poniedziałek, 15 grudnia 2025

Po kolei - kolejna kolizja kolegi kolejarza z koleiną.

 

    Nocą spadł brylantowy deszcz i okrył karoserie skrzącym się filigranem. Wszystko, może poza kubraczkami szpaków zdawało się połyskiwać, mienić, nawet kałuże okazały się lustrem dla chudnącego błyskawicznie księżyca. W tramwaju zmutowany byczek w croksach najwyraźniej opuścił pielesze domowe bez śniadania, gdyż dokarmiał się wydzielinami z nosa, a apetyt miał zaraźliwy, bo wśród pasażerów pojawili się kolejni konsumenci. Dziewczyna posiadająca kawałek ciała (w przeciwieństwie do zabiedzonych szczapek o nogach zaplecionych mocno) przesiadła się, by nie brać udziału w zbiorowej konsumpcji i ja ją rozumiem.

piątek, 12 grudnia 2025

Korozja zjada korę, erozja zjada erę.

 

    Wielka Niedźwiedzica zwiesza łeb nad jednym z ostatnich w okolicy nieużytków – tym za Biedronką, gdzie ma powstać ośrodek dla uchodźców, gdzie tramwaj nie dojedzie, żeby nie ułatwiać obcym podróży do centrum. Niech sieją popłoch w miejskich opłotkach. Kos, jak czarna dusza bezgłośnie skoczył z trawnika wprost w ramiona klonu i robił tam to, co kosy robią, nim świt wybarwi osiedle i nada mu kształtów. Różnice temperatur między wnętrzem, a zewnętrzem matowią szyby i sprawiają, że stają się nieprzejrzyste. Oddechem można wysyłać sygnały Morse`a, gdyby tylko znalazł się ktoś, kto wciąż potrafi odszyfrować ciągi kresek i kropek. Klepsydra w czerwonym płaszczu i białej czapce ma kształty sprzed epoki rzeźbienia nienagannej sylwetki skalpelem. I co z tego, że ma zmarszczki, skoro nawet one są nieoszukane i zasłużone godziwym najwyraźniej życiem.


    Nóżka dziś zasępiony. Spotykam go ciut za szybko, ale nie jakoś dramatycznie. Spoza okularów zerka na świat, jakby cały zamierzał zbesztać, gdy tylko się napatoczy. I nawet młodziutka baristka, zagubiona w otchłaniach swojej wielkiej torby nie poprawia mu nastroju. Na wystawie sukien ślubnych – kreacje w czerwieni. Jedna ze szczerozłotych dam dysponuje rozcięciem tak odważnym, że złotym, doskonale wydepilowanym łonem chwali się bezwstydnie, a jeśli ma rumieniec, to także złoty.


    A kiedy w radio słyszę „podwójne zapro na imprę” czuję się staroświecko poirytowany. Niech będę lamusem, ale media powinny trzymać klasę, a nie równać do rynsztoka, żargonu i nowomowy. Podobnie czuję się na spektaklach teatralnych – ostatnio byłem na takim, gdzie przez dwie godziny aktor zaklął tylko raz. Podczas wcześniej oglądanych przedstawień hurtem walili między oczy śmietnikową ekspresją. Niesmak, to najłagodniejsze ze słów, jakie przychodzi mi do głowy.

W drodze.

 

    Szesnaście zakonnic szło właśnie do nieba. Niespiesznie, skromnie, z poczuciem satysfakcji z ziemskiej służby. W szarych, mocno spranych habitach odświętnie odprasowanych i wyczyszczonych adekwatnie do okoliczności. Zbiły się w ciasną grupkę, niczym stadko owiec sprawnie zagnanych przez owczarka, więc z pielęgnowanej przez lata oszczędności miast szesnastu pojedynczych, szły pod wspólną, też niespecjalnie okazałą aureolą. Złośliwcy zadzierali głowy, zerkając, co zakonnice noszą pod habitami, podśmiewując się z niewydepilowanych łydek, względnie wełnianych podkolanówek, bo w górze zimno. Nim wzrokiem sięgnęli w mrok zaoszczędzonych cnót kobiecości, nadjechał eszelon Muska i rozniósł w pył stadko. Po niebie wiatr rozniósł resztki - drobne postrzępione chmurki.

czwartek, 11 grudnia 2025

Aromatyczna armata z armią armatury.

