Przyjemnie jest dla odmiany poczuć
o poranku chłód na ciele, co ostatnio nie udawało się
permanentnie. Podziwiam piękne sukienki otulające jeszcze
piękniejsze panie, którym na moście wiatr dopieszcza łydki i nie
tylko. Nie dzieje się nic, czemu mógłbym zapobiec, względnie
pomóc w trwaniu. Świat radzi sobie bez mojej ingerencji doskonale,
a ja łaskawie pozwalam mu na swobodę w działaniu. Żeby czymś
zająć zwoje nerwowe, lekko zdeprawowane aromatem lipowego kwiecia,
przypominam sobie relację jednego z wczorajszych meczów
piłkarskich. Wyłapałem kilka modnych fraz i zastanawiam się, czy
fachowość komentujących i oglądających tak bardzo się
rozwinęła, czy może komentującym znudziło się mówienie wprost
i bawią się w wywody naukowe, względnie w piłkarską poezję
hiperintelektualną. Wybrane kwiatki:
- nie
pokusił się o uderzenie z podobnej kępki trawy
(na boiskach służby pilnują, żeby trawa nie rosła w kępkach,
ale najwyraźniej coś przegapili i to nie raz, gdyż ktoś wcześniej
się pokusił i to tak, że warto było to zauważyć/zapamiętać –
niestety. Ja kępki nie widziałem, choć efekt pokuszenia już tak),
- może
pochłaniać połacie powierzchni
(z tego co widziałem – podmiot liryczny usiłował przebiec z
piłką pół boiska, zaciekle ścigany przez trzech zmęczonych
facetów, z których żaden się nie uśmiechał),
- to
nie jest jego naturalne środowisko
(gracz zaplątał się nie na tym kawałku boiska, gdzie w ramach
przedmeczowej strategii ustawił go trener i działał
chyba-nieumiejętnie-sektorowo),
- ma
fantastyczne liczby w ofensywie
(co chyba miało oznaczać, że potrafi strzelać bramki, albo celnie
podawać piłkę do kolegów),
- nie
progresuje akcji
(bladego pojęcia nie mam czego nie zrobił ów nieszczęśnik, ale
zapewne ma to zgubny wpływ na JEGO liczby w ofensywie),
- chce
postawić ciekawy akcent
(niekoniecznie strzelić gola, ale może kogoś taktycznie kopnąć,
wykonać sztuczkę z piłką lub bez, względnie poprawić statystyki
drużyny, żeby achy
i ochy
na trybunach przedarły się przez gawędę dwójki komentujących.
No i oczywiście nie wolno zapominać o liczbach
w ofensywie),
- cierpi
na brak serwisu
(chyba kelnerzy… znaczy „koledzy” z drużyny nie dowieźli?
Generalnie chodzi o „obsługę” drużynowego strzelca goli –
ktoś musi mu tego gola wybiegać, podać i cieszyć się, że tamten
trafił w bramkę - 7,32x2,44
a
dane podane
w metrach – zerknij
na domową ścianę, tę największą, a bramka zwykle jest sporo
dłuższa, choć odrobinę
niższa, chyba że mieszkasz na poddaszu. Podawaczowi na pocieszenie
zostaną liczby w
ofensywie),
- chce
skaleczyć przeciwnika
(bez użycia broni białej – kaleczenie butem, czołem, albo
łokciem to przewinienie karane przez arbitra-sędziego kolorem
kartki, przeważnie odraczającej wyrok żółcią, rzadziej
śmiertelną czerwienią. Dozwolone i mile widziane przez nadzór i
połowę-kiboli jest trafianie w bramkę. W żadnym przypadku
skaleczony nie cieszy się z tego, za to sprawca może liczyć na
skrytą zazdrość pseudo-kolegów, zachwyt prawdziwych kolegów i
medialne, niepozowane szczęście prywatnej WAG-iny. WAG-ina, to
samica piłkarza zdobywająca zasięgi
sieciowe przy wykorzystaniu nazwiska/kasy męża. Okresowo, gdy
liczby ofensywne
męża są słabe, wywierają dramatyczny wpływ na pamięć WAG-iny,
która dla utrzymania zasięgów
zapomina bielizny idąc po bułki, albo pozwala się przyłapać
starannie wyselekcjonowanemu gronu paparazzich w trakcie opalania
topless na jachcie za miliard dolarów, czasem w towarzystwie równie
zdesperowanych słabymi
liczbami koleżanek
WAG-inek).
A to była zaledwie część, jaka
przedarła się do mojej świadomości w czasie krótszym niż
kwadrans. Jak nie kochać tego sportu? Kiedy niewiele dzieje się na
boisku, w-ów-czas, dousznie, kibic otrzyma tak wyrafinowany
komentarz, że tylko kucać i broń Boże popuszczać!