Chyba-żona kierowcy spieszyła się dziś, więc ów dokonywał cudów na trasie. Na pożegnanie dostał buziaka, więc pewnie się udało, a pani zanurzała się w codzienność najwyraźniej usatysfakcjonowana i kręciła kuperkiem, co chyba-mąż mógł oglądać tylko we wstecznym lusterku. Ja swobodnie zaliczam dwie kontrole w dwóch środkach transportu. I trafiam gościa, który zwyczajowo uzupełnia płyny bezprocentowym piwkiem z puszki. Nosi spodnie z napisem pitbull i kurtkę zdobną w napis amstaff, więc pewnie praktykujący weterynarz, albo pracownik schroniska dla zwierząt.
Doskonałość uwielbia przechadzać się w trójkach, nic więc dziwnego, że pani zdolna do wszystkiego miała asystę w liczbie wystarczającej dla Absolutu. Spod czerni rajstop, na udzie czaił się las. Udo było dorodne, mieszczące różnorodność dendrologiczną, a gatunków sam rozpoznałem więcej, niż magistrat chce rozrzucić w przestrzeni rynkowej, wzbudzając ambiwalentne uczucia wśród mieszkańców. Bo niby dlaczego robinie akacjowe, już uznane za gatunek inwazyjny, bo czemu zasłaniać piękne elewacje kamienic, bo w końcu sto toalet dla piesków, to gruba przesada jak na tak niewielką przestrzeń, która mimo natłoku turystów nie posiada porównywalnej bazy fizjologicznej dla ludzi.
Wystawę sklepu z kosmetykami naturalnymi zdobi łeb słonia w ciemnej zieleni. Nie bardzo wiem, jak się to ma do pochodzenia kosmetyków, ale mój nienasycony umysł błyskawicznie podrzuca propozycję maseczki z mózgu słonia, która co prawda rozumu użytkownikom nie przyda, ale może choć cerę wygładzi. Masaże/biczowanie trąbą? Nóżkę bezstresowo spotykam pomiędzy salonami. Rozkoszuje się wonnym papieroskiem, ja sczytuję (nie mylić ze szczytuję) z ogrodzenia budowlanego menu festiwalu jazzowego. Jakiś psiak, którego przodkowie regularnie popełniali mezalianse, obszczekuje rowerzystę, za co zbiera wiązankę „wyrazów” zarówno od właściciela, jak i cyklisty. Ćwierkanie zyskuje na różnorodności, co cieszy niezmiernie.
Wracając zatłoczonym tramwajem, nosem niemal wbity jestem w profil dziewczyny. Nie ma makijażu, własne pazurki wolne od lakieru, zero biżuterii… No właśnie – zero. Za to w uszach sieczka. Kilkanaście kolczyków deflorujących uszy w nieprawdopodobnych miejscach. Popołudniami skokowo rośnie liczba ciekawskich pępków zwiedzających Miasto. Z dnia na dzień ich liczba rośnie, szybciej chyba niż kwitnących krokusów. Krótkie spodenki i koszulki na ramiączkach też nie są już ewenementem nie do powtórzenia. Pośród tablic rejestracyjnych dziś taki wybryk – P7 ADHD. Przynajmniej wszystko jasne, wiadomo, czego spodziewać się po kierowcy.