sobota, 17 listopada 2018

Niedokończony eksperyment.


W tyglu trwało zamieszanie, jakie panowało prawdopodobnie we wszechświecie na moment przed wielkim Big-Bangiem. W każdym bądź razie trwało coś. I ruch był olbrzymi, który sugerował, że za moment wydarzy się nieodwracalność, o której nikt nie wie co sądzić, więc rozgląda się na boki szukając kogoś kto wie. Jakiegoś Boga, który nie jest martwym i ma w sobie empatii wystarczająco, żeby wesprzeć wyjaśnieniem i konsekwencjami. Nie wiem dlaczego wszystko spoglądało na mnie trochę z nadzieją, trochę z pogardą, albo z niepokojem i odrazą.

A przecież tygiel był uczciwie z brązu, mosiądzu, czy też innego stopu odpornego na rdzę i wcale nie tak delikatny jak szklana retorta. Ba! Nawet go umyłem i wypolerowałem połą koszuli flanelowej. Takiej roboczej, więc mocnej i odrobinkę tylko przepoconej zadyszką emocji. Niepokój gęstniał i patrzył na mnie wyłupiastymi oczami zastanawiając się, czego od niego oczekuję.

Jak każdy wynalazca pojęcia nie miałem, co się dzieje i nadrabiałem miną tak bardzo, że niemal z samej miny się już składałem. Że nieogolonym pyskiem pochylałem się nad teraźniejszością? Udawałem, że to z powodu zaangażowania w dzieło, że w twórczym szale wzgardziłem higieną i innymi potrzebami natury osobistej, dla osiągnięcia celu. A ów cel prężył się, wił, podskakiwał, albo szukał kącika, żeby łkać w samotności nad własną niedolą i niepewną przyszłością.

- Chyba nie osiągnąłem masy krytycznej – pomyślałem rezolutnie, widząc, że dno tygla kotłuje się jak morze północne przy przejściu rozległego frontu, kiedy ten zatrzymuje się niepewnie, bo dowódca zaginął, więc nie wie – iść dalej, czy cofnąć się, dlatego kręci się w kółko, lecz nie unosi i nienawiścią nie parska w oczy.

Wydłubałem z ucha coś, czego tam nie wkładałem i bezmyślnie wykruszyłem to coś nad tyglem, pochłonięty dylematem, co też mógłbym jeszcze zrobić dla dzieła stworzenia, które przed stworzeniem się broni rozpaczliwie i kurczowo trzyma się porowatych ścian moździerza, żeby nie brać udziału nawet nieświadomie, bo prawo gotowe potraktować bierność jako entuzjastyczny współudział. Z wnętrza dobiegła mnie jakaś czkawka, to machinalnie zamieszałem szpatułką równie mosiężną, choć trochę się bałem, że stworzenie może mieć charakter energetycznie wyskalowany w kilowoltach i podjąć próbę ucieczki z naczynia w postaci rozproszonych, lecz gęstą ścieżką zasuwających ładunków ujemnych szlakiem zaczynającym się na obłym końcu szpatułki, tłuczka, czy jak się nazywa ten koniec, którym dokonałem inwazji w cielesność nieukształtowanego wciąż płodu mojej myśli… Znaczy mojej bezmyślności…

Na wierzchu utworzył się kożuch, co było jawną wskazówką, że dzieło się wstydzi nagości, że je molestuję swoim wyposzczonym, agresywnym wzrokiem. Może nawet wykręca już pod pierzyną numer alarmowy, albo w konfesjonale telefonu zaufania duka własne kompleksy i moją perwersyjną ciekawość obnaża przed usłużną duszą. Pod przykrywką, w drugim obiegu rosło ciśnienie. Jak w każdym podziemiu frakcje rewolucyjne usiłowały dojść do głosu i zawłaszczyć ruch społeczny na własne potrzeby. Aspiracje anarchistyczne, terrorystyczne, sekty, związki i unie rozpoczęły bezpardonową walkę o wpływy i zerwanie się ze smyczy stwórcy, jak dzieci pragnące przegryźć pępowinę, gdy tylko poczują powiew wiatru sunący ścieżką echa soczystego klapsa.

Działalność twórcza wysysała ze mnie ostatnie siły, bo wenę już dawno pożarła i nawet nie odbiło się memu dziełu po jej przełknięciu. Szczątki rozsądku podpowiadały, żeby zostawić. Żeby odpocząć i nabrać entuzjazmu wspomaganego dowolnym bodźcem. Żeby pozwolić, aby czas dokonał drobnej korekty i wygładził to, co tak bezwzględnie spłodziłem. Żeby nabrało połysku, smaku i wyrafinowania. Nowalijki zawsze są podejrzane o to, że są sztucznie pędzone, a nawet szlachectwo, któremu herb nie zdążył zardzewieć poddane jest ostracyzmowi i pogardzie tak jawnej, że plwociny agregują się w akweny, żeby podjąć świadomą decyzję dotyczącą wyboru zlewiska i dołączeniu do jednego z bardziej agresywnych, dostępnych dorzeczy.

Tygiel rozgrzany moją dłonią milczał wymownie i ciążyła mi jego obojętność bardzo. Odepchnąłem od siebie, mrucząc jakieś niedoskonałe słowa poddające w wątpliwość jakość i talenty materii użytej do eksperymentu, a ona, jeśli usłyszała, powinna się zawstydzić dziewiczo, albo wybuchnąć zepsuciem. Węch podejrzewał drugą z opcji, gdyż na osi zapachów aromat dochodzący z tygla plasował substancję na ujemnej części skali i to w takiej odległości od zera, że dzieło powinno poćwiczyć sprawność biegacza na dystansie półmaratonu nocnego przynajmniej. I to szybko, bo kiedy w trakcie treningu dzieło się spoci i zgrzeje, to zapewne niezbędna będzie korekta lokalizacyjna i start do biegu przesunie się bliżej ujemnej nieskończoności subtelnie rezygnując z przedrostka „pół” żeby osiągnąć dojrzałość w pełni ukształtowanego maratonu. Jak zabójczy jest to bieg najlepiej wie pomysłodawca dyscypliny, który zaakcentował wartość pomysłu własnym zgonem.

Odsunąłem. I ściereczką lnianą przykryłem dzieło gasząc światło. Ściereczką, jak się przykrywa ciasto zarażone bakteriami drożdży, żeby spuchło w ciepełku. A puchnąć najlepiej jest intymnie. Po ciemku i w ciszy (zgodnie z ideą propagującą zasadę 3xĆ – cicho, ciemno i ciepło). Wyszedłem na paluszkach zostawiając niedojrzałe dzieło w tygielku. A sam oddałem się rozpuście, żeby rozruszać fantazję i przystąpić do odtworzenia skonsumowanej weny. Dzieło zeżarło ją skwapliwie i nie zostawiło nawet okruszka. Wylizało ją do czysta, wychłeptało i nawet nie zapytało mnie, czy godzę się na takie zubożenie niematerialnych wartości prawnych. Znieczuliłem pamięć i pozwalałem mięśniom na regenerację, a one negocjowały twardo, że noc, to za mało. Sugerowały nawet, że skoro gdzieś tam w cichości dzieło puchnie, to ja powinienem przystąpić do czynności odwrotnej, żeby status quo zachować, więc one wyżrą ze mnie słoninkę i złogi spalą do szczętu, a jeśli zapamiętam się w procesach spoczynkowych, skonsumują w zakodowanej genetycznie kolejności wszystko, czym moja cielesność zdążyła zaszczycić teraźniejszość. Taki proces samounicestwienia przez wyjadanie od środka. Pozwoliłem, bo byłem już energetycznym wrakiem. Rozładowaną baterią pełną melancholii i złych myśli zroszonych beznadzieją.

Noc przegryzała się przez moją melancholię wytrwale, chociaż ta się broniła. Kopała, wierzgała i pluła. Wbijała głęboko szpony i kontratakowała rozsiewając mgłę zniechęcenia na polu walki. Pierwsza umarła poduszka i dogorywała na podłodze. Potem zwiędła kołdra zabita w starciu ze ścianą. Zanim spłynęła po niej, westchnęła przepraszająco na pożegnanie. Prześcieradło szykowało się do odwrotu i już się przegrupowało, aby w desperackiej szarży polec lub zwyciężyć, kiedy zbudziłem się. Z ciekawości się zbudziłem i poszedłem w tę ciemność niczym księżyc.

W ciemności trwała cisza. Nie umiem powiedzieć co więcej robiła, bo ciemność pozostawia wyłącznie domniemania. Wzrok pozbawiony punktów zaczepienia panikuje ostrzegając rozum, że ciału ktoś oczy ukradkiem wydłubał, słuch rozcapierza anteny jak tylko może i klnie na zbyt ubogą wiotkość materii użytą do budowy reflektora i brak przedwzmacniacza z korekcją szumów. Zimno-wilgotne kroki brzmiały jakbym policzkował podłogę otwartą dłonią metodycznie skandując kolejne ciosy. Dłonie obmacywały ciemność bezwstydnie i arogancko. Może nawet chichotała przyzwyczajona do mało wyrafinowanych zachowań prymitywnych gości. Dzieła nie było…

Trzy razy weryfikowałem położenie ciała w ciemności, co w żaden sposób nie przyczyniło się do odnalezienia zguby. Strata popchnęła mnie w desperację – zapaliłem światło, a ciemność schowała się wstydliwie za drzwiami, żebym nie dostrzegł jej intymności. Chyba krygowała się, albo mnie kokietowała, bo przecież ledwie przed chwilą pozwalała mi na znacznie więcej. Dzieła nie było, pomimo oświecenia. Skandal! Nie było również tygla, ani lnianej szmatki… Może mi się tylko zdawało? Może dzieło łypało na mnie pragnieniem tylko w obrębie głowy? Może to pamięć poprzednich pokoleń i alchemicznych doświadczeń na krawędzi podświadomości przenosząca wspomnienia?

Oczami duszy widziałem, jak w mroku półsenna szmatka rozprostowuje skrzydła i błoniastym furkotem odfruwa na parapet, żeby się rozejrzeć za łupem. Tygiel niczym dzwon zupełnie niemęsko śpiewa lirycznym sopranem arię eunucha z zapomnianej egipskiej opery, a dzieło pyszniło się i uwijało. Dojrzewało. Smużką dymu wyrastało tańcem bioder i brzucha, podciągało zbyt luźne jeszcze spodnie i puszczało pierwszego w życiu bąka przed skokiem z mebla na podłogę. Metan potrzebuje zabarwienia aromatycznego, gdyż sam nim nie dysponuje, a ja… Czułem ową swoistą barwę dość intensywnie. Otworzyłbym okno, ale nie chciałem spłoszyć odpoczywającej tam lnianej szmatki. Dzieło już sobie poszło i nawet buziaka na pożegnanie nie dostałem. Tylko na podłodze zostawiło ślady.

