później zerkam jak na nabrzeżu przycupnęła czapla z niewiarygodną cierpliwością wypatrując wodnej taksówki, by przy drinku i zacnych przekąskach podziwiać Miasto z poziomu Rzeki, od czego jest prawdopodobnie uzależniona. Potem jeszcze krwią w oczy bije sukienka w czerwieni, ale tę, z mety i bez pytania, zawłaszczyła sobie szmaragdowa sowa z wystawy Sklepiku Z Cudami. Wytrzeszczała gały tak bardzo, że przekonała mnie iż ja też powinienem zerknąć. I nie kłamała, o dziwo! Tak kiecka, jak jej zawartość, warta była zauważenia (wartkiej wartości?) – m. dostrzegłaby, że cały byłem zachwyceniem… gdyby była, ale cóż. Wszystkiego można jedynie pragnąć bezrozumnie. A, że nieobecni racji mieć nie mogą, bezczelnie ukradłem m. ów zwrot (czy jak tam nazywa się owo wyrażenie w poprawnej definicji języka polskiego), bo jest zbyt piękny, by pozwolić mu umrzeć w otchłaniach bloga-którego-już-nie-ma (brzmi jak tytuł kolejnej powieści pana Gortycha? Wszystkie słowa dawno zostały już napisane, tylko o tym nie wiemy!).

Prasówka cd.

 

    Irytuje mnie powszechne lekceważenie mężczyzn, gdy tylko kobiety mają okazję „wykazać się szczerością”. Żeby nie być gołosłownym informacje z dziś:


    - Jedna pani psycholożniczka namawia kobiety do zdrad, twierdząc, że najlepiej znaleźć „lepszy model”, nim porzuci się ów stary, żeby nie być tą samotną, poszukującą, tylko mieć w odwodzie bezpieczny port, który stanie się parasolem ochronnym na czas poszukiwań.


    - Inna psychologiczka twierdzi, że faceci są prości, a kobiety, to zupełnie inna bajka – skomplikowane, wielopłaszczyznowe i nie zadowalające się bylejakością. Dlatego potrzeby faceta wymienia jednym tchem – seks/żarcie/sen, a potrzeby kobiet są tak skomplikowane i zawiłe, że jej się język zaplątał i żadne słowa owych potrzeb nie odzwierciedlą.

poniedziałek, 26 października 2026

Dzielone szczęście.

 

    Z jadowitym uśmiechem Bogini Wojny wręczyła mi jabłko, jakbym był Parysem i usiłowała postawić mnie przed dylematem – Dla najpiękniejszej!


    Panteon umilkł. Boginie błyskawicznie wypięły biusty, co druga grała nóżką, inne nie do końca dyskretnie usiłowały unieść nieco rąbek tuniki, czy co tam Boginie noszą, żeby im tyłek nie zmarzł. Nawet Stary Satyr zamierzał wziąć udział w losowaniu i chcąc nieuczciwie uzyskać przewagę, wygenerował dla siebie trzy, a może i cztery pary piersiątek, a każda w innym rozmiarze. Uzyskał tyle, że stary Zeus oślinił się (nieleczone zęby wieczności nie przetrwają) i dopiero kopiąca go po kostkach Hera zwróciła mu szczątkową godność.


    Ja? Cóż. Zerknąłem na zbiór biustów, na jabłko i zamyśliłem się głęboko. Nie moja wina, że w nerwach żrę jak maszyna. Nim powziąłem jakiekolwiek zobowiązanie, już ugryzłem. Jabłko chrupało, było doskonałe jak niebo i warte każdego grzechu. Potem powtórzyłem i kiedy już miałem samobójczo podejść do pierwszej z brzegu Doskonałości, w ręku trzymałem ogryzek.


    - Przepraszam – powiedziałem widząc, jak Atena sinieje na twarzy, kompletnie nie kryjąc wściekłości. A przechodząca obok kelnerka z tacą pełną brudnych naczyń zerknęła tylko, jak dorzucam jej ogryzek i potulnie poszła na zaplecze. Panteon drżał od niewysławialnych plotek, od nadziei i przekleństw, jakich żadną ambrozją rozcieńczyć się nie dało. Chyłkiem uciekłem na taras. A tam, jak raz wyszła chwilę odsapnąć owa kelnerka. Zdjęła buciki, najwyraźniej za ciasne i siedząc na zimnych marmurach machała nogami, a dłońmi rozczesywała włosy, którym wiatr nie dawał rady. Odebrało mi oddech.


