niedziela, 18 października 2026

Prasówka cd.

 

    1. Izraelscy osadnicy na okupowanym Zachodnim Brzegu, zaatakowali polskich dyplomatów. Czy to wciąż osadnicy, czy zwyczajni okupanci? A może po prostu barbarzyńcy?


    2. Ponętna Lopez świeci biustem. W operze. Nie, nie występuje, tylko podziwia. Chyba. Może wyznaje zasadę podziwiaj i pozwól podziwiać? Bo chyba nie chciała zrobić konkurencji artystom. Z treści artykułu wynika, że po męczącym tygodniu mody w Paryżu postanowiła przypomnieć Amerykanom, że wciąż posiada biust.


    3. Gry wojenne na dożynkach? Wójt wyzwał na pojedynek jednego z gości, a gdy stanęli do zwarcia niemal rozpętali trzecią światową! Gdyby nie dzielne babeczki z Koła Gospodyń Wiejskich musiałbym wyjąć z szafy plecak ewakuacyjny i umierać z zimna i głodu gdzieś w podmiejskich lasach. Brawo dla pań za waleczność.


    4. Ongiś, pani Megan Fox, udając licealistkę, pływała nago w jeziorze. Nie wiadomo, czy bardziej w jeziorze, czy na ekranie, ale jednak. Zdarza się. Poza tym może już się przedawniło, bo minęło siedemnaście lat. Teraz zamierza utrwalić w widzach ów obraz i dokręcić część drugą, ponoć z innej perspektywy. Może zdjęcia kręcone będą z dna jeziora? Ma być horror o zabarwieniu erotycznym. Jeśli wciąż będzie licealistką, to doprawdy osiągnie tak perspektywę, jak i wrażenie. Czy horror, to się dopiero okaże.


    5. Import towarów z krajów Mercosur nie wzrósł, jak twierdzi jedno z ministerstw. Za to przybyło przybyszy z tamtych stron i to wyraźnie widać na ulicach, choć żaden minister tego nie twierdzi.


    6. Z Ukrainy jeszcze sprawniej importujemy uchodźców i równie cicho. Kolejki na naszej wschodniej granicy wymagają czterdziestu godzin oczekiwania na odprawę, choć w przeciągu doby odprawia się 3700 samochodów osobowych i 3000 ciężarówek. Dopiero z wakacji się zjeżdżają?


    7. Mieszkańcy drżą! Nie, nie z zimna. Ze strachu! Bo sezon grzewczy się zaczął i rachunki spadną na nasze łby równie nieuchronnie jak podatki. Za każdym razem zastanawiam się, czemu grzejniki wiszą na zewnętrznej ścianie mieszkania i znaczna część ciepła ogrzewa elewację zewnętrzną, a nie wnętrze, ale nigdzie nie znalazłem odpowiedzi, dlaczego tak jest.


    8. Kozackie drony poleciały na Petersburg. Duma, bo trafiły w port i w most. Coś tam trafiło też w Litwę i Lubelszczyznę, czym jakoś nikt się nie chwali, ale śledztwo pomagają prowadzić nasze służby, więc na pewno dowiemy się kto i dlaczego Putin miał się znienacka rzucić na Litwę i Lublin. Atak na infrastrukturę cywilną jeszcze niedawno nazywany był terroryzmem, któremu Wielka Ameryka wypowiedziała bezpardonową wojnę. Teraz milczy, podobnie, jak milczy w kwestii mordowanych Palestyńczyków. Ciekawe, że bohaterskie ataki na infrastrukturę rosyjską spotykają się z bestialską odpowiedzią Kozaków, ale nigdy odwrotnie. Dopóki nasi Nowi Bracia nie zaczęli nękać cywilów mówiących równie piękną cyrylicą, mieli poza linia frontu względny spokój. Teraz mają przed sobą bardzo nieciekawą zimę.


    9. Sport musi być, bo przecież! Pani Lewandowska jest zasmucona przeprowadzką za kontraktem męża do Chicago, bo dzieci muszą znaleźć nowe koleżanki w nowej szkole. Na szczęście – są telefony i z tymi starymi nadal można pogadać. Stare koleżanki są z Barcelony; te jeszcze starsze z Dortmundu, czy Monachium pewnie odeszły już w zapomnienie, że o Pruszkowie napomknę półgębkiem i nieśmiało.


    10. Reklama również musi się w prasówce objawić, bo bez niej nie działa nic. Gracze nie zagrają bez sponsora, byle film wymaga ich z pięciu by zaszczycić ekran TV, a bez czterech hojnych darczyńców nawet prognoza pogody się nie sprawdzi. Ostatnio atakuje mnie reklama plecaka ewakuacyjnego wprost z telewizora, a może wręcz z GOV.PL? Wejdź na stronę i sprawdź, jak spakować plecak! Nikt nie mówi, czy trzeba uciekać na dwie godziny, dwa dni, czy na zawsze, a przecież w zależności od przewidywanej długości delegacji, plecak pakuje się inaczej. Nikt nie mówi, przed czym, ani przed kim trzeba uciekać. Z pożaru ratować trzeba dokumenty, pamiątki i drogocenności, a potem wiać tam gdzie nie przypiecze tyłka. Z powodu alarmu lotniczego trzeba z miejsca wiać do schronu i zabrać butelkę wody, może tabliczkę czekolady. Kto wie, czy w ogóle taki schron w Mieście istnieje? Nikt nie mówi, jak przetrwać w naturze dzień, bądź tydzień, a przecież godzina przy otwartym oknie wystarcza, by zmarznąć, choć zima dopiero przed nami. Więc gdzie uciekać? Jak zdychać, to godziwie, we własnym domu. A nie uczyć się rozpalania ognia na chłodzie i o głodzie.

sobota, 17 października 2026

Jubiler.

