Filoz
z Fuksikiem
i Jazz
z Megan
– gang graficiarzy spadł nocą na osiedle jak wygłodniałą
wataha i przyozdobił „Biedronkę” spersonalizowaną reklamą.
Może dziełem sztuki, choć Banksy
to to nie jest.
Jadę, a po jednej stronie asfaltu
słońce rozpycha się po firmamencie, z drugiej gromadzą się
granatowe chmury tak gęste, że to już nie chmury, a granatowy pas.
Fronty walczą o sprawdzalność prognoz. Sięgam do kabury, żeby
sprawdzić, czy parasol tkwi w pochwie plecaka, jak nie przymierzając
maczeta. Jest. Przezorny zawsze upośledzony. Będzie co dźwigać.
Kobieta kierowcy ma irytujący zwyczaj strojenia się przed
wysiadaniem (konkretniej buziakiem i wysiadaniem). W tym celu zarzuca
na siebie wielką chustę, a jeśli ktoś miał pecha usiąść za
nią, to smaga go tą chustą bez litości, a co gorsze bez
zauważenia.
Na przystanku piękna pani pociąga
coś z papierowego kubka, obok brzydki pan pociąga z blaszanki. Panu
chyba wystarczyło wyłącznie na paliwo, bo w tramwaju dopadają go
głodne od brzasku stada kanarów i kończy się formułką
recytowaną przez kanarzycę na jednym oddechu, z konkluzją:
dwieście pięćdziesiąt
- jeśli dobrze usłyszałem wyrok. Podziwiam ciepłe, żółte
sopelki na leszczynie, które sprawiają, że drzewko zdaje się być
miękkie. Zakonnice mają zmianę turnusy, jedne wracają, inne
dopiero wychodzą służyć Bogu i ludziom (kolejność przypadkowa,
przynajmniej dla mnie). Ostrym kłusem maszeruje też Emerytowany
Dżokej. Zaczerwieniona twarz, ręce głęboko w kieszeniach, znak,
że zmarzł i ogrzewa się jak tylko może, sięgając ku czynnej,
prywatnej elektrowni jądrowej. Wreszcie Nóżka, zlokalizowany w
czasie i przestrzeni tam, gdzie powinien, czyli pomiędzy salonami
sukien ślubnych. Cudownie!
Przypominam sobie wczorajsze
popołudnie, kiedy idąc przez osiedle natknąłem się na paniusię
ze swoim ukochanym pupilem, którego wyczesywała pracowicie obok
jednej z niewielu ławek. A pewnie! Pupilek jej, ale kudły, to
lepiej wyczesać na osiedlu, żeby w domu nie było trzeba sprzątać.
Po raz kolejny cudze kaprysy stają się moim drobnym, ale jednak
nieszczęściem. Kołtuny wiatr roznosi wszędzie, a paniusia ani
myśli wyrzucić ich choćby do kubełka, który stoi pół kroku za
jej zadem.
Za to wiadomości radiowe nastrajają
mnie optymizmem. Jak donosił przejęty redaktor – Krajowa
Administracja Skarbowa UDERZYŁA w Wielkopolsce i ZLIKWIDOWAŁA
gniazdo szerszeni… znaczy gniazdo nielegalnego hazardu. Duma tak
mnie rozpiera od wewnątrz, aż mi brzuszek wydęło i przepuklina
pępkowa staje się niemal niezbędna. Bo gdy tak sobie dumam, że
wróg przebrzydły miałby nas zaatakować cyrylicą (jakby już nie
zaatakowała i skolonizowała), to ta armia urzędników runie na
wraże zastępy i z całą mocą UDERZY, nie wykazując cienia
empatii, czy litości, lecz ZLIKWIDUJE, choćby nie-wiem-co! Od dziś
innym wzrokiem patrzył będę na Biurwy wszelakie!