Kontraktowa małżonka, w okresie
ważności kontraktu, pod groźbą embarga na usługi gastronomiczne
i erotyczne zażądała, bym podniósł status własny, szczególnie
na płaszczyźnie ekonomicznej, choć prestiż wydawał się jej
atrakcyjnym dodatkiem, który gotowa była szczodrze wynagrodzić w
obu zagrożonych kategoriach pożycia małżeńskiego.
Jako prosty Magister Do Spraw Wojny,
po Wyższej Szkole Wojsk Zmechanizowanych osiągnąłem już kres
zarówno kompetencji jak i uposażenia. Szkoła umożliwiała
absolwentom prowadzenie służbowego Poloneza
w wątłym życiu cywilnym, Be-Wu-Pa
z pełną obsadą żołnierzy służby zasadniczej w trakcie wakacji
all inclusive na poligonie, oraz czołgu łamane na walca w czas W, o
czym cichosza. W ramach zajęć fakultatywnych (nie mających nawet
cienia wspólnego rdzenia słowotwórczego z angielskim fuck)
ukończyłem kurs wymiany baterii w wibratorach sterowanych zdalnie i
zbliżnie, żarówek żarowych w lampkach nocnych z początku
ubiegłego wieku stosowanych do prewencyjnych przesłuchań ciał
wrogich systemowi i dokręcania gniazd elektrycznych osadzonych w
ściankach działowych ze zbrojonego betonu.
Pod wpływem ultimatum musiałem się
ugiąć, gdyż ogólnowojskowa konserwa 414A zwana przez prymitywnych
poborowych „małpą” nie była godna gwiazdki na w pełni
zasłużonych pagonach i kaleczyła moje delikatne dziąsła, a seks,
i tak zdarzający się zbyt rzadko stanowił kotwicę związku,
przynajmniej w moim rozumieniu związku. Dla ratowania kotwicy
musiałem podjąć wysiłek i DOKTORYZOWAĆ SIĘ!
Dowódca skrzywił się na wieść o
moich aspiracjach, dopiero wzmianka o ukrytych motywach mojego
postępowania uspokoiła go, a nawet skłoniła do chwili słabości.
Wyznał, że jego małżonka wykonała podobny ruch jakieś
dwadzieścia lat wstecz i co sprawiło, że jego tyłek utkwił w
fotelu Dowódcy Odcinka Niezwykle Ważnego Z Punktu Widzenia
Strategicznego Dowództwa – czyli na naszym zadupiu pośrodku
niczego. Ale zgodę na podjęcie działań stricte związanych z moim
rozwojem i sprawnością bojową – podpisał, życząc mi połamania
nóg. Świnia!
- Stary chytrus – gdy usłyszał
tytuł przewodu doktorskiego zaświeciły mu się oczy i zaprosił
mnie (wraz z terrorystką małżonką) na kolację tematyczną, z
kategorii sportów lekkoatletycznych – cztery razy sto z zagrychą,
strój oczekiwany – sportowa elegancja, co miało oznaczać letni
mundur polowy na czas pokoju. Wiadomo - po pierwszej zmianie
(flaszek) krawaty pójdą precz, po drugiej turze dołączy do nich
góra munduru. Jeśli Bóg, Honor i Ojczyzna pozwolą, kolacja
zakończy się na etapie GBS – czyli gaci bojowo sportowych. Jeśli
Patroni nie będą nam sprzyjać, wtedy dyżurny kierowca będzie
miał się z pyszna, ale gębę zatka mu tajemnica wojskowa i groźba
polowego sądu – rozstrzelanie przez pluton egzeku… znaczy
wartowniczy.
Nowoczesne techniki infiltracji
elektronicznej współczesnego pola walki.
Myślałby kto, że tak jest zainteresowany. Generałem nie zdąży
już zostać, więc pułkownikowskie konstelacje gwiazd muszą mu
zapewnić emeryturę, chyba, że jako Układ Obronny wdamy się w
awanturę wojenną i pośmiertnie doczeka lampasów, ale już bez
pobierania uposażenia.
