środa, 30 listopada 2022

Głowa rodziny

 

- Synu – ojciec zaczął konwencjonalnie, a to zwiastowało umoralniającą opowieść i wspomnienia z czasów przed poczęciem pierworodnego, czyli mnie. W sumie szaleństwo, ale ojciec uwielbiał być konwencjonalnym i tradycje celebrował bez litości.

 

- Synu! – powtórzył zaniepokojony brakiem reakcji – Musimy poważnie porozmawiać!

 

- Zaczęło się – pomyślałem i przebiegłem pamięcią ostatnie wybryki – Nie… nie mógł wiedzieć się o Ewie… Raczej nie. Więc co?

 

- Jesteś już prawie dorosły i czas najwyższy, żebyś nauczył się zdobywać mięso!

 

- O rany! – zaskoczył mnie kompletnie. Zakupy to sprawa nudna i jakoś nie kręciło mnie nigdy, aby w nich uczestniczyć. – Naprawdę tato?

 

- Tak. Pogadamy po drodze.

 

Był bezwzględny i zaciągnął mnie do autonomicznej limuzyny, której używał jedynie wtedy, kiedy musiał opuścić Metropolię, albo wtedy, kiedy zamierzał kontynuować rozmowę z gośćmi, odprowadzając ich na pobliskie lądowisko. Samochód był doskonale wyciszony i w klimatyzowanym wnętrzu mogły komfortowo zmieścić się cztery do sześciu osób, a rezygnując z luksusów dałoby się weń wepchnąć nawet dwanaście. Ciekłokrystaliczny pulpit przywitał nas pytaniem dokąd zamierzamy dotrzeć i po wysłuchaniu instrukcji zajął się nawigacją. Ojciec położył mi dłonie na kolanach i szukał czegoś ukrytego głęboko w czaszce za oczami.

 

- Wiesz skąd bierzemy mięso?

 

- Z lodówki – wzruszyłem ramionami – Nigdy nic nie mówiłeś. Jechałeś i składałeś zamówienia, a dostawy odbywały się pod nieobecność domowników, albo nocą.

- Taaa… - ojciec najwyraźniej nieco się speszył – To prawda. Głowa rodziny musi zadbać i raczej nie chwali się zakupami. Ważne, żeby było świeże i nigdy nie zabrakło. Ale dzisiaj postanowiłem nauczyć cię tej sztuki. Kiedyś mi podziękujesz. I nie złość się, że zabieram ci czas na głupoty. Lepiej, żebyś pierwszy raz nie musiał tego robić sam.

 

Samochód wyjeżdżał już z naszej dzielnicy. City z drapaczami chmur szczerzyło się w letnim słońcu, a znajdujące się na dachach konstrukcje informatyczno-energetyczne zapewniały użytkownikom dobrodziejstwa niezbędne do komfortowej pracy. Po prawej zaczynała się dzielnica przemysłowa. W pełni zautomatyzowane zakłady produkowały dobra użytkowe, dostosowując tempo produkcji do bieżących zamówień. Zdalne sterowanie i programatory miały zapewnić rezerwy towarów na wypadek nagłych i nieprzewidzianych zdarzeń, choć nikt nigdy nie napomknął, o jakie zdarzenia mogłoby chodzić w idealnym świecie.

 

Dzielnica rolnicza była ostatnią znaną mi w Mieście. Wertykalne uprawy, wielopiętrowe magazyny i wszechobecny nadzór automatów kontrolujących parametry wegetacyjne był fascynującym obrazem dla kogoś nawykłego do sterylnej czystości i anonimowej obecności subtelnie poukrywanych automatów wspomagających. W każdym domu było ich tyle, że nawet wspólnymi siłami nie udało się nam odkryć wszystkich. Pamiętałem tę zabawę z siostrami, kiedy wyszukiwaliśmy automaty rozmieszczone po całym domu. I nigdy nie udało się odnaleźć więcej jak połowę z pełnej listy sprzętu wspomagającego super-maszynę, jaką był nasz dom. Zastanawiałem się nawet, czy dom nie był jedną maszyną, a cała ta robotyka nie stanowiła jedynie podzespołów, wymiennych modułów, pracujących do czasu, gdy diagnostyka wykaże przekroczenie limitu błędów, albo końca bezpiecznej eksploatacji. Pewnie tak było.

 

A teraz mięso. Ojciec miał rację. Nigdy nie zastanawiałem się skąd się bierze. Owoce i warzywa – o tym uczyłem się w szkole. I zwiedzaliśmy tę dzielnicę w ramach wycieczki. Uśmiechnąłem się. Wtedy pierwszy raz w życiu skosztowałem dziwacznych owoców zwanych winogronami. Świeże, były wilgotne i słodkie, a po wysuszeniu stawały się oszałamiającą delicją. Zakochałem się w nich bez pamięci. I wyprosiłem na rodzicach, żeby w domu nigdy nie zabrakło tych owoców. Ale mięso? Dobrze się stało, że zobaczę. Ewa nie była jednodniową podrywką. Ona… Ja… Nawet w myślach się jąkałem, uświadamiając sobie, że nieformalnie jesteśmy już parą. Ukrywaliśmy fakty przed światem dorosłych, ale DOM JUŻ WIE! I jeśli ktokolwiek przejrzy rejestry – wykryje obecność Ewy częściej, niż często.

 

Ojciec nie przestawał gadać, ale chyba tylko ględził jakieś ogólniki nie wdając się w szczegóły. Najwyraźniej trudno mu było zdobyć się na szczerość, albo postanowił, żeby była to niespodzianka. Droga nie była zatłoczona i samochód zwiększył prędkość, maksymalnie skracając czas podróży. Nie zamierzaliśmy przyglądać się mijanym krajobrazom, ani podziwiać konstrukcji architektonicznych. Miasto zostało dawno za plecami, a cyfrowy drogowskaz wyświetlił informację, że zbliżamy się do wsi, a konkretnie do ferm mięsnych.

 

Na parkingu przed głównym budynkiem stało zaledwie dwa-trzy samochody. Pełna automatyka sprawiła że obsługa była zbędna. Weszliśmy do środka prowadzeni komunikatami i drogowskazami chodników informacyjnych.

 

- Tam – ojciec wskazał kierunek – Najpierw zerkniemy tam. Na drapieżniki rzucimy okiem później. Warto, żebyś się oswoił obserwując łagodne usposobienie trawożerców. Drapieżniki obejrzymy na sam koniec, chyba, że z tym będziesz chciał jeszcze poczekać.

 

Poszliśmy wskazanym korytarzem. Panoramiczne szyby pancerne przedstawiały dzikie tereny pozbawione całkiem cywilizacyjnych ułatwień. Drzewa, krzewy i całe połacie zielonych terenów, pośród których snuli się jacyś ludzie wykonujący dziwne czynności fizyczne bez wsparcia maszyn. Dzikusy. Jeden coś wyrywał z ziemi i układał na prymitywny transporter.

 

- To taczka – szepnął mi do ucha ojciec – Zbiera kalarepę. Oni żywią się nią. Są weganami. Mięsa nie tykają wcale.

 

- Taczka… - aż pokręciłem głową, widząc stertę warzyw ułożoną w blaszanym korycie – I co on będzie z tym robił?

 

- Podniesie za te wystające trzonki i wykorzystując koło powiezie do swojego domu.

 

- Nie ma robota do transportu? Dziwaczne…

 

- Tu nie ma robotów. Tylko w wyjątkowych sytuacjach pojawia się wsparcie techniczne, ale o tym później. Na razie patrz.

 

- Ale mieliśmy pojechać po mięso!

