środa, 8 lipca 2026

Ekstrakt podsumowujący głosowanie decydentów.

 

    Po co komu poseł, który nie przychodzi na głosowanie ustawy regulującej życie trzydziestu siedmiu milionów podwładnych? Po co komu reprezentant narodu „wstrzymujący się od głosu”? Jeśli nie ma własnego zdania, czy nie lepiej byłoby, żeby opuścił zgromadzenie i pozwolił rządzić tym zdecydowanym?

W czas suszy w buszu szył z kuszy w uszy tuszy.

 

Kierowca powoził tak, jakby zamierzał wytrząsnąć mi spomiędzy uszu zapodziane tam sny niedośnione. Skąd miał wiedzieć, że nie pamiętam ich regularnie?


Nawiedzona sprzątaczka zdmuchuje maszynowo opadłe kwiaty lipowe ze żwirowego chodnika cały ten pył strącając do Rzeki. Gdzie w tym logika tego nie wiem. Grunt że chodniczek wysprzątany pięknie być może na przyjazd „specjalnych gości” , którym lipowy susz szkodzi na buty. Wiatr zaciekle usiłuje powstrzymać Rzekę przed wypłynięciem z Miasta. Wieje pod prąd i unosi poruszone przez sprzątaczkę drobiny. Kurzawa jak podczas piaskowej burzy. Na moście mija mnie kolarz-wędkarz o wzroku doskonale martwym. „Hybrydowe” podejrzenia rodzą się we mnie – albo się naćpał albo zamarzł na brzegu. Może jedno i drugie? Zombie pedałuje niemrawo a ja na wszelki wypadek trzymam się z daleka. Z gęstej korony wiązu śmieje się ze mnie dzięcioł zielony – nie sposób dojrzeć szydercy, ale ja już rozpoznaję śmiech sprawcy. I wiem, że mieszka na wyspach, całkiem niedaleko stąd. Tam, skąd wyjechał dostawczak z rejestracją D0 MASS. Młody brodacz w letnim stroju marznie usiłując w kieszeniach szortów schować ręce aż po pachy – bezskutecznie. Szczur ostrożnie pobiegł do śmietnika na drugie śniadanie, a kopciuszek zamerdał do mnie ogonkiem, ale to nic nie znaczy, bo kopciuszki merdanie mają w genach. Coś jak oblizywanie się podczas jedzenia pączka – niby się da, ale komu się udało, ten bezpowrotnie utracił przyjemność jego zjedzenia.


PS. Christopher Paolini, Dziedzictwo: Wolałbym żyć w czasach pozbawionych historycznych wydarzeń – ja też…

wtorek, 7 lipca 2026

Sprawnie sprawiłem sobie prawie prawdziwe prawidła.

 

W autobusie pachniało mydełkiem i ciepłymi preclami, ale piękna pani z deficytem podbródka ignorowała aromaty, pochłonięta bogactwem życia wewnętrznego. Nawet tajemnicza rejestracja D0 YATAN nie wytrąciła jej z letargu. Medytowała?


Zaplątana w dzikie wino sikoreczka okrzyczała mnie okrutnie, że się gapię, kiedy ona przedziera się przez zabytkowe niewątpliwie pnącza, kryjąc się pod liśćmi. Druga uwijała się na ciężarnej ulęgałce i tylko cmokała na mnie (chciała mnie zeżreć?). Na bulwarze grasował jawnie z siebie dumny gołąb. Chyba właśnie zmotłoszył gołębicę ku obopólnej satysfakcji. Ona właśnie kokosiła się w trawie, gruchając i poprawiając piórka, on napuszony, drobił kroczki wokół wybranki i świata poza sobą nie widzieli. Mnie także nie.


