czwartek, 23 maja 2024

Zdarza się. Na szczęście!

 

    Kobieta o dłoniach starszych od twarzy przytulała torebkę do siebie czule niczym dzieciaczka. Łysy Budda drobił kroczki na przejściu dla pieszych i jawnie podziwiał wdzięki młodej okularniczki. Nawet cofnął o krok, czy dwa, żeby zbadać zaplecze niewieście, a kiedy światło zaczęło sprzyjać przemarszom – powędrował za nią aż straciłem go z oczu. Jak szczur za flecistą. Najwyraźniej spotkałem utalentowaną czarodziejkę.


    Kwitnące ligustry śmierdzą intensywniej, niż zazwyczaj, Pani wraca z Pierwszej Komunii dłużej niż Odys do Itaki, lecz sukienkę wciąż ma białą i niewinną, jak niewinna bywa młoda, nieużywana zbyt intensywnie duszyczka. O poranku jeżdżą klimatyzowane autobusy, a po południu już nie. Nieco przeraża mnie współczesna logika.


    Stadka jaskółek popiskiwały z radości, co oznacza niechybnie, że powietrze pełne jest drobnego, ruchliwego mięsa. Puszczona swobodnie niewiasta zatrzymała się na bulwarze, by uzbierać pierwszy tego roku bukiecik kwiatów lipy. Kontynuowała spacer już wyposażona w niepodrabialny aromat. Pachną jaśminy rozćwierkane kryjącym się w gęstwinie ptasim planktonem. Łopian pracowicie ogryzany przez mszyce walczy o życie, a jałowiec płacze nad jego losem seledynowymi łzami jagód. Niespiesznie dziczeją róże w otulinie brzegu Rzeki, kukułki wróżą przyszłość wierzącym, Hala Targowa wypełnia się tłokiem w każdym możliwym języku. Dziewczyna w stanikoszulce przytulała pieska wyglądającego na całkowicie pozbawionego sierści. A okazała brunetka ukręciła z włosów cienki warkocz merdający na wysokości kości ogonowej, śmiało zastępując utracony w procesie ewolucji ogonek.

środa, 22 maja 2024

Niewinnie się zapowiadało.

 

    Osaczony przez płowiejące kobry oddychałem ostrożnie, żeby nie sprowokować ataku. Ścieżką rowerową biegła pani w obcisłościach obejmujących czule jej wyćwiczone długotrwałym truchtem ciało. Krągłości musiały walczyć, by w ogóle zaistnieć, choć zaplecze miało bonus w postaci cieńszego, niż gdzie indziej materiału. To nie był przypadek, lecz starannie zaplanowana prowokacja, z której zaplecze korzystało zgoła bezwstydnie.


    Kobiety wyzbyte cielesnej skromności wędrowały do swoich znojów, a ich rumiane oblicza kojarzyły mi się z siłą zdrowej witalności. Pani z „Żabki”, wystrojona jak na lekcję WF (z dziarskim dopiero-co-absolwentem-AWFu) beztrosko paliła papieroska przed lokalem, pozwalając klientom podziwiać pełne półki i regały.


    A tak w ogóle… Kobiety korzystają jedynie z czyściejszych chodników sądząc po butach. Faceci? Szlajają się gdzie popadnie. Albo mają góra dwie pary na krzyż.

wtorek, 21 maja 2024

Absolutnie cudowny poranek!


    Zwróciłem uwagę na młode nogi zasadniczo z powodu żylaków. Pojawiły się z pół wieku zbyt wcześnie. Może pani żyje niezwykle intensywnie? A kiedy już rzuciłem okiem (a ono wróciło do mnie) okazało się, że zacząłem siniaczkowy sezon. Pani miała nad kostką serduszko i to spore, a na udzie psią mordkę – podejrzewam, że był to papillon, ale może to być wredna nadinterpretacja. Papillonki wredne być nie mogą. Absolutnie.


    Na przystanku, w pozycji siedzącej kobieta czekała na autobus w towarzystwie swojego towarzysza, który stał przed nią i gaworzył niespiesznie. Mimo iż stał, niewiele przerastał siedzącą kobietę. Gdyby zapragnął ją pocałować na stojąco – musiałby się wspinać w mocno eksponowanym terenie.


