piątek, 26 czerwca 2026

Ekstrakt z ukrytym motywem działania.

 

Egzaminator ustawił adeptów przy sztalugach i poprosił aby z głowy namalowali akt kobiecy. Niedługo potem jednego wyrzucił z egzaminu, bo bezczelnie „ściągał” od koleżanki. Dopiero po fakcie okazało się, że adept nigdy nie widział nagiej kobiety.

Na karku noszę Karkonosze, pienię się w Pieninach, jak bies z Czadu w Bieszczadach, lub Tatar w Tatrach.

 

Dziewczyna w pięknej zielonej sukience idąc NIE ZACHWYCA się kwiatami cykorii, choć te przybrały intrygująco niebieską barwę z kropelką fioletu. W autobusie, gdy znajdzie się wolne podwójne siedzenie, mężczyźni siadają w głębi, a kobiety wybierają skrajne krzesełko. Pani o delikatnej, szlachetnej urodzie wysiadła, rozejrzała się i gdy autobus zamykał drzwi – wskoczyła do środka. Najwyraźniej gnała ją jakaś gorączka, względnie niecierpliwość sumienia szukała ujścia. Na kolejnym wysiadła znów i od razu przeszła do galopu. Zdaje się, że dogoniła tramwaj jadący przodem.


Od rana widać, że bielizna nie trzyma się ciał. Szczególnie tych młodszych. Czapla z pełnym dziobem, nie chcąc zawstydzać wędkarzy posilających się piwkiem wylądowała w tataraku, i tam przystąpiła do konsumpcji. Medialne szaleństwo – w ogrodzie botanicznym kwitnie dziwidło olbrzymie! Od tygodnia fejs-zbuk atakuje mnie relacjami na żywo, a w naturze kolejki większe jak za chlebem czy mięsem w peerelu. Ogonek ustawia się już o północy, bo o piątej otwierają kasy. Nie bardzo rozumiem ten pęd, bo roślina cuchnie gorzej od śmietników zapomnianych przez śmieciarzy i jakoś specjalnie pięknie też nie wygląda. Stać w kolejce do wychodka, gdy lipy pachną piękniej od najdroższych perfum? Katalpy kwitnąc udają kasztanowce – głupie, już dawno po maturach, co od razu demaskuje oszusta.


    Z napisów takie: D3 TROIT – taksówka wcale nie żółta, jak wskazywałaby rejestracja. Okienko piwniczne zabite sklejką z adnotacją: DLA PANI ANI WSZYSTKO. Potem trafiam dziewczynę w ślubnej sukni otoczoną wianuszkiem kobiet w czerni.

czwartek, 25 czerwca 2026

Alpaki w Alpach i kał Kazia na Kaukazie.

 

D0 YERKA – czyżby fan realizmu magicznego pana Jacka? Zaraz potem D8 DORFF – zagadkowo, może z niemiecka? Dziarsko maszeruje wysoka dziewczyna w jednej, czerwonej skarpetce, ale jak odczytać przekaz nie za bardzo wiem. Więc cieszę się bez uzasadnienia, bo mi się podoba. Jak u małych dzieci. Nie wszystko musi być przegadane do końca. Kobiety w letnich kieckach z rozcięciami pociągniętymi w górę na ile nosicielkom odwagi wystarczy – są i takie którym biodra uciekają z tekstylnego uścisku.


Na świeżo zbudowanym skwerze rosną nie niepokojone inną roślinnością krwawnice kwitnące na różowo. Zasypany kamieniami podmokły teren robi im za rów z wodą, a kamienie wcale nie przeszkadzają pięknie rosnąć i czerpać wilgoć spod nich. W oknie wystawowym przegląda się młoda kobieta. Tu zagra nóżką, tam się uśmiechnie, a to kosmyk włosów za ucho zatknie. Chyba się sobie podoba, bo uśmiecha się z nieukrywaną satysfakcją, tańczy i śpiewa. W rozłożystych ramionach cisu trwa debata ptasiego planktonu. Burzliwa i każdy członek stada ma coś niezmiernie ważnego do przekazania reszcie. Harmider jak podczas sejmowych burd.