 

    Pani skrojona z resztek materiału, kompaktowa, być może poddana japońskiej sztuce miniaturyzacji aby zaznaczyć swoją obecność na rynku prokreacji wbiła się w legginsy podkreślające jej wartość rynkową, i tylko ukradkiem sprawdzała, czy to nie zbyt mało czytelna ekspozycja. Mrok zdławił entuzjazm kierowcy, więc jechało się i jechało, aż człowiek zaczął tęsknić za kanapką podróżną. Jesień nastraja nostalgicznie, niektórzy zaklinają pogodę, by wróciło lato i udają, że krótkie spodenki, to doskonały pomysł, choć ja zastanawiam się, czemu w takim razie w komplecie występuje kurtka na kożuszku.

środa, 10 grudnia 2025

Okazały okaz oka w okowach okazał się okoniem w oknie.

 

    Pomarańczowy samolot ugrzązł pośród wilków jednego z osiedlowych klonów, zapewne w asyście rozpaczy dziecka. I to o tym donosił kos skrzętnie ukryty w garniturze nocy, bo przecież nie o rosłym iglaku, który na okres zimowy każdego roku stroi się w milion światełek zaburzających sen w okolicznych sypialniach.


    Autobus przyjechał wypełniony „śpiącymi mnichami”. W obowiązkowo wielkich kapturach, oparci czołami o zimne szkło, rozparci na dwóch siedzeniach, jakby śnili sny wielokrotnie większe od podłej postury i fizycznego ubóstwa. Wcale nie chcę przez to powiedzieć, że cieleśnie bogata blondyna w rozwiązłych butach śniła sny skromne jak grzechy wyznawane na pierwszej komunii, by zachować umiar sumy cielesno-duchowej.


    Przesiadłem się na tramwaj i przede mną w objęciach plastikowego krzesełka utkwiła brunetka w wielgaśnej, marmurkowej kurtce. Pachniała jakąś mieszanką aromatów, które zuchwale identyfikowałem po kolei – stara książka, atrament, andrut smarowany słodką masą z jakąś ekstrawagancką przyprawą. Więc pewnie była piękna, choć strój zabrał możliwość weryfikacji tej uzurpacji, pozostawiając szerokie, niezaorane pole dla wyobraźni. Trawnik w dzielnicy Boga obsiadły trójwymiarowe, migotliwe gwiazdy, a i most niegdyś uginający się od kłódek pojaśniał girlandą diodowego planktonu.

wtorek, 9 grudnia 2025

Nosiciel unosi nos by puknąć wypukłe pukle.

 

    Pani w rozmiarze XL (i spódniczce XS) rozbudziła zainteresowanie Archeopana adekwatne do rozmiaru, bynajmniej nie spódnicy. Wróżba Na Dzień Dobry przestaje być dziewczynką, a jej kobiecość budzi się i rozkwita. Ochroniarz-kombatant negocjuje przez telefon wynagrodzenie, choć na Psa Wojny nie wygląda wcale. Może maskuje się doskonale, jak przystało na frontowego wygę?


    Trwa budowa międzyosiedlowej kuwety. Po zapomnianych ogródkach działkowych nie ma już śladu, może ze dwa drzewa oszczędzili projektanci, a resztę ogarnął nowy ład. Skrawek ziemi przy głównej ulicy, z otoczony asfaltem i nowiutkimi budynkami niewątpliwie ucieszy właścicieli czworonogów, którym brakuje terenów nadających się na biodegradowalną oczyszczalnię ścieków.


    Śpiewna Nerwica w kurtce-bezrękawniku dopiero w autobusie kompletuje play-listę, lecz nuci już z wyprzedzeniem, wiedząc, czym oszołomi własny umysł za chwilę. Z okolic, gdzie usiadła Już-Nie-Ruda Kobra dobiega mnie śmiech. Damski, nieco rubaszny, więc to nie Kobra się śmieje. Chwila musi minąć, bym skojarzył, że ów śmiech pochodził ze smartfonu. Niesione przez wiatr foliowe worki tłoczą się w podcieniach żywopłotów i udają sterty brudnego śniegu kryjącego się przed nieprzychylnością pogody.


