piątek, 13 marca 2026

Twój wójt.

 

Pękły pąki na czarnym bzie i gałęzie zazieleniły się „testując” wiosnę. Żywopłoty berberysowe nabrały wiśniowej barwy, a wierzby od jakiegoś czasu pysznią się żółcią witek. Na rekultywowanym wysypisku podglądam martwe (zmartwione?) drzewa. Miasto uśmierca nie tylko ludzi.


Chyba-małżonka kierowcy dziś najwyraźniej nie spieszy się nigdzie, bo zawodowiec karnie stanął w kolejce za autobusami innych linii i ani myśli szaleć. Jedziemy w kolejce, jako trzeci wagonik, a za nami powinny być jeszcze najmarniej dwa. Rozkład jazdy ułożony jest tak, by hurtem pchnąć w trasę wszystko i mieć kwadrans spokoju. Po co, to już nie wiem, ale składy podróżne kursują regularnie siejąc grozę na buspasie. Chyba-małżonka, dziś w permanentnej czerni, spod której ostrożnie wynurza się biel bielizny, co skłania mnie do dumania, czy bielizna musi być biała, oraz czy pozostałe kolory powinny posiadać odrębne miano. Rzecz mnie przerasta, więc szukam łatwiejszych łupów. Blondynkę z długim końskim ogonem samozwańczo ochrzciłem Płowa, co natychmiast zwiększyło jej atrakcyjność. Wysiadając merdała tym, co ewolucja zostawiła jej z ogonka i muszę przyznać, że to były fascynujące manewry.


Zerkam na dwie, zaangażowane elektronicznie kobiety. Jedna pali, druga gada, a obie w pikowanych kurteczkach, na które wywaliły wielkie kaptury z warstwy głębszej. A potem na panią, co założyła płaszcz długi do kostek i z rozcięciem, w którym pupa swobodnie się mieściła. A skoro tak, grzechem byłoby na tyłek wciągnąć coś więcej jak leginsy. Damską monotonię przerywa „siedzący” na ławce pulchny kartonik śmietanki 18%. Sąsiednią ławkę okupuje granatowa kapota rzucona bezładnie. Ludzie stoją, rozglądają się niepewnie. Najwyraźniej konkurencja speszyła chętnych na czekanie w pozycji siedzącej, bo nikt nie atakuje bezczelności blokującej miejsca.


Radio przynosi mi fascynującą informację na temat prezydenta z ust samego premiera – podobno „polska ulica zastanawia się, czy to zdrada”. Ciekawe, kiedy pan premier był na ulicy i rozmawiał z prawdziwym „zwyklakiem”? Zapewne w czasach zamierzchłych. Prędzej w gębę ulicy wpycha swoje opinie w ten sposób zabezpieczając się przed nieuchronnym, prokuratorskim oskarżeniem o zniesławienie głowy państwa. Chyba chodziło o te miliardy, które zamierza (za zgodą UE) ofiarować Krainie U i francuskim, czy niemieckim firmom zbrojeniowym. Ja się nie zastanawiam. I nie wiem, czy jestem ulica.


    Z powrotnym kursem dzieje się mnóstwo.

    Spoza olbrzymiego tornistra atakują przestrzeń kończyny całe na różowo i kitka, która dopiero ma być końskim ogonem. Gdy w końcu zerkam na obrazek z przodu zaczynam się uśmiechać. Dziewczynka szczuplutka, z długimi rękami i nogami podryguje, gestykuluje i tańczy, śpiewa, rozmawia ze sobą i wzbudza taką masę radości, że trudno się nie uśmiechnąć. Pani siedząca obok mnie i wtulona w torbę z kotami (wzór z Temu) nie widziała dziewczynki, a na mnie patrzyła podejrzliwie. Spoważniałem, szczególnie, gdy zobaczyłem gościa w rozmiarze uzasadniającym telewizory powyżej siedemdziesięciu cali. Gość szedł tuż za zgrabną dziewczyną w szarościach i chyba żal mu było, ze nie idzie obok. Współczułem jemu i jej, na wypadek, gdyby jednak doszło do czegoś więcej jak marzenia. Cóż taki kruchutki dmuchawiec miałby do gadania w obliczu pożądania wszechświata?


