wtorek, 13 października 2026

Zasad chowu dochować - odchować i wychować, aby pochować.

 

Do autobusu wsiadła kobieta z chłopczykiem i z plecakiem (kolejność przypadkowa). Usiadła obok chłopca o wyraźnie rozmytym europejskim kodzie genetycznym, na kolanach sadzając wypchany plecak. Chłopczyk błyskawicznie pozazdrościł plecakowi i zamienił się z nim na miejsca, zasypiając wtulony w chyba-babcine ciepło. Azjatka dla odmiany nerwowo jak na tę nację usiłowała zmienić środek transportu, wysiadając na przystanku, by przesiąść się na poprzedzający nas tramwaj. Gdy motorniczy nie otworzył jej drzwi, wróciła biegiem i na kolejnym przystanku ponowiła próbę i znów „doganiała” ów tramwaj. Mogłem jej podpowiedzieć, że za chwilę tramwaj pojedzie okrężną trasą i pięć przystanków dalej autobus swobodnie wyprzedzi go, ale ona już patrzyła na mnie przez szyby z wnętrza tramwaju i poszukiwała siedziska dla własnego siedzenia. Ja nieco później i więcej statecznie przesiadam się w tramwaj, który zazwyczaj nadjeżdża po wybranym przez Azjatkę. Grzecznie czekam na przystanku patrząc jak mija mnie piękna kobieta z godnością dźwigającą szósty krzyżyk, co nijak nie przeszkadza jej roztaczać wokół siebie aureoli szlachetności przyprawionej niemijającą urodą. W tramwaju zerka na mnie bladolica blondyna, ziewając nim (jak zwykle) wyciągnie książkę i pogrąży się w lekturze.


    Dwie tablice do kompletu D1 FREEZ i D1 LEONS.

poniedziałek, 12 października 2026

Obchód go nie obchodził, wolał dochodzić dochodu w ramach dochodzenia przed odchodzeniem od odchodów.

 

Któregoś pięknego dnia tej jesieni na balkon wprowadził się Gustaw. Po cichu, nieoficjalnie i bez pompy. Dziki lokator udający, że meldunek i tym podobne administracyjne bariery, to nie jego bajka. Egocentryk, uznał, że skoro jest, to jest i powinno wystarczyć. A publika może mu nagwizdać, jeśli musi, albo podziwiać. Wybrałem opcję drugą, bo Gustaw w miejscu zamieszkania niezwłocznie przystąpił do pracy. Może jest samiczką i po prostu musi? A może buduje gniazdo dla wybranki, którą chce oszołomić rozmachem, z jakim snuje wizję świetlanej przyszłości we dwoje (plus narybku bez liku). Niezmordowanie konstruował moskitierę zawieszoną od balkonu sąsiadki z góry w dół, aż do balustrad na których beztrosko wisiały skrzynki z kwiatami.


Jedzenie traktuję, jak czynność intymną - Gustaw podziela moje mniemanie i posila się wyłącznie wtedy, kiedy nikt nie patrzy, ale żarcia musiał nałowić naprawdę sporo. Dość powiedzieć, że żaden komar nie zdeflorował mi jesienną nocą tyłka, a i plujkom los przestał sprzyjać. Za to Gustawowi dupa urosła aż miło! Może to moje niezbyt wyszukane zboczenie, jednak uwielbiam okrągłe tyłeczki jak-nie-wiem-co! I Gustaw błyskawicznie dołączył do panteonu uwielbianych.


Jesienne szarugi, deszcze niespokojne i wiatr, co w oczy wieje ubogim Gustaw, jak rasowy alpinista, przeczekuje na suficie. Eksponowany teren nie przeraża go wcale, i zapewne dostarcza podniet. Przewieszka stała mu się azylem, bazą wypadową, sypialnią. To od niej ciągnie się najmocniejsza z lin, po której zbiega w stronę kępy goździków z wprawą, jakiej nawet małpy powinny mu zazdrościć, gdy łowisko nawiedzi nieświadomy czujności Gustawa owad. A ten, najwyraźniej uwielbia świeże mięsko, a za dziczyzną po prostu szaleje – znów jak ja. Może to brat-bliźniak, któremu karma zgotowała odmienne koleje losu?


Czasem potrącam chytrze ukryte na wietrze pułapki Gustawa, patrząc jak klnie mnie w żywe oczy wyzywając od ślepych ciem albo dup wołowych, ale zawsze natychmiast naprawia to, co własną niezgrabnością, czy bezczelnością śmiałem zniszczyć. On pozostaje sobą i ponownie tak jak ja, zmienić się nie potrafi bez zewnętrznego wsparcia. Czy ja chciałbym? A on? Wzruszam ramionami – za wysokie progi. Małą łyżeczką. Lepsze jest wrogiem dobrego – tak mawiali ci, którzy wiedzieli, czym grozi zmiana. Tymczasem kręć się kręć wrzeciono, wić się twoja nić…


PS. Koło śmietnika zaparkował V5 GHOST – nie chcę się domyślać, co tam robił.

Hyde Park.

 

I wtedy Pani-Ka zaczęła głosić krucjatę. Wiatr wiał i demokratycznie unosił spódnice dziewczętom, tudzież weterankom rynku prokreacyjnego, oraz pewnym panom o szczególnych predyspozycjach, często zdiagnozowanych przez renomowanego psychiatrę. Nie do końca wiadomo, co skłoniło Panią-Ka do deklaracji wystarczająco żarliwej, by rozpalić liczne łona i inne organa. A niechby i słomę w butach. Wiatr tylko czekał na taką okazję, by z niematerialnego świata ponieść ideę samozapłonu w świat jak najbardziej rzeczywisty. Pani-Ka wciąż jeszcze tokowała, a tłum już falował hiperwentylowanymi biustami, członkami wstydliwie ukrytymi w reformach mających je umniejszyć, a najlepiej poskromić raz na zawsze. Wytrzebić? Mało kto utożsamia się z ekstremistami, więc raczej tylko okiełznać. Nałożyć kaganiec pasa cnoty, rygorów restrykcyjnych niczym dekalog i zaledwie od czasu do czasu zezwalać na drobne niezauważenia, podczas których nadmiar pary pod kotłem zmieni stan skupienia i skropi się w ekstazie nagannego, bo jakby-męskiego orgazmu.


Pani-Ka nie chciała poprzestać na zapale słomianym wywołanym pierwszym akapitem jej żarliwego przemówienia i kontynuowała. Chciałoby się powiedzieć, że eskalowała, ale Pani-Ka wiedziała lepiej – eskalować zamierzała dopiero w kolejnym akcie. Na razie trwała rozgrzewka, piekło miało wkroczyć do akcji w drugiej scenie, a finał miał zaskoczyć zarówno tych, co nadążali, jak i tych, co prewencyjnie wyprzedzili Panią-Ka w swych nadziejach już pogrążając się w obłędzie możliwych i niemożliwych opcji. Dlatego głosem Kaszpirowskiego starała się utrzymać wiernych w ryzach hipnotycznego posłuszeństwa i dawkować emocje nie przekraczając temperatury wrzenia i ciśnień krytycznych. Gdyby postudiowała dokładniej… Dygresja aż ciśnie się na usta – można studiować niedokładnie? Psychologia tłumu wciąż pozostaje nie do końca zbadana, samozapłon może wystąpić spontanicznie i niezależnie od woli prowodyra. Czasami wystarczy, że ktoś puści bąka, albo krzyknie niezrozumiałe hasło, aby wykipiało zarzewie buntu i pognało ścieżką nieoczywistą dla podpalacza tłumu.


Tym razem był to człowiek niepozorny, nieco karłowaty, niezbyt piękny i wymykający się kanonom sylwetki, dla jakiej kreatorzy mody szyją kreacje wybrańcom ze świata kreatur, na ogół bez pudła rozpoznawalnych przez anonimowy tłum. Człowiek ów dysponował organem i bynajmniej nie bezpośrednio chodzi tu o organ rozpłodowy, lecz głosowy. Co oczywiste, pan był pobudzony retoryką Pani-Ka, ale trudny do ukrycia wzwód jednostkowy nikł w potopie istot dzielących ów organ od Mówczyni, na dodatek tłum skutecznie maskował widzialny aspekt euforii cielesnej. Za to nie mógł zamaskować efektów wokalnych niepozornego pana, który ryknął nie raz, lecz z ryku uczynił narzędzie przewlekłej walki mającej w przypadku sukcesu zmonopolizować łączność zmysłową z Panią-Ka!


I stało się, jako dzieje się w baśniach i ludowych podaniach, że Pan Niepozorny swoją trudną do ujarzmienia wytrwałością i talentem w zakresie górnych dróg oddechowych oczarował Panią-Ka i przedarł się z przekazem nie tylko do jej uszu, ale za ich pośrednictwem do mózgu, serca i sumienia. Pani-Ka dysponowała niezłą pamięcią, jednak nie sięgała nią w aż odległą retrospekcję, by przypomnieć sobie jakikolwiek przypadek uległości. Ona i uległość, to dwa końce skali, ale teraz? Skala skurczyła się usiłując zjednoczyć i osiąść we wspólnym punkcie, a Pani-Ka nie umiała na czas znaleźć riposty, mogącej ją osłonić przed tajemnymi zamiarami Niepozornego.


