czwartek, 22 października 2026

Obrendowana.


A kiedy ON przytwierdził do mnie KOD QR poczułam się wyjątkowo. Niepowtarzalna, jedyna na świecie. Żaden z wcześniejszych orgazmów nie dostarczył mi tylu emocji i doznań, co ów perfekcyjny w prostocie gest.


Nie musiał! Wciąż gorączkując z dumy, pełna nadziei zapytałam samą siebie. Prawda? Zrobił to dla mnie, uznając, że jestem unikalna. Potrafiłabym odwdzięczyć się JEMU?


Zmiękłam w sobie tak między biodrami, jak i w głowie. Zawładnął mną całkowicie i nic więcej się we mnie nie zmieściło. ON, ON, ON….Och, jakież to słodkie, jakie kuszące, wyjątkowe. Gdyby tylko poprosił… zażądał, niechby wymusił na mnie durnej, a zrobię dla NIEGO wszystko.

Pełnik wypełnił pełnię pełnym spełnieniem.

 

Deszcz spadł na Miasto i trudno powiedzieć, że uczynił to znienacka. Od wczoraj się krygował, a na poważnie zaczął ćwiczyć w nocy – wstydził się chyba i wolał przeprowadzić próbę generalną, kiedy nikt nie patrzył. Tak autobus, jak tramwaj spociły się od środka i zewnętrze widzialne było jedynie za pośrednictwem komunikatów wokalno-wizualnych serwowanych z dobrodziejstwa komunikacji miejskiej. Jesień, jeszcze wczoraj złota, poszarzała i tą szaruga przytłaczała, spłukując niepoprawne myśli do rynsztoka.


Na świeżo wyremontowanym przystanku przy krawężniku woda tłoczyła się i zbierała w stado godne miana „kieszonkowego stawu”, spontanicznie wyrosłego tuż obok równie „kieszonkowego parku”. Nie dziwię się wodzie, że chciała przetestować jakość remontu, jednak ci, którzy czekali tam na przesiadkę drżeli jak listki na wietrze, podejrzewając stojącą (czemu nie leżącą, albo siedzącą? Szczególnie, gdy sobie uświadomię, że kamienie leżą, a nigdy stoją) wodę o najgorsze łajdactwa.


Perfidnie skazałem Długopiórego na stróża mającego wyznaczyć kres mojej podróży i przyznam bez wahania – spisał się! Wysiedliśmy zgodnie z domniemaniem codzienności tam-gdzie-zwykle i poszliśmy, tym razem już każdy-sobie. Z przeciwka podążała drużynka budząca organiczny niepokój. Piątka w kompleksowej czerni, zakapturzona, rozbudowana cieleśnie i werbalnie wulgarna nadciągała tyralierą, przeczesując ciemność w poszukiwaniu wyzwania. Małostkowo ucieszyłem się, że to nie moja sylwetka zanieczyściła celowniki tej piekielnej tyraliery. Wyraziłem cyniczne spostrzeżenie, że kredowy obrys denata na mokrym i wciąż zasilanym w wilgoć chodniku utrzymałby się krócej niż pamięć o mojej, nieistotnej istocie. Wyraziłem tylko w najgłębszej głębi siebie, żeby nie sprowokować pokerowej reakcji i pomknąłem naprzód, nim najbardziej wyrywny piekielnik powiedział „sprawdzam!” (dowolny piekielnik powiedziałby raczej sprawdzam kurrrrr!, ale to już dopisałem post fatum. Ci nie powiedzieli nic. Albo byli z wyższych sfer, albo ociężali umysłowo nie zdążyli zareagować nim zniknąłem z horyzontu celów godnych zmasowanego ataku)


Sapnąłem, jak samiec, któremu w życiu udało się niemal wszystko. Ale tak naprawdę, humor poprawiła mi dopiero pani w szmaragdowych spodniach i kremowej bluzie. Nie zmieściło mi się w gardle stwierdzenie (choć na klawiaturze brutalnie je wymusiłem), że szła w moją stronę, z deszczu czyniąc doskonałego powiernika wypełniającego ją szczęścia. Ona szła pomimo mnie. A raczej nie tyle szła, co podskakiwała, tańczyła, rozsiewała radość i uśmiechem poskramiała mrok, powstrzymując marazm wystarczająco skutecznie, bym roztopił się całkiem w jej uniesieniu, wspomnieniach mówiących ideałom „jesteście zbyt ograniczone, żeby zrozumieć”. Zachowałem wspomnienie, choć w swoim wymarzonym świecie, zapewne wcale mnie nie zauważyła. Nie szkodzi. Najpiękniejsze kwiaty, to zawsze te niezerwane.


