wtorek, 22 czerwca 2021

Rasista.

 

Wziąłem pod ręce dwie pachnące młodością, genetycznie opalone towarzyszki i ruszyliśmy w miasto. Toczyliśmy się lekko, z wdziękiem, jaki zapewniała obecność istot bezapelacyjnie pięknych, których urody nie potrafiła zaburzyć moja kontrastowa fizjonomia, wyblakła na ciele i umyśle, jawnie świecąca bielą skóry i włosów.

 

Kobiety mają zdecydowanie więcej tolerancji dla płci przeciwnej i moja przechodzona uroda kompletnie im nie przeszkadzała, więc cieszyliśmy się wzajemnością i bliskością.

 

Szczęście jednak ulotnym bywa, a z czasem mu nie po drodze. Promenowaliśmy dumą i zachwytem wypełnieni, mijając nieistotności i obcość obojętną, aż trafiliśmy na wulgarność pragnącą zaburzyć chwilę bezobcesowym komentarzem:

 

- Patrzcie! Oreo się toczy!

Żywe solniczki

 

Słońce zapomniało o umiarze i praży, jakby chciało z ludzi przyrządzić frytki w sosie własnym. Nawet muchom nie starcza sił, by niepokoić wątłe, zrozpaczone umysły brzęczeniem. Kamienna pustynia, poprzecinana asfaltowymi parowami, z rzadka zakłócana przepływającą z mozołem karawaną samochodów. Bezruch. Tylko ptakom jeszcze wystarcza energii, by podróżować w poszukiwaniu wody. Cienie dodają brody wszystkiemu, co stawia opór słońcu. Gdzieś pośrodku tej spiekoty młodziutkie życie pod okiem dawcy zwiedza okolice w głębokim wózku i rozkoszuje się lipowym aromatem, pozostając w gęstym cieniu korony drzewa. Drzewa zaczynają się pocić trochę później, lecz nie mniej lepko, niż ludzie.

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Przekrojowo.

 

Młoda mama z dziewczyneczką w croksach wysiadała z tramwaju. Dzieciątko ledwie dawało sobie radę z wysokimi stopniami i gdyby nie czujność mamy, to pewnie nie znalazłaby odwagi, by wstąpić na nie i jeździłaby, póki nie dorośnie. Mama miała na udzie siniaczka w kształcie flaminga, z wyraźnie zaznaczonym garbem dzioba, a dziewczątko włoski niczym wyschnie te sianko zdobiące skraje trawników, w których kwitł szczaw, chabry i kąkole. Upoiłem się wonią lip, spoconych, mimo poranka, usiłujących stłumić agresję kwiatów ligustru. Starszy pan, zdający się być wdowcem, szedł ze zwieszoną głową i bez stanika – dlatego podejrzewałem, że to wdowiec, bo szanująca się mieszczka nie wypuściłaby męża z domu bez gorsetu – tyle miał światu do zaoferowania! Inny – bielusieńki kruk – drzemał na przystanku, w otoczeniu wiekowych matron zaaferowanych rodzinnymi komplikacjami, a jak donosi Szekspir, czy greckie mity – owe mogą zakończyć się ruiną kwitnącego dostatku. Miasto tymczasem porastało chwastem raczącym żółcić się powyżej żywopłotów i powoić poniżej. Jeżyny podsuwały kwiecie pod nosy przechodniów, sosny pociły się żywicznie. Im bliżej południa, tym większy letarg i dostojeństwo. Sjesta. Przymusowa, więc nie z tych najbardziej pożądanych, ale jednak. Głupio lenistwu zaglądać między uda, bo zamiast szczygłów, można zobaczyć nagą prawdę. Zdumiewa jedynie, że nagość może być sensacją, skoro dana jest każdemu - bez wyjątku.

piątek, 18 czerwca 2021

Obietnica.

 

Na słupie ogłoszeniowym, między reklamą proszku do prania i ekskluzywnych apartamentów nad rzeką, znalazłem (piórem napisaną) wiadomość, z której ktoś (może wiatr) wydarł (niestety) telefon kontaktowy.

 

- Szukam. Bez nadziei, lecz przecież szukam nadal, więc może jestem zbyt nieufną, zbyt wymagającą, inną, głupią, albo zarozumiałą?

 

- Nic mogę dać, lecz siebie oferuję bez reszty. Z rudymi piegami, miesiączką odbierającą rozum, nosem nawykłym do płynących nocami łez. Raczej nie jestem piękna, gdyż moje piękno nosi brzemię trzech zabiedzonych piękn.

