wtorek, 19 maja 2026

Ekstrakt o względności płciowej.

 

    Chwyciłem budzące politowanie fałdy brzuszne w dłonie i uniosłem zdecydowanym ruchem. Teraz wystarczyło zainwestować w gustowny gorset, by cieszyć się zachwytem zewnętrza. Sam byłem tak zachwycony, że musiałem opanować wzwód - odstałem swoje w kolejce do damskiej toalety, ale się udało.

Kupiliście liście,mieliście liście i zmieliliście liście.



    Starsza pani w trampkach to widok, który za każdym razem wpływa na mnie i poprawia samopoczucie. Więc uśmiecham się nawet do zielonych wzgórz leżących wcale nie nad Soliną, lecz przed dworcem kolejowym. Miałem możliwość oglądania landszaftu z góry – zdjęcie przypominało archipelag pełen bezludnych wysepek, rodząc nostalgie za podróżami w nieznane. Słońce wkrada się w oczy choć ciepłem nie grzeszy o poranku. Najwyraźniej też się rozgrzewa przed poważniejszą robotą w południe. Ale i tak dostrzegam pierwszą odważną w legginsach ciętych wpół uda. Szczuplutka acz wysoka dziewczyna, obłożona była grubą warstwą ocieplenia skwapliwie uzbieranego latami dostatku. Elewacja nie tylko frontowa polizana słońcem wyglądałaby jeszcze zacniej, więc zausznie życzyłem jej słońca od stóp po głowę, a także równie ciepłego uśmiechu i myśli.

    Z bramy leżącej tuż przy rogu ulicy z wąziutkim chodnikiem wychodzą dwie młode kobiety. Rozmawiają ze sobą, choć każda wzrok ma trwale przyklejony do swojego wyświetlacza. Świat zewnętrzny poza światem wirtualnym ignorują doskonale. Aż się chciało kopnąć którąś w kostkę, by zobaczyć czy zareaguje, czy uzna to za doznanie nierzeczywiste. Później mija mnie pani wyłączona z prokreacyjnej eksploatacji, co nie przeszkadzało jej szczuć przechodniów biustem pyszniącym się pod bluzeczką i kurtką udrapowaną tak, żeby nie szło uronić ani grama cudowności kokoszącej się parki okazałych bliźniąt. Jakieś ptaszę skrywające się w kwieciu dorodnego kasztanowca wiło improwizowaną pieśń – grzech było pójść bez podziwiania. m. powiedziałaby że cała jest zachwyceniem…

    Chwilę później było już popołudnie. Parami, trójkami i małymi czeredami Miastem wędrowały dziewczęta spragnione słońca i zachwytów. Młode ciała są piękne samą młodością, a zima ograbiła je z opalenizny. Cóż się dziwić, że bledziutkie ciała przy pierwszej okazji wynurzają się z ubrań i korzystają z dobrodziejstw? Niech będzie, że zgrzeszyłem, ale krok mimowolnie zmienił się na dostojniejszy, wzrok rozpieszczany z każdej strony łagodniał i miękł. Pośpiech stawał się nieprzyzwoitością. A przecież lato dopiero ma nadejść, a wraz z nim zanik tekstyliów, rokrocznie łamiący kolejne bariery minimalizmu.

    Wśród przewidywalnych stylizacji niewątpliwie wyróżnił się glonojad w białych kozaczkach i takim płaszczyku dłuższym od spódniczki, czy alternatywka w pończochach-kabaretkach rozpaczliwie uczepionych chyba-pasa kryjącego się pod naprawdę krótkimi spodenkami. Po trawnikach coraz więcej czerwonej koniczyny, która tak naprawdę jest fioletowa, dlatego czerwoną trzeba było ochrzcić jako purpurową. Cóż. Nudy nie ma. A schematy i uproszczenia prowadzą na pola minowe. I można mieć minę że ho ho!

poniedziałek, 18 maja 2026

Wytrawne witraże i witryny.


    Na przystanku dwie dziewczyny w bardzo szerokich spodniach i adidasach ukrywających kształt stopy. Jedna gada przez telefon i nerwowo przemieszcza się tam i siam. Druga z założonymi pod biustem rękami pilnuje jej i powtarza przemieszczanie się z dokładnością cienia. Dresiarz trzypaskowy parkuje swoją brykę tak, że blokuje przejście przez bramę przechodnią i ma w nosie, że stworzył problem tam, gdzie go nie było. Ciekawe co powie, jak trafi na nerwusa, który porysuje mu karoserię.