    – Znalazłem! - pomyślałem cicho – tylko tego cholernego jabłka nie miałem.


    Rozpaczliwie rozglądałem się po mitologiach i wreszcie – drzewo wiadomości dobrego i złego! A na nim jedno, jedyne, piękne i niczyje. Sięgnąłem poprzez zasieki konwenansów i klątw i już je miałem w dłoni. Ciężkie, nieoszukane, pachnące słońcem i gorączką ludzkich pragnień. Alchemiczną tajemnicą i wszystkim, co nieznane. Skoro już je miałem w dłoni, czym prędzej podałem wybrance, żeby się Harpie nie rzuciły na mnie.


    - O! Dziękuję – Pani przyjęła bez ceregieli i wyciągając kozik chytrze zawieszony po wewnętrznej stronie uda zapytała – chcesz pół?

niedziela, 25 października 2026

Choć to kurtuazja, kur tu Azja nie ma.

 

    Ostatnio jakoś więcej chodzę, a do chodzenia mantra, to wisienka bez tortu. Na przykład taka drobnostka:


Po zachodniej stronie

siedzą na ogonie

włochate wigonie.


Zamartwiam się o nie

będąc na balkonie

kiedy niebo płonie.


Co ja powiem żonie

gdy któryś utonie

zanim wrócą słonie.

czwartek, 22 października 2026

Obrendowana.


A kiedy ON przytwierdził do mnie KOD QR poczułam się wyjątkowo. Niepowtarzalna, jedyna na świecie. Żaden z wcześniejszych orgazmów nie dostarczył mi tylu emocji i doznań, co ów perfekcyjny w prostocie gest.


Nie musiał! Wciąż gorączkując z dumy, pełna nadziei zapytałam samą siebie. Prawda? Zrobił to dla mnie, uznając, że jestem unikalna. Potrafiłabym odwdzięczyć się JEMU?


Zmiękłam w sobie tak między biodrami, jak i w głowie. Zawładnął mną całkowicie i nic więcej się we mnie nie zmieściło. ON, ON, ON….Och, jakież to słodkie, jakie kuszące, wyjątkowe. Gdyby tylko poprosił… zażądał, niechby wymusił na mnie durnej, a zrobię dla NIEGO wszystko.

Pełnik wypełnił pełnię pełnym spełnieniem.

 

Deszcz spadł na Miasto i trudno powiedzieć, że uczynił to znienacka. Od wczoraj się krygował, a na poważnie zaczął ćwiczyć w nocy – wstydził się chyba i wolał przeprowadzić próbę generalną, kiedy nikt nie patrzył. Tak autobus, jak tramwaj spociły się od środka i zewnętrze widzialne było jedynie za pośrednictwem komunikatów wokalno-wizualnych serwowanych z dobrodziejstwa komunikacji miejskiej. Jesień, jeszcze wczoraj złota, poszarzała i tą szaruga przytłaczała, spłukując niepoprawne myśli do rynsztoka.


Na świeżo wyremontowanym przystanku przy krawężniku woda tłoczyła się i zbierała w stado godne miana „kieszonkowego stawu”, spontanicznie wyrosłego tuż obok równie „kieszonkowego parku”. Nie dziwię się wodzie, że chciała przetestować jakość remontu, jednak ci, którzy czekali tam na przesiadkę drżeli jak listki na wietrze, podejrzewając stojącą (czemu nie leżącą, albo siedzącą? Szczególnie, gdy sobie uświadomię, że kamienie leżą, a nigdy stoją) wodę o najgorsze łajdactwa.