    W autobusie ogłusza mnie i oszałamia podsłuchany fragment rozmowy telefonicznej. Nastolatek, z tych młodszych, informuje kogoś, że do szkoły zrobił sobie tort. We łbie szukam podejrzeń, ile czasu na to poświęcił, gdy okazuje się, iż chodziło o tost. Z parówką… Czytająca książkę dziewczyna nie udźwignęła kozackiej paplaniny i przeniosła się na drugi koniec autobusu, by móc w spokoju poczytać. Przede mną stanęło wyblakłe małżeństwo z wózkiem. Stroje, cera, nawet oczy mieli wyblakłe i skryte za okularami. Chyba w eskalacji rodzicielstwa przekazali wszystko, co mieli dziecięciu.

czwartek, 12 marca 2026

Szynka na szynkwasie, baranina na barze i konto na kontuarze.

 

Chmury robią co mogą, by utrzymać noc przy życiu, jednak dzień brutalnie rozwiewa złudne nadzieje i gasi zapędy bladego sierpa księżyca.


Kobieta z kurzajką nad górną wargą śmieje się widząc, jak w biegu zmieniam środek transportu z autobusu na tramwaj. Nie przeszkadza jej to wcale pochłaniać analogowego papierosa. Pustawą ulicą maszeruje nastolatka z nosem zatopionym w zeszycie. Z wrodzonej ostrożności przemieszcza się ostrożnie, niczym ptak brodzący, albo człowiek spacerujący w płetwach. Przede mną siedzi pani w okularach, słodko pachnąca świeżym pieczywem i trochę papryką. Przecież jej nie ugryzę, moje „okno żywieniowe” otworzy się dopiero za trzy-cztery godziny.


Sukcesy komunikacyjne sprawiły, że na Nóżkę nie mam dziś co liczyć. Na tańczącą baristkę zresztą też. Samoloty tną niebo, jak tort urodzinowy, choć nie wyobrażam sobie, żeby ktoś samobójczo chciał zdmuchnąć świeczkę słońca, które nieśmiało zabiera się za liczenie cegieł w murze, zaczynając od góry. Słabo mu szło, bo aż niebo się rozpłakało.


    Obok autka z rejestracją V9 KASIA przejechało D5 AMON. Za kierownicą pierwszego dostrzegłem solidny kawał kobiecości nie zanieczyszczony towarzystwem, kierowca drugiego umknął nierozpoznany. Ale czego wymagać od egipskiego boga, czy demona, gdyż Wiki nie potrafiła z tablic wyczytać o którego osobnika chodziło.

środa, 11 marca 2026

Gardło gardzi gardą.


Chyba-żona kierowcy spieszyła się dziś, więc ów dokonywał cudów na trasie. Na pożegnanie dostał buziaka, więc pewnie się udało, a pani zanurzała się w codzienność najwyraźniej usatysfakcjonowana i kręciła kuperkiem, co chyba-mąż mógł oglądać tylko we wstecznym lusterku. Ja swobodnie zaliczam dwie kontrole w dwóch środkach transportu. I trafiam gościa, który zwyczajowo uzupełnia płyny bezprocentowym piwkiem z puszki. Nosi spodnie z napisem pitbull i kurtkę zdobną w napis amstaff, więc pewnie praktykujący weterynarz, albo pracownik schroniska dla zwierząt.


