piątek, 5 marca 2021

A przecież południe właśnie!

 

Po niebie toczą się chmury - brudne, zużyte, może nawet wytarte o buty tych, co ponad ziemią stąpają. Tu i ówdzie łyskają łachy pozłoty i nie wiem, czy słońcu zawdzięczać wytrwałość, czy to klamry na oficerkach tytanów błyszczą niesczezłym złotem. Na chodnikach wilgoć wytłukła ostre krawędzie kredowych wyznań. Rozmyła je do nieczytelności, do dzieł, które tylko niezwykle zdeprawowany krytyk gotów opisać w słowach, podnoszących nicość do gwiazd pierwszej wielkości. Dogania mnie śmiech krótki, poszarpany zimnym wiatrem, smyczą zbyt mizerną, by wiosna odważyła się nadejść. Zimowe kurtki na grzbietach starszych pań nie muszą być aksjomatem, świadczącym o trwającej zimie. Nie muszą, do czasu, gdy wiatr szepnie odsłoniętym szyjom:


- Czyżby?

Agonia.

Ciało sinieje z zimna, a gęsia skórka kolonizuje nawet intymność. Czuję, że temperatura spadła dużo poniżej strefy komfortu i skóra teraz walczy, żeby dać ciału szansę na przetrwanie. Zwierzę we mnie walczy, żeby dożyć jutra i dać sobie szansę na ciąg dalszy. Boli. Na razie tylko boli, bo każdy krok jest czymś, co sprawia koszmarny ból i znaczy mięśnie łydek szramami krwawych, szybko zamarzających pręg. Każdy krok…

 

Przecież, jeśli powstrzymam punktowy ból, nie zejdę. Zostanę tu, aż odwilż, albo lawina nie zniosą ciała w dół. A może przymarznę jak drogowskaz na trawersie Everestu i zielonym kombinezonem będę wskazywał innym, że mieli więcej szczęścia niż ja, że właśnie tu, należy zmienić kurs, by osiągnąć szczyt?

 

Schodzę. O omacku, pośród czerni wszechświata i śniegu potrafiącego z twarzy zedrzeć nie tylko nadzieję, ale i zarost, do kości. Każdy krok jest bólem porodu, ale przecież strefa śmierci rozciąga się więcej niż pojedyncze kroki.

 

Zaczynam się śmiać. Ironicznie, Beznadziejnie. Taki śmiech może być przednówkiem złego. Rezygnacją z iluzorycznej szansy, sprowadzającej poniżej wysokości, na której nawet woda nie chce się zagotować, bo tarcie jest zbyt opieszałe, rozproszone, wątłe…

 

- Pić! Wypiłbym teraz dorzecze dowolnej river… całą creek… Omszałbym solą Pacyfiku filtrując wodę zachłanniej, niż czynią to tornada zrodzone nad oceanami.

 

Tracę wiarę i nie umiem już błagać nikogo. Pamięć zamiera szybciej od mechaniki. Krok… Nieistotny, zbyt mały, machinalny. Potem drugi, kiedy we łbie gotują się właśnie fantasmagorie. I jeszcze jeden. Po co? Nie wiem, ale drążę przestrzeń uporczywością. Wzrok już straciłem dawno, nadzieję zostawiłem nieco wyżej, gdzieś pod żebrem, ale może wiatr rozpędzający się między serakami wywinduje niespełnienie na sam szczyt? Wszak grań zbiera wszystkie śmieci, by uniosły się kurzawą, obłędem, mocą, jaka poza zasięgiem ludzi.

 

Wciąż oddycham. Ślepy, niemy, zagubiony. Schodzę. Krok za krokiem. Trzydzieści centymetrów za każdym nadludzkim wysiłkiem. Jeszcze tylko miliard kroków do sukcesu. Do powrotu, do domu.

