środa, 15 lipca 2026

Rysa na rysunku tygrysa z rysiem w irysach na Rysach.


I tak jak wczoraj był dzień kobiet rozbuchanych cieleśnie z poważnym deficytem pigmentu, tak dziś nastał dzień ślicznych pań, które swoją osiemnastkę obchodziły już dwukrotnie. Już na przystanku zanosiło się, że pragmatyczność i oszczędność niewiast skłoniła je do założenia na gołe stopy klapek, względnie sandałków z tworzywa, żeby wilgoć nie zniszczyła rajstop i wyjściowych butów z cielęcej skórki. Elegancka, fałszywa blondynka, nieelegancko ziewała, jakby stomatolog miał pobrać odcisk jej szczęki do celów sobie tylko znajomych. A twarz miała tak piękną, że (jak sugerował pan Pratchett) spokojnie mogła tysiąc okrętów wysłać za morze. Jakaś królewna czekała pod wiatą przystankową i żeby nie zamoczyć szlachetnych, rasowych pęcin wspięła się na ławkę, z wysoka wyglądając transportu.


Wsiadłem w tramwaj – po trosze z konieczności, po trosze z ciekawości. Bo w taką pogodę wsiada się, by przekonać się, dokąd pojedzie tramwaj. Mój był uprzejmy pokonać Rzekę dwa mosty dalej niż zwykle, udowadniając, że „O jeden most za daleko” to dopiero byłą rozgrzewka, a czas eskalacji mamy przed sobą. Potem na drodze do codzienności został mi tylko tor przeszkód godny Wielkiej Pardubickiej. Świeżo wyklute dziury i wądoły chodnikowe, stojące w poprzek bariery i nieznanej głębokości rowy z wodą. Survival na całego, dopełniony jeszcze potopem z zatkanych i dziurawych rynien, oraz beztroskie wodotryski spontanicznie powoływane do życia kołami samochodów. Kierowca Audi (oni i ci z BMW są najgorsi) usiłował mnie rozjechać, licząc pewnie, że swoim kruchym ciałem wygładzę luki w jezdni z kocich łbów.


Nieopodal sklepu z napojami dla dorosłych klęczy brodacz i płucze twarz woda z butelki. A za przystankiem rosła mirabelka o owocach w kolorze którego nie powstydziłyby się dojrzałe morele. Kierowca MPK, czekając na zmiennika obszarpał niższe gałęzie i skompletował deser na drugą zmianę.

wtorek, 14 lipca 2026

Zamarzyły mi się figle na figowcu z figlarną Ifigenią bez fig. A pokazała mi figę!

 

Starszy gość z kolczykiem i połyskującą kamieniami bransoletą na nadgarstku zerkał przez okno na budowlańców wesoło wędrujących placem w centrum Miasta. W rozbawionej asyście czterech byków, piąty powoził taczką, wypełnioną z górką zgrzewkami wody mineralnej. Na kościelnej ścianie znów pojawiła się staruszka robiąca nago szal na drutach – podszedłem sprawdzić – dzieło zostało przyklejone do muru tak zmyślnie, że udaje fresk.

Podglądanie weszło mi chyba w pory skóry, bo robię to odruchowo. Tym razem dostrzegam eleganckiego faceta z piersiami (bez stanika) i kobietę z zarostem (bez stylizacji u renomowanego barbera). Niezwykłe, co można osiągnąć na uporczywej diecie wspomaganej hormonami. Na parkingu nieopodal bulwaru stoją dwa mini-busy z rozłożonymi na dachach namiotami. Zagraniczne rejestracje sugerują turystów zmęczonych zwiedzaniem Miasta i śpiących za grosz – parking oczywiście płatny, ale na pewno nie tyle co hostel, camping, czy pole namiotowe.


Na bulwarze, prócz zadumanego spokoju wypalonych zniczy pod pomnikiem ofiar Wołynia – bieganina. Wielkolud biegnąc podpiera się niewidzialnymi kijkami i przy każdym kroku „odbija się” nimi od ziemi. Szczuplutka smart-niewiasta, nie przerywając truchtania sprawdza, czy jej funkcje życiowe nie zanikają pod wpływem wysiłku. Kolejna biegnie już bez smartwatcha i chyba czerpie z resztek energii, bo powłóczy stopami szurając po żwirze. Pewnie nie słyszy radośnie popiskujących jaskółek wykonujących nad jej głową skomplikowane powietrzne akrobacje.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Klaser – klasa męska. A klaster i klasztor?

