niedziela, 24 maja 2026

Puszczyk żyje w puszczy, czy tylko się tam wypuszcza?

 

    Z kawą na balkonie pojawiam się nim kur zapiał. Może dlatego, że kur dawno poszedł na rosół i pianie mu nie w głowie. Pozdrowiły mnie przelatujące kosy, sroka wyśmiała, a jaskółki zignorowały. Gołębie plotkowały na mój temat a samotny wróbel aż się zanosił, tak był nienagadany. W kosim świecie musiało się zdarzyć coś dramatycznego, bo jeden, na sygnale, wracał w wielkim pośpiechu. Leciał nad arterią międzyblokową, pustą o tej porze, ale sygnał musiał być, żeby nie doszło do kolizji z kimś zbyt zaspanym, żeby patrzeć. Ten cały ptasi galimatias, rozćwierkany, niepoukładany, dobiegający praktycznie zewsząd zapłodnił mnie myślą:

    

    Gołąb usiłuje sobie towarzystwo przygruchać, za to wrona woli je sobie wykrakać. I lepiej nie wiedzieć, co na ten temat sądzi sikorka.

sobota, 23 maja 2026

W mitach o Dolomitach mitoman minotaur na minie w mirtach zmitrężył miniony minimalizm.

 

    Psy gremialnie ruszyły na zakupy. Wiadomo – weekend. Słodkie bułki trzeba kupić, jakieś piwko na popołudniowy grill, może trochę papierowych ręczników, bo jak raz promocja w dyskoncie. Nie zawadzi też trochę żeberek, czy karkówki, skoro ogień ma zapłonąć na balkonach i tarasach. Nie wiadomo po co, ale i parę marchewek nie zaszkodzi. Ciepło rozmiękcza umysł. Lepiej wziąć, niż później żałować. Szpaki pogwizdują podsłuchane u kosów melodie, jakby zamarzył się im mezalians, czy choćby jednorazowy skok w bok. Centrum ekologii w postaci kloszarda z wielkimi, pełnymi worami na zwrotny plastik odpoczywa w pół chodnika wiodącego poza osiedle, w tym czasie nowy ochroniarz (nowy w tym bynajmniej przypadku nie znaczy młody, tylko nieznany) melduje się przy furtce i wraca w zacisze stróżówki. Dziewczyneczka, cała w czerni obejmuje taty udo i chowa się za nim, najwyraźniej wstydząc się odrobinę że jej fryzura nie nosi piętna paryskiego fryzjera.

piątek, 22 maja 2026

Ślimak w śliniaku z rośliny lśni od śliny na linie.


    Od świtu dostrzegam liczne bose stopy w sandałkach, lub szmacianych, letnich butach. Czyli zimno poszło precz i czas kanikuły się zbliża. Wstyd, że traktuję bliźnich jak termometry, ale staram się nie chwalić niecnym wykorzystywaniem ich wizerunku do celów meteorologicznych i jak najbardziej prywatnych. Może dlatego nie dosięgnął mnie (jeszcze) ostracyzm i prześladowania. Cóż. Bosonogie z wyboru kobiety podziwiam, bo sam boso łażę zbyt rzadko, ale kabriolet to chyba lekka przesada. Ekstrawagancja moim zdaniem nazbyt odważna. Z tablicami rejestracyjnymi – dziś D0 NUGAT dochodzę do wniosku, że ludzie czują silną potrzebę zrobienia czegokolwiek, żeby ktoś ich dostrzegł. I pozwolą sobie na wiele, byle się udało. Kryzys samotności? Ponoć samotność jest oznaką inteligencji. Kto dobrze czuje się we własnym towarzystwie, temu łatwiej ominąć rafy śmiesznego wyścigu po aplauz postronnych.

    Na wystawie Sklepiku Z Cudami bażant taplający się w bardzo kolorowej filiżance. Nie ma czasu podziwiać, bo kolarze, hulajnogowcy i inni skołowani odbierają spokój i z marszu robi się ekstremalna rozrywka.

