piątek, 1 maja 2026

A tymczasem.

 

    Okazało się, że startując w kategorii „romans” z króciutkim opowiadaniem trafiłem w objęcia PaskudZinu. I gdyby komuś było po drodze z szaleństwem miłosnych uniesień, to zapraszam tam:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/04/30/paskudzin-08-juz-dostepny/

    Może tylko zaplątałem się, jako ten rzep uczepiony czegoś większego? Nieważne, grunt, ze uczucia płoną!

czwartek, 30 kwietnia 2026

Szczypię szczupłe szczapy szczepu.

 

Ptakom zebrało się na gawędy i to mocno emocjonalne. Niech tam. Zdecydowanie lepsze to niż kozackie przechwałki, czy warkot samochodów. Blondyneczka z końskim ogonem bierze ostry skręt TIR-em uśmiechając się do przechodniów (stojący przechodzień to stoik?). Mijam zimowe czapki i krótkie spodenki. Najwyraźniej prognozy pogody na konkurencyjnych kanałach TV wieszczą odmienne temperatury. Królik w surducie uśmiecha się z wystawy sklepiku z czarami. Może śni mu się Alicja do towarzystwa? Słońce wygrzewa stare mury, a masywne kobiety studzą uda w spódniczkach pokurczonych od chłodu. Nóżka też musiał zmarznąć, bo idzie wolniej niż zwykle, a ja mijam go później niż oba salony, choć zegarek twierdzi że nic wcześniej nie wędruję.


Wpadam na pomysł opowiadania, w którym kobieta z obrazu staje się seryjnym mordercą wracającym w ramy o świcie, przeczekując policyjne obławy. Któregoś razu zapędziła się za daleko, więc przeczekuje dzień z bezdomną gdzieś pod mostem. Pod wpływem impulsu oferuje jej swoje mieszkanie na stałe, a sama schodzi na ziemię. Nie za mądra decyzja kończy się obławą w której zostaje zastrzelona. Bezdomna zagospodarowuje obraz po swojemu. Zarówno nowa lokatorka jak i nowe wnętrze nie podobają się właścicielowi więc wynosi obraz do ogródka żeby go spalić.


    Żeby nie było – podglądam i podsłuchuję. Czasami węszę. I zupełnie się nie wstydzę. Nie mlaskam… nie mlaszczę? Grunt, że tego nie robię. I dlatego dzisiaj podsłuchałem, jak siwowłosy, zapewne odbarwiony przedwcześnie prowadząc swoją panią w stronę Rynku wygłosił bolesny komunikat: Ten świat nie jest dla nas. Lekko trącone zakończenia nerwowe zaczęły knuć, czy przypadkiem mają jakiś wybór. Może potrafią się przenieść w inne, te lepsze? W autobusie powrotnym zaszczyciła moje zmysły małoletnia wycieczka. Których z gaworzących piskląt na jednym z przystanków zauważył, że tam właśnie mieszka jego prababcia, która ma ze sto lat. Wypada pogratulować. A może się przenieść, skoro tam długowieczność jest zauważalna nawet dla młodocianych umysłów?

środa, 29 kwietnia 2026

Rozrzedzona rzadkość - grubszy grób, cieńszy cień.

Mnogość szklanych i lustrzanych tafli powiela słońce i sprawia, że można oślepnąć znienacka. Promienie słońca przeszywają na wskroś autobus i tramwaj. Dopiero węższe uliczki oferują cień. W słońcu za to dryfują piękne dziewczęta, rywalizujące w niewypowiedzianych pojedynkach na goliznę w przestrzeni publicznej. Choć ciepłe dni stanowią dopiero prognozę na chodnikach prezentują się figury schwytane w sieć materiału stanowiącego nie więcej jak warstwę naskórka. Nie da się żadnej oskarżyć że chodzi goła ale wzrok przegranych sugeruje że myśleć tak nikt nikomu nie zabroni.


Tramwaj zatrzymał się na popas przed skomplikowanym manewrem skrętu w lewo a z przystanku zerka na mnie kobieta w wielkich okularach. Raczej się nie znamy co nie przeszkadza jej przyszpilić mnie do krzesełka. Może podoba się jej czerwień mojej kurtki? W sklepiku z czarami wisi na sznurkach marionetka-Pinokio z nóżką podgiętą w sam raz by wymierzyć komuś kopniaka w miękkie tkanki. Ludzie przemykają szybko żeby nie narażać się na ewentualną agresję laleczki. Po postrzyżynach Nóżka okrył pluszowy łeb kapturem i zasysa papieroska wypełniając się cieplutkim dymem.


wtorek, 28 kwietnia 2026

Relacja na żywo.

