wtorek, 31 marca 2026

Krety mieszkają na Krecie, a Cypr porastają cyprysy.


Ptaki powtykane w łyse jeszcze korony drzew śpiewały tak pięknie, że niemal spóźniłem się na autobus. Niebanalny powód spóźnienia rozbawił mnie na starcie w ten ponuro wyglądający dzień. Autobus przyjechał i sprawnie zabrał się na skracanie czasu podróży szanownej małżonce podziwiającej mężowskie wyczyny z fotela najbliżej kierowcy. A ten swawolił wyczynowo. Na pętli – no właśnie, warto ponownie wspomnieć rewolucyjną myśl twórczą, każącą zaprojektować „pętlę autobusowo-tramwajową” pomiędzy osiedlami. Dzięki inicjatywie projektanta i magistratu jadąc do centrum pętlę mam przystanek dalej niż wsiadam. O rozmachu inwestycji, którą wciąż się chwali magistrat świadczy również fakt, że jeden z trzech autobusów nie zmieścił się na bus-pasie i parę innych, równie intrygujących rozwiązań, jak choćby czterdziestometrowy pas drogowy na którym są wieczne korki, bo nie ma drogi, tylko ozdobniki – trawniki, krawężniki i tym podobne, kluczowe dla tego natężenia ruchu elementy pasa. I otóż! Wracając do kierowcy, ten, mając wyznaczone stanowisko wybiera inne, gdyż na właściwym stoi autobus poprzedzający go rozkładowo góra o minutę. Dlatego wybiera wolne stanowisko, żeby wyprzedzić zuchwalca, który się „wcisnął” i gnać hen w Polskę nie wąchając wydzielin z rury wydechowej. Wściekła jak osa kobieta musiała doganiać autobus narażając się na śmierć pod kołami poprzednika, żeby wsiąść, ale ostatecznie się udało.


    Rejestracja? D0 WINDY – ktoś nie lubi schodów...

poniedziałek, 30 marca 2026

Barbara gra baraż z grabarzem Barabaszem.

 

A kiedy dojechałem w pobliże dworca i autobus wjechał na jeden z najgorzej utrzymanych fragmentów jezdni w Mieście, siedząca przede mną kobieta postanowiła namalować sobie twarz. Może nie całą, ale oczy i rzęsy, korzystając z podręcznej (torebkowej) palety farb. Z uznaniem patrzyłem na kunszt niewieści. Pani niewątpliwie miała spore doświadczenie wynikające z wieku, ale jezdnia naprawdę się starała, by zadrżała jej rączka. I tylko żal, że efektu nie zobaczyłem, bo wysiadała jakoś tak, że mogłem obserwować wyłącznie zaplecze, a o frontowej elewacji musiałem zapomnieć.


Radiowa prognoza pogody nadszarpnęła nieco moją wyobraźnię i poczucie geografii: Deszcze możliwe na linii Kraków-Kielce-Warszawa. Nijak nie potrafię wyobrazić sobie tej linii.

sobota, 28 marca 2026

Franek ma franka dla francy z Francji.

 

    Pierwsze fiołki strzegą furtki osiedlowej. W osłoniętych od wiatru zakamarkach pojawiają się mniszkowe słoneczka. Czekając na przychylność świateł dziewczyna wspina się na palce, by na chłopięcych ustach odcisnąć żarliwe uczucia. Może słowa, których należy słuchać duszą? Miło gdy człowiek nosi w sobie podobne wrażenia, bo warto doświadczyć. W przejściu podziemnych debatuje nad losem osiem szczurów. Nie są specjalnie duże, ale ludzi jakoś specjalnie się nie boją. Uciekają, choć bardziej przypomina to zabawę w berka niż paniczną ucieczkę. Zerkam do wnętrza knajpki czekając na transport. Widać wyraźną dysproporcję – trzynaście kobiet i tylko dwóch facetów. Na dodatek panie siedzą stadami, a panowie samotnie. Co za czasy.

Ekstrakt o zbyt krótkich nóżkach.

 

    Stanął przed lustrem i z wyraźnym zadowoleniem podziwiał nowe, siedmiomilowe buty; były naprawdę piękne. A kiedy w końcu zdecydował się wykonać pierwszy krok, buty rozszarpały jego ciało w kroku na dwa błyskawicznie dogorywające fragmenty, leżące ładne parę kilometrów od siebie.

piątek, 27 marca 2026

Deszcze i dreszcze, leszcze i kleszcze, co jeszcze?

 

Filoz z Fuksikiem i Jazz z Megan – gang graficiarzy spadł nocą na osiedle jak wygłodniałą wataha i przyozdobił „Biedronkę” spersonalizowaną reklamą. Może dziełem sztuki, choć Banksy to to nie jest.


