środa, 28 września 2022

Biegnąc do ludzi.

 

Do Miasta mi się zachciało. Do ludzi. I nawet się udało. Warto było zobaczyć kloszarda z podbitym okiem i panią wypukłą jedynie tam gdzie tego od niej wymagają modne social media. W sklepie z bibelotami dziewczyna z japońskiej mangi układa na regałach bibeloty. Na centralnym deptaku – czerwony teletubiś ze słuchawkami założonymi bardziej na kaptur jak na uszy zajęty był bez reszty elektronicznym cudeńkiem trzymanym w dłoni. W księgarni pan o białych włosach łaskoczących go po łopatkach ze skupieniem poszukiwał białych kruków. Tłoku nie było więc rozkoszował się cichym bezkrólewiem. Pani o skórze wzorowanej na gorzkiej czekoladzie uznała klimat za zimowy więc ubrała się adekwatnie choć pulchne bobaski płci (wkrótce) męskiej potrafią dreptać po świecie w krótkich spodenkach, a (przyszłe) panie chełpią się pępkami, jakby to było dzieło ich własnych rączek wyposażonych w szpony godne orła, bądź sępa.

 

Podziwiałem świeżą fryzurę dostojnej wierzby wystrzyżonej tak, by pod jej koroną schronił się kamienny Kopernik o przewrotnej historii lokalnej. Patrzyłem jak rajskie jabłonie kuszą owocem i bez słów namawiają do grzechu – ciężko się oprzeć, kiedy okolica nieszczególnie przypomina rajski ogród. Remonty? Mają się doskonale. Kurz i hałas w rozproszeniu biegają bezwstydnie po Mieście i nawet wiatr za nimi nadążyć nie potrafi. Za to do miejskiej komunikacji wsiada się z ciekawości – dokąd dziś uda się dojechać?

wtorek, 27 września 2022

Wzmacniacze widzeń.

 

Różowiutka mamusia z równie różową córunią jechały do mokrego Miasta z bliżej mi nie poznanych opłotków, a różowe parasole nudziły się im na oparciu autobusowych foteli. Była tam też pani o pięknie różowych wargach, ale strach wspominać, bo piękna była tak, jakby sam Bóg ją modelował przed chwilą więc lepiej się nie narażać zachwytem grzesznika, bo pewnie wciąż pilnuje jak własnej…

 

    Jakiś niedogolony chłopina sterował niepewnie własnym ciałem (niedookreślony czas później i już w tramwaju – taki skok w czasoprzestrzeni nastąpił był gdzieś na wysokości kropki po poprzednim zdaniu), a wzrok miał mętny niczym miejska fosa po przejściu khamsinu i głowę wypełnioną być może nieznanym jadem pochodzenia czarnorynkowego, względnie przywianym z sieci, w której każdy znaleźć może wszystko. Okropna konstatacja. Każdy i wszystko w jednym stwierdzeniu nie popartym nawet cieniem dowodu, jednak chłopina przemieszczał się krokiem równie niepewnym, jak robił to jego wzrok. A nie waniał okowitą.

 

Na wszelki wypadek skupiłem wzrok na kobietach. W tajemniczy sposób oczy ciągnęły ku tym, które makijaż uzupełniły szkłami. Nie z błahej pobudki, ale leczniczo. Najpierw ta, która miała chyba za długie nogi i ręce. Ze starszego brata? Palcami (oczywiście skrojonymi ponad miarę) z pazurkami (jak uprzednio) wydłubywała z włosów (hmmm.. cóż za monotonia) węzeł gordyjski, albo gniazdo remiza i nie patrząc dwoma palcami usuwała pozyskane drobiny zrzucając je w niebyt – czyli w przejście, gdzie trudne do zidentyfikowania zwłoki bezszelestnie dogorywały na nieczystej podłodze. Pomyślałem, że natura, tak rozpasana w jednym wymiarze brutalnie odebrała ową nadwyżkę w pozostałych i faktycznie – pani była upośledzona w pozostałych osiach wzrostu, a uda miała opalone bardziej niż ręce. Przynajmniej te fragmenty, które odważnie wychylały się z podartych dżinsów. Zastanawiające – co trzeba robić, żeby mieć uda opalone mocniej od przedramion? Przewlekle prać pościel w wybielaczu?