    Ludzie stoją na przejściu dla pieszych, a czerwone światło nie zamierza zmienić się na zielone. Po jednej stronie ulicy między cywilami stoi wściekły policjant, więc nikt nie pcha się na jezdnię, choć nic nie jedzie. Później okaże się, że policjant bardzo chciał siku, ale postanowił nie przełazić na czerwonym, z obawy, że nie zapanuje nad tłumem. Służbista. Nos na pewno go nie oszukuje. Na krawężnikach po obu stronach jezdni już czai się zło. I tylko wypatruje okazji żeby się ujawnić i kpić z umowy społecznej którą on ma skontrolować, karcąc niesfornych złośliwych i głupich. Zapomniał że umowa społeczna ma służyć ustaleniu prawa drogi, gdy dojdzie do konfliktu interesów. Kiedy nic nie jedzie, albo nikt nie idzie sygnalizacja stanowi jedynie szykanę prawną służącą wymuszeniom finansowym przez nadzorców.


Tymczasem do krzyżówki zbliża się grupa przedszkolna w asyście siły fachowej niezbyt doświadczonej sądząc po fizjonomii. Dzieciaczki dokazują, a dorośli się wściekają. Nie wiadomo na co bardziej – na zdrowy śmiech dzieci, czy chorą sytuację prawną na pustej drodze. Rośnie agresja, którą pani przedszkolanka pozwala wyładować dorosłym na dzieciach. Logika takiego działania odsłania brutalną prawdę. Łatwiej wyładować emocje na tych, których z łatwością możemy pokonać niż na kimś kto zacznie się bronić. Przedszkolanka zapewne obawiała się o własną nietykalność cielesną wolała przelać nieszczęście na podopiecznych. Każdemu z czekających przydzieliła po maluchu żeby mógł się wykazać przewagą fizyczną. Konstytuuje się podział na indywidualne pary oprawca/dziecko i dzieci dostają soczystego klapsa podpartego wiązanką pełna słów pomijanych przez szanujące się słowniki (za to częste podczas współczesnych przedstawień teatralnych)


    Policjant w obliczu licznych wykroczeń i zbiorowemu gwałtowi na małoletnich obywatelach zamierza zignorować czerwone światło. Z emocji popuszcza w spodnie, gdy nadjeżdżają samochody skierowane z pobliskiej obwodnicy. Dramatyczny wypadek drogowy zablokował wszystkie cztery pasy jezdni służby drogowe przekierowały cały ruch z obwodnicy na drogę osiedlową. Światło czerwone na skrzyżowaniu świeci się już ponad godzinę. Samochody mkną błogosławiąc (lub klnąc) sytuację na drodze. Piesi karnie stoją choć cierpliwość już dawno została wyczerpana i nie ma gdzie uzupełnić braków. Ktoś podjada wprost z torby - zakupy świeżo zrobione w dyskoncie są niczym żelazna rezerwa, albo uśmiech losu. Nieśmiały w porywie odwagi oświadcza się sąsiadce, wyznając gęste, trudne do wysłowienia uczucia. Zaczynają planować wspólne życie, z wybiciem ścianki pomiędzy mieszkaniami, aby móc zażyć intymności nie tracąc czasu na spacery przez klatkę schodową.


    Rozmowy telefoniczne stają się coraz bardziej dosadne i karczemne. Słowa nieparlamentarne sieją spustoszenie w małoletnich główkach. Cóż, parlamentarzystów nie ma na skrzyżowaniu, co być może osłabia wartość przekazu słownego. Dzieciaczki nie przestają płakać, wstrząsane kolejnymi klapsami wydzielanymi już spontanicznie przez stojących. Jakiś pies zaczyna wyć, więc ktoś kopniakiem wygania go wprost pod koła samochodów. Rozbryzgi krwi rozjuszają ludzi, którzy dzielą się na wrogie ugrupowania. Pani przedszkolanka jako przedstawicielka płci odmiennej, zgodnie z zasadą że mniejszość rządzi światem, obejmuje przywództwo i wygłasza płomienną mowę sugerując, żeby nienawiść skierować na tych po drugiej stronie ulicy, a nie do „swojaków” stojących obok drugą godzinę. Któreś dziecko ogłasza że musi kupę, kolejne dołączają, bo tak jest zawsze. Smród niewinnych kupek wrasta w wątły trawniczek dzielący chodnik od ścieżki rowerowej. Wściekłość wrasta w oblicza stojących i tęskniących za drugą stroną ulicy. Ktoś sugeruje żeby wykopać przejście podziemne, albo pokonać jezdnię o tyczce. Niepewność prawna czynu nieco krępuje inicjatywę szczególnie że gliniarz w mokrych spodniach to naprawdę zła wróżba.


