piątek, 11 września 2026

Anomalia pogodowe.

 

Przy Wielkim Mrozie odważnie przycupnął Przymrozek. Obok niego błyskawicznie przysiadła Szadź Katastrofalna, która obawiając się wielkich mężczyzn, wybierała tych drobniejszych. Wybrała ku rozpaczy Mżawki, szyderczo podglądanej przez solidny z natury Deszcz, gdy usiłowała prawdziwie się rozpłakać powodzią trapiących ją rozterek miłosnych. Cóż, każdemu chyba wolno zakochać się w nieefektownym, zaniedbanym Przymrozku?


Wtedy właśnie zjawił się Lód, pielęgnujący perwersyjne skłonności do erotycznej przemocy. Nie zwracając uwagi na towarzystwo, skuł Mżawkę bez litości. Bez szwanku wyszła Wichura-Świszczypała, tańcząca wokół rozpalonych(?) samców bez lęku. Niektórym panom imponowała ta beztroska i gotowi byli pójść z flirciarą na kompromis, albo dalej, dokąd tylko uczucia poniosą.

Kasztelan chce skosztować kaszanki, więc na kasztance Ance do Maszy, bo Masza ma kosz kosztownej kaszy.

 


Jeszcze nie wyplątałem się z osiedlowych ścieżek, gdy na drodze jakaś ciężarówka zaczęła (i nie zamierzała przestać) używać klaksonu jako tarana, by oczyścić przed sobą drogę aż po horyzont. Pociąg, ukrywający się w ciemnościach najwyraźniej jej pozazdrościł, i też włączył sygnał, strącający ptaki z trakcji, śpiące w międzytorzu myszy i ewentualne życie zmierzające w niebyt po jego kołami. Samolot wypluty przez niebo buczał jak głodny trzmiel dopełniając kakofonii dźwięków wyrywających z piżamek dzieci śpiące być może niewinnie.


Wczorajsze, rozszczebiotane dziewczynki zdążyły wyrosnąć na smutne kobiety podejrzliwie rozglądające się dookoła, a te zgorzkniały w nieuchronnej starości. Jak któraś miała mniej szczęścia, zdołała zgorzknieć wcześniej.


Poprawiłem siodło pod tym miejscem, gdzie nie umiem być twardy. Niebo skwaszone, pofałdowane, lekko płonące na krawędzi widnokręgu, gdzie słońce w różach i fioletach usiłuje podpalić chmury, by wydostać się na świat. Sodowe lampy ze stoickim spokojem przyglądają się tej walce bezcieniowo i bez kompleksów. Na skrzyżowaniu pierwszy raz dostrzegam polską rejestrację na literę A, i to jaką! – A1 ROMEO. W otulinie wiaty przystankowej dosypiała pod kapturem szarej bluzy bladolica nastolatka, ignorując autobusy pojawiające się na okamgnienie, czy nawet dwa. Ja sądziłem, że kierowca zasłabł, gdyż zamiast jechać, tkwił na przystanku podziwiając innych użytkowników drogi, mijających o/nas z lekkim niesmakiem. A on tymczasem skrupulatnie nabijał minutki, zaoszczędzone na inteligencji systemu transportu (ITS działa, bądź czujny, wróg nie śpi!).


Na trawniku ktoś porozstawiał połówki betonowych kręgów. Instalacja artystyczna, wyraz niepokornej duszy przed jej ujarzmieniem i współczesny zmysł estetyczny, który nie pozwala nic wyrzucić. Młoda mama, by nie przeszkadzać śpiącemu w wózku dziecięciu w śnieniu snów ciepłych i miękkich jak matczyna pierś, oddała się konwersacji cyfrowej i zwiedzała meandry sieci, poszukując… straconego czasu?


A na koniec kilka tablic rejestracyjnych z drogi do domu:P0 FOXXX, V7 MEDIA, D7 LUKA, D0 JAZZU. Obrodziło, jak rzadko, a ile zdyskwalifikowałem?

czwartek, 10 września 2026

Kameralny wieczór literacki (nic nie mający wspólnego z rozpasaniem pół-literackim).

 

Polka, uporczywie zasiedlająca Irlandię, w Księgarni Hiszpańskiej zaproponowała spotkanie. Aż żal, że nie w Danii, czy Czechach, by geograficzny galimatias podnieść do granic możliwości. Ja też mógłbym mieć patagońskie korzenie, ale nie miałem. Za to blisko było i mogłem skorzystać, choć najpierw musiałem skorzystać z usług parasolowatych, gdyż niebo rozpłakało się, kiedy zszedłem z utartych ścieżek (czyli z fotela). Na Wielkie Okazje i Wydarzenia nie wypada przychodzić z plecakiem, żeby nie być podejrzanym o pazerność (kto wie, ile kanapek, czy innych, darmowych delikatesów zaoferuje organizator w ramach poczęstunku – a w trzydziestolitrowej sakwie zmieści się wszystko). Więc wyszedłem BEZ, pierwszy raz od – pamięć jakoś nie rejestruje daty uprzedniego negliżu; nawet jeszcze dostrzegalna, bałtycka opalenizna nosi ślad plecakowego kieratu. Potem już było miło, choć miało się okazać, się, że z plecaka zrezygnowałem niesłusznie i zostanę skarcony za pochopność. Na zapleczu studenckiego baru, zaraz za toaletą, mieściła się kameralna księgarnia(?), czy może raczej biblioteka(?). Mieściła się bezproblemowo, choć pomieszczenie wielkim nie było, ale i księgozbiór nie był szczególnie imponujący ilością woluminów. Kameralny wieczór potrzebuje kameralnych warunków, a w wielkim pomieszczeniu poezja gotowa się rozcieńczyć, nim trafi w uszy słuchaczy.


