poniedziałek, 12 stycznia 2026

Pod naporem danych poddał poddanych.

 

    Trzy przegubowce zmieściły się na jednych światłach tworząc okazały pociąg jadący do centrum. Wszystko przez ultranowoczesne rozwiązanie komunikacyjne każące wybudować „pętlę” przed końcem terenu zabudowanego. Teraz przejazd jednego przystanku, zamiast minutę, zabiera osiem minut, a skupiacze ruchu, czyli sygnalizacja powodują nieistniejące wcześniej zatory i spiętrzenia.


    Bawię się abecadłem, zastanawiając czemu tak, a nie inaczej wymawia się spółgłoski i szukam uniwersalnego rozwiązania:

Be, ce, de, pe, te,

Ef, er, es,

Gie,

Ha, ka,

Jot,

El, em, en,

Wu,

Iks,

Igrek,

Zet.

    Dziesięć odrębnych pomysłów by zagospodarować dziewiętnaście głosek, to chyba lekka przesada? Trzeba się tu urodzić, żeby nie widzieć w tym „nic dziwnego”. A to zaledwie alfabet. Prawdziwe schody zaczynają się przy słowach, regułach ortograficznych, czy gramatyce.


    Panie wyprofilowane wdzięczniej niż luksusowe wiolonczele, upakowane w elastyczność spłowiałych dżinsów robią co mogą, by górą także nie zgubić kształtów pomimo płaszczy, czy zimowych kurtek. Ściętego w zeszłym roku drzewa, zwalonego na zdewastowane ogrodzenie nie ma kto usunąć. Cierpliwie czeka na swój czas strasząc dziurskiem w pniu.


    Potem było już dużo dramatyczniej – dostrzegam kobietę z długą blond brodą. Iluzja nie gasła, gdy się zbliżałem, aż przyszło spostrzeżenie – włos wychodził spod czapki, a szalik więził je ponad sobą, więc nie zostało im nic innego, jak wywinąć się w bardzo elegancką, mięciutką brodę. Aby mnie rozweselić (bo po cóż innego stawiać mi na drodze takiego rozkoszniaka?) dziewczyneczka bez górnych „dwójek” demonstruje podróżną radość, wygłupiając się z mamą i śmiejąc bez końca. Zastanawia mnie ilość ciemnobrązowych futerek – pierwszy nosiciel nieznany, kto wie, czy nie wymarły nagle, gdy moda przypomniała sobie o brunatnej barwie.

niedziela, 11 stycznia 2026

Założył się, że założy zakład.

 

    Oknem usiłującym zachować szczelność zerkam na zewnątrz. Zdumiewające. Wystarczy kilka stopni mrozu, żeby świat zwolnił, albo zastygł. Jeśli dołożę do tego spostrzeżenie, że upał działa podobnie na ludzką ruchliwość, ograniczając ruchy do absolutnego minimum wydaje się cudem, że w ogóle życie zaistniało, poruszając się w niezwykle wąskim paśmie temperatur.


    Teraz? Na dwór wychodzą ci, którym odpadki kuchenne śmierdzą na tyle, że nie da się obok nich wytrzymać, właściciele psów i nałogowcy, którym akurat zabrakło do szczęścia. Psy, kiedy już wychodzą, to na paluszkach, oszczędnie szafując ogoniastą radością – sikają w pośpiechu modląc się, żeby mocz nie przeistoczył się w sople, bo poród kamieni nie należy do przyjemności. A przecież jeszcze nie jest ekstremalnie – prószy śnieg. Mizerny, ledwie widoczny, ale jednak. Gdy mróz krzepnie, o opadach mowy być już nie może.

piątek, 9 stycznia 2026

W sali sola w soli i solidny soliter.

 

    Drzewa i krzewy okryły się szronem, skrzącym się w świetle reflektorów. Autobus raczył nie przyjechać, w trosce o kontakty międzyludzkie, pozwalając sąsiadom nacieszyć się towarzystwem. Kolejny, kiedy się już pojawił jechał jakby zamierzał ustanowić rekord długości przejazdu wydzielonym pasem ruchu. Później okazało się, że kierowca zwyczajnie nie znał trasy gdy zatrzymał się na niewłaściwym przystanku. Przesiadka na tramwaj, już mocno spóźniona przebiegała też pod górkę – zanim przyjechał, przystanek nawiedził kolejny „mój” autobus, czyli swobodnie mogłem wyjść z domu pół godziny później nie zmieniając porannej Odysei. O Nóżce mogłem zapomnieć, a Rzeka zamarzała coraz śmielej i mało gdzie jeszcze było widać nurt. Na przystanku kobiety z pozaplatanymi nogami, jakiś pan ćwiczący kujawiaka, chłód cierpliwie przegryzający się przez warstwy odzieży. I tylko śniegu ciut przymało, żeby pochrzęścić idąc dokądkolwiek.


    Po południu wracając trafiam wybujałe we wszystkich osiach dziewczę. Stoi na rogu ulicy ręce mając zajęte smyczami. Pieski się rozbiegły, dzięki temu miała rozpiętość około czterech metrów, co niekoniecznie podobało się pozostałym użytkownikom chodnika. Jakiś wygłodniały gołąb wydłubuje z zamarzniętych rzygowin co atrakcyjniejsze fragmenty, a Śpiewna Nerwica zachowuje aktywność mimiczną pomimo mrozu.

czwartek, 8 stycznia 2026

Dyktator – dyrektor z dykty, animator – amator anime.

 

    Mróz w natarciu. Do autobusu ogrzewanego bez fanatyzmu wtacza się chłopina w cienkim paltociku i w niezbornych ruchach szuka miejsca siedzącego, płosząc Sympatycznego Rudzielca, występującego dziś w żywych czerwieniach. Chłop zwinął się w kulkę i nie wyglądał na kloszarda. Czy to szczęśliwy traf, czy życie kieruje podświadomością, ale wiozłem w plecaku zbędne fragmenty garderoby, które zamierzałem przekazać tym, którym powodzi się gorzej, więc wyjąłem czapkę i szalik, bo bieda po drodze wcale na mniejszą od docelowej nie wyglądała. Chwilę później na mijanym przystanku dostrzegam kolejnego gościa poskładanego w kulkę, usiłującego dotrwać cieplejszych czasów. I teraz, to już nie wiem, czy wcześniej kompletnie nie miałem oka, czy też zjawisko narasta w czasie i wolność po społu z demokracją odziera ludzi ze stanu posiadania niemal do gołego.


