Po deszczach pnie robinii nabrały
wyrazistości i głębi trzech wymiarów. Bladolica pani z martwą
twarzą bez wahania wkroczyła na jezdnię z przeświadczeniem,
że uważać powinni inni. Nic to,
że autobus nadjeżdża,
a takie bydlę zatrzymać niełatwo. Wokół przydworcowych
przystanków tajemnicza hekatomba. Wilgotne plamy brudu i zbrylone
kępki mchu porozrzucane dookoła. Zupełnie jakby odbywało się
czyszczenie wiat,
ale te przecież czyste nie są.
W tramwaju staje mi przed nosem
blondyna w zielonych szpilkach chuda tak bardzo,
że wzgórek łonowy staje się znaczącą wypukłością. Chwilę
dumałem, czy jej nie nakarmić, jednak z obawy, że plasterek boczku
mógłby ją śmiertelnie wystraszyć koncentracją kalorii –
zrezygnowałem. Nóżkę trafiam już przed Sklepikiem Z Cudami.
Chyba nie wygląda dobrze, bo trzy strapione aniołki modlą się
żarliwie patrząc współczująco na nadchodzącego. Nie
przeszkadzam, zmykam.
Gdzieś w trakcie miga mi
rejestracja D2 RADIO, więc włączam, tylko po to żeby się
zirytować – spiker chwali kogoś, kto wyleczył się bez wsparcia
NFZ i retorycznie pyta czy tak można. A pewnie, że można tylko
dlaczego składki zdzierane ze wszystkich nie wystarczają i trzeba
się leczyć we własnym zakresie? Kompletnie tego nie rozumiem.
Dopiero, gdy wykluwa się we mnie myśl, że lekarzom płacą za
leczenie, znachorom za wiedzę o chorobach, a uzdrowicielom za
uzdrawianie, dociera do mnie brutalna, stara prawda. Gdyby mnie ktoś
wyleczył, jaki stanowiłbym pożytek dla lekarzy, farmaceutów,
producentów pigułek we wszystkich (nawet jeszcze niewymyślonych)
kolorach świata? Dlatego Ministry rozmaite postanowiły uszczelnić
system i powołały do życia Lex Szarlatan, żeby srogo karać
zielarzy, naturopatów i innych niesystemowych wspomagaczy zdrowia.
Oczywiście dla naszego dobra. Naszego, czyli pacjentów, bo tak
właśnie jesteśmy traktowani. Powolutku i dyskretnie na sicie
poselskim odkładają się zioła i specyfiki skuteczne na tyle, że
warto ich zakazać. Np. ostatnimi czasy wrotycz stanął na dywaniku
i uzyskał nominację z etykietą „zabronione”, ale lista ziół
„szkodliwych”(dla kogo?) rośnie w zaciszu gabinetów, czy raczej
kuluarów, a stanowiący prawo zapewne nawet nie potrafiliby tych
zakazanych ziół rozpoznać. Mało tego – znika wiedza z
Internetu, a tych którzy mają czelność ją przypominać,
spotykają coraz to nowe szykany. Szczytowym osiągnięciem na mojej
liście informacji o ziołach na razie jednak zostaje ostrzeżenie
przed tymiankiem, który „niewłaściwie zbierany i używany może
być trujący” – podczas gdy ten w tabletkach jest jak
najbardziej zbierany właściwie i równie profesjonalnie podawany.
Jako tropiciel spisków wszelakich
zastanawiam się, co się
stało z zamówionymi i nieskonsumowanymi miliardami dawek
szczepionki na jedynie słuszną chorobę (przypomnę, że sama
Polska zapotrzebowała i zagwarantowała umownie po dziesięć dawek
na statystyczny łeb owej dwudawkowej mikstury), którą w
okamgnieniu „zwalczyła” dopiero wojna Kozaków z Rosją.
Wyrzucić w błoto? Gospodarskie sumienie nie pozwala. Więc może
obsłużą nową, nadciągającą właśnie pandemię? A czemu nie –
choć tym razem strach trzeba będzie mocniej podrasować, bo
nieufnych przybywa, gdy powolutku i po cichutku wychodzą na światło
dzienne wiadomości trudne do przełknięcia. Na użytek własny
staram się o pielęgnowanie rozsądku i powtarzam sobie własne
pytanie – jak to jest, że przez wiele lat nie znaleziono
szczepionki na ebolę, HIV, leku na malarię, czy choćby raka, a gdy
pojawiła się nieznana nauce(?) choroba w kilka miesięcy ze sześć
„niezależnych” jednostek opracowuje i wprowadza do obrotu na
masową skalę gotowy produkt? I czy to normalne, że Wynalazca i
Producent, zamawiający czyli Państwo, podający czyli Lekarze i
Pielęgniarki gremialnie zrzekają się odpowiedzialności za ten
preparat i każą Pacjentowi podpisać zrzeczenie się prawa do
roszczeń za skutki przyjęcia owego tworu? To już wyjaśnić może
chyba tylko Ekspert – Kapłan Zagłady. Aż straciłem smaka na
zupę z nietoperza…