Zamówiona miłość.
- Pora wracać. Do mamy i taty.
Do domu. – smakowałem te słowa, do których nie miałem czasu się
przyzwyczaić - A może kupię płótno i namaluję jeszcze jeden, a
jak Bóg pozwoli… Rozprawię się ze starością. Jeszcze tylko
chwilę posiedzę i odpocznę. Posłucham, jak ptaki śpiewają.
Przede mną piętrzył się
stożek ziemi, a w dziurze obok dopalało się płótno wraz z ramą.
Choć został niemal sam popiół, śmierdziało okropnie. Miałem
świadomość, że sprawa wymaga staranności, że muszę dopilnować,
by żaden ślad po nim nie został. Plecami opierałem się o młode
drzewo, czekając aż ogień pożre do końca moje dzieło. To było
szaleństwo. Trwające zaledwie trzy dni, a jakbym całe życie
strawił. Przymknąłem oczy, żeby lepiej widzieć i zapamiętać,
bo przecież nie wolno zapomnieć.
Starszy człowiek podszedł do
mnie, gdy rozstawiałem sztalugi w rynku. Zwyczajny dzień, może
ciut biedniejszy od innych, bo bez śniadania wygnało mnie na ulicę.
Ostatnim papierosem zagłuszyłem głód, gdy podszedł i jąkając
się poprosił, żebym namalował jego żonę. W domu, a dokładniej
– w łóżku. Nie wyglądał na bogacza, ale trafił mnie w takiej
chwili, że nie mogłem grymasić. Byłem gotów malować za miskę
ryżu. Zwinąłem swoje rzeczy i poszliśmy. Nawet niedaleko.
Wchodziliśmy na drugie piętro starej kamienicy, gdy chwycił mnie
mocno za rękę.
- Ona jest chora – szepnął
rozglądając się, jak jakiś konspirator – lekarz, co zagląda do
nas każdego dnia mówił, że to długo nie potrwa. Proszę jej nic
nie mówić. I spieszyć się trzeba, bo…
Rozpłakał się. Musiał ją
kochać do szaleństwa. Zobaczyłem jak bardzo się postarzał od
samego wyznania. Przed nią mógł, a może musiał udawać
dzielnego, przy mnie rozkleił się zupełnie.
- Będę się spieszył –
obiecałem, delikatnie poklepując go po wierzchu dłoni ściskającej
poręcz – I nie zdradzę jej tajemnicy. Obiecuję.
Gdy weszliśmy do domu, z jego
policzków łzy znikły, pojawił się uśmiech i popłynęły słowa
banalne o pogodzie, zakupach, o mnie. Mieszkanie było niewielkie,
lecz każdy kto poznał smród starości, nawet tej najlepiej
zadbanej, dodał do nich szpitalny fetor, nie mógł się pomylić.
Dom przygotowany był na rychłą wizytę Kosiarza. Staruszek schował
się w kuchni, żeby zaparzyć herbatę, czy kawę. Nie wiem, bo
gapiłem się na jego żonę. Leżała w łóżku, przykryta po
szyję, ale twarz miała niemal przeźroczystą. Znienacka otworzyła
oczy i patrzyła na mnie, jak mi się zdało z kpiną.
- Mój głuptas pana ściągnął.
Zawsze robi coś szalonego. Ale kocham go od zawsze i już wtedy był
niemądry. Co teraz wymyślił?
- Chce, żebym panią namalował.
- Zanim umrę? Oczywiście.
Proszę się nie krępować, nigdzie nie ucieknę, bo sił mi
zupełnie brakuje. Na pewno już pan podejrzewa, ale żeby było
jasne, to powiem głośno. Wiem, że już z tego łóżka nie wstanę,
a te jego sztuczne uśmieszki może wystarczyłyby pięćdziesiąt
lat temu. Teraz słyszę jak płacze, nawet kiedy śpię. Chce mieć
obraz? Niech ma. Proszę mnie malować, ale jeśli zamierza pan
skończyć, to polecam pośpiech. I proszę zawołać mojego głupiego
pana, a sam niech pan skorzysta z łazienki, a potem napije się
czegoś ciepłego. Ja najpierw muszę się z nim rozmówić.