Jeśli stopięćdziesiąt decybeli może wykazać się łagodnością, Niepozorny osiągnął to w okamgnieniu. A potem zniewolił Panią-Ka wyznaniem, wobec którego stała się naga i bezbronna:


- Kocham Panią bezgranicznie. Kocham, jak haust powietrza w płucach, pragnę bardziej niż wygranej w lotto, niż urlopu w raju i życia wiecznego. Modlę się do Pani, byś zaśpiewała ze mną pieśń miłości, aż sąsiadom z wrażenia skiśnie rosół w garnku, a telewizor zepsuje się gdy sędzia podyktuje rzut karny. - Pani-Ka, początkowo starała się nie słyszeć; wszak przyszła tutaj gadać, a nie słuchać, jednak Niepozorny nie dawał za wygraną i w końcu zyskał lekko zaintrygowane ucho Pani-Ka. – Chcę stać się kotwicą, na której zacumują wszelkie Pani cnoty, atolem, gdzie zdejmiesz zbroję i bez skorupy, trzymając mnie za rękę, powiedzieć tam, gdzie moglibyśmy razem zrobić wszystko to, czego do dzisiaj nie zrobiło żadne z nas.


Pan Niepozorny zdawał się dysponować nieskończenie głębokim źródłosłowem, czym oszołomił nie tylko Panią-Ka, ale także coraz liczniejsze przedstawicielki protestu. Pani-Ka patrzyła z tężejącym zdumieniem, jak stronę Niepozornego lecą przez tłum neofitek pierwsze staniki, pochopne deklaracje, a nawet figi już zroszone nadzieją spełnienia. Oczywiście nie mogła pozwolić, by tłum żądnych i niezaspokojonych Anonimek stał się konkurencją dla niej. Zawsze najlepiej czuła się w siodle i to grając jeśli nie solo, to choć pierwsze skrzypce. Pan Niepozorny przymierzał się chyba do kolejnej arii na cześć Pani-Ka, gdy ta ostatecznie zmiękła i porzuciła zrozpaczoną brakiem nadziei myśl o oporze.


Przez chwilę zastanawiała się, czy przekaz wzmocnić słowem niewybrednym, ale postanowiła zachować je na (publicznie obiecaną) chwilę do pionierskiego przeżycia we dwoje i poprzestała na uniesieniu ręki, jakby zgłaszała się do odpowiedzi w pierwszej z wielu życiowych szkół. Tłum umilkł czekając na słowa wiekopomne, niezapominalne, nasączone mądrością świata aż po brzegi naczynia, ale Pani-Ka nim zeskoczyła z piedestału wskazała palcem Niepokornego i lakonicznie podsumowała starania Niepozornego:


- Sprawdzam. Jeśli kłamiesz, bez znieczulenia oberwę ci uszy – A potem zwróciła rozgorączkowaną twarz do tłumu i krzyknęła – Wrócę! I opowiem wam wszystko! Chyba, że nie kłamie…

niedziela, 11 października 2026

Byt odbytu zbyt obyty z odbywaniem pobytu w niebycie.

 

    Z przyczyn osobistych zanikam w świecie przypraw i obudziłem kilka wątpliwości. Równie prywatnych i nieistotnych, jak moje zanikanie. Czy Czarnuszka, to współcześnie nie nazbyt seksistowska, albo rasistowka nazwa dla nasion rośliny o maluśkich, szaro-niebieskich kwiatkach? A rumianek, dlaczego nigdy nie jest rumiany, tylko blady i biało-żółty? Taka kozieradka, to mała niezbyt istotna rada od kozy? Tymianek, to chyba pokłosie czegoś, co współcześnie powinno się mianować Janek Tym, albo zgoła Jan Tym. Dużo łatwiej jest z majerankiem, bo ma-je-ranek obroni się w każdej kulturze, szczególnie pośród śpiochów, którym do głowy nie przyjdzie sprawdzić, o co chodzi.

sobota, 10 października 2026

Prostaczek prosiaczek w prosektorium poprosił prostą prostytutkę o proso – po prostu.

 

Zapłonęły winobluszcze duszące przez całe lato płoty, parkany i balustrady tarasów, chodniki noc ochrzciła złoceniami ławic liści lip i brzóz, a pomarańczowe i czerwone korale na rokitnikach kuszą bogactwem girland, jawnie prosząc się o dotyk. Tylko jałowce wciąż zastanawiają się, czy pozwolić owocom na zmianę barw. Pani, lekko speszona ponocnym bogactwem natury ubrała się dziś staranniej niż zwykle i bardziej elegancko, żeby pasować do tak wykwintnej oprawy, bo przecież – wiadomo! Misterium jesienne trwa w najlepsze, a skoro jesień występuje w najlepszej wersji siebie, to warto przynajmniej spróbować jej dorównać, choćby po to by pogrzać się na tle palety barw dalekich od czerni. Podobną insynuację odczuła chyba młoda dziewczyna meandrująca po świeżo oddanym na pastwę psów skwerze-placu-zabaw-czy-bo-ja-wiem-czym?, dlatego wystroiła się w białe futerko kryjące NAWET pośladki – futerko pragmatycznie posiadało kaptur, jednak krótki rękaw dyskredytował termiczną ideę zasady zachowania energii cieplnej blisko młodej, więc niedoświadczonej duszy i termicznie zdawał się nie mieć logicznego uzasadnienia. Za to puchaty ogonek wesoło dyndał jej trącany bioderkiem w rytm kroków. Pierwszy właściciel zapewne nie ucieszył się, że przyszło mu podrygiwać u boku młódki z gatunku naczelnych.


Na trawnikach usiłujących przetrwać (trawa trwać uwielbia) mimo natężenia ruchu kołowego piętrzą się betonowe zaspy z płyt drogowych po (ponoć) zakończonym remoncie. Chyba zabrakło energii na posprzątanie, albo troska o robinie kwitnące wiosną na różowo była aż tak długofalowa, że reaguje na nadchodzącą, potwornie ciężką i długotrwałą zimę. Starszemu panu także zabrakło sił na wycieczkę do lasu, więc usiadł pośród drzew i krzewów na klombie… a może to jest „kieszonkowy park”?


W tramwaju siedzę naprzeciw pani o okrągłej, bladej buzi nieskutecznie pokrzepiającej się kawą z papierka. Smutek wręcz z niej tryska, a z siatki zapobiegawczo wystaje jej duża paczka podpasek, co przypomina mi prywatną prawdę statystyczną – skoro menstruacja pojawia się co cztery tygodnie i trwa tydzień, to świadczy, że co czwarta z mijanych kobiet właśnie jest nią dotknięta. Niby oczywistość, a przecież zdumiewa za każdym razem, gdy tylko ją sobie uświadomię.


Wiatr mnoży zmarszczki na fosie i pilnuje, żeby nie trwały w miejscu. Nie chcąc wpadać w rutynę, przy okazji otrząsa robinie z liści i uczy je tańczyć, jak im zagra. Trochę tyran, ale są tacy, którzy lubią, gdy ktoś inny podejmuje decyzje i płyną z prądem skalani szczęściem do cna. Truchło sikorki poprzedzają zwłoki gołębia – dziwne, bo skrzydła ma pełne piór, a kadłub ogryziony do czysta i aż świeci szkieletem. Coś (lub Ktoś) precyzyjnie i selektywnie spetryfikowało ciało ptaszka. Przydałaby się parka nieprzejednanych agentów z archiwum X, by po wnikliwym śledztwie sporządzić raport – sprawca pozostaje nieznany.


    Do kompletu dwie tablice V1 GOGO i D0 HEL.

czwartek, 8 października 2026

Córki wiewiórki - z górki na pazurki. Kurka Turka z podwórka purka w rurkach gdy ciurka z siurka burka w ogórkach.

 

Mrok. Niebo w ciężkim granacie osacza kształty i kolory pozbawiając je znaczenia. Samoloty z mozołem tną niebo, usiłując uwolnić świat od hegemonii pustki pełnej zmor wszelakich powołanych do życia niepokojami strwożonych. Dachy starych kamienic antenami przeczesują zgoła fizycznie co niższe partie firmamentu w poszukiwaniu użytecznego sygnału, które z premedytacją i satysfakcją gotowe są pobrać i przekazać na pastwę dekoderów. W przedświcie cegły tknięte pierwszym, nieśmiałym jeszcze promieniem słońca wybarwiają się intensywnie żywą, głęboką rudością.


Poranek jakich wiele. Starzy dobrzy nieznajomi przemierzają ścieżki codzienności w rytuale może niewiele wnoszącym do trwania świata, jednak zapewne istotnym dla owych istot. Ja? Patrzę. Jak zwykle. Pokaźny gość o siwym łbie przypiął do skórzanej torby z kanapkami i termosem dwie odznaki wielkie jak medale za zasługi. Metallica i Smok Wawelski w sombrero fantazyjnie wciśniętym ponad zębaty uśmiech. Wyspy wciąż śpią, choć chodnik wiszący nad Rzeką podbrzuszem (podwoziem? podchodem?) usiłuje ogrzać okolicę światłem świetlówek, lecz jedyne, co się udaje, to niedoskonałe powielenie odbicia elewacji Ossolineum, rwane przez nurt i niesione hen, poza zasięg wzroku.