- Panie kolego – sapnął mi
konfidencjonalnie do ucha schylając się do szuflady, skąd
wyciągnął opakowanie już napoczęte. Żytnia, patriotycznie, bez
natowskiego zadęcia. Nalał dwie szklanki, czym mocno zubożył
zawartość opakowania i wypiliśmy na stojąco.
- Odmaszerować, panie kolego –
sapnął raz jeszcze – A w sobotę dogramy szczegóły doktoratu.
Może zostanę pańskim promotorem? Widzę, że idzie pan
nieoczywistą ścieżką, ale armia potrzebuje nie tylko świeżej
krwi, lecz także niebanalnych umysłów.
- Taaaa jest! Do soboty panie
pułkowniku - do czego potrzebuje onych umysłów już nie był
uprzejmy mnie poinformować, więc włos na tyłku mi się zjeżył.
Podejrzewałem dość nikczemnie, że przewidywał dla mnie rolę
dyżurnego winnego, ale jeszcze nie wiedziałem – czego.
Najwyraźniej jednak nawigowałem w
jedynie słusznym kierunku, czego wyrazem była łaska mojego
domowego oprawcy. Żona udzieliła mi audiencji i pozwoliła bym
dopieścił jej zaniedbane libido – zaniedbane przeze mnie
oczywiście. Co też niezwłocznie uczyniłem z wielką ochotą i
animuszem, a przygotowania do soboty nabrały rozmachu. Sportowa
elegancja dla kobiety oznacza coś innego, niż dla Szwejka. Czując,
że sprawy ogólne trafiły w dobre ręce i uwolniony od nadmiaru
emocji rozpocząłem edukację, nie czekając wytyczne ze strony
Przyszłego Promotora.
Fakt, że żona błyskawicznie
wyczuła powiew świeżości i prądy wznoszące moją karierę, z
jednej strony uspokajał, jednak z drugiej… czułem, że przestaję
panować nad zbliżającą się nawałnicą. Wycofać się już nie
mogłem, bo wiatry historii dęły zbyt mocno. Żona plus Dowódca
nie pozwolą mi na dekowanie się w okopach. Czas stanąć twarzą w
twarz z wrogiem. Techniki infiltracji – co też zainteresowało
mojego szefa do tego stopnia, że gotów udzielić mi urlopu
naukowego i środków z wiecznie chudej kasy jednostki wojskowej?
Sobota na horyzoncie i zapewne wyjaśni się wiele niedopowiedzeń,
bylem tylko wytrwał na dystansie ekstremalnie trudnej dyscypliny
sportowej.
***
Sobota przyszła wcześniej niż Sąd
Ostateczny, więc wespół z małżonką Klarą, uzbrojeni
patriotycznie w białe i czerwone wino – męskie, białe 40% i
czerwone damskie około 10% poszliśmy na przyjęcie. Minimum
towarzyskie spełnione. Żonie z dumy sterczał nos i sutki, mi z
niepokoju oklapło wszystko, co zdolne było jeszcze oklapnąć.
Zaproszenia od przełożonych niekoniecznie dobrze wróżą, a nowe
zawsze burzy stagnację i strąca ludzi z utartych szlaków. Na obiad
nadpułkownik Barbara zaserwowała dziczyznę. Wiadomo, po poligonach
śmierć chadza swobodnie, atakując znienacka; tu niewybuch, tam
snajper ćwiczący oko na polecenie generalicji. „Mój” pułkownik
należał do grona decydentów więc miał przywileje i własnego
snajpera, który uzupełniał zapasy mięsiwa, nie przejmując się
czerwoną księgą gatunków bliskich wymarciu. Czemu nadpułkownik,
to dla odmiany wie każdy wytrawny zawodowiec – jego Barbara,
podobnie jak moja Klara w domu rządziła niepodzielnie, choć żaden
trep się do tego nie przyzna. Obie potrafiły rządzić w wdziękiem,
nie raniąc samopoczucia mundurowych szarż. A dziczyzna sprawiona
została po mistrzowsku. Pierwsze flaszki opuściły już posterunki,
więc i krawaty stały się zbędne. Nim jednak obnażyliśmy (my,
czyli pułkownik i ja) torsy, panie przeszły na paliwo lekkie z dala
od futrzastych samców o manierach troglodyty. Ich ćwierkanie i
śmiech dobiegał nas nieco stłumiony pochłoniętymi już
procentami.
