środa, 2 września 2026

Przewaga powagi nad odwagą wagi i uwagi wagonu o wagarach gara.

 

    Niebo wyglądało jakby zamierzało wykipieć. Cień czarnego kota interesował się gęstwiną nawłoci, między którymi nieśmiało rosły jeżyny i wiesiołki. Ze skoszonego trawnika łopian pokazywał mi swój zielony jęzor. Na przystanku Sympatyczny Rudzielec domalowywał sobie uśmiech, a wiatr bawił się jednym udem, które bez skrępowania wynurzało się spod naprawdę długiej sukienki. Wiatr korzystał, a i męski wzrok ocierał się o młode ciało. Nastolatka w szortach miała naprawdę mocno opalone nogi. Twarz i ręce zdecydowanie mniej. Czyżby nogi pomalowała farbą w kolorze opalenizny, a na resztę ciała zabrakło?


    Z blokowiska startowała w niebo połówka tęczy, reszta niknęła w chmurach. Inna, już w pełnej krasie łączyła opłotki z centrum. Słońce punktowo przedarło się przez chmury i wystarczyło go, by oświetlić jedno drzewo pośród innych. Jesion natychmiast przypomniał sobie, że jest wyniosły i sterczał ponad te pominięte.

wtorek, 1 września 2026

Nów ze snów i połów kłów.

 

    Na przystanku zerkam jak kobieta nerwowo sprawdza, czy nie zapomniała zabrać piersi. Kiedy je znalazła, otuliła długaśnymi połami rozpinanego swetra, który zapewne ma jakąś obco brzmiącą nazwę. Inna pani jechała tramwajem w bluzeczce z napisem GIRL – tak jakby bez tej deklaracji człowiek mógł mieć wątpliwości. A przecież była to bardzo doświadczona GIRL. Może nawet emerytowana. Na światłach podziwiam chudą dziewczynę w kozakach. Do kompletu zdecydowała się na minispódniczkę, która była tak bardzo mini, że bez wątpliwości mianowałem ją przepaską biodrową. Są tacy, którzy uważają, że jeszcze za mojego życia ludzie zaczną chodzić nago.


    Do kompletu dwie tablice rejestracyjne K0 KO 83 i D2 WRZOS.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Nieprawdopodobne.

 

    Chyba nie ma wyjścia i czas się dokładniej ogolić, zaprzyjaźnić z jakimś paparazzim, odpłatnie promować pigułki na rozwolnienie, albo na marskość wątroby udzielać się medialnie i eskalować z własną, najwyraźniej nieszablonową fantazją.


    Gdyż-ponieważ-bo, sierpień okazał się miesiącem za cały rok, a nawet i dwa tłuste lata (albo trzy chude) Sierpień chyli się ku upadkowi, a ja nosem drążę już chmury i wdycham oną wilgotność zewnętrzną dumny jak nie-wiem-co. Statystyka, a z tą trudno dyskutować wskazuje 102.000 odwiedzin. Zupełnie, jakbym prowadził na żywo kurs zaawansowanej pornografii, czy wykonywał sekcje zwłok, nim zwłoki zasłużą na swą nazwę. Naprawdę – ciężko mi uwierzyć, że ta niebotyczna liczba trafiła w mój blog.


    Ponoć Sztuczna Inteligencja zużywa mnóstwo wody, a już wkrótce będzie zużywać jej więcej, niż wszyscy ludzie na Ziemi. Czyżby to ona szperała u mnie i poszukiwała czegoś, za co można byłoby mnie skazać na dożywocie bez sieci?


    Jeszcze trudniej mi uwierzyć, że taka sztuka może się udać bez niej (Niej?). W końcu nie jestem wschodzącą gwiazdką wirtualnego świata, tylko zwyklakiem, który łazi tymi samymi ścieżkami i robi co może, by nie zapaść na przewlekłą nudę.