Perfidnie skazałem Długopiórego na stróża mającego wyznaczyć kres mojej podróży i przyznam bez wahania – spisał się! Wysiedliśmy zgodnie z domniemaniem codzienności tam-gdzie-zwykle i poszliśmy, tym razem już każdy-sobie. Z przeciwka podążała drużynka budząca organiczny niepokój. Piątka w kompleksowej czerni, zakapturzona, rozbudowana cieleśnie i werbalnie wulgarna nadciągała tyralierą, przeczesując ciemność w poszukiwaniu wyzwania. Małostkowo ucieszyłem się, że to nie moja sylwetka zanieczyściła celowniki tej piekielnej tyraliery. Wyraziłem cyniczne spostrzeżenie, że kredowy obrys denata na mokrym i wciąż zasilanym w wilgoć chodniku utrzymałby się krócej niż pamięć o mojej, nieistotnej istocie. Wyraziłem tylko w najgłębszej głębi siebie, żeby nie sprowokować pokerowej reakcji i pomknąłem naprzód, nim najbardziej wyrywny piekielnik powiedział „sprawdzam!” (dowolny piekielnik powiedziałby raczej sprawdzam kurrrrr!, ale to już dopisałem post fatum. Ci nie powiedzieli nic. Albo byli z wyższych sfer, albo ociężali umysłowo nie zdążyli zareagować nim zniknąłem z horyzontu celów godnych zmasowanego ataku)


Sapnąłem, jak samiec, któremu w życiu udało się niemal wszystko. Ale tak naprawdę, humor poprawiła mi dopiero pani w szmaragdowych spodniach i kremowej bluzie. Nie zmieściło mi się w gardle stwierdzenie (choć na klawiaturze brutalnie je wymusiłem), że szła w moją stronę, z deszczu czyniąc doskonałego powiernika wypełniającego ją szczęścia. Ona szła pomimo mnie. A raczej nie tyle szła, co podskakiwała, tańczyła, rozsiewała radość i uśmiechem poskramiała mrok, powstrzymując marazm wystarczająco skutecznie, bym roztopił się całkiem w jej uniesieniu, wspomnieniach mówiących ideałom „jesteście zbyt ograniczone, żeby zrozumieć”. Zachowałem wspomnienie, choć w swoim wymarzonym świecie, zapewne wcale mnie nie zauważyła. Nie szkodzi. Najpiękniejsze kwiaty, to zawsze te niezerwane.


Radio molestuje mnie reklamą Badaj się by żyć, a ja jak skończony prymityw, nie negując aspiracji Płatnika Owej Reklamy usłyszałem: Żyj, by się badać! I tylko wiary w szczerość intencji nie potrafiłem w sobie wzbudzić. Zapewne jestem zakamieniałym złem, bo na reklamę patrzę poprzez tubę – skoro ludzie nie poznali doskonałości twoich idei, sam rozgłoś je medialnie! Wszak wie to już przedszkolak, że telewizor głosi prawdę, całą prawdę, tylko prawdę i zawsze, ale to zawsze zrealizuje zlecenie Płatnika, nie zniżając się na poziom faktów autentycznych.

środa, 21 października 2026

Grzybień grzebieniem grzebie w grzybni.

 

Uwielbiam „dobre” nazwy i smakuję je bez końca. Tak jak na przykład kwiaciarnię szczycącą się szyldem KWIATOLUBNA. Dziś, uzewnętrzniłem podróżny wzrok i ostrożnie dotykałem szyldów. Muszę przyznać, że najwięcej językowego luzu mają szefowie zakładów gastronomicznych. Nie zbaczając z codziennych ścieżek znalazłem np. SPOKO BEBAB walczący o apetyt przechodnia ze SWOJSKIM JADŁEM, NANO KEBAB (czyżby porcje były aż tak niewielkie?), SUSZARNIĘ z japońskimi potrawami ciasno zawiniętymi w prasowane wodorosty, KEBAB U INŻYNIERA (nazwa-żart dotyczący ściągających do nas uciekinierów z Ameryki Południowej), MISA HINDUSA, GRAMATURA – nazwa sugerująca skrupulatne odważanie składników, by nie przesadzić z dystrybucją (dieta przede wszystkim).


