Autobus przyjechał z mokrymi (od
zewnątrz) szybami. Pewnie brał prysznic dla ochłody przed
zbliżającym się skwarem, albo boi się zwiędnąć gdzieś na
pętli. Przez te mokre okna zerkam i czytam, co czynię machinalnie:
- My perfect
break,
- Energy for you,
- Barber shop,
- Welcome to a
better day,
- Medical center.
Naprawdę trzeba reklamować firmy i
usługi w języku obcego kraju który wyparł się całej Europy?
Dzieciaki w swoim slangu mają tak wiele wtrąceń i dziwacznych
skrótów, że trudno w tym
rozpoznać polszczyznę. Może ktoś usiłuje ukryć własne
kompleksy, brak wartości, przegiętą marżę, podłą jakość? I
po co to komu? Gówno nie zacznie pachnieć, kiedy nazwiesz je shit.
Okazała dama w bieli na hulajnodze
wytrąca mnie z zawziętości, a barszcz Sosnkowskiego kolonizujący
zrekultywowane wysypisko śmieci sprowadza na ziemię. Kępka
dziurawca osiedliła się między pasami ruchu i ściąga wzrok
ciemnożółtymi słoneczkami kołyszącymi się na wietrze. Kolejny
napis dla odmiany poprawia mi samopoczucie – kwiaciarnia nazywa się
KWIATOLUBNA. Do autobusu wtacza się dziewczątko w czerni z
metalowymi smarkami i różowiastą walizą-krową. Dziewczątko ma
na sobie tej czerni nie za wiele i pewnie resztę kryje krowa, ale
ten fragment przyszłości będzie już mógł podziwiać ktoś
odległy, bo wysiadła przy dworcu. Przypominam sobie wczoraj
widzianą dziewczynę w koszulce FC Barcelony związaną pod biustem,
by opalić nereczki. Sądziłem że na plecach znajdę nazwisko pani
Pajor, ale jednak zajął je pan Lewandowski. D0 NUGAT – stoi i
nudzi się czekając na wyzwania ze strony posiadacza. Niedaleko
nagiej babci na kościelnym murze znajduję fioletowe spostrzeżenie
artysty – SŁOŃCE ZASZŁO – kto jest ojcem i czy dziecię
zdrowe, tego już nie wiadomo. Na bulwarach szaleństwo „małej
architektury”. PIN CATERING (i inni) rozstawiają namioty ławy i
stoły, czyli kulinarne szaleństwo za chwilę się zacznie i znów
zabraknie miejsca nad Rzeką, a wielkie żarcie zbierze żniwo –
ciekawe, czy farmacja szykuje się już na wątrobiarzy, cukrzyków i
otyłych na życzenie, by zarzucić świat „wyrobami medycznymi”
i suplementami pozwalającymi zeżreć więcej i częściej.
Emerytowany Dżokej znów w siodle!
Dosiadł wreszcie, może nie szlachetnego rumaka, ale rower – cóż,
też ma siodło i potrafi rozwiać włos na wietrze. Jak
tu mieć zaufanie do knajpy crême
oferującej pierogi domowe? Już prędzej bistro
palce lizać brzmi jakoś
bardziej tubylczo, choć bar byłby jeszcze lepszy. Kompletuję
działalność literacką na tablicach rejestracyjnych P6 RANGE, D1
SENSO, V8 LAVIE, V6 FEEL. Mnożą się te wybryki literackie na
potęgę.
Wracam nadziewając się na obraz
beztłuszczowej dziewczyny pałaszującej łyżką coś dużego z
plastikowej miski-talerza. Patrząc na nią zawartość pewnie jest
dietetyczna, albo zgoła o ujemnym bilansie energetycznym. Podziwiam
pocąc się i współczując krągłościom wciśniętym w czernie,
gdy słońce potrafi wytopić wodę i tłuszcz nawet z nagiego ciała.
Przed sklepem z piwem stoi koziołek reklamowy a na nim reklama: dziś
na kranach - IPA, APA, UPA – trochę się zapędziłem, ale trafić
piwo, które smakuje jak piwo, a nie wynalazek szaleńca który po
prostu musi odcisnąć swój talent na wytworze, to już sztuka. Gdy
koncerny masowo używają żółci bydlęcej zamiast chmielu napój
staje się trudny do wypicia i trzeba szukać mniejszych browarów,
ale kto powiedział, że skórka od grapefruita, to doskonały pomysł
na piwko? Ech! Dobrze, że choć kefir zachowuje się uczciwie.