    Na wysokości dworca dostrzegam dziarską babkę powożącą walizą. Pani odziana w krótkie spodenki i kozaki nad kolano wygląda jakby miała indywidualna strefę klimatyczną i mróz nie miał przystępu, by szczypnąć te ruchliwe pośladki. W natłoku wrażeń transport publiczny toczył się wolniej niż zwykle i Nóżkę spotykam niemal na krzyżówce. Pali idąc, paląc idzie i chyba jest mu wszystko jedno, że spotyka mnie w niewłaściwym czasie. Za to Baristka w grubym szalu i czapce wyciąga stoliki na zewnątrz „bo szef tak każe”, więc nie wnika po co, tylko realizuje misterny plan biznesowy.

środa, 7 stycznia 2026

Skoncentrowany na koncentracie w centrum koncertu.

 

    Dwa tłuściutkie kosy przysiadły na murku odprowadzając mnie w drodze ku codzienności. Parowałem widzialnie, czyli za ciepło nie było, choć organizm jakoś szczególnie nie protestował, czyli nie było także eskalacji chłodu. Autobus już pełniejszy, choć wciąż bez młodzieży. Wsiadała jakaś babeczka przyklejona do telefonu energetyczną gawędą, a w drugiej dłoni trzymała puszkę czegoś zimnego, więc chyba rozmowa ja rozgrzała do białości.


    Fosie udało się zamarznąć, lecz główny nurt Rzeki ani o tym myślał. Za to pomniejsze kanały pokryły się dryfującymi, lodowymi wyspami, co mi się skojarzyło z woskiem z Andrzejkowych wróżb.

wtorek, 6 stycznia 2026

Poganiacz pogan z pogranicza.

 

    Brunetka, o urodzie ekspansywnej, zaborczej, rozpraszającej spokój i grawitację zdawała się być Czarną Dziurą, energetyczną pożeraczką myśli i spojrzeń, choć przecież zajęta była adoracją równie czarnego Pająka, cieleśnie ubogiego, ledwie zauważalnego dla mniej czułych wag. Zestaw dobrany kontrastowo, jak tylko się da, ale ponoć przyciągają się przeciwieństwa, a może to jej uśmiechnięta energia przyciągnęła ów Paproszek wątły ku sobie wyraźnie zadowolony z przebiegu procesu cumowania przy statku-matce. Spoza tramwajowego okna dostrzegam kobiety solidne i masywne, o mocnych udach, a im są mocniejsze, tym odważniej eksponują wdzięki.


    Rynek tętni niespełnieniami i pośpiechem, by jeszcze zdążyć, bo już jutro jarmarczne budki zostaną rozebrane, a wszystko czegośmy nie zdążyli skosztować, kupić – zniknie na długie miesiące by wrócić w jeszcze wyższych cenach. Oczy dziewcząt roześmiane do gablot pełnych biżuterii i przemyślnego rękodzieła, chłopcy ukradkiem oblizujący się, udający, że to widok oscypka z żurawiną, czy degustacyjny kieliszeczek pitnego miodu, ale przecież ich ruchliwe łapki wdzierają się w ciepło zamknięte pod płaszczykami dziewcząt. Gwar, tłok, puszki piwa łykane w pośpiechu, nim kto potrąci i zmarnuje z trudem zdobytej zawartości. Fredro na kamiennym zydlu kryje się pośród straganów dyszących pieczystym, spod oka zerkając na rozmigotaną choinę. Rozmowy w językach do niedawna nieznanych, nierozpoznawalnych, karnacje rodem z całego świata, zmarzluchy i wręcz przeciwnie, ciała odważnie eksplorujące styczniowe wiatr. Muzyka każąca cieszyć się radością tłumu, zmieszane w mezalians niemożliwy wonie zakąsek i słodkości, indywidualiści zbierający datki od tych, których ciekawość skłoni do podejścia bliżej. Chaos i harmider wielki, aż język zastanawia się, czy to nie haos i charmider, bo kto to odróżni w tym gąszczu ukrytych pragnień?

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Okręt pływa na okrętkę?

 

    Śniegu napadało wystarczająco, by wykryć położenie osiedlowych ciepłociągów. Tuje otrząsnęły się z nadmiaru i noszą zaledwie śladowe ilości – ot, zimowy łupież. Co innego płożące jałowce. Te okryły się bogaciej pierzyną, która tylko czeka by poszarzeć od wyziewów z kominów i rur wydechowych. Ale jest czyściej, śmieci i kurze zostały spacyfikowane i zepchnięte do podziemia. Mnogość dni świątecznych objawiła się zwałowiskami śmieci, których nie ma kto sprzątnąć.


    Słońce igra ze światłocieniem, jednak trudno je podejrzewać o wyrafinowaną fantazję. Sikorki, korzystając z ogólnego bezruchu figlują, bawiąc się w chowanego, ukrywając się przed pościgiem w wyszczerbieniach ceglanego muru. Wrony obsiadły czubki drzew, ale nie wiem, czy gęściej niż jemioła. W parku trwa moda na bieganie z plecakami – ćwiczą ewakuację, paniczna ucieczkę, czy tylko krótkie wagary od życia rodzinnego?

niedziela, 4 stycznia 2026

Swat.

 

    Siedziałem na składanym, wędkarskim krzesełku i rysowałem. Ołówkami, bo tak lubię najbardziej. Ołówek jest miękki, poddaje się woli, potrafi współgrać z papierem, by wspólnie zareagować na światło. Wystarczy dać im szansę, a zaniosą się cieniami niedopowiedzeń i skryją w mgłach tajemnic. Najprostszy z miejskich detali zaczyna flirtować z magią i nieznanym. I nic nie jest już oczywiste, choć brakuje barw.


    Usiadłem w jednym z wielu miejskich zaułków, w „zakamarku”, jak uwielbiałem myśleć o miejscach, gdzie tłum zwyczajnie nie zmieściłby się, a turyści zaglądają z rzadka i przez przypadek – ci, co zabłądzili, albo ktoś z tubylców podrzucił pomysł na nietypowe szlaki. Malowałem jakąś latarnię, stylizowaną na starą, łuk bramy bez odrzwi, z mocno już skruszonymi cegłami, cienie kościelnej kopuły szukające sobie miejsca na nierównościach kocich łbów. Niby nic, miejski kicz, rzecz banalna, powtarzalna w każdym mieście. Jakiś bezpański burek wpakował mi się w kadr i podlewał właśnie tę latarnię, której szkic kończyłem.


    - Naprawdę? Nie mógł wybrać innej? - Za karę paroma kreskami uwięziłem go na rysunku.


