sobota, 4 lipca 2026

Ekstrakt o sile i słabostkach.

 

    Czytam o słabej płci, która tak mocno dostaje w kość od silnych drani, że czuję się okropnie jako przedstawiciel płci brzydszej.

    Zerkając na statystyki długości życia obu płci, dostrzegam jednak że to ja reprezentuję tę słabszą.

    Paradoksalnie, prześladowane panie żyją średnio o siedem lat dłużej.

Męczę i meczę na meczowe miecze.

 

    Kolejny dzień mundialu i kolejne kwiatki komentatorskie – znów zbieranie raptem kwadrans, jednak okazów do trenowania wyobraźni nie zabrakło, bo w meczu działo się nie za wiele, poza tym, że jakiś amerykański aktor ziewał okropnie i nudził się niemal namacalnie.

- Atakował przestrzeń (zdawało mi się, że trzeba atakować bramkę, którą można nazwać przestrzenią, ale po co skoro już ma swoją nazwę? Don Kichot to jednak klasyka gatunku, a bohater też obiekt ataku wybrał niefortunnie – trzeba było atakować młynarzy),

- Kto jest odpowiedzialny za kreację? (na pewno nie garderobiany, czy projektant mody z Mediolanu. Chodziło o kreowanie gry, czyli tak naprawdę o to, kto będzie rozgrywał, dyrygował ruchami zawodników z drużyny, patrzył i podawał piłkę temu, który ustawi się najlepiej z punktu widzenia celu gry, czyli trafieniu w przestrzeń boiskowego wroga),

- Jego ruchliwość jest nieprzyjemna przeciwników (cóż… zapewne spodziewali się, że przeciwnik będzie przemieszczał się w tempie posągów Moai z Wyspy Wielkanocnej. Zamiast futbolu trzeba było wybrać snookera, szachy, łucznictwo, czy coś równie dystyngowanego),

- Tworzy korytarze (to ci architekt! Szkoda że tylko korytarze, bo przecież one powinny dokądś prowadzić, ale może pozostałymi pomieszczeniami zajmuje się dedykowany partner?),

- Transport piłki w pole karne (logistyka przede wszystkim. Gońcy poszli, a dla większych gabarytów zamówili Glovo, względnie flotę cargo),

- Wziął na siebie ciężar rozrzucania piłki (i proszę! odnalazł się kreator! Wystarczyło poczekać na ciężarowca i niech rozrzuca, byle nie gnój widłami)

- Boczny obrońca został mocno spresowany (nie ma nic wspólnego z prasowaniem, czy miażdżeniem prasą – znaczy tylko tyle, że wróg zawzięty postanowił odebrać mu piłkę i nie odpuszczał, by to osiągnąć),

- Niska wartość zawodnika wynika z narodowości (niektórzy zawodnicy sprzedają się drożej niż inni, bo to nadludzie. Pozostali, ci niższej kategorii nie mają szans na podobne benefity – aż dziw że demokracja na to pozwala, jednak prostytucja interesuje demokrację jakoś tak selektywnie),

- Penetrujące podanie (znaczy weszło jak gorący nóż w masło, żeby uniknąć erotycznych skojarzeń, chociaż penetracja przy wykorzystaniu talentu kolegi może być intrygującą alternatywą nawet dla demokracji. Najkrócej ujmując – podał do przodu i to celnie, czym spenetrował wraże szeregi hurra!)

piątek, 3 lipca 2026

Za szybką babka żabki, w kapkę szybkiej kawki sypie papkę sypkiej babki.

 

W autobusie naprzeciw mnie usiadł groźnie wyglądający gość ze szpiczastą głową. Nie mogło mi się wydawać, gdyż fryzurkę miał zanikową – zupełnie jakby goląc się przedwczoraj rozpędził ręce i pociągnął od policzka aż na kark, przez całą głowę. Na przystanku chuda blondyna uśmiechała się do własnych myśli, otoczenia nie widząc kompletnie. Jej obojętności na zewnętrze nie naruszył nawet widok dziewczyny ubranej w coś, co nazwałbym jednoczęściowym strojem kąpielowym, oczywiście w czerni. Dziewczyna zziębła i w marszu ogrzewała się własnymi ramionami, chcąc zachować resztki ciepła wygryzane wiatrem, który nagle zaczął wiać tak, że postrącał wrony z chodników. Na murze pętającym pomniejsze narowy Rzeki ktoś napisał błękitne PANACEUM – ale na co, tego już nie.


