sobota, 29 sierpnia 2026

Będzie kipieć, aż kipnie.

 

    Mocno zaniedbany facet na trzy razy pochłonął owocowe winko kosztujące chyba mniej od niezbyt wyszukanego piwa. Chyba na moje szczęście, bo owocowy zapach wina nieco osłaniał mnie przed octową wonią spoconego, dawno niemytego ciała. Dziewczyna w białej koszuli rozpiętej o guzik poza granice skromności jechała na rowerze, pozwalając porannym wiatrom pieścić chętne ciało. Do autobusu wsiadła pani w czerwieni wyglądająca na bardzo dojrzałą ósemkę, a może wertykalną nieskończoność? Dwóch chłopców w kapeluszach adorowało jedną dziewczynę (też w kapeluszu), ale którędy przebiegała granica kompetencji, tego odkryć mi się nie udało. Może były płynne?


    Najwyraźniej kobiety uwielbiają leginsy i możliwość eksponowania, a może i korekty kształtu. W takim stroju nawet drobny pieprzyk wypływa na pierwszy plan. Skoro wiedząc to, wybierają je, czyli chcą, by je podziwiać, gdy od nagości dzieli je ułamek milimetra. Nie narzekam. Zdumieniem wykazuję się dopiero, gdy w leginsy wbił się tłuściutki zawodnik wagi bardzo ciężkiej. Atrybuty, które musiał zmieścić w obrębie nieskończenie rozciągliwej materii wskazywały na mężczyznę, a ja nie musiałem po zaroście rozpoznawać płci.


    Ach! Dla odmiany jadę pociągiem. Na zdewastowanej tylej elewacji budynku dostrzegam napis ŁADNIE JUŻ BYŁO. Chwilę później zaskakują mnie kwitnące robinie. O tej porze roku? Albo kwitną po raz drugi, albo kolej dostarcza im błędnych informacji o porze roku.


    A tak w ogóle, to dzień pełen jest kobiet wielkiego formatu – przynajmniej cieleśnie nic mniej w grę nie wchodziło.

piątek, 28 sierpnia 2026

W szelki Elki wszelkie wsze weszły.

 

    Wychodzę przed dom i podziwiam niebo w paski. „Chmury”, jakich świat nie znał jeszcze trzydzieści lat temu poszatkowały niebo na plasterki. Eskadra srok patroluje osiedlowe zakamarki złorzecząc i skrzecząc. Autobus cuchnie palonym plastikiem. Skupiam wzrok na siwej wronie przyglądającej się podejrzliwie kępie dzikiego chrzanu rosnącego między pasami gęsto uczęszczanych jezdni. Ładniutka dziewczyna z kolczykiem nad górną wargą najwyraźniej nie czuła się piękną i musiała „wyrazić siebie”, poprawiając to, co Bóg spieprzył. Srebrno lśniący kolczyk-pieprzyk naprawił niedoróbkę.


    Wysiadłem donikąd, bo jak się okazało, dziś tramwaje nie pojadą, bo kolejne skrzyżowanie w okolicy zwagarowało. Trudno. Poszedłem piechotą, trafiając wprasowanego w płyty chodnikowe truchło szczura. Trafiłem także „zadżumionego” kiwającego się w rytm oszołomionego wódką błędnika i właśnie wtedy spontanicznie wymyślam „złotą myśl” – Są dwie płci. Jedna ma piersi, a druga piersiówki. Na koniec dwie tablice rejestracyjne V0 SPEC i D8 MAMA – tajemniczo. Wewnątrz siedział facet, a przynajmniej stwarzał pozory męskości.

Całe ciało, to ciałość?

 

    Berberysy tylko czekają na chętnego, który oberwie dojrzałe jagody. Panią o opalonych udach podejrzewam o brak bielizny, a jej uśmiech w stronę towarzyszącego jej faceta zdaje się to potwierdzać, niosąc obietnice, jakie niełatwo powiedzieć głośno. Z nieczynnej zajezdni tramwajowej wyszła czekoladowa księżniczka. Druga podróżowała tramwajem, a ja usiłuję sobie przypomnieć, od kiedy widok Afrykańczyków stał się codziennością, a nie zjawiskiem rzadkim, jak śnieg w lecie. Dziewczyna firmowa po kres widzialności wymieniała bezprzewodowe słuchawki, nie mogąc się zdecydować na wybór jednych, aż w końcu zrezygnowała z sieciowych wieści. Niedogolony pan adorował panią, której opalenizna ciągnęła się w stronę intymności. Uśmiechali się do siebie, jakby doskonale wiedzieli dokąd sięga. Na przystanku siedziała kobieta o biuście zdobnym w kwietny pejzaż, kto wie, czy nie stworzony przez SI.