 

- Nie płacz, nie jesteś babą! A łzy skostnieją i oderwą się od policzków razem z nimi, odzierając je do kości, żeby wiatr smół szlifować groty strzał wprost na kości. Więc nie! Milcz z godnościa, albo zdychaj pośród wszystkiego, co cię przerasta. Kolejny krok, kolejne trzydzieści centymetrów śmierci na raty. Gdzieś tam… Stoczyć się? Będzie szybciej, może zdążę, nim ciało powie „poddaję się”? krok zbyt mały, by mógł stanowić o przyszłości, jednak jest. I następny, równie zbyt mizerny.

 

Kolebię się po lodowcu, nade mną chorągiewka – ciężka jak pociąg pancerny. Kiedy wbijałem ją w śnieg szczytu…sądziłem, że właśnie wygrałem główny los na loterii. A teraz szmata płowieje, wiatr ją rwie, a mnie nie tylko do cywilizacji, ale do strzępu szmaty szarpanej monsunem brakuje tak wiele. Wspominam, głodniejszy od wilka na przednówku, że tam, w obozie liofilizowana żywność – rzecz niejadalna tam, gdzie kobiety krzątają się wokół ognia, lecz tam… trudno o równie wykwintną ucztę.

 

Krok. Zadyma przed oczami stara się unicestwić horyzont, skłonić, bym ukląkł… Klęczę. Wobec potęgi, której nie podołam. Sięgam ustami po łyk tlenu. Mało go. Za mało. Tak ubogiej mieszanki nie zniesie żaden dwusuw. A ja? Jeszcze raz otwieram usta i chwytam to, co w ciemności brzęczy przypowieści o rychłym końcu. Zachłystuję się, upadam twarzą w nieskończone zimno. Obrany już z fizyczności, jestem jedynie myślą. Ideą zbyt wysoko utkniętą, by trafiła do cywilizacji. Zamykam oczy, choć to już nie ma znaczenia. Bezludna wyspa, pogrążająca się w fali przypływu. Ja – bezimienny robak drążący niegościnne wyżyny. Przegrany.

 

Może ktoś, kiedyś opowie, przypomni, że byłem. Teraz, pośród mroku gasną nieistniejące światła. Serce zwalnia, oszczędza wyliczone uderzenia, żeby nie umrzeć przede mną. Zlicza uderzenia, jak ja, jeszcze przed chwilą, kroki. Dźwięczy głośniej od zygmuntowego dzwonu. Widać – trzeba mi bardzo dosadnych wrażeń, żebym poczuł. Ciało dawno już zestaliło się z pokrywą, a mrok okradł resztki ciepła.

 

Nie ma mnie już? Nawet echo wzgardziło i nie raczy odpowiedzieć. Tylko wilczy wiatr zawodzi i podrzuca grubszą pierzynę zziębniętego śniegu.

Z lekkim zawstydzeniem.

 

Śnieg rozbija się o chodniki równie łatwo, jak surowe jajka. I wilgocią nasiąkają betony, asfalty, czy trawniki ucywilizowane tak, że więcej w nich ziemi, niż zeszłorocznych źdźbeł. Mazurek, może wróbel, tak się spieszył, by osiedlić się w śpiącym żywopłocie, że niemal między moimi nogami szukał najkrótszej drogi ku przeznaczeniu. Szczęśliwie minęliśmy się i każdy swój chleb teraz podjada. A śnieg wciąż z nieba kruszy się, a tak wątły, że nawet wiatr nie chce go zmotłoszyć, skołtunić, powstrzymać przed samobójstwem. Zbiorowym, bo przecież pada i pada, a okruchów więcej, niż szpaków nad sadem pełnym dojrzałych wiśni. Pani na rolkach, choć niezbyt wprawna w jeździe, to przecież flirtuje z tym, któremu idzie zdecydowanie lepiej. Być może układają puzzle własnych słabości, by wspólnie stworzyć obraz? I nieważne, że ona ma sylwetkę omijaną skwapliwie przez „urodziwe czasopisma” a on – cóż mógłby być „bardziejszym” bez trudu – znaczy bez trudu dla wyobraźni, bo przecież nie dla niej…


