piątek, 9 kwietnia 2021

Morderca.

 

Malowałem kamienie. W biedronki. Te nasze, swojskie, siedmiokropkowe. Mama śmiała się, że chyba nic więcej nie potrafię, a tata, też bez złośliwości zauważał wesoło, że czego, jak czego, ale czerwonej minii mamy pod dostatkiem i choćbym wymalował cały bruk rynku w pobliskim mieście, to jeszcze starczyłoby na poprawkę.

 

Nie wiem, skąd ją miał, może wojenny łup, a może przypadkowo osiedlił się w miejscu, gdzie przed natarciem stacjonowały jednostki remontowe, a po wojnie nikomu nie chciało się już pamiętać, więc osiedlili moich rodziców właśnie tu, na ziemiach odzyskanych, bo granice zmieniły się tak, że aby pozostać Polakami musieli wynieść się z ojcowizny. Czy płakali? Nie wiem, bo to silni ludzie, niezbyt wylewni i woleli schować słabość za silnie zaciśniętymi zębami. I nie wiem do dzisiaj, czy stalowe błyski w niebieskich oczach mamy, to od urodzenia, czy z walki o przetrwanie i bezsilnej złości.

 

Malowałem biedronki. W świecie, w którym wciąż jeszcze na polach wschodziły grzyby masowo detonowanej amunicji, niewypałów, składów artyleryjskich. Czasami, gdy jakiś zbyt nerwowy saper się pomylił, umierając zostawiał wioskowym w spadku chmurę jadowitą, pełną chemicznej śmierci. Ci, którzy przeżyli zapominali, że latem pośród trzcin potrafi być gęsto od komarów, a nad wodą unoszą się jednodniowe jętki, czy nimfy opalizujące głęboką zielenią. Owady zdychały szybciej, niż natura je rozsiewała.

 

Pole zaorać nie było łatwo, bo konie, podobnie jak psy – zjedzono, gdy przechodził front. Człowiek w zaprzęgu nie osiągał wyniku dającego nadzieje na siew. Chyba, że marchewki na użytek własny. Tak. Ogródek można było obrobić ręcznie, ale nie pole! Szczęśliwie dla nas wujek był pancerniakiem i udało mu się wyremontować spalonego „Tygrysa” na tyle, żeby mógł włóczyć za sobą wielki pług zbudowany przez całą wieś. Tata śmiał się, że ograbili wszelkie baki i kanistry w promieniu wielu kilometrów, ale latem… Zboże pachniało w słońcu jak ciepłe bułki. Chleb piekło się w liściach kapusty, raz na tydzień, czy dwa, ale kiedy już rozpalony piec chlebowy wysyłał pod niebo sygnały dymne – schodzili się wszyscy. Cała wieś znosiła ciężkie, żytnie ciasta zagniecione na własnym zakwasie, a potem Bóg ślinił się godzinami węsząc ponad piecem, bo aromat wydobywał się taki, że ptaki nie wiedziały, czy milczeć w zachwycie, czy piać psalmy.

 

Malowałem biedronki. Pędzlem z końskiego ogona, na polnych kamieniach. Bardzo chciałem malować też pasikoniki, ale zieloną farbę frontowi remontowcy chyba zabrali, albo nie mieli jej całkiem. Więc biedronki malowałem. Czerwoniutkie, aż rude. Kiedy zaczynałem, malowałem kropki z resztek zużytych olejów, albo mas bitumicznych do konserwacji podwozi, ale szybko się skończyły zapasy – wtedy malowałem już wapnem. Na biało. Śmiesznie wyglądały te moje biedronki z białymi kropkami, siedzące pośród innych, z czarnymi…

 

A potem przyszli z lasu ludzie, dla których wojna się nie skończyła jeszcze i bali się wyjść, więc siedzieli w ziemiankach i od czasu do czasu odwiedzali jakąś wioskę, by ją ograbić z mleka i chleba. Zawsze wiedzieli, kiedy piecze się chleb, bo to było łatwe – zapach niósł się tak, że wieczorna maciejka purpurowiała z wysiłku, nadaremnie wysilając się, by dogonić ów aromat.