Kamienny święty, oflankowany aniołami, zerkał z cerkiewnego gzymsu, podpierając się laseczką. Wpatrywał czegoś na chodniku i wyglądał jakby chciał komuś napluć na głowę. Na wszelki wypadek przemknąłem przeciwległym chodnikiem. W dzielnicy Boga tramwaje okrutnie piszczą. Tory wiją się między świątyniami nieustannie skręcając. Gdy przemnożyć ów jazgot przez natężenie ruchu godne wakacyjnego tłoku na przejściu granicznym w Dorohusku, nic mniej jak długa przerwa międzylekcyjna w podstawówce nie osiągnie podobnego stężenia dźwięków. Nim przejdę jeden przystanek pieszo, regularnie mija mnie 5-7 tramwajów, a czasem więcej.


Radio zadrżało: „Ostrzeżenie IMGW - susza hydrologiczna postępuje”. I jak mam skonsumować tę informację? Wykopać transzeję i Bagnet na broń! Szkoda krwi? Tamę dla wód płynących mam postawić, żeby więcej zostało dla mnie? Trudna sprawa. Wiem przecież, że są „zbiorniki retencyjne”, w zamyśle zbudowane na czasy ekstremalne – czyli, jak jest zagrożenie suszą – wypuszczamy zgromadzone zapasy, a jak jest zbyt mokro, to zbieramy nadmiary. Tymczasem po zbiornikach latem pływają żaglówki i motorówki decydentów i niech sobie „susza hydrologiczna postępuje”! Niech „Wisła notuje rekordowo niskie poziomy”. Koszmar! A przecież wystarczyłoby zbiornikom pozwolić robić to, do czego zostały zbudowane – zbierać wodę w sezonach ekstremalnych opadów i oddawać ją rzekom podczas okresu suszy. Nic więcej. Tymczasem susze nękają wszystkich, a po nich (cóż za zaskoczenie), nieuchronnie następują powodzie, gdy zbiorniki przeleją się wierzchem. Zeszłoroczną powódź osłabił wybudowany, „jeszcze ciepły” suchuteńki zbiornik Racibórz, mający „zbierać wodę” latami. Cóż… Wypełnił się w trzy doby. Skoro susza, to czemu zgromadzonej rok temu wody nikt nie wypuszcza? Lepiej żeby uszła górą po jesiennych burzach? A niech tam po nas choćby potop! – niech spłoną lasy – kto nie lubi dobrze wysmażonej dziczyzny zgrillowanej z grzybkiem w asyście leśnych ziół?


    Wracając potykam się wzrokiem o młodą damę w dresowych spodniach. Spodnie są grube, szare i mają różowy napis rozciągnięty między biodrami – SUGAR. Żeby nie było skojarzeń z porzekadłem smaruj dupę miodem, a ona i tak gównem śmierdzi, napis był rozciągnięty z przodu. Potem jeszcze rudowłosa bogini (nieco antyczna) usiłowała mnie poderwać NA MÓJ BUKIET SŁONECZNIKÓW. Ech!

poniedziałek, 6 lipca 2026

Próżny to oszczędna wersja słowa opróżniony?


Sprawdzając organoleptycznie temperaturę zewnętrzną, wylazłem niespełna ubrany na balkon, łowiąc wzrokiem spsiałego gościa. Najpierw pomyślałem – murzyn, lecz chwilę później okazało się, że to białasek, tylko poddany perforacji skóry masywnymi tatuażami na wszystkich odnóżach. Nieużytek przylegający do osiedla został skolonizowany przez wiesiołki. Kwiaty w kolorze jasnej żółci samą swoją obecnością poprawiają samopoczucie. W autobusie galimatias – krótkie nogawki i długie rękawy, albo odwrotnie. Jaskółki drobnymi skrzydełkami usiłują utrzymać chmury wysoko nad Miastem żeby nie spadły gęstą od kropel wilgocią.


Na klombie, wśród wysokich traw, zakwitł groszek pachnący, być może poprawiając kloszardowi jakość snów. W koronach lip wróble ganiają się w berka, pod daglezją tuła się pusta butla po Johny Walkerze. Staruszka utrzymująca rytm kroków kulą inwalidzką prowadzi nowofundlanda po bulwarowych, długaśnych ławkach. Pies i tak jest niemal monumentalny, jednak wędrując obok niskiej babinki ławkami –odważnie osłania ją przed połową świata. Nad Miastem zawisł budowlany żuraw i patrzy z wysoka zimnokrwiście, stalowo, czaplom oferując punkt orientacyjny na poszarzałym niebie. Elegantka w skórzanej kurtce i kapciach z futerkiem usiłuje rozkołysać most bardzo energetycznym marszem wzmocnionym kawką z Żabki. Młoda kobieta przytula swoje nieuciemiężone piersi do pustej kobiałki, jakby zatęskniła za kolejną porcją truskawek w godziwym towarzystwie.


