piątek, 5 czerwca 2026

Skrobię skrobię w skrobie.

 

    Deszcz taktycznie wyczekał, aż się pojawię na świeżym powietrzu i dopiero zaczął dokazywać. Nasączył mi bluzę w kolorze więdnących malin świeżością i pozwolił chwalić się kolorem tak żywym, jak tylko się da. Jadę. Dołem panoszą się białe koniczyny, wierzchem wtórują im czarne bzy i jakieś krzewy usiłujące stać w dwuszeregu niczym karny żywopłot. Przesiadka. Na podwójnym przystanku kierowca zatrzymuje wóz możliwie daleko ode mnie i niemal słyszę to pytanie – zdążysz? Zdążyłem, choć nie wiem czemu musiałem się spieszyć na pustym przecież przystanku. Wewnątrz dziewczęta zanurzone po czubek głowy w ekranach smartfonów, deszcz pada, kwitną bzy, bluszcz wspina się po elewacji z rozsądku omijając otwory okienne za którymi mieszka brak tolerancji i uprzedzenia. Pierwsze lipy ośmielają się kwitnąć, być może sprowokowane odwaga nastolatek, które kwitną już od miesiąca. Na zewnątrz dwie młódki toczyły swoje hula-hop na biodrach, którym wciąż brakowało kobiecości, ale przecież nauczą się w końcu… Dżdż (cóż za cudowne słowo nie posiadające samogłosek) ddży, oko zerka, widzenia widzą się we mnie i odbijają w lustrze choć przez to wcale nie stają się bardziej rozpoznawalne. Ale może?

czwartek, 4 czerwca 2026

Krótko i węzłowato.

 

    W kwartalniku Ypsilon (nr 14/2026) zmieściły się dwa moje opowiadania, co jak zwykle cieszy, więc trąbię gdzie się da, dumny, jak tatuś trzymający na rękach pierworodnego. A poczytać w wersji elektronicznej można o tam - https://ypsilon.org.pl/

środa, 3 czerwca 2026

Marynarz z marynarką i golfistka z golfem.


    Młoda mama najwyraźniej zniesmaczona wokalnymi popisami dryblasa ochroniarza, zaoferowała mu chusteczkę do nosa, żeby do pracy nie dotarł przejedzony. A może zwyczajnie bała się, że jej piękna córeczka zarazi się manierą i też zacznie wciągać gluty? Na przydworcowych rabatach masowo zakwitły kocanki, przydając światu słońca. Nad Rzeką kwitną jaśminowce, ozdabiając sezonową przystań, skąd można zacząć turystyczny rejs i podglądać Miasto z poziomu wody.

    Żaba w Sklepiku Z Cudami wznosi żarliwe modły i wypatruje deszczu, a przed biurowcem zaczytany krasnal okrywa się patyną i kurzem, skąpany w obojętności przechodniów. Na chodnikach zdarzają się już pierwsze opalone uda i ramiona, choć mieszają się z kurtkami i swetrami do kolan, aby wprowadzić termiczny niepokój.

    Popołudnie wyczekało mnie z deszczem, który zaczął padać, kiedy ja zacząłem wracać. Zdarza się. Złośliwość być może była niezamierzona. Minąłem pięknie uśmiechniętą panią z bardzo dużymi siekaczami połyskującymi z uśmiechniętej buzi. Pod cieniutką, białą bluzeczką taplały się w kroplach deszczu coraz zuchwalej zerkające na świat piersi. Potem kolejne, niezbyt skrzętnie ukrywające się pod letnią sukienką. Niech pada. A co mi tam. Buty i spodnie wysuszę, za to radość niewieścia zostanie ze mną chwilę dłużej.

wtorek, 2 czerwca 2026

Walerian z walerianą i Katarzyna z katarem

    TEN matecznik i TA ojcowizna… Logika sugerowałaby raczej TĘ matecznię i TEN ojcowiznik (ojcownik?), żeby utrzymać się nieco bliżej płci. Chociaż… czasy sprzyjają rozmywaniu ostrych granic i za zgodą psychiatry wszystko zmierza ku nowemu, lepszemu, bardziej tęczowemu. Kiedy człowiek nie dostrzega większych problemów, zajmuje się czymś nieistotnym.

    Wracając wczorajszego popołudnia wysnułem tezę – odkrycie. Im bliżej Rynku, tym bardziej biustonoszom nie po drodze. Antygrawitacja, czy inne pole siłowe skutecznie wypycha staniki poza orbitę starej części Miasta. W opłotkach bez zmian. Konserwatywna stagnacja. A plac w centrum tak obrósł odymionym szkłem i czernią elewacji, że patrząc na nie (i na przechodniów) odnoszę wrażenie, że śmierć czarno-białej telewizji i fotografii była stanowczo zbyt pochopna i przedwczesna.

