wtorek, 31 stycznia 2023

Rozgoryczenie.

 

Czasami pozwalałem ciszy wybrzmieć w cieple domu i rozplenić się niczym perz na zagonie ogórków, gdy tylko wiosną spuścić go na chwilę z oka. Siadałem w fotelu na biegunach, patrzyłem na widnokrąg lekko nadgryziony gałęziami lipy rosnącej na podwórku i chylącym się ku ruinie parkanem z próchniejących desek. Wzrok kąsał zmierzch pojawiający się tak dyskretnie, że rzadko kiedy zdążyłem się z nim przywitać. Wtedy zza pociemniałych ze starości mebli dobiegał mnie ulotny śpiew świerszcza. Ukrył się nieborak przed jesiennymi przymrozkami i łkał rzewne wspomnienia dostatniego lata.

 

Zgodziłem się go przechować przez zimę. Pewnie udałoby mu się, gdyby nie rodzina chcąca mi pomóc w utrzymaniu porządku. Posprzątali sprawnie i do cna wszystko z poddaszem włącznie. A kiedy znów zapanował spokój – nie było już słychać świerszcza. Przykre. Zmierzch nie był już tak pluszowy i nawet skrzypienie wikliny nie potrafiło przywrócić równowagi. Samotność wgryzała się w zmarszczki i szeptała ponure wizje.

 

Mój świerszcz – tak o nim myślałem – zaginął. Zbyt wolno uciekał przed ścierką nasączoną chemią gospodarczą? A może został utłuczony szczotką i wymieciony wraz z pajęczynami i mysimi bobkami, które niechybnie leżały pod komodami i szafą. Myszy również kryły się przed chłodem w starej chałupie. Bez śpiewaka czułem się niedokończony. Jesień spłakana liśćmi i mżawką posępniała wraz ze mną i nawet czyste ściany zdawały się szarzeć, gubiąc kolory. Melancholia.

 

Niezwykłe, że tak niewielki uszczerbek mógł spowodować tak rozległe straty. Zima napadła na mnie i zniewoliła mnie przy piecu. Żeby przynieść opał z drewutni, musiałem walczyć z zaspami i mrozem. Wychodziłem najrzadziej jak się dało. Raz na dwa-trzy dni, wybierając chwile, kiedy słońce dawało choć złudzenie ciepła. Nosiłem drwa i rzucałem je wokół pieca aby przeschło, nie bacząc, że po jesiennych porządkach niewiele już zostało. Piec przekomarzał się ze mną i chwalił apetytem większym, niż mogłem zaspokoić. Pożerał każdą kłodę i szczapkę błyskawicznie. Chrupał i mlaskał jakby w życiu nic nie jadł.

 

Żeby nie popaść w obłęd wymyślałem sobie zajęcia pozwalające przetrwać choć kilka godzin bez świadomości pustki wokół. Przekładałem miski i talerze, czyściłem srebrne sztućce nieużywane od dawna. Strugałem z kory świątki i wieszałem je na ścianach. Kiedy wyschły i zaczynały pękać – wkładałem je do pieca, aby zawyły ostatni raz i ogrzały moja samotnię.

 

W pustej, porcelanowej cukiernicy znalazłem jakiś paproch i wysypałem go na pożółkłą gazetę stanowiącą rozpałkę do pieca. Długo siłowałem się ze wzrokiem przy niedostatecznym świetle. Wzrok miałem doskonały tylko w pogodne dni. Chmury i mrok nie pozwalały na wiele, nawet w elektrycznym świetle. Dlatego rozpoznanie znaleziska zajęło więcej niż chwilę;

 

- Mój świerszcz! – zdumiałem się – Jak wlazł do cukiernicy? Zahibernowała go zima, czy padł spryskany zagranicznym płynem czyszczącym?

 

Uzbroiłem się w okulary i uniosłem gazetę bliżej stołowej lampy. Świerszcz budził się do życia! Niesamowite odkrycie sprawiło, że niemal usiadłem z wrażenia. Nie zdawało mi się. Poruszył odnóżami raz i drugi. Czyżby ożył w cieple marnej żarówki? I jak u licha znalazł się w cukiernicy pieczołowicie wyszorowanej z pedanterią, która zdawała się zetrzeć nawet blady kolor z różyczek malowanych ręcznie na porcelanie?

