środa, 12 sierpnia 2026

Plamy z palmy spalmy napalmem.



    Dość wulgarnie wyglądająca niewiasta, zamiast podkolanówek nosiła tatuaże, których nie mógł zauważyć maszerujący zabawnie facet sczytujący dane z telefonu. Przypominał mi bohatera nieistniejącej kreskówki w stylu „Sąsiadów”.

    Słońce przedzierało się przez gąszcz obłoków skupionych, by nie dopuścić do słonecznych swawoli, jednak promienie zuchwale cięły tak niebo, jak ziemię. Na razie chłód zapowiadający już jesień i ręce głęboko kieszeniach. Stałem na przystanku i obserwowałem absurdalny sport – ludzie wytężali zmysły, by odkryć jaki tramwaj nadjedzie. I już z daleka „sprawdzali” jego numer. Tak, jakby mogli wsiąść szybciej, niż pojawi się na przystanku. Odczyt pewniejszy i bez niespodzianek czy zawodów.

    Po południu całe piękno Miasta wyszło mi naprzeciw. I teraz nie wiem, czy dla mnie, czy mimo mnie. Z ciekawszych tablic rejestracyjnych odnotowałem D0 ALP, D7 NESSIE, D0 EAT i D0 ROZEK – dorożek, czyli męska dorożka.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Erotyzm rozsiewczy.

 

    Jądra mi już całkiem spuchły od uporczywego nieużywania, a samym lizaniem, daleko uciągnąć nie zdołałbym. Zaprzyjaźniona kotka wypowiedziała mi tak przyjaźń, jak i wzajemność prokreacyjną, uniosła ogonek do góry i kręcąc kuperkiem na pożegnanie (żeby mnie podpalić do krwi) odeszła w siną dal. Nic więc dziwnego, że od pewnego czasu na każdego przedstawiciela kociego gatunku patrzyłem łakomie. Mezalians międzygatunkowy nie przyszedł mi (na razie!) do głowy, ale patrzenie, co kto pod ogonem nosi uznałem za drugorzędne. Najwyraźniej stałem się erotokotem i wnętrze łba opanował seks. Na wyłączność, dowolnie rozpasany i niekoniecznie grzeczny. Najwyraźniej „myślałem za głośno”, bo młody kocurek popatrzył na mnie tak jakoś, jakby ważył mnie i moje hipotetyczne wado-zalety. W końcu powiedział:


    - OK! Raz się żyje. Poszalejmy!


    - Och! - Tego było mi trzeba. Nic więcej. Ruszyłem w tany, a kocurek (jak on miał na imię) nie dość, że dotrzymał mi kroku (powiedzmy, że kroku), ale wykazał się inicjatywą, od której przed rumieńcem ocaliło mnie futerko, roziskrzone, podniecone i szalejące. Bezpieczny seks! Cudo!


    Kiedy miłosny zapał pokonał nasze słabe ciała, zasnęliśmy na sobie, w sobie, poplątani, zakochani, dumni i szczęśliwi. Nigdy mój pyszczek nie cieszył się równie szeroko. Gdy się obudziłem, kocurka (jak on miał na imię) już nie było. Polazł gdzie, jak to koty. Czasy ciężkie, więc nawet spontaniczny, improwizowany seks się liczy. A z kocurkiem (jak on miał na imię – jak napisać otwierający cudzysłów dużą literą?) seks zdarzał się częściej. Częściej niż sporadycznie. No! Zdarzał się i był powtarzalny. Powtarzalnie zachwycający. Kto by liczył orgazmy? Chyba tylko stuknięty księgowy.


    Pewnie coś spieprzyłem, bo za którymś razem kocurek (jak on miał na imię) zdawał się być nieswój i mniej zaangażowany. Jeszcze trochę i zacznie udawać orgazmy! Przyjrzałem mu się nieco przytomniej, jeśli w pełnym wzwodzie można zachować przytomność. Chyba mu się nieco utyło. Nie wiem, gdzie żreć chadzał, ale karmili tam wybornie. Nabrał boczków i na pysku wyokrąglał. Ładniutki taki. Puchatek. Baryłeczka. Mój kocurek (jak on miał na imię)…


    Wreszcie przy kolejnym spotkaniu powiedział twarde i stanowcze nie! Normalnie zwiędłem z wrażenia. Smutek zgasił płomień namiętności. W kocurku (jak on miał na imię) szybciej, niż we mnie. A choć żebrałem i błagałem, choć obłaskawiałem mojego kochanka, ten tylko kręcił głową i trzymał mnie na dystans. W końcu nie wytrzymałem i krzyknąłem:


    - O co ci chodzi? Czy źle nam jest ze sobą?


