Szok.
Wystarczyła chwila nieuwagi i już mi zwalili na łeb całą
piramidę. Ci Egipcjanie, to żadnego umiaru nie znają. Eskalują
niebezpiecznie i stosują drastyczne metody. Fakt, ja także nie
byłem szczególnie łagodny, ale PIRAMIDĘ? Kupa kamieni, a każdy
cięższy od sarkofagu, który, jak każdy szanujący się budowniczy
wie, składa się z siedmiu warstw, pod które wpycha się truchło
faraona, gdy już słońce pustyni wyssie z niego ostatnią kroplę
życia. Ciężar nieznośny. I wyjść nie za łatwo, kiedy świętych
kamieni mrowie leży na czło… przepraszam, na duszy. Bo duchy, to
mają dusze? Chyba jakoś tak. Upiory mogą mieć coś innego, a ja
miałem partę tysięcy lat, żeby wymyślić, cóż to takiego, ale
mi się nie udało. Tymczasem, wiadomo – zwaloną piramidą nikt
się nie zainteresuje, chyba, że piramidalny idiota zechce materiał
na chałupę pozyskać, ale głupota karana jest i na ciele i umyśle
i taki długo by nie pożył, jak mu chałupa zacznie odstawiać
misteria, a hieroglify, niczym ogniste mrówki zaczną obłazić
ściany w poszukiwaniu żeru.
Siedziałem
tedy, jeśli można tak określić wykonywaną przeze mnie
bezczynność pod kupą świętych kamieni, a informacje o mnie
zatarto we wszystkich możliwych papirusach, jak i w kamieniu
świątyń. Wiatr przyniósł plotkę, jakoby nawet mój ciemiężyciel
nie mógł się pochwalić sukcesem, żeby jaka przechera nie
usiłowała mnie wydostać. Tak więc – słuch zaginął, ślad
także, a restrykcje cenzora sprawiły, że wkrótce byłem bardziej
mitem i legendą, niż ciałem… znaczy duchem.
A
przecież pamiętałem lata świetności, gdy strach wypełniał
tuniki poddanych cuchnącą mazią, gdy składano mi w ofierze co
bardziej cnotliwe dziewki, a ja nijak nie mogłem zrozumieć, czemu
przysyłają te niedoświadczone, co na sam widok mojej nagości
darły mordy, albo zgoła mdlały. Nekrofilię musiałem uprawiać, a
one potem, gdy do dom wykopałem mówiły o cudzie niepokalanego
poczęcia, a później, te moje łebki szwendały się po świecie
zajmując się raczej czarnorynkowymi spekulacjami, piractwem i innym
popłatnym rozbojem, gdy co zuchwalsi taplali się w politycznych
intrygach i pałacowych zabawach, o których lepiej nie wiedzieć.
Taaaa… Synkowie mi się udawali, o córkach nie wspomnę, bo trochę
się nie godzi, a ich zuchwałość nawet mnie zdumiewała. Dość
powiedzieć, że rzadko która doczekała pierwszych zmarszczek, bo
życie wiodły upojne i pełne ekscesów.
Sam
również stawałem się coraz bezczelniejszy, pożerając wątroby
jeszcze życiem ociekające, wymuszając daniny i hołdy, których
nigdy nie było mi dosyć. Syciłem się strachem maluczkich, a oni,
w tych swoich małych główkach knuli fantasmagorie, że mnie
poskromią, zniszczą, ujarzmią i wezmą na arkan. Sądzili, że
zostanę wierzchowcem, którego wystarczy między udami ścisnąć,
bym kręcił kółeczka merdając ogonem. Wymyślili rytuały tak
zawiłe, że mało ze śmiechu nie pękłem, widząc co wyczyniają,
bym przyszedł i był im powolny… A kiedy chcąc zrobić psikusa
brałem udział w tych obłędnych misteriach, obserwowanie mistrzów
sądzących, że mają nade mną władzę było rozrywką nie do
pogardzenia. Parę co wytrawniejszych pomysłów zrealizowałem,
patrząc na rosnącą dumę Magistrów Wiedzy Tajemnej, a oni puchli
i stawali się coraz bardziej roszczeniowi. Wtedy opuszczałem ich,
patrząc, jak Majestat wypruwa z nich flaki, a oni złorzeczą, do
końca wierząc, że wrócę i pokaram Pomazańca za tę
impertynencję.
Niestety.
To wszystko szlag trafił, gdy na łeb mi zwalili świętość
ciężarną. Żadnego umiaru, ech! Siedziałem więc, a może
leżałem, przygnieciony kamulcami, z których każdy dźwigał
ciężkie mantry i zaklęcia, jakich sam używałem z rzadka, żeby
nie przesadzić. Ileż razy można zesłać na świat deszcz żab?