 

- No właśnie! Patrz i ucz się. Oglądaj.

 

Szliśmy dalej, aż doszliśmy do oszklonych drzwi. Czujniki sprawdziły nasza tożsamość i wpuściły nas do wnętrza.

 

- Witaj na fermie! – głos z niewidocznych głośników uświadomił mi, że jednak coś tu działa.

 

Ojciec szedł już przez tę dzicz wysoko unosząc stopy. Musiałem uważać. Tworzywa na podłodze były splątane, jakby nigdy nie były czyszczone i wykończone zapewniając ergonomię użytkowania. Okazało się że to natura i jej nieposkromione wybryki. Jakiś krzak podrapał mnie nawet w ramię, aż poczułem cieknącą kroplę krwi. Ostatni raz krwawiłem, kiedy jako malec wywróciłem się w pokoju, a robot wspierający zareagował zbyt szybko i trącił mnie w głowę. Następnego dnia mieliśmy już nowszy model. Dzisiejsza krew była pierwszą prawie dorosłą krwią w moim życiu.

 

- Obliż – szepnął ojciec – Powinno pomóc.

 

Faktycznie. Krew zakrzepła i malutki strupek nie stanowił przeszkody w kontynuacji wycieczki. Wydeptane ścieżki tworzyły labirynt. Snuliśmy się tam, omijając średnio zadbane poletka, uprawiane archaicznymi metodami. Nigdzie nie widziałem jednak mięsa. Na skraju poletka (chyba) buraków stała jakaś dziewczynka. Byłaby nawet ładna, gdyby ją oczyścić z ziemi i ubrać w sensowny strój.

 

- Podoba ci się – ojciec trącił mnie łokciem i porozumiewawczo mrugnął okiem – Chcesz pogadać? Nie polecam, ale zakazu nie ma.

 

Podszedł do niej i chyba czytał informacje z bransoletki na jej ręce.

 

- Tośka. Ma szesnaście lat i mieszka niedaleko stąd. Lepiej chodźmy dalej. Nasz sąsiad, pan Mariusz zrobił rezerwację tydzień temu i musisz sobie znaleźć inną. Oni mają chyba rocznicę ślubu za miesiąc i będą potrzebowali Tośki.

 

Zaskoczył mnie. Mówił o niej, jakby była… mięsem!

 

- Tak. Wreszcie zaczynasz rozumieć. Na fermach hodujemy ludzi. Zwierzęta na świecie wymarły już tak dawno, że tylko na lekcjach historii możesz posłuchać o nich. A jeść trzeba. Nie każdy ma siłę tu przyjechać… I nie każdy chce opowiadać o tym, co tu zastał. Dlatego każda rodzina wyznacza jedną osobę, żeby zajmowała się zdobywaniem mięsa. Ty… lada chwila będziesz dorosłym. Głową rodziny. I to tobie przypadnie w udziale zabezpieczyć mięso dla rodziny.

 

Kręciło mi się w głowie. Tośka ze szklanym wzrokiem szła gdzieś niespiesznie i chyba cieszyła się słońcem wiszącym nad ziemią i poruszającym się powoli. Śpiewała jakąś smutną piosenkę i kołysała się w rytm melodii. Sąsiad zje Tośkę w ramach rocznicy…

 

- Czy… - z trudem przełknąłem ślinę – Czy Tośka wie…?

 

- Tak – ojciec był przygotowany na to pytanie – Każdy na fermie wie. A kiedy na bransolecie pojawi się rezerwacja, będzie wiedział nawet kiedy i do kogo powędruje w próżniowych paczkach. Tośkę czeka jednorazowy strzał. Będzie grill i pieczyste. Na większe imprezy mięso trafia od razu w całości. W większości przypadków zamówienie rozłożone jest na raty. Jeśli się da, mięso utrzymywane jest przy życiu i dostarczane fragmentami. Dopiero, kiedy przekroczone zostaną parametry podtrzymania życia – reszta ciała jest rozbierana, porcjowana i składowana w zamrażalnikach. Chodzi o dostarczenie możliwie najświeższych wyrobów.

 

Szok. Niedowierzanie. Ale ojciec był śmiertelnie poważny, a ja… odkarmiony. Zwymiotowałem. Dzisiejsze śniadanie… Plasterki różowego mięska w pikantnym sosie…

 

- Synu… - ojciec był zmartwiony – Jeść trzeba. Inaczej nie pożyjemy długo. Nam właśnie skończyło się mięso i MUSIMY coś wybrać na następny miesiąc. Tośka odpada, bo zarezerwowana. Poza tym… Nie stać nas na tak młode mięso. Nie powodzi się nam z mamą aż tak. Może od święta… Rozejrzyjmy się za starszym mięsem. O tam! Widzisz? Wygląda przyzwoicie. Chodź! Zobaczymy, czy nie jest już zajęte!

 

Z wyraźną wprawą zbadał stan bransolety i błyskawicznie zakodował rezerwację.

 

- Już! – sapnął wyraźnie zadowolony – Zakupy mamy z głowy. Dostarczą nam Józefa w porcjach. Mama już zatwierdziła menu na najbliższy miesiąc i logistyka zadba o dostarczenie produktów na czas. Teraz mamy już wolne i jeśli chcesz, pójdziemy do strefy drapieżników. Tam mięso jest trudniej pozyskać i kosztuje znacznie więcej. Ale i karmione jest resztkami tego, czego my nie zjemy, więc bardziej wartościowe. To co mój prawie dorosły synu? Chcesz zobaczyć, czy poczekasz miesiąc, żeby się oswoić?

 

- Ja… ja…  - nie umiałem słowa wykrztusić.

 

- No dobrze już – ojciec objął mnie ramieniem – Rozumiem. Musisz ochłonąć. Więc wracajmy. Mam tylko jedną prośbę. Dla własnego dobra nie opowiadaj Ewie o szczegółach tej wycieczki. Może nie zrozumieć. Jest niewiele starsza od Tośki… Ja mamie też nie opowiadam szczegółów. Nie chcę, żeby się martwiła.

Różne takie.

 

Świt chwycił mnie w krzepkie objęcia i puścić nie zamierzał. Wiatr zlizał ze mnie cień snów zapomnianych, a na niczego nie spodziewającą się brzozę spadło całe stado gawronów udając czarne liście. Dołem przemykały młodociane czarne madonny wiedzione niechęcią do monotonii codziennej. Dziewczę z wykupionym pakietem URODA 4.0 ukryło pod farbką piegi, dokleiło rzęsy - wymiatacze, oczyszczające przedpole z elementów przypadkowych, założyła szpony dalekiego zasięgu w kolorze „majtkowy róż”, ostrożnie poprawiła biust oburącz unosząc go na wysokość noska i zwarła pośladki. Niechybny znak, że horyzont zaszczycił ON. Kark w markowym dresie o rozumie przesłoniętym kapturem i porośnięty zapasami energii na złe czasy.

poniedziałek, 28 listopada 2022

Cierpiąca.

 

Poszła do lekarza, z nadzieją, że przepisze jej solidny dom z ogrodem, samochód i kartę kredytową z nieograniczonym zasięgiem na dostatnie życie. Była zdeterminowana i przygotowana na osiągnięcie największego sukcesu w niezbyt dotąd wyrafinowanym życiu. Zdecydowana na pogłębione badania i skrupulatne konsultacje, rzuciła wstyd na wieszak w poczekalni i pchana emocjami przesłoniła sobą drzwi gabinetu od wewnątrz. Niewątpliwie była bardziej atrakcyjna od zaskoczonej oprawy, co lekarz potwierdził, zsuwając okulary na czubek nosa. Więcej zachęt nie potrzebowała. Odważnie obnażyła historię choroby, pozwalając tekstyliom ogrzać podłogę. Rzuciła okiem na kozetkę przewidując bardzo przewlekłą i wnikliwą penetrację, nim diagnoza spełni oczekiwania obu stron.

niedziela, 27 listopada 2022

Determinacja.