Wracałem z kuchni ze szklanką,
w której zostało więcej fusów, niż wody. Zastałem widok, który
mnie oszołomił. Aż się zakrztusiłem. Staruszek zdjął z żony
kołdrę i właśnie ściągał jej przez głowę nocną koszulę.
- Namaluje mnie pan nago –
uśmiechnęła się – To chyba nie problem?
- Nnnie – na więcej nie było
mnie stać.
- To dobrze. Jeśli obrazek ma
być pamiątką, nie chcę, żeby pamiętał starą, poplamioną
pościel, czy moje niemodne koronki. Tak będzie uczciwie.
Jej ciało było pomarszczone,
jak jabłko zbyt długo trzymane w kopcu. Mnóstwo zmarszczek,
drobnych plam, pieprzyków, blizn. Skóra równie porcelanowa jak na
twarzy, a jedynym żywszym akcentem kolorystycznym były paznokcie
pomalowane na różowo z wyraźnym brakiem wprawy. Żadne z nich tego
nie dostrzegało, ale ja? Wyczulony na barwy od razu domyśliłem
się, że to pierwsze dzieło w życiu staruszka. Wzrokiem
prześliznąłem się przez to umierające ciało i zatrzymałem się
w jej oczach. Niebieskich, bladziuchnych, jakby i z nich życie także
uciekało.
- Jeśli coś jest nie tak –
zaczęła staruszka i wcale nie była zawstydzona – to przepraszam.
Już się nie zmienię. Jeśli mój głuptas chce mnie oglądać, to
dostanie mnie właśnie taką, jaką zna. Może brzydką, może za
grubą, czy za chudą, ale jego. Od samego początku wiedziałam, że
będę go kochać do śmierci. I że on mnie. Nigdy nie musiałam
specjalnie się stroić, malować, udawać. Zawsze była między nami
prawda. Dlatego też ani razu nie zafarbowałam włosów. Gdyby
zapragnął wystrzygłabym dla niego futerko, ale nie chciał. Więc
teraz siwa jestem i tam. Wiem, że pan widział. Wczoraj poprosiłam,
żeby mi pomalował paznokcie. Pierwszy raz w życiu. Nie wyszło
najlepiej?
- Jest w porządku – speszyłem
się jej szczerością – rzadko się trafia tak naturalna modelka.
Jeszcze raz prześliznąłem się
wzrokiem przez jej sylwetkę. W młodości musiała być pięknością.
Ciało proporcjonalne, o wyraźnie zaznaczonych biodrach i talii;
piersi, obecnie wyschnięte kiedyś były pełne. Mimo, że choroba
wygryzała z niej siły, twarz miała pełną dobroci i humoru. Jeśli
udawała, to znacznie lepiej od niego.
- Proszę patrzeć – szepnęła
– musi pan, żeby obraz nie był przekłamany. Mój głuptas jest
zazdrosny, ale przecież sam pana sprowadził, niech więc trochę
pocierpi. Może jakoś zdołam mu wynagrodzić poświęcenie.
Kobiety mają szósty zmysł,
albo są tak zbudowane, żeby mężczyznę najpierw nakarmić, a
dopiero potem zająć się resztą. Wysłała staruszka do kuchni,
żeby przygotował mi jakąś kanapkę, a sama kiwnęła na mnie
palcem. Pochyliłem się ku niej. Pachniała słodkimi perfumami.
- Jeśli spróbuje pan choć
jedną zmarszczkę pominąć, to wstanę z grobu i skórę panu
wygarbuję. Więc nawet nie próbuj oszukiwać starych ludzi. Obiecaj
mi to, zanim wróci, bo nie pozwolę ci malować.
