wtorek, 18 września 2018

Celebracja.


Przecięłaś tort. Wpół. Zupełnie tak, jakbyś chciała odciąć połowę przeszłości. Ale nóż zawisł niepewnie nad tym przeciętym ciastem, sugerując na mgnienie oka, że nie wiesz, którą połowę w niebyt strącić. A potem chlasnęłaś nożem lepkim od cukru i kremu znów. I znów na pół, lecz znacząc kierunki prostopadłe. Jakbyś w busoli wyznaczyła strony świata i kontynuowałaś różę wiatrów tnąc ten tort na północ-północny wschód, ćwiartki i ósemki, cyferblat pełen niedopowiedzeń i jeszcze ciaśniej, szukając stopni geograficznych i równoleżników.

A potem wodowałaś te fragmenty słodkości, którym wypływały wnętrzności , którym wiśniowe serca krwawiły spirytusem zanim wylądowały w suchym doku deserowego talerzyka. Patrzyłaś nieśmiało na ten zraniony nożem plasterek i po gościach wzrokiem dość mętnym, niezdecydowanym. A potem wyciągałaś dłoń i podawałaś komuś, jakbyś świętym opłatkiem dzieliła się z bliźnim, lecz czym się kierowałaś w wyborze, nie potrafił nikt odgadnąć. Zanim ostatni z gości dostał talerzyk, pierwszy patrzył na kataklizm patery i całą sylwetką żebrał o więcej. Udał się ten tort lepiej niż okazja. I chociaż znikał i z każdą chwilą stawał się coraz bardziej wiotki i smukły, to przecież mlaskanie maskowane niezbyt umiejętnie świadczyło o powodzeniu, jakim cieszył się wypiek.

Może mi się wydaje, jednak ledwie zauważyłaś, że goście wchłonęli to ciasto i niektórzy ostatkiem sił wypluli dopiero co zgasłe świeczki tkwiące w ich kawałkach, bo jedli z animuszem wielkim – powiedzmy niedyplomatycznie – ŻARLI ten tort na wyścigi. Nie byłem wolny od objawów. Oblizywałem łyżeczkę aż po własny łokieć i dopiero zażenowanie powstrzymało mnie przed skazaną na porażkę próbą wylizania pachy i obojczyka. A przecież usilnie starałem się patrzeć na ciebie, jak dyrygujesz przybyszami za pomocą szpatułki, do której przylgnęły detale zawartości. Popatrzyłaś na nie półprzytomnie, może nawet oblizałaś tępe ostrze i na kłach zawiesiłaś strzępy owoców politurowanych miodem i alkoholem. Popatrzyłaś na nas, kiedy tort skarżył się, że jest źle traktowany w rozlicznych jelitach, że rozsypuje się na drobne, rozpada na trociny, a procesy chemiczne segregują beznamiętnie składniki rozbierając je na atomy, łańcuchy, zlepieńce, krople i chmury.

Wciąż widzę cię taką, jak języczkiem usiłujesz dosięgnąć na czubku szpatułki ostatni groszek z malinowej głowy, który utknął pomiędzy lawą czekoladowej polewy, a pierzem bitej śmietany. Patrzyłaś na nas wszystkich wzrokiem kota, przeliczającego niezjedzone jeszcze myszy nieświadomie bawiące się w berka w zasięgu głodnego wzoru drapieżnika. Ale… Ty nie zjadłaś ani plasterka… Odepchnąłem talerz zbyt późno i skrępowany wychowaniem nie zdobyłem się na afront publicznych torsji wywołanych autodestrukcyjnym gestem. Patrzyłem na ciebie, jak się uśmiechasz nieśmiało, jednak z każdą chwilą uśmiech twój rósł. Goście opadali na oparcia krzeseł, jak marynarki wybrzmiałe chwilą oficjalną, lecz teraz już zbędne. Więc więdną na oparciach krzeseł. Tym razem więdną z właścicielami.

Popatrzyłaś na mnie wzrokiem w którym trudno było dopatrzyć się ciepła. Otarłaś narzędzie o klapy mojej marynarki i pogłaskałaś mnie po policzku. A potem wsadziłaś to narzędzie w kieszeń na mojej piersi i oparłaś mi na nim brodę, żeby nie musieć trzymać mojej głowy w dłoniach. Bałaś się zarazić? Czy sił ci zabrakło? Mi zabrakło, więc rozglądałem się korzystając wyłącznie z ruchliwości gałek ocznych, nie ruszając głową zadzierzgniętą na tym zaimprowizowanym patyku. Wokół mnie zapadali w sen goście. Zapadali w błogość, więc nie była to zła śmierć. A ja? Za mało zjadłem? Nie zasłużyłem na śmierć w objęciach uśmiechu? Podniosłem wzrok na gospodynię. Ostrożnie, żeby nie spaść z lichej podpórki.

Była tam wciąż i nadal uśmiechnięta nieśmiało. Ledwie co, ale przecież uśmiechnięta. Wokół uśmiechali się ci, którym świadomość przeciekała każdym porem skóry i rozlewała się wokół nóg krzeseł wykonanych przez nieżyjącego na pewno rzemieślnika. Tam nie zaglądało nawet najodważniejsze ze świateł, więc czarna dziura rozszalała się pod stołem i obejmowała coraz to większe tereny wpływów. Zasięgi i strefy łączyły się w kleks nieforemny tętniący głodem. Ssący, nienasycony i drapieżny. Poczułem chłód, kiedy najpierw schwytał mnie za kostki, a później zaczął wspinać się po łydkach. Gdy dosięgnął kolan i opanował je bez oporu, który przecież usiłowałem stawić, chciałem się poddać, choć organizm protestował, On wiedział, że dopóki się tli życie nie wolno odpuścić, choć znikąd nadziei. Nie takie cuda świat widział. Patrzyłem na gospodynię, ale ona już zbierała porcelanę, żeby do zmywarki włożyć. Lokaje gasili światła i ciężkie, bordowe kotary zasnuwali nad ciemną grafitową nocą. Na stole zaczynały gasnąć mdłe, blade świece. Pod stołem czarna dziura rosła nieposkromiona.

Mrugałem powiekami, bo to był ostatni ruch, jaki byłem w stanie wykonać samodzielnie. Dzieliłem ciemność na interwały. Podobne do siebie jak dwie krople wody, ale dawały nadzieję, że jednak są to kolejne cykle, porcje czasu, kwanty przyszłości, w których świat nadal się dzieje. Ja się dzieję światu. Jeszcze. Poczułem jeszcze jedną pieszczotę na policzku i twoja dłoń wplatająca mi się we włosy, kiedy nachylałaś się do mnie, a twoje usta sączyły jad słów wprost w moje dogorywające ucho:

- Nie broń się już. Pozwól mi żyć. Przecież wiesz, że dziś obchodzę rocznicę. A natura nie znosi dysproporcji. Musi zabrać tyle, ile daje. Mi dała czterdzieści lat właśnie. Zaledwie czterdzieści, a już piętnuje mnie każdego dnia, żebym nie zapomniała, że żyję na kredyt. Dzisiaj zapłacę za kolejny rok – przyszło was czterdziestu na przyjęcie. Po jednym za każdy rok, który unosi mnie w życie. Brakuje tylko ciebie, żeby wypełniła się ofiara. Żebym miała kolejny rok na zapłatę. Żebym znalazła ofiarę wystarczającą, aby moje czoło było gładkie, a śmierć omijała mnie jak nieczystą. Zamknij oczy, pozwól mi żyć, bo dla ciebie i tak za późno.

poniedziałek, 17 września 2018

Pech.


