poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Na ziemię.

 

    Spała sobie już chyba ze dwieście lat. Znajome katy nie obrastały pajęczynami, pielęgnowane cudzym wzrokiem i czułością. Przez sen, w letargu słyszała jak ów ktoś mówi do niej córeczko, a potem głos ucichł. Był czas kiedy zdawało się jej że ogłuchła, a może i wzrok straciła, ale w końcu znów zaczęło pojawiać się słońce na przemian z księżycem, a obcy wzrok wodził po jej sylwetce i włościach. Bez otwierania oczu wiedziała czym dysponuje. Wygodna kanapa, stolik z bukietem wiecznie żywych kwiatów, parę drobiazgów, jak to u młodej kobiety… Po cichutku zżymała się, że na obrazie nie zmieściła się jej szafa z ubraniami, bo ileż można w jednej sukience leżeć? Choćby była najpiękniejsza, dawno już jej obrzydła. Nie podejrzewała siebie o wulgarność, jednak tu nie tylko kląć chciała, ale gdy nikt nie patrzył układała dłońmi suknię skracając ją, czy mocniej odsłaniając ramiona.


    - Natka, zachowujesz się, jak portowa dziewka – szeptała do siebie, czując na policzkach rumieńce. Coraz częściej eksperymentowała, a wstyd cofał się gdzieś głębiej. Nigdy jednak nie odważyła się nawet sugerować takiej rozwiązłości w dzień. Tylko głęboką nocą. Ostatnio miała przeważnie jednego widza. Młody chłopak. Słyszała, jak wyżebrał obraz od sąsiadki, w zamian obiecując drobne prace gospodarskie – wynosił śmieci, trzepał dywany, robił drobne zakupy. A kiedy w końcu staruszka zgodziła się, by wisiała w jego sypialni, pomalował jej całe mieszkanie. Ilekroć prosiła o pomoc przy hydraulice, czy elektryce domowej, naprawiał jej wszystko. Istna złota rączka. Staruszka była z niego dumna. Natka też, choć nigdy dotąd nie powiedziała mu tego. Miał na imię Paweł i prowadził dość ustatkowany żywot. Mieszkał sam, nikt go nie odwiedzał, za często nie wychodził z domu. Skończył jakieś technikum i poszedł do pracy, dającej mu stabilność ekonomiczną, pozwalającą utrzymać mieszkanie w mieście.


    Natalia nie wiedzieć kiedy złapała siebie na myśli, że wspomina go mówiąc „Mój Paweł”, a gdy frywolność połączona z romantycznym uniesieniem dopadła ją, przymierzała jego i swoje imię, zastanawiając się, czy dobrze wyglądałyby na wizytówce w drzwiach domu. Natalia i Paweł… Pięknie, prawda? Paweł patrzył na nią i nigdy nie odwrócił wzroku bez westchnięcia tak pełnego żalu, że serce się jej krajało. Chciała go przytulić, albo choć słówko szepnąć, że nie jest jej obojętny. Którejś nocy zobaczyła, jak płoną mu oczy. Leżał przykryty kołdrą i wpatrywał się w obraz, choć dookoła noc była czarna. A jednak widziała w tych oczach pragnienie. Jak? Skąd ma wiedzieć. Sama również patrzyła wstrzymując oddech. Znad kołdry wystawała u wyłącznie twarz, pościel unosiła się rytmicznie.


    - Jak dobrze, że jest tak ciemno pomyślała, gdy zrozumiała czego jest świadkiem, czując jednocześnie, jak jej podbrzusze budzi się i zaczyna kipieć. Gryzła wargi, by żaden dźwięk nie wydostał się z jej ust, ale nie utrzymała. Szczęśliwie Paweł krzyknął w tej samej chwili. Raz, ale to wystarczyło, by wydarty spod serca jęk ukrył się w nim doskonale. Patrzyła jak zasypia myśląc, jak bardzo chciałaby, aby takie chwile przeżywał z nią, natychmiast karcąc samą siebie - Natalka, zachowuj się!


    Wierciła się na tym swoim obrazie i usiedzieć nie mogła. Gdy Paweł na nią zerkał, rumieniła się coraz częściej. Jeszcze trochę i zostanie Indianką. On chyba nie zauważał, a w każdym razie nie komentował. Dobrze wychowany, bo raczej nie ślepy? Natalia szukała rozwiązania, które umożliwiłoby jej zejście z obrazu i dołączenie do Pawła. A gdy nie udawało się nic wymyślić, nazywała siebie bezmyślną suką, której w głowie tylko jedno i to pewnie zaburzało tok rozumowania, zasłaniając jakąś oczywistą dla chłodniejszych umysłów ścieżkę. Przetrząsnęła wszystkie zakamarki na obrazie, szukając drzwi, czy choćby szczeliny. Raz o mały włos Paweł zobaczyłby ją z wypiętą pupą, jak zagląda pod kanapę. Chyba spaliłaby się ze wstydu, ale zdążyła w ostatniej chwili zająć pozycję na niej.


