wtorek, 20 października 2026

Zdeptany ptak na deptaku.

 

Świat zatrzymał się i stanął na baczność. Autobus aż drży z niecierpliwości, by pokonać kolejny kwant trasy. Łącząc się w bólu czekam na zmianę świateł, z okna podglądając równie niecierpliwie czekającą na ich przychylność szczuplutką panią, podskakującą lekko jak pajacyk w takt metronomu piszczka dla niewidomych. Przymierza się do kontynuacji biegu i starannie pilnuje, by nie wypaść z rytmu. Głowę ma tekstylnie zamotaną, więc uśmiechu nie widać, a cała sylwetka obwieszona jest pulsującymi światełkami, żeby w trakcie biegu ktoś nie wypadł jej „na czołówkę” gdy trasa poprowadzi słabiej oświetlonymi chodnikami.


W tramwaju, w cieniu stygnącego siedziska, ktoś porzucił niedojedzone wiaderko ciastek. Albo rozrzutnie nasycił się, albo ortodoksyjnie proklamował walkę z nałogiem i wstrzemięźliwość konsumpcyjną, gdy tyłek przestał się mieścić w znormalizowanym siodełku. Wokół mnie sami zaczytani. Nosy niemal wbite w monitory. Nie pamiętam, żeby przed erą cyfrowej rewolucji czytanie w komunikacji zbiorowej było tak powszechne i drapieżne. Ciekawe, czy ktoś zerka w moje Lusterko… Wysiadam nie próbując podejrzeć odpowiedzi i idę szybkim krokiem, bo nie lubię logistycznej opieszałości. Po oddechu wytrwale depcze mi ktoś, kto ma za ciężkie buty i szura nimi bez końca. Pewnie „po taniości” u Chińczyka kupuje, bo przy tak dewastującej eksploatacji buty na długo nie wystarczą, szczególnie, że nie były podzelowane.


    Bawić mi się zachciało, więc wyszło szydło z worka z grubsza takie: Koń kontrolował Szkota kota, lew lewitował, pies pieścił list od lisa, a kos z kosą osaczył osę.


    T0 AMO – to dzisiejszy połów z zakresu tablic.

poniedziałek, 19 października 2026

Twierdzą w twierdzy curki-kórki, by rurką lurkę z wiórkiem wiewiórki ciurkać ze skórką ogórka w Barbórkę na laurkę dla lauru Laury.

 

A tymczasem, chodnikiem, rączo mknęła pani utyta tak doskonale, że dla zachowania równowagi musiała ciągnąć głową mocno w tył, bezpruderyjnie eksponując niebłahe popiersie i brzuchol, na którym spokojnie można byłoby ustawić olimpijską trasę slalomu giganta dla największych twardzieli świata. Empirię relokacji opanowaną miała perfekcyjnie, co znać było w kroku i bynajmniej nie sugerowałem się ukrytym pod kapturem brzucha łonem, lecz podziwiałem dziarski rytm, mogący stać się kanwą dla tam-tamu wymagającego rapera, w nadziei na wyszczekanie melorecytacji wokalnej z równie perfekcyjną dykcją.


Powożąc tramwajem, przemknęła pani motorniczka… co ośmielało się sugerować małą motorówkę, więc może to była motorniczyjka w uniformie i pod krawatem, która elegancją stroju zdeprymowała dwóch niechlujnych, zakapturzonych młodzieńców, spowitych patriotyczną wspólnotą kapturów – jeden skrywał łeb pod bawełnianą bielą, a drugi pod czerwienią. Jesień posiała demokrację narodzie – tak białopióry (oswajam się z myślą, że już za chwilę to określenie stanie się jego imieniem, więc może od razu Białopióry?), jak i łysol dyżurny (nieświadom raczej tego, że nosi imię Skórzastogłowy) w wełnianych czapkach spacyfikowani zostali prognozą wieszczącą temperatury jednocyfrowe. Wiadomo – skrzepną niesforne myśli, staną się bardziej gęste, oleiste i nie wiadomo jaką ideą wykwitną na wiosnę. Ledwie zaraziłem się tą konkluzją, a już uczepiło się mnie Solidarnościowe hasełko – Zima wasza, wiosna nasza itd… Z ostrożności procesowej, wolę nie dokończyć wyliczanki, bo przecież za mowę nienawiści modnie jest obecnie ujarzmiać penitencjarnie anonimowy ogół, na piedestały wynosząc wysoce podejrzane racje mniejszości, dewiacje i absurdalne, wiejące z Brukseli anomalia przyrodniczo-społeczne, nijak nie mające się do rzeczywistości i faktów autentycznych. Tęsknię, by chłopski rozum wrócił salony chociaż okazyjnie!


Podwórkiem przemknęła bardziej błękitna niż niebo listonoszyjka, przywiązana do gruntu olbrzymią torbą, kompaktowy wzrost rekompensując rozwiązłością w pozostałych widzialnych osiach. Za nią podążała najwyraźniej zazdrosna pani, eskalująca wszelkie listonoszyjkowe gabaryty w okazalsze nadmiary cielesne, a może i umysłowe, budząc pytanie niemal filozoficzne – czy krągłości mogą być bardziej okrągłe? Stopień wyższy od doskonałości, wydaje się być nieosiągalny dla śmiertelników, ale paradoksy i cuda zdarzają się mimo wszystko, kpiąc z eksperckich się-nie-da!


