Siedziałem
na składanym, wędkarskim krzesełku i rysowałem. Ołówkami, bo
tak lubię najbardziej. Ołówek jest miękki, poddaje się woli,
potrafi współgrać z papierem, by wspólnie zareagować na światło.
Wystarczy dać im szansę, a zaniosą się cieniami niedopowiedzeń i
skryją w mgłach tajemnic. Najprostszy z miejskich detali zaczyna
flirtować z magią i nieznanym. I nic nie jest już oczywiste, choć
brakuje barw.
Usiadłem
w jednym z wielu miejskich zaułków, w „zakamarku”, jak
uwielbiałem myśleć o miejscach, gdzie tłum zwyczajnie nie
zmieściłby się, a turyści zaglądają z rzadka i przez przypadek
– ci, co zabłądzili, albo ktoś z tubylców podrzucił pomysł na
nietypowe szlaki. Malowałem jakąś latarnię, stylizowaną na
starą, łuk bramy bez odrzwi, z mocno już skruszonymi cegłami,
cienie kościelnej kopuły szukające sobie miejsca na nierównościach
kocich łbów. Niby nic, miejski kicz, rzecz banalna, powtarzalna w
każdym mieście. Jakiś bezpański burek wpakował mi się w kadr i
podlewał właśnie tę latarnię, której szkic kończyłem.
-
Naprawdę? Nie mógł wybrać innej? - Za karę paroma kreskami
uwięziłem go na rysunku.
-
Nawet sympatyczny – pomyślałem o zwierzaku, który dopiero w
ołówkowej wersji zdawał się nabierać uroku, więc dokończyłem
szkic, nie żałując kresek.
Dzień
nie rozpychał się jakoś szczególnie. Słońce wspinało się na
moje plecy i chyba zamierzało tam zostać, cisza i spokój zdawały
się zachęcać do sielanki. Zamknąłem oczy na chwilę, żeby mój
rysunek odpoczął ode mnie. O własnych dziełach miałem niskie
mniemanie. Zdawały się takie niedorobione, niegodne pochwał. Wiele
bloków i luźnych kartek walało się po szufladach, czy ukrywało
za szafą, żeby goście nie potykali się wzrokiem. Co tu kryć.
Wstydziłem się ich przed obcymi, wolałem więc, żeby nie rzucały
się w oczy. Nawet, gdy jakiś detal wydawał mi się bardziej udany
od innych, to reszta rysunku ściągała całość w dół i o
piedestałach, czy wystawach nawet nie marzyłem. Hobby, pozwalające
mi na marnotrawienie czasu – coś jak alkoholizm – bez sensu, bez
nadziei na zmianę, czy poprawę. Nieco bezpieczniejszy, bo za
rysowanie nikt nie zamierzał mnie okraść, czy zamknąć w
więzieniu.
Z
tego użalania się nad własnym brakiem talentu i ciepłem słońca
wtulonego w nerki chyba chwilkę zdrzemnąłem się, a kiedy
otworzyłem oczy, cień kopuły zeskoczył już z ceglanego muru i
uwolnił ponad połowę kocich łbów od ucisku. Jeszcze chwila i
zniknie całkiem z zaułka, przeskoczy kolejny mur odgradzający
wąski przesmyk od dziedzińca wypielęgnowanego na ogród w stylu
francuskim, w którym ścieżki pozwalały błądzić w pozornych
labiryntach, ławki stawały się bezpiecznymi przystaniami a
elegancko odrestaurowane elewacje pozwalały zmysłom cieszyć się
spokojnym pięknem architektury. Ja? Oczywiście po tej
„brudniejszej” stronie muru z niedokończonym rysunkiem. Rzuciłem
okiem, czy wiele brakowało, aby odwrócić kartkę i zacząć od
nowa….
Pies
zniknął! Szuja! Skorzystał z nieuwagi i opuścił prawy dolny róg
papieru, zostawiając po sobie schnącą szybko plamę moczu! Świnia!
Zaraz, zaraz! Pies, czy świnia? Nie… na pewno pies. Nieduży,
kudłaty z mordką sugerującą, że mimo biedy potrafi się śmiać.