Kiedy kiwnąłem głową
uspokoiła się i zamknęła oczy. Całe zamieszanie wokół musiało
ją mocno zmęczyć. Rozstawiałem sztalugi, szukając lepszego
oświetlenia. Bałem się otwierać okno, ale firany bezceremonialnie
zsunąłem na bok. Otworzyła oczy, gdy przesuwałem jej łóżko, by
cień nie okrywał jej sylwetki. Nim starszy pan wrócił, byłem już
gotowy. Bez słowa podał mi talerzyk z kanapką, drugą szklankę
herbaty, podszedł do żony, pogłaskał po włosach i z troską
zapytał, czy da radę. Kiedy przytaknęła, wrócił na fotel i
patrzył na mnie, jakbym okradał go z czasu. Przeprosiłem wzrokiem,
niemal połknąłem kanapkę i zacząłem malować.
Ledwie zdążyłem naszkicować
tło, ostry dzwonek do drzwi przerwał pracę. Staruszek poderwał
się, okrył żonę kołdrą i wyprosił mnie do kuchni, szepcząc,
żebym zaparzył sobie kawy, bo lekarz na wizytę przyszedł, ale za
kwadrans sobie pójdzie i bez przeszkód będziemy kontynuować. Choć
to nieprawdopodobne, jąkał się i rumienił, jak nastolatek
przyłapany na autoerotycznym akcie. Wtedy jeszcze traktowałem rzecz
z zawodowym dystansem, więc skorzystałem z okazji i w okamgnieniu
siedziałem przy kubku parującej kawy. Dobiegały mnie odgłosy
pełne niepokoju i medycznych terminów, a kiedy lekarz wyszedł
staruszek klęczał przy łóżku z mokrymi oczami, a żona tuliła
go do siebie, jakby to jemu śmierć w oczy zaglądała.
- Chciałeś mieć obraz –
patrząc na mnie szepnęła mu do ucha – to pozwól panu malować.
Nie umiem uzasadnić, ale wiem, że znalazłeś znakomitego malarza i
nie będziemy żałowali twojego szaleństwa. No, już, przestań się
mazać. Twoja żona nie może się doczekać, żebyś jeszcze raz
zobaczył ją nago!
Starszy pan podniósł się z
kolan, ostrożnie ściągnął kołdrę, poprawił poduszkę i
poczłapał ciężko na fotel stojący obok sztalug. Teraz
patrzyliśmy na kobietę we dwóch. Godziny mijały, z płótna
zaczął wyłaniać się obraz. Na razie nieostry, pełen plam
wymagających szlifu, ale płótno nie straszyło już surowością.
Staruszek pochrapywał, kobieta miała zamknięte oczy. Cierpiała,
jednak nie poskarżyła się ani słowem. Obudzona głośniejszym
spazmem męża otworzyła oczy i zarządziła przerwę.
- Pan na pewno musi odpocząć, a
i nam się przyda. Sądzę, że dopóki pan nie skończy, powinien
spać u nas, żeby nie marnować czasu, którego akurat nie mamy za
wiele. Dlatego mąż przygotuje panu łóżko w sąsiednim pokoju, a
my zmieścimy się tutaj. Dobrze?
Nie znalazłem sensownej wymówki,
więc się zgodziłem. Skąd wiedziała, że nie bardzo mam dokąd
wracać, to pozostanie jej tajemnicą. Byłem przekonany, że równie
łatwo zorientowała się, że jestem sierotą, ale przecież nie
zamierzałem się chwalić, że rodzice zostawili mnie w oknie życia.
Po szybkim prysznicu, pomidorowej, którą staruszek ugotował na
cały tydzień chyba, zostałem zaprowadzony do małego pokoiku.
Przez drzwi słyszałem jeszcze jak po cichutku rozmawiają, ale
oczy zamknęły mi się tak szybko, że nie rozumiałem o czym mówią.