    Z tablic dzisiaj spory zestaw: W3 DOSTU, V9 KIWI, V8 SOWA i jeśli mi wzrok nie spłatał figla D0 BIEGU.

Dywagacje nad pustym kieliszkiem.

 

Siedziałem, a miejsce (jak raz) miałem z widokiem. Spoza rzadkich krat zerkałem na podwórzec niezbyt okazały i gdybym to ja miał zelżyć go stosownym epitetem, uznałbym, że jest zapyziały, zapomniany, w-sam-raz-by-właśnie-tu-upuścić-nadmiar-moczu-po-wcześniejszym-sowitym-spożyciu-w-lokalu-bez-cienia-kategorii. Lipa! Wielki Świat nigdy tu nie zajrzy, chyba że wyląduje tu UFO pchnięte niepojętą pięcioma zmysłami logiką, albo (dlaczego właśnie tu?) raczy się rozebrać Jednodniowa Wirtualna Gwiazdka dowolnej z miliarda płci zdefiniowanych przez Grono Szacownych Ekspertów! Jako zaskorupiały cynik nie potrafię uniknąć pułapki-pytania, skąd pochodzi owa „eksperckość”. Ćwiczyli ją na zniewolonych żonach, uległych kolegach z pracy, czy osobnikach przymusowo zamkniętych w zakładach nomem-omen zamkniętych? Dobrowolnie, czy wykorzystując AUTORYTET EKSPERTA? Nie jest jakoś pilnie strzeżoną tajemnicą, że faszystowscy dewianci, uniknęli po wojnie kary i kontynuowali badania w Stanach Wolnych i Demokratycznych, oczywiście na chwałę owej niepodważalnej demokracji i samozwańczych zwycięzców (dla tych ostatnich chyba bardziej) ustalając normy dla świata mającego historię liczoną w tysiącach, a nie dekadach lat.


Siedziałem sobie w TU. Wrony wydziobywały zaprawę spomiędzy starożytnych cegieł, stanowiących oprawę mizernego widnokręgu, obrazu, czy może zaledwie migawki bez znaczenia strategicznego dla Świata, sugerując, że bez wapnia tylko młodzieniaszek zgrzeszyć może twardością reprodukcyjną organu godną adnotacji w skali Mohsa. Wiatr bez zadęcia przepędzał opadłe z jego udziałem liście wiśniowej śliwy, kasztany toczyły się już samodzielnie, gdy wcześniejszy, samobójczy atak na kocie łby kute w granicie strzegomskim przez całą wieczność uwolnił je z kamizelki kocio-łbowo-odpornych, kolczastych, zielonych głów. Współwinny wiatr kwilił i pogrywał sobie arie na prętach krat zbrojeniowych, usiłując wtargnąć, ale ja nie zamierzałem mu ułatwiać przetrwania w warunkach zbliżonych do naturalnych. Okres połowicznego rozpadu szkła pozwalał mi się cieszyć optymistyczną sugestią, że wiatr mnie w życiu nie dosięgnie (Ech! Dlaczego mój okres połowicznego rozpadu przynajmniej nie dorównuje szkłu!? Niechbym się z tym wiatrem zmierzył za jakiś milion lat! Może miałbym szansę wynikająca z doświadczenia?).


Nieświadom (mam nadzieję) moich niepokojów moralnych, niepewności istnienia, pełnego złudzeń trwania bez instrukcji obsługi i azymutu, w jakim podążać należy, a jaki należy negować całych sił, póki śmierć mnie nie rozłączy z celem – przebiegł szczur.


- Taki se! – pomyślałem – Nie za wielki, może nawet niegodny miana szczura; pewnie zadowoliłby się mianem szczurka. A nawet jeśli nie, to co mi zrobi, gdy będę go tak traktował? Szczurek, szczurek – ćwiczyłem organ mowy, lekceważąc nawet to, że zniknął już w mysiej norze i tylko jamnik niefrasobliwie ciągnący jaja po ziemi (BDSM?) mógłby go wytropić, a przy odpowiedniej diecie, może nawet wśliznąć się w ową dziurę i definitywnie skasować wykorzystując zajadłość i ostrość kłów. Na jadowite węże nie miałem co liczyć, przynajmniej dopóki klimat nie zmieni się trwale i dramatycznie, aby żmijom rogatym, grzechotnikom, czarnym mambom, wężom koralowym i innym chciało się pokonywać oceany „za chlebem”. Pytony, boa i anakondy tym bardziej skazane byłyby na ścisłą dietę, bo przy ich masie emigracja, to prawdziwe wyzwanie logistyczne. Najwyraźniej szczurek cieszył się bezwładnością owych istot, a czy miał świadomość szczęścia, to już nieistotne. Uniknął splotów morderczych i jadu syczącego nadzieję na posiłek .Uniknął nawet kąśliwego-wzroku-mego, nim na skórze pojawiły się wypryski względnie liszaje zżerające powoli, ale nieuchronnie jego żywotność. Zostałem ja i podwórzec nijaki, lichy, zapodziany w czasoprzestrzeni nadaremnie i w sumie bez niego Wszechświat miałby się może lepiej, jak bez ubytku w lewej górnej szóstce. Cóż. Czarne owce nawet Wszechświatom się zdarzają. Dobrze, że wiatr mnie omija, a Szczurek jest ledwie punktowym zakłóceniem pośród ogromu nieistotności.