Gapię się w niebo, bo to nie kosztuje. W przeszłości niebo zasiedlały stratusy, cumulusy i cirrusy. Z rzadka trafiał się cumulonimbus; gwałtem spadające na ziemię kowadło, skrzące się wściekłością natury. Teraz każdego dnia, zamiast poczciwych, tradycyjnych chmur, widuję przeważnie „chmury wstęgowe”, jak nazywam te niby-smugi-kondensacyjne szatkujące atmosferę na kawałki, które godzinami wiatr rozwłócza po kres widzialności i tłamsi błękit. Naprawdę, nie trzeba wiele – wystarczy łeb unieść i popatrzeć, co się stanie z tą samolotową „smugą” pięć, dziesięć, czy sześćdziesiąt minut później. Prosta obserwacja, nie wymagająca żadnego sprzętu, ani szczególnych umiejętności. I pomyśleć, że wszyscy tym oddychamy, co łaskawcy serwują nam z owych chmur. Wszyscy to jemy, bo czego nie pochłoną płuca, spadnie na ziemię - na czereśnie, ziemniaki, trawę gryzioną przez ostatnią we wsi krowęczy w wodę przeznaczona do picia. A ja mam zbierać plastikowe butelki, chcąc „ochronić” środowisko. I niech nie śmiem ich zgnieść, bo nie dostanę za nie jałmużny - pięćdziesiąt groszy! Gdzie trafia pieniądz z kaucji za te „jednorazowe” butelki? Ile zdołają zebrać kloszardzi – bez paragonu, czy oddane niewłaściwej sieci, uzyskają zaledwie 10 groszy za sztukę, a czterdzieści groszy zniknie w czeluściach „systemu” – dokładnie tak samo dzieje się ze sprzedażą produktów; gdy rolnik modli się, żeby dostać 10 groszy za kilo ziemniaków, sklep chwali się promocją, sprzedając je Tobie „za jedyne” trzy czterdzieści dziewięć. Widuję ludzi pokornie dźwigających butelki do automatu – system zrobił z nich śmieciarzy. Gdyby ustawodawca chciał dbać o środowisko – plastik skupowany byłby w dowolnej formie. Zgnieciony, połamany – byle był. Na wagę. A nie na banderolę, paragon, czy kod kreskowy. Dla mnie to tylko kolejny podatek od kupujących (opodatkowanym pieniądzem) napoje w plastikowych opakowaniach.


    V1 KKK – czyżby ktoś przeszczepił idee Ku-Klux-Klanu na grunt warszawski? Fakt, że obcokrajowców przybyło zauważalnie, że Azjaci, Afrykanie, Południowoamerykańscy przybysze niepostrzeżenie stali się tutejszą codziennością, choć daleko im do liczebności kozackich zastępów.

niedziela, 5 lipca 2026

Śpię i śpiewam szczękając szczęką.

 

    Tym razem mundialowe teksty już bez komentarza:

- korytarz był zamknięty, niewypolerowany,

- może trzeba będzie zmienić ekosystem w ofensywie,

- nie ma to przełożenia na cokolwiek pod bramką przeciwnika,

- mecz jest intensywny,

- nie zostawiają tlenu,

- to jeszcze nie jest minuta na spuszczanie głowy.

sobota, 4 lipca 2026

Ekstrakt o sile i słabostkach.

 

    Czytam o słabej płci, która tak mocno dostaje w kość od silnych drani, że czuję się okropnie jako przedstawiciel płci brzydszej.

    Zerkając na statystyki długości życia obu płci, dostrzegam jednak że to ja reprezentuję tę słabszą.

    Paradoksalnie, prześladowane panie żyją średnio o siedem lat dłużej.

