poniedziałek, 24 stycznia 2022

Poradnik. Skuteczne metody zwalczania hałasu.

 

Ludzkość znana jest z zamiłowania do ciszy i święty spokój jest wpisany w geny nawet niedojrzałego członka stada. Dlatego, gdy nieznani sprawcy (ONI) dopuszczą się rażących naruszeń, należy przystąpić do kontrofensywy w imię walki o wspólne wartości. Filozof Pratchett sugerował, że do celu wieść mogą dwie drogi, o skrajnie rozbieżnych kierunkach. Za jego podszeptem pewien kloszard śmierdział tak dosadnie, że wszystko wokół zdawało mu się ambrozją. Nawet zjełczała kupa leżąca na gnijącym dorszu.

                               

Reasumując: nie mogąc uciszyć – dołączmy do skandalu, aby sięgnąć ciszy z drugiej strony, przekraczając barierę dźwięku.

 

Gdyby się nie udało – zawsze można wykałaczką przebić własne bębenki uszne.

Nieposkromiony apetyt.

 

W szklance z wrzątkiem tworzę wir. Ostrożnie, żeby mnie nie ukąsił. Widziałem, jak łapczywie wyżerał cukier z dna. Wolałbym nie stawać na drodze takiego głodomora. Postanowiłem, że uwolnię go nad zapomnianym lądem. Może wyspą. Bezludną, żeby uniknąć lamentu. Wyciągałem go ostrożnie, żeby nie poparzyć opuszków. Posadziłem potem na miękkim piasku, żeby okrzepł i nażarł się do syta. Wygryzł dziurę głębszą niż Big Hole w Kimberley. Moje maleństwo popatrzyło na mnie z góry, dalej ssając bez umiaru, aż poddało się pierwsze drzewo.

 

Uciekłem, gdy zniknęło kolejne, a niebo straciło dziewiczy błękit. Wir sapnął, ryknął i ruszył. Wyspa okazała się zbyt wątła.

W księżycowym świetle.

 

Czarny kos przebiegł mi drogę i ani się zająknął, gdy bez najlżejszego chrzęstu pokonał w poprzek zmrożony śnieg chodnika, by utonąć w ciepłym mroku. Szczęściem, nie był chyba złą wróżbą, bo uprzedzając wypadki, gdy wracałem po własnych śladach – pojawił się również, tym razem powielony do dwóch plam uprawiających rytualne tańce w pobliżu wygasłej latarni. Tak sobą były zajęte, że ani nie gwizdnęły na mój widok – najwyraźniej nie zaimponowałem im własnym zapleczem, albo byłem nie w ich typie. Pomiędzy widzeniami mijałem młodziutką dziewuszkę o posturze szparagówki. Długa i chuda, o biodrach, które nie zdążyły się rozstąpić, by zrobić miejsce dla płci. Szła zatopiona w wirtualnych pobieżnościach, jakich każdego ranka nie brakuje. Uśmiecham się – dobrze jest mieć komu opowiedzieć noc. Każdego dnia.

środa, 19 stycznia 2022

Spacer starówką.

 

      Kościelne dzwony oswajały fale Rzeki opływającej wyspy. Na jednej marzł kamienny hobbit, na innym baobab ludzką ręką odwrócony, gdy już odbył pokutę za pychę wobec bogów okazaną, na trzeciej szkielet dorsza z metalowych zwierciadeł zniekształcał widok na piękne elewację Ossolineum, albo targowiska powstałego przed dwudziestowiecznymi wojnami. Nad tym wszystkim unosił się zapach placków ziemniaczanych, radość dziecka karmiącego łabędzie i szyderczy rechot kaczora o zielono-niebieskim gardle. Mosty milczały, każdy w swoim odcieniu, pysznił się wyremontowany młyn i bezpańska przez lata kamienica w świeżej, szykownej kiecce. Słońce ślizgało się po dekoltach rzeźb o kobiecych kształtach, nieco tylko zbrukanych płaszczyznami zawiłej geometrii. Ktoś w biegu gubił kilogramy, inny na spacerze odzyskiwał spokój sumienia. Remonty spiętrzone wielowarstwowo skupiły męską część populacji na niekończących się naprawach, tramwaje sunęły beztrosko, grzejąc grzbiety w zimowym słońcu. Nie działo się nic, co warto było zauważyć, ani też nic takiego, czego lepiej nie widzieć. Miasto trwało, jak trwać powinno – statecznie, z iście angielską flegmą ignorując pochopność tymczasowych mieszkańców zdających się być mrówkami w gigantycznej termitierze.