    Eksperymentowała, szarpała się, knuła i poszukiwała ścieżek. Wytrwałym los pomaga od czasu do czasu, więc w końcu odkryła swoją szansę. Zorientowała się, że podczas nowiu wrażenia jej zmysłów są bardziej wyraziste. Dźwięki czystsze, pełniejsze, zapach pawłowej wody po goleniu przestaje być domysłem, stając się cieniutką niteczką aromatu. Nawet wiatr zdawał się delikatnie ocierać o łydki Natalki, jak piesek spragniony pieszczot i zauważenia. Nie mogła się już doczekać nowiu, by zweryfikować tę karkołomną teorię. Wreszcie nadszedł. W dzień osnowa dzieląca rzeczywistość od jej wnętrza była zbyt gruba, aby zdołała ją naruszyć, za to nocą… Wyśliznęła się z obrazu!


    - Udało się! - chciała krzyczeć pod samo niebo, ale widok śpiącego chłopaka trochę ją speszył – Pójdę się rozejrzeć i będę cichutko.


    Skąd jej taki pomysł przyszedł do główki, tego nie wiedziała, ale zdjęła buciki i na boso zaczęła zwiedzać mieszkanie – swoje, od jakiegoś czasu bezprawnie poczuła się gospodynią. Nie było duże, ale chłopak był porządnicki. Wszystko pochowane, poukładane, czyste. Lodówka nie zawierała za wiele, ale trudno było powiedzieć, że całkiem pusta. Trochę książek autorów, których nie znała, jakieś drobiazgi z przeszłości. Nic. Żadnego szaleństwa, czy wielkiej pasji. Zwykły chłopak. Przeciętny.


    - Ale mój – oburzyła się na własne spostrzeżenia – Mój, czyli niezwykły. I zabrał mnie od staruszki, która coraz rzadziej zauważała moją obecność w jej salonie – Właśnie! Ona przestała mnie widzieć. Czas był najwyższy, żebyśmy się rozstały! Mój Paweł mnie wyswobodził!


    Wróciła do sypialni, bo ileż można zwiedzać małe dwupokojowe mieszkanie. Natalię świerzbiły palce, by ściągnąć z Pawła kołdrę i zanim wychowanie zaprotestowało, już miała ją w rękach. Odłożyła buty na komodę i ostrożnie, wstrzymując oddech zdjęła pościel z Pawła. Spał nago. Podbrzusze Natalii zareagowało na zauważenie bardzo gwałtownie. Motyle? Jakie motyle? Kipiało w niej, jakby kto rozjuszył stado szerszeni! Pochyliła się nad śpiącym Pawłem, chcąc zaspokoić ciekawość. Pachniał ciepłem i spokojem. Jakiś niesforny kosmyk włosów spłynął jej z czoła i spadł na płeć. Samcza młodość reaguje bez udziału świadomości na dowolne bodźce, a delikatnej pieszczocie sen nie przeszkadzał. Paweł rósł „tam”, a Natalia niemal udusiła się z braku powietrza. Zapomniała jak się oddycha z wrażenia. Szczerze? Trochę ze strachu, że obudzi go pochylona nad jego męskością, jak sowicie opłacona kurtyzana. Ale jej ciało nie chciało już słów. Wsunęła dłonie pod sukienkę, zdjęła koronkowe majtki i uniosła brzegi stroju. Uklękła nad śpiącym i powoli usiadła. Aż zadrżała, gdy ją wypełnił. Nie wolno rosnąć bez końca, a ona sięgnęła właśnie granicy bólu. Ciało wiedziało lepiej, więc poddała mu się. Drobne ruchy biodrami potęgowały radość, która najwyraźniej była zakaźna, bo oblicze Pawła nabrało życia, a potem krzyknął. Raz, jak wtedy. Poczuła, jak podbrzusze, choć już wcześniej było pełne, przyjmuje w siebie wrzącą lawę. Uciekła. Porwała z komody pantofle i skryła się między ramy. Dopiero stamtąd, poprawiając fałdy sukienki obejrzała się na Pawła, ale on nadal spał.


    - Bezwstydnie nagi – pomyślała patrząc na to młode ciało i dopiero wtedy logika uświadomiła jej, że to jej wina, czy zasługa. Kołdra wciąż leżała na podłodze, a na skraju łóżka… koronki Natalii! - Zapomniałam zabrać!


    Szarpnęła się, by po nie wrócić, ale osnowa była na swoim miejscu. Trzymała mocno Natalię w ryzach więzienia.


    - Mogłam zostać, głupia! – krzyknęła, ale jego echa rozbiły się o ramy obrazu – Z moim Pawłem!


    Kwiaty w wazonie zdawały się kpić z niej:


    - Twój? A on o tym wie? W ogóle wie, że istniejesz? Zgwałciłaś chłopaka i jeszcze sobie rościsz jakieś prawa? Mogłaś chociaż zapytać.


