piątek, 10 lipca 2026

Śluz na śluzie? Niechybnie chybocąc się zakwitły kwity!

 

Bujna dziewczyna o rozkołysanych pod luźną bluzką piersiach szła na przystanek, przyprawiając mnie nieomal o chorobę morską – przed oczami falowały mi te piersi, a za plecami słońce tylko czekało, żeby mnie oślepić na dłuższą chwilę. Gadułka przesiadła się na rower i niechybnie zbijała wagę, chcąc przejść do niższej kategorii. Może zaplanowała jakąś walkę na jesień? Na razie ziewa okrutnie i przypomina mi pasącego się planktonem wieloryba. Mimo wakacji i wczesnej pory do autobusu wsiadł Melancholijny Karampuk z odkrytymi nogami, w kozaczkach i bluzie z kapturem, zapewne chcąc ukryć piękną, choć smutną buzię. Śpiący Królewicz stojący w przejściu łaskawie pozwolił, by pasażerowie przepchali się obok niego i dopiero wówczas wysiadł.


Wrony obsiadły co wyższe gałęzie uschniętego drzewa i udają czarne, toksyczne liście. Chmiel wspina się gęstwiną samosiejek mirabeli i robinii, którymi zawładnął już do cna. Na bulwarach po raz kolejny buduje się Wielki Weekendowy Paśnik. Nieogolony chłopina w sweterku w biało-czerwone pasy wykonuje tajemniczą, selektywną zbiórkę chwastów. Wyrywa tylko wybrane, wyrosłe w szczelinie między murem, a chodnikiem Przytroczona do dwóch husky pulchna kobieta o białych łydkach robi za tobogan i idzie po krawężniku, wleczona przez odkarmione psiska. Na balustradzie nadrzecznej znów trafiam czaplę. Gdy wyciągam telefon drobi ze trzy kroczki, jakby zapragnęła zbliżenia podczas sesji. Nie podchodzę bo po co płoszyć – sama wybrała bezpieczną odległość i mi to wystarcza. Samotna komarzyca przygląda mi się zza podwójnej szyby i chyba coś usiłuje, ale bez skutku.

czwartek, 9 lipca 2026

Zebranie żebrzących o żebra zebr na zebrze.

 

Ze ściany kościoła znikł obrazek starszej pani robiącej nago ale z zachowaniem skromności czarno-żółty szal na drutach. Dziwne bo pozostałe maziaje zostały. ACAB na przykład. Znów zacząłem czytać powtarzające się napisy, co zaowocowało podejrzeniem, że licznie pojawiający się w Mieście pakiet liter LUSTRO, względnie MIRROR, jest podpisem sprawcy (trudno napisać twórcy – ot, kolejny pomazaniec bez talentu), podobnie jak FILOZ, GUSAR, czy 032. Na żeliwnej rynnie znajduję naklejkę – zakapturzony kontur postaci w czerni, zamiast twarzy posiadającej pionowe oko. Skojarzenie z hieroglifem egipskim było niemal pewne, aż dziw, że w Dolinie Królów jeszcze go nie odkryto. A może jednak? Nie poświęcałem ani krzty czasu na studia tego pisma.


- Nie da się uniknąć subiektywności w tworzeniu. Myśl podróżna, jakich wiele, zapłodniła miałkość moich dzisiejszych spostrzeżeń i dojrzewała we mnie meandrując. Każdy jest skazany zarówno na swój talent, jak i ograniczenia, a wszystko co powstaje, jest skażone autorskim filtrem. Odbiorca ma ten sam problem, więc odbiera cudze twory cedząc wrażenie przez gęste sito własnej osobowości (osobliwości?). Stąd jednych coś śmieszy, innych oburza, obraża, albo zniechęca. Widzę to przez pryzmat ciała które sam uważam za świętość. Cud tak doskonale przemyślany, potrafiący się leczyć i naprawiać, dawać schronienie, ciepło i energię życiową. Trudno wymyślić lepsze warunki do przechowywania umysłu i życia. Istny ideał bioinżynierii. A ideałów się nie poprawia bo można jedynie rzecz spieprzyć.


