Celem rozmienienia mienia
wstąpiłem do zakładu chwalącego się permanentną czynnością
24/7, a tam niespodzianka – cisza nieskalana. Nikt nie podaje
towaru, nikt nie kasuje kasy. Wyszedłem oszołomiony nie zniżywszy
się do zakupu czegokolwiek w cyberszopie, bo w końcu zakupy, to
miała być przyjemność, okazja do gawędy niechby nieistotnej.
Zupełnie tak, jak niektóre panie idą do fryzjera bardziej
towarzysko, niż z potrzeby wyprostowania czegoś na głowie, czy
podkolorowania niesfornych myśli. Obok na moje szczęście stał
inny zakład, czynny w nieco mniejszej rozpiętości godzin, za to z
obsługą ogrzewającą dyskretnie biust, korzystając z ciepełka
wydzielanego przez rumieniące się na ruszcie kiełbaski do
hot-dogów. Przy okazji niejako obsługa wirtualnie sprawdzała, czy
poziom urody jaki prezentuje podoba się temu, dla którego ów
wygląd miał stać się prezentem w pełni zasłużonym, lecz nigdy
wysłużonym.
W tym wszystkim ja, niemalże jak
petent namolny chcący nacieszyć się szerokością gamy towarowej,
zadać dwa, czy trzy pytania testujące luksusowość przypadkowych
produktów, aby zapoznać się z fachowością komentarza obsługi.
Owszem, nieco obawiałem się, że odpowie mi językiem wojny, ale co
robić? O tej porze miałem do wyboru jedynie te dwa zakłady jawnie
oferujące konsumpcję, byle poza obrębemsklepu.
Obrąbsklepu,
to pojęcie tajemnicze i nie wiadomo, czy obejmuje tylko sklep z
wycieraczką, aureolą zapachową piekących się niespiesznie
kiełbasek, czy także z łuną świetlną moszczącą się
rozpustnie na mocno wytłuczonym chodniku.
Obsługa obrzuciła mnie
spojrzeniem szacującym i najwyraźniej zaliczony zostałem do
kategorii niegroźny i
wypłacalny, bo powróciła
do negocjacji z monitorem i monitem dotyczącym zwiększenia pakietu
achów i ochów uwzględniającym jej szczególnie duże bieżące
zapotrzebowanie na komplementy w sumie bardzo konkretnie wymuszone na
monitorze. Monitor nie posiadał instynktu samobójczego i
natychmiast zapłonął uczuciami tak żarliwymi, że biust obsługi
zrezygnował ze wsparcia kiełbasowego ciepła, promieniejąc od
napływającego zachwytu. Z taktowną zazdrością chciałem dołączyć
do ciepłego biustu i również pobrać stosowną dawkę
komplementów, jednak wzrok obsługi na widok hipotetycznej
konkurencji zgęstniał i niemal przepalił mnie na wylot,
jednoznacznie alienując mnie z kręgu pochlebstw i wyznaczając
rozległą granicę własnej, brutalnie sprowokowanej łagodności.
Odstąpiłem w alejki pełne kolorowych etykiet i promocji tak
licznych, że musiałem chwycić się czegokolwiek bo błędnik mi
się rozszalał i deprawował obietnicą chłodu kafli w stonowanej
barwie, którą najłatwiej byłoby nazwać zakurzonym (przez
klientów?) różem.
Czas, to pieniądz
– pomyślałem i poczułem się zarobiony i skłonny do
zdefraudowania części wygospodarowanych środków, jednak bez
wsparcia obsługi poczułem się bezradny jak osiołek przed pełnymi
żłobami. Wiadomo, facet ma bloki decyzyjne inaczej sformatowane niż
niewiasty, co w kategorii zakupy plasuje mężczyznę na poziomie
przedszkolaka, najwyżej nierozgarniętego pierwszoklasisty i bez
fachowego wsparcia defraudacja mogłaby zakończyć się utylizacją,
albo anihilacją defraudanta. Pojedynek z błędnikiem i blokiem
decyzyjnym trwały wystarczająco długo, by obsługa napasła się
komplementami po uszy i zaniepokoiła brakiem kontaktu wzrokowego z
klientem, który najwyraźniej zaginął w alejkach i bez mapy do
wyjścia nie trafi, a wiadomo, klient zaginięty gotowy
nieoczekiwanie zdechnąć, a następnie cuchnąć rozkładając się
na podłodze i-kto-to-posprząta-pytam-się-grzecznie?
- W czym mogę pomóc –
odnalazła mnie błyskawicznie, wiedziona instynktami, albo
doświadczeniem. Kto wie, czy nie miała zaszytego monitoringu w
jednym z ócz? – Proponuję czekoladę trzy w cenie dwóch. To te
ze środkowej półki. Oczywiście ma pan aplikację?