- Możesz mi pomóc dobry człowieku? – głos był miękki, szemrzący strumieniem i dający wytchnienie. Niewątpliwie damski głosik, co stanowiło dość niespodziewany, żeby nie rzec ekscentryczny akcent.

Zacząłem się rozglądać, dookoła, lecz wokół mnie niewiele było miejsc, skąd głos mógłby dojść. Siedziałem na kamieniu wokół którego ocean się łasił i usiłował wyrzeźbić na nim własną potęgę i pozorną łagodność. Kamień wygładzony wodą trwał jeszcze i sporo życia mu zostało, więc zimno spoglądał w bezkresną dal. Ja też. Dal była tak monotonna, że aż choroba morska brała – fale i fale. Po horyzont i jeszcze dalej. Za mną plaża. Też niewdzięczna. Kamienista, z jakimiś zielskami utkanymi przypływami, i drobnym robactwem usiłującym bytować na granicy lądu i wody.

- Tu patrz gamoniu! – głosik już nie był taki układny i niecierpliwość z niego biła jadowita. A ja rozleniwiony, bo przecież sjesta i wakacje, więc na tym kamieniu się ułożyłem najwygodniej jak tylko umiałem. Jakiś materac, żeby pęcherzy na tyłku nie wygrawerować i zagłówek, na wypadek, gdybym zechciał kontemplować nieboskłon, czy zatonąć w banale zachodzącego słońca, które właśnie miało popełnić ów czyn zachodząc za nie wiadomo czym. Skąd miałem wiedzieć, gdzie owo tutaj się mieści, kiedy oczy trochę zamglone lenistwem, trochę porażone słońcem?

Nagle coś położyło dłonie na kamieniu – nie powiem, wypielęgnowane, gładziutkie dłonie pianistki i pazurki polakierowane w fantazje marynistyczne. Może nadmiernie odmoczone, jednak delikatności nie odmówiłbym im. Za dłońmi na tle kamienia pojawiły się pełne piersi dopełniające popiersie z głową o włosach złotem przetykanych na bogato i klapło sobie tuż obok mnie na … i tu objawił mi się problem z definicją, bo tam gdzie człowiek miewa odwłok, tam zaczynała się rybia część osobnika – ta część, w której żeber już je ma, że się tak delikatnie wyrażę.

- Ech! Wy to nawet oczu nie macie ludzie! – to „ludzie” powiedziała tak, jakby słowo miało być obelgą i zapewne nią było, ale ja miałem inny problem. Usiadła obok goła baba, albo przynajmniej pół gołej baby, a ja całkiem nagi. I teraz, to dla równowagi powinienem chyba się zakryć choć do pępka, żeby nie peszyć jej… Tylko, że to ja byłem speszony, a nie ona. Wzruszyłem ramionami, myśląc, że w końcu, jej tu nie zapraszałem, więc niech nie psuje mi wakacji i pozwoli nacieszyć się nędzną resztka słońca, które zawstydziło się różowiejąc, a tu i ówdzie pokryło fioletem.

Pani coś znowu zaczęła mówić tą szemrzącą łagodnością, ale ja akurat zajęty byłem rozwiązywaniem dylematu, który pochłonął mnie bez reszty. Bo babeczki siedząc lubią nogę na nogę zarzucić i w rytm słów hipnotyzować facetów, zupełnie jak kobra hipnotyzuje kapturem poruszającym się po śmiertelnej sinusoidzie. A ta tutaj? Co na co ma zarzucić i czym taktować? Chyba się zaśmiałem niegrzecznie do tej myśli, ale poznałem również odpowiedź, bo chlasnęła ogonem w kamień i dźwięk poszedł, jakbym zaliczył siarczysty policzek mokrą dłonią.

- Dość tego! Może wreszcie zaczniesz mnie słuchać? – miałem wrażenie, że miękkie wargi niedyskretnie sugerowały, że za nimi mieści się pięćdziesiąt trzy rzędy zębów ludojada, gdybym miał chrapkę na najmniejszy protest – Może mi powiesz łaskawco, co tu się dzieje?

- Gdzie tu? – spytałem mało inteligentnie – Siedzę na kamieniu i wakacje mam. Odpoczywam i grzeję się w słońcu jak jakiś słoń morski, tylko tłuszczyku mam mniej, chociaż karmią tu całkiem całkiem…

- Na wyspie matołku! Na wyspie.

- A co ma się dziać? – moje zdumienie sprawiało, że brwi chciały mnie opuścić i zaczęły już rysować podbrzusza nielicznych, małych chmurek – Pyta pani o wieczorek dzisiejszy? No ognisko ma być z muzyką i sztuką teatralną. Trochę alkoholu w tych ludowych naczyniach z kokosa i drinki z papierowymi parasolkami. Jakieś robactwo wodne do jedzenia i to z grubsza tyle. Może trochę folkloru, żeby ukołysać i w dobry nastrój wprowadzić, bo pierwsze parki już się konstytuują. O tam, proszę popatrzeć jak spacerują za rączkę się trzymając. Pani wybaczy ich nagość, ale to turnus dla naturystów, więc odzież jest niemile widziana.

- A kobiety? – najwyraźniej nagość na plaży jej nie wzruszała, bo machnęła ręką – Gdzie są kobiety?

- Na sąsiedniej wyspie – machnąłem ręką usiłując określić kierunek, chociaż sam nie wiedziałem, gdzie leży Lesbos – Gdzieś tam zapewne. A co? Pomyliła pani wyspy? Ta jest męska. Najwyraźniej ktoś panią w błąd wprowadził i lepiej byłoby popłynąć na tę drugą, bo tu nie znajdzie pani towarzyszki…

- Ale ja… - chyba straciła wreszcie tę niezachwianą pewność siebie – Ja nie szukam towarzyszki, tylko towarzysza i chcę go zaprosić do tańca w falach.

- Widać, że pani nietutejsza – z politowaniem pokiwałem głową. Co za tępa baba – Tu są sami geje. No, chyba że przekradli się na wyspę jacyś prowokatorzy, albo paparazzi i czają się w poszukiwaniu sensacji. Ale pani tymi swoimi niewątpliwie pięknymi cycuszkami raczej kariery wśród wczasowiczów nie zrobi, bo mężczyźni czego innego szukają.

Burknęła coś i bez pożegnania zanurkowała. Został po niej wilgotny ślad i jak mawia przysłowie: „baba z wozu”. Popatrzyłem i z grzeczności chciałem jej pomachać na pożegnanie, kiedy wokół zaroiło się od czarnowłosych niewiast, które zamiast pończoch założyły rybie łuski. Może nawet czuć je było rybą odrobinę. Otoczyły wianuszkiem tę, która tak niegrzecznie mnie opuściła. A ta prychając złością coś tłumaczyła towarzyszkom, aż w końcu popłynęło całe stado… znaczy ławica… no… gang syren odpłynął z niczym, gdzie indziej szczęścia szukać. Ot! Siostrzyczki szczęścia w miłości nie znalazły…

Wczoraj i dziś.


Pani poruszała się bardzo płynnie na osi czasu. Może dlatego założyła błękitne dżiny, białe adidasy i bluzeczkę, spod której prawie nie prześwitywała bielizna? W tym stroju równie dobrze mogła być nastolatką, jak jej bardzo dojrzałą matką. I była. Stała przed bramą z godłem cechu murarzy nad portalem i rozmawiała przez telefon. Kiedy wracałem, jakąś godzinkę później wciąż rozmawiała, co potwierdza, że czas lekce sobie waży. Najwyraźniej ze wzajemnością. Inna próbuje się uczyć tej niezwykłej umiejętności, jednak zdradzają ją blade łydki noszące ślady wieloletniego użytkowania, choć twarz tryska wciąż młodzieńczą świeżością. Mogła wsiąść na rower, albo założyć dżinsy z dziurami. Albo wziąć córkę pod rękę i śmiać się do świata radością prostą. Niemieckie białogłowy zadzierają głowy na deptakach wsparte na kijkach do nordyckich spacerów i słuchają opowieści z czasów ich tutejszej młodości. Niektóre chyba zostały trafione wspomnieniem, bo wymagają wsparcia pomarszczonych męskich ramion, które bardziej pamiętają twierdzę w czas zawieruchy, niż konwalie i niedzielny spacer promenadą.

niedziela, 16 września 2018

Sabotaż.