Dlatego kaleczenie ciała piercingiem, tatuażem, czy czymkolwiek innym, uważam za gwałt na ideale. I choćby nie wiem jak wysmakowany był ów filigran, to jednak zniszczył ciało, które usiłuje się bronić. Po zdjęciu kolczyków, dziura w uchu potrafi się zasklepić, jak każda inna cielesna rana. Infekcje po wykonaniu ozdób są przewidywalną konsekwencją napaści i amatorzy tak przekłuwania, jak i malunków naściennych, są ostrzegani, że układ odpornościowy ich organizmu może się bronić i zrobi to, ignorując „wolną wolę” przyszłego nosiciela. Powikłania po autoagresji, tak jak po każdej operacji mogą wystąpić. Malarze cieleśni uprzedzają też, że na ciele człowieka są strefy, gdzie ból jest bardziej dotkliwy niż gdzie indziej i dla początkujących z samogwałtem odradzają te lokalizacje, żeby ich ciała „przyzwyczaiły się” do bólu. Czyli ból jest faktem, uszkodzenie ciała także, powikłania (jątrzenia, zaczerwienienia i infekcje oraz związany z tym zakaz moczenia i konieczność utrzymywania świeżej rany w sterylnej czystości również). Dyskutowanie z faktami uważam za niesmaczne i głupie.


Z medycznego punktu widzenia tatuaże zwiększają ryzyko raka wg badań przeprowadzanych w różnych krajach o około 30% w zależności od rozległości malunku i koloru wybranych farb (czarna zabija najmniej skutecznie). Gdy rak zabija co czwartego człowieka (niektórzy twierdzą, że nawet co drugiego) zwiększanie ryzyka na własne życzenie stanowi jakąś formę samobójstwa rozłożonego w czasie. Mało tego. Wg lekarzy niektóre zabiegi nie mogą zostać wykonane, gdy skórę pokrywa tatuaż, bo istnieje za duże ryzyko wprowadzenia infekcji w układ nerwowy, czy krwionośny, więc kaprys żywego dzieła sztuki wymaga zmiany sposobu leczenia/znieczulania organizmu podczas operacji.


Ta „moda” zdumiewa mnie, szczególnie, kiedy amator uszkadzania ciała okazuje się być „eko” - czyste powietrze, woda z filtra, zdrowa żywność, zielona energia, naturalne i biodegradowalne materiały na ekskluzywną bieliznę do wglądu wyłącznie dla wybranki, a tu chemiczna szpryca - bomba z opóźnionym zapłonem wstrzyknięta w to wypielęgnowane, starannie chronione przed szkodliwością otoczenia ciało. Okropieństwo. I niech pluje kto chce – zdania nie zmienię. Można malować tynki kaplicy sykstyńskiej, płótna na blejtramie, deski ikon, serwetki w knajpie, szkło i kamienie - wszystko, tylko nie ciało. Oczywiście moja opinia jest moja i dla mnie, a każdy urządza sobie życie po swojemu. Niech! A co! Powody żeby być sceptycznym mam. Jeśli ktoś ma powody, by nosić na sobie modern-art – niech nosi i oby jej/jego (damy naprzód) ciało udźwignęło ciężar sztuki. Ja nie potrafiłbym tak dobrać obrazka, żeby pasował mi w wieku lat szesnastu, trzydziestu i sześćdziesięciu i nie budził uśmieszku politowania.


PS-1 Faceci to jednak straszne szuje. Damy naprzód, bo kto wie co czai się za węgłem. Łajka w kosmosie? Suczka na zwiad zanim ogary pójdą w las!


PS-2 Ilekroć napiszę źle o facetach, echem wraca milcząca aklamacja. Napiszę źle o kobietach – echo dudni oburzeniem.


PS-3 Może napisać coś dobrego o facetach? Trochę strach…


PS-4 i 5, to już playstation w coraz doskonalszych odsłonach i trudno mi rywalizować z zaścianka świata. A jednak urodziłem kolejną myśl – Na zewnątrz zwykłem ukrywać naturalny zapach ciała – mnie. Nieświadomie. Nie wiem dlaczego. Może boję się węchowego obnażenia przed OBCYMI? Jak pachnę/smakuję/jestem odczuwalny? To dane wrażliwe i tylko dla wybrańca (znaczy wybranki, żeby nie pozostawiać niedomówień). Można mnie zobaczyć i usłyszeć – pozostałe zmysły mają ze mną kłopot – ukrywam się! Mimikra. Mało kto może mnie dotknąć/zwęszyć/sprawdzić jak smakuję. Poczuć? Nie wiem, czy chcę aż tak się obnażać!

środa, 8 lipca 2026

Ekstrakt podsumowujący głosowanie decydentów.

