poniedziałek, 12 stycznia 2026

Pod naporem danych poddał poddanych.

 

    Trzy przegubowce zmieściły się na jednych światłach tworząc okazały pociąg jadący do centrum. Wszystko przez ultranowoczesne rozwiązanie komunikacyjne każące wybudować „pętlę” przed końcem terenu zabudowanego. Teraz przejazd jednego przystanku, zamiast minutę, zabiera osiem minut, a skupiacze ruchu, czyli sygnalizacja powodują nieistniejące wcześniej zatory i spiętrzenia.


    Bawię się abecadłem, zastanawiając czemu tak, a nie inaczej wymawia się spółgłoski i szukam uniwersalnego rozwiązania:

Be, ce, de, pe, te,

Ef, er, es,

Gie,

Ha, ka,

Jot,

El, em, en,

Wu,

Iks,

Igrek,

Zet.

    Dziesięć odrębnych pomysłów by zagospodarować dziewiętnaście głosek, to chyba lekka przesada? Trzeba się tu urodzić, żeby nie widzieć w tym „nic dziwnego”. A to zaledwie alfabet. Prawdziwe schody zaczynają się przy słowach, regułach ortograficznych, czy gramatyce.


    Panie wyprofilowane wdzięczniej niż luksusowe wiolonczele, upakowane w elastyczność spłowiałych dżinsów robią co mogą, by górą także nie zgubić kształtów pomimo płaszczy, czy zimowych kurtek. Ściętego w zeszłym roku drzewa, zwalonego na zdewastowane ogrodzenie nie ma kto usunąć. Cierpliwie czeka na swój czas strasząc dziurskiem w pniu.


    Potem było już dużo dramatyczniej – dostrzegam kobietę z długą blond brodą. Iluzja nie gasła, gdy się zbliżałem, aż przyszło spostrzeżenie – włos wychodził spod czapki, a szalik więził je ponad sobą, więc nie zostało im nic innego, jak wywinąć się w bardzo elegancką, mięciutką brodę. Aby mnie rozweselić (bo po cóż innego stawiać mi na drodze takiego rozkoszniaka?) dziewczyneczka bez górnych „dwójek” demonstruje podróżną radość, wygłupiając się z mamą i śmiejąc bez końca. Zastanawia mnie ilość ciemnobrązowych futerek – pierwszy nosiciel nieznany, kto wie, czy nie wymarły nagle, gdy moda przypomniała sobie o brunatnej barwie.

niedziela, 11 stycznia 2026

Założył się, że założy zakład.

 

    Oknem usiłującym zachować szczelność zerkam na zewnątrz. Zdumiewające. Wystarczy kilka stopni mrozu, żeby świat zwolnił, albo zastygł. Jeśli dołożę do tego spostrzeżenie, że upał działa podobnie na ludzką ruchliwość, ograniczając ruchy do absolutnego minimum wydaje się cudem, że w ogóle życie zaistniało, poruszając się w niezwykle wąskim paśmie temperatur.


    Teraz? Na dwór wychodzą ci, którym odpadki kuchenne śmierdzą na tyle, że nie da się obok nich wytrzymać, właściciele psów i nałogowcy, którym akurat zabrakło do szczęścia. Psy, kiedy już wychodzą, to na paluszkach, oszczędnie szafując ogoniastą radością – sikają w pośpiechu modląc się, żeby mocz nie przeistoczył się w sople, bo poród kamieni nie należy do przyjemności. A przecież jeszcze nie jest ekstremalnie – prószy śnieg. Mizerny, ledwie widoczny, ale jednak. Gdy mróz krzepnie, o opadach mowy być już nie może.

piątek, 9 stycznia 2026

W sali sola w soli i solidny soliter.