Duch Holmesa we mnie wstąpił. A może Apacza? Szedłem świeżym tropem i dotarłem do łazienki, w której również rozdarłem ciemność elektrycznym ostrzem żarówki. Szmata więdła w koszu z brudną bielizną, tygiel stanął na głowie i w tej ekwilibrystycznej pozie brał prysznic, a teraz ocieka niespiesznie. Dzieło chyba robiło kupę, bo trochę jeszcze było czuć zgniliznę defekacji. Zmarszczyłem nos. Ciekawe, co teraz porabia dzieło… Dokąd poszło i jak mu się wiedzie?

- Co tak deliberujesz nad kiblem? – usłyszałem z tyłu zaspany głos – Jeszcze śmierdzi. Nie wiem, coś ty hodował, ale smród czuć było trzy przecznice stąd. Skoro wyprodukowałeś śmierdziela, to trzeba było wywietrzyć i wyrzucić od razu. A nie dojrzewać go pod przykryciem. Dobrze, że szybko wróciłam, to wylałam, zanim smród nauczył się chodzić i ściany poprzegryzał na wylot. A sąsiad się pytał, czy kto nie zdechł w naszym mieszkaniu i na policję chciał już dzwonić. Zajrzyj jutro do niego, żeby ugłaskać jego wyobraźnię, bo patrzył na mnie bardzo podejrzliwie i w zęby zaglądał niemal, czy nie odbije mi się ludziną.

czwartek, 15 listopada 2018

Czytelnicze meandry.


Ponieważ ostatnimi czasy prasówka wydaje się być przerażająco przewidywalna (piersi, piersi, pośladki, wypadek samochodowy, gwałt, inwigilacja, odsłonięcie pomnika, sensacyjna porażka, kurs wymiany, piersi) postanowiłem poranną chwilkę spędzić w towarzystwie literatury wyższego rzędu. W pierwszym czytaniu czytaj: Reklamy. Myśl tak banalna, że aż trąca Cepelią. Owszem niewątpliwie są to dzieła sztuki użytkowej, z subtelnością podkutych butów depczące moje szkaradne ego przed zrozumieniem, jednak dziś z pewną dozą ascetycznego samobiczowania pozbawiłem organizm delicji pierwszoligowej twórczości i oddałem się nieco subtelniejszemu zajęciu, wciąż pozostając w szponach krwiożerczego kapitalizmu.

Padło na ogłoszenia, których kwintesencją powinna być prosta wymiana handlowa, względnie uproszczone negocjacje warunków pomiędzy podmiotami beztrosko przebierającymi nóżkami na huśtawce popytu i podaży dóbr niekoniecznie konsumpcyjnych. Rynek rzeczy wydał mi się trywialny, jako, że nie zamierzałem przystępować do wyrafinowanych licytacji – np. poświadczonego notarialnie dziewictwa połatanego niezwykle dyskretnie w gabinetach kosmetyki odnawialnej, bo sama wiedza z podobnego zakresu mogła sprowadzić moje libido na krawędź mrocznej, zwierzęcej natury, by stamtąd w akcie rozpaczy pogalopować w objęcia depresji, albo nie wszędzie legalnych środków czynnych biologicznie, chemicznie i psychicznie odbijających się nieskończoną czkawką na mózgowiu, wygładzając jego zmarszczki bezpowrotnie, z mocą trzykilowatowego bezprzewodowego żelazka z opcją wytrysków pary wodnej i gwarancją lat 2 (słownie dwa lata bez najmniejszej nawet gwiazdki sugerującej rok świetlny, ruski, czy przestępczy), pod warunkiem korzystania z urządzenia zgodnie z załączoną instrukcją dostępną dla koneserów języka mieszkańców prowincji Syczuan, słownik ilustrowany do nabycia na zaprzyjaźnionej stronie WWW.

Moje, być może nie najczystsze w intencjach zainteresowanie ludźmi, skłoniło mnie do poszukiwań współczesnych wartości cenionych w świecie. Prymitywnie postanowiłem sprawdzić wartość ludzką w walutach wymiernych i wyskalowanych w zrozumiałych jednostkach. Żeby mieć skalę porównawczą z takim chlebem, biletem MPK, czy kosztem zakupu bezludnej dotąd wyspy w archipelagu Lofotów wraz z pozwoleniem na budowę apartamentowca o bezwzględnej wysokości półtora kilometra nad poziom niewzburzonego morza, czyli półtora kilometra budowli bez jednego metra, który to metr zapewni teren istniejący po niwelacji, a przed tsunami i innymi ekscesami Morza Norweskiego.

Historycznie człowiek od dawna występował (jako przedmiot) w obrocie towarowym, zarówno w czasach, kiedy preferowaną formą handlu był barter, jak i w okresie pofenickim, gdy umowne wartości wyrażane były monetą wagowo równoważną wartości metali szanowanych śmiertelnie poważnie (często dosłownie) przez prezesów państw feudalnych, premierów nacji pospiesznie się uprzemysławiających i papieży każdego wyznania oficjalnie negującego doczesność jako wartość oczekiwaną, więc przedkładającą rozwój psychiczny i duchowy ponad siermiężność kapitalizacji dóbr tymczasowych. Masowa i przymusowa emigracja handlowa połowy kontynentu w zamierzchłej przeszłości spowodowała spontaniczny, nieoczekiwany zysk genetyczny w światowej puli genów, gdyż w zasięgu konsumpcjonizmu rynków lokalnych krajów rozwiniętych znalazł się materiał genetyczny tak odległy od przewidywalnego, że rachunek prawdopodobieństwa zamknął oczy i wbrew sobie kłusował na ślepo zarażając przyszłość ewolucyjną rozmaitością rasową na skalę nie przewidzianą żadną z dostępnych mitologii.

Żeby doprecyzować – nie poszukiwałem ciała z zegarkiem w ręku świadczącego usługi prokreacyjne z zerową szansą sukcesu, lecz szukałem wartości gospodarczej, oraz wyceny umiejętności i cech nabytych w trakcie procesu dojrzewania pod przymusem cenzury zwanej oświatą. Trudno spotkać ciało wolne od nacisków i represji sterowanej ustawowo i ustawicznie od chwili poczęcia, a może i jeszcze wcześniej, jednak narybek, zanim trafi na tak zwany rynek pracy jest już zmanierowany, indoktrynowany i zakonserwowany. Omotany słowami i paragrafami, skrępowany wzorem płynącym z góry i leniwym nurtem związanym ze stadną łagodnością podążającą drogą samozagłady w postaci mierzalnego mięsa armatniego trafia na wybieg dla niewolników, choć zamiast żelaznych obręczy i kagańców jest gustownie wyszykowany i spętany polityczno-ideologiczną smyczą potrzeb i oczekiwań społecznych.

Do rzeczy. Znalazłem wirtualną bramę do wszechwiedzy. Z satysfakcją zauważyłem, że oferta jest tak bogata, że mogę rozwinąć się zarówno literacko studiując panegiryki wykreowane przez dynamicznie rozwijające się, prężne zespoły, mogę grzać się w chwale numerów pierwszych, bo inne numery nie śmiały stawać w konkury o pozyskanie świeżego mięsa, jak i zaspokoić ciągoty badawcze dotyczące metek z ceną detaliczną na wieszakach wkrótce wybitnych fachowców, jeśli tylko uda im się przebrnąć z sukcesem przedostatni rok studiów i zyskać aprobatę wodza wszystkich wodzów na firmamencie zawodowego rozwoju, który niechętnie (niechęć stłumiona niedopowiedzeniem) do minimalnej ceny zakupu przewiduje dołożyć pakiety odżywcze, lecznicze, wzmacniające tężyznę fizyczną, umysłową, albo obcojęzyczną ku chwale Najwyższego oczywiście.

Zatarłem ręce. To jest to! Pomyślałem i oddałem się rozpuście, zapominając na chwilę o pokusie gorącej herbaty parującej nieopodal nadaremnie. Ja już w szponach nałogu, już głód wiedzy mnie dopadł, więc bez zwłoki przewijałem listę nieskończonego zapotrzebowania. Asortyment bogatszy od zestawienia wszelkich zawodów świata kusił wachlarzem sztuk tajemnych. Nie sądziłem, że aż takim ignorantem jestem, więc pokornie dokształcałem się nie bacząc na stygnącą herbatę.

Na początek wykryłem zapotrzebowanie na usługi naturalne… Naturystyczne – to może być bliższa definicja owych usług. Poszukiwana była jeszcze-nie-magister-ale-już-prawie do opróżniania popielniczek, mycia kieliszków i sprzątania wymiocin spoza spoconej od martyrologicznego seksu wersalki na ćwierć dniówki za dwie stówki, jednak, z szacunku dla ubóstwa studenterii, strój roboczy należało zostawić w przedpokoju, żeby się nie ubrudził, a zleceniodawca kontemplować zamierzał zarówno postępy prac porządkowych, jak i czystość cielesną zatrudnionej. O cnocie nie wspominajmy, gdyż nie była ona e-numeratywnie wylistowana w propozycji kontraktu.

Dla pań, którym w tańcu rąbek spódnicy przeszkadza i ogólnie mającymi kłopot z utrzymaniem ciała w pionie wykryłem propozycję tańca uwzględniającą tę niepełnosprawność. Parkiet został ograniczony do okręgu o średnicy dwóch metrów z chromowaną rurą wsporczą zakotwiczoną fundamentalnie w centralnym punkcie areny. Ów rąbek grożący katastrofą z wielką pieczołowitością pilnowany jest przez pana, któremu pomieszały się kierunki wzrostu i zamiast rozwijać się w stronę słońca, rozrastał się wszerz i w jego kompetencjach zawodowych pozostaje ojcowska troska o całość i okazałość tancerki, która za zwalczenie w sobie dyskomfortu i beztalencia tanecznego może oczekiwać wynagrodzenia startując z pułapu dziesięciokrotności minimum ustawowego i wektorem wzrostu startującym pionowo w górę z szybkością, o której tylko pomarzyć może nastoletnia erekcja chłostana słowem „cycki”.