A na pewno nie wszystko dostrzegłem, bo mijałem również zakłady cukiernicze pod wezwaniem TORTOWNIA i TU JEST SŁODKO. Pośród pozostałych biznesów wyróżnił się humorem zakład wymiany stłuczonych ekranów telefonów komórkowych wabiący strapionych wypadkiem nazwą PANCERNIK. Za to wcale nie bywa mi wesoło przed zakładem pod wezwaniem WESOŁA PANI, gdzie kozackie piękności lepią ruskie(?!) pierogi, kołduny litewskie, gruzińskie pielmieni, czy może ciamkali i sam nie wiem, co jeszcze, lecz nic ukraińskiego, bo to „kultura” zbyt krótko istniejąca, by stać ją było na coś więcej jak barszcz ukraiński, a ten ulepić trudno. Sprowokowany autoironią do częstochowskich rymów popełniłem coś na kształt jadowitej rymowanki:


Nad nieokrągłym stołem

zawisły jurne dziewoje.

Szlachetne, kozackie paluchy,

formują ruskie… czasem gruzińskie kluchy.

Lepią bez ideologicznej banicji,

wzrokiem sięgając ulicy,

a z ust ich się wylewa

niegasnący komentarz;

aż żreć się człekowi odechciewa.


Za usiłowanie popełnienia owego niby-wiersza – przepraszam Urażonych i Inne Mniejszości. Osobiście Usaków (i nie tylko ich) podejrzewam o podobną indolencję kulinarną – choćby się zawzięli, to za wiele nie dowieźli do świata ekskluzywnych kulinariów, bo przecież Mc Donald, KFC i im podobne koncerny paszowe zasługują na uwagę jedynie jako przeciwwaga dla jedzenia, jakim warto się delektować. Masowe żywienie traktuję jako formę okupacji i kolonizacji naiwnych – raz w życiu uszczknąłem coś wewnątrz i wstydzę się tego do dziś! Ale dziś już nie jestem mięczakiem, albo jestem, lecz obrosłem skorupą świadomości!

wtorek, 20 października 2026

Zdeptany ptak na deptaku.

 

Świat zatrzymał się i stanął na baczność. Autobus aż drży z niecierpliwości, by pokonać kolejny kwant trasy. Łącząc się w bólu czekam na zmianę świateł, z okna podglądając równie niecierpliwie czekającą na ich przychylność szczuplutką panią, podskakującą lekko jak pajacyk w takt metronomu piszczka dla niewidomych. Przymierza się do kontynuacji biegu i starannie pilnuje, by nie wypaść z rytmu. Głowę ma tekstylnie zamotaną, więc uśmiechu nie widać, a cała sylwetka obwieszona jest pulsującymi światełkami, żeby w trakcie biegu ktoś nie wypadł jej „na czołówkę” gdy trasa poprowadzi słabiej oświetlonymi chodnikami.


W tramwaju, w cieniu stygnącego siedziska, ktoś porzucił niedojedzone wiaderko ciastek. Albo rozrzutnie nasycił się, albo ortodoksyjnie proklamował walkę z nałogiem i wstrzemięźliwość konsumpcyjną, gdy tyłek przestał się mieścić w znormalizowanym siodełku. Wokół mnie sami zaczytani. Nosy niemal wbite w monitory. Nie pamiętam, żeby przed erą cyfrowej rewolucji czytanie w komunikacji zbiorowej było tak powszechne i drapieżne. Ciekawe, czy ktoś zerka w moje Lusterko… Wysiadam nie próbując podejrzeć odpowiedzi i idę szybkim krokiem, bo nie lubię logistycznej opieszałości. Po oddechu wytrwale depcze mi ktoś, kto ma za ciężkie buty i szura nimi bez końca. Pewnie „po taniości” u Chińczyka kupuje, bo przy tak dewastującej eksploatacji buty na długo nie wystarczą, szczególnie, że nie były podzelowane.


    Bawić mi się zachciało, więc wyszło szydło z worka z grubsza takie: Koń kontrolował Szkota kota, lew lewitował, pies pieścił list od lisa, a kos z kosą osaczył osę.


    T0 AMO – to dzisiejszy połów z zakresu tablic.

poniedziałek, 19 października 2026

Twierdzą w twierdzy curki-kórki, by rurką lurkę z wiórkiem wiewiórki ciurkać ze skórką ogórka w Barbórkę na laurkę dla lauru Laury.

