poniedziałek, 23 lutego 2026

O braku bruku i zbrukanej brukwi.

 

Dziewczyny długonogie, zadumane, może utrwalające w pamięci weekendową euforię, pozwalają uwieźć się (uwieść się?) Miastem, aż zerkam w nurt, czy poziom nie za wysoki, jednak Rzeka zachowuje się jak to na przedwiośniu – woda rwie, lecz zagrożenia nie widać. Nawet fosa miejska zaczęła odmarzać, a liczba rozpoczętych poważnych remontów drogowych sugeruje lepiej od pierwiosnków i przebiśniegów bliską wiosnę. Jeszcze chwila i znów będzie po co włóczyć się po wyspach, po mostach, po zakamarkach, w które nikt o zdrowych zmysłach nie zagląda, po podwórkach zapyziałych przez lata niezauważeń i chodnikach zadeptanych na śmierć milionami turystycznych buciorów. Czy czekam? Absolutnie nie, bo czekanie, to czynność (jeśli można w ogóle nic-nie-robienie nazwać czynnością), do której czuję wrogą niechęć. Uliczne oświetlenie, najwyraźniej zmęczone długotrwałą nocą zamknęło oczyska i mrok rozlał się po pejzażu zmniejszając poziom realizmu widzeń. W cieniu przedświtu fantazje staja się żywsze, łatwiejsze do spełnień. Nawet absurdom gotów jestem przyznać zauważalny poziom prawdopodobieństwa, gdy wymyślam ciągi dalsze nie posiadające ani ciągów bliższych, ani początków. Aż dziw, że rzeźbione papugi na wystawie milczą, jakby języka w gębie zapomniały. Stężałe niebo przewija wiatr, najwyraźniej pobudzony ciężkim granatem smużącym się od samego widnokręgu. Tonę w barwach zmarzniętych od wilgoci cegieł, aż marzną mi uszy.


Wracam, przyszpilony spojrzeniem dziewczyny o farbowanych włosach i namalowanej twarzy. Chyba jej nie pasuję, gdyż jako naturysta nie jestem wymalowany, tylko naturalny, choć nie nagi. Za to chłopak, który dogonił tramwaj ma makijaż bojowy, jakby dopiero zamierzał olśnić jakąś księżniczkę i włosy takie, że nie wszystkie dziewczęta mogłyby z nim stanąć do zawodów. Później, oczywiście w okolicy dworca PKP trafiam dziewczę w różnych półbutach – prawy jest czarny, a lewy biały.


PS Z mandarynki i siedmiu goździków zbudowałem kwiat, podnoszący poziom miękkiej magii aby wychylić kąciki ust do „być może” – niewysławialnej obietnicy każdego, nawet najzuchwalszego „później”.

niedziela, 22 lutego 2026

Partyjka we dwoje

     Na Niedobrych Literkach - https://niedobreliterki.wordpress.com/ opublikowano jedno z moich opowiadań. Portal uwielbia, gdy świat nie do końca jest takim, jakim widać go na co dzień i wszelkie anomalia uważa za mile widziane, pobudzające i wręcz proszące się by przyjść na świat. najwyraźniej udało mi się taki świat stworzyć i kto wie, czy magisterki z demiurgii się nie podejmę, bo temat nośny i aż się prosi o płodność. Jeśli masz kaprys przeczytać, to tu:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/02/20/partyjka-we-dwoje-by-daniel-wojnarowicz/

Ekstrakt o sile prokreacji.

 

    Onan powinien zostać świętym, patronem rolników, gdyż wierność kobiecie doprowadziła do zrzucenia nasienia w ziemię, aby Bóg, nie cierpiący marnotrawstwa zamienił je w zboże. Czyli bez kozery powiedzieć można, że wysiłkiem własnych lędźwi stworzył zboża, tak trudne do zastąpienia innym pokarmem.

piątek, 20 lutego 2026

Bez bez bezy, beza bez bzu.

 

Niebo poróżowiało z wysiłku, by napocząć dzień, ale chyba się udało. Rzeka niesie ku morzu zimowe brudy, a z wystawy zerkają z troską na świat drewniane anioły w spłowiałych sukienkach. Aż się uśmiecham na myśl, że tylko męskie cherubinki występują na golasa, a żeńskie obowiązkowo ozdabiają świat w sukienkach. Widać Bogu kobiece ciało nie za bardzo się podoba i kazał się im ukrywać.