 

Prawo, w założeniu, miało chronić biednych i słabych przed zakusami silnych i bogatych. Tymczasem ci „bardziejsi” z pomocą stada prawników sprostytuowali prawo, by teraz biegało na krótkiej smyczy, pilnując wielkich biznesów. Przykładowo:


- Pod pozorem troski o dobro Narodu, w ramach „walki z praniem brudnych pieniędzy”, kontroluje się wydatki całego społeczeństwa. Kto/komu/ile/za co/jak często? Państwo ma wgląd w każdy przelew. A przecież płacimy z naszych podatków „służbom”, które miały nas ochronić przed oszustami! Ile osób Polsce „pierze pieniądze”? Naprawdę jest ich tak dużo, że Policja zamiast indywidualnie łapać złoczyńców szpieguje wszystkich?


- KSEF – tym razem w „trosce” o mały biznes Państwo zajęło się drobną przedsiębiorczością. I znów to samo – w jedno i to samo miejsce trafiają informacje kto/od kogo/za ile/jak dużo, kupuje/sprzedaje. Walka z szarą strefą? Mam wrażenie, że szarą strefą jest Państwo, które zamiast ścigać przestępców inwigiluje wszystkich. A najgorsze jest w tym to, że serwery karmione „zdobytą” w mozole wiedzą, znajdują się poza Polską.


- Ograniczenie przepływu gotówki – są już bankomaty z których nie wolno wyjąć z bankomatu więcej niż bankowo ustalony limit, nawet gdy stan rachunku „właściciela” na to pozwala; nie wolno płacić gotówką większych kwot niż… (a górny pułap maleje niepostrzeżenie); w obrocie gospodarczym coraz drastyczniejsze ograniczenia przepływów pieniężnych na rzecz płatności cyfrowych. Czemu? O zgrozo – ludzie mają w domu/firmie gotówkę! Suweren nie wie ile! Nie wie kiedy i na co obywatele/przedsiębiorcy wydają, od kogo kupują i w jakiej cenie! Czytałem na WP artykuł w którym jakaś gmina była DUMNA, że w Urzędzie nie wolno płacić gotówką! A to przecież jest przestępstwo, bo „banknoty NBP są prawnym środkiem płatniczym w Polsce”. I taka sprawą prokurator winien zająć się Z URZĘDU! – to taki bełkot prawny mówiący skąd pochodzi zawiadomienie o przestępstwie. Są takie źródła, gdy „wszczyna się postępowanie” dopiero, gdy strona pokrzywdzona zgłosi „zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa”, a są takie, gdzie nie czeka się na zgłoszenie, lecz prokuratura ma zareagować, gdy tylko uzyska wiedzę. Czyżby nie czytała? A może woli nie znać swoich obowiązków, żeby nie narazić się Wielkoludom?


-Lex Szarlatan? – Naprawdę? Tu nie chodzi o złapanie kilku oszustów, bo do tego wystarczają istniejące narzędzia prawne. Pozorowana troska ma ograniczyć dostęp do wiedzy o ziołach, o leczeniu poza niewydolnym, skorumpowanym systemem. I teraz Wielkoludy będą sprzedawały szampon z pokrzywy albo skrzypu polnego, a człowiek sam sobie go nie zrobi, z obawy, że go zamkną a może i spalą na stosie jak w średniowieczu, choć często domowy szampon będzie lepszy od kupnego, bo nie będzie zawierał całej masy aromatów, utrwalaczy, konserwantów, tego farmaceutycznego syfu umożliwiającego „opatentowanie specjalnej formuły”, mającej ukryć fakt, że jedynym czynnikiem działającym specyfiku jest wciąż mieszanka ziół, której (niestety dla Big Farmy) nie da się opatentować, bo winnym w razie wykrycia stanie się przydrożny rów, którego nie da się aresztować i obciążyć. To samo dzieje się z rozmaitymi pigułami i syropami. Wiedza zostanie błyskawicznie przejęta i stanie się niedostępna, a naturopaci i zielarze wychwyceni przez system i obciążeni milionowymi karami tak długo aż spokornieją. Niewiele słychać o tym, że w celu wyłapania owych „szarlatanów” kontrolowane będą przesiewowo media społecznościowe i poczta elektroniczna. Cały cyfrowy ruch będzie filtrowany i blokowane treści, choć ich „szkodliwość” nie została zdefiniowana i to urzędnik-ignorant będzie decydować, co zniknie z sieci jako „szkodliwe”. Oczywiście dla naszego dobra. Ciekawe ile spraw karnych prowadzi obecnie Państwo przeciwko faktycznym szarlatanom, a ile przeciwko nieuczciwym lekarzom. Ach! Jeśli sądzisz, że rozmowy telefoniczne, czy SMS, będą „zwolnione” z odgórnego szpiegostwa, to nie – nie będą. I nie polecisz mamusi własnej maści z kasztanów na żylaki, bo mamusia będzie musiała nosić ci paczki do więzienia szarlatanie-jeden-z-drugim. No!