Nad Rzeką buduje się koncertowy przyczółek. Metalowe filary dźwigają reklamy, skrzynie wzmacniaczy udają ściany, kable ukrywają się w tymczasowych korytach. Na kamiennych obmurowaniach rzecznych tajemniczy ekstremista namalował napis MUZYKA OFF ALBO ŚMIERĆ. Mam nadzieję że wybrał śmierć i nie będzie już zaburzał świata niezbyt estetyczną działalnością. Przy jednej z ławek widzę cztery butelki po piwie. Przy drugiej – dwie po winie. Idąc tym tropem wymyślam, że przy trzeciej powinna stać flaszka po wódce, a do czwartej boję się zbliżać. Szczęśliwie z naprzeciwka szły dwie panie sprzątające ślady nocnych aktywności lokalnych i nie wiem jak było, a może tylko sam sobie wymyśliłem ciąg dalszy?


Idę. Nim przeszedłem jeden przystanek w Dzielnicy Boga, między mostami wyprzedza mnie pięć tramwajów i dwóch Kozaków na rowerach. Rozszczebiotanych, zaaferowanych. Królowie Życia! Jeden z nich o mały włos, a zderzyłby się ze stojącym tramwajem. Nie zauważył? A może był naćpany czymś, co z błędnika i oczu robi sieczkę? Przede mną biegnie do Żabki pulchna biegaczka. Druga, też pulchna, właśnie z niej wybiega. Chyba umawiają się na wspólny ciąg dalszy, jak skończą się zakupy. Nóżkę spotykam nim dojdzie do salonu sukien ślubnych – mam czas i mogę sobie pozwolić na dywagacje.


Długowłosy chłopak w kaszkiecie podszedł do ceglanego muru i robił mu zdjęcia telefonem. Niektórych cegieł dotykał wierzchem pięści, inne głaskał. W końcu z bliska sfotografował jakiś detal i kilkakrotnie pocałował, by chwilę później odejść ocierając usta. Chmura, choć biała zdawała się być tak tłusta, że tylko patrzeć jak spadnie na ziemię i wywoła trzęsienie. Wracam w butach z tak cienką podeszwą, że gdybym nadepnął monetę, mógłbym przeczytać jej nominał. Stopą! Ale monety nie leżą na chodniku, więc stopom grozi wtórny analfabetyzm. Na wąskim chodniku mijam za to dwóch fotografów. Sprawdzają gorączkowo czy zdjęcia im wyszły i czy kościół nie uciekł im z kadru. Boją się, że nie trafili? Chwilę później podziwiam pana zaopatrzonego w tkankę na czasy gorsze. Idzie tuląc się wo wentylatora i chyba szuka gniazdka, żeby gdzieś go podłączyć choć na chwilę.

środa, 24 czerwca 2026

Urwis na urwisku.

 

Skoszone chabry już nie zachwycają. Szczęściem nieco dalej od cywilizacji, na szczęśliwszych trawnikach, złocą się wrotycze, dziurawce, dziewanny i wiesiołki. Dzień ludzi puchatych. Okazali przeważają. Pulcheryjka w błękitnej sukni z wdziękiem truchta do autobusu otulona czujnym wzrokiem brodacza King-Konga. Paru kolejnych mijam w trakcie jazdy, w tym jednego na rowerze i z czerwonym irokezem na łbie. Drobne dziewczęta o pupach wymodelowanych strojem, zerkają ostrożnie, czy są podziwiane. A i owszem – są. Staruszka z różową fryzurą, wspierając marsz laseczką, zamierza „przebiec” ulicę pomiędzy oznakowanymi przejściami korzystając z luk w ruchu kołowym.



Na bulwarze cisza. Kaczorki czyszczą torsy na kamiennych schodach wiodących ku Rzece. Pewnie zechcą za chwilę oszołomić wyglądem jakąś kaczuszkę i wspólnie popełnić to i owo. Znajduję pomalowany kamień. Z jednej strony napis LUZIK ARBUZIK, a z drugiej 42-253 FB KAMYCZKI ZABIERZ MNIE, plus wykrzyknik, dwa serduszka i uśmiech z dwukropka z połówką nawiasu. Jaskółki wspinają się wyżej niż kościelna wieża i chyba sam Bóg głaszcze je po główkach, bo krzyczą coś rozkosznie – chciałem napisać, że głaszcze je po łebkach, ale zabrzmiałoby to dwuznacznie. Kto chciałby być tak głaskany?

wtorek, 23 czerwca 2026

Trawa trawi trzewia cietrzewia.

