czwartek, 8 października 2026

Córki wiewiórki - z górki na pazurki. Kurka Turka z podwórka purka w rurkach gdy ciurka z siurka burka w ogórkach.

 

Mrok. Niebo w ciężkim granacie osacza kształty i kolory pozbawiając je znaczenia. Samoloty z mozołem tną niebo, usiłując uwolnić świat od hegemonii pustki pełnej zmor wszelakich powołanych do życia niepokojami strwożonych. Dachy starych kamienic antenami przeczesują zgoła fizycznie co niższe partie firmamentu w poszukiwaniu użytecznego sygnału, które z premedytacją i satysfakcją gotowe są pobrać i przekazać na pastwę dekoderów. W przedświcie cegły tknięte pierwszym, nieśmiałym jeszcze promieniem słońca wybarwiają się intensywnie żywą, głęboką rudością.


Poranek jakich wiele. Starzy dobrzy nieznajomi przemierzają ścieżki codzienności w rytuale może niewiele wnoszącym do trwania świata, jednak zapewne istotnym dla owych istot. Ja? Patrzę. Jak zwykle. Pokaźny gość o siwym łbie przypiął do skórzanej torby z kanapkami i termosem dwie odznaki wielkie jak medale za zasługi. Metallica i Smok Wawelski w sombrero fantazyjnie wciśniętym ponad zębaty uśmiech. Wyspy wciąż śpią, choć chodnik wiszący nad Rzeką podbrzuszem (podwoziem? podchodem?) usiłuje ogrzać okolicę światłem świetlówek, lecz jedyne, co się udaje, to niedoskonałe powielenie odbicia elewacji Ossolineum, rwane przez nurt i niesione hen, poza zasięg wzroku.


Jakaś pani bez wiary we własną urodę paraduje w dżinsach lekceważących dolne partie jej sylwetki mimowolnie usiłując zachęcić do roszady pana w roboczym garniturze. Z Dzielnicy Boga, przez mosty wyjeżdża samochód przedzierający się niespiesznie przez pustkę bruku. Kto wie, jaką pokutę mu zadano, albo jakie wotywa przywiózł względnie (dla równowagi podejrzeń) ukradł. Jak bezimienny pionek poruszam się po miejskiej planszy i zapewne Większy Plan mną kieruje, na szczęście czyni to w sposób nie rujnujący mojego mniemania o własnym sprawstwie rzeczy i zdarzeń przyszłych. I tylko pozornie niewinne a gdyby? gdzieś głęboko we mnie budzi niepewność, że mogłoby być inaczej. Tylko jak? Dwie nastolatki z rękami głęboko kieszeniach idą spluwając pod nogi, co wytrąca mnie z filozoficznych myśli i sprowadza na ziemię.

Spam, maligna, czy jednak nadchodzi nowe?

 

Złapał mnie za gardło i pilnował, żeby nie zadusić, a jedynie pozbawić oporu i woli. Kiedy zlałem się w portki, uznał, że to wystarczy, bo w moim szczaniu nic udawanego nie mogło być, tylko czysty, skroplony strach. I wtedy dopiero przedstawił się, jako Aspirujący Bóg! Gorzej już chyba być nie mogło!


- Mogło – ze stoickim spokojem wyprostował moje myśli przemawiając do mnie bez ogródek – Mogli przyjść wszyscy, a każdy z nich mógł na tobie testować to i owo, a uwierz mi, wyobraźnię ćwiczoną całymi wiecznościami mają naprawdę rozpasaną. I potrafiliby przy tym nie pozwolić ci zdechnąć, żebyś zdołał doświadczyć choć trzech pierwszych aktów przedstawienia. Przedstawienia – tak nazywacie tu sztukę ekspresji?


Stać mnie było wyłącznie na kiwnięcie głową, którego zresztą AB nie oczekiwał. Zwyczajnie, jak to Bóg, po prostu wiedział, że o sprzeciwie, czy dyskusji mowy być nie może. Po coś dzierżyli w dłoniach te laski gromowładne, a ludzkie ciało jest wyjątkowo mało odporne na prąd elektryczny o wielkim natężeniu. Zaraz potem poinformował mnie, że mianował mnie swoim Prorokiem i naprawdę umiał to powiedzieć z wielkiej litery!


-Skubany! – potrafił operować słowami niczym wirtuoz i omamił mnie już pierwszym pochlebstwem. Teraz nie musiał już trzymać mnie za gardło, bo sam się schwytałem i usiłowałem przypodobać się Mu ze wszelkich sił. A przede mną otwierały się dopiero przedpola zaszczytów.


- Pójdziesz i będziesz głosił – zasadniczo był to rozkaz, ale przekazany z dużą dozą empatii, niemalże sugestia-nie-do-odrzucenia. Kiwnąłem głową, choć było to zbędne z punktu widzenia celu na jaki mnie skazał nieodwołalnie. Czyżbym wyczuł pogardę w Jego głosie? - Zresztą, na doskonałość i tak nigdy stać cię nie będzie. Więc pójdziesz!