    - Nawet sympatyczny – pomyślałem o zwierzaku, który dopiero w ołówkowej wersji zdawał się nabierać uroku, więc dokończyłem szkic, nie żałując kresek.


    Dzień nie rozpychał się jakoś szczególnie. Słońce wspinało się na moje plecy i chyba zamierzało tam zostać, cisza i spokój zdawały się zachęcać do sielanki. Zamknąłem oczy na chwilę, żeby mój rysunek odpoczął ode mnie. O własnych dziełach miałem niskie mniemanie. Zdawały się takie niedorobione, niegodne pochwał. Wiele bloków i luźnych kartek walało się po szufladach, czy ukrywało za szafą, żeby goście nie potykali się wzrokiem. Co tu kryć. Wstydziłem się ich przed obcymi, wolałem więc, żeby nie rzucały się w oczy. Nawet, gdy jakiś detal wydawał mi się bardziej udany od innych, to reszta rysunku ściągała całość w dół i o piedestałach, czy wystawach nawet nie marzyłem. Hobby, pozwalające mi na marnotrawienie czasu – coś jak alkoholizm – bez sensu, bez nadziei na zmianę, czy poprawę. Nieco bezpieczniejszy, bo za rysowanie nikt nie zamierzał mnie okraść, czy zamknąć w więzieniu.


    Z tego użalania się nad własnym brakiem talentu i ciepłem słońca wtulonego w nerki chyba chwilkę zdrzemnąłem się, a kiedy otworzyłem oczy, cień kopuły zeskoczył już z ceglanego muru i uwolnił ponad połowę kocich łbów od ucisku. Jeszcze chwila i zniknie całkiem z zaułka, przeskoczy kolejny mur odgradzający wąski przesmyk od dziedzińca wypielęgnowanego na ogród w stylu francuskim, w którym ścieżki pozwalały błądzić w pozornych labiryntach, ławki stawały się bezpiecznymi przystaniami a elegancko odrestaurowane elewacje pozwalały zmysłom cieszyć się spokojnym pięknem architektury. Ja? Oczywiście po tej „brudniejszej” stronie muru z niedokończonym rysunkiem. Rzuciłem okiem, czy wiele brakowało, aby odwrócić kartkę i zacząć od nowa….


    Pies zniknął! Szuja! Skorzystał z nieuwagi i opuścił prawy dolny róg papieru, zostawiając po sobie schnącą szybko plamę moczu! Świnia! Zaraz, zaraz! Pies, czy świnia? Nie… na pewno pies. Nieduży, kudłaty z mordką sugerującą, że mimo biedy potrafi się śmiać. Łapserdak nieudomowiony. Najwyraźniej uznał, że nie będzie marnował czasu ze mną i zwiał. Aż tak źle rysuję? Uniosłem kartkę pozwalając słońcu się przyjrzeć. Eeee… aż tak źle nie było, żeby nawiewać. Żaden cud, ale ściany wyszły raczej prosto, latarnia nabrała sznytu, bo przecież wyczyściłem ją z liszajów liniejącej farby. Niesłusznie? Z ostrożności, machinalnie poprawiłem. Skoro pies zwiał, to latarnia gotowa też. Słońce zdawało się wspierać moje wysiłki i wysuszyło plamę po psie. W nerwowych ruchach dokończyłem rysunek i odstawiłem ołówki.


    Rozglądałem się, dokąd poleciał pies. Mój przecież, bo go stworzyłem. Nigdzie nie było widać burka. Zamierzałem już podnieść tyłek z krzesełka i pójść go szukać, idąc tropem co tańszych jadłodajni, bo taki pies frykasów raczej nie jada. Zaplecza barów mlecznych, śmietniki, może nawet kubełki na turystycznych ścieżkach, albo ogródki piwne, gdzie podchmielona publika gotowa rzucić psu coś, od czego żołądek zdycha i zaczyna walczyć o przetrwanie. Zamierzałem, ale lenistwo, organizm nawykły do powolności, braku presji i pośpiechu, który uważałem za nieprzyzwoitość kazały mi na chwilę jeszcze powstrzymać ciało przed działaniem. I słusznie! Gdzieś z daleka dobiegło mnie wesołe szczekanie. Mój pies wraca do mnie? Nie wiedziałem tego, ale postanowiłem dać mu szansę, szczególnie, że nie kosztowała mnie wiele. Parę drgnięć wskazówek, jeśli ktoś jeszcze używa zegarków z cyferblatem. Psie nawoływania zbliżały się. Duma nie pozwoliła mi się oglądać bez końca. Udawałem twardziela. Obróciłem kartkę i ponownie zacząłem szkicować latarnię, tym razem zaczynając od liszajów obłażącej farby. Pies znał drogę, jeśli nie nosem, to instynktem i wzrokiem. Latarnia stała już całkiem zuchwale na środku kartki, a ja nieco zatraciłem się w procesie jej powstawania, gdy dobiegł mnie głos. Nie psi, a damski…


    - Dzień dobry, to pański piesek?


    - Taaa, nie! – niemal mnie zatkało i nie wiedziałem co odpowiedzieć – nie wiem.


    - Jak to? - zaśmiała się i w tym śmiechu było wiele sympatii. Aż się odwróciłem. Młoda, zapewne ładna. Przez włosy przeświecało słońce i nie za wiele widziałem, za to głosem mnie zawojowała od początku – Nie wie pan, czy to jego pies?


    - Nie wiem – wzruszyłem ramionami, zastanawiając się, czy mogę sobie pozwolić na szczerość, więc postanowiłem chytrze przeczekać – to długa historia…


    - Chętnie posłucham – flirtowała ze mną? Widziałem, że pies zachwycony jest tym, że wreszcie ktoś go głaszcze. Nawet nie szczekał, tylko bezwstydnie nadstawiał grzbiet pod drobną rękę kobiety – Wie pan, że on mnie tu przyprowadził? Sama nigdy bym nie weszła w ten zaułek, choć jestem stąd i mieszkam niedaleko.


    -Naprawdę? - w gardle miałem grudy zaskoczenia i zawstydzenia


    - Mogę obejrzeć – wyciągnęła rękę po blok rysunkowy – lubię grafikę, a pańska latarnia wydaje się bardziej rzeczywista od tej, która stoi w tej uliczce…


    Podałem jej blok, ale na słowa już nie starczyło odwagi. Zaczęła od początku, powoli przewracając kartki, aż doszła do dzisiejszej.


    - Ostrożnie – widząc, że ślini palec, chciałem ją ostrzec przed wyschniętą plamą, ale nie zdążyłem.


