środa, 15 kwietnia 2026

Liszka z pliszką w Szypliszkach.

 

    Znad placu zabaw unoszą się całe szwadrony baniek mydlanych. Bezzałogowo atakują balkony i dachy, jednak sposób selekcji jest trudny do zauważenia. Wiadomo. Wiatr w ograniczonej przestrzeni kręci i ma swoje humory. Sroki nie dają się nabrać na mydlany połysk i robią to, co sroki porabiają popołudniami w słoneczne dni. Pisklęta huśtane wahadłowym ruchem ćwiczą powstrzymywanie odruchów wymiotnych. A kiedy się znudzi przekopują górę piachu, którą już przekopali wczoraj i przedwczoraj. Trudno przypuszczać, że jakieś skarby się kryją pod nim, gdy niestrudzone zastępy forują tę ruchomą wydmę. Psowaci prowadzają swoje utrapienia na niespieszne okrążenie osiedla drogą znaną do obłędu – trzy razy na dobę to samo kółko – zmieniliby choć kierunek ruchu, bo przecież to nie jednokierunkowe osiedle. A i na koniec świata – za tory iść można, gdzie już zapewne ziarnopłon i fiołki, samosiejki mirabeli i głogów zawodzą aromatem pełnym słodyczy i zderzyć się można z sąsiadem dawno niewidzianym, albo sąsiadką wiecznie zakrzyczaną przez czworonoga. Tylko komu się chce? Na osiedlu rozmaitość świergotliwa dokazuje, gdy tylko szpaki przestaną gwizdać, a wrony rechotać. Po niedawnych świętach szyby w oknach wciąż błyszczą więc słońce atakuje zajączkami, szukając kogoś, kogo ruszy i zgodzi się wyjść naprzeciw.


wtorek, 14 kwietnia 2026

Szerszy szerszeń.

 

    Gość był rozbudowany w udach do tego stopnia, że idąc obawiał się o prywatną elektrownię jądrową i rozstawiał nogi naprawdę szeroko, niczym bosman w czasie sztormu, żeby pokład spod stóp mu nie umknął. Patrzę na tramwajowe szyny, a one wyglądają niewinnie i gładko. Jak to jest, że w tramwaju trzęsie, jakby jechał po muldach? W galerii handlowej dostrzegam wysokopienną dziewczynę chronioną wytatuowaną nad biustem ważką. Ciągnie wielką walizę, ale wzrokiem penetruje sklepowe zakamarki wypatrując okazji. Do Tostorii wpada gość i usiłuje wręczyć obsługującej klientów kobiecie sto złotych – na posiłki dla biednych. Pani się broni, on wyznaje swoje uczucia i deklaruje, że idzie po kwiaty dla niej, tylko najpierw musi się napić wody spod ogórków, bo do czwartej rano bawił się w konsulacie.


    Wracając trafiam na chłopaka z poszetką w kolorze krawata i lakierkach, w których można się przejrzeć. Był tak piękny, że w autobusie zerkały na niego niewiasty w każdym wieku. Nawet te żujące bezmyślnie gumę. Chłopak studiował coś, co wyglądało na scenariusz sztuki i kto wie, czy dopiero nie uczył się roli amanta. Pośród mijających mnie tablic rejestracyjnych dostrzegam obok imion D0 AZJI – dostawczak sieci restauracji z azjatyckim menu – sensownie. O autobusowe szyby rozbijają się krople-samotnice, które ciężko nazwać deszczem, ale popołudnie dopiero czeka na wychodzących z pracy tubylców, więc pewnie to tylko rekonesans.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Kaszmirowy koszmar.