Ech! Tymczasem poranek. Wakacje skróciły kolejki i liczbę osób na przystanku. W autobusie podsiada mnie śliczna pani z odrobiną ciałka, pachnąc mieszanką kwiatowo-cytrusową. Dziwne. Przywykłem, że o poranku kobiety pachną kwiatami, a cytrusami dopiero po południu. Zerkam i węszę taktownie. Mam nadzieję, że nie płoszę. Pani się chyba nie zorientowała, bo zatonęła w wertowaniu internetu w telefonie. Na zewnątrz kolarze kolarzują, kierowcy kierują, a przyszli pasażerowie żerują na pasach. Pani w lamparciej sukni z ciemnym plecakiem kiwa się na przystanku w rytm mantry zaklinającej autobus. W tramwaju kobiety siedzą tak, że stopy mają skierowane palcami do wewnątrz. Nie widziałem, żeby jakiś facet siedział tak niewygodnie.


PS. W ramach walki o polski (powiedzmy) rynek zbytu, nałożone zostały cła na towary sprowadzane z Chin - 3 euro od każdego produktu. Przepraszam,źle – od każdego PIERWSZEGO produktu! Nie procentowo od wartości zamówienia, tylko od pierwszej sztuki. Co to oznacza? Jak zamówisz SOBIE parę butów, biustonosz, wentylator, to zapłacisz cenę np. 30 złotych plus 15 cła od każdego zamawianego produktu. Ale, jak zamówisz „do dalszej odsprzedaży” tysiąc jednakowych par po 30 złotych, to też zapłacisz raz 15 złotych cła. Czyli znów bogaci zarobią, a biedni zapłacą. Jaki „mózg” myślał nad tą ideą i w czyjej siedzi kieszeni? A przecież podatki w Polsce nie są określone w bezwzględnej gotówce tylko procentowo od towaru, czy dochodu.

niedziela, 12 lipca 2026

Czy tur może się wynaturzyć w naturze?

 

    Ktoś namolnie pukał do okien i najwyraźniej miał wykształcenie muzyczne oraz poczucie rytmu, bo nie skusił i trzymał tempo jak rasowy perkusista. Rozmyślił się wystarczająco szybko, żeby nie zamknąć w domach tubylców. Ptaki zasłuchały się i choć nawet nocą potrafiły uwodzić się nawzajem, teraz zachowują dostojne milczenie. Starsza pani o popielatych włosach spiętych w koński ogon, po krótkich negocjacjach z pisklęciem, pozwoliła mu budować twierdzę pod zjeżdżalnią, a sama usiadła na huśtawce, by się pobujać do wtóru dousznej muzyki. Pani miała różowe szorty i trampki, co odejmowało jej dobrych pięćdziesiąt lat, huśtawka zrobiła resztę. Na największym w okolicy tarasie długowłosa dziewczyna dokumentowała otoczenie kamerą w telefonie. Obracała się szybciutko, bo i widok mniej interesujący niż w dżungli Borneo, czy na plażach Dominikany. Chwilkę potańczyła, czyli zapewne filmowała siebie komuś, kto nie mógł dołączyć. Na pamiątkę, na pokusę, na obietnicę, że już wkrótce… Porcelanowy kot nadstawia ucha na parapecie w oknie naprzeciw, więc siedzę cicho, żeby go nie spłoszyć.

sobota, 11 lipca 2026

Ostrożnie rosną ostrożnie.