    Jako kobieta była ledwie początkującą stażystką. Wsiadła i wahała, czy przysiąść się do mnie. W końcu sprawdziła dłonią, czy siedzisko nie ośliniło się na samą myśl, że złoży na nim miękkie tkanki i wspięła się pupą ufając, że jednak zachowa się przyzwoicie. Torebkę na wszelki wypadek trzymała na podołku, bo z takimi siedzeniami, to nigdy nie wiadomo.


    Na tyłach dworca wsiadł elegancik z wielką walizą i bólem istnienia rozsianym nie tylko po ciele, ale i we wzroku. Krawat zdychał mu pod szyją niespecjalnie związany z kołnierzykiem, a z torby wystawały podróżne rarytasy – wielka plastikowa butla z napojem gazowanym i równie wielka paczka chipsów. Gdzieś pomiędzy tłoczyły się żółto-czerwone róże – takie w bukiecie z Biedronki, nie od kwiaciarki.


    Popołudniem podziwiam gołobrzuche dziewczątka, nadmuchanego typka w krótkich spodenkach i sporo kobiet w minispódniczkach – jak do tego dołożyć dwucyfrową temperaturę na plusie, to zamiast zimy robi się piękna jesień. I wcale nie dziwą eksperymenty ze strojem.

Ekstrakt o przenikaniu języków.

 

    Co to jest wihajster, intuicyjnie rozumie każdy; no, to takie ten, zapomniałem, jak on się nazywa? I tu z pomocą przychodzi język niemiecki. Jak on się nazywa, tłumaczy się jako: wie heißt er, a czyta WI-HAJST-ER.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Szrapnel szarpnął szramę by się w bliźnim zabliźnić.

 

    Damskie spodnie mają tendencje. I trendy. Obecnie coraz częściej widuję takie, w których pojedynczej nogawce dałoby się przespać, za to na wysokości tkanek miękkich więcej niż obcisłych. One wręcz wgryzają się w płeć pilnując, by nosicielka ani na chwilę nie zapomniała, co nosi między nogawkami. Dla nosicieli owe spodnie stanowiłyby madejowe łoże, albo inne, równie wyrafinowane narzędzie tortur.


    Wielkie mózgi, wyćwiczone w niekończących się symultanach ze sztuczną inteligencją obciążają kręgosłupy tak, że powodują jego deformacje. Spod warstw kapturów na świat wygląda malutka buzia o porcelanowej cerze ze dwa numery za mała na gabaryt, jaki wieńczy, ale może to tylko zimowa iluzja tekstylna. Dwóch nastolatków o wzroku zamglonym, nieobecnym kontempluje w trakcie leniwej gawędy kominy elektrociepłowni i sprawdzają, czy palacz nie zaspał, bo czas najwyższy zacząć już rozcieńczać mrok przedświtu stadem tłuściutkiej baraniny.


    Gołym okiem widać, że lotnisko już otwarte. Niebo porysowane jak lodowisko po mistrzowskim programie dowolnym. Młoda mamusia popychając wózek kręci pupką okrytą czymś, co ma grubość pajęczyny i pewnie równie mocne włókna, by nadać kształtom to, co czas usiłuje skraść.

niedziela, 7 grudnia 2025

Uśmiechem, słowem, gestem.

 

    Jadę tym samym autobusem i jak zwykle zerkam na ludzi. Szybko, żeby nie obudzić podejrzeń o interesowność, czy apetyt na urodę. Przeciągam spojrzeniem najwolniej, jak wypada i kończę podobnie do pozostałych, gapiąc się niemal bezmyślnie przez okno, albo w detale wystroju wnętrza. Nuda skłaniająca albo do drzemki, albo wertowania kolejnych ekranów smartfonowych wieści z wielkiej iluzji świata. Trudno mi się pogodzić z taką obojętnością wymuszoną przez hipotetyczne podejrzenia. Tylko dzieci mogą zrobić coś bezinteresownie? Czy każda kobieta do której się uśmiechnę musi od razu obarczyć mnie obelgą, czy komentarzem pełnym epitetów? A facet zaczepiony spontanicznie musi od razu zewrzeć pięści i stanąć w pozycji bojowej?


