poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Ekstrakt o ewidentnym pechu.

 

    W przypływie szaleństwa zabiłem drania, nie zaprzątając sobie łba konsekwencjami. Kiedy w końcu ostygłem – wywiozłem truchło, żeby je zakopać, a wtedy nocną mogiłę oświetliły niebieskie koguty. Wewnątrz płytkiego dołu rozkładał się już jakiś nieborak, a mnie skazali za obu nieboszczyków.

Ekstrakt z konkluzją.

 

    I wtedy ona mówi do mnie: „wpadnij”, a ja zaczynam płakać, bo z tą niby dobrą radą cokolwiek się spóźniła. Cóż, teraz wypada mi wybrać spośród podejrzanych ojca. Dziecku przecież nie przyznam się, że dostało tatusia z wyboru, gdyż połowa z podejrzanych w ogóle nie powinna dystrybuować życia.

Wyboista droga ku szczęściu.

 

    Żeby zaistnieć i zagęścić szum medialny wokół siebie… (Ja wiem, że jestem wielki, ale skąd oni mają to wiedzieć, jeśli ja im tego nie powiem?) postanowiłem coś zrobić. I tu przykrość, bo łatwo jest powiedzieć, a zrobić już nie. Po pierwsze trzeba umieć coś zrobić, mieć smykałkę, talent i cierpliwość. A to deficytowe towary i trwonić na rzecz opinii publicznej byłoby grzechem. Więc nie. Absolutnie nie zajmować się tworzeniem, bo każde dzieło ktoś ukradnie – jak nie koneser, to sztuczna inteligencja. A zawiść przy tym okrutna – publika nie lubi, kiedy ktoś jest „lepszy”, bardziej uzdolniony i jeszcze potrafi przekuć zalety w coś trwałego. Lepiej nie ryzykować szykany i globalnego potępienia.


    Rozsądniej przyjrzeć się gwiazdkom i brać przykład z tych najjaśniejszych. Czym się dzielą? Wiadomościami, gdzie spędzają czas wolny od pracy, co zjedli na koszt sponsora i z jakiej części garderoby udało im się „wyskoczyć” bez trwałego uszczerbku na zdrowiu. Fizycznym, bo psychiczne jest poza zasięgiem, chronione potężną tarczą granitowego ego. Ostatnio modne było cięcie fryzur na gładko w celach tak szlachetnych, że branża fryzjerska odnotowała wzrost gospodarczy ku uciesze fiskusa. Ja? Nie dysponuję spektakularnym upierzeniem, którego mógłbym się pozbyć wzbudzając ochy i achy, czyli musiałem sięgnąć po bardziej dramatyczne rozwiązanie.


    Druga, ekstremalna moda na popełnienie czegoś w szlachetnym celu, by się nie narobić, a przy okazji (powiedzmy) zarobić, to rozebrać się do golasa. Łatwe? Niby tak, jednak zawsze jest jakieś ale. Paparazzi mają uciechę, gdy dopadną włosek niewłaściwie rosnący, pieprzyk, piega, czy tatuaż z błędem ortograficznym. Dlatego przed popełnianiem szlachetnego czynu, najlepiej zrobić ogląd stanu posiadania w przestrzeni wolnej od elektroniki i zawczasu zareagować. Nienajgłupszym rozwiązaniem, byłby prywatny krytyk, złośliwy jak jasna cholera, żeby wytknął co tylko się da, a nie głaskał. Najzłośliwszym bydlęciem w okolicy byłem ja, więc czym prędzej przytargałem babcine lustro do sypialni, z której wywaliłem smartfony, komputery, telewizory, a nawet wibrator. Kto wie, co i komu „opowiada” niemiłosiernie eksploatowana maszynka?


    Ciuch spadł niemal bezgłośnie, a lustro zatchnęło. Wiedziałem, że jestem boskim okazem, ale aż tak? Przyjąłem, że taki komplement na początek cyklu, to znakomity prognostyk. Niech milczy i się gapi mebel bez wstydu! Pieprzyki policzyłem skrupulatniej, niż słupki maturalne, uznając, że za mało ich nie jest i nie trzeba dorabiać – wstyd byłby straszny, gdyby się taki odkleił w trakcie sesji. Za dużo też ich nie było i piegowatego jaja nie przypominałem. Gorzej, że trochę ono jajo trochę już tak. Odchudzić? Za jakie grzechy? Toć to wysiłek na długie miesiące! Poszedłem na kompromis i postanowiłem zerżnąć kupę, a do zdjęć wyjść na czczo. No, po dwóch batonikach z czekoladą, ale nie więcej. I stanąć pleckami do foty, żeby nie pokalać obrazu opuchlizną brzuszną miękko spływająca w strefę intymną.