    Ech! Nie wiem i się nie dowiem – Radujmy się póki opromienia nas słońce!

Rozebrana zebra na zebraniu żebraków.

 

    Mięciutka pani w krótkich spodenkach dreptała ku codzienności a jej karnacja samym swoim istnieniem zaprzeczała idei lata. Czyżby córka piekarza? Poranek nasiąknięty chłodem podzielił ludzkość na zimno i gorąco krwistych. Rozłożone na żywopłotach pajęczyny zasnuły się mgłą rosy. Po niebie snują się ciemne, trójwymiarowe chmury, które już wkrótce powiją deszcz. Włoszce (przynajmniej tak usytuowałem ów język) od spaceru ze swoim panem skurczyła się talia i niemal dało się ją zamknąć w dłoniach. Proces miniaturyzacji sięgnął też bluzeczki, czy jak kto woli „topu”, spod którego wypływały piersi – nie to, że jakoś rozbrykane, tylko szmatka kusa.

sobota, 29 sierpnia 2026

Będzie kipieć, aż kipnie.

 

    Mocno zaniedbany facet na trzy razy pochłonął owocowe winko kosztujące chyba mniej od niezbyt wyszukanego piwa. Chyba na moje szczęście, bo owocowy zapach wina nieco osłaniał mnie przed octową wonią spoconego, dawno niemytego ciała. Dziewczyna w białej koszuli rozpiętej o guzik poza granice skromności jechała na rowerze, pozwalając porannym wiatrom pieścić chętne ciało. Do autobusu wsiadła pani w czerwieni wyglądająca na bardzo dojrzałą ósemkę, a może wertykalną nieskończoność? Dwóch chłopców w kapeluszach adorowało jedną dziewczynę (też w kapeluszu), ale którędy przebiegała granica kompetencji, tego odkryć mi się nie udało. Może były płynne?


    Najwyraźniej kobiety uwielbiają leginsy i możliwość eksponowania, a może i korekty kształtu. W takim stroju nawet drobny pieprzyk wypływa na pierwszy plan. Skoro wiedząc to, wybierają je, czyli chcą, by je podziwiać, gdy od nagości dzieli je ułamek milimetra. Nie narzekam. Zdumieniem wykazuję się dopiero, gdy w leginsy wbił się tłuściutki zawodnik wagi bardzo ciężkiej. Atrybuty, które musiał zmieścić w obrębie nieskończenie rozciągliwej materii wskazywały na mężczyznę, a ja nie musiałem po zaroście rozpoznawać płci.


    Ach! Dla odmiany jadę pociągiem. Na zdewastowanej tylej elewacji budynku dostrzegam napis ŁADNIE JUŻ BYŁO. Chwilę później zaskakują mnie kwitnące robinie. O tej porze roku? Albo kwitną po raz drugi, albo kolej dostarcza im błędnych informacji o porze roku.


    A tak w ogóle, to dzień pełen jest kobiet wielkiego formatu – przynajmniej cieleśnie nic mniej w grę nie wchodziło.

piątek, 28 sierpnia 2026

W szelki Elki wszelkie wsze weszły.

 

    Wychodzę przed dom i podziwiam niebo w paski. „Chmury”, jakich świat nie znał jeszcze trzydzieści lat temu poszatkowały niebo na plasterki. Eskadra srok patroluje osiedlowe zakamarki złorzecząc i skrzecząc. Autobus cuchnie palonym plastikiem. Skupiam wzrok na siwej wronie przyglądającej się podejrzliwie kępie dzikiego chrzanu rosnącego między pasami gęsto uczęszczanych jezdni. Ładniutka dziewczyna z kolczykiem nad górną wargą najwyraźniej nie czuła się piękną i musiała „wyrazić siebie”, poprawiając to, co Bóg spieprzył. Srebrno lśniący kolczyk-pieprzyk naprawił niedoróbkę.