Gdzieś pod płotem zapodziały się zabawkowe pieski, a ich Wyprowadzacz czekać musi, żeby świt dotknął zauważeniem głęboki cień pod zarośniętym winem płotem, by je odnaleźć. Gwiżdże, jednak w tym działaniu nie słychać nadziei. Ot – pozorne działania na stabilnym froncie. Wszak do końca papierosa jeszcze została chwila. Nie nerwowo, każdy zdąży. Poza szczelnie zasuniętymi roletami trwa niebyt. Sen któremu koniec rychły wieszczy zegar, mimo, że wskazówki opadają mu, niczym ręce zawiedzionego drwala, kiedy robota ponad siły.


Wymyślam kota, ocierającego się o rant komina. Komin dymi, sapie, poci się i wypuszcza parę wprost w niebo, krztusząc się i dławiąc, żeby uzupełnić ławicę chmur kolekcją sztucznych baranków kto wie, czy nie hojniej obdarzonych od tych, którym makijaż robiła natura. Mama odprowadza dziecko do codzienności starszy pan zachłystuje się tytoniem uchylając ledwie okna, by poza żaluzjami.... ech! zapewne znowu nadinterpretowuję, jednak papieros PO - smakuje najbardziej. Skąd wiem? Paliłem, i zdarzało się że PO... Czy to już bezwstyd?

Trudna sztuka dojrzewania.

Sprzedawałem ciało. Najprostszy pomysł na niezależność. Domniemani dżentelmeni przychodzili i bawiąc się zatrzaskiem portfela negocjowali moją uległość. Brutale niezwłocznie chwytali za tyłek, warcząc bezduszne pytanie:

 

- Ile?

 

Chcieli, żebym udawał niewinność. Inni pragnęli mojego płaczu, ale wszystkim zależało, bym zanurzył się w bagnie ich wątpliwej cnoty. W brudzie, który miałem przyjąć na siebie, żeby wyszli ode mnie lepszymi ludźmi.

 

I wychodzili, z zadartymi nosami i pożegnalnym przekleństwem, dla skamlącego na podłodze żebraka zbierającego wymiętą, przepoconą jałmużnę.

 

Teraz boją się wyjść z domu. Zadzwonić. Moje ciało powoli goi się od ran. Nie przychodzi nikt.

 

- Kiedyś dorosnę! I pokażę wam jeszcze!


czwartek, 4 marca 2021

Atomowy zegar.


Tik-tak - Spodziewałem się ciebie, a chociaż to bardzo niedoskonałe słowo, to jednak używam go, żeby udawać zaskoczenie. Szczątkowe, fałszywe, ale przecież – konwenanse. Miałbym powiedzieć wprost, że chciałem spędzić chwilę intymną z tobą? Przecież wiesz, jednak jawnie przyznać nie możesz, że ty również miałaś podobny kaprys, lecz nawet udawana bliskość wymaga minimum wysiłku, gracji i zachowania godnego dżentelmenów.

 

Tik-tak - Kupiłem kwiaty. Prawie naturalne. Tych polnych już dawno nie uświadczysz, a te, które posiadają szczątkowy aromat, są droższe od konwoju TIR-ów rozwożących je po metropoliach. Zaciągnąłem dług, żeby spełnić twoje niewysłowione oczekiwania, żebym sam doznał więcej, wiedząc, że poświęcam przyszłość dla chwili. Kupiłem z premedytacją i zaciśniętymi zębami. Pozwoliłem sobie na marzenia. Na rozpustę. Postawiłem wszystko na jedną, zapewne ostatnią w moim życiu kartę – kupiłem prawie naturalne kwiaty – dla ciebie, którą dopiero mam poznać. Z którą mam się kochać – fizycznie! Wilgotnieją mi oczy, ilekroć pomyślę, że zgodziłaś się przyjść i miast wirtualnej pieszczoty, zgodziłaś się na ryzyko analogowego zbliżenia. Chciałbym, żebyś nie dała rady zapomnieć tego wieczoru.