 

    Pierwszy raz widziałem, jak motorniczy podszedł do gościa objuczonego psami i kazał mu założyć zwierzętom kagańce, albo wyjść z tramwaju. Gość wychodząc „na spacer” z dwoma lisami oczywiście nie miał, więc wysiadł. Nie jestem wrogiem zwierząt, ale ludzi, którzy usiłują obarczyć swoją pasją innych. Naprawdę? Wycieczka tramwajem dla psa? Nawet ja, kompletny laik widzę, że im to nie służy. Podobnie jak stanie w kolejce po bułki, czy sprzęt RTV. Kozacze stada prowadzą gawędy głośno, bezwstydnie i tylko czekają, żeby się zmierzyć z kimś, kto nie dysponuje przewagą liczebną. Buta niemierzalna. Ech!


    Pani, globalnie miękka zbiegała schodami z wiaduktu SINUSOIDĄ! Ten element miała dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, gdyż po zstąpieniu z najniższego schodka bez cienia nieciągłości funkcji kontynuowała bieg w poziomie. Za to na wiadukcie trafiam panią, której czas przemalował włosy na ciemny popiel. Kobieta idzie z przymrużonymi oczyma. Czy spoza owych szparek cokolwiek widzi, tego pewien nie jestem, ale idzie na tyle pewnie, że żadnego wsparcia nie potrzebuje.


    Idę, bo pogoda, bo czas pozwala, bo mogę i chcę. Idę. Idę i myślę, a moje myśli jakoś tak mało wiosenne. Bo moje Miasto mnie nienawidzi. Nie wiem za co, ani dlaczego. Ale tak jest. Moje chodniki, po których dreptam od lat zamienia w ścieżki rowerowe, spychając mnie na peryferia. Wielojezdniowe ulice z torowiskami w środku dzieli sygnalizacją świetlną na absurdalne interwały, nie dające mi płynnie przejść jednej ulicy. Najwyraźniej płynność zarezerwowana jest dla pojazdów. Nie dla mnie. Bo kto to widział trafić dwie jezdnie z torowiskiem w środku i tylko przez nie dałoby się przejść nie łamiąc umowy społecznej? Albo skrzyżowanie, które usiłuję przebiec, żeby zdążyć na „zieloną falę” – bezskutecznie. W pół drogi na wysepce czerwień świateł wstrzymuje mnie na dwie, może trzy minuty. Wysiadam z komunikacji zbiorowej przed marketem budowlanym i co? Współczesna „inżynieria” dyplomowana, utytłana, obsobaczona medalami i Bóg wie czym – ZAPOMNIAŁA O CHODNIKU! Do marketu można wyłącznie dojechać! Dlaczego? Bo w bagażniku mieści się więcej zakupów, niż w plecaku piechura. Koszmar! Zasapałem się, więc z trudną do ukrycia satysfakcją przeczytałem na przystanku informację z elektronicznej tablicy: JAKOŚĆ POWIETRZA DOBRA – od razu mi lżej i głębiej zaciągam się tym, co mi oferuje Miasto! Może nie jest takie złe, skoro powietrze, mimo zagęszczenia ruchu i trudności paliwowych wciąż można określić, jako jakościowo dobre?

Podglądacz.

 

    Klatka schodowa wciąż pamięta twój zapach. Przechowuje go, jak skarb. W dawno już nie mytym oknie dopiero rozwiewa się twój kontur, schodzący z wraz moim po schodach. Wciąż jesteśmy uśmiechnięci, pamiętający spazmy gorączki przedświtu, gdy zaczęłaś śpiewać wcześniej niż osiedlowe kosy, a ja gasiłem krzyk gryząc poduszkę. A teraz wracam do domu, niosąc dla ciebie bułkę pachnącą ciepłem i delikatnością. Światło na korytarzu gaśnie, zawstydzone, gdy wącham swoje dłonie pamiętające pikanterię kształtu, który wymknął się z uśmiechem, pobłażliwie karcąc moje nienasycenie. Korytarz wie, bo podglądał nas przez wizjer, nie przejmując się zupełnie własną bezczelnością. Kpi, że został wspólnikiem w grzechu.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Święta świętych.

