piątek, 8 maja 2026

Pułkowy półgłówek w półbutach z półki.

 

Czapla, najwyraźniej spóźniona, leci jak do pożaru usiłując nadrobić stracony czas. Grozi jej że za karę zamiast śniadania będzie stać po kostki w zimnej wodzie, aż jej sczerwienieją paluszki i pęcherz nie wytrzyma plumkania wody. Wrona dosiadła znak ograniczenia prędkości i najwyraźniej usiłuje kontrolować przestrzegania przepisów. A pustułka zaplątana w centrum miejskiego zamieszania kieruje się ku opłotkom gdzie betonu mniej, choć i tu znaleźć można kwitnące na biało kaliny, kasztanowce i czarne bzy.


Włosy fałszywej brunetki siedzącej przede mną śmierdzą petami. W skrzynce przed warzywniakiem bladozielone łby kapusty podziwiają krągłości ekspedientki pochylonej nad prężącymi się bezwstydnie porami, pragnącej jakoś tę masową erekcję poukładać na tyle kusząco, by znalazły dłonie gotowe je przytulić i zabrać ze sobą w domowe zacisze.

Sekcja zwłok.

 

Nie. Jeszcze żyję chociaż zdaję sobie sprawę z nieprzyzwoitości popełnianego bezczelnie czynu. Zasadniczo żyję bez uzasadnienia, zapewne z przyzwyczajenia, albo przez pomyłkę, której nikomu nie chciało się unicestwić, żeby pozostałych nie ochlapać czymś odrażającym, co zwykle wydziela miażdżony argumentem siły organizm od najmniejszego po te najokazalsze.


Usiłując nadać jakkolwiek małe, ale jednak znaczenie podjąłem się prowadzenia bloga. Pamiętniczka, szuflady na niepokorne myśli. Poligonu, po którym wciąż przetaczają się burze ciężkostrawnych myśli i płochych pomysłów, którym nijak na salony wstąpić się nie godzi.


Obserwując żenująco ubogie zainteresowanie treściami pojawiającymi się tu od lat zauważyłem ze zdumieniem, że licznik odwiedzin drastycznie zmienił skok. Od ładnych paru miesięcy comiesięczna liczba gości osiąga poziom rocznego zainteresowania z lat poprzednich. Podejrzewam nieustająco, że to działalność sztucznego tworu żerującego na obcych treściach, jednak nie mam pojęcia czym sprowokowałem zainteresowanie SI. Widocznie mało kaloryczne te treści skoro musi tak często uzupełniać paliwo.


Po komentarzach sądząc istot żywych na blogu bywa raptem kilka, bo ciężko mi uwierzyć, że wstyd tudzież inne skomplikowane uczucia paraliżują tłum odwiedzających do tego stopnia, że ani cześć, ani (nowocześniej) cze! nie powiedzą i tylko ukrywają się skrupulatniej niż patyczak w koronie drzewa. Aż tak zły nie jestem… chyba. Nieważne. Nie to nie. Przymusu nie ma. Piszę, bo lubię nawet gdy nikt nie widzi.


Dziś rano dowiedziałem się że moja twórczość blogowa stanowi skarlałą, ale jednak formę publikacji. Mój błyskawicznie pęczniejący narcyzm rozpędził chmury nad Miastem i osłodził kawę! Teraz wypada zrobić porządny coming-out, zapomnieć majtek idąc po bułki, albo chociaż zatrudnić małe stadko paparazzich, żeby obfotografowywali moje nieuniknione ekscesy. Pamiętniczka raczej nie napiszę, bo przecież już mam. Może zacznę gotować? Albo remontować domy, względnie ogródki? Prowadzić program w TV i tańczyć z gwiazdami? Może nawet śpiewać? Ewentualnie zasiadać w jury czegobądź jako „ekspert”… eksport? eks?


Trzeba rzecz na spokojnie przemyśleć. Jako istota publikująca, publiczna być może, obawiam się wracać do domu, gdyż ten gotów stać się domem publicznym, co zrodzi konieczność zainwestowania w czerwone latarnie, a do wypłaty szmat czasu. Cennik usług to kolejna oczywista oczywistość. Ech! Może i lepiej że to Sztuczna robi tłok – wstyd jakby mniejszy.

czwartek, 7 maja 2026

Ekstrakt trochę o prokreacji, trochę o cyborgach.