 

Kiedy przyszli… W piwnicy znaleźli kankę samogonu. Któryś niósł kawał chudej sarniny, którą beztrosko rzucił na fajerki, żeby mama zrobiła gulasz dla wszystkich. A potem chlali ten samogon, zagryzając niedopieczonym mięsem, bo z niecierpliwości wyżarli pół gara, zanim mięso zmiękło. Najgorsze stało się potem, kiedy już mocno zakurzyło się we łbach. Któryś ryknął, że tata kolaboruje, że czerwonych wspiera. Chwycił za koszulę i prał po pysku tak, jak ksiądz sprał kiedyś Józka, gdy nasikał mu do beczki świeżo zebranego miodu. Józek był głupi, ale ksiądz był pewien, że zmądrzeje, kiedy mu pysk obije.

 

Głowa taty podskakiwała w te i na zad, a mama rzuciła się błagać o litość i też dostała. Piekło najwyraźniej otworzyło tej nocy podwoje, bo potem zdarli z mamy suknię i gwałcili ją, aż kur zapiał. Kiedy wychodzili z obejścia – tata nie miał twarzy, tylko krwistą, bezkształtną maź, z której ciekło na mamy włosy. Mama już nie oddychała, ale wciąż mieliśmy nadzieję, że zacznie. Przecież nie może tak nie oddychać. Nie może iść do Bozi i zostawić nas tu samych.

 

Czy to wielki grzech? Ja tylko malowałem biedronki, które potem tata wciąż łkając z bólu, obracał na brzuchy, żeby nie było widać. Nie powiedział mi ani słowa, tylko poszedł do stodoły i przez więźbę sznur przewiesił. Nawet szpaki, które drą się całą wiosnę ucichły. Wiedziałem, że stało się coś nieodwracalnego, ale zanim znalazłem tatę, minęło pół dnia. Nie umiałem trafić, bo wszystkie biedronki na podwórku leżały na brzuszkach. Martwe. Jak mama i tata…

Kuracja odroczona.

 

Samolotowe smugi tną niebo na pasy, zupełnie, jakby ktoś sądził, że to przeszkodzi słońcu ogarnąć cały widnokrąg naraz. Na malej przyczepce wielka sterta chrustu – zbierana skrupulatnie przez całą zimę chyba, żeby drewno nie gniło na ziemi, pozwala wiatru na harce w złożonym labiryncie. Może ktoś pomyślał o ptakach, którym instynkt każe wiosną budować gniazda na pustych od liści drzewach? Widziałem, że zeszłoroczne – pozapadały się w sobie, wklęsły, rozlały niczym balon napełniony wodą i zwisają żałośnie w koronach drzew. Jakiś kos patrzył podejrzliwie, gdy szedłem obok niemal tak samo zrezygnowany, jak ci, którzy spieszyli popełnić służbowy dzień, gdy świt dopiero przymierza kolorowe sukienki dnia. Zadumałem się w sobie tak, że nie przegapiłem nic, bo ludzi jak na lekarstwo, a wiadomo przecież, że apteki otwierane są zdecydowanie później.

czwartek, 8 kwietnia 2021

Pastwiska niebieskie.

 

Nagie kobiety, niczym dżdżownice, albo larwy much plujek wgryzały mu się w uszy. Cierpiał, jednocześnie chłonąc rozkosz. Uczucie dualne, nieciągłe, sięgające antagonistycznych diapazonów zjadało go, pozostawiając na twarzy cień łez i ekstazy. Zupełnie tak, jakby kochanek w zapamiętaniu zbyt mocno ssał pestkę kobiecego sezamu, otwartego nawet na ekstremalne doznania. Płacz utopiony w nieskończoności. Klaps położony na żywym orgazmie.

 

Zamierzał krzyczeć, bo czym jest niema miłość wobec pełnej ekspresji? Zamierzał, jednak usta opanowała chmara ciem, zbyt małych, by je palcami zdusić i zbyt liczna, by zdmuchnąć bezpowrotnie. Oszołomione zapachem podnieconego mężczyzny lgnęły ku kubkom smakowym, a każda chciała innego menu. I każda znalazła, choć niektóre musiały sięgnąć trzewi, albo szukać poczynając od przeciwległego końca układu pokarmowego.