- Co pomyślał on? – czasem skłonny jestem do jesiennych, melancholijnych dywagacji, jednak wiek swoje robi i często przemawia przeze mnie cynizm – Na pewno ma mnie w dupie!

niedziela, 18 października 2026

Prasówka cd.

 

    1. Izraelscy osadnicy na okupowanym Zachodnim Brzegu, zaatakowali polskich dyplomatów. Czy to wciąż osadnicy, czy zwyczajni okupanci? A może po prostu barbarzyńcy?


    2. Ponętna Lopez świeci biustem. W operze. Nie, nie występuje, tylko podziwia. Chyba. Może wyznaje zasadę podziwiaj i pozwól podziwiać? Bo chyba nie chciała zrobić konkurencji artystom. Z treści artykułu wynika, że po męczącym tygodniu mody w Paryżu postanowiła przypomnieć Amerykanom, że wciąż posiada biust.


    3. Gry wojenne na dożynkach? Wójt wyzwał na pojedynek jednego z gości, a gdy stanęli do zwarcia niemal rozpętali trzecią światową! Gdyby nie dzielne babeczki z Koła Gospodyń Wiejskich musiałbym wyjąć z szafy plecak ewakuacyjny i umierać z zimna i głodu gdzieś w podmiejskich lasach. Brawo dla pań za waleczność.


    4. Ongiś, pani Megan Fox, udając licealistkę, pływała nago w jeziorze. Nie wiadomo, czy bardziej w jeziorze, czy na ekranie, ale jednak. Zdarza się. Poza tym może już się przedawniło, bo minęło siedemnaście lat. Teraz zamierza utrwalić w widzach ów obraz i dokręcić część drugą, ponoć z innej perspektywy. Może zdjęcia kręcone będą z dna jeziora? Ma być horror o zabarwieniu erotycznym. Jeśli wciąż będzie licealistką, to doprawdy osiągnie tak perspektywę, jak i wrażenie. Czy horror, to się dopiero okaże.


    5. Import towarów z krajów Mercosur nie wzrósł, jak twierdzi jedno z ministerstw. Za to przybyło przybyszy z tamtych stron i to wyraźnie widać na ulicach, choć żaden minister tego nie twierdzi.


    6. Z Ukrainy jeszcze sprawniej importujemy uchodźców i równie cicho. Kolejki na naszej wschodniej granicy wymagają czterdziestu godzin oczekiwania na odprawę, choć w przeciągu doby odprawia się 3700 samochodów osobowych i 3000 ciężarówek. Dopiero z wakacji się zjeżdżają?


    7. Mieszkańcy drżą! Nie, nie z zimna. Ze strachu! Bo sezon grzewczy się zaczął i rachunki spadną na nasze łby równie nieuchronnie jak podatki. Za każdym razem zastanawiam się, czemu grzejniki wiszą na zewnętrznej ścianie mieszkania i znaczna część ciepła ogrzewa elewację zewnętrzną, a nie wnętrze, ale nigdzie nie znalazłem odpowiedzi, dlaczego tak jest.


    8. Kozackie drony poleciały na Petersburg. Duma, bo trafiły w port i w most. Coś tam trafiło też w Litwę i Lubelszczyznę, czym jakoś nikt się nie chwali, ale śledztwo pomagają prowadzić nasze służby, więc na pewno dowiemy się kto i dlaczego Putin miał się znienacka rzucić na Litwę i Lublin. Atak na infrastrukturę cywilną jeszcze niedawno nazywany był terroryzmem, któremu Wielka Ameryka wypowiedziała bezpardonową wojnę. Teraz milczy, podobnie, jak milczy w kwestii mordowanych Palestyńczyków. Ciekawe, że bohaterskie ataki na infrastrukturę rosyjską spotykają się z bestialską odpowiedzią Kozaków, ale nigdy odwrotnie. Dopóki nasi Nowi Bracia nie zaczęli nękać cywilów mówiących równie piękną cyrylicą, mieli poza linia frontu względny spokój. Teraz mają przed sobą bardzo nieciekawą zimę.


    9. Sport musi być, bo przecież! Pani Lewandowska jest zasmucona przeprowadzką za kontraktem męża do Chicago, bo dzieci muszą znaleźć nowe koleżanki w nowej szkole. Na szczęście – są telefony i z tymi starymi nadal można pogadać. Stare koleżanki są z Barcelony; te jeszcze starsze z Dortmundu, czy Monachium pewnie odeszły już w zapomnienie, że o Pruszkowie napomknę półgębkiem i nieśmiało.


