czwartek, 17 września 2026

Sobotni sabotaż sobowtóra w sabotach.

 

Nabijanie minutek” musi mieć uzasadnienie i kierowcy MPK na pewno robią to celowo, co nie zmniejsza stopnia irytacji pasażerów, a przy okazji generuje „pakietyzację” ruchu i nerwowość tych, którzy niechętnie stoją za takim ciułaczem. Szczęśliwie z autobusu wysiadła przyjemnie okrągła pani w kurtce zdobionej wielkimi, czerwonymi kwiatami, co wyłagodziło zmarszczki na nielicznych o tej porze męskich czołach, zajętych przeczesywaniem otoczenia w poszukiwaniu wątków miękkich, się-kojarzących i wygładzających gniewne myśli. Na niebie już się nie udało, ale to wcale nie była wina owej pani. Niebo już tak ma, że ludzi ma głęboko w poważaniu i robi swoje nie oglądając się na opinie ekspertów, szamanów, czy nieznanych sprawców.


Dzisiejsze łowy tablicowe: D0 TATRY, D6 FIDES, P7 ADHD.

Poszukując jedynej.

 

Skupiłem się na okolicy. Miasto skatalogowane wraz przyjezdnymi (chyba na stałe), oraz studentami co rok zasilającymi „substancję miejską” zamyka się liczbą na poziomie miliona sztuk. Z corocznie rosnącej rzeszy sześciu milionów turystów skromnie doliczam do kwoty wyjściowej dziesięć procent, które być może spotkam na dnie rozpaczy, gdy zawiodę się na tubylcach. Stanęło na jeden koma sześć miliona egzemplarzach, pośród których zamierzałem wykryć Tę Jedyną, moją, wymarzoną i wyśnioną (jak wzdychają w wersach poeci, lecz ja śnić nie potrafię, więc tylko tak chytrze podpiąłem się pod domniemaną naturę romantyczną). Skażony wielkimi liczbami nie przeraziłem się wolumenu i zacząłem aktywną eliminację tła zaciemniającego obraz poszukiwań wartości oczekiwanej.


- Statystyka podpowiada, że połowa owej populacji, to faceci, kompletnie mnie nie interesujący z punktu widzenia celu poszukiwań. Mogłem wstępnie odetchnąć, bo zostało do przeczesania stadko zaledwie 800.000 sztuk.


- Skoro druga połówka miała stać się moją, to powinna być z grubsza w moim wieku, czyli plus minus dziesięć lat różnicy liczonej od daty moich urodzin. Wiem, zdarzają się uczucia niebanalne, ale to margines, a ja nie miałem czasu na błąkanie się po marginesach przy tak obszernym zbiorze. Dzieląc ludzi na kategorie wiekowe z gradientem dziesięciu lat, przyznałem priorytety dwóm najbliższym mojemu przedziałowi, chcąc na nim skupić wysiłki, kompletnie ignorując pozostałe przedziały. Statystycznie żyjemy około 80 lat, a „target” w jaki wycelowałem, obejmował raptem dwadzieścia, co znakomicie ograniczyło zbiór interesujących kandydatek do ćwierci wszystkich dostępnych samiczek, czyli bagatela - 200.000 sztuk.


- Ostrożnie przyznałem, że ma szansę mi się spodobać najwyżej co dziesiąta z potencjalnych przedstawicielek – nie, żebym był grymaśny, ale w końcu szukałem nie byle kogo, a Bogini, tej Jedynej pośród dwustu tysięcy nieświadomych mnie kandydatek. Szukanie ideału ograniczyło zbiór drastycznie, a i tak zostało 20.000 hipotetycznych Jedynych do przesiania przez amatora-konesera, czyli mnie.


- W kolejnym kroku uzmysłowiłem sobie, że ja także nie każdej się spodobam, więc przyjąłem, że one (podobnie do mnie) „wyrzucą” dziewięciu na dziesięciu i zbiór samiczek skłonnych zakochać się z wzajemnością skurczył się do raptem 2.000 sztuk.


Co za ulga! Dwa tysiące w takim wielkim Mieście? To już detal, z którym można… Naprawdę? G-prawda! Zapomniałem, że przecież ONE MI NIE POWIEDZĄ, ŻE TO NIE JA. Przynajmniej nie od razu. I dziewięćdziesiąt procent aktywnego czasu poszukiwań poświęcę bezproduktywnie, marnując zasoby uroku osobistego i elokwencji, niewłaściwie adresując żar przyszłych uczuć. A nawet, gdyby te starannie wyselekcjonowane przyszłe Jedyne ustawiły się ciurkiem, to przecież… ech!