Cierpliwie wykuwałem miecz, żeby potrafił rozedrzeć noc. Wetknąłem ostrze w płomienie, aby był doskonałym. Latami kradłem diamenty, żeby wrzucić je w bazaltową misę wrzącego bursztynu. Miodowe smugi miękkiego płomienia ustąpiły miejsca białobłękitnym szponom. Głodny ogień ogryzł miecz z niedoskonałości. Kiedy ostrze przestało mienić się czerwieniami i podążyło drogą ku bieli – wetknąłem ostrze w dziewiczą toń zamarzniętą tak dawno, że zapomniała innych stanów. Jęknęła czując potęgę ostrza. Zahartowany miecz dojrzewał, strzeżony polarną zorzą, aż stal zadźwięczała w mroku. Wtedy, smoczą skórą, nadałem mu ostateczny szlif. Był gotów.

Machnąłem raz tylko, a cień ostrza cichutko rozpruł niebo. Powoli zaczęły się sypać gwiazdy.


W szponach miłości.

 

Mgła kłębiła się, rozpełzając po wszystkich kątach i ścierała ostre krawędzie z architektury, gdzie tylko się dało. Nawet tak ubogiej, jak chylące się ku ziemi stodoły i płoty wykoślawione od wieloletniej eksploatacji. Jolanta oczywiście wiedziała, że do wsi dotarła królewska wysłanniczka i odpoczywa po trudach podróży pod „Trzecim Zębem” – ilekroć wymawiała tę nazwę zgrzytała wszystkimi zębami na ludzkie lenistwo. Mogliby w końcu wymyślić liczbę większa od dwa i niechby nawet brzmiało to jak darcie starego prześcieradła na zardzewiałym gwoździu.

 

-Trzyyyy…. – zaśmiała się do siebie, idąc w stronę wsi wzdłuż płotu, który bardziej BYŁ, niż STRZEGŁ – Tak! Tszszszszyyyy! Doskonałe imię dla liczby większej od dwa. Aż trzeszczy w szwach od tajemniczej pojemności!

 

Gumiaki miarowo mlaskały w rzadkim błocie gościńca, zachęcając do ćwiczenia wymowy nowego słowa, a Konieczność gdzieś ponad marginesem opowieści uniosła leciutko brew, nie zakłócając spokoju narracji.

 

- Tszszsztery… Czczcztery – przednia zabawa takie wymyślanie. Jolanta cieszyła się jak dziecko z psoty – Trzeszczące nazwy powinny dawno powyrywać gwoździe z płotu, a sam płot położyć na wieczny sen w koronie (w tym Półświecie są umysły zaniepokojone, ilekroć słyszą to słowo w nieswoich ustach.) z polnych chwastów.

 

Kopnęła na próbę, a płot posłusznie się położył na ziemi. Nie cały, jednak wystarczający kawałek, żeby wieszczka roześmiała się w głos.

 

- Pięć! Pięć, pięć! – udawała że nabija nowe gwoździe wprost od kowala przyniesione.

 

Zaróżowiona od ćwiczeń fizycznych zbliżała się do zabudowań Jędruskowej. Jędrzej oczywiście osiadł już był w karczmie, jak plantacja korali na mieliźnie, pozwalając dzieciarni na swobodny rozwój umysłowy i fizyczny przy robocie, jaką akurat zleciła im matka i każdego dnia sprawdzał, czy się zanadto nie obijali. Akurat pora przyszła na kartofle i pełne kosze wędrowały na dziecięcych grzbietach z pól na pryzmę za chałupą pod czujnym okiem matki. Jola na wszelki wypadek na palcach zaznaczyła wymyślone w drodze nowe nazwy, żeby się nie zapodziały w jej przepastnej pamięci, bo zbyt pięknie brzmiały, żeby zmarnować odkrycie.

 

- Policzę Łucji! Ona to dopiero potrafi się śmiać! Tszszszy! Czczcztery! Pięć! – odginała kolejne palce zaśmiewając się do łez - I wreszcie Trzy Zęby zaczną wyglądać przyzwoicie, jak szczerbate pisklęta zmieniające właśnie garnitur zębów na te dorosłe.

 

Józef Kuternoga, po kilku próbnych testach męskości, przekonał się, że bez codziennego wianuszka piany uczepionego wąsów dysponuje czymś więcej niż chucią, a Kasia tak ochoczo eksploatuje zaniedbane dotąd poletko dziewictwa, że każdego dnia (i nocy) wytrwale ćwiczą śpiew, od którego sowom w głowach się kręci, a sąsiadki mężom wkładają do uszu watę z woskiem, żeby nie powariowali od samego słuchania. Karczma musiała pójść na kompromis i nauczyć się funkcjonować pod nieobecność gospodyni, która wpadała jak po ogień, sprawdzała, wydawała dyspozycje i podciągając kieckę wracała biegiem w pielesze, nim pościel pod nią ostygła.

 

Izyda uśmiechała się pobłażliwie i odpoczywała po trudach podróży, nie angażując gospodyni bardziej niż trzeba, aby wypić herbatkę ziołową pomiędzy jednym, a drugim spazmem pierwszej (wcale nie nieśmiałej) miłości. Przeczekując burzliwe porywy uczuć Iza zastanawiała się, ile czasu trwać może pierwsza miłość i kiedy gospodyni przejdzie do etapu drugiego, dla zaawansowanych i już nie tak zaborczego.

 

- Eeech! I tak w Stolicy nikt na mnie nie czeka, a te tchórzliwe łapserdaki zapewne wymyśliły dla mnie przyszłość tak paskudną, że gdybym ją znała, włos na pupie zjeżyłby mi się trwale. Mogę przeczekać gorączkowe uczucia i cieszyć się świeżym powietrzem wsi.

 

Zły czas wybrała na podobne oświadczenia, bo jeszcze myśl nie wytrzepotała się z gąszczu jaśminów, bzów i róż pnących się w ogrodzie, kiedy spoza sztachet dobiegł Izę gwizd.

 

- Stoliczna? – Głos był dźwięczny i najwyraźniej pełen radości życia.

 

- A kto pyta? – nieufność, to podstawa przetrwania w Mieście, pomyślała Iza, chyba sprawdzi się także na wsi.

 

- Jola jestem. Za wsią mieszkam. Pod lasem.

 

- To skąd wiesz, że ze Stolicy przyszłam?

 

- Nie sądzisz, że nawet plotce potrzebne są nogi? Albo choć usta? Inaczej nigdy nie dotarłaby gdzie trzeba.

 

- Czyli to twoja sprawka – mruknęła Iza – No dobra. Jestem Iza. Z Domu Filozofów. Znaczy…

 

- To też wiem – Jola bezceremonialnie przełaziła przez płot nie bacząc, że kiecka zaczepia o sztachety, sterane jak wszystkie we wsi – Tam już jesteś świętą. A tak dokładniej, to strawioną przez pewne krwiożercze istoty i przerobiona na… (wybacz mi nieokrzesanie wieśniaczki) na gumno.

 

Iza parsknęła śmiechem, a Jola zawtórowała, tym razem śmiejąc się jak kruk na widok bezpańskiej padliny.