Potem pojawiły się utwory wymagające troski o własną wyobraźnię. Nie należy porywać się na dzieła zbyt zaawansowane, bo przecież nie każdy musi „zaliczyć” „Ulissesa”, ani też uzasadnić kwantowe implikacje i konsekwencje wynikające ze stosowania zasady nieoznaczoności Heisenberga. A tymczasem czyhała na mnie informacja, że poszukiwany jest inżynier z wykształceniem średnim. Ratunku! Czyżby powstały szkoły specjalne? Techniczno-politechniczne? Krok dalej wykryłem zapotrzebowanie na kafelki i glazurnika w opcji zlecenie „od zaraz”. No… Tu moja wyobraźnia rozpędziła się jak nieświadomi kierowcy na zakręcie idiotów. Zaraza, obecnie pewnie jest już chorobą nieznaną nauce i figuruje wyłącznie w szkolnych lekturach. Ale zatrudnianie kafelków? Na zlecenie? Że niby mają oszałamiać łazienkę własną urodą 40 godzin w tygodniu? Od siódmej do piętnastej w dni ustawowo i związkowo namaszczone obowiązkiem świadczenia? A potem spakować się i wyjść z glazurnikiem na piwko? Na meczyk z kumplami?

Zanim rozbrykana wyobraźnia wróciła do macierzy, w zasięgu zdumionych oczodołów znalazłem propozycję zatrudnienia całej dzielnicy. Trzy razy przecierałem zmysły, ale stało jak wół: „zatrudnię Dzielnicę” – nie byle jaką, a konkretną (Dzielnica nie płaci mi tantiem za promocję, więc pominę jej imię). Aż poszukałem w donosach GUS, który autorytatywnie twierdził, że dziesięć lat wstecz Dzielnica osiadła na stu kilometrach kwadratowych w obrębie miejskich granic, oficjalnie porastając prawie setką tysięcy legalnych tubylców. Kupiec skromnie zachował anonimowość, jednak chyba czas rzucić okiem na listę Forbes’a i spis aktualnie najbogatszych, żeby sprawdzić, który z nich wycofuje z Rynów aktywa, celem sfinalizowania transakcji. Na taką skalę handel ludźmi? W środku Europy? No… Może nie całkiem w środku, ale na świeczniku. Kolanem upychałem w głowie ciągi dalsze, które wyciągały macki niczym ośmiornica, która zapomniała poprzestać na ośmiu ramionach ze względu na zazdrość wywołaną przez robala chwalącego się setką nóżek.

Kiedy perswazją, hipnozą i przekupstwem skłoniłem wreszcie fantazję do powrotu w mroczne fałdy i bezdroża mózgu trafiłem zapotrzebowanie na raj. Ktoś poszukiwał dla własnego zapewne (?) dziecka nauczyciela języka anielskiego. O małych dzieciach często się mawia, że to aniołki, jednak w procesach edukacyjnych zużywają cechy pozytywne do tego stopnia, że zanim osiągną dojrzałość już przechodzą na ciemną stronę mocy i ich szatańskie ekscesy stanowią powody przedwczesnej zmiany maści sierści ich oficjalnych protoplastów. Być może ktoś przewidująco starał się zadbać o koafiurę własną i chciał dać dziecku narzędzie do długotrwałej komunikacji z ciałem nie wiedzieć czemu nie dysponującym językiem adekwatnym do konwersacji z małoletnimi. Gdyby sztuka się jednak udała, a narybek dysponowałby lingwistycznym talentem na dziecię czekałaby świetlana kariera, gdyż osoby zawodowo uskrzydlone w mowie i piśmie znajdowały się w zasięgu zainteresowania podmiotu starającego się podbić świadomość zaświatów dzięki dźwięcznej dewizie FLOW, którą stara się otulić klientów miękko i czule, a delikatny oddech anielskich skrzydeł ukoi spocone czoła partnerów na wszystkich możliwych krańcach świadomości na chwałę Najwyższego.

Na tym etapie uznałem, że nadmiar emocji może doprowadzić zwoje mózgowe do spontanicznego wyprostowania i przerwałem lekturę. Nie byłem przygotowany na podobne doznania. Nikt i nic mnie na to nie przygotowało. Może nawet godzien nie byłem. Wydawało mi się, że inwigilacja reklam stanowi superligę literacką, jednak tym utworom brakuje rozmachu, jaki spotkałem w ogłoszeniach. Następnym razem będę ostrożniejszy. Przed lekturą zażyję coś uspokajającego, napiszę testament, zostawię namiar ICE i zadbam o ostatnią deskę ratunku - zawiadomię bratnią duszę, że mam nieskonsumowane pojemności w lodówce, z prośbą, aby raczył mi pomóc w ich utylizacji – do takiej roboty mało kto się spóźni. Może mnie odratują…

Okruch melancholii.


Kręgi na wodzie maluję uparcie. Drobne, gasnące, niedopowiedziane. Podobne iskierkom płochego światła wieczorami wypełniającymi cmentarze rękami tych, którym samotność doskwiera. Wrzucam ziarnka żwiru, a wróble przekrzywiając zabawnie łebki patrzą podejrzliwie, że wolę kaczkom rzucać, niż im podać na otwartej dłoni. A ja piasek do wody wrzucam. Ten, który z klepsydry wyciekł i czas swój już odmierzywszy odpoczywa teraz daleko od harmidru świata. Może krzywdę mu robię?

Podnoszę oczy na most, który łączy dwa brzegi, a z obu stron taka sama nicość i pobieżność. Te same wrotycze zamarzają pochylając się sztywno nad nurtem, te same topole kruszeją i z drżeniem czekają prężenia muskułów zimowych wiatrów, które utopią próchniejące korony w leniwym nurcie. Podobne tataraki przeglądają się w wodzie i smutnieją, widząc swą gasnącą urodę. Most który nie łączy nic więcej, poza beznadzieją. Most donikąd, stwarzający złudzenie. Takie, które pcha podróżnika poza horyzont, poza zakręt drogi i szczyt najbliższy bo za nim to już raj nieustający i zachwyt mieszka trzymając wiekuistą dobroć za rękę, jak wnuczek trzyma dłoń babci, zanim go motyl spłoszy i do biegu poderwie.

Most hurgocze kocimi łbami torturowanymi oponą ciężarówki wypełnionej piaskiem i szoferem, który oddechem rozmraża szyby od środka, bo przecież wczoraj imieniny szwagra, więc koniecznie trzeba było toast, a piasek? A co z nim? To nie jajka, nie potłucze się w drodze, a blaszana podłoga, choćby najbardziej była pijana, to przytulona przez grawitację nie pozwoli ziarnom na swobodny lot ku ziemi. A kiedy już przejechała, a most uspokoił dudniące tętno, wiatr przyniósł mi na skosztowanie kilka ziaren wprost z ciężarówki. Musiał je wykraść, kiedy szofer w lusterku sprawdzał, jak bardzo jest nieogolony. Teraz podawał mi wprost do oczu i krzyczał:

– Zobacz! Żółty jest, suchuteńki, chociaż z dna rzeki wzięty. To ja go suszyłem. Dla ciebie, żebyś dał radę unieść, bo nie każdy jest taki silny jak ja. I co? Nie podziękujesz? Jeśli chcesz więcej, to powiedz i przyniosę. Dam radę…

Rozgadany, jakby opowiedzieć chciał tym ziarnkiem całą swoją przeszłość i wszelkie nadzieje, szarpał mnie za włosy i język w ucho wkładał, a ręce pod koszulę wpychał pieszczotą jaką mogą dać sękate dłonie ślepą ekstazą obejmujące delikatność dziewiczej piersi. Wydłubałem z oka ziarnko opite moimi łzami. Cud narodzin – szepnąłem sam do siebie i jak zwierzę oblizałem je starannie, żeby żaden drapieżnik nie dotarł tu za aromatem poczęcia. Ogrzewałem w dłoni, lecz nie miałem w sobie ognia, żeby skrystalizowało w szklaną łzę. Nie umiałem go wydorośleć, dojrzeć, obrodzić, zakwitnąć… Nic nie umiałem. Mogłem tylko nosić w dłoni. Opuszczone, samotne i takie mną zarażone, jakby w genach otrzymało moją samotność, której nikt adoptować nie chce.

Nie skarżyło się ani słowem. Nie mruczało swoich żali, niepokojów, ani żądań nie stawiało żadnych. Nie tupało nóżką, że czeka bez nadziei. Wtuliło się samo w siebie i gdzieś na linii serca znalazło pękniętą przeszłość, w której wymościło sobie legowisko i drzemało. Dziwne miejsce wybrało. Patrzyłem zdumiony, bo w moich dłoniach było wiele innych miejsc, gdzie mogło zamieszkać, ale wybrało właśnie to miejsce i wiercąc tyłeczkiem wpasowało się właśnie tu. Zawłaszczyło to miejsce, jak czarownice zawłaszczają rozstaje dróg, choćby i cztery kapliczki ludzie tam ustawili. Ziarnko piasku…

Patrzyłem, bo moje. Niosłem, bo czułem się za nie odpowiedzialny. Chciałem mu imię nadać, usynowić, dom stworzyć, choć sam go nie miałem. Wiatr zaglądał w kołyskę mojej dłoni i usiłował głaskać, ale ziarnko drżało pod jego niecierpliwą pieszczotą, wiec zamknąłem dłoń. Nic, że mnie w twarz uderzył do łez. Że klął wprost do uszu słowa kaleczące sumienie, że pod nogi ciskał wszystko, co znalazł w pobliżu. Potknąłem się raz i drugi, ale na most wyszedłem i przytuliłem się do kamiennej balustrady, a wiatr gryzł mnie po kostkach, jak wściekły pies. Mogłem uciec… My mogliśmy uciec, ale ziarnko zdawało się być smutnym bardzo i nie chciało odchodzić. Może tęskni za kimś, kto został w nurcie? Może ma do kogo wracać?

Nie wolno być aż takim egoistą i zabierać, przywłaszczać, kraść korzystając z przewagi. Wyciągnąłem dłoń, poza balustradę i otworzyłem. Wiatr kipiał złością, a ziarnko zgrabnie ześliznęło się z dłoni i żółtym okiem uśmiechnęło się do mnie skacząc w nurt rzeki. Zaborcza miłość potrafi dopiec i doczekać dłoni, która odepchnie każde zbliżenie. Ze strachu. W krzyku wolności, która przepali kajdany ramion pazernych, zazdrosnych i faszerowanych potrzebą zawładnięcia. Gryziona do krwi, do najskrytszej myśli i dotykana poza granice intymności zbuntuje się i ucieknie. Nieważne dokąd, bo ucieka się od. Ucieka się z… Dopiero później szuka się azylu.