 

Aby pozbyć się złudzeń, sięgnąłem po lupę. Nie przyznawałem się rodzinie, że w elektrycznym świetle, oko plus okulary, to nie wszystko. Aby dostrzec więcej, posiłkowałem się także lupą. Spojrzenie wyostrzone dodatkowym powiększeniem ukazało prawdę. Świerszcz ruszał się. Ba! Zaczynał nawet coś śpiewać. Problem leżał gdzie indziej. Owad był wytworem zaawansowanej technologii. Może padł mu akumulator napędzający mechanikę i dopiero pod wpływem ciepła żarówki znalazł resztkę energii by…

 

- No właśnie! Do czego zużywał energię? Leżał niemal bez ruchu ale śpiewał! Czyżby wysyłał jakieś sygnały? Zdawał raport komuś nieznanemu? A może wzywał na pomoc zmiennika?

 

Kciukiem stwardniałym od roboty zgniotłem robala… Robota… Intruza. Zdrajcę domowego miru. Usiadłem na fotelu. Przynajmniej on skrzypi poczciwie i jednoznacznie. Widnokrąg rozkołysany płozami fotela opadał się i wznosił monotonnie. Zamknąłem oczy. Straciłem złudzenia. Nawet świerszczom nie potrafię już zaufać. Nigdy.

Chłodnym spojrzeniem.

 

Niebo pękło i w szczelinę wciskał się wielki wóz. Bezskutecznie. Zbyt wielki jak na oczko ledwie wystarczające dla guzika. Zimny wiatr penetrował zakamarki i wydłubywał z nich zapodziane myśli. Kobiety w czerni ciągnęły mrocznym konduktem ku monotonii codzienności. Mężczyźni – z lenistwa lub oszczędności pozapuszczali brody, a dorodne zakrzaczenia starczyłyby ptasiemu planktonowi do założenia rodzinnego gniazda. Na metalowych parapetach dreptały zmarznięte gołębie zaglądając do sypialni pełnych puchatych snów i budzących się erekcji. Spławiki latarni wyławiały z otchłani najdrobniejszy nawet ruch i szukały detali otulając grube zakapturzone kurtki i szale. Na parkingach mruczały cieplejące przekleństwa samochody zaprzęgnięte ludzką ręką do porannej gimnastyki. Wybałuszając wielkie oczyska reflektorów pożerały przestrzeń ścigając się z czasem w drodze do tam-gdzie-zwykle. Tylko pies arogancko zadzierając nogę zignorował powtarzający się cykl poranka i spod oka zerkał na wracającą konkurencyjną alejką staruszkę z siatką pieczywa. Niezbyt mocno wypchaną.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

Poradnik. Bezstresowa nauka języków obcych.

 

Sztukę wykwintnej konwersacji najlepiej rozpocząć przy suto zastawionym stole. Apetyt złagodzi ewentualne porażki i pozwoli na staranne przetrawienie nieosiągalnych szczytów lingwistycznej woltyżerki.

 

Warto zauważyć, że wichury dziejów przegnały przez nasze ziemie włóczęgów z niemal wszystkich krain, więc kulinarne tradycje mamy zgoła niezbywalne, pozycjonujące nas jako ekspertów i subtelnych koneserów.

 

Sięgnijmy więc (w celach naukowych) po skarby staropolskiej kuchni. Do kanonu swobodnie weszła ryba po grecku, kołduny litewskie, barszcz ukraiński i ruskie pierogi. Napomknę jeszcze o szwedzkiej sałatce przy takimż stole.

 

Jako koneser dialogu polecam naukę rozpocząć od degustacji zupy węgierskiej. Nad parującym talerzem język udręczony zostanie potrzebą zachwycającej pikanterią elokwencji.

Ekstrakty cz.95

 

Naturalna konsekwencja.