    Natalię aż zatkało, ale uczciwość kazała jej schować się jak najgłębiej. Spomiędzy ud spłynęło coś łaskocząc nieznośnie. Przeciągnęła dłonią, która okleiła się czymś lepkim. Uniosła rękę i powąchała. Prócz aromatu własnego pożądania, które zdążyła poznać, poczuła coś jeszcze. Ładnie pachniało, lecz nie umiała tego zapachu porównać z niczym, co znała. Skosztowała, oblizując opuszki palców, zanim rozum przypomniał jej, z czym ma do czynienia. Smak był równie zaaferowany szukaniem porównań, jak węch i również nie znalazł odpowiednika. Za to język wysprzątał lepkość do czysta i bezczelnie dopominał się o dokładkę. Zerknęła na łóżko. Paweł właśnie się budził i przeżywał wszystkie możliwe stopnie zdumienia. Najpierw kołdrą leżącą na podłodze, później ciałem, najwyraźniej opróżnionym z nasienia, choć ślad po nim zaginął, a w końcu koronkową bielizną leżącą na skraju łóżka. Jego zmysły także nie pytały świadomości o pozwolenie, bo uniósł jej bieliznę i nosem usiłował wykryć właściciela… właścicielkę.


    - Ogar jeden! - pomyślała, choć uczucia w niej były ambiwalentne; złość zmieszana z czułością tak dokładnie, że żaden Kopciuszek nie zdołałby ich rozdzielić na odrębne kupki. - Mógłby być odrobinę dyskretniejszy, a nie zawstydzać mnie w biały dzień.


    Kiedy podniósł wzrok z niewysłowionym pytaniem, czy ów detal należy do Natki, poczuła, że na policzki wychodzi naga prawda. Spuściła oczy i modliła się, żeby przestał się gapić. Chociaż… To także było więcej niż przyjemne. Powstydzić się, znając pikantną prawdę. Pora chyba zastanowić się, co dalej. Ostrożnie pomacała wokół. Osnowa trzymała się twardo. Postanowiła za pamięci prowadzić notatki, aby ustalić kiedy i na jak długo otwiera się przed nią świat. Dziś, gdyby nie wstyd naprawdę zostałaby w świecie Pawła, a kto wie, co zrobiłby, budząc się obok kobiety z obrazu. Jeśli już, wypada dać mu szansę, a nie stawiać przed faktem dokonanym. Dlatego, w ramach pokuty zdecydowała się dobrowolnie nie opuszczać ram przez najbliższe sześć miesięcy, choćby osnowa otwierała się każdej nocy. No, nie przesadzajmy z ascezą – trzy miesiące to i tak okropna pokuta. Miękła, negocjowała z samą sobą, usiłowała wyżebrać skrócenie wyroku, zanim się ukonstytuował.


    - Trzy i ani dnia mniej! - łatwiej wygłosić, jak dotrzymać, ale spojrzała na Pawła i utwierdziła się w przekonaniu – Jest wart jej poświęcenia. Skoro zamierza go odwiedzić, następnym razem musi go obudzić, a nie wykorzystywać jak płatną…


    Naprawdę łatwiej było prowadzić notatki, niż dotrzymać słowa. Kiedy ponownie otworzyła się osnowa i ręka nie napotkała oporu… Boże! Jak bardzo chciała wejść Pawłowi w ciepłą pościel, pozwolić mu na wszystko, czego tylko zapragnie. Albo choć powtórzyć figle z poprzedniej wizyty. Pod brzuchem zakipiało od niespełnień. Pragnęła bardziej, niż sądziła. Istna ruja. A tam, w łóżku cichutko chrapał ktoś, z kim mogłaby pozbyć się nieznośnego napięcia ogarniającego ciało i umysł. Była zakochana na zabój. Umysł przekonywał ją, że nie wolno, że to nieładne, ale bose stopy już owiewał wiatr z uchylonego okna, a pupa na krawędzi ramy obrazu szykowała się do skoku.


    - Następnym razem zejdę za sześć miesięcy, ale teraz muszę. Jeszcze tylko raz… Może odzyskam bieliznę?


    Zeskoczyła, nie marnując czasu na zwiedzanie mieszkania sięgnęła po kołdrę, chichocąc bezgłośnie, jakby robiła psotę. Chwilę później dwa ciała mruczały pieśń miłości, ale tylko jedno miało skarlałą świadomość, jeśli można mówić o niej w trakcie uniesienia. Znów spletli się w krzyku spełnienia i znów uciekła, nie dbając o odzyskanie bielizny. Paweł najwyraźniej sen miał twardszy niż sezonowana dębina, bo Natka wylizała wszystkie paluszki i poprawiła się na kanapie, zanim się obudził i wzorem poprzedniego miesiąca stopniował zdumienie, by zerknąć pytająco na kobietę z obrazu. Jeszcze jej nie oskarżał, ale czuła się nieswojo. Wmawiała sobie, że poskromi żądze i da Pawłowi odetchnąć od własnych potrzeb, ale sama nie wierzyła w te zapewnienia. Osnowa była wystarczająco cienka przez zaledwie trzy doby w miesiącu księżycowym skupiając się wokół nowiu, gdy noce były najczarniejsze i potwory schodziły na świat. Bezszelestnie, jak Natalia…


