I wtedy właśnie, Moja Pani,
poprosiła (tak to umownie nazwijmy) mnie, żebym TĘ LARWĘ…
Cóż. TA LARWA, była chyba
starsza od bałtyckiego bursztynu i ówczesnego załamania systemu
globalnej gospodarki. Zdechły ponoć wszystkie gady – Boże! Co
mógłbym zrobić, żeby teraz zdechły ponownie?! Naukowcy wciąż
się spierają, czy to było ocieplenie, czy wieczna zmarzlina
panująca ledwie milion lat, wg kalendarza istot żyjących zbyt
krótko, by to pamiętać. Świat się zwyczajnie roztopił i rozlał
się wzdłuż i wszerz – Holandia i Wyspy Wielkanocne powinny być
wdzięczne losowi, że ową niedogodność przeprowadził WTEDY, a
nie TERAZ.
Jako jednostka zdecydowanie
aspołeczna, uznałem, że to marnotrawstwo. Że bursztyn lubię?
Owszem, ale ja nie o tym. Padło wówczas więcej mięsa, niż udało
się zjeść. Może mam indiańskie (obecna nomenklatura demokracji
wiodącej napiera, że owe zaszłości są północnoamerykańskie)
korzenie, ale uważam, że Bóg dał, żebym to zjadł, ale nie po
to, by zabijać ponad możliwości żołądka (i żony – te
perfidie zawsze wiedzą jak utrafić faceta perfekcyjnie
spreparowanym kotletem! Mają to wbudowane, ale skąd te geny
pochodzą, to żadna się nie przyzna nawet na wymyślnych torturach)
Abstrahując (jeśli ktoś
potrafi abstrahować od żony i kotleta, to zapraszam do grona
ŚWIATŁYCH – przecież sam siebie nie nazwę MARGINESEM) od faktów
i domniemań, uznałem, że kolaborować należy z własnym stadem
(czytaj żoną), prawdy objawione zostawiając dla MESJASZY
(mniejszość seksualna, bezpłodni, albo nawiedzeni tak, że
przekierować potrafią popędy na idee – destylacja nie
sfermentowanych płynów, lecz umysłów). Aspirowałem, ale nie
doczekałem się odpowiedzi. Może moje CV podarła jakaś zawistna
duszyczka, której TEŻ-SIĘ-NIE-UDAŁO? W MOIM (jak naiwnie
sądziłem) stadzie, ja byłem SAMCEM ALFA, a ONA – SAMICĄ ALFA.
WADERĄ! Testosteron we mnie napęczniał, bo facet tak ma – jak
wspomni o swojej SAMICY ALFA. Barbarzyńskie, zerżnięty z jakiegoś
filmu wulgaryzm – jak rżnąć, to Księżniczki, znalazł we mnie
wdzięczną słuchawkę.
Lubiłem rżnąć! Ale LARWĘ?
„Zrób coś” było mało konkretne, za to rżnięcie, zdawało
się być pozbawione jakichkolwiek niedomówień. Posłusznie,
rozpocząłem podchody. LARWA była chyba toksyczna, bo skrupulatnie
unikały jej samice, a samce po pierwszym skarceniu dłonią w pysk
przez swoje Wadery, kwiląc jak niewinne prosięta, szukały
łatwiejszej zdobyczy. MOJA nie wybaczała porażek i zawsze
potrafiła wyciągnąć z zanadrza, czy innego lamusa jakieś
zawstydzające mnie „a pamiętasz?”. Nie mogłem się poddać.
Musiałem choć do pierwszej krwi zmierzyć się z LARWĄ, więc nie
uciekłem, tylko przystąpiłem do działań zaczepnych, przy których
„Hej Mała!” nie wystarczało. Zapewne słyszała ów tekst od
tak wielu śmiałków, że przestała wierzyć. „Hej Wielka?” –
nie warte ryzyka, a nuż uzna, że ja oszacowałem jej cielesność
zamiast na rozmiar 36, to zgoła na 58… A to już byłoby
samobójstwo z premedytacją, jakie DOJRZAŁYM nie przystoi. Niech
się tną małolaty płci nieokreślonej przed skrupulatną sekcją
zwłok.