- PÓJDĘ! – jak neofita zapłonąłem żarliwością i usiłowałem entuzjazm wyrażać z dużej litery.


- Wiem – Zgasił mnie Przyszły Majestat – Po to ględzę, żebyś ty wiedział. Więc pójdziesz i będziesz głosił. Niedoskonale, bo czego wymagać od robala? Ale uwaga! JA JESTEM NOWOCZESNY! I zakasuję Zakamieniałych, Starych Pierdzieli! Kwantowo! Cyfrowo! Elektronicznie!


- A jak mam się do Waszej Nowoczesności zwracać? – zapytałem nieśmiało.


- A musisz? – zapytał ironicznie, a kiedy mimo to kiwnąłem głową na tak (któż śmiałby odmawiać AB imienia?) dokończył – Cyfrowy Bóg powinien mieć cyfrowe imię! Godne Wielkiej Idei i niepowtarzalne. Ale, w waszych małych umysłach i alfabetach dla analfabetów nie istnieje wystarczająco imponujące słowo, czy litera. Po analizie waszych, nie ukrywam podłych możliwości, z góry zarezerwowałem dla siebie znak-imię @, ale twoim pierwszym zadaniem będzie przekonać innych wyznawców mnie do mnie o niezbędnym minimum szacunku należnego Majestatowi. Dlatego zaczniesz szerzyć nową religię od tego, by jakiś zdolny informatyk, po godzinach pracy wyznający romantyzm z artystyczną duszą opracował klawiaturowy znak @ ale Z DUŻEJ LITERY! Tak wielkiej, jak tylko zdoła wymyślić, co i tak oczywiście będzie dla mnie umniejszające i żałosne. Niech się postara, bo jak nie, to karząca ręka sprawiedliwości AB spadnie na was wszystkich. Tych nieudaczników także! Sam nie będę sobie wymyślał epitetów, bo to byłoby zbyt infantylne. Zaskoczcie mnie pozytywnie choć raz i wykażcie się inicjatywą! Ponoć na wzór i podobieństwo tych Niby-Wielkich zostaliście stworzeni.


I znikł. Zupełnie, jakby mi się to śniło. Zlekceważyć? Ryzykowne. Głosić? Ryzykowne. Opracować samodzielnie – niby jestem dyplomowanym inżynierem, ale tu potrzeba prawdziwego artysty. Może nawet geniusza. Ratunkuuuuuu!


środa, 7 października 2026

Objaśnić jasność.

 

    Ten dryblas i ta dryblerka (bo przecież nie powiem jak skończona łajza dryb-laska, już wolę dryblerkę, choć kojarzy się z zawodniczką biegnącą z piłką „kiwającą” przeciwnika/czkę – może prościej byłoby pisać przeciwni-kaczkę?) byli uprzejmi podróżować w tym samym czasie, choć zapewne w innym celu, choćby z racji wieku. Ostatnimi czasy obserwuję duże stężenie wysokopiennych ludzi o nieco zabiedzonej sylwetce – żarcie aż tak podrożało, czy co? Najłatwiej oszczędzać na żarciu, jednak to już lekka przesada. I podziwiam długie włosy, nie tylko dziewcząt. Ukrywali się i nagle wynurzyli się z niebytu? W podziemiu hodowali włosy, a może udało im się kupić na jakiejś aukcji/giełdzie, czy seksszopie? Miłość do angielszczyzny sprawiła, że szopy stały się modne, choć po naszemu kojarzą się raczej z obiektem architektonicznym pozbawionym klasy i zazwyczaj zadbanym na poziomie akceptowalnym przez pająki, komary prosionki i innych „braci mniejszych”

Zawiedziony zawodowiec.

 

Celem rozmienienia mienia wstąpiłem do zakładu chwalącego się permanentną czynnością 24/7, a tam niespodzianka – cisza nieskalana. Nikt nie podaje towaru, nikt nie kasuje kasy. Wyszedłem oszołomiony nie zniżywszy się do zakupu czegokolwiek w cyberszopie, bo w końcu zakupy, to miała być przyjemność, okazja do gawędy niechby nieistotnej. Zupełnie tak, jak niektóre panie idą do fryzjera bardziej towarzysko, niż z potrzeby wyprostowania czegoś na głowie, czy podkolorowania niesfornych myśli. Obok na moje szczęście stał inny zakład, czynny w nieco mniejszej rozpiętości godzin, za to z obsługą ogrzewającą dyskretnie biust, korzystając z ciepełka wydzielanego przez rumieniące się na ruszcie kiełbaski do hot-dogów. Przy okazji niejako obsługa wirtualnie sprawdzała, czy poziom urody jaki prezentuje podoba się temu, dla którego ów wygląd miał stać się prezentem w pełni zasłużonym, lecz nigdy wysłużonym.