Organizator był przeświadczony o sukcesie imprezy mającej rozpocząć się wczesnym rankiem. Dlatego, zapraszając, uprzedził o konieczności przybycia na galę w stroju wieczorowym. Wszak nie godzi się folgować manierom i tradycji, a wyjść przed finałem, to policzek dla pozostałych.

 

Neandertalczyk.

Ja, człek włochaty i cokolwiek kanciasty, szukałem ogłady między ludzi idąc. Odarli mnie z sierści i złudzeń, wygładzili obietnicami bez pokrycia i słowem tak skorodowanym, że nim uwierzyłem, zacząłem wątpić. Może lepiej było mi zostać głuchym i odpowiadać wyłącznie na zew natury?

 

Na ratunek.

Obcy porwali nam dziewczę płoche, żeby smoka nakarmić. Ryczał wściekle, tumany dymu rozsnuwając wokół paśnika, napełniając zbroje śmiałków cuchnącą trwogą, więc pierwszy polazł dopiero, kiedy ucichło. Nim zemdlał z emocji, dostrzegł dziewczę po łokcie krwią umazane i poderżnięte gardło bestii.

 

BDSM.

Wszystkie opcje są na stole – powiedział pulchny pyszałek wypinając gołą dupę na świat. Dotychczas wirtuozi języka parlamentarnego potrafili z podobnych ostrzeżeń wyłuskać zapowiedź brutalnej reakcji. Nadszedł czas na śmiałka, który zechce skonsumować ofertę i rozpinając rozporek powie – sprawdzam!

 

Klauzula sumienia.

Brać wynagrodzenie za odmowę wykonywania pracy zawodowej? Chłopski rozum nie nadąża za tak pokrętną logiką – może trzeba było wybrać inny fach? Przykładowo - zostać ogrodnikiem i pielęgnować wyłącznie te kwiatki, które sumieniu nie czynią krzywdy?

niedziela, 29 stycznia 2023

Wczorajsze zauważenia.

 

Wysyp młodych kobiet w wielkich okularach. I ludzi z futerałami. Wiolonczele, saksofony, kije do golfa, laski do hokeja na trawie, a może tylko drugie śniadanie i paczka podpasek na wszelki wypadek? Na fosę spadło stado mew i wyglądają jak kra dręcząca nieistniejący nurt. Wzgórze – niegdyś bastion sakwowy, stanowiący fragment fortyfikacji miejskich, z łaski Napoleona zrównany z ziemią, dziś rozgrzebywany łyżką koparki być może odsłoni tajemnice zapomnianych podziemi. Bezdomny zaadaptował inną część murów miejskich na małżeńskie łoże. Jak samiec któremu naprawdę zależy, wymościł gniazdko pozyskaną nie wiadomo gdzie kołdrą i materacem. Zmieścił się nawet dobytek wepchnięty w torby dwukołowego wózka parkującego u wezgłowia. Tylko samiczki brakło. Może zdążyła wstać i szykuje domowe śniadanie dla dwojga?

piątek, 27 stycznia 2023

Prawiczek.

Wziął mnie w dwa palce i zdjął z planszy! Akurat dziś, kiedy pierwszy raz miałem skosztować intymności. Skąd wiedział?

 

Zawodziłem i wierzgałem. Bardzo chciałem wrócić. Bezduszny oprawca miał w nosie moje niespełnione pragnienia. Odłożył mnie do jakiegoś pudełka, w którym leżało więcej podobnych do mnie. Żaden się nie uśmiechał.

 

Muszę być bardziej czujny – obiecałem sobie zaciskając zęby i rozglądając ostrożnie.

 

Była… Leżała skromnie w kąciku obejmując kolana i popiskując. Czyli ją też dopadł. Czołgałem się bezszelestnie jak wąż i nadstawiałem ucha. Mijałem kwilących niedolę. Wreszcie usłyszałem jej oddech. Gorączka trawiła nasze zmysły, gdy znów poczułem na grzbiecie jego paluchy.

 

Drań!


Natarcie.

Przyszła do mnie i bawiąc się kosmykiem włosów patrzyła mi w oczy, jakby chciała przedrzeć się głębiej. I chyba tak było, bo w końcu zapytała, czy podzielę się z nią sercem.

