Gdzieś po sąsiedzku wyszedł z bramy facet dźwigający w ręku prywatny pachołek drogowy. Dreptał z nim przez pół osiedla, aż ustawił w sobie wiadomym miejscu i celu, po czym poszedł na przystanek. „Zajął” miejsce, jak ci zapobiegliwi plażowicze, wstający bladym świtem, by parawanem ustalić plażowe granice? Na nieużytkach po wysypisku śmieci zadomowił się topinambur i wyciągał żółte głowy, czarnym okiem szukając słońca.
Dzikie wino, wspinające się na cegły muzeum architektury zaczęło się przebarwiać. Pod lipą, na trawniku ktoś podrzucił dwie wycieraczki. Niby samochodowe, ale może chciał zwrócić uwagę, że na lipę wspinać się trzeba w czystych butach? A jeśli łazić po trawie, to wyłącznie boso? Na bulwarze odsłaniającym najpiękniejszą chyba panoramę Miasta gruszki masowo schodzą z drzew. Co prawda, wciąż więcej ich wisi, niż leży, ale to kwestia chwili, żeby odwrócić proporcje. Pod mirabelami – istne szaleństwo. Fermentuje bardzo dojrzały owoc, oszałamiając owady i kusząc obietnicą strzemiennego, który gotów zakończyć się ciężką popijawą. Niepokojąco po raz kolejny (trzeci albo czwarty w tym roku) kwitną kaliny – czyżby poganiały kalendarz?
- Nowa nazwa – reklamuje się jakiś ubożuchny zakład.
- Stare ubóstwo – dopowiadam machinalnie.
Na ogrodzeniu budowlanym zielone afisze Lotnego Festiwalu Piwa. Piwo – rozumiem, Festiwal – przełknąłem. Ale LOTNY? Że niby co? Serwują pod chmurką? Cherubinki ze zziębniętymi ptaszkami podają do stołu sto metrów nad poziomem Ziemi? TEJ ZIEMI?
Zauważyłem ciekawe zjawisko – dziewczęta, zamiast męczyć się z torebką – toczą walizki! I usiąść jest gdzie i pojemność większa… Na jednym ze skrzyżowań sygnalizacja świetlna miała kaprys puścić piechotę w każdym możliwym kierunku jednocześnie. Z tablic na uwagę zasługiwał D7 KOT i V6 VAMOS – czyżby Hiszpan zapraszał mnie na spacer?