 

    W alejce wiodącej w osiedle porzucono ubranie. Ktoś spieszył się pod prysznic, a może na pikantny wieczór we dwoje. Ptaki usiłowały zdradzić mi tę tajemnicę, ale nie uczyłem się języków obcych i mogłem tylko zachwycać się melodią przekazu. Psy i dzieci potrafią jeszcze okazywać radość. Dorośli chyba zatracili tę umiejętność. Mimo iż niebo gęste od chmur, powietrze nabiera temperatury błyskawicznie. Nawet gdy odrobinę powieje wiatr, powietrze zdaje się tkwić w miejscu. Po raz wtóry kwitnie magnolia – widać nie zaspokoiła apetytu na piękny wygląd i raz jeszcze chce zachwycić. Boczną furtką wylewa się z osiedla uroda i podąża gdzieś, gdzie cywilizacja brutalnie zdeptała nieużytki, a beton zajął miejsce chwastów. Pokrzywę łatwo nazwać chwastem, ale rumianek? Dziewannę? Dziurawiec? A głogi i dziką różę? Ech!

piątek, 10 lipca 2026

Śluz na śluzie? Niechybnie chybocąc się zakwitły kwity!

 

Bujna dziewczyna o rozkołysanych pod luźną bluzką piersiach szła na przystanek, przyprawiając mnie nieomal o chorobę morską – przed oczami falowały mi te piersi, a za plecami słońce tylko czekało, żeby mnie oślepić na dłuższą chwilę. Gadułka przesiadła się na rower i niechybnie zbijała wagę, chcąc przejść do niższej kategorii. Może zaplanowała jakąś walkę na jesień? Na razie ziewa okrutnie i przypomina mi pasącego się planktonem wieloryba. Mimo wakacji i wczesnej pory do autobusu wsiadł Melancholijny Karampuk z odkrytymi nogami, w kozaczkach i bluzie z kapturem, zapewne chcąc ukryć piękną, choć smutną buzię. Śpiący Królewicz stojący w przejściu łaskawie pozwolił, by pasażerowie przepchali się obok niego i dopiero wówczas wysiadł.


Wrony obsiadły co wyższe gałęzie uschniętego drzewa i udają czarne, toksyczne liście. Chmiel wspina się gęstwiną samosiejek mirabeli i robinii, którymi zawładnął już do cna. Na bulwarach po raz kolejny buduje się Wielki Weekendowy Paśnik. Nieogolony chłopina w sweterku w biało-czerwone pasy wykonuje tajemniczą, selektywną zbiórkę chwastów. Wyrywa tylko wybrane, wyrosłe w szczelinie między murem, a chodnikiem Przytroczona do dwóch husky pulchna kobieta o białych łydkach robi za tobogan i idzie po krawężniku, wleczona przez odkarmione psiska. Na balustradzie nadrzecznej znów trafiam czaplę. Gdy wyciągam telefon drobi ze trzy kroczki, jakby zapragnęła zbliżenia podczas sesji. Nie podchodzę bo po co płoszyć – sama wybrała bezpieczną odległość i mi to wystarcza. Samotna komarzyca przygląda mi się zza podwójnej szyby i chyba coś usiłuje, ale bez skutku.

czwartek, 9 lipca 2026

Zebranie żebrzących o żebra zebr na zebrze.

 

Ze ściany kościoła znikł obrazek starszej pani robiącej nago ale z zachowaniem skromności czarno-żółty szal na drutach. Dziwne bo pozostałe maziaje zostały. ACAB na przykład. Znów zacząłem czytać powtarzające się napisy, co zaowocowało podejrzeniem, że licznie pojawiający się w Mieście pakiet liter LUSTRO, względnie MIRROR, jest podpisem sprawcy (trudno napisać twórcy – ot, kolejny pomazaniec bez talentu), podobnie jak FILOZ, GUSAR, czy 032. Na żeliwnej rynnie znajduję naklejkę – zakapturzony kontur postaci w czerni, zamiast twarzy posiadającej pionowe oko. Skojarzenie z hieroglifem egipskim było niemal pewne, aż dziw, że w Dolinie Królów jeszcze go nie odkryto. A może jednak? Nie poświęcałem ani krzty czasu na studia tego pisma.