    Przegląd sierści poszedł już mniej komfortowo. Niedostatki na biegunie północnym rekompensowała sierść rosnąca dosłownie wszędzie poza łbem. Jeszcze który głupek pomyli tyłek z głową i będzie śmiesznie. Zapuścić na łbie wymagałoby magika, łatwiej będzie tyłek ogolić. Fryzjerzy po ogólnokrajowym cięciu łbów w szlachetnym celu mają pewnie wolne moce przerobowe i dobrze rozgrzane ręce. A skoro tyłek, to i nogi, plecy, pachy i te tam… utensylia. Znaczy genitalia. Bez depilacji ani rusz. Aż dziw, że tyle wytrwałem w stanie dziewiczym, choć samo dziewictwo pożarła dawno temu pewna niezwykle zachłanna niewiasta.


    Trzeba uczciwie przyznać, że nago kobieta wygląda lepiej od mężczyzny. Nic nie majta, opływowe kształty, nic tylko przytulać. Zmienić płeć? Trochę za dużo zachodu dla paru fotek, nawet w szczytnym celu. Poza tym głos. Też wypadałoby go jakoś zmiękczyć. Właśnie! Czy ja będę coś gadał? Warto byłoby zadbać o struny głosowe i miękkość wypowiedzi. Taki głos, jak ma kobieta po spełnieniu. Albo Czubówna w szczytowej formie. Jak to zrobić bezkosztowo, bo przecież ekonomia klęknie na etapie cywilizowania ciała z futra? Eureka! Zenuś pomoże! Zenek gejem nie jest, ale praktykującym erotomanem. Zerżnie wszystko, co ma choć cień dziurki, a jak nie ma, to zerżnie podejrzenie dziurki. Przynajmniej tym się chełpi. Strach go do domu zapraszać, bo dziurka od klucza ma tak intrygujący kształt, że gotowa stać się nieodpartą i ulegnie. Po wizycie Zenka głos będę miał uduchowiony i o oktawę wyższy. Nie wiem tylko, czy jestem gotowy na taki zabieg, ale to wyjdzie w praniu. Znaczy w naturze.


    Podsumowując założenia – kasę na depilację permanentną zabezpieczyć, Zenka uwolnić od nadmiaru nasienia i kontrolować, czy osiągnąłem optymalną wysokość zaśpiewu, powiadomić zaprzyjaźnionych fotografów i pismaków o zamiarze, odziać się tak, by gdy rozdziać się przyjdzie nie wyglądać jak marabut walczący z padliną i uśmiechać się do kamer nawet dupskiem. Kiedyś, gdy mieli klisze było łatwiej – parę fotek i zmieniali film, a teraz? Karta pamięci gotowa pochłonąć wiedzę współczesną i mieć miejsce na ploteczki. Uśmiechać się trzeba godzinami i nie pozwolić na grymas, bo na pewno uchwycą. Myśleć o czymś przyjemnym, broń Boże o Zenku. Wytrzymać i patrzeć, jak rosną słupki i zasięgi. Raj w zasięgu ręki. Plan jest doskonały i nic nawalić nie może.


    Och! Jeszcze cel szlachetny trzeba ustalić! Najlepiej wielki, bo im większy, tym chętniej zlatują się padlinożercy. Wolność dla murzynków z Kenii i miejsce do życia nieopodal Wenecji? Wolność dla całej Afryki i furtka do Europy czynna 24/7? Wolność dla niewiast z całego globu? W sumie bez różnicy, bo kto o celu pamięta, gdy goła dupa na wierzchu? Z ostrożności procesowej warto jednak zadbać o cel. Kto wie, co się zdarzy za parę lat? Bezpieczniej, żeby cel jednak był i to konkretny, trudny do zanegowania nawet przez oportunistów. Wolność dla całego świata? Szczęście wieczne? A co mi tam! Jak iść, to na całość. Własną wszak dupę poświęcam – WOLNOŚĆ DLA CAŁEGO WSZECHŚWIATA! I OKOLIC!