Radio molestuje mnie reklamą Badaj się by żyć, a ja jak skończony prymityw, nie negując aspiracji Płatnika Owej Reklamy usłyszałem: Żyj, by się badać! I tylko wiary w szczerość intencji nie potrafiłem w sobie wzbudzić. Zapewne jestem zakamieniałym złem, bo na reklamę patrzę poprzez tubę – skoro ludzie nie poznali doskonałości twoich idei, sam rozgłoś je medialnie! Wszak wie to już przedszkolak, że telewizor głosi prawdę, całą prawdę, tylko prawdę i zawsze, ale to zawsze zrealizuje zlecenie Płatnika, nie zniżając się na poziom faktów autentycznych.

środa, 21 października 2026

Grzybień grzebieniem grzebie w grzybni.

 

Uwielbiam „dobre” nazwy i smakuję je bez końca. Tak jak na przykład kwiaciarnię szczycącą się szyldem KWIATOLUBNA. Dziś, uzewnętrzniłem podróżny wzrok i ostrożnie dotykałem szyldów. Muszę przyznać, że najwięcej językowego luzu mają szefowie zakładów gastronomicznych. Nie zbaczając z codziennych ścieżek znalazłem np. SPOKO BEBAB walczący o apetyt przechodnia ze SWOJSKIM JADŁEM, NANO KEBAB (czyżby porcje były aż tak niewielkie?), SUSZARNIĘ z japońskimi potrawami ciasno zawiniętymi w prasowane wodorosty, KEBAB U INŻYNIERA (nazwa-żart dotyczący ściągających do nas uciekinierów z Ameryki Południowej), MISA HINDUSA, GRAMATURA – nazwa sugerująca skrupulatne odważanie składników, by nie przesadzić z dystrybucją (dieta przede wszystkim).


A na pewno nie wszystko dostrzegłem, bo mijałem również zakłady cukiernicze pod wezwaniem TORTOWNIA i TU JEST SŁODKO. Pośród pozostałych biznesów wyróżnił się humorem zakład wymiany stłuczonych ekranów telefonów komórkowych wabiący strapionych wypadkiem nazwą PANCERNIK. Za to wcale nie bywa mi wesoło przed zakładem pod wezwaniem WESOŁA PANI, gdzie kozackie piękności lepią ruskie(?!) pierogi, kołduny litewskie, gruzińskie pielmieni, czy może ciamkali i sam nie wiem, co jeszcze, lecz nic ukraińskiego, bo to „kultura” zbyt krótko istniejąca, by stać ją było na coś więcej jak barszcz ukraiński, a ten ulepić trudno. Sprowokowany autoironią do częstochowskich rymów popełniłem coś na kształt jadowitej rymowanki:


Nad nieokrągłym stołem

zawisły jurne dziewoje.

Szlachetne, kozackie paluchy,

formują ruskie… czasem gruzińskie kluchy.

Lepią bez ideologicznej banicji,

wzrokiem sięgając ulicy,

a z ust ich się wylewa

niegasnący komentarz;

aż żreć się człekowi odechciewa.


Za usiłowanie popełnienia owego niby-wiersza – przepraszam Urażonych i Inne Mniejszości. Osobiście Usaków (i nie tylko ich) podejrzewam o podobną indolencję kulinarną – choćby się zawzięli, to za wiele nie dowieźli do świata ekskluzywnych kulinariów, bo przecież Mc Donald, KFC i im podobne koncerny paszowe zasługują na uwagę jedynie jako przeciwwaga dla jedzenia, jakim warto się delektować. Masowe żywienie traktuję jako formę okupacji i kolonizacji naiwnych – raz w życiu uszczknąłem coś wewnątrz i wstydzę się tego do dziś! Ale dziś już nie jestem mięczakiem, albo jestem, lecz obrosłem skorupą świadomości!

wtorek, 20 października 2026

Zdeptany ptak na deptaku.