 

    Po co komu poseł, który nie przychodzi na głosowanie ustawy regulującej życie trzydziestu siedmiu milionów podwładnych? Po co komu reprezentant narodu „wstrzymujący się od głosu”? Jeśli nie ma własnego zdania, czy nie lepiej byłoby, żeby opuścił zgromadzenie i pozwolił rządzić tym zdecydowanym?

W czas suszy w buszu szył z kuszy w uszy tuszy.

 

Kierowca powoził tak, jakby zamierzał wytrząsnąć mi spomiędzy uszu zapodziane tam sny niedośnione. Skąd miał wiedzieć, że nie pamiętam ich regularnie?


Nawiedzona sprzątaczka zdmuchuje maszynowo opadłe kwiaty lipowe ze żwirowego chodnika cały ten pył strącając do Rzeki. Gdzie w tym logika tego nie wiem. Grunt że chodniczek wysprzątany pięknie być może na przyjazd „specjalnych gości” , którym lipowy susz szkodzi na buty. Wiatr zaciekle usiłuje powstrzymać Rzekę przed wypłynięciem z Miasta. Wieje pod prąd i unosi poruszone przez sprzątaczkę drobiny. Kurzawa jak podczas piaskowej burzy. Na moście mija mnie kolarz-wędkarz o wzroku doskonale martwym. „Hybrydowe” podejrzenia rodzą się we mnie – albo się naćpał albo zamarzł na brzegu. Może jedno i drugie? Zombie pedałuje niemrawo a ja na wszelki wypadek trzymam się z daleka. Z gęstej korony wiązu śmieje się ze mnie dzięcioł zielony – nie sposób dojrzeć szydercy, ale ja już rozpoznaję śmiech sprawcy. I wiem, że mieszka na wyspach, całkiem niedaleko stąd. Tam, skąd wyjechał dostawczak z rejestracją D0 MASS. Młody brodacz w letnim stroju marznie usiłując w kieszeniach szortów schować ręce aż po pachy – bezskutecznie. Szczur ostrożnie pobiegł do śmietnika na drugie śniadanie, a kopciuszek zamerdał do mnie ogonkiem, ale to nic nie znaczy, bo kopciuszki merdanie mają w genach. Coś jak oblizywanie się podczas jedzenia pączka – niby się da, ale komu się udało, ten bezpowrotnie utracił przyjemność jego zjedzenia.


PS. Christopher Paolini, Dziedzictwo: Wolałbym żyć w czasach pozbawionych historycznych wydarzeń – ja też…

wtorek, 7 lipca 2026

Sprawnie sprawiłem sobie prawie prawdziwe prawidła.

 

W autobusie pachniało mydełkiem i ciepłymi preclami, ale piękna pani z deficytem podbródka ignorowała aromaty, pochłonięta bogactwem życia wewnętrznego. Nawet tajemnicza rejestracja D0 YATAN nie wytrąciła jej z letargu. Medytowała?


Zaplątana w dzikie wino sikoreczka okrzyczała mnie okrutnie, że się gapię, kiedy ona przedziera się przez zabytkowe niewątpliwie pnącza, kryjąc się pod liśćmi. Druga uwijała się na ciężarnej ulęgałce i tylko cmokała na mnie (chciała mnie zeżreć?). Na bulwarze grasował jawnie z siebie dumny gołąb. Chyba właśnie zmotłoszył gołębicę ku obopólnej satysfakcji. Ona właśnie kokosiła się w trawie, gruchając i poprawiając piórka, on napuszony, drobił kroczki wokół wybranki i świata poza sobą nie widzieli. Mnie także nie.


Kamienny święty, oflankowany aniołami, zerkał z cerkiewnego gzymsu, podpierając się laseczką. Wpatrywał czegoś na chodniku i wyglądał jakby chciał komuś napluć na głowę. Na wszelki wypadek przemknąłem przeciwległym chodnikiem. W dzielnicy Boga tramwaje okrutnie piszczą. Tory wiją się między świątyniami nieustannie skręcając. Gdy przemnożyć ów jazgot przez natężenie ruchu godne wakacyjnego tłoku na przejściu granicznym w Dorohusku, nic mniej jak długa przerwa międzylekcyjna w podstawówce nie osiągnie podobnego stężenia dźwięków. Nim przejdę jeden przystanek pieszo, regularnie mija mnie 5-7 tramwajów, a czasem więcej.


