Prawo, w założeniu, miało chronić
biednych i słabych przed zakusami silnych i bogatych. Tymczasem ci
„bardziejsi” z pomocą stada prawników sprostytuowali prawo, by
teraz biegało na krótkiej smyczy, pilnując wielkich biznesów.
Przykładowo:
- Pod pozorem troski o dobro Narodu,
w ramach „walki z praniem brudnych pieniędzy”, kontroluje się
wydatki całego społeczeństwa. Kto/komu/ile/za co/jak często?
Państwo ma wgląd w każdy przelew. A przecież płacimy z naszych
podatków „służbom”, które miały nas ochronić przed
oszustami! Ile osób Polsce „pierze pieniądze”? Naprawdę jest
ich tak dużo, że Policja zamiast indywidualnie łapać złoczyńców
szpieguje wszystkich?
- KSEF – tym razem w „trosce”
o mały biznes Państwo zajęło się drobną przedsiębiorczością.
I znów to samo – w jedno i to samo miejsce trafiają informacje
kto/od kogo/za ile/jak dużo, kupuje/sprzedaje. Walka z szarą
strefą? Mam wrażenie, że szarą strefą jest Państwo, które
zamiast ścigać przestępców inwigiluje wszystkich. A najgorsze
jest w tym to, że serwery karmione „zdobytą” w mozole wiedzą,
znajdują się poza Polską.
- Ograniczenie przepływu gotówki –
są już bankomaty z których nie wolno wyjąć z bankomatu więcej
niż bankowo ustalony limit, nawet gdy stan rachunku „właściciela”
na to pozwala; nie wolno płacić gotówką większych kwot niż…
(a górny pułap maleje niepostrzeżenie); w obrocie gospodarczym
coraz drastyczniejsze ograniczenia przepływów pieniężnych na
rzecz płatności cyfrowych. Czemu? O zgrozo – ludzie mają w
domu/firmie gotówkę! Suweren nie wie ile! Nie wie kiedy i na co
obywatele/przedsiębiorcy wydają, od kogo kupują i w jakiej cenie!
Czytałem na WP artykuł w którym jakaś gmina była DUMNA, że w
Urzędzie nie wolno płacić gotówką! A to przecież jest
przestępstwo, bo „banknoty NBP są prawnym środkiem płatniczym w
Polsce”. I taka sprawą prokurator winien zająć się Z URZĘDU! –
to taki bełkot prawny mówiący skąd pochodzi zawiadomienie o
przestępstwie. Są takie źródła, gdy „wszczyna się
postępowanie” dopiero, gdy strona pokrzywdzona zgłosi
„zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa”, a są
takie, gdzie nie czeka się na zgłoszenie, lecz prokuratura ma
zareagować, gdy tylko uzyska wiedzę. Czyżby nie czytała? A może
woli nie znać swoich obowiązków, żeby nie narazić się
Wielkoludom?
-Lex Szarlatan? – Naprawdę? Tu
nie chodzi o złapanie kilku oszustów, bo do tego wystarczają
istniejące narzędzia prawne. Pozorowana troska ma ograniczyć
dostęp do wiedzy o ziołach, o leczeniu poza niewydolnym,
skorumpowanym systemem. I teraz Wielkoludy będą sprzedawały
szampon z pokrzywy albo skrzypu polnego, a człowiek sam sobie go nie
zrobi, z obawy, że go zamkną a może i spalą na stosie jak w
średniowieczu, choć często domowy szampon będzie lepszy od
kupnego, bo nie będzie zawierał całej masy aromatów, utrwalaczy,
konserwantów, tego farmaceutycznego syfu umożliwiającego
„opatentowanie specjalnej formuły”, mającej ukryć fakt, że
jedynym czynnikiem działającym specyfiku jest wciąż mieszanka
ziół, której (niestety dla Big Farmy) nie da się opatentować, bo
winnym w razie wykrycia stanie się przydrożny rów, którego nie da
się aresztować i obciążyć. To samo dzieje się z rozmaitymi
pigułami i syropami. Wiedza zostanie błyskawicznie przejęta i
stanie się niedostępna, a naturopaci i zielarze wychwyceni przez
system i obciążeni milionowymi karami tak długo aż spokornieją.
Niewiele słychać o tym, że w celu wyłapania owych „szarlatanów”
kontrolowane będą przesiewowo media społecznościowe i poczta
elektroniczna. Cały cyfrowy ruch będzie filtrowany i blokowane
treści, choć ich „szkodliwość” nie została zdefiniowana i to
urzędnik-ignorant będzie decydować, co zniknie z sieci jako
„szkodliwe”. Oczywiście dla naszego dobra. Ciekawe ile spraw
karnych prowadzi obecnie Państwo przeciwko faktycznym szarlatanom, a
ile przeciwko nieuczciwym lekarzom. Ach! Jeśli sądzisz, że rozmowy
telefoniczne, czy SMS, będą „zwolnione” z odgórnego
szpiegostwa, to nie – nie będą. I nie polecisz mamusi własnej
maści z kasztanów na żylaki, bo mamusia będzie musiała nosić ci
paczki do więzienia szarlatanie-jeden-z-drugim. No!
Ech! Tymczasem poranek. Wakacje
skróciły kolejki i liczbę osób na przystanku. W autobusie
podsiada mnie śliczna pani z odrobiną ciałka, pachnąc mieszanką
kwiatowo-cytrusową. Dziwne. Przywykłem, że o poranku kobiety
pachną kwiatami, a cytrusami dopiero po południu. Zerkam i węszę
taktownie. Mam nadzieję, że nie płoszę. Pani się chyba nie
zorientowała, bo zatonęła w wertowaniu internetu w telefonie. Na
zewnątrz kolarze kolarzują, kierowcy kierują, a przyszli
pasażerowie żerują na pasach. Pani w lamparciej sukni z ciemnym
plecakiem kiwa się na przystanku w rytm mantry zaklinającej
autobus. W tramwaju kobiety siedzą tak, że stopy mają skierowane
palcami do wewnątrz. Nie widziałem, żeby jakiś facet siedział
tak niewygodnie.
PS. W ramach walki o polski
(powiedzmy) rynek zbytu, nałożone zostały cła na towary
sprowadzane z Chin - 3 euro od każdego produktu. Przepraszam,źle –
od każdego PIERWSZEGO produktu! Nie procentowo od wartości
zamówienia, tylko od pierwszej sztuki. Co to oznacza? Jak zamówisz
SOBIE parę butów, biustonosz, wentylator, to zapłacisz cenę np.
30 złotych plus 15 cła od każdego zamawianego produktu. Ale, jak
zamówisz „do dalszej odsprzedaży” tysiąc jednakowych par po 30
złotych, to też zapłacisz raz 15 złotych cła. Czyli znów bogaci
zarobią, a biedni zapłacą. Jaki „mózg” myślał nad tą ideą
i w czyjej siedzi kieszeni? A przecież podatki w Polsce nie są
określone w bezwzględnej gotówce tylko procentowo od towaru, czy
dochodu.