- Baśka – ryknął pułkownik nim
stoczyliśmy się w otchłań bełkotu – Czas Jakuzy! Uszykuj nam
proszę kąpiel w ogrodzie!
Panie (oczywiście) nie zamierzały
nam towarzyszyć, a „przygotowanie” polegać miało jedynie na
włączeniu zasilania pilotem, gdyż resztę zawczasu przygotował
osobiście szef. Po wstępnych kilku głębszych, zabraliśmy ze sobą
dwie flaszki, pęto zdziczałej kiełbasy i po cygarze, żeby zadać
szyku w bąbelkach. Dopiero tam szef umościł brzuszysko w
parujących czeluściach, łaskawie wskazując mi miejsce naprzeciw,
a następnie wyłuszczył mi powody swojego zainteresowania. W
konspiracji, w głębokim zaufaniu zdradził zawiłości zakulisowych
rozgrywek podziemia wojskowego snującego się mgliście po
zakamarkach jednostki. Jednostka/ki wojskowa/e, bliżej nieznana/e
zamierzała/y wysadzić pułkownika z siodła i nowoczesne
techniki inwigilacji współczesnego pola walki
miały wesprzeć ciągłość działalności pułkowniczej,
dostarczając danych do rozpoznania, związania w walce i eliminacji
wroga. Permanentna inwigilacja–infiltracja-informacja prowadząca
do utylizacji, czy też anihilacji jednostki/ek wrogich istniejącemu
porządkowi, czyli Panu Dowódcy. W zamian szef wyasygnował płatny
urlop szkoleniowy, fundusze na inwestycje i uposażenie powyżej
piastowanego przeze mnie dotychczas stanowiska. Hojność szarży
wykluczała możliwość bezkarnej odmowy, więc się zgodziłem i
przeszliśmy na ty, pijąc bruderszaft w Gaciach Bojowo Sportowych, w
otoczeniu bąbelków czyniących frapujące rzeczy z moim
przyrodzeniem i okolicami. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek bywał
podniecony w męskim towarzystwie i to doznanie mną wstrząsnęło.
Jak dobrze się spiszę i mnie też stać będzie na takie bąbelki,
a wówczas – strzeż się Klaro, bo nie udźwignę raz rozbudzonego
potencjału.
Jak słusznie podejrzewałem
akceptacja Mojego Promotora była kwestią chwili, podobnie, jak
otwarcie przewodu doktorskiego. Tkwiąca na głębokim zapleczu
(zadupiu) NATO jednostka żyła moją bezwstydną ambicją i
usiłowała grzać się w nieoczekiwanych przez nikogo promieniach
chwały. Parasol ochronny Starego również został dostrzeżony i
przeszedł pomimo niszowego burczenia po kątach kantyny. Stałem się
gwiazdą jednostki, co wpłynęło na jakość nadciągających
stadami wieczorów z wyszynkiem, coraz to u innego adepta wojny.
Małżonki adeptów usiłowały mi dogodzić w celach ukrytych
głęboko w alkowach lub sumieniach niewieścich, ich małżonkowie
pragnęli uchlać mnie w trzy dupy i przesłuchać, a wszyscy
koniecznie chcieli się dowiedzieć, czy to był awans przez łóżko,
czy barter o tajemniczo skrywanym wolumenie.
Środki finansowe na przeprowadzenie
części praktycznej przewodu (skądś musiało pochodzić
doświadczenie, przecież Światły Promotor nie mógł się zgodzić
na nagą teorię i byle plagiat) przeznaczyłem na sprzęt
szpiegowski. Wspólnie z Szefem zdecydowaliśmy się na
audio-wizualne elementy wyposażenia łatwe do ukrycia poza linią
frontu, czyli w sypialniach i jadalniach personelu jednostki.
