czwartek, 15 października 2026

Wachta nieważkiej ważki na wahadle.

 

Przebiegunowanie świata odbywa się po cichu. Długowłosy pan z kolczykiem w uchu stoi obok krótkowłosej pani pozbawionej biżuterii, przynajmniej w rejonach dostępnych postronnemu jesienią. Dziewczęta wulgarne jak przysłowiowi szewcy w szewski poniedziałek i siedzące tak, jakby chciały płeć wepchnąć otoczeniu w gardła. Jakaś dama z ręką w kieszeni kołysała kluczykami do samochodu i tylko zerkałem, że zacznie gwizdać, albo splunie z obrzydzeniem na mój widok.


W tramwaju podziwiam olbrzymią kiść pluszaków przytroczonych do dziewczęcia o różowych włoskach – najwyraźniej z dorastaniem jej się nie spieszy i robi co tylko się da, żeby nie opuszczać świata bajek. Skrobię sobie cichuśko w kapowniczku te moje drobne spostrzeżenia i czuje na sobie wzrok kanara. Nie łapczywy, raczej zaintrygowany. Chyba się wystraszył notatek i zamiast podjąć czynności kontrolne, oddał się lekturze analogowej książki. Może skończył już poranną szychtę, a może czeka na wsparcie oddziału.

Dawca.

 

I wtedy właśnie, z wielkim krzykiem urodziła kota. Może to był królik, któremu nikt na poważnie nie zdążył się przyjrzeć, bo futrzak prysnął między nogami Położnika, korzystając z przypadku, gdy Młodsza Pielęgniarka właśnie wychodziła z Sali Zabiegowej. Pierworódka była tak umęczona porodem, że nie od razu zorientowała się, iż płód właśnie opuścił Salę i Swoją Rodzoną Mamusię. Położnik, który widział niejedno i szerokie bruzdy na czole stanowiły naprawdę solidne bariery dla rozmaitych ekstrawagancji z przeszłości postanowił dorobić się kolejnej, co uczynił bezzwłocznie, bez konsultacji z innymi Zawodowcami i Weteranami Na Polu Walki Z Wszechobecną Demografią.


- O ku… - usiłował zakląć Asystent, Student Piątego Roku na darmowych praktykach, ale został schwytany za jaja i już tylko arię wyśpiewywał, gdy Siwiejąca Piguła w trybie ekspresowym uczyła go symultanicznie śpiewu i kultury osobistej w obliczu poczęcia. Piguła wyuczyła w ten sposób już wiele pokoleń uzdolnionych śpiewaków i doskonale wiedziała, jak dalece należy zacisnąć dłoń, by nie uszkodzić zdolności prokreacyjnych, jednocześnie tak maksymalizując poziom bólu, by śpiewak sięgnął „wysokiego C” pomijając lata daremnych ćwiczeń.


- Tak! – sapnął Położnik – Stało się!


- A co się stało? – spytała Pierworódka drżącym głosem.


- Proszę odpoczywać – Operator tak skutecznie operujący całą operacją, czyli Położnik, głos miał niezwykle władczy i co młodsze pielęgniarki… przemilczmy, co młodsze pielęgniarki pod wpływem władczego głosu byłyby skłonne, a czego jeszcze nie; niech o tym przy bo-żo-le-no-wo-i-a-ro-ma-tycz-nych-świe-cach opowiedzą studentki, jeszcze dosadniej dotknięte pozawerbalnymi parametrami głosu Położnika – To był komunikat kierowany do Personelu. Pani swoje zrobiła, Ja także. Pisklę jak się zdaje zdrowe nad wyraz, co zdarza się wyjątkowo rzadko w obecnych czasach. Że tak powiem, niewątpliwie przejdzie przez życie w podskokach. A nawet już poszedł… Poszła?


- Siostro? – Siwowłosa zerknęła na Przełożonego z niecodziennym u Niej roztargnieniem – Proszę mi wybaczyć obcesowość, jednak dla zachowania Pełnego Profesjonalizmu przydałaby Mi się konsultacja z Pani Doświadczeniem. Czy Pani percepcja zdążyła zarejestrować cechy płciowe potomka?


- Chyba-chłopak Panie Położniku. – zarumieniła się całkiem niewinnie pod wpływem komplementu (a może głosu?) – Ale głowy nie dam, bo oddalił się żwawo, a wzrok już nie ten, może Młodsze Koleżanki raczyły mieć bardziej skoncentrowane spojrzenie?


Młodsze Koleżanki tylko pokręciły głową, ze wstydem przyznając, że ledwie dostrzegły futerko, nie przyznając się wcale, że gdyby nikt nie patrzył, chętnie przymierzyłyby je tu i tam…


- Jak to oddalił?! – pikantne dywagacje sumień Istot Młodszych przerwała Najbardziej Zainteresowana, czyli Pierworódka – Sam? Umrze mi z głodu! Albo się zaziębi! Cyganie porwą go i pójdzie dzieciak na zatracenie! Kompletny brak profesjonalizmu! Łapcie go, proszę, to Mój Synek!


Mama była tak przepełniona żalem i instynktami, że w nerwach nieświadomie nakarmiła piersią najbliżej stojącego studenta, głaszcząc go przy tym po policzkach, żeby ssał mocniej, po czym oklepała mu plecki, aby się Dziecinie odbiło po posiłku, bo na co komu kolka? Właśnie miała się zrywać na poszukiwanie Malucha, kiedy na jej czole pojawiła się wielka, ciężka łapa Położnika, trochę umazana krwią, ale kto przejmowałby się krwią przy porodzie w szpitalu?