Grunt, że Autorka dopisała, a konkretniej, to dopisała kolejny, SIÓDMY tomik poezji i była uprzejma podzielić się wierszami czytanymi odautorsko w wersji LIVE, jak najbardziej żywo i bez wsparcia Playbacku, czy Sztucznej Inteligencji – posiłkując się wyłącznie własną, jak najbardziej organiczną – DAŁA RADĘ! Było trochę jak w światach Borgessa, może Cortazara. Słowa miękko wsiąkały w regały, osiedlały się pośród innych słów dawno już wygrzanych okładkami, zbyt rzadko najwyraźniej otwieranymi. Siedziałem w cieple i słuchałem, jak słowa formują się w strofy, a te w chmary płynące sobie znanym nurtem. Autorka powinna być nieco przestraszona, co sugerował lekko drżący głos. Kto na szkolnych akademiach nie czytał na głos, ten nie wie, jak trudna to sztuka. Tym razem jednak trafiło na zawodowca, a jak kto woli zawodowczynię. Drżenie głosu mógł spowodować wyłącznie byczy łeb. Serio! I dosłownie! Zerkał ponuro, brutalnie przyszpilony grawitacją do podłogi i nie powiem gdzie zaglądał Autorce, ale Ona niewątpliwie wyczuła gorąc na kręgosłupie. Wrażliwe Jednostki tak mają. Analizując rozpiętość rogów, swobodnie zmieściłem na nich pierwszą miłość trzymającą się za ręce i beztrosko machającą nogami, chyba, że łeb ożyłby – w-on-czas o beztrosce mowy nie byłoby absolutnie.


W ramach słuchania nie umiałem powstrzymać wzroku przed działalnością, choćby nieświadomą. Wysoko na regale, między trumnami głośników, oczy odkryły małe, okrągłe lusterko. A w nim byłem tłem dla blond czoła siedzącej przede mną młodej pani z aspiracjami na wieszcza (wieszczówkę? Bo przecież nie wieszaczkę). Beżowa marynarka pasowała do blond włosów i naturalnej dla tej szerokości geograficznej karnacji skóry, nie wnosząc dysonansu w zaimprowizowaną spontanicznie kameę – nietrwałą, jak wszystkie ludzkie dzieła.


- Napiszesz o tym? – spytała Autorka, gdy goście odstąpili i podejmowali strategiczne decyzje (łazienka, piwko przy kontuarze, względnie niezwłoczny spacer w mroczny deszcz).


- Oczywiście, jeśli tylko pamięć nie zastrajkuje.


- Trzeba było robić notatki – jak złe licho wrócił echem Odautorskim temat niecnie porzuconego plecaka 30L.


Wszystkich wierszy przeczytać się nie udało. Przezornie nim zabrzmiały słowa, zaopatrzyłem się w tomik na prywatne potrzeby. Autorka jak się okazało, potrafi pisać nie tylko cyfrowo, ale również analogowo i opatrzyła mój tomik pisemną odręcznością, nadając okładkom certyfikowaną wartość. A zawartość będzie dopiero smakowana kwantowo – rarytasów się nie pożera, tylko delektuje nimi rozkładając na raty przyjemność, by nie uronić. Skojarzenie ze stosunkiem przerywanym, to nadużycie, którego jednak zabronić nie sposób. Tylko głupiec ogłasza prawa, których nie jest w stanie wyegzekwować. Przykład? Zjeść pączka i się nie oblizać. Cała przyjemność tkwi w kolaboracji języka z wargami – odbierz ją, a pączek straci swoją wartość.

Kat katapultował katalog zakatarzonego kataryniarza.

 

Na wąskich trawnikach między pasami ruchu zakwitły jeżówki. Co tam robią i kto je przytargał tam właśnie? Grunt, że na tle burego poranka żółte słońca łypiące czarnym okiem stanowiły akcent łagodzący zmarszczkę na czole. I wzrok ciągnęły niemal tak, jak opalone łydki pani, która nastolatką była już po raz trzeci.


Opony mlaskały na asfaltowych ścieżkach, unosząc wilgoć do nieznanych portów przeznaczenia. Zerknąłem na billboard oferujący wsparcie dla płuc, gdy sobie nie radzą z oddychaniem – wystarczy przykleić plaster i po kłopocie. Plastry, jak szczepionki, są już chyba na wszystko – na głód nikotynowy, na niechcianą ciążę, teraz na niedobór tlenu w płucach. Super! Przy plastrze na nieśmiertelność trzeba będzie uważać, żeby nie dostać więcej, niż się potrzebuje – za to plaster na starość (użyty odpowiednio wcześniej) mógłby być kuszący.