    Wysiadłem donikąd, bo jak się okazało, dziś tramwaje nie pojadą, bo kolejne skrzyżowanie w okolicy zwagarowało. Trudno. Poszedłem piechotą, trafiając wprasowanego w płyty chodnikowe truchło szczura. Trafiłem także „zadżumionego” kiwającego się w rytm oszołomionego wódką błędnika i właśnie wtedy spontanicznie wymyślam „złotą myśl” – Są dwie płci. Jedna ma piersi, a druga piersiówki. Na koniec dwie tablice rejestracyjne V0 SPEC i D8 MAMA – tajemniczo. Wewnątrz siedział facet, a przynajmniej stwarzał pozory męskości.

Całe ciało, to ciałość?

 

    Berberysy tylko czekają na chętnego, który oberwie dojrzałe jagody. Panią o opalonych udach podejrzewam o brak bielizny, a jej uśmiech w stronę towarzyszącego jej faceta zdaje się to potwierdzać, niosąc obietnice, jakie niełatwo powiedzieć głośno. Z nieczynnej zajezdni tramwajowej wyszła czekoladowa księżniczka. Druga podróżowała tramwajem, a ja usiłuję sobie przypomnieć, od kiedy widok Afrykańczyków stał się codziennością, a nie zjawiskiem rzadkim, jak śnieg w lecie. Dziewczyna firmowa po kres widzialności wymieniała bezprzewodowe słuchawki, nie mogąc się zdecydować na wybór jednych, aż w końcu zrezygnowała z sieciowych wieści. Niedogolony pan adorował panią, której opalenizna ciągnęła się w stronę intymności. Uśmiechali się do siebie, jakby doskonale wiedzieli dokąd sięga. Na przystanku siedziała kobieta o biuście zdobnym w kwietny pejzaż, kto wie, czy nie stworzony przez SI.


    To tu Jan Paweł II obrócił swoje życie o 360 stopni – czytam i wyjść z podziwu nie umiem. Porażająca konstrukcja. Zawinął kółko, jak kot ścigający własny ogon i poszedł gdzie i tak szedł? Rynkiem rządzą piersiątka trzepocące pod cienką materią i pośladki, skalane dwiema nitkami i spodniami zupełnie nie utrudniającymi publice podziwiania tychże. Wraca do mnie myśl wielokrotnie już przetrawiona, że wystarczy usiąść w Rynku na miesiąc, by zebrać materiał na powieść, albo i pięcioksiąg. Ktoś fotografuje menu Tostorii, ciemnowłosa dziewczyna rzuca w przestrzeń kocham cię i natychmiast materializuje się obok niej ostrzyżony na jeża dryblas, by skonsumować deklarowane uczucia.


    Czekając na autobus podziwiam kamienice po drugiej stronie ulicy. Dwie z lat 1891-93 sąsiadują z „nowoczesną budowlą”. Wiekowe są po prostu piękne, a te współczesne, to zwykła klatka na jednodniowe wizyty. Brzydkie i bez gustu. Bus pas, mozolnie wybudowany kilka miesięcy temu znów zamknięty – poprawia się coś, czy zgoła buduje od nowa? Za to na przystankach widać wzmożona aktywność kanarów. Zupełnie jakby budżet gminy ukląkł i wymagał błyskawicznego zastrzyku. Przez okno dostrzegam pulchnego, żółtego trzmiela – V7 BEE z okularnicą za kółkiem.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Krokus kusi w kroku, kuma nic nie kuma.

 

    Wróble przeczesują chodniki w poszukiwaniu łupu. Może zbierają porzucone przez wczesnych przechodniów sny. „Podziwiam” pomazane ściany i sięgam myślą ku czasom minionym, kiedy malowanie kotwicy „Polski walczącej” było szczytową odwagą nocnych malarzy. Dziś, na modłę zachodniego stylu życia, w zgodzie z amerykańskim snem krzewią kulturę nieudacznicy, których stać na puszkę farby w sprayu.