 

Pas drogowy wypełnił się owocującymi świdośliwami. Ptaki ponoć je uwielbiają, a ja zastanawiam się, czy drogowcy chcieli je nakarmić, czy wytruć ołowicą. Pobocze drogi gęsto zasiedla cykoria podróżnik o pięknie wybarwionych kwiatach. Niewiele brakuje, by stworzyła żywopłot. Autobus z powodu przewidywalnych remontów jeździ zmienioną trasą, dzięki czemu podziwiam kwitnące sumaki. Do kolekcji napisów z murów odkrywam dwie małpy - @FASZOLE WON i @SZCZ.


Młodzi ludzie potrafią zaaranżować nawet niechlujność. Nie wiem jak, ale plecaki na nich wiszą jakby zwiędły. Podobnie portki. W autobusie obserwuję pryszczatego dryblasa, który naciąga (w dół) dżinsy, chcąc uzyskać efekt, a ja się cieszę że założył gacie. Chciał się nimi pochwalić? Wysiadam i idę na skwer okolony żywopłotem z klonów polnych. Przerośnięte ławki nieco zakrywają widok, ale śpiącemu kloszardowi wcale to nie przeszkadza. Kawałek dalej uaktywnia się niestrudzony wydmuchiwacz - zanieczyszcza atmosferę kurzem i hałasem. Uciekam. Widząc że patrzę w dół, słońce przesyła mi wiadomość za pośrednictwem Rzeki – zajączek najwyraźniej usiłuje mnie odwieść od podziwiania pajęczyny uczepionej mostu. Jeszcze tylko chce mnie przejechać uśmiechnięta cyklistka w kwietnej sukience i bezpiecznie osiadam, otulony grubymi murami.


Samoloty znów szatkują niebo na fragmenty i pewnie będzie upiorne popołudnie. Ilekroć to robią, nawet upał nie jest tym, czym się wydaje. Słońce przedziera się przez zasieki „smug kondensacyjnych”, niby nie świeci, ale duchota okleja ciało lepkim potem i sprawia że życie staje się walką o chwilę ulgi. Gdybym był władny, zakazałbym wszelkich lotów chociaż nad Europą przez tydzień, żeby zerknąć, czy straszenie mnie „efektem cieplarnianym”, „dziurą ozonową” i „zmianami klimatu” to tylko perfidne działanie „teorii spiskowej”, czy „fakt autentyczny”. I nieważne, czy bełkot wyprodukowała SI, czy jakakolwiek grupa nacisku politycznego. Wreszcie krowy mogłyby swobodnie pierdzieć, a jak ktoś miałby kaprys pojechać dwusuwem nad morze, nie byłby winny „ocieplenia klimatu”. Mimo słonecznej pogody – jaskółki latają nisko, żeby nie ubrudzić piór zawartością „smug kondensacyjnych” – ale padać chyba nie będzie… Jeden samolot wprowadza do atmosfery więcej śmieci, niż ja prowadząc hulaszcze życie przez całe życie. In blanco – rezygnuję z lotnego zwiadu obcych kontynentów wierząc, że nawet nie poczuję kagańca ograniczeń – niech tylko przestaną latać.


    Popołudnie gorące tak, że grzechem staje się bielizna. Na parkingu nudzą się jak mopsy D6 JUSTI i O0 LIONE. Na przystanku siedzi popijając czarne piwko czarownica. Złorzeczy skrzecząc, a obelgi padają okrutne. Tylko starszy pan bardzo kompaktowy chce z kimś na te temat pogadać, więc żeby szeptać wspina się na palce. Głośniej gawędzić chyba się boi. Na nieużytkach nostrzyk sobie rośnie bezgłośnie, a żółte kwiaty sięgają metra, jakby pszczoły nie umiały latać niżej.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Wrzask o brzasku w potrzasku.