Męczę i meczę na meczowe miecze.

 

    Kolejny dzień mundialu i kolejne kwiatki komentatorskie – znów zbieranie raptem kwadrans, jednak okazów do trenowania wyobraźni nie zabrakło, bo w meczu działo się nie za wiele, poza tym, że jakiś amerykański aktor ziewał okropnie i nudził się niemal namacalnie.

- Atakował przestrzeń (zdawało mi się, że trzeba atakować bramkę, którą można nazwać przestrzenią, ale po co skoro już ma swoją nazwę? Don Kichot to jednak klasyka gatunku, a bohater też obiekt ataku wybrał niefortunnie – trzeba było atakować młynarzy),

- Kto jest odpowiedzialny za kreację? (na pewno nie garderobiany, czy projektant mody z Mediolanu. Chodziło o kreowanie gry, czyli tak naprawdę o to, kto będzie rozgrywał, dyrygował ruchami zawodników z drużyny, patrzył i podawał piłkę temu, który ustawi się najlepiej z punktu widzenia celu gry, czyli trafieniu w przestrzeń boiskowego wroga),

- Jego ruchliwość jest nieprzyjemna przeciwników (cóż… zapewne spodziewali się, że przeciwnik będzie przemieszczał się w tempie posągów Moai z Wyspy Wielkanocnej. Zamiast futbolu trzeba było wybrać snookera, szachy, łucznictwo, czy coś równie dystyngowanego),

- Tworzy korytarze (to ci architekt! Szkoda że tylko korytarze, bo przecież one powinny dokądś prowadzić, ale może pozostałymi pomieszczeniami zajmuje się dedykowany partner?),

- Transport piłki w pole karne (logistyka przede wszystkim. Gońcy poszli, a dla większych gabarytów zamówili Glovo, względnie flotę cargo),

- Wziął na siebie ciężar rozrzucania piłki (i proszę! odnalazł się kreator! Wystarczyło poczekać na ciężarowca i niech rozrzuca, byle nie gnój widłami)

- Boczny obrońca został mocno spresowany (nie ma nic wspólnego z prasowaniem, czy miażdżeniem prasą – znaczy tylko tyle, że wróg zawzięty postanowił odebrać mu piłkę i nie odpuszczał, by to osiągnąć),

- Niska wartość zawodnika wynika z narodowości (niektórzy zawodnicy sprzedają się drożej niż inni, bo to nadludzie. Pozostali, ci niższej kategorii nie mają szans na podobne benefity – aż dziw że demokracja na to pozwala, jednak prostytucja interesuje demokrację jakoś tak selektywnie),

- Penetrujące podanie (znaczy weszło jak gorący nóż w masło, żeby uniknąć erotycznych skojarzeń, chociaż penetracja przy wykorzystaniu talentu kolegi może być intrygującą alternatywą nawet dla demokracji. Najkrócej ujmując – podał do przodu i to celnie, czym spenetrował wraże szeregi hurra!)

piątek, 3 lipca 2026

Za szybką babka żabki, w kapkę szybkiej kawki sypie papkę sypkiej babki.

 

W autobusie naprzeciw mnie usiadł groźnie wyglądający gość ze szpiczastą głową. Nie mogło mi się wydawać, gdyż fryzurkę miał zanikową – zupełnie jakby goląc się przedwczoraj rozpędził ręce i pociągnął od policzka aż na kark, przez całą głowę. Na przystanku chuda blondyna uśmiechała się do własnych myśli, otoczenia nie widząc kompletnie. Jej obojętności na zewnętrze nie naruszył nawet widok dziewczyny ubranej w coś, co nazwałbym jednoczęściowym strojem kąpielowym, oczywiście w czerni. Dziewczyna zziębła i w marszu ogrzewała się własnymi ramionami, chcąc zachować resztki ciepła wygryzane wiatrem, który nagle zaczął wiać tak, że postrącał wrony z chodników. Na murze pętającym pomniejsze narowy Rzeki ktoś napisał błękitne PANACEUM – ale na co, tego już nie.