 

Tik-tak - Przez rok oszczędzałem przydziałowe deputaty na alkohol, żeby wieczór uświetnić szampanem, na jaki stać tylko Sterników. Oni… niechętnie sprzedają trunki pospólstwu, jednak zaparłem się. Oszczędzałem wściekle, stałem się wręcz abstynentem, od roku pijąc wyłącznie wodę i to tę najtańszą, żeby dziś… Żebyś ty… Trzy tabletki koncentratu szampana i litr wody, której barwa jest niezrównana – wręcz niewidzialna, tak jest przeźroczysta… Wszystko to czeka na ciebie. Na nas. Dziś.

 

Tik-tak – Cyfrowy garnitur ma dzisiaj zalśnić grafitowym, mocno stonowanym blaskiem – tak, jak chciałaś. Ja? Mam nadzieję, że w ogóle przyjdziesz, jeśli jednak w sukience, to na pewno oszaleję ze szczęścia. Na wszelki wypadek trzymam pod ręką dopaminę, niebieskie pigułki i całą resztę specyfików, które wyregulują mnie tak, bym w miarę bezkarnie przetrwał zbliżenie, nie tracąc z niego zbyt wiele. Wiesz… Wiem, że wiesz, pragnę więcej, niż oficjalne statystyki pozwalają komuś poniżej klasy Strażników Czystości.

 

Tik-tak - Wiedziałaś to, przeczuwałaś, chociaż maskowałem uczucia i ważyłem słowa. Weszłaś w sieć moich neuronów i rozbroiłaś mnie. Oddałem się tobie cały. Otworzyłem, opuściłem sieć firewalli, zasieków i pozorów. Weszłaś we mnie głębiej, niż matka, która ledwie mnie powiła, a już oddała na wychowanie Siostrom Miłosierdzia. Ty byłaś pierwszą istotą, która dotknęła synaps zbyt nieoficjalnych i intymnych, by ktokolwiek-komukolwiek. Pragnąłem cię! Szukałem wzajemności.

 

Tik – tak - A teraz masz przyjść i być może w suknię spowita zatańczysz dla mnie improwizowane na gorąco flamenco, aż świat oszaleje i przekroczymy normę doznań dla standardów życia Maluczkich. Cieknie mi ślina z kącika ust, ocieram powoli, rozkoszując się perwersją własnych myśli. Wiem, że je słyszysz – nadal jestem otwarty na ciebie. Ty jeszcze nie masz odwagi się odsłonić, lecz czuję, uzurpuję nadzieję, że się odsłonisz, że zanim spłynie na podłogę ramiączko pozornie przypadkowo zsunięte z sukienki, będziesz moją wiecznością.

 

Tik-tak - Jedno tylko schowałem przed tobą, chociaż gorączka kaleczyła mi myśli i żądzę, by się zdradzić. Kupiłem kamień! Prawdziwy! Na czarnym rynku, bo przecież nikt nigdy nie sprzedałby mi kamienia oficjalnie. Brylant świecący niebieskim światłem, połamanymi fasetami potrafiący sięgnąć dna duszy, by pośród niej rozpalić Ognie Świętego Elma, błądzące po bezdrożach nieświadomości i szukające spełnienia. Tę jedną rzecz chowam przed tobą, żeby zaskoczyć twoją uległość, żeby pozwolić sobie na słowa: MOJA NA ZAWSZE!

 

Tik-tak - Nie widziałem cię, lecz pragnę bardziej, niż codziennej dawki pokarmu, niż diagnozy szwadronu nanoelementów przemierzających mój odbyt i płuca… Nie sądziłem, że można aż tak pragnąć. Nikt mnie tego nie uczył, nie przygotował na emocje wykraczające poza dopuszczalną skalę najbardziej rozpasanych mierników. A teraz masz przyjść i musiałem odłączyć impulsometry, żeby nie zdradzić się, że już zostałem pokonany przez emocje i nie zamierzałem absolutnie wracać na ścieżkę cnoty – byłem twój bardziej, niż mogłaś podejrzewać i tylko roiłem w sobie nadzieję, że odwzajemnisz je choć trochę.