    Zerkam na dziewczątka, rumiane i pyzate, posiadające na buziach całe gwiazdozbiory w czerni, rzadziej w złocie i dumam, czy to maskowanie pryszczy, czy ozdoba. Chyba wolę jednak podziwiać schody żywopłotowe, wspinające się do nieba. Irga-tawuła-rokitnik, zaczynają od kilkudziesięciu cm, a kończą na jakichś trzech metrach. Zza żywopłotu wyglądają na ulicę białe topole, jarzębiny i inne drzewa, którym wzrost na to pozwala.

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości 40.

 

Skuszony ideami pana A, reprezentującego barwy partii X zagłosowałem. Natychmiast po wygranej pan A zmienił szeregi (i głoszone idee) na Y, robiąc ze mnie idiotę. Skoro zdradził wyborcę, który go namaścił, powinien dożywotnio utracić mandat, a z urzędu powinno się go wyrzucić, może nawet wydalić.

czwartek, 19 lutego 2026

Serwis zaserwował w serwerowni ser na serwetce.

 

Chrzęszczący pod nogami śnieg świadczył o ujemnych temperaturach i termometr był niepotrzebny. Archeopan zerkał na mnie podejrzliwie, czy wsiądę w nie-swój/nasz autobus. Wsiadam. Po co ryzykować, że nasz nie przyjedzie. W środku szesnaście stopni, za to na plusie i pani, która dziś włożyła całe dżinsy. W tramwaju jeszcze zimniej. Z braku lepszych pomysłów zaczynam bawić się słowami. Znajduję Środę Popielcową, Tłusty Czwartek, Czarny Piątek, Wielką Sobotę, Palmową Niedzielę i Lany Poniedziałek. A Wtorek? Taki bezpański mi się ostał. W sam raz do przytułku dla niechcianych dni.


Zerkam przez okno na przystanek, a tam połowa oczekujących, to kanary. Wysiada kobieta z kubkiem kawy i drepce za taką, która niesie dwa kubki. Eskalacja. Zerkam, czy przodem zjadę kolejną z większą liczbą kubków. Ciąg arytmetyczny, albo nawet geometryczny mi się zamarzył. Nic z tego. Przodem to tylko wiatr otrząsa szadź z żywopłotów. Nawet kloszardzi rozmyli się w mroku i wtopili w niebyt.


Wracam. Usiłuje dosiąść się do mnie starsza pani o krótkich nóżkach. Żeby osiągnąć sukces, wspina się a cała kiść rozmaitych siateczek przewija się jej po przedramionach, zanim osiągnie szczyt i klapnie. Kawałek dalej siedzi pani z policzkami przypominającymi policzki buldoga, co nie przeszkadza jej wzbudzać sympatię.

Wirtuoz.

 

Płodność była jego jedynym talentem. Wystarczył cień szansy, by rozmnażał się beztrosko z zapałem godnym prawiczka. Spuścizna, w jego przypadku była wręcz przewidywalną dosłownością, a liczne egzemplarze jego manualnej (powiedzmy) twórczości wypełniały żłobki i przedszkola.

środa, 18 lutego 2026

W trawie trwa trwała tragedia tragarza.

 

Na tle ośnieżonego osiedla kosy straciły swój kamuflaż, więc fruwają ostrożniej i nie śmieją się z przechodniów. Tylko dzieciarnia obwieszcza radość i obrzuca się niemiłosiernie mokrym śniegiem.


W autobusie trafiam panią która mimo zimowego wystroju występuje w dżinsach spłowiałych niemal do białości i z olbrzymią dziurą na kolanie. Dałoby się przez nią przeprowadzić operację łąkotki bez ich zdejmowania, chyba, że potrzebny byłby też cewnik. Na przejściu dla piechoty, nie odrywając stóp od podłoża tańczy długowłosa, obok wędruje pani z panem, a klatkę piersiową ma zdecydowanie piękniej rozbudowaną, co widać mimo deformujących sylwetki grubych kurtek.