Przypomniałem sobie resztką
instynktów, że miałem rżnąć, a nie smoltokować, jak jakiś
zacietrzewiony głuszec w rui, względnie na puszczy. Miałem zrobić
„coś”, a jeśli kobieta wyraża się tak nieprecyzyjnie, znaczy,
jest gotowa na WSZYSTKO! Nawet na „pożegnalny seks” z „idącym
na śmieć” Gladiatorem (poczytajmy mementa na nagrobkach, zanim
czas je zdezaktualizuje bez pośrednictwa sieci globalnej). Z seksu,
owszem, więcej niż skorzystałem, a ONA była łaskawa nie
skomentować nadużycia, gdyż jej płeć eksploatowałem
okazjonalnie i niezbyt ekstrawagancko, można powiedzieć zgoła, że
na zamówienie. Po zaledwie trzecim, niewieścim ”ach” do dna
opróżniłem zbiorniki paliwa i stygłem, jako niehartowane ostrze z
damasceńskiej stali. Kiedy już próżnia zadomowiła mi się w
mosznie i skolonizowała ją, anulując wszelkie doczesne granice,
zostałem poinstruowany, że a konto sukcesu zainkasowałem właśnie
zadatek (do zwrotu co do zasady), więc czas ruszyć w bój. Z LARWĄ
oczywiście!
- Wróć z tarczą – pozwoliła
sobie na chwilę słabości moja wypełniona mną Pani – i niech
twoja lanca dopiero wtedy znów nabierze szczypty ostrości.
Któryż samiec udźwignie
pochlebstwo, choćby było na wyrost? Wróć, sugerowało
przychylność dla wracającego, a tę przychylność… No, przed
dwudziestą drugą, nie godzi się głosić! Hipotetyczny uszczerbek
na psychice niedorostków ponoć powstrzymuje samorządne i
niezależne lędźwie od jawnego czynu. Ciekawe! Telewizyjne bajki
pozawalają sobie na brutalizację narybku w tempie trudnym do
porównania z „dorosłą” sceną. Bajki uśmiercają bohaterów i
inne indywidua w tempie trudnym do osiągnięcia dla dorosłego kina.
Wmawianie dzieciom, że odkryta pierś, to grzech i tajemnica, a
śmierć „wrogów imperium”, to efekt spodziewany, patriotyczny,
wręcz wymagający współudziału? Naprawdę? Odbiegłem, ale
powietrze zawierało zbyt mało wartości odżywczych, bym
zregenerował się przed wymarszem, co zostało już przyszpilone w
planie dnia Najjaśniejszej, Jedynej i Mojej. Czas rozliczyć LARWĘ!
Z jej niegodnego życia! Amen!