 

Tik-tak - Nosiło mnie. Byłem zbyt skromnym gabarytem, żeby udźwignąć całe to czekanie. Chciałem biec. Chciałem frunąć po ciebie, żeby przywieść cię tu, do mnie i mojej zachłannej, rozpasanej nadziei. Czekałem, zamiast zegara kwantowego odliczając brakujące chwile. Wiedziałem, byłem pewien, że będziesz doskonale punktualna! Że spóźnisz się dokładnie o 14 minut i 59 sekund, żeby nikt obcy ci nie zarzucił, że straciłaś głowę. Na więcej nie pozwoli tobie niecierpliwość, więc będziesz, nim kwadrans ogłosić mógłby spóźnienie. Wejdziesz i sprawisz, że wieczność skarleje do okamgnienia, że jutro stanie się domeną istot pozaziemskich. Bo my będziemy trwali w dzisiaj, zanurzeni w błogim syropie chwili. Słodkim, łechczącym zmysły po kres pojmowania.

 

Tik-tak – Szemrzą we mnie ścieżki najdrobniejszych nawet tętnic, czekając twojego nadejścia, żeby jeszcze przyspieszyć. Jeszcze? To w ogóle możliwe? Już jestem ugotowany żarem własnej krwi, więc chyba spłonę, nim staniesz w drzwiach. Ty też to czujesz? Cierpnie mi moszna i mózg – są tak podobne…

 

Tik-tak – Szmer spoza drzwi jest więcej niż sugestią. Jest pewnością ciebie! Wiem, że stoisz tam i zliczasz ostatnie beze mnie chwile – walczyłem. Z samym sobą walczyłem, żeby mentalnie nie szarpnąć klamki i nie otworzyć drzwi, tak, jak otworzyłem przed tobą swoje trzewia. Moje organiczne niedoskonałości, które prężą się w oczekiwaniu, że ukoisz nawet ukryte starannie pragnienia, że okryjesz je wzajemnością.

 

Tik-tak – Nie mogłem zrobić tego tobie! Musiałem dać ci czas. Musiałem pozwolić, byś posłuchała, jak gęstnieje ci oddech, jak rodzą się nieprawdopodobieństwa, a muszla kobiecości zaczyna wilgocią wygryzać rozum, by dać miejsce na zuchwałość i pionierską wyprawę – po mnie…

 

Tik-tak - Żadna siła nie mogłaby powstrzymać mojej dłoni sięgającej zbiegu ud. Pomiędzy nimi… Kłębiło się. Wężowisko, jakiego nawet Meduza nie miała na głowie. W gardle wyrosła mi pustynia i pierwsze z wydm zaczęły się już osypywać, gdy usłyszałem ciche, niepewne skrobanie. Serce skoczyło do gardła i zanim je przełknąłem – byłem niemy! Przyszłaś! Boże! Niby wiedziałem, ale bałem się, że w ostatniej chwili zrezygnujesz, że zostawisz daremnym moje niespełnienie i wyszydzisz pragnienia publicznie. A ty… skrobiesz teraz w moje drzwi, choć czuję w swoich myślach twoją obecność. Penetrujesz zakamarki, peryferia pożądania.

 

Tik-tak – Odliczam, żeby nie wyjść na pochopnego. Jeszcze kilka tik-taków i będzie można otworzyć bez zażenowania. Tik-tak. Biegnę, jak surykatka ostrzeżona przez stado, by skryć się w otchłani nory przed apetytem krążącego nad doliną orła. Biegnę, jak orzeł, widzący nieostrożną surykatkę. Pędzę szybciej od myśli, pchany słowami, które już gotowe, uczesane, ułożone w wyznanie tak analogowe, że obecnie zakazane – KOCHAM CIĘ!

