piątek, 28 sierpnia 2026

Całe ciało, to ciałość?

 

    Berberysy tylko czekają na chętnego, który oberwie dojrzałe jagody. Panią o opalonych udach podejrzewam o brak bielizny, a jej uśmiech w stronę towarzyszącego jej faceta zdaje się to potwierdzać, niosąc obietnice, jakie niełatwo powiedzieć głośno. Z nieczynnej zajezdni tramwajowej wyszła czekoladowa księżniczka. Druga podróżowała tramwajem, a ja usiłuję sobie przypomnieć, od kiedy widok Afrykańczyków stał się codziennością, a nie zjawiskiem rzadkim, jak śnieg w lecie. Dziewczyna firmowa po kres widzialności wymieniała bezprzewodowe słuchawki, nie mogąc się zdecydować na wybór jednych, aż w końcu zrezygnowała z sieciowych wieści. Niedogolony pan adorował panią, której opalenizna ciągnęła się w stronę intymności. Uśmiechali się do siebie, jakby doskonale wiedzieli dokąd sięga. Na przystanku siedziała kobieta o biuście zdobnym w kwietny pejzaż, kto wie, czy nie stworzony przez SI.


    To tu Jan Paweł II obrócił swoje życie o 360 stopni – czytam i wyjść z podziwu nie umiem. Porażająca konstrukcja. Zawinął kółko, jak kot ścigający własny ogon i poszedł gdzie i tak szedł? Rynkiem rządzą piersiątka trzepocące pod cienką materią i pośladki, skalane dwiema nitkami i spodniami zupełnie nie utrudniającymi publice podziwiania tychże. Wraca do mnie myśl wielokrotnie już przetrawiona, że wystarczy usiąść w Rynku na miesiąc, by zebrać materiał na powieść, albo i pięcioksiąg. Ktoś fotografuje menu Tostorii, ciemnowłosa dziewczyna rzuca w przestrzeń kocham cię i natychmiast materializuje się obok niej ostrzyżony na jeża dryblas, by skonsumować deklarowane uczucia.


    Czekając na autobus podziwiam kamienice po drugiej stronie ulicy. Dwie z lat 1891-93 sąsiadują z „nowoczesną budowlą”. Wiekowe są po prostu piękne, a te współczesne, to zwykła klatka na jednodniowe wizyty. Brzydkie i bez gustu. Bus pas, mozolnie wybudowany kilka miesięcy temu znów zamknięty – poprawia się coś, czy zgoła buduje od nowa? Za to na przystankach widać wzmożona aktywność kanarów. Zupełnie jakby budżet gminy ukląkł i wymagał błyskawicznego zastrzyku. Przez okno dostrzegam pulchnego, żółtego trzmiela – V7 BEE z okularnicą za kółkiem.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Krokus kusi w kroku, kuma nic nie kuma.

 

    Wróble przeczesują chodniki w poszukiwaniu łupu. Może zbierają porzucone przez wczesnych przechodniów sny. „Podziwiam” pomazane ściany i sięgam myślą ku czasom minionym, kiedy malowanie kotwicy „Polski walczącej” było szczytową odwagą nocnych malarzy. Dziś, na modłę zachodniego stylu życia, w zgodzie z amerykańskim snem krzewią kulturę nieudacznicy, których stać na puszkę farby w sprayu.


    Niemal co dnia mijam kozacki biznes, oferujący (między innymi) „ruskie pierogi”. To tak walczą o wolność i demokrację? Z czystej złośliwości – kupiłem „ruskie”. Nawet nie były zbliżone do smacznych, a co dopiero pysznych, czy domowych. Z dialogiem też był problem – niby cztery kata tu siedzą, a wciąż polski jest dla nich obcy. Mało zdolne językowo, czy jakieś inne priorytety kierują działaniem przybyszy?


    Starsza pani powozi niesfornym zaprzęgiem. Psy rozbiegły się w nieskoordynowanych kierunkach pozostawiając starowinkę zdezorientowana i bez pomysłu, co z tym zrobić. Jakaś dziewczyna niesie łysego kota – w kocu. W tramwaju w oko wpada mi dziewczątko chude niemiłosiernie. Wpada dopiero wtedy, kiedy oswoję się z detalami. Na początek – wysoka, chuda, ruda – Pippi ze starej opowieści filmowej. Zamiast rudych kitek ma wielgaśne słuchawki, które dostrzegam dopiero wtedy, gdy oderwę wzrok od trampek. To najbardziej imponujący fragment jestestwa. Dominujący i odbierający wolę. Szczęściem wysiadła i mogłem podziwiać oddalające się skarpetki różowo-beżowe sięgające nad kolana dziewczęcia.