Doba ma 24 godziny. Osiem śpię, osiem pracuję, dostępnych na rozsiewanie powabu i chwalbę paletą zalet zostaje osiem, z czego wielkopańsko zamierzałem aż połowę poświęcić na selekcję, arogancko lekceważąc czas na popas i wypas. Naprawdę - cztery godziny dziennie zwiadu i rozpoznania w walce. Więcej jak na hobby i inne pasje! A przecież od czasu do czasu wypada chociażby się ogolić, czy wypić kieliszek kawy w godziwym towarzystwie. Żeby cokolwiek się dowiedzieć o Jedynej i zdążyć zareklamować własne zalety, choćbym był skrajnie lakoniczny, nic mniej jak godzina nie chciało mi się zmieścić między uszami, czyli góra cztery podejścia dziennie. Przy dwóch tysiącach kandydatek, daje to poziom 500 dni ciurkiem, żeby przeprowadzić sprawiedliwy casting i wybrać tę najbardziejszą na świecie, albo chociaż tymczasowo utkwioną w Mieście i skłonną - nie pytaj do czego.


Ciężka robota. Nawet Bóg po tygodniu orki odpoczywał, a co dopiero ja, paproch mizerny… Dwa lata w skrajnie sprzyjających warunkach, to niedościgłe minimum, gdyby nawet chętne stanęły w kolejce do mnie. Widział kto taką kolejkę? Chyba tylko Wielcy Władcy, Kochankowie z legend i wielokrotni laureaci – Oskarów, Złotych Piłek, Nobli, czy innych wyróżnień stawiających ich wysoko w panteonie historii świata. Nie ja. I o takiej kolejce nawet marzyć nie wolno, bo to sprzeczne z logiką i współczesnymi poglądami – pierwszy ruch należy do faceta, czyli mnie. Więc jednak wrócić muszę do zbioru 20.000 dąsających się i przeważnie źle reagujących na próbę kontaktu. A to już pięć tysięcy dni orki, czyli z grubsza niemal czternaście lat jednym ciągiem. Zanim skończę, niektóre z wybranek będą już wzdychać za utraconą młodością, albo zgoła obwinią mnie o opieszałość eksploracyjną okropnie zaniedbanego złoża! Szaleństwo!


Skąd wziąć energię do przesiewania i jak zwiększyć własne szanse? Może trzeba było zacząć w przedszkolu? Albo w podstawówce? Tam miałem dostęp do samiczek w ilościach hurtowych (trzydziestoosobowa klasa, z czego statystyczna połowa to dziewczynki, plus klasa równoległa, dwie starsze o rok i dwie o rok młodsze, to 6x15, czyli dziewięćdziesiąt przedstawicielek trwale zniewolonych tuż obok mnie, a posiłkując się powyższą logiką liczb - na dziewięć mi-się-podobających przypadało zero koma dziewięć takich którym z wzajemnością!). W technikum? Tam dziewcząt było mniej, ledwie kilka na klasę i w całej szkole nazbierałbym góra pięćdziesiąt przedstawicielek płci przeciwnej do mojej. Studia, to już kompletny dramat, powiedzmy dziesięć zdeterminowanych, ślepych na towarzyskie zalety młodych kobiet z misją zbawienia świata. W pracy, to lepiej w ogóle nie rozważać, bo romans w pracy, to koszmar. Fatalne zauroczenie powodujące niekończącego się kaca, nieprzyjemności zbyt duże, nawet gdy rokowania na sukces rosną. Trzeba być skończonym desperatem, by się podjąć takiej akcji. Więc nie. Absolutnie.


Dlaczego nikt mnie nie uprzedził? Nie pokierował drzemiącymi w młodziutkim ciele przyszłymi potrzebami? Mogłem iść do szkoły dla fryzjerów. Albo pielęgniarek. Zostać cukiernikiem, albo bibliotekarką. Teraz, zamiast płakać nad rozlanym mlekiem mogłem jedynie zapisać się na aerobik, albo do baletu, ale w trykocie jądra puchną, ściśnięte do niemożliwości i o wybrykach prokreacyjnych trzeba byłoby myśleć z dużym wyprzedzeniem, żeby nie było wpadki.