Miasto przywitało mnie czymś nieokreślonym. Nowym, którego wczoraj tu nie było jeszcze. Rewolucja? Po ulicach biegali ludzie, zupełnie tak samo, jak mrówki, którym ktoś zniszczył piramidę. Panika, przekleństwa i wszechobecne nerwy. Miasto nigdy nie było stonowane, ale to co się właśnie odbywa, to jakiś kataklizm. Nawet kloszardzi wykazują się nerwową aktywnością i pchają wózki pełne nie-wiadomo-czego, jakby spadek nagły trafili, albo okradli japońską wycieczkę z dóbr wszelakich i zakupy pospieszne zrobili, żeby napchać żołądki czymś, czego nie znają wcale. Patrzyłem, jak centrum miasta zamyka się w nocnych kratach, jak systemy analogowe, archaiczne żaluzje przeciwwłamaniowe w pocie zardzewiałej korby rozwijają się ręcznie, choć powinny tkwić wysoko i nawet sugestią obecności nie zrazić klienta do odwiedzin. A one z zardzewiałym chrzęstem lądują właśnie na chodniku i ktoś usiłuje zapiąć kłódkę, dopełniając ostateczności zamknięcia. Tego fizycznego ochroniarza, który zniknął bez śladu nie zastąpi przecież młodziutka sprzedawczyni, czy kasjerka odliczająca tygodnie do emerytury…

Szedłem coraz bardziej spłoszony, widząc jak zamykają się banki i urzędy, jak eskorty mundurowe lub nie otaczają co bardziej luksusowe przestrzenie. Bałem się? Nie wiem, bo wtedy zdumienie i niepewność walczyły we mnie o prymat, a pytań cisnęło się na usta więcej, niż przez ostatni rok zdążyłem wygenerować. A przecież zaledwie pół godziny spaceruję po mieście. I nikt mi nie powie o co chodzi. Przegapiłem trzecią wojnę? Koniec świata? Chciałem w sklepie kupić coś do picia, ale ostra broń wycelowana we mnie i oczy zacięte wywarczały krótką, bezkompromisową komendę:

- Won!

Nie było miejsca na dywagacje i filozoficzne dysputy. Odszedłem. Daleko od tego szaleństwa, bo może ono zakaźne i drogą kropelkową dopadnie i mnie, żebym też zaczął tak nerwowo dreptać. Wyszedłem spomiędzy witryn i poszedłem nad rzekę, by usiąść w parku i ochłonąć. Żeby podwiązać widzenia w jakiś logiczny ciąg i odkryć przyczynę. Na trawniku dwójka mężczyzn paliła ognisko. W dzień, w środku miasta. Na dodatek nie byli to bezdomni, których służby porządkowe omijają szerokim łukiem, chyba, że chcą zapewnić im wikt i opierunek, czego miejskie władze starają się unikać jak długo się da. Nie. Ci ubrani byli w garnitury, o których już z daleka można było powiedzieć, że czterocyfrowa cena, to absolutne minimum, a za równowartość ich butów można byłoby wyżywić połowę miejskich przedszkoli przez miesiąc. Stali przy ogniu i wrzucali weń jakieś papiery. Jeden z nich zdjął nawet krawat i utopił go w płomieniach.

Podszedłem wiedziony ciekawością. Wyższy wyprostował się, pociągnął z butelki tęgi łyk i popatrzył na mnie zmęczony pierwszą fizyczną pracą jaką wykonywał od bardzo dawna. Wyciągnął butelkę w moją stronę, a gest pełen był jakiejś żałosnej rezygnacji. Wypiłem, kalecząc gardło płynem, który od miodu tylko kolor wziął, a sam cierpką ostrością garbników z dębowej beczki był przesycony tak bardzo, że pokaleczył mi język. Kaszlałem nienawykły do podobnych delicji oddając butelkę. Na trawie obok tych dwóch leżały teczki. Spore aktówki otwarte teraz i wychudłe, a ogień pastwił się nad dokumentami. W trawie warowało małe stado butelek o etykietach zbyt egzotycznych, żebym je znał. Jakiś plastik śmierdział topiąc się w ogniu, więc nie tylko papiery pogrążały się w niebycie.

- To na wszelki wypadek – poinformował mnie wyższy, kiedy zauważył jak kręcę nosem – zapewne zbędna fatyga, ale wolimy spalić, żeby nie zostawić ostatniego śladu.

Niższy popatrzył groźnie, jakby chciał zatkać usta Wyższemu, ale ten wzruszył ramionami tylko i podał mi butelkę.

- Popatrz na niego – pokazał mnie brodą – kto mu uwierzy? I dlaczego miałby dać wiarę w coś, na co dowodów brak. A Ty zawsze powiesz, że pijany jestem i bredzę. Wolno mi? A nawet jeśli nie, to mnie zamkną do wytrzeźwienia, albo ich skorumpuję, żeby odwieźli do domu. O ile w ogóle przyjdą. Kasy na „krawężników” na pewno wystarczy, a może i dobra brandy swoje zrobi wystarczająco. Dziś tego nie kupisz, chyba że masz fortunę na zbyciu. Wiem, że masz… Mamy…

Pociągnąłem mocno zapominając o tłuczonym szkle z żyletkami rozpuszczonymi w tej cieczy. Usiadłem wprost na trawie, a oni na prawie pustych teczkach, w których tkwiły spięte banderolą paczki banknotów w kilku popularnych walutach. Mniejszy sięgnął po nową butelkę i grymasił, niczym francuski piesek, odrzucił i sięgnął po inną, która zyskała uznanie i ją odkręcił. Pił, jakby to była źródlana woda i nie poprzestał na łyku. Kiedy podawał Wyższemu flaszkę brakowało trzeciej części płynu.

- Posłuchaj, bo nikt ci tego nie powie. Wyglądasz sympatycznie, więc ci powiem co się dzieje, bo te biegające matoły stracą miesiąc zanim poznają rozmiar nieszczęścia. Bo i kto miałby im mówić i po co? A jeśli komuś powtórzysz, to cię uznają za wariata i tyle zyskasz, że ktoś zadba o twoją dietę na dość długi czas. Pracowaliśmy z Niższym parę lat i udało się wreszcie opracować wirusa. Nie byle jakiego, tylko naprawdę jadowitego wirusa, który potrafi przyczaić się niczym pluskwa i przetrwać w uśpieniu parę lat korzystając z każdej okazji, żeby się rozmnażać. Poskładał jaja wszędzie. Cały Internet zaraził i wszystkie gałęzie przemysłu. Banki, szkoły, energetykę, wojsko, giełdy. Każdy komputer, który korzystał z aktualizacji, nawet, jeśli korzystał z firmowej płyty, lub dostępu do źródła producenta. Legalny, czy piracki system w każdym zakątku świata stał się wylęgarnią nowego porządku świata. Trwało trochę, bo chcieliśmy mieć pewność, że obejmiemy zasięgiem globalną wioskę. Demokratycznie.

Wyższy pociągnął znowu, a Niższy przesunął resztki papierów w stronę środka ognia, gdzie dogorywał pomięty tablet.

