poniedziałek, 28 września 2026

Mezalians.

 

    I w-on-czas, nie ukrywam, trudny dla mię, u drzwi stanęła niewiasta, której wydawałosię (z akcentem na przedostatnią sylabę tego ortodoksyjnego imiesłowu). Nie protestowałem. Stanęła, znać, powody miała. A ona tak stojąc na wycieraczce, jako koźlarz babka w jagodzinach była uprzejma nieco spurpurowieć i wyznać. Przyznam, że się nie spodziewałem wyznań rodem z mojej wysłużonej wycieraczki. Bynajmniej, nie zanosiło się na lekcję biblijną, jako w zwyczaju mają chodzący parami, lub w trójkątach Świadomi Wyznawcy – była sama, jak porażka w z góry wygranym robrze. Nóżkami drobiła, jakby ją ta moja wycieraczka podgryzała po kostkach, czy coś w tym guście. Chciałem nawet zbesztać (nie wiem, czy bardziej wycieraczkę, czy siebie, że taką harpię na własnym łonie wyhodowałem), jednak wycieraczka zdawała się być głuchą, a pani i tak przyglądała mi się z lekkim niepokojem.


    - Czym mogę szanownej pani służyć? - zapytałem szarmancko i staroświecko – Liczę, że nie usiłuje pani ode mnie wyłudzić grosz ostatni, którym uchował, by nabyć płyn rozrywkowy, a wypłata dopiero pojutrze i w chudy czas pani zaszła…


    - Nie zaszłam – zaprotestowała pani, rumieniąc się przy tym intensywnie – ale chętnie bym...


    Uchyliłem szerzej tak powieki, jak i drzwi mieniące się wejściowymi, kto wie, może robaczywe serce także. Pani wkroczyła, bo jednostki wybitne kroczą, nawet, gdy idą siku, a co dopiero, gdy porywają się na czyny i zdobywają przyczółki pilnie strzeżone.


    - Naprawdę ostatni? – pani już stojąc na spłowiałym dywanie „zdobiącym” salon, czyli ten pokój, w którym na piedestale stoi odbiornik RTV, zapytała się drżąco, omdlewająco, a jednak podejrzanie zdeterminowanym głosem – Oj, to faktycznie nie w czas. Ale może… A konto?


    Napuchłem z dumy. Ja-pustak, gość przed wypłatą, którego grosz nawet z litości się nie trzyma, zostałem byłem podejrzany, że jednak zdarzają mi się okresy hossy i Klondike, to przy mnie ledwie aureola, a nie gorączka kipiąca od samorodków. Podziwiałem optymizm kobiety-która-raczyła-zagościć-w-mych-progach, a takowe zdarzały się rzadziej niż deszcz karasi, czy terrorystyczne ataki piorunów kulistych na ciała cyfrowo sprzężone z siłami spoza oficjalnej narracji medialnej. Pani, eskalując rumianość twarzową wyznała mi jeszcze (by mnie dobić i pozbawić tarcz ochronnych), że najchętniej popełniłaby ze mną jakąś niepokalaną wieczność we dwoje, gdzie ja byłbym strażnikiem płomienia, a ona płonęłaby do mnie i dla mnie, żarliwiej od dziecięcych modlitw do św. Mikołaja.


    Mój dywan przesiadł się z podgryzania pani i zabrał się za moje członki. Najwyraźniej miał chrapkę ujrzeć onę kobietę bez oprawy. Musiałbym być skrajnym kłamcą, gdybym udawał, że ja nie. Pani była może nie do końca witruwiańskim człowiekiem – ciut za krótkie nóżki nadrabiała z górką długością rąk, wpisywanie jej w okrąg sens jeszcze miało, ale w kwadrat? Tylko umysł chory i bardzo zdeprawowany gotów byłby to uczynić. Najwyraźniej moje umysłowe dywagacje naprowadziły pania na jakiś trop, a może podsłuchała żebracze modły dywanu, bo osiągnęła kolejny poziom zarumienienia i burak ćwikłowy w pełnej krasie ledwie ośmieliłby się stanąć w szranki.