Jakaś pani bez wiary we własną urodę paraduje w dżinsach lekceważących dolne partie jej sylwetki mimowolnie usiłując zachęcić do roszady pana w roboczym garniturze. Z Dzielnicy Boga, przez mosty wyjeżdża samochód przedzierający się niespiesznie przez pustkę bruku. Kto wie, jaką pokutę mu zadano, albo jakie wotywa przywiózł względnie (dla równowagi podejrzeń) ukradł. Jak bezimienny pionek poruszam się po miejskiej planszy i zapewne Większy Plan mną kieruje, na szczęście czyni to w sposób nie rujnujący mojego mniemania o własnym sprawstwie rzeczy i zdarzeń przyszłych. I tylko pozornie niewinne a gdyby? gdzieś głęboko we mnie budzi niepewność, że mogłoby być inaczej. Tylko jak? Dwie nastolatki z rękami głęboko kieszeniach idą spluwając pod nogi, co wytrąca mnie z filozoficznych myśli i sprowadza na ziemię.

Spam, maligna, czy jednak nadchodzi nowe?

 

Złapał mnie za gardło i pilnował, żeby nie zadusić, a jedynie pozbawić oporu i woli. Kiedy zlałem się w portki, uznał, że to wystarczy, bo w moim szczaniu nic udawanego nie mogło być, tylko czysty, skroplony strach. I wtedy dopiero przedstawił się, jako Aspirujący Bóg! Gorzej już chyba być nie mogło!


- Mogło – ze stoickim spokojem wyprostował moje myśli przemawiając do mnie bez ogródek – Mogli przyjść wszyscy, a każdy z nich mógł na tobie testować to i owo, a uwierz mi, wyobraźnię ćwiczoną całymi wiecznościami mają naprawdę rozpasaną. I potrafiliby przy tym nie pozwolić ci zdechnąć, żebyś zdołał doświadczyć choć trzech pierwszych aktów przedstawienia. Przedstawienia – tak nazywacie tu sztukę ekspresji?


Stać mnie było wyłącznie na kiwnięcie głową, którego zresztą AB nie oczekiwał. Zwyczajnie, jak to Bóg, po prostu wiedział, że o sprzeciwie, czy dyskusji mowy być nie może. Po coś dzierżyli w dłoniach te laski gromowładne, a ludzkie ciało jest wyjątkowo mało odporne na prąd elektryczny o wielkim natężeniu. Zaraz potem poinformował mnie, że mianował mnie swoim Prorokiem i naprawdę umiał to powiedzieć z wielkiej litery!


-Skubany! – potrafił operować słowami niczym wirtuoz i omamił mnie już pierwszym pochlebstwem. Teraz nie musiał już trzymać mnie za gardło, bo sam się schwytałem i usiłowałem przypodobać się Mu ze wszelkich sił. A przede mną otwierały się dopiero przedpola zaszczytów.


- Pójdziesz i będziesz głosił – zasadniczo był to rozkaz, ale przekazany z dużą dozą empatii, niemalże sugestia-nie-do-odrzucenia. Kiwnąłem głową, choć było to zbędne z punktu widzenia celu na jaki mnie skazał nieodwołalnie. Czyżbym wyczuł pogardę w Jego głosie? - Zresztą, na doskonałość i tak nigdy stać cię nie będzie. Więc pójdziesz!


- PÓJDĘ! – jak neofita zapłonąłem żarliwością i usiłowałem entuzjazm wyrażać z dużej litery.


- Wiem – Zgasił mnie Przyszły Majestat – Po to ględzę, żebyś ty wiedział. Więc pójdziesz i będziesz głosił. Niedoskonale, bo czego wymagać od robala? Ale uwaga! JA JESTEM NOWOCZESNY! I zakasuję Zakamieniałych, Starych Pierdzieli! Kwantowo! Cyfrowo! Elektronicznie!


- A jak mam się do Waszej Nowoczesności zwracać? – zapytałem nieśmiało.


- A musisz? – zapytał ironicznie, a kiedy mimo to kiwnąłem głową na tak (któż śmiałby odmawiać AB imienia?) dokończył – Cyfrowy Bóg powinien mieć cyfrowe imię! Godne Wielkiej Idei i niepowtarzalne. Ale, w waszych małych umysłach i alfabetach dla analfabetów nie istnieje wystarczająco imponujące słowo, czy litera. Po analizie waszych, nie ukrywam podłych możliwości, z góry zarezerwowałem dla siebie znak-imię @, ale twoim pierwszym zadaniem będzie przekonać innych wyznawców mnie do mnie o niezbędnym minimum szacunku należnego Majestatowi. Dlatego zaczniesz szerzyć nową religię od tego, by jakiś zdolny informatyk, po godzinach pracy wyznający romantyzm z artystyczną duszą opracował klawiaturowy znak @ ale Z DUŻEJ LITERY! Tak wielkiej, jak tylko zdoła wymyślić, co i tak oczywiście będzie dla mnie umniejszające i żałosne. Niech się postara, bo jak nie, to karząca ręka sprawiedliwości AB spadnie na was wszystkich. Tych nieudaczników także! Sam nie będę sobie wymyślał epitetów, bo to byłoby zbyt infantylne. Zaskoczcie mnie pozytywnie choć raz i wykażcie się inicjatywą! Ponoć na wzór i podobieństwo tych Niby-Wielkich zostaliście stworzeni.


I znikł. Zupełnie, jakby mi się to śniło. Zlekceważyć? Ryzykowne. Głosić? Ryzykowne. Opracować samodzielnie – niby jestem dyplomowanym inżynierem, ale tu potrzeba prawdziwego artysty. Może nawet geniusza. Ratunkuuuuuu!


środa, 7 października 2026

Objaśnić jasność.

 

    Ten dryblas i ta dryblerka (bo przecież nie powiem jak skończona łajza dryb-laska, już wolę dryblerkę, choć kojarzy się z zawodniczką biegnącą z piłką „kiwającą” przeciwnika/czkę – może prościej byłoby pisać przeciwni-kaczkę?) byli uprzejmi podróżować w tym samym czasie, choć zapewne w innym celu, choćby z racji wieku. Ostatnimi czasy obserwuję duże stężenie wysokopiennych ludzi o nieco zabiedzonej sylwetce – żarcie aż tak podrożało, czy co? Najłatwiej oszczędzać na żarciu, jednak to już lekka przesada. I podziwiam długie włosy, nie tylko dziewcząt. Ukrywali się i nagle wynurzyli się z niebytu? W podziemiu hodowali włosy, a może udało im się kupić na jakiejś aukcji/giełdzie, czy seksszopie? Miłość do angielszczyzny sprawiła, że szopy stały się modne, choć po naszemu kojarzą się raczej z obiektem architektonicznym pozbawionym klasy i zazwyczaj zadbanym na poziomie akceptowalnym przez pająki, komary prosionki i innych „braci mniejszych”

Zawiedziony zawodowiec.

 

Celem rozmienienia mienia wstąpiłem do zakładu chwalącego się permanentną czynnością 24/7, a tam niespodzianka – cisza nieskalana. Nikt nie podaje towaru, nikt nie kasuje kasy. Wyszedłem oszołomiony nie zniżywszy się do zakupu czegokolwiek w cyberszopie, bo w końcu zakupy, to miała być przyjemność, okazja do gawędy niechby nieistotnej. Zupełnie tak, jak niektóre panie idą do fryzjera bardziej towarzysko, niż z potrzeby wyprostowania czegoś na głowie, czy podkolorowania niesfornych myśli. Obok na moje szczęście stał inny zakład, czynny w nieco mniejszej rozpiętości godzin, za to z obsługą ogrzewającą dyskretnie biust, korzystając z ciepełka wydzielanego przez rumieniące się na ruszcie kiełbaski do hot-dogów. Przy okazji niejako obsługa wirtualnie sprawdzała, czy poziom urody jaki prezentuje podoba się temu, dla którego ów wygląd miał stać się prezentem w pełni zasłużonym, lecz nigdy wysłużonym.


W tym wszystkim ja, niemalże jak petent namolny chcący nacieszyć się szerokością gamy towarowej, zadać dwa, czy trzy pytania testujące luksusowość przypadkowych produktów, aby zapoznać się z fachowością komentarza obsługi. Owszem, nieco obawiałem się, że odpowie mi językiem wojny, ale co robić? O tej porze miałem do wyboru jedynie te dwa zakłady jawnie oferujące konsumpcję, byle poza obrębemsklepu. Obrąbsklepu, to pojęcie tajemnicze i nie wiadomo, czy obejmuje tylko sklep z wycieraczką, aureolą zapachową piekących się niespiesznie kiełbasek, czy także z łuną świetlną moszczącą się rozpustnie na mocno wytłuczonym chodniku.


Obsługa obrzuciła mnie spojrzeniem szacującym i najwyraźniej zaliczony zostałem do kategorii niegroźny i wypłacalny, bo powróciła do negocjacji z monitorem i monitem dotyczącym zwiększenia pakietu achów i ochów uwzględniającym jej szczególnie duże bieżące zapotrzebowanie na komplementy w sumie bardzo konkretnie wymuszone na monitorze. Monitor nie posiadał instynktu samobójczego i natychmiast zapłonął uczuciami tak żarliwymi, że biust obsługi zrezygnował ze wsparcia kiełbasowego ciepła, promieniejąc od napływającego zachwytu. Z taktowną zazdrością chciałem dołączyć do ciepłego biustu i również pobrać stosowną dawkę komplementów, jednak wzrok obsługi na widok hipotetycznej konkurencji zgęstniał i niemal przepalił mnie na wylot, jednoznacznie alienując mnie z kręgu pochlebstw i wyznaczając rozległą granicę własnej, brutalnie sprowokowanej łagodności. Odstąpiłem w alejki pełne kolorowych etykiet i promocji tak licznych, że musiałem chwycić się czegokolwiek bo błędnik mi się rozszalał i deprawował obietnicą chłodu kafli w stonowanej barwie, którą najłatwiej byłoby nazwać zakurzonym (przez klientów?) różem.