    Zaciskała zęby, a przed kolejnym nowiem, przywiązała samą siebie do kanapy, nim zmierzch otulił świat. Ciało rwało do Pawła, ale zdołała przetrwać dwie noce. Trzeciej uległa żądzom i już zdejmowała pantofle, żeby stopy polizał jej wiatr, gdy spostrzegła, że Paweł nie śpi. Zesztywniała z wrażenia. Czekał na nią? Domyślił się jej niegodziwości i postanowił przyłapać? Za skarby świata teraz by nie zeszła. Trudno. Podnieta zgasła, a kolejnej nocy osnowa była już zbyt mocna by ją pokonać. Paweł? Gapił się na nią jakoś tak dziwnie, że podczas czwartego nowiu postanowiła skorzystać z jego lustra w przedpokoju. Z wprawą opuściła ramy obrazu i podreptała obejrzeć się. Dziwne, skacząc na podłogę, czuła, że coś jest nie tak. Wzdęło ją? Ale od czego? Lustro potwierdziło podejrzenie. Rósł jej brzuch. Wystraszona wróciła na kanapę z obrazu i zaczęła myśleć.


    - Takiej grubej, to na pewno już mnie nie zechce. Może powinnam się odchudzać? I ten jego wzrok. On już od jakiegoś czasu widzi, że tyję. Grubaska z obrazu. Zasmarkana od łez, które wypłynęły niepytane. Świnia. Mógłby chociaż udawać. Przytulić i powiedzieć, że kocha, albo uwielbia jej ciało. Wymienić kwiaty w wazonie, albo kupić jej jakiś drobiazg. Pierścionek zaręczynowy? Niechby chociaż taki z odpustu, za kilka groszy. Albo zaprosić na ciastko z kremem. Dwa! O tak, dwa byłyby lepsze niż jedno. Może nawet… Nie! Przecież i tak jest gruba. Lepiej na sałatę. Wgryzłaby się w nią jak gąsienica bielinka kapustnika, a on pochwaliłby wysiłki na drodze ku smukłemu ciału. Prawda, że by pochwalił? Pewnie, przecież nie jest świnią, tylko facetem. Nawet oni czasami pochwalą, choć nigdy nie przesadzają z wyznaniami. Ale teraz, to już nie zejdzie ani-ani. Póki nie schudnie.


    Tymczasem każdy kolejny miesiąc przyniósł dodatkowe krągłości. Bolały ją piersi, które też stały się nie dość, że znacznie większe, to jeszcze niezwykle czułe. I ten sterczący pępek, przestający mieścić się w sukience. Rozciąć ją, czy zdjąć? Paweł i tak gapił się, a malujące się w jego oczach uczucia splątane były bardziej niż bluszcze wspinające się po dębowych pniach. W uczuciach stała się niestabilna, od furii do płaczu bezsilności przechodząc niemal niezauważalnie. Paweł obserwował ją dużo ostrożniej, jakby ukradkiem, ale nic nie mówił. Gdy w końcu domyśliła się, zatkało ją całkiem. Była w ciąży!


    - No przecież! Zachciało ci się figli i teraz masz za swoje.


    - Mogłam być ostrożniejsza.


    - Mogłam? Nieprawda, nie mogłam, ale on mógł.


    - Co mogłam poradzić, że on… - rozpłakała się z bezsilności, bo przecież to nie grzech, że był młody, na dodatek nie miał świadomości, bo to ona sama…


    - I co z tego, że młody, że spał, ale mógł coś wymyślić. Przecież widziała jak sam się zadowalał. Mógł nie czekać na nią, tylko pozbyć się nasienia zanim przyszła.


    - A teraz co? Powiedzieć mu?


    - A uwierzy? Kłamczusze z obrazka?


    - Ja bym nie uwierzyła.


    - A ja tak. Przecież wie, że go kocham.


    - Nie kochasz, tylko wykorzystujesz!


    - A widziałaś, żeby protestował? Widziałaś, jak mu się gęba cieszyła, gdy wiałaś w objęcia obrazka?


    - Widziałam śpiącego chłopca, śniącego sen tak gorący, że musiał znaleźć ujście.


    - I co z tego? Znalazł mnie, to teraz niech poniesie konsekwencje.


    - A jak się wyprze? Ze wstydu się spalę, a nikomu się nie przyznam.


    - Trudno. Urodzi się, to jakoś wychowamy. Tylko jak zmieścimy się na obrazku? Zobacz, już teraz nasze ciało wygląda na wielkie, a do rozwiązania jeszcze daleko. Dziecko potrzebuje przestrzeni i powietrza. - potyczka z ukrytym w duszy alter ego kazała Natalii przejść na liczbę mnogą, gdy rzecz dotyczyła obu dyskutantek.