Zwróciłem ziarnku wolność, a wiatr urażony opluł mnie nim poszedł w szuwary i tarmosi je z wściekłością. Most taktownie milczał, ale on nie takie rzeczy widział. Wiekowy most pamięta zapewne to, czego w czarnych snach nie można wyśnić, bo wyobraźnia nawet we śnie broni przed koszmarami. Popatrzyłem na dłoń. Ziarnka już w niej nie było. Linia nie zrosła się, nie rozrosła się dendrytem świeżego pnia. Nawet wgłębienia nie było po miejscu, gdzie ziarnko chowało się przed wiatrem. Tylko w bajkach ziarnko piasku może zmienić przeszłość, albo ofiarować nieoczekiwaną przyszłość. To najwyraźniej było rzeczywiste i turla się teraz po dnie szukając drogi do domu. Może to ja jego bajką się stanę, kiedy już dotrze i pośród radosnych okrzyków snuć będzie opowieść z podróży? Uśmiechnąłem się życząc mu szczęśliwej podróży, wsunąłem ręce w kieszenie i poszedłem, zanim wiatr zdążył zupełnie zmotłoszyć szeleszczące, ostre jak brzytwa trzcinowisko.

Fotka z podwórza.


Pani przestała walczyć ze skłonnością ciała do zaokrągleń w górę i z wdziękiem eksponuje stan posiadania nie pozwalając odzieży unicestwić piękna sylwetki. Nawet jej suczka merda ogonkiem, kiedy na nią patrzy, a co dopiero męska część ludzkości. Ja również byłem bezbronny jak bezskrzydły, nieopancerzony ślimak na asfalcie. Specjalistka od pomarańczowych gwiazd ognikiem papierosa zwiastujących poranek macha do mnie ręką… Nie… Zdawało mi się – myje okno… to znak, że kolejne święta blisko. Ekspedientka z warzywniaka wynosi tekturowe trumny z witaminami, które nocy nie przetrwały, a zanim zniknie w czeluściach zaplecza sklepu w śmietniku rozpoczyna się redystrybucja dóbr konsumpcyjnych pomimo wszystko. Dłoń fachowca sortuje i kompleksowo poddaje błyskawicznej kontroli jakości zawartość naczyń pogrzebowych, a wrony klną z niemocy i próbują wytrącić go z oazy spokoju własną wściekłością. Uspokajają się dopiero, gdy znika unosząc witaminową bombę na śniadanie. Wróble bawią się w berka, wykonując niemożliwe ewolucje pomiędzy gałęziami ostrokrzewów. I żaden nie został krwawym owocem zwisając na twardych kolcach. Brzoza płacze, drobnymi nasionami imitując śnieg. Ale krzyk karetki ją spłoszył. Poczeka na przychylność wiatru. Może tylko do zmierzchu?

środa, 14 listopada 2018

Na bogato.


Pani (nim na spacer wyszła) ubrała rzęsy odpowiednie do pogody, dobrała paznokcie pod kolor torebki, wymodelowała brwi na kształt rybików, żeby gładko prześlizgiwały się na wietrze i zapakowała w kwieciste dżinsy bujne podłoże, żeby kwiaty jej nie więdły. Nie sądziłem, że dysponuje talentami z zakresu ogrodnictwa, lecz ona już znikała na horyzoncie prowadząc telekonferencję gęsto utkaną słowami zbyt barwnymi do ich cytowania. Bezdomny w kożuchu sięgającym niemal kostek stanowił poważne ostrzeżenie przed nadciągającą zimą. Na pewno jest bardziej wiarygodnym objawieniem niż pani w sweterku do pół łydki i w rozchełstanej kurteczce. Jej kaloryczność chaotycznie upakowana po całej kubaturze beztrosko pozwalała sobie na rozrzutne spalanie, a ponoszone straty mieściły się w zakresie jej tolerancji przyczyniając się do nieznacznego ocieplenia klimatu. bardzo nieznacznego. Ktoś do papierowego kubka usiłował zapakować brudne, poszarzałe chmury, jakby chciał w kawie uprać. Bez zabieracza… Stłuczone pół litra płakało na chodniku każdym odłamkiem, a obok marzł na błękitno osierocony napój izotoniczny. Skoro paliwo umarło na betonie, to po cóż popitka? Lato się skończyło bezapelacyjnie.

Bezmyślnik z dygresjami.


Postanowiłem zostać wieszczem. Spontanicznie i bez wyrafinowanej ideologii. Żeby być do końca uczciwym przed samym sobą, to powiedzmy, że bezmyślnie postanowiłem. Chwilowo nawet bez przekazu, którym chciałbym zapłodnić ziemię i stanąć na czele oświecenia, odrodzenia, odrobaczenia, czy jakiegokolwiek innego OD (wypraszam sobie nadinterpretacje z pogranicza faulu). Pomyślałem, że na program wyborczy mam jeszcze chwilkę czasu, a zająć się wypada autopromocją i marketingiem. Płcią ułatwiającą mi wielocyfrową rozpoznawalność nie dysponowałem, chociaż zapewne znalazłbym rzeźbiarza ludzkich ciał, który za tak zwane „wyrazy wdzięczności” wyrzeźbiłby ze mnie laleczkę piękniejszą, niżby to Wit Stwosz uczynił. Może nawet taką, do której wzdychają ordynarnie większościowi, heteroseksualni chłopcy na każdej półkuli i w każdej wiosce, kiedy tylko noc z miłością otuli ich jednoosobową kołderką, a harde dłonie wezmą najbliższą przyszłość w posiadanie… I nie popuszczą, nim raj się objawi pośród chrapliwego krzyku choć raz.

Hmm… Nagość dojrzewająca kwantowo. Jest to jakiś pomysł na początek i może wart rozważenia. Człowiek przywyka do podobnej konkluzji przeglądając o poranku wiadomości na dowolnym portalu. Droga mleczna piersi i pośladków ledwie pierwszoligowym nurtem mieści się w monitorze i tylko liczebność zbioru wyrafinowanej bielizny w sojuszu z markowymi strojami kąpielowymi gotowa doścignąć bogactwo nieskończonej galaktyki gwiazd i gwiazdeczek. A skoro prawa handlu nadal obowiązują, więc podaż usiłuje dopiero doścignąć popyt. No tak – usiłuje, bo gdyby podaż przekroczyła granice popytu wystąpiłby kryzys. A o tym media milczą zawzięcie. Kryzys nagości? To tak można? Wreszcie się zdziwiłem i poszedłem za ciosem. Bo ciała, choć konsekwentnie rozbierane każdego dnia bardziej, to jakoś jeszcze nie dotarły do tego miejsca, w którym zaczynają pojawiać się szczegóły anatomiczne. Żadna nie pokazała trzustki. Migdałków, ani zawartości jelita grubego na wybiegu pośród zaproszonych wielmożów i fleszy. Czyli do kryzysu jeszcze daleko i można spokojnie dołączyć do peletonu i porywać się na solową ucieczkę do przodu tak, jak polecają to podręczniki rozwoju biznesu.

Obrzuciłem krytycznym wzrokiem nikczemność własnej sylwetki, która nijak nie przystawała do średniej promowanych publicznie wizerunków, zdjąłem kłódki z siedemnastu metrów kwadratowych klimatyzowanej garderoby przeliczając wyposażenie plażowe i zbiór stringów żenująco ubogi, na dodatek (wstyd i sromota!) w kolorach wskazujących na ich niedzisiejszość. A kto to widział ubrać się we wczorajsze stringi do dzisiejszego zdjęcia? Przyzwoitość podpowiada, że już lepiej nago wystąpić, a to wymaga wizyty nie tylko u kosmetyczki, lecz u fachowca ze skalpelem i potrwać może tyle, że nawet jutrzejsze springi będą przedwczorajsze. Nie wolno zapomnieć, że takie ubranka zużywają się równie szybko, jak oglądalność newsa, więc raz założone nadają się wyłącznie do secondhandu. Przecież nie będę uprawiał ogródeczka w lidze okręgowej jeśli mam wieszczyć…

I gdzie tu równouprawnienie, o które feministki walczą tak zażarcie? To, co miałbym mediom do zaoferowania, jakoś nie cieszy się sympatią, a ekstremiści w ramach próby osiągnięcia parytetu posuwają się do rozwiązań nieodwracalnych zaprzeczając własnemu pierwowzorowi i maskując nawet zawiązek wywodzący się z genealogii. Albo tylko się chwalą, wiedząc, że zainteresowanie podobnym obrazem może być najwyżej szczątkowe i bez wpływu na globalne zainteresowanie. Pod płotem leżą dwa worki skamieniałego cementu i mógłbym z niego wyrzeźbić brakujące fragmenty, bo nawet rzeźbie łatwiej się ubrać w kobiece kształty i pozować na dzieło sztuki, a nie natury.

Dopadają mnie dygresje i zaczynam się w nich dusić widząc jawną niesprawiedliwość. Umysł szuka ścieżek nie oddalających się zanadto od rozsądku i w ten sposób usiłuje mi chyba coś powiedzieć. No dobrze. Pozwolę mu na te dygresje. W końcu i tak nie opracowałem ideologii, ani z ciałem nie doszedłem do ładu, więc o pierwszej lidze mogę chwilowo tylko pomarzyć.

(Dygr.1) Sztuka współczesna ma inne zadania niż przed wiekami. Nie ma zachwycać estetyką, nie potrzebuje dokumentować. Ma szokować, naruszać i wytrącać z równowagi. Ma łamać szlabany i ignorować granice. I robi to z wdziękiem bombowca, który raczył doprowadzić do megatonowej ejakulacji nad metropolią taką, czy inną. Galerie są wszędzie, więc i bombowce mogą gwałcić zmysły na całym świecie, a echem wielokrotności sieciowej dosięgnąć nawet tych maluczkich, którym ekonomia nie pozwala na estetyczne samobójstwo i współudział w premierowej odsłonie apokalipsy na odległym kontynencie.