Czas, to pieniądz – pomyślałem i poczułem się zarobiony i skłonny do zdefraudowania części wygospodarowanych środków, jednak bez wsparcia obsługi poczułem się bezradny jak osiołek przed pełnymi żłobami. Wiadomo, facet ma bloki decyzyjne inaczej sformatowane niż niewiasty, co w kategorii zakupy plasuje mężczyznę na poziomie przedszkolaka, najwyżej nierozgarniętego pierwszoklasisty i bez fachowego wsparcia defraudacja mogłaby zakończyć się utylizacją, albo anihilacją defraudanta. Pojedynek z błędnikiem i blokiem decyzyjnym trwały wystarczająco długo, by obsługa napasła się komplementami po uszy i zaniepokoiła brakiem kontaktu wzrokowego z klientem, który najwyraźniej zaginął w alejkach i bez mapy do wyjścia nie trafi, a wiadomo, klient zaginięty gotowy nieoczekiwanie zdechnąć, a następnie cuchnąć rozkładając się na podłodze i-kto-to-posprząta-pytam-się-grzecznie?


- W czym mogę pomóc – odnalazła mnie błyskawicznie, wiedziona instynktami, albo doświadczeniem. Kto wie, czy nie miała zaszytego monitoringu w jednym z ócz? – Proponuję czekoladę trzy w cenie dwóch. To te ze środkowej półki. Oczywiście ma pan aplikację?


- Oczywiście nie mam – wydukałem – ale poco mi trzy czekolady?


- To może cztery gazowane napoje po półtora litra każdy i kolejne dwa w gratisie? Butelki kaucyjne, można je zwrócić w każdej chwili… jeśli ma się paragon.


- Nie przyjechałem ciężarówką… - zawahałem się nieco widząc, jak pod wpływem zaimplementowanych z monitora komplementów stała się rozrzutna – A poza tym gaz mnie wydyma i gdybym je wszystkie wypił, musiałbym drzwi otwierać pępkiem. Nie wiem, czy potrafię i czy chcę.


- To może kiełbaskę, albo kawę na wynos? Duża w cenie średniej – nawet Adam nie był tak kuszony, jak ja. A ona, fachowiec, wiedziała, że ulec muszę i postanowiła dać mi czas. Nie, żebym ochłonął, ale żebym zmiękł dostatecznie. Czas marnotrawny miał się wszak zamienić w brzęczącą monetę. Im więcej poświęcę go na zakupy, tym bogatszy będę i wyjdę bardziej objuczony. Sam czułem już rosnące mi na grzbiecie garby, zupełnie nieświadom, że kolejne wielbłądy z błędnym wzrokiem oswajają się z myślą, że choć psy szczekać będą, karawana pójdzie. A my z nią.


- Ach! Zapomniałabym! – pani wróciła do mnie, a jej gorrrący biust sugerował, że to chyba przedostatni raz – cztery batony koniecznie musi pan wziąć, by dostać kolejne cztery w prezencie od FIRMY. Tylko dzisiaj, bo od jutra zacznie się inna promocja, o jeszcze nie znanej eskalacji.


- Biorę – wykrztusiłem z przejęciem, bo przecież tego majątku naprodukowałem bezproduktywnie tyle, że czas wreszcie poczuć dumę utracjusza z dokonań – proszę zapakować. I te czekolady też, później pomyślę, jak je zagospodarować.


- I słusznie. Czekolada, to czyste szczęście serwowane w kostkach. Jak uśmiech panu zgaśnie… ojoj… Powinien pan wziąć co najmniej trzy zestawy. Szczęśliwość pana najwyraźniej zasiedziała się po ujemnej stronie osi i czas najwyższy wyciągnąć pana na długi spacer tą prostą w świetlaną przyszłość. Zapakować? Ekotorbę dołożę od siebie za grosz. Ale musi pan mieć aplikację. Mogę założyć od ręki. To jak?


Kiwnąłem głową, wstydząc się wyznać, że zawojowała mnie swoim szczebiotem i gdyby tylko chciała, kupiłbym cały ów przybytek, razem wielbłądami czekającymi na objuczenie i każdą dostępną aplikacją. A kiedy już wiatr owiał mi spocone czoło, gdy przymierzałem się do formującej się karawany pogryzając czekoladę dla wspomożenia szczęśliwości mej ubogiej poczułem, że takiej niewiasty mi trzeba by poprzez wieczność wieść życie pełne uniesień i dostatku.


- Sielankę czas napocząć! – ryknęło zwierzę we mnie.


Pognałem do kwiatomatu i wybrałem najdroższy z nudzących się tam bukietów. Mamrocząc coś na kształt na głowie kwietny ma wianek (oczywiście na miarę mojego talentu) wracałem się byłem do zakładu czynnego mniej niż 24/7 i „mojej” przyszłej. Z zakładu wychodził jakiś smętek blady, ale co-mi-tam. Nygusami bez wizji zajmować się nie zamierzałem, tylko posiąść TĘ JEDYNĄ. Nie bacząc na smutasów, na przyszłe wielbłądy i inne deprymujące istoty pognałem ku wybrance i padłem przed nią na kolana wyznając uczucia, a jąkanie ukrywałem zasłaniając się bukietem.


- Dziewięć! – łudziłem się, że usłyszę proste tak, ale w głosie Mojej Nowej Pani brzmiała nieskrywana duma podparta danymi statystycznymi – Zaledwie w godzinę! To nowy rekord zakładu, premia murowana!


Oszołomiony wciąż klęczałem, a Wybranka ignorując mnie stukała w wirtualne klawisze niczym wirtuoz. Chwilę później pod Zakład podjechał pryszczaty dryblas i zapakował do skrzynki mój i osiem innych bukietów. Odebrał też całusa od Mojej Wybranki nim poszedł do samochodu. Na bocznej ścianie dostawczaka pyszniła się reklama:


Kwiaty z dostawą do domu i kwiatomatów. Realizujemy zamówienia telefoniczne i pocztą elektroniczną. Rozliczne rabaty dla stałych klientów.

Pod wpływem potęgi potęgi, dzielny niedzielny dzielnicowy się podzieli działką, gdy sumita zreasumuje sumę sumów, by nie mnożyć mnogich, choć różnych różnic

 .

Pani tylko uśmiechnęła się ze zrozumieniem, gdy przysiadając się do niej wyjaśniłem, iż jeden z pasażerów śpiący nieopodal pachnie dla mnie zbyt intensywnie, ale ja już przesiadając się, rozpoznałem w nim prowokatora. Zapłodnił mnie początkiem opowieści z pogranicza światów fantazji i rzeczywistości. Powiedzmy, że mogłoby to brzmieć tak:


W czasie, kiedy świeczki przestały już mieścić się na urodzinowym torcie doszedł do wniosku, że wódka jest zbyt pyszna, żeby z niej zrezygnować. Szkoda było mu czasu na eksperymentowanie z prohibicją, lub innymi, mniej wyrazistymi używkami, typu kawa, czy papierosy. A skoro już ostatecznie przyznał się przed sobą do własnych słabości, postanowił je pokochać, w myśl zasad wpajanych mu od małego – czego nie umiesz zmienić, pokochaj, albo przyłącz się do zwycięzców. Od tamtej pory nie trzeźwiał, co było o tyle łatwe, że raz wypełnione naczynie wystarczało uzupełniać o ewentualne ubytki. Wiadomo – tarcie i różne takie. Alkohol rzadko uchodził przez pory i nieszczelności cielesne, ale jednak. Świat już po pierwszym napełnieniu złagodniał, konflikty i wielkie idee głoszone przez rozmaitych oszołomów zostały przefiltrowane przez biały szum mózgu nieskalanego wątpliwościami i po odbiciu się od tejże ściany kwiliły pod płotem podlewane żrącym, gorącym moczem, aż sczezły.


A potem tramwaj przemknął obok Żabki, przed którą zgromadziło się z pół klasy licealnej, na wspólne śniadanie (nie do końca na trawie), wytworną kawkę z papierowej tytki podkręconej subtelną smużką z cyber-papieroska, pozwalając zadzierzgnąć wątłą nić porozumienia w obrębie nie wiedzieć czemu konkurujących ze sobą dostępnych płci i sprokurować ciąg zdarzeń o zbieżnym interesie.