 

Widziałem drżenie ciała, chciałem pomóc, ale powstrzymał mnie nieprzytomnym wzrokiem, pogrążony w konwulsji:

 

- Nie! Nie waż się zakłócić!

 

Był zdeklarowanym hetero i zapieczonym heretykiem, a do tego cholerykiem, który źle reagował na niechcianą czułość. Stałem z boku, bo na nic więcej mi nie pozwolił, a i ja nie widziałem nic pięknego w ciele męskim, dalekim od ideału kobiecości. Przyjaźń spętała mnie cumą do polera i odejść nie byłem wstanie, tak samo, jak nie byłem w stanie pomóc mu, czy przeszkodzić. Mogłem tylko być, jak bywa ksiądz, przy ostatniej posłudze.

 

Nie uczyłem się dostrzegać piękna w cudzej alkowie, a teraz… muchy, ćmy, larwy i każden drobiazg, który z głodu zwęszył okazję mijał mnie szerokim łukiem, gdyż ja wciąż mogłem odwdzięczyć się ciosem na miarę trzęsienia ziemi, więc omijały mnie mrówki i skolopendry, pluskwy i pajęczaki. Biegły upojone narkotykiem śmierci ku ciału podrygującemu już bardziej od ciała epileptyka w ataku padaczki.


Sępy patrzyły z wysoka, jednak moja obecność zniechęcała je do lądowania. Szakale i hieny – sam nie potrafiłem rozpoznać ani gatunku, ani kontynentu… czekały aż stracę czujność. Bały się, bo ranne zwierzę zostanie pożarte przez to samo stado, które ze zdrowym gotowe jest podzielić się łupem.

 

Umierał, chyba świadomości mu już brakowało, kiedy  nieznane mi z nazwy robaki, przez odbyt usiłowały wtórnie zjeść ostatni posiłek skazańca. Pozwalały sobie na brawurę wyprawy w głąb jelita, byle dostać się do ciepłej pulpy strawionego obiadu. Do nerek wilgotnych od niechcianej, zanieczyszczonej wody. Było mi go żal, gdy czarne ptaki usiadły mu na policzkach i wydłubały niewidzące oczy, połykając je w całości, zanim krwią obarczyły żaboty padlinożerców.

 

Kiedy kości zaczęły pękać pod ciosami szukających szpiku psimi szczękami – zabrakło mi łez. Uciekłem na drzewo. Wysoko, poza zasięg apetytu. Pod drzewem szumiał zgiełk i rwetes. Aż przyszła noc i śpiące, pełne połkniętego mięsa brzuchy zaczęły fermentować tak, że księżyc nakrył się chmurą. Siedziałem, a pośladki miałem już pocięte mrówkami, cierniami zaburzonego obiegu krwi. Bałem się, że w paraliżu spadnę między różowe jęzory, które potrafią zjeść na zapas, wiedząc, że potem przyjdzie głód i dostatek jest manna z nieba, jakiej zmarnować nie wolno. Kurczowo przytulałem gałąź, mocniej niż pierwszą w życiu kobietę, która odważyła się na intymność ze mną. Noc trwała ze trzy nieskończoności, nim słońce zaczęło kąsać krawędzie widnokręgu i stała się jasność

 

Wilgotne, czarne nosy węszyły resztki krwi i zlizywały ją z traw i kamieni, ja oddychałem półgębkiem i nie śmiałem nawet kichnąć. Nogi zardzewiałe od bezruchu ważyły po dwie tony każda – cud, ze gałąź je uniosła. Syci padlinożercy ruszyć się nie zamierzali, póki brzuchy pełne świeżego ( o dziwo!) mięsa. Baraszkowali pod drzewem, a ja traciłem nadzieję, że znów rusza na łowy.