Zapadłem w letarg umysłowy, a łeb sugerował, bym niezwłocznie został gwiazdą oklaskiwaną przez miliony z dowolnego powodu – ale czy wtedy uczucia będą szczere? I ci nobliści, to przecież stare, zjełczałe dziady… Nauczyć się kopać piłkę? Za późno. Śpiewać disco-polo na dożynkach nie przejmując się szyderstwami? Pomysły skwierczały we mnie rozmaite, co jeden to zuchwalszy, aż zupełnie znienacka przypomniałem sobie chińskie przysłowie – chcesz złapać rybę, myśl jak ryba!


Co lubią dziewczyny? Kwiaty i taniec! Eureka! Otworzę kwiaciarnię i zapiszę się do szkoły tańca! Niesamowite, jakie to proste! Wystarczyło na chwilę oderwać się od liczb, by wykryć nie do końca oczywiste rozwiązanie. Niezwłocznie zasięgnąłem wiedzy wprost z sieciowej otchłani i doznałem szoku.


W bieżącym roku w Mieście zamierzano otworzyć dwadzieścia tysięcy nowych kwiaciarni, a na kurs tańca towarzyskiego zapisy (w kolejce dla rezerwowych, proszę dowiadywać się w czwartki od siódmej trzydzieści) prowadzono na rok 2055… chyba, że amator był płci piękniejszej.


PS. Kiedy już serdecznie dość miałem strategii połowu, planowanych ruchów rozpoznawczo-zaczepnych i pozwoliłem sobie na pewną lekkomyślność, rzuciłem pytanie. W przestrzeń nad sobą. I pytanie ugrzęzło w materii bliżej nieokreślonej, aż się niebo zwarzyło.


- Bo przecież ona, ta Jedyna-wyśniona, ma dokładnie ten sam problem statystyczny, choć reaguje zero-jedynkowo. Tak-nie, selekcja i eliminacja. Decyzje ważone pierwszym spojrzeniem, domniemaniem, złą, czy dobrą chwilą w życiu, zanim zawiśnie nad nią pierwszy znak zapytania. Czy będzie wystarczająco intrygujący, by pozwolić zaistnieć drugiemu? Czy odpowiedź na pierwszy nie sprawi, że drugie w ogóle się nie pojawi?


Cud prawdziwy, że komukolwiek się udaje. A przecież Miasto, jak ongiś napoczął opowieść nieznany syn sławnego ojca - Red Vonnegut:


Mieszkam na Zakrzowie. Zakrzów, to zadupie Wrocławia. Wrocław to zadupie Polski. A Polska, to zadupie Europy.


Nie wiem, czy cytat jest dokładny, bo trochę czasu minęło i nie trzeba się z tym zgadzać. A jednak zmieniając liczby na proporcje dotyczące Polski, Europy, czy świata sytuacja niewiele się zmieni, bo procenty zostaną takie same – szansa na spotkanie i wzajemność jest mrzonką, Marzeniem Wariata (jedna z propozycji pana Łysiaka na rozwinięcie tajemniczego tytułu MW). I powiedzenie o ślepej kurze nie będzie w żadnym stopniu na wyrost, gdy dotrze przed oblicze szczęściarzy, którym dane było/będzie zaznać wspólnoty – niechby na jeden dzień!

środa, 16 września 2026

Na życzenie, w porzeczkach pożyczona życzliwa narzeczona.

 

Stojąc na przystanku podziwiam wronę, a dokładniej jej zapędy spacerowe. Łazi sobie toto, jakby coś ją w kroku uwierało – niemal boli od patrzenia. Tak mógłby chodzić pijany marynarz po upojnej nocy w porcie. Na wyłysiałym klombie łowię upadłe kasztany. Łowię, bo lubię ich gładką, brązową skórkę i absolutnie nie jest to rasistowskie, czy seksistowskie spostrzeżenie.


Poczułem lekki niepokój, gdy w moją stronę zmierzał gość nieogolony, który na czubku głowy wyłysiał zapewne przedwcześnie, a tors okryty miał (chyba) cielistą bluzką. Może to wpływ dwóch brodaczy meandrujących deptakiem w centrum Miasta, z dłońmi splecionymi jakby właśnie negocjowały intymność gdy tylko obcy stracą ich z oczu.


Na koniec tablica D0 GREAT.


Ponoć ocenianie ludzi jest złe, ale kto i w jakim celu zasiał w ludziach ów ferment, trudno wykryć. W czasach, gdy tak łatwo zamieszać we łbach i sprowadzić nawet niewinność na ścieżkę rozpusty, gdy demagogia nagina definicje słów usiłując tolerancję zrównać z akceptacją i wymusić zachwyty nad nienaturalnym zachowaniem/działaniem/ideą, gdzie każdy rości sobie prawa do oryginalności, odcina pępowinę biologiczną i usiłuje stać się poprawioną jednostką wolną od wad wegetacji, przenieść życie w świat cyfrowy i tam dokazywać bezkarnie, będąc tym-co-sobie-akurat-wymyślił-na-potrzeby-zewnętrza.


