czwartek, 19 marca 2026

Jak zwierzę, wierzę w wieży, a szczęką szczękając po kleszczach zaklaszczę w klasztorze.

 

Na czarno, bo jakby to inaczej, w pelerynie, pod kapeluszem i z wielkim parasolem w ręku. Ani chybi Zorro, względnie Tajemniczy Don Pedro - szpieg z krainy deszczowców. Pomykał opłotkami, pośród krzewów zieleniejących nieśmiało. Na przystanku czekało dziewczę o kształtach sugerujących ocean miękkości, ze splecionymi nogami, by między udami zachować resztkę ciepła na lepsze czasy, choć wiatr usiłował okraść ją już teraz. Cienie spacerowiczów z podwojonymi psami wędrują z wolna ku wyspom, a rzeka, wsparta czkawką elektrociepłowni usiłuje rozmglić pejzaż, by stał się mniej oczywistym i zostawiał drobny znak zapytania za każdym węgłem i zakrętem. W taki dzień czuję się jak murzyn-albinos pośród białych. Niby swój, a przecież obcy. Trochę cygan, któremu wiatr podszeptuje, że dość już zimowej grzeczności i pora ruszać w plenery, gdzie wiatr będzie rozbierał ognisko na pojedyncze iskry i słał w niebo dymne przesłanie dla podobnie myślących.

Prasówka cd.

 

    Wg WP - Słowa amerykańskiego sekretarza wojny Pete Hegsetha:

    Irańscy przywódcy tchórzliwie zeszli do podziemia.

    A co mieli robić, skoro USA i Izrael poluje na władze. Amerykańska demokracja w ostatnich czasach porwała prezydenta Wenezueli, sankcjami zdusiła Kubę zamierzając ją następnie „pokojowo przejąć”, straszy Meksyk, Kanadę, Grenlandię i Bóg wie kogo jeszcze, że w imię bezpieczeństwa musi zająć te kraje, w Iranie najpierw zamordowali przywódcę, potem zbombardowali tych, co wybierali następcę, a gdy już wybrali i jego usiłowali zbombardować. W kolejnym kroku zamordowali przewodniczącego Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego - jednego z mniej radykalnych polityków. Jeszcze rok – dwa lata temu nazywali to terroryzmem i ponoć zwalczali jego objawy na całym swiecie, a teraz sami się trudnią terroryzmem?


    Izrael w obronie własnej atakuje Hezbollach, który pojawia się kolejno u wszystkich sąsiadów Izraela - to w Syrii, to w Jordanii, Iraku, Libanie, no i oczywiście w Iranie, z którym nie graniczy. W Gazie namordowali Palestyńczyków, bez końca atakowali i uniemożliwiali humanitarne dostawy wody, jedzenia, a nawet ewakuacji z miejsc, które sami wskazali.


    To dopiero demokracja – robicie to co wam każemy, oddajecie wszystko, czego nam trzeba i kupujecie od nas to, co nam zbywa. A jak nie, to lotniskowce, rakiety i to wszystko będzie wasza wina, bo my wyprzedzająco bronimy światowej demokracji. Poważnie? Media usiłują wyczyniać coraz to bardziej akrobatyczne sztuczki z faktami, żeby nie nazwać rzeczy po imieniu, a politycy, jak zwykle potrafią słowami omotać tak, że cud prawdziwy – gadał kwadrans i nie powiedział nic, a nawet jak powiedział, to to nic nie znaczy.

środa, 18 marca 2026

Jadzia jedzie po śledzie.

 

    Południowy błogostan kieruje myśli ku kanikule i słodkiemu lenistwu, choć wiosna dopiero puka do drzwi. Jadę autobusem „podziwiając” elokwencję nastolatków. Oni kompletnie nie radzą sobie z wyrażaniem własnych myśli. Słyszałem, bo nie miałem innego wyjścia fragment rozmowy telefonicznej. Chłopak tłumaczył komuś, że musi złożyć tę-no, na ten-wiesz za ten… Tylko patrzeć jak nieporozumienie rozkwasi mu nos, albo doprowadzi do czegoś jeszcze gorszego. Autobusy zresztą wpasowały się w ów chaos – z opłotków jadą trzy w przeciągu 3-4 minut, a później pustka na kwadrans. Za to w szczycie tłoczą się na światłach i tej cudownej pętli, którą muszą okrążyć, żeby móc kontynuować jazdę. Mijamy starszą babeczkę siedzącą na przystanku przy cmentarzu. Najwyraźniej wypucowała już nagrobek i teraz posila się kanapką, ignorując szpaler autobusów. Może pogrążyła się w zadumie? Kto wie. Ja podziwiam rosnące stadami stokrotki i narcyzy, stłoczone w gęste gromady.