    - Nieeee… zamiauczał jakoś tak łzawo, ale ja… jestem w ciąży


    - No i szlag trafił bezpieczny seks, a kocurek (jak on miał na imię) okazał się kotką. Tylko patrzeć, jak zadrze ogonek i kręcąc pupka pójdzie w siną dal.

Przestawiłem zastawkę na stawie, by postawić tam zastawę. Stawy w stawie ustawiłem i podstawkę podstawiłem.

 

    Rudowłosa bogini w błękitnej sukience jednym ruchem biodra zabrała wzrok. I nie puszczała. Jej biodra stać było na kolejne i kolejne ruchy. Mało mi głowy nie ukręciło, gdy autobus odjeżdżał stanowczo zbyt szybko. Szybkim krokiem przemierzałem Halę Targową z misją zakupu chrzanu, więc poczułem się „w temacie” podsłuchując komentarz straganiarki: śremskie się pojawiły, znaczy kończą się ogórki!

Ból w Kabulu.

 

    Wczorajszym popołudniem zwiedzałem dzielnicę, do której zwykle mi za daleko. Jeśli mnie wzrok nie zwiódł, na szarej okurzonej elewacji znalazłem przesłanie PALMY PLONY BANANÓW. A potem to już wracałem do domu i przy Wzgórzu Sakwowym dostrzegłem brodacza siedzącego w trawie i rozmawiającego z klonem, mimo że interakcja była znikoma.


    Dzieje się coś niedobrego. Ze mną. Sezon wakacyjnie nieuchronnie zbliża się ku końcowi, a z nim sezon na siniaczki, a ja dotychczas nie odnotowałem żadnego zasługującego na zauważenie – tracę wzrok, czy kobiety stały się ostrożniejsze? Panna z pępuszkiem na wierzchu opierała się o filar arkad, a biodrami rytmicznie wykonywała ruchy frykcyjne. Autobus odjechał nim osiągnęła spełnienie. Trochę szkoda, bo zanosiło się na wytrysk z tych kompletnie nieoczywistych.


    W dni robocze po dwakroć mijam przybytek obwieszony autoreklamą pod nazwą ENEL MED. I za każdym razem, bez udziału świadomości przetwarzam ów napis na MENEL ED. Cóż. Nie jestem dobrym człowiekiem. W jadącym równolegle autobusie widzę wysiłki „kanarów” kontrolujących bilety. Wśród pasażerów zwykle przeważają Kozacy, choć czarnoskórzy przestali być niespodzianką.


    Na osiedlu pachniało podgrzaną cebulką. Początkowo sądziłem, że ów aromat ciągnie się za panią w stroju nie posiadającym części plecowej, ale nie – zapach opanował połowę drogi. Z tego wszystkiego zacząłem dumać, czy można wybrzuszać się nie tylko na brzuchu, ale i gdzie indziej. Na plecach? Wypleczać? Na du… no, no! Nie przesadzajmy!

niedziela, 9 sierpnia 2026

Bełkot szura.