    Ech! Kolejny dzień i wciąż ta sama śpiewka. Jedyną odmianą może być rodzinka wracająca z gościny, albo licealistka, która zaspała i jedzie nie tym kursem co trzeba. Nieco zagubiona, pośród obcych, których zwykle nie widuje, bo jeździ z innym zestawem osób. Grymas chyba wypełzł mi na twarz, bo jedna ze starych dobrych nieznajomych na wszelki wypadek przesiada się i dołącza do tej rudej, której chyba zazdrości tak młodości, jak wdzięku. Musiałem wyglądać bardzo podejrzanie, skoro zdobyła się na tak jawną demonstrację. Żeby nagrabić sobie do reszty uśmiecham się – przepraszająco jak sądziłem, a wtedy w jej oczach zapala się gniew. Widocznie w uśmiechu odsłoniłem kły i zaraz zacznie zwoływać koalicję chętnych, żeby wydrapać mi oczy, albo chociaż wygonić z autobusu.


    Jako przyszły banita wiem już, że ta pani zapamięta mi ów uśmiech do końca życia i stanę się tematem ploteczek w jej zakładzie pracy, a może nawet podczas domowego obiadu? Trudno. Nie jestem w stanie niczego zmienić. Jadę dalej i gapię się między własne nogi, obawiając się podnieść łeb, żeby nie eskalować. Włóczę się oczyma po tej podłodze, podgumowanej, brudnej, pełnej stóp nerwowo przemieszczających się od i do wyjścia, szukających wolnych miejsc, albo znajomych podróżnych, by przy zdawkowych uwagach o pogodzie dojechać do codzienności, traktując gawędę jako odmianę wytrącającą z monotonii. Mnóstwo butów. Brudnych i czystych, starych, wysłużonych, lecz zadbanych, czasem nowiuteńkich, na specjalną okazję. Z każdych dałoby się wysnuć opowieść o nosicielu. Szczególnie, gdy wyobraźnia podkarmiona nudą rutyny rozpaczliwie szuka zajęcia.


    I wtedy dostrzegam półbuty damskie, wiśniowe, jak określiłaby je kobieta. Lecz ja dostrzegam przede wszystkim rozwiązane sznurowadło ciągnące się za niskim obcasem. Wystarczy chwila, żeby ktoś przydepnął sznurówkę i nieszczęście gotowe. Zanim pomyślałem tyłek miałem już w powietrzu. Wstałem, zrobiłem krok, czy dwa w stronę owego buta. Nad nim rajstopy, rąbek spódnicy, płaszcza i gruby szal, a jeszcze wyżej twarz. Wypłukana z uczuć, obowiązkowo obojętna i matowa. Na pewno dysponowała doświadczeniem życiowym i towarzyskim – może nie wiekowym, lecz dobiegającym połowy tego okresu. Mogła się podobać, choć pewnie coraz częściej mierzyła się z kąśliwymi komentarzami. Przeciągnęła wzrokiem przez moją twarz i pewnie zapomniała mnie, zanim na dobre zauważyła. Dopiero gdy przykląkłem przed nią i schyliłem się, by zawiązać sznurowadło jej sylwetka zaczęła wypełniać się życiem.


    - Och! - wymsknęło się z niej słowo zaskoczenia.


    - But się pani rozwiązał, więc... – uniosłem wzrok akurat, żeby zauważyć, że nie poruszając głową, samymi oczami sprawdzała, czy każdy widzi, jak przed nią klęczę i wiążę but.


    - Och! - najwyraźniej jej organ mowy zawiesił się i powielał to, co zdołało się przedrzeć przez struny głosowe. I tylko oczy rozbiegane na wszystkie strony sprawdzały efekt. Może do podjęcia decyzji o właściwej reakcji na moją bezkompromisową pomoc potrzebowała potwierdzenia z zewnątrz?


    Na zewnątrz cisza zgęstniała, a jeżeli stopień wyższy od cicho istnieje, to właśnie się materializował, z sugestią, że jeszcze ciszej, to już na pewno się nie da. Chyba wszystkie kobiety w autobusie patrzyły na nią i na mnie. Na nas, choć uzurpowanie sobie części wspólnej, to zuchwałość nieuzasadniona niczym więcej, jak kawałkiem sznurka, który skończyłem właśnie wiązać, by podnieść się z kolan. Kilka pań westchnęło, jakby dyskretnie musiały zazdrość wydyszeć, jedna ukradkiem rozwiązywała bucik licząc niekoniecznie na mnie, lecz na dobrze zbudowanego byczka stojącego trzy kroki od niej. Pewnie podkochiwała się w nim platonicznie i teraz zwietrzyła szansę. Blondynka siedząca obok wyraźnie zazdrościła jej sznurowanych butów, choć sama nosiła piękne buty na obcasie, jednak zapinane na klamerkę. Ona z kolei miętę czuła do pana, który jechał tyłem do mnie i zapewne nie dowie się nigdy, że wzajemność miałby gwarantowaną, gdyby tylko odważył się odezwać.