    Przysiada się do mnie pani ze złotym pieprzykiem w nozdrzu i podziwia wysepkę lęgową, na którą łabędzica dokonuje inwazji, osiadając centralnie, jak na tronie. Bokiem tłoczą się kaczki-krzyżówki, jak planety wokół słońca. Chłop powoził samochodem z rejestracją D9 METRO – w dziewiątej De, nie o metrze się myśli, lecz o tramwaju wodnym, ale kto wie – wszystko może się zdarzyć. Wróble na skwerku obsiadły czubki kosodrzewiny, wyższe drzewa łaskawie zostawiając wronom. Uderza mnie, że coraz częściej widuję stroje dzielące czerń z różem, a taki wybór trafia w gusta nie tylko dziewcząt, ale i w brzydszą połowę lokalsów.

Mały bez, to bzik, czy bździna? A bez-dziewczynka, to beza?

 

    Lada dzień pękną pierwsze pąki na magnoliach. W trawach czyhają już tulipany czekające tylko by kolorem okryć młodą zieleń traw. Gawron spaceruje slalomem pośród krokusów podnosząc dziobem co atrakcyjniejsze znaleziska. Słońce zawisło nisko i zagląda ludziom w sumienia, oślepiając wzrok pełen pragnień. Może sumienia zbledną odrobinę od tej agresji?


    W autobusie niektórzy już pracują, choć do pracy zostało kilka przystanków. Wyjaśniają „zawiłości projektu” bo wiadomo – osiem godzin na to nie wystarczy, więc w trosce o dobro zakładu lepiej zacząć wcześniej, powodując irytację postronnych, niezainteresowanych ani projektem, ani sukcesem.


    Alternatywnie piękna, w obowiązkowej czerni, choć łeb tleniony na blond, sunie pod wiadukt brakiem chodnika. Spod skórzanej kurty wiatr tarmosi czerwone wstążki wijące się za Piękną jak macki ośmiornicy. Kierowcy, nawykli do „szerokości” mają kłopoty bo pas ruchu wąski, niedzisiejszy sprawia kłopot cierpiącym na klaustrofobię, nawet gdy żadnej Pięknej nie spotkają w koszmarze dnia. Trafiam też dziewczę jadące rowerem w bluzce z krótkim rękawem, choć poranek kąsał chłodem. Dziewczę całe ramiona miało różowe, i to nie „różowawe”, czy „zaróżowione”, a różowe, jak wsypa na poduszkę z pierza.


Za zwrotnym potwierdzeniem odbioru.

 

    W nieutulonym żalu Kredytodawca informuje, że zdolności kredytowe Kredytobiorcy uległy pogorszeniu, nie rokując wiarygodnej możliwości spłaty zadłużenia. W trosce o dobro Kredytodawcy wzywa się kredytobiorcę do bezzwłocznego stawienia się przed komisją, która z należytą starannością podda kontroli ekonomiczne, oraz inne wątki dotyczące realizacji umowy kredytowej. Komisyjnie oszacowana zostanie także wartość organów Kredytobiorcy, gdy zawiodą pozostałe środki umożliwiające odzyskanie Wierzytelności. Z ostrożności procesowej Kredytodawca oczekuje stawiennictwa osobistego (najlepiej ze Współmałżonką, względnie Dzieciątkami) w terminie siedmiu dni od daty doręczenia. W przeciwnym razie w/w Jednostki zostaną doprowadzone siłą przez Funkcjonariuszy Umocowanych Prawnie, a Roszczenia Kredytodawcy zostaną zrealizowane bez uwzględnienia interesu Strony Pozwanej.

wtorek, 17 marca 2026

W lot kaszę pożera? Kaszalot.

 


    Na początek tytuł z prasówki:

    Ukąsił go grzechotnik i zmarł – ależ ukąszony musiał być toksyczny!


    A teraz do rzeczy. Szczupła babeczka na plecach nosiła ślady, jakby jej srak naptakał. Patrzyłem ja i taka pani, co miała rajstopy niczym witraże, tylko bez szyb. Okazało się, że pani była koniem pociągowym zaprzęgu dla piskląt ludzkich, więc pewnie niemowlęciu się zwyczajnie ulało. Długonogie gazele trwonią młodość na wirtualne pogaduszki, zamiast zachwycać się kwitnącymi forsycjami, czy śliwami wiśniowymi. Uśmiechnięta, siwiuteńka pyza dźwigała plecak w panterkę tak obwieszony kolorowymi pluszakami, że wyglądała na ruchomą szopkę, czy choinkę.