Zdawało się, że minęła chwila, gdy usłyszałem chrobotanie do
drzwi.
- Ja przepraszam, ale… -
wstydził się mnie budzić, lecz praca czekała. On też zaczął
nabierać porcelanowej cery. Nie wiem, czy spał choć chwilę, bo
wyglądał bardzo źle.
Opłukałem twarz, jak wczoraj
migiem połknąłem kanapkę i parząc usta kawą stanąłem przy
sztaludze. Staruszek sięgał właśnie po rogi kołdry, by ją
unieść, a staruszka patrzyła na mnie z wielką uwagą.
- Lekarz starał się nie
powiedzieć, że ratunku nie ma i nie będzie, ale mu się nie udało
– zakomunikowała – nie wiem, czy dożyję soboty, więc ma pan
góra dwa dni. Zdąży pan?
- Na pewno – odpowiedziałem -
Dwa dni, to mnóstwo czasu.
Staruszek tkwił już w objęciach
fotela, a kobieta uspokojona słowami leżała z zamkniętymi oczami,
płytko oddychając. Patrzyłem na nią nie dotykając pędzla.
Musiałem nauczyć się barw i linii jej ciała, żeby później się
nie rozpraszać. Chwilę to trwało, a staruszek wypełnił ciszę
opowieścią.
- Wie pan? – zaczął łamiącym
się głosem – Poznaliśmy się, gdy mieliśmy po siedem lat. W
pierwszej klasie. I poznaliśmy się, to złe słowo. Właściwym
byłoby, że to w całości zasługa Ewy. Podeszła do mnie już na
rozpoczęcie roku, chwyciła za rękę, a potem śmiało wyznała
wszystkim, że wyjdzie za mnie za mąż. I pocałowała mnie w
policzek, żeby nikt już nie śmiał uważać, że to tylko słowa.
Przerwał na chwilę, ale raz
naruszona tama słów musiała się wylać. Malowałem, a on
opowiadał, jak siedzieli w jednej ławce, jak dzieliła się z nim
śniadaniem, a koleżankom kazała się odczepić od niego, bo jest
jej i tylko jej. Chłopaki mu dokuczali, ale chyba dlatego, że
potwornie mu zazdrościli. Jako pierwszy w klasie miał dziewczynę,
a Ewa była prześliczną dziewczynką. Parę piegów, niebieskie
oczy i włosy spięte gumkami w kucyki. Istna Pippi z niedzielnego
serialu dla młodzieży. Płótno wypełniało się treścią, a Ewa
ze Staszkiem rośli w opowieści staruszka, kiedy ona przerwała
opowieść.
- Zrób nam wszystkim herbaty –
gadasz i gadasz, a pan
pewnie chętnie by się napił!
Ja zresztą też niemal wyschłam w tym łóżku.
Poderwał się i prawie nie
szurał papuciami idąc do kuchni. Popatrzyłem na nią i zdawało mi
się, że w oczach czają się jej gwiazdki śmiechu.
- Musiałam go wygonić, żeby
pana wybawić. Zagada pana na śmierć, jeśli mu nie przerwać.
Wreszcie ma komu opowiadać, bo z dziećmi nam nie wyszło. Coś tam
we mnie nie działało, więc teraz zostaliśmy sami na świecie.
Jeśli przeszkadza panu w pracy, to proszę powiedzieć, a ja jakoś
poskromię gadulstwo.
- Nie, to naprawdę piękna
opowieść. Chętnie posłucham. A kiedy mówi o pani z taką
miłością, pędzel łatwiej znajduje drogę ku właściwym
kształtom.
- Dziękuję – uspokoiła się
– Bóg nie dał mi dzieci, ale dał mi tego mężczyznę i gdybym
mogła wybierać między nim, a dziećmi, wybrałabym Staszka.