    - Będzie wąchać podczas nowiu. A potem będzie się uczyć, żeby nie urosnąć na głupola, jak ja.


    Dialog stawał się coraz bardziej abstrakcyjny, więc pozostał płacz, jako ostatnia deska ratunku. Może coś słodkiego? Coś w sam raz dla grubaski! Mijały tygodnie, zamieniając się w miesiące, obraz lekko protestował przeciw obciążaniu go dodatkową treścią, dobrze, że Paweł to fachowiec i powiesił obraz na solidnych wkrętach, bo inaczej spadłaby wraz z kanapą i kwiatami i obiła sobie tyłek. A może należało się jej? Wątpliwości rosły i całe ich hałdy zalegały na dalszych planach obrazu. Szczęśliwie nów nie obraził się na Natkę i pojawiał się regularnie, więc dopływ świeżego powietrza był. Paweł zaglądał codziennie, udając, że nie dzieje się nic złego. Ale poród przegapił. Wyszedł rano z domu, kiedy wrócił, na kanapie leżała Natalia wyczerpana porodem, a obok niej leżał pulchny bobasek kwilący i dopominający się pokarmu. Zaraz, zaraz – nie jeden, a dwa bobasy; drugi właśnie przyssał się do piersi i świata nie widział poza sutkiem.


    Natka kiedy już zdołała oderwać zmęczony wzrok od parki noworodków dostrzegła Pawła. Stał z otwartą gębą, dłońmi wsparty na ramie i gapił się z bliska. Dobrze, że zakryła srom, bo pomyślałaby, że jest zboczeńcem. Ale on gapił się na pisklęta i na twarz Natalii. Mówił coś, ale była zbyt zmęczona, żeby słuchać. Przymknęła oczy. Nie miała pojęcia, ile czasu spała, ale gdy się obudziła, narybek zachłystywał się od płaczu. Byli głodni. Podsunęła obu po piersi. Dziąsełka mieli nieuzbrojone, ale i tak błyskawicznie zmiażdżyli jej sutki. Płakała bezgłośnie, lecz ból istnienia równoważyła miłość. Kiedy już opchali się po pępek położyła ich na kanapie, a sama poczuła, że przydałoby się wykąpać. Czując odrobinę powietrza, odwróciła wzrok za obraz.


    - To już? Kolejny nów? – zdumiała się, ale widok twarzy Pawła przy samej osnowie zaskoczył ją jeszcze mocniej.


    - Paweł? - zapytała szeptem, żeby nie zbudzić dzieci.


    - Znasz mnie - najwyraźniej on miał już za sobą szok związany z tym, że zawartość obrazu ożyła. - Czy to…


    - Tak – Natka domyśliła się o co chciał zapytać, a choć było jej wstyd, nie mogła dłużej oszukiwać – Twoje. A raczej moje. Wykorzystałam cię, a potem bałam się przyznać. Wybaczysz mi kiedyś?


    - Możesz stąd wyjść? - zapytał, zupełnie nie na temat.


    - Dzisiaj tak, ale nie na długo. Wiesz… muszę się opiekować dziećmi.


    Wyciągnął rękę, żeby jej pomóc i powiedział:


    - Weź ich z sobą, po co mają się męczyć na sofie?


    Potem było jak we śnie. Paweł pomógł jej ułożyć dzieci na łóżku, ją na rękach też przeniósł. Z łazienki zabrał gąbkę i miskę z ciepłą wodą. Gdy odpoczywała, umył ją delikatnie, choć usiłowała protestować, trzymając rąbek sukienki przyciśnięty blisko kolan.


    - No wiesz… - łagodnie ją skarcił – Widziałaś mnie nago, więc może czas na rewanż? Zresztą, sama nie dasz rady się umyć, a i dzieciom odrobina ciepłej wody się przyda. Zasnęła, pozwalając Pawłowi na wszystko. Kiedy się obudziła, trzymał jedno dziecko na rękach, kołysząc je, by nie darło się w niebogłosy. Drugie właśnie otwierało oczy i dołączyło do chóru. Dzień w Pawła łóżku skończył nie podejrzanie szybko, noc nadciągała, a po niej…


    - Wiesz – pogłaskała Pawła po policzku – Musimy wracać. Rano osnowa się zamknie na cztery tygodnie. A po nich, znów możemy cię odwiedzić. Jeśli chcesz.


    - A musicie iść? - niby proste pytanie, ale Natalii jakoś nie przyszło do głowy – Co się stanie, jak zostaniecie? Obraz wisiał i zostanie tam. Chyba. A, że pusty? To już jego problem.


    - Naprawdę? - Natalia nie dowierzała – Możemy zostać? Wszyscy?


    - Jeśli tylko chcesz. Chcecie.

niedziela, 19 kwietnia 2026

Zapomniane sny.