Każdy jest inny, ma inne potrzeby towarzyskie i system intymnych wartości, które trudno zdefiniować czy zunifikować. Poprawność polityczna, czy jakakolwiek inna, to bzdura, jaką usiłuje się zaszczepić ludziom Bóg wie po co. Wszyscy oceniają i każdy jest oceniany, choć mało kto ma odwagę oficjalnie przyznać, że są jednostki, które podobają mu się bardziej i takie, które są z zupełnie innego świata. Wygodnie mieć jasne kryteria, żeby unikać rozczarowań i tracić energię na udowodnienie sobie, że jednak każdy jest „dobrym człowiekiem i zasługuje na szansę”. Fakty?


Na świecie jednocześnie żyje mnóstwo ludzi, a każdy jest niepowtarzalny – fakt pierwszy.


Prawdopodobieństwo potkania większości z nich jest tak bliskie zeru, że nawet optymista pod wpływem trunków rozluźniających bezpiecznie może przyjąć zerową wartość – fakt drugi.


A nawet gdyby, to ze zdecydowaną większością nie ma szans się dogadać z powodu braku wspólnego języka – fakt trzeci.


Napotkane osoby często będą znajdowały się na odmiennym poziomie rozwoju emocjonalnego, fizycznego i psychicznego, co stworzy barierę uniemożliwiającą nawiązanie satysfakcjonującej obie strony relacji – fakt czwarty.


Niektórych nie polubisz od pierwszego wejrzenia, inni nie polubią ciebie – nieprawda, że można kochać wszystkich, chyba, że się jest Chrystusem, a i On nie mógł liczyć na wzajemność – fakt piąty.


Można poznać skończoną liczbę osób, a dołączenie do kolekcji kolejnej, wymagać będzie wypchnięcia z głowy kogoś z już tam siedzących – przynajmniej tak wyczytałem – powiedzmy, że to nie fakt, choć podskórnie utożsamiam się z koncepcją, by nosić w pamięci małe stado, ale już nie chmarę, czy ławicę.


Mając takie ograniczenia poznawcze jak na wstępie – nie można zbliżyć się do wszystkich. Lepiej skupić się na detalu i nie marnować czasu (własnego i tej drugiej osoby) na nawiązywanie nierokującego kontaktu.


Pogodzenie się z faktami skutkować powinno skupieniu się na tych kilku ważnych ludziach, z którymi zwyczajnie jest po drodze. Owszem, można rozważyć i dać szansę obcym, ale tylko jedną. Druga, to już będzie nieuzasadniona rozrzutność. A osoby, z którymi już nam nie po drodze, choć przez jakiś czas „było fajnie”? Heraklit zza grobu grozi palcem i przypomina, że dwa razy do tej samej wody się nie wejdzie, bo panta rhei! Nadstawianie drugiego policzka, to już późniejsza idea, która wnosi powiew świeżości, ale co pozwala osiągnąć, tego już nie wymyśliłem.


Z szacunku dla ludzi (ach! Jaki ze mnie rozbuchany altruista) i siebie (och! I do kompletu narcyz-egoista) już na poziomie podświadomości pozwalam sobie oceniać wszystko co widzę i szacować, czy warto angażować energię, by zrobić krok w stronę Nowego. Ryzykować poznanie, czy pozostać w błogiej nieświadomości hipotetycznej straty? Niech będę ksenofobem, ale szczerym, zamiast fałszywym przyjacielem ludzkości. Nie potrafię. Umiem kolaborować z własnym stadem, ale z populacją już nie. I podobnie traktuję przedmioty, czy zajęcia - zarówno fizyczne, jak i intelektualne. Wiem, mały ze mnie człowiek – ja lubię o sobie myśleć KAMERALNY. Nie od kamery, tylko od wąskiego grona koneserów zbieżnego działania/myślenia. Globalnie jestem stracony – zaściankowy, niszowy, bez większego strategicznego znaczenia dla świata, odporny na wezwania zewu krwi. A gdy już to napisałem, spostrzegłem, że coraz trudniej przychodzi mi wymyślić sztandar, pod który zaciągnąłbym się gnany chęcią zmiany. Konserwatyzm, to podobno domena starych ludzi. Czas zerknąć w lustro, czy aby zanadto mnie nie postarza!

wtorek, 15 września 2026

Goły gołąb zagłębia głąby w głębinach gęby.