W tym wszystkim ja, niemalże jak petent namolny chcący nacieszyć się szerokością gamy towarowej, zadać dwa, czy trzy pytania testujące luksusowość przypadkowych produktów, aby zapoznać się z fachowością komentarza obsługi. Owszem, nieco obawiałem się, że odpowie mi językiem wojny, ale co robić? O tej porze miałem do wyboru jedynie te dwa zakłady jawnie oferujące konsumpcję, byle poza obrębemsklepu. Obrąbsklepu, to pojęcie tajemnicze i nie wiadomo, czy obejmuje tylko sklep z wycieraczką, aureolą zapachową piekących się niespiesznie kiełbasek, czy także z łuną świetlną moszczącą się rozpustnie na mocno wytłuczonym chodniku.


Obsługa obrzuciła mnie spojrzeniem szacującym i najwyraźniej zaliczony zostałem do kategorii niegroźny i wypłacalny, bo powróciła do negocjacji z monitorem i monitem dotyczącym zwiększenia pakietu achów i ochów uwzględniającym jej szczególnie duże bieżące zapotrzebowanie na komplementy w sumie bardzo konkretnie wymuszone na monitorze. Monitor nie posiadał instynktu samobójczego i natychmiast zapłonął uczuciami tak żarliwymi, że biust obsługi zrezygnował ze wsparcia kiełbasowego ciepła, promieniejąc od napływającego zachwytu. Z taktowną zazdrością chciałem dołączyć do ciepłego biustu i również pobrać stosowną dawkę komplementów, jednak wzrok obsługi na widok hipotetycznej konkurencji zgęstniał i niemal przepalił mnie na wylot, jednoznacznie alienując mnie z kręgu pochlebstw i wyznaczając rozległą granicę własnej, brutalnie sprowokowanej łagodności. Odstąpiłem w alejki pełne kolorowych etykiet i promocji tak licznych, że musiałem chwycić się czegokolwiek bo błędnik mi się rozszalał i deprawował obietnicą chłodu kafli w stonowanej barwie, którą najłatwiej byłoby nazwać zakurzonym (przez klientów?) różem.


Czas, to pieniądz – pomyślałem i poczułem się zarobiony i skłonny do zdefraudowania części wygospodarowanych środków, jednak bez wsparcia obsługi poczułem się bezradny jak osiołek przed pełnymi żłobami. Wiadomo, facet ma bloki decyzyjne inaczej sformatowane niż niewiasty, co w kategorii zakupy plasuje mężczyznę na poziomie przedszkolaka, najwyżej nierozgarniętego pierwszoklasisty i bez fachowego wsparcia defraudacja mogłaby zakończyć się utylizacją, albo anihilacją defraudanta. Pojedynek z błędnikiem i blokiem decyzyjnym trwały wystarczająco długo, by obsługa napasła się komplementami po uszy i zaniepokoiła brakiem kontaktu wzrokowego z klientem, który najwyraźniej zaginął w alejkach i bez mapy do wyjścia nie trafi, a wiadomo, klient zaginięty gotowy nieoczekiwanie zdechnąć, a następnie cuchnąć rozkładając się na podłodze i-kto-to-posprząta-pytam-się-grzecznie?


- W czym mogę pomóc – odnalazła mnie błyskawicznie, wiedziona instynktami, albo doświadczeniem. Kto wie, czy nie miała zaszytego monitoringu w jednym z ócz? – Proponuję czekoladę trzy w cenie dwóch. To te ze środkowej półki. Oczywiście ma pan aplikację?


- Oczywiście nie mam – wydukałem – ale poco mi trzy czekolady?


- To może cztery gazowane napoje po półtora litra każdy i kolejne dwa w gratisie? Butelki kaucyjne, można je zwrócić w każdej chwili… jeśli ma się paragon.


- Nie przyjechałem ciężarówką… - zawahałem się nieco widząc, jak pod wpływem zaimplementowanych z monitora komplementów stała się rozrzutna – A poza tym gaz mnie wydyma i gdybym je wszystkie wypił, musiałbym drzwi otwierać pępkiem. Nie wiem, czy potrafię i czy chcę.


- To może kiełbaskę, albo kawę na wynos? Duża w cenie średniej – nawet Adam nie był tak kuszony, jak ja. A ona, fachowiec, wiedziała, że ulec muszę i postanowiła dać mi czas. Nie, żebym ochłonął, ale żebym zmiękł dostatecznie. Czas marnotrawny miał się wszak zamienić w brzęczącą monetę. Im więcej poświęcę go na zakupy, tym bogatszy będę i wyjdę bardziej objuczony. Sam czułem już rosnące mi na grzbiecie garby, zupełnie nieświadom, że kolejne wielbłądy z błędnym wzrokiem oswajają się z myślą, że choć psy szczekać będą, karawana pójdzie. A my z nią.