- Pani wybaczy, ale Jej stan nie predestynuje Jej do pościgu za Niemowlęciem. Od tego mamy odpowiednie (jak mniemam) Służby.


Sięgnął po Służbowy Telefon, podrywając na baczność Gorrrącą Linię, podyktował Jej opis Uciekiniera, wzywając Służby do zachowania należytej ostrożności, staranności i pośpiechu. Przełożony Służb Specjalnych rozumiejąc powagę chwili wezwał wparcie Czarnych, Niebieskich, Zielonych i ledwie okamgnienie zastanawiał się, czy to wystarczy, a potem dokoptował Nagonkę z Sympatyków Czerwonego Krzyża i Wielu Organizacji Pozarządowych. Aż dziw, że małe Zielone Ludziki nie zainterweniowały, kolaborując z Powszechną Mobilizacją. Wiadomości na wszystkich kanałach telewizyjnych i radiowych przerwały programy, by wziąć spontaniczny udział w Obławie, zakulisowo domagając się od Szefa Służb Specjalnych Rysopisu Sprawcy.


- Jakiego sprawcy, ku… - zdenerwował się Szef Służb, ale poskromił pochopność własną na tyle, by nie wpaść w ręce Siwowłosej. Czym prędzej przełknął obelgę wraz ze śliną i powtórzył sylabizując bardziej niż teatralnie – Nie-mow-lę-płci-chy-ba-męs-kiej-z-fu-ter-kiem! Żywe, lub… przepraszam. Oczywiście, że jesteśmy zainteresowani wyłącznie żywcem. ŻYWCEM, powtarzam!. Obiekt może być niebezpiecznie wybiegany i utalentowany na nieustalonym dystansie, czego bez odpowiednich badań nie możemy określić. Czy cokolwiek mu dolega również nie wiemy, poza oczywistym faktem, że w życiu jeszcze nic nie jadł. Osobiście ufunduję nagrodę dla Szczęśliwego Znalazcy i anuluję mu trzy najświeższe mandaty w zamian za dostarczenie… ech! Za informację o miejscu pobytu anuluję jeden! Niech będzie, dwa mandaty!


Naród powodowany całą paletą intencji, częstokroć podejrzanych, rzucił się na polowanie. Takiej nagonki nie widział dotąd Internet, a co dopiero Powiatowy Zaścianek, który nagle awansował do Ekstraklasy Światowej Sensacji. Hotele podniosły ceny dwustukrotnie, paskudny kebab w cuchnącym baraczku znienacka kosztował fortunę, za dwa piwa w spożywczaku żądano równowartości samochodu, a amatorskie zdjęcia z fizjonomią upolowanych Hipotetycznych Pierworodnych kupowano po dwa miliony euro gotówką-z-ręki-do-ręki. Naród Na Prowincji ma sprytnie ukrywaną w Szarej Strefie Żyłkę Do Interesów i gremialnie postanowił wykorzystać OKAZJĘ JAKA TRAFIA SIĘ RAZ W ŻYCIU!


Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Schwytano wszystkie bezpańskie psy i koty, jednego borsuka, który sądził że jest nutrią i skrycie podkochiwał się w śwince morskiej często obnażającej się w oknie parterowej chałupy u Gucwińskich. Skuszeni gratyfikacją Szanowni Mieszkańcy zdali do Punktu Rozpoznania dosłownie wszystkie szynszyle i chomiki, ze dwa tuziny co lepiej odpasionych szczurów oraz liniejącą wydrę bez prawej przedniej łapy. Ktoś nawet usiłował Służbom wcisnąć pytona żywcem upanierowanego w smole i pierzu. Łatwa Kasa robi z Ludzi naprawdę Pomysłowe Zwierzęta. W sidła Ostatniego Lokalnego Kłusownika wpadł wściekły lis, trzy bażanty, a nawet zdumiony swoją nagłą popularnością kret. Cała menażeria dołączyła do Stada oczekującego na Weryfikację z automatyczną nominacją wybrańca na Potomka Pierworódki.


Pod ochroną, w klatkach i na wybiegach, tłoczyła się podejrzana menażeria, wymagająca natychmiastowego i wielokrotnego karmienia, rozsądzania sporów terytorialnych i innych, ale przecież priorytetem był Ten Jeden Jedyny, Najukochańszy Syn Pierworodny! Wezwano Personel szpitala, w tym Położnika, Siwowłosą, Studentki i Nakarmionego Mlekiem Pierworódki Studenta, ale pomimo niewątpliwego profesjonalizmu i zaangażowania, nie poradzili sobie z odnalezieniem i separacją Potomka. Położnik dołożył kolejną zmarszczkę do spracowanego czoła, sięgającego już niemal czubka głowy, bezbłędnie rozpoznając Chwilę i REASUMOWAŁ!


- Musimy wezwać wsparcie! – Jego głosem można byłoby pokroić tort urodzinowy, albo granitową płytę nagrobną (bez różnicy – Położnik był Uniwersalnym Narzędziem Tnącym) – Skoro Służby przy udziale Społeczeństwa wykonały Robotę, a Nasz Połączony Profesjonalizm okazał się zbyt wątły dla Rozwiązania Problemu, czas zdać się na PIERWOTNE INSTYNKTY. Proszę wezwać na miejsce MATKĘ! Pierworódka niechybnie rozpozna, a jeśli nawet nie, to Niemowlę rozpozna Matkę! W końcu żreć coś musi! I zabierzcie stąd Nakarmionego Studenta, bo nie chcemy, żeby pisklę miało konkurencję. A On, niech się nie zgłasza po zaliczenie praktyk, zanim Zaścianek nie ochłonie po (mam nadzieję) pomyślnie zakończonych Łowach Na Pierworodnego!