    Niemal co dnia mijam kozacki biznes, oferujący (między innymi) „ruskie pierogi”. To tak walczą o wolność i demokrację? Z czystej złośliwości – kupiłem „ruskie”. Nawet nie były zbliżone do smacznych, a co dopiero pysznych, czy domowych. Z dialogiem też był problem – niby cztery kata tu siedzą, a wciąż polski jest dla nich obcy. Mało zdolne językowo, czy jakieś inne priorytety kierują działaniem przybyszy?


    Starsza pani powozi niesfornym zaprzęgiem. Psy rozbiegły się w nieskoordynowanych kierunkach pozostawiając starowinkę zdezorientowana i bez pomysłu, co z tym zrobić. Jakaś dziewczyna niesie łysego kota – w kocu. W tramwaju w oko wpada mi dziewczątko chude niemiłosiernie. Wpada dopiero wtedy, kiedy oswoję się z detalami. Na początek – wysoka, chuda, ruda – Pippi ze starej opowieści filmowej. Zamiast rudych kitek ma wielgaśne słuchawki, które dostrzegam dopiero wtedy, gdy oderwę wzrok od trampek. To najbardziej imponujący fragment jestestwa. Dominujący i odbierający wolę. Szczęściem wysiadła i mogłem podziwiać oddalające się skarpetki różowo-beżowe sięgające nad kolana dziewczęcia.

środa, 26 sierpnia 2026

Niepokalane pokale i nieskalane skalary.

 

    Młoda blondynka wsiadła z dwiema torbami i nie umiała się zdecydować, która ma podróżować obok niej, a którą strącić w otchłań podłogi. Przymierzała kilkakrotnie nim się udało. Wonny pan w stanie wymagającym szerokich chodników, by w ogóle udało się gdzieś iść. I trzy dziewczynki uczące małego psa biegać – pies był biały, a księżniczki biegły bez bucików, w białych (na początku biegu) skarpetkach.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Gorszy groszek za grosze.

 

    Niebo pomarszczone zniechęca kota do eksploracji osiedlowych dziur w trawnikach i skłania do ukrycia się w ramionach korony wiązu. W drodze uśmiecham się do zabawki słownej z nazwą firmy fryzjerskiej – HAIRETIC. Frywolność wywołana do tablicy każe wspomnieć trzy nastoletnie gracje, które wczoraj wodziły wzrok na pokuszenie obłędnie wypracowanymi ruchami młodych pup. Pan z pieskiem, którego nie lubię od pierwszego wejrzenia i w swoim uczuciu jestem więcej niż konsekwentny zapomniał nie tylko o psie, ale i o telefonie w dłoni. Jak zahipnotyzowany odprowadzał te pośladki, starając się nadążyć za każdym szczytem trzech zsynchronizowanych w fazie sinusoid.


    Mająca zakończyć się w tym tygodniu budowa zwyczajnie na taką nie wygląda. Ale, nie wieszajmy psów nadaremnie, jak ową kozę, co zamiast konia dała szyję (koń zawinił, kozę powiesili, podobno pochodzi od zdarzenia drogowego – gdyby ktoś nie pamiętał. Szlaban spadł na drogę, żeby pociąg miał wolny tor. Zatrzymał się gość z rowerem, za nim stanęła dorożka konna, następnie samochód. Kolejka rosła, a pociąg nie pojawiał się. Koń chciał ugryźć cyklistę i dostał w pysk, więc cofnął się i dyszel wozu wjechał pod maskę samochodu. Armagedon drogowy. Wszyscy się kłócili. Gość, co kozę pasał, przywiązał ją do szlabanu i usiłował wytłumaczyć o co chodzi, bo wszystko widział. Nim się uspokoiło, pociąg przejechał, szlaban poszedł w górę i koza zawisła. Tak przynajmniej słyszałem, ale skąd, to już nie wiem. Grunt, że powiedzonko zostało.)