 

Po trzech dniach któryś podniósł nos do góry i wykrył strużkę moczu, a po niej zlokalizował i mnie. Zawył z zachwytu, a ja posikałem się tym, czego w sobie nie miałem. Okradziony z niewidzialności poczułem się nagi, czułem te pożółkłe zęby weteranów stepu na brzuchu i na łydkach. Kiedy sięgnęły gardła – zaskowyczałem, aż stado pode mną zerwało się w popłochu. A potem wyło już pieśń wojenną i czekało na łup, który lada chwila spadnie z gałęzi. Stado było syte, a ja głodny. Oni mieli czas, ja – ledwie dogorywającą nadzieję. Jadłem gorzkie liście, przytulałem cię do szorstkiej kory, a stado mościło się pode mną w miękkiej trawie.

 

Na szósty dzień postu zakrapianego gorzkimi liśćmi straciłem przytomność. Kurczowo uczepiony gałęzi zamarłem na wiele godzin. Sen, ten prawdziwy, przyszedł dopiero potem. Ręce zmiękły, oddech się uspokoił. We śnie przyszła do mnie… Chciałem ją objąć, przytulić, ale wymykała się z beztroskim śmiechem, jakby bawiła się ze mną w chowanego. Wodziłem dłońmi, oczami, węchem za nią, a ona wciąż nieuchwytna.

 

Wreszcie udało się. Miałem w obu rekach jej włosy…

 

Twarde. Krótkie i śmierdzące z braku higieny. Zawyła z bólu – chyba zbyt mocno przyciągnąłem je do nosa. A chwilę później echo rozwściekło się i odpowiedziało zbiorowym zewem, płaczem, a ja wciąż z nosem we włosach szukałem piękna i delikatności.

 

Cios. Kły zatopiły się w łydce, w biodrze i ramieniu. Inne szarpały już miękkość podbrzusza. Zdławiłem szyję pod umiłowanymi włosami, aż skomlenie umarło – ledwie okamgnienie przede mną. Bo ja… bo one… bo my…

 

Nie było żadnego my – spadłem z drzewa i nim gnijące kły wyszarpały ze mnie życie zdążyłem ledwie jedno pociągnąć za sobą.

 

Teraz – stado jest syte, a ja?

 

Idę beztrosko gwiżdżąc, a mój wilk, moja ofiara, mój łup wojenny przyjaźnie merda ogonem, że pora na podwieczorek…

Na zawsze.

 

Zabawne – skreślam palcem całą ciebie. Jednym gestem wymazuję piegi, nadwagę, zalety i niedokończone relacje. Trochę zdjęć, kilka wspomnień i wyznania, które wczoraj jeszcze parzyły ciepłem, a dziś są tylko lodowatym oszustwem. Można tak długo kłamać? Co zmieniło się aż tak, żeby warto było uciec?

 

Zamawiam lekarstwa. Na spirytusie pędzone, żeby wytrzeć sumienie z pamięci. Mózg wykrzywia wargi, gdy usta płoną gorzałką, ale to podobno pozwala zapomnieć. Wykrzyczeć pod niebo każdą krzywdę, choćby ledwie wydumaną. Nocny wiatr kołysze moimi krokami, gdy wracam tam, gdzie już nikt nie czeka.

 

Doskonale potrafisz skreślać. Ranisz boleśnie. Tatuaż jątrzy ciało, sięgając głębiej, niż pod skórę.

Empiria.

 

Bóg znów znalazł w sobie siłę, żeby obudzić świat, dając ludziom nadzieje na przyszłość. Wstaję pełen obaw, że kiedyś zapomni, odwróci się, skrapiając moczem anonimowe gwiazdozbiory  z gorzką skargą:

 

- W dupie mam Ziemię, ludzi i ich małostkowe pragnienia! Powinni się wreszcie nauczyć, a trwają w głupocie tak wytrwale, że wypada odpuścić. Niech własnoręcznie się pozabijają. Kto skonsumuje Armagedon, skoro każdego dnia, sami wymyślają bardziej wyrafinowane scenariusze?

 

A kiedy już wysika się i między gwiazdy strząśnie ostatnie krople – wpadnie na myśl porażającą nawet boskie członki:

 

- Uczyć się od nich? W dziedzinie destrukcji są perfekcyjni! Jednak coś się udało znakomicie!

Ostatni dialog.