Kolejna reklama skłaniająca moją wrodzoną złośliwość do polemiki. Na przystanku afisz proponuje ŻUJ W SWOIM TEMPIE. A ja bez namysłu dopowiadam ciąg dalszy A OGONEM OPĘDZAJ SIĘ OD GZÓW! Z oparów złośliwości wytrąca mnie samochód chłodnia dźwigający na burcie zacną autoreklamę – COOL PARTNER. Czyż nie jest to dwuznacznie cudne? Czarne bzy uginają się od owoców, jarzębiny nieco mniej. Gdzieś po drodze tablica rejestracyjna D0 KOM.


PS. Prześladują mnie kobiety opalone. W tramwajach dopadają właśnie mnie, bezbłędnie wyłuskując z tłumu. Stają/siadają tuż obok mnie, racząc niestrawionym wydechem świeżo spożytego papieroska. Zagapiam się na parę kaczek lecących nisko nad Rzeką i myślę, że gdy opadną sił, nie spadną z wysoka i zwodują z wdziękiem niedostępnym aeroplanom. Gdy wysiadam, do tramwaju wciskają się tam dwie boginie wojny. Spieszą się, nie chcąc spóźnić na lekcje zabijania.

środa, 9 września 2026

Powroty potworów i wory na przetwory stworów.

 

Dwa osiedlowe kosy odprowadzają mnie na przystanek, udając, że w ogóle mnie nie dostrzegają. Koneserzy markowej wódeczki pitej w przelocie (albo w międzyczasie) pozostawiają na trawnikach barwne opakowania 100 ml – w trosce o zakłócenie hegemonii zieleni. W przeciągu niespełna dwóch minut na przystanek przyjeżdżają cztery autobusy, a na kolejnym w ów korowód wbija się piąty. Najwyraźniej ułożenie harmonogramu odjazdów to temat na przewód doktorski, ale może bus-pas potrzebuje kwadransa na odpoczynek po takim skomasowanym wysiłku?


Do autobusu wsiada uśmiechnięta pani ubrana w tak ciemny granat, że nawet chmurom nie udaje się rywalizować. Pani bez skrępowania zerka na monitor swojego towarzysza. Na kolejnym wsiada alternatywnie cudna dziewczyna o zielonych włosach. Mimicznie udziela się bez najdrobniejszych przerw, czasami wspierając twarzową polemikę rączką grasującą po policzku, a czasami kiwając nóżką w bagiennym bucie i podartych kabaretkach. Pewnie ma problem stomatologiczny, albo łuska słonecznika wdarła się jej między zęby (oby nie zapięcie kolczyka). Bliżej dworca autobus się wyludnia, co pozwala karampukowi-albinosowi na manewry. Istota najwyraźniej doznała obłędu widząc nadmiar wolnych miejsc i kolejno przymierza swą delikatną pupkę do sobie tylko znanym sposobem wylosowanych miejsc. Chmury udają, że zostały wyemitowane przez kominy elektrociepłowni, ale te są zahibernowane i czekają cierpliwie na sezon grzewczy.


Wracając trafiam panią o popielatych włosach – wsiada do tramwaju z własnym krzesełkiem, żeby nie liczyć na wątpliwą łaskę młodzieży. I siada z uśmiechem. Do kompletu tablica rejestracyjna niegdysiejszego cinkciarza D0 LARKI.

Gry nie całkiem wojenne.

 

Kontraktowa małżonka, w okresie ważności kontraktu, pod groźbą embarga na usługi gastronomiczne i erotyczne zażądała, bym podniósł status własny, szczególnie na płaszczyźnie ekonomicznej, choć prestiż wydawał się jej atrakcyjnym dodatkiem, który gotowa była szczodrze wynagrodzić w obu zagrożonych kategoriach pożycia małżeńskiego.


Jako prosty Magister Do Spraw Wojny, po Wyższej Szkole Wojsk Zmechanizowanych osiągnąłem już kres zarówno kompetencji jak i uposażenia. Szkoła umożliwiała absolwentom prowadzenie służbowego Poloneza w wątłym życiu cywilnym, Be-Wu-Pa z pełną obsadą żołnierzy służby zasadniczej w trakcie wakacji all inclusive na poligonie, oraz czołgu łamane na walca w czas W, o czym cichosza. W ramach zajęć fakultatywnych (nie mających nawet cienia wspólnego rdzenia słowotwórczego z angielskim fuck) ukończyłem kurs wymiany baterii w wibratorach sterowanych zdalnie i zbliżnie, żarówek żarowych w lampkach nocnych z początku ubiegłego wieku stosowanych do prewencyjnych przesłuchań ciał wrogich systemowi i dokręcania gniazd elektrycznych osadzonych w ściankach działowych ze zbrojonego betonu.