Doskonałość uwielbia przechadzać się w trójkach, nic więc dziwnego, że pani zdolna do wszystkiego miała asystę w liczbie wystarczającej dla Absolutu. Spod czerni rajstop, na udzie czaił się las. Udo było dorodne, mieszczące różnorodność dendrologiczną, a gatunków sam rozpoznałem więcej, niż magistrat chce rozrzucić w przestrzeni rynkowej, wzbudzając ambiwalentne uczucia wśród mieszkańców. Bo niby dlaczego robinie akacjowe, już uznane za gatunek inwazyjny, bo czemu zasłaniać piękne elewacje kamienic, bo w końcu sto toalet dla piesków, to gruba przesada jak na tak niewielką przestrzeń, która mimo natłoku turystów nie posiada porównywalnej bazy fizjologicznej dla ludzi.


Wystawę sklepu z kosmetykami naturalnymi zdobi łeb słonia w ciemnej zieleni. Nie bardzo wiem, jak się to ma do pochodzenia kosmetyków, ale mój nienasycony umysł błyskawicznie podrzuca propozycję maseczki z mózgu słonia, która co prawda rozumu użytkownikom nie przyda, ale może choć cerę wygładzi. Masaże/biczowanie trąbą? Nóżkę bezstresowo spotykam pomiędzy salonami. Rozkoszuje się wonnym papieroskiem, ja sczytuję (nie mylić ze szczytuję) z ogrodzenia budowlanego menu festiwalu jazzowego. Jakiś psiak, którego przodkowie regularnie popełniali mezalianse, obszczekuje rowerzystę, za co zbiera wiązankę „wyrazów” zarówno od właściciela, jak i cyklisty. Ćwierkanie zyskuje na różnorodności, co cieszy niezmiernie.


    Wracając zatłoczonym tramwajem, nosem niemal wbity jestem w profil dziewczyny. Nie ma makijażu, własne pazurki wolne od lakieru, zero biżuterii… No właśnie – zero. Za to w uszach sieczka. Kilkanaście kolczyków deflorujących uszy w nieprawdopodobnych miejscach. Popołudniami skokowo rośnie liczba ciekawskich pępków zwiedzających Miasto. Z dnia na dzień ich liczba rośnie, szybciej chyba niż kwitnących krokusów. Krótkie spodenki i koszulki na ramiączkach też nie są już ewenementem nie do powtórzenia. Pośród tablic rejestracyjnych dziś taki wybryk – P7 ADHD. Przynajmniej wszystko jasne, wiadomo, czego spodziewać się po kierowcy.


wtorek, 10 marca 2026

Paralotnią wparowała para na parafię i paradoksalnie paraduje pod parasolem po parafinie.



    W pełną szklanicę nieba ktoś nocą wpuścił całą pastylkę księżyca. Ledwie pół się rozpuściło, a już całe niebo zwarzone, czyli księżyc musiał być bardzo kwaśny. Jak na ziemię spadnie serwatka w postaci kwaśnego deszczu, to się nie zdziwię, a ser (oby) zostanie dla aniołów na pyszny serniczek, względnie na farsz do naleśników. Nastrój zapewne podkręcił mi „wysokiej jakości artykuł” na WP, z którego dowiedziałem się, że boczniaków najlepiej szukać w okolicy drzew dębowych i bukowych.


    Młodziutka Klepsydra w barwach Juventusu (niewprawnym powiem, iż Stara Dama z Turynu wyznaje wyłącznie biel i czerń) operowała krągłościami z wprawą doświadczonej matrony. Pan Baryłka, że tak pieszczotliwie wyrażę się o kolosie globalnie wypukłym, przepuścił ją, by nacieszyć się widokiem, czyli jest estetą, sybarytą, a może poetą, który teraz z mozołem szuka godnego rymu do słowa klepsydra. Bo przecie nie Hydra, nie wydra, ani tym bardziej zadra. W dzielnicy Boga czas snuje się znudzony i znużony. Lekko przykurzony solidną warstwą historii i nie mniej okazałymi zamiarami na przyszłość tuła się po zakamarkach i rozszczelnia wrota świątyni. Drobna nastolatka o szmaragdowych włosach podpompowuje biuścik ciepłym, cybernetycznym dymem, obojętnie mijając pana, który w przysiadzie realizował się za krzewem wciąż pozbawionym zielonego łupieżu.