 

    Drzewa i krzewy okryły się szronem, skrzącym się w świetle reflektorów. Autobus raczył nie przyjechać, w trosce o kontakty międzyludzkie, pozwalając sąsiadom nacieszyć się towarzystwem. Kolejny, kiedy się już pojawił jechał jakby zamierzał ustanowić rekord długości przejazdu wydzielonym pasem ruchu. Później okazało się, że kierowca zwyczajnie nie znał trasy gdy zatrzymał się na niewłaściwym przystanku. Przesiadka na tramwaj, już mocno spóźniona przebiegała też pod górkę – zanim przyjechał, przystanek nawiedził kolejny „mój” autobus, czyli swobodnie mogłem wyjść z domu pół godziny później nie zmieniając porannej Odysei. O Nóżce mogłem zapomnieć, a Rzeka zamarzała coraz śmielej i mało gdzie jeszcze było widać nurt. Na przystanku kobiety z pozaplatanymi nogami, jakiś pan ćwiczący kujawiaka, chłód cierpliwie przegryzający się przez warstwy odzieży. I tylko śniegu ciut przymało, żeby pochrzęścić idąc dokądkolwiek.


    Po południu wracając trafiam wybujałe we wszystkich osiach dziewczę. Stoi na rogu ulicy ręce mając zajęte smyczami. Pieski się rozbiegły, dzięki temu miała rozpiętość około czterech metrów, co niekoniecznie podobało się pozostałym użytkownikom chodnika. Jakiś wygłodniały gołąb wydłubuje z zamarzniętych rzygowin co atrakcyjniejsze fragmenty, a Śpiewna Nerwica zachowuje aktywność mimiczną pomimo mrozu.

czwartek, 8 stycznia 2026

Dyktator – dyrektor z dykty, animator – amator anime.

 

    Mróz w natarciu. Do autobusu ogrzewanego bez fanatyzmu wtacza się chłopina w cienkim paltociku i w niezbornych ruchach szuka miejsca siedzącego, płosząc Sympatycznego Rudzielca, występującego dziś w żywych czerwieniach. Chłop zwinął się w kulkę i nie wyglądał na kloszarda. Czy to szczęśliwy traf, czy życie kieruje podświadomością, ale wiozłem w plecaku zbędne fragmenty garderoby, które zamierzałem przekazać tym, którym powodzi się gorzej, więc wyjąłem czapkę i szalik, bo bieda po drodze wcale na mniejszą od docelowej nie wyglądała. Chwilę później na mijanym przystanku dostrzegam kolejnego gościa poskładanego w kulkę, usiłującego dotrwać cieplejszych czasów. I teraz, to już nie wiem, czy wcześniej kompletnie nie miałem oka, czy też zjawisko narasta w czasie i wolność po społu z demokracją odziera ludzi ze stanu posiadania niemal do gołego.


    Na wysokości dworca dostrzegam dziarską babkę powożącą walizą. Pani odziana w krótkie spodenki i kozaki nad kolano wygląda jakby miała indywidualna strefę klimatyczną i mróz nie miał przystępu, by szczypnąć te ruchliwe pośladki. W natłoku wrażeń transport publiczny toczył się wolniej niż zwykle i Nóżkę spotykam niemal na krzyżówce. Pali idąc, paląc idzie i chyba jest mu wszystko jedno, że spotyka mnie w niewłaściwym czasie. Za to Baristka w grubym szalu i czapce wyciąga stoliki na zewnątrz „bo szef tak każe”, więc nie wnika po co, tylko realizuje misterny plan biznesowy.

środa, 7 stycznia 2026

Skoncentrowany na koncentracie w centrum koncertu.

 

    Dwa tłuściutkie kosy przysiadły na murku odprowadzając mnie w drodze ku codzienności. Parowałem widzialnie, czyli za ciepło nie było, choć organizm jakoś szczególnie nie protestował, czyli nie było także eskalacji chłodu. Autobus już pełniejszy, choć wciąż bez młodzieży. Wsiadała jakaś babeczka przyklejona do telefonu energetyczną gawędą, a w drugiej dłoni trzymała puszkę czegoś zimnego, więc chyba rozmowa ja rozgrzała do białości.


    Fosie udało się zamarznąć, lecz główny nurt Rzeki ani o tym myślał. Za to pomniejsze kanały pokryły się dryfującymi, lodowymi wyspami, co mi się skojarzyło z woskiem z Andrzejkowych wróżb.

wtorek, 6 stycznia 2026

Poganiacz pogan z pogranicza.