 

Zbieram powietrze zbyt rzadkie, żeby poczuć na dłoniach jego ciężar, czy fakturę. Ale zbieram wytrwale i pakuję do dużego worka. Jak pokrzywy, którymi wieśniacy wzbogacali menu świń, żeby mięso było różowe i delikatne, jak tylko się da. Zbieram bez entuzjazmu. Raczej z mozołem. Pot szkli się na twarzy i ucieka ku ziemi, jakby to był podatek od dóbr pozyskanych. Worek furkocze na wietrze, więc chyba pełen wciąż nie jest. Zaciskam zęby, żeby nie zakląć, a przecież nie wziąłem jakiegoś specjalnie dużego. Mały, jak moje marzenia. Chciałem z pozyskanej materii lepić. Sam nie wiem co, bo to zależeć miało od łupu, który przepływa mi przez palce i wierzga, ilekroć chcę go zapakować w niewolę jutowego wora. Jak jadowita kobra, grzechotnik, czy żmija rogata.

 

Pół poranka zmitrężyłem, a worek, jak flak próżny, jak balon, z którego żarty niewybredne wyssały hel do cna – wisi i waży tyle, co opakowanie. Łapię niezgrabnie w dłonie stężałe od bezruchu, jakbym grabiami zamierzał łowić muchy, czy ławicę świeżo wyklutego narybku. A przecież z próżnego… gdzie mi do Salomona, który zapewne był niewąskim tyranem, a jego doraźną mądrość sławili ci, których brutalnie złapał za jaja i cenzurował nawet niecne myśli, zanim je wykują w arkuszach blachy, czy kamienia. Na pańskim garnuszku trzeba uważać, co się myśli, bo gilotyny nie trzeba oliwić każdego poranka, by odjęła myśli od krwiobiegu.

 

Zbierałem, a we mnie wzbierała rozpacz, że taki nieumiejętny jestem i marzenia mogę sobie schować w buty, albo pod najczulszy mikroskop, aby sprawdzić co złowiłem, choć nie widzę, bo liche toto i mizerne bardziej niż szansa na szóstkę w totka. Ale łowiłem, bo nadzieja umrzeć ma ostatnia, a ja wciąż żyłem, więc chyba nie wszystko jeszcze stracone.

 

Siwiały włosy, plamy zużytej wątroby kalały skórę, mięśnie nie niosły już jak, dawniej… Dawniej, dinozaury ważyły tyle, że współczesny facet nie zjadłby jednego przez całe życie, nawet to rozpasane i farmakologią wsparte. Drób ważył w tonach, a co dopiero mówić o rybkach, czy prehistorycznych krówkach sięgających paszczą na dachy obecnych wieżowców. Na grzbiecie poczułem zew starości. Zużyłem organizm! Życie zużyłem!

 

- Czy to bardzo źle? Czy musi tak być, że nic nie osiągnąłem, chociaż nogi zachodzone tak, że potykam się o własne haluksy, że skóra zetlała marszczy się i ukrywa pośród muld, bruzd, blizn, raf, przez które żadna Afrodyta nie przedrze się już nigdy? Wciąż niosę worek otwarty, wciąż dłońmi usiłuję złapać gęściej fruwającą materię, by ulepić jakąś przyszłość, albo pomnik ku pamięci zmarnowanego życia. Widzę pień sosny zmarnotrawionej na kartki, które rozpadną się niewiele później, niż autor treści pracowicie zapisujący „złote myśli”. Usiadłbym, ale boje się, że już nie wstanę. Usiadłbym, jak gliniany golem zastygając bez wskazówki twórcy, który wskaże mu wektor niezłomności.

 

Mówią, że zaniechanie jest grzechem, ale nikt nie powiedział, co począć, kiedy nie da się nie-zaniechać, bo sił brakło. Patrzę na pień i czuję pokusy. Niewypowiedziane obietnice. Historie większych ode mnie, którzy wcześniej tu usiedli. Worek… pusty jest, jak był na początku drogi. Szydzi ze mnie, jednocześnie flirtując z wiatrem, krzakami czochrającymi jego szczecinę.

 

- Szczecin, to męska forma szczeciny? – dopada mnie absurdalne podejrzenie i czuję, jak miękną mi łydki. Absurdy mają do mnie dostęp bez ograniczeń, znaczy chory jestem! Dobrze jeszcze, że łydki miękną, bo mogłyby stężeć w paroksyzmie skurczu podszytego kosmiczną trwogą. Tak, czy owak – nie mam już sił. A pieniek sosnowy, polizany głodem słońca, kusi żywicznym aromatem, niczym lep na muchy.