    Dość powiedzieć, że pani drżącymi paluszkami zaczęła bez słów rozpinać guziczki, a dywan, jak rasowy erotoman – zesztywniał i poślinił się. Że ja też? Cóż. Trudno chyba znaleźć samczyka, który nie oślini się na widok objawienia. Pani, niczym cebulka zrzucała zewnętrzne warstwy i poczułem niepokój, że gotowa ciągnąć ów proceder do końca… znaczy rozebrać się z ciała i kości, żeby jej naga dusza zmarzła na dywanie i uciekła gdzieś, gdzie cieplej, choćby do piekła. A przecież premedytacji w niej nie było, tylko potulna zgoda na wszystko, co los (czyli nieogolony ja) jej przyniosą. Bałem się podrapać po łbie, żeby mi włosy nie wyszły z wrażenia, mój dywan podobnych skrupułów nie miał, bo wyliniał już długo przed pojawieniem się owej Cebulki chętnej i zdeterminowanej.


    A potem, sam nie wiem kiedy, Cebulka była już obrana tak dokładnie z łusek i warstw, że tylko wzdychać i chlipać, co żeśmy z dywanem uczynili niezależnie i samorządnie. Ja chlipałem mocniej, bo organ miałem wyżej, a wiadomo, że ciepło się unosi, podłożu ledwie resztki zostawiając. Pani zerknęła na swoje bose stopy otulone oszołomieniem dywanowym i na mnie oszołomionego bezgranicznie.


    - Tak lepiej? - spytała nieco przekornie, nieco filuternie, ale buraczek na twarzy zdawał się osiągnąć apogeum skali.


    - moooo... – usiłowałem przytaknąć słownie, jednak jedna sylaba, to i tak za wiele dla mojego organu mowy, zastąpionego organem zdecydowanie bardziej predestynowanym do dialogu z nagą kobiecością.


    Pani najwyraźniej słowami jak makijażem usiłowała okryć nagość, więc wylał się z niej potok słów tak gęsty, że dywan utonął na śmierć, a mi ledwie otwarta gęba wystawała ponad słowotok. Tonący chwyta ponoć brzytwy, ale nikt nie chciał mi wskazać, gdzie najbliższe cholerstwo się znajduje i tonąłem usiłując sobie przypomnieć, alfabet Morse’a, by wezwać pomoc.


    Nie miałem wyjścia – musiałem zakochać się i to bezgranicznie. Zmysły właśnie zmierzały w tamtą stronę, kiedy wzrok – chyba największy malkontent przymierzał się do konfrontacji. Najwyraźniej kolaborował z mózgiem usiłując wyprodukować maksymalną dawkę dopaminy, serotoniny oksytocyny i endorfin, żeby błogość osiągnęła stan szczęśliwości – istny raj na ziemi. I ów wzrok, nie niepokojony przez używki grzeszne i szkodliwe potknął się po raz pierwszy, gdy wespół z mózgiem doliczył się sześciu, kto wie, czy nie ośmiu sutków…


    - Boże! Stała przede mną atawistyczna suka, pramatka, gotowa wykarmić stado szczeniąt! - Raz rozkojarzony wzrok zaczął śledztwo zdecydowanie krytyczne. - Sześć palców na każdej z kończyn, w wygasłym monitorze odbiornika telewizyjnego pokazał się tył głowy przyglądający się bacznie zapleczu dwiema parami oczu, z których jedna para miała pionowe źrenice!


    Pani topniała w oczach, najwyraźniej tracąc rozsądek i ogładę. Spomiędzy ud ciekł jej sok niespełnienia, oczekiwania na dawcę, na mnie! A we mnie rósł sprzeciw, bo przecież zoofilia, to grzech. Jej piersi sterczały szukając moich ust, jej ciało, więcej niż chętne rwało się do uległości, ale sześć palców? Trzy pary oczu? I te sutki trudne do policzenia w stanie wzburzenia! Instynkt jak tchórz zaczął odwrót i o pełnym wzwodzie nie było już mowy, gdy zaatakowała. Najwyraźniej dostrzegła jak pogrążam się w mimikrę, by zachować swą steraną cnotę i nie sponiewierać jej na ciele obcym. Mezalians międzygatunkowy – obrzydlistwo! Nigdy nie byłem otwarty na nowe, na eksperyment, na doświadczanie i przekraczanie granic. Ksenofobię wbudowaną miałem równie głęboko, jak wrażliwość i fizjologię.


    Kobieta krzyknęła i tym krzykiem obezwładniła mnie całkiem. Większa część krzyku poszła poza granicami słyszalności, co nie zmieniło faktu, że organizm poczuł te dźwięki jak torturę. Ze strachu spadły mi portki i nim zdążyłem zwiotczeć dostatecznie, już siedziała na mnie. Rodeo sobie urządziła, ujeżdżanie dzikiego mustanga. Mówią, że najstraszniejszym drapieżnikiem na Ziemi jest człowiek. Ten, który to głosił najwyraźniej nie spotkał jej. Do tej chwili nie wierzyłem, że można zgwałcić mężczyznę, bo jak „namówić go” na wzwód? Teraz już wierzę, choć nie wiem, jak to możliwe, ale ponoć wiara to coś, co wymyka się rozumowi.