    Jedno z dzieci w trakcie defekowania przypomina sobie, że w spadku po dziadku zostały mu zaszczepione tajniki kung-fu i w wielkiej konspiracji, w przysiadzie pełnym dostojnego skupienia uczy pozostałe, jak należy kopać, żeby naprawdę bolało. Dzieci chlipiąc i defekując uczą się, ukrywając przed dorosłymi talenty. Postępy błyskawicznego przyswajania metod walk ulicznych jest naprawdę krzepiący. Policjant zatrzymany niekończącym się sznurem samochodów zaczyna strzelać gumowymi kulami po oprawcach dzieci. Ktoś prawie-dorosły wyciąga z kieszeni procę i zaczyna się bronić, inny buduje prowizoryczną tarczę z reklamy pleksiglasowej.


Samozwańczy wódz przedszkolaków daje sygnał do ataku. Powstanie gladiatorów przy tej akcji topiku. Dzieci znienacka walą mężczyzn wściekłymi piąsteczkami w jądra, a kobiety kopią po kostkach. Najchętniej po obu naraz. Tak kopać potrafili jedynie najwybitniejsi mnisi z Shaolin i Chuck Norris. Elegancka zasada mierz zamiary na siły zdaje egzamin (pani przedszkolanka notuje w pamięci że całej grupie należy się plusik za aktywność i inicjatywę a za efektywność drugi. Przywódca grupy jeśli kucharka pozwoli dostanie dodatkową porcję budyniu na deser. Może nawet nie będzie leżakował w trakcie ciszy poobiedniej tylko zaprosi na podwórko z księżniczkę z grupy księżniczek korzystając z krótkotrwałego jednostkowego roztargnienia pani przedszkolanki). Wśród dorosłych natychmiast pojawia się chaos i bez słowa dezorganizuje obronę. Po niespodziewanym ciosie, mężczyźni zginają się w pół uderzając głowami w stojących obok nich. Kobiety pozbawione punktów podparcia fikają wymyślne kozły. Usiłują nie połamać paznokci unikają deformacji fryzur i delegują spodziewane przyziemieniem siniaki z widocznych fragmentów ciała na te więcej ukryte. Demolka z autodestrukcją trwa zaledwie moment, a efekt przeraża. Ptaki Hitchcocka nie spowodowały takich strat jak małoletnia partyzantka.


    Przedszkolanka jako jedyna pozostała w postawie wyprostowanej - gówniarze, ale mores czują! Ekspresyjnie drze szaty chcąc zaistnieć w historii tubylców w nadziei że feministyczna odpowiedź na akcję Stańczyka będzie zdecydowanie skuteczniejsza. Obnażając malutkie, twarde piersi przejmuje władzę nad wzrokiem otoczenia. Widok odbiera rozum kierowcom płci męskiej i wyrafinowanym przedstawicielkom płci piękniejszej. U małoletnich obraz atakuje ślinianki wspomnieniem starannie zaszytym w podświadomości. W rezultacie na przejściu dla pieszych dochodzi do wielokrotnego karambolu z udziałem tak wielu samochodów, że końca demolki nie potrafi dostrzec policjant, który wspina się na szczyt złomowiska ulicznego w obszczanych spodniach. Dzieci ukradkiem przedzierają się przez jezdnię i uciekają na plac zabaw, by tam wzajemnie leczyć rany i dokończyć trening kung-fu. Mężczyźni wciąż leżą i masują zaatakowane członki, z ostrożności nie wstając z chodnika i nie patrząc w oczy kobiet. Spod przymkniętych z bólu powiek rozglądają się, gdzie się podziali mali karatecy. Kobiety chciałyby poszukać wsparcia bo nie wiedzą od czego zacząć masaż, od kostek, czy pup, a na dżentelmenów nie bardzo mogą liczyć bo ci zajęci są sobą, a lokalne tajskie masażystki z Bali są zajęte i opłacone na rok z góry.