    Mostami, na wyspy, biegną piękne, opalone kobiety z końskimi ogonami. Na ławeczce przycupnęła elegantka w kremowym żakiecie wyprostowana jak struna. Patrząc na nią sam się wyprostowałem i nawet usiłowałem brzuszek wciągnąć choć nie mogła tego zobaczyć, gdyż przesłoniła mnie hałda budowlana i kwitnące krzewy. Nic to. I tak urosłem ze dwa centymetry.

    Radio doniosło, że w opłotkach Miasta, na przystanku MPK biegał goły, zakrwawiony facet. Policja założyła mu kajdanki, a gość (w ramach protestu?) przestał oddychać. Wolność, albo śmierć! I chwilę później widzę wronę z jaskółka w dziobie. Jaskółka piszczy i wyrywa się, wrona ląduje i szykuje się do śmiertelnego ciosu, gdy jaskółce udaje się wyrwać. Frunie przez przechodnią bramę, a głodna wrona odfruwa na konar kasztanowca.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Skąpiec się skąpał, gdy kupiec się skupił.


    On? Był Taki – nie za ładny, raczej brzydki, nic co warto byłoby pamiętać. Ona? Tiki - pulchna, niska, jeśli rzucała się w oczy, to raczej krągłą miękkością, niż brawurowym strojem czy makijażem bojowym. W sumie trudno podziwiać. A jednak. Spleceni losem, wyglądają jak dwie kulki schwytane krótkim sznurkiem za ręce. Tiki-Taki. Brzydko-piękni, nierozłączalni, powtarzalni nawet w słabe dni, kiedy niebo gęstnieje w szarościach i ogranicza ekspresję zewnętrza.

    Z autobusu podziwiam zawziętość kobiecą. Doświadczona życiem pani spięła ciało do biegu, by zdążyć na zielonym. Tak wiele energii zainwestowała w osiągnięcie celu, że kiedy nieoczekiwanie zgasło – przebiegła i tak. Na innym skrzyżowaniu chłop ciosany siekierą, posągowo okazały także przebiegał – może dzień taki za-po-biegliwy? Chłop cwałował, a ja patrzyłem. Zdawał mi się małą dziewczynką biegnąc lekko i kobieco. Zdążył. Gdy zwolnił od kłusu do stępa stracił tę niewieścią lekkość ruchu i toczył się golemicznie (Zapędowska określiła coś podobnego słowami kanciasto i cudnie). Porysowana dziewczyna o wyblakłej karnacji słuchała rocka w ciężkiej wersji. Wzrok miała zmętniały zasnuty niedokończonymi snami. Za to z uszu jej dudniło mimo wetkniętych głęboko słuchawek, usiłując wysterować przechodniom tętno na swoją modłę.

    Zagapiony w te nieznaczące widzenia trafiam Nóżkę w sandałkach już na skrzyżowaniu, co pozycjonuje mnie w czasie raczej słabo, więc wyciągam nogi i drepcę nieco szybciej. Ale nie biegnę, żadnych świateł nie doganiam. Za to trafiam panią, która samym pojawieniem się poprawia mi humor. Gdybym był lekarzem osobistym, przepisałbym ją sobie na receptę, nie bacząc, czy grożą mi jakieś skutki uboczne. Za to gdzie nie spojrzeć kwitnie żmijowiec. Tak, jak w zeszłym roku cykoria podróżnik, ale w tym roku dopiero raz ją widziałem kwitnącą – do kompletu z małym motylkiem dopasowanym kolorystyczne do kwiatu.

niedziela, 31 maja 2026

Golenie goleni lenia jelenia.

 

    Zachciało mi się kwiatów czarnego bzu, więc poszedłem, bo to coś, co mi chyba wychodzi najlepiej. Chodzić potrafię, lubię i kultywuję tę umiejętność nie bacząc na kpiące spojrzenia tych, którzy „są samochodem”. Poszedłem w zielone, a tam kwitnie sobie w najlepsze chmiel, żywokost, przetacznik w kilku odmianach i dziko rosnące krzaki róży. Bez oczywiście też. Jak się już przebrnie przez rozmerdaną, psią radość, jak się odpowie dzień dobry kilku starym dobrym nieznajomym, jak się już człowiek nacieszy świergoleniem niewidzialnego planktonu ptasiego, to zaskoczy go kukułka, bażant, czy rechotanie srok. Małe, zielone mirabele wypatrują słońca bardziej niż młode mamusie ciągnące z wózkami do parku, by pośród mniszków i koniczyn ludzkie pisklęta dojrzewały – choć czynią to zdecydowanie wolniej od orzechów włoskich, to jednak głos im krzepnie od używania. Nic to, że w trawach czają się krwiożercze kleszcze, że muchy usiłują ugasić pragnienie spijając perły potu z czoła i nie tylko. Niech przytulie czepiają się kostek, niech łaskoczą skrzypy, a pokrzywy znaczą łydki chłostą. I nawet chmury mają dziś nieco bardziej naturalne kształty i przypominają puchate baranki, a nie wstęgi znaczące trasy lotów.

piątek, 29 maja 2026

Tata żre tatar z raka w tataraku.