    10. Reklama również musi się w prasówce objawić, bo bez niej nie działa nic. Gracze nie zagrają bez sponsora, byle film wymaga ich z pięciu by zaszczycić ekran TV, a bez czterech hojnych darczyńców nawet prognoza pogody się nie sprawdzi. Ostatnio atakuje mnie reklama plecaka ewakuacyjnego wprost z telewizora, a może wręcz z GOV.PL? Wejdź na stronę i sprawdź, jak spakować plecak! Nikt nie mówi, czy trzeba uciekać na dwie godziny, dwa dni, czy na zawsze, a przecież w zależności od przewidywanej długości delegacji, plecak pakuje się inaczej. Nikt nie mówi, przed czym, ani przed kim trzeba uciekać. Z pożaru ratować trzeba dokumenty, pamiątki i drogocenności, a potem wiać tam gdzie nie przypiecze tyłka. Z powodu alarmu lotniczego trzeba z miejsca wiać do schronu i zabrać butelkę wody, może tabliczkę czekolady. Kto wie, czy w ogóle taki schron w Mieście istnieje? Nikt nie mówi, jak przetrwać w naturze dzień, bądź tydzień, a przecież godzina przy otwartym oknie wystarcza, by zmarznąć, choć zima dopiero przed nami. Więc gdzie uciekać? Jak zdychać, to godziwie, we własnym domu. A nie uczyć się rozpalania ognia na chłodzie i o głodzie.

sobota, 17 października 2026

Jubiler.

 

    Wyglądała, jakby zapałała miłością do mocnego makijażu. Twarz miała szarą, powykrzywianą, udawała, albo faktycznie mnie nie widziała. Kucnęła i zaczęła krzyczeć. Podbiegłem, zorientować się o co chodzi. Kolana rozsunęła szeroko, podciągając kieckę wyżej, niż można w przestrzeni publicznej. Kucnąłem obok, ale tak, by nie podejrzewała mnie, że chcę jej pod spódnicę zajrzeć. Położyłem jej dłoń na ramieniu. Popatrzyła nieprzytomnym wzrokiem i szepnęła:


    - Nic nie mów! Błagam.


    Towarzyszyłem jej w milczeniu, a ona najwyraźniej usiłowała coś wydalić. Wreszcie krzyknęła głośniej i o chodnik uderzyło coś małego. Urodziła kamień i od razu jej ulżyło. Tylko pot spływał jej po twarzy, która wreszcie zaczęła przyjmować kolory. Machinalnie podniosłem noworodka i oglądałem go z małpią ciekawością.


    - Mogę? - zapytałem, a pod wpływem jej wzroku zarumieniłem się.


    - Bierz – wzruszyła ramionami, wstała, poprawiła mocno pomiętą kieckę i poszła do domu.


    Zostałem sam, kucając z jeszcze ciepłym kamykiem w dłoni. Podniosłem zadek, nim ktoś zacznie się zastanawiać, co robię i też poszedłem do domu. Kamień nie dawał mi spokoju, opłukałem go, by dokładniej obejrzeć pod lupą. Był piękny, pełen żył i przebarwień. Niewiele myśląc, wziąłem go na warsztat. Wystarczyło na chwilę przytknąć do płyty ściernej, by ujrzeć fascynujący rysunek, skomplikowany bardziej niż na krzemieniu pasiastym, czy malachicie. Może dendrytowe agaty doścignęłyby stopień komplikacji i koloryt wzorów. Nie wiem kiedy nastała noc, a ja wciąż obrabiałem kamień. Kiedy w końcu rozbłysł pełnią możliwości, zacząłem oprawiać go w srebro. Nie miałem wątpliwości, kamień idealnie nadawał się na niezwykle elegancki wisior. Na pierścień, czy broszę musiałbym go przeciąć, a naprawdę żal mi było psuć coś tak pięknego.


    Kiedy wstało słońce, trzymałem już w dłoniach gotową błyskotkę godną subtelnej kobiety. Wstyd mi się zrobiło, gdy zacząłem szukać odpowiedniej klientki i wymyślałem coraz bardziej abstrakcyjną cenę. A przecież kamień miał właściciela. Właścicielkę, która omal nie zeszła, nim go urodziła. Umyłem ręce, a drobiazg położyłem w gustowne pudełko. Przebrałem się i wyszedłem z domu. Wiedziałem, gdzie mieszka, więc nie musiałem liczyć na fart. Otworzyła od razu, nim dzwonek przestał wibrować. Jakby stała w drzwiach i czekała na mnie.


    - Cześć – zarumieniła się – Przyszedłeś sprawdzić, czy przeżyłam? Tak, ale czuję się kompletnie wyzuta z sił. Wejdź, skoro już jesteś, zrobię ci kawy, czy co tam sobie chcesz.


    Wszedłem do środka, a kiedy już usiadła naprzeciw mnie w kuchni, otworzyłem pudełko i przesunąłem po stole w jej stronę.


    - O! Jaki piękny wisior – zachwyciła się – Mogę przymierzyć? To dla mnie? Wart jest chyba majątek, a mi do wypłaty zostało ledwie parę groszy.


    Trajkotała i trajkotała, ale na jej szyi wisior wyglądał jeszcze lepiej, niż w pudełku. Była stworzona, by go nosić. Powiedziałem, że to prezent, ode mnie i że nie chcę pieniędzy, niech się jej tylko dobrze nosi. Z mety dostałem buziaki w oba policzki, ale nie byłaby sobą, gdyby nie zapytała, czy do kompletu mógłbym dorobić pierścionek i kolczyki…


    - A urodzisz mi więcej kamieni? - zapytałem i dopiero wtedy do niej dotarło, skąd pochodzi błyskotka.

