Choć tego nie pamiętam, musiałem w nocy pożreć kota. Żywcem. A kiedy się obudziłem, brzuch mruczał, burczał i przemieszczał się leniwie korzystając z ponocnego ciepła. Troszkę się przestraszyłem, że zacznie bawić się wyrostkiem robaczkowym i podrapie mi go śmiertelnie, albo z głodu zacznie konsumować wątróbkę… I co z tym począć?
Zawsze może być gorzej! Stara prawda wylazła, kiedy ja wylazłem z domu i wsiadłem do tramwaju. Kotu wciąż było we mnie dobrze i zajmował się tym, czym zwykle zajmują się koty – mruczał, czyścił futro z nieznanych defektów i kokosił się, szukając epicentrum termicznego. Musiałem się go pozbyć. Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić? Współpasażerki patrzyły na mnie jak na zboczeńca, który podziwiając ich niewątpliwe wdzięki pozwala sobie na wątpliwe dźwięki. Świnia, to najdelikatniejsza z ich myśli, niektóre zgoła wyartykułowane szeptem, gdy znalazło się chętne, damskie ucho.
Pomyślałem, że trzeba kota unieruchomić, a następnie, zaatakować go sejsmiczną falą uderzeniową z kwasów żołądkowych. Ręką bydlaka przytrzymać nie szło, więc kucnąłem, pochyliłem się i dopiero wtedy dłońmi chwyciłem za wystający brzuch. Wokół mnie poruszenie walczyło o prymat z obrzydzeniem:
- No chyba nie będzie pan tu srał?! - krzyknęła w końcu jakaś dama, jeśli dżentelmenki (dżentelmenówki? Bo chyba nie dżentelemenelki) w ogóle używają publicznie słów o takie sile rażenia - dosadnych i niesalonowych. Dość powiedzieć, że pani-dama skutecznie sperforowała moje podejrzenie o kobiecej delikatności, szczególnie, gdy dołączyły kolejne, rozzuchwalone bezkarnością tej pierwszej i pod niebo (znaczy pod sufit tramwajowego wagonu) wzniósł się lament gnilny, pełen jadu, toksyn i szamba. Czym wobec tej fali nienawiści był mój biedny kotek przedśmiertnie mruczący sobie coś po kociemu?
Obrzuciłem wzrokiem pełnym pogardy owo damowskie skupisko i wyszedłem z godnością. Daję słowo – kot we mnie zaczął merdać ogonem, czym mnie rozśmieszył, aż popuściłem, szczęśliwie tylko w postaci gazowej. Za mną wrzało, jednak motorniczanka już oddzieliła mnie szklaną ścianą od dyszącej niskimi uczuciami nagonki. Z życiem uszedłem, ale problem pozostał. Oddałem się analizie w niespiesznym marszu i dopiero widok klinik zasugerował wsparcie fachowca. Któż, jak nie lekarz? Może taki „pierwszego kontaktu”? Ten, to jak saper, lepiej, żeby się nie pomylił, bo potem jatka i rzeźnia bez granic.
Wkroczyłem do medycznego imperium, gdzie nauka walczyła o lepsze z ekonomią, a dobro ogólne z dobrem jednostki. Wydawało się, że postępuję logicznie, pragmatycznie, można wręcz powiedzieć, profilaktycznie. Lekarze płci nie mają, dopóki noszą na sobie uniform i stetoskop – po co go noszą, to w większości już zapomnieli. Ten/ta moja pamiętała i gdy tylko naciągnęła mnie na negliż, przystawiła zimny talerzyk do brzucha. Kot we mnie wyprężył się i chyba wściekł. Tak go napastować zimnym, bezdusznym metalem? Zamiast głaskać i pitigrilić jak mawiał któryś z poetów-pieśniarzy, białą bronią w kotka-koteczka-puszka-puchatej kulki?
Pani (bez potwierdzenia empirycznego uznałem, że mój lekarz jest kobietą) empatię odwieszała zaraz po wejściu do pracy na wieszaku, razem z płaszczem. Ale patrzyła na mnie dziwnie, choć ponoć wytrawnego adepta sztuk medycznych byle co nie zdziwi. Ona jednak uznała mój przypadek za „interesujący”, może nawet „nietuzinkowy”, wart precyzyjniejszego rozpoznania w boju, a kto wie, czy nie uleczeniu mnie i rozdzieleniu dwóch istot wzajemnie w sobie uwięzionych. Może chciała tego mojego kotka wnuczce sprezentować pod choinkę? Nie wnikałem, zapytałem gdzie podpisać i kto płaci podatek od czynności cywilno-prawnych z tytułu nieodpłatnego udostępnienia kota pozbawionego wad prawnych, albo i nie.
Rzeczywistość okazała się brutalniejsza niż mogłem mniemać. Pani (uparcie trzymam się pierwotnych podejrzeń, licząc, że z facetem poszłoby mi jeszcze gorzej) zdecydowała się kota uśmiercić, nie uwalniając mnie od niego i vice-versa! Ni mniej, ni więcej, ale skierowała mnie na prześwietlenie. Ale sucz! Promieniami X chciała go załatwić! Przed taką nienawiścią skryć się nie zdoła ani za nerka, ani w cieniu płuc. Z kwitem na utylizację kota udałem się do bunkra. Za biurkiem siedziała istota pancerna, pozbawiona humoru, palcem wskazała izolatkę z pancerna szybą, założyła mi kamizelkę kuloodporną, czy raczej promionioodporną i wtedy okazało się, ze jednak dysponuje humorem. Wisielczym. Zapytała, czy nadal marzy mi się zostać rycerzem, co na białym koniu będzie molestował omdlewające księżniczki, a przecież ona mogłaby mnie takimi blachami obłożyć po całości, nie tylko fragmentarycznie. Kot znienawidził jej od pierwszego kopa. Ja także. Pani schowała się za pancerne zasłony, a mi kazała nie oddychać. Jeszcze czego! Nie dość, że włożyła kota (i mnie) do mikrofalówki, to jeszcze chce, żebym sam się udusił! Głupia jakaś, czy co?
Zrzuciłem fragmenty zbroi i nieco tylko świecąc nagością rzuciłem kąśliwą uwagą, niespecjalnie starannie celując w panią. Mięso rozprysło po ścianie, pani wzruszyła ramionami i wróciła do dziergania szaliczka dwa i pół kilometra, a może i więcej, bo ciężka zima będzie jak nic. Wyszedłem na świat wolny od promieniowania X i odetchnąłem. Kot zresztą też. Poszliśmy razem na piwo. Jak dorośli. Trzeba się jakoś dogadać, skoro żyć bez siebie nie umiemy. Kot obiecał „zachowywać się”, ale w zamian zażądał, że jeśli pojawią się u mnie jakieś miłe kotki, poproszę każda z osobna, by mojego kotka podrapała za uszkami, albo choć pogłaskała po podwoziu, pal sześć, co sobie taka kotka pomyśli o tym moim kocurku – właśnie, bo kotek okazał się być kocurem i to pełnoprawnym, z wyposażeniem, którego żaden skalpel, czy chemia nie dopadła.