 

    Nad Miastem krążą bez ładu i składu samoloty. Co one tam robią, Bóg raczy wiedzieć. Każdy innym azymutem, jak muchy nad ciepłą kupą… Gdzie mają matecznik? Nie da się ani zgadnąć, ani wiarygodnie podejrzewać. Alejkami osiedlowymi maszeruje krokiem defiladowym staruszek. Mimo wieku wciąż wyprostowany i sprawny. Trochę go ręce bolą, bo co kilka kroków rozciera nadgarstki, ale maszeruje dalej. Nieco peszy go wzrok przechodniów, więc skręca między budynki, gdzie na różowo kwitną ogromne krzaki schowane za kontenerami na śmieci budowlane – osiedle od dwóch lat ma poprawiane elewacje, tarasy i balkony przez prężną 2-4 osobową ekipę. Zanim skończą będzie czas zacząć drugie koło. W koronie japońskiej wiśni rozśpiewało się coś nieśmiałego – choć zerkałem z każdej strony nie udało mi się odkryć lokalizacji primadonny. Ze straganów ulicznych pozakładanych na turystycznych stolikach wiatr kradnie upojną woń truskawek. Namolny jak akwizytor – nie przestanie, aż pokusa weźmie górę.

czwartek, 28 maja 2026

Saracen z Saragossy sardynkę z serem serdecznie zaserwował na serwantce z serwetką.


    Pochłodniało. Psy sąsiada, wiedzione instynktami albo empatią, postanowiły zadbać, aby ich pan nie miał zimnych dłoni (mało która kobieta lubi zimne męskie dłonie). Zapobiegawczo błyskawicznie ozdobiły najbliższe alejki własnymi wytworami. Sąsiad zgarnął pieską cepelię w foliową torebkę i dumnie popłynął przez osiedle, dzierżąc w dłoniach ekologicznie czyste ogrzewacze. Jak psi dar wystygnie, bez żalu wyrzuci do kubełka.

    Dobry humor mnie nie opuszcza, więc wspominam wczorajsze „migawki” – na rolkach mknęła pani w sukieneczce ledwie ukrywającej bieliznę i z wielką torbą na ramieniu. Nie sądzę żeby to była jedna z trzech księżniczek osiedlowych widzianych tydzień temu, czyli ekstrawagancja nie trzyma się wieku i ma się dobrze w mniej pochopnym wieku. Kolejna migawka – W osłonie czarnej, jedwabnej koszuli trzepotały małe, ale bardzo rozbrykane piersi. Ich nosicielka zaaferowana była gawędą z koleżanką. Nie miałem okazji podsłuchać, więc nie wiem, czy jej język tańczył równie uroczo i w porównywalnym tempie. Miasto wypełniło się urodą w każdym możliwym rozmiarze i stylizacji. Patrzę z zachwytem jakiego nie wzbudzają konkursy piękności, gdzie sztywne kanony wykluczają odmienność i sprawiają, że kandydatki są uformowane z jednego odlewu.

    W jedno oko wpadło mi słońce. Drugim zajęło się jego odbicie w tafli szkła biurowca. Widzenie mam mocno ograniczone do czasu, aż tramwaj wjeżdża w cień rzucany przez przedwojenne kamienice. Trójca kanarów wysiadała z tramwaju z gotowym planem na poranek i pomknęli gdzieś z zawodową sprawnością. Szli gęsiego, według wzrostu, od najmniejszego, przez co wyglądali jak filmowy Gang Olsena – aż żal, że ten na końcu nie podskakiwał beztrosko łapiąc krok. Wewnątrz została zachwycająco elegancka i oficjalna bizneswomenka, z twarzą zaszpachlowaną szczelnie makijażem, żeby żadne uczucia nie wymknęły się spod kontroli. Może jechała na partyjkę pokera, gdzie kamienna twarz przydaje się by zwieść zmysły przeciwnika? Kasownik przez całą drogę usiłował ze mną pogadać i popiskiwał, pochrząkiwał, ale nic nie zrozumiałem. Za to na wystawie Sklepiku Z Cudami wykryłem przyczajonego kota z różowymi uszami. Zafarbował, biorąc przykład z początkujących kobietek? Młodziutka ślicznotka tłukła pazurkami monitor telefonu wydając odgłosy przypominające tańczącego na blaszanym parapecie gołębia.