 

Tik-tak – nie do końca wiem, co to słowo oznacza, krótkie, zdecydowane, ale i miękkie, bez warczących spółgłosek… Zdaję się na ciebie. Że zrozumiesz, że docenisz obce słowo i rozpoznasz w nim jego na mnie oddziaływanie. Chwytam bukiet zimny od drogiej, ekskluzywnej wody. Drobne listki chwieją się na wątłych gałązkach, kielichy wysypują aromat. W ostatniej chwili dostrzegam drzwi i hamuję raptownie. Za takie hamowanie każdy motorniczy dostałby reprymendę, jakiej nie zdołałby zapomnieć do końca życia. Hamuję. Wydycham nadmiar emocji, odblokowuję wejście, czekając ciebie.

 

Tik-tak – Ostatnie. Przecież jestem tuż tuż… Pospiesznie przeglądam galerię uśmiechów i wybierać mam, już z wirtualną ręką na równie niematerialnej klamce. Wybierać… dobre sobie. Autoerotycznie pobrudzone noce PRZED już zaowocowały wyborem. Ubieram twarz w zaprojektowany uśmiech, jednak wciąż jestem niepewny siebie, bo może przesadziłem? Za późno. Otwieram. Nie mogę pozwolić by 14.59 zamieniło się w 15.01 – spaliłabyś się ze wstydu… a tego nie chcę!

 

Tik-tak – Otwieram szerokim gestem, aż wzdycha powietrze, zabierając niewidzialny kurz ze sobą. Jesteś! Boże, to się dzieje naprawdę! Jesteś, przyszłaś i masz na sobie sukienkę… Piękniejsza być chyba nie możesz. Zaglądam ci w oczy. Szklą się. Emocje biorą górę. Chcę wypić słodką wilgoć, nim się zmarnuje. Rozczulam się i sam krwawię z oczu łzami, na jakie nie zamierzałem sobie pozwolić.

 

Tik-tak – Patrzymy na siebie przez pryzmat łez. Jesteś piękniejsza niż sama myślałaś o sobie. Rozchylam się bezbronny jak ślimak bez skorupy podczas ulewnego deszczu. Jestem twój. Kwiaty oniemiały na twój widok – nie są w stanie równać się urodą, ani aromatem, a ty…

 

Tik-tak. Ty mówisz do mnie, uśmiechając się bardziej tajemniczo, niż Mona Lisa do pana Leonarda z domu da Vinci… Miękną mi kolana – głos… masz piękniejszy od najbardziej rozpasanych domniemań. Mówisz, a ja rozpływam się cały i opadam na kolana zaczarowany dźwiękiem. Nic nie rozumiem. Mówisz tajemne słowa, a ja wyciągam bukiet w twoją stronę. Byś wzięła – jego i mnie. Nas…

 

Tik-tak – Spomiędzy ust wymarzonych spływają słowa godne Największych Strażników. Szczękają absolutnie analogowe kajdany, spadając na dłonie powyżej kwiatów – Jesteś aresztowany za uczuciowe zbrodnie!

 

Tik-tak - Płaczę. Ona też płacze, ale kończy melorecytację wyuczoną w szkole:

 

- Cokolwiek powiesz, pomyślisz, zrobisz…

 

Tik-tak - Płaczemy już oboje, kiedy bezduszny funkcjonariusz mnie informuje, że już zostałem skazany, więc o apelacji mowy być nie może. Że odpięto mnie od systemu, co sprawia, że stałem się zwierzęciem, realizującym prymitywne, nieludzkie uczucia, więc praw nie mam żadnych. Że powiodą mnie na farmę tuczników, bo ludzie jeść muszą, więc o trzodę zadbać trzeba, by urosła przed konsumpcją, a ze mnie taki mizerak, że pewnie chwilkę zajmie mi nabranie minimalnej, regulaminowej masy. Więc jednak potrafisz tęsknić, chociaż najwyraźniej nie mnie szukałaś. Może w trakcie kariery znajdziesz tego, z którym warto. Może udajesz, żeby mnie wykraść w dogodnej chwili?