 

- Skoro jestem martwa, najwyższa pora wrócić do pełnego imienia. Izyda – wyciągnęła rękę, bo wieszczka właśnie przedarła się przez szpalery kalafiorów, brukselki i innych rzeczy, na które roślinożercy patrzyli śliniąc się nad miarę. Znaczy - patrzyliby, gdyby nie bali się kontrofensywy Katarzyny. Co bardziej zuchwali roślinożercy wprost po szturmie na ogródek Kasi stawali się znaczącą pozycją w karczemnym menu.

 

- Trzymaj – zamiast podać rękę, Jola podała jej worek pełen słoików – Przyda się Kaśce, jak już wyplącze się z prześcieradeł.

 

Bezpośredniość Joli najwyraźniej zachwyciła Izydę, bo zaniosła worek do kuchni i wróciła z dwoma kubkami czegoś parującego.

 

- Mam nadzieję, że potrafisz być powściągliwa w słowach i nie mielesz ozorem na prawo i lewo? Bo pogadać chciałam, jak kobieta z kobietą.

 

- ? A widzisz wokół jakieś zacne grono do gawędy? Sama tu siedzę i czekam, aż gospodarze skończą ćwierkać.

 

- Z Kaśką też chcę pogadać. Poczekamy razem. Masz więcej tej herbaty? To może potrwać więcej niż chwilę.

***

czwartek, 24 listopada 2022

Ekstrakty cz.88

 

Medycyna estetyczna.

Mąż strasznie cierpi nie mogąc pieścić piersi, lecz jeszcze bardziej uwielbia brać mnie od tyłu. Kocham go bezgranicznie i na urodziny postanowiłam zrobić mu wyjątkowy prezent. Proszę przeszczepić mi piersi na plecy, tylko możliwie blisko pupy, bo chłop ręce ma nie za długie.

 

Skuteczni do bólu.

Kiedy w brutalnym zamachu ginie Pierwszy, nie ma mowy o opieszałości organów. Tak było i tym razem; nim ogłoszono narodową żałobę, w areszcie czekało już na wyrok śmierci tysiąc sześćset czterdziestu dwóch podejrzanych. Medialny sukces był gwarantowany – wszyscy bez wyjątku przyznali się do winy.

 

Kompetencje bez granic.

Skargi na korki, tłok w obiektach użyteczności publicznej, brak pracy i własnego M, były zwyczajnie nudne, jednak od władzy wymaga się zdecydowanych działań. Globalnym lekarstwem na większość kłopotów społecznych okazać się mogły skutki uboczne obowiązkowych szczepień przesiewowych. Arszenikiem.

 

Zezwierzęcenie.

Powiedziała, że musi się zmienić, jeśli naprawdę jej pragnie. Zażądała żeby nauczył się pić tylko wodę i jeść wyłącznie roślinne pokarmy, a w domu kazała mu chodzić na czworakach. Potulnie wypełnił wszystkie życzenia – dopiero wtedy przyprawiła mu rogi.

 

Porzucony.

Szukając pomysłu, jak się go pozbyć, zabrała go na całodzienne zakupy. Przewidywała, że nie dociągnie południa i zmęczony utknie gdzieś pośród miliarda sklepików. Jej zostanie tylko zapamiętać, gdzie zginął i omijać ów sklep, żeby sumienna obsługa nie zwróciła zguby.

Na własnych warunkach.

 

Dziewczynka w przydużym płaszczyku czekała na autobus i tańczyła na krawężniku, za partnera mając przeźroczysty plecak. Żaden z chłopców nie znalazł w sobie wystarczająco śmiałości, żeby zaprosić do tańca, choć dziewczynka kilka razy spadła z krawężnika i uśmiechała się do wszystkich piegowato i rumiano. Jakiś gawron wyganiał innego ze skostniałego trawnika i podejrzewam, że to walka przybyłych z północy, z tymi, które nie odfrunęły jeszcze na południe. Podobno krukowate tak mają, że populacje migrują, robiąc miejsce tym, które żyją w bardziej ekstremalnych warunkach. Nie wiem tylko, co robią te na południowym krańcu tego łańcucha.

wtorek, 22 listopada 2022

Ekstrakty cz.87

Tylko, czy aż?

Od dziecka żył w przeświadczeniu, że jest śmiertelnie chory, jednak wizytę u specjalisty odwlekał, jak długo się dało. Kiedy wreszcie zdobył się na odwagę, lekarz po serii zaawansowanych badań zsunął z nosa okulary i potwierdził ponurą diagnozę:

- Nie pożyjesz dłużej niż do śmierci.

 

Samarytanin pośród sępów.

Ci wszyscy ludzie dookoła patrzyli na mnie głodnym wzrokiem i chyba chcieli mnie okraść, korzystając z tego, że bezradnie leżę z rozbitym łbem na chodniku. Zbóje! Na szczęście przyszedł gość w prawie białym kitlu i przykrył mnie czarną, nieprzeźroczystą folią.

 

Nagroda pośmiertna.

W zamian obiecywali raj i siedemdziesiąt siedem hurys gotowych na najbałamutniejsze kaprysy. Uwziął się, nie umierać pochopnie. Jak miał powiedzieć świętym mężom, że milsze mu męskie towarzystwo?

 

Neofita.

Uwielbiał, kiedy ból podkreślał misterium seksualnych uniesień. Mdlał z rozkoszy na samą myśl, że mogłyby pochwycić go silne, zdecydowane dłonie i trzymać, aż do krzyku rozkoszy. Nic dziwnego, że zareagował entuzjazmem na propozycję obrzezania.

 

Palec boży.

Żeby nie obrazić Boga zapomnieniem, wytatuował na ramieniu modlitwę dnia powszedniego. Skąd miał wiedzieć, że Bogów jest znacznie więcej i są tak zazdrośni, że rzucą się nań jak grom z jasnego nieba, żeby upaćkać mu całe ciało świętymi wersami? Każdy z osobna pracowicie grawerował psalmy, nawet TAM…


Między jawą, a fantazją.

Gołębie stłoczyły się na kominie i korzystały z resztkowego ciepła, beztrosko wyrzuconego w powietrze przez ludzi. Trwały tam, niemal bez ruchu i najwyraźniej przetrawiały w sobie pytanie, dlaczego ludzkość buduje tak wątłe kominy. Mogliby projektować je większe, wygodniejsze dla gołębi i cieplejsze. Z poidełkiem i karmnikiem. Z przytulną sypialnią dla dwojga. Z miejscem do wysiadywania jaj. I przedszkolem dla piskląt. Może przytułkiem dla starych wysłużonych gołębi? Ech! Dobrze się marzy siedząc na kominie, gdy nóżki z sinych robią się znów czerwone, a dziób przestaje się jąkać na modłę bocianią.

 

Nastolatka, okutana w zimową kurtkę, naciągnęła kaptur i zapięła go pod szyją. Blond fryzura najwyraźniej nie śmiała się wcisnąć pod spód i została na wierzchu. Naprawdę sądziłem przez chwilę, że posiada bokobrody i bardzo okazałą brodę w kolorze słabej herbaty. Zielone ludziki zaczynają zbierać liście i szwargocą coś po ichniemu. Nie rozumiem marsjańskiego, a samiczka (chyba, bo co ja mogę wiedzieć o marsjańskich niewiastach) przyglądała mi się łakomie. To zapewne powodu plecaka pełnego łupów. Bo znów polowałem na parówki i znów się udało.


Wycieczka zagraniczna.

 

Monotonia tłukła się za ścianą, nie zamierzając przestać. Jak to monotonia. Trudno po takiej spodziewać się wyrafinowanych ekscesów. Jest nudniejsza od przysłowiowych flaków z olejem. Dowolnym. Nie zaskoczy człowieka niczym szczególnym. Trwa i już.