Niebywałe, jak łaska pańska wpływa na życie towarzyskie – w
przeciągu miesiąca dorobiłem się sinego od nadmiaru alkoholu
nosa, ale też cały personel poczynając od początkujących
poruczników, a kończąc na dwóch majorach i podpułkowniku znalazł
się w nieustającym, czujnym zasięgu inwigilacji i rozpoznania
elektronicznego.
- Prawda? – rechotał szef –
Trzeba mieć umysł jak jastrząb, żeby dostrzec potencjał w
człowieku! Teraz każdy myśli o wojnie dronów i rakietach
balistycznych, a wystarczy się skupić na sekretach sypialni, by
uzyskać minimalnymi środkami potężny efekt negocjacyjny, mogący
stworzyć podwaliny trwałego pokoju, czy ekspansji – bez różnicy!
Kiwałem głową ostrożnie, bo kac
nieustannie grasował we mnie. Pora ograniczyć towarzyskość, bo z
doktoratu będą nici, a zebrane wiadomości szlag trafi. Przestałem
bywać. Zacząłem słuchać i oglądać. Trzeba przyznać, że
kolegom z jednostki nie brakowało fantazji i okazji, kiedy nie
spodziewali się obserwatora z zewnątrz. Ich żony dysponowały
porównywalnym apetytem na ekscesy nie tylko małżeńskie.
Kto-z-kim-dlaczego-jak-często i tym podobne interakcje zawładnęły
gigabajtami danych, od których czerwieniały uszy, a spokój
rozporka trwale doznał rozstroju.
Śladu kreciej działalności jednak
długo nie dawało się wykryć. Byłem już przekonany, że
podziemna działalność wewnętrzna jest tylko urojeniem starca, gdy
okazało się, że nie. Spotkanie towarzyskie w domu kapitana,
zakończone potężną libacją z-okazji-czy-bez, zakończyło się
konkluzją, że nie ma co dłużej kombinować z detronizacją Szefa,
bo ten najwyraźniej ochłonął, „się ogarnął”, czego dowodem
miała być zgoda i aktywna współpraca przy moim doktoracie. Dumny
zaniosłem Szefowi dowód w sprawie, nie przejmując się, że
awansowałem na kapusia, donosiciela i łajzę. Takie nagranie
gwarantowało pozytywne rozpatrzenie mojej pracy, a Klara wkrótce
zamiast być nadporucznikiem stanie się nadkapitanką, a może od
razu nadmajorką.
Szef na widok niezbitych sukcesów
elektronicznej infiltracji
współczesnego pola walki
nieco zapadł się w sobie, ale po dojrzałym namyśle i dwóch
szklaneczkach czystej (dziękuję, po drugim także niezakanszam)
błyskawicznie się uspokoił, podobnie jak sytuacja podziemia
jednostki wojskowej.
- Znakomicie pan sobie poradził
Panie Kolego! – klepnął mnie w plecy z taką siłą, że
porucznikowska gwiazdka usiłowała zerwać się z pagonu – ale
teraz musi Pan wznieść się na wyższy poziom! Najwyższy czas
zinfiltrować NASZE SYPIALNIE pod NASZĄ NIEOBECNOŚĆ.
Rozkaz, to rozkaz. Podłożyłem
wyrafinowany sprzęt w naszych domach, nieco zakłopotany, gdyż
Klara, zauważając postęp mojej pracy naukowej chętniej uchylała
rąbka kołdry w małżeńskim łożu i wykazywała się śmiałością,
jakiej u niej dotychczas nie zauważałem. Stary chytrus miał jednak
nosa – zasłużył na swoje stanowisko. Lis to przy nim tępy
szczeniak! Wystarczył tydzień inwigilacji elektronicznej, by
okazało się, że nasze żony spędzają mnóstwo czasu we dwie.
Mało tego! Wykradły zebrane przeze mnie gigabajty i oglądały je,
zaśmiewając się przy lampce wina. Odkryłem również, że za
zmianą nastrojów w Jednostce Wojskowej stoją właśnie ONE!
Zapraszały pojedynczo na kawę i pączka żony jednostkowych
gwiazdorów i łagodną perswazją podpartą urywkami filmów siały
ziarno wymuszonej pokory, aż przekonały wszystkie kobiety, by ich
podwładni mężowie, kochankowie i inni dochodzący amanci odpuścili
przewrót, skupiając się na pracy na chwałę Szefa. Szefa i mnie.