środa, 26 sierpnia 2026

Niepokalane pokale i nieskalane skalary.

 

    Młoda blondynka wsiadła z dwiema torbami i nie umiała się zdecydować, która ma podróżować obok niej, a którą strącić w otchłań podłogi. Przymierzała kilkakrotnie nim się udało. Wonny pan w stanie wymagającym szerokich chodników, by w ogóle udało się gdzieś iść. I trzy dziewczynki uczące małego psa biegać – pies był biały, a księżniczki biegły bez bucików, w białych (na początku biegu) skarpetkach.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Gorszy groszek za grosze.

 

    Niebo pomarszczone zniechęca kota do eksploracji osiedlowych dziur w trawnikach i skłania do ukrycia się w ramionach korony wiązu. W drodze uśmiecham się do zabawki słownej z nazwą firmy fryzjerskiej – HAIRETIC. Frywolność wywołana do tablicy każe wspomnieć trzy nastoletnie gracje, które wczoraj wodziły wzrok na pokuszenie obłędnie wypracowanymi ruchami młodych pup. Pan z pieskiem, którego nie lubię od pierwszego wejrzenia i w swoim uczuciu jestem więcej niż konsekwentny zapomniał nie tylko o psie, ale i o telefonie w dłoni. Jak zahipnotyzowany odprowadzał te pośladki, starając się nadążyć za każdym szczytem trzech zsynchronizowanych w fazie sinusoid.


    Mająca zakończyć się w tym tygodniu budowa zwyczajnie na taką nie wygląda. Ale, nie wieszajmy psów nadaremnie, jak ową kozę, co zamiast konia dała szyję (koń zawinił, kozę powiesili, podobno pochodzi od zdarzenia drogowego – gdyby ktoś nie pamiętał. Szlaban spadł na drogę, żeby pociąg miał wolny tor. Zatrzymał się gość z rowerem, za nim stanęła dorożka konna, następnie samochód. Kolejka rosła, a pociąg nie pojawiał się. Koń chciał ugryźć cyklistę i dostał w pysk, więc cofnął się i dyszel wozu wjechał pod maskę samochodu. Armagedon drogowy. Wszyscy się kłócili. Gość, co kozę pasał, przywiązał ją do szlabanu i usiłował wytłumaczyć o co chodzi, bo wszystko widział. Nim się uspokoiło, pociąg przejechał, szlaban poszedł w górę i koza zawisła. Tak przynajmniej słyszałem, ale skąd, to już nie wiem. Grunt, że powiedzonko zostało.)

Żądłem rządzą żądze.

 

    Na krawędzi dachu usiadł ptak. Smętny, a przynajmniej na takiego wyglądał. Chyba zamierzał rzucić się w otchłań i popełnić samobójstwo. Daleko było, a ja nie miałem pomysłu jak mu pomóc, więc zamknąłem okno i poszedłem do swoich spraw, żeby mu w tej niezwykle intymnej chwili przynajmniej nie przeszkadzać.

niedziela, 23 sierpnia 2026

Skorumpowany skorupiak.

 

    Zachciało mi się w chwasty ruszyć nim słońce stopi kałuże do wyłysiałych łach. I poszedłem. Słońce dopiero zaczynało boksować się z podeszczowym pobojowiskiem. Nie ukrywam, liczyłem na garść mirabelek, choć wiary we mnie było niewiele. I słusznie. Deszcz z wiatrem wytłukł co dojrzałe, a reszta wisi i czeka na zmianę barw klubowych. Trudno. Za to spacer udany. Trafiam dziko rosnące węgierki – sytuacja podobna do mirabelek, ale pasę się bezwstydnie niczym te białe robale, które uwielbiają drążyć labirynty ścieżek pod fioletową skórką. Jakiś starszy pan, choć podpierał się drążkami do nordyckich spacerów – dołączył, chcąc wziąć udział w darmowej uczcie.


    Poszedłem dalej, by trafić trzy drzewka derenia obsypane już czerwonym owocem. Pyszne, kwaśne i całkiem nie cierpkie. Kaczki przyglądały mi się leniwie, ale nie wyglądałem na karmiciela, więc zajęły się swoimi sprawami. Raniuszki całym stadem też się pasły. One na kasztanowcach zaatakowanych przez szrotowca. Taki szrotowiec musi być pyszny, bo raniuszki uwijały się chwytając pazurkami schnący liść i zwisając spod niego wydziobywały insekty. Bez lęku. Od samego patrzenia nabrałem lęku wysokości, ale te małe, puchate kulki z długaśnym ogonem nie zauważały zagrożenia.