Projekcja.

 

Cyfrowe góry oflankowały mnie z rekinią sprawnością i wyrosły, ograniczając widoczność do wycinka frontowego przedpola. Ostre, kryształowe krawędzie i renderowane z dużą rozdzielczością strome płaszczyzny gładsze od szkła stworzyły kordyliery umożliwiające przemieszczanie się jedynie naprzód, drogą, czy wyschniętym korytem o nieortodoksyjnie płaskim dnie z tłuczonych luster. Szedłem po tej krze powoli, bez świadomości, że się wznoszę. Dopiero narastające zmęczenie łydek i wyschnięte gardło uświadomiły mi, że to nie jest banalny spacer, lecz mozolna wspinaczka w nieznane.

 

W przesmyku pomiędzy szczytami czaiła się niestabilna gwiazda poszatkowana w poziome plasterki. Bez jądra, czyli zapewne bez grawitacji. Przez chwilę zająłem się wymyślaniem sposobu, w jaki poszczególne plastry karnie utrzymują stałą odległość od siebie, jednak nic poza boską siłą elektromagnetycznej czułości nie przychodziło mi do głowy. Słońce tymczasem świeciło stalowym błękitem i mroczniało w pustkach barwą, nadającą fioletom kosmiczną głębię.

 

U podnóża półpłynnych gór wyrosły tymczasem zupełnie przeźroczyste kopuły igloo, niezasiedlone zapewne, bo wewnątrz nie było żadnych drobiazgów, o żywych istotach ledwie wspominając. Przystanąłem zdumiony i zmęczony. Po obu stronach koryta pęcherze budowli miały ten sam rozmiar i ziały sterylną, bezosobową czystością. Pomyślałem, że nic się nie stanie, jeśli w którymkolwiek odpocznę, może nawet prześpię się, nim pójdę w kierunku plastrowanego słońca.

 

Szczęśliwie - obejrzałem się za siebie. Najwyraźniej ten świat kończył się równo z teraźniejszością, a przeszłość kasowana była na bieżąco, gdyż za plecami ziała mi bezwonna pustka. Bałem się, że drobna drzemka, a nawet nadmierna opieszałość kroków ograbi mnie najpierw ze wspomnień, następnie słów, a wreszcie ciała, abym stał się zimną, doskonale bezduszną przeszłością.

 

- Lepiej nie wchodzić do obcych siedlisk. Może przeszłość tam właśnie pożarła tubylców?

 

Czarne myśli skręciły ku wygłodniałemu „wczoraj” i sprawiły, że ugięły mi się nogi. Może to strach, może utracone nadzieje, ale uśpiona wola, która dotychczas wodziła mnie za nos nie znalazła dalszych rezerw paliwa. Duchy zwątpienia generowały znane każdemu malkontentowi pytania – po co i dlaczego? Odpowiedzieć mogła jedynie grasująca w kubistycznym pejzażu bezwstydnie wszechobecna pustka. Paradoks ostatniej myśli doprowadził mnie do splunięcia pod nogi.

 

Suche koryto zaczęło się wypełniać, kipieć w smrodzie żółto-brązowej, piaszczystej piany, która pognała zgrzywiałą falą w kierunku lewego brzegu, usiłując wytyczyć nowe koryto. Pewnie obawiała się plastrów słońca i wolała przedrzeć przez szklane góry, szukając pierworysu ujścia do bardziej gościnnego morza. Stałem na krawędzi, za którą suchy, bezbarwny świat ustępował nowonarodzonej kipieli górskiego strumienia.

 

Plunąłem po raz drugi, choć ślinę musiałem uzupełnić krwią z zeschniętych warg. Do prawego brzegu ruszyła solidna fala napędzana instynktem monsunu. Pożarła najbliższe pustostany, a kiedy odbiła się od gładkolicych gór i wróciła, zostawiła na kopułach nalot różowego mchu, czy szronu, nadając ścianom przyjemne zabarwienie, muszlową miękkość i obietnicę gładkości echa podniesionego z morskiego dna.