Wrócił z tacą pełną
szklanek, cukru i jakichś herbatników. Przepraszał za brak ciasta,
ale piec nie potrafi - to Ewcia całe życie szykowała mu takie
smakołyki, że teraz, ilekroć kupi sklepowe ciasto, to po pierwszym
kęsie wypluwa je, bo nijak nie dogania jakością tego, do czego
nawykł przez całe życie z Ewą. Sięgnąłem po twardy herbatnik,
żeby mieć alibi dla milczenia. On poił herbatą żonę i głaskał
jej rzadkie, niemal białe włosy. Jej ciało, od świtu wystawione
na męskie spojrzenia zdawało się być o ton żywsze niż rankiem.
Mniej blade, mniej porcelanowe i kruche. Z obserwacji wybił mnie
dzwonek, natarczywy, jak wczoraj. Lekarz. Już wiedziałem, więc
wziąłem szklankę, dwa suche ciastka i poszedłem do kuchni.
Staruszek opatulił kołdrą żonę (przecież nie pozwoli lekarzowi
gapić się na nagą małżonkę) i poszedł otworzyć drzwi. Znów
nie słuchałem, ale dzisiaj lekarz zdawał się wnieść coś
optymistycznego. Po jego wyjściu pytająco zerknąłem na tę parkę
– trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy, świata poza sobą
nie widząc. Stanąłem przy sztaludze. Staruszka przyciągnęła
twarz męża do siebie, pocałowała energicznie w usta i wygoniła
na fotel
- No już! Rozbieraj mnie,
przecież tego chcesz! – zażartowała, a jego twarz nabrała
koloru za ich dwoje – Tylko nie zrób panu krzywdy. Pamiętasz? Sam
go zapraszałeś, żeby mnie podziwiał!
Parsknąłem śmiechem. Wszyscy
zaczęliśmy się śmiać. Chwilę trwało, nim zdołałem wziąć
pędzel w rękę. Malowałem do wieczora, aż światło zaczęło
przekłamywać obraz. Opowieść staruszka leniwie zmierzała ku
maturze. Wspólne wycieczki szkolne, dyskoteki, kino, lody, wycieczka
na rowerach nad zalew, namioty, obozy. Ewa była niespokojnym duchem,
potrafiła wyprosić, wymusić, przekonać Staszka do wszystkiego, co
w jej główce zaświtało. Zgadzał się, ulegał, korzystał z jej
żywotności i pomysłowości. W ogólniaku nawet nauczyciele
traktowali ich jak małżeństwo, a Ewa odważnie pisała dla Staszka
zwolnienia, kiedy był chory. Nawet dyrektor honorował te
usprawiedliwienia. Staruszek cały dzień miał mokre od wspomnień
oczy, kobiecie też się udzielało. Ja? Chowałem się za płótnem,
żeby nie widziała, że nie za dokładnie ją widzę. W końcu
światło było już tak podłe, że musiałem odłożyć pędzel.
Staruszek dalej opowiadał, a ja usiadłem na podłodze, opierając
się o bok fotela. Mrok dopiero się rozgrzewał, a Staszek snuł
opowieść, jakby był zawodowym gawędziarzem. Już mu głos nie
drżał, co chwilę zerkał ku żonie, czy nie przesadził ze
szczerością wobec obcego w domu, ale ona tylko się uśmiechała.