 

Świat zatrzymał się i stanął na baczność. Autobus aż drży z niecierpliwości, by pokonać kolejny kwant trasy. Łącząc się w bólu czekam na zmianę świateł, z okna podglądając równie niecierpliwie czekającą na ich przychylność szczuplutką panią, podskakującą lekko jak pajacyk w takt metronomu piszczka dla niewidomych. Przymierza się do kontynuacji biegu i starannie pilnuje, by nie wypaść z rytmu. Głowę ma tekstylnie zamotaną, więc uśmiechu nie widać, a cała sylwetka obwieszona jest pulsującymi światełkami, żeby w trakcie biegu ktoś nie wypadł jej „na czołówkę” gdy trasa poprowadzi słabiej oświetlonymi chodnikami.


W tramwaju, w cieniu stygnącego siedziska, ktoś porzucił niedojedzone wiaderko ciastek. Albo rozrzutnie nasycił się, albo ortodoksyjnie proklamował walkę z nałogiem i wstrzemięźliwość konsumpcyjną, gdy tyłek przestał się mieścić w znormalizowanym siodełku. Wokół mnie sami zaczytani. Nosy niemal wbite w monitory. Nie pamiętam, żeby przed erą cyfrowej rewolucji czytanie w komunikacji zbiorowej było tak powszechne i drapieżne. Ciekawe, czy ktoś zerka w moje Lusterko… Wysiadam nie próbując podejrzeć odpowiedzi i idę szybkim krokiem, bo nie lubię logistycznej opieszałości. Po oddechu wytrwale depcze mi ktoś, kto ma za ciężkie buty i szura nimi bez końca. Pewnie „po taniości” u Chińczyka kupuje, bo przy tak dewastującej eksploatacji buty na długo nie wystarczą, szczególnie, że nie były podzelowane.


    Bawić mi się zachciało, więc wyszło szydło z worka z grubsza takie: Koń kontrolował Szkota kota, lew lewitował, pies pieścił list od lisa, a kos z kosą osaczył osę.


    T0 AMO – to dzisiejszy połów z zakresu tablic.

poniedziałek, 19 października 2026

Twierdzą w twierdzy curki-kórki, by rurką lurkę z wiórkiem wiewiórki ciurkać ze skórką ogórka w Barbórkę na laurkę dla lauru Laury.

 

A tymczasem, chodnikiem, rączo mknęła pani utyta tak doskonale, że dla zachowania równowagi musiała ciągnąć głową mocno w tył, bezpruderyjnie eksponując niebłahe popiersie i brzuchol, na którym spokojnie można byłoby ustawić olimpijską trasę slalomu giganta dla największych twardzieli świata. Empirię relokacji opanowaną miała perfekcyjnie, co znać było w kroku i bynajmniej nie sugerowałem się ukrytym pod kapturem brzucha łonem, lecz podziwiałem dziarski rytm, mogący stać się kanwą dla tam-tamu wymagającego rapera, w nadziei na wyszczekanie melorecytacji wokalnej z równie perfekcyjną dykcją.