 

Czy stosunek Sztucznej Inteligencji ze Sztucznym Inteligentem prowadzi do sztucznego zapłodnienia? Czy łączenie organizmów cybernetycznych z organicznymi prowadzi do mezaliansu ustrojowego i potomstwa mieszanego? Owoce takiego związku będą samoistnie inteligentne, czy będą musiały chodzić do szkół?

środa, 6 maja 2026

Ekstrakt iście królewski.

 

- Ja nie mam co na siebie włożyć – nucę stojąc na golasa przed szeroko rozpostartymi drzwiami szafy, daremnie wzrokiem poszukując szaty wystarczająco szykownej, aby mnie okryć.


Wzdycham tylko, gdy zimnokrwiste lustro przygląda mi się krytycznie – Trudno, korona musi wystarczyć!

Struję nastrój. Na stroje nas troje nastroję.

 

Pchany popołudniową tęsknotą za łazęgą zawieruszyłem się wczoraj w miejskich wirydarzach. Z zaskoczenia wziąłem trzy, w tym ostatni mi dotąd nieznany, za to znany googlowi. I wszystko byłoby znakomicie, jednak okazało się że tenże, stanowiący wewnętrzny dziedziniec filologii germańskiej, stał się uczelnianą palarnią. Pośród kwitnących krzewów i rabat okalających ławeczki pyszniła się altana pełna popielniczek. Niemiecka praktyczność najwyraźniej wzięła górę nad lokalnym romantyzmem. Ordnung must sein!


Osiedlowa siatkarka od rana testuje zalety legginsów z tych, co drastycznie pogłębiają otchłań międzypośladkową. Najwyraźniej zadowolona jest z pobieranych wrażeń, bo występuje w nich regularnie, nie bacząc na wiatr, okradający jej intymność z ciepełka. Sympatyczny Rudzielec, dziś w błękitach, uzupełnia makijaż malując rzęsy na kolor „bardzo długie i łatwo dostrzegalne”. Przy okazji sprawdza językiem, czy między zęby nie zaplątała się łodyżka czosnku niedźwiedziego, albo innej kolendry. Na ścieżce rowerowej pani wchodzi w poranek truchtem, a jej ciało nosi znamiona poważnej opalenizny nijak nie wyglądającej na dzieło powiewów chłodu.


Ktoś za mną poddaje recyklingowi zawartość nosa wciągając zawartość potężnymi haustami. Najwyraźniej ideę zero waste wziął sobie do serca – ot taki niewymuszenie serdeczny gość. I najwyraźniej bardzo głodny, bo pobiera porcję za porcją regularnie jak metronom. Rozkoszne rusałki wagi ciężkiej przebiegają ulice na czerwonym, a ich bladziutkie kolanka migają pod letnimi sukienkami. Do mnie uśmiecha się piękna pani wyglądająca jak przeniesiona żywcem z dwudziestolecia międzywojennego. Odśmiecham się, bo wygląda naprawdę bardzo elegancko i delikatnie. Żebym umiał jej towarzyszyć musiałbym wyglądać o niebo dostojniej.


A ponieważ nie wyglądam, bawię się w marszu, wymyślając rodzaje lin:

Alina, Bylina, Celina, Dolina, Etylina, Formalina, Glina, Halina, Insulina, Jedlina, Kalina, Lanolina, Malina, Naftalina, Otulina, Paulina, Roślina, Solina, Ślina, Trzmielina, Watolina.

Zostało jeszcze kilka literek, więc podzielę się zabawą – jeśli kto chętny poddać się szaleństwu, to zapraszam.

Szaleństwa ciąg dalszy.