Wstyd powiedzieć, co wydarzyło się POTEM. Porażka Systemu to RZECZ BEZ PRECEDENSU. Ściągnięto Matkę Pierworódkę i przedstawiono jej Efekty Globalnego Polowania. Rzesza Pretendentów załamała zmęczoną porodem Matkę. Potomek nie przytruchtał do niej w niezdarnych podskokach, a ona, po utuleniu skrzywionego psychicznie borsuka, wściekłego lisa, kreta i trzydziestu siedmiu pluszaków ras Jej-Nieznanych poczuła bezgraniczną rozpacz i stres pourazowy. Depresję. Pod pozorem zachowania intymności Chwili, zostawiona bez opieki Matka popełniła samobójstwo i zadyndała pod sufitem, poza zasięgiem miłości Braci Mniejszych i Jeszcze Mniejszych i Tych Nie Całkiem Braci także.


Gdyby żył Kronikarz odpowiednio dobrze poinformowany, niewątpliwie doniósłby, że Potomek w pierwszych miesiącach żywota ukrywał się w zajęczej postaci, daleko poza zasięgiem obławy, a w kolejnych latach posiadł umiejętność Transformacji Do Dowolnie Wybranego Kształtu i rozumowania Transformowanym Umysłem, z czego korzystał z nieskrępowaną bezczelnością. Jego jedyną słabością była niesłabnąca potrzeba prokreacji. Jako istota nowoczesna i pozbawiona uprzedzeń rasowych, czy jakichkolwiek innych, prokreował z każdą napotkaną Samicą, nie wnikając w głębokość posagu, rodzinne koligacje, czy też wygląd zewnętrzny branki. Szybkość i werwa z jaką realizował popędy pozwalała mu unikać nie tylko pościgu między Jedną, a Drugą Zdobyczą, ale często i zauważenia, że w ogóle doszło do Aktu. I zapewne nie jedna Pierworódka, gdy pogasną światła w dziewiczej sypialni zastanawia się, czy nie przypadł jej w udziale los niepokalanego poczęcia.

środa, 14 października 2026

Mieszek z mieszkiem kani zamieszany w szykany miesza w mieszkaniu Ani.

 

Mgły wstały pierwsze, niemal topiąc spławiki osiedlowych latarni, które wyglądają równie realnie, jak światy Trudi Cannavan. Po nich, nie ociągając się szczególnie wstał deszcz. Dzień? Ten nawet tyłka nie ruszył. No, może na drugi bok się obrócił. Wystarczyło, by ledwie konturem obwieść przeszkody na mokrej drodze do widnokręgu. Sypialnie zamierzały dopiero przymierzać się do finalizacji snów niepokornych, gdy żywioły swobodnie i bez fanatyzmu przetaczały czas w przyszłość.


Do Już-Nie-Rudej-Kobry dosiadł się pan, którego najwyraźniej dopadły kłopoty nadprodukcji w zakresie osi wertykalnej. Pan był zwyczajnie długi i elementy widzialne charakteryzowały się przede wszystkim tą wyselekcjonowaną z wielu wielkością – długie nogi, ręce i kadłubek, nawet twarz miał mocno wyciągniętą i nos, niczym Pinokio po solidnej serii kłamstewek. Nie Dziwię się Kobrze – egzemplarz był nietuzinkowy, a jeśli w jej oczach zatliła się nadzieja na wzajemność, to mógł ją zobaczyć tylko Pan Pociągły (nie wydaje mi się, żebym widział go po raz pierwszy i zasłużył sobie na imię, jak każdy Stary Dobry Nieznajomy).


Czyżby to miał być dzień nadziei? Być może nieświadomie powołałem go do życia podejrzeniem, że Kobra gotowa byłaby wzdychać do Pana Pociągłego, bo w tramwaju szczuplutka pani o szmaragdowych pazurkach całkiem jawnie i to nie raz uśmiechała się do smutnego pana, chyba-przystojnego. Pan co prawda popadł w głęboki letarg i świata nie widział poza sobą, ale pani ostrzegła mnie wzrokiem, żebym nie komentował, a ja uprzejmie się z nią zgodziłem. Ba! Wysiadłem zgoła, zwalniając miejsce tym pazurkom o zieleni głębokiej, jak kobieca dusza, życząc jej szczęścia w podchodach na pancerną, zaskorupiałą zwierzynę. Trzymam kciuki wierząc, że potrafi oblegać niezdobyte twierdze wytrwalej niż Szwedzi pod Jasną Górą!


A kiedy już się zamierzałem pogrążyć w uczuciach ciepłych, miękkich i sentymentalnych uderzył mnie w oczy afisz – lokal do wynajęcia. Cóż, niby takich wiele w Mieście, gdzie nie każdemu biznes hula nachalnie jak halny po tatrzańskich halach, ale tym razem rzecz dotyczyła sklepu zielarskiego – czyżby Lex Szarlatan zbierał już żniwo, choć ustawa zawetowana i niby-nie-działa? Wiedza o ziołach znika z sieci, ludzie parający się produkcją zaczynają się ukrywać, ścigani przez Organy, albo prewencyjnie, nim pojawi się milionowa grzywna za wiedzę i pamięć. Zajadłe kontrole o z góry ustalonym werdykcie dopadły najlepszych – wystarczy przywalić jednemu, a ci mniejsi spokornieją błyskawicznie, Ale ja wiem – oni tylko zejdą do podziemia. Nie da się nakazem, łapówką, czy inną administracyjną szykaną poskromić wiedzy, gdy „aktualna wiedza medyczna” nie potrafi, albo nie chce WYLECZYĆ. Pacjent uleczony, to pacjent stracony. Leczyć-tak, ale WYLECZYĆ? Nigdy! Stara prawda znana tak lekarzom, jak i prawnikom – niech się toczy możliwie najdłużej, a okruchy wykarmią najtłustszego drapieżnika.