 

Chwilę później zafascynowała mnie twarz dziewczęcia, o której pochopnie zacząłem sądzić że jest naturalnie biała, bielą jakiej każda szanująca się gejsza musiała jej pozazdrościć, kiedy dotarł do mnie absurd owej myśli. Ta biel nie mogła być naturalna, prędzej chorobliwa, bo ludzie własnowolnie tak nie wyglądają.

 

Kolejna okularnica (napomknąłem wcześniej o mojej uległości względem niezdefiniowanej ciągocie podróżnej) miała na obu kostkach szczerozłote łańcuchy. Kajdaniarz? Galernik? Nie ośmieliłem się myśleć „galerianka”, bo to byłaby zdecydowanie zbyt daleko posunięta myśl, sięgająca bezmyślnej złośliwości. Więc jak? Galernica? Galeria? Galerka? Wyraz zaczyna przypominać galaretkę a tego również chciałem uniknąć. Trudno. Grunt, że zdrowa była i bez wysiłku wysiadła, ciągnąc swój los z wysoko podniesionym czołem mimo pobrzękiwania detalami na obu marznących niechybnie stopach.

 

Podróżowałem wystarczająco długo, żeby nie poprzestać na powyższych widzeniach. I trafiłem jeszcze jedną wartą zapamiętania. Przezorną i wrażliwą na ciała obce do tego stopnia, że na czas podróży ubrała foliowe rękawiczki i wszelkich poręczy dotykała niechętnie i z obrzydzeniem widzianym nawet poprzez maseczkę. Szczęśliwie jej okulary nie potrafiły się srożyć i marszczyć wystarczająco, by pozostali pasażerowie uciekali w popłochu, a pani wysiadając trzymała w dwóch sterylnych paluszkach skażone śmiercią rękawiczki poszukując dla nich trumny – niechby równie ohydnej, jak toksyczne, foliowe ochraniacze po krótkiej pracy w warunkach wysoce szkodliwych.

 

Na zewnątrz też zdarzały się niewiasty wyposażone we wspomagacze wzroku – niech wspomnę tylko tę pulchną, co kroczki drobiła i stawiała stopy w sposób sugerujący, że chodnik jest naprężoną liną, a najdrobniejszy błąd zaburzający wątpliwą równowagę zakończyć się musi nagłą śmiercią w odmętach Hadesu.

poniedziałek, 26 września 2022

Spersonalizowana oferta.

- Dziś na obiad polecam bardzo ekskluzywne danie. Hit sezonu. Ślimaki-wege! Totalny rarytas.

 

- ???

 

- Spokojnie. To one były wege. My serwujemy soczyste mięsko nadziewane miętą i rumiankiem.

 

- ???

 

- W zestawie proponuję młodziutkie ziemniaczki w mundurkach. Bez problemu można je osobiście wydłubać z brzuszków smarkaczy i polać gorącym masełkiem.

 

- ???

 

- Mundurki wraz ze smarkaczami faszerowane były parę godzin wcześniej na kołderce z koperku, żeby kartofelki zmiękły i nabrały aromatu.

 

- ???

 

- Jest jeszcze surówka do wyboru. Surowa pierś na ciepło w moszczu z winogron, względnie dziewiczy penis saute z rukolą, majerankiem i odrobiną vinegrette…


W podróży.

 

Na mojej drodze stanęła pani, której włosów wystarczyło zaledwie na obsianie regla górnego i wyżej. Czarną, gęstą kosówką kusiła mimo mętnego, skisłego nieba. A stopy czerwone od chłodu zrodzonego nocą tańczyły w rytm melodii, co to w duszy grać musiała, sącząc się z miniaturowych słuchawek wetkniętych głęboko w uszy, aż lico blade kryło się ciepłem rumieńca.

