Kolejny osiedlowy Karampuk oswaja
się z dojrzewaniem, a ja, w ukryciu, kibicuję budzącej się
kobiecości. Martwi mnie za to fakt, że większość osiedlowych
dzieci nie mówi po polsku.
Wsiadam w nie swój autobus i jadę
patrząc jak Miasto pojaśniało od kwitnących forsycji.
Wysokopienna pani nie siada, choć miejsc wolnych sporo. Może chce
się pochwalić nienagannymi achillesami? Z wysokości siatki
ogrodzeniowej spoziera na mnie spłowiała reklama, z pytaniem, czy
jestem gotów na odlot. Jesienią pytanie byłoby bardziej na
miejscu. Parę przystanków dalej Piękna Golemica ze swoim Golemem
stoją trzymając się za ręce, a wzrokiem usiłują rozgarnąć
widnokrąg i wyłuskać pasujący im autobus z czeluści miejskiej
dżungli.
Przesiadam się na tramwaj. Na
przystanku mocno zaniedbany gość z taką ilością obrączek na
dłoniach, że gdyby każdy oznaczał żonę, miałby na utrzymaniu
zauważalny harem. Któraś z nich mogłaby szepnąć słówko, żeby
choć trochę zadbał o siebie. Tymczasem stał spluwając sobie pod
nogi i robił krok naprzód by nie oglądać efektów. Nim przyjechał
tramwaj przesunął się i to sporo wzdłuż przystanku.
A kiedy zdecydowałem się wrócić
(po cichutku powiem, że wraca się, by opowiadać – inaczej nikt
nie wiedziałby, że wyjechałem, a tak – wracam i opowiadam)
Słońce flirtowało z Rzeką i wiosna w natarciu przekomarzała się
w ptasich trelach – na osiedlu kos, który zameldował się lata
temu na antenie wyglądającej jak bocianie gniazdo, koncertuje
całymi dniami, nie patrząc na zegarek.
W drodze widzę czaple wracające
do ogrodu zoologicznego, gdzie mieszkają. Przyglądałem się
eleganckiemu staruszkowi dźwigającemu skórzaną torbę. Nawet
pusta ważyła chyba ze trzy kilo, nic więc dziwnego, że
przytłoczyła staruszka i zniekształciła jego posturę, gdy
elegancko promenował chodnikiem ku komunikacji miejskiej. W
autobusie trafiam Śpiewną Nerwicę. Tańczy i śpiewa, stojąc w
najszerszym miejscu pojazdu, choć miejsc wolnych nie brakuje. Może
zabrakło partnera do tańca, bo rozgląda się po autobusie w
szybkich, nerwowych ruchach. Ja swobodnie pokonałem pokoleniową
barierę i jako materiał na partnera nie bardzo się nadawałem.
Przystanek dalej wsiadła pani, która zamiast włosów nosiła
czarną chustkę na głowie – z przesiadką, ale da się dojechać
na onkologię.
Na wypadek, gdyby mężczyźni
okazali się zbyt nieśmiali, pani zastosowała marketing
bezpośredni. Tablice rejestracyjne jej samochodu głosiły prawdę
wielkimi literami D0 WOLNA. Nic, tylko brać!