- Nie da się uniknąć subiektywności w tworzeniu. Myśl podróżna, jakich wiele, zapłodniła miałkość moich dzisiejszych spostrzeżeń i dojrzewała we mnie meandrując. Każdy jest skazany zarówno na swój talent, jak i ograniczenia, a wszystko co powstaje, jest skażone autorskim filtrem. Odbiorca ma ten sam problem, więc odbiera cudze twory cedząc wrażenie przez gęste sito własnej osobowości (osobliwości?). Stąd jednych coś śmieszy, innych oburza, obraża, albo zniechęca. Widzę to przez pryzmat ciała które sam uważam za świętość. Cud tak doskonale przemyślany, potrafiący się leczyć i naprawiać, dawać schronienie, ciepło i energię życiową. Trudno wymyślić lepsze warunki do przechowywania umysłu i życia. Istny ideał bioinżynierii. A ideałów się nie poprawia bo można jedynie rzecz spieprzyć.


Dlatego kaleczenie ciała piercingiem, tatuażem, czy czymkolwiek innym, uważam za gwałt na ideale. I choćby nie wiem jak wysmakowany był ów filigran, to jednak zniszczył ciało, które usiłuje się bronić. Po zdjęciu kolczyków, dziura w uchu potrafi się zasklepić, jak każda inna cielesna rana. Infekcje po wykonaniu ozdób są przewidywalną konsekwencją napaści i amatorzy tak przekłuwania, jak i malunków naściennych, są ostrzegani, że układ odpornościowy ich organizmu może się bronić i zrobi to, ignorując „wolną wolę” przyszłego nosiciela. Powikłania po autoagresji, tak jak po każdej operacji mogą wystąpić. Malarze cieleśni uprzedzają też, że na ciele człowieka są strefy, gdzie ból jest bardziej dotkliwy niż gdzie indziej i dla początkujących z samogwałtem odradzają te lokalizacje, żeby ich ciała „przyzwyczaiły się” do bólu. Czyli ból jest faktem, uszkodzenie ciała także, powikłania (jątrzenia, zaczerwienienia i infekcje oraz związany z tym zakaz moczenia i konieczność utrzymywania świeżej rany w sterylnej czystości również). Dyskutowanie z faktami uważam za niesmaczne i głupie.


Z medycznego punktu widzenia tatuaże zwiększają ryzyko raka wg badań przeprowadzanych w różnych krajach o około 30% w zależności od rozległości malunku i koloru wybranych farb (czarna zabija najmniej skutecznie). Gdy rak zabija co czwartego człowieka (niektórzy twierdzą, że nawet co drugiego) zwiększanie ryzyka na własne życzenie stanowi jakąś formę samobójstwa rozłożonego w czasie. Mało tego. Wg lekarzy niektóre zabiegi nie mogą zostać wykonane, gdy skórę pokrywa tatuaż, bo istnieje za duże ryzyko wprowadzenia infekcji w układ nerwowy, czy krwionośny, więc kaprys żywego dzieła sztuki wymaga zmiany sposobu leczenia/znieczulania organizmu podczas operacji.


Ta „moda” zdumiewa mnie, szczególnie, kiedy amator uszkadzania ciała okazuje się być „eko” - czyste powietrze, woda z filtra, zdrowa żywność, zielona energia, naturalne i biodegradowalne materiały na ekskluzywną bieliznę do wglądu wyłącznie dla wybranki, a tu chemiczna szpryca - bomba z opóźnionym zapłonem wstrzyknięta w to wypielęgnowane, starannie chronione przed szkodliwością otoczenia ciało. Okropieństwo. I niech pluje kto chce – zdania nie zmienię. Można malować tynki kaplicy sykstyńskiej, płótna na blejtramie, deski ikon, serwetki w knajpie, szkło i kamienie - wszystko, tylko nie ciało. Oczywiście moja opinia jest moja i dla mnie, a każdy urządza sobie życie po swojemu. Niech! A co! Powody żeby być sceptycznym mam. Jeśli ktoś ma powody, by nosić na sobie modern-art – niech nosi i oby jej/jego (damy naprzód) ciało udźwignęło ciężar sztuki. Ja nie potrafiłbym tak dobrać obrazka, żeby pasował mi w wieku lat szesnastu, trzydziestu i sześćdziesięciu i nie budził uśmieszku politowania.