Zrzęda rządzi z rzędu urzędem.

 

    I miałem dziś zostać ogarem, który ogarnia, więc czym prędzej zwarłem pośladki i dzień zacząłem, niż on sam się zaczął. Weekend, to czas, w którym wstaje się nieco inaczej i pośpiech zdaje się być niegodziwością, co nie zmienia faktu, że człowiek więcej robi w dni wolne, niż w pełne zawodowych obowiązków. Bo Natura próżni nie znosi. A kiedy ma się Naturę na wyciągnięcie ręki (i ucha), wówczas o próżniactwie w próżni się nie myśli, chyba, że się jest straceńcem o zaburzonych zbyt długą nocą zmysłach.


    W bułeczkach – nowość, jeśli można tak mówić o panu starszym od osiedla, ale faktycznie – psa zostawił przed piekarnią, co było miłą odmianą. Dopiero gdy nadszedł drugi (z grubsza w wieku osiedla) psy zaczęły wymieniać epitety i to bardzo aktywnie. Nie znam psiego, ale młodszy z właścicieli wściekł się, więc ten od bardziej doświadczonego musiał puścić lepszą, bardziej soczystą wiązankę.


    Niebo, początkowo nieco skisłe, zwarzone, usiłowało się poprawić i uśmiechnąć słoneczną paszczą chociaż do dzieciątek okupujących plac zabaw zaraz po jednym ze śniadań. Ciekawe, bo notorycznie nawiedza ów plac dziecię, które drze gębę non stop i wyje, jakby przyszło tam za karę. Może ma szlaban na sieciowe gierki, bo koleżanka z przedszkola naskarżyła, co wyczynia podczas obowiązkowej drzemki? Grunt, że dla zachowania średniej krajowej plac zabaw nieco mniej regularnie nawiedza pisklę, wiecznie zanoszące się śmiechem, aż mnie brzuch od tego rechotania boli.


    Żeby nie było nudno – czy stadko gołębi kołuje zgodnie z ruchem wskazówek zegara, czy przeciwnie? A na drugiej półkuli?

piątek, 16 października 2026

Ostrożna.

 

Masowała mój brzuch, bynajmniej nie usiłując wprowadzić mnie w stany ekstatyczne, wymykające się opisom z definicji napiętnowanym sztampą, wulgarnością, albo banałem. Nie. Ona pielęgnowała we mnie Istotę, a ta wciąż nie miała świadomości – ani siebie, ani mnie, ani (tym bardziej) jej.


Ja? Byłem już skazany. Właśnie oswajałem się z myślą, że stanę się magazynem energii dla rozwijającego się we mnie Życia. Ona, niejako organicznie uwarunkowana nie zamierzała przepraszać, że jest-jak-jest. Cierpliwie czekała, aż pasożyt przystąpi do działania.


Najwyraźniej nie dowierzała mi. Gdyby narybek był zdolny do konsumpcji, darłbym się w niebogłosy, nim wątroba, albo serce zostałoby naruszone pierwotnym głodem Istoty.

Wyśnię wiśnie.

 

Dzień, jeśli bez szyderstwa można tak mówić o czymś, co wyłącznie dzięki elektryczności ociera się o widzialne fragmenty przestrzeni, zaczął się nieco wcześniej, być może po to tylko, żebym odbiegł od rutyny – z tym bieganiem też bym jakoś nie epatował – odwlec się najzupełniej wystarczyłoby.


Na skrzyżowaniu nieopodal rynkowych pierzei wataha nastoletnich niedopitków szamotała się decyzyjnie i rozplątując języki usiłowała podjąć jakieś zobowiązania względem nadchodzącego niespiesznie niby-dnia. Udało się im powołać do życia i zmaterializować w zasięgu niezbyt tęgiego wzroku taksówkę Ubera – jedną co prawda, ale nowalijki smakują najlepiej, więc pierwsze zwierzę, kompletnie mnie ignorując, władowało się na kolizyjny z moim azymut i bełkotliwym krokiem podążyło ku świetlanej przyszłości za jakieś dwie-dyszki-czy-coś-koło-tego. Nie powiem, że rączo, czy w podskokach, gdyż zwierzęcia nie było stać na wyczyny taneczne, czy jakiekolwiek inne.


Następnie na mojej życiowej drodze pełnej słodyczy pojawił się był okazały wąsacz, który na pustej i nieszczególnie eksponowanej ulicy po prostu musiał zaistnieć w najwęższym miejscu chodnika właśnie wtedy, gdy przymierzałem się do skomplikowanego manewru w ruchu drogowym, usiłując bezkolizyjnie ominąć latarnię. Kolejny egzemplarz męski trafia mnie w miejscu, gdzie na środku chodnika ktoś ekscentrycznie pielęgnował samotny fragment żywopłotu okolony kagańcem niezmurszałych krawężników. Pan skrupulatnie poprawiał więdnącą na łbie wełnianą czapkę i chyba usiłował pod nią upchnąć brwi. Zajęty był bez reszty swoją misją i ledwieśmy się zmieścili na asfalcie, a żywopłot upasiony troską tajemniczego mecenasa pozował na zahartowanego w bojach twardziela i nie było w tym domyśle ani krzyny przesady. Na pewno dałby radę uczynić napastnikowi bolesną krzywdę skupiając się na kruchości powłoki zewnętrznej.


