Deszcz taktycznie wyczekał, aż się pojawię na świeżym powietrzu i dopiero zaczął dokazywać. Nasączył mi bluzę w kolorze więdnących malin świeżością i pozwolił chwalić się kolorem tak żywym, jak tylko się da. Jadę. Dołem panoszą się białe koniczyny, wierzchem wtórują im czarne bzy i jakieś krzewy usiłujące stać w dwuszeregu niczym karny żywopłot. Przesiadka. Na podwójnym przystanku kierowca zatrzymuje wóz możliwie daleko ode mnie i niemal słyszę to pytanie – zdążysz? Zdążyłem, choć nie wiem czemu musiałem się spieszyć na pustym przecież przystanku. Wewnątrz dziewczęta zanurzone po czubek głowy w ekranach smartfonów, deszcz pada, kwitną bzy, bluszcz wspina się po elewacji z rozsądku omijając otwory okienne za którymi mieszka brak tolerancji i uprzedzenia. Pierwsze lipy ośmielają się kwitnąć, być może sprowokowane odwaga nastolatek, które kwitną już od miesiąca. Na zewnątrz dwie młódki toczyły swoje hula-hop na biodrach, którym wciąż brakowało kobiecości, ale przecież nauczą się w końcu… Dżdż (cóż za cudowne słowo nie posiadające samogłosek) ddży, oko zerka, widzenia widzą się we mnie i odbijają w lustrze choć przez to wcale nie stają się bardziej rozpoznawalne. Ale może?