    Lawendy przeczekały zimnych ogrodników nim zakwitły. Fioletowe szałwie wraz z czerwienią maków rozpychały się po klombach i niecywilizowanych trawnikach. Pokaźna niewiasta jadąca rowerem oddychała pełną piersią, a sądząc po rozmiarze piersi, oddechem mogła zmieniać fronty i zawracać małe tornada. Wróżba Na Dobry Dzień nie pojawiła się dzisiaj i musiałem wykorzystać własny rezerwuar dobrego humoru. Kloszardzica, z bezwstydnym wdziękiem założyła nogę na nogę (Szara Skało – ucz się!) siedząc na fotelu przed M-1 pod mostem, a jej partner z kloszardzią sprawnością realizował w naprędce śniadanie. Pani tymczasem kwitła w delikatnym, porannym słońcu, bez nerwów oczekując na obsługę.


poniedziałek, 20 maja 2024

Ekstrakt technologiczny.

 


    Markowy gołąb (JVS) obserwował moją analogową nieudolność w 3D, z jakością 4K i wysyłał obraz w czasie rzeczywistym siecią 5G wprost w spragnione sensacji plotkarskie portale. Zanim na dobre wyrżnąłem na pysk, pojawiły się pierwsze lajki i komentarze pochwalne. Oczywiście, chwalące gołębia!

sobota, 18 maja 2024

Noc muzeów.

 

    Przejrzałem krytycznie stan posiadania. Natura wygryzła ze mnie uzurpowaną niegdyś urodę. Lamus! A taka okazja pokazać się światu! Grzech nie skorzystać. Wymiotłem grzebieniem (nie dotykać eksponatów) pajęczyny z resztek niegdyś lwiej grzywy, oglądając niewątpliwie zabytkowy kadłub noszący ślady niechlujnego użytkowania. Ale rocznik? Znaczy PESEL? Za sam pesel należy mi się gablota. Nie limuzyna, lecz przeszklone miejsce pełne aksamitu. Ciało zwiędnięte? Wiagrę kupię, podciągnie to i owo, więc przy publice wystąpię w całej okazałości.


    Garnitur jakoś jeszcze leżał, ale garnitury nic więcej nie potrafią. Byłem gotów na zwiedzanie. Przezornie, wcześniej zaprosiłem tę jedyną, żeby choć ona uświetniła muzealną ekspozycję stonowanym zachwytem.

Poranek ćwiczebny.

 

    Niewiasta o brązowych włosach założyła (chyba) bluzeczkę tył na przód, bo dekolt demonstrował wychylające spoza materiału łopatki. Zapowiadał się dzień ludzi masywnych. Trawniki ostrzyżone na wzór wojskowy, choć wszędzie trąbią o suszy. Przed miejskim zakładem kąpielowym słoneczny zegar stylizowany na żaglówkę płynie rzeką czasu bez pośpiechu i gwałtownych zwrotów. Ani śni mu się zawijać do bezpiecznego portu na sąd ostateczny. Rozbite butelki na chodnikach i buńczuczna cyrylica wskazują, że minęła kolejna noc pełna sukcesów kozaczych.


    Dwugarbny turysta w kapeluszu zakończył chyba wędrówkę i zmierza ku domowym pieleszom, nacieszyć się luksusami ciepłej wody i miękkiej pościeli. Na światłach napotykam wzrok pani, usiłującej oszukać upływ czasu, maskując siwiznę różową farbą. Bezsłownie pyta czy się jej udało. Odśmiecham się dwuznacznie, więc idzie dalej bez stresu. Wiosna. Każdy coś uprawia. Jedni ogórki na działce, inni sport chodnikowy. Ja uprawiam snobizm. A raczej postanawiam go uprawiać, zapłodniony naderwaną reklamą snobizmu. Jeszcze nie wiem jak – jestem początkującym snobem. Cóż. Najwyżej uprawa się nie powiedzie. Na razie hinduskie bóstwo w witrynie knajpy obraca się do mnie dupą – nie wiem, czy reagować, a jeśli, to jak?


Wyższa matematyka.

 

    Młode panie zgodnie wyjęły z szaf skórzane kurteczki, choć słońce zagląda w oczy od brzasku, ogrzewając pierwsze kwiaty dziurawca i wrotyczu. Ostrożeń, lepki od mszyc, z zazdrością zerka na stokrotki wolne od pasożytów. Kobieta o ekstrawagancko naturalnych włosach, zebrała je w koński ogon, jakiego mogłyby jej pozazdrościć pełnokrwiste klacze.