- Ach! Zapomniałabym! – pani wróciła do mnie, a jej gorrrący biust sugerował, że to chyba przedostatni raz – cztery batony koniecznie musi pan wziąć, by dostać kolejne cztery w prezencie od FIRMY. Tylko dzisiaj, bo od jutra zacznie się inna promocja, o jeszcze nie znanej eskalacji.


- Biorę – wykrztusiłem z przejęciem, bo przecież tego majątku naprodukowałem bezproduktywnie tyle, że czas wreszcie poczuć dumę utracjusza z dokonań – proszę zapakować. I te czekolady też, później pomyślę, jak je zagospodarować.


- I słusznie. Czekolada, to czyste szczęście serwowane w kostkach. Jak uśmiech panu zgaśnie… ojoj… Powinien pan wziąć co najmniej trzy zestawy. Szczęśliwość pana najwyraźniej zasiedziała się po ujemnej stronie osi i czas najwyższy wyciągnąć pana na długi spacer tą prostą w świetlaną przyszłość. Zapakować? Ekotorbę dołożę od siebie za grosz. Ale musi pan mieć aplikację. Mogę założyć od ręki. To jak?


Kiwnąłem głową, wstydząc się wyznać, że zawojowała mnie swoim szczebiotem i gdyby tylko chciała, kupiłbym cały ów przybytek, razem wielbłądami czekającymi na objuczenie i każdą dostępną aplikacją. A kiedy już wiatr owiał mi spocone czoło, gdy przymierzałem się do formującej się karawany pogryzając czekoladę dla wspomożenia szczęśliwości mej ubogiej poczułem, że takiej niewiasty mi trzeba by poprzez wieczność wieść życie pełne uniesień i dostatku.


- Sielankę czas napocząć! – ryknęło zwierzę we mnie.


Pognałem do kwiatomatu i wybrałem najdroższy z nudzących się tam bukietów. Mamrocząc coś na kształt na głowie kwietny ma wianek (oczywiście na miarę mojego talentu) wracałem się byłem do zakładu czynnego mniej niż 24/7 i „mojej” przyszłej. Z zakładu wychodził jakiś smętek blady, ale co-mi-tam. Nygusami bez wizji zajmować się nie zamierzałem, tylko posiąść TĘ JEDYNĄ. Nie bacząc na smutasów, na przyszłe wielbłądy i inne deprymujące istoty pognałem ku wybrance i padłem przed nią na kolana wyznając uczucia, a jąkanie ukrywałem zasłaniając się bukietem.


- Dziewięć! – łudziłem się, że usłyszę proste tak, ale w głosie Mojej Nowej Pani brzmiała nieskrywana duma podparta danymi statystycznymi – Zaledwie w godzinę! To nowy rekord zakładu, premia murowana!


Oszołomiony wciąż klęczałem, a Wybranka ignorując mnie stukała w wirtualne klawisze niczym wirtuoz. Chwilę później pod Zakład podjechał pryszczaty dryblas i zapakował do skrzynki mój i osiem innych bukietów. Odebrał też całusa od Mojej Wybranki nim poszedł do samochodu. Na bocznej ścianie dostawczaka pyszniła się reklama:


Kwiaty z dostawą do domu i kwiatomatów. Realizujemy zamówienia telefoniczne i pocztą elektroniczną. Rozliczne rabaty dla stałych klientów.

Pod wpływem potęgi potęgi, dzielny niedzielny dzielnicowy się podzieli działką, gdy sumita zreasumuje sumę sumów, by nie mnożyć mnogich, choć różnych różnic

 .

Pani tylko uśmiechnęła się ze zrozumieniem, gdy przysiadając się do niej wyjaśniłem, iż jeden z pasażerów śpiący nieopodal pachnie dla mnie zbyt intensywnie, ale ja już przesiadając się, rozpoznałem w nim prowokatora. Zapłodnił mnie początkiem opowieści z pogranicza światów fantazji i rzeczywistości. Powiedzmy, że mogłoby to brzmieć tak:


W czasie, kiedy świeczki przestały już mieścić się na urodzinowym torcie doszedł do wniosku, że wódka jest zbyt pyszna, żeby z niej zrezygnować. Szkoda było mu czasu na eksperymentowanie z prohibicją, lub innymi, mniej wyrazistymi używkami, typu kawa, czy papierosy. A skoro już ostatecznie przyznał się przed sobą do własnych słabości, postanowił je pokochać, w myśl zasad wpajanych mu od małego – czego nie umiesz zmienić, pokochaj, albo przyłącz się do zwycięzców. Od tamtej pory nie trzeźwiał, co było o tyle łatwe, że raz wypełnione naczynie wystarczało uzupełniać o ewentualne ubytki. Wiadomo – tarcie i różne takie. Alkohol rzadko uchodził przez pory i nieszczelności cielesne, ale jednak. Świat już po pierwszym napełnieniu złagodniał, konflikty i wielkie idee głoszone przez rozmaitych oszołomów zostały przefiltrowane przez biały szum mózgu nieskalanego wątpliwościami i po odbiciu się od tejże ściany kwiliły pod płotem podlewane żrącym, gorącym moczem, aż sczezły.