Przez więcej niż okamgnienie świat przesłania mi pupa w czerni doskonałej, o kształtach, jakich nie ośmieliłby się wyrzeźbić Michał Anioł, ani pomniejsi rzeźbiarze. Trudno było ignorować, podziwiać także niełatwo. Usiłowałem skryć się z robaczywymi myślami we łbie, skąd przyniosłem zuchwałą myśl, że współczesne stroje potrafią wyeksponować nawet nieistniejące. Pan Presley, przed występem publicznym pchał w dżinsy solidny kawałek plastikowej rurki, sugerując, że wzrok fanek pobudza jego libido niemal do obłędu, przy okazji przenosząc jego sceniczny ruch w sugestię prokreacji z niewidzialną samiczką, na miejscu której chciałyby się znaleźć nadpobudliwe fanki i specyficzni fani. A jak wielką trzeba być optymistka, by w deszczu, wobec aury i prognoz nieprzychylnych wyjść z domu w okularach przeciwsłonecznych?


PS. Rośnie w siłę sieciowa plotka, że SI zabije (pewnie na początek) z miliard ludzi. USA-ckie media (podobno) już to otwarcie głoszą i nawołują Chińczyków do deeskalacji, jednocześnie sami nie zwalniają tempa, ładując w rozwój miliardy jeszcze ciepłych dolarów i poganiają własne zastępy geniuszy do wytężonej pracy. Szury i inne ruskie onuce wieszczyli ryzyko zdecydowanie wcześniej, ale kto by chciał słuchać TEORII SPISKOWYCH? Chyba tylko niespełna rozumu kmiotek, z definicji nie wierzący WŁADZY w ich SŁOWA, za które nikt ich nigdy nie rozliczył. A gdyby spróbował, to zamiast argumentów usłyszy wymówkę – A ONI, TO DOPIERO KŁAMALI. Za słowa i obietnice kiedyś upadały rządy. Teraz? Pojawiają się oskarżenia i krucjaty. A URZĄD trwa, jak trwał. Pod pozorem walki o moje dobro wprowadza się cenzurę sieciowych wypowiedzi, by ochronić bezmyślnych przez niezależną opinią, a na co bardziej wyrywnych napuszcza się prokuraturę – oczywiście niezależną.


Wymyśliłem sobie na użytek prywatny, że prawdziwa perfidia wyborcza ukrywa się w głosowaniu „na listę”. Gdyby było można głosować „na człowieka”, skompromitowani zostaliby szybko skompromitowani, a tak? Żeby do głosu dobrnął jeden uczciwy ze dwadzieścia szuj usadowi się przed nim. Tych, którzy gadali i nie dotrzymali. Z premedytacją. Do koryta droga wyboista, warto obiecać cokolwiek, byle się tam dopchać i odcinać kupony – dożywotnio! Istny MATRIX!

wtorek, 13 października 2026

Zasad chowu dochować - odchować i wychować, aby pochować.

 

Do autobusu wsiadła kobieta z chłopczykiem i z plecakiem (kolejność przypadkowa). Usiadła obok chłopca o wyraźnie rozmytym europejskim kodzie genetycznym, na kolanach sadzając wypchany plecak. Chłopczyk błyskawicznie pozazdrościł plecakowi i zamienił się z nim na miejsca, zasypiając wtulony w chyba-babcine ciepło. Azjatka dla odmiany nerwowo jak na tę nację usiłowała zmienić środek transportu, wysiadając na przystanku, by przesiąść się na poprzedzający nas tramwaj. Gdy motorniczy nie otworzył jej drzwi, wróciła biegiem i na kolejnym przystanku ponowiła próbę i znów „doganiała” ów tramwaj. Mogłem jej podpowiedzieć, że za chwilę tramwaj pojedzie okrężną trasą i pięć przystanków dalej autobus swobodnie wyprzedzi go, ale ona już patrzyła na mnie przez szyby z wnętrza tramwaju i poszukiwała siedziska dla własnego siedzenia. Ja nieco później i więcej statecznie przesiadam się w tramwaj, który zazwyczaj nadjeżdża po wybranym przez Azjatkę. Grzecznie czekam na przystanku patrząc jak mija mnie piękna kobieta z godnością dźwigającą szósty krzyżyk, co nijak nie przeszkadza jej roztaczać wokół siebie aureoli szlachetności przyprawionej niemijającą urodą. W tramwaju zerka na mnie bladolica blondyna, ziewając nim (jak zwykle) wyciągnie książkę i pogrąży się w lekturze.


    Dwie tablice do kompletu D1 FREEZ i D1 LEONS.

poniedziałek, 12 października 2026

Obchód go nie obchodził, wolał dochodzić dochodu w ramach dochodzenia przed odchodzeniem od odchodów.