 

Ściana pulsowała melodią marszowych werbli, nieskończenie wolno kolonizując moją głowę.

 

Pierwotne spostrzeżenie, że się tłucze, szybko zastąpiła irytacja, dysponująca talentem do samoistnego wzrostu. Ale i dorastanie ma kres pozbawiony wentyla bezpieczeństwa, więc eksplodowała wściekłością.

 

- Pamiętasz, co mieszka ZA NIĄ? – Ściana najwyraźniej również miewa wilcze humory i chce się podzielić zauważeniem – wszak wściekłość rośnie jeszcze dynamiczniej…

 

- Sprawdzę – wkroczyłem na teren, gdzie nie istniały ŻADNE słowa.

Co koń wyskoczy.

 

Po drugiej stronie Pól Pasikoników monotonnie czerwone ptaki umilały wędrowcy podróż. Izyda postanowiła rozkoszować się ciepłem czarnego słońca i cieniami, które spadając z drzew tworzyły w trawie niemal pluszowe kleksy, szare miraże, naśladujące stworzenia trudne do wymyślenia innym sposobem. Dlatego jechała bez pospiechu nazywając co bardziej fikuśne figury i cieszyła się aromatem łąk nad którymi uwijały się nieco naburmuszone barwą dnia trzmiele i mnóstwo skrzydlatych rzeczy jeszcze od nich mniejszych. Tylko motyle stadami osiadały po zacienionych stronach drzew i gorączkowo naradzały się nad strategią na nieplanowane egipskie ciemności. Słońce najwyraźniej przesadziło z ekstrawagancją wyboru i motylom nie chciało się nawet trzepotać skrzydełkami w tonacji ogryzionej z większości kolorów.

 

- Faktycznie – mruknęła Iza – trzeba być czarną pumą, żeby stawać na piknik w tak ekstremalnych warunkach.

 

Wyjęła z sakwy sztandarową kanapkę korporacyjną z wieczystą gwarancją świeżości i jazzowo chybotała się w rytm końskiego swingu, rezygnując z postoju, kiedy od zaplecza nadciągnął mocno już spóźniony Czas. Nie był zbyt uprzejmy i chyba wciąż miał za złe Autorowi, gwałtu na ciele, bo mełł w zębach klątwy tak straszne, że ponadczasowe. Gdzieś TAM – świat trwał i oczekiwał od niego przyszłości! A on tymczasem dopiero mknie przez nieużytki dzielące Stolicę od Bierutowa. Ożesz ty!

 

- Byłabym głupią siksą, gdybym nie skorzystała z okazji – Izyda potrafiła wyrażać się jak na wiejskim weselu, ale wolała nie przyznawać się, gdzie nabyła tę frapującą umiejętność i błyskawicznie wróciła w tonację bon tonu. – Wybacz koniku, że cię błyskawicznie opuszczę. Poczekaj tu na mnie proszę. I nie przejedz się zieleniną, która chyba wszędzie tu się panoszy. Oby słońce było ci bardziej przychylne. Jak to brzmiało? Ożesz ty! Warto przyswoić. Będzie jak znalazł zanim opowieść powróci na łono stolicy.

 

Kończąc naukę klątwy już wyjmowała stopy ze strzemion, by skoczyć. Spadła na kark Czasu, jak harpia. Jak skrytobójca. Jak wyrzucony z okna samolotu termos z kawą zbyt zimną, aby chcieć ją wypić.

 

- Jauć! – wrzasnął Czas, gdy poczuł na grzbiecie skromne kilogramy spoconego gościa.

 

Chciał coś dodać, ale chyba właśnie wtedy Izyda zarzuciła mu prymitywne wędzidło w pysk.

 

- Pasek od damskiej torebki? (Autor przeprasza, jeśli przekład nie był doskonały, gdyż w naturze brzmiało to z mniej więcej: „aaeek o alej oeiii!” i nie była to zasługa chwilowej prędkości wiatru wstecznego) – Czas nie potknął się jedynie dlatego, że zapomniał języka w gębie i o nogach nie myślał nawet podświadomie, a one poradziły sobie z wściekłym patataj, czy tik-tak podkręconym na maksymalne obroty. Pejzaż sprzyjał. Był w miarę gładki i wolny od króliczych nor. – Oo eee? (co jest?)

 

- Ruszaj się malutki – zawołała wesoło Izyda ściskając Czasowi boczki kolanami – przyszłość czeka na nas. Ihhaahha!

 

- O Bezwzględna! Indianka mnie dosiadła! A one potrafią ujeździć wiatr i śmierć nawet, a co dopiero konika! (Autor pozwoli sobie pominąć wersję oryginalną, żeby nie zużyć zbyt wielu samogłosek nadaremno. Napomknie jedynie, że nieważne kim się czujesz – z wędzidłem w pysku i Ihhaahha nad uszami – musisz być konikiem. Każdy tatuś zna to doskonale, a Czas miał nieskończenie wiele więcej okazji, by zaznać rutyny).

 

Pejzaż nieco się rozmazywał od prędkości, co w szaro-czarnym umaszczeniu przypominało podróż okropnie długim szybem windy BEZ WINDY. Izyda była twarda i powstrzymała objawy choroby lokomocyjnej. Czas powstrzymał się od słów, bo z wątłą Indianką na grzbiecie wolał chwilowo nie polemizować. Z puszystą tym bardziej.

 

Zresztą! Podróż nie powinna trwać długo. Czas zasuwał jakby miał w pupie motorek. Zanim Izyda oswoiła się z lękiem, że w takim towarzystwie zmarszczki na jej gładkiej buzi są zaledwie kwestią mrugnięcia okiem, a cellulit już się lubieżnie rozpełza po całej skórze… Powstrzymała się od mrugnięcia! Skutecznie. Zanim oczy jej wyschły z wysiłku, byli na miejscu. Zsiadała z wierzchowca u koniowiązu z miną znudzoną, jakby przyjechała do kiosku po paczkę papierosów bez filtra, prezerwatywy i szmatławiec poranny, który kupuje od lat, zanim wstąpi do piekarni po ciepłe bułeczki.

 

- Uff – Czas sapnął tylko raz i czmychnął daleko od Izydy – Przed wariatami strzeż mnie Bezwzględna!

 

- Ty też nie potrafisz zdobyć się na odrobinę oryginalności? – Konieczność odparła namolny atak modłów wyraźnie zniesmaczona.

 

- Pa koniku! - Izyda zawiesiła torebkę na ramię i puściła za zadem Czasu całusa oraz perskie oczko. – Mam nadzieję, że wracamy razem?

 

Czas udawał, że nie słyszy, co było szaleńczo trudne, gdyż zmierzali do tej samej Gospody Pod (nie wiedzieć czemu) Trzecim Zębem. Chciał przeczekać, więc zatrzymał się przed witryną kowala i studiował z namaszczeniem promocje na kowadła (kup dwa, a podkuję przód konia gratis) i reklamowany w tym sezonie szczyt mody olimpijskiej – oszczepy wyważone indywidualnie do wagi i zasięgu ramion przyszłych olimpijczyków.

 

Izyda kopniakiem (skąd znała zwyczaje z pogranicza Dzikiego Zachodu?) wepchnęła do karczmy tuman świeżego powietrza, wyduszając z wnętrza pulchnego cumulusa formowanego pracowicie przez ostatni tydzień przez tambylców.

 

- Pani wybaczy – bąknął zaskoczony cumulus, przedzierając się obok Izy na środek gościńca, gdzie rozpłynął się w powietrzu.

 

- Khy, khy – Czas najwyraźniej zachłysnął się skondensowanym aromatem.