    Nóżkę trafiam tam-gdzie-należy, więc nie muszę się spieszyć, lecz uliczne pustki zniechęcają do swobodnego meandrowania. Elegancko zapadam w podwórze, gdzie wieczorem nie chciałbym musieć wpadać i obok krzewuszek drobię kroki w stronę dwóch kasztanowców. Odprowadza mnie poprawiający mi humor napis na blaszanych drzwiach – ZERO TROSK. Pobieram klucze do codzienności i beztrosko trwam w czasie teraźniejszym. Patrzę, jak błądzą ludzie, zdumieni, że nie trafili gdzie chcieli i niemal wisiał w powietrzu znak zapytania okraszony soczystym przekleństwem – GPS, gdzie to jest? Jako wielokrotny nastolatek uczyłem się trafiać do celu w sposób analogowy, bez elektronicznego wsparcia, a jedynym, stosowanym niechętnie rozwiązaniem „sieciowym” była indagacja tubylca. Wspieram co bardziej zabłąkane byty elektroniczne, z których znakomita większość zamierzała trafić w sąsiednie drzwi od tych opatrzonych napisem ZERO TROSK.


    Wracam i oczywiście penetruję wzrokiem przestrzenie. Wpada mi w oczy tablica rejestracyjna D4 KRZEM – brzmi nieźle i tajemniczo. Chwilę później w miejscu dowolnym jezdnię przebiega dziewczątko o piersiach większych od pośladków. Być może postanowiła podrasować krągłości, lecz stać ją było tylko na górę, a dół musi poczekać na kolejną transzę kieszonkowego? Cóż. Gdybym z premedytacją i świecą miał szukać podobnej urody, musiałbym zaopatrzyć się w gromnicę – nic mniej nie wchodzi w rachubę.

Systemowa empatia.

 

Twoja funkcja wygasła” poinformował mnie system i beznamiętnym głosem kontynuował:


Proszę niezwłocznie zdać służbowe wyposażenie, a następnie udać się ze znormalizowaną obiegówką do zakładowego księgowego, kwatermistrza i specjalisty do spraw żywienia, aby rozliczyć się z otrzymanych pakietów fizycznych i danych wrażliwych. Następnie lekarz oszacuje zużycie organów, płynów ustrojowych i pozostałych tkanek, obciążając bieżący rachunek.


Jeżeli zamierza pan uregulować inne, zaległe płatności, uprzedzić, pozdrowić, względnie opieprzyć kogokolwiek proszę nacisnąć przycisk „accept” i skorzystać z bonusowych dziesięciu minut na realizację ostatniej woli.


Przysługuje panu również ostatnia wieczerza, o której rozmachu zdecydują pozostałe na rachunku środki, dlatego zalecam wstrzemięźliwość ekonomiczną przed symbolicznym „żegnam”.

poniedziałek, 9 marca 2026

Masażer żeruje na masie.

 

Pół księżyca zawisło nad blokowiskiem. Przygląda mu się. Zimne, głodne i spragnione drugiej połówki (nie, nie jest sztajmesem, już prędzej nieuleczalnym romantykiem). Okna przeważnie ciemne, nie dające nadziei na rozgrzewający widok. Za nimi trwa życie utajone, spowolnione, posapujące przed ogromem obowiązków, jakie pojawią się, gdy tylko budzik otworzy oczy śpiących.