Powożąc tramwajem, przemknęła pani motorniczka… co ośmielało się sugerować małą motorówkę, więc może to była motorniczyjka w uniformie i pod krawatem, która elegancją stroju zdeprymowała dwóch niechlujnych, zakapturzonych młodzieńców, spowitych patriotyczną wspólnotą kapturów – jeden skrywał łeb pod bawełnianą bielą, a drugi pod czerwienią. Jesień posiała demokrację narodzie – tak białopióry (oswajam się z myślą, że już za chwilę to określenie stanie się jego imieniem, więc może od razu Białopióry?), jak i łysol dyżurny (nieświadom raczej tego, że nosi imię Skórzastogłowy) w wełnianych czapkach spacyfikowani zostali prognozą wieszczącą temperatury jednocyfrowe. Wiadomo – skrzepną niesforne myśli, staną się bardziej gęste, oleiste i nie wiadomo jaką ideą wykwitną na wiosnę. Ledwie zaraziłem się tą konkluzją, a już uczepiło się mnie Solidarnościowe hasełko – Zima wasza, wiosna nasza itd… Z ostrożności procesowej, wolę nie dokończyć wyliczanki, bo przecież za mowę nienawiści modnie jest obecnie ujarzmiać penitencjarnie anonimowy ogół, na piedestały wynosząc wysoce podejrzane racje mniejszości, dewiacje i absurdalne, wiejące z Brukseli anomalia przyrodniczo-społeczne, nijak nie mające się do rzeczywistości i faktów autentycznych. Tęsknię, by chłopski rozum wrócił salony chociaż okazyjnie!


Podwórkiem przemknęła bardziej błękitna niż niebo listonoszyjka, przywiązana do gruntu olbrzymią torbą, kompaktowy wzrost rekompensując rozwiązłością w pozostałych widzialnych osiach. Za nią podążała najwyraźniej zazdrosna pani, eskalująca wszelkie listonoszyjkowe gabaryty w okazalsze nadmiary cielesne, a może i umysłowe, budząc pytanie niemal filozoficzne – czy krągłości mogą być bardziej okrągłe? Stopień wyższy od doskonałości, wydaje się być nieosiągalny dla śmiertelników, ale paradoksy i cuda zdarzają się mimo wszystko, kpiąc z eksperckich się-nie-da!


    Z tablic dzisiaj spory zestaw: W3 DOSTU, V9 KIWI, V8 SOWA i jeśli mi wzrok nie spłatał figla D0 BIEGU.

Dywagacje nad pustym kieliszkiem.

 

Siedziałem, a miejsce (jak raz) miałem z widokiem. Spoza rzadkich krat zerkałem na podwórzec niezbyt okazały i gdybym to ja miał zelżyć go stosownym epitetem, uznałbym, że jest zapyziały, zapomniany, w-sam-raz-by-właśnie-tu-upuścić-nadmiar-moczu-po-wcześniejszym-sowitym-spożyciu-w-lokalu-bez-cienia-kategorii. Lipa! Wielki Świat nigdy tu nie zajrzy, chyba że wyląduje tu UFO pchnięte niepojętą pięcioma zmysłami logiką, albo (dlaczego właśnie tu?) raczy się rozebrać Jednodniowa Wirtualna Gwiazdka dowolnej z miliarda płci zdefiniowanych przez Grono Szacownych Ekspertów! Jako zaskorupiały cynik nie potrafię uniknąć pułapki-pytania, skąd pochodzi owa „eksperckość”. Ćwiczyli ją na zniewolonych żonach, uległych kolegach z pracy, czy osobnikach przymusowo zamkniętych w zakładach nomem-omen zamkniętych? Dobrowolnie, czy wykorzystując AUTORYTET EKSPERTA? Nie jest jakoś pilnie strzeżoną tajemnicą, że faszystowscy dewianci, uniknęli po wojnie kary i kontynuowali badania w Stanach Wolnych i Demokratycznych, oczywiście na chwałę owej niepodważalnej demokracji i samozwańczych zwycięzców (dla tych ostatnich chyba bardziej) ustalając normy dla świata mającego historię liczoną w tysiącach, a nie dekadach lat.