 

- Przeszczep? – zdziwiłem się – Wolałbym nie. Koszmarnie boję się lekarzy, krwi i tego całego zamieszania z piszczącymi maszynami, skalpelami i ogólną nerwowością, w śmierdzących chemikaliami pomieszczeniach.

 

Była cierpliwa. Założyła nogę na nogę i czekała aż poukładam myśli. Nadal drążyła mój wzrok szukając dna, lecz tym razem, zamiast włosów, przygryzała opuszek paluszka. Może była głodna?

 

Wierciłem się i traciłem pewność siebie. Każdy by stracił, gdyby jego zaatakować tak piękną buzią.


czwartek, 26 stycznia 2023

Zdobywca.

 

Jak wielu niespełnionych konkwistadorów miałem aspiracje mocarstwowe, nie poparte niestety pirackim, czy książęcym rodowodem, ani nawet tłusto wypchanym portfelem z cielęcej skórki dawno wymarłego gatunku prehistorycznego bydlątka, sfabrykowanym z wyzysku istot bardziej uległych. Nie zmniejszało to jednak pazerności i głodnego spojrzenia na każdy spłachetek ziemi – łącznie z klombem parkującym za oknem mikroapartamentu, całe piętnaście metrów kwadratowych brutto. Mikroapartament – tak żałośnie nazwałem siedzibę firmy w której tliłem się i wegetowałem niczym kaktus – z rzadka podlewany, często przeschnięty i zapomniany przez Boga i ludzi. Ale zawzięty byłem i trwałem. Mimo niepogody. Bo w moim przypadku, pogoda, to rzecz dla bogaczy. Sam zasiedlałem negatyw uzupełniający pogodę.

 

Lata spędzone na kontestowaniu ubóstwa i płonnych, mokrych snach o prywatnym imperium, wywiodły mnie na ścieżki desperacji. Skrajnie posunięte skąpstwo pozwoliło mi na eskalację zbrojeń. Niemal anonimowo kupiłem scyzoryk marki McGiver plus rulon srebrnej taśmy. Paczkę trytytek ukradłem beztrosko, udając że to nie ja. W pocie czoła wyostrzyłem na brzytew siekierkę pradziadka i własnoręcznie uszyłem pochew do maczety. Tak. Pochew. Pochwa kojarzy mi się z czymś miękkim i przesiąkniętym aromatami nieuniknionej fizjologii. Pochew brzmi szlachetnie - niemal jak broń zaczepna, którą można pokarać ironiczne uśmieszki gawiedzi.

 

Byłem gotów na podboje. Sarmackim zwyczajem wiedziony… Ach… przepraszam, że nie wspomniałem. Szlacheckie korzenie wyimaginowałem sobie bezczelnie i bezwstydnie. Herb nawet jakowyś starożytny wyrychtowałem i zachwyconą moją wielkością pannę barmankę z niezbyt ekskluzywnej karczmy naciągnąłem, żeby mi go wyhaftowała na dżinsowym pancerzu, rzecz realizując między nieskomplikowanymi zamówieniami. Gdy tylko wdziałem na się oną starożytną godność szlachecką „Ę” i „Ą” wypływało ze mnie z wdziękiem i nawet „Ł” przedwojennym zacząłem się posługiwać mimowolnie, że tylko napomknę o francuskim „H” (ehr). W tym momencie przysługiwało mi już przed podróżą walnąć strzemiennego szlacheckim zwyczajem. I dysponowałem orężem. Pół litra „Sobieskiego”, drugie pół „Smirnoffa”, plus omszałe 0,7 „Napoleona”.