    - O rany! - chciałbym i ja się tak wymknąć, ale ona wciąż tańczyła hipnotyzując mnie jedną z par oczu. A potem straciłem wzrok, gdy orgazm rozszalał się we mnie i spełniłem się w niej bez reszty.


    Nim szum w uszach skurczył się do ludzkich rozmiarów, nim krew z oczu zeszła, poprawiała już bieliznę pod sukienką. Poklepała mnie po policzku pakietem sześciu palców i szepnęła.


    - Dziękuję sąsiedzie. Będę zaglądać od czasu do czasu – uśmiechnęła się łobuzersko i idąc w stronę drzwi dodała kpiąco – Przecież chcesz, nie musisz udawać, a ja nikomu nie zdradzę co ci po głowie chodzi.




sobota, 26 września 2026

Klepnąć kleptomana klepką na klepisku.

 

    Pisklę płci męskiej w samotności szukało ukrytych głęboko we wnętrzu „supermocy”. Bóg jedyny wie w jaki sposób odkrył w sobie talenty muzyczne w grze na perkusji i uraczył osiedle solówką brawurowo wykonaną na blaszanej zjeżdżalni. Z wrażenia pierwsze dzieciaki przyszły na plac zabaw kilka godzin później. O zgrozo – w zdecydowanej większości gaworzyły cyrylicą. Czyżbym obudził się w sąsiednim kraju?


    Z dostrzeżonych tablic wyróżniła się taka L5 OPUS.

czwartek, 24 września 2026

Szczeć ze Szczecina szczecinę przycina.

 

    Nastolatka, aspirująca do roli kreatorki mody alternatywnej do glanów i złachanych kabaretek dobrała skórzany (powiedzmy) gorset i kryzę jak śnieg białą, żeby wytrącić czerń z równowagi, albo objęć nieskończoności. Trudno nie zauważyć, gdy nóżkę na nóżkę i smoltokiem zabawiała koleżankę już nie tak elegancką w swojej alternatywności, choć kuszącej bogactwem metalowych cierni na które samodzielnie się nadziała. Dzierzba byłaby dumna z takiego dzieła.

środa, 23 września 2026

Klika Lilki z kolką klika w kilka kulek z kalki.

 

    Niebo? Większość pokryta chmurami, od ciemnoszarych, aż po białe. Ściśnięte, tłoczą się, bo tam, za niewidzialną linią im nie wolno. Za linią niebo błękitne. Widziałem odcięcie i zastanawiałem się, kto i po co to robi? Na wszelki wypadek uciekłem do lasu. Na grzyby. I grzyby były, nawet ciut za dużo jak naraz. Były na obiad nieco spóźniony, będą na śniadanie, i kolejne obiady, będą mrożone, suszone, słoikowane i sam nie wiem, co jeszcze.


    A z tablic – znów urodzaj D0 BUBI, D9 XFIVE, D1 VERSO, D9 ROUSH

wtorek, 22 września 2026

Bezkres nowoczesnych uczuć.

 

    Wesele, jak to wesele, rządzi się własnymi prawami i pod czujnym (niestety) okiem kamerzysty rozwija się, nieuchronnie zmierzając ku globalnej katastrofie. Po pierwszych toastach krawaty nabrały luzu, po paru kolejnych marynarki sfrunęły z ramion i skromnie przycupnęły na oparciach krzeseł, czekając na impuls powrotu do rzeczywistości. Kolejne toasty i kolejne… Dzikie tańce, w których prym wiodła pani Krysia - młoda wdowa, jeśli to nie jest jakiś błąd językowy. Wywijała bioderkami wyokrąglonymi na niejednym weselisku, a jej falujący biust odbierał resztki przyćmionego gorzałką rozumu. Dopiero, gdy znikła na jakiś czas, udało się przycupnąć na jakimś krześle i przepić z nieznajomym. Dla ochłody, kurażu i żeby ponarzekać na niesprawiedliwość świata. Pal sześć fotografa, który cierpiał abstynencję zawodową i w ramach zemsty skupiał się na celach wyraźnie trafionych wódeczką.