Pod wpływem ultimatum musiałem się ugiąć, gdyż ogólnowojskowa konserwa 414A zwana przez prymitywnych poborowych „małpą” nie była godna gwiazdki na w pełni zasłużonych pagonach i kaleczyła moje delikatne dziąsła, a seks, i tak zdarzający się zbyt rzadko stanowił kotwicę związku, przynajmniej w moim rozumieniu związku. Dla ratowania kotwicy musiałem podjąć wysiłek i DOKTORYZOWAĆ SIĘ!


Dowódca skrzywił się na wieść o moich aspiracjach, dopiero wzmianka o ukrytych motywach mojego postępowania uspokoiła go, a nawet skłoniła do chwili słabości. Wyznał, że jego małżonka wykonała podobny ruch jakieś dwadzieścia lat wstecz i co sprawiło, że jego tyłek utkwił w fotelu Dowódcy Odcinka Niezwykle Ważnego Z Punktu Widzenia Strategicznego Dowództwa – czyli na naszym zadupiu pośrodku niczego. Ale zgodę na podjęcie działań stricte związanych z moim rozwojem i sprawnością bojową – podpisał, życząc mi połamania nóg. Świnia!


- Stary chytrus – gdy usłyszał tytuł przewodu doktorskiego zaświeciły mu się oczy i zaprosił mnie (wraz z terrorystką małżonką) na kolację tematyczną, z kategorii sportów lekkoatletycznych – cztery razy sto z zagrychą, strój oczekiwany – sportowa elegancja, co miało oznaczać letni mundur polowy na czas pokoju. Wiadomo - po pierwszej zmianie (flaszek) krawaty pójdą precz, po drugiej turze dołączy do nich góra munduru. Jeśli Bóg, Honor i Ojczyzna pozwolą, kolacja zakończy się na etapie GBS – czyli gaci bojowo sportowych. Jeśli Patroni nie będą nam sprzyjać, wtedy dyżurny kierowca będzie miał się z pyszna, ale gębę zatka mu tajemnica wojskowa i groźba polowego sądu – rozstrzelanie przez pluton egzeku… znaczy wartowniczy.


Nowoczesne techniki infiltracji elektronicznej współczesnego pola walki. Myślałby kto, że tak jest zainteresowany. Generałem nie zdąży już zostać, więc pułkownikowskie konstelacje gwiazd muszą mu zapewnić emeryturę, chyba, że jako Układ Obronny wdamy się w awanturę wojenną i pośmiertnie doczeka lampasów, ale już bez pobierania uposażenia.


- Panie kolego – sapnął mi konfidencjonalnie do ucha schylając się do szuflady, skąd wyciągnął opakowanie już napoczęte. Żytnia, patriotycznie, bez natowskiego zadęcia. Nalał dwie szklanki, czym mocno zubożył zawartość opakowania i wypiliśmy na stojąco.


- Odmaszerować, panie kolego – sapnął raz jeszcze – A w sobotę dogramy szczegóły doktoratu. Może zostanę pańskim promotorem? Widzę, że idzie pan nieoczywistą ścieżką, ale armia potrzebuje nie tylko świeżej krwi, lecz także niebanalnych umysłów.


- Taaaa jest! Do soboty panie pułkowniku - do czego potrzebuje onych umysłów już nie był uprzejmy mnie poinformować, więc włos na tyłku mi się zjeżył. Podejrzewałem dość nikczemnie, że przewidywał dla mnie rolę dyżurnego winnego, ale jeszcze nie wiedziałem – czego.


Najwyraźniej jednak nawigowałem w jedynie słusznym kierunku, czego wyrazem była łaska mojego domowego oprawcy. Żona udzieliła mi audiencji i pozwoliła bym dopieścił jej zaniedbane libido – zaniedbane przeze mnie oczywiście. Co też niezwłocznie uczyniłem z wielką ochotą i animuszem, a przygotowania do soboty nabrały rozmachu. Sportowa elegancja dla kobiety oznacza coś innego, niż dla Szwejka. Czując, że sprawy ogólne trafiły w dobre ręce i uwolniony od nadmiaru emocji rozpocząłem edukację, nie czekając wytyczne ze strony Przyszłego Promotora.


Fakt, że żona błyskawicznie wyczuła powiew świeżości i prądy wznoszące moją karierę, z jednej strony uspokajał, jednak z drugiej… czułem, że przestaję panować nad zbliżającą się nawałnicą. Wycofać się już nie mogłem, bo wiatry historii dęły zbyt mocno. Żona plus Dowódca nie pozwolą mi na dekowanie się w okopach. Czas stanąć twarzą w twarz z wrogiem. Techniki infiltracji – co też zainteresowało mojego szefa do tego stopnia, że gotów udzielić mi urlopu naukowego i środków z wiecznie chudej kasy jednostki wojskowej? Sobota na horyzoncie i zapewne wyjaśni się wiele niedopowiedzeń, bylem tylko wytrwał na dystansie ekstremalnie trudnej dyscypliny sportowej.