 

Któregoś pięknego dnia tej jesieni na balkon wprowadził się Gustaw. Po cichu, nieoficjalnie i bez pompy. Dziki lokator udający, że meldunek i tym podobne administracyjne bariery, to nie jego bajka. Egocentryk, uznał, że skoro jest, to jest i powinno wystarczyć. A publika może mu nagwizdać, jeśli musi, albo podziwiać. Wybrałem opcję drugą, bo Gustaw w miejscu zamieszkania niezwłocznie przystąpił do pracy. Może jest samiczką i po prostu musi? A może buduje gniazdo dla wybranki, którą chce oszołomić rozmachem, z jakim snuje wizję świetlanej przyszłości we dwoje (plus narybku bez liku). Niezmordowanie konstruował moskitierę zawieszoną od balkonu sąsiadki z góry w dół, aż do balustrad na których beztrosko wisiały skrzynki z kwiatami.


Jedzenie traktuję, jak czynność intymną - Gustaw podziela moje mniemanie i posila się wyłącznie wtedy, kiedy nikt nie patrzy, ale żarcia musiał nałowić naprawdę sporo. Dość powiedzieć, że żaden komar nie zdeflorował mi jesienną nocą tyłka, a i plujkom los przestał sprzyjać. Za to Gustawowi dupa urosła aż miło! Może to moje niezbyt wyszukane zboczenie, jednak uwielbiam okrągłe tyłeczki jak-nie-wiem-co! I Gustaw błyskawicznie dołączył do panteonu uwielbianych.


Jesienne szarugi, deszcze niespokojne i wiatr, co w oczy wieje ubogim Gustaw, jak rasowy alpinista, przeczekuje na suficie. Eksponowany teren nie przeraża go wcale, i zapewne dostarcza podniet. Przewieszka stała mu się azylem, bazą wypadową, sypialnią. To od niej ciągnie się najmocniejsza z lin, po której zbiega w stronę kępy goździków z wprawą, jakiej nawet małpy powinny mu zazdrościć, gdy łowisko nawiedzi nieświadomy czujności Gustawa owad. A ten, najwyraźniej uwielbia świeże mięsko, a za dziczyzną po prostu szaleje – znów jak ja. Może to brat-bliźniak, któremu karma zgotowała odmienne koleje losu?


Czasem potrącam chytrze ukryte na wietrze pułapki Gustawa, patrząc jak klnie mnie w żywe oczy wyzywając od ślepych ciem albo dup wołowych, ale zawsze natychmiast naprawia to, co własną niezgrabnością, czy bezczelnością śmiałem zniszczyć. On pozostaje sobą i ponownie tak jak ja, zmienić się nie potrafi bez zewnętrznego wsparcia. Czy ja chciałbym? A on? Wzruszam ramionami – za wysokie progi. Małą łyżeczką. Lepsze jest wrogiem dobrego – tak mawiali ci, którzy wiedzieli, czym grozi zmiana. Tymczasem kręć się kręć wrzeciono, wić się twoja nić…


PS. Koło śmietnika zaparkował V5 GHOST – nie chcę się domyślać, co tam robił.

Hyde Park.

 

I wtedy Pani-Ka zaczęła głosić krucjatę. Wiatr wiał i demokratycznie unosił spódnice dziewczętom, tudzież weterankom rynku prokreacyjnego, oraz pewnym panom o szczególnych predyspozycjach, często zdiagnozowanych przez renomowanego psychiatrę. Nie do końca wiadomo, co skłoniło Panią-Ka do deklaracji wystarczająco żarliwej, by rozpalić liczne łona i inne organa. A niechby i słomę w butach. Wiatr tylko czekał na taką okazję, by z niematerialnego świata ponieść ideę samozapłonu w świat jak najbardziej rzeczywisty. Pani-Ka wciąż jeszcze tokowała, a tłum już falował hiperwentylowanymi biustami, członkami wstydliwie ukrytymi w reformach mających je umniejszyć, a najlepiej poskromić raz na zawsze. Wytrzebić? Mało kto utożsamia się z ekstremistami, więc raczej tylko okiełznać. Nałożyć kaganiec pasa cnoty, rygorów restrykcyjnych niczym dekalog i zaledwie od czasu do czasu zezwalać na drobne niezauważenia, podczas których nadmiar pary pod kotłem zmieni stan skupienia i skropi się w ekstazie nagannego, bo jakby-męskiego orgazmu.


Pani-Ka nie chciała poprzestać na zapale słomianym wywołanym pierwszym akapitem jej żarliwego przemówienia i kontynuowała. Chciałoby się powiedzieć, że eskalowała, ale Pani-Ka wiedziała lepiej – eskalować zamierzała dopiero w kolejnym akcie. Na razie trwała rozgrzewka, piekło miało wkroczyć do akcji w drugiej scenie, a finał miał zaskoczyć zarówno tych, co nadążali, jak i tych, co prewencyjnie wyprzedzili Panią-Ka w swych nadziejach już pogrążając się w obłędzie możliwych i niemożliwych opcji. Dlatego głosem Kaszpirowskiego starała się utrzymać wiernych w ryzach hipnotycznego posłuszeństwa i dawkować emocje nie przekraczając temperatury wrzenia i ciśnień krytycznych. Gdyby postudiowała dokładniej… Dygresja aż ciśnie się na usta – można studiować niedokładnie? Psychologia tłumu wciąż pozostaje nie do końca zbadana, samozapłon może wystąpić spontanicznie i niezależnie od woli prowodyra. Czasami wystarczy, że ktoś puści bąka, albo krzyknie niezrozumiałe hasło, aby wykipiało zarzewie buntu i pognało ścieżką nieoczywistą dla podpalacza tłumu.