Dzieci jeszcze nie wstały, by wyzbierać upadłe kasztany bez litości deptane oponami zmuszonych do wstawania dorosłych. Co dziwniejsze udało się przejechać również dorodnego szczura i nie został on zaskoczony na trasie szybkiego ruchu, tylko w podwórku. Radio poinformowało mnie, że armijne kobiety otrzymają mundury dopasowane do ich sylwetki, co znów rozbudziło we mnie twórczą gorączkę, i natchnęło, by wyprodukować spodnie z rozporkiem damskim, aby nie ściągając portek do kostek w plugawej transzei mogły swobodnie zeszczać się ze strachu i nie pokalać munduru, gdy przyjdzie im umrzeć za polityczny bełkot szumowin, których największym (ściśle tajnym) dylematem jest, w której z odległych rezydencji można będzie przeczekać zawieruchę bez uszczerbku dla wizerunku i ku chwale ojczyzny buńczucznie głosić patriotyczne hasła zredagowane z piarowskim profesjonalizmem. Wiem – jestem paskudny i zaufania za grosz we mnie nie ma. Im głośniej plują z telewizora, tym bardziej nie wierzę.

poniedziałek, 5 października 2026

Pyszałek pysznie napuszył uszy.

 

Mgła (tak umownie nazwałem owo zjawisko) cuchnęła. Nie do końca tylko tym, co ludzie byli skłonni wepchnąć do pieca, by zamienić stare i niepotrzebne przedmioty na ciepło użytkowe, gdy paliwo droższe niż kiedykolwiek. Dość powiedzieć, że aromaterapii to nie przypominało, raczej walkę o oddech, w której o grymaszeniu należało błyskawicznie zapomnieć, jeśli chciało się płucom na pożarcie podrzucić „cokolwiek”.


W autobusie chwiał się chłopina o łydkach uboższych od przedramion. Nie musiał posiłkować się płynami rozluźniającymi posiadając tak wątłą podstawę do przemieszczania się i utrzymywania równowagi. Jakiś byczek wsiadł na tyłach dworca, by wysiąść na przodach – piechotą byłoby szybciej, ale może zamierzał pozwiedzać Miasto i panorama z okna autobusu dać mu miała satysfakcję względnie zafundować turystyczne uniesienia. Biletu nie kasował, więc może jednak zamarzyła mu się szczypta adrenaliny i zakazany owoc?


Dziewczynka bez wszystkich jedynek dziś w tramwaju stała i nie śmiała się– i stała się nieśmiała? A może ktoś ją wyśmiał brutalnie i bez sensu? Zerkam na migocący reklamami elektroniczny kasownik i odnajduję informację skromnie ukrytą w dolnym pasku monitora - Dotknij, aby kupić bilet, co aktywowało moją, czającą się w pozornym uśpieniu fantazję. Samoczynnie. Wyobraźnią posłusznie dotykam ekranu, a kasownik karci mnie informacją: nie teraz, wyświetlam reklamę VIP, przyjdź później. Zawziąłem się i naciskam raz po raz, żeby poskromić samowolę kasownika, i nakłonić go do kolaboracji, a ten w paśmie alarmowym wezwał ochronę, by spacyfikowała krnąbrnego pasażera, czyli mnie. Osaczają mnie sprawnie i bezrefleksyjnie przystępują do czynności, a kasownik tylko podjudza, pozwalając sobie na uszczypliwe komentarze i podgrzewając i tak już rozognioną kolizję. Dostrzegam to kątem oka, mając wykręcone ręce i parę rosnących siniaków na tyłku. Nim w przypływie męstwa ochroniarzy wylecę przez otwarte drzwi i wyląduję sponiewierany na nieswoim przystanku słyszę jeszcze jak ów pluton komandosów wespół z kasownikiem zgodnie rechocze okropnym, złym śmiechem.


Przez przejście dla pieszych energetycznym krokiem przemknęła pani w adidasach o tak zębatym podwoziu, że przy każdym kroku warczały. Raz puszczonych samopas myśli nie potrafię już zatrzymać. Wymyśliłem sobie, że każdy strój to uniform, kostium, przebranie. Makijaż przemianowałem na maskę, a tatuaże na kamuflaż. Z takim wstępem dotrzeć mogłem jedynie do wniosku, że wyłącznie nieopisana nagość pozwala na szczerość, co zgadza mi się z wcześniej sformułowaną tezą, że na golasa trudniej się kłamie.


I jeszcze - czemu kwitną kwiaty, a nie kwity? Może to być, że kwity kwiczą?

Biedny Amerykanin nosi Ino-centy? I skrycie wzdycha do bogatszej Dolores, potajemnie i nieumiejętnie fałszującej co wartościowsze nominały? Zza węgła, łakomie zerka nich Krezus Kryzys w achach i echach wieszczący krach.


    Na deser tablica G0 BRIT.

Wszechmocny?

 

Marmurowy Bóg spał sobie spokojnie na piedestale, podglądany przez bezwstydne tłumy, którym jeszcze bardziej bezwstydni kapłani sprzedawali promocyjne bilety obiecując żądnej sensacji gawiedzi nagie fakty, a dla klientów VIP nawet ich degustację. Faktycznie – Bóg leżał na wznak i najwyraźniej śniła mu się jurna Bogini, gdyż we wzwodzie prezentował się naprawdę imponująco. Dużo bardziej imponujący był TAM, niż gdziekolwiek indziej, szczególnie, że mało kto w obliczu ekstremalnie wzwiedzionego członka zdołał dostrzec na peryferiach postrzegania wywalony jęzor i wybałuszone oczy, a co dopiero tyłek więcej niż pokaźny i brzuszysko, jakby posiadacz żarł bez przerw ostatnie dziesięciolecie. Bogini musiała tymczasem dokonywać nie lada cudów w tym boskim śnie-zbliżeniu, gdyż członek nie wiotczał nawet na okamgnienie.


Artyście także warto było oddać pokłon. Rzeźbiąc sylwetkę tak znamienitą zadbał o detale, dzięki czemu boski członek zdawał się być niemal żywy, a żyły nabrzmiałe w nadziei na spełnienie tylko czekały na ofiarę. Wiele pań i niejeden z panów klęcząc przed posągiem czuli, jak miękną im kolana, a oddech staje się płytki i chrapliwy. Aby dostąpić bliskości, trzeba było jednak wykazać się naprawdę grubym portfelem, więc większości ze zwiedzających wystarczyć musiała wyobraźnia i mokre sny. Najbardziej zdeterminowani wstępowali w szeregi zakonne, by po długim nowicjacie mogli dostąpić zaszczytu i szczytować w boskim siodle. Był nawet specjalny zeszyt intencyjny, a z częstotliwości spółkowania należało się spowiadać i spodziewać się pokut, jakie mogłyby zatrwożyć co mniej zdeterminowane jednostki.


Szczęśliwie Bóg milcząco dopuszczał tak poligamię, jak i związki jednopłciowe, a pod względem rozwiązłości był jak sam szatan. Kapłani dopuszczali znacznie więcej, szczególnie, kiedy i oni zostali dopuszczeni, żeby nim boski członek spenetruje wiernopoddańcze łono, lub inny, równie mroczny otwór, przetestować gotowość wyznawcy do zbliżenia. Posuwali się do tego, że sprawdzali również gotowość co młodszych zakonników, nim ci dostąpili zaszczytu do dziewiczej eksploracji boskiego ciała. Członek z marmuru nie odpoczywał ni we dnie, ni w nocy. Zapotrzebowanie na boską łaskę było imponujące. I tylko nigdy nikomu nie udało się doprowadzić Boga do ekstazy. Co mniej bogobojni mnisi czynili zakłady, czy kiedykolwiek i komukolwiek się uda doczekać boskiego nasienia.


Raz na rok zbierało się konklawe, huczna impreza, na którą zjawiali się wszyscy zakonnicy, by spośród siebie wybrać na kolejną kadencję Wielkiego Mistrza Płci Rozwiązłej, który przez kolejny rok miał rozpoczynać maraton boskiej penetracji, stanowiąc pobudkę i pierwszy posiłek dla nieposkromionego apetytu. Zwyczajowo po rocznej służbie na boskim członku Wielki Mistrz Płci Rozwiązłej przechodził na emeryturę i słowo przechodził było przeważnie na wyrost. Biedak ledwie mógł ustać na nogach i najczęściej lektyka zabierała sługę bożą daleko od pokus i wrzawy.


Kolejny Mistrz właśnie udawał się na zasłużony odpoczynek, a boski posąg został przesłonięty całunem do czasu wyboru nowego przedstawiciela gotowego oddać się w roczną niewolę boskich zmysłów. Był to chyba jedyny czas w roku, kiedy Bóg zwyczajnie się nudził pozostając na cokole kompletnie sam, chyba że śniona Bogini dotrzymywała mu towarzystwa. Konklawe tknięte zuchwałą myślą postanowiło na Wielkiego Mistrza powołać kogoś, czyj apetyt zdawał się być równie nieskończony, jak boska cierpliwość. Skąd mieli wiedzieć, że w wielkiej tajemnicy niewinność całunu została sprofanowana przez jednostkę terrorystyczną uzbrojoną w młot kamieniarski i knebel, by dokonać aktu sabotażu, lub jak kto woli kastracji posągu.