Siedziałem sobie w TU. Wrony wydziobywały zaprawę spomiędzy starożytnych cegieł, stanowiących oprawę mizernego widnokręgu, obrazu, czy może zaledwie migawki bez znaczenia strategicznego dla Świata, sugerując, że bez wapnia tylko młodzieniaszek zgrzeszyć może twardością reprodukcyjną organu godną adnotacji w skali Mohsa. Wiatr bez zadęcia przepędzał opadłe z jego udziałem liście wiśniowej śliwy, kasztany toczyły się już samodzielnie, gdy wcześniejszy, samobójczy atak na kocie łby kute w granicie strzegomskim przez całą wieczność uwolnił je z kamizelki kocio-łbowo-odpornych, kolczastych, zielonych głów. Współwinny wiatr kwilił i pogrywał sobie arie na prętach krat zbrojeniowych, usiłując wtargnąć, ale ja nie zamierzałem mu ułatwiać przetrwania w warunkach zbliżonych do naturalnych. Okres połowicznego rozpadu szkła pozwalał mi się cieszyć optymistyczną sugestią, że wiatr mnie w życiu nie dosięgnie (Ech! Dlaczego mój okres połowicznego rozpadu przynajmniej nie dorównuje szkłu!? Niechbym się z tym wiatrem zmierzył za jakiś milion lat! Może miałbym szansę wynikająca z doświadczenia?).


Nieświadom (mam nadzieję) moich niepokojów moralnych, niepewności istnienia, pełnego złudzeń trwania bez instrukcji obsługi i azymutu, w jakim podążać należy, a jaki należy negować całych sił, póki śmierć mnie nie rozłączy z celem – przebiegł szczur.


- Taki se! – pomyślałem – Nie za wielki, może nawet niegodny miana szczura; pewnie zadowoliłby się mianem szczurka. A nawet jeśli nie, to co mi zrobi, gdy będę go tak traktował? Szczurek, szczurek – ćwiczyłem organ mowy, lekceważąc nawet to, że zniknął już w mysiej norze i tylko jamnik niefrasobliwie ciągnący jaja po ziemi (BDSM?) mógłby go wytropić, a przy odpowiedniej diecie, może nawet wśliznąć się w ową dziurę i definitywnie skasować wykorzystując zajadłość i ostrość kłów. Na jadowite węże nie miałem co liczyć, przynajmniej dopóki klimat nie zmieni się trwale i dramatycznie, aby żmijom rogatym, grzechotnikom, czarnym mambom, wężom koralowym i innym chciało się pokonywać oceany „za chlebem”. Pytony, boa i anakondy tym bardziej skazane byłyby na ścisłą dietę, bo przy ich masie emigracja, to prawdziwe wyzwanie logistyczne. Najwyraźniej szczurek cieszył się bezwładnością owych istot, a czy miał świadomość szczęścia, to już nieistotne. Uniknął splotów morderczych i jadu syczącego nadzieję na posiłek .Uniknął nawet kąśliwego-wzroku-mego, nim na skórze pojawiły się wypryski względnie liszaje zżerające powoli, ale nieuchronnie jego żywotność. Zostałem ja i podwórzec nijaki, lichy, zapodziany w czasoprzestrzeni nadaremnie i w sumie bez niego Wszechświat miałby się może lepiej, jak bez ubytku w lewej górnej szóstce. Cóż. Czarne owce nawet Wszechświatom się zdarzają. Dobrze, że wiatr mnie omija, a Szczurek jest ledwie punktowym zakłóceniem pośród ogromu nieistotności.


- Co pomyślał on? – czasem skłonny jestem do jesiennych, melancholijnych dywagacji, jednak wiek swoje robi i często przemawia przeze mnie cynizm – Na pewno ma mnie w dupie!

niedziela, 18 października 2026

Prasówka cd.

 

    1. Izraelscy osadnicy na okupowanym Zachodnim Brzegu, zaatakowali polskich dyplomatów. Czy to wciąż osadnicy, czy zwyczajni okupanci? A może po prostu barbarzyńcy?


    2. Ponętna Lopez świeci biustem. W operze. Nie, nie występuje, tylko podziwia. Chyba. Może wyznaje zasadę podziwiaj i pozwól podziwiać? Bo chyba nie chciała zrobić konkurencji artystom. Z treści artykułu wynika, że po męczącym tygodniu mody w Paryżu postanowiła przypomnieć Amerykanom, że wciąż posiada biust.