(Dygr.2) Podejrzanie stabilna i niewzruszona wydaje się personifikacja Boga w postaci męskiej. Aż dziw, że nie został zaatakowany za tę swoją męskość pyszałkowato wymalowaną na sufitach przybytków, na portretach starych mistrzów. Nawet wklejone w zeszycikach małych dziewczynek kolorowe obrazki przedstawiają bezczelną męskość, szczęściem maskując co bardziej frapujące atrybuty, żeby przedwcześnie nie trzeba było dziewczynkom tłumaczyć powodów, dla których szaty męskie potrafią się czasowo zdeformować. Z błogim uśmiechem, lub grzmiący spod wąsa, choć dotąd bez kolczyków, kitki i tatuaży (może zdjął, gdy pozował?) ukrywa pod suknią (!?) pośladki, jakby wiedział, że one w wersji skandalicznie naturalnej nie przejdą, nawet pośród zbiorowego uwielbienia. No... Chyba, że jakaś kosmetyka… Depilacja brazylijska, czy podobny w skutkach mistyczny zabieg zagospodarowałby szacowne zaplecze dając choć złudzenie pierwiastka żeńskiego. Bez tego, nawet bardzo wyrozumiały gej miałby estetyczny dylemat zapewne, jak skonsumować aluzję.

Kiedy już neurony drążące dygresje zaczęły się zderzać i tasować między sobą ze względu na ograniczoną pojemność mózgu należało się spodziewać potomstwa. I tak, z przelotnego związku narodziła się (Dygr.3). Bo mądrość starożytnych, albo presja środowisk żeńskich, strąciła boskość z piedestału unikatu i jednoosobowej zuchwałości męskiej, do całego stada bóstw wyspecjalizowanych bardziej precyzyjnie niż absolwenci MIT i geniusze z Doliny Krzemowej. Za to reprezentowali oni pełen wachlarz zdefiniowanych płci, łącznie z perwersjami obejmującymi skonsumowane skutecznie koligacje międzygatunkowe. Ja to rozumiem, bo w moim niezbyt lotnym móżdżku zakwitła myśl, że łatwiej jest klęknąć przed kobietą, niż przed facetem i niesie to zdecydowanie mniej negatywnie zabarwionych hipotez. Szczególnie, kiedy stojący, w aureoli z wygrawerowanym błyszczącą czcionką napisem MIŁOŚĆ, wyciąga dłoń w kierunku głowy klęczącego… Nawet, kiedy klęczy kobieta, istnieje ryzyko, że dochodzi do molestowania, a nawet gwałtu i „innych czynności seksualnych” jak głosi pismo uwspółcześniane nieustająco, żeby dogonić ludzką pomysłowość w zakresie grzechu... Niewiele polepsza sprawę założenie, że klęcząca czyni to dobrowolnie, gdyż na takie zachowania epitetów nie brakuje, nawet w wielowiekowo martwych językach świata.

Zeźliłem się już ostatecznie i trzasnąłem drzwiami garderoby z furią. Bo skoro nawet personifikacja nie występuje oficjalnie z gołym tyłkiem, to czego ja szukał będę? We wczorajszych stringach… Jak ostatni łachudra… Nie pozwolę się napompować silikonem, ani odbytu nie wybielę. Ba! Waginy nie okadzę, choćbym miał w szatańskie łapy wpaść. Nawet, gdybym miał z wieszczenia zrezygnować. Trudno – niech wieszczeniem zajmie się piękniejsza połowa. A ja dokończę prasówkę. (Dygr.4) Dziwne – szatan też jest facetem ze skłonnościami do perwersji – na madejowym łożu preferuje jednostki niewydepilowane, rogate i genetycznie wyposażone w szpilki… Żadnych stringów… Pełna symbioza z naturą. Zdążył nawet ewoluować do wizerunku własnych preferencji. Przynajmniej na obrazkach małych dziewczynek. (Dygr.5) Skoro malarze i rzeźbiarze w swoich dziełach nie silą się na rozmaitość, to może są jednym i tym samym malarzem powołanym do życia wyłącznie po to, by wiernie malować kolejne personifikacje i nie dopuścić do głosu odszczepieńców? Z pamięci chyba łatwiej malować niż z wyobraźni… hę?

wtorek, 13 listopada 2018

Spacer nawilżający.


Wyprowadziłem oczy na spacer. Zupełnie tak samo, jak sąsiad wyprowadza pieska, a pani z sąsiedniej klatki własny biust. Na polowanie, na chwilę, na siku. Każdy ma inny cel i nie zawsze oficjalnie się do niego przyzna, a ideologicznie obudować drogę, to zadanie z tych łatwiejszych i przypomina wypracowanie szkolne pod hasłem jak spędziłeś wakacje. Oczy podjęły próbę identyfikacji obiektów, których jak na bieżącą pogodę całkiem sporo przemieszczało się po Mieście, lecz niewiele z tych obiektów zaprzątało sobie głowę obserwacją własnej marszruty. Nie dostrzegłem co prawda, żeby ktoś przepraszał słup oświetleniowy, że go potrącił, lecz zjawisko takie dzisiaj jest wysoce prawdopodobne. Niebo posmutniało, a kobiety dostosowały się kolorystycznie do nastroju niebios. W paśnikach kolejki i talerze na których mogłyby wylądować małe śmigłowce zabudowane były trójwymiarowymi krajobrazami ponoć jadalnymi. I tę jadalność miały rozciągniętą w czasie tak bardzo, że o dacie przydatności wstyd było wspominać. Raczej przekraczała oczekiwaną długość życia konsumentów, więc nikt się nie spieszył. Wygasłe fontanny smętnie leżały na chodnikach i łypały z zazdrością na chmury oddające wilgoć ziemi. Rynek uzbraja się w drewniane domki, żeby znów powstało miasteczko rodem z cepelii. Ot – większy odpust – dopasowany rozmiarem do wielkości wioski i zamożności mieszkańców. Wspominając ceny muszę przyznać, że straganiarze poważają bardzo tubylców. Ich wiara w ową majętność z szacunku zaokrąglona w górę potrafi brwi podnieść aż na plecy. Panowie przygotowują się już do demonstracji zdumienia pozbywając się owłosienia stojącego na przeszkodzie pomiędzy brwiami i plecami. Ciekawe, czy ktoś to doceni…

Bezgraniczne oddanie.


Już wtedy powinienem był uważać. A ja, jak ostatni naiwny dałem się złapać na lep i za dobrą monetę twoje słowa wziąłem. Myślałem, że jestem mądrzejszy, że bardziej cyniczny. Nie doceniłem cię wcale. Jak bardzo nie doceniłem ciebie, to wiem tylko ja, ale to się wkrótce zmieni. Za chwilę moja spóźniona wiedza zaginie w ciemnościach przyszłości. W tobie utonie bezpowrotnie.

Nie byłaś nawet atrakcyjna. Stałaś gdzieś z boku świata, niepewna, wślizgująca się w ocienione szczeliny rzeczywistości, na krawędzi istnienia. Ubrana w coś nieokreślonego, tłumiącego myśl o cielesności i zbliżeniu. Szarobura bezkształtność i oczy którym daleko było do gwiazd. Podszedłem do ciebie, jak ostatni głupiec i nawet teraz w brodę sobie pluję, że wpadłem na taki pomysł. Alkohol jednak łamie wszelkie granice. Nie ma nic, co uszanuje, czemu się podda. Potrafi odnaleźć w organizmie nosiciela zgodę na każdą podłość i każde wyzwanie.

Podjąłem je, choć od stołu z butelkami, do kąta w którym stałaś nawet na trzeźwo było z osiem milionów kroków. Pięćdziesiątka czegoś brudno-żółtego dla kurażu i odepchnąłem rękami stół. Szedłem z wiatrem niczym Santa Maria na podbój nieznanego świata… Ech! Czemuż wiatry były przychylne. Klnę, póki mam siły, tak jak świat klnie wiatry sprzyjające Kolumbowi. Po co to było? Światu? Mnie? Nie potrzebowaliśmy tego wcale. Może on był równie pijany jak ja, kiedy wstąpił na ścieżkę bez powrotu…

Podszedłem do ciebie, a ty chowałaś się za kwiatem żyjącym w wielkiej glinianej misie zupełnie bez uzasadnienia, bo słońce tu nie zaglądało i nikt go nie podlewał, chyba, że moczem podczas co barwniejszych imprez. A ty stałaś za tym kwiatem jakbyś na mnie czekała… Przyznaj się. Choć raz powiedz mi prawdę. Czekałaś? Na mnie? Już wtedy wiedziałaś, że wyciągnę po ciebie rękę i zgodzisz się na wszystko dla tej chwili, w której bez woli biorę udział? Wiem, że wiedziałaś. Powiedz to głośno, bo ja już tego nie powtórzę nikomu. Bo ja… Ja już nie żyję i możesz mi powiedzieć…

Skąd w sobie tyle samozaparcia znalazłem, żeby dojść na drugi koniec świata, tego nie wiem. Ty mi zapewne też nie powiesz, czy wspierałaś moje pijane kroki, kiedy szedłem nie tyle do ciebie, co po ciebie. Ubzdurałem sobie, że będziesz moja i całe towarzystwo się śmiało ze mnie, bo nikt w akademiku nie widział, żebyś komukolwiek choć rękę podała, a co dopiero cokolwiek więcej. Ale ja – napompowany sfermentowanym ziarnem, pełnoletnim, z dębowej beczki miałem wiarę we własne możliwości. Podszedłem i wyciągnąłem po ciebie rękę, a ty mi ją podałaś bez słowa. Zabrałem cię do sąsiedniego pokoju, a kiedy wychodziliśmy śmiech przy stoliku zgasł i ktoś już zaczął zbiórkę pieniędzy, żeby przegrany zakład opłacić i puścić go przelewem.

A potem… W tej ciasnej, studenckiej klitce rozpinałaś jakieś guziczki, jakieś sznurki i patrzyłaś mi w oczy, kiedy spadały z ciebie fragmenty bezkształtnych ciuchów. To musiało być trudne, bo moje oczy rozkołysane wódką rozbiegały się po całej twojej sylwetce. A jednak patrzyłaś mi w oczy, nawet wtedy, kiedy bose stopy na podłodze usiłowały się skulić i schować przed zimnem. Wtedy… Pierwszy i ostatni raz odezwałaś się do mnie. Więcej nie słyszałem twoich słów, choć czasami, w uniesieniu krzyczałaś nieartykułowaną dzikość radości.

- Będę twoja. Oddam ci ciało, ale ty oddasz mi swoje. Dla mnie i tylko moim będzie. Jeśli chcesz, oddam ci ciało już teraz, ale musisz mi obiecać własne…

Pamiętam, że z trudnością łykałem powietrze, bo twoje ciało obrane z tych niezliczonych warstw szaroburej nijakości prezentowało się tak atrakcyjnie, że niemal wytrzeźwiałem, żeby nie przegapić cudu. Kiwnąłem głową. Raz zdążyłem, ale tobie to wystarczyło, bo podeszłaś do mnie i z pedanterią, w skupieniu zaczęłaś rozpinać guziki, paski, zamki, jakbym był odziany równie bogato jak ty. Stałaś przede mną rozbierając mnie niespiesznie, a twój zapach przesłonił sfermentowany słód jęczmienia. Słodszy od karmelu i ostrzejszy od wódki aromat zawrócił mi w głowie mocniej, niż wszystkie dotychczasowe wyczyny przy rozbawionym do amoku stole.