Tymczasem pod całunem Trzy nienasycone panie, pałające rozmaitymi uczuciami jawnie i innymi skrycie zabrały się do prac rozbiórkowych. Majestat rozzuchwalony wieloletnim uwielbieniem nie od razu dostrzegł niebezpieczeństwo, a potem było już zwyczajnie za późno. Jedna z pań usiadła boskości na twarzy kolanami przygniatając bicepsy. Drgnęła lekko, gdy boski jęzor wywalony na wierzch wtulił się w kobiecość jak szczenię w matczyny brzuch, ale nie popuściła ani dosłownie, ani w przenośni. Wybałuszone oczyska Majestatu wreszcie do czegoś się przydały – choćby po to, by zamanifestować ubytek tlenu w układzie oddechowym, albo zaskoczenie widokiem podwozia damskiego dosiadającego część twarzową posągu. Pozostałe Gracje usiadły na boskich udach. Jedna oburącz schwytała prącie, druga przystawiła dłuto do jego podstawy. I to był ów moment, kiedy sytuację jeszcze można było opanować, jednak zdumienie, brak tlenu i wieloletni nimb sprawiły łącznie, że Bóg przespał z samozadowoleniu swoją ostatnią szansę. Gdy dwukilowy młot spadł na dłuto było po Ptokach. A dokładniej, to po tym jednym.


Bóg zaśpiewał cieniutko, niezbyt imponująco, bo usta nadal miał zakneblowane Trzecią Gracją, ale jednak zaśpiewał. Konklawe wstrzymało oddech – rozpoznali majestat, a z krzykiem spełnienia byli oswojeni lepiej niż psy łańcuchowe. W ich umysłach podejrzenie, że coś jest nie tak zaczęło kiełkować z opóźnieniem większym od boskiego, a jednak zakiełkowało. I zbiegli hurmem, po dwa stopnie skacząc w dół (komu współczynnik dobrobytu nie pozwalał na frywolność, ten toczył brzuszysko nieco bardziej statecznie – w końcu śpiewak nie ucieknie bez zapłaty. Jakiś wyrywny młodziak szarpnął za całun bez szacunku i oporów moralnych. Po Gracjach został jedynie cień westchnień Trzeciej Gracji, po Dwóch Pierwszych (tak je umownie nazwijmy) świeżutki krater w boskim podbrzuszu i parę zmarmurzałych okruchów na przyszłe relikwie.


- Teraz o wytrysku możemy zapomnieć – szepnął zawiedziony i najbardziej zdeprawowany kapłan, który obstawił, że jeszcze tego lata Bóg raczy utoczyć kroplę spełnienia.


- Kto wie – szepnął Cień Trzeciej Gracji rozpływając się w powietrzu – Z Bogami nigdy nic nie wiadomo na pewno!



sobota, 3 października 2026

Sowa głosowa.

 

    Mgła zdusiła świat dźwięków i cicho jest niemal tak, jakby spadł kopny śnieg. Tłumi odgłosy pochrapujących sypialni osiedlowych i nieliczne zewnętrzne aktywności. Tylko psiarze gremialnie wyszli na spacer i terroryzują kolejki w piekarni, gdy psy na widok wroga zaczynają się gotować do walki, a pańcio jeden z drugim ręce ma zajęte, bo telefon, bo zakupy, bo ta smycz śliska jak diabli i wytykają sobie nawzajem kto ustawił się jak idiota, że wyjść się nie da, bo tam przeszkoda warcząca, a tu pieseczek 30 kg żywej wagi krew już ma w oczach. O kagańcach mowy nie ma, o rozumie właścicieli też. Ale czego wymagać, skoro Sanepid też ma w czterech literach obecność pcheł i kurzu z jakiego piesełki notorycznie się otrzepują wprost na moje bułki, czy ciastka. Gdybym miał alternatywę nieco mniej uciążliwą, zrezygnowałbym tak z osiedlowej piekarni, jak i z warzywniaka, ale niestety konkurencyjne są zdecydowanie za daleko, więc zżymam się nadaremnie.

piątek, 2 października 2026

Pomięta mięta pamięta.

 

    Jesienne popołudnia, to nie to samo, co poranki. Popołudnia wciąż kuszą, by porzucić bieliznę i chwalić się stanem posiadania, bo przecież już za chwilę stanie się to ekstremalnie trudne. Wracałem sobie do domu wiedziony rutyna, jak dorożkarski koń, a do autobusu wsiadła krótkowłosa dziewczyna wtulona w dwie, żółte poduszki uszyte w gwiazdy. Autobus mało romantycznie pachniał kiełbasą, z tych naprawdę przyzwoitych. Nie wykryłem nosiciela wędlina, ale podejrzewałem staruszkę, która była nad wyraz czujna i sprawdzała skąd nadejść może zagrożenie.


    No właśnie! Zagrożenie! Mieszkam w kozackim zagłębiu. A jak czytam w sieci – mnożą się prowokacje i nagrania, jak strasznie traktujemy przybyszów. Oni są szkoleni co i jak robić, my niekoniecznie. Oni są pod ochroną niby-naszego rządu, a my pod tegoż rządu lupą. Bronić trzeba się inteligentnie, bo stu prokuratorów tylko czai się na potknięcie i z góry wie, kto pójdzie do paki. Więc należy opracować plan na wypadek W, czyli prowokacji – może ona mało gliwicka, ale nieprzygotowany z ręką w nocniku obudzić się nie chcę. Więc wymyśliłem sobie, że jak mnie zaczną Kozacy nagrywać, to powiem, żeby mnie Ruskie nie zaczepiały. Jak powiedzą, że oni nie Ruskie, tylko Kozackie, to powiem, że kłamią, bo Kozacy siedzą tu cztery lata i perfekt mówią po polsku, więc na pewno Ruskie! I wtedy, nawet gdy przyjdzie dać takiemu w ucho, to będę kryty ich nagraniem! Zgodnie z oficjalnym trendem – bić Ruskiego, póki on nas nie pobije!


    Schodząc na ziemię – motyle przemieszczają się pojedynczo na drugą stronę miejskiej fosy w poszukiwaniu wonnej budlei – lepsza nawet niewydarzona roślina od niekończącego się remontu asfaltowych ścieżek na Wzgórzu Sakwowym (jak obecnie oficjalnie nazywa się Górkę Partyzantów). Już na osiedlu wpadam w oko pani ukrywającej upływ czasu grubą warstwą makijażu. Gdy tylko mnie dostrzega, zaczyna bioderkowe manewry, w czym ma niezbywalną wprawę, godną przynajmniej ukłonu. Druga, mniej dotknięta kalendarzem ma chyba wbudowany urok osobisty i nie musi usiłować, gdyż dzieje się to bez udziału jej świadomości. Pochlebiam sobie, bo mi już nikt nie chce pochlebiać, że to na moją cześć, choć pewnie żadna z nich nie ma pojęcia, że istnieję, ale i tak robi mi się cieplej (wszedłem w słoneczną plamę – zauważy malkontent).


    Z tablic najpiękniej zaprezentowała się taka D3 TROIT – wyrafinowany gust!

Dla zgody łagodne jagody i godne gody z głodnej zagrody w ogrody.

 

Jakiś ptak zawodził w koronie niemal czarnolistnego klonu. Zdaje się, że pobierał nauki u kosów, ale musiał być początkującym śpiewakiem, bo amatorszczyzną biło na kilometr. W autobusie przysiada się do mnie pani o pięknym profilu. En face już tak rewelacyjnie nie było. Po raz kolejny uświadamiam sobie, jak łatwo powiedzieć „brzydki”, nie potrafiąc odkryć, co tak naprawdę sprawia zawód. Dopiero po przejściu na detal odkrycie (czasami) udaje się. Powiedzmy – nos ładny, oczy całkiem całkiem, czoła nie można się czepiać, ale podbródek ciut za mały, albo zbyt wydatny, co deformuje zupełnie przyjemną twarz.


Przesiadam się na tramwaj, za mną wsiada w towarzystwie mamusi dziewczynka bez wszystkich czterech jedynek. Absolutnie nie przeszkadza to jej śmiać się w głos. Gdy zawtórowała jej mama, okazało się, że jej także brakuje jedynki, ale tylko jednej. Z miłości? Przed gmaszyskiem biurowca stoją w karnym szeregu czerwone dęby, a każdy na innym poziomie zjesiennienia. Mgły snują się nad Rzeką, zaczepiają, oferują malignę i milion niedopowiedzeń. Rosły Szczypior irytująco depcze mi oddech idąc pół kroku za mną. Zerkam w niebo tam szukając ratunku, ale niebo pokiereszowane samolotową aktywnością samo ledwie dyszy. Duszno duszy, gdy dysza ledwo dyszy.

czwartek, 1 października 2026

Robię ogląd przez wzgląd na wygląd.

 

    Zerkam co słychać wieczorową porą za oknem tramwaju wewnątrz którego kłębią się księżniczki nadchodzącej nocy. I cóż tam słychać? Staruszka, raczej elegancka i zadbana wysiaduje ławkę pod wiatą przystankową i plwa sobie niezbyt elegancko pod nóżki w białych skarpetkach i sandałkach. Kiedy nie plwa ziewa niczym hipopotam, kompletnie ignorując otoczenie, więc owa eleganckość zwiędła błyskawicznie.


    W kawiarni cztery jednopłciowe parki świergoliły radosne wieści znad wyszukanych herbat, a samotny pan, perforowany tatuażami czytał sobie analogową książkę i najwyraźniej nie w głowie mu były amory z obecnymi tam niewiastami.


    Do kompletu tablica D0 CODE.

Larum w Karakorum – kurtyzana w karakułach z wkurzoną kurą serum z sera i rumu kurtuazyjnie konsumuje.