 

Strzemienny, po sarmacku, trwał jakiś tydzień, czy dwa – kto by kalendarzowi pod karteluszki zaglądał – a służba musiała po wielokroć odświeżać nieodnawialne zapasy okowity. Zagryzłem całą padliną z lodówki i zamiast białych myszek widmo głodu zaczynało mnie straszyć. Musiałem wyruszyć. Wiedziony ekonomicznym imperatywem, musiałem błyskawicznie spacyfikować bardziej dostatnie wyspy, czy inne egzotyczne krainy. Zacząłem (gdzieś trzeba było przećwiczyć taktykę napaści, okupacji i bezlitosnego wyzysku) od pani Madzi, powielającej rzewne melodie na waltorni dwa piętra poniżej mojej rodowej posiadłości. Madzia omdlała, nim zdążyłem na nią huknąć… chuchnąć… no… nim cokolwiek zdołałem. Omdlała, więc schwytałem w dłonie i zniewoliłem na leżance zbyt wąskiej dla dwojga. Nim się ocknęła pod wpływem szklanko-wody, spenetrowałem jej zasoby kuchenne, przywłaszczając pęto kiełbasy – jedyne białko, nie pierwszej zresztą świeżości. Pani Madzia najwyraźniej właśnie zmieniała wyznanie na weganizm i trzymała truchło wyłącznie jako memento minionego okrucieństwa. Uwolniłem ją od nienawistnych zasobów, nim straciły wartość spożywczą dla szlachetnie urodzonych drapieżników. Popiłem cienkuszem staropanieńskim – bożole – że tak z francuska zagaję. Mętniały jakieś resztki w lodóweczce. Widać pani Madzia pozwalała sobie na lampkę dziennie, resztę odstawiając na lepsze czasy. Bożole niemal skisło, albo było od początku kwaśne, widocznie z zielonych jabłek je pędzili, a nie z dojrzałego na południowych stokach, szlachetnego grona. Pani Madzia ocknęła się i wciągnąwszy perkatym noskiem aromat barbarzyńcy czule nad nią pochylonego, pisnęła zachwycająco wysokim „C”

 

- Ach! – i omdlała powtórnie.

 

Pomyślałem, że zapewne chce dokończyć ulotne wizji ledwie napoczęte w pierworodnym omdleniu, więc wymościłem jej legowisko niczym troskliwy borsuk i łaskawie odstąpiłem. Teraz mogłem przywdziać bezkompromisowy mars na czoło, opancerzyć sumienie i wzrok ostrząc na poczwórnych ostrzach polsilvera, uderzyć na innowierców. Zlustrować, spacyfikować i upodlić. Gwałt zadając ich wolnościowym aspiracjom, schwytać pod siebie i zajeździć na śmierć niechby! Zmotłoszyć! Ograbić do ostatniego złotego zęba. Wysłać na ciężkie roboty za jeszcze cięższy grzech, o którym dopiero zaczną napomykać, kiedy skończą orkę w kieracie.

 

Wychodząc na spotkanie z wrażymi tambylcami potknąłem się o dwudziestolitrową torbę, osiadłą na podłodze przedpokoju, tuż obok innej torby z pustymi słojami, niechybnie po zakąskach. Chaos w szeregach! Grawitacja bezlitośnie pchnęła mnie i wypoziomowała na glazurze, czy innej terakocie. Hańba! Wstyd było się skarżyć i chlipać. Wracać do Magduszki również nie mogłem. Nawet ona nie chciałaby współżyć (no, nie przesadzajmy – współistnieć) z pokonanym. Mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy – tak mawiały nasze prababki i coś w tym być musiało niewątpliwie.

 

Dźwignąłem członki. Wydałem ryk ochrypły i zniewoliłem torbę z (jak się wkrótce miało okazać) ziemią, w przelocie zagarnąłem również słoikowe mrowisko. Zabrzęczało, zadrżało i poszło. Ze mną poszło. Oszołomiony zapomniałem azymutu i nogi wzorem dorożkarskiego konia zawiodły mnie do mojej niewielkiej ojczyzny. Stajni. Mikroapartamentu. Wróciłem. Zasapany, zdruzgotany porażką, pozbawiony idei, która raczyła się zaplątać w soczystych przekleństwach niemocy tak precyzyjnie, że jej ocalenie stawało się li tylko mirażem. Na zmęczeniu najlepiej ćwiczy się organizm. Ale co miałem ćwiczyć? Upadanie? Nic więcej nie przyszło mi do łba, więc upadłem. Na wyrko. Na wznak. Na chwilę.