 

Chwilę później wespół, choć osobno, patrzyliśmy z okien tramwaju na faceta w motocyklowym kasku podczas pieszego rajdu gęsto zaludnionymi chodnikami. Mijał beznamiętnie wszystko i wszystkich, chyba, że dopiero pod spodem tłukły się niepoznane uczucia. Bo chyba powinny, gdy końcem września widzi się starszą panią sponiewieraną uporczywym i niezbyt zdrowym życiem, jak ze stoickim spokojem wyczekuje zmiany świateł na bosaka. Pięty i paluchy miała owinięte plastrami, czyli nie była odporna na pumeks betonowych nawierzchni.

 

Kasztanowiec z młodzieńczą fantazją raczył zakwitnąć i w połowie schnąc, w drugiej okrył się miękką zielenią i gronami kwiatów, jakby powtórka z matury miała być właśnie dziś. Dla spóźnialskich? Nieuków? Chyba sprawdzę kalendarz, bo może to mi się coś wydaje.

piątek, 23 września 2022

Garść dygresji (na ogół z publicznego okna).

 

Gość, na oko o sporym doświadczeniu życiowym, biegnie z pełnym plecakiem i bynajmniej – nie do autobusu, przypominając mi, że żyję w ciekawych czasach. Plecak noszę niemal zawsze, jednak bez obciążenia. Może czas zadbać kondycję?

 

Co takiego trzeba mieć w głowie, żeby w wąskim pasie zieleni między torowiskiem, a dwupasmówką posadzić szpaler miłorzębów? Nie wiem, ale wyobraźnia się tam najwyraźniej nie zmieściła.

 

Starsza pani, odziana zbyt biednie jak na obcą, ściska pomarszczonymi dłońmi niezbyt pełne siatki i z zaciśniętymi do białości wargami obserwuje parkingi przed marketami spożywczymi. Druga – wyczytała wszystkie literki na opakowaniu papierosów, zanim odważyła się sięgnąć po jednego i z lubością poddać się nałogowi. Ubóstwo potrafi wypełznąć na twarz niepostrzeżenie i skazić nawet ulotny błogostan.

 

Dziewczyna w olbrzymich okularach korekcyjnych, pachnąca kawą z papierowego kubka, przypomina mi kogoś, kto mógłby być jej mamą, gdyby dawno temu nie zmienił klimatu na wyspiarski. Nawet kierunek się zgadzał.

 

Na przystanku przedwcześnie posiwiała pani tuliła do siebie własne piersi, gdy inna przytulała bardzo kosmatego pieska o uszach drżących z niecierpliwości, bo z tramwaju wysiadali właśnie dziadkowie, by go obdarzyć czułością.

 

Sobowtór dziadka dla odmiany zsiadł z roweru, nadal oszołomiony rozwiązaniem łamigłówki z zakresu pierwszeństwa na rozbudowanym skrzyżowaniu i rozglądał się wokół ze zmęczonym tryumfem. Na pewno nie był to oryginał, bo ten nie miał prawa zajechać aż tam, szczególnie z racji braku wzroku.

 

Na śnieguliczkach białe bombki będą czekały przedwiośnia na głód ptasi. Owoce są okropnie niesmaczne i ptakom trzeba desperacji, aby się na nie skusić. Śnieguliczki wiedzą o tym doskonale i cierpliwie wypatrują swojego czasu. Oby nadaremnie.

 

Pierwsze (najbardziej ciepłolubne) kobiety już zapinają nogi w iksy na przystankach, co jest nieomylną oznaką, że zima tuż-tuż. Oby wystarczyło ciepła ud do ogrzania ciała skąpanego w okowach stycznia, czy lutego. A przecież o poranku „dymek” z ust bywa wystarczający, aby wpisać weń dowolnie długą tyradę na potrzeby dopiero-co-wymyślonego komiksu.