Potem zaczęła się nieskończoność, może nawet dwie, albo i trzy. Wzrok odzyskałem, kiedy zawiązywałaś sznureczki sukienek, i patrzyłaś na mnie wzrokiem, w którym gwiazdy już gasły i szarzały. Znów ubierałaś się w niebyt. Tylko patrzeć, jak znikniesz za tym kwiatem, ale czemu? A ty zaczekałaś, aż się ubiorę i wzięłaś mnie za rękę. Zaprowadziłaś do stołu nie zwracając uwagi na nikogo. Wyciągnęłaś rękę i wzięłaś jedną z butelek. Tę, w której do dna brakowało pół wieczoru najmarniej. Odkręciłaś nakrętkę rzucając ją pod nogi i przechyliłaś. Dno bulgotało ohydnym śmiechem, a ty odstawiłaś pustą flaszkę, popatrzyłaś mi w oczy…

- Pamiętaj – szepnęłaś i poszłaś.

Kiedy zniknęłaś towarzystwo rozbawione zaczęło mnie poszturchiwać, poklepywać i kpić niemal jawnie, z zazdrością skrywaną i ciekawością wielką. Ktoś przypomniał sobie, że medycynę studiujesz, że zdolna, że okupujesz górne lokaty na swoim roku. Że mruk, który nigdzie i z nikim, tylko nauka, a poza nią nie jesteś nigdzie widywana. To dzisiaj tak nietypowe, że towarzystwo dalej nie wierzy, że przyszłaś, że pojawiłaś się i wynurzyłaś z niebytu. A to, że wziąłem cię jak swoją zabawkę, a ty bez słowa skargi, bez wahania i oporu poszłaś ze mną… Niepojęte.

Teraz już wiem, lecz za późno już… Wtedy, kiedy już zdążyłem wytrzeźwieć postanowiłem sprawdzić, czy mi się nie śniło, czy to nie pijackie urojenie. Znalazłem cię na uczelni, na przerwie między zajęciami…

- Jestem twoja… - szepnęłaś – Moje ciało jest twoje; pamiętasz? A ty jesteś mój…

Zaciągnąłem cię bez słowa do łazienki. Damskiej. Zsunąłem z ciebie bieliznę przed umywalką i podniosłem ze trzy spódnice, zanim zobaczyłem twoje uda i pośladki. Zaparowałaś lustro w jedną chwilę, jakbyś nie chciała patrzeć sobie w twarz. Kiedy byłem w tobie miałaś obnażone nie tylko pośladki. Zęby też. Wyglądałaś jak wściekłe zwierzę, jak atakujący basior, jak niedźwiedzica walcząca o własny narybek. Byłaś ohydna. Trudno wyglądać gorzej, niż ty w uniesieniu. Kiedy krzyknąłem… Uderzyłaś czołem w zimną toń lustra i rozbiłaś je… Podciągałem spodnie, kiedy ty lizałaś krew z pękniętego czoła, nie zważając, że po udach ja wyciekam. Obróciłem cię do siebie, a ty, nie przestając patrzeć mi w oczy włożyłaś dłoń między uda, a później powiodłaś lepkim palcem po ranie i podałaś mi do ust. Wypiłem…

Dzisiaj zaprosiłaś mnie po raz pierwszy. Nie byłem tu wcześniej. Chyba nikogo tu wcześniej nie było. Patrzyłem z nieskrywaną ciekawością, bo to mieszkanie wyglądało zupełnie jak ty – sterylność pokryta miękkim, domowym kurzem. Anonimowe mieszkanie bez jednego drobiazgu osobistego. Bez podartych pończoch na fotelu, bez książki przy łóżku, kwiatka na oknie, czy mandarynki na stole. Nic. Jakbyś wyprowadziła się stąd wieki temu. Podałaś mi szklankę czegoś, czego nie znałem, ale wypiłem do dna zastanawiając się co dalej będzie. A dalej miało drobną przerwę w mojej świadomości, bo kiedy się obudziłem, to już nie żyłem…

Leżałem nagi na gołym dębowym stole. Rozpięty, rozciągnięty szpitalnymi pasami mocno i bez szansy na jakikolwiek ruch. Przez głowę wciąż płynęło tornado znieczulenia i ciężko było mi zogniskować myśli i wzrok. A ty stałaś nade mną niczym lekarz w trakcie skomplikowanej operacji, kiedy nie ma miejsca na emocje i wrażliwość. Patrzyłaś… No właśnie. Nie patrzyłaś mi w oczy, jak dotychczas, tylko niżej. Niewiele widziałem, ale uniosłaś coś krwawiącego bez mojego krzyku i jadłaś nie bacząc że plamisz wszystko na sobie i dookoła. Musiałaś być bardzo głodna, bo posilałaś się w milczeniu i na moment nawet nie popatrzyłaś mi w oczy. Może to było zbyt trudne dla ciebie? Nie sądzę, bo gdy tylko otarłaś przedramieniem usta wzięłaś do ręki piłkę elektryczną i otworzyłaś mi czaszkę.

Dopiero wtedy pogłaskałaś mnie po policzku i popatrzyłaś mi w oczy.

- Pamiętasz? Byłam twoja. A teraz ty jesteś mój. Muszę jeść…

poniedziałek, 12 listopada 2018

Zaproszenie.


Stał na brzegu fosy i ziarno sypał. Czasem chleb. Czasem kartofle nadgniłe, wyzbierane ze śmietników stojących w oficynach w pobliżu warzywniaków. Płaszcz przetykany kurzem śmierdział tak obficie, że niemal dźwięków nie przepuszczał, bo zmysły chciały się zamknąć szczelnie pod czaszką i czekać, aż minie atak niejednokrotnie używanej biologii.

A ja z jakąś chorą fascynacją patrzyłem, jak sypie do wody jedzenie, choć żadne z tych zwierząt mogących po nie przyjść nie potrzebowało go wcale. A przypływały. Ryby, kaczki, łabędzie, wodne szczury, nawet porzucone żółwie, kiedy przestały cieszyć dzieci obdarowane bezmyślnie z okazji braku rozumu ponoć dorosłych. Siedzący koło niego pies zdawał się być ucharakteryzowany na wzór właściciela. Kołtuny posklejanej sierści, zakurzona całość tak, że zaniedbany chodnik mógł go zamaskować lepiej, niż nową płytkę betonową. Pies szukał wzroku pana, bo psy są niewolnikami, chociaż głośno tego nikt im nie powie. Lubią pochlebstwa, więc można je ułagodzić słowem nie do końca szczerym, bo nie rozróżniają intencji. Są uroczo naiwne i biorą wszystko za dobrą monetę. Ten też. Wysprzątał już ogonem asfaltową ścieżkę za sobą z radości, że wolno mu siedzieć i patrzyć, jak jego pan karmi kaczki. Pan wyjmował z kieszeni ziarno, ale nie wszystkie wrzucał w wodę, bo część sam zjadał, albo psa częstował. Ten wąchał nieufnie, jednak odór plątał mu instynkty, gdyż pozwalał się skusić i przeżuwał z miną krowy podejrzewającej, że coś w życiu ją omija.

Kiedy odchodzili… W wodzie spontanicznie uformował się pochód i w takiej asyście odeszli zapominając odczepić cumy wątpliwego aromatu. Pewnie byli już daleko, gdy naciągnięty poza granice wytrzymałości smród w końcu odkleił się od nabrzeża i leniwie podążył za swoim stwórcą. Ja zostałem i wreszcie mogłem się rozkoszować niepokalanym smogiem, w którym było więcej chemii niż natury. A z chemią organizm nawykły od kołyski radził sobie zdecydowanie lepiej. Zapomniałem o zdarzeniu oddając się niekontrolowanej ingerencji słonecznej, bo ławka zapewniała minimum komfortu wystarczającego do drzemki. Działalność ludzi koncentrowała decybele po drugiej stronie fosy, a odległość łaskawie rozpraszała gwar do pomruków typowych dla jelit oddających się procesom trawiennym przy znacznym niedoborze materiału wsadowego.

Zapomniałbym, jednak widzenie powtórzyło się kilka dni później, gdy skuszony kosmiczną promocją taszczyłem wór ziemniaków z gwarancją producenta, że zanim skończę konsumpcję, to już się oszczenią i młodymi się będę raczył bezapelacyjnie. Siedziałem na ławeczce, żeby zbalansować oddech i mięśniom pozwolić na odprężenie. Wyjąłem z plecaka kefir z terminem przydatności adekwatnym do planowanych zbiorów młodych ziemniaków, bo one lubią koperek, skisłe mleko i rozmnażające się chaotycznie bakterie. Ale mój organizm natychmiastowo dopominał się wsparcia biologicznie czynnej substancji, żeby udźwignąć dość trudny tego dnia życiorys, więc raczyłem się i delektowałem, a bakteriom pozwoliłem na wszelkie możliwe szaleństwa we mnie nie czekając cudownego rozmnożenia bulw.

Zwierzęta mają instynkt i zmysły. Jeszcze. Bo ludzie robią wszystko, żeby je ogłuszyć, ogłupić i skłonić do rezygnacji z nich na rzecz lenistwa i cywilizacji. Cykliczność, pedanteria i promowanie adaptacji do ludzkich przyzwyczajeń mogą wytępić instynkty i zastąpić je zegarkiem. Fosą ciągnął kilwater, choć nie było widać żadnej jednostki, która mogłaby go wytworzyć. Patrzyłem nieco zdziwiony, bo akwen nie był przystosowany dla jednostek podwodnych – płytki, zamulony i pełen gnijącej zieloności snującej się bezpańsko z wiatrem. Nurt zachowywał się jak puszczony od tyłu film uświetniający samobójstwo kamienia skaczącego w głębinę. Wielowątkową drgawką sunął w kierunku brzegu jak niewielkie tsunami. Od strony lądu, kolizyjnym kursem ciągnęło epicentrum wszystkich możliwych woni skondensowanych na przygarbionej kubaturze okrytej płaszczem utkanym na osnowie z potu, moczu i tego, co zdążyło uciec z ust tuż przed agonią. A kiedy już instynkty spotkały się z wonnym dobroczyńcą, pies posadził własną melancholię na brzegu i usiłował ogonem rozproszyć resztki radości sprzątając asfalt za sobą. Osobnik, którego mogłem podejrzewać o wiele, lecz nie o zasobność materialną dzielił się z fauną tym, co wypełniało mu kieszenie. Łaską własną dzielił się nie zważając na urodę i pochodzenie dzieci. Ojciec natury.