 

    Wyglądała, jakby zapałała miłością do mocnego makijażu. Twarz miała szarą, powykrzywianą, udawała, albo faktycznie mnie nie widziała. Kucnęła i zaczęła krzyczeć. Podbiegłem, zorientować się o co chodzi. Kolana rozsunęła szeroko, podciągając kieckę wyżej, niż można w przestrzeni publicznej. Kucnąłem obok, ale tak, by nie podejrzewała mnie, że chcę jej pod spódnicę zajrzeć. Położyłem jej dłoń na ramieniu. Popatrzyła nieprzytomnym wzrokiem i szepnęła:


    - Nic nie mów! Błagam.


    Towarzyszyłem jej w milczeniu, a ona najwyraźniej usiłowała coś wydalić. Wreszcie krzyknęła głośniej i o chodnik uderzyło coś małego. Urodziła kamień i od razu jej ulżyło. Tylko pot spływał jej po twarzy, która wreszcie zaczęła przyjmować kolory. Machinalnie podniosłem noworodka i oglądałem go z małpią ciekawością.


    - Mogę? - zapytałem, a pod wpływem jej wzroku zarumieniłem się.


    - Bierz – wzruszyła ramionami, wstała, poprawiła mocno pomiętą kieckę i poszła do domu.


    Zostałem sam, kucając z jeszcze ciepłym kamykiem w dłoni. Podniosłem zadek, nim ktoś zacznie się zastanawiać, co robię i też poszedłem do domu. Kamień nie dawał mi spokoju, opłukałem go, by dokładniej obejrzeć pod lupą. Był piękny, pełen żył i przebarwień. Niewiele myśląc, wziąłem go na warsztat. Wystarczyło na chwilę przytknąć do płyty ściernej, by ujrzeć fascynujący rysunek, skomplikowany bardziej niż na krzemieniu pasiastym, czy malachicie. Może dendrytowe agaty doścignęłyby stopień komplikacji i koloryt wzorów. Nie wiem kiedy nastała noc, a ja wciąż obrabiałem kamień. Kiedy w końcu rozbłysł pełnią możliwości, zacząłem oprawiać go w srebro. Nie miałem wątpliwości, kamień idealnie nadawał się na niezwykle elegancki wisior. Na pierścień, czy broszę musiałbym go przeciąć, a naprawdę żal mi było psuć coś tak pięknego.


    Kiedy wstało słońce, trzymałem już w dłoniach gotową błyskotkę godną subtelnej kobiety. Wstyd mi się zrobiło, gdy zacząłem szukać odpowiedniej klientki i wymyślałem coraz bardziej abstrakcyjną cenę. A przecież kamień miał właściciela. Właścicielkę, która omal nie zeszła, nim go urodziła. Umyłem ręce, a drobiazg położyłem w gustowne pudełko. Przebrałem się i wyszedłem z domu. Wiedziałem, gdzie mieszka, więc nie musiałem liczyć na fart. Otworzyła od razu, nim dzwonek przestał wibrować. Jakby stała w drzwiach i czekała na mnie.


    - Cześć – zarumieniła się – Przyszedłeś sprawdzić, czy przeżyłam? Tak, ale czuję się kompletnie wyzuta z sił. Wejdź, skoro już jesteś, zrobię ci kawy, czy co tam sobie chcesz.


    Wszedłem do środka, a kiedy już usiadła naprzeciw mnie w kuchni, otworzyłem pudełko i przesunąłem po stole w jej stronę.


    - O! Jaki piękny wisior – zachwyciła się – Mogę przymierzyć? To dla mnie? Wart jest chyba majątek, a mi do wypłaty zostało ledwie parę groszy.


    Trajkotała i trajkotała, ale na jej szyi wisior wyglądał jeszcze lepiej, niż w pudełku. Była stworzona, by go nosić. Powiedziałem, że to prezent, ode mnie i że nie chcę pieniędzy, niech się jej tylko dobrze nosi. Z mety dostałem buziaki w oba policzki, ale nie byłaby sobą, gdyby nie zapytała, czy do kompletu mógłbym dorobić pierścionek i kolczyki…


    - A urodzisz mi więcej kamieni? - zapytałem i dopiero wtedy do niej dotarło, skąd pochodzi błyskotka.

Zrzęda rządzi z rzędu urzędem.

 

    I miałem dziś zostać ogarem, który ogarnia, więc czym prędzej zwarłem pośladki i dzień zacząłem, niż on sam się zaczął. Weekend, to czas, w którym wstaje się nieco inaczej i pośpiech zdaje się być niegodziwością, co nie zmienia faktu, że człowiek więcej robi w dni wolne, niż w pełne zawodowych obowiązków. Bo Natura próżni nie znosi. A kiedy ma się Naturę na wyciągnięcie ręki (i ucha), wówczas o próżniactwie w próżni się nie myśli, chyba, że się jest straceńcem o zaburzonych zbyt długą nocą zmysłach.