A potem tramwaj przemknął obok Żabki, przed którą zgromadziło się z pół klasy licealnej, na wspólne śniadanie (nie do końca na trawie), wytworną kawkę z papierowej tytki podkręconej subtelną smużką z cyber-papieroska, pozwalając zadzierzgnąć wątłą nić porozumienia w obrębie nie wiedzieć czemu konkurujących ze sobą dostępnych płci i sprokurować ciąg zdarzeń o zbieżnym interesie.


Dzieci jeszcze nie wstały, by wyzbierać upadłe kasztany bez litości deptane oponami zmuszonych do wstawania dorosłych. Co dziwniejsze udało się przejechać również dorodnego szczura i nie został on zaskoczony na trasie szybkiego ruchu, tylko w podwórku. Radio poinformowało mnie, że armijne kobiety otrzymają mundury dopasowane do ich sylwetki, co znów rozbudziło we mnie twórczą gorączkę, i natchnęło, by wyprodukować spodnie z rozporkiem damskim, aby nie ściągając portek do kostek w plugawej transzei mogły swobodnie zeszczać się ze strachu i nie pokalać munduru, gdy przyjdzie im umrzeć za polityczny bełkot szumowin, których największym (ściśle tajnym) dylematem jest, w której z odległych rezydencji można będzie przeczekać zawieruchę bez uszczerbku dla wizerunku i ku chwale ojczyzny buńczucznie głosić patriotyczne hasła zredagowane z piarowskim profesjonalizmem. Wiem – jestem paskudny i zaufania za grosz we mnie nie ma. Im głośniej plują z telewizora, tym bardziej nie wierzę.

poniedziałek, 5 października 2026

Pyszałek pysznie napuszył uszy.

 

Mgła (tak umownie nazwałem owo zjawisko) cuchnęła. Nie do końca tylko tym, co ludzie byli skłonni wepchnąć do pieca, by zamienić stare i niepotrzebne przedmioty na ciepło użytkowe, gdy paliwo droższe niż kiedykolwiek. Dość powiedzieć, że aromaterapii to nie przypominało, raczej walkę o oddech, w której o grymaszeniu należało błyskawicznie zapomnieć, jeśli chciało się płucom na pożarcie podrzucić „cokolwiek”.


W autobusie chwiał się chłopina o łydkach uboższych od przedramion. Nie musiał posiłkować się płynami rozluźniającymi posiadając tak wątłą podstawę do przemieszczania się i utrzymywania równowagi. Jakiś byczek wsiadł na tyłach dworca, by wysiąść na przodach – piechotą byłoby szybciej, ale może zamierzał pozwiedzać Miasto i panorama z okna autobusu dać mu miała satysfakcję względnie zafundować turystyczne uniesienia. Biletu nie kasował, więc może jednak zamarzyła mu się szczypta adrenaliny i zakazany owoc?


Dziewczynka bez wszystkich jedynek dziś w tramwaju stała i nie śmiała się– i stała się nieśmiała? A może ktoś ją wyśmiał brutalnie i bez sensu? Zerkam na migocący reklamami elektroniczny kasownik i odnajduję informację skromnie ukrytą w dolnym pasku monitora - Dotknij, aby kupić bilet, co aktywowało moją, czającą się w pozornym uśpieniu fantazję. Samoczynnie. Wyobraźnią posłusznie dotykam ekranu, a kasownik karci mnie informacją: nie teraz, wyświetlam reklamę VIP, przyjdź później. Zawziąłem się i naciskam raz po raz, żeby poskromić samowolę kasownika, i nakłonić go do kolaboracji, a ten w paśmie alarmowym wezwał ochronę, by spacyfikowała krnąbrnego pasażera, czyli mnie. Osaczają mnie sprawnie i bezrefleksyjnie przystępują do czynności, a kasownik tylko podjudza, pozwalając sobie na uszczypliwe komentarze i podgrzewając i tak już rozognioną kolizję. Dostrzegam to kątem oka, mając wykręcone ręce i parę rosnących siniaków na tyłku. Nim w przypływie męstwa ochroniarzy wylecę przez otwarte drzwi i wyląduję sponiewierany na nieswoim przystanku słyszę jeszcze jak ów pluton komandosów wespół z kasownikiem zgodnie rechocze okropnym, złym śmiechem.