    Obserwuję wysyp rejestracji „z przesłaniem”:

W1 KIWI – rzadki ptaszek za kółkiem,

V0 FURIA – grzeczny chłopiec z mamusią,

D0 KIND – wolę się nie domyślać, bo hasło kojarzy mi się z pedofilem,

D0 ALU – czyżby aluzja do  alufelg?

V0 CRAFT – jeśli to był rzemieślnik, to bardzo wyrafinowany,

V1 KUNIA – od Kunegundy czy od kunia? Trudno wyczuć.

niedziela, 17 maja 2026

Kradnę kredce krótką kratkę.

 

    Pogoda wciąż nie może się zdecydować, czy ma na Ziemię napadać, czy raczej ją oświecić bez napadania. Jakiś dryblas zauroczony własną głębią z martwym wzrokiem pozwalał się prowadzić parce starych beagli kompletnie blokując przejście. Król życia. Taki wymaga pierwszeństwa i wyłączności. Krótki spacer bez większego znaczenia strategicznego zaowocował zauważeniem znaczącej przewagi dziewcząt nad chłopcami – wynik 10:3. Podobno przewaga chłopaków świadczy o zbliżającej się wojennej zawierusze, więc niby spokój powinna wnieść ta dysproporcja – ale ja już teraz współczuję tym dziewczętom. Gdy dorosną przypadnie na statystyczną niewiastę zero koma chłopaka w wieku reprodukcyjnym… Chyba, że za pieczęcią psychiatry potwierdzającą zmianę płci pójdą poważne zmiany organizmów, albo preferencje seksualne zostaną przeprogramowane odgórnie, masowo deformując naturalne ciągoty.


    Przeglądam prasówkę. Dzień przesycony sensacjami z Eurowizji. Oburzenie i różne inne zdania odrębne. A jakoś nikt nie zapytał, co robi Izrael w konkursie, mającym Europę w nazwie. I to kosztem kilku krajów zdecydowanie europejskich, które zdecydowały się nie stawać w jednym szeregu z przedstawicielem dyżurnych wichrzycieli bliskowschodnich. Zdumienie wywołuje ponoć fakt uzyskania maksymalnej liczby punktów od „naszych” widzów dla kozackiej przedstawicielki – czyżby ludzie zapomnieli ilu ich mieszka obecnie w Polsce? Zgodnie z regulaminem, na swojaków głosować nie wolno, ale oni korzystają z polskiego prefiksu więc na swoją mogą głosować masowo, a przecież narodowości abonenta nikt nie weryfikuje.

piątek, 15 maja 2026

Szczupły szczupak strzeże strzechy szczując szczekającą szczeżuję co żuje szczenięcą szczecinę ze Szczecina.


    Szlachcianka Z Zaścianka mimo parasola czmychnęła pod wiatę, choć jej autobus właśnie kołował na stanowisko. Deszcz usiłował sobie dopiero przypomnieć jak należy padać, ale poszło mu sprawnie i błyskawicznie osiągnął perfekcję. W oczekiwaniu na zmianę świateł pani za kółkiem tańczyła rękoma, ledwie mieszcząc ekspresję własną we wnętrzu samochodu. W autobusie duża kobieta usiłowała usiąść. Jej rozmiar pozwalał zająć siedzenie jedynie półgębkiem. Drugi, bardziej pechowy półgębek musiał lewitować tuż obok siedziska.

    Przesiadam się na tramwaj, a tam połowa pasażerów to „kanary”. Najwyraźniej w okolicy dworca mają gniazdo. Matecznik. Zanim rozpłyną się po „miejskiej substancji” ich stężenie robi wrażenie. Mijam przeciwbieżny tramwaj, na którym od dachu aż po koła pyszni się reklama bandy wyrafinowanych fetyszystów: we love your feed, dołącz do nas na FB – ja też kocham własne stopy, ale żeby tak publicznie wyznawać uczucia i proponować obcym karesy, najwyraźniej wirtualne? Lekka przesada. Chyba nie jestem otwarty na równie frywolne trendy.

    W czas powrotu trafiam najpierw boga wojny jadącego Teslą z tablicami D9 ARES, a chwilę później sybarytę chwalącego się przed światem tablicą P0 KAWCE.

czwartek, 14 maja 2026

Prezentuję brezent - prezent dla prezesa.

 

Po deszczach pnie robinii nabrały wyrazistości i głębi trzech wymiarów. Bladolica pani z martwą twarzą bez wahania wkroczyła na jezdnię z przeświadczeniem, że uważać powinni inni. Nic to, że autobus nadjeżdża, a takie bydlę zatrzymać niełatwo. Wokół przydworcowych przystanków tajemnicza hekatomba. Wilgotne plamy brudu i zbrylone kępki mchu porozrzucane dookoła. Zupełnie jakby odbywało się czyszczenie wiat, ale te przecież czyste nie są.