A jeszcze wczoraj popołudnie było tak ciepłe, że tylko zatwardziałe zwolenniczki mody, w trosce o własny „luk” czy też „autfit” , potrafiły objawić się w nasłonecznionej przestrzeni w kozakach, albo skórzanej kurtce. Patrzę na dwie daglezje rosnące u podnóża bastionu prochowego i zastanawiam się, jak długo pożyją, regularnie podlewane moczem. Na moście trafiam pulchną i bladą panią w prochowcu, która kroki stawia tak jakoś ostrożnie, jakby chodnik przed nią mógł za chwilę okazać się iluzją.


    Wracając wsiadam na początkowym przystanku, gdzie autobus zwykle stoi chwilę dłużej niż gdzie indziej. Zaraz po mnie wsiada aromatyczny gość i wybiera miejsce niedaleczko. Posiedział parę minut i słonko mu dopiekło, to się przesiadł w cień, gdzie uporządkował zawartość reklamówek i wysiadł. Hurra! W sumie, jak się dysponuje puszką piwa i słońcem za oknem, a przystanek tuż przy parku – po co gdzieś jeździć? Wystarczy na trawce zażyć relaksu! Tymczasem w autobusie – migracja ludzkości. Niektóre panie trzy razy zmieniały miejsca, żeby wybrać to najbardziejsze na podróż 5 przystanków. A kiedy jazda się zaczęła na jednym z przystanków wsiadła pani o białej głowie, przytuliła się do swojego pana i zlożyła głowę na jego piersi. Coś tam gaworzyli, uśmiechali się i dotykali, jakby młodość i miłość jeszcze ich nie opuściły. Pewnie dlatego ledwie dostrzegłem piękną Golemicę z jej osobistym Golemem. Pani w niebieskiej sukni wyglądała znakomicie, ale może mam na nią uczulenie i stąd opinia.


    Wśród tablic dziś L2 OPUS, D0 GOODE, B0 HAT3R.

czwartek, 2 lipca 2026

Sokół kołuje wokół soku.

 

Chłop dousznie zasłuchany znienacka zaczął tańczyć naprzeciw zamalowanej remontami witryny i nawet pełne siaty w obu rękach nie przeszkodziły mu w tanecznej ekspresji. Twarz miał wysłodzoną natchnieniem i błogością – widać jego niewidzialna partnerka była warta jawnego uwielbienia. Idę wzdłuż Rzeki. Najpierw spotykam gościa którego od pierwszego wejrzenia nie cierpię i choć czasu minęło sporo od pierwszego widzenia uczucie się nie zmieniło. Zmienił się za to pies – stary musiał się zużyć. Zanim uporałem się z tą moją bezinteresowną niechęcią spotykam siwą czaplę. Stała sobie na granitowym słupku utrzymującym w ryzach barierki oddzielające bulwar od Rzeki. Gapiliśmy się na siebie zimno-rybio, ale z szacunkiem. Nie płoszyłem zachowując dystans na jakieś trzy kroki i to (dla niej) było ok. - strefy osobistej nie sięgałem, konkurencji na łowisku też nie stanowiłem. Czapla najwyraźniej monitorowała sytuację poniżej, na brzegu rzeki, gdzie wędkarz w dwupłciowej asyście wykazywał się żyłką łowiecką. Na drapane czekała? Wiem, że zdolniejsza od tamtego i częściej trafiały się jej łupy. Poranek dopełnia krągła ślicznotka w spódniczce ledwie potrafiącej utrzymać jej pupę i biodra w swoich objęciach.

środa, 1 lipca 2026

Korzeń w korcu się ukorzył.