Potem była jeszcze tylko pani z wściekłym pitbulem-nie-czystej-krwi, odbezpieczonym, choć posiadającym namiastkę właścicielskiej kontroli nad instynktami zadzierzgniętą przy wsparciu elastycznej, długiej linki i zasadniczo nie działo się nic. Nic, co mogłoby zmienić porządek świata, albo zmienić jutro w piekło, czy niebo. A czające się za zasłoną ciemności niebo ostrożnie usiłowało wydostać się z odmętów niepewności. Wyspy subtelnie grzechotały zbieranym właśnie świeżutkim, bo wczoraj opróżnionym (co się ze mną dzieje? Zamierzałem napisać wypróżnionym i ledwie się powstrzymałem!) szkłem, Rzeka – a właśnie! Rzeka! Szedłem wzdłuż niej czas jakiś, podziwiając architekturę granicy między światem ludzi i natury, kiedy w poprzek owej, wykorzystując gasnący pomruk ruchu kołowego, zameandrowali dwaj młodzieńcy w jeszcze białych koszulach, o sumieniach zbrukanych nadużyciem. Zdaje się, że wciąż spożywali, nie bezczeszcząc ciągłości marszu. Jeden z nich, przez telefon tłumaczył mało pojętnemu, wirtualnemu światu, że-są, że-czekają, że no!-tu-no!-przy-tym-takim-no!-O!-Rzece! Nie pogłębiałem problemów ich życiorysu poradą, jakiej nie oczekiwali, tylko oddaliłem się, nim nadciągnie pomoc posiadając niewiarygodnie precyzyjne informacje lokalizacyjne, żeby nie stać się współwinnym, albo zgoła odpowiedzialnym za stan bieżący biało-kołnierzykowych dżentelmenów.


A przecież piątek dopiero MIAŁ SIĘ ZACZĄĆ, że ledwie napomknę o jeszcze mniej wyrywnym łykendzie! Jakaś przeraźliwie chuda istota przecięła mi drogę, niczym czary kot, który dobrze nie wróży, a ja złośliwie pomyślałem, że słońce musi się natrudzić, by wykorzystując taką sylwetkę wystarać się choć o szczątkowy cień. Tylko buty, wyglądające jak fundament zapobiegający porwaniu owej istoty przez wiatr były masywne i posiadały gabaryt trudny do zignorowania.

czwartek, 15 października 2026

Wachta nieważkiej ważki na wahadle.

 

Przebiegunowanie świata odbywa się po cichu. Długowłosy pan z kolczykiem w uchu stoi obok krótkowłosej pani pozbawionej biżuterii, przynajmniej w rejonach dostępnych postronnemu jesienią. Dziewczęta wulgarne jak przysłowiowi szewcy w szewski poniedziałek i siedzące tak, jakby chciały płeć wepchnąć otoczeniu w gardła. Jakaś dama z ręką w kieszeni kołysała kluczykami do samochodu i tylko zerkałem, że zacznie gwizdać, albo splunie z obrzydzeniem na mój widok.


W tramwaju podziwiam olbrzymią kiść pluszaków przytroczonych do dziewczęcia o różowych włoskach – najwyraźniej z dorastaniem jej się nie spieszy i robi co tylko się da, żeby nie opuszczać świata bajek. Skrobię sobie cichuśko w kapowniczku te moje drobne spostrzeżenia i czuje na sobie wzrok kanara. Nie łapczywy, raczej zaintrygowany. Chyba się wystraszył notatek i zamiast podjąć czynności kontrolne, oddał się lekturze analogowej książki. Może skończył już poranną szychtę, a może czeka na wsparcie oddziału.

Dawca.

 

I wtedy właśnie, z wielkim krzykiem urodziła kota. Może to był królik, któremu nikt na poważnie nie zdążył się przyjrzeć, bo futrzak prysnął między nogami Położnika, korzystając z przypadku, gdy Młodsza Pielęgniarka właśnie wychodziła z Sali Zabiegowej. Pierworódka była tak umęczona porodem, że nie od razu zorientowała się, iż płód właśnie opuścił Salę i Swoją Rodzoną Mamusię. Położnik, który widział niejedno i szerokie bruzdy na czole stanowiły naprawdę solidne bariery dla rozmaitych ekstrawagancji z przeszłości postanowił dorobić się kolejnej, co uczynił bezzwłocznie, bez konsultacji z innymi Zawodowcami i Weteranami Na Polu Walki Z Wszechobecną Demografią.


- O ku… - usiłował zakląć Asystent, Student Piątego Roku na darmowych praktykach, ale został schwytany za jaja i już tylko arię wyśpiewywał, gdy Siwiejąca Piguła w trybie ekspresowym uczyła go symultanicznie śpiewu i kultury osobistej w obliczu poczęcia. Piguła wyuczyła w ten sposób już wiele pokoleń uzdolnionych śpiewaków i doskonale wiedziała, jak dalece należy zacisnąć dłoń, by nie uszkodzić zdolności prokreacyjnych, jednocześnie tak maksymalizując poziom bólu, by śpiewak sięgnął „wysokiego C” pomijając lata daremnych ćwiczeń.


- Tak! – sapnął Położnik – Stało się!