 

Kiedy się obudziłem… ech! Magduszka z talentem godnym prezesa IPN właśnie archiwizowała mój stan posiadania, bez litości wietrząc ojczyznę moją udręczoną brakiem nadziei. Przy okazji odzyskiwały blask utracony trofea z lat poprzednich – zapomniane zdobycze z przeszłości. Poprawiłem kąt patrzenia na świat i w obliczu wulkanu energii skromnie zająłem miejsce na marginesie. Wulkan był czynny wielce i nienasycony w docieraniu do dna wszechrzeczy. Mikroapartament mozolnie odzyskiwał centymetry w każdej z możliwych osi, aż w końcu mogłem zeskoczyć z marginesu – wewnątrz mieściliśmy się już we dwoje swobodnie. Wulkan wezbrany niekończącą się torsją, wyemitował komunikaty zawierające niezawoalowane groźby. Skazał mnie na współudział. I ogłosił co następuje:

 

- Rusz się (po prawdzie wulkan skierował ów wywód w kierunku mojego zaplecza usadowionego nieco poniżej nerek) i pomóż.

 

Ruszyłem. Się i nerki wraz z przyległościami. Pani Magda scałkowała przestrzeń pod objętością i zaordynowała:

 

- Skoro już przydźwigałeś tę ziemię i słoje, to teraz posadzimy rośliny. Chyba nie za często otwierasz okna, więc część stanie na parapecie, a resztę powiesimy na sznurach spod sufitu. Potrafisz wydziurzyć sufit? To do roboty!

 

Potrafiłem. Pod jej światłym dowództwem mógłbym wydziurzyć nie tylko sufit, ale i w kosmosie wywiercić czarną dziurę. Słońce przezornie przemknęło poza zasięg moich rękoczynów. Noc rozcieńczona kilkoma żarówkami pozwoliła dokończyć dzieła. Pani Magda otrzepała dłonie i szykując się do wyjścia, zagroziła:

 

- Jutro przyniesiesz resztę ziemi i doniczek. U mnie też trzeba powiesić trochę roślin w szkle. A spróbuj ich nie podlewać, to uszy oberwę!

 

Nawet drzwiami nie trzasnęła z delikatności, albo zmęczenia. Patrzyłem w zadumie na kołyszące się lekko naczynia pełne roślinności dziewiczej i w tumanie błędnych myśli powiłem zasadniczą. Iskra oświecenia spłynęła na czoło i sprawiła, że powrót z krucjaty, miast być porażką – stał się sukcesem godnym rodzinnych annałów i dodatkowego kamienia w koronie.

 

- Zyskałem ziemię! Na własność! – Jako zaborca poczułem dumę. Władca dalekich krain. Na razie bezludnych, ale kto wie, czy wkrótce nie osiedlą się tam moi poddani.

 

Kładąc się spać pomyślałem jeszcze, że podczas następnej konkwisty warto byłoby pozyskać zesłańców, którzy skolonizują nowe ziemie. Nawet Bóg zorganizował coś tam na początek. Warto skorzystać z przykładu.

środa, 25 stycznia 2023

On ci nie powie.

 

Kiedy ostatni raz powiedziałaś swojemu facetowi, że miękną ci kolana, gdy patrzy tym swoim głodnym wzrokiem, jak wyciągasz ciasto z piekarnika? Kiedy usłyszał, że tylko on potrafi wymienić żarówkę, nim się o to upomnisz? Albo baterię w łazience, zanim woda zaleje sufit sąsiada? Nie pamiętasz, kto dokręcił śrubki i zawiasy w meblach? Przywykłaś, że wszystko działa? Że on był czymś więcej, jak nudną ozdobą salonu? Kiedyś był najwspanialszym objawieniem poranka. Zbyt długo zajmuje miejsce na drugiej połówce łóżka i już nawet z litości nie nakryjesz go kolanem, szepcząc pikantne słowa. Inne, niż pogardliwe zabierz śmieci, jak będziesz wychodził po kartofle…

wtorek, 24 stycznia 2023

Prasówka cd.