A jeszcze wczoraj popołudnie było tak ciepłe, że tylko zatwardziałe zwolenniczki mody, w trosce o własny „luk” czy też „autfit” , potrafiły objawić się w nasłonecznionej przestrzeni w kozakach, albo skórzanej kurtce. Patrzę na dwie daglezje rosnące u podnóża bastionu prochowego i zastanawiam się, jak długo pożyją, regularnie podlewane moczem. Na moście trafiam pulchną i bladą panią w prochowcu, która kroki stawia tak jakoś ostrożnie, jakby chodnik przed nią mógł za chwilę okazać się iluzją.


    Wracając wsiadam na początkowym przystanku, gdzie autobus zwykle stoi chwilę dłużej niż gdzie indziej. Zaraz po mnie wsiada aromatyczny gość i wybiera miejsce niedaleczko. Posiedział parę minut i słonko mu dopiekło, to się przesiadł w cień, gdzie uporządkował zawartość reklamówek i wysiadł. Hurra! W sumie, jak się dysponuje puszką piwa i słońcem za oknem, a przystanek tuż przy parku – po co gdzieś jeździć? Wystarczy na trawce zażyć relaksu! Tymczasem w autobusie – migracja ludzkości. Niektóre panie trzy razy zmieniały miejsca, żeby wybrać to najbardziejsze na podróż 5 przystanków. A kiedy jazda się zaczęła na jednym z przystanków wsiadła pani o białej głowie, przytuliła się do swojego pana i zlożyła głowę na jego piersi. Coś tam gaworzyli, uśmiechali się i dotykali, jakby młodość i miłość jeszcze ich nie opuściły. Pewnie dlatego ledwie dostrzegłem piękną Golemicę z jej osobistym Golemem. Pani w niebieskiej sukni wyglądała znakomicie, ale może mam na nią uczulenie i stąd opinia.


    Wśród tablic dziś L2 OPUS, D0 GOODE, B0 HAT3R.

czwartek, 2 lipca 2026

Sokół kołuje wokół soku.

 

Chłop dousznie zasłuchany znienacka zaczął tańczyć naprzeciw zamalowanej remontami witryny i nawet pełne siaty w obu rękach nie przeszkodziły mu w tanecznej ekspresji. Twarz miał wysłodzoną natchnieniem i błogością – widać jego niewidzialna partnerka była warta jawnego uwielbienia. Idę wzdłuż Rzeki. Najpierw spotykam gościa którego od pierwszego wejrzenia nie cierpię i choć czasu minęło sporo od pierwszego widzenia uczucie się nie zmieniło. Zmienił się za to pies – stary musiał się zużyć. Zanim uporałem się z tą moją bezinteresowną niechęcią spotykam siwą czaplę. Stała sobie na granitowym słupku utrzymującym w ryzach barierki oddzielające bulwar od Rzeki. Gapiliśmy się na siebie zimno-rybio, ale z szacunkiem. Nie płoszyłem zachowując dystans na jakieś trzy kroki i to (dla niej) było ok. - strefy osobistej nie sięgałem, konkurencji na łowisku też nie stanowiłem. Czapla najwyraźniej monitorowała sytuację poniżej, na brzegu rzeki, gdzie wędkarz w dwupłciowej asyście wykazywał się żyłką łowiecką. Na drapane czekała? Wiem, że zdolniejsza od tamtego i częściej trafiały się jej łupy. Poranek dopełnia krągła ślicznotka w spódniczce ledwie potrafiącej utrzymać jej pupę i biodra w swoich objęciach.

środa, 1 lipca 2026

Korzeń w korcu się ukorzył.

