Istota płci niezdeterminowanej
doganiała autobus pod osłoną parasola przeciwdeszczowego
chroniącego przed udarem słonecznym. I dogoniła. Głowy nie dam,
ale chyba-facet, choć włos miał długi, farbowany na rudo i w kok
na głowie zawiązany. Lepiej siedzieć cicho, bo ponoć jakiś
lekarz z Kanady dostał w prawomocnym wyroku karę 750.000
ichniejszych złotówek za twierdzenie, że biologiczna płeć nie
jest kwestią wyboru.
Szczeć wyciąga swoje zielone,
kolczaste głowy do słońca i beztrosko porasta wąskie trawniki
dzielące pasy ruchu – po co dzielące, tego akurat nie wiem, ale
szczeci to nie przeszkadza, więc i ja cynicznie wzruszam ramionami.
Na przystanku trwa w melancholii chłop podgolony na szlachcica.
Niewątpliwie stał się lepszym człowiekiem, gdy swą szlachetną
szyję trwale ozdobił kilkoma trójkątami. Zmierzająca na
przystanek dziewczyna w żakiecie koloru kwiecia podróżnej cykorii
jakoś nie dostrzegła wyrafinowanej modernizacji samczego karczocha
– może była zaspana (zasapana)?
Zapowiada się dzień kobiet
rozrośniętych w barach – bary co prawda zwykle kojarzą się z
mężczyznami (względnie z leniwymi pierogami, albo z prymitywnym
wyszynkiem), zostawiając dla kobiet ramiona, ale jakoś ramiona nie
pasowały mi do tych klat rozrośniętych i wybujałych co najmniej w
3D, które mnożyły się w oczach i w czasie. Gdy wysiadam, trafiam
na pana z pustym wiaderkiem. Idzie beztrosko nim machając i popada w
samouzależnienie od sprokurowanej lekkomyślnie sinusoidy do tego
stopnia, że zaczyna się zataczać w marszu.
Znów wygnało mnie na wyspy.
Zdziczałe jabłka poturlały się w trawie zmierzając ku brzegowi
Rzeki, by tam medytować wzorem Hipokratesa, zapewne aż po śmierć.
Na Wyspie Daliowej jakiś łykowaty chudzielec fotografuje urodę
swojej kruszynki-murzynki na tle rzeźby – szkieletu wieloryba o
żebrach z polerowanego chromu, powstałej ongiś za jakieś
kosmiczne pieniądze. Niemożliwa blada miłość meandruje i
wymienia uwagi przeznaczone tylko dla wybranki, a wybranka, jeśli
już się rumieni, to bardzo dyskretnie, skrywając zawstydzenie pod
opalenizną permanentną.
Pod drzewami dojrzewają pieczarki i
usiłują przetrwać upały korzystając z łaski gęstwiny liści
wiązów. Taki dzień mógłbym zacząć od spotniałej szklanki piwa
na jednej z przycumowanych do wysp barek, ale one są jeszcze (już?)
zamknięte, więc przyszłoby chyba pić z flaszki, na schodach do
wody, rzucając drobne kamienie i patrząc, jak z wyrzutem zerkać
będą na mnie kaczki i łabędzie. Pośród wielkich, niebieskich
worów ze śmieciami – głównie z próżnym szkłem, śpi kloszard
okryty niebieskim kocem. Szkła mniej niż trawy, więc chyba
studenci czasowo zaprzestali conocnych okupacji wysp przy grillu
wzmocnionym procentami. Przechodzę kładkę i idę pod wiatr, w górę
Rzeki, odprowadzony spojrzeniem bazyliszka – znaczy takiej
wychudzonej wrony z pociągłą (twarzą? ryjem? mordką? gębą?
może głową?) powiedzmy z pociągłym otoczeniem części dziobowej
ptaszęcia. Zwolniłem miejsce na wyspach, z czego natychmiast
zamierzała skorzystać dziewczyna z wyblakłym psem rasy
upośledzonej w gabaryt. Mijając mnie nie mówi dziękuję,
ale to było przecież przewidywalne, zgoła oczywiste i nie
zamierzałem jej robić wyrzutów.
Obok galerii promującej cykliczną
wystawę członków, gdzie już wkrótce ma stanąć hotel z
tradycjami (które prawdopodobnie budowane będą równolegle, albo
„hybrydowo”) przechodzi dziewczyna z cierniami wydziarganymi na
piersiach. Może miał to być paradoks – niby miękkość, a
kolczasta?