Oglądaliśmy wspólnie z Panem Pułkownikiem Dowódcą Niezwykle
Ważnego Odcinka kolejne dowody mądrości naszych przebiegłych
partnerek (tym razem gigabajty trzymałem poza zasięgiem obu
Małżonek), które w czasie naszej tytanicznej pracy osiągnęły
sukces zarówno polityczny, jak i wojskowy, rokujący świetlaną
przyszłość nas obojga na Niezwykle Ważnym Odcinku, czyli Naszym
Zadupiu.
Wyszło przy tym, że Panie z
nieskrywaną radością korzystały z Jakuzy, wspierając się
czerwonym wytrawnym podczas oglądania permanentnej zdrady personelu
i ich współmałżonek i pozwalały sobie na komentarze tak dosadne,
że nawet starym repom spadały kapcie z nóg. W ramach walki
z-nie-tylko-domniemaną infiltracją
współczesnego pola walki
panie zastosowały wibratory sterowane skomplikowaną aplikacją
celem zagłuszania hipotetycznego przekazu, co jednak nie zadziałało
– mam ambiwalentne uczucia względem owej ochrony. Cieszyć się,
że mogłem być świadkiem, czy iść za ciosem i w obronie
niewinności Mojej Pani pognać za profesurą z zakresu Kompleksowej
ochrony przed wrogą inwigilacją – oczywiście Współczesnego
Pola Walki!
PS1. Czy muszę dodawać, że nasze
osobiste Nadszarże wykryły drugie i kolejne dna knowań Pułkownika
i moich już podczas pierwszej wizyty w domu Pułkownika? Gdy
Przyszły Wówczas Promotor, cały w bąbelkach, z rozmachem i
euforią tłumaczył mi (całemu w bąbelkach) ideę naukowej
wartości infiltracji w obrębie jednostki, nasze Panie poświęciły
swój cenny czas i uzyskały dostęp do na gorąco omawianych ściśle
tajnych planów. Wykorzystały wiedzę najlepiej, jak można,
wzorując się na działaniach Mata Hari. Ba! Mata Hari przy naszych
babach, to szczeniak! Nic mniej jak Richelieu w spódnicy. Albo i
bez. Moja Pani uzupełniała wiedzę bezpośrednio z mojego laptopa.
Dostęp do danych uzyskiwała, powielając śmiałe akcje zaczepne
koleżanek, gdy spełniony zasypiałem z maślanym ze szczęścia
pyskiem. Wrażliwym wolę nie opowiadać, co realizowała, ale modlę
się do Boga, Honoru i Ojczyzny, by nigdy nie przestała. Może po
cichutku zostawić podsłuchy w domach personelu? Pani Szefa w
lustrzany sposób pozyskiwała dane z komputera Szefa, zarówno w
domu, jak w jednostce.
PS2. Za pierwszą wypłatę po
awansie kupujemy Jakuzę! Postanowione. Przyszły Nadkapitan (może
Nadmajor) Klara zaakceptowała strategiczne zakupy, przy okazji
szepcząc mi do ucha (uwaga na wrogie pluskwy) że nie wyczerpała
jeszcze pomysłów na upojne noce.
PS3. Boże! Honorze! Ojczyzno! Ileż
Ona ma tego w sobie. Nie udźwignę solo Jej rozbudzonego libido, a
taki młody porucznik zaraz po szkole oficerskiej oblizuje się nie
dość dyskretnie ilekroć widzi Moją Klarę! A ja nawet nie wiem,
jak ma na imię!
PS4. Szef chyba przeżywa podobny
stan do mojego. Nieco się jąkając i rumieniąc, poprosił, bym
usunął z jego (łaskawie zgodził się też na moje lokum) domu
instrumenty szpiegowskie i zapytał, co sądzę o trzymiesięcznym
odpoczynku od domowych obowiązków i wyjeździe na szkolenie do
Dublina, czy innej Kopenhagi – zaraz sprawdzi, gdzie akurat NATO
będzie gremialnie przepijać szare komórki.