Pękły pąki na czarnym bzie i
gałęzie zazieleniły się „testując” wiosnę. Żywopłoty
berberysowe nabrały wiśniowej barwy, a wierzby od jakiegoś czasu
pysznią się żółcią witek. Na rekultywowanym wysypisku podglądam
martwe (zmartwione?) drzewa. Miasto uśmierca nie tylko ludzi.
Chyba-małżonka kierowcy dziś
najwyraźniej nie spieszy się nigdzie, bo zawodowiec karnie stanął
w kolejce za autobusami innych linii i ani myśli szaleć. Jedziemy w
kolejce, jako trzeci wagonik, a za nami powinny być jeszcze
najmarniej dwa. Rozkład jazdy ułożony jest tak, by hurtem pchnąć
w trasę wszystko i mieć kwadrans spokoju. Po co, to już nie wiem,
ale składy podróżne kursują regularnie siejąc grozę na
buspasie. Chyba-małżonka, dziś w permanentnej czerni, spod której
ostrożnie wynurza się biel bielizny, co skłania mnie do dumania,
czy bielizna musi być biała, oraz czy pozostałe kolory powinny
posiadać odrębne miano. Rzecz mnie przerasta, więc szukam
łatwiejszych łupów. Blondynkę z długim końskim ogonem
samozwańczo ochrzciłem Płowa, co natychmiast zwiększyło jej
atrakcyjność. Wysiadając merdała tym, co ewolucja zostawiła jej
z ogonka i muszę przyznać, że to były fascynujące manewry.
Zerkam na dwie, zaangażowane
elektronicznie kobiety. Jedna pali, druga gada, a obie w pikowanych
kurteczkach, na które wywaliły wielkie kaptury z warstwy głębszej.
A potem na panią, co założyła płaszcz długi do kostek i z
rozcięciem, w którym pupa swobodnie się mieściła. A skoro tak,
grzechem byłoby na tyłek wciągnąć coś więcej jak leginsy.
Damską monotonię przerywa „siedzący” na ławce pulchny
kartonik śmietanki 18%. Sąsiednią ławkę okupuje granatowa kapota
rzucona bezładnie. Ludzie stoją, rozglądają się niepewnie.
Najwyraźniej konkurencja speszyła chętnych na czekanie w pozycji
siedzącej, bo nikt nie atakuje bezczelności blokującej miejsca.
Radio przynosi mi fascynującą
informację na temat prezydenta z ust samego premiera – podobno
„polska ulica zastanawia się, czy to zdrada”. Ciekawe, kiedy pan
premier był na ulicy i rozmawiał z prawdziwym „zwyklakiem”?
Zapewne w czasach zamierzchłych. Prędzej w gębę ulicy wpycha
swoje opinie w ten sposób zabezpieczając się przed nieuchronnym,
prokuratorskim oskarżeniem o zniesławienie głowy państwa. Chyba
chodziło o te miliardy, które zamierza (za zgodą UE) ofiarować
Krainie U i francuskim, czy niemieckim firmom zbrojeniowym. Ja się
nie zastanawiam. I nie wiem, czy jestem ulica.
Z powrotnym kursem dzieje się
mnóstwo.
Spoza olbrzymiego tornistra atakują
przestrzeń kończyny całe na różowo i kitka, która dopiero ma
być końskim ogonem. Gdy w końcu zerkam na obrazek z przodu
zaczynam się uśmiechać. Dziewczynka szczuplutka, z długimi rękami
i nogami podryguje, gestykuluje i tańczy, śpiewa, rozmawia ze sobą
i wzbudza taką masę radości, że trudno się nie uśmiechnąć.
Pani siedząca obok mnie i wtulona w torbę z kotami (wzór z Temu)
nie widziała dziewczynki, a na mnie patrzyła podejrzliwie.
Spoważniałem, szczególnie, gdy zobaczyłem gościa w rozmiarze
uzasadniającym telewizory powyżej siedemdziesięciu cali. Gość
szedł tuż za zgrabną dziewczyną w szarościach i chyba żal mu
było, ze nie idzie obok. Współczułem jemu i jej, na wypadek,
gdyby jednak doszło do czegoś więcej jak marzenia. Cóż taki
kruchutki dmuchawiec miałby do gadania w obliczu pożądania
wszechświata?
W autobusie ogłusza mnie i
oszałamia podsłuchany fragment rozmowy telefonicznej. Nastolatek, z
tych młodszych, informuje kogoś, że do szkoły zrobił sobie tort.
We łbie szukam podejrzeń, ile czasu na to poświęcił, gdy okazuje
się, iż chodziło o tost. Z parówką… Czytająca książkę
dziewczyna nie udźwignęła kozackiej paplaniny i przeniosła się
na drugi koniec autobusu, by móc w spokoju poczytać. Przede mną
stanęło wyblakłe małżeństwo z wózkiem. Stroje, cera, nawet
oczy mieli wyblakłe i skryte za okularami. Chyba w eskalacji
rodzicielstwa przekazali wszystko, co mieli dziecięciu.