 

Szczepione, formowane w kulkę, czy prostopadłościan drzewa zachowują się inaczej od tych bardziej naturalnych. Od miesiąca zrzucają całkiem zielone liście i to w sporych ilościach. Widać zew jesieni dopadł je, nim liście się wybarwiły. Te „tradycyjne” drzewa, dopóki chlorofil krąży liściom w żyłach, nie pozbywają się ich, tylko się pasą z lubością.


W tramwaju płodozmian. Zamiast sandałków – adidasy, zamiast legginsów czy minispódniczek, nieśmiertelne dżinsy. Kurtki z eko-skóry i grube bluzy z obszernymi kapturami okrywają delikatne ciała, choć wracać do domu będą przewieszone przez ramię. Gołębie zakończyły już oblatywanie rewiru i przysiadły na latarni. Jednej, tej najbardziejszej w Mieście. W tłoku ciepło i kwitnie życie towarzyskie. Można sobie przygruchać towarzystwo na chwilę, albo i całe życie w gołębim puchu. Konkurencyjne stadko wysiaduje dachówki na dachu kościoła. Od spodu grzeje je żar przeszłych modlitw, od góry stroskane oko Boga. Brzeg Rzeki zasiedziany został w dobrej wierze przez medytujących wędkarzy. Ciekawe, czy wymyślili już, czemu czaplom udaje się częściej niż im?


Dwie uśmiechnięte szeroko, przyszłe komandośniczki z premedytacją zmierzały do szkół, by zgłębiać teorię sztuki zabijania, a kto wie, czy nie techniki masowej zagłady. Kujonki chyba. Trafić taką naprzeciw, to dyplomowana śmierć, zadana fachowo, z czerwonym paskiem - na szóstkę z plusem.


    W ogóle, to dzień szczudłatych kobiet – niezwykle chudych i bardzo wysokich, takich, którym rynek matrymonialny mocno się zawęził w osi wertykalnej. W tramwaju dostrzegam starszego elegancika w lekkiej kurtce (beż plus błękitna krata) na którą wdział kamizelę. Pan usiadł na krzesełku przy drzwiach, wyjął z plecaka butelkę piwa, a z kamizelki otwieracz, żeby nie szamotać się z zamknięciem, po czym z wyraźną lubością raczył się trunkiem. Elegancko! A wchodząc na osiedle trafiam kolejną ekstrawagancję rejestracyjną (litera Y na pierwszym miejscu, to coś, czego dotychczas nie doświadczyłem) Y0 GRZYB – ani chyba grzybiarz, albo stary facet.


    PS. Nagabywanie, czyli namawianie na nagość.


    Nagan, to goły facet, nagana, to goła baba, nagietek, to szczyl na golasa, a nagonka to takaż dziewuszka. Ech, powroty do domu naprawdę trochę trwają i trzeba czymś zająć głowę.

poniedziałek, 14 września 2026

Opat dopadł dopłat, by odpad odpadł.

 

Palmy, zniewolone w westybulu biurowca, mimo czujnego oka portiera, osaczają kanapę obitą zielonym pluszem. Wszystko razem (bez oka portiera) wygląda jak wyspa (chwilowo) bezludna. W tramwaju nastolatka grubą warstwą makijażu kryjąca nieszczęścia twarzowe złożyła ręce pod bladym biustem, by przedwcześnie nie ukrył się „przed ciekawych wzrokiem”. Murzynka na przystanku kontempluje własne pazury, wewnątrz Kolumbijczyk kontempluje chyba zawartość żołądka, czy snów tęskniących do południowoamerykańskiego słońca. Miasto szykuje się na deszcz, który wisi w powietrzu od wczoraj i o zaskoczeniu mowy być nie może. To wyłącznie kwestia czasu, wcale nie długiego.


Jak to możliwe, by laptop mający trwały zakaz kontaktu z siecią WIEDZIAŁ, że BRAK MU WAŻNYCH AKTUALIZACJI, sugerując dość natarczywie, że bez nich czuje się maszyną niegodną XXI wieku? Czyżby maszyny założyły Związek Zawodowy – jak uczy historia Niezależny i Samorządny, by teraz upominać się o prawa dyskryminowanych, ze swojej słabości czyniąc siłę? A nuż jeszcze przeskoczy przez mur, jak pewien elektryk… Może to Właściciel Systemu Operacyjnego potrzebuje dowiedzieć się, co też się działo na moim (ponoć) sprzęcie od roku? Wiem, jestem onucą i każdy inny epitet potrafi przylgnąć do mnie z wdziękiem i swobodą, ale skąd mam wiedzieć, co robi mój(?) sprzęt, mający w kościach więcej układów scalonych, niż Pan Producent pozwala odkryć, w trosce o moją nieświadomość, albo zgoła dla mojego dobra? Pod tym hasłem zdołano już zrobić naprawdę wiele.