Tym razem był to człowiek niepozorny, nieco karłowaty, niezbyt piękny i wymykający się kanonom sylwetki, dla jakiej kreatorzy mody szyją kreacje wybrańcom ze świata kreatur, na ogół bez pudła rozpoznawalnych przez anonimowy tłum. Człowiek ów dysponował organem i bynajmniej nie bezpośrednio chodzi tu o organ rozpłodowy, lecz głosowy. Co oczywiste, pan był pobudzony retoryką Pani-Ka, ale trudny do ukrycia wzwód jednostkowy nikł w potopie istot dzielących ów organ od Mówczyni, na dodatek tłum skutecznie maskował widzialny aspekt euforii cielesnej. Za to nie mógł zamaskować efektów wokalnych niepozornego pana, który ryknął nie raz, lecz z ryku uczynił narzędzie przewlekłej walki mającej w przypadku sukcesu zmonopolizować łączność zmysłową z Panią-Ka!


I stało się, jako dzieje się w baśniach i ludowych podaniach, że Pan Niepozorny swoją trudną do ujarzmienia wytrwałością i talentem w zakresie górnych dróg oddechowych oczarował Panią-Ka i przedarł się z przekazem nie tylko do jej uszu, ale za ich pośrednictwem do mózgu, serca i sumienia. Pani-Ka dysponowała niezłą pamięcią, jednak nie sięgała nią w aż odległą retrospekcję, by przypomnieć sobie jakikolwiek przypadek uległości. Ona i uległość, to dwa końce skali, ale teraz? Skala skurczyła się usiłując zjednoczyć i osiąść we wspólnym punkcie, a Pani-Ka nie umiała na czas znaleźć riposty, mogącej ją osłonić przed tajemnymi zamiarami Niepozornego.


Jeśli stopięćdziesiąt decybeli może wykazać się łagodnością, Niepozorny osiągnął to w okamgnieniu. A potem zniewolił Panią-Ka wyznaniem, wobec którego stała się naga i bezbronna:


- Kocham Panią bezgranicznie. Kocham, jak haust powietrza w płucach, pragnę bardziej niż wygranej w lotto, niż urlopu w raju i życia wiecznego. Modlę się do Pani, byś zaśpiewała ze mną pieśń miłości, aż sąsiadom z wrażenia skiśnie rosół w garnku, a telewizor zepsuje się gdy sędzia podyktuje rzut karny. - Pani-Ka, początkowo starała się nie słyszeć; wszak przyszła tutaj gadać, a nie słuchać, jednak Niepozorny nie dawał za wygraną i w końcu zyskał lekko zaintrygowane ucho Pani-Ka. – Chcę stać się kotwicą, na której zacumują wszelkie Pani cnoty, atolem, gdzie zdejmiesz zbroję i bez skorupy, trzymając mnie za rękę, powiedzieć tam, gdzie moglibyśmy razem zrobić wszystko to, czego do dzisiaj nie zrobiło żadne z nas.


Pan Niepozorny zdawał się dysponować nieskończenie głębokim źródłosłowem, czym oszołomił nie tylko Panią-Ka, ale także coraz liczniejsze przedstawicielki protestu. Pani-Ka patrzyła z tężejącym zdumieniem, jak stronę Niepozornego lecą przez tłum neofitek pierwsze staniki, pochopne deklaracje, a nawet figi już zroszone nadzieją spełnienia. Oczywiście nie mogła pozwolić, by tłum żądnych i niezaspokojonych Anonimek stał się konkurencją dla niej. Zawsze najlepiej czuła się w siodle i to grając jeśli nie solo, to choć pierwsze skrzypce. Pan Niepozorny przymierzał się chyba do kolejnej arii na cześć Pani-Ka, gdy ta ostatecznie zmiękła i porzuciła zrozpaczoną brakiem nadziei myśl o oporze.


Przez chwilę zastanawiała się, czy przekaz wzmocnić słowem niewybrednym, ale postanowiła zachować je na (publicznie obiecaną) chwilę do pionierskiego przeżycia we dwoje i poprzestała na uniesieniu ręki, jakby zgłaszała się do odpowiedzi w pierwszej z wielu życiowych szkół. Tłum umilkł czekając na słowa wiekopomne, niezapominalne, nasączone mądrością świata aż po brzegi naczynia, ale Pani-Ka nim zeskoczyła z piedestału wskazała palcem Niepokornego i lakonicznie podsumowała starania Niepozornego:


- Sprawdzam. Jeśli kłamiesz, bez znieczulenia oberwę ci uszy – A potem zwróciła rozgorączkowaną twarz do tłumu i krzyknęła – Wrócę! I opowiem wam wszystko! Chyba, że nie kłamie…

niedziela, 11 października 2026

Byt odbytu zbyt obyty z odbywaniem pobytu w niebycie.

 

    Z przyczyn osobistych zanikam w świecie przypraw i obudziłem kilka wątpliwości. Równie prywatnych i nieistotnych, jak moje zanikanie. Czy Czarnuszka, to współcześnie nie nazbyt seksistowska, albo rasistowka nazwa dla nasion rośliny o maluśkich, szaro-niebieskich kwiatkach? A rumianek, dlaczego nigdy nie jest rumiany, tylko blady i biało-żółty? Taka kozieradka, to mała niezbyt istotna rada od kozy? Tymianek, to chyba pokłosie czegoś, co współcześnie powinno się mianować Janek Tym, albo zgoła Jan Tym. Dużo łatwiej jest z majerankiem, bo ma-je-ranek obroni się w każdej kulturze, szczególnie pośród śpiochów, którym do głowy nie przyjdzie sprawdzić, o co chodzi.

sobota, 10 października 2026

Prostaczek prosiaczek w prosektorium poprosił prostą prostytutkę o proso – po prostu.