 

- Więc… jeśli nie sam, może pokochacie mnie we troje? Serce mam duże, dawno nieużywane i bardzo spragnione – postaram się, zmieszczę was.

Tu i tam.

 

Dziewczę, oddzielone od pierwszych pożądliwych spojrzeń letnią sukienką, wdziało na wątłe nóżki martensy sięgające kolan. Dzisiaj! Kiedy nawet wróble na dnie rynien szukają ochłody i tracą strach przed ludźmi, spijając wodę z podstawek pod doniczkami wystawionymi na balkony i dostojnie zażywającymi słonecznej kąpieli. Kopciuszki uwodzą się nawzajem, korzystając z cienia za tujami, z ludzkiej senności, bo komu chciałoby się wstawać wcześniej, niż musi? Merdają rudymi ogonkami i zuchwale trzeszczą paszczą w rytm własnych marzeń. Maciejka co prawda zakończyła już gody - czas, w którym zapachem potrafiła ukoić myśli zbrodniarzy i na dzień skromnie schowała się, przeczekując upał. Nie dziwię się - na co komu spocony aromacik? Chyba dla perwersyjnych jednostek, ale ci znajdą, jeśli szukać im się zechce. Wystarczy wsiąść do autobusu, żeby uzbierać okazały bukiet wrażeń. Sąsiedzi stadnie żerują na parapecie, przypominając gołębie spragnione zauważenia, paszy i pieszczot. Kiwają miłośnie główkami, a chociaż nie znam powodu, czarne myśli nie mają do mnie dostępu.

czwartek, 17 czerwca 2021

Z daleka.

 

Sroki przekrzykiwały się z zajadłością, pociąg zawył niczym rozżalony pies, pierwsza tego roku kukułka wyśpiewała kolejną godzinę. W sam raz, żeby dziewczęta w sandałkach wsiadły do autobusu i pojechały do swoich obowiązków. Robotnicy budowlani stadnie ruszyli po śniadanie do marketu, samochody karnym różańcem przedzierały się przez sygnalizację świetlną. Niebo zaróżowione z wysiłku wygnało noc poza widnokrąg, ku uciesze pulchnych wróbli. Wiatr ostatni raz westchnął i poszedł się opalać gdzieś, bliżej wody.

środa, 16 czerwca 2021

Nałogowiec.

 

Upał dopiero nadciąga, ale są i tacy, którzy już są gotowi na przyjęcie frontalnego ataku, bo jak inaczej nazwać rzecz intymną, powszechnie nazywaną „ściągą”, którą mimo lokalizacji wysoko na dorodnym udzie widać z daleka? Odzież skurczyła się do absolutnego minimum, a kiedy odwagi wystarczy, to nawet krok dalej. Sąsiad demonstruje oprawioną w okienne ramy nie tyle tężyznę, co przewlekłą rozpustę kulinarną. Gładko wlewa się w prostokąt okna i rozgrzewa płuca papierosami w tempie czterech na godzinę. Bacznie obserwuje życie osiedla, przedszkolaki szukające szczęścia w piasku, niewiasty strzegące potencjalnych skarbów, czy może szkrabów, ukraińskich dziewcząt, chińskich psów, tureckich kochanków, azjatyckich dentystów, czy japońskich wiśni. Sam nie wiem czego wypatruje, jednak czyni to z zadziwiającą wytrwałością.

Prowokacja

 

 

Pierwszy, ze strachu przed śmiercią spłonął w niepokojach i nie wytrzymując ciśnienia drżących myśli, niezwłocznie zabił się, bo czekanie i strach gorsze były mu od natychmiastowego efektu. Kunsztownie zawiązany sznur od bielizny zapisał w spadku własnym dzieciom, łudząc się, że zrozumieją przesłanie.

 

Drugi pozwolił się zamrozić, w naiwnej wierze, że za sto lat nauka posiądzie lekarstwo wystarczające, by życie przedłużyć chociaż o kilka wieków – przezornie, przed wejściem do kriokomory założył stuletnią lokatę w banku, żeby nie spędzić wieczności żebrząc na ulicach i śpiąc pod mostem.

 

Trzeci podszedł do sprawy filozoficznie. Skoro myśli powodują niepokoje, więc zamiast życia należy się pozbyć ich właśnie. Odważnie eksperymentował z alkoholem i mniej legalnymi używkami, aż osiągnął spokój ducha w zakładzie zamkniętym – ubezwłasnowolniony nie był w stanie rozdysponować resztek majątku, skazując bliskich na rodzinną batalię. Uśmiechnięty od ucha do ucha i wolny od trosk nie podejrzewał skali rodzącego się konfliktu.