 

- Szanowanko – swobodnie odkłoniła się Iza i wkroczyła.

 

PS. Szanowny Czytelniku. Jeśli KOBIETA, zamiast po prostu WEJŚĆ - WKRACZA, to znak, że najwyższa pora budzić Historię.

 

- Ale Historia… - zza kotary rozległ się zmęczony czuwaniem głos Anonima

 

- Milcz łobuzie, kiedy do mnie mówisz! – Autor nie był zdolny w damskim towarzystwie przytoczyć dokładniej riposty, jaką poskromił Anonima. Ale był do bólu skuteczny. Uwierzcie. I zacnie pasowałby do knajpianego chóru zwoływanego spontanicznie przed świtem spośród jeszcze żywych.

 

- Jest! – zaszemrała plotka, aż spod sufitu zerwały się na wpół śnięte gołębie zdobywające tam patynę, a z grafik wiszących na ścianach smętnie osypał się kurz.

 

- Jestem – odparła rezolutnie Izyda. - I co?

 

Talent do smalltoku zbiorowej plotki chyba właśnie zdechł na podłodze, zduszony wieloma parami gumofilców z bardzo starego katalogu Korporacji. Tylko barman ścierał olimpijskie kręgi pozostawione na blacie przez dopiero co wychlane kufle. Precyzując wypowiedź, w obliczu zaistniałej drobnej luki konwersacyjnej: mokra ściera w rozmiarze XXL zatoczyła nerwowy łuk zgaszony dłonią Katarzyny Wielkiej! Pierwszej Po. Po kim, to już lepiej nie wnikać, ale i tak każdy domyśla się podskórnie, że Większe Ryby ZDARZAJĄ się każdemu.

 

- Cześć – Izyda czuła się Pod Trzecim(?) Zębem jak RYBA w wodzie i wskazując głową wstecz zapytała – Oni tak zawsze?

 

- Nigdy – wzruszyła ramionami Katarzyna – Dawno nie widzieli obcej, to ich skutecznie zatkało. Wreszcie. Kaśka jestem. Czego się napijesz?

 

- Czegoś innego. Nie chcę się fraternizować. Izyda. Jadę od Stolicy.

 

- Czyli plotka nie kłamała?

 

- Ooo.. Wyprzedziła mnie? Zdawało mi się, że podróżuję z prądem. Cóż. To uczy pokory. Nie kłamała.

 

- W takim razie zapraszam do mnie. Mieszkam nad karczmą, bo tak najwygodniej.

 

- Dopóki ktoś, w pijanym widzie, nie puści czerwonego kura… - mruknęła Izyda, ale zaproszenie przyjęła bez mrugnięcia okiem (chyba nadal miała drobne obawy że lada moment dogonią ją zmarszczki i celulit)

 

- Przestań! – Czas poczuł się chyba zawstydzony – nie zrobię ci nic, czego sama sobie nie zrobiłabyś pierwej malutka… Zaskoczyłaś mnie i tyle. A to nie zdarza się co dzień.

***

Kostniejąc.

 

Poszwę nocy wypełniła wata mgły. Poranek dopiero miał nadejść, więc kto mógł otulał się nocą, aby dokończyć sny i obracał na drugi bok. W zawiesistych okach latarni brylantowiały trawniki i dachy samochodów. Klony litościwie zrzuciły wystarczającą wiązkę liści, żeby trawniki przypominały zgliszcza antykwariatu po zaciekłej wojnie. Wszędzie walały się powykręcane liście imitując przypadkowe kartki z książek, których nikt już nie przeczyta. Pogrążone w mroku lamenty ptaków nie były już tymi sprzed tygodnia. Teraz innym przyszło zawodzić. Zimowym. Na razie ukrywają się przed ludzkim wzrokiem, ale i one wkrótce się oswoją i trzymać się będą krawędzi widzenia – jak inaczej miałyby wyżebrać jałmużnę? Zakapturzeni ludzie udają mnichów, jednak ci, chyba nie pociągają nosami tak beztrosko i nie przejmując się idącymi naprzeciw. Letnie kwiaty skostniały na balkonach i czekają na godny pochówek. I już tylko flagi łopocą tu i ówdzie demonstrując obce tubylcom wartości. Ciekawe, czy w goście innych krajach również przeprowadzają tak uporczywe manifestacje. Nie sprawdzę, bo jakoś nie spieszno mi za morza, czy granice. A przynajmniej za granice zasięgu moich własnych nóg. Żebym zdołał wrócić piechotą brutto w przeciągu miesiąca. Powiedzmy coś między pięćset, a tysiąc – z każdym rokiem bliżej pięciuset. A to chyba zbyt wątła perspektywa do założonych obserwacji. Wiem - zachowuję się jak ozimina - trwam w stygnącym gruncie z nadzieją, że wiosna jednak nadejdzie. Kiedyś.

poniedziałek, 21 listopada 2022

Stępa i galopem.

Halny dopiero się rozpędzał i zerkał łakomie na pasma gór, ignorując pagórek będący pozostałością po Krzywym Rogu i stanowiącym obecnie przedmurze właściwych gór, wyostrzonych przez wiatry i świecących błękitem śnieżnej stali niekończącej się tam zimy. Czas, na rozkaz Bezwzględnej Konieczności, naprawdę się postarał. Niezwykle groźna, historycznie niedostępna iglica, zatopiona ostrzem w miękkim podbrzuszu nieba, była już wykałaczką w żuchwach Historii, a lekka wypukłość terenu zdawała się być przepukliną, względnie efektem sutego posiłku nie wymagającym nic więcej, jak czknięcia. Nie na darmo Konieczność zerkała właśnie tu. Czknięcie wolało pozbyć się poobiedniej opieszałości, nie chcąc narażać się na gniew Bezwzględnej. I nim nad pagórkiem przemknął halny – ziemia na wierzchołku (wstyd byłoby to coś nazywać szczytem) zapadła się odsłaniając głębiny. Halny zanurkował zachwycony niespodziewaną zmianą stanu skupienia okolicy i taplał się w podziemnej próchnicy. Po smoczych ogonach wypadało się spodziewać nieodległych im odbytów. Martwych poniekąd, ale przecież gazy jelitowe wydostają się ze wszystkich ciał jeszcze długo po śmierci, a smoki były genetycznie odporne na pojęcia „długo” i „śmierć”. Halnemu szybko znudziło się zwiedzanie sztolni pełnej zgorzeli i zatęchłych odorów, więc pognał do tych swoich epoksydowanych ostrzy, skrzących się w czarnych promieniach słońca. Tylko Bezwzględna Konieczność wiedziała (nie musiała zaglądać smokom w bieliznę), że halny rozniecił przyczajony w smoczych trzewiach ogień i namaścił olimpijską tradycję aromatyzowanym naturalnie świętym płomieniem przedwiecznego pochodzenia.

***

 

Halny był zagorzałym analfabetą, trudno więc się dziwić, że oparta o skromną półkę skalną podwójna tablica wyszczerbionego dekalogu nie wzbudziła w nim cienia emocji i ignorował cień, jaki sama rzucała na przyszłość wyprawy, której pochrapywanie strącało już pojedyncze ziarnka kurzu z pęknięć pamiątkowego leja po dumnym Krzywym Rogu.