 

A tymczasem, chodnikiem, rączo mknęła pani utyta tak doskonale, że dla zachowania równowagi musiała ciągnąć głową mocno w tył, bezpruderyjnie eksponując niebłahe popiersie i brzuchol, na którym spokojnie można byłoby ustawić olimpijską trasę slalomu giganta dla największych twardzieli świata. Empirię relokacji opanowaną miała perfekcyjnie, co znać było w kroku i bynajmniej nie sugerowałem się ukrytym pod kapturem brzucha łonem, lecz podziwiałem dziarski rytm, mogący stać się kanwą dla tam-tamu wymagającego rapera, w nadziei na wyszczekanie melorecytacji wokalnej z równie perfekcyjną dykcją.


Powożąc tramwajem, przemknęła pani motorniczka… co ośmielało się sugerować małą motorówkę, więc może to była motorniczyjka w uniformie i pod krawatem, która elegancją stroju zdeprymowała dwóch niechlujnych, zakapturzonych młodzieńców, spowitych patriotyczną wspólnotą kapturów – jeden skrywał łeb pod bawełnianą bielą, a drugi pod czerwienią. Jesień posiała demokrację narodzie – tak białopióry (oswajam się z myślą, że już za chwilę to określenie stanie się jego imieniem, więc może od razu Białopióry?), jak i łysol dyżurny (nieświadom raczej tego, że nosi imię Skórzastogłowy) w wełnianych czapkach spacyfikowani zostali prognozą wieszczącą temperatury jednocyfrowe. Wiadomo – skrzepną niesforne myśli, staną się bardziej gęste, oleiste i nie wiadomo jaką ideą wykwitną na wiosnę. Ledwie zaraziłem się tą konkluzją, a już uczepiło się mnie Solidarnościowe hasełko – Zima wasza, wiosna nasza itd… Z ostrożności procesowej, wolę nie dokończyć wyliczanki, bo przecież za mowę nienawiści modnie jest obecnie ujarzmiać penitencjarnie anonimowy ogół, na piedestały wynosząc wysoce podejrzane racje mniejszości, dewiacje i absurdalne, wiejące z Brukseli anomalia przyrodniczo-społeczne, nijak nie mające się do rzeczywistości i faktów autentycznych. Tęsknię, by chłopski rozum wrócił salony chociaż okazyjnie!


Podwórkiem przemknęła bardziej błękitna niż niebo listonoszyjka, przywiązana do gruntu olbrzymią torbą, kompaktowy wzrost rekompensując rozwiązłością w pozostałych widzialnych osiach. Za nią podążała najwyraźniej zazdrosna pani, eskalująca wszelkie listonoszyjkowe gabaryty w okazalsze nadmiary cielesne, a może i umysłowe, budząc pytanie niemal filozoficzne – czy krągłości mogą być bardziej okrągłe? Stopień wyższy od doskonałości, wydaje się być nieosiągalny dla śmiertelników, ale paradoksy i cuda zdarzają się mimo wszystko, kpiąc z eksperckich się-nie-da!


    Z tablic dzisiaj spory zestaw: W3 DOSTU, V9 KIWI, V8 SOWA i jeśli mi wzrok nie spłatał figla D0 BIEGU.

Dywagacje nad pustym kieliszkiem.

 

Siedziałem, a miejsce (jak raz) miałem z widokiem. Spoza rzadkich krat zerkałem na podwórzec niezbyt okazały i gdybym to ja miał zelżyć go stosownym epitetem, uznałbym, że jest zapyziały, zapomniany, w-sam-raz-by-właśnie-tu-upuścić-nadmiar-moczu-po-wcześniejszym-sowitym-spożyciu-w-lokalu-bez-cienia-kategorii. Lipa! Wielki Świat nigdy tu nie zajrzy, chyba że wyląduje tu UFO pchnięte niepojętą pięcioma zmysłami logiką, albo (dlaczego właśnie tu?) raczy się rozebrać Jednodniowa Wirtualna Gwiazdka dowolnej z miliarda płci zdefiniowanych przez Grono Szacownych Ekspertów! Jako zaskorupiały cynik nie potrafię uniknąć pułapki-pytania, skąd pochodzi owa „eksperckość”. Ćwiczyli ją na zniewolonych żonach, uległych kolegach z pracy, czy osobnikach przymusowo zamkniętych w zakładach nomem-omen zamkniętych? Dobrowolnie, czy wykorzystując AUTORYTET EKSPERTA? Nie jest jakoś pilnie strzeżoną tajemnicą, że faszystowscy dewianci, uniknęli po wojnie kary i kontynuowali badania w Stanach Wolnych i Demokratycznych, oczywiście na chwałę owej niepodważalnej demokracji i samozwańczych zwycięzców (dla tych ostatnich chyba bardziej) ustalając normy dla świata mającego historię liczoną w tysiącach, a nie dekadach lat.