- Nie będzie działać nic. Żadna elektronika, żaden telefon i świat cyfrowy od dzisiaj przestał istnieć. Taki rozproszony impuls elektromagnetyczny niszczący wszystko. Infekcja objęła każdą gałąź. Zanim prąd się znowu pojawi minie sporo czasu, łączność nie żyje, transport właśnie umiera. Chyba zdajesz sobie sprawę, że kości elektroniczne zawiera nawet średniej klasy maszyna? A ta, która nie posiada wymaga prądu. Sterowanie, nadzór, monitoring… archiwa, ekonomia, historia… wszystko umiera… Blokuje się bezpowrotnie i niemoc rozprzestrzenia się od godziny. Niszczy użyteczność. Koordynacja staje się utrudniona i szczebel globalny nie jest obecnie możliwy. Wróciliśmy do epoki plemiennej, gdzie odległość fizyczna stanowi o granicach poznania. Da się system odtworzyć? Owszem, ale dopiero po wojnie. Bo przecież nikt nie uwierzy w dane odtworzeniowe, którymi już teraz usiłują manipulować ci co bardziej cyniczni i nie znający zasięgu akcji. Napij się, jeśli jesteś wystraszony, albo uciekaj gdzieś, gdzie ludzie potrafią przeżyć bez zero-jedynkowych sekwencji. Od dzisiaj plastik odszedł do lamusa. I prasówka z obcych kontynentów musi poczekać na swojego Kolumba. Napij się i idź zbawiać świat, albo ucieknij od niego w zieloność. My przynajmniej od roku jesteśmy już gotowi. Ale dziś świętujemy koniec świata i początek nowego.

sobota, 15 września 2018

Marnotrawstwo.


Czasem porzucam myśl zanim się rozwinie, a takie porzucone dzieci mają żywot ciężki i przyszłość rysuje się na ogół słabo. Powiedzmy że zaczęło się tak:

Nie pamiętam już, czy najpierw zdjęła szpilki, czy obrączkę, bo odłożyła je na komodę razem i śmiała się przy tym bezgranicznie, bo robiąc te dwa kroki do mebla zdołała podrzeć pończochy, jakby nie po dywanie, a po rozżarzonych węglach szła. Klęła z oczami pełnymi łez od śmiechu i zdejmowała te pończochy, których założyć więcej się nie uda, a sukienka protestowała i przeszkadzała jej, ilekroć usiłowała unieść stopę wystarczająco, żeby bez schylania się sięgnąć jej dłonią. Śmiała się obłąkańczo, najwyraźniej zbyt dużo wina zdążyła wypić, zanim ją zabrałem z tego miejsca, w którym zapomniała się tak, jakby świat miał się skończyć w tym wnętrzu. Popatrzyła podejrzliwie na fotel, który wyglądał jak siedzący pijak w prochowcu i szarpała się dalej stojąc na jednej nodze, jakby była żywą nocną lampką.

Początek sam w sobie niegroźny, wiedzie na pokuszenie i sugeruje rozwinięcie, bo z zakończeniem, to już pewności raczej nie ma. To może inaczej:

Szedłem przez pomieszczenie niczym furia. Otwierałem kolejne drzwi i jeszcze jedne, następne, a po nich jeszcze i jeszcze. Pomieszczenie, składało się z drzwi wyłącznie, schowanych w cieniu marmurowych arkad. Zdrowia nie miałem liczyć owych drzwi, ani lamp zamkniętych w kagańcach kutych, żelaznych kloszy obejmujących światło wyglądające jak kule tężejącej lawy wulkanicznej. Drzwi miały ciężkie skrzydła z pełnego drewna, ciemnego, wypolerowanego przez rzemieślnika-artystę i setkę lat dotykania z szacunkiem przez wielu – tylko nie przeze mnie, bo ja mosiężne, zdobne klamki niemal rwałem i szarpałem skrzydłem, aż z ziemi powstawały drobne tornada i cyklony. Otwarte drzwi stały karnym szeregiem i czekały na rozkazy. Czekały, że wypełnię je treścią i nadam znaczenie. Tymczasem nie miały nic – nawet numeru.

Generalnie nic się nie dzieje, poza spacerkiem portiera, któremu dobry humor wypadł z kieszeni i wyżywa się na materii, zanim mu rozum wróci, a zdarzyć się może wszystko. Równie dobrze Lem, King, jak i Borges (może nie od razu cały, ale powiedzmy cień). Myślami dobrze przytulić się do wielkich, choćby niezbyt udanie, ale gdzieś tam zaplątał się kolejny wątek:

Twarz miała pomarszczoną tylko trochę mniej niż dłonie, które całowałem, kiedy bez wiary próbowała mnie odpychać. Wargi jej drżały i na ich drżenie składało się tak wiele, że sama nie wiedziała co w tym drżeniu dominuje. Strach? Gasnące siły, których nie wystarcza, żeby mnie odepchnąć bardziej zdecydowanie? Nadzieja, że wciąż jeszcze może być obiektem uczuć? Wstyd, bo poczuła jak przez ciało pobiegła iskra, która krew rozpala, a ciało zaczyna szukać ciągu dalszego? Szukałem w dłoniach linii życia. Językiem szukałem w dłoni miękkiej, pokrytej piegami i drobnymi odciskami. Pokrytej życiem pracowitym i niełatwym wcale. Bała się otoczenia. Własnych marzeń się bała, albo tego, że w szyderstwie przekroczyłem wszelkie progi, żeby ją upokorzyć tym mocniej, im bardziej podda się pieszczocie.

Ciekawość zaczyna skamleć, a wątpliwości etyczne rzucają mnie na ziemię i depczą mnie po żebrach. Jako zadeklarowany tchórz porzucam myśli zbyt odważne i grzecznie udaję się w sielankę:

Jesień upomniała się o swoje. Najpierw przyszła do jaworów i przypaliła liściom końce palców, potem zaczepiła chorującą katalpę i brązowe, zwinięte naleśniki spadały między żywopłot, a mur z cegły klinkierowej, żeby w nich mógł przezimować jakiś insekt. Może jeż, jeśli nazbiera tych naleśników wystarczająco dużo. Dzieci pomogą, bo dzieci robią to nieświadomie – wchodzą w suche liście i szurając maleńkimi nóżkami śmieją się tak, że szarobure niebo pęka i przez tę dziurę zagląda słońce, żeby sprawdzić, kto raj na ziemi odnalazł. A tymczasem sterta sięga już dziecku do pępka, lub i wyżej, jeśli ktoś z dorosłych da się porwać zabawie. Powietrze przesycone liściastym sianem oszałamia. Rozpina kurtki i czapki strąca z głów. Śmiech zaraża nawet liszaje na rdzewiejącym moście, który zaczyna trząść się ze śmiechu w rytm kroków.

I wszystko pięknie. Jak w samoobsługowym barze – wystarczy przyjść z aluminiową tacą i nałożyć sobie, co kaprys akurat podszepnie. Ale to już nie ja – niech sobie dośpiewa co chce i kto chce. Jeśli w ogóle zechce, bo porzuconym dzieciom świat przygląda się z nieufnością. Wiem, wiem – są wyjątki i nie każde dziecko ma jednego ojca. Obym jutro nie narzekał na myśli jałowe.

Nocą.