    Wreszcie, gdzieś na tle mglistego horyzontu, pojawiła się Krystyna, w niebyt spychając awanse przygodnego kompana. Wsparty ułańską fantazją, chwyciłem Krysię za rękę i bez słowa pociągnąłem poza zasięg flesza. Nie opierała się przesadnie, najwyraźniej czując, że przed prawdziwym uczuciem uciec i tak nie zdoła. Obróciłem ją i popchnąłem, by oparła się o ścianę nieskalaną światłami zabawy, pragnąc raczyć się widokiem jej pięknie rozrośniętych bioder. Krzyknęła raz, chyba tylko po to, by mnie do reszty rozpłomienić i w okamgnieniu wypełniłem Krysię mleczem spełnienia. Wreszcie świat zdał mi się przyjaznym miejscem i maślany uśmiech z gęby mi się nie odklejał. Gorzej poczułem się dopiero, gdy Krysia odwracając się do mnie poprawiając krawat i wygłosiła komunikat:


    - Stefan! Takiego cię nie znałem. Ale rozumiem, ty jesteś niebanalny człowiek, otwarty na nowe trendy… - nie zdążyłem nawet chrząknąć, gdy słowotok wykorzystanej istoty znalazł ciąg dalszy – wiesz, to było naprawdę intrygujące przeżycie, jeśli naprawdę tego chcesz, to możemy kontynuować. Mam nadzieję, że nie chciałeś tylko mnie „zaliczyć” i będziesz równie otwarty na rewanż?

poniedziałek, 21 września 2026

Końkretny koń.

 

    Ma chrapy, więc chrapie i kopyta, to kopie. Spętany w pęcinach kłębi się w kłębie, ma w zadzie zadanie, a w nosie noszenie. Kłusuje kłusem, galopuje na gali, stąpa tępo tempem stępa, gdy wałach w cwałach na wałach rozwala powałę.

piątek, 18 września 2026

Trapera trapi trap trapisty.

 

W trawie marznie mocno spóźniony dmuchawiec. Ponoć nadejdzie świt i go ogrzeje, ale jeszcze nie teraz. Teraz, jedynym ciepłem w mroku jest cień kosa umykający przed groźną bo ludzką ciekawością. Duży, czarny jak noc pies na odblaskowej smyczy ciągnie dobrze odkarmionego właściciela. Obaj doskonale znają swoje miejsce i przeznaczony im koniec smyczy, ale kto kogo wyprowadza? Na przystanku pani w bieli i czerni wkłada do torby psa z kokardą między uszami – nie chce, by pałętał się między nogami, kiedy zajęta jest flirtem z internetem (mój sprzęt uwielbia poprawiać to słowo, by wybrzmiało z dużej litery, a ja je karcę za każdym razem i nie zamierzam na to pozwolić).


Do autobusu wsiada gość z tych wielkich zewnętrznie. Staje skromnie, jeśli można mówić o skromności w przypadku takiej Zawalidrogi w drzwiach, czym je upośledza i upokarza – ledwie śmią (absolutnie nie dla śmieją) się zamknąć, o otwieranie chyba będą błagać. Szczęściem dla drzwi – usiadł i sprowadził krzesełko z pozycji faktu do zuchwałego domniemania. A nawet dwa krzesełka, bo jedno nie zdołało dostatecznie zaopiekować się wielkością Siedzisława.


Dziewczyna z połyskującą fałszywymi diamentami i srebrem aureolą we włosach nerwowo łyka ślinę, chcąc wygasić nadmiar emocji związanych z dialogiem sms-owym. Beznamiętnie przewija pejzaże pani, która zapomniała, że jest piękna. Może zbyt rzadko słyszy dobre słowo? Chyba jest zimno. Ludzie splatają ramiona pod biustem. Ci, którzy biustu nie mają, też splatają. Zerkam na witrynę zamkniętej dopiero co po upojnym wieczorze kawiarni i widzę piskorza tramwaju, jak przemyka cicho, usiłując zgubić wzrok ciekawskiego prześladowcy, czyli mnie. Jeden z kominów elektrociepłowni też zmarzł, bo teraz krztusi się tłustym dymem mozolnie rozwiewanym przez niezbyt pracowity wiatr.


Zabawiam się nazwami dni tygodnia i deformuję je jak barbarzyńca ze skłonnościami sadysty. Niepodziałek, Wtórnik, Środek, Ćwiartek, Pijątek, Sobotaż, Dzielenia. Niewyszukane, łatwe do rozszyfrowania, ale czego wymagać od rozumu, kiedy nawet dzień wstać nie zamierza?


Dzisiejsze wyczyny tablicowe, jeśli mnie wzrok nie mylił, to D0 WYDRA i V1 BIEDA.

czwartek, 17 września 2026

Sobotni sabotaż sobowtóra w sabotach.