- Dorastaliśmy, a ja byłem
przekonany, że świat składa się z jednej, jedynej kobiety, która
to właśnie mi się trafiła. Świata poza nią nie widziałem i
każda z klasowych koleżanek zazdrościła Ewie, a ja nie rozumiałem
o co im chodzi. Patrzyły na nią z jawną zazdrością, tak, jak
chłopaki patrzyli na mnie. Istni szczęściarze. W trzeciej klasie
ogólniaka… - przerwał i popatrzył na żonę uważniej niż
dotychczas, a kiedy leciutko kiwnęła głową, kontynuował – w
trzeciej klasie Ewci rodzice musieli wyjechać do taty siostry. Na
trzy dni zostaliśmy na gospodarstwie sami. Jeśli istnieje raj, to
musi właśnie tak wyglądać. Trzy dni, dłuższy weekend,
wszechświat skurczył się do czterech ścian domu. Rodzice ledwie
dotarli na dworzec, a Ewcia… Byliśmy nastolatkami i cała wiedza o
ciele była jedynie iluzją. Przez te trzy dni uczyliśmy się siebie
dotykając się, pieszcząc, pytając. Wstyd nie miał do nas
dostępu. Świat oszalał, w głowie wciąż kręciło się od
emocji, w uniesienia prowadzące za krawędzie świadomości. Do dziś
nie mogę uwierzyć, że inni też tak mają, że ludzi spotyka
podobne szczęście. Byłem pewien, że to wszystko dotyczy wyłącznie
nas. Niepowtarzalna, jedyna i najpiękniejsza na świecie. Nie. Nie
przejmowaliśmy się że Ewa może zajść w ciążę. Po co? Byliśmy
gotowi, a przynajmniej tak się nam zdawało, choć nie rozmawialiśmy
o tym. Nasze ciała rozmawiały ze sobą bez słów. Kiedy w końcu
rodzice wrócili Ewa nie była już dzieckiem, lecz kobietą. Tak,
jak ja stałem się mężczyzną. Podobno to widać. Sądzę, że
chłopakowi trudno ukryć, że poznał smak kobiety. I jej także się
nie udało. Wiem, bo miała później „poważną” rozmowę z
mamą.
Wieczór osłonił nasze twarze,
mogliśmy uniknąć krępujących spojrzeń. Staruszka wygoniła mnie
do łazienki. Staruszek stanął bezradnie przy łóżku, a ona
szukała jego ręki, żeby przysiadł obok niej. Gdy wróciłem
odświeżony, na dobranoc poprosili, żebym na chwilę zaświecił
duże światło i pokazał, jak wygląda obraz. Zwykle tego nie
robię, ale umierającej kobiecie trudno odmówić. Zdjąłem ze
sztalugi i pochwaliłem się niedokończonym płótnem, mrucząc pod
nosem.
- Jeszcze dzień. Jeden, ostatni,
pozwólcie mi malować.
Byli zachwyceni, choć płótno
wciąż nosiło ślady prowizorki, szkicowania, niedoskonałych linii
i plam zbyt świeżych, by mogły być podziwiane. Kiedy oni zerkali
na płótno, ja patrzyłem na ich twarze. Staszka zatchnęło, a oczy
miał większe niż zwykle. Ewie zaświeciła się cała twarz.
Teraz, gdy była nakryta kołdrą, zdawała się być tą dziewczyną
z opowieści. Skóra na twarzy była gładsza, nabrała bardziej
naturalnych kolorów. Pomyślałem, że jutro będę musiał poprawić
jej twarz, bo ta z obrazu nijak się ma do tej z łóżka. Być może
myślałem „zbyt głośno”, bo jej wzrok natychmiast mnie
skarcił. Żadnych poprawek, żadnych ułagodzeń, ma zostać to, co
zastałem w łóżku. Kiwnąłem głową, odstawiłem płótno i
poszedłem spać. Przysięgam, nim zasnąłem z dużego pokoju
dobiegły mnie westchnienia. Miłość trudno pomylić z czymkolwiek,
szczególnie, kiedy zaczyna żyć własnym życiem, poza marginesem
dobrego wychowania, cywilizacyjnego blichtru i jest tylko i aż
wyznaniem pragnącego ciała. Gdy słowa tracą znaczenia, a spazmy
pochłoną ciało, pożądanie gna na złamanie karku ku spełnieniu
– nie da się kłamać, udawać, tłumaczyć. Można tylko
przeżywać. Nic innego nie wchodzi w rachubę. Zasnąłem mając w
głowie niezmierzony kosmos.
