Słońce dopiero zamierzało wynurzyć się spod widnokręgu, a samoloty już namalowały mu na niebie promienie, żeby wiedziało jak ma świecić. Autobus tłoczny, wrześniowy, choć dzieciarni pragnącej wiedzę pogłębiać jakoś nie widać. Prędzej Uniwersytet Trzeciego Wieku. Dojeżdżam do dworca i autobus chciał się pochwalić, jak pięknie będzie jeździł wyremontowanym odcinkiem, którego fragment już działa. I to jak. Wytrzęsło mnie lepiej jak w wesołym miasteczku. Czyżby autobus się ze .mnie natrząsał? Kierowca na wstrząśniętego nie wyglądał. Pewnie się bał.
Pierwsze kasztany turlają się po chodnikach, a w autobusie dziewczę nastoletnie siedzące brzydziej, niż chłopaki pod wpływem napoi wyzwalających fantazję. Nogi szeroko, biodra wypchnięte w górę, jakby zamierzała szczuć płcią, biustonosz wypływający na wierzch garderoby, a szpon zajęty skomplikowaną akcją stukał to tu, to tam. Odwróciłem wzrok, a tam starszy pan z bukietem łososiowych tulipanów szedł sobie nie całkiem przytulony do drugiego starszego pana. Niósł ów bukiet, jak znicz olimpijski i dumny był z siebie niemal namacalnie, czyli okazja musiała być niebanalna.
Zastanawia mnie liczebność młodych ludzi cierpiących na Zespół Downa. Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu spotkanie takiej osoby było ewenementem, a teraz niemal „przestają dziwić”. Młoda dziewuszka ostatkiem sił zmierza na dworzec. Idzie, jakby połamała nogi, albo obtarły ją do krwi sfatygowane trampki. Z mniej poważnych objawów – kilka tablic rejestracyjnych D2 RIOT, E8 ERROR, D7 NASI.