PS-1 Faceci to jednak straszne szuje. Damy naprzód, bo kto wie co czai się za węgłem. Łajka w kosmosie? Suczka na zwiad zanim ogary pójdą w las!


PS-2 Ilekroć napiszę źle o facetach, echem wraca milcząca aklamacja. Napiszę źle o kobietach – echo dudni oburzeniem.


PS-3 Może napisać coś dobrego o facetach? Trochę strach…


PS-4 i 5, to już playstation w coraz doskonalszych odsłonach i trudno mi rywalizować z zaścianka świata. A jednak urodziłem kolejną myśl – Na zewnątrz zwykłem ukrywać naturalny zapach ciała – mnie. Nieświadomie. Nie wiem dlaczego. Może boję się węchowego obnażenia przed OBCYMI? Jak pachnę/smakuję/jestem odczuwalny? To dane wrażliwe i tylko dla wybrańca (znaczy wybranki, żeby nie pozostawiać niedomówień). Można mnie zobaczyć i usłyszeć – pozostałe zmysły mają ze mną kłopot – ukrywam się! Mimikra. Mało kto może mnie dotknąć/zwęszyć/sprawdzić jak smakuję. Poczuć? Nie wiem, czy chcę aż tak się obnażać!

środa, 8 lipca 2026

Ekstrakt podsumowujący głosowanie decydentów.

 

    Po co komu poseł, który nie przychodzi na głosowanie ustawy regulującej życie trzydziestu siedmiu milionów podwładnych? Po co komu reprezentant narodu „wstrzymujący się od głosu”? Jeśli nie ma własnego zdania, czy nie lepiej byłoby, żeby opuścił zgromadzenie i pozwolił rządzić tym zdecydowanym?

W czas suszy w buszu szył z kuszy w uszy tuszy.

 

Kierowca powoził tak, jakby zamierzał wytrząsnąć mi spomiędzy uszu zapodziane tam sny niedośnione. Skąd miał wiedzieć, że nie pamiętam ich regularnie?


Nawiedzona sprzątaczka zdmuchuje maszynowo opadłe kwiaty lipowe ze żwirowego chodnika cały ten pył strącając do Rzeki. Gdzie w tym logika tego nie wiem. Grunt że chodniczek wysprzątany pięknie być może na przyjazd „specjalnych gości” , którym lipowy susz szkodzi na buty. Wiatr zaciekle usiłuje powstrzymać Rzekę przed wypłynięciem z Miasta. Wieje pod prąd i unosi poruszone przez sprzątaczkę drobiny. Kurzawa jak podczas piaskowej burzy. Na moście mija mnie kolarz-wędkarz o wzroku doskonale martwym. „Hybrydowe” podejrzenia rodzą się we mnie – albo się naćpał albo zamarzł na brzegu. Może jedno i drugie? Zombie pedałuje niemrawo a ja na wszelki wypadek trzymam się z daleka. Z gęstej korony wiązu śmieje się ze mnie dzięcioł zielony – nie sposób dojrzeć szydercy, ale ja już rozpoznaję śmiech sprawcy. I wiem, że mieszka na wyspach, całkiem niedaleko stąd. Tam, skąd wyjechał dostawczak z rejestracją D0 MASS. Młody brodacz w letnim stroju marznie usiłując w kieszeniach szortów schować ręce aż po pachy – bezskutecznie. Szczur ostrożnie pobiegł do śmietnika na drugie śniadanie, a kopciuszek zamerdał do mnie ogonkiem, ale to nic nie znaczy, bo kopciuszki merdanie mają w genach. Coś jak oblizywanie się podczas jedzenia pączka – niby się da, ale komu się udało, ten bezpowrotnie utracił przyjemność jego zjedzenia.