Przez przejście dla pieszych energetycznym krokiem przemknęła pani w adidasach o tak zębatym podwoziu, że przy każdym kroku warczały. Raz puszczonych samopas myśli nie potrafię już zatrzymać. Wymyśliłem sobie, że każdy strój to uniform, kostium, przebranie. Makijaż przemianowałem na maskę, a tatuaże na kamuflaż. Z takim wstępem dotrzeć mogłem jedynie do wniosku, że wyłącznie nieopisana nagość pozwala na szczerość, co zgadza mi się z wcześniej sformułowaną tezą, że na golasa trudniej się kłamie.


I jeszcze - czemu kwitną kwiaty, a nie kwity? Może to być, że kwity kwiczą?

Biedny Amerykanin nosi Ino-centy? I skrycie wzdycha do bogatszej Dolores, potajemnie i nieumiejętnie fałszującej co wartościowsze nominały? Zza węgła, łakomie zerka nich Krezus Kryzys w achach i echach wieszczący krach.


    Na deser tablica G0 BRIT.

Wszechmocny?

 

Marmurowy Bóg spał sobie spokojnie na piedestale, podglądany przez bezwstydne tłumy, którym jeszcze bardziej bezwstydni kapłani sprzedawali promocyjne bilety obiecując żądnej sensacji gawiedzi nagie fakty, a dla klientów VIP nawet ich degustację. Faktycznie – Bóg leżał na wznak i najwyraźniej śniła mu się jurna Bogini, gdyż we wzwodzie prezentował się naprawdę imponująco. Dużo bardziej imponujący był TAM, niż gdziekolwiek indziej, szczególnie, że mało kto w obliczu ekstremalnie wzwiedzionego członka zdołał dostrzec na peryferiach postrzegania wywalony jęzor i wybałuszone oczy, a co dopiero tyłek więcej niż pokaźny i brzuszysko, jakby posiadacz żarł bez przerw ostatnie dziesięciolecie. Bogini musiała tymczasem dokonywać nie lada cudów w tym boskim śnie-zbliżeniu, gdyż członek nie wiotczał nawet na okamgnienie.


Artyście także warto było oddać pokłon. Rzeźbiąc sylwetkę tak znamienitą zadbał o detale, dzięki czemu boski członek zdawał się być niemal żywy, a żyły nabrzmiałe w nadziei na spełnienie tylko czekały na ofiarę. Wiele pań i niejeden z panów klęcząc przed posągiem czuli, jak miękną im kolana, a oddech staje się płytki i chrapliwy. Aby dostąpić bliskości, trzeba było jednak wykazać się naprawdę grubym portfelem, więc większości ze zwiedzających wystarczyć musiała wyobraźnia i mokre sny. Najbardziej zdeterminowani wstępowali w szeregi zakonne, by po długim nowicjacie mogli dostąpić zaszczytu i szczytować w boskim siodle. Był nawet specjalny zeszyt intencyjny, a z częstotliwości spółkowania należało się spowiadać i spodziewać się pokut, jakie mogłyby zatrwożyć co mniej zdeterminowane jednostki.


Szczęśliwie Bóg milcząco dopuszczał tak poligamię, jak i związki jednopłciowe, a pod względem rozwiązłości był jak sam szatan. Kapłani dopuszczali znacznie więcej, szczególnie, kiedy i oni zostali dopuszczeni, żeby nim boski członek spenetruje wiernopoddańcze łono, lub inny, równie mroczny otwór, przetestować gotowość wyznawcy do zbliżenia. Posuwali się do tego, że sprawdzali również gotowość co młodszych zakonników, nim ci dostąpili zaszczytu do dziewiczej eksploracji boskiego ciała. Członek z marmuru nie odpoczywał ni we dnie, ni w nocy. Zapotrzebowanie na boską łaskę było imponujące. I tylko nigdy nikomu nie udało się doprowadzić Boga do ekstazy. Co mniej bogobojni mnisi czynili zakłady, czy kiedykolwiek i komukolwiek się uda doczekać boskiego nasienia.


Raz na rok zbierało się konklawe, huczna impreza, na którą zjawiali się wszyscy zakonnicy, by spośród siebie wybrać na kolejną kadencję Wielkiego Mistrza Płci Rozwiązłej, który przez kolejny rok miał rozpoczynać maraton boskiej penetracji, stanowiąc pobudkę i pierwszy posiłek dla nieposkromionego apetytu. Zwyczajowo po rocznej służbie na boskim członku Wielki Mistrz Płci Rozwiązłej przechodził na emeryturę i słowo przechodził było przeważnie na wyrost. Biedak ledwie mógł ustać na nogach i najczęściej lektyka zabierała sługę bożą daleko od pokus i wrzawy.


