Zachciało mi się kwiatów czarnego bzu, więc poszedłem, bo to coś, co mi chyba wychodzi najlepiej. Chodzić potrafię, lubię i kultywuję tę umiejętność nie bacząc na kpiące spojrzenia tych, którzy „są samochodem”. Poszedłem w zielone, a tam kwitnie sobie w najlepsze chmiel, żywokost, przetacznik w kilku odmianach i dziko rosnące krzaki róży. Bez oczywiście też. Jak się już przebrnie przez rozmerdaną, psią radość, jak się odpowie dzień dobry kilku starym dobrym nieznajomym, jak się już człowiek nacieszy świergoleniem niewidzialnego planktonu ptasiego, to zaskoczy go kukułka, bażant, czy rechotanie srok. Małe, zielone mirabele wypatrują słońca bardziej niż młode mamusie ciągnące z wózkami do parku, by pośród mniszków i koniczyn ludzkie pisklęta dojrzewały – choć czynią to zdecydowanie wolniej od orzechów włoskich, to jednak głos im krzepnie od używania. Nic to, że w trawach czają się krwiożercze kleszcze, że muchy usiłują ugasić pragnienie spijając perły potu z czoła i nie tylko. Niech przytulie czepiają się kostek, niech łaskoczą skrzypy, a pokrzywy znaczą łydki chłostą. I nawet chmury mają dziś nieco bardziej naturalne kształty i przypominają puchate baranki, a nie wstęgi znaczące trasy lotów.