    3. Gry wojenne na dożynkach? Wójt wyzwał na pojedynek jednego z gości, a gdy stanęli do zwarcia niemal rozpętali trzecią światową! Gdyby nie dzielne babeczki z Koła Gospodyń Wiejskich musiałbym wyjąć z szafy plecak ewakuacyjny i umierać z zimna i głodu gdzieś w podmiejskich lasach. Brawo dla pań za waleczność.


    4. Ongiś, pani Megan Fox, udając licealistkę, pływała nago w jeziorze. Nie wiadomo, czy bardziej w jeziorze, czy na ekranie, ale jednak. Zdarza się. Poza tym może już się przedawniło, bo minęło siedemnaście lat. Teraz zamierza utrwalić w widzach ów obraz i dokręcić część drugą, ponoć z innej perspektywy. Może zdjęcia kręcone będą z dna jeziora? Ma być horror o zabarwieniu erotycznym. Jeśli wciąż będzie licealistką, to doprawdy osiągnie tak perspektywę, jak i wrażenie. Czy horror, to się dopiero okaże.


    5. Import towarów z krajów Mercosur nie wzrósł, jak twierdzi jedno z ministerstw. Za to przybyło przybyszy z tamtych stron i to wyraźnie widać na ulicach, choć żaden minister tego nie twierdzi.


    6. Z Ukrainy jeszcze sprawniej importujemy uchodźców i równie cicho. Kolejki na naszej wschodniej granicy wymagają czterdziestu godzin oczekiwania na odprawę, choć w przeciągu doby odprawia się 3700 samochodów osobowych i 3000 ciężarówek. Dopiero z wakacji się zjeżdżają?


    7. Mieszkańcy drżą! Nie, nie z zimna. Ze strachu! Bo sezon grzewczy się zaczął i rachunki spadną na nasze łby równie nieuchronnie jak podatki. Za każdym razem zastanawiam się, czemu grzejniki wiszą na zewnętrznej ścianie mieszkania i znaczna część ciepła ogrzewa elewację zewnętrzną, a nie wnętrze, ale nigdzie nie znalazłem odpowiedzi, dlaczego tak jest.


    8. Kozackie drony poleciały na Petersburg. Duma, bo trafiły w port i w most. Coś tam trafiło też w Litwę i Lubelszczyznę, czym jakoś nikt się nie chwali, ale śledztwo pomagają prowadzić nasze służby, więc na pewno dowiemy się kto i dlaczego Putin miał się znienacka rzucić na Litwę i Lublin. Atak na infrastrukturę cywilną jeszcze niedawno nazywany był terroryzmem, któremu Wielka Ameryka wypowiedziała bezpardonową wojnę. Teraz milczy, podobnie, jak milczy w kwestii mordowanych Palestyńczyków. Ciekawe, że bohaterskie ataki na infrastrukturę rosyjską spotykają się z bestialską odpowiedzią Kozaków, ale nigdy odwrotnie. Dopóki nasi Nowi Bracia nie zaczęli nękać cywilów mówiących równie piękną cyrylicą, mieli poza linia frontu względny spokój. Teraz mają przed sobą bardzo nieciekawą zimę.


    9. Sport musi być, bo przecież! Pani Lewandowska jest zasmucona przeprowadzką za kontraktem męża do Chicago, bo dzieci muszą znaleźć nowe koleżanki w nowej szkole. Na szczęście – są telefony i z tymi starymi nadal można pogadać. Stare koleżanki są z Barcelony; te jeszcze starsze z Dortmundu, czy Monachium pewnie odeszły już w zapomnienie, że o Pruszkowie napomknę półgębkiem i nieśmiało.