    - Och! - krzyknęła zaskoczona


    - O! - jednocześnie mnie dopadły emocje.


    W puste miejsce pod latarnią wskoczył pies. Patrzył stamtąd na kobietę, jak na swoją panią. A ja? Przełknąłem ślinę – ja też tak na nią patrzyłem.

sobota, 3 stycznia 2026

Niefart.



    Jak wszystkie „dziwne” historie, początek był standardowo banalny. Czemu niby miał być inny? Jakaś spontanicznie wymyślona wycieczka w góry, potem nagły deszcz powodujący, że grupa rozbiła się na fragmenty, i wreszcie szczęściarze lądują w schronisku na piwku, romantyczne dziewczęta toną w ramionach wybawicieli, a pechowcy, czyli ja, trafiają do innego świata. Przyznam się, że należę do szczęśliwych pechowców, bo ci bardziej pechowi nie potrafią się z pecha wykaraskać i zanim ugruntują swoją pozycję pechowca stają się nieodwołalną przeszłością. Ja, z dumą mogę oświadczyć, że obrosłem grubym kożuchem mniejszych i większych peszków, jednak z każdej opresji wychodziłem na tyle zwycięsko, że mogłem się poskarżyć post factum. Wróćmy zatem do historii tak niewyszukanie zaczętej.

    Deszcz, to doskonałe tło dla pechowca. Mokre ciuchy, trochę wiatru, atak natury na wątłe zdrowie mieszczucha – czegóż więcej trzeba, by wpaść w panikę, albo rezygnację? Ja? Jako szanujący się pechowiec, ja wpadłem w dziurę, która, co okazało się jeszcze później miała więcej wymiarów niż Euklides był uprzejmy zdefiniować. Jednocześnie (rzeczy uwielbiają dziać się stadami, nie tylko parami, jak chciałoby pewne powiedzenie wymyślone przez niepoprawnych optymistów, miałem w pechu szczęście – wpadając nie połamałem się, a i dziura na początkowym odcinku nie była szczególnie głęboka, więc poza siniakami ozdobionymi wiązanką przekleństw nic mi nie dolegało.


    Stary traper zapewne wziąłby się do dzieła natychmiast, zamiast przechwalać się wobec nieistniejącej, choć możliwej publiki. Ja zmitrężyłem czas na obelgi siedząc na obolałym tyłku w norze. Dziura zdawała się być nie eksploatowana przez dziczyznę, co powinno zastanawiać, bo zwierzaki korzystają z pustostanów niemal instynktownie. Tu było pusto. Środkiem dna ciurkała woda płynąc gdzieś głębiej, poza zasięg widzenia. Wyzwanie! Któż im się oprze. I tu zaczyna się PRAWDZIWA PRZYGODA.

    Ciekawość drążyła we mnie pragnienie eksploracji owej dziury. Skoro woda weszła tam bez problemu, czemu nie ja? Wydostałem się z dołu i nazbierałem patyków, plus jedną grubszą żerdź, z której zamierzałem sporządzić pochodnię. Drewno, mimo że z wierzchu mokre dobrze obeschło stercząc w górę na wiatrołomie. Wrzuciłem do dziury i wlazłem sam. Ogień po krótkiej szamotaninie zapłonął, puszczając dymne sygnały do Wielkiego Manitou. Siedziałem taktownie puszczając dym bokiem i pozwalałem ciuchom schnąć na mnie. Drąg na pochodnię czekał na swoją kolej. Już ten punktowy ogień sprawił, że wzrok wślizgiwał się głębiej, odsłaniając możliwość, że jaskinia, choć niewysoka, jest długa. Wetknąłem koniec badyla w ogień, gdy coś zakłóciło szept płomieni. Z mroku jaskini… coś wyłaziło! Czyli jednak nie była bezludna… bezzwierzęca, czy jakaś tam. Była zasiedlona i władowałem się do cudzego domu, bezczelnie rozpalając ogień na progu. Wstyd. Kto wie, czy to nie koniec szczęścia w pechu. Podnosiłem tyłek i otrzepywałem ręce zamierzając taktownie opuścić domostwo nieznanego, gdy coś schwytało mnie za nogę w kostce.


    - Zaczekaj choć chwilę – usłyszałem chrapliwy głos – dawno nie miałem gości, a już takich, co przychodzą z płomieniem domowego ogniska, to już wcale nie pamiętam. Wybacz sklerozę, ale rzadko trafiam okazję na pogawędki, a wspominanie do pustych ścian jakoś mi nie służy. Siadaj, zaraz coś na ruszt naszykuję, żeby tak o pustym pysku nie siedzieć.

    - A gdzież moje maniery – ryknął znienacka – Wacek jestem, Wacuchna dla znajomych, a ty?

    - Jędrek – wydukałem, bo okazało się, że mój gospodarz wyciągający łapę w moją stronę jest sporym gadem… no… smokiem. Prawdziwym. I zachwyca się ogniem, jakby ziać nie potrafił.

    - Lubisz baraninę Jędrula? – mój gospodarz spoufalił się natychmiast – raz dwa się uwinę. Dawno już nie polowałem, wolisz czarną, czy białą owieczkę? A może kozina bardziej ci służy? Wiem gdzie serwują. Koń, czy krowa nie pasuje chyba na świąteczny obiad?

    - Niech będzie – mało inteligentnie zgodziłem się na wszystko i już go nie było. Jak zmieścił się w tej dziurze, też nie wiem, ale magicznym stworzeniom lepiej nie przyglądać się przez pryzmat rozsądku. Grunt, że uwinął się w okamgnieniu i już targał w pysku świeżutką, jagnięcinę. Parę patyków i rożen zaczął skwierczeć. Smok był znakomitym gospodarzem. Z czeluści wyjął butelczynę czegoś wiekowego, nawet zastawę udało się jeśli nie skompletować, to zorganizować. Jagnię piec umiał, jak nikt na świecie, nie dziwne więc, że pieczyste było wspaniałe. Smoka interesował świat współczesny, słuchał z żywym zainteresowaniem i pytał o szczegóły, co rusz dopełniając kielich zacnym winem. Wieczór pięknie rozkwitał, nad dziurskiem zaczęły połyskiwać gwiazdy, czyste, wypłukane deszczem puszczały oko do mnie i do smoka, gdy pech się objawił.

    - Andrzej, Jędrek, gdzie jesteś chłopie? Odezwij się! Uuuu! Brachu, nie wygłupiaj się, bo zaczynamy się martwić!