    PS.1 Akcja była nad wyraz udana. Zadowoleni niemal wszyscy. Zenkowi z buzi banan nie schodzi, paparazzi i pracownicy WORLD PRESS zachwyceni. Po wielogodzinnej sesji zdjęciowej, gdy słupki i zasięgi zaczęły wzrastać ku niebu i czekałem zaproszenia na panteon, gdzie wszyscy bogowie mieli się kłaniać i podawać schłodzone drinki (po cichutku pytając o Zenka) zostałem strącony w otchłań bez dna. Bezlitosny administrator sieci skasował moje konto. W lakonicznej informacji przysłanej do mnie – nadużyłem. Ja? To Zenek mnie nadużył! A jeśli paparazziowie zrobili nadmiar zdjęć, to też nie moja wina. Chciałem walczyć z jawną niesprawiedliwością, jednak werdykt był nieubłagany i ostateczny – nadużyłem słowa dupa. Samo w sobie wielkim grzechem nie jest, za to sugestia, że jestem skłonny do nadużyć wypływa na wierzch jak gówno w wodzie. A z nadużyciami walczyć trzeba. Teraz, sławny jest administrator-pogromca. Strażnik prawości i cnót wszelakich.


    PS.2 Dzwonek do drzwi. Zerkam przez Judasza, a tam Zenek z wielkim bukietem róż. Odwalony jak na chrzciny pierworodnego. Chyba chce mi się oświadczyć. Co robić?

niedziela, 16 sierpnia 2026

Ekstrakt o konsekwencjach długiego życia.

 

    Jeśli umierając, przenosimy się do lepszego świata zachowując doświadczenia stąd, może lepiej nieść ich możliwie najmniej? Życie jest zaborczą pokusą, a obietnica lepszego świata pozostaje bez gwarancji. Więc żyjemy zbyt długo i na tamten świat trafiamy od razu starzy i niedołężni – okropność!

piątek, 14 sierpnia 2026

Mąż mężnie stężał w tężni.

 

    Starszy pan powoził rowerem w białych rękawiczkach i bynajmniej nie była to przenośnia. A w autobusie mocno zbudowany byk czyścił okulary przeciwsłoneczne, bo słońce zdołało wspiąć się na widnokrąg i wabi ciała stęsknione ukropu. Kozacy wysłuchują porannych instrukcji na wypadek przerwania linii frontu i blitzkriegu, mogącego jednym kopem pokonać ze trzy tysiące kilometrów, by dotrzeć do Miasta.


    Na chodniki i ścieżki rowerowe sypia się dojrzałe mirabele i ałycze. Rozdeptane sfermentują jeszcze dziś, ku radości os i szerszeni. Gdyby jemiołuszki o tym wiedziały… Ech! To dopiero pijanice! Uwielbiają sfermentowane owoce, a potem odsypiają na trawnikach bo izb wytrzeźwień dla ptaków jeszcze nie wynaleziono. Dla os i szerszeni też nie. F3 TERRA – na dziś jedyna tablica warta zauważenia.


    Łysy gość ze swą lubą siwiuteńką jak gołąbek zadowolony wraca z wakacji. Nie grozi im niepożądana ciąża i być może stąd zadowolenie. Zaraz potem dwie panie turlają swoje walizy. Blondyna bladouda idzie obok opalonej brunetki. Niby razem a wygląda, jakby jedna wyjeżdżała a druga wracała z urlopu. Motorniczanka pod krawatem kolebie się w siodle z zauważalną satysfakcją. Tańczy w rytm wertepów i chyba-muzyki. Za oknem kolejne kozaczki dopełniające minispódniczkę tak krótką, że kwestia bielizny przestaje być zagadką. Ów trend jakoś mnie ominął i teraz za każdym razem łapię się, że zaskakuje odwaga dziewcząt.

czwartek, 13 sierpnia 2026

Boję się boju z obojem o boję.


    W Mieście pojawiły się pierwsze kurtki i grube bluzy z kapturem. Jeszcze nie masowo, ale już zauważalnie. Zamiast szortów do kompletu z kozaczkami. Piękne, okrąglutkie panie rozświetlają poranek swoja ruchliwością. Niebo poszatkowane bez ładu i składu przyniesie (być może) zmianę pogody. Intryguje mnie jak wyglądałby klimat, gdyby tak na dwa-trzy tygodnie wprowadzić zakaz wszelkich lotów. Z filozoficznych rozterek wytrąca mnie młodziutka dziewczyna sprawdzająca własną urodę w telefonie. Najwyraźniej udało się, bo uśmiecha się dyskretnie i nieco tryumfalnie. Skrzynkę energetyczną zdobił stary afisz reklamowy targów turystyki i czasu wolnego Zafrapowała mnie ta druga ewentualność i troszkę żałowałem, że nie poszedłem. Może kupiłbym sobie nieco wolnego?