I znów obudziło mnie stukanie,
i znów miałem wrażenie, że dopiero przyłożyłem głowę do
poduszki. Staszek wsuwał zza drzwi głowę do pokoju i przysiągłbym,
że jego twarz miała kolor ćwikłowego buraka. Acha! Nie zdawało
mi się wieczorem! Z jakiegoś powodu byłem mocno usatysfakcjonowany
jego fizjonomią. Błyskawicznie opędziliśmy poranne sprawy i
stanąłem do pracy. Staruszkowi wyraźnie trzęsły się ręce,
kiedy odkrywał staruszkę. Popatrzyłem uważniej – ona także
miała rumieńce! Nie do wiary! Dwa dni leżała nago przede mną, a
teraz ma rumieńce? Jej oczy błagały, bym spostrzeżenie zachował
dla siebie, żebym powstrzymał się od komentarza. Bezzasadnie byłem
z siebie dumny, jak kogut w obliczu czmychających kurek. Chwyciłem
pędzel ze świadomością, że dziś skończę. Choćby nie wiem co.
Zerknąłem, jak Staszek całował ją w usta, nim podreptał na
fotel. Ewa dzisiaj wcale nie wyglądała na umierającą. Może na
starszą panią, której trochę brakuje sił, ale na pewno nie na
umarlaka, któremu lekarz ustawił klepsydrę na odliczanie.
Zdumiewało mnie, że ilekroć tego dnia patrzyłem na obraz, tym był
brzydszy, a Ewa piękniała w moich oczach. Zaczynałem dostrzegać
to, czego doświadczył Staszek. W ogóle nie dziwiłem się, że
stracił dla niej głowę. Jak poprzednio, nim na dobre się
rozkręciłem, a Staszek pogrążył się we wspomnieniach,
przeszkodził nam dzwonek. Samotna kawa w kuchni stawała się
przewidywalną przyszłością, a cicha rozmowa została zakłócona
okrzykiem staruszka.
- Co?!
Przewróciłem kubek z kawą,
biegnąc do pokoju.
- Dzień dobry panu – lekarz
najwyraźniej był bardziej opanowany. Odwrócił się do staruszka i
trzymając nadgarstek chorej powiedział powoli i bardzo dobitnie –
Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale stan pani Ewy wyraźnie się
poprawił. Mało tego, jej funkcje życiowe zdają się wracać do
normy, do stanu typowego dla wieku. Gratuluję. Gotów jestem zgoła
zaryzykować tezę, że choroba jest w odwrocie. Nie potrafię
określić żadnego medycznego powodu, ale jeśli cokolwiek państwo
zrobili, zalecam bezwzględnie to kontynuować.
Wychodząc zapowiedział się na
jutro. A my? Wszyscy mieliśmy łzy w oczach, a Staszek po prostu
ryczał jak bóbr, scałowując Ewie z twarzy jej łezki. Moje
wsiąkały w stary dywan, ale kto by się przejmował dywanem?
Pierwsza opanowała się oczywiście Ewa.
- Mój kochany, może byś
wreszcie przestał mnie moczyć, bo na obrazie będę przypominała
meduzę. Pozwól panu pracować, bo przecież obiecał nam, że
dzisiaj skończy dzieło. Zanim usiądziesz w tym swoim fotelu,
rozbierz mnie proszę. Dla pana, żeby wszystko było jasne. Z tobą
policzę się innym razem.
Potrafiła rozładować sytuację.
Ale i atmosfera zelżała po diagnozie. Staruszek znów opowiadał, a
jego opowieść o dorosłości, o wspólnych planach na życie, o
cierpieniu, że mogą zapomnieć o potomstwie, słodko-gorzkie losy
życia, jakich doświadcza większość ludzi płynęła gładko.