 

W bezpośrednim sąsiedztwie izby wytrzeźwień powstaje przestrzeń dla biznesu. Intrygujący mariaż. Izba mocno podupada na zdrowiu (być może skażona oddechem lokatorów), kiedy przestrzeń szczerzy się prętami zbrojeniowymi i betonowym licem godnym solidnego bunkra.

czwartek, 22 września 2022

Krok w czasie.

 

Zziębnięte koniczyny wyciągają szyje spomiędzy mokrych źdźbeł i wpatrują się z płonną nadzieją w ogryzek księżyca, jednak temu nie w głowie ogrzewać puchate kwiatki, gdy mrok wygryzł mu całą wątrobę i nawet łysej glacy nie zostawił w spokoju. Budowlańcy karnie ustawiają się w kolejce do kas, żeby zapłacić za dzisiejsze śniadanie – pieczywo, kawałek mięsa i paczka papierosów podparta owocowym sokiem. Skuszony potęgą reklamy nabyłem jadalne ziemniaki i rozkoszowałem się myślą, że dziś właśnie stanę się szczęśliwym trawicielem tegorocznych zbiorów z pól swojsko utopionych w pejzażu nieodległym i wspominałem lekkomyślnie wczorajsze widzenia. A było tego.

 

Na początek przyszłość narodu wracająca ze szkół wciąż czynnych mimo chłodu wgryzającego się w mury. Mijają mnie ledwie zauważając, za to ja pogrążam się w lekkiej trwodze. Trzecia część podejrzanej latorośli tutejszej uważa polski za język obcy, a pozostali kaleczą go okrutnie wulgaryzmami i nowomową gęsto przetykaną angielszczyzną. Niesmak. Opuszczam okolicę przypatrując się głogom pełnym owoców, wyglądających jak krople krwi zawieszone na ostrych cierniach. Nad zachwaszczonym polem pustułka w locie stojącym cierpliwie wypatruje w zaroślach ciepłej strawy.

 

Pogrążony w obrazach dostrzegam gościa z determinacją zmierzającego ku mnie. Od zawsze pijacy wszelkiego autoramentu potrafią mnie wyłuskać w tłumie (szczególnie w pociągach) i obdarzać uczuciami, pałać koniecznością wymiany poglądów, bądź udzielać mi wskazówek na życie pełne sukcesów. Tym razem trafił mi się obcy. Oni też? Mimo wyraźniej niechęci na nawiązywanie kolaboracji z uporem nękał mnie ciekawością własną, rozpraszany nieco konwersacją telefoniczną (ktoś pożądał go bardziej, niż ów mnie – wódka chyba się skończyła, albo cóś). Zbombardowany pytaniami bardziej niż Drezno w trakcie zbawiennego dla wolnego świata nalotu dywanowego aliantów usiłowałem opuścić znękaną świadomość i pogrążyć się w otchłaniach światów wymyślanych na bieżąco z wyraźnym brakiem talentu.

 

Patrzyłem na wróble szukające czegoś pośród wrotyczy i na jarzębinę pozbawioną liści za to z mrowiem jagód. Na nastoletnie tabuny jednopłciowe snujące się między galeriami handlowymi i tokujące bezustannie, pracujące najwyraźniej w pełnym dupleksie – każdy element roju gadał i słuchał jednocześnie, co wydaje się zadaniem przekraczającym możliwości techniczne mojego wyposażenia nadawczo-odbiorczego. Bosonogi cherubinek o oczach błękitnych i blond-kędziorkach przypatrywał się światu z fotelika samochodowego z ciekawością godną wizji Hitlera na dominację rasy aryjskiej.

 

Pani w tiulowej spódniczce wcale nie zamierzała tańczyć baletu Czajkowskiego. W rajtuzach w łososiowe róże byłoby to możliwe, jednak maseczkę miała niemalże pancerną, chroniącą nie tylko przed ekspresją tańca, ale nawet przed tlenem rzadko pojawiającym się w atmosferze wewnątrz maski, przez co lico miała chorobliwie blade. Kilka karampuków o płci rozdygotanej niepewnością woli przetoczyło się deptakiem, gdzie kloszardzi aromatyzowani na gęsto realizowali potrzeby życiowe licząc na darowizny z dowolnego źródła. Zgaszony biznesmen uruchamiany hasłem „zaliczka” przemknął ukradkiem udając własny cień i wcale nie patrzył na młode kobiety o twarzach zdeformowanych makijażem. Ani na tę, przytroczoną do nieprzemakalnego wora wyładowanego ponad miarę zapasami na ciężkie czasy.