    W drodze powrotnej słońce zdążyło się rozgrzać i było więcej niż miło. Spotniałem i powstrzymywałem się od zipania. Za to młodziuteńka dama w okularach studziła myśli wachlarzem, co okazało się niewystarczające. Aby poprawić komfort jazdy, psim wzorem otworzyła paszczę i wywaliła jęzor na wierzch. Druga, tym razem doświadczona w bojach damsko-męskich smoczyca trzygłowa podparła niebagatelny biust ramionami i sprawdzała czy na mnie działa. A i owszem, trudno, żeby nie. Żeby nie prowokować eskalacji starałem się sięgać wzrokiem w inne kierunki, co chyba smoczycę zniechęciło do kontynuowania jazdy w moim towarzystwie.

środa, 12 sierpnia 2026

Plamy z palmy spalmy napalmem.



    Dość wulgarnie wyglądająca niewiasta, zamiast podkolanówek nosiła tatuaże, których nie mógł zauważyć maszerujący zabawnie facet sczytujący dane z telefonu. Przypominał mi bohatera nieistniejącej kreskówki w stylu „Sąsiadów”.

    Słońce przedzierało się przez gąszcz obłoków skupionych, by nie dopuścić do słonecznych swawoli, jednak promienie zuchwale cięły tak niebo, jak ziemię. Na razie chłód zapowiadający już jesień i ręce głęboko kieszeniach. Stałem na przystanku i obserwowałem absurdalny sport – ludzie wytężali zmysły, by odkryć jaki tramwaj nadjedzie. I już z daleka „sprawdzali” jego numer. Tak, jakby mogli wsiąść szybciej, niż pojawi się na przystanku. Odczyt pewniejszy i bez niespodzianek czy zawodów.

    Po południu całe piękno Miasta wyszło mi naprzeciw. I teraz nie wiem, czy dla mnie, czy mimo mnie. Z ciekawszych tablic rejestracyjnych odnotowałem D0 ALP, D7 NESSIE, D0 EAT i D0 ROZEK – dorożek, czyli męska dorożka.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Erotyzm rozsiewczy.

 

    Jądra mi już całkiem spuchły od uporczywego nieużywania, a samym lizaniem, daleko uciągnąć nie zdołałbym. Zaprzyjaźniona kotka wypowiedziała mi tak przyjaźń, jak i wzajemność prokreacyjną, uniosła ogonek do góry i kręcąc kuperkiem na pożegnanie (żeby mnie podpalić do krwi) odeszła w siną dal. Nic więc dziwnego, że od pewnego czasu na każdego przedstawiciela kociego gatunku patrzyłem łakomie. Mezalians międzygatunkowy nie przyszedł mi (na razie!) do głowy, ale patrzenie, co kto pod ogonem nosi uznałem za drugorzędne. Najwyraźniej stałem się erotokotem i wnętrze łba opanował seks. Na wyłączność, dowolnie rozpasany i niekoniecznie grzeczny. Najwyraźniej „myślałem za głośno”, bo młody kocurek popatrzył na mnie tak jakoś, jakby ważył mnie i moje hipotetyczne wado-zalety. W końcu powiedział:


    - OK! Raz się żyje. Poszalejmy!


    - Och! - Tego było mi trzeba. Nic więcej. Ruszyłem w tany, a kocurek (jak on miał na imię) nie dość, że dotrzymał mi kroku (powiedzmy, że kroku), ale wykazał się inicjatywą, od której przed rumieńcem ocaliło mnie futerko, roziskrzone, podniecone i szalejące. Bezpieczny seks! Cudo!


    Kiedy miłosny zapał pokonał nasze słabe ciała, zasnęliśmy na sobie, w sobie, poplątani, zakochani, dumni i szczęśliwi. Nigdy mój pyszczek nie cieszył się równie szeroko. Gdy się obudziłem, kocurka (jak on miał na imię) już nie było. Polazł gdzie, jak to koty. Czasy ciężkie, więc nawet spontaniczny, improwizowany seks się liczy. A z kocurkiem (jak on miał na imię – jak napisać otwierający cudzysłów dużą literą?) seks zdarzał się częściej. Częściej niż sporadycznie. No! Zdarzał się i był powtarzalny. Powtarzalnie zachwycający. Kto by liczył orgazmy? Chyba tylko stuknięty księgowy.