- Oczywiście nie mam –
wydukałem – ale poco mi trzy czekolady?
- To może cztery gazowane napoje
po półtora litra każdy i kolejne dwa w gratisie? Butelki kaucyjne,
można je zwrócić w każdej chwili… jeśli ma się paragon.
- Nie przyjechałem ciężarówką…
- zawahałem się nieco widząc, jak pod wpływem zaimplementowanych
z monitora komplementów stała się rozrzutna – A poza tym gaz
mnie wydyma i gdybym je wszystkie wypił, musiałbym drzwi otwierać
pępkiem. Nie wiem, czy potrafię i czy chcę.
- To może kiełbaskę, albo kawę
na wynos? Duża w cenie średniej – nawet Adam nie był tak
kuszony, jak ja. A ona, fachowiec, wiedziała, że ulec muszę i
postanowiła dać mi czas. Nie, żebym ochłonął, ale żebym zmiękł
dostatecznie. Czas marnotrawny miał się wszak zamienić w brzęczącą
monetę. Im więcej poświęcę go na zakupy, tym bogatszy będę i
wyjdę bardziej objuczony. Sam czułem już rosnące mi na grzbiecie
garby, zupełnie nieświadom, że kolejne wielbłądy z błędnym
wzrokiem oswajają się z myślą, że choć psy szczekać będą,
karawana pójdzie. A my z nią.
- Ach! Zapomniałabym! – pani
wróciła do mnie, a jej gorrrący biust sugerował, że to chyba
przedostatni raz – cztery batony koniecznie musi pan wziąć, by
dostać kolejne cztery w prezencie od FIRMY. Tylko dzisiaj, bo od
jutra zacznie się inna promocja, o jeszcze nie znanej eskalacji.
- Biorę – wykrztusiłem z
przejęciem, bo przecież tego majątku naprodukowałem
bezproduktywnie tyle, że czas wreszcie poczuć dumę utracjusza z
dokonań – proszę zapakować. I te czekolady też, później
pomyślę, jak je zagospodarować.
- I słusznie. Czekolada, to
czyste szczęście serwowane w kostkach. Jak uśmiech panu zgaśnie…
ojoj… Powinien pan wziąć co najmniej trzy zestawy. Szczęśliwość
pana najwyraźniej zasiedziała się po ujemnej stronie osi i czas
najwyższy wyciągnąć pana na długi spacer tą prostą w świetlaną
przyszłość. Zapakować? Ekotorbę dołożę od siebie za grosz.
Ale musi pan mieć aplikację. Mogę założyć od ręki. To jak?
Kiwnąłem głową, wstydząc się
wyznać, że zawojowała mnie swoim szczebiotem i gdyby tylko
chciała, kupiłbym cały ów przybytek, razem wielbłądami
czekającymi na objuczenie i każdą dostępną aplikacją. A kiedy
już wiatr owiał mi spocone czoło, gdy przymierzałem się do
formującej się karawany pogryzając czekoladę dla wspomożenia
szczęśliwości mej ubogiej poczułem, że takiej niewiasty mi
trzeba by poprzez wieczność wieść życie pełne uniesień i
dostatku.
- Sielankę czas napocząć! –
ryknęło zwierzę we mnie.
Pognałem do kwiatomatu i
wybrałem najdroższy z nudzących się tam bukietów. Mamrocząc coś
na kształt na głowie
kwietny ma wianek
(oczywiście na miarę mojego talentu) wracałem się byłem do
zakładu czynnego mniej niż 24/7 i „mojej” przyszłej. Z zakładu
wychodził jakiś smętek blady, ale co-mi-tam. Nygusami bez wizji
zajmować się nie zamierzałem, tylko posiąść TĘ JEDYNĄ. Nie
bacząc na smutasów, na przyszłe wielbłądy i inne deprymujące
istoty pognałem ku wybrance i padłem przed nią na kolana wyznając
uczucia, a jąkanie ukrywałem zasłaniając się bukietem.
- Dziewięć! – łudziłem się,
że usłyszę proste tak, ale w głosie Mojej Nowej Pani brzmiała
nieskrywana duma podparta danymi statystycznymi – Zaledwie w
godzinę! To nowy rekord zakładu, premia murowana!
Oszołomiony wciąż klęczałem,
a Wybranka ignorując mnie stukała w wirtualne klawisze niczym
wirtuoz. Chwilę później pod Zakład podjechał pryszczaty dryblas
i zapakował do skrzynki mój i osiem innych bukietów. Odebrał też
całusa od Mojej Wybranki nim poszedł do samochodu. Na bocznej
ścianie dostawczaka pyszniła się reklama:
Kwiaty z dostawą do domu i
kwiatomatów. Realizujemy zamówienia telefoniczne i pocztą
elektroniczną. Rozliczne rabaty dla stałych klientów.