    - Dziękuję – szepnęła zarumieniona pani, której doświadczenie najwyraźniej nie miało możliwości skonfrontowania się z podobną sytuacją, lecz wzrok obcych kobiet zrekompensował jej zaskoczenie z dużą górką – To bardzo uprzejme z pana strony, ale ja już tutaj wysiadam…


    Węzłowy przystanek wypluł nie tylko ją, ale i połowę pasażerów. Ja wysiadłem dwa przystanki później, zmierzając ku rutynie i zapomniałem o drobnym wszak incydencie. I pewnie nie pamiętałbym tego zupełnie, gdyby świat się wtedy skończył. A tak? Następnego poranka, jak zwykle czekałem na autobus i kiedy dotarł, wsiadłem. Linia którą jechałem dopiero rozpoczynała bieg, więc mogłem grymasić z wyborem miejsca. Lubiłem jechać przy oknie, przodem do kierunku jazdy i patrzyć na pasażerów, choć po wczorajszym zwarciu dzisiaj trochę brakowało mi śmiałości. Tym bardziej, że na następnym przystanku wsiadła ta, do której się tak nieszczęśliwie uśmiechnąłem obnażając kły. Zerknęła (chyba wyzywająco) i usiadła twarzą do mnie zakładając nogę na nogę. Na stopach miała półbuty, lecz tylko jeden był zawiązany. W drugim sznurowadło kołysało się w rytm kołysania się stopy. Usiłowałem zachować powagę, udając, że nie widzę dyndającego sznurka i rozglądałem się po wnętrzu. Ponad połowa kobiet w autobusie założyła sznurowane buty i każda, ale to każda jeden miała rozwiązany.

sobota, 6 grudnia 2025

W czas odwilży zwilżyć wilgę.

 

    Pani niegdyś wyprowadzająca stadko uroczych piesków, dziś spaceruje z wózkiem. Ładnie jej, choć i pieski miały swój urok. Kosy pochowały się na nagich drzewach i tylko maskujące mundurki pozwalają im zachować anonimowość. Niezwykle wysoka mamusia wyciąga dzieciaczkom zza ławek „wpadnięte” tam zabawki, wypinając błękitną, jak letnie niebo pupę w stronę okien. Dzieci czekają w napięciu, bo przecież! A kiedy już komplet zgub się wydostał, czeka je musztra na szczycie zjeżdżalni. Niech się uczą moresu. Ludzie jak juczne wielbłądy kursują między domami, a sklepami, niektórzy już prowadzają drzewka. Dzień tak krótki, że nie wiadomo, czy warto go zaczynać.

piątek, 5 grudnia 2025

Z prawej są sprawy, a z lewej zlewy.

 

    Grudniowy deszcz gładko wpisuje się w podejrzenie, że zamiast czterech (sześciu) pór roku mamy obecnie dwie – suchą i deszczową. Jak w Afryce, co poniekąd tłumaczy napływ permanentnie opalonych istot włóczących się po Mieście. Chodniki służące jak sama nazwa wskazuje do chodzenia, zamieniły się w brodziki, więc potulnie brodzę.


    W autobusie podsiada mnie czarna puma. Młoda, gibka, zapewne niebezpieczna. Oddycham bezszelestnie, by nie zatopiła we mnie kłów, ale ona zatapia wzrok w monitorze, więc czas jakiś pożyję. Nie mruczy, nie oblizuje się. Może jest syta. Faceci mając do wyboru podwójne siedzenia zwykle siadają głębiej, by kolejny użytkownik mógł bez problemów zająć wolne miejsce. Kobiety siadają z brzegu, ale dlaczego, to nie wiem. Musiałbym chyba płeć zmienić.