 

    Brunetka, o urodzie ekspansywnej, zaborczej, rozpraszającej spokój i grawitację zdawała się być Czarną Dziurą, energetyczną pożeraczką myśli i spojrzeń, choć przecież zajęta była adoracją równie czarnego Pająka, cieleśnie ubogiego, ledwie zauważalnego dla mniej czułych wag. Zestaw dobrany kontrastowo, jak tylko się da, ale ponoć przyciągają się przeciwieństwa, a może to jej uśmiechnięta energia przyciągnęła ów Paproszek wątły ku sobie wyraźnie zadowolony z przebiegu procesu cumowania przy statku-matce. Spoza tramwajowego okna dostrzegam kobiety solidne i masywne, o mocnych udach, a im są mocniejsze, tym odważniej eksponują wdzięki.


    Rynek tętni niespełnieniami i pośpiechem, by jeszcze zdążyć, bo już jutro jarmarczne budki zostaną rozebrane, a wszystko czegośmy nie zdążyli skosztować, kupić – zniknie na długie miesiące by wrócić w jeszcze wyższych cenach. Oczy dziewcząt roześmiane do gablot pełnych biżuterii i przemyślnego rękodzieła, chłopcy ukradkiem oblizujący się, udający, że to widok oscypka z żurawiną, czy degustacyjny kieliszeczek pitnego miodu, ale przecież ich ruchliwe łapki wdzierają się w ciepło zamknięte pod płaszczykami dziewcząt. Gwar, tłok, puszki piwa łykane w pośpiechu, nim kto potrąci i zmarnuje z trudem zdobytej zawartości. Fredro na kamiennym zydlu kryje się pośród straganów dyszących pieczystym, spod oka zerkając na rozmigotaną choinę. Rozmowy w językach do niedawna nieznanych, nierozpoznawalnych, karnacje rodem z całego świata, zmarzluchy i wręcz przeciwnie, ciała odważnie eksplorujące styczniowe wiatr. Muzyka każąca cieszyć się radością tłumu, zmieszane w mezalians niemożliwy wonie zakąsek i słodkości, indywidualiści zbierający datki od tych, których ciekawość skłoni do podejścia bliżej. Chaos i harmider wielki, aż język zastanawia się, czy to nie haos i charmider, bo kto to odróżni w tym gąszczu ukrytych pragnień?

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Okręt pływa na okrętkę?

 

    Śniegu napadało wystarczająco, by wykryć położenie osiedlowych ciepłociągów. Tuje otrząsnęły się z nadmiaru i noszą zaledwie śladowe ilości – ot, zimowy łupież. Co innego płożące jałowce. Te okryły się bogaciej pierzyną, która tylko czeka by poszarzeć od wyziewów z kominów i rur wydechowych. Ale jest czyściej, śmieci i kurze zostały spacyfikowane i zepchnięte do podziemia. Mnogość dni świątecznych objawiła się zwałowiskami śmieci, których nie ma kto sprzątnąć.


    Słońce igra ze światłocieniem, jednak trudno je podejrzewać o wyrafinowaną fantazję. Sikorki, korzystając z ogólnego bezruchu figlują, bawiąc się w chowanego, ukrywając się przed pościgiem w wyszczerbieniach ceglanego muru. Wrony obsiadły czubki drzew, ale nie wiem, czy gęściej niż jemioła. W parku trwa moda na bieganie z plecakami – ćwiczą ewakuację, paniczna ucieczkę, czy tylko krótkie wagary od życia rodzinnego?

niedziela, 4 stycznia 2026

Swat.

 

    Siedziałem na składanym, wędkarskim krzesełku i rysowałem. Ołówkami, bo tak lubię najbardziej. Ołówek jest miękki, poddaje się woli, potrafi współgrać z papierem, by wspólnie zareagować na światło. Wystarczy dać im szansę, a zaniosą się cieniami niedopowiedzeń i skryją w mgłach tajemnic. Najprostszy z miejskich detali zaczyna flirtować z magią i nieznanym. I nic nie jest już oczywiste, choć brakuje barw.