 

1. Paranoja.

Szaleństwo. W lewej kolumnie najświeższych wiadomości - miażdżą, donoszą, demaskują. W prawej - skamlą i ostrzegają, że natarcie, że cywilizowany świat powinien drżeć, bo bestię na łańcuchu trzymają resztkami sił nieustraszeni obrońcy ziemi świętej. A ja dostaję oczopląsu i nic nie rozumiem. Jeśli jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

 

2. Sraczka.

Zgroza. Trwoga! Nowy wariant. Mutant z rodziny. Najtoksyczniejszy i najbardziej zaraźliwy. Kapłani zagłady wieszczą mu niezwykłą karierę już za kilka dni. Dotychczas spacyfikował aż dwóch swojaków. Dzielni byli. Twardzi. Zamiast lamentować - wydalili wariant i wrócili do domu. Być może nie wiedząc nawet, że mutant swobodnie wymyka się spod kontroli szczepionki! Tak jakby wcześniejsze tego nie robiły. W pakiecie objawów występuje budząca oczywistą grozę sraczka – nie utrzymasz bracie takiego w jelitach. Największy twardziel wydali!

 

3. Mikrus.

Ogólnodostępny, żeby nie powiedzieć przymusowy test na szczęśliwość odgórnie zaplanowaną. Twój dowód osobisty może zostać (i niechybnie zostanie) zaczipowany. Po wielkiemu cichu, choć „szczęśliwcy” zauważą ostrzeżenie wytłoczone na plastiku w postaci fioletowego znaczka. Co czip będzie robił i komu wiernie służył – o tym na razie cichosza. Za to ustawodawca negocjuje z bankami i podległymi urzędami jakieś opcje również dla Ciebie. Przyznaj że już się cieszysz bez umiaru?

 

4. Ludojad.

W Bałtyku, prócz hodowlanych rekinów, innych chyba nie ma. Co nie oznacza, że kąpiel jest bezpieczna. Tatuś mocząc dziecię w niezbyt słonej wodzie został zaatakowany przez bakterię, a ta korzystając z długotrwałej i międzynarodowej diagnozy – pożarła mu nogę. Szczęśliwie(?) dramatu nie ma. Bez konsultacji panu obcięto by nogę już wcześniej. A tak zachował ją – szkoda, że ogryzioną do kości.

 

5. Kto komu.

Niemce znów na cenzurowanym. Nie chcą dobrowolnie się rozbroić. Jako jedyni. Najwyraźniej pamiętają słowa nowożytnego cara, że pancerna pięść Moskwy, jeśli tylko zechce, w trzy dni osiągnie Berlin. Tymczasem Warszawa, która notabene jest ciut bliżej Moskwy – nie ma takich zahamowań, ani wątpliwości. Ciekawe, że czołgową szóstą potęgą zjednoczonej Europy jest Szwajcaria posiadająca ponad 130 Leopardów drugich – naturalnie neutralnych, więc nieosiągalnych dla żadnej ze stron konfliktu.

 

6. Waluty.

Bo o pieniądzach, szczególnie cudzych, każdy lubi. Trochę z zawiści, trochę pod wpływem małżonki mówiącej „Widzisz? Mógłbyś też, ale wolisz gazetę czytać”. Drogie eurosy, frankole szybujące na szczyty Alp. Ale i niemal oswojone przez peerelowskich cinkciarzy dolce kwitną zachwycająco. Najwyraźniej dobroczynność amerykanów ma zbawienny wpływ na kurs ichniej waluty. Trzeba tylko umieć pomagać. Nie tak, jak głupi Europejczycy – dawać od serca wszystko, co w domku znajdą. Polskie „zastaw się, a postaw” – działa. Rozdajemy, czego nie mamy. Amerykanie pomagają subtelniej. Łaskawie zgodzili się nie korzystać z ruskiego gazu i ropy, po przyjacielsku oferując własną kilka razy drożej. Z uznaniem kiwają głowami, kiedy wypychamy na wschód każdą broń, z której da się choć raz wystrzelić i w zamian chętnie sprzedadzą nam własny złom. W offsecie najchętniej. Bo kto to widział przyjaźń, na której zarabia się tylko raz?