 

    Osiedlowe kosy przyglądają mi się, jakby sprawdzały, czy jestem koneserem ich porannych koncertów. Chyba zdałem egzamin, bo odprowadzały mnie zupełnie bez lęku, czy wstrętu. Dziewczę o podrasowanych brwiach sprawdzało niedzielny rozkład jazdy, dzięki czemu nie musiałem nadwyrężać wzroku. Na wysokości niegdysiejszego wysypiska śmieci dostrzegam pustułkę przyczajona na latarni. Wpatrywała się w nieużytek, z nadzieją na ciepły obiad. Na skwerach część drzew okryła się już młodą zielenią, reszta wciąż śpi a może całkiem umarła.


    W tramwaju aż tłoczno od medycznych gawęd. Z jednej strony gość poszukuje zasadności rejestracji do neurologa z terminem cztery lata, z drugiej pani cieszy się, że rejestracja na marzec 2027, to dobra wiadomość, bo zabieg niezbyt ciężki i nie za drogi, więc jakby co, to kasa w dłoń i prywatna usługa niemal od ręki. Podziwiam szmaragdowe łono zdobiące róg ulicy. Pani zaaferowana gawędą, machinalnie potrząsa wózkiem, żeby krzyk z wewnątrz nie eskalował nadmiernie i nie zaburzył smoltoku.

piątek, 10 kwietnia 2026

Jęczy zajęta jętka, że woli dowolną wolność.

 

Zuchwale wsiadam w nie swój autobus. A co! Ku zdumieniu Szlachcianki Z Zaścianka i Nowego Karampuka, wsiadam i jadę. Poranek najwyraźniej mniej obrósł rutyną, coś mnie niepokoi, więc wsiadam w „pierwszy wolny”, żeby nie marznąć pośrodku niczego. Szlachcianka intensywnie pachnie mydłem, tłumiąc wszelkie zapachy otoczenia. Na jednym z przystanków mijam piękną Golemicę, dziś bez swojego Golema, za to zajętą konwersacją telefoniczną, pozwalającą jej zignorować autobus, kwitnące we wszystkich wymyślonych kolorach tulipany zasiedlające trawnik jak szarańcza.


Czekam na krzyżówce, a Nóżka, stojący naprzeciw jak wyrzut sumienia, obnaża moją czasową porażkę. Tym bardziej, że kiedy w końcu objawia się „zielone”, przez pasy przejeżdża tramwaj, blokując przejście, a za nim nadciąga autobus, również mający apetyt na kolejną blokadę. Zgroza! Wielkoformatowe pojazdy komunikacji zbiorowej uniemożliwiają skorzystanie z praw piechocie. Wreszcie ruszam, a przede mną, szerokim chodnikiem kroczy gość rozbudowany cieleśnie, na dodatek z aspiracjami, by zająć całą szerokość chodnika. Idzie sinusoidą. Pewnie pijany. Kiedy trafiam w przeciwfazę, wyprzedam, zerkając z niemaskowaną ciekawością. Chłop wędruje z zamkniętymi oczyma! Ja rozumiem, że widok nie nastraja, ale żeby aż tak? Może mu w oczy zimno?


Za dwieście trzynaście, dziewięćdziesiąt bezpłatna gazetka zaprasza mnie na „immersyjne doświadczenia audiowizualne”. Nie wiem, czy chcę. Trochę się boję. Może poczekam, aż ktoś opowie co to było. Najwyraźniej worek ze złośliwością mi się otworzył, bo z radio dobiegła mnie idea reklamowa jakiegoś samochodu – „poszerzamy strefę komfortu”. Jeszcze nie skończyli się chwalić, a ja już miałem w głowie, że dzięki temu zabiegowi nawet zdychać można będzie komfortowo, jeśli poszerzona definicja będzie wystarczająco mocno rozciągnięta.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Misterne misterium.