 

    Przypadkiem (a ponoć te nie istnieją) postanowiłem przejść przez jezdnię na krwistym świetle, gdy ruch kołowy zamarł. A jak padło pytanie, czy nie mam wyrzutów sumienia i czy spać będę mógł w nocy, zacząłem snuć opowieść. Gdy tylko dopadłem maszyny – przepisałem i wysłałem w jedyne miejsce (jedyne prócz Lustra), w którym nie boją się, gdy wyobraźnia potrafi zdestabilizować wszelkie prawa, z fizyką włącznie. Oczywiście mowa o Niedobrych literkach, a efekt można skonsumować tam:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/05/06/relacja-na-zywo-by-daniel-wojnarowicz/

wtorek, 5 maja 2026

Jedzie od Jadzi jadeitowym jadem z jadalni.

 

    Wykształcenie miała takie więcej cielesne i kto wie, czy na takim nie poprzestała, gdyż słownictwo i sposób bycia miała niewyszukane. Nie sposób nawet szydzić, bo być może był to właściwy wybór, gdyż powodzeniem cieszyła się nieprzeciętnym. Chwilę potem dziewczątko ubrane w górne pół bluzki. W marszu mozoliło się dziecię, by naciągnąć tę połówkę na korpusik w niższych partiach, jednak materiał najwyraźniej nie zamierzał kolaborować z nosicielką. Chwilę później podziwiam parkującą motocyklistkę w leginsach. Oglądana od przodu demonstrowała głęboki dekolt, w który śmiało mogła nałapać między piersi wszędobylskiego puchu z topól i much zakochanych w cieple asfaltu. Autobus usiłował zatrzymać się w zatoczce, kiedy przyblokował go dostawczak V7 KAMYK. A potem, to już rozkoszowałem się kwitnącymi na działkach glicyniami. Trzeba im przyznać, że są niezwykle ekspansywne.

poniedziałek, 4 maja 2026

Postanowienia nie całkiem noworoczne.

 

    Zdecydowałem, że stanę się lepszym człowiekiem. Kupię smartfona i smartłocza. Z milion darmowych aplikacji zainstaluję. Płacić będę okiem, uchem, albo krwią, jeśli trzeba. Hasła będę miał tak mocne, że będzie można na nich wykuwać katany. W wakacje będę dubaił, majorczył, albo zanzibarzył na piasku. Walnę sobie tatuaż, albo i trzy, przekłuję język, pępek i nos, a jak okaże się, że ból jest znośny, to może i mosznę. Nauczę się mówić spoko, szit i dżizas. A jadł będę kebaby i popijał colą bez cukru, albo piwem bez alko. I jeszcze czipsy, nugetsy, energetyczne batony i red bula, żeby mieć własne skrzydła.

Laska o lasce z lasu na Alasce.

 

    Na przejściu dla pieszych kobieta w czerni. Na nosie przeciwsłoneczne okulary nad głową przeciwdeszczowy parasol. Gotowa na wszystko, żadna aura jej nie zaskoczy. Tylko światło ja zaskoczyło i nie przeszła jak reszta stada. Łącznie z dwoma pulpecikami zapatrzonymi w siebie i całujący się w marszu. Słońce porozbierało dziewczęta tak pięknie, jak żaden facet nie zdołałby. I niech tak będzie, niech gwiżdżą szpaki, niech cienie paradują wskroś ulic. Alternatywne piękności nieco straszą, szczęśliwie oglądam te piękności przed zmierzchem.

niedziela, 3 maja 2026

Pasażer żeruje na pasach, masażer preferuje żerowanie na masie.

 

    Dwie sroki tańczyły na rynnie najwyraźniej flirtując. Gdy pojawiła się trzecia i zaczęła „przystawiać się” do jednej z tańczących, bójka wisiała na włosku. Skończyło się na przepychankach. Słońce wygładza humor, a raczej wygładzałoby, gdyby ktoś raczył to zauważyć. Cisza aż w uszach dzwoni. Plac zabaw wybawiony wczoraj do cna odpoczywa spodziewając się kolejnej fali popularności. Dyżurni od piesków toczą się ospale szlakiem tak dobrze znanym, że nawet oczu otwierać nie trzeba. Usta same mówią „dzień dobry”, gdy naprzeciw ma się pojawić konkurencyjna sfora wiedziona przez równie senną istotę.