Radio zadrżało: „Ostrzeżenie IMGW - susza hydrologiczna postępuje”. I jak mam skonsumować tę informację? Wykopać transzeję i Bagnet na broń! Szkoda krwi? Tamę dla wód płynących mam postawić, żeby więcej zostało dla mnie? Trudna sprawa. Wiem przecież, że są „zbiorniki retencyjne”, w zamyśle zbudowane na czasy ekstremalne – czyli, jak jest zagrożenie suszą – wypuszczamy zgromadzone zapasy, a jak jest zbyt mokro, to zbieramy nadmiary. Tymczasem po zbiornikach latem pływają żaglówki i motorówki decydentów i niech sobie „susza hydrologiczna postępuje”! Niech „Wisła notuje rekordowo niskie poziomy”. Koszmar! A przecież wystarczyłoby zbiornikom pozwolić robić to, do czego zostały zbudowane – zbierać wodę w sezonach ekstremalnych opadów i oddawać ją rzekom podczas okresu suszy. Nic więcej. Tymczasem susze nękają wszystkich, a po nich (cóż za zaskoczenie), nieuchronnie następują powodzie, gdy zbiorniki przeleją się wierzchem. Zeszłoroczną powódź osłabił wybudowany, „jeszcze ciepły” suchuteńki zbiornik Racibórz, mający „zbierać wodę” latami. Cóż… Wypełnił się w trzy doby. Skoro susza, to czemu zgromadzonej rok temu wody nikt nie wypuszcza? Lepiej żeby uszła górą po jesiennych burzach? A niech tam po nas choćby potop! – niech spłoną lasy – kto nie lubi dobrze wysmażonej dziczyzny zgrillowanej z grzybkiem w asyście leśnych ziół?


    Wracając potykam się wzrokiem o młodą damę w dresowych spodniach. Spodnie są grube, szare i mają różowy napis rozciągnięty między biodrami – SUGAR. Żeby nie było skojarzeń z porzekadłem smaruj dupę miodem, a ona i tak gównem śmierdzi, napis był rozciągnięty z przodu. Potem jeszcze rudowłosa bogini (nieco antyczna) usiłowała mnie poderwać NA MÓJ BUKIET SŁONECZNIKÓW. Ech!

poniedziałek, 6 lipca 2026

Próżny to oszczędna wersja słowa opróżniony?


Sprawdzając organoleptycznie temperaturę zewnętrzną, wylazłem niespełna ubrany na balkon, łowiąc wzrokiem spsiałego gościa. Najpierw pomyślałem – murzyn, lecz chwilę później okazało się, że to białasek, tylko poddany perforacji skóry masywnymi tatuażami na wszystkich odnóżach. Nieużytek przylegający do osiedla został skolonizowany przez wiesiołki. Kwiaty w kolorze jasnej żółci samą swoją obecnością poprawiają samopoczucie. W autobusie galimatias – krótkie nogawki i długie rękawy, albo odwrotnie. Jaskółki drobnymi skrzydełkami usiłują utrzymać chmury wysoko nad Miastem żeby nie spadły gęstą od kropel wilgocią.


Na klombie, wśród wysokich traw, zakwitł groszek pachnący, być może poprawiając kloszardowi jakość snów. W koronach lip wróble ganiają się w berka, pod daglezją tuła się pusta butla po Johny Walkerze. Staruszka utrzymująca rytm kroków kulą inwalidzką prowadzi nowofundlanda po bulwarowych, długaśnych ławkach. Pies i tak jest niemal monumentalny, jednak wędrując obok niskiej babinki ławkami –odważnie osłania ją przed połową świata. Nad Miastem zawisł budowlany żuraw i patrzy z wysoka zimnokrwiście, stalowo, czaplom oferując punkt orientacyjny na poszarzałym niebie. Elegantka w skórzanej kurtce i kapciach z futerkiem usiłuje rozkołysać most bardzo energetycznym marszem wzmocnionym kawką z Żabki. Młoda kobieta przytula swoje nieuciemiężone piersi do pustej kobiałki, jakby zatęskniła za kolejną porcją truskawek w godziwym towarzystwie.