    Usiadłem w jednym z wielu miejskich zaułków, w „zakamarku”, jak uwielbiałem myśleć o miejscach, gdzie tłum zwyczajnie nie zmieściłby się, a turyści zaglądają z rzadka i przez przypadek – ci, co zabłądzili, albo ktoś z tubylców podrzucił pomysł na nietypowe szlaki. Malowałem jakąś latarnię, stylizowaną na starą, łuk bramy bez odrzwi, z mocno już skruszonymi cegłami, cienie kościelnej kopuły szukające sobie miejsca na nierównościach kocich łbów. Niby nic, miejski kicz, rzecz banalna, powtarzalna w każdym mieście. Jakiś bezpański burek wpakował mi się w kadr i podlewał właśnie tę latarnię, której szkic kończyłem.


    - Naprawdę? Nie mógł wybrać innej? - Za karę paroma kreskami uwięziłem go na rysunku.


    - Nawet sympatyczny – pomyślałem o zwierzaku, który dopiero w ołówkowej wersji zdawał się nabierać uroku, więc dokończyłem szkic, nie żałując kresek.


    Dzień nie rozpychał się jakoś szczególnie. Słońce wspinało się na moje plecy i chyba zamierzało tam zostać, cisza i spokój zdawały się zachęcać do sielanki. Zamknąłem oczy na chwilę, żeby mój rysunek odpoczął ode mnie. O własnych dziełach miałem niskie mniemanie. Zdawały się takie niedorobione, niegodne pochwał. Wiele bloków i luźnych kartek walało się po szufladach, czy ukrywało za szafą, żeby goście nie potykali się wzrokiem. Co tu kryć. Wstydziłem się ich przed obcymi, wolałem więc, żeby nie rzucały się w oczy. Nawet, gdy jakiś detal wydawał mi się bardziej udany od innych, to reszta rysunku ściągała całość w dół i o piedestałach, czy wystawach nawet nie marzyłem. Hobby, pozwalające mi na marnotrawienie czasu – coś jak alkoholizm – bez sensu, bez nadziei na zmianę, czy poprawę. Nieco bezpieczniejszy, bo za rysowanie nikt nie zamierzał mnie okraść, czy zamknąć w więzieniu.


    Z tego użalania się nad własnym brakiem talentu i ciepłem słońca wtulonego w nerki chyba chwilkę zdrzemnąłem się, a kiedy otworzyłem oczy, cień kopuły zeskoczył już z ceglanego muru i uwolnił ponad połowę kocich łbów od ucisku. Jeszcze chwila i zniknie całkiem z zaułka, przeskoczy kolejny mur odgradzający wąski przesmyk od dziedzińca wypielęgnowanego na ogród w stylu francuskim, w którym ścieżki pozwalały błądzić w pozornych labiryntach, ławki stawały się bezpiecznymi przystaniami a elegancko odrestaurowane elewacje pozwalały zmysłom cieszyć się spokojnym pięknem architektury. Ja? Oczywiście po tej „brudniejszej” stronie muru z niedokończonym rysunkiem. Rzuciłem okiem, czy wiele brakowało, aby odwrócić kartkę i zacząć od nowa….


    Pies zniknął! Szuja! Skorzystał z nieuwagi i opuścił prawy dolny róg papieru, zostawiając po sobie schnącą szybko plamę moczu! Świnia! Zaraz, zaraz! Pies, czy świnia? Nie… na pewno pies. Nieduży, kudłaty z mordką sugerującą, że mimo biedy potrafi się śmiać. Łapserdak nieudomowiony. Najwyraźniej uznał, że nie będzie marnował czasu ze mną i zwiał. Aż tak źle rysuję? Uniosłem kartkę pozwalając słońcu się przyjrzeć. Eeee… aż tak źle nie było, żeby nawiewać. Żaden cud, ale ściany wyszły raczej prosto, latarnia nabrała sznytu, bo przecież wyczyściłem ją z liszajów liniejącej farby. Niesłusznie? Z ostrożności, machinalnie poprawiłem. Skoro pies zwiał, to latarnia gotowa też. Słońce zdawało się wspierać moje wysiłki i wysuszyło plamę po psie. W nerwowych ruchach dokończyłem rysunek i odstawiłem ołówki.