- Dam radę – szeptała każdego wieczora w fotelu obejmując ramionami własne kolana, z brodą na nich, żeby nie pozwolić słowom wypłynąć z ust głośniej – dam radę… muszę…

Światło uznawała za zbytek, przeszkodę w rozmowie z własną głową, bo świat jakoś nie miał ochoty jej słuchać. Nigdy. Nawet, kiedy udawał, że pyta o jej zdanie, jeśli przychodził po wsparcie, lub bezczelnie podrzucał jej do rozwiązania cudze problemy, którym nie umiała odmówić. Wstydziła się wyłączyć telefon i czasami pół nocy poświęcała, żeby wyprostować cudzy życiorys, tak, jakby jej był prosty i poukładany. Popatrzyła na ciemny ekran leżącego obok telefonu i z żalem pomyślała, że ona nie ma do kogo zadzwonić, żeby wypłakać mijający dzień. W zasadzie mogłaby wypłakać każdy i to osobno, bo dni rozpoznawała już tylko z planu lekcji. W pamięci przeszukała listę kontaktów i nie znalazła nikogo, komu mogłaby powierzyć choć część tego, co odbierało jej sen.

Dziś też siedziała przytulona do siebie, a w kuchni stygł garnek z zupą na następne dwa, może trzy dni i nie pozwalał nawet pomarzyć o łóżku, bo przecież trzeba będzie go schować, żeby nie skisło. „Może wystawić na balkon”? – Przez głowę przeleciała myśl, że dopiero rano z balkonu wyniesie zupę do lodówki, bo nocami chłód już potrafił dotknąć. Wiedziała sporo na ten temat; czasem, gdy udawanie ją zmęczyło, kiedy pościel kłuła kantami, a kołdra dusiła i zabierała oddech uciekała na balkon w półprzeźroczystej piżamie, żeby ochłonąć pośród przekwitających, lub więdnących pelargonii… Do rana, do chwili, kiedy słońce zaczynało się wspinać na budynek naprzeciw, żeby z dachu podglądać ją siedzącą samotnie na balkonie. Rano – czysta kpina, kiedy budzik warczy nieżyczliwie już o czwartej rano, żeby zdążyła zatuszować szkody, jakie czyniła bezsenność.

- No właśnie – westchnęła – pelargonie… trzeba je podlać, bo przecież nie wytrzymają jeszcze jednego dnia zapomnienia, jeszcze jednej doby bez opieki i zauważenia. Kiedy ostatnio je napoiłam? Pięć dni? Nie – muszą dziś dostać, bo będę siedzieć na pogorzelisku.

Wstała ciężko. Bosa i brzydka, schowana w noc, żeby nikt nie widział jak głęboko potrafią wgryźć się łzy w policzki. Jeszcze trochę i trzeba będzie je wypełniać, kiedy koryta strumieni wyrzeźbią trwałą ścieżkę ku brodzie. Sól potrafi rzeźbić głęboko, agresywnie. Bose stopy zbierały kurz z dywanu dla którego także zabrakło czasu na pielęgnację w tym tygodniu, później cicho zaklaskały na kaflach kuchni. Kiedyś te kafle zdawały się szczytem szczęścia. Pamięta, jak je wybierała, jak pierwszy raz bosą stopą pośród nocy szła dziwiąc się, że chłód potrafią zachować nawet w środku lata. Teraz nie cieszą już. Zimno spłyca oddech, więc idzie na palcach. Odkręca kran z zimną wodą i nabiera dzbanek – nie do pełna, bo ręce już słabe i gotowa upuścić. Kto to widział, żeby woda była tak ciężka?

Drzwi balkonowe skrzypnęły z wyrzutem, że im też wypadałoby zawiasy naoliwić, ale zignorowała je, firana podrapała łokcie i twarz – jej też wypadałoby już spotkać się z proszkiem do prania. Przechyliła dzbanek i wypiła łyk, jakby sprawdzała, czy nie zaszkodzi pelargoniom i skrzywiła się. Bez smaku. Zimna. W sam raz dla kwiatów, ale nie dla niej. Przechyliła dzbanek, a ziemia piła łapczywie. Zamyśliła się znów – coraz częściej ją dopadało takie zamyślenie, w którym pogrążała się bez reszty i coraz trudniej było się z tego stanu wyrwać. W domu, to jeszcze pół biedy, ale w pracy? Chwilowo kierowniczka się tylko śmieje, ale kiedyś trafi na jej gorszy humor – może na okres boleśniejszy niż zwykle, może na dzień po kolejnej awanturze domowej, gdy przeciwsłoneczne okulary i gruba warstwa pudru maskować będą nieudolnie fakt, że rządzi tylko w pracy, a w domu pokutuje za tę chwilową przewagę. Woda zaczęła przeciekać na podłogę balkonu i rozpryskując się dosięgła stóp, co wytrąciło ją z zadumy.

Zaklęła cicho. Nikt z jej otoczenia nie podejrzewa nawet, że potrafi kląć, że zna słowa spotykane w podrzędnych knajpach i samotnymi nocami używa ich z wprawą i pasją. Poszła do kuchni po szmatę i z drugim dzbankiem, żeby podlać pozostałe rośliny – begonie, wrzosy i jakąś skarlałą różę, której kwiaty w tym roku zmieniły kolor z różowego na pomarańczowy. Ledwie to zauważyła, ze zmęczenia, a już płatki zsypują się w podstawkę i wiatr wywiewa je do sąsiadów, albo przez okno chowa pod jej łóżkiem. Nie zaglądała pod nie od tak dawna, że mogło się tam rozwinąć jakieś życie tajemne. Zbyt wielu rzeczy nie zdążyła w tym roku zrobić i zapewne nie zdąży. Ponuro pomyślała, że zaczyna przywykać do bylejakości, do nieustannego ograniczania życia do priorytetów.

A ten był jeden – spał właśnie za zamkniętymi szczelnie drzwiami małego pokoiku, żeby go nie zbudziła własną bezsennością. Spał nastoletnim snem, głodny życia za dnia i tak żywy, że nie szło za nim nadążyć. Kiedy za rękaw szarpał i w żywiole krzyczał:

- Mamo, mamo, chodź, pójdziemy, zobaczymy, posiedzimy i loda mi kupisz, albo zjemy na mieście, w tej knajpie, gdzie dają gruzińskie frykasy, całkiem tanio i takie pyszne, wiem, bo koledzy już byli i chodźmy razem do kina, nad rzekę, po książkę…

Nie znajdowała siły, żeby odmówić. Przecież… Jeszcze rok, może dwa i zacznie się wstydzić czułości, maminej ręki pilnującej, żeby krzywda się nie stała. Przestanie przytulać się jedyny facet w jej życiu. Jedyny, dla którego jest piękna i dobra. Teraz śpi i tylko czasem mamrocze coś przez sen – nikomu nie przyzna się, że siada czasami po drugiej stronie zamkniętych drzwi i słucha. Tych słów, oddechu spokojnego, którego tak bardzo mu zazdrości. Raz tylko wpadła, kiedy zachwycona tym oddechem zaczęła go naśladować i zasnęła. Co tam zasnęła – zaspała i obudziło ją dziecko szarpiące za ramię, zapłakane, bo się wystraszyło, że umarła w przedpokoju. A potem płakali oboje ze szczęścia, że jednak nie, że się udało i znów dzień cały spędzili razem, a w pracy wymyśliła jakieś nieprawdopodobieństwo. Ostatnie wagary z własnym synem. Bo on do szkoły też nie poszedł i przytulali się cały dzień i robili dla siebie nawzajem niespodzianki.

Wtedy namalował jej ten obrazek przyczepiony do dziś na drzwiach lodówki magnesami z zabytkami z miejsc odległych, których ona już chyba nie zobaczy, a on… Może? Boże! Śniadanie do szkoły… Czy zrobiła mu śniadanie? Bez udziału zmysłów odniosła do kuchni pusty dzbanek, sprawdziła, że jednak tak i wróciła na balkon. Przycupnęła pod oknem ale beton okazał się zbyt niegościnny i atakował nerki chłodem od którego poczuła, że musi iść do łazienki. Znów stopami zebrała na dywanie okruchy z bieżącego tygodnia, znów stopy wspięły się na palce, kiedy kafle zapragnęły odebrać im ciepło. Znów po ciemku, bo własne mieszkanie znała podświadomością lepiej, niż wzrokiem. Wracając zabrała garnek z zupą na balkon, skoro beton taki chętny do współpracy, a dla siebie ściągnęła z łóżka kołdrę i rozścieliła ją obok. Kołdra doskonale znała to miejsce, a choć za nim nie przepadała, to jednak bez protestu pozwoliła się ułożyć.