***

Sobota przyszła wcześniej niż Sąd Ostateczny, więc wespół z małżonką Klarą, uzbrojeni patriotycznie w białe i czerwone wino – męskie, białe 40% i czerwone damskie około 10% poszliśmy na przyjęcie. Minimum towarzyskie spełnione. Żonie z dumy sterczał nos i sutki, mi z niepokoju oklapło wszystko, co zdolne było jeszcze oklapnąć. Zaproszenia od przełożonych niekoniecznie dobrze wróżą, a nowe zawsze burzy stagnację i strąca ludzi z utartych szlaków. Na obiad nadpułkownik Barbara zaserwowała dziczyznę. Wiadomo, po poligonach śmierć chadza swobodnie, atakując znienacka; tu niewybuch, tam snajper ćwiczący oko na polecenie generalicji. „Mój” pułkownik należał do grona decydentów więc miał przywileje i własnego snajpera, który uzupełniał zapasy mięsiwa, nie przejmując się czerwoną księgą gatunków bliskich wymarciu. Czemu nadpułkownik, to dla odmiany wie każdy wytrawny zawodowiec – jego Barbara, podobnie jak moja Klara w domu rządziła niepodzielnie, choć żaden trep się do tego nie przyzna. Obie potrafiły rządzić w wdziękiem, nie raniąc samopoczucia mundurowych szarż. A dziczyzna sprawiona została po mistrzowsku. Pierwsze flaszki opuściły już posterunki, więc i krawaty stały się zbędne. Nim jednak obnażyliśmy (my, czyli pułkownik i ja) torsy, panie przeszły na paliwo lekkie z dala od futrzastych samców o manierach troglodyty. Ich ćwierkanie i śmiech dobiegał nas nieco stłumiony pochłoniętymi już procentami.


- Baśka – ryknął pułkownik nim stoczyliśmy się w otchłań bełkotu – Czas Jakuzy! Uszykuj nam proszę kąpiel w ogrodzie!


Panie (oczywiście) nie zamierzały nam towarzyszyć, a „przygotowanie” polegać miało jedynie na włączeniu zasilania pilotem, gdyż resztę zawczasu przygotował osobiście szef. Po wstępnych kilku głębszych, zabraliśmy ze sobą dwie flaszki, pęto zdziczałej kiełbasy i po cygarze, żeby zadać szyku w bąbelkach. Dopiero tam szef umościł brzuszysko w parujących czeluściach, łaskawie wskazując mi miejsce naprzeciw, a następnie wyłuszczył mi powody swojego zainteresowania. W konspiracji, w głębokim zaufaniu zdradził zawiłości zakulisowych rozgrywek podziemia wojskowego snującego się mgliście po zakamarkach jednostki. Jednostka/ki wojskowa/e, bliżej nieznana/e zamierzała/y wysadzić pułkownika z siodła i nowoczesne techniki inwigilacji współczesnego pola walki miały wesprzeć ciągłość działalności pułkowniczej, dostarczając danych do rozpoznania, związania w walce i eliminacji wroga. Permanentna inwigilacja–infiltracja-informacja prowadząca do utylizacji, czy też anihilacji jednostki/ek wrogich istniejącemu porządkowi, czyli Panu Dowódcy. W zamian szef wyasygnował płatny urlop szkoleniowy, fundusze na inwestycje i uposażenie powyżej piastowanego przeze mnie dotychczas stanowiska. Hojność szarży wykluczała możliwość bezkarnej odmowy, więc się zgodziłem i przeszliśmy na ty, pijąc bruderszaft w Gaciach Bojowo Sportowych, w otoczeniu bąbelków czyniących frapujące rzeczy z moim przyrodzeniem i okolicami. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek bywał podniecony w męskim towarzystwie i to doznanie mną wstrząsnęło. Jak dobrze się spiszę i mnie też stać będzie na takie bąbelki, a wówczas – strzeż się Klaro, bo nie udźwignę raz rozbudzonego potencjału.


Jak słusznie podejrzewałem akceptacja Mojego Promotora była kwestią chwili, podobnie, jak otwarcie przewodu doktorskiego. Tkwiąca na głębokim zapleczu (zadupiu) NATO jednostka żyła moją bezwstydną ambicją i usiłowała grzać się w nieoczekiwanych przez nikogo promieniach chwały. Parasol ochronny Starego również został dostrzeżony i przeszedł pomimo niszowego burczenia po kątach kantyny. Stałem się gwiazdą jednostki, co wpłynęło na jakość nadciągających stadami wieczorów z wyszynkiem, coraz to u innego adepta wojny. Małżonki adeptów usiłowały mi dogodzić w celach ukrytych głęboko w alkowach lub sumieniach niewieścich, ich małżonkowie pragnęli uchlać mnie w trzy dupy i przesłuchać, a wszyscy koniecznie chcieli się dowiedzieć, czy to był awans przez łóżko, czy barter o tajemniczo skrywanym wolumenie.


Środki finansowe na przeprowadzenie części praktycznej przewodu (skądś musiało pochodzić doświadczenie, przecież Światły Promotor nie mógł się zgodzić na nagą teorię i byle plagiat) przeznaczyłem na sprzęt szpiegowski. Wspólnie z Szefem zdecydowaliśmy się na audio-wizualne elementy wyposażenia łatwe do ukrycia poza linią frontu, czyli w sypialniach i jadalniach personelu jednostki. Niebywałe, jak łaska pańska wpływa na życie towarzyskie – w przeciągu miesiąca dorobiłem się sinego od nadmiaru alkoholu nosa, ale też cały personel poczynając od początkujących poruczników, a kończąc na dwóch majorach i podpułkowniku znalazł się w nieustającym, czujnym zasięgu inwigilacji i rozpoznania elektronicznego.