 

Unosiłem się ostrożnie na ostrodze pomiędzy nurtami, za plecami przeszłość zgryzana szkwałem teraźniejszości popychała mnie niecierpliwie naprzód, a słońce przede mną drżało w geometrycznej gimnastyce. Dryfowałem dziką rzeką. Surfowałem wyspą bezludną, którą mimochodem stworzyłem, a przyszłość szczerzyła się do mnie jakoś tak mięsożernie, aż mi zmiękło wszystko w kolanach i nie tylko.

 

Byłbym zaklął, bo tak najłatwiej oszukać strach i udawać zucha, ale niebo wyprzedzająco spochmurniało na pomarańczowo i w buforze pamięci tymczasowej złożyło zamówienie na awaryjne impulsy elektrostatyczne, więc przezornie zamilkłem, by nie sprowokować. Słońce skupiło się w sobie, pokraśniało i zebrało w zbiór jednoelementowy, robiąc przegląd widma, aby dobrać karnację na powitanie zuchwałego żeglarza. Wybór padł na ciepłą żółć, nieco tylko pikantną na krawędziach. Niesamowite skojarzenie z lampą wyspecjalizowaną w przesłuchiwaniu więźniów politycznych usadziło mnie mocniej w siodle i sprawiło, że zmysły zaczęły krzepnąć.

 

- Wiesz? Jesteś zabawny – głos dobiegał dosłownie z zewsząd, oszałamiając moje zmysły i pozbawiając orientacji w i tak już skomplikowanym świecie pseudomatematycznej iluzji - Naprawdę sądzisz, że plucie na monitor poprawi jakość projektu?

Horror. Albo koszmar.

    Dusza skuliła się we mnie, drżąc ze strachu. Wokół panował zbiorowy lęk i duszność globalna. Po okolicy grasował łowca dusz, straszniejszy i bardziej bezwzględny niż horda upiorów. Schowałem się pod łóżko, żeby duszy dać wytchnienie, namiastkę ciepła i oswojonej przestrzeni. Ale tam, na zewnątrz zawodziło ginące życie i niezmordowanie węszył łowca poszukując zapodzianych owieczek.

    Wreszcie przyszedł po mnie. Dusza była już na wpół martwa ze strachu; ja tym bardziej. Nie umiałem jej pocieszyć, ani obronić. Brutalnie wyszarpnął bidulkę ze mnie, rozciągnął, pod słońce sprawdzając, jak kiepskim byłem nosicielem. A potem rozszarpał mizerotę na strzępy i wyrzucił. Jak papierek po cukierku.

Bardzo wcześnie.

    Jeszcze wczoraj wiatr wykorzystując drobne otwory w balustradach grał na nich, jak na fletni pana, a dzisiaj dym z komina oszalał z niezdecydowania, bo nikt mu drogi wskazać nie potrafi, więc się błąka to tu, to tam. Latarnie, niczym neonowe spławiki pływają w mroku. Nie daję się zwieść pokusie i idę poprzez ciemność, pozwalając myślom, jak ćmom wisieć nad ciepłem świateł. Kobiety, najwyraźniej w gospodarskiej trosce, że im się kolory zmarnują, wybierają czerń, zagęszczając przedświt jeszcze bardziej. Nawet ptakom w gardełkach zaschło i cisza trwa prawie taka, jakby świat obsypało śniegiem.

wtorek, 18 stycznia 2022

Wiedza tajemna.


    Medium, sięgnąć może tam, gdzie einsteinowska logika nie dotarła nawet jako zuchwała hipoteza. Gdzieś daleko, poza zasięg dywagacji, rozpasanych snów, a kiedy wreszcie dotrze… dosięgnie rozumu wszechświata.

    Siedziałem nad kubkiem kawy – nie jakiejś niezwykłej, lecz tej taniej z marketu i wdychałem aromat daleki od ideału. Widać – byłem malkontentem, bo nawet w tej, oswojonej nucie czułem powiew wszystkiego, co nie powinno się zdarzyć żadnej z moich nocy.