    Smok zastrzygł uszami, zerknął na mnie pytająco, czy może wroga ogniem piekielnym pognać, ale gdy zaprzeczyłem, przydusił ogień łapą, sapnął i powiedział:

    - Cóż, dobre się kończy szybko. Jak będziesz w okolicy to wpadnij na gawędę. Ale tym tam, to lepiej nic nie mów, bo znów zaczną się polowania i te sztuczki z baraniną futrowaną siarką. Trzymaj się!

    Zanim odpowiedziałem, już szurał w ciemnościach zmierzając w głąb pieczary.

    - Trzymaj się Wacuchna – szepnąłem.

    Wygramoliłem się z dziury w sam raz, by reszta grupy schwytała mnie w światła latarek i otoczyła troską, śmiejąc się, że po raz nie wiadomo który muszą ratować pechowca.

Raz zarazę zapraszam, a raz rozpraszam zrazem.

 

    Czwarta nad ranem. Psy sąsiadów już nie śpią. Merdają ogonami tłukąc w kaloryfer, a rury niosą ich radość po całym budynku. Z tego spalania energii pewnie im się chce sikać, lecz sąsiad śpi, więc muszą sobie radzić same. Na placu zabaw umarł bałwanek. Ktoś łeb mu ukręcił, ozdobiony wysoką czapką z niebieskiego wiaderka. Nad osiedlem krążą sroki, skutecznie wypłaszając cała drobnicę. Nawet gołębiom chyba przeszkadza ich towarzystwo i zmyły się. Nie wiadomo dokąd, bo przecież nie do ciepłych krajów. Śnieg powoli wykrusza się, wynoszony na butach piechoty i psich łapkach. Cisza. Śpią okna sypialni i kuchnie, drzewa bez brzemienia liści na utrzymaniu. Cisza pod śniegiem jest głębsza, intensywniejsza, jeśli stopniowanie ciszy nie jest absurdalne. Pocieszam się światłem świecy, które jest natchnieniem i przyjemnością, a nie koniecznością, by wypełnił się dzień.

piątek, 2 stycznia 2026

Prasówka cd.

 

wyłącznie z oficjalnych wieści opublikowanych jednego dnia na WP

1. Szczyt w Kijowie

    Jutro mają się spotkać. Ważni tego świata, a przynajmniej ważni w Europie (Usaki z nieufności pojawią się on-line). Doradcy do spraw bezpieczeństwa z piętnastu krajów. Dziwne. Ponoć strrrraszna wojna, eskalacja agresji, barbarzyńskie ataki na stolicę... Tymczasem do Gazy nie pcha się nikt, a do Kijowa? Proszę bardzo!


2. Deportacje

    Na 266 deportacji – ponad 200 to Ukraińcy, a (jak się okazało w czytaniu) dokładniej ukraińscy przestępcy. W artykule jeden Gruzin, jeden Rosjanin i jeden Uzbek, więc może ponad dwieście, stanowi nawet 263?


3. Kozacki „blef”

    „Ukraiński wywiad wojskowy (HUR) ujawnił, że doniesienia o śmierci Denisa Kapustina, dowódcy Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego (RDK), walczącego po stronie Ukrainy przeciwko Rosji, zostały celowo sfabrykowane. W ramach tej operacji ukraińskie służby przejęły 0,5 mln dolarów nagrody, którą Rosjanie wyznaczyli za jego zabicie.” - tak się walczy! Trzeba zarabiać i kaska od wroga nie śmierdzi wcale. Ciekawe, że nagroda była w dolarach, a nie w rublach. Widać barbarzyńcy własną walutę szanują bardziej od demokratycznej mamony zbawiającej tu i ówdzie ludzkość w imię żywotnych interesów właścicieli waluty.


4. Ukraina rozszerza pole manewrów.

    Atakuje na Morzu Śródziemnym. Ale owo śródziemie nie jest ziemią rosyjską… zapomnieli? Tankowiec „znajdował się w pobliżu Libii” – kiedyś znaczyłoby to zapewne, że na wodach przybrzeżnych, ale kto by tam wnikał… ważne, że atakowali słuszni niesłusznych, a gdzie, to już nieistotna bajka.


5. Prokuratura

    Zajmuje się obecnie mową nienawiści – dotyczy to tych, co źle mówią o naszych nowych braciach, choćby mieli rację i powtarzali oficjalne dane. Problem jest palący, bo doniesień o niegodziwościach coraz więcej i coraz trudniej tuszować i ukrywać narodowość sprawców. Szczególnie, kiedy demagogia powtarza najnowszą mantrę – owszem, sprawcą był Kozak, ale działający na zlecenie Putina. I gdy tak dokładniej poczytać artykuły prasowe, to „wątek rosyjski” pojawia się zawsze, gdy sprawcami i prowokatorami są obywatele ukraińscy, lub tacy, co zdążyli już wyłudzić obywatelstwo polskie, żeby trudniej było ich deportować na wschód.


6. Jak zwykle ekonomia wojenna wygrywa.

    Kozacki wódz do spraw wojny powiedział, że liczba rosyjskich dronów na froncie się podwoiła. Jednocześnie Zjednoczony Zachód uparcie twierdzi, że rosyjska gospodarka właśnie upadła dzięki sankcjom i solidarności zachodu, a tu taki dziwoląg – upadli produkują w nieskończoność, a zwycięzcy zdychają i żebrzą o wsparcie. Coś mi nie gra w przekazie. Na dodatek, jak twierdzą Kozacy, ich drony o podobnej do rosyjskich jakości są dwukrotnie droższe. Dlatego potrzebują, żeby UE i USA sponsorowały tę ich niekończącą się niefrasobliwość. Wystarczyło nie drażnić niedźwiedzia, a nie słuchać podszeptów Brytoli i Usaków, że miłość po grób – oni zawsze w grobach widzą tych, z którymi się układają. Dlatego Kozacy prowadzą obecnie „ranking dronifikacji” Najnowszy pomysł, żeby ukraść rosyjskie pieniądze z europejskich banków nie udał się, bo zaprotestowali Belgowie, Włosi i tradycyjnie już Słowacy i Węgrzy. Więc „pożyczka” 90 miliardów pod zastaw ruskich pieniędzy zablokowanych „trwale” i przewidzianych przez UE jako „reparacje wojenne”, jakie podobno wypłaci Rosja Ukrainie po skończonej wojnie. Naprawdę ktoś w to wierzy? Gierkowi do dziś wypomina się 24 miliardy, za jakie budował polski przemysł i drogi.