- Prawda? – rechotał szef – Trzeba mieć umysł jak jastrząb, żeby dostrzec potencjał w człowieku! Teraz każdy myśli o wojnie dronów i rakietach balistycznych, a wystarczy się skupić na sekretach sypialni, by uzyskać minimalnymi środkami potężny efekt negocjacyjny, mogący stworzyć podwaliny trwałego pokoju, czy ekspansji – bez różnicy!


Kiwałem głową ostrożnie, bo kac nieustannie grasował we mnie. Pora ograniczyć towarzyskość, bo z doktoratu będą nici, a zebrane wiadomości szlag trafi. Przestałem bywać. Zacząłem słuchać i oglądać. Trzeba przyznać, że kolegom z jednostki nie brakowało fantazji i okazji, kiedy nie spodziewali się obserwatora z zewnątrz. Ich żony dysponowały porównywalnym apetytem na ekscesy nie tylko małżeńskie. Kto-z-kim-dlaczego-jak-często i tym podobne interakcje zawładnęły gigabajtami danych, od których czerwieniały uszy, a spokój rozporka trwale doznał rozstroju.


Śladu kreciej działalności jednak długo nie dawało się wykryć. Byłem już przekonany, że podziemna działalność wewnętrzna jest tylko urojeniem starca, gdy okazało się, że nie. Spotkanie towarzyskie w domu kapitana, zakończone potężną libacją z-okazji-czy-bez, zakończyło się konkluzją, że nie ma co dłużej kombinować z detronizacją Szefa, bo ten najwyraźniej ochłonął, „się ogarnął”, czego dowodem miała być zgoda i aktywna współpraca przy moim doktoracie. Dumny zaniosłem Szefowi dowód w sprawie, nie przejmując się, że awansowałem na kapusia, donosiciela i łajzę. Takie nagranie gwarantowało pozytywne rozpatrzenie mojej pracy, a Klara wkrótce zamiast być nadporucznikiem stanie się nadkapitanką, a może od razu nadmajorką.


Szef na widok niezbitych sukcesów elektronicznej infiltracji współczesnego pola walki nieco zapadł się w sobie, ale po dojrzałym namyśle i dwóch szklaneczkach czystej (dziękuję, po drugim także niezakanszam) błyskawicznie się uspokoił, podobnie jak sytuacja podziemia jednostki wojskowej.


- Znakomicie pan sobie poradził Panie Kolego! – klepnął mnie w plecy z taką siłą, że porucznikowska gwiazdka usiłowała zerwać się z pagonu – ale teraz musi Pan wznieść się na wyższy poziom! Najwyższy czas zinfiltrować NASZE SYPIALNIE pod NASZĄ NIEOBECNOŚĆ.


Rozkaz, to rozkaz. Podłożyłem wyrafinowany sprzęt w naszych domach, nieco zakłopotany, gdyż Klara, zauważając postęp mojej pracy naukowej chętniej uchylała rąbka kołdry w małżeńskim łożu i wykazywała się śmiałością, jakiej u niej dotychczas nie zauważałem. Stary chytrus miał jednak nosa – zasłużył na swoje stanowisko. Lis to przy nim tępy szczeniak! Wystarczył tydzień inwigilacji elektronicznej, by okazało się, że nasze żony spędzają mnóstwo czasu we dwie. Mało tego! Wykradły zebrane przeze mnie gigabajty i oglądały je, zaśmiewając się przy lampce wina. Odkryłem również, że za zmianą nastrojów w Jednostce Wojskowej stoją właśnie ONE! Zapraszały pojedynczo na kawę i pączka żony jednostkowych gwiazdorów i łagodną perswazją podpartą urywkami filmów siały ziarno wymuszonej pokory, aż przekonały wszystkie kobiety, by ich podwładni mężowie, kochankowie i inni dochodzący amanci odpuścili przewrót, skupiając się na pracy na chwałę Szefa. Szefa i mnie. Oglądaliśmy wspólnie z Panem Pułkownikiem Dowódcą Niezwykle Ważnego Odcinka kolejne dowody mądrości naszych przebiegłych partnerek (tym razem gigabajty trzymałem poza zasięgiem obu Małżonek), które w czasie naszej tytanicznej pracy osiągnęły sukces zarówno polityczny, jak i wojskowy, rokujący świetlaną przyszłość nas obojga na Niezwykle Ważnym Odcinku, czyli Naszym Zadupiu.