 

Przyjemnie jest dla odmiany poczuć o poranku chłód na ciele, co ostatnio nie udawało się permanentnie. Podziwiam piękne sukienki otulające jeszcze piękniejsze panie, którym na moście wiatr dopieszcza łydki i nie tylko. Nie dzieje się nic, czemu mógłbym zapobiec, względnie pomóc w trwaniu. Świat radzi sobie bez mojej ingerencji doskonale, a ja łaskawie pozwalam mu na swobodę w działaniu. Żeby czymś zająć zwoje nerwowe, lekko zdeprawowane aromatem lipowego kwiecia, przypominam sobie relację jednego z wczorajszych meczów piłkarskich. Wyłapałem kilka modnych fraz i zastanawiam się, czy fachowość komentujących i oglądających tak bardzo się rozwinęła, czy może komentującym znudziło się mówienie wprost i bawią się w wywody naukowe, względnie w piłkarską poezję hiperintelektualną. Wybrane kwiatki:

- nie pokusił się o uderzenie z podobnej kępki trawy (na boiskach służby pilnują, żeby trawa nie rosła w kępkach, ale najwyraźniej coś przegapili i to nie raz, gdyż ktoś wcześniej się pokusił i to tak, że warto było to zauważyć/zapamiętać – niestety. Ja kępki nie widziałem, choć efekt pokuszenia już tak),

- może pochłaniać połacie powierzchni (z tego co widziałem – podmiot liryczny usiłował przebiec z piłką pół boiska, zaciekle ścigany przez trzech zmęczonych facetów, z których żaden się nie uśmiechał),

- to nie jest jego naturalne środowisko (gracz zaplątał się nie na tym kawałku boiska, gdzie w ramach przedmeczowej strategii ustawił go trener i działał chyba-nieumiejętnie-sektorowo),

- ma fantastyczne liczby w ofensywie (co chyba miało oznaczać, że potrafi strzelać bramki, albo celnie podawać piłkę do kolegów),

- nie progresuje akcji (bladego pojęcia nie mam czego nie zrobił ów nieszczęśnik, ale zapewne ma to zgubny wpływ na JEGO liczby w ofensywie),

- chce postawić ciekawy akcent (niekoniecznie strzelić gola, ale może kogoś taktycznie kopnąć, wykonać sztuczkę z piłką lub bez, względnie poprawić statystyki drużyny, żeby achy i ochy na trybunach przedarły się przez gawędę dwójki komentujących. No i oczywiście nie wolno zapominać o liczbach w ofensywie),

- cierpi na brak serwisu (chyba kelnerzy… znaczy „koledzy” z drużyny nie dowieźli? Generalnie chodzi o „obsługę” drużynowego strzelca goli – ktoś musi mu tego gola wybiegać, podać i cieszyć się, że tamten trafił w bramkę - 7,32x2,44 a dane podane w metrach – zerknij na domową ścianę, tę największą, a bramka zwykle jest sporo dłuższa, choć odrobinę niższa, chyba że mieszkasz na poddaszu. Podawaczowi na pocieszenie zostaną liczby w ofensywie),

- chce skaleczyć przeciwnika (bez użycia broni białej – kaleczenie butem, czołem, albo łokciem to przewinienie karane przez arbitra-sędziego kolorem kartki, przeważnie odraczającej wyrok żółcią, rzadziej śmiertelną czerwienią. Dozwolone i mile widziane przez nadzór i połowę-kiboli jest trafianie w bramkę. W żadnym przypadku skaleczony nie cieszy się z tego, za to sprawca może liczyć na skrytą zazdrość pseudo-kolegów, zachwyt prawdziwych kolegów i medialne, niepozowane szczęście prywatnej WAG-iny. WAG-ina, to samica piłkarza zdobywająca zasięgi sieciowe przy wykorzystaniu nazwiska/kasy męża. Okresowo, gdy liczby ofensywne męża są słabe, wywierają dramatyczny wpływ na pamięć WAG-iny, która dla utrzymania zasięgów zapomina bielizny idąc po bułki, albo pozwala się przyłapać starannie wyselekcjonowanemu gronu paparazzich w trakcie opalania topless na jachcie za miliard dolarów, czasem w towarzystwie równie zdesperowanych słabymi liczbami koleżanek WAG-inek).

A to była zaledwie część, jaka przedarła się do mojej świadomości w czasie krótszym niż kwadrans. Jak nie kochać tego sportu? Kiedy niewiele dzieje się na boisku, w-ów-czas, dousznie, kibic otrzyma tak wyrafinowany komentarz, że tylko kucać i broń Boże popuszczać!

wtorek, 30 czerwca 2026

Ekstrakt dedukcyjny.

