wtorek, 17 lutego 2026

Erotoman maniacko rotuje, by uroda urodziła.

 

Żeby nie wpadać w rutynę wsiadam w nie-swój autobus. Z ciekawości, jak w Miasto wjadę. Podobnie jak pan, tylko odrobinę niższy od swojej wybranki. Poza tym, wokół obcy i osiemnaście stopni „na pokładzie”. Śnieg pracowicie sypiący od wczoraj nie do końca czystą bielą okrył okolicę, zmuszając pługi i piaskarki do pracy na nocną zmianę, by wydobyć czerń chodników i jezdni. Autobus jedzie szybko, nie zatrzymując się na większości przystanków, dzięki czemu łapię przesiadkę bezkonfliktowo, wpadając w czasową dziurę między stadami kanarów zarabiających na utrzymanie w centrum Miasta.


Podziwiam okularnicę w czapce-muchomorku pijącą kawę z papierowego kubka i panią o okrąglutkiej pupie z obrzydzeniem weryfikującą miejsce siedzące, godne jej posiadłości. Jakiś szczur inteligentnie usiłuje wykorzystać sygnalizację świetlną, by przejść na pasach, wyczekując właściwej chwili. A Nóżkę zaskakuję przed pierwszym z jego punktu widzenia salonem sukien ślubnych, ba! Baristka jeszcze nie tańczy z krzesełkami w objęciach, więc zdecydowanie przed czasem dziś ląduję w codziennościach.


    Wracając podziwiam długowłosą panią, której towarzyszy brodacz. Pani odgradza się od niego naprawdę kolczastym kaktusem, więc pewnie nieźle nabroił, choć siatę z Biedronki dźwiga dość dobrze wypchaną. Obok stoi dryblas zabiedzony bardzo, za to na rękach ma taką masę pierścieni, że porządny kastet nie powstydziłby się ilości materiału.

poniedziałek, 16 lutego 2026

Krusz ganek i krużganek.

 

Chłop odprowadzał (jak zwykle) swoją Panią do autobusu i machał jej ręką, jakby wyjeżdżała na podbój Syberii. Kiedy odjechała, spokojnie poszedł sobie – pewnie po bułki do piekarni. Młody, lecz bez wątpienia ślepy facet stojący na przejściu dla pieszych nie zauważył autobusu – rozejrzał się i kiedy się upewnił, że nadjeżdża, wbiegł na jezdnię. Samobójca? Na ścieżce rowerowej zdychała hulajnoga żałośnie mrugając diodowym okiem. Kloszard z wysiłkiem popychał swojego TIRA zbudowanego z dziecięcego wózka. Objuczył go taką ilością worów, że sprzęt schował się pod nimi całkiem. A przecież łowy dopiero się rozpoczęły.


Nad bulwarami niebo patrolują kormorany i gawrony zgromadzone tak licznie, że zabrakło im czubków drzew i muszą przysiadać na dzwonnicach i świątynnych instalacjach odgromowych.

niedziela, 15 lutego 2026

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości cz.39

 

    Mawiają, że zwycięskie wojska piszą historię. Zwycięskie, najczęściej oznacza najgorsze, najbardziej brutalne i podłe, sięgające po rozwiązania, o których ci z resztkami sumienia nie śmieli nawet pomyśleć. Dziś walczymy słowami, na platformach politycznych i kogóż tam mamy, bo zapewne same anioły?

Spieczona pieczarka z pieca w pieczarze.

 

    Zewnętrze ponure, jakby właśnie szło za trumną kogoś bliskiego i to pod wiatr. Piach, hojnie sypany w czas śniegów na szlaki wiodące do poszczególnych klatek reguluje ruch osiedlowy. Tylko dzieci i psy potrafią zmienić tor ruchu i wydostać się z tych szczególnych kolein. Opustoszały plac zabaw wydaje się być strefą zakazaną, zamkniętą dla użytkowników, choć trudno uwierzyć, że nagle wszystkie pisklęta dorosły – to byłby materiał na niezły horror. Z wrażenia wiatr wstrzymał oddech i nie rozsiewa obiadowych aromatów zarażając balkon za balkonem niedzielnymi smakołykami.

piątek, 13 lutego 2026

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości cz.38

 

    Susza hydrologiczna, to fakt, który doskwiera nam niemal każdej wiosny, a zasoby wody pitnej w Polsce są dramatycznie małe. Jednocześnie Państwo każe płacić ludziom podatek od deszczu spływającego z ich dachów.


    A nie powinno im raczej dopłacać, że oddają słodką wodę?

czwartek, 12 lutego 2026

Orędzie – narzędzie do orania?

 

    Wysłany po obowiązkowe dziś rozpustne pączki grzecznie staję w kolejce. Niewielkiej, bo wyszedłem, gdy tylko pierwsze kuchnie zapłonęły prostokątami świateł. Istota w rozpiętej kurtce była płciowo ukryta tak doskonale, że choć patrzyłem i słuchałem zamówienia, nie byłem w stanie zdecydować się na wybór płci. To przerażające. Podający rozpustę szef piekarni też konwersował z istotą w sposób płciowo obojętny, nie dając podstaw do osadzenia jej w konkretnej płci i zapewne także odczuwał lekki niepokój – jak zwracać się do takiego Karampuka, żeby niechcący go nie urazić?