Wyszło przy tym, że Panie z nieskrywaną radością korzystały z Jakuzy, wspierając się czerwonym wytrawnym podczas oglądania permanentnej zdrady personelu i ich współmałżonek i pozwalały sobie na komentarze tak dosadne, że nawet starym repom spadały kapcie z nóg. W ramach walki z-nie-tylko-domniemaną infiltracją współczesnego pola walki panie zastosowały wibratory sterowane skomplikowaną aplikacją celem zagłuszania hipotetycznego przekazu, co jednak nie zadziałało – mam ambiwalentne uczucia względem owej ochrony. Cieszyć się, że mogłem być świadkiem, czy iść za ciosem i w obronie niewinności Mojej Pani pognać za profesurą z zakresu Kompleksowej ochrony przed wrogą inwigilacją – oczywiście Współczesnego Pola Walki!


PS1. Czy muszę dodawać, że nasze osobiste Nadszarże wykryły drugie i kolejne dna knowań Pułkownika i moich już podczas pierwszej wizyty w domu Pułkownika? Gdy Przyszły Wówczas Promotor, cały w bąbelkach, z rozmachem i euforią tłumaczył mi (całemu w bąbelkach) ideę naukowej wartości infiltracji w obrębie jednostki, nasze Panie poświęciły swój cenny czas i uzyskały dostęp do na gorąco omawianych ściśle tajnych planów. Wykorzystały wiedzę najlepiej, jak można, wzorując się na działaniach Mata Hari. Ba! Mata Hari przy naszych babach, to szczeniak! Nic mniej jak Richelieu w spódnicy. Albo i bez. Moja Pani uzupełniała wiedzę bezpośrednio z mojego laptopa. Dostęp do danych uzyskiwała, powielając śmiałe akcje zaczepne koleżanek, gdy spełniony zasypiałem z maślanym ze szczęścia pyskiem. Wrażliwym wolę nie opowiadać, co realizowała, ale modlę się do Boga, Honoru i Ojczyzny, by nigdy nie przestała. Może po cichutku zostawić podsłuchy w domach personelu? Pani Szefa w lustrzany sposób pozyskiwała dane z komputera Szefa, zarówno w domu, jak w jednostce.


PS2. Za pierwszą wypłatę po awansie kupujemy Jakuzę! Postanowione. Przyszły Nadkapitan (może Nadmajor) Klara zaakceptowała strategiczne zakupy, przy okazji szepcząc mi do ucha (uwaga na wrogie pluskwy) że nie wyczerpała jeszcze pomysłów na upojne noce.


PS3. Boże! Honorze! Ojczyzno! Ileż Ona ma tego w sobie. Nie udźwignę solo Jej rozbudzonego libido, a taki młody porucznik zaraz po szkole oficerskiej oblizuje się nie dość dyskretnie ilekroć widzi Moją Klarę! A ja nawet nie wiem, jak ma na imię!


PS4. Szef chyba przeżywa podobny stan do mojego. Nieco się jąkając i rumieniąc, poprosił, bym usunął z jego (łaskawie zgodził się też na moje lokum) domu instrumenty szpiegowskie i zapytał, co sądzę o trzymiesięcznym odpoczynku od domowych obowiązków i wyjeździe na szkolenie do Dublina, czy innej Kopenhagi – zaraz sprawdzi, gdzie akurat NATO będzie gremialnie przepijać szare komórki.

Kłącza na łączach czy na łąkach?


    A kiedy już naoglądało się makijażu spływającego po pryszczatych buziach podrasowanych na niebiesko, gdzie pot wyrzeźbił ścieżki na wzór górskich strumieni, otarłem własną głowę z potu, by wyraźniej widzieć świat. Fioletowa księżniczka zachęca niebieściuchną mamusię do wyprawy „na maka, bo tam są zabawki”, a mamunia w pełnym zachwycie zgadza się na tę rozpustę. Pewnie dlatego, że „rozmawiając z córuchną” jednocześnie przez telefon usiłuje opchnąć opiekę nad pieskiem, czy innym koteczkiem.


    W upale kwitną wyzwolone piersi, kolarze pojawiają się i znikają, jak jednodniowe jętki, nim dotknę ich zauważeniem. Dwóch młodziaków chwali się torsami pielęgnowanymi na siłowniach, za nic mając tłoczne zdumienie. Wulgarne samice o dużych biustach penetrują przedpole w poszukiwaniu żeru, czyli samczyków gotowych zainwestować we wzajemność uczuć. Mnie nawet pogardą dotknąć nie zamierzają, oszczędzając uczucia na obiekty warte ich spojrzeń. Na przystanku stoi kobieta okryta czymś, czego nazwać nie umiem – coś między chustką, stanikiem, a bluzką. Chyba nie tylko ja nie umiem, bo starszy pan o lasce też nie potrafi, ale on spluwa, ja nie.


    Jedna z knajp na Centralnym Deptaku Miasta nazywa się PIZZBURG – zabawna gra słów kojarząca się z Pitsburgiem. Starzejąca się Azjatka usiłuje pochwalić się pochwą, przed czym powstrzymuje ją jej partner. Do odjazdu pociągu mają jeszcze pięć godzin – liczyła że je wypełnię? Wracam do domu autobusem, który zamierzał chyba nie przyjechać. Komuś wypada z ręki telefon i wtedy zauważam kobietę obszerną. Gdyby jej pasek miał na imię Równik, nie musiałby się tego imienia wstydzić.


