Skupiłem się na okolicy. Miasto
skatalogowane wraz przyjezdnymi (chyba na stałe), oraz studentami co
rok zasilającymi „substancję miejską” zamyka się liczbą na
poziomie miliona sztuk. Z corocznie rosnącej rzeszy sześciu
milionów turystów skromnie doliczam do kwoty wyjściowej dziesięć
procent, które być może spotkam na dnie rozpaczy, gdy zawiodę się
na tubylcach. Stanęło na jeden koma sześć miliona egzemplarzach,
pośród których zamierzałem wykryć Tę Jedyną, moją, wymarzoną
i wyśnioną (jak wzdychają w wersach poeci, lecz ja śnić nie
potrafię, więc tylko tak chytrze podpiąłem się pod domniemaną
naturę romantyczną). Skażony wielkimi liczbami nie przeraziłem
się wolumenu i zacząłem aktywną eliminację tła zaciemniającego
obraz poszukiwań wartości oczekiwanej.
- Statystyka podpowiada, że
połowa owej populacji, to faceci, kompletnie mnie nie interesujący
z punktu widzenia celu poszukiwań. Mogłem wstępnie odetchnąć, bo
zostało do przeczesania stadko zaledwie 800.000 sztuk.
- Skoro druga połówka miała
stać się moją, to powinna być z grubsza w moim wieku, czyli plus
minus dziesięć lat różnicy liczonej od daty moich urodzin. Wiem,
zdarzają się uczucia niebanalne, ale to margines, a ja nie miałem
czasu na błąkanie się po marginesach przy tak obszernym zbiorze.
Dzieląc ludzi na kategorie wiekowe z gradientem dziesięciu lat,
przyznałem priorytety dwóm najbliższym mojemu przedziałowi, chcąc
na nim skupić wysiłki, kompletnie ignorując pozostałe przedziały.
Statystycznie żyjemy około 80 lat, a „target” w jaki
wycelowałem, obejmował raptem dwadzieścia, co znakomicie
ograniczyło zbiór interesujących kandydatek do ćwierci wszystkich
dostępnych samiczek, czyli bagatela - 200.000 sztuk.
- Ostrożnie przyznałem, że ma
szansę mi się spodobać najwyżej co dziesiąta z potencjalnych
przedstawicielek – nie, żebym był grymaśny, ale w końcu
szukałem nie byle kogo, a Bogini, tej Jedynej pośród dwustu
tysięcy nieświadomych mnie kandydatek. Szukanie ideału ograniczyło
zbiór drastycznie, a i tak zostało 20.000 hipotetycznych Jedynych
do przesiania przez amatora-konesera, czyli mnie.
- W kolejnym kroku uzmysłowiłem
sobie, że ja także nie każdej się spodobam, więc przyjąłem, że
one (podobnie do mnie) „wyrzucą” dziewięciu na dziesięciu i
zbiór samiczek skłonnych zakochać się z wzajemnością skurczył
się do raptem 2.000 sztuk.
Co za ulga! Dwa tysiące w takim
wielkim Mieście? To już detal, z którym można… Naprawdę?
G-prawda! Zapomniałem, że przecież ONE MI NIE POWIEDZĄ, ŻE TO
NIE JA. Przynajmniej nie od razu. I dziewięćdziesiąt procent
aktywnego czasu poszukiwań poświęcę bezproduktywnie, marnując
zasoby uroku osobistego i elokwencji, niewłaściwie adresując żar
przyszłych uczuć. A nawet, gdyby te starannie wyselekcjonowane
przyszłe Jedyne ustawiły się ciurkiem, to przecież… ech!
Doba ma 24 godziny. Osiem śpię,
osiem pracuję, dostępnych na rozsiewanie powabu i chwalbę paletą
zalet zostaje osiem, z czego wielkopańsko zamierzałem aż połowę
poświęcić na selekcję, arogancko lekceważąc czas na popas i
wypas. Naprawdę - cztery godziny dziennie zwiadu i rozpoznania w
walce. Więcej jak na hobby i inne pasje! A przecież od czasu do
czasu wypada chociażby się ogolić, czy wypić kieliszek kawy w
godziwym towarzystwie. Żeby cokolwiek się dowiedzieć o Jedynej i
zdążyć zareklamować własne zalety, choćbym był skrajnie
lakoniczny, nic mniej jak godzina nie chciało mi się zmieścić
między uszami, czyli góra cztery podejścia dziennie. Przy dwóch
tysiącach kandydatek, daje to poziom 500 dni ciurkiem, żeby
przeprowadzić sprawiedliwy casting i wybrać tę najbardziejszą na
świecie, albo chociaż tymczasowo utkwioną w Mieście i skłonną -
nie pytaj do czego.
Ciężka robota. Nawet Bóg po
tygodniu orki odpoczywał, a co dopiero ja, paproch mizerny… Dwa
lata w skrajnie sprzyjających warunkach, to niedościgłe minimum,
gdyby nawet chętne stanęły w kolejce do mnie. Widział kto taką
kolejkę? Chyba tylko Wielcy Władcy, Kochankowie z legend i
wielokrotni laureaci – Oskarów, Złotych Piłek, Nobli, czy innych
wyróżnień stawiających ich wysoko w panteonie historii świata.
Nie ja. I o takiej kolejce nawet marzyć nie wolno, bo to sprzeczne z
logiką i współczesnymi poglądami – pierwszy ruch należy do
faceta, czyli mnie. Więc jednak wrócić muszę do zbioru 20.000
dąsających się i przeważnie źle reagujących na próbę
kontaktu. A to już pięć tysięcy dni orki, czyli z grubsza niemal
czternaście lat jednym ciągiem. Zanim skończę, niektóre z
wybranek będą już wzdychać za utraconą młodością, albo zgoła
obwinią mnie o opieszałość eksploracyjną okropnie zaniedbanego
złoża! Szaleństwo!
