B0
EASY, G7 TEMPO. - tak na świtańca trafiam dwie tablice w ruchu.
Nieopodal
latarni, przy porcie stoi wielkie młyńskie koło „do zwiedzania”.
Tam, gdzie schodzą się „szprychy” widnieje napis oko
Kołobrzegu.
Jak dla mnie między słowami zabrakło literki W. Wtedy byłoby
zupełnie jasne, że zostałem wykryty właśnie tu.
Na
plaży współczesny Herkules, opalony iście afrykańsko uśmiechał
się do Syrenki, która od lat karmiona była tłuściutką makrelą,
więc jej kształty mocno wybujały. Herkules w uśmiechu prezentował
niepełna klawiaturę, jakby właśnie mu powypadały mleczaki, albo
popadł w konflikt zbrojny z Chuckiem Norrisem. Malowani ludzie
wreszcie mogą pochwalić się tatuażami oszałamiając publikę
bogactwem detali i lokalizacją dzieł sztuki. Na brzegu pospolitą
staje się odwaga krocząca – krok w akwen i przerwa, potem
następny i znów. Jakiś starszy pan postanowił przebrać się dwa
kroki od wody i udawał, że nie widzi, jak gęsto tam od ludzi. Ale
na wszelki wypadek interes ukrył w piachu. Albo nie używa, albo ma
na podorędziu kogoś, kto doczyści organ do białej kości. W
wodzie grasuje mama dwójki dzieciaków o podpisanych pośladkach.
Najwyraźniej mąż, trawiący właśnie konserwę piwną podpisał
na wypadek, gdyby mu się zawieruszyła, a on się stęsknił –
uczciwego znalazcę prosi się, wysoka nagroda i telefon kontaktowy –
tak poważniej, to nie udało mi się odczytać – wzrok już nie
ten. I jeszcze dziewczynka, której właśnie zaczęły rosnąć
skrzydła – łopatki przebijały się wytrwale przez skórę, żeby
aniołka z kokonu ciała uwolnić.
Dzieci
pracowicie stawiały szańce z piachu, na wypadek powtórki z potopu
szwedzkiego, bo wiadomo, historia lubi powtórki. Nie za groźna
chyba była ta powódź, skoro tę z 1996 roku uznano za powódź
tysiąclecia. Ale – strzeżonego… Przy dnie, na płyciznach uczą
się pływać młode makrele i flądry. Wierzchem pływają głodne
kormorany i mewy w rozmaitym rozmiarze. Niebieskie koguty ściągnęły żądną sensacji publikę i przemodelowały rozkład plażowiczów
wzdłuż plaży.