Trzecim razem… Kiedy znów mnie nogi poniosły w te okolice, a koncentrat przepracowanych zapachów przepychał się niestrudzenie w kierunku wody, nie zdzierżyłem i podszedłem. Przebiłem się przez aromatyczny pęcherz pławny broniący dostępu do zestawu pan-plus-pies i choć nie bez kłopotu, podszedłem. Pies wachlował asfalt niewzruszenie i mi zbyt wiele uwagi poświęcić nie raczył, a jego pan tylko odrobinę się skrzywił, kiedy się zbliżyłem. Trochę mi było wstyd, bo spontanicznie podszedłem i z pustymi rękami, a wypadałoby jakiś drobiazg powitalny chociaż. Taką tradycyjną sól i chleb na srebrnej tacy. Miętowe cukierki miałem, więc z tej rozpaczy wręczyłem je, jak bukiet kwiatów pani domu, albo przysłowiową butelczynę dla gospodarza. Patrzył na mnie spod brwi zarośniętych gęstym buszem, ale wziął miętówki. Jedną psa poczęstował, drugą sobie wrzucił w otchłań pełną wspomnień o zdrowych zębach. Nie powiem, że aromat złagodniał, bo mięta nie stanowi jakiegoś antidotum dla tak zaawansowanego bukietu, a co najwyżej potrafi go podkreślić i wyeksponować. Zupełnie, jakby była porcelanowym talerzem, na którym wdzięczyć się mogło wyrafinowane dzieło sztuki kulinarnej. Psu, to się nawet odbiło, jakby chciał mnie przestrzec przed rozcieńczaniem tego, co ich łączy więzią mocniejszą od porozumienia.

Pan uzewnętrzniał zawartość kieszeni płaszcza i futrował zwierzaki, do niektórych niemal po imieniu się zwracając, a one gulgały, gruchały, cmoktały i wydawały szereg innych dźwięków na chwałę pańską i apetyt własny. Pod baldachimem aromatu byłem w pełni bezpieczny i nieosiągalny dla zewnętrza, choć patrol straży miejskiej dotknął mnie kilkakrotnie służbowym wzrokiem, zanim się oddalił. Płaszcz miał więcej kieszeni niż płaszcza, więc opróżnianie go zajęło sporą chwilkę, jednak zwierzyniec wydawał się mieć nieskończony apetyt i zerkał, czyhając na kolejne smakołyki. A te sypały się z niedopałkami, ze śmieciami, resztkami liści, czy bliżej niesprecyzowanymi drobiazgami w ulubionym kolorze dojrzałego kurzu.

- Głodny jesteś? – zapytał, a ja obejrzałem się na psa, aż się zaśmiał ochryple – nie on. Ty. On, to na pewno jest głodny i co do tego złudzeń nie ma żadnych. Pytałem, czy ty jesteś głodny.

Odmówiłem patrząc na jego ręce wysypujące resztki z ostatniej już chyba kieszeni i obcierające się o ten płaszcz. Nie miałem pojęcia, czy chciał mnie ziarnem nakarmić, czy może rękę dać mi do oblizania. Na wszelki wypadek grzecznie odparłem, że jestem po sutym obiedzie, więc niech nie przejmuje się mną, bo jemu zapewne gorzej się powodzi. Znowu mi śmiechem odpowiedział, aż psu ogon roztańczył się do tego stopnia, że istniało ryzyko wytarcia go do gołej skóry. Ręką mnie zaprosił, żebym z nim usiadł na brzegu.

- Śmietniki w mieście są pełne jedzenia. Warzywa trochę tylko miękkie lub podwiędnięte z braku wody, owoce ledwie nadpsute, ale wciąż zdatne do jedzenia. Ludzie wyrzucają tyle chleba, że musiałbym wózkiem tutaj go wozić, bo po kieszeniach nie zmieściłbym. Wszystko, czego nie daję rady zjeść przynoszę tym głodomorom. Niech pojedzą trochę, skoro ma się zepsuć.

Zdumiałem się, że taki z niego samarytanin, ale znowu mnie wyprostował i z naiwności wyleczył.

- W kuble można znaleźć wszystko. Tylko nie mięso, bo te zeżrą szczury, choćby usiłowało uciekać. Albo wrony. To co one zostawią potrafi zabić, rozpuścić żeliwny kociołek i przepalić szkło na wylot. Nie ruszam. Przychodzę tu. Dzisiaj też przyszedłem, żeby coś do garnka zabrać. Rosołu mi się zachciało, bo ten wiatr wieczorem potrafi przeciągnąć do kości aż. Więc dzisiaj kaczuszce łeb ukręcę i pójdzie do zupy. One wiedzą. I widzą, bo nie ukrywam tego. Na miejscu zabijam i patroszę. Oddaję wodzie wszystko, czego sam nie zużyję. Wnętrzności, pióra, łuski, biorę tylko to, co zamierzam zjeść. Razem z psem. Patrz, jeśli cię to interesuje.

Wyciągnął z kieszeni jeszcze garść jakichś ziaren i rękę nad wodę wyciągnął. Podpłynęły kaczki i łabędź, gołębie na brzegu oburzały się basowo, a on karmił ptactwo z ręki, a drugą głaskał, sprawdzając, czy warte zachodu. W końcu wybrał, za szyję z wody wyjął, płynnym ruchem łeb ukręcając bez cienia wahania. Reszta zafalowała skrzydłami, coś poskrzeczała, ale wciąż czekała na ziarno. Pogłaskał na pożegnanie jakąś kaczkę i wstał pokazując truchło.

- Teraz trzeba oczyścić i wypatroszyć. Jeśli jesteś głodny, to mów, bo dla trzech jedna kaczuszka, to będzie mało…

piątek, 9 listopada 2018

Zapomniana mitologia.


Za pracą szedłem przez świat aż na jakimś płocie zobaczyłem ogłoszenie: „Augiasz i synowie – spółka z tradycjami szuka pana do sprzątania. Tuż za płotem”. Poszedłem - w końcu sprzątanie nie należy do zakresów wiedzy tajemnej i uznałem, że znajduje się w zakresie moich skromnych kompetencji. Faktycznie było niedaleko, a Augiasz (choć się tym wcale nie chwalił) miał więcej córek, niż synów. Obejście, jak obejście. Zwyczajne, jak to na wsi. Kury pilnowały kurcząt i plotkowały o rudym, nocnym gwałcicielu, który rozkochał się w niosce do obłędu, aż ją wytarmosił w ekstazie tak, że umarła z rozkoszy. Wciąż jej jęzor wisi na wierzchu, bo amanta spłoszyły burki cierpiące na zapalenie pęcherza. One i pięć razy w nocy wstają, kiedy prostata im spać nie pozwala. Koty, od niechcenia wysiadywały w tym czasie jaja skrupulatnie unikając ludzkich oczu i pomówień. Chytre bestie – zamiast malutkiego jajeczka liczyły na tłustą gąskę i z poświęceniem, wylegując się grzały brzuszyskami małą ławicę podebranych cichcem jaj. Chyba liczyły, że się im upiecze i padnie na amanta, że gardło ćwiczył, żeby wysokie C wydobyć z siebie bez konieczności raptownego ściskania jąder.

Augiasz był trochę schorowany. Korzonki, żylaki, skleroza, czarnowidztwo, drżąca rączka i zwapnienie żył, ale cynikiem był wielkim, bo przypadłość rozwija się z wiekiem bez wstrętu i ograniczeń. Pozwolił, żeby ta najbrzydsza z córek dzbanek mleka postawiła na stole, ale resztę zagonił do roboty, gdzieś za siedmioma górami, żebym nawet myślami nie zdołał drogi odnaleźć. Trzech synów posadził obok, żeby zapewnić sobie przewagę liczebną, chociaż taktyczną miał zagwarantowaną – w końcu ja za chlebem przyszedłem, a chleb na stole stał i kusił. Trochę bałem się rękę wyciągnąć, ale w końcu pomyślałem, że nie ubiją parobka, zanim robotę zacznie, a głodny roboty nie zrobi. To sięgnąłem po skibkę z brzegu, piętkę pachnącą i ciepłą, że chyba córy piekły, bo zapach kobiety przebijał ponad drożdże. Ośliniłem się, ale Augiasz nie zauważył, bo jemu też sztuczna szczęka się nie domykała i wzorem buldoga nosił sople zamiast brody.

Któryś z synów chciał już zagaić widząc, że ojciec popadł w melancholię, albo w pamięci poemat w pięciu aktach wierszem cyzeluje, ale Augiasz go powstrzymał dłonią podobnym gestem, jakim Kopernik słońce wstrzymywał. Senior ma mieć posłuch i pierwszeństwo przy wyjadaniu skwarek z miski. Szczeniaki na wsi mores znają i zmilczał syn ojcowską reprymendę. Ja mogłem milczeć jeszcze ze dwa miliony lat, dopóki mleko i chleb na stole. Tylko żołądek mi burczał, że za wolno przeżuwam, jakbym był statecznym wołem, a nie rozpaczliwie głodnym obdartusem. I jak takiemu wytłumaczyć, że w gościach, to półgębkiem, ukradkiem, że delektować się trzeba i udawać, że je się z roztargnienia i ciekawości, a głód został ukrzyżowany dwadzieścia lat temu i skóra z niego ozdabia fotel na werandzie, albo się pręży na wojennym bębnie.

Sielanka niestety trwała krótko – jakieś cztery zwrotki trzynastozgłoskowca i zaledwie dwie marne skibki - ech, rozmarzyłem się i oczy powlekła mi wizja, w której ręka tej, co chleb kroiła pot mi z czoła odgarnia i na czole nie poprzestaje, lecz wygrywa na skórze pełen koncert pośród miękkości intymnego siana. Chleb pachniał obietnicą raju i piekła naraz, aż przytulał się do mnie i szeptał bezeceństwa w jej imieniu. Augiasz podrapał oba ośrodki odpowiedzialne za podejmowanie decyzji, czyli łysinę i rozporek (kolejność przypadkowa), po czym przystąpiliśmy do negocjacji warunków umownych. Chytrość z niego biła, jakby miał szkockie pochodzenie, albo przynajmniej na Małopolsce każde wakacje spędzał. Parobek się zapodział, co stajnie im sprzątał od wieków – jakieś smoki obecnie oswajał, czy zapasy z wężami uprawiał – nieważne. Ważne, że mu sukcesy do głowy uderzyły i nad mierzwą pochylać się nie chce, żeby mu manicure się nie pokruszył i aureola nie przesiąkła aromatem odległym od boskich perfum.