    Miło mi więc taplam się jak dzik w borowinach (nie cierpię na reumatyzm). Znienacka okazało się, że w nieprzebranych zasobach sieciowych ktoś dostrzegł moje twórcze wysiłki - o tam:



    A ja jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa i mam nadzieję w "o tam" zaistnieć w ramach bieżącego konkursu literackiego na obu zaanonsowanych dystansach.

Rzekła rzeka do rzecznika, żeby rzeczy orzeczenie pożyczył.

 

Z prasówki:

    Uchodźca gwałcił kobietę przez sen – znaczy śniło mu się że gwałcił, czy spał i gwałcił kobietę? Bez względu na skutki – musi siedzieć, aż mu nie przejdzie, albo o jeden dzień dłużej.


    Zamiast deszczu spadają płatki z mirabelek, śliw wiśniowych i magnolii – te ostatnie, to spadają jak nietrafiony list miłosny podarty na strzępy przez obdarowaną istotę. Dzieciaczki na „wycieczce” z przedszkola na plac zabaw (to wyprawa z grubsza na niecałe sto metrów, ale wystarczająca, żeby zmienić tło dziecięcych zabaw) ozdobiły wnętrze między budynkami. Wiem, to pozostałość minionego tygodnia, bo przecież niedzisiejsza zabawa, ale podwórko pomalowane jest kolorową kredą i takie odświętne, inne, zmienione ręką potrafiącą zmieniać wszystko, nie znającą ograniczeń i niemożliwości tak chętnie goszczących w świecie dorosłych. Niebo pomarszczone straszy niepogodą, a prognozy straszą wichurą.

środa, 15 kwietnia 2026

Liszka z pliszką w Szypliszkach.

 

    Znad placu zabaw unoszą się całe szwadrony baniek mydlanych. Bezzałogowo atakują balkony i dachy, jednak sposób selekcji jest trudny do zauważenia. Wiadomo. Wiatr w ograniczonej przestrzeni kręci i ma swoje humory. Sroki nie dają się nabrać na mydlany połysk i robią to, co sroki porabiają popołudniami w słoneczne dni. Pisklęta huśtane wahadłowym ruchem ćwiczą powstrzymywanie odruchów wymiotnych. A kiedy się znudzi przekopują górę piachu, którą już przekopali wczoraj i przedwczoraj. Trudno przypuszczać, że jakieś skarby się kryją pod nim, gdy niestrudzone zastępy forują tę ruchomą wydmę. Psowaci prowadzają swoje utrapienia na niespieszne okrążenie osiedla drogą znaną do obłędu – trzy razy na dobę to samo kółko – zmieniliby choć kierunek ruchu, bo przecież to nie jednokierunkowe osiedle. A i na koniec świata – za tory iść można, gdzie już zapewne ziarnopłon i fiołki, samosiejki mirabeli i głogów zawodzą aromatem pełnym słodyczy i zderzyć się można z sąsiadem dawno niewidzianym, albo sąsiadką wiecznie zakrzyczaną przez czworonoga. Tylko komu się chce? Na osiedlu rozmaitość świergotliwa dokazuje, gdy tylko szpaki przestaną gwizdać, a wrony rechotać. Po niedawnych świętach szyby w oknach wciąż błyszczą więc słońce atakuje zajączkami, szukając kogoś, kogo ruszy i zgodzi się wyjść naprzeciw.


wtorek, 14 kwietnia 2026

Szerszy szerszeń.

 

    Gość był rozbudowany w udach do tego stopnia, że idąc obawiał się o prywatną elektrownię jądrową i rozstawiał nogi naprawdę szeroko, niczym bosman w czasie sztormu, żeby pokład spod stóp mu nie umknął. Patrzę na tramwajowe szyny, a one wyglądają niewinnie i gładko. Jak to jest, że w tramwaju trzęsie, jakby jechał po muldach? W galerii handlowej dostrzegam wysokopienną dziewczynę chronioną wytatuowaną nad biustem ważką. Ciągnie wielką walizę, ale wzrokiem penetruje sklepowe zakamarki wypatrując okazji. Do Tostorii wpada gość i usiłuje wręczyć obsługującej klientów kobiecie sto złotych – na posiłki dla biednych. Pani się broni, on wyznaje swoje uczucia i deklaruje, że idzie po kwiaty dla niej, tylko najpierw musi się napić wody spod ogórków, bo do czwartej rano bawił się w konsulacie.


    Wracając trafiam na chłopaka z poszetką w kolorze krawata i lakierkach, w których można się przejrzeć. Był tak piękny, że w autobusie zerkały na niego niewiasty w każdym wieku. Nawet te żujące bezmyślnie gumę. Chłopak studiował coś, co wyglądało na scenariusz sztuki i kto wie, czy dopiero nie uczył się roli amanta. Pośród mijających mnie tablic rejestracyjnych dostrzegam obok imion D0 AZJI – dostawczak sieci restauracji z azjatyckim menu – sensownie. O autobusowe szyby rozbijają się krople-samotnice, które ciężko nazwać deszczem, ale popołudnie dopiero czeka na wychodzących z pracy tubylców, więc pewnie to tylko rekonesans.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Kaszmirowy koszmar.