 

„Nabijanie minutek” musi mieć uzasadnienie i kierowcy MPK na pewno robią to celowo, co nie zmniejsza stopnia irytacji pasażerów, a przy okazji generuje „pakietyzację” ruchu i nerwowość tych, którzy niechętnie stoją za takim ciułaczem. Szczęśliwie z autobusu wysiadła przyjemnie okrągła pani w kurtce zdobionej wielkimi, czerwonymi kwiatami, co wyłagodziło zmarszczki na nielicznych o tej porze męskich czołach, zajętych przeczesywaniem otoczenia w poszukiwaniu wątków miękkich, się-kojarzących i wygładzających gniewne myśli. Na niebie już się nie udało, ale to wcale nie była wina owej pani. Niebo już tak ma, że ludzi ma głęboko w poważaniu i robi swoje nie oglądając się na opinie ekspertów, szamanów, czy nieznanych sprawców.


Dzisiejsze łowy tablicowe: D0 TATRY, D6 FIDES, P7 ADHD.

Poszukując jedynej.

 

Skupiłem się na okolicy. Miasto skatalogowane wraz przyjezdnymi (chyba na stałe), oraz studentami co rok zasilającymi „substancję miejską” zamyka się liczbą na poziomie miliona sztuk. Z corocznie rosnącej rzeszy sześciu milionów turystów skromnie doliczam do kwoty wyjściowej dziesięć procent, które być może spotkam na dnie rozpaczy, gdy zawiodę się na tubylcach. Stanęło na jeden koma sześć miliona egzemplarzach, pośród których zamierzałem wykryć Tę Jedyną, moją, wymarzoną i wyśnioną (jak wzdychają w wersach poeci, lecz ja śnić nie potrafię, więc tylko tak chytrze podpiąłem się pod domniemaną naturę romantyczną). Skażony wielkimi liczbami nie przeraziłem się wolumenu i zacząłem aktywną eliminację tła zaciemniającego obraz poszukiwań wartości oczekiwanej.


- Statystyka podpowiada, że połowa owej populacji, to faceci, kompletnie mnie nie interesujący z punktu widzenia celu poszukiwań. Mogłem wstępnie odetchnąć, bo zostało do przeczesania stadko zaledwie 800.000 sztuk.


- Skoro druga połówka miała stać się moją, to powinna być z grubsza w moim wieku, czyli plus minus dziesięć lat różnicy liczonej od daty moich urodzin. Wiem, zdarzają się uczucia niebanalne, ale to margines, a ja nie miałem czasu na błąkanie się po marginesach przy tak obszernym zbiorze. Dzieląc ludzi na kategorie wiekowe z gradientem dziesięciu lat, przyznałem priorytety dwóm najbliższym mojemu przedziałowi, chcąc na nim skupić wysiłki, kompletnie ignorując pozostałe przedziały. Statystycznie żyjemy około 80 lat, a „target” w jaki wycelowałem, obejmował raptem dwadzieścia, co znakomicie ograniczyło zbiór interesujących kandydatek do ćwierci wszystkich dostępnych samiczek, czyli bagatela - 200.000 sztuk.


- Ostrożnie przyznałem, że ma szansę mi się spodobać najwyżej co dziesiąta z potencjalnych przedstawicielek – nie, żebym był grymaśny, ale w końcu szukałem nie byle kogo, a Bogini, tej Jedynej pośród dwustu tysięcy nieświadomych mnie kandydatek. Szukanie ideału ograniczyło zbiór drastycznie, a i tak zostało 20.000 hipotetycznych Jedynych do przesiania przez amatora-konesera, czyli mnie.


- W kolejnym kroku uzmysłowiłem sobie, że ja także nie każdej się spodobam, więc przyjąłem, że one (podobnie do mnie) „wyrzucą” dziewięciu na dziesięciu i zbiór samiczek skłonnych zakochać się z wzajemnością skurczył się do raptem 2.000 sztuk.


Co za ulga! Dwa tysiące w takim wielkim Mieście? To już detal, z którym można… Naprawdę? G-prawda! Zapomniałem, że przecież ONE MI NIE POWIEDZĄ, ŻE TO NIE JA. Przynajmniej nie od razu. I dziewięćdziesiąt procent aktywnego czasu poszukiwań poświęcę bezproduktywnie, marnując zasoby uroku osobistego i elokwencji, niewłaściwie adresując żar przyszłych uczuć. A nawet, gdyby te starannie wyselekcjonowane przyszłe Jedyne ustawiły się ciurkiem, to przecież… ech!