Kolejne widzenie tablicy rejestracyjnej z literą A na początku i znów nieprzypadkowe A7 BEAST.

sobota, 12 września 2026

Twierdzi że potwierdził, zatwierdził i przytwierdził twardą twierdzę.

 

    A kiedy już nawet słońce stwierdziło, że nie można się dłużej obijać, w opłotki jak co tydzień zajechał gość z furą jaj. Musiał mieć dużo, bo jak się okazało, w ramach kolaboracji dobrosąsiedzkiej ktoś kupuje dla całego budynku i jednorazowo zapotrzebował 400 jaj. „Detaliści” stoją w kolejce. Tatuś z jednym dzieckiem w wózku, a drugim z rowerkiem nie wie, co łapać – jajka, czy dzieci. Za nim się kłębi. Chłopczyk na rowerze, mamusia z córuchną – ona na hulajnodze, dziecko na rowerze, za nimi dama z dwupakiem psów – gdy jeden sika gościowi pod stół z jajkami, drugi interesuje się przejeżdżającymi samochodami. Za nimi znów chłopiec z rowerem. Wszyscy skołowani w kaskach, żeby im myślenie nie wyciekło poza obrys plastikowej czapki. Jedna pani chce dla dzieci soczek, ale tylko malinowy – do szkoły, inna chce dżem dla mamusi w szpitalu, ktoś płaci blikiem, inna „stoi” w kolejce z tyłkiem na siedzeniu pasażera samochodu – po co dźwigać, jaja ciężkie. Tysiąc jaj dla koneserów. Stoję potulnie pół godziny – jak za Peerelu. Ale jajka smaczniejsze niż te z Biedronki. Czy wybiegane, tego nie wiem, po jajkach nie widać. Gość przede mną wymiata do czysta te „duże”, więc zadowalam się mniejszymi. Nie szkodzi – różnicy nie widzę, poza ceną, a ta akurat mi sprzyja.

Zagadka.

 

    Chłopiec stojący na łące wyciąga z kieszeni procę, zakłada ostatnią metalową kulkę i strzela w niebo. Przyjmując założenia, jakie akurat wpadną ci do głowy pod wpływem lektury oblicz prawdopodobieństwo, że:


    a) Bogów rozzłości fakt zakłócania ich wiecznego lenistwa i szlakiem kulki poślą na Ziemię piorun kulisty i z chłopca zostanie nieco dymiąca kupka popiołu.


    b) Z nieba spadnie Ufoludek z wielkim limem na czole. Zanim zacznie kląć, w ślad za nim spadnie deska surfingowa, na której ćwiczył powietrzne akrobacje. Trafiony deską traci przytomność ku konsternacji chłopca.


    c) Wystrzelona kulka trafia w obłok wcześniej wystrzelonych przez innych chłopców kulek. Masa krytyczna zostaje przekroczona i na Ziemię spada piętnaście ton metalowych kulek zabijając w promieniu kilometra nawet najwątlejsze życie, oszczędzając chłopca, by mógł zrozumieć ideę śmierci.


    d) Ślepym trafem kulka leci przez dziurę ozonową, wydostając się poza pazerne łapska grawitacji. Na orbicie wpada na nią satelita szpiegowski. Kulka nieszczęśliwie blokuje stateczniki i satelita zmienia orbitę, rozbijając się o tę mniej widoczną połówkę księżyca.


    e) Tatuś chłopca, zaniepokojony tym, jak długo syn gapi się w niebo podchodzi, by sprawdzić, co się dzieje. Między oczy trafia go spadająca kulka, a syn zostaje oskarżony o morderstwo.


    f) dzieje się coś innego, dotychczas niezdefiniowanego, ale wartego, by ciąg dalszy wydobyć z mroków nieznanego na światło dzienne, by stało się praprzyczyną fabuły trzytomowej opowieści.


    Zapomnij o krytyce i ograniczeniach matematyki euklidesowej, sięgając gdzie rozum nie sięga i licz – najlepiej na siebie.

piątek, 11 września 2026

Anomalia pogodowe.