    Manekiny w ślubnych sukniach zerknęły na siebie znacząco, gdy jako pierwszy minął je palący wonnego papierosa Nóżka, a nie ja. One już wiedziały, że jestem w lekkim niedoczasie i zapewne wymieniały kąśliwe uwagi. Łatwo im gadać, kiedy stoją sobie w ciepłym i patrzą na moknących przechodniów.

czwartek, 4 grudnia 2025

Rzekomo rzekła rzekotka, że zła kotka rzece złorzeczy w dorzeczu.

 

    Osiedlowymi alejkami biegnie kobieta. Liczy, ze zdąży na autobus, który odjechał ze trzy minuty temu. Choć założyła porządne, trekkingowe buty, jej szanse były nikłe, więc na przystanku parowała po daremnym wysiłku. Sympatyczny Rudzielec w autobusie przeprowadzał ręczną inspekcję twarzy. Niczym skrupulatna kotka omiotła dłońmi pyszczek, by z należytą elegancją ruszać w nieznane. Archeopan kilka razy sprawdził efekty, choć Rudzielec na substancję zabytkową nie wyglądał wcale i jeszcze długo nie będzie.


    Kolarze jadą tempem podróżnym równym prędkości MPK. Autobus co prawda wyprzedza kolarzy między przystankami, jednak postoje sprawiają, że na czoło peletonu wracają ci z napędem nożnym. Przed MOPS-em ustawiła się długa kolejka, choć do otwarcia zostało półtorej godziny. Za to przydworcowy klan kloszardzi ma się doskonale i od rana unosi w górę blaszane kielichy z piwkiem, a każdy własnym pucharem dysponuje, czyli rozpusta pełna. Pani w wełnianej czapce była tak świergotliwa, że echo nie wiedziało, od której ściany powinno się najpierw odbić.

Wola życia.

 

    Pożeram móżdżek cielęcy, z wielkim talentem upichcony w domowej kuchni, a mój apetyt nie maleje, choć danie na talerzu w okamgnieniu osiąga skrajnie minimalny rozmiar. I wtedy, nagle, dopada mnie myśl, że owo zwierzę zaczyna mnie podglądać od środka. Niemal widzę jego przerażenie i obrzydzenie gdy ogląda przełyk, żołądek, kiedy ruchy robaczkowe popychają je ku wyjściu, a soki trawienne rzucają się na fragmenty istnienia i znikąd nadziei, litość uśmiercona przed faktem, a głód, wola przetrwania i inne atawistyczne przymioty kierujące istotami, by zdołały przetrwać choć chwilę dłużej pastwią się nad tym niegdyś myślącym organem i wysysają zeń każdą kroplę życiodajnej energii, by zmarnotrawić ją, zużyć do realizacji innych życiowych funkcji. Biedny zwierzak nie poszedł na marne, gdyż zdołam zmienić to martwe ciało w energię potencjalną, którą wydatkuję wieczorem na prokreację. Wieczorem, bo teraz pozwolę organizmowi nacieszyć się zdobyczą, dostatkiem, który oczywistością nie był. I spłodzę (być może) kolejnego głodomora, by i on dał się obejrzeć od środka milionowi kotletów świńskich, krowich, czy baranich. A co! Niech powalczy o przetrwanie!

środa, 3 grudnia 2025

Grzeczna grzesznica.


    Dwie nieznające się kobiety wymieniają fachowe uwagi na temat wkładek do butów z futerkiem, a za pazuchą innej, spod skórzanej kurtki wygląda biała mordka psa. Dziewczyna obarczona plecakiem-rekinem, zielonym szalem i wełniana czapką z daszkiem przymierzała się do siedzących miejsc to po prawej, to po lewej stronie wagonu i najwyraźniej feng shui, albo tai-chi nie pykło, bo szczęśliwość jej nie wzrastała na żadnym z miejsc.


    Ja? Dokarmiałem się krówkami i było mi dobrze. Ktoś przewijał nieskończony pas wiadomości ze świata, inny „rolował” miniatury amatorskich filmów. Chłopak osaczony wielkimi reklamówkami z Pepco siedział znużony obok swojej pani dzierżącej dwa bukiety kwiatów, nastolatka korzystając z aparatu w telefonie poprawiała bardzo wyzywający makijaż.


