Chmury robią co mogą, by utrzymać noc przy życiu, jednak dzień brutalnie rozwiewa złudne nadzieje i gasi zapędy bladego sierpa księżyca.
Kobieta z kurzajką nad górną wargą śmieje się widząc, jak w biegu zmieniam środek transportu z autobusu na tramwaj. Nie przeszkadza jej to wcale pochłaniać analogowego papierosa. Pustawą ulicą maszeruje nastolatka z nosem zatopionym w zeszycie. Z wrodzonej ostrożności przemieszcza się ostrożnie, niczym ptak brodzący, albo człowiek spacerujący w płetwach. Przede mną siedzi pani w okularach, słodko pachnąca świeżym pieczywem i trochę papryką. Przecież jej nie ugryzę, moje „okno żywieniowe” otworzy się dopiero za trzy-cztery godziny.
Sukcesy komunikacyjne sprawiły, że na Nóżkę nie mam dziś co liczyć. Na tańczącą baristkę zresztą też. Samoloty tną niebo, jak tort urodzinowy, choć nie wyobrażam sobie, żeby ktoś samobójczo chciał zdmuchnąć świeczkę słońca, które nieśmiało zabiera się za liczenie cegieł w murze, zaczynając od góry. Słabo mu szło, bo aż niebo się rozpłakało.
Obok autka z rejestracją V9 KASIA przejechało D5 AMON. Za kierownicą pierwszego dostrzegłem solidny kawał kobiecości nie zanieczyszczony towarzystwem, kierowca drugiego umknął nierozpoznany. Ale czego wymagać od egipskiego boga, czy demona, gdyż Wiki nie potrafiła z tablic wyczytać o którego osobnika chodziło.