Dwa w jednym. Zaczęło się od
seksu – wiele spraw tak się zaczyna, a czasami nawet tak kończy.
W ramach porannej lektury trafiam na zaawansowany wykład dotyczący
seksu przekąskowego i dla
smakoszy. Wiadomo –
żeby zostać „ekspertem”, należy nie tylko wiedzieć, ale i
wykazać się. Najlepiej własną, chwytliwą klasyfikacją czynu, bo
w seksie ludziska wypróbowali już niemal wszystko, łącznie z tym,
żeby solowo wepchnąć sobie głęboko przez tyłek hantle dwa kilo
żywej wagi, dla wzmocnienia zawstydzonego własną słabością
jelitka (poważny niedobór żelaza w organizmie?).
A skoro już pozwoliłem się
wyedukować w zakresie przekąsek (ongiś nazywanymi „szybki
numerek”, obecnie fast-food), małostkowo pozazdrościłem i
zapragnąłem dołączyć do grona światłych, nadających ton,
nowoczesnych i otwartych na świat fachowców. Z miejsca wykryłem
mało eksploatowane płaszczyzny seksu, o których mawia się
niechętnie, albo wyłącznie w hermetycznych kręgach. Powszechnie
znany jest seks małżeński i wyrażany z lekkim przekąsem
pozamałżeński. A gdyby tak… seks przed-małżeński, względnie
po-małżeński? Ale, po co się aż tak ograniczać? Seks panieński,
wdowi, rozwodniacki, albo zgoła kawalersko-staropanieński! Niechby
rozwodnicko-przedślubny! Nie bójmy się nowego! Seks z maszynką do
golenia, albo z mikserem wolnoobrotowym, żeby przyjemność potrwała
dłużej, na ile tylko przedłużona za grosze gwarancja pozwoli!
Ileż słów można utoczyć, jak
dalece odpłynąć od natury. Terminologia zbyt trudna dla
prostaczków, niczym skwarki na ziemniakach przyda smaczku sprawom
znanym i lubianym. A potem już będzie można unieść rąbek
spódnicy i pozwolić eksperckiemu tyłkowi na szaleństwa, o jakich
jeszcze nie śnił. Ale… - bo bez takiego zawieszonego w próżni
ale
żadna eksperckość udać się nie może, gdyż życie zawsze
bogatsze jest od jednostkowych fantazji, które należałoby
przemnożyć przez te miliardy fantastów wciąż jeszcze żyjących,
iluś zmarłych, którzy pozostawili po sobie SŁOWA i IDEE, oraz SI
– kradnącą i lepiącą w całość co bardziej chwytliwe
fragmenty cudzych wynurzeń, poczynając od podejrzanych indywiduów
(przyznam się z zawstydzeniem, że bezwstydnie pasożytuje też na
mnie, wykorzystując mój brak czujności sprowokowany analogowym
życiem, bo w ciągu niespełna roku „czytliwość” bloga
przekroczyła Wasze uprzednie, dziesięcioletnie osiągnięcia i
łączne statystyki bloga właśnie dziś przekroczyły równik –
znaczy milion odsłon. Obłęd!).
Wracając do ale - seks należy do
absolutnego topu (po polsku – szczytowanie przy seksie jest
najprostsze i nie zawsze jest ścigane prawem, choć mniejszość
twierdzi, że łatwiej zdobyć koronę Himalajów niż nieudawany
orgazm), czemu miałbym udawać, że ja, jako ta anomalia zoologiczna
plasuję krzyżyk w rubryce „nie dotyczy”? Dotyczy. Wieczór miał
być kameralny i więcej upojny, a kiedy miał nastać, staranniej
niż zwykle umyłem królewskie (wg mnie) utensylia i opakowałem je
zdobnie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy woje do boju ruszą. Zawczasu
ruszyłem tzw dupę i „ogarnąłem się” – czułem się, jakbym
do pierwszej komunii szedł, albo na inne odpusty gwarantujące życie
wieczne amen. Nikt dotąd jakoś nie zapytał, co zamierzam robić
żyjąc bez końca, ale to już inny wywód/wzwód.
- Alleluja i do przodu! – krzyknął
we mnie bies podstępny, bo wiadomo, że żar piekła kusi maluczkich
tym, przed czym niebo się wzdraga. Zasiadłem między niewiastami
(szczęściarz?), a oneż lały płyny naganne społecznie w naczynia
ciut więcej niż skromne (szczęściarz?) - I cóż było począć z
tak pięknie rozpoczętym wieczorem (szczęściarz?)?
Smoltok sączył się leniwiej niż
elektroniczna muzyka, pełna jesiennych westchnień, sugerując życie
w przytuleniu, w drobnych ustępstwach, wciąż śmielej
zmierzających do celu, aby bez pośpiechu, małą łyżeczką się
nasycić, albo pozwolić się sycić zmysłom prze eko-rurkę non
stop. Ech! Dłonie upiły się najpierwsze i zapragnęły ogrzać się
na niekomplementarnej parze piersi (szczęściarz?), więc jedna we w
lewo, insza w prawo i już zaczęła gorzeć magia (szczęściarz?).