    Pomazańcy raczej nic z Bogiem nie mający wspólnego krążą po Mieście okraszeni niezmywalnymi malunkami podskórnymi, rzadko aspirującymi do dzieł sztuki. Drobna z buzi kobieta utknęła w za dużym ciele – naprawdę miała prawo podobać się i chyba wcale nie zabiegała o awanse. Wsiadła, żeby napisać ze trzy esemesy i wysiadła. Raptem dworzec objechała. Na piechotę byłoby szybciej.

czwartek, 21 maja 2026

Ostrzę ostrzeżenia do strugania ostryg.


    Nie-moje-psy witają mnie jak dawno nie widzianego przyjaciela, szczekając i pomerdując nie tylko ogonami. Można byłoby zaryzykować twierdzenie, że całe były merdaniem. Ledwie sobie poszły, a zjawiły się kosy. Patrolowały trawnik. Co rusz któryś udawał wąsacza przybrany upolowanymi dżdżownicami wijącymi się po obu stronach dzioba. Sierpówka rozprostowuje skrzydełka nad czubkiem brzozy, ostrożnie wybierając miejsce lądowania na cieniutkich gałązkach. Niebo nie może się zdecydować i równo flirtuje tak z deszczem, jak i ze słońcem. Rozpustne!

    Poranek cieplejszy od wcześniejszych, skłania kobiety do chwalenia się tatuażami, z konieczności zimą mieszkającymi w ukryciu. Miasto, jak zwykle, rozgrzebane. Pełne wykopów i zastaw drogowych. Punktowych remontów, które nigdy się nie skończą, bo nim w ten sposób wyremontuje się ulicę, trzeba zaczynać od nowa. W tramwaju zwalisty gość wypełnił więcej niż szczelnie siedzisko, a i tak sporo się nie zmieściło. Na przykład jego foliowa siateczka z prowiantem na drogę musiała usiąść krzesełko dalej. Niegrzeczny pan pasł się słodką bułą z-makiem-smakiem i miał gdziekolwiek że ludzie stoją obok. Wczorajszy wonny jeździec na gapę dziś wysiadał tam, gdzie ja wsiadałem. Aromatu niestety ze sobą nie zabrał. Porzucił. Nieodparty urok działał na wsiadających. Żadne perfumy nie oszałamiają aż tak masowo. Terapia szokowa odzwierciedlała się na obliczach pasażerów wyrywając ich maski z pozorów obojętności kursem ku obrzydzeniu.

    Wracając do domu płodzę zuchwałą myśl, że biustonosze w Mieście zaczynają się oswajać z zapomnianą na długie miesiące szufladą.

środa, 20 maja 2026

Ekstrakt o loterii na szczęście.

 

    Pan Orzeł zaproponował pani Reszce stosunek, a kiedy zaakceptowała propozycję zostało tylko ustalić hierarchię, bo każde chciało być na górze. Ponieważ nikt nie chciał ustąpić, zdali się na los szczęścia, czyli rzut monetą.

Kopa kopaczy kopuluje na kopule.


    Wonny jegomość spolaryzował ruch pasażerski w obrębie wagonu. Aromat był tak intensywny, że mógł robić za broń biologiczną i wart był zainteresowań militarnych. Szczęściem chłopina wysiadł przy nieczynnej jeszcze Hali Targowej, przywracając oddech wielu nieszczęśliwie podróżującym. Do tramwaju wsiadła kobieta w wojskowych zieleniach z dwiema wędkami. Pracowicie coś przeżuwała. Plecak wypchany do pełna sugerował pełnoetatowe łowy. No i wysiadła nieopodal Rzeki nie zwracając uwagi na szpacze awanse wygwizdywane z wysokości trakcji tramwajowej.