W tramwaju staje mi przed nosem blondyna w zielonych szpilkach chuda tak bardzo, że wzgórek łonowy staje się znaczącą wypukłością. Chwilę dumałem, czy jej nie nakarmić, jednak z obawy, że plasterek boczku mógłby ją śmiertelnie wystraszyć koncentracją kalorii – zrezygnowałem. Nóżkę trafiam już przed Sklepikiem Z Cudami. Chyba nie wygląda dobrze, bo trzy strapione aniołki modlą się żarliwie patrząc współczująco na nadchodzącego. Nie przeszkadzam, zmykam.


Gdzieś w trakcie miga mi rejestracja D2 RADIO, więc włączam, tylko po to żeby się zirytować – spiker chwali kogoś, kto wyleczył się bez wsparcia NFZ i retorycznie pyta czy tak można. A pewnie, że można tylko dlaczego składki zdzierane ze wszystkich nie wystarczają i trzeba się leczyć we własnym zakresie? Kompletnie tego nie rozumiem. Dopiero, gdy wykluwa się we mnie myśl, że lekarzom płacą za leczenie, znachorom za wiedzę o chorobach, a uzdrowicielom za uzdrawianie, dociera do mnie brutalna, stara prawda. Gdyby mnie ktoś wyleczył, jaki stanowiłbym pożytek dla lekarzy, farmaceutów, producentów pigułek we wszystkich (nawet jeszcze niewymyślonych) kolorach świata? Dlatego Ministry rozmaite postanowiły uszczelnić system i powołały do życia Lex Szarlatan, żeby srogo karać zielarzy, naturopatów i innych niesystemowych wspomagaczy zdrowia. Oczywiście dla naszego dobra. Naszego, czyli pacjentów, bo tak właśnie jesteśmy traktowani. Powolutku i dyskretnie na sicie poselskim odkładają się zioła i specyfiki skuteczne na tyle, że warto ich zakazać. Np. ostatnimi czasy wrotycz stanął na dywaniku i uzyskał nominację z etykietą „zabronione”, ale lista ziół „szkodliwych”(dla kogo?) rośnie w zaciszu gabinetów, czy raczej kuluarów, a stanowiący prawo zapewne nawet nie potrafiliby tych zakazanych ziół rozpoznać. Mało tego – znika wiedza z Internetu, a tych którzy mają czelność ją przypominać, spotykają coraz to nowe szykany. Szczytowym osiągnięciem na mojej liście informacji o ziołach na razie jednak zostaje ostrzeżenie przed tymiankiem, który „niewłaściwie zbierany i używany może być trujący” – podczas gdy ten w tabletkach jest jak najbardziej zbierany właściwie i równie profesjonalnie podawany.



Jako tropiciel spisków wszelakich zastanawiam się, co się stało z zamówionymi i nieskonsumowanymi miliardami dawek szczepionki na jedynie słuszną chorobę (przypomnę, że sama Polska zapotrzebowała i zagwarantowała umownie po dziesięć dawek na statystyczny łeb owej dwudawkowej mikstury), którą w okamgnieniu „zwalczyła” dopiero wojna Kozaków z Rosją. Wyrzucić w błoto? Gospodarskie sumienie nie pozwala. Więc może obsłużą nową, nadciągającą właśnie pandemię? A czemu nie – choć tym razem strach trzeba będzie mocniej podrasować, bo nieufnych przybywa, gdy powolutku i po cichutku wychodzą na światło dzienne wiadomości trudne do przełknięcia. Na użytek własny staram się o pielęgnowanie rozsądku i powtarzam sobie własne pytanie – jak to jest, że przez wiele lat nie znaleziono szczepionki na ebolę, HIV, leku na malarię, czy choćby raka, a gdy pojawiła się nieznana nauce(?) choroba w kilka miesięcy ze sześć „niezależnych” jednostek opracowuje i wprowadza do obrotu na masową skalę gotowy produkt? I czy to normalne, że Wynalazca i Producent, zamawiający czyli Państwo, podający czyli Lekarze i Pielęgniarki gremialnie zrzekają się odpowiedzialności za ten preparat i każą Pacjentowi podpisać zrzeczenie się prawa do roszczeń za skutki przyjęcia owego tworu? To już wyjaśnić może chyba tylko Ekspert – Kapłan Zagłady. Aż straciłem smaka na zupę z nietoperza…

środa, 13 maja 2026

Kościół – magazyn na kości?