 

- Ulec? Muchy wszak ulegają, dają się zwieść słodyczy i topią żywot próżny w lepkiej żywicy. Sam miałem ulepić przyszłość lepszą. Doskonałą. Przyszłość, w której ja… Zadrżałem, gdy poczułem z góry karcący wzrok.

 

- Ja? A kto ty jesteś, by śmieć mówić w pierwszej osobie o sobie? Truteń, wirus, pasożyt, istniejący po to, by użyźnić ziemię. TĘ ZIEMIĘ!

 

Zaraz potem zatrzęsły się posady i podwaliny. Niebo pomieszało się z ziemią, a podziemia rozchyliły głodne paszcze. Wody wstały, a powietrze stężało. Łapałem do wora w pośpiechu i kompletnie bez udziału świadomości. Worek rósł i rósł. Skończyły się granice i pod Wielkim Gniewem zbierałem żniwa, na jakie czekałem, jakich szukałem przez całe życie.

 

- Jest! Wreszcie sukces! – zdążyłem pomyśleć, gdy pochłonęła mnie ziemia i woda, ogień i powietrze, gdy zmysły zatraciły się w spełnieniu ciężarnego wora, ciągnącego mnie ku tajemnemu dnu.

 

- Teraz będę mógł lepić do końca świata, aż się uda – pomyślałem jeszcze, nim straciłem zmysły.

 

- Doprawdy? – dobiegło mnie jawne szyderstwo gaszące ostatnie impulsy życia, wraz z ledwie tlącą się iskierką nadziei.

Mrok, choć to dzień.

 

Słońce usiłuje poskromić niesforne chmury, które kłębią się, burzą, granatowią srogimi marsami i wcale nie chcą pęknąć. Ptaki, w obliczu konfliktu wolą milczeć, bezpiecznie pochowane w gniazdach rewidowanych zimnym wiatrem. Drzewa, które nie uległy euforii i nie uwierzyły w wiosnę sprzed tygodnia, dziś święcą tryumfy i niemal słychać pośród świstu wiatru złośliwe:

- A nie mówiłem?

Mimochodem przepływa im między skostniałymi dłońmi to grad, to śnieg, a nawet i deszcz – bez różnicy.

A słońce wciąż walczy, chwilowo bez efektów, choć forsycje żółte bardziej od świątecznych kurczaczków. Tak łatwo zwątpić, że to przecież ta sama gwiazda, która latem potrafi wytopić cellulit z zasiedziałych kwarantanną ud, albo ogrzać depresje i inne dolegliwości niedoświetlonych ciał.

 

środa, 7 kwietnia 2021

Dzieło życia.

 

Obrazu zapragnęłaś. Takiego, na którym gotowa byłaś zakwitnąć nieśmiertelnością, jak Chrystus podczas ostatniej wieczerzy, jak Mona Lisa przeniesiona na płótno talentem mistrza Leonarda z rodu Vincich…

 

Talentu we mnie było niewiele, choć zapału braknąć nie mogło, gdyś stawała, nagością przyćmiewając urodę świata. Słońce natychmiast zwęszało kobiecość uległą, gotową do poświęceń i bezwstydnie zlizywało zniecierpliwienie z ciała wystawionego na ostrze pędzla, którego czubek dyskretnie lizałem, jakby był kroplą ambrozji utoczoną z dziewiczego źródła, z którego nikt dotąd nie pił.

 

Malowałem w uniesieniu, jakie dane jest raz w życiu, w noc poślubną tym, którzy minęli zasieki obowiązków i koligacji, a zapałali uczuciem szczerym, gubiącym po drodze konwenanse i nauki filozofów. Tło… Miałaś tak wiele marzeń, że wciąż trzeba było je zmieniać, by pasowało barwą do nastroju, a ja chciałem wreszcie przyszpilić twoją urodę do płótna, nie pozwolić, by skóra minęła się z tym ziarenkiem w klepsydrze, które wciąż ma nadzieję, choć już spadło, a za nim posypał się tumult zniechęcenia i rozczarowania.