Siedziałem sobie w TU. Wrony wydziobywały zaprawę spomiędzy starożytnych cegieł, stanowiących oprawę mizernego widnokręgu, obrazu, czy może zaledwie migawki bez znaczenia strategicznego dla Świata, sugerując, że bez wapnia tylko młodzieniaszek zgrzeszyć może twardością reprodukcyjną organu godną adnotacji w skali Mohsa. Wiatr bez zadęcia przepędzał opadłe z jego udziałem liście wiśniowej śliwy, kasztany toczyły się już samodzielnie, gdy wcześniejszy, samobójczy atak na kocie łby kute w granicie strzegomskim przez całą wieczność uwolnił je z kamizelki kocio-łbowo-odpornych, kolczastych, zielonych głów. Współwinny wiatr kwilił i pogrywał sobie arie na prętach krat zbrojeniowych, usiłując wtargnąć, ale ja nie zamierzałem mu ułatwiać przetrwania w warunkach zbliżonych do naturalnych. Okres połowicznego rozpadu szkła pozwalał mi się cieszyć optymistyczną sugestią, że wiatr mnie w życiu nie dosięgnie (Ech! Dlaczego mój okres połowicznego rozpadu przynajmniej nie dorównuje szkłu!? Niechbym się z tym wiatrem zmierzył za jakiś milion lat! Może miałbym szansę wynikająca z doświadczenia?).


Nieświadom (mam nadzieję) moich niepokojów moralnych, niepewności istnienia, pełnego złudzeń trwania bez instrukcji obsługi i azymutu, w jakim podążać należy, a jaki należy negować całych sił, póki śmierć mnie nie rozłączy z celem – przebiegł szczur.


- Taki se! – pomyślałem – Nie za wielki, może nawet niegodny miana szczura; pewnie zadowoliłby się mianem szczurka. A nawet jeśli nie, to co mi zrobi, gdy będę go tak traktował? Szczurek, szczurek – ćwiczyłem organ mowy, lekceważąc nawet to, że zniknął już w mysiej norze i tylko jamnik niefrasobliwie ciągnący jaja po ziemi (BDSM?) mógłby go wytropić, a przy odpowiedniej diecie, może nawet wśliznąć się w ową dziurę i definitywnie skasować wykorzystując zajadłość i ostrość kłów. Na jadowite węże nie miałem co liczyć, przynajmniej dopóki klimat nie zmieni się trwale i dramatycznie, aby żmijom rogatym, grzechotnikom, czarnym mambom, wężom koralowym i innym chciało się pokonywać oceany „za chlebem”. Pytony, boa i anakondy tym bardziej skazane byłyby na ścisłą dietę, bo przy ich masie emigracja, to prawdziwe wyzwanie logistyczne. Najwyraźniej szczurek cieszył się bezwładnością owych istot, a czy miał świadomość szczęścia, to już nieistotne. Uniknął splotów morderczych i jadu syczącego nadzieję na posiłek .Uniknął nawet kąśliwego-wzroku-mego, nim na skórze pojawiły się wypryski względnie liszaje zżerające powoli, ale nieuchronnie jego żywotność. Zostałem ja i podwórzec nijaki, lichy, zapodziany w czasoprzestrzeni nadaremnie i w sumie bez niego Wszechświat miałby się może lepiej, jak bez ubytku w lewej górnej szóstce. Cóż. Czarne owce nawet Wszechświatom się zdarzają. Dobrze, że wiatr mnie omija, a Szczurek jest ledwie punktowym zakłóceniem pośród ogromu nieistotności.


- Co pomyślał on? – czasem skłonny jestem do jesiennych, melancholijnych dywagacji, jednak wiek swoje robi i często przemawia przeze mnie cynizm – Na pewno ma mnie w dupie!