 

Wnętrze mojej dłoni pachnie spełnieniem – gorączką kobiety popchniętej w otchłanie orgazmu. Usilnie walczę z własną pamięcią, żeby przypomnieć sobie jej imię, ale ja od dawna już TAK NIE DOTYKAŁEM żadnej kobiety, więc to musiał być sen – po prostu musiał! Sen przenoszący aromaty w rzeczywistość.

Rajdy dla frajdy i wyścigi niedościgłych ścigaczy.

 

Istota płci niezdeterminowanej doganiała autobus pod osłoną parasola przeciwdeszczowego chroniącego przed udarem słonecznym. I dogoniła. Głowy nie dam, ale chyba-facet, choć włos miał długi, farbowany na rudo i w kok na głowie zawiązany. Lepiej siedzieć cicho, bo ponoć jakiś lekarz z Kanady dostał w prawomocnym wyroku karę 750.000 ichniejszych złotówek za twierdzenie, że biologiczna płeć nie jest kwestią wyboru.


Szczeć wyciąga swoje zielone, kolczaste głowy do słońca i beztrosko porasta wąskie trawniki dzielące pasy ruchu – po co dzielące, tego akurat nie wiem, ale szczeci to nie przeszkadza, więc i ja cynicznie wzruszam ramionami. Na przystanku trwa w melancholii chłop podgolony na szlachcica. Niewątpliwie stał się lepszym człowiekiem, gdy swą szlachetną szyję trwale ozdobił kilkoma trójkątami. Zmierzająca na przystanek dziewczyna w żakiecie koloru kwiecia podróżnej cykorii jakoś nie dostrzegła wyrafinowanej modernizacji samczego karczocha – może była zaspana (zasapana)?


Zapowiada się dzień kobiet rozrośniętych w barach – bary co prawda zwykle kojarzą się z mężczyznami (względnie z leniwymi pierogami, albo z prymitywnym wyszynkiem), zostawiając dla kobiet ramiona, ale jakoś ramiona nie pasowały mi do tych klat rozrośniętych i wybujałych co najmniej w 3D, które mnożyły się w oczach i w czasie. Gdy wysiadam, trafiam na pana z pustym wiaderkiem. Idzie beztrosko nim machając i popada w samouzależnienie od sprokurowanej lekkomyślnie sinusoidy do tego stopnia, że zaczyna się zataczać w marszu.


Znów wygnało mnie na wyspy. Zdziczałe jabłka poturlały się w trawie zmierzając ku brzegowi Rzeki, by tam medytować wzorem Hipokratesa, zapewne aż po śmierć. Na Wyspie Daliowej jakiś łykowaty chudzielec fotografuje urodę swojej kruszynki-murzynki na tle rzeźby – szkieletu wieloryba o żebrach z polerowanego chromu, powstałej ongiś za jakieś kosmiczne pieniądze. Niemożliwa blada miłość meandruje i wymienia uwagi przeznaczone tylko dla wybranki, a wybranka, jeśli już się rumieni, to bardzo dyskretnie, skrywając zawstydzenie pod opalenizną permanentną.


Pod drzewami dojrzewają pieczarki i usiłują przetrwać upały korzystając z łaski gęstwiny liści wiązów. Taki dzień mógłbym zacząć od spotniałej szklanki piwa na jednej z przycumowanych do wysp barek, ale one są jeszcze (już?) zamknięte, więc przyszłoby chyba pić z flaszki, na schodach do wody, rzucając drobne kamienie i patrząc, jak z wyrzutem zerkać będą na mnie kaczki i łabędzie. Pośród wielkich, niebieskich worów ze śmieciami – głównie z próżnym szkłem, śpi kloszard okryty niebieskim kocem. Szkła mniej niż trawy, więc chyba studenci czasowo zaprzestali conocnych okupacji wysp przy grillu wzmocnionym procentami. Przechodzę kładkę i idę pod wiatr, w górę Rzeki, odprowadzony spojrzeniem bazyliszka – znaczy takiej wychudzonej wrony z pociągłą (twarzą? ryjem? mordką? gębą? może głową?) powiedzmy z pociągłym otoczeniem części dziobowej ptaszęcia. Zwolniłem miejsce na wyspach, z czego natychmiast zamierzała skorzystać dziewczyna z wyblakłym psem rasy upośledzonej w gabaryt. Mijając mnie nie mówi dziękuję, ale to było przecież przewidywalne, zgoła oczywiste i nie zamierzałem jej robić wyrzutów.