Kolejny Mistrz właśnie udawał się na zasłużony odpoczynek, a boski posąg został przesłonięty całunem do czasu wyboru nowego przedstawiciela gotowego oddać się w roczną niewolę boskich zmysłów. Był to chyba jedyny czas w roku, kiedy Bóg zwyczajnie się nudził pozostając na cokole kompletnie sam, chyba że śniona Bogini dotrzymywała mu towarzystwa. Konklawe tknięte zuchwałą myślą postanowiło na Wielkiego Mistrza powołać kogoś, czyj apetyt zdawał się być równie nieskończony, jak boska cierpliwość. Skąd mieli wiedzieć, że w wielkiej tajemnicy niewinność całunu została sprofanowana przez jednostkę terrorystyczną uzbrojoną w młot kamieniarski i knebel, by dokonać aktu sabotażu, lub jak kto woli kastracji posągu.


Tymczasem pod całunem Trzy nienasycone panie, pałające rozmaitymi uczuciami jawnie i innymi skrycie zabrały się do prac rozbiórkowych. Majestat rozzuchwalony wieloletnim uwielbieniem nie od razu dostrzegł niebezpieczeństwo, a potem było już zwyczajnie za późno. Jedna z pań usiadła boskości na twarzy kolanami przygniatając bicepsy. Drgnęła lekko, gdy boski jęzor wywalony na wierzch wtulił się w kobiecość jak szczenię w matczyny brzuch, ale nie popuściła ani dosłownie, ani w przenośni. Wybałuszone oczyska Majestatu wreszcie do czegoś się przydały – choćby po to, by zamanifestować ubytek tlenu w układzie oddechowym, albo zaskoczenie widokiem podwozia damskiego dosiadającego część twarzową posągu. Pozostałe Gracje usiadły na boskich udach. Jedna oburącz schwytała prącie, druga przystawiła dłuto do jego podstawy. I to był ów moment, kiedy sytuację jeszcze można było opanować, jednak zdumienie, brak tlenu i wieloletni nimb sprawiły łącznie, że Bóg przespał z samozadowoleniu swoją ostatnią szansę. Gdy dwukilowy młot spadł na dłuto było po Ptokach. A dokładniej, to po tym jednym.


Bóg zaśpiewał cieniutko, niezbyt imponująco, bo usta nadal miał zakneblowane Trzecią Gracją, ale jednak zaśpiewał. Konklawe wstrzymało oddech – rozpoznali majestat, a z krzykiem spełnienia byli oswojeni lepiej niż psy łańcuchowe. W ich umysłach podejrzenie, że coś jest nie tak zaczęło kiełkować z opóźnieniem większym od boskiego, a jednak zakiełkowało. I zbiegli hurmem, po dwa stopnie skacząc w dół (komu współczynnik dobrobytu nie pozwalał na frywolność, ten toczył brzuszysko nieco bardziej statecznie – w końcu śpiewak nie ucieknie bez zapłaty. Jakiś wyrywny młodziak szarpnął za całun bez szacunku i oporów moralnych. Po Gracjach został jedynie cień westchnień Trzeciej Gracji, po Dwóch Pierwszych (tak je umownie nazwijmy) świeżutki krater w boskim podbrzuszu i parę zmarmurzałych okruchów na przyszłe relikwie.


- Teraz o wytrysku możemy zapomnieć – szepnął zawiedziony i najbardziej zdeprawowany kapłan, który obstawił, że jeszcze tego lata Bóg raczy utoczyć kroplę spełnienia.


- Kto wie – szepnął Cień Trzeciej Gracji rozpływając się w powietrzu – Z Bogami nigdy nic nie wiadomo na pewno!



sobota, 3 października 2026

Sowa głosowa.

 

    Mgła zdusiła świat dźwięków i cicho jest niemal tak, jakby spadł kopny śnieg. Tłumi odgłosy pochrapujących sypialni osiedlowych i nieliczne zewnętrzne aktywności. Tylko psiarze gremialnie wyszli na spacer i terroryzują kolejki w piekarni, gdy psy na widok wroga zaczynają się gotować do walki, a pańcio jeden z drugim ręce ma zajęte, bo telefon, bo zakupy, bo ta smycz śliska jak diabli i wytykają sobie nawzajem kto ustawił się jak idiota, że wyjść się nie da, bo tam przeszkoda warcząca, a tu pieseczek 30 kg żywej wagi krew już ma w oczach. O kagańcach mowy nie ma, o rozumie właścicieli też. Ale czego wymagać, skoro Sanepid też ma w czterech literach obecność pcheł i kurzu z jakiego piesełki notorycznie się otrzepują wprost na moje bułki, czy ciastka. Gdybym miał alternatywę nieco mniej uciążliwą, zrezygnowałbym tak z osiedlowej piekarni, jak i z warzywniaka, ale niestety konkurencyjne są zdecydowanie za daleko, więc zżymam się nadaremnie.

piątek, 2 października 2026

Pomięta mięta pamięta.