 

    Farmacja to chyba największy zamawiacz reklam tak w telewizorze, jak radiu, czy w internecie. Zebrałem przykładowe leki/suplementy/wyroby medyczne i wynotowałem wybrane składniki, wypatrując elementów zielarskich tradycji:

- Travisto – karczoch, mięta pieprzowa, ostryż długi, koper włoski

- Hepaslimin – karczoch, ostrokrzew paragwajski, korzeń cykorii, ostryż długi

- Persen forte – kozłek lekarski, mięta, melisa

- Sambucol extra strong – owoc czarnego bzu

- Nervosan fix – korzeń kozłka, melisa, mięta, krwawnik, rumianek

- Sylimarol – ostropest

- Verdin complex – karczoch, rozmaryn, kurkuma

- Skrzypovita – skrzyp polny, ziele pokrzywy

- Destresan - melisa, różeniec górski, chmiel, waleriana (czyli kozłek lekarski)

- Detusan – porost islandzki, korzeń prawoślazu, kwiaty dziewanny

- Iberogast – arcydzięgiel, kminek, lukrecja, mięta, melisa i UWAGA glistnik – jaskółcze ziele – zioło od 03.04.2026 zakazane oficjalnie.

- Tussipect – ziele tymianku

- Neospasmina – owoc głogu, kozłek lekarski

- Valerin sen – ziele melisy, szyszki chmielu

- Lipomal – kwiat lipy

- Pyrosal kid – kwiat lipy, korzeń prawoślazu

- Sinulan express forte – eukaliptus, mięta pieprzowa, rozmaryn, tymianek


    Nie chce mi się już dalej tego ciągnąć – ponad połowa reklamowanych produktów firm farmaceutycznych korzysta z ziół jako bazy swoich wytworów. Ponieważ ziół nie umieli opatentować, więc dodali „specjalne formuły” do pigułek, żeby ukryć lecznicze działanie ziół, które mimo tych „formuł” nadal dają radę.


    Po wejściu w życie ustawy Lex Szarlatan zielarze będą bali się dzielić wiedzą i umiejętność rozpoznawania i wykorzystania ziół błyskawicznie zniknie – zostanie tylko w wielkich firmach farmaceutycznych, jako wiedza tajemna. Teraz wystraszą milionową karą kilku najgłośniejszych zielarzy, a reszta stuli uszy i będzie się bała podzielić doświadczeniem, czy gotową mieszanka ziół. Poważnie zastanawiam się, czy zakon Bonifratrów, Herbapol i wiele mniejszych, ale renomowanych firm/nazwisk (np. ojciec Klimuszko, dr Henryk Różański) doigra się połajanki od pożal się Boże nominowanego przez Prezesa Rady Ministrów, niekoniecznie znającego się na rzeczy Rzecznika Praw Pacjenta – kosmos dzieje się na moich oczach, a ja naprawdę nie chciałem żyć w ciekawych czasach i wolałbym nudną stagnację.


    Był czas, gdy zdumiewałem się, jak doszło do sytuacji, w której amerykańskie firmy chwaliły się cudownym „lekiem na bazie tymianku”, aż przypomniałem sobie, jak szybko wytępili rdzenną ludność, a potem nie mieli od kogo się uczyć i w XXI wieku musieli odkrywać go na nowo. Teraz może to samo spotkać nas. Na wakacjach, znalazłem kwitnącą dziko miętę, urwałem kilka listków i zaparzyłem – nie ma porównania ze sklepową. Herbatka z takiej, to coś o dwie ligi wyżej, niż torebka ekspresówki rodem z dyskontu, albo apteki.

Idź śladem pieniędzy.

 

    Głowię się od pewnego czasu nad taką zagadką:


    Czy Lex Szarlatan (och! jak sprytnie ukryto faktyczne intencje owego „prawa”) po wejściu w życie (a parcie na błyskawiczną legislację wskazuje na to, że ustawa została zamówiona i sowicie opłacona, więc wejdzie) sprowadzi do podziemia naturopatów, ziołoleczników, bioenergoterapeutów i akupunkturzystów. Wśród napiętnowanych przestępców-szarlatanów niechybnie znajdzie się szesnastowieczny zakon szpitalny Bonifratrów, wraz z ich naprawdę tradycyjną wiedzą i recepturami.


    Niewydolność medycyny systemowej, każącej pacjentom czekać w wielomiesięcznych kolejkach na zabiegi „na cito” zdumiewa. Cierpiący, dla ratowania życia stanie się bezradny, chyba, że w jego wsi będzie działać nielegalna szeptucha, czy wiedźma.


    Kto zarobi?

sobota, 8 sierpnia 2026

Miejski surwiwal dla najsłabszych.