 

    Pierwszy raz widziałem, jak motorniczy podszedł do gościa objuczonego psami i kazał mu założyć zwierzętom kagańce, albo wyjść z tramwaju. Gość wychodząc „na spacer” z dwoma lisami oczywiście nie miał, więc wysiadł. Nie jestem wrogiem zwierząt, ale ludzi, którzy usiłują obarczyć swoją pasją innych. Naprawdę? Wycieczka tramwajem dla psa? Nawet ja, kompletny laik widzę, że im to nie służy. Podobnie jak stanie w kolejce po bułki, czy sprzęt RTV. Kozacze stada prowadzą gawędy głośno, bezwstydnie i tylko czekają, żeby się zmierzyć z kimś, kto nie dysponuje przewagą liczebną. Buta niemierzalna. Ech!


    Pani, globalnie miękka zbiegała schodami z wiaduktu SINUSOIDĄ! Ten element miała dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, gdyż po zstąpieniu z najniższego schodka bez cienia nieciągłości funkcji kontynuowała bieg w poziomie. Za to na wiadukcie trafiam panią, której czas przemalował włosy na ciemny popiel. Kobieta idzie z przymrużonymi oczyma. Czy spoza owych szparek cokolwiek widzi, tego pewien nie jestem, ale idzie na tyle pewnie, że żadnego wsparcia nie potrzebuje.


    Idę, bo pogoda, bo czas pozwala, bo mogę i chcę. Idę. Idę i myślę, a moje myśli jakoś tak mało wiosenne. Bo moje Miasto mnie nienawidzi. Nie wiem za co, ani dlaczego. Ale tak jest. Moje chodniki, po których dreptam od lat zamienia w ścieżki rowerowe, spychając mnie na peryferia. Wielojezdniowe ulice z torowiskami w środku dzieli sygnalizacją świetlną na absurdalne interwały, nie dające mi płynnie przejść jednej ulicy. Najwyraźniej płynność zarezerwowana jest dla pojazdów. Nie dla mnie. Bo kto to widział trafić dwie jezdnie z torowiskiem w środku i tylko przez nie dałoby się przejść nie łamiąc umowy społecznej? Albo skrzyżowanie, które usiłuję przebiec, żeby zdążyć na „zieloną falę” – bezskutecznie. W pół drogi na wysepce czerwień świateł wstrzymuje mnie na dwie, może trzy minuty. Wysiadam z komunikacji zbiorowej przed marketem budowlanym i co? Współczesna „inżynieria” dyplomowana, utytłana, obsobaczona medalami i Bóg wie czym – ZAPOMNIAŁA O CHODNIKU! Do marketu można wyłącznie dojechać! Dlaczego? Bo w bagażniku mieści się więcej zakupów, niż w plecaku piechura. Koszmar! Zasapałem się, więc z trudną do ukrycia satysfakcją przeczytałem na przystanku informację z elektronicznej tablicy: JAKOŚĆ POWIETRZA DOBRA – od razu mi lżej i głębiej zaciągam się tym, co mi oferuje Miasto! Może nie jest takie złe, skoro powietrze, mimo zagęszczenia ruchu i trudności paliwowych wciąż można określić, jako jakościowo dobre?

Podglądacz.

 

    Klatka schodowa wciąż pamięta twój zapach. Przechowuje go, jak skarb. W dawno już nie mytym oknie dopiero rozwiewa się twój kontur, schodzący z wraz moim po schodach. Wciąż jesteśmy uśmiechnięci, pamiętający spazmy gorączki przedświtu, gdy zaczęłaś śpiewać wcześniej niż osiedlowe kosy, a ja gasiłem krzyk gryząc poduszkę. A teraz wracam do domu, niosąc dla ciebie bułkę pachnącą ciepłem i delikatnością. Światło na korytarzu gaśnie, zawstydzone, gdy wącham swoje dłonie pamiętające pikanterię kształtu, który wymknął się z uśmiechem, pobłażliwie karcąc moje nienasycenie. Korytarz wie, bo podglądał nas przez wizjer, nie przejmując się zupełnie własną bezczelnością. Kpi, że został wspólnikiem w grzechu.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Święta świętych.

 

    Osiedlowe kosy przyglądają mi się, jakby sprawdzały, czy jestem koneserem ich porannych koncertów. Chyba zdałem egzamin, bo odprowadzały mnie zupełnie bez lęku, czy wstrętu. Dziewczę o podrasowanych brwiach sprawdzało niedzielny rozkład jazdy, dzięki czemu nie musiałem nadwyrężać wzroku. Na wysokości niegdysiejszego wysypiska śmieci dostrzegam pustułkę przyczajona na latarni. Wpatrywała się w nieużytek, z nadzieją na ciepły obiad. Na skwerach część drzew okryła się już młodą zielenią, reszta wciąż śpi a może całkiem umarła.