Za oknem dostrzegam pojazd jawnie oznaczony drukowanymi literami NOL – czyli polskie UFO. Niezidentyfikowany obiekt latający zacumował skromnie w bramie przechodniej. Dostawczak, więc pewnie przywiózł Ufokom paszę, a może i listy od rodzin. NA sklepowej wystawie siedzą Pinokio ojciec i syn. Gapią się na ludzi, a ich nosy wyglądają jak monstrualne papierosy ćmione beztrosko za szybą chroniącą przed wilgocią.


    Pierwsze w tym roku bazie – od kotków aż gęsto, choć drzewo przycięte solidnie, żeby nie stresować biegnących do szkoły (czy może raczej wybiegających z niej) dzieciaczków. W autobusie pani rozbudowana z rozmachem musiała się natrudzić, żeby całe to cielesne bogactwo zmieścić w leginsach, ale warto było się trudzić. Każdy krzywik umarłby z zazdrości widząc ilość fragmentów krzywych wyższych rzędów, jakie pani potrafi perfekcyjnie naśladować, udając, że przygląda się wiśniowym pazurkom naostrzonym, jakby zamierzała nimi preparować siekane kotlety.

wtorek, 17 lutego 2026

Erotoman maniacko rotuje, by uroda urodziła.

 

Żeby nie wpadać w rutynę wsiadam w nie-swój autobus. Z ciekawości, jak w Miasto wjadę. Podobnie jak pan, tylko odrobinę niższy od swojej wybranki. Poza tym, wokół obcy i osiemnaście stopni „na pokładzie”. Śnieg pracowicie sypiący od wczoraj nie do końca czystą bielą okrył okolicę, zmuszając pługi i piaskarki do pracy na nocną zmianę, by wydobyć czerń chodników i jezdni. Autobus jedzie szybko, nie zatrzymując się na większości przystanków, dzięki czemu łapię przesiadkę bezkonfliktowo, wpadając w czasową dziurę między stadami kanarów zarabiających na utrzymanie w centrum Miasta.


Podziwiam okularnicę w czapce-muchomorku pijącą kawę z papierowego kubka i panią o okrąglutkiej pupie z obrzydzeniem weryfikującą miejsce siedzące, godne jej posiadłości. Jakiś szczur inteligentnie usiłuje wykorzystać sygnalizację świetlną, by przejść na pasach, wyczekując właściwej chwili. A Nóżkę zaskakuję przed pierwszym z jego punktu widzenia salonem sukien ślubnych, ba! Baristka jeszcze nie tańczy z krzesełkami w objęciach, więc zdecydowanie przed czasem dziś ląduję w codziennościach.


    Wracając podziwiam długowłosą panią, której towarzyszy brodacz. Pani odgradza się od niego naprawdę kolczastym kaktusem, więc pewnie nieźle nabroił, choć siatę z Biedronki dźwiga dość dobrze wypchaną. Obok stoi dryblas zabiedzony bardzo, za to na rękach ma taką masę pierścieni, że porządny kastet nie powstydziłby się ilości materiału.

poniedziałek, 16 lutego 2026

Krusz ganek i krużganek.

 

Chłop odprowadzał (jak zwykle) swoją Panią do autobusu i machał jej ręką, jakby wyjeżdżała na podbój Syberii. Kiedy odjechała, spokojnie poszedł sobie – pewnie po bułki do piekarni. Młody, lecz bez wątpienia ślepy facet stojący na przejściu dla pieszych nie zauważył autobusu – rozejrzał się i kiedy się upewnił, że nadjeżdża, wbiegł na jezdnię. Samobójca? Na ścieżce rowerowej zdychała hulajnoga żałośnie mrugając diodowym okiem. Kloszard z wysiłkiem popychał swojego TIRA zbudowanego z dziecięcego wózka. Objuczył go taką ilością worów, że sprzęt schował się pod nimi całkiem. A przecież łowy dopiero się rozpoczęły.


Nad bulwarami niebo patrolują kormorany i gawrony zgromadzone tak licznie, że zabrakło im czubków drzew i muszą przysiadać na dzwonnicach i świątynnych instalacjach odgromowych.