    10. Reklama również musi się w prasówce objawić, bo bez niej nie działa nic. Gracze nie zagrają bez sponsora, byle film wymaga ich z pięciu by zaszczycić ekran TV, a bez czterech hojnych darczyńców nawet prognoza pogody się nie sprawdzi. Ostatnio atakuje mnie reklama plecaka ewakuacyjnego wprost z telewizora, a może wręcz z GOV.PL? Wejdź na stronę i sprawdź, jak spakować plecak! Nikt nie mówi, czy trzeba uciekać na dwie godziny, dwa dni, czy na zawsze, a przecież w zależności od przewidywanej długości delegacji, plecak pakuje się inaczej. Nikt nie mówi, przed czym, ani przed kim trzeba uciekać. Z pożaru ratować trzeba dokumenty, pamiątki i drogocenności, a potem wiać tam gdzie nie przypiecze tyłka. Z powodu alarmu lotniczego trzeba z miejsca wiać do schronu i zabrać butelkę wody, może tabliczkę czekolady. Kto wie, czy w ogóle taki schron w Mieście istnieje? Nikt nie mówi, jak przetrwać w naturze dzień, bądź tydzień, a przecież godzina przy otwartym oknie wystarcza, by zmarznąć, choć zima dopiero przed nami. Więc gdzie uciekać? Jak zdychać, to godziwie, we własnym domu. A nie uczyć się rozpalania ognia na chłodzie i o głodzie.

sobota, 17 października 2026

Jubiler.

 

    Wyglądała, jakby zapałała miłością do mocnego makijażu. Twarz miała szarą, powykrzywianą, udawała, albo faktycznie mnie nie widziała. Kucnęła i zaczęła krzyczeć. Podbiegłem, zorientować się o co chodzi. Kolana rozsunęła szeroko, podciągając kieckę wyżej, niż można w przestrzeni publicznej. Kucnąłem obok, ale tak, by nie podejrzewała mnie, że chcę jej pod spódnicę zajrzeć. Położyłem jej dłoń na ramieniu. Popatrzyła nieprzytomnym wzrokiem i szepnęła:


    - Nic nie mów! Błagam.


    Towarzyszyłem jej w milczeniu, a ona najwyraźniej usiłowała coś wydalić. Wreszcie krzyknęła głośniej i o chodnik uderzyło coś małego. Urodziła kamień i od razu jej ulżyło. Tylko pot spływał jej po twarzy, która wreszcie zaczęła przyjmować kolory. Machinalnie podniosłem noworodka i oglądałem go z małpią ciekawością.


    - Mogę? - zapytałem, a pod wpływem jej wzroku zarumieniłem się.


    - Bierz – wzruszyła ramionami, wstała, poprawiła mocno pomiętą kieckę i poszła do domu.


    Zostałem sam, kucając z jeszcze ciepłym kamykiem w dłoni. Podniosłem zadek, nim ktoś zacznie się zastanawiać, co robię i też poszedłem do domu. Kamień nie dawał mi spokoju, opłukałem go, by dokładniej obejrzeć pod lupą. Był piękny, pełen żył i przebarwień. Niewiele myśląc, wziąłem go na warsztat. Wystarczyło na chwilę przytknąć do płyty ściernej, by ujrzeć fascynujący rysunek, skomplikowany bardziej niż na krzemieniu pasiastym, czy malachicie. Może dendrytowe agaty doścignęłyby stopień komplikacji i koloryt wzorów. Nie wiem kiedy nastała noc, a ja wciąż obrabiałem kamień. Kiedy w końcu rozbłysł pełnią możliwości, zacząłem oprawiać go w srebro. Nie miałem wątpliwości, kamień idealnie nadawał się na niezwykle elegancki wisior. Na pierścień, czy broszę musiałbym go przeciąć, a naprawdę żal mi było psuć coś tak pięknego.


    Kiedy wstało słońce, trzymałem już w dłoniach gotową błyskotkę godną subtelnej kobiety. Wstyd mi się zrobiło, gdy zacząłem szukać odpowiedniej klientki i wymyślałem coraz bardziej abstrakcyjną cenę. A przecież kamień miał właściciela. Właścicielkę, która omal nie zeszła, nim go urodziła. Umyłem ręce, a drobiazg położyłem w gustowne pudełko. Przebrałem się i wyszedłem z domu. Wiedziałem, gdzie mieszka, więc nie musiałem liczyć na fart. Otworzyła od razu, nim dzwonek przestał wibrować. Jakby stała w drzwiach i czekała na mnie.


    - Cześć – zarumieniła się – Przyszedłeś sprawdzić, czy przeżyłam? Tak, ale czuję się kompletnie wyzuta z sił. Wejdź, skoro już jesteś, zrobię ci kawy, czy co tam sobie chcesz.