środa, 21 września 2022

"Cały jestem zachwyceniem".

 

Pustułka cichym lotem penetrowała rewir łowiecki, by w końcu usiąść na kominie z okrzykiem tryumfu. Nie widziałem, żeby zaspokajała apetyt, więc radością taternika okraszała zdobycie szczytu. Kobiety poukrywały urodę pod kurtkami z kapturem i szły smutne i wsobne do mozołu dnia powszedniego a ja nie potrafiłem się martwić bo przecież widziałem ofertę która pozbawiła mnie tchu:

 

- Promocja! Ziemniaki JADALNE z Polski!

 

O mamusiu! Marzyłem o takiej chwili, kiedy ziemniaki staną się jadalne i nie będą dopalaczem, chemicznym produktem procesu technologicznego z tajnego laboratorium Pana Billa, czy innego krezusa (BILLionera), który od wczoraj wie, że jutro wszystko co wepchnie nam w gęby będzie w pełni sztuczne. I zostanie okrzyknięte nagrodą za naszą plastikową pokorę i głupotę.

 

- Po co fotografować słup oświetleniowy?

 

Pani w stroju sugerującym zamiłowanie do długich dystansów biegowych wie to na pewno, skoro z pasją oddaje się niezrozumiałej dla mnie czynności, szczerze szczerząc przy tym kły. W autobusie pani rozpostarła się cieleśnie w przejściu między krzesełkami i cierpliwie czekała na ukrzyżowanie, jednak nie znalazł się odważny z młotkiem i hufnalami. Intrygujące, że to dziewczęta chętniej ubierają się tak, by przykuć uwagę otoczenia i skraść zachwyty możliwie najzuchwalszą arogancją. To co widziałem wygodne być po prostu nie może, czyli inna potrzeba musi powodować nastoletnią głową.

wtorek, 20 września 2022

Ogień na rubieży.

 

Bez uprzedzenia położyłem łapę.

 

- O rzesz ty!

 

Szew właśnie zamierzał ukradkiem się spruć i pognać granicą ku nieskończoności.

 

- Bęcwał! Zlekceważył mój czujny sen. Nikomu nie pozwolę zbiec. Honor wyklucza niesubordynację na froncie!

 

Szew wił się jak piskorz. Przyłapany w jednym miejscu usiłował schwytać przyczółek ówdzie, a nawet całkiem gdzie indziej. Pociłem się, dwoiłem, byle go powstrzymać. Furia. Taktyka. Perfidne podstępy. Chwytne odnóża u nóg dławiły pęknięcia, nim uciekinier odtrąbił szaleńczą radość.

 

Szew pozornie przygasł, by wnet przystąpić do zmasowanej ofensywy. Szturmu ostatniej szansy.

 

Wyciągnięty niczym struna łatałem zuchwałość parciejącą. Wróg nie przewidział że przyjdzie mu walczyć z wygimnastykowaną stonogą!

Ptaki też potrafią rechotać.

 

Deszcz potrafi (nawet po ciemku) wykryć moment, kiedy może się przytulić do zapodzianego w otmętach nocy przechodnia, wciąż ciepłego od snów niedokończonych. Gęsty na tyle, żeby nie dało się lawirować pomiędzy kroplami gasił złudzenia i romantyczne uniesienia w drodze na przystanek. Osiedlowe zwierzęta pochowały się i patrzyły z ukrycia na bezmyślnych ludzi drałujących nieco szybciej niż kłusem pod przeszkloną wiatę autobusową, jakby nie mogli dostojnie przeczekać wilgoci w przychylniejszym klimacie własnego em. Kobiety przezornie wpatrzone w przestrzeń pod stopami usiłują przewidzieć, gdzie pęknie ziemia i sam szatan nie wymyśli, co dalej się wydarzyć musi. Przeskakując pęczniejące kałuże, suchą plamę pod rozłożystym jesionem, pod kwilącym na brzozie ptakiem zaśmiewającym się do rozpuku, jakby opił się do wypęku czegoś, co zacnie sfermentowało nieopodal śmietnika.

poniedziałek, 19 września 2022

Kryska.