 

    Jesienne popołudnia, to nie to samo, co poranki. Popołudnia wciąż kuszą, by porzucić bieliznę i chwalić się stanem posiadania, bo przecież już za chwilę stanie się to ekstremalnie trudne. Wracałem sobie do domu wiedziony rutyna, jak dorożkarski koń, a do autobusu wsiadła krótkowłosa dziewczyna wtulona w dwie, żółte poduszki uszyte w gwiazdy. Autobus mało romantycznie pachniał kiełbasą, z tych naprawdę przyzwoitych. Nie wykryłem nosiciela wędlina, ale podejrzewałem staruszkę, która była nad wyraz czujna i sprawdzała skąd nadejść może zagrożenie.


    No właśnie! Zagrożenie! Mieszkam w kozackim zagłębiu. A jak czytam w sieci – mnożą się prowokacje i nagrania, jak strasznie traktujemy przybyszów. Oni są szkoleni co i jak robić, my niekoniecznie. Oni są pod ochroną niby-naszego rządu, a my pod tegoż rządu lupą. Bronić trzeba się inteligentnie, bo stu prokuratorów tylko czai się na potknięcie i z góry wie, kto pójdzie do paki. Więc należy opracować plan na wypadek W, czyli prowokacji – może ona mało gliwicka, ale nieprzygotowany z ręką w nocniku obudzić się nie chcę. Więc wymyśliłem sobie, że jak mnie zaczną Kozacy nagrywać, to powiem, żeby mnie Ruskie nie zaczepiały. Jak powiedzą, że oni nie Ruskie, tylko Kozackie, to powiem, że kłamią, bo Kozacy siedzą tu cztery lata i perfekt mówią po polsku, więc na pewno Ruskie! I wtedy, nawet gdy przyjdzie dać takiemu w ucho, to będę kryty ich nagraniem! Zgodnie z oficjalnym trendem – bić Ruskiego, póki on nas nie pobije!


    Schodząc na ziemię – motyle przemieszczają się pojedynczo na drugą stronę miejskiej fosy w poszukiwaniu wonnej budlei – lepsza nawet niewydarzona roślina od niekończącego się remontu asfaltowych ścieżek na Wzgórzu Sakwowym (jak obecnie oficjalnie nazywa się Górkę Partyzantów). Już na osiedlu wpadam w oko pani ukrywającej upływ czasu grubą warstwą makijażu. Gdy tylko mnie dostrzega, zaczyna bioderkowe manewry, w czym ma niezbywalną wprawę, godną przynajmniej ukłonu. Druga, mniej dotknięta kalendarzem ma chyba wbudowany urok osobisty i nie musi usiłować, gdyż dzieje się to bez udziału jej świadomości. Pochlebiam sobie, bo mi już nikt nie chce pochlebiać, że to na moją cześć, choć pewnie żadna z nich nie ma pojęcia, że istnieję, ale i tak robi mi się cieplej (wszedłem w słoneczną plamę – zauważy malkontent).


    Z tablic najpiękniej zaprezentowała się taka D3 TROIT – wyrafinowany gust!

Dla zgody łagodne jagody i godne gody z głodnej zagrody w ogrody.

 

Jakiś ptak zawodził w koronie niemal czarnolistnego klonu. Zdaje się, że pobierał nauki u kosów, ale musiał być początkującym śpiewakiem, bo amatorszczyzną biło na kilometr. W autobusie przysiada się do mnie pani o pięknym profilu. En face już tak rewelacyjnie nie było. Po raz kolejny uświadamiam sobie, jak łatwo powiedzieć „brzydki”, nie potrafiąc odkryć, co tak naprawdę sprawia zawód. Dopiero po przejściu na detal odkrycie (czasami) udaje się. Powiedzmy – nos ładny, oczy całkiem całkiem, czoła nie można się czepiać, ale podbródek ciut za mały, albo zbyt wydatny, co deformuje zupełnie przyjemną twarz.


Przesiadam się na tramwaj, za mną wsiada w towarzystwie mamusi dziewczynka bez wszystkich czterech jedynek. Absolutnie nie przeszkadza to jej śmiać się w głos. Gdy zawtórowała jej mama, okazało się, że jej także brakuje jedynki, ale tylko jednej. Z miłości? Przed gmaszyskiem biurowca stoją w karnym szeregu czerwone dęby, a każdy na innym poziomie zjesiennienia. Mgły snują się nad Rzeką, zaczepiają, oferują malignę i milion niedopowiedzeń. Rosły Szczypior irytująco depcze mi oddech idąc pół kroku za mną. Zerkam w niebo tam szukając ratunku, ale niebo pokiereszowane samolotową aktywnością samo ledwie dyszy. Duszno duszy, gdy dysza ledwo dyszy.