    Sympatyczny Rudzielec szamoce się w wyborze miejsca siedzącego podobnie do pani od feng shui, ale chyba chce uniknąć wzroku Archeopana, więc odwleka wybór, aż ten nie zasiądzie. Na zewnątrz zima w natarciu, co można poznać po skrzących się na rabatach i trawnikach opakowaniach po setce wódki – niezłej chyba i dla koneserów – o smaku brzoskwiniowym, czy żurawinowym. Naród idzie w jakość.


    Jakaś Chinka biegła tylko nieco wolniej niż ja szedłem, a żywopłot z ostrokrzewu krwawił czerwienią owoców – może pokłuł się o własne kolce? W rozwidleniach konarów drzemią puste gniazda czekające na gruchające parki, ale wiosna wciąż jest tylko majaczącym snem. Pośród starannie wyczesanych traw na skarpach miejskiej fosy zachwycam się pniem czarnego bzu. Czy może innego krzewu. Jest tak fantazyjnie pomarszczony i skomplikowany we wzorze, że karcz byłby znakomitą i niepowtarzalną ozdobą. Uwielbiam korzenie. Parę kroków dalej trafiam robinie o wielu pniach i tak skomplikowanym rysunku na korze, że także je chciałbym widywać częściej i w bardziej godziwych warunkach.


    Od elegancika w czarnej skórzanej kurtce, cierpliwie dłubiącego w głębinach smartfonowych możliwości, dobiega woń obornika. Najwyraźniej jestem zbyt mało wyrafinowanym wąchaczem, by ową woń uznać za aromat.

wtorek, 2 grudnia 2025

Graty gratis, a opłaty za łaty.

 

    

    Już-Nie-Ruda-Kobra zdaje się być pogodzona z myślą, że rynek matrymonialny próbuje wyperswadować jej obecność sugerując, że czas przesiąść się na trybuny i kibicować innym.


    Konkurencyjne ekipy kanarów nie rywalizują przeprowadzając kontrolę na wyścigi, lecz grzecznie jadą przystanek, by wysiąść i z dala od postronnych ustalić gry-plan na nadchodzący świt. Na wystawie gipsowe anielice bezradnie rozkładają ręce, zdając się tłumaczyć, że niebo nie zna biustonoszy, gdyż (dzięki Bogu!) grawitacja tam jest łaskawsza dla biustów.


    Kobieta z doskonale odkarmionym dzieckiem wsiada do tramwaju. Młodziak natychmiast klnie, rozkazuje, zabrania matce oddychać i znienacka usiłuje uderzyć ją w twarz. Matka jeszcze ma refleks i siłę, by sprostać gówniarzowi, ale czas podwójnie działa na jej niekorzyść. Współczuję szczerze, a ona z tego nieszczęścia wysiada z chłopcem i idą na piechotę.

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Prasówka cd.

 

    Tatuaż zwiększa prawdopodobieństwo czerniaka o 29% - to nie jest powód do paniki.


    Ja chyba żyję w szpitalu psychiatrycznym, albo redaktorzy wiadomości bezobjawowo zarazili się obłędem, więc krzewią herezje z całą bezczelnością, na jaką stać człowieka, produkującego niusy dla spragnionych nowinek z wielkiego świata, podpisując artykuł informacją, że treści mają służyć celom informacyjno-edukacyjnym.


    Dzisiaj czytane badania przeprowadziła szwedzka nauka. Wcześniej podobne wyniki uzyskała nauka amerykańska. Artykuł w rozwinięciu rozcieńcza odpowiedzialność tatuaży na rzecz słońca i innych czynników mogących mieć wpływ na wystąpienie nowotworu, choć wartości bezwzględne wykazują, że chorych z tatuażami jest o 29% więcej, niż chorych bez tatuaży. Trudno zakładać, że aż tyle osób z tatuażami trafiło na „gorsze” warunki pogodowe niż ci bez malunków.

Klasa klaszcze na klasową klaczkę z klasą.

 

    Na autobusowym monitorze czytam, że Miasto jest przyjazne rowerzystom. Wierzę. Za to ani słowa o piechocie ograbionej ze spokoju, chodników i jakichkolwiek praw. Więcej jak połowa szerokości chodnika ma wymalowane pasy dla kolarzy, zostawiając tę mniejszą część piechocie, która musi się podzielić tą resztką ze słupami oświetleniowymi, pachołkami uniemożliwiającymi parkowanie samochodów, wiatami, słupami ogłoszeniowymi i wszelkimi innymi szykanami, zlokalizowanymi na chodnikach. Wysiadam z autobusu i aby przejść skrzyżowanie (dwie jezdnie) z pięć razy przecinam ścieżki rowerowe.