Gapię się w niebo, bo to nie kosztuje. W przeszłości niebo zasiedlały stratusy, cumulusy i cirrusy. Z rzadka trafiał się cumulonimbus; gwałtem spadające na ziemię kowadło, skrzące się wściekłością natury. Teraz każdego dnia, zamiast poczciwych, tradycyjnych chmur, widuję przeważnie „chmury wstęgowe”, jak nazywam te niby-smugi-kondensacyjne szatkujące atmosferę na kawałki, które godzinami wiatr rozwłócza po kres widzialności i tłamsi błękit. Naprawdę, nie trzeba wiele – wystarczy łeb unieść i popatrzeć, co się stanie z tą samolotową „smugą” pięć, dziesięć, czy sześćdziesiąt minut później. Prosta obserwacja, nie wymagająca żadnego sprzętu, ani szczególnych umiejętności. I pomyśleć, że wszyscy tym oddychamy, co łaskawcy serwują nam z owych chmur. Wszyscy to jemy, bo czego nie pochłoną płuca, spadnie na ziemię - na czereśnie, ziemniaki, trawę gryzioną przez ostatnią we wsi krowęczy w wodę przeznaczona do picia. A ja mam zbierać plastikowe butelki, chcąc „ochronić” środowisko. I niech nie śmiem ich zgnieść, bo nie dostanę za nie jałmużny - pięćdziesiąt groszy! Gdzie trafia pieniądz z kaucji za te „jednorazowe” butelki? Ile zdołają zebrać kloszardzi – bez paragonu, czy oddane niewłaściwej sieci, uzyskają zaledwie 10 groszy za sztukę, a czterdzieści groszy zniknie w czeluściach „systemu” – dokładnie tak samo dzieje się ze sprzedażą produktów; gdy rolnik modli się, żeby dostać 10 groszy za kilo ziemniaków, sklep chwali się promocją, sprzedając je Tobie „za jedyne” trzy czterdzieści dziewięć. Widuję ludzi pokornie dźwigających butelki do automatu – system zrobił z nich śmieciarzy. Gdyby ustawodawca chciał dbać o środowisko – plastik skupowany byłby w dowolnej formie. Zgnieciony, połamany – byle był. Na wagę. A nie na banderolę, paragon, czy kod kreskowy. Dla mnie to tylko kolejny podatek od kupujących (opodatkowanym pieniądzem) napoje w plastikowych opakowaniach.


    V1 KKK – czyżby ktoś przeszczepił idee Ku-Klux-Klanu na grunt warszawski? Fakt, że obcokrajowców przybyło zauważalnie, że Azjaci, Afrykanie, Południowoamerykańscy przybysze niepostrzeżenie stali się tutejszą codziennością, choć daleko im do liczebności kozackich zastępów.

niedziela, 5 lipca 2026

Śpię i śpiewam szczękając szczęką.

 

    Tym razem mundialowe teksty już bez komentarza:

- korytarz był zamknięty, niewypolerowany,

- może trzeba będzie zmienić ekosystem w ofensywie,

- nie ma to przełożenia na cokolwiek pod bramką przeciwnika,

- mecz jest intensywny,

- nie zostawiają tlenu,

- to jeszcze nie jest minuta na spuszczanie głowy.

sobota, 4 lipca 2026

Ekstrakt o sile i słabostkach.

 

    Czytam o słabej płci, która tak mocno dostaje w kość od silnych drani, że czuję się okropnie jako przedstawiciel płci brzydszej.

    Zerkając na statystyki długości życia obu płci, dostrzegam jednak że to ja reprezentuję tę słabszą.

    Paradoksalnie, prześladowane panie żyją średnio o siedem lat dłużej.

Męczę i meczę na meczowe miecze.

 

    Kolejny dzień mundialu i kolejne kwiatki komentatorskie – znów zbieranie raptem kwadrans, jednak okazów do trenowania wyobraźni nie zabrakło, bo w meczu działo się nie za wiele, poza tym, że jakiś amerykański aktor ziewał okropnie i nudził się niemal namacalnie.

- Atakował przestrzeń (zdawało mi się, że trzeba atakować bramkę, którą można nazwać przestrzenią, ale po co skoro już ma swoją nazwę? Don Kichot to jednak klasyka gatunku, a bohater też obiekt ataku wybrał niefortunnie – trzeba było atakować młynarzy),

- Kto jest odpowiedzialny za kreację? (na pewno nie garderobiany, czy projektant mody z Mediolanu. Chodziło o kreowanie gry, czyli tak naprawdę o to, kto będzie rozgrywał, dyrygował ruchami zawodników z drużyny, patrzył i podawał piłkę temu, który ustawi się najlepiej z punktu widzenia celu gry, czyli trafieniu w przestrzeń boiskowego wroga),

- Jego ruchliwość jest nieprzyjemna przeciwników (cóż… zapewne spodziewali się, że przeciwnik będzie przemieszczał się w tempie posągów Moai z Wyspy Wielkanocnej. Zamiast futbolu trzeba było wybrać snookera, szachy, łucznictwo, czy coś równie dystyngowanego),