 

Budzące się po zimie klony gęsto obsypały się kolorem nieco tylko ustępującym kwitnącym forsycjom i udają zmutowane krzewy. W resztkach przyrody na osiedlu ćwierka coś, co jeszcze wczoraj nie ćwierkało, a rozmaitość z dnia na dzień rośnie. Wędkarze wysiadują brzegi Rzeki, kompletnie ignorowani przez Emerytowanego Dżokeja rwącego do roboty w tempie kłusaka na derbach.


W tablicach rejestracyjnych zarejestrowałem V0 BOBR – a niech tam, czemu nie! Za to reklama naklejona na autobus zdumiała mnie do cna. Ni mniej, ni więcej oferowała e-book z zakresu sortowania śmieci. Normalnie doktorat z wywalania odpadków. Dotąd myślałem, że gospodarka odpadami, to zajęcie dla zawodowców, którzy wiedzą i potrafią. Tymczasem prasówka, którą rutynowo popełniam niemal co dnia sugeruje, że jestem głupi i nie wiem, do jakiego kubełka mam wrzucić to czy tamto. A skoro tak, to ebukiem we mnie! Niech się szkolę, żeby zawodowcy już nie musieli. Im w końcu płacą za to żeby wiedzieć, a ja muszę nie tylko wiedzieć, ale i im zapłacić. Trochę to dziwne. A skoro już grzebię się w śmieciach. Wodociągi i kanalizacja też się skarżą, że do porcelanki domowej trafia coś więcej jak balasy i jest kłopot, szczególnie, gdy trafiają rzeczy pływające wierzchem, bo zakład radzi sobie ze ściekami głębinowymi, a z powierzchniowymi już nie bardzo. I strasznie martwi ich tłuszcz, bo zakleja rurociągi. Więc jak kupka, to dietetyczna, najlepiej obciążona czymś, żeby nie próbowała stylu motylkowego.

środa, 8 kwietnia 2026

Gdy len da tlen, żelazne żelazko lenia utleni.

 

Słońce ściga się z tramwajem skacząc z okna w okno jak zajączek. Nie gardzi kościelnymi witrażami pełnymi groźnych świętych i wielkimi witrynami uniwersytetu. Niechby i Rzeka – też wystarczy, by pograć w berka i zajrzeć w oczy pasażerom z niesłyszalnym „a kuku!”. W sklepiku z magią gipsowe króliczki stojące na dwóch łapach zerkają z dumą na przechodniów, płeć ukrywając pod sukienkami. Pan zagaduje na śmierć koleżankę z pracy, więc nie wiem, czy tak ją lubi, czy aż tak nie.


Nóżka z nieodłącznym papierosem zaistniał tam, gdzie się go spodziewałem – między salonami sukien ślubnych, czyli czas, Nóżka i ja zachowujemy się statecznie, jak dorośli. Odpowiedzialnie, profesjonalnie i z szacunkiem dla otoczenia. Za to koło śmietnika ktoś narżnął kupę, podcierając się znalezionymi (zapewne w niebieskim pojemniku) papierami, co już nie wygląda na profesjonalizm, czy szacunek, choć zuchwałością jest domniemywać opinię otoczenia. Podwórkowy kasztanowiec nie wiedzieć kiedy się zazielenił, ozdabiając ceglaną elewację mchem tak sugestywnie, że niemal w ten mech uwierzyłem. W końcu ścianę tę postawiono ponad sto lat temu i swobodnie zdążyłby wyrosnąć, choćby musiał sam siebie wymyślić. Za to wróbla rodzina nic nie udaje i zaraża radością istnienia.

wtorek, 7 kwietnia 2026

Organizacja ogromnego orgazmu organicznych organów.

 

Szpaki gwiżdżą na wszystko. Arogancko. Kwitnące mirabele jakieś takie skupione, zwarte, jakby chowały się przed chłodem poranka, choć pewnie to efekt wiosennych postrzyżyn. Przypadek jadącej autobusem pani ostrzyżonej na wysokiego jeża o zafarbowanych na blond końcówkach pięknie wpisuje się w konwencję wiosennej pielęgnacji odrostów.