    Sroki sprawdzają, czy osiedle wciąż funkcjonuje prawidłowo i wszystko jest na swoim miejscu. Psy, jak to psy, raczej wszystko olewają. Odwilż sprawia, że okolica cuchnie. Tak po prostu. Ludzkością. Cywilizacją. Na pewno nie naturą. W tajemniczym świetle przedświtu kolory są bardziej intensywne, nasycone jak gąbka po deszczu. Lada chwila minie ów magiczny czas i znów kolory ostygną i poszarzeją.


    Zabawka na dziś:

    Ul – mąż Uli, Laur – mąż Laury, Wieś – mąż Wiesi, Bas – mąż Basi, Róż – mąż Róży, Lis – mąż Lisy, Kali - mąż Kaliny.

środa, 11 lutego 2026

Szyb bez szyb i za słona zasłona.

 

    Zanim dzień położy swoje łapska na okolicy, świat wydaje się być miejscem niemal tak cichym, jak kosmos. Zaledwie w kilku sypialniach coś się dzieje - ktoś cierpi na bezsenność i zlicza pogłowie merynosów, inny szlocha nad miłością, która zapomniała jego adresu. Jakieś światło zawstydzone własną odwagą wycina w nicości zimny prostokąt, przez który wypaść można do równoległych rzeczywistości. Latarnie-spławiki taplają się w nieskończonościach zewnętrza i szukają bezpiecznych brzegów. Zapewne gdzieś tam, w tej gęstwinie pełnej niczego i wszystkiego przedziera się emeryt-obrońca snu sprawiedliwych i patroluje, czy zły los nie szykuje większego draństwa na śpiących. Pochłonięty ideą, że może pomóc – zlicza kroki dzielące go od stróżówki. Strojny w kolorowe szkiełka samochód wyznaczył linię jezdni, bo chyba nie był aż tak zuchwały, by jechać najkrótszą drogą ku wylotowi osiedla. Samolot ryje bruzdę w ciszy i nikt nie dzwoni na policję, żeby go skarciła za naruszenie spokoju publicznego.


    W taką noc można naprawdę poczuć, jak bardzo jest się niepotrzebnym światu, który poradzi sobie doskonale, nawet gdy dzień nie będzie miał kogo obudzić.

wtorek, 10 lutego 2026

Bakterie w baterii baterii.

 

    W czas chłodu świat zdaje się czystszym, bardziej sterylnym i przejrzystym. Lato, to niekończący się kurz i hałas. Zima, to dostojeństwo ciszy. Wyglądam oknem, bo tak najłatwiej. Pojedyncze postaci pojawiają się na moment i w nerwowych, drobnych kroczkach nikną. Psy nawet zadzierając łapy sprawdzają, czy się ich nie porzuca na rzecz ciepłego schronienia. Tylko zawodowcy od śmieci poruszają się z precyzją profesjonalistów. Domowe przedszkole obowiązkową godzinę na świeżym powietrzu spędza, a dzieci najwyraźniej są mrozoodporne i nic nie robią sobie z pogody. Porozrzucane zabawki ułożone w tajemniczą granicę dzielącą niezbyt rygorystycznie świat na części, a każdy z maluchów bez trudu zmienia swoją lokalizację względem niej, co najwyraźniej sprawia im sporą frajdę. Wyjść? I przekroczyć?

poniedziałek, 9 lutego 2026

Nawiozłem nawozu na wozie wodza za wodze wiodąc.

 

    Zewnętrze podejrzanie pachnie wiosną. Odwilż w pełni. Piach, suto rozsypany po ciągach komunikacyjnych chrzęści pod nogami. Za murem okalającym osiedle rośnie lipa, piękna nawet zimą. Jej kształtna korona nieodmiennie przypomina mi właśnie lipowy liść, pełen nerwów. Na podwórku przedszkole realizuje się, dokazując radośnie. Aż miło posłuchać, że świat wciąż śmiać się potrafi. Apetyt na świeżą bułkę wygania mnie do piekarni, na opowieści pani o rzednących włosach, trochę gderającej, ale i tak podnoszącej średnią wesołość okolicy. Młode kobiety o zaciętych twarzach chronią się pod karoserie eleganckich samochodów, gdy tylko wykopią lekarstwa, warzywa, względnie odbiorą przesyłki z wielkiego świata. Mruczę mantrę na dziś:


    Dostojni stoją w stajni, jazda zajeżdża na zajezdnię, a przechodnie przechodzą przez przychodnię.

niedziela, 8 lutego 2026

Łopata opata to zapłata za opłatek.

 

    Zapodziało mi się ostatnio kilka widzeń, więc z pamięci choć ze dwa podrzucę. Przechodziłem koło jakiegoś bezlistnego drzewa, które uważam za klon jesionolistny (przynajmniej do wiosny) i właśnie wtedy nadleciało jakieś spore, rozbrykane stadko. Wysoko się bawiły i ruchliwe były mocno, więc nie mogłem się zdecydować, czy to drozdy, czy kwiczoły. Oczywiście znaczenia większego to nie ma, bo cieszyłem się, że w ogóle coś plądruje drzewo z nasion.


    A potem pogoda zaczęła doskwierać nieco mocniej. Mijały mnie kobiety-matrioszki. Niskopienne, pięknie rozbudowane w biodrach, co dodatkowo podkreślał ich strój, z grubymi, puchatymi kurtkami na wierzchu, gubiącymi wcięcie w talii. Widzenia powtarzały się, rodząc podejrzenie, że inaczej zbudowane panie albo się przeniosły w cieplejsze kraje, albo są starannie zamknięte w domach i ukryte pod pierzynami.