 

7. Ciepło, cieplej…

Aby poczuć różnicę, wystarczy obniżyć temperaturę na osiem godzin dziennie. O siedem stopni. Wychodząc z pokoju na chwilę, albo do pracy. Kto nie próbował, ten się nie dowie. Dziesięć procent forsy z rachunku zostaje w kieszeni. Tak twierdzą amerykanie, więc nie byle kto. A przecież w chłodnym człowiekowi lepiej się myśli. Jest żwawszy i z konieczności ruchliwy. Czasem przytulny, jeśli ma obok kogoś, do kogo warto. Przy inflacji na poziomie piętnastu-dwudziestu procent najlepszą formą oszczędzania wydawałoby się jednak zrobienie przedpłaty. Stuprocentowej. I zamiast kręcić bez końca gałkami w poszukiwaniu oszczędności, gnuśnieć by można w nowym ciepełku za starą forsę, nie martwiąc się, że przemarznięte mury, zawilgotniałe ściany, grzyb, przedwcześnie niszczejące farby, tapety, boazeria – też kosztują. Gdyby tylko mieć taki grosz na zbyciu… ech!

 

8. Fauna lokalna.

    Wilcy padają w zielonogórskim interiorze – ostatni zamierzał chyba skorzystać nocą z drogi szybkiego ruchu i nie dostosował prędkości do warunków, albo był nieodpowiednio oświetlony. Padł, a sprawca zbiegł niezwęszony przez watahę. Lisy dla odmiany, zamiast się szwendać po niebezpiecznych bezdrożach – zwiedzają Wawel. Patriotycznie. Elegancko. Pełna kultura i szacunek.

 

9. Wiedzą trzeba się dzielić.

Najwyraźniej pan Bill wziął sobie do serca samarytańskie zasady i trzasnął drzwiami prywatnego samolotu, żeby podzielić się wiedzą z Australijczykami. Bo ON JUŻ WIE. I chce, żeby ONI też wiedzieli. Będzie następna pandemia. I wyjdzie spod ludzkiej ręki. Czyli o litości mowy być już absolutnie nie może. Biedna Australia. Wolałbym, żeby pan Bill do nas nie przyjeżdżał. Najlepiej nigdy. Podobno w dalekiej Ameryce nakupował już gruntów rolnych o łącznej powierzchni wystarczającej do przeniesienia tam sześciu europejskich państw. Tych mniejszych, ale jednak CAŁYCH! Nie powiedział w jakim celu, bo rolnikiem raczej nie zostanie – specjalizuje się raczej w drukowaniu jedzenia, mięsie bezmięsnym, gmeraniu w genach roślin i zwierząt, hodowli robaków i temu podobnych atrakcji mających usprawnić masowe dostawy żarcia dla motłochu.

 

10. Reklama.

Bez niej prasówka byłaby naga, jak supermodelka w teleobiektywie zaprzyjaźnionych paparazzich. Jedna pani zademonstrowała odzieżowe wcięcie, umożliwiające swobodną kontrolę higieny stref intymnych, niestety zasłaniając obszarem kontrolowanym egzotyczne krajobrazy. Inna obnażyła się niemal doskonale, lecz przebiegle okryła strategiczną nagość produktem pierwszej potrzeby, pod wpływem drobnej zachęty wystarczającej na wykarmienie Konga do końca świata i jeden dzień dłużej. Trzeba uważać, żeby administrator strony nie założył blokady za nadmierną frywolność fotek z luksusowych wycieczek. Następna prezentowała nocne koszule i gwarantowała, że każda niewiasta będzie księżniczką, gdy tylko taką założy. Kto jak kto, ale kobiety wiedzą najlepiej, że wyglądać trzeba. Bo pierwszego wrażenia drugi raz się nie zrobi. I dlatego pani o wyprasowanym dokładnie mózgu i ciele wyrzeźbionym skalpelem pojechała na wakacje do Turcji, żeby tam, po okazyjnych cenach, „zadbać” o zęby. Etap pierwszy polegał na spiłowaniu trzech czwartych zawartości paszczy… Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Glonojad-ludożerca, albo tasiemiec uzbrojony – widok zmiękczający kolana. Nie-do-opowiedzenia. Więc warto w świat uderzać, choćby po nowinki medyczne.