Usiadła z poduszką za plecami i bezmyślnie liczyła ciemne okna budynku naprzeciw. Wszystkie dwanaście w pięciu wierszach, którym symetrię odbierały okna czterech klatek schodowych rozmieszczone w pół drogi pomiędzy tymi, zaglądającymi w śpiące wnętrza mieszkań. Jak wiele potrafiła o tych oknach powiedzieć, to aż wstyd się przyznać. Drugie i trzecie od lewej na najwyższej kondygnacji właśnie zgasły – północ. Starszy facet uporządkowany co do sekundy o północy gasił światło i kładł się spać. Za pół godziny powinien zaświecić się korytarz środkowej klatki schodowej, bo będzie wracała…

Nie utrzymała powiek. Opadły wpół myśli. Nawet westchnąć nie zdążyła kolejny raz. I już nie zdąży. Nie doczeka, kiedy klatka schodowa rozbłyśnie światłem dla wracającej. Stygła teraz tuż obok garnka, a noc zachłannie pożerała ich ciepło. Róża pachniała oszałamiająco i płakała więdnącymi płatkami. Wiatr wstrzymał oddech, jakby poczuł się winny i ostatnim tchnieniem przymknął drzwi balkonowe. W mniejszym z pokoi trwał beztroski sen. Ostatni z kolorowych.

piątek, 14 września 2018

Podrzeć ciszę.


Patrzę, jak się wstydzisz nagości przed własną lampką nocną. Jak zasłaniasz się prześcieradłem, żeby ukryć kształty, a lampka miękkim, żółtym światłem przegryza się przez materiał i układa dłonie cienia tam, gdzie już błądzą twoje myśli. Może wydaje się tobie, że one tak dobrze schowane w głowie, że tylko westchnieniem z ust wyjść mogłyby, gdybyś warg zębami nie zagryzła? Książka zeskoczyła z twoich kolan i więdnie na dywanie, a ty odpychasz ją nogą, jak niechcianego adoratora. Ona wie, że w tej chwili nie liczy się zupełnie, że ty bosą stopą wkraczasz w światy z innych opowieści. Wino w kieliszku spąsowiało i kręci mu się w głowie, a jego cień tańczy już walca na podłodze i zaprasza niedwuznacznie, kusi i szuka twojej bliskości. Wyciąga się na smukłej nodze i kręci piruety rozsiewając bukiet wczesnojesiennej woni dojrzałych, słodkich winogron.

Widzę, jak ulegasz pokusie, jak zęby nie są w stanie dłużej utrzymać warg, żeby ich do krwi nie pokaleczyć i wybuchasz śmiechem krótkim, chrapliwym i w nim decyzja zapadła. Nim krew wróci na wargi pocałunkiem dzielisz się z winem, a wstając do tańca pozwalasz materii opaść książce na oczy opaską grubą. Księżyc usiłuje wśliznąć się przez lufcik, kiedy tańczysz. Żeby choć popatrzeć, jeśli towarzysza do tańca ci nie potrzeba. Pobladł zupełnie z tego wysiłku i srebrem głowę mu czas obsypał, ale przecież nie zabrał mu smaku. Nie stracił poczucia estetyki i zachwycać się tobą chce, niechby tylko platonicznie. Sól łez zaschła mu na policzkach, bo przytyło mu się ostatnio i nie mieści się biedaczysko przez ledwie uchylone okienko. Na jego szczęście ty tryskasz radością niezmierzoną i zasłony rozdzierasz na pół, żeby noc przyszła cała w aksamitach i zjadła smutki i skrępowanie.

Noc bezimienna spowija cię w atlasy, w tiule i jedwabie, a dywan liże stopy zliczając takty. Kot sąsiada, który z wysokości własnego parapetu tak bardzo interesuje się otoczeniem, że chyba dawno już zdążył policzyć rybki w twoim akwarium oblizuje się łakomie i zastanawia, czy nie obudzić swojego pana, żeby i on się oblizywał, gdy ty tańcząc napełniasz szczęściem ściany po same brzegi. Sobą i nagością, do której wciąż nie przywykłaś, którą dopiero winny aromat rozebrał z konwenansów i przyzwyczajeń. Tańczysz wciąż, a twoje dłonie zwiedzają ciało, jakby to męski dotyk pionierską ścieżką wyruszył eksplorować nieznane. Koniuszkami palców nadepnęłaś sutki, żeby eksplodowały pożądaniem, żeby wzrok zabrały wraz z rozsądkiem. Zatracenie w tańcu i rozkoszy rosło, a czas usiłował ani drgnąć, żeby nie przeszkadzać, żeby trwało misterium, spektakl dla jednego aktora w pustym teatrze.

Jedna dłoń zaczęła ci szeptać za uchem tak odważne pragnienia, że aż się zarumieniłaś, choć zdawało się, że już nie potrafisz, druga szukała czegoś na szyi, na wierzchu ramienia czesała przeźroczyste włoski, których istnienia nie byłaś świadoma do tej chwili właśnie, kiedy nastroszyły się i wstały czekając na pieszczotę. Ubrana w gęsią skórkę zatrzymałaś się zdyszana i w ramiona oswojonego przez lata fotela padłaś śmiejąc się beztrosko. Na stole wino aż podskoczyło i drżało gasnącymi zmarszczkami. Wyciągnęłaś rękę i pozwoliłaś mu krążyć w rozognionych żyłach. Jedna kropla niepokorna, niepowstrzymana i głodna ciebie uciekła wprost na pierś, żeby się z niej stoczyć w dół i przeć tam, gdzie gasną wszelkie słowa i znaczenia. Gdzie kończy się wychowanie, maniery i cywilizacja. Gdzie dojrzewa krzyk, którego pomylić z niczym się nie da.

Puściłaś w pościg rękę, żeby schwytała uciekiniera, ale ona przestała być posłuszną i wręcz pomagała kropli dotrzeć do celu. Poczułaś jak rumieniec przekracza granice twarzy, jak spływa szyją na tężejące piersi, a brzuch broni się ostatkiem sił w oddechu płytkim i poszarpanym. Czy to księżyc westchnął i przeciągiem objął uda wilgotniejące do krzyku? Zapewne, bo przecież kot wciąż trwał niemo zahipnotyzowany metalizującym odblaskiem żywych łusek na tle ciemnej tafli ścian akwarium. Pierwszy krzyk dopadł cię ledwie w wir pępka zdążyłaś pościgiem dotrzeć. Tłukł się obijając o ściany, a jeśli kogoś zbudził, to nie dziecko, które płaczem zaprotestowałoby niechybnie. Może samotną dorosłość obudził i wiódł na pokuszenie, tak jak ciebie wiodła ta kropla z determinacją płynąca ku zagładzie.