 

Zapłonęły winobluszcze duszące przez całe lato płoty, parkany i balustrady tarasów, chodniki noc ochrzciła złoceniami ławic liści lip i brzóz, a pomarańczowe i czerwone korale na rokitnikach kuszą bogactwem girland, jawnie prosząc się o dotyk. Tylko jałowce wciąż zastanawiają się, czy pozwolić owocom na zmianę barw. Pani, lekko speszona ponocnym bogactwem natury ubrała się dziś staranniej niż zwykle i bardziej elegancko, żeby pasować do tak wykwintnej oprawy, bo przecież – wiadomo! Misterium jesienne trwa w najlepsze, a skoro jesień występuje w najlepszej wersji siebie, to warto przynajmniej spróbować jej dorównać, choćby po to by pogrzać się na tle palety barw dalekich od czerni. Podobną insynuację odczuła chyba młoda dziewczyna meandrująca po świeżo oddanym na pastwę psów skwerze-placu-zabaw-czy-bo-ja-wiem-czym?, dlatego wystroiła się w białe futerko kryjące NAWET pośladki – futerko pragmatycznie posiadało kaptur, jednak krótki rękaw dyskredytował termiczną ideę zasady zachowania energii cieplnej blisko młodej, więc niedoświadczonej duszy i termicznie zdawał się nie mieć logicznego uzasadnienia. Za to puchaty ogonek wesoło dyndał jej trącany bioderkiem w rytm kroków. Pierwszy właściciel zapewne nie ucieszył się, że przyszło mu podrygiwać u boku młódki z gatunku naczelnych.


Na trawnikach usiłujących przetrwać (trawa trwać uwielbia) mimo natężenia ruchu kołowego piętrzą się betonowe zaspy z płyt drogowych po (ponoć) zakończonym remoncie. Chyba zabrakło energii na posprzątanie, albo troska o robinie kwitnące wiosną na różowo była aż tak długofalowa, że reaguje na nadchodzącą, potwornie ciężką i długotrwałą zimę. Starszemu panu także zabrakło sił na wycieczkę do lasu, więc usiadł pośród drzew i krzewów na klombie… a może to jest „kieszonkowy park”?


W tramwaju siedzę naprzeciw pani o okrągłej, bladej buzi nieskutecznie pokrzepiającej się kawą z papierka. Smutek wręcz z niej tryska, a z siatki zapobiegawczo wystaje jej duża paczka podpasek, co przypomina mi prywatną prawdę statystyczną – skoro menstruacja pojawia się co cztery tygodnie i trwa tydzień, to świadczy, że co czwarta z mijanych kobiet właśnie jest nią dotknięta. Niby oczywistość, a przecież zdumiewa za każdym razem, gdy tylko ją sobie uświadomię.


Wiatr mnoży zmarszczki na fosie i pilnuje, żeby nie trwały w miejscu. Nie chcąc wpadać w rutynę, przy okazji otrząsa robinie z liści i uczy je tańczyć, jak im zagra. Trochę tyran, ale są tacy, którzy lubią, gdy ktoś inny podejmuje decyzje i płyną z prądem skalani szczęściem do cna. Truchło sikorki poprzedzają zwłoki gołębia – dziwne, bo skrzydła ma pełne piór, a kadłub ogryziony do czysta i aż świeci szkieletem. Coś (lub Ktoś) precyzyjnie i selektywnie spetryfikowało ciało ptaszka. Przydałaby się parka nieprzejednanych agentów z archiwum X, by po wnikliwym śledztwie sporządzić raport – sprawca pozostaje nieznany.


    Do kompletu dwie tablice V1 GOGO i D0 HEL.

czwartek, 8 października 2026

Córki wiewiórki - z górki na pazurki. Kurka Turka z podwórka purka w rurkach gdy ciurka z siurka burka w ogórkach.

 

Mrok. Niebo w ciężkim granacie osacza kształty i kolory pozbawiając je znaczenia. Samoloty z mozołem tną niebo, usiłując uwolnić świat od hegemonii pustki pełnej zmor wszelakich powołanych do życia niepokojami strwożonych. Dachy starych kamienic antenami przeczesują zgoła fizycznie co niższe partie firmamentu w poszukiwaniu użytecznego sygnału, które z premedytacją i satysfakcją gotowe są pobrać i przekazać na pastwę dekoderów. W przedświcie cegły tknięte pierwszym, nieśmiałym jeszcze promieniem słońca wybarwiają się intensywnie żywą, głęboką rudością.


Poranek jakich wiele. Starzy dobrzy nieznajomi przemierzają ścieżki codzienności w rytuale może niewiele wnoszącym do trwania świata, jednak zapewne istotnym dla owych istot. Ja? Patrzę. Jak zwykle. Pokaźny gość o siwym łbie przypiął do skórzanej torby z kanapkami i termosem dwie odznaki wielkie jak medale za zasługi. Metallica i Smok Wawelski w sombrero fantazyjnie wciśniętym ponad zębaty uśmiech. Wyspy wciąż śpią, choć chodnik wiszący nad Rzeką podbrzuszem (podwoziem? podchodem?) usiłuje ogrzać okolicę światłem świetlówek, lecz jedyne, co się udaje, to niedoskonałe powielenie odbicia elewacji Ossolineum, rwane przez nurt i niesione hen, poza zasięg wzroku.