 

Mucha usiłowała mną sterować, z niezwykłym uporem wskazując drogę do bliżej nieokreślonego celu. Jako istota ciekawska – dałem się ponieść tajemnicy i pognałem wiedziony gasnącym bzyczeniem. Owad wyczuwał moje słabości. Zatrzymywał się w locie abym nadążał, nim krew zaleje mi oczy i zniechęcę się definitywnie

 

Znienacka wyhamował i wszystkimi łapami zaczął drzeć rzeczywistość, aż pękła, ukazując alternatywny świat.

 

Wszedłem. Przecież po to gnałem za muchą. Nie zastanowiło mnie że mój oskrzydlony przyjaciel został z tyłu – wpadłem w niewidzialne sidła pajęczyny o niciach tak mocnych że ugrzęzłem bezpowrotnie.

 

Mucha wykorzystała rozciągniętą sieć i przeleciała pomimo. Do tam. A mnie zeżre jakieś bydlę!

piątek, 16 września 2022

Na granicy fantazji.

 

Dziś pozwalałem wyobraźni na nieco więcej niż zwykle. Może z powodu słońca, które uprzejmie wynurzyło się liżąc zawilgłe chodniki. I widzenia dorosły do owego rozpasania. Tak sądzę, ale pochwalę się, żeby nie było, że chowam wyłącznie do własnej degustacji.

 

Jaki Indianin, taki rumak. Tashunka Uitko z mojego poranka nosił bluzę z kapturem przykrytym długimi rozpuszczonymi włosami, a ręką swobodnie przytrzymywał wodze roweru starannie przepatrując opuszczone ogródki działkowe. Wypatrywał Długich Noży, ziół, czy zwierzyny? Nie wiem i się nie dowiem bo autobus błyskawicznie pozbawił mnie ciągu dalszego tej historii.

 

Potem pojawił się brodacz, na południowej półkuli mózgu noszący zarośla gęściejsze, niż flora pierwotnej dżungli. Po ostrzyżeniu półkuli północnej i ozdobieniu południowej geometrią rodem z barberskiego salonu przypominał zdziczałego uporczywą hodowlą zarostu (z grubsza cztery trójki na liczniku lat) Ramzesa pierwszego, a może nawet sięgnął marzenia zaplątanego na zbyt krótko w historię dynastii piątego z kolekcji Ramzesów, który nie zdążył ufizycznić odpowiednio rozpasanej brody wynosząc ją na boskie oblicze poza senną malignę.

 

Na przystanku umierał pluszak zgubiony przez niezdarne, małe rączki. Ciężarna zebra w czerwonych pantalonach. A może to był trefniś chwilę po tym, jak zwędził z pańskiego stołu tłusty kąsek i odprowadzony rubasznym śmiechem pijanego gospodarza? Wolałem nie pytać ukraińskich byczków rozglądających się z miną zdobywcy nowych terytoriów. Ani starszych pań objuczonych siatami na jakie już jutro nie będzie je stać.

czwartek, 15 września 2022

I jeszcze.