środa, 27 maja 2026

Patrol spartolił portal i tropił tropik w tropikach.


    Przydworcowi kloszardzi byli na tekstylnych „zakupach”. U Brata Alberta zapewne. Ale teraz piją płyny rozweselające - eleganccy, wystrojeni na galowo i aż miło popatrzeć, jak się ludziskom powodzi. Od rana, ledwie otworzyli Biedronkę leje się piweczko, gawęda niespieszna wygładza zmarszczki, słonko świeci na coraz bardziej zadowolone facjaty, wokół krąży mnóstwo pięknych kobiet, a na klombach kwiecia do wyboru – każdą można oszołomić własnoręcznie zerwanym bukietem. W taki dzień nawet starsze panie wyglądają jak swoje własne córki. W leciutkich sukienkach, z krótkimi fryzurami, wędrują przez Miasto zadając szyku i tylko siwiuteńkie gołąbki towarzyszące im w drodze świadczą, że czas jednak nie zaspał.

    Za to zaspała ziewająca szeroko chudzinka – pani chorobliwie szczupła, w okularach przeciwsłonecznych usiłujących powstrzymać dzień nim się na dobre rozwinie i przewinąć nosicielce sen wgrany nocą między prześcieradłem, a poduszką. Niemal przedwojenna dama w białej sukni z mnóstwem koronek i w słomkowym kapeluszu studiuje rozkład jazdy. Lektura najwyraźniej ją uspokoiła, bo odeszła wdzięcznie kręcąc okazałym kuperkiem – rąbek ledwie za nim nadążał. Pod płotem, gdzie osiedliły się łopianowe liście w sojuszu z pokrzywami, o swój kawałek świata walczą maki, babka lancetowata, tasznik, przymiotno i kto go wie, co jeszcze.

Atak.


    Nocą zostałem brutalnie zhakowany. Napastnik zdewastował wszelkie linie obrony, fire-walle, antywirusy, sprostytuował hasła dostępu i dopadł mnie. Zero litości. Wszedł incognito w miękkie podbrzusze systemu i z poziomu fałszywego administratora zmolestował mnie, likwidując opór w zarodku, a może nawet wcześniej. Byłem absolutnie bezbronny i zdany na niełaskę agresora. Hardware i software poszły w służbę obcej woli.

    Zaczęło się nim wyszedłem ze stand-by i odzyskałem świadomość. Najpierw obcy podkręcił moje libido daleko poza bezpieczną strefę. Mój organizm niechętnie przeszedł w stan szaleńczego pobudzenia i zesztywniał tam, gdzie już od dawna nie sztywniał. Poszarpany z emocji oddech obudził moją świadomość w chwili, gdy wróg mnie dosiadł by ujeździć, zajeździć na śmierć. Jęknąłem i w okamgnieniu zdeponowałem nasienie po raz pierwszy. Napastnik najwyraźniej zamierzał ograbić mnie do cna, bo nie ustawał w wysiłkach i galopował, jakby go diabli gonili. Krzyczał coś w języku nieznanym cywilizowanemu światu i z furią atakował moją strefę intymną. Pogrążyłem się w obłędzie i w napastniku groźnie wystawiającym kły.

    Po zrzucie trzeciego depozytu spodziewałem się że twardy dysk mi się zagotuje i pęknie. Wróg był jednak perfidny. Dostrzegł symptomy i wstrzymał tortury. Ochoczo sflaczałem do dwóch wymiarów i usiłowałem przejść w stan uśpienia, ale nic z tego. Perfidia najeźdźcy była nieskończona. Znów wymusił wysokoenergetyczne czuwanie, podkręcił libido i pogalopował, prowokując kolejną daninę. Modliłem się żeby ktoś odpiął zasilanie, ale gdzie tam. Czujny wróg zadbał o brak łączności z siecią, dezaktywował lokalizatory, komunikatory, powiadomienia, alarmy… Zanim ktokolwiek odkryje wraże przejęcie, będzie już po mnie. Pewnie nie omieszka wyczyścić mi pamięć swoich niecnych poczynań, ale nic nie zdołam zrobić. Ukradkiem piszę nie tyle testament, co pośmiertny donos. A nuż analiza pamięci wskaże sprawcę i pozwoli spenalizować, albo usunąć nim jeszcze komuś zrobi krzywdę.