Łapserdak nieudomowiony. Najwyraźniej uznał, że nie będzie
marnował czasu ze mną i zwiał. Aż tak źle rysuję? Uniosłem
kartkę pozwalając słońcu się przyjrzeć. Eeee… aż tak źle
nie było, żeby nawiewać. Żaden cud, ale ściany wyszły raczej
prosto, latarnia nabrała sznytu, bo przecież wyczyściłem ją z
liszajów liniejącej farby. Niesłusznie? Z ostrożności,
machinalnie poprawiłem. Skoro pies zwiał, to latarnia gotowa też.
Słońce zdawało się wspierać moje wysiłki i wysuszyło plamę po
psie. W nerwowych ruchach dokończyłem rysunek i odstawiłem ołówki.
Rozglądałem
się, dokąd poleciał pies. Mój przecież, bo go stworzyłem.
Nigdzie nie było widać burka. Zamierzałem już podnieść tyłek z
krzesełka i pójść go szukać, idąc tropem co tańszych
jadłodajni, bo taki pies frykasów raczej nie jada. Zaplecza barów
mlecznych, śmietniki, może nawet kubełki na turystycznych
ścieżkach, albo ogródki piwne, gdzie podchmielona publika gotowa
rzucić psu coś, od czego żołądek zdycha i zaczyna walczyć o
przetrwanie. Zamierzałem, ale lenistwo, organizm nawykły do
powolności, braku presji i pośpiechu, który uważałem za
nieprzyzwoitość kazały mi na chwilę jeszcze powstrzymać ciało
przed działaniem. I słusznie! Gdzieś z daleka dobiegło mnie
wesołe szczekanie. Mój pies wraca do mnie? Nie wiedziałem tego,
ale postanowiłem dać mu szansę, szczególnie, że nie kosztowała
mnie wiele. Parę drgnięć wskazówek, jeśli ktoś jeszcze używa
zegarków z cyferblatem. Psie nawoływania zbliżały się. Duma nie
pozwoliła mi się oglądać bez końca. Udawałem twardziela.
Obróciłem kartkę i ponownie zacząłem szkicować latarnię, tym
razem zaczynając od liszajów obłażącej farby. Pies znał drogę,
jeśli nie nosem, to instynktem i wzrokiem. Latarnia stała już
całkiem zuchwale na środku kartki, a ja nieco zatraciłem się w
procesie jej powstawania, gdy dobiegł mnie głos. Nie psi, a damski…
-
Dzień dobry, to pański piesek?
-
Taaa, nie! – niemal mnie zatkało i nie wiedziałem co odpowiedzieć
– nie wiem.
-
Jak to? - zaśmiała się i w tym śmiechu było wiele sympatii. Aż
się odwróciłem. Młoda, zapewne ładna. Przez włosy przeświecało
słońce i nie za wiele widziałem, za to głosem mnie zawojowała od
początku – Nie wie pan, czy to jego pies?
-
Nie wiem – wzruszyłem ramionami, zastanawiając się, czy mogę
sobie pozwolić na szczerość, więc postanowiłem chytrze
przeczekać – to długa historia…
-
Chętnie posłucham – flirtowała ze mną? Widziałem, że pies
zachwycony jest tym, że wreszcie ktoś go głaszcze. Nawet nie
szczekał, tylko bezwstydnie nadstawiał grzbiet pod drobną rękę
kobiety – Wie pan, że on mnie tu przyprowadził? Sama nigdy bym
nie weszła w ten zaułek, choć jestem stąd i mieszkam niedaleko.
-Naprawdę?
- w gardle miałem grudy zaskoczenia i zawstydzenia
-
Mogę obejrzeć – wyciągnęła rękę po blok rysunkowy – lubię
grafikę, a pańska latarnia wydaje się bardziej rzeczywista od tej,
która stoi w tej uliczce…
Podałem
jej blok, ale na słowa już nie starczyło odwagi. Zaczęła od
początku, powoli przewracając kartki, aż doszła do dzisiejszej.
-
Ostrożnie – widząc, że ślini palec, chciałem ją ostrzec przed
wyschniętą plamą, ale nie zdążyłem.
-
Och! - krzyknęła zaskoczona
-
O! - jednocześnie mnie dopadły emocje.
W
puste miejsce pod latarnią wskoczył pies. Patrzył stamtąd na
kobietę, jak na swoją panią. A ja? Przełknąłem ślinę – ja
też tak na nią patrzyłem.