 

Niezwykle kształtna pani z seledynowym biustem… znaczy w seledynowej bluzce gapiła się w monitor więcej niż zachłannie. Mój wzrok ledwie się po niej prześliznął, ale dostrzegłem, że świat musiał dyskretnie schodzić z drogi jej zapatrzeniu. Nawet pani z namalowaną o poranku, zaciętą twarzą, co pod wiatr jechała na rowerze. I ta, która mimo chłodu musiała się pochwalić kształtem pępka, jakby to był ostatni na ziemi. Dwaj kloszardzi mocowali się umysłową łamigłówką – jak okulbaczyć spacerowy wózek w wersji ciężarowej siatką drucianą zwiniętą w niezbyt poręczny tobogan i zalegającą bezpańsko skraj chodnika ku utrapieniu przechodniów i radości kloszardów. Pulchne dziewczątko wracało skądeś do domu i wywijało parasolem niezbyt zręcznie, jednak skojarzenie z „deszczową piosenką” napadło mnie jak Tyson na uszy Hollyfielda. Jeszcze nie pada. Ale niebo robi co może, żeby nie wyjść z kręgu podejrzeń i okrywa się ciemnoszarym rumieńcem, albo wstydliwie chowa w gąszcz chmur. Młode szyszki kurczowo trzymają się sosnowych gałęzi, za to owoce czarnego bzu roztrzaskują się na chodnikach tu i tam, aż pachnie skwaśniałym winem, oszałamiając osy.

Po rosie.

 

Pies był rudy i co najmniej odpasiony. Krzepę miał i gabaryty. Na drugim końcu smyczy uczepiona była krucha istotka płci żeńskiej, na której bydlę zapewne wymuszało w formie niechętnej darowizny śniadanka, a może i obiady. Bidulka wlokła się tam, gdzie wiodła ją mocno obciążona smycz. Gołębie ze stoickim spokojem kontemplowały minimalny ruch na osiedlowych alejkach, reszta drobiu pochowała się w zaciszne wnętrza koron drzew, bądź w gęstwiny tujowych zagajników. Na przystankach senni ludzie czekali na lewiatana, który połknie ich korzystając z nieuwagi postronnych i wypluje gdzieś w centrum, żeby spełnili pańszczyznę do ostatniego drgnięcia etatowego zegara.

środa, 14 września 2022

Zgniły kompromis.

 

Mózg nie miał siły, choć dysponował niezbadaną dotąd potęgą rozumu, którego dłoniom brakowało, kiedy sprawy brały w swoje krzepkie ręce. Nie miały wyjścia – musiały nawiązać kolaborację z mózgiem, który, choć sarkał, że z półgłówkami przyjdzie działać, to jednak błyskawicznie dostrzegł niebagatelne korzyści.

 

Wiecznie potrzebował energii, lecz dotąd nie znalazł sposobu na samowystarczalność. Zapewne rozwiązanie czaiło się snując gdzieś pomiędzy niezliczonymi zwojami, jednak dotąd nie wypłynęło na brzeg kałuży świadomości. Chciał podzielić się z dłońmi rozterką i wyżebrać czas niezbędny na przełomowe odkrycia, jednak one zgodnie uznały wyznanie za bełkot filozofa, któremu robić się nie chce i kombinuje, jak się wymigać.

Natężenie ruchu.

 

Świeżo skoszone pobocza przypominają mi nieodległe wyczyny pani w odblaskowej kamizelce, która zaawansowanym dżojstikiem sterowała kosiarką na gąsienicach i zabawę miała przy tym, jak nastolatek sterujący modelem samolotu przy pomocy radia. Wzdłuż torów, popakowana w czarne worki jak ofiary masowej zagłady czekała na zwózkę trawa wciąż zielona i wilgotna. W swojej naiwności wymyśliłem sobie, że to oszczędne rozwiązanie ze strony MPK – na wiosnę może ją przywiozą i rozłożą wzdłuż torów, żeby mamić wzrok soczystą zielenią. W tramwaju pani cieleśnie rozwinięta pulchnymi paluszkami przewija wiadomości na ciekłokrystalicznym monitorze i w skupieniu pobiera wiedzę wprost z wszystkowiedzącej sieci, aby rozwój duchowy uzupełnił fizyczne rozpasanie. Chyba sporo się działo, bo nie odrywała wzroku od monitora, a przystanki mijały niepostrzeżenie.