    To tu Jan Paweł II obrócił swoje życie o 360 stopni – czytam i wyjść z podziwu nie umiem. Porażająca konstrukcja. Zawinął kółko, jak kot ścigający własny ogon i poszedł gdzie i tak szedł? Rynkiem rządzą piersiątka trzepocące pod cienką materią i pośladki, skalane dwiema nitkami i spodniami zupełnie nie utrudniającymi publice podziwiania tychże. Wraca do mnie myśl wielokrotnie już przetrawiona, że wystarczy usiąść w Rynku na miesiąc, by zebrać materiał na powieść, albo i pięcioksiąg. Ktoś fotografuje menu Tostorii, ciemnowłosa dziewczyna rzuca w przestrzeń kocham cię i natychmiast materializuje się obok niej ostrzyżony na jeża dryblas, by skonsumować deklarowane uczucia.


    Czekając na autobus podziwiam kamienice po drugiej stronie ulicy. Dwie z lat 1891-93 sąsiadują z „nowoczesną budowlą”. Wiekowe są po prostu piękne, a te współczesne, to zwykła klatka na jednodniowe wizyty. Brzydkie i bez gustu. Bus pas, mozolnie wybudowany kilka miesięcy temu znów zamknięty – poprawia się coś, czy zgoła buduje od nowa? Za to na przystankach widać wzmożona aktywność kanarów. Zupełnie jakby budżet gminy ukląkł i wymagał błyskawicznego zastrzyku. Przez okno dostrzegam pulchnego, żółtego trzmiela – V7 BEE z okularnicą za kółkiem.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Krokus kusi w kroku, kuma nic nie kuma.

 

    Wróble przeczesują chodniki w poszukiwaniu łupu. Może zbierają porzucone przez wczesnych przechodniów sny. „Podziwiam” pomazane ściany i sięgam myślą ku czasom minionym, kiedy malowanie kotwicy „Polski walczącej” było szczytową odwagą nocnych malarzy. Dziś, na modłę zachodniego stylu życia, w zgodzie z amerykańskim snem krzewią kulturę nieudacznicy, których stać na puszkę farby w sprayu.


    Niemal co dnia mijam kozacki biznes, oferujący (między innymi) „ruskie pierogi”. To tak walczą o wolność i demokrację? Z czystej złośliwości – kupiłem „ruskie”. Nawet nie były zbliżone do smacznych, a co dopiero pysznych, czy domowych. Z dialogiem też był problem – niby cztery kata tu siedzą, a wciąż polski jest dla nich obcy. Mało zdolne językowo, czy jakieś inne priorytety kierują działaniem przybyszy?


    Starsza pani powozi niesfornym zaprzęgiem. Psy rozbiegły się w nieskoordynowanych kierunkach pozostawiając starowinkę zdezorientowana i bez pomysłu, co z tym zrobić. Jakaś dziewczyna niesie łysego kota – w kocu. W tramwaju w oko wpada mi dziewczątko chude niemiłosiernie. Wpada dopiero wtedy, kiedy oswoję się z detalami. Na początek – wysoka, chuda, ruda – Pippi ze starej opowieści filmowej. Zamiast rudych kitek ma wielgaśne słuchawki, które dostrzegam dopiero wtedy, gdy oderwę wzrok od trampek. To najbardziej imponujący fragment jestestwa. Dominujący i odbierający wolę. Szczęściem wysiadła i mogłem podziwiać oddalające się skarpetki różowo-beżowe sięgające nad kolana dziewczęcia.

środa, 26 sierpnia 2026

Niepokalane pokale i nieskalane skalary.

 

    Młoda blondynka wsiadła z dwiema torbami i nie umiała się zdecydować, która ma podróżować obok niej, a którą strącić w otchłań podłogi. Przymierzała kilkakrotnie nim się udało. Wonny pan w stanie wymagającym szerokich chodników, by w ogóle udało się gdzieś iść. I trzy dziewczynki uczące małego psa biegać – pies był biały, a księżniczki biegły bez bucików, w białych (na początku biegu) skarpetkach.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Gorszy groszek za grosze.

 

    Niebo pomarszczone zniechęca kota do eksploracji osiedlowych dziur w trawnikach i skłania do ukrycia się w ramionach korony wiązu. W drodze uśmiecham się do zabawki słownej z nazwą firmy fryzjerskiej – HAIRETIC. Frywolność wywołana do tablicy każe wspomnieć trzy nastoletnie gracje, które wczoraj wodziły wzrok na pokuszenie obłędnie wypracowanymi ruchami młodych pup. Pan z pieskiem, którego nie lubię od pierwszego wejrzenia i w swoim uczuciu jestem więcej niż konsekwentny zapomniał nie tylko o psie, ale i o telefonie w dłoni. Jak zahipnotyzowany odprowadzał te pośladki, starając się nadążyć za każdym szczytem trzech zsynchronizowanych w fazie sinusoid.