    W Mieście pojawia się coraz więcej kloszardów na wózkach inwalidzkich. Nie ma dnia, żebym nie widział dwóch, albo trzech. Co interesujące – kobiet na wózkach nie widuję. W kategorii zdumienia dnia wysoko pozycjonują się także głodomory jedzące i pijące w marszu. Jedzenie uważam za jedną z większych przyjemności, a pochłanianie w biegu odbiera jedzeniu większość radości i apetytu. Typek w bejsbolowej czapeczce wytrwale węszy, wtykając nos w papierową tytkę, wewnątrz której mniemam, że są kwiaty. Może usiłuje wywęszyć cały aromat, żeby luba-alergiczka nie cierpiała? E! Sam siebie karcę, bo wiem, jak ciężko kupić pachnący kwiat. Poprosiłem u straganiarki o pachnącą różę, a choć zwiedziła dwa stoiska, nie znalazła żadnej. Jeśli więc szczęściarzowi się trafiło, powinien być z siebie zasadnie dumny. Modyfikuję podejrzenia – uczy się zapachu na pamięć, bo nie wie, kiedy znów się uda!


    Choć zima w tym roku przycisnęła nieco, to chyba nie za bardzo, bo krzaki rokitnika i irgi wciąż są pełne owoców. A skoro ptaki ich nie zjadły, to zima była łagodna, albo ptaków zabrakło i dlatego owoce wiszą nadaremnie. I wtedy właśnie autobus wyprzeda samochód z rejestracją D0 CHAOS. Wóz jest terenowy, co nieco go usprawiedliwia, czy uzasadnia. Ja pogrążam się w iluzjach – czy żaluzje mają więcej aluzji, czy żalu?

Ekstrakt o czerwonych liniach.

 

    Buńczucznie rzekłem „nigdy więcej!” uchylając wrota nieskończoności. Osiemnaście minut później, z lekkim niepokojem i żalem zacząłem się rozglądać za wyjściem. Chcąc odwołać nieskończoność wrzasnąłem raz jeszcze, tym raz poskramiając ją krótkim, zdecydowanym „dość!”

niedziela, 15 marca 2026

Kronika policyjna.

 

    W opuszczonym lokalu znaleziono zmumifikowane, uśmiechnięte zwłoki kobiety zaginionej pięć lat temu. Sekcja zwłok ma wykazać prawdziwość śmiałej hipoteza śledczych, według której kobieta została zamordowana z premedytacją, a konkretnie zapieszczona na śmierć.

piątek, 13 marca 2026

Twój wójt.

 

Pękły pąki na czarnym bzie i gałęzie zazieleniły się „testując” wiosnę. Żywopłoty berberysowe nabrały wiśniowej barwy, a wierzby od jakiegoś czasu pysznią się żółcią witek. Na rekultywowanym wysypisku podglądam martwe (zmartwione?) drzewa. Miasto uśmierca nie tylko ludzi.


Chyba-małżonka kierowcy dziś najwyraźniej nie spieszy się nigdzie, bo zawodowiec karnie stanął w kolejce za autobusami innych linii i ani myśli szaleć. Jedziemy w kolejce, jako trzeci wagonik, a za nami powinny być jeszcze najmarniej dwa. Rozkład jazdy ułożony jest tak, by hurtem pchnąć w trasę wszystko i mieć kwadrans spokoju. Po co, to już nie wiem, ale składy podróżne kursują regularnie siejąc grozę na buspasie. Chyba-małżonka, dziś w permanentnej czerni, spod której ostrożnie wynurza się biel bielizny, co skłania mnie do dumania, czy bielizna musi być biała, oraz czy pozostałe kolory powinny posiadać odrębne miano. Rzecz mnie przerasta, więc szukam łatwiejszych łupów. Blondynkę z długim końskim ogonem samozwańczo ochrzciłem Płowa, co natychmiast zwiększyło jej atrakcyjność. Wysiadając merdała tym, co ewolucja zostawiła jej z ogonka i muszę przyznać, że to były fascynujące manewry.


Zerkam na dwie, zaangażowane elektronicznie kobiety. Jedna pali, druga gada, a obie w pikowanych kurteczkach, na które wywaliły wielkie kaptury z warstwy głębszej. A potem na panią, co założyła płaszcz długi do kostek i z rozcięciem, w którym pupa swobodnie się mieściła. A skoro tak, grzechem byłoby na tyłek wciągnąć coś więcej jak leginsy. Damską monotonię przerywa „siedzący” na ławce pulchny kartonik śmietanki 18%. Sąsiednią ławkę okupuje granatowa kapota rzucona bezładnie. Ludzie stoją, rozglądają się niepewnie. Najwyraźniej konkurencja speszyła chętnych na czekanie w pozycji siedzącej, bo nikt nie atakuje bezczelności blokującej miejsca.