 

Przy Wielkim Mrozie odważnie przycupnął Przymrozek. Obok niego błyskawicznie przysiadła Szadź Katastrofalna, która obawiając się wielkich mężczyzn, wybierała tych drobniejszych. Wybrała ku rozpaczy Mżawki, szyderczo podglądanej przez solidny z natury Deszcz, gdy usiłowała prawdziwie się rozpłakać powodzią trapiących ją rozterek miłosnych. Cóż, każdemu chyba wolno zakochać się w nieefektownym, zaniedbanym Przymrozku?


Wtedy właśnie zjawił się Lód, pielęgnujący perwersyjne skłonności do erotycznej przemocy. Nie zwracając uwagi na towarzystwo, skuł Mżawkę bez litości. Bez szwanku wyszła Wichura-Świszczypała, tańcząca wokół rozpalonych(?) samców bez lęku. Niektórym panom imponowała ta beztroska i gotowi byli pójść z flirciarą na kompromis, albo dalej, dokąd tylko uczucia poniosą.

Kasztelan chce skosztować kaszanki, więc na kasztance Ance do Maszy, bo Masza ma kosz kosztownej kaszy.

 


Jeszcze nie wyplątałem się z osiedlowych ścieżek, gdy na drodze jakaś ciężarówka zaczęła (i nie zamierzała przestać) używać klaksonu jako tarana, by oczyścić przed sobą drogę aż po horyzont. Pociąg, ukrywający się w ciemnościach najwyraźniej jej pozazdrościł, i też włączył sygnał, strącający ptaki z trakcji, śpiące w międzytorzu myszy i ewentualne życie zmierzające w niebyt po jego kołami. Samolot wypluty przez niebo buczał jak głodny trzmiel dopełniając kakofonii dźwięków wyrywających z piżamek dzieci śpiące być może niewinnie.


Wczorajsze, rozszczebiotane dziewczynki zdążyły wyrosnąć na smutne kobiety podejrzliwie rozglądające się dookoła, a te zgorzkniały w nieuchronnej starości. Jak któraś miała mniej szczęścia, zdołała zgorzknieć wcześniej.


Poprawiłem siodło pod tym miejscem, gdzie nie umiem być twardy. Niebo skwaszone, pofałdowane, lekko płonące na krawędzi widnokręgu, gdzie słońce w różach i fioletach usiłuje podpalić chmury, by wydostać się na świat. Sodowe lampy ze stoickim spokojem przyglądają się tej walce bezcieniowo i bez kompleksów. Na skrzyżowaniu pierwszy raz dostrzegam polską rejestrację na literę A, i to jaką! – A1 ROMEO. W otulinie wiaty przystankowej dosypiała pod kapturem szarej bluzy bladolica nastolatka, ignorując autobusy pojawiające się na okamgnienie, czy nawet dwa. Ja sądziłem, że kierowca zasłabł, gdyż zamiast jechać, tkwił na przystanku podziwiając innych użytkowników drogi, mijających o/nas z lekkim niesmakiem. A on tymczasem skrupulatnie nabijał minutki, zaoszczędzone na inteligencji systemu transportu (ITS działa, bądź czujny, wróg nie śpi!).


Na trawniku ktoś porozstawiał połówki betonowych kręgów. Instalacja artystyczna, wyraz niepokornej duszy przed jej ujarzmieniem i współczesny zmysł estetyczny, który nie pozwala nic wyrzucić. Młoda mama, by nie przeszkadzać śpiącemu w wózku dziecięciu w śnieniu snów ciepłych i miękkich jak matczyna pierś, oddała się konwersacji cyfrowej i zwiedzała meandry sieci, poszukując… straconego czasu?


A na koniec kilka tablic rejestracyjnych z drogi do domu:P0 FOXXX, V7 MEDIA, D7 LUKA, D0 JAZZU. Obrodziło, jak rzadko, a ile zdyskwalifikowałem?

czwartek, 10 września 2026

Kameralny wieczór literacki (nic nie mający wspólnego z rozpasaniem pół-literackim).