Twardo na zadzie siedział Augiasz, a ja na początek standardowo pół królestwa chciałem i tę córuchnę od chleba, bo te stajnie, to ponoć końca nie widać i było ryzyko, że jak wrócę, to już żadna na mnie starego nie spojrzy. Zgarbiony, śmierdzący drań, co się ze stajni wynurzył po wiekach wieków amen… Gryzłem chleb niespiesznie i tych jego synów liczyłem. Wiedziałem, że kutwa i nie da królestwa, ale córę? I opierunek, bo ktoś mi śniadanie do pracy zrobić musi chyba. Własnej córze chyba spać w stajni też nie pozwoli, więc niech myśli, póki jeszcze ma czym. Głowa zdezelowana, zużyta niemal do cna i nie ma co regenerować, ona już dogorywa. Nie ma czego żałować. Naradzić się chcieli z synami i wysłali mnie gdzie pod jabłonkę, a ta brzydka mi wody chłodnej przyniosła i ukradkiem w rękę wsunęła liścik pachnący znajomo. Ech! Na wiele ustępstw już byłem gotów, byle tę dłoń ucałować i nie poprzestać, nim smaku całego ciała nie wyssam do szpiku. Dłoń w kilku zaledwie słowach spisała baśnie Szeherezady w wersji dla dorosłych, bez jednego znaku zapytania, czy wielokropka. I tak uroczo wyrażała się podkreślając słowo MY…

Negocjacje zakończyły się w czasie niewiele krótszym niż wojna trojańska i obyło się bez perfidnych podstępów. Przynajmniej mam taką nadzieję, bo ten sęp Augiasz siedział taki zadowolony, jakby surową wątrobę wyżerał każdego ranka jakiemuś nieszczęśnikowi. O pieniądzach dżentelmeni mówić nie będą, a poufność umowy pod karą sądu ostatecznego nie pozwoli Augiaszowi przechwalać się po knajpach, jak to parobka naraił za grosze, ale ja swoje wiem. On nie wierzył, że wrócę, to był dość spolegliwy. Nim pod bronią stanąłem u wierzei stajennych skubnąłem z talerza jeszcze dwie skibki i mlekiem wprost z dzbanka popiłem. Splunęliśmy w dłonie i przypieczętowaliśmy umowę. Zostawiłem oślinionego buldoga z narybkiem przy letnim stole, a sam poszedłem w bój.

W środku nawet jakieś konie stały, a smród niósł się już chyba pod sam Panteon. Konie chyba wytrzymać nie mogły i aż rwały się do pomocy, żeby uwolnić je od aromatu, który nadawał się do krojenia i wysyłania na eksport w plasterkach, serwetkach wycinanych na kurpiowską, czy łowicką modłę i rozścielania na polach zamiast nawozów mineralnych. Oparłem się na łopacie, bo to najlepsza rzecz, jaką łopata potrafi zaoferować kolaborantowi. Zamiast głupio na robotę się rzucić i skonać, poddałem rzecz analizie. Przyjemnie się analizuje, kiedy w kieszeni dwie skibki świeżutkie, a pod nogami dzban zimnego, pysznego mleka, które chytrze zabrałem ze sobą. Wzorem Augiasza miałem już zamiar ośrodki decyzyjne pobudzić do działania, kiedy się okazało, że jeden z ośrodków jest właśnie pobudzany spontanicznie i siłą bliżej nieznaną. Muszę przyznać, że zostałem poddany indoktrynacji tak fachowej, że przymierzałem się do dziękczynnej arii, kiedy siła spontaniczna zamknęła mi usta, żebym Augiasza snów nie ubarwił. Dłoń pachniała chlebem, piekłem i rajem. A kiedy już niewyśpiewana aria dobiegła końca usłyszałem w uszach obietnicę czegoś więcej, niż to „drobne, improwizowane preludium”, kiedy już z pracy do domu wrócę.

- O Bogowie! – wrzasnąłem mentalnie przepojony miłością i pożądaniem.

- Co?! – odwrzasnęli równie mentalnie i gromadnie Bogowie, wytrąceni z drzemki poobiedniej i lenistwa odwiecznego.

- Piekło mi stygnie i niebo się schładza, czekając aż mierzwę wygarnę gdzieś, gdzie nie skaleczy boskich nozdrzy. A Augiasz w sen zimowy zapadł, choć słońce wysoko na firmamencie i gotów skrystalizować na tym taborecie, zanim go hemoroidy na brzuszek obrócą.

- Acha… – mruknęła nieokreślona boskość z góry – Daj nam momencik, bo sprawka poważna i żadnych półśrodków, tylko na chwałę niebios problem trzeba rozwiązać. Niech trąci doskonałością, bo partactwem na Panteonie zajmować się nikt nie zamierza. A przy okazji – Pegaz gdzieś się nam zapodział, gdybyś był łaskaw zerknąć po boksach, czy gdzie tam za klaczką płochą nie poleciał drapichrust, to byłoby miło…

Przysługa za przysługę pomyślałem. Uczciwy układ. Gumofilce może siedmiomilowe nie były, ale na spacer po stajni w sam raz się wydawały. Ale tylko wydawały, bo kiedy pierwszy krok w mierzwę wykonałem, to ona połknęła stylowe obuwie wraz z łyżką, którą w bucie trzymałem na wypadek spotkania z zupą, czego nie wykluczałem nawet w chorobie i we śnie. Nawet się mierzwie nie odbiło. Bogom zupełnie nie w smak było, że boski posłaniec w gównie był gotów utonąć szukając ichniej zguby i rwetes się wielki uczynił. Chmury zgęstniały i srogość nad światem zakwitła w granacie tak ciemnym, że prawie czerń zawstydził intensywnością. Spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością zawiązała się ad hoc, w świat poszły wici, że torf małoletni za drobną opłatą odmłodzi owoce na drzewie, które mogą nawet starym członkom odmłodzić wspomnienia i wieczorom przywrócić temperaturę. Za jedyne trzy dolce od taczki – załadunek, transport, cła i ubezpieczenia podróżne po stronie zamawiającego.

Kolejka stanęła nim niebo wyblakło, a całodobowa obsługa wymagała pozyskania personelu. Na pierwszy ogień zaangażowałem augiaszowe nieroby. Pierwszy raz w życiu gumofilce przymierzali z zachwytem i niedowierzaniem. Następnie przyszły córy. Po cichu i na paluszkach, żeby się tata nie obudził, lecz tata popierdywał radośnie i beztrosko pod sosenką jakąś i żywice pachniały mu niczym kamfora, bo czymś trzeba zagłuszać efekty przemiany materii. Nim nadciągnęli na zakupy łajna trzej królowie z mieszkiem złota, już trzeba było otworzyć pierwszą linię kolejową, żeby transportować urobek z dalekich landów. I Pegaz się odnalazł, ale z jęzorem na brodzie uczył kolejną samotną klacz latania, a ta oczami przewracała zachwycona samczyka talentami. Mruknął tylko, że przyjdzie, jak tylko pragnienie reszty dziewcząt ugasi i za kieliszeczkiem ambrozji zatęskni, więc niech mu tam na Panteonie już w koryto zaczną nalewkę dozować, bo koniec stajenki już niczym światełko w tunelu łypie żółtym oczkiem parowozu.

Córy w administracji sprawdzały się nad podziw, kasując równo wielmożów i chudopachołków, a kasy pancerne podstawiano, gdy tylko poprzednie zaczynały trzeszczeć przesytem niczym przykuse biustonosze podczas przeglądu oręża. Chłopaki na przodku nabrali wigoru i oczy im błyszczały, choć kufajki przeszły koniną. Apollo przyglądał się w milczeniu, ale przy pierwszej konfrontacji toples odpadł w przedbiegach, popadł w kompleksy i płacze teraz pod drzwiami stajni czekając na wakat. Dzikie baby były tak zachwycone krzepką jędrnością młodzieży, że podwoiły pojemność biustów, żeby się chłopaki w obfitości mogły zanurzyć po fajrancie i po wszystkich krzakach śpiew syreniego szczęścia niósł się zbiorowo aż nad ocean, gdzie wściekłość porzuconych połowic kobiecych musiała przed namiętnością wydrzą i kocią ukrywać w milczeniu rybie zakończenie. Córeczki wybrednie selekcjonowały promenujących z niedbałą nonszalancją gachów i amantów, jednak oczy wznosiły do góry, jakby czekały na gwiazdkę… Znaczy gwiazdora raczej… No… Jeśli nie Boga całego, to przynajmniej półboga, Herosa, Erosa, ochłap, ale z pańskiego stołu, z Panteonu, bo na ambrozję zakusy im rosły szybciej niż gachom zawartość rozporków.

Wreszcie Augiasz się wyspał, bo w tym czasie wyspać mógłby się nawet kamień i dno oceanu. Oczy przetarł niedowierzając, że jego synowie w gumiaczkach paradują, a za nimi jak winogrona całe kiście stęsknionych białogłów błagających o konsumpcję. Już miał nóżką chromą tupać na córeczki swoje, kiedy zobaczył mizdrzących się adoratorów nieśmiało meandrujących po trawnikach niczym winniczki po deszczu. Zerknął na mnie podejrzliwie, ale ta brzydka własną piersią mnie przed ojcowskim wzrokiem broniła, więc odpuścił, podciągnął gacie i do stajni uderzył, jak rozpędzony peleton zmierzający do górskiej premii. Konserwatywny był bardzo, więc pociąg do przewozu mierzwy zignorował i nie pozwolił własnym członkom na prawie borowinową rozpustę i poszedł pieszo. W te czeluści niezmierzone, w drogę, która końca chyba nie ma. Jedyna nadzieja, że go Pegaz zabierze, kiedy już pobryka do woli. Może go w pysku jak szczeniaka przytarga… Dobrze by było, bo ta… Ta brzydka…

Kiedy już tatuś zaginął w otmętach barokowej stajni (uciekł bez zapłaty świntuch jeden), to mnie po policzku pogłaskała… Jej dłonie…

- O Bogowie! – wrzasnąłem mentalnie przepojony miłością i pożądaniem.

- Co znowu?! – odwrzasnęli równie mentalnie i gromadnie Bogowie, wytrąceni z drzemki poobiedniej i lenistwa odwiecznego…