Doba ma 24 godziny. Osiem śpię, osiem pracuję, dostępnych na rozsiewanie powabu i chwalbę paletą zalet zostaje osiem, z czego wielkopańsko zamierzałem aż połowę poświęcić na selekcję, arogancko lekceważąc czas na popas i wypas. Naprawdę - cztery godziny dziennie zwiadu i rozpoznania w walce. Więcej jak na hobby i inne pasje! A przecież od czasu do czasu wypada chociażby się ogolić, czy wypić kieliszek kawy w godziwym towarzystwie. Żeby cokolwiek się dowiedzieć o Jedynej i zdążyć zareklamować własne zalety, choćbym był skrajnie lakoniczny, nic mniej jak godzina nie chciało mi się zmieścić między uszami, czyli góra cztery podejścia dziennie. Przy dwóch tysiącach kandydatek, daje to poziom 500 dni ciurkiem, żeby przeprowadzić sprawiedliwy casting i wybrać tę najbardziejszą na świecie, albo chociaż tymczasowo utkwioną w Mieście i skłonną - nie pytaj do czego.


Ciężka robota. Nawet Bóg po tygodniu orki odpoczywał, a co dopiero ja, paproch mizerny… Dwa lata w skrajnie sprzyjających warunkach, to niedościgłe minimum, gdyby nawet chętne stanęły w kolejce do mnie. Widział kto taką kolejkę? Chyba tylko Wielcy Władcy, Kochankowie z legend i wielokrotni laureaci – Oskarów, Złotych Piłek, Nobli, czy innych wyróżnień stawiających ich wysoko w panteonie historii świata. Nie ja. I o takiej kolejce nawet marzyć nie wolno, bo to sprzeczne z logiką i współczesnymi poglądami – pierwszy ruch należy do faceta, czyli mnie. Więc jednak wrócić muszę do zbioru 20.000 dąsających się i przeważnie źle reagujących na próbę kontaktu. A to już pięć tysięcy dni orki, czyli z grubsza niemal czternaście lat jednym ciągiem. Zanim skończę, niektóre z wybranek będą już wzdychać za utraconą młodością, albo zgoła obwinią mnie o opieszałość eksploracyjną okropnie zaniedbanego złoża! Szaleństwo!


Skąd wziąć energię do przesiewania i jak zwiększyć własne szanse? Może trzeba było zacząć w przedszkolu? Albo w podstawówce? Tam miałem dostęp do samiczek w ilościach hurtowych (trzydziestoosobowa klasa, z czego statystyczna połowa to dziewczynki, plus klasa równoległa, dwie starsze o rok i dwie o rok młodsze, to 6x15, czyli dziewięćdziesiąt przedstawicielek trwale zniewolonych tuż obok mnie, a posiłkując się powyższą logiką liczb - na dziewięć mi-się-podobających przypadało zero koma dziewięć takich którym z wzajemnością!). W technikum? Tam dziewcząt było mniej, ledwie kilka na klasę i w całej szkole nazbierałbym góra pięćdziesiąt przedstawicielek płci przeciwnej do mojej. Studia, to już kompletny dramat, powiedzmy dziesięć zdeterminowanych, ślepych na towarzyskie zalety młodych kobiet z misją zbawienia świata. W pracy, to lepiej w ogóle nie rozważać, bo romans w pracy, to koszmar. Fatalne zauroczenie powodujące niekończącego się kaca, nieprzyjemności zbyt duże, nawet gdy rokowania na sukces rosną. Trzeba być skończonym desperatem, by się podjąć takiej akcji. Więc nie. Absolutnie.


Dlaczego nikt mnie nie uprzedził? Nie pokierował drzemiącymi w młodziutkim ciele przyszłymi potrzebami? Mogłem iść do szkoły dla fryzjerów. Albo pielęgniarek. Zostać cukiernikiem, albo bibliotekarką. Teraz, zamiast płakać nad rozlanym mlekiem mogłem jedynie zapisać się na aerobik, albo do baletu, ale w trykocie jądra puchną, ściśnięte do niemożliwości i o wybrykach prokreacyjnych trzeba byłoby myśleć z dużym wyprzedzeniem, żeby nie było wpadki.