PS. Christopher Paolini, Dziedzictwo: Wolałbym żyć w czasach pozbawionych historycznych wydarzeń – ja też…

wtorek, 7 lipca 2026

Sprawnie sprawiłem sobie prawie prawdziwe prawidła.

 

W autobusie pachniało mydełkiem i ciepłymi preclami, ale piękna pani z deficytem podbródka ignorowała aromaty, pochłonięta bogactwem życia wewnętrznego. Nawet tajemnicza rejestracja D0 YATAN nie wytrąciła jej z letargu. Medytowała?


Zaplątana w dzikie wino sikoreczka okrzyczała mnie okrutnie, że się gapię, kiedy ona przedziera się przez zabytkowe niewątpliwie pnącza, kryjąc się pod liśćmi. Druga uwijała się na ciężarnej ulęgałce i tylko cmokała na mnie (chciała mnie zeżreć?). Na bulwarze grasował jawnie z siebie dumny gołąb. Chyba właśnie zmotłoszył gołębicę ku obopólnej satysfakcji. Ona właśnie kokosiła się w trawie, gruchając i poprawiając piórka, on napuszony, drobił kroczki wokół wybranki i świata poza sobą nie widzieli. Mnie także nie.


Kamienny święty, oflankowany aniołami, zerkał z cerkiewnego gzymsu, podpierając się laseczką. Wpatrywał czegoś na chodniku i wyglądał jakby chciał komuś napluć na głowę. Na wszelki wypadek przemknąłem przeciwległym chodnikiem. W dzielnicy Boga tramwaje okrutnie piszczą. Tory wiją się między świątyniami nieustannie skręcając. Gdy przemnożyć ów jazgot przez natężenie ruchu godne wakacyjnego tłoku na przejściu granicznym w Dorohusku, nic mniej jak długa przerwa międzylekcyjna w podstawówce nie osiągnie podobnego stężenia dźwięków. Nim przejdę jeden przystanek pieszo, regularnie mija mnie 5-7 tramwajów, a czasem więcej.


Radio zadrżało: „Ostrzeżenie IMGW - susza hydrologiczna postępuje”. I jak mam skonsumować tę informację? Wykopać transzeję i Bagnet na broń! Szkoda krwi? Tamę dla wód płynących mam postawić, żeby więcej zostało dla mnie? Trudna sprawa. Wiem przecież, że są „zbiorniki retencyjne”, w zamyśle zbudowane na czasy ekstremalne – czyli, jak jest zagrożenie suszą – wypuszczamy zgromadzone zapasy, a jak jest zbyt mokro, to zbieramy nadmiary. Tymczasem po zbiornikach latem pływają żaglówki i motorówki decydentów i niech sobie „susza hydrologiczna postępuje”! Niech „Wisła notuje rekordowo niskie poziomy”. Koszmar! A przecież wystarczyłoby zbiornikom pozwolić robić to, do czego zostały zbudowane – zbierać wodę w sezonach ekstremalnych opadów i oddawać ją rzekom podczas okresu suszy. Nic więcej. Tymczasem susze nękają wszystkich, a po nich (cóż za zaskoczenie), nieuchronnie następują powodzie, gdy zbiorniki przeleją się wierzchem. Zeszłoroczną powódź osłabił wybudowany, „jeszcze ciepły” suchuteńki zbiornik Racibórz, mający „zbierać wodę” latami. Cóż… Wypełnił się w trzy doby. Skoro susza, to czemu zgromadzonej rok temu wody nikt nie wypuszcza? Lepiej żeby uszła górą po jesiennych burzach? A niech tam po nas choćby potop! – niech spłoną lasy – kto nie lubi dobrze wysmażonej dziczyzny zgrillowanej z grzybkiem w asyście leśnych ziół?


    Wracając potykam się wzrokiem o młodą damę w dresowych spodniach. Spodnie są grube, szare i mają różowy napis rozciągnięty między biodrami – SUGAR. Żeby nie było skojarzeń z porzekadłem smaruj dupę miodem, a ona i tak gównem śmierdzi, napis był rozciągnięty z przodu. Potem jeszcze rudowłosa bogini (nieco antyczna) usiłowała mnie poderwać NA MÓJ BUKIET SŁONECZNIKÓW. Ech!