- Tworzy korytarze (to ci architekt! Szkoda że tylko korytarze, bo przecież one powinny dokądś prowadzić, ale może pozostałymi pomieszczeniami zajmuje się dedykowany partner?),

- Transport piłki w pole karne (logistyka przede wszystkim. Gońcy poszli, a dla większych gabarytów zamówili Glovo, względnie flotę cargo),

- Wziął na siebie ciężar rozrzucania piłki (i proszę! odnalazł się kreator! Wystarczyło poczekać na ciężarowca i niech rozrzuca, byle nie gnój widłami)

- Boczny obrońca został mocno spresowany (nie ma nic wspólnego z prasowaniem, czy miażdżeniem prasą – znaczy tylko tyle, że wróg zawzięty postanowił odebrać mu piłkę i nie odpuszczał, by to osiągnąć),

- Niska wartość zawodnika wynika z narodowości (niektórzy zawodnicy sprzedają się drożej niż inni, bo to nadludzie. Pozostali, ci niższej kategorii nie mają szans na podobne benefity – aż dziw że demokracja na to pozwala, jednak prostytucja interesuje demokrację jakoś tak selektywnie),

- Penetrujące podanie (znaczy weszło jak gorący nóż w masło, żeby uniknąć erotycznych skojarzeń, chociaż penetracja przy wykorzystaniu talentu kolegi może być intrygującą alternatywą nawet dla demokracji. Najkrócej ujmując – podał do przodu i to celnie, czym spenetrował wraże szeregi hurra!)

piątek, 3 lipca 2026

Za szybką babka żabki, w kapkę szybkiej kawki sypie papkę sypkiej babki.

 

W autobusie naprzeciw mnie usiadł groźnie wyglądający gość ze szpiczastą głową. Nie mogło mi się wydawać, gdyż fryzurkę miał zanikową – zupełnie jakby goląc się przedwczoraj rozpędził ręce i pociągnął od policzka aż na kark, przez całą głowę. Na przystanku chuda blondyna uśmiechała się do własnych myśli, otoczenia nie widząc kompletnie. Jej obojętności na zewnętrze nie naruszył nawet widok dziewczyny ubranej w coś, co nazwałbym jednoczęściowym strojem kąpielowym, oczywiście w czerni. Dziewczyna zziębła i w marszu ogrzewała się własnymi ramionami, chcąc zachować resztki ciepła wygryzane wiatrem, który nagle zaczął wiać tak, że postrącał wrony z chodników. Na murze pętającym pomniejsze narowy Rzeki ktoś napisał błękitne PANACEUM – ale na co, tego już nie.


A jeszcze wczoraj popołudnie było tak ciepłe, że tylko zatwardziałe zwolenniczki mody, w trosce o własny „luk” czy też „autfit” , potrafiły objawić się w nasłonecznionej przestrzeni w kozakach, albo skórzanej kurtce. Patrzę na dwie daglezje rosnące u podnóża bastionu prochowego i zastanawiam się, jak długo pożyją, regularnie podlewane moczem. Na moście trafiam pulchną i bladą panią w prochowcu, która kroki stawia tak jakoś ostrożnie, jakby chodnik przed nią mógł za chwilę okazać się iluzją.


    Wracając wsiadam na początkowym przystanku, gdzie autobus zwykle stoi chwilę dłużej niż gdzie indziej. Zaraz po mnie wsiada aromatyczny gość i wybiera miejsce niedaleczko. Posiedział parę minut i słonko mu dopiekło, to się przesiadł w cień, gdzie uporządkował zawartość reklamówek i wysiadł. Hurra! W sumie, jak się dysponuje puszką piwa i słońcem za oknem, a przystanek tuż przy parku – po co gdzieś jeździć? Wystarczy na trawce zażyć relaksu! Tymczasem w autobusie – migracja ludzkości. Niektóre panie trzy razy zmieniały miejsca, żeby wybrać to najbardziejsze na podróż 5 przystanków. A kiedy jazda się zaczęła na jednym z przystanków wsiadła pani o białej głowie, przytuliła się do swojego pana i zlożyła głowę na jego piersi. Coś tam gaworzyli, uśmiechali się i dotykali, jakby młodość i miłość jeszcze ich nie opuściły. Pewnie dlatego ledwie dostrzegłem piękną Golemicę z jej osobistym Golemem. Pani w niebieskiej sukni wyglądała znakomicie, ale może mam na nią uczulenie i stąd opinia.


    Wśród tablic dziś L2 OPUS, D0 GOODE, B0 HAT3R.