Jadę, a po jednej stronie asfaltu słońce rozpycha się po firmamencie, z drugiej gromadzą się granatowe chmury tak gęste, że to już nie chmury, a granatowy pas. Fronty walczą o sprawdzalność prognoz. Sięgam do kabury, żeby sprawdzić, czy parasol tkwi w pochwie plecaka, jak nie przymierzając maczeta. Jest. Przezorny zawsze upośledzony. Będzie co dźwigać. Kobieta kierowcy ma irytujący zwyczaj strojenia się przed wysiadaniem (konkretniej buziakiem i wysiadaniem). W tym celu zarzuca na siebie wielką chustę, a jeśli ktoś miał pecha usiąść za nią, to smaga go tą chustą bez litości, a co gorsze bez zauważenia.


Na przystanku piękna pani pociąga coś z papierowego kubka, obok brzydki pan pociąga z blaszanki. Panu chyba wystarczyło wyłącznie na paliwo, bo w tramwaju dopadają go głodne od brzasku stada kanarów i kończy się formułką recytowaną przez kanarzycę na jednym oddechu, z konkluzją: dwieście pięćdziesiąt - jeśli dobrze usłyszałem wyrok. Podziwiam ciepłe, żółte sopelki na leszczynie, które sprawiają, że drzewko zdaje się być miękkie. Zakonnice mają zmianę turnusy, jedne wracają, inne dopiero wychodzą służyć Bogu i ludziom (kolejność przypadkowa, przynajmniej dla mnie). Ostrym kłusem maszeruje też Emerytowany Dżokej. Zaczerwieniona twarz, ręce głęboko w kieszeniach, znak, że zmarzł i ogrzewa się jak tylko może, sięgając ku czynnej, prywatnej elektrowni jądrowej. Wreszcie Nóżka, zlokalizowany w czasie i przestrzeni tam, gdzie powinien, czyli pomiędzy salonami sukien ślubnych. Cudownie!


Przypominam sobie wczorajsze popołudnie, kiedy idąc przez osiedle natknąłem się na paniusię ze swoim ukochanym pupilem, którego wyczesywała pracowicie obok jednej z niewielu ławek. A pewnie! Pupilek jej, ale kudły, to lepiej wyczesać na osiedlu, żeby w domu nie było trzeba sprzątać. Po raz kolejny cudze kaprysy stają się moim drobnym, ale jednak nieszczęściem. Kołtuny wiatr roznosi wszędzie, a paniusia ani myśli wyrzucić ich choćby do kubełka, który stoi pół kroku za jej zadem.


Za to wiadomości radiowe nastrajają mnie optymizmem. Jak donosił przejęty redaktor – Krajowa Administracja Skarbowa UDERZYŁA w Wielkopolsce i ZLIKWIDOWAŁA gniazdo szerszeni… znaczy gniazdo nielegalnego hazardu. Duma tak mnie rozpiera od wewnątrz, aż mi brzuszek wydęło i przepuklina pępkowa staje się niemal niezbędna. Bo gdy tak sobie dumam, że wróg przebrzydły miałby nas zaatakować cyrylicą (jakby już nie zaatakowała i skolonizowała), to ta armia urzędników runie na wraże zastępy i z całą mocą UDERZY, nie wykazując cienia empatii, czy litości, lecz ZLIKWIDUJE, choćby nie-wiem-co! Od dziś innym wzrokiem patrzył będę na Biurwy wszelakie!

czwartek, 26 marca 2026

Kościelny z Kościeliska kości ścieli dla liska.

 

Kobiety splatają nogi na przystankach, podkreślając mimochodem chłód poranka. Gang przydworcowych kloszardów w doskonałych humorach wzmocnionych okowitą wymienia między sobą uwagi w obłokach rubasznego śmiechu. Jakaś wrona spaceruje po zmarzniętej trawie na sztywnych łapkach, a mewę lecącą do hotelu podmuchy wiatru usiłują wyprowadzić z równowagi. Niebo pomarszczone, zanurzone w geometrię pełną równoległości i powtarzalności trzyma słońce z daleka od Ziemi.


    Dzień wypełniły mi dziewczęta, które trudno podejrzewać o życiowe doświadczenie. Najpierw szczuplutka dziewczyna chyba urwała się z kreskówki, bo usiłuje dogonić tramwaj, tańcząc w biegu. Od bioder w górę ciało jest doskonale stabilne i nieruchome, a dół powiela rytm kroków z taką gracją, jakby to nie był wyścig, a zawody na elegancję. Kolejna, o piersiach wyglądających na niewielkie opuchlizny przeciągała się ze splecionymi nad głową rękami, wypychając pupę możliwie daleko wstecz, a jeśli ktoś był zawstydzony widowiskiem, to na pewno nie ona.


    Na koniec do tramwaju wpadło dwóch młodzianków świętych, uśmiechniętych jakby szczęśliwość ogólna pluła im na głowę bez ustanku. Obaj dźwigali siaty pełne puszek piwa i nie wszystkie miały zawleczki nienaruszone. Ba! W trakcie jazdy przeliczali, czy to, co wiozą WYSTARCZY! Czwartek, to naprawdę niezwykle młodziutki weekend.