    W bułeczkach – nowość, jeśli można tak mówić o panu starszym od osiedla, ale faktycznie – psa zostawił przed piekarnią, co było miłą odmianą. Dopiero gdy nadszedł drugi (z grubsza w wieku osiedla) psy zaczęły wymieniać epitety i to bardzo aktywnie. Nie znam psiego, ale młodszy z właścicieli wściekł się, więc ten od bardziej doświadczonego musiał puścić lepszą, bardziej soczystą wiązankę.


    Niebo, początkowo nieco skisłe, zwarzone, usiłowało się poprawić i uśmiechnąć słoneczną paszczą chociaż do dzieciątek okupujących plac zabaw zaraz po jednym ze śniadań. Ciekawe, bo notorycznie nawiedza ów plac dziecię, które drze gębę non stop i wyje, jakby przyszło tam za karę. Może ma szlaban na sieciowe gierki, bo koleżanka z przedszkola naskarżyła, co wyczynia podczas obowiązkowej drzemki? Grunt, że dla zachowania średniej krajowej plac zabaw nieco mniej regularnie nawiedza pisklę, wiecznie zanoszące się śmiechem, aż mnie brzuch od tego rechotania boli.


    Żeby nie było nudno – czy stadko gołębi kołuje zgodnie z ruchem wskazówek zegara, czy przeciwnie? A na drugiej półkuli?

piątek, 16 października 2026

Ostrożna.

 

Masowała mój brzuch, bynajmniej nie usiłując wprowadzić mnie w stany ekstatyczne, wymykające się opisom z definicji napiętnowanym sztampą, wulgarnością, albo banałem. Nie. Ona pielęgnowała we mnie Istotę, a ta wciąż nie miała świadomości – ani siebie, ani mnie, ani (tym bardziej) jej.


Ja? Byłem już skazany. Właśnie oswajałem się z myślą, że stanę się magazynem energii dla rozwijającego się we mnie Życia. Ona, niejako organicznie uwarunkowana nie zamierzała przepraszać, że jest-jak-jest. Cierpliwie czekała, aż pasożyt przystąpi do działania.


Najwyraźniej nie dowierzała mi. Gdyby narybek był zdolny do konsumpcji, darłbym się w niebogłosy, nim wątroba, albo serce zostałoby naruszone pierwotnym głodem Istoty.

Wyśnię wiśnie.

 

Dzień, jeśli bez szyderstwa można tak mówić o czymś, co wyłącznie dzięki elektryczności ociera się o widzialne fragmenty przestrzeni, zaczął się nieco wcześniej, być może po to tylko, żebym odbiegł od rutyny – z tym bieganiem też bym jakoś nie epatował – odwlec się najzupełniej wystarczyłoby.


Na skrzyżowaniu nieopodal rynkowych pierzei wataha nastoletnich niedopitków szamotała się decyzyjnie i rozplątując języki usiłowała podjąć jakieś zobowiązania względem nadchodzącego niespiesznie niby-dnia. Udało się im powołać do życia i zmaterializować w zasięgu niezbyt tęgiego wzroku taksówkę Ubera – jedną co prawda, ale nowalijki smakują najlepiej, więc pierwsze zwierzę, kompletnie mnie ignorując, władowało się na kolizyjny z moim azymut i bełkotliwym krokiem podążyło ku świetlanej przyszłości za jakieś dwie-dyszki-czy-coś-koło-tego. Nie powiem, że rączo, czy w podskokach, gdyż zwierzęcia nie było stać na wyczyny taneczne, czy jakiekolwiek inne.


Następnie na mojej życiowej drodze pełnej słodyczy pojawił się był okazały wąsacz, który na pustej i nieszczególnie eksponowanej ulicy po prostu musiał zaistnieć w najwęższym miejscu chodnika właśnie wtedy, gdy przymierzałem się do skomplikowanego manewru w ruchu drogowym, usiłując bezkolizyjnie ominąć latarnię. Kolejny egzemplarz męski trafia mnie w miejscu, gdzie na środku chodnika ktoś ekscentrycznie pielęgnował samotny fragment żywopłotu okolony kagańcem niezmurszałych krawężników. Pan skrupulatnie poprawiał więdnącą na łbie wełnianą czapkę i chyba usiłował pod nią upchnąć brwi. Zajęty był bez reszty swoją misją i ledwieśmy się zmieścili na asfalcie, a żywopłot upasiony troską tajemniczego mecenasa pozował na zahartowanego w bojach twardziela i nie było w tym domyśle ani krzyny przesady. Na pewno dałby radę uczynić napastnikowi bolesną krzywdę skupiając się na kruchości powłoki zewnętrznej.


