Byłam
małą dziewczynką,
co nie przeszkadzało mi patrzeć na świat ze zdumieniem. Ten sam
świat, który o mnie mówił „dziwna”, a jeśli ktoś zdobył
się na rozwinięcie wypowiedzi, brzmiało to mniej więcej tak:
„dziwaczna jak cała rodzina”. Zewnętrze miało wówczas wpływ
na mnie, więc pytałam w domu, o co im wszystkim chodzi. Mama
podnosiła palcem moją brodę i patrząc mi w oczy prosiła żebym
powtórzyła pytanie, ale już w esperanto. Esperanto to martwy język
wymyślony przez Polaka, któremu marzył się porządek wśród
budowniczych wieży Babel. Jeden język dla dziesięciu miliardów
ludzi. Łatwy, o nieskomplikowanej gramatyce i pozbawiony słów
trudnych do wysłowienia dla co bardziej egzotycznych nacji. A gdy
już spełniłam polecenie, wyjaśniała mi, że to świat jest
dziwny, nie my. I żebym nie przejmowała się tym co mówią moje
nierozsądne koleżanki czy obcy, bo ja mam rodzinę do której
zawsze i w każdej sprawie mogę przyjść i znajdę pomoc, wsparcie,
czy towarzystwo.
Babcia sadzała mnie na kolanach
i opowiadała o rodzinie. Opowieść, jak każda rodzinna legenda,
dla mnie była czymś naturalnym i fascynującym jednocześnie.
Myślałam, że tak ma każda z moich koleżanek, jednak szybko
okazało się, że nie. Coraz częściej wypychana byłam na margines
życia towarzyskiego, a sama także coraz rzadziej zabiegałam o te z
gruntu pobieżne kontakty. Babcia była rodzinnym bankiem danych.
Wiedziała która ciocia ma imieniny, do której można pojechać na
wakacje. O wszystkich krewnych wiedziała wszystko – gdzie pracują,
jak im się powodzi i czym obecnie się zajmują. Nie byłoby to
dziwne, gdybyśmy żyli w jednej wiosce, czy choćby miasteczku do
jakiego obcy nie zaglądają za często. Ale rodzina zamieszkiwała
każdy kontynent i kraj świata – tak przynajmniej sądziłam po
babcinych opowieściach, których nigdy jej nie brakowało.
Gdy trochę podrosłam, mama wraz
z babcią pilnowały, żebym uczyła się języków. Same znały co
najmniej po pięć i to w stopniu umożliwiającym swobodną
konwersację, czy lekturę poezji. Wakacje? Każde spędzałam gdzie
indziej. Początkowo podróżowałam z mamą i babcią, później już
sama. I wszędzie gdzie trafiałyśmy, nasza rodzina mieszkała w za
dużym domu, który swobodnie zmieściłby niespodziewanych licznych
gości. Miałam wrażenie, że rodzina rozsypana jest po świecie
jakimś kataklizmem, a wtedy babcia wyjaśniła mi dlaczego tak się
dzieje. Każda z kobiet wychodziła za mąż za obcokrajowca. I tak
moja mama - Greczynka, wyszła za Polaka i przeniosła się do
Polski, dlatego ja jestem Polką. Babcia, która jest mamą mojej
mamy była Węgierką, która wyszła za Greka przeprowadzając się
do jego kraju i stąd mamy pochodzenie. Babcia miała ciemniejszą
karnację, bo z kolei jej mama wyszła za Węgra, sama pochodząc z
RPA. Według babci od dawien dawna żadna z kobiet w rodzinie nie
złamała rodzinnej zasady i w ten sposób nasze korzenie oplotły
cały świat. A babcia, niczym wielka pajęczyca, siedziała w samym
środku tej sieci i gromadziła dane o każdym, nawet najdrobniejszym
korzonku drzewa genealogicznego.
- Dlaczego? – chyba każdy
zadałby to pytanie więc i ja ją zapytałam.
- Dawno temu rodzina poznała
smak wojny, która zajrzała nam głęboko w oczy i unicestwiła
znaczną część rodu. Mężczyźni na fali emocji dali się ponieść
słowom różnych mitomanów u władzy i poszli ginąć za cudze
ideały. Kobiety z natury ostrożniejsze i pragmatyczne zostały w
domu i usiłowały uratować ród przed zagładą. W czas trwogi
przysięgły, że rodzina będzie miała swoje miejsca na świecie
wszędzie i w razie konieczności zagrożone jednostki zyskają
bezpieczne schronienie bez względu na konflikty wojenne, czy inne
zawieruchy losu. Pionierki obiecały sobie solennie, że prędzej
wyprą się Boga niż własnej rodziny i każda przygarnie siostrę,
której los nie oszczędzi. A potem to już poszło. Z matki na córkę
pielęgnowałyśmy zwyczaj. W każdym pokoleniu jedna z naszych
krewnych dba o pamięć rodzinnego motta.
- A ty? – ciekawością dziecka
można wypełnić wszechświat tak, żeby jedna szpilka się nie
zmieściła.
- Z Grecji do Polski
przeprowadziłam się po śmierci dziadka, żeby pomóc mojej mamie w
opiece nad tobą i chyba najzwyczajniej w świecie chciałam na stare
lata być bliżej własnej córki. – babcia wykpiła się
elegancko, z czego zdać sobie sprawę miałam lata później. –
Ale dom w Grecji wciąż jest mój i nie zamierzam się go pozbywać,
bo może okazać się przystanią dla którejś z nas. Na razie służy
rodzinie jako dom wakacyjny. Pamiętasz? Byłyśmy tam dwa lata temu.