    W ramach prasówki podziwiałem niedzielne zdjęcie z rzeszowskiego lotniska. Czerń opanowała halę główną, a tak dokładniej – ortodoksyjni Żydzi z pejsami i w kapeluszach. Zasadniczo kadr nie obejmował żadnych postaci poza nimi. Nie mam pojęcia, czy w obliczu niekończącej się fali „sukcesów” napastniczych w Iranie postanowili odważnie wychynąć spod „żelaznej kopuły” i zaznać sielskiego życia na Rzeszowszczyźnie, czy przewidując rychły koniec kozackiego tańca z szablami już szykują się do przejęcia strefy wpływów za naszą wschodnią granicą, by światle dzielić i rządzić, mimochodem kolonizując przyczółek w zaścianku Europy, skąd wiara (wespół z nadzieją i miłością) mogłaby się rozlać na zachód.

    Trójca (bo doskonałość w trójcy tkwi) dziewczątek na wrotkach sieje terror na chodniku. Wszystkie elegantki w spódniczkach i z torebką na ramieniu. Krążą tam i z powrotem nie mogąc się zdecydować dokąd jechać, więc mam okazję podziwiać tę doskonałość potrójną nie raz. I tylko patrzeć, jak któraś z księżniczek wymyśli rolki-szpilki, żeby wyglądać jeszcze bardziej dystyngowanie. W porównaniu z nimi posiadacz tablicy V1 LION, to mały pikuś. Szczeniaczek, a nie bestia.

wtorek, 19 maja 2026

Ekstrakt o względności płciowej.

 

    Chwyciłem budzące politowanie fałdy brzuszne w dłonie i uniosłem zdecydowanym ruchem. Teraz wystarczyło zainwestować w gustowny gorset, by cieszyć się zachwytem zewnętrza. Sam byłem tak zachwycony, że musiałem opanować wzwód - odstałem swoje w kolejce do damskiej toalety, ale się udało.

Kupiliście liście,mieliście liście i zmieliliście liście.



    Starsza pani w trampkach to widok, który za każdym razem wpływa na mnie i poprawia samopoczucie. Więc uśmiecham się nawet do zielonych wzgórz leżących wcale nie nad Soliną, lecz przed dworcem kolejowym. Miałem możliwość oglądania landszaftu z góry – zdjęcie przypominało archipelag pełen bezludnych wysepek, rodząc nostalgie za podróżami w nieznane. Słońce wkrada się w oczy choć ciepłem nie grzeszy o poranku. Najwyraźniej też się rozgrzewa przed poważniejszą robotą w południe. Ale i tak dostrzegam pierwszą odważną w legginsach ciętych wpół uda. Szczuplutka acz wysoka dziewczyna, obłożona była grubą warstwą ocieplenia skwapliwie uzbieranego latami dostatku. Elewacja nie tylko frontowa polizana słońcem wyglądałaby jeszcze zacniej, więc zausznie życzyłem jej słońca od stóp po głowę, a także równie ciepłego uśmiechu i myśli.

    Z bramy leżącej tuż przy rogu ulicy z wąziutkim chodnikiem wychodzą dwie młode kobiety. Rozmawiają ze sobą, choć każda wzrok ma trwale przyklejony do swojego wyświetlacza. Świat zewnętrzny poza światem wirtualnym ignorują doskonale. Aż się chciało kopnąć którąś w kostkę, by zobaczyć czy zareaguje, czy uzna to za doznanie nierzeczywiste. Później mija mnie pani wyłączona z prokreacyjnej eksploatacji, co nie przeszkadzało jej szczuć przechodniów biustem pyszniącym się pod bluzeczką i kurtką udrapowaną tak, żeby nie szło uronić ani grama cudowności kokoszącej się parki okazałych bliźniąt. Jakieś ptaszę skrywające się w kwieciu dorodnego kasztanowca wiło improwizowaną pieśń – grzech było pójść bez podziwiania. m. powiedziałaby że cała jest zachwyceniem…

    Chwilę później było już popołudnie. Parami, trójkami i małymi czeredami Miastem wędrowały dziewczęta spragnione słońca i zachwytów. Młode ciała są piękne samą młodością, a zima ograbiła je z opalenizny. Cóż się dziwić, że bledziutkie ciała przy pierwszej okazji wynurzają się z ubrań i korzystają z dobrodziejstw? Niech będzie, że zgrzeszyłem, ale krok mimowolnie zmienił się na dostojniejszy, wzrok rozpieszczany z każdej strony łagodniał i miękł. Pośpiech stawał się nieprzyzwoitością. A przecież lato dopiero ma nadejść, a wraz z nim zanik tekstyliów, rokrocznie łamiący kolejne bariery minimalizmu.