Muzyce nieco podniósł się puls, ale nikomu nijak to nie
przeszkadzało, więc, jako jedyny facet w towarzystwie
(szczęściarz?) rzuciłem zuchwałą propozycję – paliwo
rozzuchwaliło mnie, ale w końcu „ktoś musi”. Z samczą
nieczułością zaproponowałem paniom grę w „uciekaj myszko do
dziury”; eskalując zaproponowałem, by zarówno moję myszkę, jak
i owe dziury wstępnie wyswobodzić z pęt tekstylnych
(szczęściarz?). Wiem, panie w cichości ducha zapewne wolałyby,
żebym zdrobnienie przemieścił na ich stronę i spłonione
zuchwałością mą dziureczki poszczuł myszorem-potworem, o jakim
możnaby (jeśli przetrwają) snuć siejące grozę opowieści na
wieczorkach nieskrępowanych samczą obecnością, gdy już kiść
biustonoszy beztrosko zawiśnie na żyrandolu… ale cóż - fakty
niestety obnażyłyby brutalną prawdę.
Jednak równie dobrze mogłem
otworzyć piekielne wrota i zaproponować mycie podłóg świętą
wodą. Panie przystąpiły do wnikliwej analizy ad-hoc rzuconej
propozycji i zwiększyły zapotrzebowanie na płyny naganne (dłonie
mi ostygły, lekceważąco odtrącone na czas analizy). Smoltok
rozrósł się i poczułem się jednostką marginalną, wstawioną
(na pewno) poza nawias zaawansowanej strategii, jaka kluła się w
dwóch, nieco rozcieńczonych etanolem skomplikowanych żeńskich
systemach nerwowych. Żaden chłop nie sięgnie tego poziomu analizy
gry i z uczestnika zostałem zdegradowany do poziomu obserwatora (kto
przeciw-nie patrzę). Panie również miały umysły nieco skażone,
a stopień ich rozcieńczenia rósł z każdym „kluczowym”
znakiem zapytania i kieliszkiem.
Nie wnikając w etapy pośrednie
(czytelnika zwykle interesuje zwycięzca, a historia martyrologii w
siedmiu tomach wierszem służy tylko wzmożeniu napięcia, oraz
psychodelicznym historykom, względnie pisarzom) zauważyłem, że
poziom zapasów paliwa napędowego spadł dramatycznie nisko, czyli
problem nie był zaściankowy, a wręcz pochodził ze sfery
level-hard, dla wtajemniczonych wirtuozów i wymagał odpowiednio
zaawansowanej „rozkminy”. Jednostka prosta, trącona alkoholem
(grzanie dłoni dawno już straciło zasadność i stało się
bezczelną, historyczną hipotezą, trudną do potwierdzenia przez
szanujące się istoty) nie nadążała za biegłością
wyrafinowanych dyskutantek i jedyne, co dotarło do moich
sponiewieranych, zainfekowanych etanolem zwojów to dwie konkretne
konkluzje:
- Jeden samiec na dwie samiczki, to
kompletny absurd, ale gdyby odwrócić proporcje… propozycja warta
byłaby natychmiastowego przetestowania, albo przynajmniej rozważenia
(pewnie rozważanie trwałoby tydzień, ale to już akademicki
problem, być może wystarczający na otwarcie przewodu doktorskiego.
Wolałem się nie pogrążać w dywagacjach, a tym bardziej w
pytaniu, o czym właśnie dyskutują, skoro proporcje są-jakie-są).
- Seks, to waluta, której trwonić
nadaremnie się nie godzi. Na seks TRZEBA ZASŁUŻYĆ! Po coś się
tę wonną różę pielęgnowało CAŁE ŻYCIE! Na pewno nie po to,
by na życzenie, bezinteresownie szafować zasobami naturalnymi.
Ciężkie czasy i trzeba oszczędzać.
Dopiłem (modnie jest mówić -
zastosowałem) ostatnią dawkę ogłupiacza i sprawdziłem, czy na
zewnątrz funkcjonują jeszcze odwieczne prawa natury. Ale co może
wątły od zarania, męski umysł, zamroczony z premedytacją i bez
umiaru? Wiatr uwalniał pochopne myśli. Seks dla zasłużonych? O
takim żaden ekspert w spódnicy nie wspominał, żeby nie narazić
się płci, która NIGDY nie wybacza i nie zapomina tym bardziej.
Może się czegoś nauczyłem? Faceci się nie uczą! Tępi się
rodzą i tacy mrą. Ale podświadomie od wtedy staranniej dobieram
towarzystwo, w którym pozwalam szarym komórkom wymierać przede
mną. Nie wszystko człowiek chce usłyszeć.