Raz wystarczyło i już France nauczyły się to żreć i eksportować
na cały świat, jako paryski przysmak. Krwawe rzeki? Daleko na
wschodzie zupę z krwi zaczęli warzyć i raczyć się kaszanką,
wmawiając pielgrzymom, że to ludowe, swojskie i najbardziejsze na
świecie. Ci ludzie, to we wszystko uwierzą! Nieprawdopodobne. A
kiedy głodną szarańczą cisnąłem rozlewając plagę po równo -
uprawom i osadom, to w Państwie Środka natychmiast spreparowali zeń
szaszłyki i inne dania łaskoczące podczas przełykania. A ja nie
zamierzałem karmić świata, tylko go ujarzmić. Trudny los Bicza
Bożego, czy jakiegoś tam. Dupy sobie wymyślonym panem nie
zamierzałem zawracać, niech spece od mitologii kombinują, co ze
mną zrobić, a ja ich jeszcze zaskoczę!
Lipa
straszna. Nuda wygryzała we mnie dziurska kosmiczne, a pomysłu na
czmychnięcie z niewoli ani śladu. Po odgłosach z zewnątrz
poznałem, że czasy się zmieniają, że ludzie miękną, stają się
słabsi, ale kamienie wciąż trzymały mocno. Wreszcie, gdy już ze
mnie znudzone rzeszoto zostało, trafiła się okazja. Jedna na
milion? Na trzy tysiące lat, jak się wkrótce okazało. Złodziejska
szajka chciała się dobrać do ruin piramidy i podebrać ukradkiem
ze skarbca złoty ząb faraona, albo bogato zdobiony pas cnoty
księżniczki sprzed wieków. Durnie. Szanujące się księżniczki,
jeśli już coś nosiły w obrębie bioder, to raczej noże nasączone
trucizną, albo zabawki erotyczne umilające czas oczekiwania na
księcia z bajki. Na ogół jedno i drugie.
Kończąc
dywagacje (jakiś taki rozwlekły się stałem z wiekiem, ale to z
nudów niekończącej się niewoli – przepraszam, gdy tylko się
uda wyrwać nadrobię i będę tak lakoniczny, jak pejcz w drodze na
plecy niewolników. I w końcu się stało. Złodzieje podkop zaczęli
i okowy świętych bloków naruszyli. Zachłanni byli, dziobali
ziemię jak krety, aż poczułem wiatr w nozdrzach. Jeszcze dobrze
się nie osypała ziemia znacząc ścieżkę ku wolności, gdy
zatopiłem zęby w sercu górnika na froncie. Był pyszny. Może
nieco przesadził ze sfermentowanymi trunkami, ale po wiekach głodu
nie byłem wybredny. Czknąłem, beknąłem i byłem gotów na drugie
danie. I trzecie. A także na każde kolejne. Złodziei było raptem
pięciu na szychcie, a organów mieli nie za wiele. Wystarczyło,
żeby co większe dziury pozalepiać we mnie. Zgnuśniałem pod tym
gruzem. Niewiele brakowało, a bym się tuszą własną uwięził.
Ledwie wyczołgałem się z tunelu. Teraz mogłem już ucztować bez
umiaru, lecz przezornie zmieniłem kontynent. Wiadomo –
strzeżonego… Zaraz, zaraz, co ja tu za banialuki plotę.
Czmychnąłem z ostrożności. Świat się zmienił, a ci tu, być
może pamiętają moje szczytowe osiągnięcia i wciąż mają
wiedzę, jak knuć, by mnie znów pogrzebać.
Postanowiłem
oddalić się incognito, nie zdradzając, że się wydostałem. Jak
rozpoznanie przeprowadzę, to się zastanowię, czy kraj piramid
nawiedzać, czy zmienić klimat. Ku północy pognałem, ale tam
zmarzły mi te… jaja. Ludziska ubrane tak grubo, że nim się
przegryzłem przez te warstwy, by dobrać się do jedzenia, że się
zmęczyłem. Na wschód pognałem, bo tam, gdzie wschodzi słońce
powinno być cieplej, ale gdzie tam. Ale tam owej kaszanki
skosztowałem. Przereklamowana nieco, choć da się żyć. Trochę za
dużo kaszy, a krwi za mało i wątroba wysmażona na skwarki – za
mało na porządny posiłek, ale jak dodać świeżutkiej, to obleci.