Kaczuszka w locie manewrowym ucieka przed kaczorem sunącym w ślad za nią, najwyraźniej owładnięty nieodległą wizją reprodukcji. Trudno się patrzy, bo słońce zawisło nad Rzeką i odbiera wzrok, lecz dziewczynka ucieka błyskawicznie i wciąż ma nadzieję zachować cnotę unosząc ją w przestworza. Niska pani o bardzo ruchliwych pośladkach sunie przede mną w tempie Korzeniowskiego z najlepszych lat. Na tyłku ma wypłowiałe pulchne serduszka podrygujące w rytm kroków (ani chybi - tętno ze sto pięćdziesiąt, przypadek kardiologicznie nieobojętny). Mija inną, gaworzącą grzecznie z mamusią. Wiele można byłoby o niej powiedzieć, ale nie to, że jest kompaktowa. Wbiła się w coś obcisłego, ciemnoszarego, z plamą jaśniejszego materiału na zadku, jakby chciała skoncentrować wzrok patrzących tam właśnie. Udało się. Mamusia może być dumna z pacholęcia, które już ją przerosło w każdej możliwej osi i zaparciu w demonstrowaniu wdzięków.

sobota, 7 marca 2026

Siwy Sziwa budzi Buddę.

 

    Wykupiłem w MPK bilet all-inclusive, by móc całodobowo, wszędzie i wszystkim. Więc wożę się z wdziękiem i bezstresowo podziwiam Miasto. Wystarczy zapamiętać datę odświeżania abonamentu i już.


    Pod osłoną wielkiej kuli rokitnika usiadłem w słońcu na wprost miejsca, które zasiedlała ongiś jednostka zaprzyjaźniona, gdy uznała Miasto za właściwe do kształtowania światopoglądu i przyszłości. W czas powodzi, po pępek w wodzie ruszyliśmy sprawdzić, jak się miewa jego lokum, bo wielka woda zamknęła nas w moich pieleszach, gdzie spędziliśmy tydzień. To u niego dowiedziałem się, że kobieta zawsze znajdzie możliwość odwdzięczenia się mężczyźnie, jednak mój ograniczony umysł nie odkrył, w jaki sposób miałby się odwdzięczyć facet. Mokre wspominki popełniałem na ławce unurzanej w słońcu. Bo przecież w-on-czas świat był bardziej przychylny, choć wymagający. Teraz ustabilizował się na bardzo wysokim poziomie niepewności. I każde jutro cieszy, bo nikt wiarygodnie nie obiecywał go nikomu.


    Zająłem miejsce umożliwiające także widok na wykwity z niższego komina elektrociepłowni. Wyższy komin chyba odpoczywał. Między nimi zielenił się miedziana blachą dach świątyni strzeżonej krzyżem przed wyładowaniami atmosferycznymi. Wiatr usiłował mnie zniechęcić, jednak nie dałem się. Gołębie gruchały wiosennie, starsze panie obgadywały tych, co nie mieli prawa podsłuchać ich gawędy.


    Czasy najwyraźniej zmieniają się i świat się przebiegunowuje. Świadczyć może o tym choćby fakt, że nieco zaniedbany dżentelmen, z nienajświeższą damą przysiedli na ławeczce, a gdy od ćwierkania zaschło im w gardziołkach, to dama udała się do pobliskiego wodopoju i wróciła z dwiema flaszkami piwa, które wytrąbili wprost z butelek. Moje zdumienie powinno przemodelować ów rokitnik, najwyraźniej jednak stałem się istotą dyskretną jak marmurowy pomnik.


Podłość na podłodze.

 

Nieco przemrożona nastolatka minęła obojętnie krągłego (więc cieplutkiego) faceta i stanęła dalej, na trawniku, zupełnie, jakby przystanek był zbyt mały na jej potrzeby. A może po prostu nie lubiła Szlachcianki Z Zaścianka i wolała się trzymać z daleka, na dodatek w pokaźnym (i ciepłym), męskim cieniu. Księżyc powoli zaczął zbijać wagę, choć nadal blisko mu do idealnej wypukłości.