Szukanie legowiska LARWY, samo w
sobie staje się czynnością moralnie wątpliwą, nawet, gdy posiada
się błogosławieństwo Własnej Wadery. Jako jednostka podległa
„wykonywałem rozkazy”, delegując odpowiedzialność na
Zleceniodawczynię. I znalazłem, gdyż LARWA kryć się nie
zamierzała. Dostrzegłem ją z daleka, a feromony poprowadziły mnie
przez pole minowe wprost ku leżu, piernatom, gawrze, bo przecież
nie norze… Przed (umownie nazwijmy to) wejściem, stał karny
szereg zdeterminowanych i zdesperowanych Samców Alfa. Kulturalnie
stanąłem w kolejce, przepuszczając damy ciężarne, weteranów i
inwalidów. Damy nieco mnie zdekoncentrowały i kto wie, czy paru
małolatów nie wkleiło się w kolejkę przede mnie, ale w stale
rosnącym stadzie Samców Alfa czułem się coraz mniejszy, aż w
końcu, zrezygnowany poprzestałem na samcu, aż upadłem na dno i
zadowoliłem się pogardliwym mianem Petenta. Moja Wadera na pewno
właśnie przestała być ze mnie dumna i może nawet podkleiła gumą
do żucia podwójne dno szuflady biurka multimedialnego. Miałem
dokonywać czynów bohaterskich, być niezłomnym ułomkiem, albo
choć Zawiszą, któremu wszyscy winszują, a tymczasem byłem
kolejkowiczem, w kolejce po drobny, gratisowy pakiecik z feromonami
LARWY. Nisko upadłem i pewnie pogrążyłbym się całkiem, gdyby
nie telefon od zaniepokojonej Wadery:
- Rozum zostawiłeś w domu Mój
Ssssskarbie. Nie wysłałam cię na zakupy, więc opuść kolejkę i
wal do źródła. Masz ją unicestwić, a nie dotować darowizną
dowolnego rodzaju. A-NI-HI-LACJA! Lekceważąco podeszła do
sylabizowania owego słowa, licząc najwyraźniej, że wytrąci mnie
z marazmu zmaltretowanego długością nie mojego przecież ogonka. –
Szalikiem ją załatw, albo weź pod but, jak kpa niedopalonego!
Zresztą, sam lepiej wiesz, jak stłamsić wesz! Do boju!
I ruszyłem do boju, ale tłum
chętnych przede mną stanowił coś na kształt Międzyrzeckiego
Rejonu Umocnionego – trudny do sforsowania i pełen zagadek. Miałem
wrażenie, że nim dotrę na czoło ogonka, zdążę się postarzeć.
I chyba już zacząłem, kiedy posłyszałem kolejny telefon od
Wadery. Z rezygnacją skazańca odebrałem połączenie i potulnie
czekałem na zasłużoną połajankę. Ze słuchawki, zamiast jadu
wytoczył się jednak entuzjazm:
- Boże! Wiedziałam, że jesteś
zdolny do wszystkiego, ale zaskoczyłeś mnie absolutnie. Wracaj do
domu na kartoflankę i kieliszek czegoś pikantnego. Jestem
absolutnie zachwycona twoją inicjatywą.
- Ale, że co? – wydukałem,
nie chcąc wykazać się niewiedzą przedmiotową – Naprawdę ci
się podoba, czy sobie kpinę ze mnie urządzasz?
- Człowieku, to ty oka nie masz?
– wrzasnęła w słuchawkę – W życiu do głowy by mi nie
przyszło tak ją upaść. Niżej nie mogła, Tucznik jeden. Jest
skończona medialnie i towarzysko. Brawo Mój Panie! Jak chcesz, to
potrafisz. Wracaj szybko, żebym nie ostygła, to jeszcze ten.. no
wiesz, wracaj, po dokładkę i kawałek tortu!
Wzruszyłem ramionami, nie
wiedząc co się wydarzyło, ale z tortu , a tym bardziej z dokładki
rezygnować na rzecz niepewnego pojedynku może wyłącznie idiota.
Wracałem gdybając, marząc i nadziewając się na własne nadzieje.
Moja Wadera obiecująca słodkie i gorrrące? Pyszota! Po drodze
przez witrynę sklepu RTV dostrzegłem kurczącą się kolejkę przed
gawrą LARWY – Tłustej, szpetnej i rozlazłej. Pożarła tych co
bardziej wyrywnych i leniwie czekała na kolejkowiczów, by i z nich
utoczyć kalorii. Gdyby mnie Moja Wadera nie odwołała z posterunku…
teraz właśnie byłbym trzeci w kolejce… zaraz za tym łysym,
któremu poci się czaszka nieskrępowana owłosieniem. Sama LARWA od
tego popasu roztyta w każdej możliwej osi i w tych niemożliwych
także. Morda w telewizorze niemal rozepchnęła monitor
sześćdziesiąt dwa cale! Ale fart! Zamiast męki pańskiej, nagroda
wypipkana gwiazdkami, czy innym brzęczkiem. Śmierć pochopnym,
chwała roztropnym i opieszałym!