Nad policjantem zamierzała powiewać amerykańska flaga i pewnie nadleciałyby helikoptery niczym wygłodniałe szerszenie, ale kontynent nie ten, a hollywoodzki scenariusz sztuczna inteligencja zacznie pisać dopiero pojutrze jakiś miliard terabajtów później.


W straszliwym bałaganie nikt nie dostrzegł, że światło postanowiło ochłonąć od krwi i pograć w zielone. I pomyśleć, że gdyby postanowiło to zrobić trzy godziny wcześniej, cała akcja byłaby wyłącznie autorskim rozwinięciem niewinnego spaceru w otulinie cywilizacji.


Kosiarka kosi Arka

 

A kiedy czasy ciężkie i trzeba dwa razy zerkać na każdą złotówkę, a każdy litr paliwa dzielić na czworo, nad Miastem krążą wielosilnikowe samoloty. Co tam robią? W imię jakiej kręcą się każdym możliwym azymutem, siekąc niebo smugami przeradzającymi się po krótkim czasie w chmury wstęgowe? Jakiś nieokrzesany pilot, pewnie młodzik, kondensuje nieumiejętnie, a może tylko zmienia biegi, bo zostawia za sobą smugi wyglądające na komunikat morsem, a nie przyzwoitą kondensację. Zacięły się klapy? Marzy mi się dzień bez samolotów. Choć jeden. I niebo prawdziwie błękitne. Bez chmur poukładanych w rządki, szachownice, czy skupiska z jasno wyznaczoną granicą, poza którą brykać już nie wolno.


Psy szturmują samotne drzewo rosnące na klombie. Tylko patrzeć, jak się zorganizują, ustawią w koedukacyjnej kolejce, i ustalą dzienne normy przypadające na osiedlowego osobnika płci dowolnej mierzonej proporcjonalnie do wyporności egzemplarza. Nie wiem czy będzie taka potrzeba bo drzewo, w przeciwieństwie do innych, nie zieleni się ani trochę. Może skażenie biologiczne przekroczyło już odporność gatunkową drzewa? W tramwaju podziwiam jednostkę niezdeterminowaną płciowo. Istota najwyraźniej lubuje się w mimikrze, wysyła masę sprzecznych sygnałów, nie pozwalając zewnętrzu na wiarygodne rozpoznanie. Wysiadając zerknęło na mnie lekce sobie ważąc moje dylematy i poszło ni-to-kręcąc pupką ni-to-szurając nogami. Na wystawie sklepiku z cudami rozrywkowy Budda w pomarańczowym turbanie zrezygnował z medytacji i jogi. Położył się na boku, ręką podparł łeb ciężki od wielkich myśli i gapi się na przechodniów często przebiegających na czerwonym świetle. Nóżkę spotykam lekko spóźniony. Chłopina chyba brał udział w histerii golenia łbów na szczytny cel i główkę ma zamszową. Kompletnie nie rozumiem czemu na szczytny cel warto się ogolić, albo rozebrać do rosołu jednak nie jestem celebrytą, czy kimś kogo chciałoby się oglądać na golasa. Za to na pluszowo robię się samodzielnie, wolny od zewnętrznych idei i żądzy skokowego wzrostu zasięgów.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Kleję leje, mierzę mierzwę, dzierżę dzierzbę.

 

    Ptasia drobnica dokazuje rozśpiewując korony drzew. Na przystankach, mimo porannego chłodu pierwsze krótkie spodenki. Kiedy jednak posiada się na udach całą paletę tatuaży, grzech snuć się w długich spodniach po Mieście, miast wystawić je na podziw bliźnich. Czy wzbudziły zachwyt, to nie wiem, ale na pobladłych nogach zdawały się być niezwykle kontrastowe. I rejestracja V7 WILK – a za kierownicą nieco wyliniały osobnik, może właśnie zrzuca zimowe futro.


    W popołudniu początkujące kobiety eksperymentują z seksapilem własnym, Tu krzepną sutki podgryzane nieciepłym wiatrem, tam pępuszki puszczają oko do każdego, kto był łaskaw zauważyć młode ciało.

piątek, 24 kwietnia 2026

Zrobię sobie obie fobie w grobie.