    PS. Osiedlowe żywopłoty ostrzyżone lepiej niż Ziemowit po postrzyżynach, a całe zastępy zielono odzianych niewiast kontempluje efekty pracy własnej, w nieodzownym jazgocie dokurzacza – to taki odkurzacz, który zamiast zasysać – dyszy, przepychając masę tam, gdzie wzroku nie kala.

Neo Noe.

 

    Noe uwielbiał mięso i nowe smaki, nic więc dziwnego, że spróbował nawet takich rarytasów, które prawnie były zakazane. Utył, ale kto by powstrzymał się od tej słabości, za to, kiedy przyszedł potop, tłuszcz trzymał go na wierzchu. Istna arka, szkoda że trzoda nie przetrwała.

środa, 25 marca 2026

Po kaszy z kasztanów i kaszance kaszlę z Anką w kasztelu. Anka w kasztelu, to już kasztelanka, czy ledwie kasztanka?

 

Kierowca, najwyraźniej zakochany, jechał jakby czas był tylko iluzją, tłem lub oprawą jego uczuć gorących. Wokół aż tryskało od witalności – złoto forsycji i lila-róż śliw wiśniowych, gdzieniegdzie białe bądź różowe kwiaty głogów wtrącały romantyczno-aromatyczne „ale”, gdy w trawach tłok narcyzów przepychał się z szafranem w walce o uwagę otoczenia. Pojedyncze jeszcze hiacynty i wznoszące się ku słońcu tulipany zerkały ostrożnie lekko zniesmaczone jawną bójką na trawnikach. Nic, tylko się zakochać trwale i wetknąć stokrotkę za ucho.


Z wrażenia nie zdążyłem na nic sensownego i posiłkowałem się drobną improwizacją, co sprowadziło mnie nie tyle na ziemię, co na wyspy. Rozbuchaną porankiem romantyczność błyskawicznie zgasił jazgot nożyc do żywopłotów katujących ledwie rozbudzone róże. I jeszcze remont najwęższego przystanku na świecie, powodujący niezwykle rozległy galimatias, labirynt ścieżek między pachołkami i zastawami drogowymi. Strach, że Minotaura się trafi i to takiego więcej wściekłego, a Ariadny ani widu. Pewnie odsypia nocne szaleństwa Zołza jedna! Zamiast wzdychać, tryskać uczuciami miękkimi jak ruskie pierogi z wody, wpadam w rezonans z wszędobylskim warkotem. I nie wiem, czy warto było dać się ponieść tej fali porannej, czy nie lepiej było przeczekać. Ech!

Ekstrakt o fałszywej skromności.

 

Była tak malutka, że cały świat patrzył na nią z góry. A przecież i tak znalazł się taki, który twierdził, że ilekroć z nim rozmawia – zadziera nosa!

wtorek, 24 marca 2026

Duch w dusznej duchówce duszkiem dusi uszy duchownej duszyczki.

 

Sroka wspina się na dach wiatrołapu SKACZĄC POD GÓRĘ! Gdyby padło na mnie, jeśli w ogóle dotarłbym na szczyt, to miałbym nie tyle mroczki przed oczami, co czarne dziury. Utrzymując się w konwencji wspinaczkowo-dachowej, dostrzegam dojrzale żółte słońce między nielicznymi tu wielopokoleniowymi domami. Ono też się wspina i również nie sapie przy tym. Może dlatego, że na niebie dostrzec można ostry klin czysty od chmur, które tłoczą się na zewnątrz klina i wyglądają jak rozstępy. Wkrótce i tak nadleci trzeci samolot i dopełni różnoboczny trójkąt, a za nim kolejne i kolejne, chyba ze dwadzieścia, co stanowi ponad czterdzieści procent dobowego ruchu pasażerskiego tutejszego lotniska. Wciąż się nadziwić nie mogę i nic mniej, jak teorie spiskowe do łba przyjść nie chce.


Na przystanku farbowana na blond Mała Mi w rajstopach pełnych treści. Chciałem poczytać, jednak obawiałem się karcącego wzroku tych, co także zerkają ukradkiem. W trawie nieużytku czai się czarny kot z nadzieją na kalorie. Zaczynające kwitnąć śliwy wiśniowe stanowią piękny kontrapunkt dla forsycji. Przesiadka, a na przeciwległym przystanku długonoga pani podryguje w rytm dousznej muzyki. Brązowa sukienka jest na tyle krótka, że odsłania czarny szew rajstop dzielący ciało na prawą i lewą stronę. Tramwaj rusza pozwalając mi podziwiać gościa – w jednej dłoni dzierży kij do nordyckich spacerów, w drugiej aparat fotograficzny. Krótkie spodenki odsłaniające masywne tatuaże na łydkach i nos uniesiony, by oczom pozwolić cieszyć się wysokością zabudowy w Dzielnicy Boga – turysta na sto procent. Tylko porę wybrał mocno ekstrawagancką, ale – może nie lubi tłoku?