    A ileż trzeba mieć pewności siebie, żeby nie założyć bielizny pod prześwitującą sukienkę? I jak musi się czuć facet, dla którego pani gotowa była na taką ekstrawagancję? Ech!

wtorek, 8 września 2026

Klasztor klaszcze gdy plusz się pluszcze, a tłuszcz kryje w tłuszczy.

 

Meteorolodzy wróżą trzydzieści stopni w cieniu, ale chwilowo nie widać ciepłych podmuchów. Na razie dwie kobiety w granatowych, pikowanych kurtkach z kapturami naciągniętymi na głowy dosiadają miejskiej komunikacji i kłusują ku codzienności. Na przystanku pulchna nastka uznała za stosowne wbić się w kozaki z futrem najwyraźniej nigdy nie strzyżonym i zadawać szyku, albo choć wywołać na twarzy miłośników zwierząt podejrzenie, że wymarł jakiś rzadki gatunek, by móc uświetnić stopy dziewczęcia. A tak w ogóle, to zapowiada się dzień pięknych, dużych kobiet o bladej cerze. Bo rzeczy dzieją się stadami – wystarczy jedno zauważenie, a jego powtarzalność staje się przewidywaną konsekwencją. Niebo ozdobione chmurami historycznie nieznanymi, rozsiewanymi drogą lotniczą zachwyca symetrią i nieoczywistą zagadką dotyczącą lokalizacji lotniska.


Poeta naiwny zwykł był mawiać za nieznanym mi (chyba) wieszczem: Tanie wina są dobre, bo są dobre i tanie. Teraz nie mówi nic, bo ćwiczy nową figurę artystyczną – martwą naturę. Leży. Leży i pachnie. Nie, żeby fiołkami, albo świeżym owocem. Raczej octem i moczem. Kto wie, od jak dawna ćwiczy tę figurę – miał prawo się spocić, a fizjologia nie zna kompromisów. Rozbawia mnie komizm sytuacyjny – do samochodu z rejestracją ELA XL 85 wsiada drobna dziewczyna – na pewno nie XL i na pewno nie rocznik 85…

poniedziałek, 7 września 2026

Brzdąc brzdąka?

 

Słońce dopiero zamierzało wynurzyć się spod widnokręgu, a samoloty już namalowały mu na niebie promienie, żeby wiedziało jak ma świecić. Autobus tłoczny, wrześniowy, choć dzieciarni pragnącej wiedzę pogłębiać jakoś nie widać. Prędzej Uniwersytet Trzeciego Wieku. Dojeżdżam do dworca i autobus chciał się pochwalić, jak pięknie będzie jeździł wyremontowanym odcinkiem, którego fragment już działa. I to jak. Wytrzęsło mnie lepiej jak w wesołym miasteczku. Czyżby autobus się ze .mnie natrząsał? Kierowca na wstrząśniętego nie wyglądał. Pewnie się bał.


    Pierwsze kasztany turlają się po chodnikach, a w autobusie dziewczę nastoletnie siedzące brzydziej, niż chłopaki pod wpływem napoi wyzwalających fantazję. Nogi szeroko, biodra wypchnięte w górę, jakby zamierzała szczuć płcią, biustonosz wypływający na wierzch garderoby, a szpon zajęty skomplikowaną akcją stukał to tu, to tam. Odwróciłem wzrok, a tam starszy pan z bukietem łososiowych tulipanów szedł sobie nie całkiem przytulony do drugiego starszego pana. Niósł ów bukiet, jak znicz olimpijski i dumny był z siebie niemal namacalnie, czyli okazja musiała być niebanalna.


    Zastanawia mnie liczebność młodych ludzi cierpiących na Zespół Downa. Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu spotkanie takiej osoby było ewenementem, a teraz niemal „przestają dziwić”. Młoda dziewuszka ostatkiem sił zmierza na dworzec. Idzie, jakby połamała nogi, albo obtarły ją do krwi sfatygowane trampki. Z mniej poważnych objawów – kilka tablic rejestracyjnych D2 RIOT, E8 ERROR, D7 NASI.

sobota, 5 września 2026

Na turnusie turów w Turoszowie, turniej turkocących turkawek o turmalinową turnię.

 

    Przy krawężniku przycupnął schnący, zwinięty liść klonu. Udawał ropuchę tak drobiazgowo, że musiałem go ominąć, by nie wystraszyć zwierzątka – nie zestresować, bo to modne słowo. Baraninka płynie po niebie wypasana zachodnim wiatrem, który przypomina sobie o trzódce od czasu do czasu. Ciepło, leniwie. Dzieci zajęte sobą gdzie-indziej nie płoszą ciszy, pozwalając jej rozsiąść się wygodnie na huśtawce, czy zjechać ze zjeżdżalni i poukładać w piaskownicy ziarnka piasku. Nawet psom tu nie po drodze – co cieszy. W ramach rozpusty – idę na giełdę minerałów, bo tam zawsze trafi się coś, czego nie potrzebuję, lecz tak niepowtarzalnej urody, że chce się na to patrzeć smętnym wieczorem, czy romantycznym porankiem.