Potem była jeszcze tylko pani z wściekłym pitbulem-nie-czystej-krwi, odbezpieczonym, choć posiadającym namiastkę właścicielskiej kontroli nad instynktami zadzierzgniętą przy wsparciu elastycznej, długiej linki i zasadniczo nie działo się nic. Nic, co mogłoby zmienić porządek świata, albo zmienić jutro w piekło, czy niebo. A czające się za zasłoną ciemności niebo ostrożnie usiłowało wydostać się z odmętów niepewności. Wyspy subtelnie grzechotały zbieranym właśnie świeżutkim, bo wczoraj opróżnionym (co się ze mną dzieje? Zamierzałem napisać wypróżnionym i ledwie się powstrzymałem!) szkłem, Rzeka – a właśnie! Rzeka! Szedłem wzdłuż niej czas jakiś, podziwiając architekturę granicy między światem ludzi i natury, kiedy w poprzek owej, wykorzystując gasnący pomruk ruchu kołowego, zameandrowali dwaj młodzieńcy w jeszcze białych koszulach, o sumieniach zbrukanych nadużyciem. Zdaje się, że wciąż spożywali, nie bezczeszcząc ciągłości marszu. Jeden z nich, przez telefon tłumaczył mało pojętnemu, wirtualnemu światu, że-są, że-czekają, że no!-tu-no!-przy-tym-takim-no!-O!-Rzece! Nie pogłębiałem problemów ich życiorysu poradą, jakiej nie oczekiwali, tylko oddaliłem się, nim nadciągnie pomoc posiadając niewiarygodnie precyzyjne informacje lokalizacyjne, żeby nie stać się współwinnym, albo zgoła odpowiedzialnym za stan bieżący biało-kołnierzykowych dżentelmenów.


A przecież piątek dopiero MIAŁ SIĘ ZACZĄĆ, że ledwie napomknę o jeszcze mniej wyrywnym łykendzie! Jakaś przeraźliwie chuda istota przecięła mi drogę, niczym czary kot, który dobrze nie wróży, a ja złośliwie pomyślałem, że słońce musi się natrudzić, by wykorzystując taką sylwetkę wystarać się choć o szczątkowy cień. Tylko buty, wyglądające jak fundament zapobiegający porwaniu owej istoty przez wiatr były masywne i posiadały gabaryt trudny do zignorowania.

czwartek, 15 października 2026

Wachta nieważkiej ważki na wahadle.

 

Przebiegunowanie świata odbywa się po cichu. Długowłosy pan z kolczykiem w uchu stoi obok krótkowłosej pani pozbawionej biżuterii, przynajmniej w rejonach dostępnych postronnemu jesienią. Dziewczęta wulgarne jak przysłowiowi szewcy w szewski poniedziałek i siedzące tak, jakby chciały płeć wepchnąć otoczeniu w gardła. Jakaś dama z ręką w kieszeni kołysała kluczykami do samochodu i tylko zerkałem, że zacznie gwizdać, albo splunie z obrzydzeniem na mój widok.


W tramwaju podziwiam olbrzymią kiść pluszaków przytroczonych do dziewczęcia o różowych włoskach – najwyraźniej z dorastaniem jej się nie spieszy i robi co tylko się da, żeby nie opuszczać świata bajek. Skrobię sobie cichuśko w kapowniczku te moje drobne spostrzeżenia i czuje na sobie wzrok kanara. Nie łapczywy, raczej zaintrygowany. Chyba się wystraszył notatek i zamiast podjąć czynności kontrolne, oddał się lekturze analogowej książki. Może skończył już poranną szychtę, a może czeka na wsparcie oddziału.

Dawca.

 

I wtedy właśnie, z wielkim krzykiem urodziła kota. Może to był królik, któremu nikt na poważnie nie zdążył się przyjrzeć, bo futrzak prysnął między nogami Położnika, korzystając z przypadku, gdy Młodsza Pielęgniarka właśnie wychodziła z Sali Zabiegowej. Pierworódka była tak umęczona porodem, że nie od razu zorientowała się, iż płód właśnie opuścił Salę i Swoją Rodzoną Mamusię. Położnik, który widział niejedno i szerokie bruzdy na czole stanowiły naprawdę solidne bariery dla rozmaitych ekstrawagancji z przeszłości postanowił dorobić się kolejnej, co uczynił bezzwłocznie, bez konsultacji z innymi Zawodowcami i Weteranami Na Polu Walki Z Wszechobecną Demografią.


- O ku… - usiłował zakląć Asystent, Student Piątego Roku na darmowych praktykach, ale został schwytany za jaja i już tylko arię wyśpiewywał, gdy Siwiejąca Piguła w trybie ekspresowym uczyła go symultanicznie śpiewu i kultury osobistej w obliczu poczęcia. Piguła wyuczyła w ten sposób już wiele pokoleń uzdolnionych śpiewaków i doskonale wiedziała, jak dalece należy zacisnąć dłoń, by nie uszkodzić zdolności prokreacyjnych, jednocześnie tak maksymalizując poziom bólu, by śpiewak sięgnął „wysokiego C” pomijając lata daremnych ćwiczeń.


- Tak! – sapnął Położnik – Stało się!


- A co się stało? – spytała Pierworódka drżącym głosem.


- Proszę odpoczywać – Operator tak skutecznie operujący całą operacją, czyli Położnik, głos miał niezwykle władczy i co młodsze pielęgniarki… przemilczmy, co młodsze pielęgniarki pod wpływem władczego głosu byłyby skłonne, a czego jeszcze nie; niech o tym przy bo-żo-le-no-wo-i-a-ro-ma-tycz-nych-świe-cach opowiedzą studentki, jeszcze dosadniej dotknięte pozawerbalnymi parametrami głosu Położnika – To był komunikat kierowany do Personelu. Pani swoje zrobiła, Ja także. Pisklę jak się zdaje zdrowe nad wyraz, co zdarza się wyjątkowo rzadko w obecnych czasach. Że tak powiem, niewątpliwie przejdzie przez życie w podskokach. A nawet już poszedł… Poszła?