Znudziło
mi się ganiać po świecie ze zmarzniętą torbą nasienną, więc
zacząłem się rozglądać. Ichnie hieroglify nie miały polotu,
kształtu, czy mocy, ale oblepiały wszystko. Żeby zrozumieć,
musiałem mieć medium. Wybrałem niewinną księżniczkę, by od
niej uzyskać wiedzę o współczesnym świecie. Skąd wiem, że
księżniczka? Koronę nosiła na głowie, skrzącą się od kamieni
– malutkich, ale połyskujących jak rosa na trzcinowisku. Na
większe kamienie pewnie musiała poczekać. Poszedłem za nią,
ukrywając się przed światem i wkroczyłem za nią do buduaru.
-
Ach! – zaskoczyła, że nie sama zasiedla sypialnię – Zboczek!
Może
być Zboczek – w końcu nie imię zdobi człowieka, a czyny.
Zajrzałem w ten jasny, nastoletni umysł, sprzęgając z nim własne
myśli, żebyśmy mieli wspólny język. Współczesność mnie
oszołomiła. Była tak różna od „moich czasów”. Księżniczka
była równie zdumiona, jednak nawykła do niezwykłości (skąd w
tak młodym życiu tyle opanowania? Ponoć z internetu) i szybko
rozpoczęła negocjacje, a może przesłuchanie. Nie poznawałem
siebie – zamiast ją skarcić, zacząłem opowiadać. Ona zresztą
też. Dziwny ten świat, nie wiem, czy sobie poradzę i nie wiem, czy
chcę. Może lepiej było zostać pod świętym kamiennym wzgórzem?
-
Pokaż mi! – zażądała – Chcę widzieć.
Wyszliśmy
na spacer. Jakiś typek z prześwitami we włosach ocierał się o
młódkę, gdy księżniczka pokazała go paluszkiem.
-
Nie pozwól mu – aż mnie zatkało, bo to bardziej rozkaz był niż
prośba – nie pozwól, ale nie zabijaj. Niech cierpi.
-
Okej – już liznąłem współczesnego slangu i chciałem się
pochwalić talentami lingwistycznymi. Wdarłem się typkowi pod
tunikę, znaczy te… dżinsy i chwyciłem za przyrodzenie, miażdżąc
je jednym ruchem. Wrzasnął rykiem rannego bawołu, nogami kopnął
niebo i stracił się dla świata.
-
Żyje? – zapytała zimno księżniczka – Miał żyć.
-
Żyje i cierpi katusze. Jego magazynek eksplodował i nigdy już nie
zazna rozkoszy z dziewką.
-
Dobrze mu tak – syknęła księżniczka. Jej bezwzględność była
zachwycająca. Zero skrupułów w tak młodym wieku? Nadawała się
na Królową, bez dwóch zdań! Zaprosić ją na parującą potrawkę
z podrygujących serc?
-
Ci tam, widzisz? – znów pokazała paluszkiem wprawiając mnie w
zachwyt. Istna Bogini! – Sprzedają prochy, w biały dzień.
Policja ich omija, bo płacą haracz, a dzieciarnia głupieje. Załatw
ich, ale już tak na fest, żeby nigdy więcej!
Nie
skończyła mówić, gdy już ich dopadłem i nim się zatrzymałem
skręciłem karki. Wbiłem dłonie pod mostki i szarpnięciem
uniosłem klatki żeber. Pod spodem pulsowały ostatnimi drgnięciami
serduszka.
-
Chodź! – zaprosiłem Boginię – skosztujesz zwycięstwa.
Zaimponowała
mi. Podeszła bez trwogi i wbiła ostre ząbki w bliższe serce, Ja
pożarłem drugie, ocierając rękawem brodę. Popatrzyłem na nią.
Mogła zostać Moją Panią. Tej bym słuchał bez gadania. Ale czasy
wredne. Nie moje. Pora przejść do historii. Połączyłem nasze
umysły i złożyłem jej propozycję, bo przecież starożytna
wiedza nie powinna zaginąć.
-
Co? Chcesz mi dać swoje supermoce? – aż podskoczyła klaszcząc w
ręce – Ekstra! I będę mogła tak jak ty? Chcę, chcę, chcę!
Przelewałem
w tę rozentuzjazmowaną główkę wiedzę pokoleń. Wiedzę upiora.
Brała bez protestu, bez wahania. Uczyła się w tempie, jakiego nie
widziałem dotychczas. A potem byłem już niepotrzebny. Nowy świat,
nowe wyzwania, technologie, których zrozumienie, a tym bardziej
korzystanie z nich zdawało się być skrojone na inną niż moja
głowę. Bogini zaczynała rozumieć, że na świecie może istnieć
tylko jeden upiór i chyba było jej przykro, bo nim zgasłem
usłyszałem w umyśle:
-
Szkoda, polubiłam cię. Mogliśmy razem rządzić światem.