Radio przynosi mi fascynującą informację na temat prezydenta z ust samego premiera – podobno „polska ulica zastanawia się, czy to zdrada”. Ciekawe, kiedy pan premier był na ulicy i rozmawiał z prawdziwym „zwyklakiem”? Zapewne w czasach zamierzchłych. Prędzej w gębę ulicy wpycha swoje opinie w ten sposób zabezpieczając się przed nieuchronnym, prokuratorskim oskarżeniem o zniesławienie głowy państwa. Chyba chodziło o te miliardy, które zamierza (za zgodą UE) ofiarować Krainie U i francuskim, czy niemieckim firmom zbrojeniowym. Ja się nie zastanawiam. I nie wiem, czy jestem ulica.


    Z powrotnym kursem dzieje się mnóstwo.

    Spoza olbrzymiego tornistra atakują przestrzeń kończyny całe na różowo i kitka, która dopiero ma być końskim ogonem. Gdy w końcu zerkam na obrazek z przodu zaczynam się uśmiechać. Dziewczynka szczuplutka, z długimi rękami i nogami podryguje, gestykuluje i tańczy, śpiewa, rozmawia ze sobą i wzbudza taką masę radości, że trudno się nie uśmiechnąć. Pani siedząca obok mnie i wtulona w torbę z kotami (wzór z Temu) nie widziała dziewczynki, a na mnie patrzyła podejrzliwie. Spoważniałem, szczególnie, gdy zobaczyłem gościa w rozmiarze uzasadniającym telewizory powyżej siedemdziesięciu cali. Gość szedł tuż za zgrabną dziewczyną w szarościach i chyba żal mu było, ze nie idzie obok. Współczułem jemu i jej, na wypadek, gdyby jednak doszło do czegoś więcej jak marzenia. Cóż taki kruchutki dmuchawiec miałby do gadania w obliczu pożądania wszechświata?


    W autobusie ogłusza mnie i oszałamia podsłuchany fragment rozmowy telefonicznej. Nastolatek, z tych młodszych, informuje kogoś, że do szkoły zrobił sobie tort. We łbie szukam podejrzeń, ile czasu na to poświęcił, gdy okazuje się, iż chodziło o tost. Z parówką… Czytająca książkę dziewczyna nie udźwignęła kozackiej paplaniny i przeniosła się na drugi koniec autobusu, by móc w spokoju poczytać. Przede mną stanęło wyblakłe małżeństwo z wózkiem. Stroje, cera, nawet oczy mieli wyblakłe i skryte za okularami. Chyba w eskalacji rodzicielstwa przekazali wszystko, co mieli dziecięciu.

czwartek, 12 marca 2026

Szynka na szynkwasie, baranina na barze i konto na kontuarze.

 

Chmury robią co mogą, by utrzymać noc przy życiu, jednak dzień brutalnie rozwiewa złudne nadzieje i gasi zapędy bladego sierpa księżyca.


Kobieta z kurzajką nad górną wargą śmieje się widząc, jak w biegu zmieniam środek transportu z autobusu na tramwaj. Nie przeszkadza jej to wcale pochłaniać analogowego papierosa. Pustawą ulicą maszeruje nastolatka z nosem zatopionym w zeszycie. Z wrodzonej ostrożności przemieszcza się ostrożnie, niczym ptak brodzący, albo człowiek spacerujący w płetwach. Przede mną siedzi pani w okularach, słodko pachnąca świeżym pieczywem i trochę papryką. Przecież jej nie ugryzę, moje „okno żywieniowe” otworzy się dopiero za trzy-cztery godziny.


Sukcesy komunikacyjne sprawiły, że na Nóżkę nie mam dziś co liczyć. Na tańczącą baristkę zresztą też. Samoloty tną niebo, jak tort urodzinowy, choć nie wyobrażam sobie, żeby ktoś samobójczo chciał zdmuchnąć świeczkę słońca, które nieśmiało zabiera się za liczenie cegieł w murze, zaczynając od góry. Słabo mu szło, bo aż niebo się rozpłakało.


    Obok autka z rejestracją V9 KASIA przejechało D5 AMON. Za kierownicą pierwszego dostrzegłem solidny kawał kobiecości nie zanieczyszczony towarzystwem, kierowca drugiego umknął nierozpoznany. Ale czego wymagać od egipskiego boga, czy demona, gdyż Wiki nie potrafiła z tablic wyczytać o którego osobnika chodziło.