    Rozglądałem się, dokąd poleciał pies. Mój przecież, bo go stworzyłem. Nigdzie nie było widać burka. Zamierzałem już podnieść tyłek z krzesełka i pójść go szukać, idąc tropem co tańszych jadłodajni, bo taki pies frykasów raczej nie jada. Zaplecza barów mlecznych, śmietniki, może nawet kubełki na turystycznych ścieżkach, albo ogródki piwne, gdzie podchmielona publika gotowa rzucić psu coś, od czego żołądek zdycha i zaczyna walczyć o przetrwanie. Zamierzałem, ale lenistwo, organizm nawykły do powolności, braku presji i pośpiechu, który uważałem za nieprzyzwoitość kazały mi na chwilę jeszcze powstrzymać ciało przed działaniem. I słusznie! Gdzieś z daleka dobiegło mnie wesołe szczekanie. Mój pies wraca do mnie? Nie wiedziałem tego, ale postanowiłem dać mu szansę, szczególnie, że nie kosztowała mnie wiele. Parę drgnięć wskazówek, jeśli ktoś jeszcze używa zegarków z cyferblatem. Psie nawoływania zbliżały się. Duma nie pozwoliła mi się oglądać bez końca. Udawałem twardziela. Obróciłem kartkę i ponownie zacząłem szkicować latarnię, tym razem zaczynając od liszajów obłażącej farby. Pies znał drogę, jeśli nie nosem, to instynktem i wzrokiem. Latarnia stała już całkiem zuchwale na środku kartki, a ja nieco zatraciłem się w procesie jej powstawania, gdy dobiegł mnie głos. Nie psi, a damski…


    - Dzień dobry, to pański piesek?


    - Taaa, nie! – niemal mnie zatkało i nie wiedziałem co odpowiedzieć – nie wiem.


    - Jak to? - zaśmiała się i w tym śmiechu było wiele sympatii. Aż się odwróciłem. Młoda, zapewne ładna. Przez włosy przeświecało słońce i nie za wiele widziałem, za to głosem mnie zawojowała od początku – Nie wie pan, czy to jego pies?


    - Nie wiem – wzruszyłem ramionami, zastanawiając się, czy mogę sobie pozwolić na szczerość, więc postanowiłem chytrze przeczekać – to długa historia…


    - Chętnie posłucham – flirtowała ze mną? Widziałem, że pies zachwycony jest tym, że wreszcie ktoś go głaszcze. Nawet nie szczekał, tylko bezwstydnie nadstawiał grzbiet pod drobną rękę kobiety – Wie pan, że on mnie tu przyprowadził? Sama nigdy bym nie weszła w ten zaułek, choć jestem stąd i mieszkam niedaleko.


    -Naprawdę? - w gardle miałem grudy zaskoczenia i zawstydzenia


    - Mogę obejrzeć – wyciągnęła rękę po blok rysunkowy – lubię grafikę, a pańska latarnia wydaje się bardziej rzeczywista od tej, która stoi w tej uliczce…


    Podałem jej blok, ale na słowa już nie starczyło odwagi. Zaczęła od początku, powoli przewracając kartki, aż doszła do dzisiejszej.


    - Ostrożnie – widząc, że ślini palec, chciałem ją ostrzec przed wyschniętą plamą, ale nie zdążyłem.


    - Och! - krzyknęła zaskoczona


    - O! - jednocześnie mnie dopadły emocje.


    W puste miejsce pod latarnią wskoczył pies. Patrzył stamtąd na kobietę, jak na swoją panią. A ja? Przełknąłem ślinę – ja też tak na nią patrzyłem.

sobota, 3 stycznia 2026

Niefart.