 

Noc Kupały gorąca jak żadna inna. Pościel klei się do ciała i żebrze o umiar termiczny. Upał przydusił do ziemi nawet samoloty, przemieszczające się dla niepoznaki nocą i poniżej czujności radarów mogących je zlokalizować. Nad osiedlem huczy, a plastikowe zabawki drżą w piaskownicy, spontanicznie usiłując zakopać się głębiej. Poranna kawa na balkonie daje namiastkę wytchnienia. Ciszę po której biegają czarne czółenka jaskółek i jerzyków uwijających się, by z osnowy nieba wydłubać co smakowitsze kąski. Bezruch zmącony rozkołysanym kuprem trzmielim, poszukującym szczęścia to w bratkach, to w lawendzie. Bezludność lekko trącona biodrami młodej kobiety w białej koszuli i czarnej spódnicy – oficjalny, nienaganny i pozbawiony podtekstów erotycznych metronom w płaskich, lekkich półbutach, cicho znikający za rogiem budynku. Marzenia usiłujące nadążyć za tętentem kół pociągu pogwizdującego na przejazdach zamykanych przez śpiącego dróżnika.


Kosy podejrzanie ciche, obserwują z wysoka ruch osiedlowy, odprowadzają mnie tylko wzrokiem. Do autobusu wsiada Młody Byk (Bóg?) i ostrożnie sprawdza dłonią, czy na krzesełku nie zalęgła się kałuża. Dopiero wówczas Niewierny Tomasz składa na nim cztery litery i zapada w letarg, hipnotyzowany dźwiękami sączącymi się dousznie. Drugi Młody Byk (Bóg?) może niespecjalnie grzeszy wzrostem, za to umięśniony jest tak, że stojąca przed nim kobieta wdzięczy się i przebiera nóżkami bez końca. Przez całą podróż. Znają się, ale elegancik jest ślepy, albo niezainteresowany. Ona? Być może ma już w głowie gotowe ciągi dalsze przy których pan Gray musiałby ukazać pięćdziesiątą pierwszą, mocno zawstydzoną twarz.


Po Wielkim Weekendowym Wypasaniu Tubylców, na bulwarach pozostał okazały śmietnik. Kubełki nie udźwignęły zawartości i wylewa się z każdego. Wokół ławek malownicze martwe natury udrapowane z opakowań szklanych, plastikowych i papierowych po wszystkim, co oferowały światu w piątek stawiane stragany. Wszystko wskazuje, że sprzątanie potrwa dłużej niż piknik. O odtruwanie obywateli zadbają reklamy w TV, tylko-teraz oferujące ulgę w wyjątkowo korzystnej cenie. A Rzeka płynie niewzruszenie jakby nie takie rzeczy widziała.

niedziela, 21 czerwca 2026

Ekstrakt o bogactwie życia wewnętrznego.

 

    Uwielbiam czas, kiedy jesteś tylko dla mnie, na wyłączność. Świat zewnętrzny toczy się gdzieś tam, gdzie się go spodziewamy, czyli na zewnątrz. Wewnątrz, niczym w kokonie siedzimy sobie spokojniutko we dwoje i knujemy małe, co nie znaczy mało intensywne życie.

piątek, 19 czerwca 2026

Zespół zepsuł kosztowny krzyk kszyka w koszyku.

 

Autobus przyjechał z mokrymi (od zewnątrz) szybami. Pewnie brał prysznic dla ochłody przed zbliżającym się skwarem, albo boi się zwiędnąć gdzieś na pętli. Przez te mokre okna zerkam i czytam, co czynię machinalnie:

- My perfect break,

- Energy for you,

- Barber shop,

- Welcome to a better day,

- Medical center.

Naprawdę trzeba reklamować firmy i usługi w języku obcego kraju który wyparł się całej Europy? Dzieciaki w swoim slangu mają tak wiele wtrąceń i dziwacznych skrótów, że trudno w tym rozpoznać polszczyznę. Może ktoś usiłuje ukryć własne kompleksy, brak wartości, przegiętą marżę, podłą jakość? I po co to komu? Gówno nie zacznie pachnieć, kiedy nazwiesz je shit.