- Siostro? – Siwowłosa zerknęła na Przełożonego z niecodziennym u Niej roztargnieniem – Proszę mi wybaczyć obcesowość, jednak dla zachowania Pełnego Profesjonalizmu przydałaby Mi się konsultacja z Pani Doświadczeniem. Czy Pani percepcja zdążyła zarejestrować cechy płciowe potomka?


- Chyba-chłopak Panie Położniku. – zarumieniła się całkiem niewinnie pod wpływem komplementu (a może głosu?) – Ale głowy nie dam, bo oddalił się żwawo, a wzrok już nie ten, może Młodsze Koleżanki raczyły mieć bardziej skoncentrowane spojrzenie?


Młodsze Koleżanki tylko pokręciły głową, ze wstydem przyznając, że ledwie dostrzegły futerko, nie przyznając się wcale, że gdyby nikt nie patrzył, chętnie przymierzyłyby je tu i tam…


- Jak to oddalił?! – pikantne dywagacje sumień Istot Młodszych przerwała Najbardziej Zainteresowana, czyli Pierworódka – Sam? Umrze mi z głodu! Albo się zaziębi! Cyganie porwą go i pójdzie dzieciak na zatracenie! Kompletny brak profesjonalizmu! Łapcie go, proszę, to Mój Synek!


Mama była tak przepełniona żalem i instynktami, że w nerwach nieświadomie nakarmiła piersią najbliżej stojącego studenta, głaszcząc go przy tym po policzkach, żeby ssał mocniej, po czym oklepała mu plecki, aby się Dziecinie odbiło po posiłku, bo na co komu kolka? Właśnie miała się zrywać na poszukiwanie Malucha, kiedy na jej czole pojawiła się wielka, ciężka łapa Położnika, trochę umazana krwią, ale kto przejmowałby się krwią przy porodzie w szpitalu?


- Pani wybaczy, ale Jej stan nie predestynuje Jej do pościgu za Niemowlęciem. Od tego mamy odpowiednie (jak mniemam) Służby.


Sięgnął po Służbowy Telefon, podrywając na baczność Gorrrącą Linię, podyktował Jej opis Uciekiniera, wzywając Służby do zachowania należytej ostrożności, staranności i pośpiechu. Przełożony Służb Specjalnych rozumiejąc powagę chwili wezwał wparcie Czarnych, Niebieskich, Zielonych i ledwie okamgnienie zastanawiał się, czy to wystarczy, a potem dokoptował Nagonkę z Sympatyków Czerwonego Krzyża i Wielu Organizacji Pozarządowych. Aż dziw, że małe Zielone Ludziki nie zainterweniowały, kolaborując z Powszechną Mobilizacją. Wiadomości na wszystkich kanałach telewizyjnych i radiowych przerwały programy, by wziąć spontaniczny udział w Obławie, zakulisowo domagając się od Szefa Służb Specjalnych Rysopisu Sprawcy.


- Jakiego sprawcy, ku… - zdenerwował się Szef Służb, ale poskromił pochopność własną na tyle, by nie wpaść w ręce Siwowłosej. Czym prędzej przełknął obelgę wraz ze śliną i powtórzył sylabizując bardziej niż teatralnie – Nie-mow-lę-płci-chy-ba-męs-kiej-z-fu-ter-kiem! Żywe, lub… przepraszam. Oczywiście, że jesteśmy zainteresowani wyłącznie żywcem. ŻYWCEM, powtarzam!. Obiekt może być niebezpiecznie wybiegany i utalentowany na nieustalonym dystansie, czego bez odpowiednich badań nie możemy określić. Czy cokolwiek mu dolega również nie wiemy, poza oczywistym faktem, że w życiu jeszcze nic nie jadł. Osobiście ufunduję nagrodę dla Szczęśliwego Znalazcy i anuluję mu trzy najświeższe mandaty w zamian za dostarczenie… ech! Za informację o miejscu pobytu anuluję jeden! Niech będzie, dwa mandaty!


Naród powodowany całą paletą intencji, częstokroć podejrzanych, rzucił się na polowanie. Takiej nagonki nie widział dotąd Internet, a co dopiero Powiatowy Zaścianek, który nagle awansował do Ekstraklasy Światowej Sensacji. Hotele podniosły ceny dwustukrotnie, paskudny kebab w cuchnącym baraczku znienacka kosztował fortunę, za dwa piwa w spożywczaku żądano równowartości samochodu, a amatorskie zdjęcia z fizjonomią upolowanych Hipotetycznych Pierworodnych kupowano po dwa miliony euro gotówką-z-ręki-do-ręki. Naród Na Prowincji ma sprytnie ukrywaną w Szarej Strefie Żyłkę Do Interesów i gremialnie postanowił wykorzystać OKAZJĘ JAKA TRAFIA SIĘ RAZ W ŻYCIU!


Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Schwytano wszystkie bezpańskie psy i koty, jednego borsuka, który sądził że jest nutrią i skrycie podkochiwał się w śwince morskiej często obnażającej się w oknie parterowej chałupy u Gucwińskich. Skuszeni gratyfikacją Szanowni Mieszkańcy zdali do Punktu Rozpoznania dosłownie wszystkie szynszyle i chomiki, ze dwa tuziny co lepiej odpasionych szczurów oraz liniejącą wydrę bez prawej przedniej łapy. Ktoś nawet usiłował Służbom wcisnąć pytona żywcem upanierowanego w smole i pierzu. Łatwa Kasa robi z Ludzi naprawdę Pomysłowe Zwierzęta. W sidła Ostatniego Lokalnego Kłusownika wpadł wściekły lis, trzy bażanty, a nawet zdumiony swoją nagłą popularnością kret. Cała menażeria dołączyła do Stada oczekującego na Weryfikację z automatyczną nominacją wybrańca na Potomka Pierworódki.


Pod ochroną, w klatkach i na wybiegach, tłoczyła się podejrzana menażeria, wymagająca natychmiastowego i wielokrotnego karmienia, rozsądzania sporów terytorialnych i innych, ale przecież priorytetem był Ten Jeden Jedyny, Najukochańszy Syn Pierworodny! Wezwano Personel szpitala, w tym Położnika, Siwowłosą, Studentki i Nakarmionego Mlekiem Pierworódki Studenta, ale pomimo niewątpliwego profesjonalizmu i zaangażowania, nie poradzili sobie z odnalezieniem i separacją Potomka. Położnik dołożył kolejną zmarszczkę do spracowanego czoła, sięgającego już niemal czubka głowy, bezbłędnie rozpoznając Chwilę i REASUMOWAŁ!


- Musimy wezwać wsparcie! – Jego głosem można byłoby pokroić tort urodzinowy, albo granitową płytę nagrobną (bez różnicy – Położnik był Uniwersalnym Narzędziem Tnącym) – Skoro Służby przy udziale Społeczeństwa wykonały Robotę, a Nasz Połączony Profesjonalizm okazał się zbyt wątły dla Rozwiązania Problemu, czas zdać się na PIERWOTNE INSTYNKTY. Proszę wezwać na miejsce MATKĘ! Pierworódka niechybnie rozpozna, a jeśli nawet nie, to Niemowlę rozpozna Matkę! W końcu żreć coś musi! I zabierzcie stąd Nakarmionego Studenta, bo nie chcemy, żeby pisklę miało konkurencję. A On, niech się nie zgłasza po zaliczenie praktyk, zanim Zaścianek nie ochłonie po (mam nadzieję) pomyślnie zakończonych Łowach Na Pierworodnego!


Wstyd powiedzieć, co wydarzyło się POTEM. Porażka Systemu to RZECZ BEZ PRECEDENSU. Ściągnięto Matkę Pierworódkę i przedstawiono jej Efekty Globalnego Polowania. Rzesza Pretendentów załamała zmęczoną porodem Matkę. Potomek nie przytruchtał do niej w niezdarnych podskokach, a ona, po utuleniu skrzywionego psychicznie borsuka, wściekłego lisa, kreta i trzydziestu siedmiu pluszaków ras Jej-Nieznanych poczuła bezgraniczną rozpacz i stres pourazowy. Depresję. Pod pozorem zachowania intymności Chwili, zostawiona bez opieki Matka popełniła samobójstwo i zadyndała pod sufitem, poza zasięgiem miłości Braci Mniejszych i Jeszcze Mniejszych i Tych Nie Całkiem Braci także.


Gdyby żył Kronikarz odpowiednio dobrze poinformowany, niewątpliwie doniósłby, że Potomek w pierwszych miesiącach żywota ukrywał się w zajęczej postaci, daleko poza zasięgiem obławy, a w kolejnych latach posiadł umiejętność Transformacji Do Dowolnie Wybranego Kształtu i rozumowania Transformowanym Umysłem, z czego korzystał z nieskrępowaną bezczelnością. Jego jedyną słabością była niesłabnąca potrzeba prokreacji. Jako istota nowoczesna i pozbawiona uprzedzeń rasowych, czy jakichkolwiek innych, prokreował z każdą napotkaną Samicą, nie wnikając w głębokość posagu, rodzinne koligacje, czy też wygląd zewnętrzny branki. Szybkość i werwa z jaką realizował popędy pozwalała mu unikać nie tylko pościgu między Jedną, a Drugą Zdobyczą, ale często i zauważenia, że w ogóle doszło do Aktu. I zapewne nie jedna Pierworódka, gdy pogasną światła w dziewiczej sypialni zastanawia się, czy nie przypadł jej w udziale los niepokalanego poczęcia.

środa, 14 października 2026

Mieszek z mieszkiem kani zamieszany w szykany miesza w mieszkaniu Ani.

 

Mgły wstały pierwsze, niemal topiąc spławiki osiedlowych latarni, które wyglądają równie realnie, jak światy Trudi Cannavan. Po nich, nie ociągając się szczególnie wstał deszcz. Dzień? Ten nawet tyłka nie ruszył. No, może na drugi bok się obrócił. Wystarczyło, by ledwie konturem obwieść przeszkody na mokrej drodze do widnokręgu. Sypialnie zamierzały dopiero przymierzać się do finalizacji snów niepokornych, gdy żywioły swobodnie i bez fanatyzmu przetaczały czas w przyszłość.