Powinien zostać gawędziarzem, albo pisarzem. Słuchając opowieści
o ich życiu ledwie zauważyłem, że dzień się skończył. Mało
tego. Dopiero wtedy zorientowałem się, że od co najmniej godziny
stoję nieruchomo z pędzlem zawieszonym nad płótnem i nie widzę
ani kreski do namalowania. Zerknąłem na swoje dzieło. Było
potworne. Kobieta z obrazu wyglądała gorzej, niż Ewa, kiedy
ujrzałem ją po raz pierwszy. Wstyd mi było tak bardzo, że
uciekłem do łazienki, nie wiedząc co mam zrobić.
Nie sposób ukrywać się w
cudzej łazience długo, więc wyszedłem ze spuszczoną głową.
Stali przed obrazem oboje. Ewa, która trzy dni temu nie miała siły
podnieść głowy, teraz wyszła z łóżka i podziwiała obraz,
wsparta na ramionach Staszka. On, zachwycony, patrzył tylko na nią,
Ewa z kamienną twarzą oglądała obraz.
- Tak wyglądałam trzy dni temu?
– spytała szeptem i kiedy kiwnąłem głową, chcąc ukryć
niepewność głosu poprosiła – Proszę zostawić nas samych.
Poszedłem „do siebie”. Tak
zacząłem nazywać ów mały pokoik, w którym spędziłem ledwie
trzy noce. Dopiero gdy usiadłem na łóżku poczułem jak bardzo
zmęczył mnie proces twórczy. Nogi obolałe, kręgosłup domagający
się odpoczynku, ramiona sztywne, a w głowie miałem galimatias,
sugerujący bezsenną noc. Za drzwiami staruszkowie cichutko mruczeli
do siebie, kiedy przewracałem się na poduszkę, a gdy tylko głowa
na nią opadła -
zasnąłem.
Tym razem, zamiast głowy Staszka
na dzień dobry, obudził mnie dzwonek do drzwi. Lekarz. Zaspałem? I
Staszek też? Nie wstawałem, żeby nie przeszkadzać w badaniu.
Niech pójdzie, wtedy wyjdę. Przecież i tak mi powiedzą, co się
dzieje. Lekarz jakoś dziwnie się dziś guzdrał i kwadrans zamienił
się w całą godzinę. Wieczność uwięziona w samotni niewielkiego
pokoju. Nareszcie poszedł. Ledwie zamknął drzwi, już pognałem do
dużego pokoju. Ewa ze Staszkiem siedzieli na łóżku, oczywiście
trzymając się za ręce. Patrzyli na siebie z niedowierzaniem i
miłością. Pierwsza zauważyła mnie Ewa.
- Pan siada, bo nowiny są
porażające – powiedziała wskazując ręką fotel staruszka –
Lekarz poświęcił mi znacznie więcej czasu, żeby odnaleźć
chorobę, która mnie zabijała i nie znalazł jej. Jest tego pewien.
Wszystko, co złe w moim ciele, cofnęło się bez śladu. Jestem
zdrowa! Stara, ale zdrowa!
Ze zdumienia otworzyłem usta,
ale nic więcej nie zdołałem zrobić, bo kontynuowała:
- Doszliśmy ze Staszkiem do
wniosku, że to pan. Pan to sprawił. Pan i pana obraz. Przeniósł
pan ze mnie chorobę na płótno. I teraz musimy pana prosić o
kolejną przysługę. Proszę jak najszybciej spalić ten obraz, ale
tak, żeby ślad po nim nie został. Oczywiście zapłacimy panu za
trudy, jednak obraz musi zniknąć, by nie zagrażał już nikomu.
Gdyby każdą chorobę udało się „wymalować” z pacjenta, byłby
pan najbardziej niewyspanym malarzem na świecie. Pieniążki Stasiu
już przygotował, ale, jeśli wybaczy nam pan śmiałość,
chcieliśmy żeby został pan naszym synem. Nie szkodzi, że to
spóźnione uczucie, ale pokochamy pana jak własnego, którego dotąd
nie mieliśmy. I z pokojem już się pan nieco oswoił… dobrze
syneczku?