Z autobusowego okna podziwiam posiadaczkę wiodącą smycz ku pokusom wszelakim. Jej pupil czmychnął metr niżej, w zeszłoroczne nawłociowiska i najwyraźniej dobrze mu w nich. Mijamy pole kukurydzy, jeszcze nie obsiane. Już wiadomo, że za dwa lata będzie tu parko-las z jeziorkiem retencyjnym, ale dziś wciąż jest tu obwód łowiecki. Oczyma mojej rozpasanej wyobraźni widzę myśliwego, jak oprawia ubitą sarnę dwa kroki od ścieżki rowerowej, jucha wsiąka w czarnoziem, a flaki rzuca w chaszcze obok słupa energetycznego pod czujnym wzrokiem gawronów i innych padlinożerców.


Siedzące przede mną dziewczątko z emocji zaczęło bawić się włosami, więc może myślałem zbyt intensywnie? Wkładała za ucho te włosy (żeby lepiej słyszeć) i wtedy okazało się, że środkowy palec ma pozbawiony uzbrojenia. Wyglądał tak niewinnie, rozczulająco bezbronny… pośród pancernej braci. Przydworcowi kloszardzi sprowadzają mnie na ziemię. Tu nieustająco trzeba myśleć o przetrwaniu. Sączą wprost z flaszki Żubrówkę i popijają wodą z plastiku, a humorem zniewalają co mniej odporne jednostki. Przesiadam się na tramwaj. Za mną siedzi młodziutka, można powiedzieć początkująca kobieta. Dyszy, jakby właśnie ukończyła maraton, a przecież ledwie dwa schodki się wspięła i zajęła miejsce najbliżej drzwi. Na przystanku widzę minispódniczkę i oficerki wspólnie ochraniające przeciwległe końce długich nóg w cielistych rajstopach. Wyżej? Syberia. Grubaśna kurtka z kapturem obszytym futrem nieznanego mi zwierzęcia. Ale już w południe będzie ciepło, grzech ukrywać nóżki piękne od samego rana, a może nawet wcześniej? Kolejny przystanek i kolejny kloszard-wózkers. Gestykuluje z rozmachem jakby dyrygował orkiestrą symfoniczną, przy okazji udzielając się wokalnie. Cóż. Śpiewność narodu rośnie po spożyciu napojów wzmocnionych. Na chodniku umarły dwie hulajnogi. Gołębie drepcą nieco nerwowo, lecz z szacunkiem omijają truchła. Szukają ukradkiem drobnych na choć skromne śniadanie.


Wymyślam niedokończoną mantrę marszową, pełną częstochowskich rymów, ale ważny jest rytm, pozwalający mi spotkać Nóżkę tam, gdzie należy. Znaczy pomogła uzyskać tempo marszowe adekwatne do temperatury otoczenia.


Z powodu chłodu, lodu i głodu,

Sunę do przodu.

Spomiędzy stodół

Zasysam jodu, sodu i słodu.

czwartek, 5 marca 2026

Podłość na podłodze.

 

Wieczorem, wracając do domu oglądałem wnętrze kawiarni. Na sześć parami zajętych stolików siedział tylko jeden facet… Intrygujące. A na przystanku pulchniutka pani całowała nie za dużego pana, więc nawet na palce nie musiała się wspinać. W autobusie pachniało mielonką, choć wcześniej cuchnęło moczem, czyli ku lepszemu poszło.


Rankiem, wychodząc z bramy natknąłem się na kosa. Siedziało toto na szczycie płotu obrośniętego winobluszczem i zerkało wzdłuż płotu. Zerknąłem i ja, a tam kilka metrów dalej drugi kos. Bezwstydnie gapił się na pierwszego, mnie ignorując doskonale. Poszedłem nie mieszając się w kosie sprawki. Nim wyszedłem z osiedla, trafiam na trzeciego obserwatora. Siedział na murze i sprawdzał, czy trafię do furtki. Gdy się upewnił, że nie zabłądzę, zeskoczył z muru i w podskokach udał się tam, gdzie kosy się udają, kiedy nikt nie patrzy.