Skąd wziąć energię do
przesiewania i jak zwiększyć własne szanse? Może trzeba było
zacząć w przedszkolu? Albo w podstawówce? Tam miałem dostęp do
samiczek w ilościach hurtowych (trzydziestoosobowa klasa, z czego
statystyczna połowa to dziewczynki, plus klasa równoległa, dwie
starsze o rok i dwie o rok młodsze, to 6x15, czyli dziewięćdziesiąt
przedstawicielek trwale zniewolonych tuż obok mnie, a posiłkując
się powyższą logiką liczb - na dziewięć mi-się-podobających
przypadało zero koma dziewięć takich którym z wzajemnością!). W
technikum? Tam dziewcząt było mniej, ledwie kilka na klasę i w
całej szkole nazbierałbym góra pięćdziesiąt przedstawicielek
płci przeciwnej do mojej. Studia, to już kompletny dramat,
powiedzmy dziesięć zdeterminowanych, ślepych na towarzyskie zalety
młodych kobiet z misją zbawienia świata. W pracy, to lepiej w
ogóle nie rozważać, bo romans w pracy, to koszmar. Fatalne
zauroczenie powodujące niekończącego się kaca, nieprzyjemności
zbyt duże, nawet gdy rokowania na sukces rosną. Trzeba być
skończonym desperatem, by się podjąć takiej akcji. Więc nie.
Absolutnie.
Dlaczego nikt mnie nie uprzedził?
Nie pokierował drzemiącymi w młodziutkim ciele przyszłymi
potrzebami? Mogłem iść do szkoły dla fryzjerów. Albo
pielęgniarek. Zostać cukiernikiem, albo bibliotekarką. Teraz,
zamiast płakać nad rozlanym mlekiem mogłem jedynie zapisać się
na aerobik, albo do baletu, ale w trykocie jądra puchną, ściśnięte
do niemożliwości i o wybrykach prokreacyjnych trzeba byłoby myśleć
z dużym wyprzedzeniem, żeby nie było wpadki.
Zapadłem w letarg umysłowy, a
łeb sugerował, bym niezwłocznie został gwiazdą oklaskiwaną
przez miliony z dowolnego powodu – ale czy wtedy uczucia będą
szczere? I ci nobliści, to przecież stare, zjełczałe dziady…
Nauczyć się kopać piłkę? Za późno. Śpiewać disco-polo na
dożynkach nie przejmując się szyderstwami? Pomysły skwierczały
we mnie rozmaite, co jeden to zuchwalszy, aż zupełnie znienacka
przypomniałem sobie chińskie przysłowie – chcesz
złapać rybę, myśl jak ryba!
Co lubią dziewczyny? Kwiaty i
taniec! Eureka! Otworzę kwiaciarnię i zapiszę się do szkoły
tańca! Niesamowite, jakie to proste! Wystarczyło na chwilę oderwać
się od liczb, by wykryć nie do końca oczywiste rozwiązanie.
Niezwłocznie zasięgnąłem wiedzy wprost z sieciowej otchłani i
doznałem szoku.
W bieżącym roku w Mieście
zamierzano otworzyć dwadzieścia tysięcy nowych kwiaciarni, a na
kurs tańca towarzyskiego zapisy (w kolejce dla rezerwowych, proszę
dowiadywać się w czwartki od siódmej trzydzieści) prowadzono na
rok 2055… chyba, że amator był płci piękniejszej.
PS. Kiedy już serdecznie dość
miałem strategii połowu, planowanych ruchów
rozpoznawczo-zaczepnych i pozwoliłem sobie na pewną lekkomyślność,
rzuciłem pytanie. W przestrzeń nad sobą. I pytanie ugrzęzło w
materii bliżej nieokreślonej, aż się niebo zwarzyło.
- Bo przecież ona, ta
Jedyna-wyśniona, ma dokładnie ten sam problem statystyczny, choć
reaguje zero-jedynkowo. Tak-nie, selekcja i eliminacja. Decyzje
ważone pierwszym spojrzeniem, domniemaniem, złą, czy dobrą chwilą
w życiu, zanim zawiśnie nad nią pierwszy znak zapytania. Czy
będzie wystarczająco intrygujący, by pozwolić zaistnieć
drugiemu? Czy odpowiedź na pierwszy nie sprawi, że drugie w ogóle
się nie pojawi?
Cud prawdziwy, że komukolwiek
się udaje. A przecież Miasto, jak ongiś napoczął opowieść
nieznany syn sławnego ojca - Red Vonnegut:
Mieszkam na Zakrzowie. Zakrzów, to
zadupie Wrocławia. Wrocław to zadupie Polski. A Polska, to zadupie
Europy.
Nie wiem, czy cytat jest
dokładny, bo trochę czasu minęło i nie trzeba się z tym zgadzać.
A jednak zmieniając liczby na proporcje dotyczące Polski, Europy,
czy świata sytuacja niewiele się zmieni, bo procenty zostaną takie
same – szansa na spotkanie i wzajemność jest mrzonką, Marzeniem
Wariata (jedna z propozycji pana Łysiaka na rozwinięcie
tajemniczego tytułu MW). I powiedzenie o ślepej kurze nie będzie w
żadnym stopniu na wyrost, gdy dotrze przed oblicze szczęściarzy,
którym dane było/będzie zaznać wspólnoty – niechby na jeden
dzień!