    Jak wszystkie „dziwne” historie, początek był standardowo banalny. Czemu niby miał być inny? Jakaś spontanicznie wymyślona wycieczka w góry, potem nagły deszcz powodujący, że grupa rozbiła się na fragmenty, i wreszcie szczęściarze lądują w schronisku na piwku, romantyczne dziewczęta toną w ramionach wybawicieli, a pechowcy, czyli ja, trafiają do innego świata. Przyznam się, że należę do szczęśliwych pechowców, bo ci bardziej pechowi nie potrafią się z pecha wykaraskać i zanim ugruntują swoją pozycję pechowca stają się nieodwołalną przeszłością. Ja, z dumą mogę oświadczyć, że obrosłem grubym kożuchem mniejszych i większych peszków, jednak z każdej opresji wychodziłem na tyle zwycięsko, że mogłem się poskarżyć post factum. Wróćmy zatem do historii tak niewyszukanie zaczętej.

    Deszcz, to doskonałe tło dla pechowca. Mokre ciuchy, trochę wiatru, atak natury na wątłe zdrowie mieszczucha – czegóż więcej trzeba, by wpaść w panikę, albo rezygnację? Ja? Jako szanujący się pechowiec, ja wpadłem w dziurę, która, co okazało się jeszcze później miała więcej wymiarów niż Euklides był uprzejmy zdefiniować. Jednocześnie (rzeczy uwielbiają dziać się stadami, nie tylko parami, jak chciałoby pewne powiedzenie wymyślone przez niepoprawnych optymistów, miałem w pechu szczęście – wpadając nie połamałem się, a i dziura na początkowym odcinku nie była szczególnie głęboka, więc poza siniakami ozdobionymi wiązanką przekleństw nic mi nie dolegało.


    Stary traper zapewne wziąłby się do dzieła natychmiast, zamiast przechwalać się wobec nieistniejącej, choć możliwej publiki. Ja zmitrężyłem czas na obelgi siedząc na obolałym tyłku w norze. Dziura zdawała się być nie eksploatowana przez dziczyznę, co powinno zastanawiać, bo zwierzaki korzystają z pustostanów niemal instynktownie. Tu było pusto. Środkiem dna ciurkała woda płynąc gdzieś głębiej, poza zasięg widzenia. Wyzwanie! Któż im się oprze. I tu zaczyna się PRAWDZIWA PRZYGODA.

    Ciekawość drążyła we mnie pragnienie eksploracji owej dziury. Skoro woda weszła tam bez problemu, czemu nie ja? Wydostałem się z dołu i nazbierałem patyków, plus jedną grubszą żerdź, z której zamierzałem sporządzić pochodnię. Drewno, mimo że z wierzchu mokre dobrze obeschło stercząc w górę na wiatrołomie. Wrzuciłem do dziury i wlazłem sam. Ogień po krótkiej szamotaninie zapłonął, puszczając dymne sygnały do Wielkiego Manitou. Siedziałem taktownie puszczając dym bokiem i pozwalałem ciuchom schnąć na mnie. Drąg na pochodnię czekał na swoją kolej. Już ten punktowy ogień sprawił, że wzrok wślizgiwał się głębiej, odsłaniając możliwość, że jaskinia, choć niewysoka, jest długa. Wetknąłem koniec badyla w ogień, gdy coś zakłóciło szept płomieni. Z mroku jaskini… coś wyłaziło! Czyli jednak nie była bezludna… bezzwierzęca, czy jakaś tam. Była zasiedlona i władowałem się do cudzego domu, bezczelnie rozpalając ogień na progu. Wstyd. Kto wie, czy to nie koniec szczęścia w pechu. Podnosiłem tyłek i otrzepywałem ręce zamierzając taktownie opuścić domostwo nieznanego, gdy coś schwytało mnie za nogę w kostce.


    - Zaczekaj choć chwilę – usłyszałem chrapliwy głos – dawno nie miałem gości, a już takich, co przychodzą z płomieniem domowego ogniska, to już wcale nie pamiętam. Wybacz sklerozę, ale rzadko trafiam okazję na pogawędki, a wspominanie do pustych ścian jakoś mi nie służy. Siadaj, zaraz coś na ruszt naszykuję, żeby tak o pustym pysku nie siedzieć.