Zapadłem w letarg umysłowy, a łeb sugerował, bym niezwłocznie został gwiazdą oklaskiwaną przez miliony z dowolnego powodu – ale czy wtedy uczucia będą szczere? I ci nobliści, to przecież stare, zjełczałe dziady… Nauczyć się kopać piłkę? Za późno. Śpiewać disco-polo na dożynkach nie przejmując się szyderstwami? Pomysły skwierczały we mnie rozmaite, co jeden to zuchwalszy, aż zupełnie znienacka przypomniałem sobie chińskie przysłowie – chcesz złapać rybę, myśl jak ryba!


Co lubią dziewczyny? Kwiaty i taniec! Eureka! Otworzę kwiaciarnię i zapiszę się do szkoły tańca! Niesamowite, jakie to proste! Wystarczyło na chwilę oderwać się od liczb, by wykryć nie do końca oczywiste rozwiązanie. Niezwłocznie zasięgnąłem wiedzy wprost z sieciowej otchłani i doznałem szoku.


W bieżącym roku w Mieście zamierzano otworzyć dwadzieścia tysięcy nowych kwiaciarni, a na kurs tańca towarzyskiego zapisy (w kolejce dla rezerwowych, proszę dowiadywać się w czwartki od siódmej trzydzieści) prowadzono na rok 2055… chyba, że amator był płci piękniejszej.


PS. Kiedy już serdecznie dość miałem strategii połowu, planowanych ruchów rozpoznawczo-zaczepnych i pozwoliłem sobie na pewną lekkomyślność, rzuciłem pytanie. W przestrzeń nad sobą. I pytanie ugrzęzło w materii bliżej nieokreślonej, aż się niebo zwarzyło.


- Bo przecież ona, ta Jedyna-wyśniona, ma dokładnie ten sam problem statystyczny, choć reaguje zero-jedynkowo. Tak-nie, selekcja i eliminacja. Decyzje ważone pierwszym spojrzeniem, domniemaniem, złą, czy dobrą chwilą w życiu, zanim zawiśnie nad nią pierwszy znak zapytania. Czy będzie wystarczająco intrygujący, by pozwolić zaistnieć drugiemu? Czy odpowiedź na pierwszy nie sprawi, że drugie w ogóle się nie pojawi?


Cud prawdziwy, że komukolwiek się udaje. A przecież Miasto, jak ongiś napoczął opowieść nieznany syn sławnego ojca - Red Vonnegut:


Mieszkam na Zakrzowie. Zakrzów, to zadupie Wrocławia. Wrocław to zadupie Polski. A Polska, to zadupie Europy.


Nie wiem, czy cytat jest dokładny, bo trochę czasu minęło i nie trzeba się z tym zgadzać. A jednak zmieniając liczby na proporcje dotyczące Polski, Europy, czy świata sytuacja niewiele się zmieni, bo procenty zostaną takie same – szansa na spotkanie i wzajemność jest mrzonką, Marzeniem Wariata (jedna z propozycji pana Łysiaka na rozwinięcie tajemniczego tytułu MW). I powiedzenie o ślepej kurze nie będzie w żadnym stopniu na wyrost, gdy dotrze przed oblicze szczęściarzy, którym dane było/będzie zaznać wspólnoty – niechby na jeden dzień!

środa, 16 września 2026

Na życzenie, w porzeczkach pożyczona życzliwa narzeczona.

 

Stojąc na przystanku podziwiam wronę, a dokładniej jej zapędy spacerowe. Łazi sobie toto, jakby coś ją w kroku uwierało – niemal boli od patrzenia. Tak mógłby chodzić pijany marynarz po upojnej nocy w porcie. Na wyłysiałym klombie łowię upadłe kasztany. Łowię, bo lubię ich gładką, brązową skórkę i absolutnie nie jest to rasistowskie, czy seksistowskie spostrzeżenie.


Poczułem lekki niepokój, gdy w moją stronę zmierzał gość nieogolony, który na czubku głowy wyłysiał zapewne przedwcześnie, a tors okryty miał (chyba) cielistą bluzką. Może to wpływ dwóch brodaczy meandrujących deptakiem w centrum Miasta, z dłońmi splecionymi jakby właśnie negocjowały intymność gdy tylko obcy stracą ich z oczu.


Na koniec tablica D0 GREAT.


Ponoć ocenianie ludzi jest złe, ale kto i w jakim celu zasiał w ludziach ów ferment, trudno wykryć. W czasach, gdy tak łatwo zamieszać we łbach i sprowadzić nawet niewinność na ścieżkę rozpusty, gdy demagogia nagina definicje słów usiłując tolerancję zrównać z akceptacją i wymusić zachwyty nad nienaturalnym zachowaniem/działaniem/ideą, gdzie każdy rości sobie prawa do oryginalności, odcina pępowinę biologiczną i usiłuje stać się poprawioną jednostką wolną od wad wegetacji, przenieść życie w świat cyfrowy i tam dokazywać bezkarnie, będąc tym-co-sobie-akurat-wymyślił-na-potrzeby-zewnętrza.