7. Celowo do celu.

    Rosja uderzyła. Nawet w Nowy Rok. I całe dwieście dronów zdradziecko uderzyło w zaledwie siedem obwodów, czyli matematycznie po niecałe trzydzieści na obwód większy od naszych województw. Za to jak Kozacy wpadli na zuchwały plan zbombardowania siedziby Putina, gdzie go nie mieszka od czterech lat, to wysłali trzysta bezzałogowców na jedną nieruchomość. I teraz się skarżą, że trzydzieści poleciało na „obwód”? Chwalą się, że posyłają drony na elektrownie w głębi Rosji, że niszczą ruskie tankowce na całym świecie, a dziwią się, że dostają to samo? Kto sieje wiatr, zbiera burzę – na pewno znają to powiedzenie.


    Nie chce mi się dalej czytać podobnych bredni. Fakty powinny być nagie, a nie odziane w strój demagogii i zapotrzebowania politycznego.

Bezradność.

 

    Z niewinnym uśmiechem zapytał, czy chciałabym, żeby mnie namalował. Drań! Wiedział, że będę chciała. Każda chciała, póki była młoda i piękna. Mimo nastu lat wzrok miałam dobry i widziałam ile wysiłku kosztowało mamę, żeby ojciec wciąż się nią zachwycał. Malarz pokazał dłonią drogę i już wspinałam się na schody, a on szedł za mną z tym swoim uśmieszkiem, który wtedy wydawał się emanować spokojem, może dumą, ale na pewno nie wyrachowaniem. Kiedy weszliśmy na poddasze, zamknął drzwi i bez słowa zabrał się za poszukiwanie płótna. Znalazł szybko i ułożył je na sztalugach. Dopiero wtedy zerknął na mnie i nie zmieniając uśmiechu zapytał, czemu jeszcze się nie rozbieram. Mało nie spłonęłam ze wstydu. Ja? Bez ubrania? Co on sobie myślał, o ile w ogóle myśleć potrafił! Podszedł do mnie i jednym palcem uniósł mi brodę, a potem wyjawił brutalną prawdę - każda chce, żeby ją malować, choć mało która ma pieniądze, bo obraz tani nie jest. Więc w ubraniach maluje tylko te, które sowicie zapłacą. Reszta musi się rozebrać. Reszta, czyli ja… Boże! Gdybym wiedziała wcześniej, w życiu nie wspięłabym się na te schody. A teraz?


    Pomieszczenie było spore, ale kompletnie zagracone. Wszędzie walały się farby, pędzle, palety z zaschniętą zawartością, fotel na biegunach zdawał się wyczekiwać aż ktoś zechce się pobujać, jakaś niezbyt zachęcająca kanapa okryła się niezbyt czystym kocem, kredens na którym zamiast kwiatów stała kiść pędzli w słoiku po ogórkach zdawał się być w ogóle mną niezainteresowany.


    - Nikt tu nam nie będzie przeszkadzał – szeptał rozpinając mi haftki bluzki. Kusił jak sam diabeł. Zanim zdołałam słowo wydobyć, a już trzymał w dłoniach moje piersi. Nie wiem, co z nimi zrobił, ale stały się ciężkie i szukały tych jego łapsk. Wielkich, twardych i najwyraźniej znających już jedwab młodej skóry na wylot. Brodawki pociemniały, urosły i za chwilę gotowe eksplodować, gdy bawił się nimi chwaląc ich urodę. Potem jednym ruchem rozwiązał pasek spódnicy, która nie pytając mnie o zdanie uciekła na podłogę. Zachłysnęłam się powietrzem, jak topielec, a on już wsuwał mi dłoń w bieliznę. To także robił z obłędną wprawą. Policzki mi płonęły, a raczej płonęłam caluśka, od czubków palców aż po kraniec włosów. Niemal zemdlałam pod wpływem emocji. Klapsem na gołą pupę sprowadził moje zmysły na miejsce, po czym wyjął mnie z majtek, ustawił przed sztalugą i zaczął szkicowanie.


    Długo trwało, a jego wzrok kompletnie pozbawiony chuci zdejmował z mojego ciała proporcje i przenosił je na płótno. Wstyd się przyznać, ale myślami wróciłam do chwili, kiedy mnie rozbierał. Było przyjemnie. Nigdy dotąd aż tak nie było, nawet, kiedy szłyśmy z mamą same nad staw, czy na lody. I Mikołaj z pełnym workiem prezentów nie dostarczał mi tyle radości. Piersi znów zaczęły uwierać, tężeć, a pod brzuchem rozszalało się tornado. Nie widział. Chyba. Albo widział, lecz udawał lepiej od manekina, że nie jest zainteresowany. Świnia! Myśli plątały się we mnie i żadnej logiki w nich nie dało się odnaleźć. Zaprzeczałam sama sobie, jednak pragnęłam tych łapsk i nienawidziłam ich jednocześnie. Wreszcie odłożył ołówek i podszedł do mnie. Pochylił się i podniósł z podłogi mój strój.


    - Ubierz się, nie ma sensu marznąć na darmo. Przyjdź jutro, po obiedzie, dokończymy szkic. Tylko nie zapomnij, bo jak się spóźnisz, światła będzie za mało. A chyba nie chcesz, żebym coś przegapił?


    Nie mogłam zasnąć z emocji. Pod kołdrą moje dłonie odtwarzały ścieżki, którymi podążał malarz, ale daleko im było do jego biegłości. Zwyczajnie nie potrafiłam prowadzić ręki ścieżką do euforii, jaką mi zafundował. Nie znałam własnego ciała i nie wiedziałam, jak na nim zagrać. Wpatrzona w ciemność za oknem snułam fantasmagorie, a każda stawała się coraz zuchwalsza. Świt mnie uwolnił od niespełnień. Masa roboty w obejściu pozwoliła ostygnąć ciału. Tuż po obiedzie byłam już gotowa. Ukradkiem zniknęłam z oczu rodzinie i pognałam po schodach do mansardy. Malarz uśmiechnął się na mój widok i jak wczoraj zamknął drzwi.


    - W ostatniej chwili – mruknął, stawiając mnie tak, by światło dzienne objęło mnie całą. Stanął za mną i znów pozwolił dłoniom na eksplorację mojego ciała. Piersi już na niego czekały. Zdradziły mnie i zignorowały. Wtuliły się w te ręce i nie zamierzały wyjść. Dopiero, kiedy te szorstkie łapska zaczęły zsuwać się po brzuchu zrozumiały, że muszą się podzielić z resztą ciała. Nie wiem kiedy zanurzył się w futerko intymności, ale ledwie to zrobił, a rozchyliłam uda. Sama. Zapachniało piżmem. Kiedy wyjął rękę spomiędzy ud, była lepka od moich soków.