 

Tik-tak – Śmiejesz się głośno. Oficjalnie i bezdusznie. Patrzę na ciebie zwilgotniały od strachu. Wiem, nie możesz inaczej. Policja patrzy. Ukrywasz prawdziwe myśli? Czy zostaniesz bezwzględnie przesłuchana i skazana zostaniesz na wizytę w moim chlewie? Wypieram myśli o tobie, żeby cię nie zdradzić. Może mnie też będą przesłuchiwać? Zwierząt chyba nie przesłuchują….

Rozkołysany dźwiękiem gitary.

 

Szpaki obsiadły jedną z wiotkich gałęzi brzozy wysoko na czubku i przekomarzają się, kołysząc nią niebezpiecznie. Zupełnie, jakby miały spadochrony z gwarancją miękkiego lądowania. Na chodniku wymalowane młodymi rękami gry w klasy. Więcej niż jedna, więc pewnie dzieci było zbyt dużo, by zadowolić się detalem. Księżyc nieumiejętnie, a może zalotnie, ukrywa się za niewidzialnymi chmurami i tylko mu uroku przybywa od tej zwiewnej zasłony. Budowlańcy pieszczą własne podniebienia, grymasząc przy wyborze śniadania bezwstydnie kuszącego z półek marketu. Znać, że wybór zbyt duży i może się w głowie zakręcić. Noc zmęczona ucieka spać wciąż szybciej, dniom pozostawiając do obsługi większą część etatu. I wraca coraz niechętniej, by zmienić dzień na dyżurze. Balkony ciągle puste, stęsknione porannych kaw we dwoje, papierosków wypalanych jawnie, bądź ukradkiem, kwiatów zmieniających się w rytm pór roku i słońca, przy którym spłowieć i złuszczyć się potrafią nawet zimne kafle. Na parapety, miast kotów, wylegli staruszkowie i zerkają na zbyt pusty świat, by było o czym prowadzić zgodne monologi, więc jeszcze jeden papieros, jeszcze kawa, albo łyk herbaty. Zerkają na południe, gotowi opalić ramiona i dekolty, gdyby słońce zechciało ocieplić północną elewację. Paco De Lucia uwodzi mnie talentem, aż zapominam, że czas nadal biegnie. On też zapomniał, bo zarostem mógłby obdarować rodzinę wikłaczy.

środa, 3 marca 2021

Lolita.

 

Gdybym był Ariadną – niechybnie, uplótłbym nić… By przywieść…

      

Jak ONA, może będąc nie zawsze doskonałą, ale gotową uklęknąć przed nowiem spełnień…

 

Obiecałem… Najszczerzej, choćbym wiarą zdążył zedrzeć palce do kości, o Ścianę Płaczu.

 

Chciałem – naprawdę. Nie było we mnie nawet kurzu domniemań niecnych. Nie było wyrachowania. Ani celebrowania bilansu zysków i strat. Położyłem się bezbronny bardziej, niż meduza wyrzucona falą przypływu na szorstki, piaszczysty brzeg cypla, którego dotąd nie nanieśli kartografowie… Rozchyliłem uda percepcji szerzej, niż Zosieńka dla Tadeusza, który z tak wielu pieców wybierał palcami gorące kasztany, że mimo braku czucia, potrafił wyłowić diament pośród pospólstwa popiołu…

 

Gdybym był…

 

 

Brzask, który nadejdzie, jak zwyczaj każe.

 

Wilgotna wata mgły znów otuliła kokonem świat, dławiąc mniej odważne dźwięki i wszystkie, nawet głośne marzenia. Gdzieś w mroku kos pogwizdywał liryczne pieśni, licząc, że ona ( może on) doceni i odnajdzie czarniejsze pośród czarnego. Chyba po dziobie, bo kosy lubią mieć marchewkowe noski.

Miniaturowe boksery kręciły się, sprawdzając, czy ich ogony wciąż są na miejscu i pobieżne rzucenie okiem całkiem ich nie satysfakcjonowało. Robiły to zapamiętale, niemal onanizując się spostrzeżeniem – ogon w przypadku bokserów jest kosmicznym nadużyciem, jednak to wina ludzi, a nie psów. Dopada mnie pytanie, czy nowe, karłowate, sztuczne rasy, to zasługa, czy grzech ludzkości. I nie potrafię odpowiedzieć. Nie jest to zresztą jedyna nierozwiązana zagadka. Zachwycam się widzianym, nieznanym, tajemniczym, choć codziennym przecież.