Brzask chwycił się wierzchołków brzóz i ciągnął je za włosy usiłując wygrzebać z niebytu. Brunetka w rozpiętym płaszczu pełna niezbywalnych kształtów, udawała że jest ciepło, czemu przeczyły skostniałe, oszronione trawniki i wiatr wdzierający się tam, gdzie uczepiły się resztki snów. Dostrzegam frapującą rejestrację – V8 SIANO. Jaki przekaz nieść miała? Prowadząca auto kobieta nijak nie wyglądała na kobyłkę. Może po prostu chciała pobrykać na sianeczku-sianie?


Dziewczęta przesunęły tekstylną granicę wstydu tak dalece, że ich mamom pewnie robi się gorąco na samą myśl, że mogłyby tak i one. Ale przecież niektóre decydują się naśladować. Kto wie, czy nie na podstawie powtarzającej się „skromności odzieżowej” nawiedza mnie myśl, że najtrudniej zapomnieć kogoś, kto widział cię nago. Szczęściem, mija mnie tramwaj, a mi mijają kosmate myśli. Wewnątrz siedzą w zasadzie same kobiety, ale tylko jedna się uśmiecha i oczywiście ona zawłaszcza moją uwagę, całą resztę otaczając mgłą obojętności.

środa, 4 marca 2026

Wdzięk dźwięku.

 

Tłuściutki księżyc pochyla się nad sąsiednim osiedlem, widać tam właśnie udało mu się wypatrzyć coś, czego u nas nie znalazł. Świntuch? Przytrzymuję furtkę zasobnej cieleśnie, rudej sąsiadce, co (być może) wprawia ją w dobry humor, bo w autobusie podśpiewuje i tańczy rudą głową w rytm muzyki sączącej się wprost w uszy. Znów zwiedzam Miasto. Gdy ostatnie ekstrawagancje dopiero opuszczają rynek i to niekompletnie odziane, a martwe szczury kostnieją na chodnikach, kiedy niebo po jednej stronie wciąż ciemne, niemal fioletowe, a z drugiej już się przeciera do niezbyt czystego błękitu (było nie siadać na krawężniku!). Samoloty kaleczą niebo dzieląc je na mniejsze kawałki które można „ogarnąć” wzrokiem bez wrażenia, że człowiek porywa się na nieskończoność. Idę na most, popatrzeć, jak startuje kormoran, wydający się na wodzie czarną owcą pośród łabędzi i mew. Drzew wygolone na wiosnę, lepiej podstrzyżone niż szczawiki do pierwszej komunii przysłuchują się śpiewom ptasim, których różnorodność z dnia na dzień się pogłębia. Bezruch z rzadka zaburzony samochodowymi światłami, zdaje się zaprzeczać nabazgrolonemu na elewacji hasłu „Rośniemy w siłę” podpierającemu klepsydrę wpisaną w okrąg i szpecącemu jeden z niewielu budynków na wyspach. Choć idę inną trasą, a nogi skłaniają do spowolnienia, to jednak Nóżkę trafiam przy pierwszym z jego punktu odniesienia salonie sukien ślubnych. No tak – wszedłem w ten dzień wcześniej niż zazwyczaj…


    Popołudniową podróż zaczynam w tramwaju. Siadam naprzeciw kobiety o której bez kpiny ciężko jest powiedzieć „drobna”, czy „szczupła”. Pani najwyraźniej rozsmakowana w większych rozmiarach dekolt miała zgodny z trendem, demonstrując naprawdę urodziwe piersi. Miałem ja obrazić i udawać, że nie widzę? Czy gapić się i ją obrazić? Od dylematów zakręciło mi się w głowie, ale w końcu doszedłem do wniosku, że ubrała to, co chciała. Ja nie chwalę się dekoltem, bo nie bardzo mam czym. Raczej wstyd. Ale ona? Najwyraźniej uznała, że warto, więc grzechem byłoby nie skosztować (wzrokiem) tego dzieła może nie tyle sztuki, co twórczości jej rodziców.