***

 

Smoki, za życia wrogie sobie, od wieków pośmiertnie przytulone do siebie i wspólnie cierpiące niedolę mroźnych zim i lat pełnych insektów wymieniały między sobą drobne przekleństwa i plany na lepsze cokolwiek, choćby runo na sawannach, aby skryć grzbiety przed słonecznym niezdecydowaniem kolorystycznym. W szczególnie melancholijne dni potrafiły nawzajem podpierać w sobie gasnące ego, bo mimo wrogości ŻYWIŁY do siebie szacunek. Teraz miały też tajemnicę, misję i instynkty, jakich za życia nie doświadczyły. Skupione na coraz ściślej kolaborujących umysłach urzeczonych Pisklęciem, ledwie zauważały, co dzieje się na szachownicy Półświata.

***

 

Cała przyroda węszyła. A to zawsze niesie jakieś przesłanie. Węszenie prokreacyjne, spożywcze, albo zgoła delikatesowe, ryzyko spotkań najwyższego stopnia zagrożenia, w trakcie których jeden spotkany staje się napędem drugiego. Może się zdarzyć także węszenie wyższego stopnia. Polityczne. Bo zawsze warto wiedzieć, kiedy WIĘKSZA RYBA zaczyna się psuć. A w stawie Dwuświata wiecznie coś pływa i coś gnije, choć rzadko miewa głowę zdolną zrozumieć płynność polityki zewnętrznej.

 

Prezes był podejrzany. Zapewne przez Szpiega. I choć spodziewał się tego od dawna, nie dostrzegł momentu, kiedy został zinwigilowany do cna. Do gołego. Szpieg naprawdę był profesjonalistą. Profesjonalistką?

 

Prezes nie byłby jednak Prezesem, gdyby był lekkomyślny i łatwowierny. Miał swoje sieci i macki. Gdyby zechciał być ośmiornicą – nie mógłby poprzestać na dwóch podwójnych parach odnóży. Jego macki byłyby niepoliczalne. Sieć za to była pojedyncza. Handel rządzi się prawami, nad którymi trudno panować. Nawet król tolerował praktyki, które w innej instytucji domagałyby się natychmiast wielu ofiar – nie głupich kozłów, czy płotek. Aby sięgnąć stanowiska na szczycie Korporacji musiał być przebiegły i utalentowany w interpretowaniu tego, co zabronione. O tym co wolno – uczyli nawet w podrzędnych szkołach, na stołecznym bazarze pod nienachalną flagą Korporacji, a nawet w karczmie Dwulicowej w obu jej odsłonach.

 

I Prezes oczywiście WIEDZIAŁ, że Król WIE. Pominął więc w pamięci on-wie-że-ja i przeszedł do konstatacji, że tak urządzony jest świat i inaczej gotów NIE ZADZIAŁAĆ. Czyli Prezes jest potrzebny światu i królowi taki, jakim obudził się dzisiaj i będą się wzajemnie uśmiechać, aby posady świata nie zadrżały w rewolucyjnym ryku motłochu.

 

- Po pierwsze – kolaboracja – zawołał w duchu hasło miesiąca, wiszące na ścianie zakładowej stołówki.

***

 

- Po pierwsze – kolaboracja – król Leon właśnie wciągał spodnie do konnej jazdy, choć planował spędzić czas raczej w powozie, niż oddając pośladki niekończącym się końskim klapsom, w tkanki nie tak już miękkie, jak onegdaj. - Sądzę, że Prezes dojrzał do rozmowy o ciemnej stronie dwukomety i winie, którym szafuje tak oszczędnie. Polityka jednak każe zaczekać, żeby przyszedł do mnie. Przedszkole polityki. Pozycja negocjacyjna preferuje tych co siedzą, a nie skazanych na spacery do siedzących. Taktyka mrówkolwa jest nienaganna i kwestią cierpliwości jest chwila sytości. Tymczasem popchnijmy wyprawę odrobinę pejzażu w przód.

 

Dzikość krajobrazu nie budziła wątpliwości. Odwaga podróżnych już tak. Karawana skupiła się jak pszczoły w ulu i pozwoliła otulić dwoma szwadronami królewskiej kawalerii. Tylko łowczy Zenon beztrosko siedział na dachu powozu z amunicją oddziału ciężkiej artylerii i stroił cięciwę kuszy podśpiewując jakąś karczemną przyśpiewkę pełną wulgarnych aluzji dotyczących bezpruderyjnych kontaktów różnopłciowych. Ono postanowił najeść się na zapas, bo nigdy nie wiadomo, kiedy dzicz zaprosi do suto zastawionego stołu (broń Bezwzględna przed zaproszeniem na stół – Ono nie byłby fordanserką, nawet po ostruganiu go z dobrobytu, a jako posiłek stanowiłby największą z możliwych kalorię, w towarzystwie której, cholesterol galopem pokonałby każdą skalę umykając górą w tempie odrzutowca. Antek ze łzami w oczach polerował rękojeść znicza, zanim ktokolwiek zażąda okazania. Pejzaż pozbawiony kompletnie architektury, nawet tej prymitywnej w postaci wysłużonego gościńca – zastanawiał.

 

- W jaki sposób Korporacja dostarczała towary do tam, albo przywoziła do tutaj? Przecież linia kolejowa z pętlą Na Krańcu właśnie przykucnęła za lasem bez imienia, albo za tą łąką po lewej, co faluje, jak brygada górników po urodzinach brygadzisty, kiedy odwaga dojrzeje do przedostatniej kolejki już w Dwulicowej.

 

Król pozwolił koniowi na samorządność i kiwał się w siodle niczym wytrawny traper. Królowanie wymaga zachowania pozorów i godności, nawet siedząc okrakiem na czymś kościstym i niewygodnym. Przezornie koronę podróżną miał z materiałów mniej szlachetnych, za to lżejszych i nie robiących dziur w królewskiej czaszce. Pozwolił sobie na ekscentryczny detal w postaci pompona w kontrastowej do otoczenia czerwieni. Czapeczka starannie ukrywała królewskie myśli przed orszakiem i Prezesem, którego godność zdaje się właśnie została urażona kolejnym pęcherzem na tkankach miękkich przewidzianych do boksowania z bezlitosnym losem.

 

- Ból innych łagodzi niedogodności podróży – pomyślał i dziabnął konia ostrogami, a ten zmienił bieg na wyższy – Ciekawe, co teraz zrobisz, hultaju!

 

Karawana z każdą chwilą traciła na wizerunku, a manewr królewski skruszył wątły ład. Jedynie kawaleria zdała egzamin z jazdy po właściwej krawędzi kodeksu drogowego. Widnokrąg przezornie cofnął się bardziej, niż musiał.

 

- Od wariatów z daleka trzymaj mnie Bezwzględna Konieczności! – modlitwa stanowiła drobne urozmaicenie dla widnokręgu, którego głównym zajęciem było oddalanie się od pościgu.

 

- Dasz sobie radę doskonale! – Bezwzględna była zblazowana, a modlitwa sztampowa do obrzydliwości.

 

Na horyzoncie majaczyły już srebrne ostrza niezdobytych szczytów, świeżo przeciągnięte osełką halnego. Srebrny kurz unosił się skrzącą mgłą, kryjąc to, co się ludziom nie mieściło w głowach. Ponoć żył tam Świątobliwy, który … (tu zaczynały się opcje i warianty zaprawione wysokoprocentowymi wspomagaczami fantazji, więc pozwolę Czytelnikom, aby sami sobie dośpiewali, jaką super-mocą został obdarzony ów święty człek chwilowo nieistotny dla opowieści).

 

Bojowe słonie zarżały, sadząc, że przyjdzie im zaatakować górskie pasmo i roznieść je na kłach, albo stratować, jak nielegalną plantację bawełny wraz z niewolnikami. Krzywy Róg, który pod butem Czasu reinkarnował do postaci Krzywej Otchłani zdawał się odsuwać od nieelegancko wyglądającej karawany, kurczowo trzymając się rąbka pierzchającego widnokręgu. Lej nie potrzebował pożywienia. Karawana nie mogła ofiarować nic, na co Otchłań gotowa byłaby zerknąć przychylnie. Ale i to miało się zmienić. Wkrótce.