    Młode szyszki chmielu i pojedyncze kępki dziurawca ukrywały się w gęstwinach, ale po ilości i barwie owoców widać, że lato chyli się ku schyłkowi. Dojrzewa głóg, ulęgałki sypią się na ziemię jak deszcz, rokitniki, kaliny, czarny bez – wszystko uwodzi pokusą. I tylko dzięcioł zielony śmiał się z moich spostrzeżeń. Ja – zachwycony, jakbym Amerykę odkrył i on – wiedzący, że jesień nadejść musi.

sobota, 22 sierpnia 2026

Ekstrakt wątpiący.

 

    Ponoć Unia Europejska, to raj na ziemi i dlatego pół Afryki i spory kawałek Azji usiłuje przeciec przez granice. A tymczasem Europa się starzeje, cierpi depresje i choroby społeczne, a uśmiech staje się atrybutem wybrańców. Czyżby raj był tylko na pokaz, wymyślony przez uzależnione media?

piątek, 21 sierpnia 2026

Dogorywanie gór ogorzałych od góry.

 

    Niebo spolaryzowane, jakby ktoś wypluł chmury przez lejek i pilnował elektrycznym pastuchem, by nie rozbiegły się poza wytyczone granice. Jak wystraszone owce tłoczyły się pomiędzy niewidzialnymi zasiekami, resztę nieba pozostawiając bezpańską. Blondynka konsekwentnie promuje własna cielesność w leginsach potrafiących sięgnąć, gdzie wzrok nie sięga, ale rokitnikom spomarańczowiały owocki na ów widok. Na podwórku stoi bus w kolorach sugerujących policyjną „sukę” i reklamuje tynki maszynowe. Na przystanku dowiaduję się, że Miasto inwestuje w remonty szkół i ulic, ale nie wspomina ani słowa o kosztach autoreklamy.


    W autobusie ktoś głośno dyktuje przepis na gulasz, przynajmniej w zakresie, który poświęci na dotarcie i dosmaczenie dzieła. W dzielnicy Boga podziwiam niewzruszoność kurzu znajdującego przyzwolenie świętych figur na osiadanie i trwanie w niepokalanej opinii.


    A gdy pół autobusu wiozło mnie do domu, jakiś wielkolud niemożebnie piękny usiłował zabawiać mnie rozmową, ignorując że jestem dziś nieprzysiadalny. Humor poprawia stadko wróbli tłoczące się w koronie ostrzyżonego drzewa.

czwartek, 20 sierpnia 2026

Widz widzi widownię. Widownia wzrokiem wodzi za wodzem i zawodzi, gdy wódz zawodzi widza.

 

    No tak, wróble ćwierkały i trzeba było im zaufać. Słońce przypomniało sobie o bożym świecie nieco później, najwyraźniej dając szansę wilgoci, by wniknęła ciut głębiej. A potem było już znakomicie i „zapominanie” o bieliźnie było jak najbardziej na miejscu. W oknie przedwojennej kamienicy apetyczna rusałka XXL tańczyła w koronkowym czarnym biustonoszu, a otchłań pępka zdawała się nie mieć dna. Chodnikiem wędrował porysowany chudzielec w bluzce na ramiączkach i usiłował pochwalić się biustem, którego nie miał. Może dopiero zamówił i „się przymierzał”? Uczył się chodzić i eksponować? Na trening nigdy nie jest za wcześnie.

Kwity na kwitnące kwiaty.

 

    Na tę panią, tatuś z mamusią nie żałowali materiału. Wyszło pięknie, choć pani trzymała w dłoni złożony parasol, jakby to była flaszka wódki. Świat wokół promieniował wilgocią i sycił się nią. Najwyraźniej pora deszczowa nadciąga nieubłaganie, a z nią szarugi i zimne wiatry. Na jezdni D1 RESET i D0 ZEN. Poza tym nuda. Bez słońca ludziom brakuje kolorytu. Gdy jednak się zdarzy choć chwila, to wciąż trafiają się istoty bardziej rozebrane, niż okryte. I znakomicie, bo po co marnować okazję? Na straganach kwiaciarek pojawiły się astry – znak, że jesień pod płotem – uśmiecha się do mnie jedna z nich.