    Wszedłem do środka, a kiedy już usiadła naprzeciw mnie w kuchni, otworzyłem pudełko i przesunąłem po stole w jej stronę.


    - O! Jaki piękny wisior – zachwyciła się – Mogę przymierzyć? To dla mnie? Wart jest chyba majątek, a mi do wypłaty zostało ledwie parę groszy.


    Trajkotała i trajkotała, ale na jej szyi wisior wyglądał jeszcze lepiej, niż w pudełku. Była stworzona, by go nosić. Powiedziałem, że to prezent, ode mnie i że nie chcę pieniędzy, niech się jej tylko dobrze nosi. Z mety dostałem buziaki w oba policzki, ale nie byłaby sobą, gdyby nie zapytała, czy do kompletu mógłbym dorobić pierścionek i kolczyki…


    - A urodzisz mi więcej kamieni? - zapytałem i dopiero wtedy do niej dotarło, skąd pochodzi błyskotka.

Zrzęda rządzi z rzędu urzędem.

 

    I miałem dziś zostać ogarem, który ogarnia, więc czym prędzej zwarłem pośladki i dzień zacząłem, niż on sam się zaczął. Weekend, to czas, w którym wstaje się nieco inaczej i pośpiech zdaje się być niegodziwością, co nie zmienia faktu, że człowiek więcej robi w dni wolne, niż w pełne zawodowych obowiązków. Bo Natura próżni nie znosi. A kiedy ma się Naturę na wyciągnięcie ręki (i ucha), wówczas o próżniactwie w próżni się nie myśli, chyba, że się jest straceńcem o zaburzonych zbyt długą nocą zmysłach.


    W bułeczkach – nowość, jeśli można tak mówić o panu starszym od osiedla, ale faktycznie – psa zostawił przed piekarnią, co było miłą odmianą. Dopiero gdy nadszedł drugi (z grubsza w wieku osiedla) psy zaczęły wymieniać epitety i to bardzo aktywnie. Nie znam psiego, ale młodszy z właścicieli wściekł się, więc ten od bardziej doświadczonego musiał puścić lepszą, bardziej soczystą wiązankę.


    Niebo, początkowo nieco skisłe, zwarzone, usiłowało się poprawić i uśmiechnąć słoneczną paszczą chociaż do dzieciątek okupujących plac zabaw zaraz po jednym ze śniadań. Ciekawe, bo notorycznie nawiedza ów plac dziecię, które drze gębę non stop i wyje, jakby przyszło tam za karę. Może ma szlaban na sieciowe gierki, bo koleżanka z przedszkola naskarżyła, co wyczynia podczas obowiązkowej drzemki? Grunt, że dla zachowania średniej krajowej plac zabaw nieco mniej regularnie nawiedza pisklę, wiecznie zanoszące się śmiechem, aż mnie brzuch od tego rechotania boli.


    Żeby nie było nudno – czy stadko gołębi kołuje zgodnie z ruchem wskazówek zegara, czy przeciwnie? A na drugiej półkuli?

piątek, 16 października 2026

Ostrożna.

 

Masowała mój brzuch, bynajmniej nie usiłując wprowadzić mnie w stany ekstatyczne, wymykające się opisom z definicji napiętnowanym sztampą, wulgarnością, albo banałem. Nie. Ona pielęgnowała we mnie Istotę, a ta wciąż nie miała świadomości – ani siebie, ani mnie, ani (tym bardziej) jej.


Ja? Byłem już skazany. Właśnie oswajałem się z myślą, że stanę się magazynem energii dla rozwijającego się we mnie Życia. Ona, niejako organicznie uwarunkowana nie zamierzała przepraszać, że jest-jak-jest. Cierpliwie czekała, aż pasożyt przystąpi do działania.


Najwyraźniej nie dowierzała mi. Gdyby narybek był zdolny do konsumpcji, darłbym się w niebogłosy, nim wątroba, albo serce zostałoby naruszone pierwotnym głodem Istoty.