Emerytowany Dżokej gna nadając marszowi rytm zamaszystymi ruchami ramion z dłońmi schowanymi w rękawy kurtki. Mija Rzekę najwyraźniej zmarznięty. Za to Rzeka leniwa. Bez pośpiechu toczy wody i z turystycznym zacięciem obserwuje nabrzeża i ludzkie mrowisko pchane im tylko znanymi imperatywami do krążenia we wszystkich możliwych kierunkach. Ruchy Browna? Piękna pani zachwyca ilością zgromadzonych w sobie zapasów na czarną godzinę. Jeżeli można się spieszyć z godnością – właśnie to czyni. Na hulajnodze. Nieopodal kubłów na śmieci ktoś dokarmia szczury. Puste dziś opakowanie po pasztecie świadczy, że zwierzakom smakowało.


Nie wiedzieć czemu znienacka zacząłem współczuć kurom. Wyobraziłem sobie, jak odpoczywają po szczycie sezonu, kiedy musiały uporać się ze wzmożonym zainteresowaniem na ich produkty i teraz, nieco oklapłe, z parującymi z wysiłku łebkami (i nie tylko) siedzą na grzędach, wyglądając jak schnące ścierki. Brrr! Czyżby to wpływ działań prewencyjnych? Bo ja, nieśmiało się przyznam, że odkurzyłem odkurzacz.


    Dzień najwyraźniej usiłował. Usiłował mnie pochwycić, zatopić w poczuciu, że plany sobie, a życie tylko czeka na niespodzianki, jak niespełniona kochanka na drobne „wyrazy”. Aby mnie sprawdzić, zesłał mi wieści od kuriera, który raczył był obciążyć moją wycieraczkę paczką, która nie zmieściła się w paczkomacie – skandal? Kto produkuje takie małe paczkomaty? W trosce o zdrowie wycieraczki postanowiłem rozstać się z rutyną i uderzyłem. Znaczy zawinąłem w miejscu i ruszyłem z odsieczą. Szczęśliwie nie musiałem na Wiedeń, więc opowieść nie skończy się trylogią. Za to po drodze – kawka z mleczkiem! A tak konkretniej, to pani którą obarczyłem pochodzeniem japońsko-afrykańskim. Choć lokalizacje nie posiadają części wspólnej, to jednak ludzie sobie jakoś poradzili. Dysonans pogłębiony był spostrzeżeniem, że pani miała twarz starszą od dłoni. Ale – co ja mogę wiedzieć o Japonkach z afrykańskimi korzeniami!


    W autobusie trafia mi się mamusia przewożąca jednoosobową bryką pisklę. Z nabytej ostrożności pani usiłuje kupić bilet w kasowniku dotykając panela za pośrednictwem paragonu. Ciekawskim zdradzę, że się nie udało, ale czemu, to już nie zdradzę, bo nie wiem. Za to wiem, że przysiadł się do mnie dobrze wyrośnięty, sporo już rosnący pan strojny wierzchem w siwiznę, który pachniał zielem angielskim. Że banalne? Że mięsko lubi pójść w mezalians z przyprawą? A kto spotkał w mięsku na żywo? Nie w rosole, czy gulaszu? Za chwilę mijanka z autobusem nie stamtąd tam, tylko odwrotnie, a w nim smutna dziewczyna wpatrzona w podwójną ciągłą. Ja? Ja wolałem wpatrywać się w drobniuteńką kępkę niezapominajek, którym odmówiłem prawa do bycia przetacznikiem. Może przeszarżowałem, ale z braku dowodów winy...

Ekstrakt pełen wątpliwości teologicznych.

 

A jeśli Bóg jest takim samorodkiem, co sprawiło, że sam siebie urodził właśnie wtedy, że nie później, czy wcześniej? Nudził się w gdzieś-tam i w końcu nie wytrzymał? I co będzie, kiedy znudzi mu się tutaj?