 

Osiedlowe kosy naradzały się na skraju trawnika i popatrzyły na mnie z wyrzutem, że przeszkadzam. Objuczony bagażem Archeopan śledził mnie przez chwilę, lecz górę wziął obowiązek i skręcił do paczkomatu, by pozbyć się ciężaru.


Łysy z wyboru mutant tak się zapatrzył na dżinsowe pośladki, że nie zauważył siedziska i boleśnie wyrżnął w nie mięśniem uda. Ból najwyraźniej miał moc terapeutyczną, bo wzrok odzyskał, by chwilę później przekierować go na monitor pełen ciepłych ploteczek. Gorzej, że zachwycająca rudowłosa okazała się być nosicielką brody.


W Rzece przeglądało się różowe niebo. Lepiej go nie pytać co porabiało nocą, żeby samemu nie nabawić się rumieńca. Wrony pełnią straż na znakach drogowych i pilnie przyglądają się tym, co się nie stosują do wskazań. Jedna chyba zamierzała zmienić przekaz i zlikwidować parking, przekreślając literkę P zawartością jelit.

środa, 30 września 2026

Pomorze, to miejsce pomoru?

 

W autobusie chudy wąsacz staje mi „na oku” – nie wiem, czy z premedytacją, czy przypadkiem, ale za każdym razem wybiera miejsce na wprost mnie. Chyba jest wątłego zdrowia, bo od dawna już podziwiam strój gościa - w czapce wzbogaconej niezależnym kominem podciągniętym na czubek głowy i grubym kapturem, który tylko czyha, by spaść na tę chorowitą głowę. Poza nim, a raczej wraz z nim, we wnętrzu same zombiaki wpatrzone w monitory. Okropieństwo. Z braku lepszych pomysłów wyglądam na zewnątrz (czy można wyglądać do wewnątrz?). Przy dworcu jeden z osiadłych tam kloszardów na inwalidzkim wózku narzucił na łeb i całą resztę niebanalnej cielesności różowiasty koc z polaru, albo futerka. Wyglądał jak olbrzymia kropla malinowej pianki, która dopiero co skapnęła komuś z deseru na chodnik.


W tramwaju równie niewyjściowo. Otoczył mnie wlasna aurą i zawisł nade mną na popas dżentelmen w roboczych portkach. Delektował się zawartością wydzielin nosowych, konsumując bezwstydnie. Trzeba przyznać, że nośność nosa miał nieznośną. Nie chcąc mu towarzyszyć w posiłku, znów skierowałem zmysły na zewnątrz, a tam pulchna pani w żółtej kurtce przewoziła rowerem jeszcze pulchniejszy kojec. Czyżby jej zwierzak rozróżniał kolory równie wybornie jak ona? Chyba tak, bo od barw aż kipiał ów wytwór.


Zamknięty o tej porze zakład usługowy reklamował swoje usługi szyldem FOTO Z RETUSZEM, a ja przewrotnie pomyślałem, że gdyby był bliżej Rynku, śmiało mógłby serwować Foto z Ratuszem, a nawet Foto z retuszem Ratusza! Potem to już absolutnie aseksualnie podziwiałem okazałych mężczyzn, powodowany wątkiem konsumpcyjnym. Pierwszy miał obie rączyny zajęte wielkimi kanapkami, drugi eskalował i targał blachę ciasta. Jakiś męski piknik się zapowiada najwyraźniej, choć pora wczesna. Piękna pani z książką w dłoniach zerkała zdumiona, że mimo wczesnej pory potrafię się uśmiechać, a ja nie śmiałem powiedzieć, że tak już mam, że czego nie dowidzę, to sobie dopowiem, a efekt nieodmiennie wprawia mnie w humor lepszy od wyjściowego.


Słońce zlizało cień z ceglanej ściany i usiłoławo wygoić liszaje, tymczasem na niebie trwał spektakl „dzielenia tortu” przez kogoś nieskażonego geometrią i mającego w pogardzie prostopadłości, równoległości i inne przypadki szczególne. Bez złośliwości płoszę wronę walczącą chyba z zatwardzeniem na środku żwirowej ścieżki. Na mój widok na sztywnych nogach podreptała w zacisze żywopłotu z wciąż kwitnącej krzewuszki i (być może) tam właśnie zakończy walkę z opornym układem pokarmowym.


    Ach - i jeszcze gorrrąca tablica rejestracyjna V8 FUEGO

wtorek, 29 września 2026

Kordzik z korundu skorodował gdy okorował korytarze kurnika z kornika.

 

Orion tak zaciekle usiłował wśliznąć się do sypialni, że nie wytrzymałem – otworzyłem okno i wpuściłem po dobrej woli. Niech zajrzy, niech się przekona, czy pościel wystarczająco paruje od snów niedokończonych. Na zewnątrz grasowały robaczki świętojańskie osiedlowych latarni trzymające mrok w ryzach i nie pozwalające zawłaszczyć zewnętrza na wyłączność, choć kosie psalmy usiłowały wymodlić tryumf ciemności.


W autobusie pierwsze wełniane rękawiczki, czapka i szal – jak dla mnie, to lekka przesada, jednak ciepło nie było. Pod przystankową wiatą topniały ślady hucznej zabawy, rozlewając się szeroko. Tylko niewzruszeni żadnym otoczeniem kloszardzi potrafili zignorować ów bałagan, tocząc gawędę pośród plam i pustych opakowań. Ze stoickim spokojem komentowali minioną noc, a może snuli plany na zbliżający się dzień? Pulchna pani w szortach wysikiwała psa białego jak jej uda na ostatnim skrawku trawnika. Zdaje się, że marny będzie jego los, gdy oznaczonym na ciepło tropem pójdą (jeśli już nie poszły) pozostałe psy z okolicy.


W Dzielnicy Boga porzucone hulajnogi tarasowały chodniki sprawiając, że marsz stawał się torem pełnym przeszkód, w jakim nie sposób zanurzyć się w jesienną melancholię, czy inne sentymentalnie miękkie uczucia. Rzeka toczyła się smętnie, jakby już zapomniała skąd, dokąd i po co płynie, ujarzmiona kagańcem granitowych koryt. Kasztanowce pogubiły znakomitą większość owoców i liści, sugerując, że jesień szybko minie. Rozdeptane rajskie jabłuszka poczuły się winne i pachniały pokusą z której nie korzystał żaden tubylec, pozwalając owadom i ptakom do woli oddawać się nałogom. Drużynka gołębi patrolowała podwórko usiłując pośród bruku wypatrzeć coś jadalnego, przegapionego przez wrony i kopciuszki. Sikorki dla odmiany wydziobywały zaprawę spomiędzy przedwojennych cegieł.


A na deser rejestracja D7 RYBA.

poniedziałek, 28 września 2026

Mezalians.

 

    I w-on-czas, nie ukrywam, trudny dla mię, u drzwi stanęła niewiasta, której wydawałosię (z akcentem na przedostatnią sylabę tego ortodoksyjnego imiesłowu). Nie protestowałem. Stanęła, znać, powody miała. A ona tak stojąc na wycieraczce, jako koźlarz babka w jagodzinach była uprzejma nieco spurpurowieć i wyznać. Przyznam, że się nie spodziewałem wyznań rodem z mojej wysłużonej wycieraczki. Bynajmniej, nie zanosiło się na lekcję biblijną, jako w zwyczaju mają chodzący parami, lub w trójkątach Świadomi Wyznawcy – była sama, jak porażka w z góry wygranym robrze. Nóżkami drobiła, jakby ją ta moja wycieraczka podgryzała po kostkach, czy coś w tym guście. Chciałem nawet zbesztać (nie wiem, czy bardziej wycieraczkę, czy siebie, że taką harpię na własnym łonie wyhodowałem), jednak wycieraczka zdawała się być głuchą, a pani i tak przyglądała mi się z lekkim niepokojem.


    - Czym mogę szanownej pani służyć? - zapytałem szarmancko i staroświecko – Liczę, że nie usiłuje pani ode mnie wyłudzić grosz ostatni, którym uchował, by nabyć płyn rozrywkowy, a wypłata dopiero pojutrze i w chudy czas pani zaszła…


    - Nie zaszłam – zaprotestowała pani, rumieniąc się przy tym intensywnie – ale chętnie bym...


    Uchyliłem szerzej tak powieki, jak i drzwi mieniące się wejściowymi, kto wie, może robaczywe serce także. Pani wkroczyła, bo jednostki wybitne kroczą, nawet, gdy idą siku, a co dopiero, gdy porywają się na czyny i zdobywają przyczółki pilnie strzeżone.


    - Naprawdę ostatni? – pani już stojąc na spłowiałym dywanie „zdobiącym” salon, czyli ten pokój, w którym na piedestale stoi odbiornik RTV, zapytała się drżąco, omdlewająco, a jednak podejrzanie zdeterminowanym głosem – Oj, to faktycznie nie w czas. Ale może… A konto?


    Napuchłem z dumy. Ja-pustak, gość przed wypłatą, którego grosz nawet z litości się nie trzyma, zostałem byłem podejrzany, że jednak zdarzają mi się okresy hossy i Klondike, to przy mnie ledwie aureola, a nie gorączka kipiąca od samorodków. Podziwiałem optymizm kobiety-która-raczyła-zagościć-w-mych-progach, a takowe zdarzały się rzadziej niż deszcz karasi, czy terrorystyczne ataki piorunów kulistych na ciała cyfrowo sprzężone z siłami spoza oficjalnej narracji medialnej. Pani, eskalując rumianość twarzową wyznała mi jeszcze (by mnie dobić i pozbawić tarcz ochronnych), że najchętniej popełniłaby ze mną jakąś niepokalaną wieczność we dwoje, gdzie ja byłbym strażnikiem płomienia, a ona płonęłaby do mnie i dla mnie, żarliwiej od dziecięcych modlitw do św. Mikołaja.