 

Antek cichutko rozpłakał się z ulgi – dwie skazy na rękojeści okazały się skórką od tego lepkiego pomarańczowego owocu z drugiej połowy Dwuświatła. Długotrwały kontakt z antkowymi łzami odkleił je od nieskazitelnej znów rękojeści. Teraz mogły się odbyć Igrzyska bez skazy!

***

Ciąg bliższy.


Mężczyźni tak bardzo zawładnęli uwagą publiczności, że ominęła nas uczta u Łucji. W obliczu jawnej niegodziwości Autor przyszpilił Czas jak motyla w pluszowej gablocie, żeby bezpiecznie cofnąć się do wątków, które zapodziały się nam przez nieostrożność, albo delikatność.

 

Łucja żyła już wystarczająco długo, aby przekonać się, że łatwiej się żyje mając rację, niż wtedy, kiedy rację mają inni. Dlatego dyskretnie popełniła taktyczny mezalians towarzyski, z premedytacją wchodząc bez reszty w dożywotni związek z racją, ku obopólnemu zadowoleniu.

 

Nieoficjalne spotkanie zwołane zostało tradycyjnym zewem aromatycznym (szarlotka pigwowo-rabarbarowa, BEZ jabłek), a niepisaną i ściśle przestrzeganą sugestią było, że to impreza homoseksualna. Grono niezapraszanych stanowiły wyłącznie kobiety (z kryptokobietami włącznie) dysponujące na tyle wyrafinowanym powonieniem, że potrafiły rozpoznać woń szarlotki PRZED upieczeniem. Inaczej nie miałyby prawa zdążyć, nawet w tak zdumiewającym świecie, jak Dwuświat.

 

Było ciasto i słodkie likiery. Herbaty słodzone srebrną łyżeczką, albo miodem z dzikich barci. Niezobowiązująca wymiana opinii o cudzym kapeluszu i własnych odciskach. Kołczany tłuste od zatrutych strzał i topory olśniewające podwójnym ostrzem nudziły się w przedsionku, konie leniwie sortowały siano, wyłuskując zeń pachnące pąki koniczyny. Słońce zerkało przez uchylone okna, pozwalając sobie na niedyskrecje i przymierzało się nawet do komina, chcąc tamtędy wśliznąć się w epicentrum wybuchów śmiechu i szepty pełne dostojnych znaków zapytania. Wokół domku Łucja wyhodowała taką masę ekologicznych pułapek, że nawet królewski Szpieg zaniechałby prób sięgnięcia czubkiem ucha futryny. Termitiery i gniazda os, kretowiska i żmijowe warkocze. Każda toksyna miała swoją siedzibę nieopodal obiektu zwanego domkiem Łucji. Do tego trzeba dodać tyraliery trujących roślin, patrole mięsożernych pędów pasożytniczych bylin, zwyczajowe w łowczych kulturach wilcze doły, sidła i potykacze dla gruboskórnych i wreszcie kij od szczotki stróżujący po wewnętrznej stronie drzwi, tuż obok bejsbolowego (babcie TEŻ są zagorzałymi amatorkami sportów zespołowych) kija. Nikt rozsądny nie usiłowałby nawet myślą targnąć się na mir domu Łucji. Nierozsądni dawno już zdążyli użyźnić nieregularną plantację toksycznych rosiczek o szczękach potrafiących wygiąć kute pręty ogrodzeniowe i skruszyć podkowy.

 

Czas NAPRAWDĘ się starał. I nigdzie nie pędził. Zdobył się nawet na odwiedzenie Historii w domowym areszcie. Jednak kobiece spotkania są tak gęsto nafaszerowane słowami, że każdy wieczór nadchodzi zbyt wcześnie. Zanim ostatnie brzemienne w słowa opowiadaczki zdążą uwolnić magazynki od nadmiaru amunicji, pierwsze wracają do starcia ze świeżym ładunkiem słów ważkich i znaczących. Łucja była na to przygotowana i kiedy Czas zaczął popuszczać w szwach – wygoniła drania z domku, żeby nie podglądał, jak nieoficjalna impreza przeradza się i piżama-party, a na stylowym wieszaku w kącie salonu zaczyna stygnąć kiść biustonoszy umęczonych dźwiganiem słodkich ciężarów.

 

- Nie mogłam nikogo innego wygnać w tę noc – wyjaśniała Łucja, lecz nie wiadomo do kogo kierowała usprawiedliwienie.

 

- Przecież to oczywiste – Bezwzględna Konieczność była doskonale zorientowana. Jak to kobieta.

 

Likier sprawiał że słowa miękły i stawały się kosmate jak misie w dziecięcych łóżeczkach. A kiedy większość słów została już wypchnięta na wolność i snuła się pod powałą, przysiadając na krokwiach i drzemiąc w ciepłym aromacie uczty, Łucja chwyciła Jolantę pod łokieć i zaprosiła do zwiedzenia ogrodowej chluby tego sezonu wegetacyjnego - zagonu pachnącego groszku, który miał zwyczaj przytulać się do przechodzących pozornie delikatnymi lianami, aby usidlić gości do czasu, aż Łucja ich przesłucha i zezwoli na cokolwiek. O ile w ogóle zauważy, co oczywistym nie było, gdyż Łucji okulary miały podwójne dno i doskonale służyły do rozpalania ognia częściej, niż do sprawdzania, kto zaplątał się w prywatną zieleń na plantacji. Czasami Łucja wypalała za pomocą okularów drobne instrukcje na odległość niedostępną jej nogom. Palony list od niej wróżył zazwyczaj rzeczy, których wolelibyśmy uniknąć. I dzięki lekturze – czasami się udawało, jeżeli trafiło na rozsądnego czytelnika.

 

-Jolka! Musisz działać – powiedziała, kiedy tylko upewniła się, że pozostali goście nie usłyszą – Ostrożnie. Historia dobija się do Bierutowa i zapewne lada chwila doznasz zdumiewających objawień. Ale wiedz już teraz, że zanim powędrujesz daleko, dobrze byłoby zostawić sojusznika na miejscu. Masz tam jaką rozsądną dziewuchę? Przyślij ją do mnie, to przyuczę na początek. Nie zamykaj się w kręgu przyzwyczajeń. I skoro świt wracaj do Bierutowa, nie czekając, aż pozostałe się obudzą. Czas nie śpi.

 

- Akurat – mruknął porywacz Czasu, czyli Autor.

 

Łucja ścisnęła wieszczkę za łokieć i pozwoliła jej nasycić ciało przekazaną informacją. Potem to już tylko plotkowały o intrygującej skłonności tej nowej odmiany groszku do szukania ciepła tam, gdzie ludzie wstydzą się, że mają go najwięcej.

 

Taa… - Narrator uśmiechnął się znacząco – Każda kobieta jest tajemnicą. Ale niektóre bardziej. I nie mówią wszystkiego. Nigdy. Nikomu. Chociaż gadają tak dużo…

***

 

- Najwyższy czas uwolnić Czas – gwizdnął zawadiacko zza kotary Anonim.

 

- Spokojnie – Autor właśnie otwierał gablotę i ostrożnie wyjmował szpilkę z pluszowego dna.

 

Motyl Czasu zatrzepotał, pisnął jakieś zatopione w przeszłości przekleństwo i rozpaczliwie doganiał teraźniejszość, sapiąc i plując jadem.

***