    Pewnie coś spieprzyłem, bo za którymś razem kocurek (jak on miał na imię) zdawał się być nieswój i mniej zaangażowany. Jeszcze trochę i zacznie udawać orgazmy! Przyjrzałem mu się nieco przytomniej, jeśli w pełnym wzwodzie można zachować przytomność. Chyba mu się nieco utyło. Nie wiem, gdzie żreć chadzał, ale karmili tam wybornie. Nabrał boczków i na pysku wyokrąglał. Ładniutki taki. Puchatek. Baryłeczka. Mój kocurek (jak on miał na imię)…


    Wreszcie przy kolejnym spotkaniu powiedział twarde i stanowcze nie! Normalnie zwiędłem z wrażenia. Smutek zgasił płomień namiętności. W kocurku (jak on miał na imię) szybciej, niż we mnie. A choć żebrałem i błagałem, choć obłaskawiałem mojego kochanka, ten tylko kręcił głową i trzymał mnie na dystans. W końcu nie wytrzymałem i krzyknąłem:


    - O co ci chodzi? Czy źle nam jest ze sobą?


    - Nieeee… zamiauczał jakoś tak łzawo, ale ja… jestem w ciąży


    - No i szlag trafił bezpieczny seks, a kocurek (jak on miał na imię) okazał się kotką. Tylko patrzeć, jak zadrze ogonek i kręcąc pupka pójdzie w siną dal.

Przestawiłem zastawkę na stawie, by postawić tam zastawę. Stawy w stawie ustawiłem i podstawkę podstawiłem.

 

    Rudowłosa bogini w błękitnej sukience jednym ruchem biodra zabrała wzrok. I nie puszczała. Jej biodra stać było na kolejne i kolejne ruchy. Mało mi głowy nie ukręciło, gdy autobus odjeżdżał stanowczo zbyt szybko. Szybkim krokiem przemierzałem Halę Targową z misją zakupu chrzanu, więc poczułem się „w temacie” podsłuchując komentarz straganiarki: śremskie się pojawiły, znaczy kończą się ogórki!

Ból w Kabulu.

 

    Wczorajszym popołudniem zwiedzałem dzielnicę, do której zwykle mi za daleko. Jeśli mnie wzrok nie zwiódł, na szarej okurzonej elewacji znalazłem przesłanie PALMY PLONY BANANÓW. A potem to już wracałem do domu i przy Wzgórzu Sakwowym dostrzegłem brodacza siedzącego w trawie i rozmawiającego z klonem, mimo że interakcja była znikoma.


    Dzieje się coś niedobrego. Ze mną. Sezon wakacyjnie nieuchronnie zbliża się ku końcowi, a z nim sezon na siniaczki, a ja dotychczas nie odnotowałem żadnego zasługującego na zauważenie – tracę wzrok, czy kobiety stały się ostrożniejsze? Panna z pępuszkiem na wierzchu opierała się o filar arkad, a biodrami rytmicznie wykonywała ruchy frykcyjne. Autobus odjechał nim osiągnęła spełnienie. Trochę szkoda, bo zanosiło się na wytrysk z tych kompletnie nieoczywistych.


    W dni robocze po dwakroć mijam przybytek obwieszony autoreklamą pod nazwą ENEL MED. I za każdym razem, bez udziału świadomości przetwarzam ów napis na MENEL ED. Cóż. Nie jestem dobrym człowiekiem. W jadącym równolegle autobusie widzę wysiłki „kanarów” kontrolujących bilety. Wśród pasażerów zwykle przeważają Kozacy, choć czarnoskórzy przestali być niespodzianką.


    Na osiedlu pachniało podgrzaną cebulką. Początkowo sądziłem, że ów aromat ciągnie się za panią w stroju nie posiadającym części plecowej, ale nie – zapach opanował połowę drogi. Z tego wszystkiego zacząłem dumać, czy można wybrzuszać się nie tylko na brzuchu, ale i gdzie indziej. Na plecach? Wypleczać? Na du… no, no! Nie przesadzajmy!