    Zamaskowany Zorro płci utajonej ujeżdżał współczesnego rumaka, mocno trzymając go między nogami i wymuszając posłuch drobnymi ruchami kierownicy kołował, przeczekując potok samochodów rwących bez opamiętania zieloną falą. Kwitły właśnie ligustry, a lipy dopiero przymierzają się, by osłodzić przechodniom myśli. Na płożących jałowcach, niczym mgły wyroiły się pajęczyny oprószone brokatem kwiatów czarnego bzu.


    Pani, wciąż używająca ciała do celów rozpoznawczo-zaczepnych wabiła męski wzrok kształtami trudnymi do opisania przy użyciu matematycznych wzorów, czy definicji. Szczególnie, kiedy owo ciało poruszało się asynchronicznie, a amplitudy wychyleń były różne, na różnych wysokościach nad poziom morza. Malejący wpływ grawitacji sprawiał, że górne partie harcowały z większą swobodą, niż te bliższe jądra Ziemi. A przecież różnica była zasadniczo pomijalna w dywagacjach.

piątek, 17 maja 2024

Małe jest piękne. Niezepsute.

 

    Piękna mama wiodła piękną córeczkę gdzieś w stronę świata. Dziecię trzymało w rękach eleganckie skrzydła w złocie i czerni, jednak (na razie) zdecydowało się z nich nie korzystać i przemieszczało się jak każdy śmiertelnik. Dziewczęta ograbione z pierwotnego wstydu strojami podkreślają walory młodego ciała, absolutnie nie zamierzając być Kopciuszkiem siedzącym potulnie w kąciku i segregującym ochłapy codzienności.


    Maki omdlewają na nieużytkach, a wiatr usiłuje je ocucić. Kwitnący szczaw przerósł ostrzyżone w kancik żywopłoty i przygląda się dziewczynce z tornistrem na plecach, jak tańczy i śpiewa czekając na tramwaj. Bezlistna robinia siłą woli kwitnie, lecz nieliczne grona na jej wierzchołku wyglądają żałośnie. Oszałamia mnie golf-bezrękawnik leżący na młodziutkim ciele. Usiłuję zrozumieć ideę, ale słabo mi idzie. Najwyraźniej przerosło mnie i tyle.


    W gęstwinie lipowych liści ćwierkają majowe miłostki, wolne od małostkowych wypominków, czy żali. Nad Rzeką więdną kosaćce którymi nikt się nie zachwycił wystarczająco. Szpak w pośpiechu przełyka jagodę ostrokrzewu, chcąc odćwierknąć samiczce głębię wzajemności.

czwartek, 16 maja 2024

Zegarmistrz światła.


  Mozolnie buduję zegar, który nie zatrzyma się znienacka, gdy ktoś zapomni napiąć sprężynę, albo wymienić baterię. Będzie idealny. Nie spóźni się ani na jotę, ani też nie wyprzedzi rzeczywistości, bo taki będzie miał kaprys. Zegar wolny od urojeń i widzimisiów. Materiały z najwyższej półki, często zdobywane pokątnie, cyzeluję bez pośpiechu, choć korci już chętka obejrzeć gotowe dzieło. Dopieszczam detale, poleruję, kryję krystalicznie czystym szkłem, wypełniając szlachetnym gazem wnętrze z mechanizmem i pedantycznie reguluję. Wreszcie otaczam światło dzienne, a drań natychmiast zaczyna zawodzić. Rozczarowany rzucam nim w piach.


Słońce krytycznie przygląda się bublowi, cień ukradkiem wykreśla na piachu mijające sekundy. Bezbłędnie.


Dyrdymały.

 

    Dzień kobiet wielkich duchem, a więc (co logiczne) wymagających nieco więcej ciała, żeby się im duch/dusza nie wygniotła za bardzo. Niedopite szklanki i „plasticzanki” piwa podpierają elewacje kamienic, skromnie przycupnąwszy na skraju chodnika. Płeć szczudłatego karampuka wykrywam z dumą dopiero, gdy mnie minął – właśnie! Minął, gdyż pekaesy nie zostawiły złudzeń. Nawet ekstrawaganckie dziewczęta nie noszą bokobrodów! Zachwycony dedukcją wędruję wzdłuż Rzeki, która sprzykrzyła się kaczorowi, gdyż wylazł na bulwar i bezwstydnie podrywa blondynkę, o włosach dryfujących w kierunku naturalnej siwizny. Mostem wędrowała wtedy dama w bieli, a choć kalendarz wskazuje na czas komunii, to dama wiek niewinności miała już za sobą... Bez przesady – najwyżej półwiecze. W otmętach czasu zaginąć może nie tylko niewinność, ale i sam czas.