    W radio słucham o wysiłkach amerykańskich, by zaprowadzić na Ukrainie pokój. Daleka droga, ale warta wysiłku, więc Wielka Polityka „podejmuje starania”.

    No pewnie – Usaki w zamian za „pomoc w wysiłku wojennym”, który sami sprowokowali i podsycali, zażądali od Kozaków 50 procent urobku z wydobycia metali ziem rzadkich, oraz 50% zysku z odbudowy krainy U. Jak dodać do tego wymuszenie na UE zwiększenia zakupów amerykańskiej broni, rezygnację z tanich paliw rosyjskich na rzecz wiele droższych amerykańskich – mamy czarno na białym amerykańską dobroczynność, jaką od dawna uprawiają na całym świecie, a gdy tylko ktoś zaprotestuje, organizują manewry lotniskowców i łagodną siłą perswazji zwaną F-16, czy F-35 gaszą protesty, likwidując przeciwnika, nazwanego na potrzeby opinii publicznej terrorystą. A cóż osiągnęliśmy my? Najbardziej bezinteresowny naród świata? Prawo finansowania uciekinierów, odsetki od kozackiego zadłużenia, hojne darowizny na rzecz reżimu. Ach. Zapomniałbym na śmierć. Amerykanie postanowili jakiś tydzień temu „wydalić” grupę Kozaków z USA, bo to zwykli/niezwykli przestępcy. I dokąd to ich chcieli pognać? Przecież nie na przedmurze europejskiego spokoju, bo to byłoby barbarzyństwo. Ale czemu nie do Polski, która tak chętnie przyjmuje wszelki element, byle wykazał się nieuleczalną wrogością do gospodarza?



    Zakapturzonej dziewczynie rozszerzyły się nozdrza, kiedy przechodziła obok mnie. Złapała trop. Nieco spłoszony szedłem szybciej, bo najwyraźniej polowała, a wtedy lepiej przebywać daleko od głodnej samicy. Dalej było już bezpieczniej, więc stanąłem na światłach. Po przeciwnej stronie ulicy stały same kobiety. Wśród nich pani z pieprzykiem na policzku, swobodnie patrząca z góry na czwarty krzyżyk. Własny. A przecież elegancji i urody mogły jej pozazdrościć wszystkie, łącznie z młódkami.

Dziurkacz-koneser.

 

    Skąd bierze się apetyt na cnotę, na ów strach i wstyd, gdy pierwszy raz przyjdzie rozebrać się przed mężczyzną i pozwolić na to, co wzbudzało rumieniec i szarpało oddech nocą. Apetyt i popyt sprawiają, że na rynku dostępna jest cnota. Licytowana publicznie, bez ukrywania się za woalką pruderii. Dumam, czy to już prostytutka, czy stanie się nią dopiero po transferze środków, choć między udami ciągle tkwić będzie nienaruszona banderola nietykalności.


    Równie zdumiewający zdaje mi się trend mający utrzymać „cnotę” dla tego jedynego. Więc, by nic nie stracić w szybko upływającej młodości wystarczy zaprzęgnąć do zadań specjalnych inne, mniej oczywiste „dziurki”.

Tylko dzisiaj i tylko u nas.

 

    Nic nie przygotowało mnie na bezinteresowność obcych. Poczta elektroniczna od bladego świtu tryska entuzjazmem. Konspiracyjnym szeptem informuje mnie, że zostałem wybrany. Że zasługuję na prezent. Na najlepszy biustonosz ever! Wystarczy kliknąć. W czarnopiątkowej cenie stanę się posiadaczem i nosicielem. Kto wie, może nawet dołączę do klubu? Lekko zarumieniony, trącony dziewiczym wstydem, bo przecież ja jeszcze nigdy…. To byłby mój pierwszy w życiu. Pikanteria wyróżnienia sprawia, że zaczynam w głowie przymierzać owo cudo, przebierać w fasonach i kolorze. Niemal czuję na sobie pożądliwy wzrok mężczyzn, których dopiero spotkam dziś, w autobusie… Może nawet zapnę jeden guzik mniej? A niech tam! Dwa!