 

Wyszedłem wcześniej, żeby odebrać zamówione opowiadania Pilipiuka z autografem autora i po szybkiej akcji kontemplowałem pusty przystanek. Płonne wiśnie zaroiły się od kwiecia, młode lipy sprawdzały na własnych liściach, czy już wiosna, gołąb na drucie czekał na jakiegoś roztargnionego, co chciałby przejść pod gołębiem i zasłużyć na porcję nawozu. Słońce wślizgiwało się pod powieki ograniczając widzialność do połowy zakresu.


W autobusie pachniało zupą fasolową, choć przysiadłem się do dziewczęcia, które fasolówkę znać mogło wyłącznie z telewizji, czy (prędzej) tik-toka. Kierowca musiał być niepocieszony, bo trafiały go wszystkie możliwe nieszczęścia komunikacyjne i jechał najwolniej, od kiedy z nim podróżuję. A to przed nos mu się wśliznęły dwa autobusy, które po kilku przystankach preferowały lewoskręt, a to tramwaj, cierpiący na nadmiar czasu, a to niesforni pasażerowie wysiadający na każdym przystanku. Ba! Nie wolno zapomnieć o szlabanie skutecznie skupiającym ruch uliczny. Bo w moim Mieście nie tylko autobusy nie mieszczą się na bus-pasie, ale i pociągi na wiaduktach! Ten jedzie poniżej nasypu kolejowego, równolegle do wyżej położonych torowisk i tnie niejedną ulicę Miasta.


Starsza babka na jednym z przystanków poderwała się do wyjścia, wyjrzała na zewnątrz i ogłosiła „tu nie”. Wysiadła przystanek dalej, więc po tamtym przystanku zapewne zło w czystej postaci rozlewało się niepostrzeżenie. Kierowca kompletował niedoczas, a kumulacja drobnych szykan komunikacyjnych nie miała końca. Nie dziwota, że na Nóżkę szans nie było już żadnych, a tym bardziej na zwiedzanie, choćby i pobieżne. Wyciągałem nogi dążąc do celu. I tak – wyszedłem wcześniej, by dotrzeć później. Warto? A czemu nie. Wszystko, byle nie wpaść w rutynę!

Teoria jak najbardziej spiskowa.

 

Grupa zakulisowo sprawująca władzę kontrolowała wybryki oficjeli występujących w garniturach, jako wybrańcy narodu. Pozwalała na liczne harce, byle tylko nikt nie ośmielił się zaglądać za kulisy przedstawienia dla pospólstwa. A porządku rzeczy pilnowali zatrudnieni fachowcy. Niepokornych, usiłujących opuścić szeregi „swoich” dyskretnie usiłowano nawrócić na łono jedynie słusznego rozwoju, a kiedy delikwent zamierzał przekroczyć dopuszczalne granice, wkraczało ciało do zadań specjalnych. Zatrudniony poza horyzontem penetracji ZUS i US fachowiec „likwidował problem”, zwyczajowo tak głęboko osadzony w delikwencie, że musiał ową likwidację rozciągnąć także na delikwenta.


Fachowiec dobiegał już sześćdziesiątki, podejrzewając, że dyskretnie przez zasiedzenie przeszedł na emeryturę, gdy jego zleceniodawca ożywił się. Ostatnie zlecenie, w sam raz dla starszego fachury, co to już za szybko nie biega i wzrok być może ma nietęgi. A potem suto okraszona wynagrodzeniem nie podlegającym opodatkowaniu emerytura z dala od ciekawskich oczu. Byle tylko emeryt nie zapragnął rozwijać się literacko pisząc pamiętnik, bo gotów zasmucić rodzinę, zostając wciągnięty do wody przez suma-olbrzyma podczas zakrapianych nocnych połowów gdzieś przy tamie.