    W tramwaju aż tłoczno od medycznych gawęd. Z jednej strony gość poszukuje zasadności rejestracji do neurologa z terminem cztery lata, z drugiej pani cieszy się, że rejestracja na marzec 2027, to dobra wiadomość, bo zabieg niezbyt ciężki i nie za drogi, więc jakby co, to kasa w dłoń i prywatna usługa niemal od ręki. Podziwiam szmaragdowe łono zdobiące róg ulicy. Pani zaaferowana gawędą, machinalnie potrząsa wózkiem, żeby krzyk z wewnątrz nie eskalował nadmiernie i nie zaburzył smoltoku.

piątek, 10 kwietnia 2026

Jęczy zajęta jętka, że woli dowolną wolność.

 

Zuchwale wsiadam w nie swój autobus. A co! Ku zdumieniu Szlachcianki Z Zaścianka i Nowego Karampuka, wsiadam i jadę. Poranek najwyraźniej mniej obrósł rutyną, coś mnie niepokoi, więc wsiadam w „pierwszy wolny”, żeby nie marznąć pośrodku niczego. Szlachcianka intensywnie pachnie mydłem, tłumiąc wszelkie zapachy otoczenia. Na jednym z przystanków mijam piękną Golemicę, dziś bez swojego Golema, za to zajętą konwersacją telefoniczną, pozwalającą jej zignorować autobus, kwitnące we wszystkich wymyślonych kolorach tulipany zasiedlające trawnik jak szarańcza.


Czekam na krzyżówce, a Nóżka, stojący naprzeciw jak wyrzut sumienia, obnaża moją czasową porażkę. Tym bardziej, że kiedy w końcu objawia się „zielone”, przez pasy przejeżdża tramwaj, blokując przejście, a za nim nadciąga autobus, również mający apetyt na kolejną blokadę. Zgroza! Wielkoformatowe pojazdy komunikacji zbiorowej uniemożliwiają skorzystanie z praw piechocie. Wreszcie ruszam, a przede mną, szerokim chodnikiem kroczy gość rozbudowany cieleśnie, na dodatek z aspiracjami, by zająć całą szerokość chodnika. Idzie sinusoidą. Pewnie pijany. Kiedy trafiam w przeciwfazę, wyprzedam, zerkając z niemaskowaną ciekawością. Chłop wędruje z zamkniętymi oczyma! Ja rozumiem, że widok nie nastraja, ale żeby aż tak? Może mu w oczy zimno?


Za dwieście trzynaście, dziewięćdziesiąt bezpłatna gazetka zaprasza mnie na „immersyjne doświadczenia audiowizualne”. Nie wiem, czy chcę. Trochę się boję. Może poczekam, aż ktoś opowie co to było. Najwyraźniej worek ze złośliwością mi się otworzył, bo z radio dobiegła mnie idea reklamowa jakiegoś samochodu – „poszerzamy strefę komfortu”. Jeszcze nie skończyli się chwalić, a ja już miałem w głowie, że dzięki temu zabiegowi nawet zdychać można będzie komfortowo, jeśli poszerzona definicja będzie wystarczająco mocno rozciągnięta.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Misterne misterium.

 

Budzące się po zimie klony gęsto obsypały się kolorem nieco tylko ustępującym kwitnącym forsycjom i udają zmutowane krzewy. W resztkach przyrody na osiedlu ćwierka coś, co jeszcze wczoraj nie ćwierkało, a rozmaitość z dnia na dzień rośnie. Wędkarze wysiadują brzegi Rzeki, kompletnie ignorowani przez Emerytowanego Dżokeja rwącego do roboty w tempie kłusaka na derbach.


W tablicach rejestracyjnych zarejestrowałem V0 BOBR – a niech tam, czemu nie! Za to reklama naklejona na autobus zdumiała mnie do cna. Ni mniej, ni więcej oferowała e-book z zakresu sortowania śmieci. Normalnie doktorat z wywalania odpadków. Dotąd myślałem, że gospodarka odpadami, to zajęcie dla zawodowców, którzy wiedzą i potrafią. Tymczasem prasówka, którą rutynowo popełniam niemal co dnia sugeruje, że jestem głupi i nie wiem, do jakiego kubełka mam wrzucić to czy tamto. A skoro tak, to ebukiem we mnie! Niech się szkolę, żeby zawodowcy już nie musieli. Im w końcu płacą za to żeby wiedzieć, a ja muszę nie tylko wiedzieć, ale i im zapłacić. Trochę to dziwne. A skoro już grzebię się w śmieciach. Wodociągi i kanalizacja też się skarżą, że do porcelanki domowej trafia coś więcej jak balasy i jest kłopot, szczególnie, gdy trafiają rzeczy pływające wierzchem, bo zakład radzi sobie ze ściekami głębinowymi, a z powierzchniowymi już nie bardzo. I strasznie martwi ich tłuszcz, bo zakleja rurociągi. Więc jak kupka, to dietetyczna, najlepiej obciążona czymś, żeby nie próbowała stylu motylkowego.