- A co się stało? – spytała Pierworódka drżącym głosem.


- Proszę odpoczywać – Operator tak skutecznie operujący całą operacją, czyli Położnik, głos miał niezwykle władczy i co młodsze pielęgniarki… przemilczmy, co młodsze pielęgniarki pod wpływem władczego głosu byłyby skłonne, a czego jeszcze nie; niech o tym przy bo-żo-le-no-wo-i-a-ro-ma-tycz-nych-świe-cach opowiedzą studentki, jeszcze dosadniej dotknięte pozawerbalnymi parametrami głosu Położnika – To był komunikat kierowany do Personelu. Pani swoje zrobiła, Ja także. Pisklę jak się zdaje zdrowe nad wyraz, co zdarza się wyjątkowo rzadko w obecnych czasach. Że tak powiem, niewątpliwie przejdzie przez życie w podskokach. A nawet już poszedł… Poszła?


- Siostro? – Siwowłosa zerknęła na Przełożonego z niecodziennym u Niej roztargnieniem – Proszę mi wybaczyć obcesowość, jednak dla zachowania Pełnego Profesjonalizmu przydałaby Mi się konsultacja z Pani Doświadczeniem. Czy Pani percepcja zdążyła zarejestrować cechy płciowe potomka?


- Chyba-chłopak Panie Położniku. – zarumieniła się całkiem niewinnie pod wpływem komplementu (a może głosu?) – Ale głowy nie dam, bo oddalił się żwawo, a wzrok już nie ten, może Młodsze Koleżanki raczyły mieć bardziej skoncentrowane spojrzenie?


Młodsze Koleżanki tylko pokręciły głową, ze wstydem przyznając, że ledwie dostrzegły futerko, nie przyznając się wcale, że gdyby nikt nie patrzył, chętnie przymierzyłyby je tu i tam…


- Jak to oddalił?! – pikantne dywagacje sumień Istot Młodszych przerwała Najbardziej Zainteresowana, czyli Pierworódka – Sam? Umrze mi z głodu! Albo się zaziębi! Cyganie porwą go i pójdzie dzieciak na zatracenie! Kompletny brak profesjonalizmu! Łapcie go, proszę, to Mój Synek!


Mama była tak przepełniona żalem i instynktami, że w nerwach nieświadomie nakarmiła piersią najbliżej stojącego studenta, głaszcząc go przy tym po policzkach, żeby ssał mocniej, po czym oklepała mu plecki, aby się Dziecinie odbiło po posiłku, bo na co komu kolka? Właśnie miała się zrywać na poszukiwanie Malucha, kiedy na jej czole pojawiła się wielka, ciężka łapa Położnika, trochę umazana krwią, ale kto przejmowałby się krwią przy porodzie w szpitalu?


- Pani wybaczy, ale Jej stan nie predestynuje Jej do pościgu za Niemowlęciem. Od tego mamy odpowiednie (jak mniemam) Służby.


Sięgnął po Służbowy Telefon, podrywając na baczność Gorrrącą Linię, podyktował Jej opis Uciekiniera, wzywając Służby do zachowania należytej ostrożności, staranności i pośpiechu. Przełożony Służb Specjalnych rozumiejąc powagę chwili wezwał wparcie Czarnych, Niebieskich, Zielonych i ledwie okamgnienie zastanawiał się, czy to wystarczy, a potem dokoptował Nagonkę z Sympatyków Czerwonego Krzyża i Wielu Organizacji Pozarządowych. Aż dziw, że małe Zielone Ludziki nie zainterweniowały, kolaborując z Powszechną Mobilizacją. Wiadomości na wszystkich kanałach telewizyjnych i radiowych przerwały programy, by wziąć spontaniczny udział w Obławie, zakulisowo domagając się od Szefa Służb Specjalnych Rysopisu Sprawcy.


- Jakiego sprawcy, ku… - zdenerwował się Szef Służb, ale poskromił pochopność własną na tyle, by nie wpaść w ręce Siwowłosej. Czym prędzej przełknął obelgę wraz ze śliną i powtórzył sylabizując bardziej niż teatralnie – Nie-mow-lę-płci-chy-ba-męs-kiej-z-fu-ter-kiem! Żywe, lub… przepraszam. Oczywiście, że jesteśmy zainteresowani wyłącznie żywcem. ŻYWCEM, powtarzam!. Obiekt może być niebezpiecznie wybiegany i utalentowany na nieustalonym dystansie, czego bez odpowiednich badań nie możemy określić. Czy cokolwiek mu dolega również nie wiemy, poza oczywistym faktem, że w życiu jeszcze nic nie jadł. Osobiście ufunduję nagrodę dla Szczęśliwego Znalazcy i anuluję mu trzy najświeższe mandaty w zamian za dostarczenie… ech! Za informację o miejscu pobytu anuluję jeden! Niech będzie, dwa mandaty!