Każdy jest inny, ma inne potrzeby towarzyskie i system intymnych wartości, które trudno zdefiniować czy zunifikować. Poprawność polityczna, czy jakakolwiek inna, to bzdura, jaką usiłuje się zaszczepić ludziom Bóg wie po co. Wszyscy oceniają i każdy jest oceniany, choć mało kto ma odwagę oficjalnie przyznać, że są jednostki, które podobają mu się bardziej i takie, które są z zupełnie innego świata. Wygodnie mieć jasne kryteria, żeby unikać rozczarowań i tracić energię na udowodnienie sobie, że jednak każdy jest „dobrym człowiekiem i zasługuje na szansę”. Fakty?


Na świecie jednocześnie żyje mnóstwo ludzi, a każdy jest niepowtarzalny – fakt pierwszy.


Prawdopodobieństwo potkania większości z nich jest tak bliskie zeru, że nawet optymista pod wpływem trunków rozluźniających bezpiecznie może przyjąć zerową wartość – fakt drugi.


A nawet gdyby, to ze zdecydowaną większością nie ma szans się dogadać z powodu braku wspólnego języka – fakt trzeci.


Napotkane osoby często będą znajdowały się na odmiennym poziomie rozwoju emocjonalnego, fizycznego i psychicznego, co stworzy barierę uniemożliwiającą nawiązanie satysfakcjonującej obie strony relacji – fakt czwarty.


Niektórych nie polubisz od pierwszego wejrzenia, inni nie polubią ciebie – nieprawda, że można kochać wszystkich, chyba, że się jest Chrystusem, a i On nie mógł liczyć na wzajemność – fakt piąty.


Można poznać skończoną liczbę osób, a dołączenie do kolekcji kolejnej, wymagać będzie wypchnięcia z głowy kogoś z już tam siedzących – przynajmniej tak wyczytałem – powiedzmy, że to nie fakt, choć podskórnie utożsamiam się z koncepcją, by nosić w pamięci małe stado, ale już nie chmarę, czy ławicę.


Mając takie ograniczenia poznawcze jak na wstępie – nie można zbliżyć się do wszystkich. Lepiej skupić się na detalu i nie marnować czasu (własnego i tej drugiej osoby) na nawiązywanie nierokującego kontaktu.


Pogodzenie się z faktami skutkować powinno skupieniu się na tych kilku ważnych ludziach, z którymi zwyczajnie jest po drodze. Owszem, można rozważyć i dać szansę obcym, ale tylko jedną. Druga, to już będzie nieuzasadniona rozrzutność. A osoby, z którymi już nam nie po drodze, choć przez jakiś czas „było fajnie”? Heraklit zza grobu grozi palcem i przypomina, że dwa razy do tej samej wody się nie wejdzie, bo panta rhei! Nadstawianie drugiego policzka, to już późniejsza idea, która wnosi powiew świeżości, ale co pozwala osiągnąć, tego już nie wymyśliłem.


Z szacunku dla ludzi (ach! Jaki ze mnie rozbuchany altruista) i siebie (och! I do kompletu narcyz-egoista) już na poziomie podświadomości pozwalam sobie oceniać wszystko co widzę i szacować, czy warto angażować energię, by zrobić krok w stronę Nowego. Ryzykować poznanie, czy pozostać w błogiej nieświadomości hipotetycznej straty? Niech będę ksenofobem, ale szczerym, zamiast fałszywym przyjacielem ludzkości. Nie potrafię. Umiem kolaborować z własnym stadem, ale z populacją już nie. I podobnie traktuję przedmioty, czy zajęcia - zarówno fizyczne, jak i intelektualne. Wiem, mały ze mnie człowiek – ja lubię o sobie myśleć KAMERALNY. Nie od kamery, tylko od wąskiego grona koneserów zbieżnego działania/myślenia. Globalnie jestem stracony – zaściankowy, niszowy, bez większego strategicznego znaczenia dla świata, odporny na wezwania zewu krwi. A gdy już to napisałem, spostrzegłem, że coraz trudniej przychodzi mi wymyślić sztandar, pod który zaciągnąłbym się gnany chęcią zmiany. Konserwatyzm, to podobno domena starych ludzi. Czas zerknąć w lustro, czy aby zanadto mnie nie postarza!