 

Polka, uporczywie zasiedlająca Irlandię, w Księgarni Hiszpańskiej zaproponowała spotkanie. Aż żal, że nie w Danii, czy Czechach, by geograficzny galimatias podnieść do granic możliwości. Ja też mógłbym mieć patagońskie korzenie, ale nie miałem. Za to blisko było i mogłem skorzystać, choć najpierw musiałem skorzystać z usług parasolowatych, gdyż niebo rozpłakało się, kiedy zszedłem z utartych ścieżek (czyli z fotela). Na Wielkie Okazje i Wydarzenia nie wypada przychodzić z plecakiem, żeby nie być podejrzanym o pazerność (kto wie, ile kanapek, czy innych, darmowych delikatesów zaoferuje organizator w ramach poczęstunku – a w trzydziestolitrowej sakwie zmieści się wszystko). Więc wyszedłem BEZ, pierwszy raz od – pamięć jakoś nie rejestruje daty uprzedniego negliżu; nawet jeszcze dostrzegalna, bałtycka opalenizna nosi ślad plecakowego kieratu. Potem już było miło, choć miało się okazać, się, że z plecaka zrezygnowałem niesłusznie i zostanę skarcony za pochopność. Na zapleczu studenckiego baru, zaraz za toaletą, mieściła się kameralna księgarnia(?), czy może raczej biblioteka(?). Mieściła się bezproblemowo, choć pomieszczenie wielkim nie było, ale i księgozbiór nie był szczególnie imponujący ilością woluminów. Kameralny wieczór potrzebuje kameralnych warunków, a w wielkim pomieszczeniu poezja gotowa się rozcieńczyć, nim trafi w uszy słuchaczy.


Grunt, że Autorka dopisała, a konkretniej, to dopisała kolejny, SIÓDMY tomik poezji i była uprzejma podzielić się wierszami czytanymi odautorsko w wersji LIVE, jak najbardziej żywo i bez wsparcia Playbacku, czy Sztucznej Inteligencji – posiłkując się wyłącznie własną, jak najbardziej organiczną – DAŁA RADĘ! Było trochę jak w światach Borgessa, może Cortazara. Słowa miękko wsiąkały w regały, osiedlały się pośród innych słów dawno już wygrzanych okładkami, zbyt rzadko najwyraźniej otwieranymi. Siedziałem w cieple i słuchałem, jak słowa formują się w strofy, a te w chmary płynące sobie znanym nurtem. Autorka powinna być nieco przestraszona, co sugerował lekko drżący głos. Kto na szkolnych akademiach nie czytał na głos, ten nie wie, jak trudna to sztuka. Tym razem jednak trafiło na zawodowca, a jak kto woli zawodowczynię. Drżenie głosu mógł spowodować wyłącznie byczy łeb. Serio! I dosłownie! Zerkał ponuro, brutalnie przyszpilony grawitacją do podłogi i nie powiem gdzie zaglądał Autorce, ale Ona niewątpliwie wyczuła gorąc na kręgosłupie. Wrażliwe Jednostki tak mają. Analizując rozpiętość rogów, swobodnie zmieściłem na nich pierwszą miłość trzymającą się za ręce i beztrosko machającą nogami, chyba, że łeb ożyłby – w-on-czas o beztrosce mowy nie byłoby absolutnie.


W ramach słuchania nie umiałem powstrzymać wzroku przed działalnością, choćby nieświadomą. Wysoko na regale, między trumnami głośników, oczy odkryły małe, okrągłe lusterko. A w nim byłem tłem dla blond czoła siedzącej przede mną młodej pani z aspiracjami na wieszcza (wieszczówkę? Bo przecież nie wieszaczkę). Beżowa marynarka pasowała do blond włosów i naturalnej dla tej szerokości geograficznej karnacji skóry, nie wnosząc dysonansu w zaimprowizowaną spontanicznie kameę – nietrwałą, jak wszystkie ludzkie dzieła.


- Napiszesz o tym? – spytała Autorka, gdy goście odstąpili i podejmowali strategiczne decyzje (łazienka, piwko przy kontuarze, względnie niezwłoczny spacer w mroczny deszcz).


- Oczywiście, jeśli tylko pamięć nie zastrajkuje.


- Trzeba było robić notatki – jak złe licho wrócił echem Odautorskim temat niecnie porzuconego plecaka 30L.


Wszystkich wierszy przeczytać się nie udało. Przezornie nim zabrzmiały słowa, zaopatrzyłem się w tomik na prywatne potrzeby. Autorka jak się okazało, potrafi pisać nie tylko cyfrowo, ale również analogowo i opatrzyła mój tomik pisemną odręcznością, nadając okładkom certyfikowaną wartość. A zawartość będzie dopiero smakowana kwantowo – rarytasów się nie pożera, tylko delektuje nimi rozkładając na raty przyjemność, by nie uronić. Skojarzenie ze stosunkiem przerywanym, to nadużycie, którego jednak zabronić nie sposób. Tylko głupiec ogłasza prawa, których nie jest w stanie wyegzekwować. Przykład? Zjeść pączka i się nie oblizać. Cała przyjemność tkwi w kolaboracji języka z wargami – odbierz ją, a pączek straci swoją wartość.