Okazała dama w bieli na hulajnodze wytrąca mnie z zawziętości, a barszcz Sosnkowskiego kolonizujący zrekultywowane wysypisko śmieci sprowadza na ziemię. Kępka dziurawca osiedliła się między pasami ruchu i ściąga wzrok ciemnożółtymi słoneczkami kołyszącymi się na wietrze. Kolejny napis dla odmiany poprawia mi samopoczucie – kwiaciarnia nazywa się KWIATOLUBNA. Do autobusu wtacza się dziewczątko w czerni z metalowymi smarkami i różowiastą walizą-krową. Dziewczątko ma na sobie tej czerni nie za wiele i pewnie resztę kryje krowa, ale ten fragment przyszłości będzie już mógł podziwiać ktoś odległy, bo wysiadła przy dworcu. Przypominam sobie wczoraj widzianą dziewczynę w koszulce FC Barcelony związaną pod biustem, by opalić nereczki. Sądziłem że na plecach znajdę nazwisko pani Pajor, ale jednak zajął je pan Lewandowski. D0 NUGAT – stoi i nudzi się czekając na wyzwania ze strony posiadacza. Niedaleko nagiej babci na kościelnym murze znajduję fioletowe spostrzeżenie artysty – SŁOŃCE ZASZŁO – kto jest ojcem i czy dziecię zdrowe, tego już nie wiadomo. Na bulwarach szaleństwo „małej architektury”. PIN CATERING (i inni) rozstawiają namioty ławy i stoły, czyli kulinarne szaleństwo za chwilę się zacznie i znów zabraknie miejsca nad Rzeką, a wielkie żarcie zbierze żniwo – ciekawe, czy farmacja szykuje się już na wątrobiarzy, cukrzyków i otyłych na życzenie, by zarzucić świat „wyrobami medycznymi” i suplementami pozwalającymi zeżreć więcej i częściej.


Emerytowany Dżokej znów w siodle! Dosiadł wreszcie, może nie szlachetnego rumaka, ale rower – cóż, też ma siodło i potrafi rozwiać włos na wietrze. Jak tu mieć zaufanie do knajpy crême oferującej pierogi domowe? Już prędzej bistro palce lizać brzmi jakoś bardziej tubylczo, choć bar byłby jeszcze lepszy. Kompletuję działalność literacką na tablicach rejestracyjnych P6 RANGE, D1 SENSO, V8 LAVIE, V6 FEEL. Mnożą się te wybryki literackie na potęgę.


Wracam nadziewając się na obraz beztłuszczowej dziewczyny pałaszującej łyżką coś dużego z plastikowej miski-talerza. Patrząc na nią zawartość pewnie jest dietetyczna, albo zgoła o ujemnym bilansie energetycznym. Podziwiam pocąc się i współczując krągłościom wciśniętym w czernie, gdy słońce potrafi wytopić wodę i tłuszcz nawet z nagiego ciała. Przed sklepem z piwem stoi koziołek reklamowy a na nim reklama: dziś na kranach - IPA, APA, UPA – trochę się zapędziłem, ale trafić piwo, które smakuje jak piwo, a nie wynalazek szaleńca który po prostu musi odcisnąć swój talent na wytworze, to już sztuka. Gdy koncerny masowo używają żółci bydlęcej zamiast chmielu napój staje się trudny do wypicia i trzeba szukać mniejszych browarów, ale kto powiedział, że skórka od grapefruita, to doskonały pomysł na piwko? Ech! Dobrze, że choć kefir zachowuje się uczciwie.



czwartek, 18 czerwca 2026

Wraca przez wrota na wrotkach.

 

B0 JUTRA – na początek. A na tylnej szybie reklama Centrum Edukacji Sensorycznej Bohater Jutra. I wszystko jasne. Ciułam widzenia podróżne do kolekcji na dziś, gdy dziarskie babcie dominowały przestrzeń. Pierwsza z cyberpapieroskiem, w dżinsach za kolanko i takim zestawem dziur, że szwajcarski ser zgliwiałby z wrażenia. Krążyła po przystanku nieco rozjuszona niekompetencją komunikacji miejskiej każącej JEJ CZEKAĆ! Druga to nawet wsiadła do autobusu którym jechałem. Dżinsy-dzwony miały nogawice kosmate i kudłate. Masa frędzli wycierających chodniki wymagała wizyty u stylisty-fryzjera, ale najpierw mycie, najlepiej podwójne. Pani wdała się w smart-potyczkę z wirtualnym światem i tyle ją widzieli. Trzecia? A i owszem. Trzecia babcia namalowana była na ścianie kościoła. Nagusieńka i uśmiechnięta siedziała sobie z jedną nogą podgiętą pod siebie (bo pod cóż innego?) i robiła szal na drutach. Żółto-czarny. Początek ozdabiał już szyję, drugi koniec dopiero powstawał. Malarz litościwie poukrywał newralgiczne fragmenty nagości i nic nie drapało od patrzenia.