    - Przepraszam, ja nie chciałam – szepnęłam wstydząc się za własne ciało, a on śmiał się ze mnie. Popchnął mnie na fotel. Ledwie weń wpadłam rozchylił mi nogi i zanurzył twarz. Boże! Wczoraj sądziłam że stracę rozum, ale dzisiejsze wrażenia przeszły wszystko, co nocą zdołałam wymyślić. Jego język… Krzyczałam, mocno trzymając go za włosy, żeby nie przestawał. Potem rozum wziął sobie wolne i straciłam kontakt z rzeczywistością. Niby widziałam, jak jego spodnie zsuwają się na podłogę, niby bałam się, że mnie zgniecie, kiedy kładł się na mnie, potem krótki, ostry ból, który błyskawicznie zaleczył wrzącym mleczem. Krzyczałam bez końca, choć on już siedział obok i przyglądał się mojej nagości. Przestałam być dzieckiem. Obudził we mnie kobietę. Młodziutką, piętnastoletnią, ale kobietę. Stygłam powoli i niechętnie. Zdaje się, że usiłowałam nakłonić go, by jego ręce raz jeszcze poszukały w moim ciele ekstazy, ale roześmiał się tylko i kazał wstać. W okamgnieniu poprawił szkic i zaczął mieszać farby.


    Płótno zamierzało nabrać trzeciego wymiaru, ze mną w centrum obrazu. Przynajmniej tak mówił, bo nigdy nie pozwolił mi zerknąć na powstające dzieło. Nim pozwolił mi okryć się zawsze zasłaniał obraz lnianą szmatką. Dni mijały w tym samym rytmie. Bezsenne noce, pracowite poranki, popołudnia pełne emocji zakończone pozowaniem. Nie opuściłam ani dnia, żeby nie stracił weny, a przynajmniej tak tłumaczyłam głupiutkiemu ciału, które otworzyło się na pieszczoty i wiecznie było mu mało. Malarz miał więcej rozsądku, może z racji wieku. Prace posuwały się i musiał nadejść dzień, kiedy pozwolił mi się ubrać mówiąc, że skończył. Tak bardzo chciałam zobaczyć efekt jego wysiłków, że poszłam nago, nie sięgając po szmatki z podłogi. Pełna plątaniny uczuć, zbliżałam się do sztalugi, gdy jakiś niezwykły rumor usztywnił moje mięśnie.


    Do mansardy, razem z drzwiami wpadł ojciec. Wystarczyło, że zobaczył mnie rozebraną, by ryknął, zacisnął pięści i ruszył na malarza z furią zaatakowanej lochy. Stałam na drodze, więc odepchnął mnie i upadłam, głową trafiając na glinianą donicę. Zanim krzyknęłam – życie ze mnie wyciekło. Malarz obserwował zimno, niczym marmurowy posąg greckiego boga i spokojem starał się zrównoważyć wściekłość ojca. Dostał pięścią w twarz i upadł. Nie wstając z podłogi wskazał mnie palcem, a absurdalność tego działania skłoniła ojca, by zerknąć we wskazane miejsce. Ojciec ryknął ponownie i cała energia z niego spłynęła, jakby ktoś ją wyssał jednym haustem. Szedł na kolanach w moją stronę zapominając o malarzu. Łzy lały mu się po policzkach niemal strumieniami. Pierwszy raz widziałam jak ojciec płacze. Chciałam go pocieszyć, ale nie słyszał mnie wcale.


    Potem było jeszcze gorzej. Ojciec raz obwiniał malarza, innym razem siebie. Zaczął pić i nie znał w tym umiaru. Mama przyszła do malarza raz. Jeden, jedyny. Przyszła, bez słowa okryła obraz lnem i zabrała, nie pytając czy może. Czyżby wiedziała, że obraz nagiej dziewczyny nie kosztuje ni grosza? Skąd? Malarz był w jej wieku, ale mama? Naprawdę? Warknęła na odchodne, że malarz ma zmienić plener na możliwie odległy i poszła. Niosąc mnie pod pachą. Mnie… Namalowaną, ale przecież… Nie zdążyłam obejrzeć dzieła, a teraz moje zmysły zostały uwięzione w ramach, gdy ciało po krótkiej ceremonii rodzina oddała ziemi.


    Mama ukryła obraz w skrzyni, wcześniej zawierającej jej posag, gdy wychodziła za mąż. Teraz, posagowe dobra wykorzystywała w gospodarstwie, w skrzyni trzymając pamiątki rodzinne. Nikt prócz niej nie miał prawa tam zaglądać. Schowała mnie w najbezpieczniejsze miejsce, jakie znała i zaglądała tylko wtedy, kiedy nikt nie widział. Za to ja… W skrzyni był jeszcze jeden obraz. I też ze śliczną, nagą dziewczyną, w której z niedowierzaniem rozpoznałam mamę. Więc to tak! Znała „cennik” malarza! Patrzyłam z obrazu na mamę sprzed lat i zastanawiałam się, kto jest moim ojcem. Malarz, czy tatuś? Nie potrafiłam zadać mamie tego pytania, a ona do śmierci omijała temat drugiego obrazu w skrzyni. Gdy umarła (płakałam) świat o mnie zapomniał na wiele lat. Sama nie wiem, jak bardzo. Obraz mamy nie ożył. Starzał się martwo, bez przejawów maminej energii życiowej. Ja trwałam w rozgoryczeniu, w ciemnościach zapewnionych przez szczelne wieko. Czas płynął własnym rytmem i nijak nie chciał zrobić nic, by nas uwolnić spod wieka.


    Niewole, podobnie jak życie, muszą mieć kres. Wieko drgnęło, gdy czas się wypełnił. Byłyśmy wolne. A przynajmniej ja. Mama najwyraźniej umarła ziemskim życiem. Może malarz nie tchnął w jej obraz ducha, może wtedy jeszcze się uczył i niedoskonale ją odwzorował? A może po prostu mama go nie kochała i on to czuł, więc efekt nie była równie fascynujący, co w moim przypadku? Cały sztab konserwatorów, znawców, koneserów i bóg wie kogo jeszcze debatował nad nami, rozłożonymi na stołach wyściełanych aksamitem, jak ekskluzywne dziwki, czy japońskie dziewki, z których ciał wyrafinowani goście zjadają kolację. Pędzelkami, wacikami, całą masą sprzętu pielęgnowali nas, by w końcu zakuć w dyby ram i powiesić w zimnych, klimatyzowanych salach. Ponoć w zimnym obraz mniej koroduje, za to moje ciało było wiecznie niedogrzane, aż mi sutki sterczały, co irytowało mnie niesamowicie. Przyłazili różni i oglądali, a ja, nie dość, że goła, to jeszcze ze sterczącymi brodawkami. Nie wierzyłam, że malarz mógł mnie widzieć taką, a jeśli nawet widział, to że miał kaprys podzielić się tą intymnością ze światem. Musiała to być wina klimatyzacji. Raz jeden i to przez chwilę zobaczyłam swoje odbicie w zwierciadle. Postarał się Namalował mnie najpiękniejszą, jaką być mogłam. Na pewno piękniejszą od mojej mamy, która patrzyła szklistym wzrokiem na ścianę wisząc tuż obok.