Wreszcie dopadłaś ją i poczułaś pod palcem, jak insekta, którego zgnieść chciałaś, żeby przestał irytować i drażnić. Nacisnęłaś lekko, a kropla rozpierzchła się na drobne, pod opuszkiem zostawiając rosnące pożądanie. Drugi krzyk. Już głośniejszy, dojrzalszy i przyznający się do niemocy. Doszłaś do chwili, w której nie można było się już cofnąć, bo całe ciało przestało być posłuszne głowie i koncentrowało się wokół tej dłoni wysłanej w pościg, żeby wreszcie zatryumfowała. Palce szukały wina, lecz pośród rosnącej nieustannie wilgoci czuły się zagubione. Gorączkowo przemierzały delikatność i ciało żywe, ale uciekinier skrył się głębiej, niż palce miały odwagę wkroczyć. Zachęcałaś biodrami, uda przestały się lubić i odsuwały się od siebie wciąż bardziej, wszystkie mięśnie starały się rozsypać w proch, drżące usta szeptały nieistniejące słowa, a oczy zwiedzały niepojęte przestrzenie bezczasu.

Trzeci krzyk był dzikim wyciem wilka, tęsknotą niezmierzoną i spełnieniem. Aż się księżyc schował za węgłem, a kot ogonem przykrył pyszczek. Pająk-samotnik z wrażenia puścił się liny i spadał gdzieś w piekło za telewizor. Palce nóg wygięte do granic możliwości niby szpony usiłujące schwytać za kark ofiarę dopadły prześcieradło, które nawet bronić się nie śmiało, więc teraz dyszało po cichu w uścisku konwulsyjnym. Fotel łapczywie spijał sok, którym raczyłaś go nieustannie, a płuca nie nadążały z konsumpcją tlenu podawanego w rytmie zbyt szybkim do obróbki.

Kiedy zapadła cisza, pierwszy ocknął się czas. Ruszył niechętnie, jakby chciał zostać jeszcze chwilę, ale pretekstu nie znalazł. Mięśniom puściły zatrzaski i odblokowały się wreszcie mięknąc do bezwładu. Patrzyłem, więc wiem, że oczom zabrakło sił, aby powieki unieść, a głowa ciężka od marzeń wtuliła się w kącik oparcia i próbowała zostać tam, skąd dopiero wróciła. Intymność ubrana w twoją dłoń lepka i pachnąca spełnieniem została tam, gdzie ją zastała ekstaza. Może wstyd wrócił i ubrałaś się w jedyny strój, który znalazł się w zasięgu sił? Nie wiem, bo patrzyłem, jak piersi przestają drapać noc sztywnością i moszczą się na spoczynek zliczając serdeczne takty wciąż zbyt szybkie.

Noc lizała cię po policzkach, księżyc zarumienił się, jakby od ciebie się nauczył i poszedł szukać miejsca, gdzie będzie mógł wykorzystać świeżo nabytą umiejętność. Twoje piersi uspokoiły wreszcie serduszko i płuca zaczęły pracować tak, jak pracują nocą, gdy im na to pozwolisz. Szeptałaś obietnice i prośby, może imię szeptałaś, ale nie chciałem podsłuchiwać śpiącej intymności. Zapomniane, pomięte prześcieradło podniosłem z podłogi i przykryłem cię na fotelu. Zupełnie tak samo przykrywa się meble, żeby nie zakurzyły się podczas zbyt długiego okresu nieużyteczności. Nie podsłuchiwałem, lecz wiem, że nie do mnie szeptałaś spełnienia. A kiedy kolana poczuły wzajemną tęsknotę i spotkały się wreszcie na ploteczki śródnocne poszedłem w noc. Na dywanie śpi odepchnięta książka.

czwartek, 13 września 2018

Pojedynek.


Budzę się znienacka i nie wiem gdzie jestem. Można powiedzieć, że z ciekawości się budzę, a nie z potrzeby fizjologicznej. Wzrok zawiesza się na nicości i przeprasza mnie za własną niedoskonałość, ale to nie pociesza i nie przynosi żadnego rozwiązania zagadki. Jest ślepcem w tej ciemności i nie podpowie, skąd zagrożenie nadciąga. I czy w ogóle nadciąga. Uszy zaczynają się chełpić chwilową przewagą, ale i one szybko poddają się, choć im światło w niczym nie jest w stanie pomóc. Odwołuję się do reszty zmysłów i w wyżła się zamieniam, ale jedyne, co osiągam, to konstatacja, że za ładnie nie pachnę. Spociłem się intensywnie – może skóra w ten sposób chce zwiększyć wrażliwość na bodźce, ale i ona uznaje, że ciepło jej służy, a szukanie czegoś toksycznego jest tylko moim kaprysem, którym zajmować się dłużej nie zamierza. Gdybym spróbował zamlaskać smak obraziłby się na mnie, że go nadaremnie angażuję, więc nawet nie spróbowałem. Koniec. Jaźń przegrała bo nie potrafi określić z której strony mam się bać i czego spodziewać, a to prowadzi do konkluzji, że i przeciwdziałać nie ma czemu.

Strach rośnie i eskaluje do paniki. Przecież obudziłem się. A powodów namacalnych brak. Żeby chociaż wyspany, ale gdzie tam! Niepewność zimnym jęzorem liże mnie po kręgosłupie, co z erotycznym uniesieniem nie ma nic wspólnego. Skóra zaciska się i marszczy, każdym włoskiem szukając skąd nadchodzi zło. Bo dobro nie budzi w ten sposób. Dobro w ogóle nie budzi, tylko wtula się ciepłem i wymienia snami. Przydałby się jakiś sonar czytający podczerwień ultrafiolet i inne zakresy, w których mieszkają potwory. Te najmniej realne, które potrafią schwytać serce w dłoń i zatrzymać je pokonując wolę życia. Te, które ściskają gardło tak mocno, że pęcherzyki płucne pękają jeden po drugim, a żołądek najkrótszą możliwą drogą awaryjnie zrzuca pokarmy, żeby nie obciążały dodatkowo organizmu. Niepewność drąży jelita, łydki tężeją, jakby chciały zmarmurzeć, a powód wciąż za węglem mroku skryty. Bezwonny i bezszelestny.

Było mi stanąć w kolejce po dodatkowe zmysły. Szósty, to może być za mało, ale taki pełen pakiet najnowszej generacji wszczepiony bezprzewodowo, to byłoby coś. Niemal to widzę oczami wyobraźni…

Pysk rozciąga mi się w złym uśmiechu, który obnaża kły. Niezbyt może ostre, ale masywne. Zabójcze i jadowite. Dawno ich nie dezynfekowałem, więc spotkanie z nimi gotowe narobić wielkich szkód w białkowej masie wroga. Jeśli wróg taką masę posiada. Patrzę nań, bo teraz, kiedy mam zmysły skryć się przede mną nie zdoła i banalna ciemność staje się niedogodnością iluzoryczną, nadmiernym pesymizmem. Potrafię wykryć, osaczyć i zniewolić wroga. Przyszpilić, żeby trwał bezsilnie tam gdzie jest i skowytał żałośnie. Spinam mięśnie, żeby go schwytać za odpowiednik gardła, za pulsometr serca i stać się katem zamiast ofiarą. Nie mam złudzeń. Niesmaku, ani dylematów. On i ja w jednym miejscu i czasie trwać nie damy rady. Niech zwycięży lepszy.

Światła areny niczym w rzymskim Koloseum kładą się złotem na piasku. Stoję z zaciśniętymi pięściami i patrzę na krew napływającą w ślepia tego, który ukrywał się przed zmysłami. Bóg to, czy cesarz dał zgodę do walki, a może niewiasta jakaś chustką na wietrze zwiastowała atak? Skoczyliśmy ku sobie jednocześnie, z pianą na ustach i w dźwiękach nieludzkich gołymi rękami rwaliśmy ciało. Oczy i żołądki wypływały pośród posoki i złoto areny zalśniło gorącą czerwienią. Nie dla nas, bo my pokąsani, oślepieni, dogorywający… Przegrani i wściekli.