 

Czwartemu ideologia wskazała szansowny kierunek rozwoju. Wiara mająca moc przestawiania gór – obiektów nieruchawych i masywnych do obłędu, względem jednostek mobilnych i lekkich niczym piórko miała pełne prawo zainicjować komfortową podróż bez przesiadek w kierunku nowego świata/życia. Starannie unikał ciężkich potraw i przezornie wierzył we wszystkich znanych ludzkości Bogów, bo nigdy nie wiadomo, który okaże się autentyczny. Nie potrafiąc przewidzieć, jaką walutą należy dysponować w zaświatach obciążył stanem posiadania żonę, a w drogę wyruszyć zamierzał „na lekko”, żeby zwiększyć szansę szczęśliwego lądowania.

 

Piątemu zaświtała idea reinkarnacji, sprawiająca, że śmierć stawała się zaledwie zabiegiem chirurgicznym – niezbyt przyjemnym, jednak niezbędnym dla kontynuacji życiorysu w lepszym, bo nowym opakowaniu. Zwiedzał świat, szukając doskonałego miejsca dla przyszłej lokalizacji własnych idei, a gdy w końcu odkrył je, wymienił cyfry z kart bankowych na kruszec, który nie traci wartości i nocą, w wielkiej tajemnicy, zdeponował go nieopodal raju, grzebiąc w ziemi. Zaufanie do idei było zdecydowanie większe niż do rodziny, której na stare lata niedostatki pamięci, albo nieumiejętnie skrywana chytrość mogła wypaczyć obietnicę zwrotu depozytu bezradnie kwilącemu niemowlęciu kolejnego wcielenia.

 

Szóstemu…

 

- Ej! Szósta! Szósty! Co u Was?

Czekając.

 

Ptaki ostrzegały się wzajemnie przed nadchodzącym kotem w którym wiary w sukces nie było ani krzyny. I głodu zapewne również nie było, bo szedł sennie zadumany. W pozostawionym na tarasie grillu pełnym wody kąpią się wróble zerkając w niebo pełne małych, kudłatych chmurek. Słońce wygrzewa dziecięce rysunki kolorową kredą wymalowane na placu zabaw i nudzące się śmiertelnie, bo przecież nikt nie gra w klasy, nie zachwyca się zawiłością labiryntów i tajemnych symboli. Porzucone – czekają na znalazcę.

wtorek, 15 czerwca 2021

Ekstrakty cz.15

 

Cielęcinka.

Był koneserem, osobnikiem wyrafinowanym i subtelnym, lecz rygorystycznie wymagającym jakości. Poszukiwał ekstrawaganckich smaków, endemicznych potraw i przypraw nieznanych tłumom. Dziś zażyczył sobie, żeby obrać mu ze skórki młodego chłopczyka.

 

Nieugięta.

Marzyła o gwiezdnych podróżach, bo była najzwyczajniej w świecie głupia. Wpływ bajek o urodzie wszechświata otumanił ją kompletnie, a próżnia zdawała się jej przyjemną odmianą dla atmosfery. Pytana o tolerancję na temperatury bliskie bezwzględnemu zeru – wzruszała ramionami – i tak poleci!

 

Nieurodzaj.

Staruszek nie miał sił zbierać gruszek z drzewa, więc czekał, aż spadną jesienią i dziwił się, kiedy nie umiał znaleźć między schnącymi liśćmi ani jednego owocu. W swojej dobroduszności nie podejrzewał, że ktoś okrada proboszczowski sad, pożerając na wpół zielone owoce, nim staną się słodkie.

 

Apetyt.

Lepiła gołąbki – na nogach pełnych żylaków stała od rana i ubierała w kapuścianą skórkę farsz. Lekarz kategorycznie jej zabronił jeść podobne potrawy, jednak o ich robieniu nie wspominał. Może kto przyjdzie i się poczęstuje, albo sama ukradkiem zje, gdy księżyc zapodzieje się w oknach sąsiada?

 

Kaprys.

Słoń miał być, najlepiej ze słoninką. Nie wchodziły w grę żadne inne stworzenia, bo w obliczu słonia każde zdawało się ubogie, a posiadanie pytona, czy legwana, dobre jest dla miernot. Wieloryb spełniłby oczekiwania, gdyby dziecięcy pokój napełnić wodą, ale tu już tata kategorycznie zaprotestował.