    Wisiałyśmy obie. Ona martwa, ja zmarznięta. Przychodziły obce kobiety taksujące nas wzrokiem i wiedziałam, które zazdroszczą, które zamierzają wziąć przykład i odważyć się na to, na co ja się odważyłam. Podobno dziś nie trzeba aż takich wyrzeczeń, że zamiast farb można „pstryknąć fotkę”, co zabiera mniej czasu i szansa na ujście z życiem rośnie. Ba! Podobno można tę fotkę pstryknąć samej sobie! Znikome ryzyko, a efekt jest. No właśnie – podobno. Tymczasem wisiałyśmy z mamą w kajdanach ram i nie sposób było nie zauważyć, że młodziankom sztywnieje w kroku, gdy nas oglądają. Nieliczni woleli mamę, generalnie jednak wybierali mnie. Może podświadomość wykorzystywała instynkty, które potrafiły rozpoznać tlące się życie, by na nim skupić prokreacyjne westchnienia?


    Z czasem stawałam się cyniczna, może nawet arogancka i wulgarna. Ale każdego to czeka. Nie wierzysz? Dobrze! Wolno ci! A teraz posłuchaj. Wiszę na tej ścianie od lat, niewiele krócej, niż mieszkałam w zamkniętej skrzyni. I co? Żyłam zaledwie piętnaści lat, gdy tatuś mnie zabił. Niechcący, w nerwach, ale fakt nie daje się wymazać słowami. On mnie zabił. A malarz? Uciekł, jak tchórz, gdy tylko mama zabrała mnie wprost ze sztalugi. Żaden odwagi nie miał się przyznać, że zabili mnie, bo byłam piękna. Obaj dali mi życie i obaj je odebrali. A teraz, syn nocnej portierki, pewnie klika dni młodszy niż ja-wtedy, przychodzi do mnie, bezwstydnie zsuwa spodenki i patrząc na mnie onanizuje się. Tej nocy przeszedł samego siebie – przyciągnął do ściany ławkę, wdrapał się na nią i całą spryskał mnie wrzącym nasieniem…


    - Mamo! - krzyczeć szeptem umiałam, bo każda kobieta to potrafi – a jak stanę się brzemienną – pomóż mi, mamo!

czwartek, 1 stycznia 2026

Nietypowo.

 

    W osiem lat popełniłem 3426 wpisów, obejrzanych przez 460.000 często skromnie ukrywających skłonności czytelnicze gości. Podejrzewam, a z wiekiem podejrzliwość rośnie, że część z tej liczby to niezdrowa ciekawość SI – bo przecież nie bardzo to możliwe, żeby przyrost gości nastąpił aż tak wielki – siedem kolejnych lat na poziomie ok. 50.000 rocznie, a w zeszłym roku ok. 115.000. A przecież nic się nie zmieniło. Pisałem obrazki i opowiadania, czasem setki, ekstrakty, czy spontaniczne prasówki. Żadnych gołych tyłków i zapomnianych biustonoszy, żadnego szlachtowania, czy potyczek z wielkimi tego świata zakończonych efektownym sukcesem, czy druzgocącą porażką. Czyli pewnie przyszła ku mnie zwiedzona złowieszczym tytułem Sztuczna Pani, a może jakieś inne narzędzie administracyjne, chcąc rozważyć, czy mój moralny kompas tudzież słownictwo nie rokuje nadziei na trwałe zbanowanie strony, względnie jakiś zapuszczony badacz opinii publicznej zbierał materiały do magisterki, czy coś jeszcze mniej prawdopodobnego.


    Nieistotne. Wszystkim, którzy rozkoszują się ciałem i umysłem ożywionym życzę, aby ten rok był choć trochę lepszym od poprzedniego. Żeby nie wyjść na skąpca – to życzę Wam zgoła, żeby ten rok był zwyczajnie dobrym, co jest paradoksalnie lepszym życzeniem, niż życzenie, żeby coś było lepsze, gdyż lepsze nie jest tak dobre jak dobre, choć to wg zasad języka stopień wyższy.


    Tym, co nie zaginęli w dygresjach – niech się darzy, wieją tylko przychylne wiatry, a los sprzyja, jakby był pasożytem żerującym na szczęściu nosiciela, zainteresowanym, żeby stół był zawsze pełen wyszukanych potraw.


    A tym, którzy jeszcze nie wiedzą, czego chcą – życzę po prostu – NIECH!

Renifery Renaty pływają po Renie.

 

    Gdy tylko natura zorientowała się, że rok się kończy, zrobiła przegląd zasobów i okazało się, że ma na stanie niewykorzystane śniegi! Więc poszło. Z góry najpierw wąskim ciurkiem, potem nieco śmielej, aż z chałup zaczęły wychodzić dzieciaki i brodzić w białozaspach. Zaspy małe, ale i dzieciaczki nie za wielkie, więc frajda i śmiech. Z tego wszystkiego noc nadeszła nieco rozmleczona, mglista, nie za czarna. Tubylcy (zapewne do spółki z obcymi) postanowili wzmocnić się niekoniecznie farmakologicznie, po czym, gdy już husarska krew w żyłach zagrała, wyszli na klatki schodowe poryczeć hasła noworoczne z życzeniami dla wszystkich i nikogo. Rozstrzelane fajerwerkami niebo pociło się, żeby kolory zmieścić i nie pomieszać, psom i kotom pewnie zaczęła doskwierać schizofrenia, niektórym senność zaburzyła, ale się udało przetrwać. Aż do rana. Bo rankiem cichość napadła świat i na całym osiedlu jakby śmierć przeszła, nikogo nie mijając. Pustynia. Najwyraźniej nawet psy zlały się w kojce, bo nie widać nikogo. Pewnie nie zdążyły nauczyć się otwierania drzwi, a dobudzić właściciela w śnie upojnym, to wielka sztuka.