W drodze wysupłałem z siebie myśl, że kobiety mają w sobie więcej żaru od facetów. Chłopaki poubierane w dwie-trzy warstwy i skarpety, a dziewczyny z gołymi nogami i często wybierały krótkie rękawy. Na bocznej elewacji budynku wyższego od sąsiednich o jedną kondygnację pyszni się wielki napis DNO. Dno na górze? Intrygująca koncepcja. Jakiś typek zaraża przestrzeń nadwyżką własnych preferencji muzycznych i łupu-cupu przedziera się spod słuchawek opadając na niczego się nie spodziewającą publikę. Idąc wzdłuż Rzeki podziwiam mycie mostu wodą pod ciśnieniem. Śpiący kloszardzi obudowani dobytkiem cicho poświstują ostatnie sny i nie przeszkadzają ptakom pleść arie miłosne. Stadko rozchichotanych, cycatych księżniczek pruje po chodniku na hulajnogach, pozwalając powiewom na wyrafinowane pieszczoty. Jadą gęsiego, więc może to były gąski?


Kopciuszki bawią się w berka z wróblami. A może to konkurs, kto „bardziej” fruwa? Jaskółki uwijają się niezbyt wysoko, co słabo wróży tym, co pragną się dziś opalić. Kępa traw wyrosła w rynnie niepostrzeżenie rozsiewa potomstwo po okolicy, licząc na łaskawość losu/wiatru.


PS. Przeczytałem niewymuszenie: Zawsze jest coś, co próbuje cię zabić. Ananshael (Bóg śmierci) jest wszędzie. (Brian Staveley Miecze cesarza). – Tak prawdziwe, że aż boli. I co? Odkryłem, że przecinek kursywą jest „bardziej pochyły” (różnica - dla niewiernego Tomasza: , ,). Ale to tylko „przy okazji”.

środa, 17 czerwca 2026

Spocony spot o sporcie w porcie.


    Po raz nie wiem który padam ofiarą nowomody transportowej. Kiedy kierowca MPK trafi na cienki strumyk „zielonej fali” i przejedzie bez postoju ze dwa skrzyżowania (w Mieście jest ponoć działający inteligentny system transportu), wówczas na dowolnie wybranym przystanku nabija minutki „oddając” zaoszczędzony czas i stoi sobie beztrosko jak jakiś obelisk. Żeby nie gnuśnieć – patrzę. Chudy gość w czerwonych adidasach idzie tak, jakby chodnik był z gumy i uginał się pod ciężarem kroków. Może marynarz na wakacjach? Od strony dworca szedł, więc kto wie, czy nie przyjechał właśnie na kurację odwykową w skostniałym, miejskim środowisku.

    Kopciuszek zwiedza przykościelne doły wydziobane w trawniku jednym z niekończących się remontów. Jawory obwieszone gronami nasion, lipy pachnące obłędnie i trudny do zlokalizowania śpiew ptasi prowadzi mnie przez park pełen wilgotnej zieleni. Podagrycznik cichutko rośnie obok pokrzywy i wspólnie zerkają na mężniejące ambrowce amerykańskie. Rozłożyste katalpy zawłaszczają spore połacie burego nieba zarażając je młodą zielenią. Podzwonne mostu rdzewieje w cieniu wiązu. Przy pięknym granitowym pomniku pamięci ofiar wołyńskich krzyczy na mnie szpak, nerwowo drepcący wśród śmieci z conocnej bibki. Pewnie znów kozacza hołota bawiła się do bladego świtu przy markowych trunkach i szukała okazji do walki wręcz z przechodniami – na wypadek gdyby front ich zaskoczył właśnie tu, nad Rzeką. Rzeka tymczasem pobłażliwie, acz z pewną dozą złośliwości kopiuje w nurcie pejzaż najstarszej części Miasta – Dzielnicy Boga. Betonowa ściana szczerzy się do mnie szablonowym drukiem pytając Jak się czujesz? Więc odśmiecham się, choć nie zwykłem rozmawiać ze ścianą.