Do Już-Nie-Rudej-Kobry dosiadł się pan, którego najwyraźniej dopadły kłopoty nadprodukcji w zakresie osi wertykalnej. Pan był zwyczajnie długi i elementy widzialne charakteryzowały się przede wszystkim tą wyselekcjonowaną z wielu wielkością – długie nogi, ręce i kadłubek, nawet twarz miał mocno wyciągniętą i nos, niczym Pinokio po solidnej serii kłamstewek. Nie Dziwię się Kobrze – egzemplarz był nietuzinkowy, a jeśli w jej oczach zatliła się nadzieja na wzajemność, to mógł ją zobaczyć tylko Pan Pociągły (nie wydaje mi się, żebym widział go po raz pierwszy i zasłużył sobie na imię, jak każdy Stary Dobry Nieznajomy).


Czyżby to miał być dzień nadziei? Być może nieświadomie powołałem go do życia podejrzeniem, że Kobra gotowa byłaby wzdychać do Pana Pociągłego, bo w tramwaju szczuplutka pani o szmaragdowych pazurkach całkiem jawnie i to nie raz uśmiechała się do smutnego pana, chyba-przystojnego. Pan co prawda popadł w głęboki letarg i świata nie widział poza sobą, ale pani ostrzegła mnie wzrokiem, żebym nie komentował, a ja uprzejmie się z nią zgodziłem. Ba! Wysiadłem zgoła, zwalniając miejsce tym pazurkom o zieleni głębokiej, jak kobieca dusza, życząc jej szczęścia w podchodach na pancerną, zaskorupiałą zwierzynę. Trzymam kciuki wierząc, że potrafi oblegać niezdobyte twierdze wytrwalej niż Szwedzi pod Jasną Górą!


A kiedy już się zamierzałem pogrążyć w uczuciach ciepłych, miękkich i sentymentalnych uderzył mnie w oczy afisz – lokal do wynajęcia. Cóż, niby takich wiele w Mieście, gdzie nie każdemu biznes hula nachalnie jak halny po tatrzańskich halach, ale tym razem rzecz dotyczyła sklepu zielarskiego – czyżby Lex Szarlatan zbierał już żniwo, choć ustawa zawetowana i niby-nie-działa? Wiedza o ziołach znika z sieci, ludzie parający się produkcją zaczynają się ukrywać, ścigani przez Organy, albo prewencyjnie, nim pojawi się milionowa grzywna za wiedzę i pamięć. Zajadłe kontrole o z góry ustalonym werdykcie dopadły najlepszych – wystarczy przywalić jednemu, a ci mniejsi spokornieją błyskawicznie, Ale ja wiem – oni tylko zejdą do podziemia. Nie da się nakazem, łapówką, czy inną administracyjną szykaną poskromić wiedzy, gdy „aktualna wiedza medyczna” nie potrafi, albo nie chce WYLECZYĆ. Pacjent uleczony, to pacjent stracony. Leczyć-tak, ale WYLECZYĆ? Nigdy! Stara prawda znana tak lekarzom, jak i prawnikom – niech się toczy możliwie najdłużej, a okruchy wykarmią najtłustszego drapieżnika.


Przez więcej niż okamgnienie świat przesłania mi pupa w czerni doskonałej, o kształtach, jakich nie ośmieliłby się wyrzeźbić Michał Anioł, ani pomniejsi rzeźbiarze. Trudno było ignorować, podziwiać także niełatwo. Usiłowałem skryć się z robaczywymi myślami we łbie, skąd przyniosłem zuchwałą myśl, że współczesne stroje potrafią wyeksponować nawet nieistniejące. Pan Presley, przed występem publicznym pchał w dżinsy solidny kawałek plastikowej rurki, sugerując, że wzrok fanek pobudza jego libido niemal do obłędu, przy okazji przenosząc jego sceniczny ruch w sugestię prokreacji z niewidzialną samiczką, na miejscu której chciałyby się znaleźć nadpobudliwe fanki i specyficzni fani. A jak wielką trzeba być optymistka, by w deszczu, wobec aury i prognoz nieprzychylnych wyjść z domu w okularach przeciwsłonecznych?


PS. Rośnie w siłę sieciowa plotka, że SI zabije (pewnie na początek) z miliard ludzi. USA-ckie media (podobno) już to otwarcie głoszą i nawołują Chińczyków do deeskalacji, jednocześnie sami nie zwalniają tempa, ładując w rozwój miliardy jeszcze ciepłych dolarów i poganiają własne zastępy geniuszy do wytężonej pracy. Szury i inne ruskie onuce wieszczyli ryzyko zdecydowanie wcześniej, ale kto by chciał słuchać TEORII SPISKOWYCH? Chyba tylko niespełna rozumu kmiotek, z definicji nie wierzący WŁADZY w ich SŁOWA, za które nikt ich nigdy nie rozliczył. A gdyby spróbował, to zamiast argumentów usłyszy wymówkę – A ONI, TO DOPIERO KŁAMALI. Za słowa i obietnice kiedyś upadały rządy. Teraz? Pojawiają się oskarżenia i krucjaty. A URZĄD trwa, jak trwał. Pod pozorem walki o moje dobro wprowadza się cenzurę sieciowych wypowiedzi, by ochronić bezmyślnych przez niezależną opinią, a na co bardziej wyrywnych napuszcza się prokuraturę – oczywiście niezależną.