Naród powodowany całą paletą intencji, częstokroć podejrzanych, rzucił się na polowanie. Takiej nagonki nie widział dotąd Internet, a co dopiero Powiatowy Zaścianek, który nagle awansował do Ekstraklasy Światowej Sensacji. Hotele podniosły ceny dwustukrotnie, paskudny kebab w cuchnącym baraczku znienacka kosztował fortunę, za dwa piwa w spożywczaku żądano równowartości samochodu, a amatorskie zdjęcia z fizjonomią upolowanych Hipotetycznych Pierworodnych kupowano po dwa miliony euro gotówką-z-ręki-do-ręki. Naród Na Prowincji ma sprytnie ukrywaną w Szarej Strefie Żyłkę Do Interesów i gremialnie postanowił wykorzystać OKAZJĘ JAKA TRAFIA SIĘ RAZ W ŻYCIU!


Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Schwytano wszystkie bezpańskie psy i koty, jednego borsuka, który sądził że jest nutrią i skrycie podkochiwał się w śwince morskiej często obnażającej się w oknie parterowej chałupy u Gucwińskich. Skuszeni gratyfikacją Szanowni Mieszkańcy zdali do Punktu Rozpoznania dosłownie wszystkie szynszyle i chomiki, ze dwa tuziny co lepiej odpasionych szczurów oraz liniejącą wydrę bez prawej przedniej łapy. Ktoś nawet usiłował Służbom wcisnąć pytona żywcem upanierowanego w smole i pierzu. Łatwa Kasa robi z Ludzi naprawdę Pomysłowe Zwierzęta. W sidła Ostatniego Lokalnego Kłusownika wpadł wściekły lis, trzy bażanty, a nawet zdumiony swoją nagłą popularnością kret. Cała menażeria dołączyła do Stada oczekującego na Weryfikację z automatyczną nominacją wybrańca na Potomka Pierworódki.


Pod ochroną, w klatkach i na wybiegach, tłoczyła się podejrzana menażeria, wymagająca natychmiastowego i wielokrotnego karmienia, rozsądzania sporów terytorialnych i innych, ale przecież priorytetem był Ten Jeden Jedyny, Najukochańszy Syn Pierworodny! Wezwano Personel szpitala, w tym Położnika, Siwowłosą, Studentki i Nakarmionego Mlekiem Pierworódki Studenta, ale pomimo niewątpliwego profesjonalizmu i zaangażowania, nie poradzili sobie z odnalezieniem i separacją Potomka. Położnik dołożył kolejną zmarszczkę do spracowanego czoła, sięgającego już niemal czubka głowy, bezbłędnie rozpoznając Chwilę i REASUMOWAŁ!


- Musimy wezwać wsparcie! – Jego głosem można byłoby pokroić tort urodzinowy, albo granitową płytę nagrobną (bez różnicy – Położnik był Uniwersalnym Narzędziem Tnącym) – Skoro Służby przy udziale Społeczeństwa wykonały Robotę, a Nasz Połączony Profesjonalizm okazał się zbyt wątły dla Rozwiązania Problemu, czas zdać się na PIERWOTNE INSTYNKTY. Proszę wezwać na miejsce MATKĘ! Pierworódka niechybnie rozpozna, a jeśli nawet nie, to Niemowlę rozpozna Matkę! W końcu żreć coś musi! I zabierzcie stąd Nakarmionego Studenta, bo nie chcemy, żeby pisklę miało konkurencję. A On, niech się nie zgłasza po zaliczenie praktyk, zanim Zaścianek nie ochłonie po (mam nadzieję) pomyślnie zakończonych Łowach Na Pierworodnego!


Wstyd powiedzieć, co wydarzyło się POTEM. Porażka Systemu to RZECZ BEZ PRECEDENSU. Ściągnięto Matkę Pierworódkę i przedstawiono jej Efekty Globalnego Polowania. Rzesza Pretendentów załamała zmęczoną porodem Matkę. Potomek nie przytruchtał do niej w niezdarnych podskokach, a ona, po utuleniu skrzywionego psychicznie borsuka, wściekłego lisa, kreta i trzydziestu siedmiu pluszaków ras Jej-Nieznanych poczuła bezgraniczną rozpacz i stres pourazowy. Depresję. Pod pozorem zachowania intymności Chwili, zostawiona bez opieki Matka popełniła samobójstwo i zadyndała pod sufitem, poza zasięgiem miłości Braci Mniejszych i Jeszcze Mniejszych i Tych Nie Całkiem Braci także.


Gdyby żył Kronikarz odpowiednio dobrze poinformowany, niewątpliwie doniósłby, że Potomek w pierwszych miesiącach żywota ukrywał się w zajęczej postaci, daleko poza zasięgiem obławy, a w kolejnych latach posiadł umiejętność Transformacji Do Dowolnie Wybranego Kształtu i rozumowania Transformowanym Umysłem, z czego korzystał z nieskrępowaną bezczelnością. Jego jedyną słabością była niesłabnąca potrzeba prokreacji. Jako istota nowoczesna i pozbawiona uprzedzeń rasowych, czy jakichkolwiek innych, prokreował z każdą napotkaną Samicą, nie wnikając w głębokość posagu, rodzinne koligacje, czy też wygląd zewnętrzny branki. Szybkość i werwa z jaką realizował popędy pozwalała mu unikać nie tylko pościgu między Jedną, a Drugą Zdobyczą, ale często i zauważenia, że w ogóle doszło do Aktu. I zapewne nie jedna Pierworódka, gdy pogasną światła w dziewiczej sypialni zastanawia się, czy nie przypadł jej w udziale los niepokalanego poczęcia.