Na moje osiemnaste urodziny miało
się zjechać do nas przynajmniej ze dwadzieścia cioć i kuzynek.
Babcia z mamą szykowały tę uroczystość wcale nie ukradkiem, a
organizację zaczęły niemal pół roku przed ceremonią. Miałam
się trzymać z daleka i cieszyć nadchodzącą zabawą, nie
przejmując się zaproszeniami, ani menu. I przyjechały. Niemal
połowy z nich nigdy dotąd nie widziałam. Za to babcia znała je
wszystkie. Przytulała jak własne dzieci i rozmawiała, jakby
dopiero co się minęły się w galerii handlowej, czy warzywniaku.
Nieważne skąd przyjechały - z Japonii, Mozambiku, Irlandii, czy
Rosji – wszystkie płynnie mówiły w esperanto, choć często w
emocjach spontanicznie przesiadały się na hiszpański, koreański,
czy któryś z arabskich języków. Dopiero niezrozumienie na
twarzach krewniaczek przywracało im świadomość i ze śmiechem
kontynuowały rozmowę w esperanto.
Na mnie padło oprowadzanie ich
po moim rodzinnym mieście, oraz po co piękniejszych nieodległych
atrakcjach turystycznych Polski. Każda chciała mieć mnie na
wyłączność, więc „osiemnastkę” obchodziłam grubo ponad
miesiąc. Starsze przedstawicielki zadowoliły się spacerem po
bulwarach, choć Selmie (nie do końca starej wdowie) zamarzyło się
szaleństwo dyskoteki, gdzie umyśliła sobie zakosztować młodego
białego mięska, więc bezwstydnie wymogła na mnie wizytę w
dyskotece. Na miejscu błyskawicznie uwiodła jakiegoś smarkacza i
ulotniła się, o mnie zapominając aż do następnego południa, gdy
szeptem poprosiła, żebym nie zdradziła jej przed ciekawością
rodzinną.
W końcu poznałam je wszystkie,
a te, które nie przyjechały, przysyłały życzenia via e-mail,
względnie messengerem albo FB. Do życzeń każda dołączyła
zaproszenie w dowolnym terminie i na dowolnie długi pobyt. Skąd
miały adres? To tylko babcia wiedziała. Nie podejrzewałam, że
nigdy niewidziane istoty z krańca świata mogą mieć świadomość
mojego istnienia, ale życzenia były naprawdę serdeczne, nie takie
pochodzące z empiku czy internetowych forów. Trochę chyba byłam
już zmęczona niekończącą się fetą, aż nadszedł wieczór.
Babski wieczór, mający zakończyć oficjalną uroczystość.
Większość zamierzała wracać do swoich, inne w kameralnych
gronach zamierzały jeszcze poodwiedzać siebie nawzajem. Przy
świecach i winie, rozmowy toczyły się we wszystkich możliwych
konfiguracjach, aż babcia podniosła się z fotela i powiedziała
coś czego nie zrozumiałam.
- Głosujemy. Kto jest za? -
Chyba byłam jedyną, która nie wiedziała o co chodzi. Pozostali
zdawali się być wtajemniczeni. Rękę podniosła ponad połowa
obecnych. Babcia szybko policzyła, wyjęła z kieszeni kartkę i
patrząc na nią dokończyła – Wśród nieobecnych trzydzieści
cztery głosy za, dwadzieścia jeden przeciw. Wśród obecnych
piętnaście do dziewięciu. Czyli wszystko jasne. Ogłaszam, a
nieobecnym przekażę, że wybór został dokonany.
Kuzynki zaklaskały, niektóre
uniosły kieliszki z winem, a Selma puściła do mnie oko. I wciąż
nikt nie raczył mi wyjaśnić o co chodzi. Podchodziły po kolei i
przytulały mnie. Mama była przedostatnia i miała łzy w oczach. A
kiedy przyszła kolej na babcię, okazało się nad czym głosowały.
- Tessa – nikt poza tatą i
nauczycielami nie mówił do mnie Teresa. Mama wolała Tessę, a mnie
i kuzynkom także bardziej przypadła do gustu – Rodzina zaufała
tobie i chce ci powierzyć pilnowanie więzi. Drzewa rodowego. Do tej
pory ja byłam odpowiedzialna i do mnie spływały nowiny rodzinne.
Ale pora przekazać pałeczkę młodszemu pokoleniu. Jeśli się
zgadzasz, od dzisiaj staniesz się rodzinnym kronikarzem. Każda z
nas będzie wysyłać do ciebie informację o miejscu zamieszkania, o
wszelkich ważnych sprawach w rodzinie, o dzieciach i ich losach o
sukcesach i porażkach. Dasz radę. Przekażę ci materiały, jakie
zgromadziłam, a jeśli będziesz potrzebowała wsparcia, pomogę ci
aż staniesz się samodzielna. I zanim się wyprowadzisz do nowego
kraju bo Polska jest już zajęta przez twoją mamę. Wszystkie
będziemy blisko, ale kraj wybrać musisz sama, a my pomożemy ci się
tam urządzić. Więc jak? Zgodzisz się zostać kronikarzem
rodzinnym? Fucha na całe życie!