    Wśród przewidywalnych stylizacji niewątpliwie wyróżnił się glonojad w białych kozaczkach i takim płaszczyku dłuższym od spódniczki, czy alternatywka w pończochach-kabaretkach rozpaczliwie uczepionych chyba-pasa kryjącego się pod naprawdę krótkimi spodenkami. Po trawnikach coraz więcej czerwonej koniczyny, która tak naprawdę jest fioletowa, dlatego czerwoną trzeba było ochrzcić jako purpurową. Cóż. Nudy nie ma. A schematy i uproszczenia prowadzą na pola minowe. I można mieć minę że ho ho!

poniedziałek, 18 maja 2026

Wytrawne witraże i witryny.


    Na przystanku dwie dziewczyny w bardzo szerokich spodniach i adidasach ukrywających kształt stopy. Jedna gada przez telefon i nerwowo przemieszcza się tam i siam. Druga z założonymi pod biustem rękami pilnuje jej i powtarza przemieszczanie się z dokładnością cienia. Dresiarz trzypaskowy parkuje swoją brykę tak, że blokuje przejście przez bramę przechodnią i ma w nosie, że stworzył problem tam, gdzie go nie było. Ciekawe co powie, jak trafi na nerwusa, który porysuje mu karoserię.


    Obserwuję wysyp rejestracji „z przesłaniem”:

W1 KIWI – rzadki ptaszek za kółkiem,

V0 FURIA – grzeczny chłopiec z mamusią,

D0 KIND – wolę się nie domyślać, bo hasło kojarzy mi się z pedofilem,

D0 ALU – czyżby aluzja do  alufelg?

V0 CRAFT – jeśli to był rzemieślnik, to bardzo wyrafinowany,

V1 KUNIA – od Kunegundy czy od kunia? Trudno wyczuć.

niedziela, 17 maja 2026

Kradnę kredce krótką kratkę.

 

    Pogoda wciąż nie może się zdecydować, czy ma na Ziemię napadać, czy raczej ją oświecić bez napadania. Jakiś dryblas zauroczony własną głębią z martwym wzrokiem pozwalał się prowadzić parce starych beagli kompletnie blokując przejście. Król życia. Taki wymaga pierwszeństwa i wyłączności. Krótki spacer bez większego znaczenia strategicznego zaowocował zauważeniem znaczącej przewagi dziewcząt nad chłopcami – wynik 10:3. Podobno przewaga chłopaków świadczy o zbliżającej się wojennej zawierusze, więc niby spokój powinna wnieść ta dysproporcja – ale ja już teraz współczuję tym dziewczętom. Gdy dorosną przypadnie na statystyczną niewiastę zero koma chłopaka w wieku reprodukcyjnym… Chyba, że za pieczęcią psychiatry potwierdzającą zmianę płci pójdą poważne zmiany organizmów, albo preferencje seksualne zostaną przeprogramowane odgórnie, masowo deformując naturalne ciągoty.


    Przeglądam prasówkę. Dzień przesycony sensacjami z Eurowizji. Oburzenie i różne inne zdania odrębne. A jakoś nikt nie zapytał, co robi Izrael w konkursie, mającym Europę w nazwie. I to kosztem kilku krajów zdecydowanie europejskich, które zdecydowały się nie stawać w jednym szeregu z przedstawicielem dyżurnych wichrzycieli bliskowschodnich. Zdumienie wywołuje ponoć fakt uzyskania maksymalnej liczby punktów od „naszych” widzów dla kozackiej przedstawicielki – czyżby ludzie zapomnieli ilu ich mieszka obecnie w Polsce? Zgodnie z regulaminem, na swojaków głosować nie wolno, ale oni korzystają z polskiego prefiksu więc na swoją mogą głosować masowo, a przecież narodowości abonenta nikt nie weryfikuje.