    Mająca zakończyć się w tym tygodniu budowa zwyczajnie na taką nie wygląda. Ale, nie wieszajmy psów nadaremnie, jak ową kozę, co zamiast konia dała szyję (koń zawinił, kozę powiesili, podobno pochodzi od zdarzenia drogowego – gdyby ktoś nie pamiętał. Szlaban spadł na drogę, żeby pociąg miał wolny tor. Zatrzymał się gość z rowerem, za nim stanęła dorożka konna, następnie samochód. Kolejka rosła, a pociąg nie pojawiał się. Koń chciał ugryźć cyklistę i dostał w pysk, więc cofnął się i dyszel wozu wjechał pod maskę samochodu. Armagedon drogowy. Wszyscy się kłócili. Gość, co kozę pasał, przywiązał ją do szlabanu i usiłował wytłumaczyć o co chodzi, bo wszystko widział. Nim się uspokoiło, pociąg przejechał, szlaban poszedł w górę i koza zawisła. Tak przynajmniej słyszałem, ale skąd, to już nie wiem. Grunt, że powiedzonko zostało.)

Żądłem rządzą żądze.

 

    Na krawędzi dachu usiadł ptak. Smętny, a przynajmniej na takiego wyglądał. Chyba zamierzał rzucić się w otchłań i popełnić samobójstwo. Daleko było, a ja nie miałem pomysłu jak mu pomóc, więc zamknąłem okno i poszedłem do swoich spraw, żeby mu w tej niezwykle intymnej chwili przynajmniej nie przeszkadzać.

niedziela, 23 sierpnia 2026

Skorumpowany skorupiak.

 

    Zachciało mi się w chwasty ruszyć nim słońce stopi kałuże do wyłysiałych łach. I poszedłem. Słońce dopiero zaczynało boksować się z podeszczowym pobojowiskiem. Nie ukrywam, liczyłem na garść mirabelek, choć wiary we mnie było niewiele. I słusznie. Deszcz z wiatrem wytłukł co dojrzałe, a reszta wisi i czeka na zmianę barw klubowych. Trudno. Za to spacer udany. Trafiam dziko rosnące węgierki – sytuacja podobna do mirabelek, ale pasę się bezwstydnie niczym te białe robale, które uwielbiają drążyć labirynty ścieżek pod fioletową skórką. Jakiś starszy pan, choć podpierał się drążkami do nordyckich spacerów – dołączył, chcąc wziąć udział w darmowej uczcie.


    Poszedłem dalej, by trafić trzy drzewka derenia obsypane już czerwonym owocem. Pyszne, kwaśne i całkiem nie cierpkie. Kaczki przyglądały mi się leniwie, ale nie wyglądałem na karmiciela, więc zajęły się swoimi sprawami. Raniuszki całym stadem też się pasły. One na kasztanowcach zaatakowanych przez szrotowca. Taki szrotowiec musi być pyszny, bo raniuszki uwijały się chwytając pazurkami schnący liść i zwisając spod niego wydziobywały insekty. Bez lęku. Od samego patrzenia nabrałem lęku wysokości, ale te małe, puchate kulki z długaśnym ogonem nie zauważały zagrożenia.


    Młode szyszki chmielu i pojedyncze kępki dziurawca ukrywały się w gęstwinach, ale po ilości i barwie owoców widać, że lato chyli się ku schyłkowi. Dojrzewa głóg, ulęgałki sypią się na ziemię jak deszcz, rokitniki, kaliny, czarny bez – wszystko uwodzi pokusą. I tylko dzięcioł zielony śmiał się z moich spostrzeżeń. Ja – zachwycony, jakbym Amerykę odkrył i on – wiedzący, że jesień nadejść musi.

sobota, 22 sierpnia 2026

Ekstrakt wątpiący.

 

    Ponoć Unia Europejska, to raj na ziemi i dlatego pół Afryki i spory kawałek Azji usiłuje przeciec przez granice. A tymczasem Europa się starzeje, cierpi depresje i choroby społeczne, a uśmiech staje się atrybutem wybrańców. Czyżby raj był tylko na pokaz, wymyślony przez uzależnione media?

piątek, 21 sierpnia 2026

Dogorywanie gór ogorzałych od góry.

 

    Niebo spolaryzowane, jakby ktoś wypluł chmury przez lejek i pilnował elektrycznym pastuchem, by nie rozbiegły się poza wytyczone granice. Jak wystraszone owce tłoczyły się pomiędzy niewidzialnymi zasiekami, resztę nieba pozostawiając bezpańską. Blondynka konsekwentnie promuje własna cielesność w leginsach potrafiących sięgnąć, gdzie wzrok nie sięga, ale rokitnikom spomarańczowiały owocki na ów widok. Na podwórku stoi bus w kolorach sugerujących policyjną „sukę” i reklamuje tynki maszynowe. Na przystanku dowiaduję się, że Miasto inwestuje w remonty szkół i ulic, ale nie wspomina ani słowa o kosztach autoreklamy.


    W autobusie ktoś głośno dyktuje przepis na gulasz, przynajmniej w zakresie, który poświęci na dotarcie i dosmaczenie dzieła. W dzielnicy Boga podziwiam niewzruszoność kurzu znajdującego przyzwolenie świętych figur na osiadanie i trwanie w niepokalanej opinii.


    A gdy pół autobusu wiozło mnie do domu, jakiś wielkolud niemożebnie piękny usiłował zabawiać mnie rozmową, ignorując że jestem dziś nieprzysiadalny. Humor poprawia stadko wróbli tłoczące się w koronie ostrzyżonego drzewa.