    - A gdzież moje maniery – ryknął znienacka – Wacek jestem, Wacuchna dla znajomych, a ty?

    - Jędrek – wydukałem, bo okazało się, że mój gospodarz wyciągający łapę w moją stronę jest sporym gadem… no… smokiem. Prawdziwym. I zachwyca się ogniem, jakby ziać nie potrafił.

    - Lubisz baraninę Jędrula? – mój gospodarz spoufalił się natychmiast – raz dwa się uwinę. Dawno już nie polowałem, wolisz czarną, czy białą owieczkę? A może kozina bardziej ci służy? Wiem gdzie serwują. Koń, czy krowa nie pasuje chyba na świąteczny obiad?

    - Niech będzie – mało inteligentnie zgodziłem się na wszystko i już go nie było. Jak zmieścił się w tej dziurze, też nie wiem, ale magicznym stworzeniom lepiej nie przyglądać się przez pryzmat rozsądku. Grunt, że uwinął się w okamgnieniu i już targał w pysku świeżutką, jagnięcinę. Parę patyków i rożen zaczął skwierczeć. Smok był znakomitym gospodarzem. Z czeluści wyjął butelczynę czegoś wiekowego, nawet zastawę udało się jeśli nie skompletować, to zorganizować. Jagnię piec umiał, jak nikt na świecie, nie dziwne więc, że pieczyste było wspaniałe. Smoka interesował świat współczesny, słuchał z żywym zainteresowaniem i pytał o szczegóły, co rusz dopełniając kielich zacnym winem. Wieczór pięknie rozkwitał, nad dziurskiem zaczęły połyskiwać gwiazdy, czyste, wypłukane deszczem puszczały oko do mnie i do smoka, gdy pech się objawił.

    - Andrzej, Jędrek, gdzie jesteś chłopie? Odezwij się! Uuuu! Brachu, nie wygłupiaj się, bo zaczynamy się martwić!

    Smok zastrzygł uszami, zerknął na mnie pytająco, czy może wroga ogniem piekielnym pognać, ale gdy zaprzeczyłem, przydusił ogień łapą, sapnął i powiedział:

    - Cóż, dobre się kończy szybko. Jak będziesz w okolicy to wpadnij na gawędę. Ale tym tam, to lepiej nic nie mów, bo znów zaczną się polowania i te sztuczki z baraniną futrowaną siarką. Trzymaj się!

    Zanim odpowiedziałem, już szurał w ciemnościach zmierzając w głąb pieczary.

    - Trzymaj się Wacuchna – szepnąłem.

    Wygramoliłem się z dziury w sam raz, by reszta grupy schwytała mnie w światła latarek i otoczyła troską, śmiejąc się, że po raz nie wiadomo który muszą ratować pechowca.

Raz zarazę zapraszam, a raz rozpraszam zrazem.

 

    Czwarta nad ranem. Psy sąsiadów już nie śpią. Merdają ogonami tłukąc w kaloryfer, a rury niosą ich radość po całym budynku. Z tego spalania energii pewnie im się chce sikać, lecz sąsiad śpi, więc muszą sobie radzić same. Na placu zabaw umarł bałwanek. Ktoś łeb mu ukręcił, ozdobiony wysoką czapką z niebieskiego wiaderka. Nad osiedlem krążą sroki, skutecznie wypłaszając cała drobnicę. Nawet gołębiom chyba przeszkadza ich towarzystwo i zmyły się. Nie wiadomo dokąd, bo przecież nie do ciepłych krajów. Śnieg powoli wykrusza się, wynoszony na butach piechoty i psich łapkach. Cisza. Śpią okna sypialni i kuchnie, drzewa bez brzemienia liści na utrzymaniu. Cisza pod śniegiem jest głębsza, intensywniejsza, jeśli stopniowanie ciszy nie jest absurdalne. Pocieszam się światłem świecy, które jest natchnieniem i przyjemnością, a nie koniecznością, by wypełnił się dzień.