    Mój dywan przesiadł się z podgryzania pani i zabrał się za moje członki. Najwyraźniej miał chrapkę ujrzeć onę kobietę bez oprawy. Musiałbym być skrajnym kłamcą, gdybym udawał, że ja nie. Pani była może nie do końca witruwiańskim człowiekiem – ciut za krótkie nóżki nadrabiała z górką długością rąk, wpisywanie jej w okrąg sens jeszcze miało, ale w kwadrat? Tylko umysł chory i bardzo zdeprawowany gotów byłby to uczynić. Najwyraźniej moje umysłowe dywagacje naprowadziły pania na jakiś trop, a może podsłuchała żebracze modły dywanu, bo osiągnęła kolejny poziom zarumienienia i burak ćwikłowy w pełnej krasie ledwie ośmieliłby się stanąć w szranki.


    Dość powiedzieć, że pani drżącymi paluszkami zaczęła bez słów rozpinać guziczki, a dywan, jak rasowy erotoman – zesztywniał i poślinił się. Że ja też? Cóż. Trudno chyba znaleźć samczyka, który nie oślini się na widok objawienia. Pani, niczym cebulka zrzucała zewnętrzne warstwy i poczułem niepokój, że gotowa ciągnąć ów proceder do końca… znaczy rozebrać się z ciała i kości, żeby jej naga dusza zmarzła na dywanie i uciekła gdzieś, gdzie cieplej, choćby do piekła. A przecież premedytacji w niej nie było, tylko potulna zgoda na wszystko, co los (czyli nieogolony ja) jej przyniosą. Bałem się podrapać po łbie, żeby mi włosy nie wyszły z wrażenia, mój dywan podobnych skrupułów nie miał, bo wyliniał już długo przed pojawieniem się owej Cebulki chętnej i zdeterminowanej.


    A potem, sam nie wiem kiedy, Cebulka była już obrana tak dokładnie z łusek i warstw, że tylko wzdychać i chlipać, co żeśmy z dywanem uczynili niezależnie i samorządnie. Ja chlipałem mocniej, bo organ miałem wyżej, a wiadomo, że ciepło się unosi, podłożu ledwie resztki zostawiając. Pani zerknęła na swoje bose stopy otulone oszołomieniem dywanowym i na mnie oszołomionego bezgranicznie.


    - Tak lepiej? - spytała nieco przekornie, nieco filuternie, ale buraczek na twarzy zdawał się osiągnąć apogeum skali.


    - moooo... – usiłowałem przytaknąć słownie, jednak jedna sylaba, to i tak za wiele dla mojego organu mowy, zastąpionego organem zdecydowanie bardziej predestynowanym do dialogu z nagą kobiecością.


    Pani najwyraźniej słowami jak makijażem usiłowała okryć nagość, więc wylał się z niej potok słów tak gęsty, że dywan utonął na śmierć, a mi ledwie otwarta gęba wystawała ponad słowotok. Tonący chwyta ponoć brzytwy, ale nikt nie chciał mi wskazać, gdzie najbliższe cholerstwo się znajduje i tonąłem usiłując sobie przypomnieć, alfabet Morse’a, by wezwać pomoc.


    Nie miałem wyjścia – musiałem zakochać się i to bezgranicznie. Zmysły właśnie zmierzały w tamtą stronę, kiedy wzrok – chyba największy malkontent przymierzał się do konfrontacji. Najwyraźniej kolaborował z mózgiem usiłując wyprodukować maksymalną dawkę dopaminy, serotoniny oksytocyny i endorfin, żeby błogość osiągnęła stan szczęśliwości – istny raj na ziemi. I ów wzrok, nie niepokojony przez używki grzeszne i szkodliwe potknął się po raz pierwszy, gdy wespół z mózgiem doliczył się sześciu, kto wie, czy nie ośmiu sutków…


    - Boże! Stała przede mną atawistyczna suka, pramatka, gotowa wykarmić stado szczeniąt! - Raz rozkojarzony wzrok zaczął śledztwo zdecydowanie krytyczne. - Sześć palców na każdej z kończyn, w wygasłym monitorze odbiornika telewizyjnego pokazał się tył głowy przyglądający się bacznie zapleczu dwiema parami oczu, z których jedna para miała pionowe źrenice!


    Pani topniała w oczach, najwyraźniej tracąc rozsądek i ogładę. Spomiędzy ud ciekł jej sok niespełnienia, oczekiwania na dawcę, na mnie! A we mnie rósł sprzeciw, bo przecież zoofilia, to grzech. Jej piersi sterczały szukając moich ust, jej ciało, więcej niż chętne rwało się do uległości, ale sześć palców? Trzy pary oczu? I te sutki trudne do policzenia w stanie wzburzenia! Instynkt jak tchórz zaczął odwrót i o pełnym wzwodzie nie było już mowy, gdy zaatakowała. Najwyraźniej dostrzegła jak pogrążam się w mimikrę, by zachować swą steraną cnotę i nie sponiewierać jej na ciele obcym. Mezalians międzygatunkowy – obrzydlistwo! Nigdy nie byłem otwarty na nowe, na eksperyment, na doświadczanie i przekraczanie granic. Ksenofobię wbudowaną miałem równie głęboko, jak wrażliwość i fizjologię.


    Kobieta krzyknęła i tym krzykiem obezwładniła mnie całkiem. Większa część krzyku poszła poza granicami słyszalności, co nie zmieniło faktu, że organizm poczuł te dźwięki jak torturę. Ze strachu spadły mi portki i nim zdążyłem zwiotczeć dostatecznie, już siedziała na mnie. Rodeo sobie urządziła, ujeżdżanie dzikiego mustanga. Mówią, że najstraszniejszym drapieżnikiem na Ziemi jest człowiek. Ten, który to głosił najwyraźniej nie spotkał jej. Do tej chwili nie wierzyłem, że można zgwałcić mężczyznę, bo jak „namówić go” na wzwód? Teraz już wierzę, choć nie wiem, jak to możliwe, ale ponoć wiara to coś, co wymyka się rozumowi.


    - O rany! - chciałbym i ja się tak wymknąć, ale ona wciąż tańczyła hipnotyzując mnie jedną z par oczu. A potem straciłem wzrok, gdy orgazm rozszalał się we mnie i spełniłem się w niej bez reszty.


    Nim szum w uszach skurczył się do ludzkich rozmiarów, nim krew z oczu zeszła, poprawiała już bieliznę pod sukienką. Poklepała mnie po policzku pakietem sześciu palców i szepnęła.


    - Dziękuję sąsiedzie. Będę zaglądać od czasu do czasu – uśmiechnęła się łobuzersko i idąc w stronę drzwi dodała kpiąco – Przecież chcesz, nie musisz udawać, a ja nikomu nie zdradzę co ci po głowie chodzi.




sobota, 26 września 2026

Klepnąć kleptomana klepką na klepisku.

 

    Pisklę płci męskiej w samotności szukało ukrytych głęboko we wnętrzu „supermocy”. Bóg jedyny wie w jaki sposób odkrył w sobie talenty muzyczne w grze na perkusji i uraczył osiedle solówką brawurowo wykonaną na blaszanej zjeżdżalni. Z wrażenia pierwsze dzieciaki przyszły na plac zabaw kilka godzin później. O zgrozo – w zdecydowanej większości gaworzyły cyrylicą. Czyżbym obudził się w sąsiednim kraju?


    Z dostrzeżonych tablic wyróżniła się taka L5 OPUS.

czwartek, 24 września 2026

Szczeć ze Szczecina szczecinę przycina.

 

    Nastolatka, aspirująca do roli kreatorki mody alternatywnej do glanów i złachanych kabaretek dobrała skórzany (powiedzmy) gorset i kryzę jak śnieg białą, żeby wytrącić czerń z równowagi, albo objęć nieskończoności. Trudno nie zauważyć, gdy nóżkę na nóżkę i smoltokiem zabawiała koleżankę już nie tak elegancką w swojej alternatywności, choć kuszącej bogactwem metalowych cierni na które samodzielnie się nadziała. Dzierzba byłaby dumna z takiego dzieła.

środa, 23 września 2026

Klika Lilki z kolką klika w kilka kulek z kalki.

 

    Niebo? Większość pokryta chmurami, od ciemnoszarych, aż po białe. Ściśnięte, tłoczą się, bo tam, za niewidzialną linią im nie wolno. Za linią niebo błękitne. Widziałem odcięcie i zastanawiałem się, kto i po co to robi? Na wszelki wypadek uciekłem do lasu. Na grzyby. I grzyby były, nawet ciut za dużo jak naraz. Były na obiad nieco spóźniony, będą na śniadanie, i kolejne obiady, będą mrożone, suszone, słoikowane i sam nie wiem, co jeszcze.


    A z tablic – znów urodzaj D0 BUBI, D9 XFIVE, D1 VERSO, D9 ROUSH