Zadanie było banalne. Należało rozjechać jakiegoś gostka wracającego do domu rowerem, a potem roztrzaskać samochód na najbliższym drzewie. Chłop był nierozsądny i niereformowalny. Podobno startował z ostatniego miejsca na liście wyborczej, ale było w nim tyle prawdy, że ludzie mu uwierzyli i wyprzedził w wyścigu do koryta całą elitę zawodowych wyjadaczy śmietanki. I nic wielkiego by się nie stało, niechby prowadził sobie te charytatywne działania, gdyby nie postanowił zbadać głębokości szamba w politycznym chlewiku. Nie dość, że zbadał, to jeszcze chciał się podzielić rezultatem z szeroką publiką. Żaden system nie wytrzymuje jawności danych, a Grupa uznała ciąg zdarzeń za zbyt nieprzewidywalny, by pozwolić wątkom się rozwijać. Fachowiec nie musiał nawet uciekać. W jego wieku… tak łatwo przysnąć za kierownicą czy stracić przytomność – mgła covidowa, czy zwyczajne nadciśnienie. Jak na fachowca przystało, wolał przysnąć, kiedy już obiekt/cel został uchwycony między reflektory, a jego życiorys uległ nieoczekiwanemu zakończeniu. Parę tygodni sensacji rozdmuchiwanej pracowicie przez „niezależnych dziennikarzy”, jakiś nieznany nikomu sędzia, który dwa tygodnie wcześniej dostał już „orzeczenie sądu”, żeby zdążył się nauczyć na pamięć, a potem już tylko świetlana droga ku emeryckiej przyszłości. Incydent niegodny nawet umieszczania w CV. Rutynowe działania.


Scenariusz gotowy i w roli głównej wystąpić może Szach-Mat Demon, czy jak mu tam było, gdy tylko rodzina tragicznie zmarłego uzbiera kasy na opłacenie produkcji thrillera politycznego. Tymczasem musi wystarczyć drobny nagłówek prasowy. Brzęczenie dziennikarzy dopiero nabiera mocy. Warto przeczekać, żeby szum przyszłości okrył gęstym kurzem pamięć masową. Spiski na ekranie wyglądają zdecydowanie bardziej wiarygodnie, niż w rzeczywistości. I żaden reżyser, czy aktor nie dorobi się łatki płaskoziemca, czy innej onucy.

czwartek, 23 kwietnia 2026

Klosz w koszu kloszarda.

 

    Z ostatniej chwili. Zwabiony sporym stężeniem różowatości ogólnie ruchliwej wychynąłem na suchego przestwór balkonu, celem rozliczenia się z ową. 5:1 na rzecz płci przyszłościowo piękniejszej. Nie, to nie dramat. Dramat był dwa ni temu, gdy poczyniłem kroki identyczne i w wyniku skomplikowanej analizy matematycznej doliczyłem się stanu 7:0 z jednoznacznym wskazaniem na dziewczątka. Oczywiście nie liczyłem różowatości krzewów i drzew, jako nieistotnych w procesie ewolucji podwórkowej. Z wrażenia po niebie rozpierzchła się baranina, nieszczególnie pierwszej czystości. Chyba, że bieli stopniować nie wolno.

Soliter – solista z listy glist.

 

Wreszcie rejestracja czysta i klarowna jak Reinheitsgebot – D5 PIWKO. I spora platforma na którą wlezie do syta dla małej armii. Na trawniku tłoczą się białe tulipany, wyglądające jak procesja niewinności wstrzymana nieprzychylnym światłem. W autobusie wybranka kierowcy ma wyraźne kłopoty z przesunięciem zadka poza siedzenie. Złazi z trudem; może była niegrzeczna i dostała klapsa, albo przybyło jej znienacka sporo. Bywa, szczególnie, gdy spora część ludzkości w zasadzie wszystko miewa w dupie.


Z braku lepszych pomysłów zastanawiam się, co kobiety widzą w facetach, bo raczej coś muszą, skoro decydują się na związki z istotami zdecydowanie mniej urodziwymi i wrażliwymi. Ja nie dostrzegam w męskim ciele tego czegoś, dużo łatwiej wychodzi mi zachwyt nad damskim. Za to kobiety są mistrzyniami w wynajdowaniu wad, szczególnie u innych, choć i siebie nie oszczędzają. Płci nie zmienię, więc zostanę przy tej niewiedzy, ciesząc się, że jest jak jest. Pod prysznicem wpadłem w samozachwyt (nie, że taki piękny jestem) nad konstrukcją ciała na które spada ulewny deszcz. Mogłem patrzeć i oddychać, co oczywiste nie jest nigdy. Kształt głowy i ta cała galanteria zmysłowa skonstruowana została tak zmyślnie, że cud prawdziwy! Trudno go dostrzec, bo zwykle przechodzi się nad podobnymi zauważeniami bezrefleksyjnie. Najłatwiej to dostrzec, gdy coś się uszkodzi – mała dziurka w zębie, skaleczenie paluszka, czy choćby pryszcz. Od razu wyłazi, jak potrzebny jest ów fragment i jak często używany w codzienności.