    Nie miałem wpływu na obrót ciał niebieskich, na te ich niekończące się pląsy, flirty i polowania nocy na dzień, czy odwrotnie. Na eksplozje supernowych i tłuste, rozlazłe apetyty czarnych dziur. W błogiej sytości drzemałem wokół obrazów migających przede mną i chyliłem się ku rozpaczy, albo wiekuistej mrzonce, że tam, poza zasięgiem rozumu jest coś więcej i wystarczy poświęcić resztki kudłów, sumienia, pozbyć się skrupułów, by dotrzeć do sedna.

    Historia świata pełna jest opowieści o szamanach błądzących po światach nieznanych, z których wracali uzbrojeni w wiedzę niedostępną śmiertelnikom. Wracali z oczami pełnymi tego, co niewysławialne, lecz ubierali w słowa czas i przyszłość jak tylko mogli, choćby zdawały się bełkotem. Każda kultura miała swoje święte jednostki potrafiące czerpać ze źródła mądrości wszechświata i pielęgnowała talenty, pozwalając im na największe fanaberie, byle tylko nie zaprzestali uprawiać profesji dostępnej tylko nielicznym.

    Wystarczy uwierzyć, że mogą. A ja uwierzyłem. Nie posiadałem daru, który im pozwalał na tak dalekie podróże i rozmowy z nieskończonością, jednak wiara stała się pierwszym kamieniem milowym na mojej drodze tam, dokąd mało kto ma odwagę podążyć. Poszukiwałem pośród szeptanek, nawiedzonych i jasnowidzów, pośród szamanów trzymających się krawędzi świata, na wpół dzikich i nie skażonych cywilizacją. Patrzyłem na misteria napędzane narkotykami, alkoholem, czy dymem ze świeżych gałęzi jałowca wzmocnionych trującymi chwastami.

    Patrzyłem na cielesną powłokę, gdy wypuszczali umysły poza zasięg teleskopów i wracali, ocierając się o obłęd. Jakże im zazdrościłem. Przy kolejnej okazji obserwowania spektaklu moją zazdrość wyraziłem chyba głośniej, bo z ust splamionych machorką, spod zrudziałej od tytoniu brody dobiegł mnie glos stęchły od odległości.

    - Chodź! – wychrypiał, ujmując mnie za nadgarstek i paznokciem, który nie znał manicure wydrapał otwartą ranę, a powtarzając operację na własnym przedramieniu związał nas węzłem tętniącej krwi – zobaczysz, tylko nie szarp się, bo zostaniesz na wieki!

    Podróż była fascynująca. Zimne otchłanie pokonaliśmy w takim tempie, że ciało nie zdążyło się nastroszyć gęsią skórką. Potem było już kompletnie niewysławialne w języku istot trójwymiarowych i obarczonych śmiertelnym ciałem, jak kotwicą. Wróciliśmy po jakichś miliardach lat, a na ziemi minęło może z pięć godzin. Zmoczyłem spodnie. Spod pach wypełzły plamy potu. Byłem spragniony, jakbym zużył całą wodę z organizmu. Szaman śmiał się ze mnie i kurzył fajkę nabitą cykutą, toksyczną bardziej niż pola pod Czarnobylem. Piłem wprost ze strumienia i aż dziw, że nie wypiłem go do sucha.

    - To było piękne – westchnąłem, gdy w końcu pragnienie przegrało z potrzebami płuc – Banalne słowa, jednak jedyne zrozumiałe. Nic więcej nie umiałem wyrazić za pomocą słownika, który nagle wydał się żałośnie ubogi.

    Szaman patrzył na mnie krwistym wzrokiem i dziko śmiał się, widząc z czym się borykam. Ale chyba ułagodziłem go zachwytem i pozwolił się skorumpować skrzynką bimbru i paroma narzędziami do zdobywania roślin, czy minerałów. Pokiwał głową, że owszem, że kolejny raz będę mógł mu towarzyszyć, jednak nie teraz, bo teraz musi odpocząć. Spał ze trzy dni, a potem nie chciał nawet słyszeć o kolejnej wyprawie. Niecierpliwiłem się, jednak rozumiałem, że to on był przewodnikiem po nieznanym i to on wziął na siebie cały ciężar wyprawy. Ja byłem pasożytem. Korzystałem z jego wiedzy i siły, nic w zamian nie wnosząc.