 

W tramwaju dziewczątko uśmiecha się do własnych myśli podstawiając buzię na promienie słońca. Może już pachną jej zakwitające właśnie robinie? A może noc nie minęła nadaremnie? Spod falistego ogrodzenia zerkają na chodnik potężne liście łopianu okolone delikatnymi płatkami maków. Na kominie wrona łowi wznoszący prąd termiczny i nie może zdecydować się czy zaufać jego sile nośnej.

wtorek, 12 maja 2026

Kasztanowe kastaniety kosztują kosz tuj.



    Ograbione graby, sklonowane klony, uświerkłe świerki, skatowane katalpy, buczące buczyny, modre modrzewie, zarobione robinie, rozwiązłe wiązy, lipne lipy, osikane osiki, sosny nie w sosie i jesienne jesiony w jesionkach. A wszystko to, bo deszcz nocny nasycił ziemię i sprawił że zieleń rośnie w oczach. Sen podkręcony tym deszczem też jakiś intensywniejszy i tylko dżdżownicom było nie w smak, bo wygnał je na przymusowy spacer pustymi, betonowymi chodnikami. Zmoknięte bzy wilgoć ograbiła z kolorów i skłoniła ptaki do dłuższego lenistwa w rodzinnych gniazdach. Nic nie śpiewa, a na przystanku ludzie wypłukani z uczuć patrzą martwo na horyzont, skąd mógłby wreszcie nadjechać autobus.


    Emerytowany Dżokej maszerował z wielkim animuszem, płosząc przykościelne gołębie, które nie łatwo wystraszyć. Pod kasztanowcami grube kobierce strąconego kwiecia, jeszcze wczoraj uwodzącego aromatem z wysoko rosnących gałęzi. Pogoda w kratkę. Niebo nie może się zdecydować, czy spaść mi na głowę, czy obdarzyć słoneczną aureolą. Kwitnące złotokapy skutecznie poprawiają humor.

poniedziałek, 11 maja 2026

Kminek w kominek by maminy muminek zmienił minę.

 

Na wysokości wzroku kursem kolizyjnym zasuwał kos. Na sygnale więc miał pierwszeństwo. Grzecznie przepuściłem podziwiając jak misternie zostało spętane betonowe ogrodzenie winobluszczem zieleniejącym po ostatnim deszczu. Z witryny sklepiku z cudami zerkała w niebo kaczka z ciemnego drewna. Może zazdrościła śmigłej czapli, a może krzyżówkom zmieniającym akwen przed śniadaniem. Dziś to ja zawstydzam Nóżkę, dumnie mijając go nim dostrzegą jego dryf codzienny manekiny w sukniach ślubnych. Słońce zsuwa się ze starych murów i rozlewa po trotuarach. Zupełnie jak dawniej.


W drodze powrotnej obserwuję botaniczne rejestracje D7 PINIA i D2 WRZOS. A poza tym, ze zdumieniem zderzam się z zauważeniem, że musi być ciepło, bo ponad połowa społeczeństwa łazi bez biustonosza. I niektórzy nawet mieliby co w nich nosić! Cóż za rozpasanie narodu!

sobota, 9 maja 2026

Elżunia leży i lży.

 

    Za plecami parka kosów uwijała się najwyraźniej coś knuła, więc szybko, bo przecież nie chciałbym, aby skrzydlata czerń dopadła mnie i pomarańczowym dziobem wydłubała ze mnie jakieś pasożyty, czy nerkę. Udało się dopiero, gdy zerknąłem za siebie, czym spłoszyłem śpiewaków. Uciekli w szczelnie oplatające osiedlowy mur winobluszcze i zajęli się sobą.


    W sklepie piękna ruda pani w biało-czerwonej opasce w grochy kasując zakupy opowiadała historię wartą uśmiechu. Specjalnie do tej właśnie kasy stanąłem, choć kolejka była dłuższa niż do innej, ale czynię to niemal bez udziału świadomości. Pani potrafi sobie podśpiewywać podczas pracy, pożartować, a jej dobry humor wart jest i długiej kolejki. Wróbel sprawdza przyczynę, dla której objawiłem się na balkonie i najwyraźniej intryguje go moja obecność. Fruwa pomiędzy tarasami i zerka, czy się wreszcie schowam. A kiedy okazuję się zakamieniałym staczem odlatuje gdzieś ze swoją wróbliczką i udaje, że wcale mu nie zależało. Po jakimś czasie wracają, bo na tarasie poniżej sąsiad postawił paśnik dla ptasiego planktonu.