 

Śmiałaś się, wkładając między zęby koniuszek małego palca i patrzyłaś pośród trzepotu rzęs na mnie. Podskakiwałaś z niecierpliwości, że taki ze mnie głuptas, że boję się jutra, które dzisiaj zwiastuje i ma być lepszym, piękniejszym i bardziej przychylnym. Obiecywałaś mi ciepło jakiego dziś zabrakło i światło obejmujące twoje biodra tak, jak nikt pośród żywych go nie obejmie, a ja z zazdrości zaciskałem pieści, aż pędzel skowyczał z bólu.

 

Nie umiałem gniewać się na ciebie, kiedy tak stałaś, odbierając słońcu pierwszeństwo. Byłaś piękna. Byłaś moja, chociaż na odległość siedmiu pędzli od wyciągniętej dłoni stałaś, żebym był w stanie dostrzec w porę, jak marzną ci stopy, a włosy mierzwi zaduch niewietrzonej przestrzeni, zanim się zaziębisz, nim choć kontur obejmę kreską.

 

Raz i kolejny zatraciłem się w zachwycie, a słońce zeszło poniżej minimum. Ty przychodziłaś się przytulić na pożegnanie, żebym podzielił się resztkami ciepła, żeby twoje piersi zasnęły wreszcie, a skóra rozluźniła się z zarostu gęsiej kaszy. Chciałem być własną koszulą, by tulić ciebie bardziej, dzielić, oddać, ogrzać najdrobniejszy włosek drżący między pępkiem, a tajemnicą stworzenia… Wkładałaś mi palec w usta i kazałaś milczeć, a potem… Nie… Nie opowiem, bo kiedy wychodziłaś grzechem Onana karciłem ciało niegodne i szlochałem, że noc tak długa, a może jutro zapomnisz mnie całkiem, więc moje niespełnienie zgorzknieje, ulotni się, zardzewieje bez spełnienia

 

A ty przychodziłaś, wciąż oblizując palce ze snu i resztek śniadania. Żadna Lolita nie była tak wyzywająca i niewinna jednocześnie, jak ty, kiedy patrzyłaś spod oka i pytałaś mnie, czy nie znudziłaś mi się przez noc, czy wciąż chcę cię malować, a mi z ręki wypadała szklanka pełna wrzącej kawy i błotem osadzała się na spodniach, aż chciałem kląć, gdy ty klaskałaś w dłonie. Lubiłaś, kiedy traciłem zmysły. Dla ciebie, przez ciebie, przy tobie… Uwielbiałaś i gdyby uroda mogła mieć stopień wyższy, osiągnęłabyś go bez wahania, po pierwszym moim natchnieniu.

 

Wreszcie rozbierałaś się niespiesznie, a ja szeptałem, że nie wierzę, bo cud, bo niewinność ma w sobie inne niuanse, a ty głaskałaś moje policzki, których znów nie zdążyłem ogolić z nocnej bezsenności… Pożerałem cię wzrokiem głodomora, który nie jadł od tak dawna, ze na samo słowo chleb potrafi oślinić się tak, że łykać nie nadąży. Gdybym był nastolatkiem – wytłumaczyłbym sobie, ale przecież więcej zgubiłem już włosów, niż śmiałoby na mnie wyrosnąć. A ty wciąż się śmiałaś i wsuwałaś kraniec palca w kącik ust – wiedziałaś! Od zawsze wiedziałaś, że zanim ząbki chwycą palec będę stracony dla świata

 

- No! Maluj wreszcie! – Tupałaś bosą nóżką w niezbyt czystą podłogę, a mi na twarz występowały róże, jakbym to ja był dziewicą…

 

A potem pędzel i słońce omiatające wszystkie kąty i twoje ciało nieruchome, pokorne, uległe póki farbami odzwierciedlałem łuk bioder, ciepło dołka nad obojczykiem, nim w wężowisku płci zalęgły się sploty niepojęte, na dnie których zamieszkała wrząca wieczność.