    Pomagałem za to w codziennych czynnościach. Chodziliśmy w las, by kopać korzenie, suszyć zioła, z rozpadlin skalnych wydłubywaliśmy coś, co miało stać się katalizatorem, albo napędem kolejnej wyprawy. Szaman kontemplował łupy i kapryśny był jak księżniczka. Zapewne od jakości zbiorów zależał los wyprawy, choć nie potrafiłem tego ocenić.

    Druga podróż, potem kolejna, aż mój wzrok upodobnił się do szamańskiej głębokości widzenia. Przestałem się moczyć wracając i potrafiłem śmiać się jak on. Jednak ja nie mogłem w podróż ruszyć samodzielnie. Blizn na przedramieniu przybywało. Po jakiejś szczególnie rozpasanej wyprawie szaman miał dość i zamierzał zostać tam, gdzie nikt go nie odnajdzie. Tłumaczył mi to w drodze stamtąd, a kiedy wylądowaliśmy na miejscu wypełniony byłem przeświadczeniem, że przekazał mi tajemnicę, która pozwoli mi na pierwszą indywidualna podróż.

    Patrzył na mnie spod krzaczastych brwi przez całe tygodnie, gdy zbierał się na ostatnią wyprawę, z której miałem wrócić sam. Tłumaczył więcej niż zwykle i wskazywał szczególnie wartościowe zioła, abym zapamiętał na zawsze. Kiedy nadszedł dzień i ostatni raz pazurem rozpłatał mi żyłę – ruszyliśmy.

    Daleko. Niezwykle daleko. Chyba wcześniej nie bywaliśmy aż tak daleko od rzeczywistości w jakiej się wychowałem. A potem puścił moją rękę i zaczął zmieniać stan skupienia. Dłonią wyganiał mnie z własnego świata, mimochodem wskazując drogę powrotną. Chciałem kląć, bo żal mi było starca i żal, że tak mało zdążył mnie nauczyć.

    - A jeśli sam nie dam rady? – Bałem się. Dopóki byłem z nim, to on niósł ciężar decyzyjności. Zostając sam, czułem napór wielowarstwowej, głębokiej nieskończoności, pośród której zginąłem natychmiast. Szczęściem rozpływający się obraz szamańskiej dłoni wciąż wskazywał drogę powrotną do świata.

    Wróciłem oszołomiony i mokry. Znów się zmoczyłem. Czyli strach spętał mnie i zapewne nie pozwoli na kontynuację podróży. Bez przewodnika i talentu skazany byłem na porażki. Odpoczywałem, kompletowałem zioła, gromadziłem zapas sproszkowanych minerałów, tak, jak mnie uczył. Nie wiem po co, bo niedowierzanie spętało mnie tak skutecznie, że podróż mogłem odbywać jedynie w mokrych snach. Nie wiem kiedy porosłem szczeciną, rudziejącą od jego fajki, którą po powrocie machinalnie włożyłem między wargi.

    Rekonwalescencja trwała długo, a kiedy poczułem siłę, by spróbować, w żyłach zagrała szamańska krew. Zostawił mi tyle własnej, wymieszanej z moją, że mogłem pokonać strach. W najgorszym razie – rozpłynę się jak on i zostanę tam, gdzie i mnie nikt nie odnajdzie. Położyłem fajkę na kamieniu, westchnąłem, maskując lęk i ruszyłem. Tchórzliwie, ale ruszyłem. Wolno szło, nim minąłem zimne pola brodę miąłem obwieszoną soplami zbyt szybkiego oddechu. Jakbym biegł maraton bez uprzedniego treningu. Wróciłem, zanim zdążyłem się nacieszyć wiekuistą energią. Wróciłem, śmiejąc się jak szaleniec, bo udało się to, co udać się nie miało prawa!

    Kolejny okres abstynencji spędzałem chodząc po ziemi z myślami zatopionymi tak głęboko w umyśle, że ledwie dostrzegałem rzeczywistość. Czekałem na kolejną wyprawę. Robiłem plany i piętrzyłem nadzieje. A kiedy tylko regeneracja osiągnęła właściwy poziom – startowałem. Kosmiczne życie pochłonęło mnie tak, że dopiero świadomość znacznego ubytku szamańskiej krwi i problemy z odnalezieniem drogi powrotnej skłoniły mnie do ograniczenia tych gorączkowych eksploracji.