 

Przyjemnie jest dla odmiany poczuć o poranku chłód na ciele, co ostatnio nie udawało się permanentnie. Podziwiam piękne sukienki otulające jeszcze piękniejsze panie, którym na moście wiatr dopieszcza łydki i nie tylko. Nie dzieje się nic, czemu mógłbym zapobiec, względnie pomóc w trwaniu. Świat radzi sobie bez mojej ingerencji doskonale, a ja łaskawie pozwalam mu na swobodę w działaniu. Żeby czymś zająć zwoje nerwowe, lekko zdeprawowane aromatem lipowego kwiecia, przypominam sobie relację jednego z wczorajszych meczów piłkarskich. Wyłapałem kilka modnych fraz i zastanawiam się, czy fachowość komentujących i oglądających tak bardzo się rozwinęła, czy może komentującym znudziło się mówienie wprost i bawią się w wywody naukowe, względnie w piłkarską poezję hiperintelektualną. Wybrane kwiatki:

- nie pokusił się o uderzenie z podobnej kępki trawy (na boiskach służby pilnują, żeby trawa nie rosła w kępkach, ale najwyraźniej coś przegapili i to nie raz, gdyż ktoś wcześniej się pokusił i to tak, że warto było to zauważyć/zapamiętać – niestety. Ja kępki nie widziałem, choć efekt pokuszenia już tak),

- może pochłaniać połacie powierzchni (z tego co widziałem – podmiot liryczny usiłował przebiec z piłką pół boiska, zaciekle ścigany przez trzech zmęczonych facetów, z których żaden się nie uśmiechał),

- to nie jest jego naturalne środowisko (gracz zaplątał się nie na tym kawałku boiska, gdzie w ramach przedmeczowej strategii ustawił go trener i działał chyba-nieumiejętnie-sektorowo),

- ma fantastyczne liczby w ofensywie (co chyba miało oznaczać, że potrafi strzelać bramki, albo celnie podawać piłkę do kolegów),

- nie progresuje akcji (bladego pojęcia nie mam czego nie zrobił ów nieszczęśnik, ale zapewne ma to zgubny wpływ na JEGO liczby w ofensywie),

- chce postawić ciekawy akcent (niekoniecznie strzelić gola, ale może kogoś taktycznie kopnąć, wykonać sztuczkę z piłką lub bez, względnie poprawić statystyki drużyny, żeby achy i ochy na trybunach przedarły się przez gawędę dwójki komentujących. No i oczywiście nie wolno zapominać o liczbach w ofensywie),

- cierpi na brak serwisu (chyba kelnerzy… znaczy „koledzy” z drużyny nie dowieźli? Generalnie chodzi o „obsługę” drużynowego strzelca goli – ktoś musi mu tego gola wybiegać, podać i cieszyć się, że tamten trafił w bramkę - 7,32x2,44 a dane podane w metrach – zerknij na domową ścianę, tę największą, a bramka zwykle jest sporo dłuższa, choć odrobinę niższa, chyba że mieszkasz na poddaszu. Podawaczowi na pocieszenie zostaną liczby w ofensywie),

- chce skaleczyć przeciwnika (bez użycia broni białej – kaleczenie butem, czołem, albo łokciem to przewinienie karane przez arbitra-sędziego kolorem kartki, przeważnie odraczającej wyrok żółcią, rzadziej śmiertelną czerwienią. Dozwolone i mile widziane przez nadzór i połowę-kiboli jest trafianie w bramkę. W żadnym przypadku skaleczony nie cieszy się z tego, za to sprawca może liczyć na skrytą zazdrość pseudo-kolegów, zachwyt prawdziwych kolegów i medialne, niepozowane szczęście prywatnej WAG-iny. WAG-ina, to samica piłkarza zdobywająca zasięgi sieciowe przy wykorzystaniu nazwiska/kasy męża. Okresowo, gdy liczby ofensywne męża są słabe, wywierają dramatyczny wpływ na pamięć WAG-iny, która dla utrzymania zasięgów zapomina bielizny idąc po bułki, albo pozwala się przyłapać starannie wyselekcjonowanemu gronu paparazzich w trakcie opalania topless na jachcie za miliard dolarów, czasem w towarzystwie równie zdesperowanych słabymi liczbami koleżanek WAG-inek).

A to była zaledwie część, jaka przedarła się do mojej świadomości w czasie krótszym niż kwadrans. Jak nie kochać tego sportu? Kiedy niewiele dzieje się na boisku, w-ów-czas, dousznie, kibic otrzyma tak wyrafinowany komentarz, że tylko kucać i broń Boże popuszczać!