 

Znów wieczór i znów noc samotna, pełna jątrzących się samospełnień i bezsenności, aż po świt, kiedy szklanką wody płukałem gardło zdarte od słów niewypowiedzianych i czekałem jak żebrak pod kościołem na łaskę przechodnia.

 

Przychodziłaś wiedziona instynktem, jak sumienny strażnik do więźnia, którego mają powiesić za kilka dni, gdy upłynie czas błogosławiony ustawami. Przychodziłaś odwlekałaś własną nagość wciąż dalej i dalej. Złapałem się na myśli, że teraz rozbierasz się o trzy pacierze dłużej, niż w zeszłym tygodniu, a ty ciągle się śmiałaś, żem taki nierozumny.

 

Aż przyszedł dzień, kiedy nie umiałem udawać dłużej, że obraz nie gotowy i tylko pragnieniem nagości przedłużam proces. Przyszłaś, jak zwykle pogodna i odtańczyłaś dla mnie taniec godowy, by stanąć na paluszkach pośród porzuconych ubrań. Płakałem. Żaden obraz nie będzie tak piękny, jak ty, ale nic więcej nie mogłem już zrobić. Patrzyłem bez tchu na twoje tańczące ciało, ale musiałem obrócić obraz frontem ku tobie. Kłamać się nie godziło.

 

Kiedy popatrzyłaś… Śmiech zamarł w tobie, jakbyś go wessała w głąb siebie. Bez świadomości zaczęłaś dotykać piersi i bioder, trójkąta, pod którym drzemały niespełnienia. Krzyknęłaś w końcu tak, jakbyś chciała stłuc szyby we wszystkich oknach, a po udach spłynęła jasnoczerwona smużka krwi… Właśnie stałaś się kobietą. Sama sobie. Patrzyłem jak urzeczony, a leniwe krople krwi pisały na podłodze modlitwy dziękczynne i skargi w nieznanych mi językach. Nie byłem już do niczego potrzebny. Zmęczony niepojęcie, pozwoliłem kolanom ugiąć się. A potem upadłem na podłogę ostatkiem świadomości patrząc, jak nitka czerwona dąży ku mnie naśladując nić Ariadny.

Samokrytyka.

 

Zgrabiałymi palcami naprawiam świat. Pod nimi, jak szczeniak żądny zabawy plącze się księżyc. Atmosfera chwyta krańce palców i zamraża je błękitem, bezmyślnie skraplając jakieś gówniane cząsteczki, które lepią się do skóry i odbierają czucie, które w próżni bywa doskonałym.

 

Wzdycham nad pochopnością tego świata, a moje westchnienie czyni spustoszenie na nieregularnie wyciętym pośród słonej wody kontynencie.

 

- Przepraszam, nie chciałem, ale oddychać musi nawet Bóg!

 

Uspokajam płyty tektoniczne, ignoruję pływy. Karcę lodowce i szczyty Pirenejów, by zachowywały się, jak im pisałem.

 

Zerkam ku spieczonym pustyniom, na których życie stało się jadowite z konieczności. Obiecuję, następnym razem postaram się bardziej… Naprawdę!

Z pustki

 

Łupież sypie się z nieba, ludzie chowają twarze pod maski, żeby własnym oddechem ogrzać nos. Na osiedlowych deptakach wiatr sam ze sobą gra w klasy, albo skacze na skakance. Niezgrabiasz potrafi przewrócić rowery grzecznie stojące w budach na krótkim łańcuchu zabezpieczeń szyfrowanych cyfrowo. Gołębie szamocą się pośród bezlistnych drzew, bo nie stać je na odwagę, by przeprowadzić się w krzewy i żywopłoty zieleniejące już bezwstydnie. Brzozy zwiesiły wszystko, co mogły i smucą się kołysząc bezwolnie w porywach wiatru, któremu chyba też zabrakło orientacji, co tak naprawdę się dzieje. A dzieje się nic więcej, jak dzień – jeden pośród wielu anonimowych, minionych i zapominanych nim na dobre odejdą w przeszłość. Oby i ten pozostał bez imienia. Dni znaczące są trudne i odbijają się na zdrowiu nieświadomych, niechętnych, a tym bardziej na aktywnych przeciwnikach tego, co przynieść zamierzają.