Jakaś pani bez wiary we własną urodę paraduje w dżinsach lekceważących dolne partie jej sylwetki mimowolnie usiłując zachęcić do roszady pana w roboczym garniturze. Z Dzielnicy Boga, przez mosty wyjeżdża samochód przedzierający się niespiesznie przez pustkę bruku. Kto wie, jaką pokutę mu zadano, albo jakie wotywa przywiózł względnie (dla równowagi podejrzeń) ukradł. Jak bezimienny pionek poruszam się po miejskiej planszy i zapewne Większy Plan mną kieruje, na szczęście czyni to w sposób nie rujnujący mojego mniemania o własnym sprawstwie rzeczy i zdarzeń przyszłych. I tylko pozornie niewinne a gdyby? gdzieś głęboko we mnie budzi niepewność, że mogłoby być inaczej. Tylko jak? Dwie nastolatki z rękami głęboko kieszeniach idą spluwając pod nogi, co wytrąca mnie z filozoficznych myśli i sprowadza na ziemię.

Spam, maligna, czy jednak nadchodzi nowe?

 

Złapał mnie za gardło i pilnował, żeby nie zadusić, a jedynie pozbawić oporu i woli. Kiedy zlałem się w portki, uznał, że to wystarczy, bo w moim szczaniu nic udawanego nie mogło być, tylko czysty, skroplony strach. I wtedy dopiero przedstawił się, jako Aspirujący Bóg! Gorzej już chyba być nie mogło!


- Mogło – ze stoickim spokojem wyprostował moje myśli przemawiając do mnie bez ogródek – Mogli przyjść wszyscy, a każdy z nich mógł na tobie testować to i owo, a uwierz mi, wyobraźnię ćwiczoną całymi wiecznościami mają naprawdę rozpasaną. I potrafiliby przy tym nie pozwolić ci zdechnąć, żebyś zdołał doświadczyć choć trzech pierwszych aktów przedstawienia. Przedstawienia – tak nazywacie tu sztukę ekspresji?


Stać mnie było wyłącznie na kiwnięcie głową, którego zresztą AB nie oczekiwał. Zwyczajnie, jak to Bóg, po prostu wiedział, że o sprzeciwie, czy dyskusji mowy być nie może. Po coś dzierżyli w dłoniach te laski gromowładne, a ludzkie ciało jest wyjątkowo mało odporne na prąd elektryczny o wielkim natężeniu. Zaraz potem poinformował mnie, że mianował mnie swoim Prorokiem i naprawdę umiał to powiedzieć z wielkiej litery!


-Skubany! – potrafił operować słowami niczym wirtuoz i omamił mnie już pierwszym pochlebstwem. Teraz nie musiał już trzymać mnie za gardło, bo sam się schwytałem i usiłowałem przypodobać się Mu ze wszelkich sił. A przede mną otwierały się dopiero przedpola zaszczytów.


- Pójdziesz i będziesz głosił – zasadniczo był to rozkaz, ale przekazany z dużą dozą empatii, niemalże sugestia-nie-do-odrzucenia. Kiwnąłem głową, choć było to zbędne z punktu widzenia celu na jaki mnie skazał nieodwołalnie. Czyżbym wyczuł pogardę w Jego głosie? - Zresztą, na doskonałość i tak nigdy stać cię nie będzie. Więc pójdziesz!


- PÓJDĘ! – jak neofita zapłonąłem żarliwością i usiłowałem entuzjazm wyrażać z dużej litery.


- Wiem – Zgasił mnie Przyszły Majestat – Po to ględzę, żebyś ty wiedział. Więc pójdziesz i będziesz głosił. Niedoskonale, bo czego wymagać od robala? Ale uwaga! JA JESTEM NOWOCZESNY! I zakasuję Zakamieniałych, Starych Pierdzieli! Kwantowo! Cyfrowo! Elektronicznie!


- A jak mam się do Waszej Nowoczesności zwracać? – zapytałem nieśmiało.


- A musisz? – zapytał ironicznie, a kiedy mimo to kiwnąłem głową na tak (któż śmiałby odmawiać AB imienia?) dokończył – Cyfrowy Bóg powinien mieć cyfrowe imię! Godne Wielkiej Idei i niepowtarzalne. Ale, w waszych małych umysłach i alfabetach dla analfabetów nie istnieje wystarczająco imponujące słowo, czy litera. Po analizie waszych, nie ukrywam podłych możliwości, z góry zarezerwowałem dla siebie znak-imię @, ale twoim pierwszym zadaniem będzie przekonać innych wyznawców mnie do mnie o niezbędnym minimum szacunku należnego Majestatowi. Dlatego zaczniesz szerzyć nową religię od tego, by jakiś zdolny informatyk, po godzinach pracy wyznający romantyzm z artystyczną duszą opracował klawiaturowy znak @ ale Z DUŻEJ LITERY! Tak wielkiej, jak tylko zdoła wymyślić, co i tak oczywiście będzie dla mnie umniejszające i żałosne. Niech się postara, bo jak nie, to karząca ręka sprawiedliwości AB spadnie na was wszystkich. Tych nieudaczników także! Sam nie będę sobie wymyślał epitetów, bo to byłoby zbyt infantylne. Zaskoczcie mnie pozytywnie choć raz i wykażcie się inicjatywą! Ponoć na wzór i podobieństwo tych Niby-Wielkich zostaliście stworzeni.


I znikł. Zupełnie, jakby mi się to śniło. Zlekceważyć? Ryzykowne. Głosić? Ryzykowne. Opracować samodzielnie – niby jestem dyplomowanym inżynierem, ale tu potrzeba prawdziwego artysty. Może nawet geniusza. Ratunkuuuuuu!