Zmysły skarlały, a odpływając patrzyły z pogardą, jak nierozsądnie ich używaliśmy. Może nawet splunęły? Nie wiem, bo już tych zmysłów nie miałem. Leżałem w posoce, która mieszała się z piaskiem i zanikającą za węgłem czernią rywala. Ktoś litościwie ściął mu łeb mieczem wystarczająco ostrym, żeby skonał na jednym wydechu. Usłyszałem kroki na piasku. Niespieszne, zdecydowane. Może to tylko moja fantazja, jednak słyszałem, jak w złoty piach skaczą czarne krople posoki wroga. Miecz milczał chłodem stali i patrzył na mnie. On stał, a ja w pół zgięty nad własnymi jelitami pogryzionymi i leżącymi w prochu areny. W oczodołach pustych chciałem zmieścić żal i nadzieję, ale niosłem wyłącznie krew nienawiści. I obnażone zęby wlepiałem w ten miecz, a niewidzialny łaskawca pół kroku wykonał. Wiedziałem co zamierza. Wiedziałem, gdzie stoi, ale to nie wystarczyło. Miecz zaśpiewał pieśń z wiatrem do spółki i moje zmysły potoczyły się pod cesarską bandę. Do stóp niewiasty, której dla widowiska nie było żal jedwabiu chustki. Moje zmysły przytuliły się do niej w agonalnym łkaniu, kiedy ja… Zostałem sam. Już bez strachu. I bez wrogów. A nawet bez życia.

Podejrzane-podsłuchane.


Spod samochodu wybiegł szczur i śmiesznymi susami biegł w kierunku kontenerów na śmieci. Najwyraźniej nie pojadł holenderskich rarytasów, bo spieszył się bardzo. Był zdecydowanie za długi jak na zaledwie dwie pary łapek, bo bardziej podskakiwał niż biegł. Ma szczęście, że nie musi po ulicach biegać, jak jeden, któremu zamarzyło mu się na drugą stronę Rzeki przejść i samochód przegryzł mu krtań na moście. Pani nieskutecznie usiłująca oszukać czas była niewątpliwie wytrawnym myśliwym. W jedno z trofeów wcisnęła się z trudem wielkim i dumą. Lamparcia skóra była dla niej za mała o kilka rozmiarów, więc opinała ciało eksponując nieoczekiwane wypukłości niczym przepukliny. Bo nie ma na świecie zwierzęcia, które miałoby aż tyle piersi. Najwyraźniej nie udało się upolować egzemplarza potrafiącego dyskretniej okryć stan posiadania owej pani. A! Pani (być może równie nieświadomie jak samochód podgryzający szczurzy żywot) zdążyła wdepnąć w dwa szynszyle, z których powstały klapeczki chroniące stópki drobiące na miejskich granitach zalotne kroczki kierujące się w stronę galerii handlowej, gdzie będzie można olśnić publikę niczym na światowych wybiegach dla modelek. Na czerwonym dębie smętnie kołysze się w detalicznym wietrze kolorowy kask ponad zasięgiem młodocianych dłoni, naśladując nieistniejący owoc o złoto-czerwono-niebieskiej skórce. Ktoś ma nań uczulenie, bo kicha wytrwale i tak soczyście, że echo odbija się od drugiego końca podwórka kobiecym śmiechem. Zdrowym, nie złośliwym.

środa, 12 września 2018

Partyjka.


Usiadłem do bierek. Z ośmiornicą. Wiedziałem, że będzie oszukiwać małpa ruda, ale kiedy popatrzyłem na nią, to uznałem, że mam szansę. Mam, bo ona już spocona i jeśli mądrze rzecz rozegram, to mam szansę. Byle ją z równowagi wyprowadzić. Oczywiście – to o tyle trudne, że krzesło na czterech nogach trudno z równowagi wytrącić i sił wymaga sporych, a tu podstawa wsparta na ośmiu filarach przytwierdzanych ssawkami do wszystkiego, co w miarę materialne i sztywne. Ja mógłbym próbować schwytać taflę szyby i w najlepszym wypadku pokaleczyłbym się, a ta zawodniczka przytwierdziła się sześćdziesięcioma czterema buziaczkami przyssawek i trzeba byłoby wrzątku lub spirytusu, żeby je oderwać wbrew jej woli. Bo nawet dobrze naostrzone ostrze okaleczyłoby zwierzę, ale martwa noga pozostałaby wrośnięta w szkło.

Bierki rozsypały się po blacie, a ta czarna mamba popatrzyła na mnie spod opuchlizny nad oczami i przystąpiła do egzekucji. Zakotwiczona dwiema nogami podłodze, i jedną w szklanym blacie pozostałymi momentalnie wyzbierała to, co potoczyło się odrobinkę dalej od centrum. Nie wiem kiedy stos bierek skurczył się do wiązki chrustu leżącej stosem na środku. Znowu łypnęła na mnie okiem i chyba chciała nacieszyć się tryumfem, bo biła z niej duma tak wielka, że aż napęczniała. Za to na wierzchu stosu zostały bosaki harpuny i widły – te same, którymi Posejdon filetował nieposłusznych śmiertelników. Różniły się nieznacznie od wideł do obornika, czy siana, a sam ich widok przyprawił ośmiornice o gęsią skórkę, aż stół zadrżał i bierki z szelestem zsypały się na boki.

Zaśmiałem się tryumfalnie niczym hiena widząca zdychający właśnie obiad. Moja kolej! Od śmiechu przeciwnik zadrżał ponownie i stos rozwiązał się całkiem. Wyzbierałem włócznie i łopaty, harpuny i bosaki. Złośliwie zostawiłem na koniec widelce. Podnosiłem oczy na zwierzę, które jak zahipnotyzowane patrzyło na stół, skąd znikały kolejne patyki. Dość tego! Zdjąłem komplet wideł, żeby odebrać jej złudzenia i ułożyłem pokotem przed sobą, jak trofeum myśliwskie. I patrzyłem jak drapie się po łbie tymi swoimi pajęczymi odnóżami. Może liczyła bierki? Punkty? Przed nią leżało kilkanaście gładkich, a wszystkie, które ważą punktowo tkwiły przede mną. Zwierzak ponoć inteligentny, więc kto wie, co w tej miękiszowatej łepetynie się narodziło.

Popatrzyłem na bydlątko, które całkiem zapomniało o grze, tylko odsuwało się od kształtów niosących wspomnienia powodujące duszności i paniczny lęk. Najwyraźniej chciało uciekać już jak najdalej i skryć się w gęstej chmurze sepii, a poza zasłoną dymną uciekać na wszystkich dostępnych odnóżach, niechby i na dno Rowu Mariańskiego. Byle dalej. Aż się jadem posikała i ubrudziła szklany blat, ale machnąłem ręką – niech zwiewa, skoro aż tak na nią działa plastikowa zabawka. Skoczyła w piach i wężowym ruchem wytoczyła się z plaży w kipiel przypływu. Nawet się nie pożegnała. Schwytała dno pod siebie i galopowała jak tabun dzikich mustangów w panice. Tylko ciszej odrobinę. Nie sądziłem, że aż tak się wystraszy atrybutów bóstwa z zamierzchłych czasów, ale kiedy na nią patrzyłem, to wciąż jeszcze była spocona i bardziej niż o wynik drżała z emocji. A może… Może to nie tylko mitologia? Może w głębinach wiedzą coś, czego na szczytach fal nikt głośno nie powie?

Rzuciłem okiem na pomarszczoną powierzchnię, która zdawała się końca nie mieć. Gdzieś na krawędzi widzenia niebo tonęło w wodzie, a może to woda wstępowała pomiędzy chmury? Trudno wyczuć, jednak widnokrąg uśmiechał się do mnie pobłażliwie i tajemniczo. O wiele bardziej tajemniczo, niż Mona Lisa w szczytowej formie.