 

    Przeglądając prasówkę odkrywam lekarstwo na bezdomność. Znajduję darmowy posiłek dla bezdomnych, chorych, emerytów, ludzi z marginesu społecznego. Jesień idzie, nie ma na to rady – twierdził Waligórski i żadna ideologia tego nie zmieni. Przydałby się ciepły kąt, miska ryżu ktoś, z kim można pogadać… Gdy bieda dokucza, a mieszkania takie drogie, nawet ciuch, choć tani wymaga prania, a sił brak. Co robić?


    Wystarczy podejść do dowolnej grupki kozaczej, poprosić by wyjęli swoje „wypasione smartfony”, następnie zbesztać ich słowem niewybrednym i dobrowolnie zgłosić się na policję. Zakwaterowanie z pełnym wyżywieniem na maksymalnie 7,5 roku.


    Po wykwaterowaniu można się przewietrzyć i powtórzyć operację.

Wieszak, to kat, który wiesza?

 

    I znów mogę się cieszyć Miastem, wdychając woń świeżo kładzionego asfaltu, czy kurzem z rozbijanych młotem pneumatycznym warstw betonu remontowanych torowisk. Zamiast mew o poranku gruchają gołębie, i mruczą rozkosznie stojące w korkach samochody. Zamiast „latających patyków”, jak nazywam kormorany w powietrzu zawsze wałęsa się jakiś samolot lecący nie wiadomo skąd i dokąd, a każdy pilnuje, by nie powtórzyć trasy poprzednika, żeby „smugi kondensacyjne” nie splątały się w warkocz superkomórki. Osiedlowe pieski mają się dobrze, jeśli mogą mieć się dobrze, gdy słońce przepala im grzbiety podczas obowiązkowej rundy honorowej. Dzieci popłakują – czyżby z braku bliskości młodych przedszkolanek? Lato kumuluje się gorączką w tak wielu płaszczyznach, że parując wieczorami przedłuża dzień aż po świt. Śpię na wierzchu, co jakoś specjalnie nie pomaga, chyba, że na psychikę.

piątek, 7 sierpnia 2026

Parkował w parku, by budować budy.

 

    Bałtyk. Spora kałuża, której brzegi nikną za horyzontem. Jakiś facet w piątym podejściu przepłynął. Jakaś pani już nie i wyciągnęli ją z wody jak dorsza po 58 kilometrach walki. Morze faluje. Czy jest wiatr, czy go nie ma. Może z przyzwyczajenia, bo samo już nie pamięta dlaczego faluje. Wyrzuca na brzeg porzucone (podrzucone) śmieci, zabawki, zapodziane skarpety, czy bieliznę zerwaną z rozgorączkowanych spontaniczną miłością ciał. Plastikowe zabawki napełnia woda i piachem. Do znudzenia powtarzając ów ruch. Hipnotyczny, plączący nogi. Może i zimny, ale nasz. Bez parzących meduz, rekinów, piratów (choć to ostatnie mocno niepewne). Pora wracać. By zatęsknić za piaskiem w kąpielówkach i słońcem wydziobującym z pleców liszaje. Wrócę? Jeśli budżet pozwoli, to pewnie tak. Chyba, że znów jakaś pandemia, czy inne nieszczęścia z internetu mnie powstrzymają.

czwartek, 6 sierpnia 2026

Klarnet Klary sklarowany.

 

    Coś nieśmiało pociekło z nieba i wygnało ludzi z plaży – jak na jakąś pielgrzymkę. Wyjścia z plaży stały się zbyt ciasne i wąskie gardła z trudem wypuszczały ludzi mokrych oddolnie, żeby nie zmokli odgórnie. Trudno – chyba czas wracać, skoro pogoda się kończy. Jutrzejszy obiad już w domu, ale dziś jeszcze trzeba strząsnąć piach ze stóp, nim się wejdzie na pokoje. Wędzona rybka, zapakowana próżniowo też pojedzie, a co! I garść bardzo starej żywicy. Wystarczy tylko rozwiązać problem bagażu – w coś co przyjechało pełne trzeba zmieścić więcej. Eskaluję każdego roku, ale w kwestii pakowania radzę sobie znakomicie.