Nóż w miodzie… Zgroza zawisła
w powietrzu. Wypełniła kuchnię podejrzeniem i rozlała się po
pozostałych pomieszczeniach, nie unikając łazienki. Nóż, taki do
masła, wbity był w miód głęboko, niemal po rękojeść. Jakby
ktoś skutecznie usiłował zamordować miód. Miód był gryczany,
najlepszy. Zdążył już się zestalić i dlatego noża nie
pochłonął. Za to siły trzeba było użyć, by zagłębić go aż
tak, bo sam z siebie raczej by nie zdołał…
Przydałby się Sherlock do
rozwiązania zagadki, ale zapodział mi się gdzieś szukając
Moriartego, czy psa Baskervillów, względnie obu naraz. A nóż
sterczał jak wyrzut sumienia i kalał miód tępymi krawędziami, bo
z masłem przecież walczyć nie trzeba i nawet drewniany potrafił
dobrać się masłu „w miętkie”. Słoik udawał twardziela,
jednak wzrok odwracał, żeby nie widzieć ostrza tępego (taki
przypadek paradoksalny), lecz robiącego wrażenie bezpośrednią
dosadnością. Dobrze, że nie zemdlał jak jakaś mimoza z pensji
dla panienek z domów lepszych od innych. Strata byłaby
nieunikniona, bo któż odważyłby się pożreć miód z być może
igłami hartowanego szkła?
Słoik i miód stały skostniałe
w pośmiertnym strachu, bo przecież nie od chłodu, za to nóż
ordynarnie sterczał. Jeszcze brakuje, żeby jakieś małolaty to
zobaczyły i obraza dziewiczej moralności pewna, gdy widok trafi na
charakterek niewyrobiony, delikatny i romantyczny. Wyciągnąłem
dłoń, żeby wyciągnąć nóż. Powstrzymałem się jednak, żeby
najpierw wyciągnąć wnioski. Może gwizdnąć na psa, żeby zwęszył
agresora, co śmiał w samym sercu domu nóż wrazić tępy w gęsty,
chrzęszczący miód? A może walne zgromadzenie obwieścić, wici
puszczając przodem i po zebraniu quorum decyzję podjąć rodzinną,
kompleksową i ustalić stanowiska na wypadek oficjalnego
dochodzenia?
A jeśli to JEDEN Z NICH?
Zgroza urosła utuczona
domniemaniem, że domownik popełnił ów niecny czyn i uśmiercił
miód, a może i słoik doprowadził do mimowolnej śmierci z
przerażenia, po czym oddalił się w nieznanym kierunku, porzucając
zewłok krwawiący ciszej niż mgła osiadająca na młodym źdźble
trawy. Koszmar nie wyglądał na przypadkowe zabójstwo, lecz mord z
premedytacją. Gęsia skórka obsiadła mnie gęściej niż gołębie
Planty w chwili gdy emeryt sieje kaszą jęczmienną bezwzrocze przed
sobą. W DOMU PRZEBYWA MORDERCA. Skrytobójca. Kiler. Asasyn.
Właśnie. Asasyn, syn Asa!
Małolat rozumu za wiele jeszcze nie wyfasował, więc może? Na
grzbiecie włos mi się nastroszył, choć do dziś nie podejrzewałem
jego-tam-istnienia. Który facet korzysta z wielokrotności luster,
żeby własne zaplecze kontemplować? Chyba tylko jakiś specyficzny,
albo ekstrawagancki, a ja na ekstrawagancję byłem prozaicznie zbyt
ubogi. Ale nie byłem „dziwny”. Ot, zwyklak taki, przeciętniak.
A tymczasem miód. Martwy, sztywny, zimny, gęsty od epitetów. Miast
uśmiech pobudzać, łzy wyciska i nic, tylko żałobę ogłaszać,
klepsydry na odrzwiach kuchennych przybijać i łkać, kląć,
złorzeczyć. Tylko komu?
Skłonny byłem inwokację
jakowąś nieśmiertelną popełnić, gdy odgłos spuszczanej wody w
łazience wytrącił mnie z patriotyzmu lokalnego wielce i sprowadził
na ziemię. Tę ziemię… Drzwi łazienkowe trzasnęły, więc
podświadomość wykryła istotę małoletnią, nie nawykłą do
delikatności względem wyposażenia. A małoletnich istot w obiekcie
było trzy sztuki. Przynajmniej do ostatniej nocy. Bo skoro miód,
kto wie, co spotkało narybek? Zgroza dawała się już kroić w
plasterki i musiałem podjąć kroki, albo czynności – cokolwiek
zrobić musiałem, żeby zgasić niepewną przyszłość i
przyszpilić rzeczywistość faktami, jak papiakami – raz i
nieodwołalnie.
Co najpierw? Sypialnia narybku?
Do trzech, to i bez liczydła liczyłem swobodnie, choć w stanie
wzburzenia mogły mi się rachunki zatrząść w paluchach. Nogi
ciężkie, mosiężne chyba, trudno było skłonić do podróży z
kuchni przez przedpokój na nocne salony dzieciaczków, które być
może podzieliły los miodu… Jedno się uratowało, bo któżby
trzaskał drzwiami od łazienki? Albo pisklę, albo morderca miodu.
To pewne. Czy stać mnie na poświęcenie, by własną piersią
ochronić rodzinę przed zuchwalcem? A jak ma w garści ostrzejszy
nóż? Taki do filetowania, czy poręczny tasaczek? Uuuuch! Zmiękło
mi w środku i na zewnątrz. Mało brakowało a popuściłbym
sromotnie. Tymczasem zaplaskały małe stópki i do kuchni wkroczyła
piegowata buźka z dwoma kitkami blond włosków. Z buzią mokrą i
żabotem wodą wymalowanym na piżamce.
- Co się gapisz? – zapytała
ciekawska panna – Słodyczka mi się chciało, a potem poszłam
umyć buzię, bo strasznie się kleiło. Następnym raz kup miód, co
się tak nie lepi. Umiesz?