Bo wczoraj pies - wyglądający jak mały, podlany bez litości płynem na porost włosów koń, spacerował, prowadząc niezbyt okazałą właścicielkę po osiedlowych alejkach i kto wie, ile stresowych chwil przeżyła ta pani, gdy tylko kudłacz czarniejszy od diabelskiego sumienia zerknął ciekawym wzrokiem na cokolwiek poza zasięgiem smyczy.

Kobiety czernią kryją własną fizyczność i wady domniemane, które same sobie wmówiły, albo wyczytały je, Bóg raczy wiedzieć pomiędzy jakimi wierszami. Zdumiewające, bo rzecz dotyczy zarówno tych drobniutkich i hojniej obdarzonych. Gdybym miał moc sprawczą, przyznałbym Nobla każdemu, kto skłoni je do zmiany maści. Niechby były kolorowe, jak motyle, jak żołny, kraski, czy zimorodki. Albo chociaż takie, jaką potrafi być wilga, rozcieńczająca czerń złotem słonecznych akcentów.

Wróciłem, mgła trwa i nawet gęstnieje, jakby pobrała od nocy podatki. Nachalna, wszędobylska i bezczelna. Wodzi na pokuszenie, obiecując nawet to, czego dać nie potrafi – jak wyrachowana dziwka, której nie oszuka żaden pozór.

wtorek, 2 marca 2021

Skoro możesz... krzyknę!

 

 

Potrzebujesz mnie do tego stopnia?

 

Najwyraźniej. Bóg wiedział, jaką być miałam, pozwalając mi na swawolę nadchodzących, bolesnych wyborów. Gdyby tylko chciał, bezbłędnie wskazałby wszystko, czego daremnie szukałam, modląc się natchnionymi palcami, w podcieniach jedwabnej pościeli, albo realizując wizje roztętnione słuchawką prysznica. Krzyczałam głośniej niż paw, który zamiast spełnienia, doznał gwałtu, tracąc zdobne pióra, nie mogące dłużej uciekać poza zasięg nieposkromionej żądzy.

 

- Czy to grzech płakać? Lepiej posłusznie wypinać pupę i nie wnikać, kto nad nią wyśpiewa prokreacyjne spełnienie? Czy mojżeszowe tablice uregulowały ostrość widzenia maluczkich? Powiedziałeś:

 

- Na wzór i podobieństwo moje. Naprawdę taki jesteś?

 

Wiara dźwiga moje lędźwia…

W kokonie poranka.

 

Dzień walczy o życie. O przetrwanie, wobec agresora, który mlekiem spływa spod niebios i tłamsi każdą, co zuchwalszą nadzieję. Małych – na razie, nie dostrzega. Ten pan, co wespół z posiwiałą bezwstydnie małżonką zwykł oglądać świat pod pozorem papieroska wypalanego niemal na świeżym powietrzu, dzisiaj znikł. Może tam jest, ale, jeśli mu się udało, to znak, że mgła otruła moje zmysły. Kolory tracą intensywność – ja, zmysły. Węszę, skoro wzrok zawodzi, ale węszę pustkę. Ludzie poznikali, nawet oswojone zwierzęta pochowały się w pielesze klatek, co odważniejsze zostawiając złociste kleksy strachu gdzieś nieopodal drzew. Wrony suszą piórka siedząc na skraju kominów i ćwiczą wysokie C. Chyba, że miałoby to być niezbyt udane i całkiem niepopularne niskie C, albo chociaż zaśpiew pana Armstronga. Zegar przewija chwile daremnie jakoś i bez przekonania, na dworze kostnieją nagie macki żywopłotów. Tylko jagody ligustru kuszą ptaki wątpliwym aromatem. Szukam odmiany. Chyba…