    Obok galerii promującej cykliczną wystawę członków, gdzie już wkrótce ma stanąć hotel z tradycjami (które prawdopodobnie budowane będą równolegle, albo „hybrydowo”) przechodzi dziewczyna z cierniami wydziarganymi na piersiach. Może miał to być paradoks – niby miękkość, a kolczasta?

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Wciąż w ciąży obrażona żona.

 

Bulwarami, bo tam pachnie czymś nieucywilizowanym do końca. Za to pod dwoma drzewami zauważam plamy wilgoci spływające spod pni trawą, aż na żwirową alejkę. To pewnie zdrowe efekty niezdrowej przemiany materii eksploatowanej minionej nocy aż po brzask. Mijane przez psy zwolnione z obowiązku dźwigania kagańca i smyczy. Na moście ktoś się chwalił różową kredą – idziemy na balangę. Rękę miał wprawną do pisania, a i kaligrafia nie była mu obcą, więc zapewne była to kobieta z wyrobionym charakterem – przynajmniej pisma. Zakonnica w bieli, rozkołysana jak kaczuszka w marszu, zmęczonymi nogami obojętnie przeszła ponad napisem. Jakiś facet jadący na rowerze w japonkach, żyjąc we własnym świecie sączącym się dousznie, przejechał równie beznamiętnie. Życie pochowało się po różnych zakamarkach i tylko budowy tętnią życiem. Dziurawce w wielkich bukietach rosną to tu, to tam. Niewymuszenie, ale widzialnie.


    Popołudniem zawładnęły różowo-czarne dziewczęta. Ich porażającą urodę nieco tylko mąciła ilość tatuaży. Nad Rzeką, dwóch gości w samych szortach usiłowało się upić mocząc nogi w wodzie. Przy tej pogodzie zamiar ten był banalny w realizacji i ekonomicznie nie był jakoś szczególnie uciążliwy. Na straganie jedna ze skrzynek z czereśniami oznakowana była informacją, że te czereśnią są BEZ ROBAKÓW – pozostałe skrzynki nie miały podobnej deklaracji, co pozwala domniemywać, że reszta czereśni, fasolka szparagowa i bób jak najbardziej zawierały robaki. Cóż – Unia popiera żarcie robali, więc chwała sprzedawcy, że uprzedził o jednej skrzynce pozbawionej zalecanego składnika. Czekam na podwózkę i patrzę, jak mijające mnie kobiety głaszczą się po brzuszkach. Chcą mnie zjeść, czy pochwalić się stanem posiadania? W autobusie kobieta o zdeformowanej twarzy – wygląda na wypadkową niezbyt udanych eksperymentów medycyny upiększającej. Prowadzi wideo-gawędę i unieszczęśliwia pół autobusu – najwyraźniej strun głosowych nikt jej nie zoperował. Mignęła mi rejestracja I3 BEBOK i teraz szukam, jakie województwo reprezentuje litera I.

niedziela, 28 czerwca 2026

Graty na raty.

 

    Lato nawet nocą staje się dotkliwie odczuwalne, a każda szmatka zbyt gruba. Bielizna? Są tacy/takie co zapomnieli jej zapomnieć, ale chyba nie stanowią już przytłaczającej większości. Nawet psom nie chce się szczekać, a ptaki zakończyły działalność wokalną już przed śniadaniem. Uliczny handel zamarł i żadnym truskawkom nie chce się iść do ludzi. Tylko chwasty znoszą z godnością eskalację temperatury i mnożą się korzystając z lekkiej zadyszki miejskich kosiarzy trawników. Lody na obiad? Zdarzało się bywać na gorzej zbilansowanej diecie.

piątek, 26 czerwca 2026

Ekstrakt z ukrytym motywem działania.

 

Egzaminator ustawił adeptów przy sztalugach i poprosił aby z głowy namalowali akt kobiecy. Niedługo potem jednego wyrzucił z egzaminu, bo bezczelnie „ściągał” od koleżanki. Dopiero po fakcie okazało się, że adept nigdy nie widział nagiej kobiety.