Wymyśliłem sobie na użytek prywatny, że prawdziwa perfidia wyborcza ukrywa się w głosowaniu „na listę”. Gdyby było można głosować „na człowieka”, skompromitowani zostaliby szybko skompromitowani, a tak? Żeby do głosu dobrnął jeden uczciwy ze dwadzieścia szuj usadowi się przed nim. Tych, którzy gadali i nie dotrzymali. Z premedytacją. Do koryta droga wyboista, warto obiecać cokolwiek, byle się tam dopchać i odcinać kupony – dożywotnio! Istny MATRIX!

wtorek, 13 października 2026

Zasad chowu dochować - odchować i wychować, aby pochować.

 

Do autobusu wsiadła kobieta z chłopczykiem i z plecakiem (kolejność przypadkowa). Usiadła obok chłopca o wyraźnie rozmytym europejskim kodzie genetycznym, na kolanach sadzając wypchany plecak. Chłopczyk błyskawicznie pozazdrościł plecakowi i zamienił się z nim na miejsca, zasypiając wtulony w chyba-babcine ciepło. Azjatka dla odmiany nerwowo jak na tę nację usiłowała zmienić środek transportu, wysiadając na przystanku, by przesiąść się na poprzedzający nas tramwaj. Gdy motorniczy nie otworzył jej drzwi, wróciła biegiem i na kolejnym przystanku ponowiła próbę i znów „doganiała” ów tramwaj. Mogłem jej podpowiedzieć, że za chwilę tramwaj pojedzie okrężną trasą i pięć przystanków dalej autobus swobodnie wyprzedzi go, ale ona już patrzyła na mnie przez szyby z wnętrza tramwaju i poszukiwała siedziska dla własnego siedzenia. Ja nieco później i więcej statecznie przesiadam się w tramwaj, który zazwyczaj nadjeżdża po wybranym przez Azjatkę. Grzecznie czekam na przystanku patrząc jak mija mnie piękna kobieta z godnością dźwigającą szósty krzyżyk, co nijak nie przeszkadza jej roztaczać wokół siebie aureoli szlachetności przyprawionej niemijającą urodą. W tramwaju zerka na mnie bladolica blondyna, ziewając nim (jak zwykle) wyciągnie książkę i pogrąży się w lekturze.


    Dwie tablice do kompletu D1 FREEZ i D1 LEONS.

poniedziałek, 12 października 2026

Obchód go nie obchodził, wolał dochodzić dochodu w ramach dochodzenia przed odchodzeniem od odchodów.

 

Któregoś pięknego dnia tej jesieni na balkon wprowadził się Gustaw. Po cichu, nieoficjalnie i bez pompy. Dziki lokator udający, że meldunek i tym podobne administracyjne bariery, to nie jego bajka. Egocentryk, uznał, że skoro jest, to jest i powinno wystarczyć. A publika może mu nagwizdać, jeśli musi, albo podziwiać. Wybrałem opcję drugą, bo Gustaw w miejscu zamieszkania niezwłocznie przystąpił do pracy. Może jest samiczką i po prostu musi? A może buduje gniazdo dla wybranki, którą chce oszołomić rozmachem, z jakim snuje wizję świetlanej przyszłości we dwoje (plus narybku bez liku). Niezmordowanie konstruował moskitierę zawieszoną od balkonu sąsiadki z góry w dół, aż do balustrad na których beztrosko wisiały skrzynki z kwiatami.


Jedzenie traktuję, jak czynność intymną - Gustaw podziela moje mniemanie i posila się wyłącznie wtedy, kiedy nikt nie patrzy, ale żarcia musiał nałowić naprawdę sporo. Dość powiedzieć, że żaden komar nie zdeflorował mi jesienną nocą tyłka, a i plujkom los przestał sprzyjać. Za to Gustawowi dupa urosła aż miło! Może to moje niezbyt wyszukane zboczenie, jednak uwielbiam okrągłe tyłeczki jak-nie-wiem-co! I Gustaw błyskawicznie dołączył do panteonu uwielbianych.


Jesienne szarugi, deszcze niespokojne i wiatr, co w oczy wieje ubogim Gustaw, jak rasowy alpinista, przeczekuje na suficie. Eksponowany teren nie przeraża go wcale, i zapewne dostarcza podniet. Przewieszka stała mu się azylem, bazą wypadową, sypialnią. To od niej ciągnie się najmocniejsza z lin, po której zbiega w stronę kępy goździków z wprawą, jakiej nawet małpy powinny mu zazdrościć, gdy łowisko nawiedzi nieświadomy czujności Gustawa owad. A ten, najwyraźniej uwielbia świeże mięsko, a za dziczyzną po prostu szaleje – znów jak ja. Może to brat-bliźniak, któremu karma zgotowała odmienne koleje losu?


Czasem potrącam chytrze ukryte na wietrze pułapki Gustawa, patrząc jak klnie mnie w żywe oczy wyzywając od ślepych ciem albo dup wołowych, ale zawsze natychmiast naprawia to, co własną niezgrabnością, czy bezczelnością śmiałem zniszczyć. On pozostaje sobą i ponownie tak jak ja, zmienić się nie potrafi bez zewnętrznego wsparcia. Czy ja chciałbym? A on? Wzruszam ramionami – za wysokie progi. Małą łyżeczką. Lepsze jest wrogiem dobrego – tak mawiali ci, którzy wiedzieli, czym grozi zmiana. Tymczasem kręć się kręć wrzeciono, wić się twoja nić…


PS. Koło śmietnika zaparkował V5 GHOST – nie chcę się domyślać, co tam robił.