    - Coś trzeba zrobić – myślałem, krążąc wokół ognia – rezerwa krwi jest zbyt uboga, aby z niej czerpać bez końca. Skąd wziąć więcej?

    To chyba wtedy właśnie narodził się pomysł, żeby poszukać dawcy. Poszukać krwi. Wiedziałem, że po oczach poznam nosiciela, nie wiedziałem tylko, jak nakłonić go do hojnej darowizny. W chwili złości skręciłem łeb królikowi, który zapomniał, że jestem drapieżnikiem. Nie lubiłem marnotrawstwa, więc obrałem go z miękkości i bez głębszych myśli piekłem nad ogniem.

    - Tak! – podszeptywały instynkty – Zabij szamankę, wypij krew natchnionego, uwięź dawcę, by korzystać w miarę potrzeby!

    Zuchwałość i absurd podobnych pomysłów pobudził wszechświat do śmiechu. Śmiały się chmury i mgła. Dym znad ogniska miał twarz mojego szamana, który został tam na zawsze, albo i dłużej.

    - Głupcze! – zadrwił wiatr jego zachrypniętym głosem – Nie uważałeś nic. Popłyń za kraniec wiedzy i tam naucz się, jak nie musieć korzystać z obcej łaski. Zdaj egzamin z wielkości. Albo zdechnij gdzieś w przestworzach!

Na ziemi i na niebie.

 

Pod żywopłotami zalęgły się całe zastępy flaszek po ciężkim paliwie. Wykwity różnej pojemności, gaszące jedne, a budzące inne pragnienia leżą beztrosko, ignorowane przez szpaki, psy i przechodniów skupionych na tylnych kieszeniach dżinsów młodej pani sunącej wdzięcznie ku nieznanym portom. Dywanowy nalot dzikich gęsi skrzeczących jakieś niedorzeczności stłumił przyziemne myśli i zmusił wzrok do sprawdzenia, co dobrego dzieje się na niebotycznym niebie. Kolory, dalekie od turkusowych mórz z folderów reklamowych szarzało każdym odcieniem szarości, a błękit był jedynie domysłem, bądź nie do końca wygasłą nadzieją.

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Dwa światy. A może trzy?

 

Mokną sosny i jesiony. W skostniałych ramionach nagich lip butwieją opuszczone gniazda. W koronach robinii przekomarzają się gawrony, a sroki wybierają jawory, by wykazać skrzeczące, czarno-białe przewagi nad monotonią. Pani, skrojona na miarę Goliata, zdecydowanie większa od formy powszechnie uznawanej za obowiązującą, szła chodnikiem w grubym, zimowym płaszczu tak pięknie, że niewymuszonym ruchem bioder powstrzymała wszelkie poboczne widzenia. Tylko kobieta świadoma własnego piękna potrafi tak iść, by zamarła mżawka. Rudzik skorzystał z okazji i przedzierał się na wskroś wiatrom, pod prąd, wirując w falbankach lotu, wyszukując lokalne depresje, czy roztargnienia wichury, aby sięgnąć wierzby, płaczącej po barbarzyńskim najeździe najemników, dążących do symetrii zrozumiałej dla ludzkich, ograniczonych zmysłów. Tylko uschłe na klombach trawy przesiedlone z naturalnych stanowisk, pomne nauk dżudoki Akiyamy „ugiąć się, by zwyciężyć” odważnie poddają się naporom wiatrów, by wstać, kiedy minie gorączka zimnokrwistej bestii. Chłopka, płci wciąż niedookreślonej przepycha się, a kilwaterem sunie matka, zapatrzona w jedynaka, jak w złotego cielca. I nieważne, że żebra obije mi torbą pancerną, wzrokiem nieobecnym i spopielonymi ustami, spod których „przepraszam” nie wyjdzie aż po dzień sądu. Pocieszam się, że pomimo wszystko widzę smukłe gazele o nogach spiętych w iksy, żeby nawet wiatr nie zdołał skosztować dziewictwa pieczołowicie opatulonego wielowarstwową czernią odzieży. Łożyskiem asfaltowej rzeki płyną anonimowe eskadry kamikadze, wpatrzone w cel, nieosiągalny moim oczom. I tak jest zdrowiej – dla mnie. Przecież stara prawda głosi, że fantazja wciąż nie jest w stanie dogonić perfidii rzeczywistości.