 

Z tymi telefonami, to w ogóle jest z grubsza tak, jak z bielizną – nie każdemu jest dane zobaczyć, czy dotknąć, a dobrowolne podanie drugiej osobie odblokowanego aparatu, to misterium równie doniosłe, jak pierwsza noc pod wspólną kołdrą. Młoda pani niosła telefon tak, żeby towarzyszący jej(?) pan młody mógł być widziany przez inną młodą panią, obserwującą promiennego pana z dumą opowiadającego to, czego kamera monitora nie nadąża przekazać na drugi kraniec sieci. Okularnica siedząca na ławce przeplatała esemesowe gawędy wyrafinowaną przepowiednią sczytywaną z kart tarota. Najwyraźniej najbliższa przyszłość nie zapowiadała się różowo, bo minę pani miała raczej smutną i zatroskaną. Hebanowy pan beształ dwie machoniowe niewiasty z pasją, a te w pokorze znosiły tajemne obelgi wiercąc się na krzesełkach letniej kawiarenki. Nie wiem, czy wpływ miała blada kobieta maszerująca w rytm tego, co wielkie słuchawki dostarczały jej wprost w małżowinki, czy może zachwycająco piegowaty rudzielec o oczach pełnych skrępowanej ciekawości świata i dzielący się niespieszną gawędą sączącą się z głośnomówiącego zestawu nie do końca w takt kroczków oszczędnie wykrojonej nastolatki. W mijanym autobusie każde z okien wypełnione było osóbka pracowicie drepczącą opuszkami po szkle monitora – nawet kierowca wykorzystując niekorzystne światła oddawał się łącznościowej rozpuście.

 

A ja wyszedłem z domu, z premedytacją „zapominając” zabrać telefon. O rany… Chyba upodabniam się do celebrytów, którzy potrafią „zapomnieć” o bieliźnie, albo rozumie.

poniedziałek, 12 września 2022

Ekstrakty cz.77

 

Umowa małżeńska.

Aby okiełznać niegasnące pożądanie zachowując minimum bezpieczeństwa zdecydowaliśmy się na stosunki przerywane. Szybka wizyta w toalecie pozwala okrzepnąć namiętnościom i uniknąć żenującej wpadki w trakcie co bardziej wyrafinowanych figli. Rozsądne porozumienie sprawiło, że w sypialni znów zawrzało.

 

Chów ekologiczny.

Dziecko darło się nieustannie, najwyraźniej gorączkując, aż wstyd nam było ignorować męki gówniarza, marnotrawiąc przy tym odnawialne ciepło. Podobnież białko ścina się w czterdziestu stopniach, więc na jego brzuszku na początek usmażyliśmy jajecznicę. Przyprawiona łzami pisklęcia wyszła obłędnie!

 

Nieposkromiony apetyt.

Obsesyjnie zdobywał wykształcenie. Studiował na renomowanych uczelniach zdobywając kolejne tytuły, a jego prace naukowe stawiane były za wzór rzetelnej nauki. Wszystko po to, żeby nikt nie mógł mu zarzucić, że upodobanie do ludzkiego mięsa, to wyłączna domena dzikusów.

 

Do czasu.

Była ortodoksyjną wegetarianką, a on tak bardzo pragnął dojrzeć do jej miłości, że z uśmiechem gryzł najzieleńsze potrawy, jakich w życiu próbował. Kiedy jednak wyszła do ogródka, żeby skosić deser, obudził się w nim prymitywny instynkt. W okamgnieniu zagryzł kotka, pieszcząc przełyk świeżą krwią.

 

Niewinny.

Byłem posłuszny, a teraz muszę się z tego spowiadać. Każdego ranka karnie stawałem wyprężony jak struna przed przełożonym i skrupulatnie notowałem porządek dnia na mojej zmianie. W drodze do gazowego pieca nikt mi nie uciekł, nie przekupił złotym zębem, czy wypiętą dla mnie płcią.

Artystyczne dusze.

 

Noc dopiero zaczęła się odklejać od widnokręgu, a ze szpary wypełzały ciepłe pazury słońca, żeby czochrać chmury po miękkich brzuszkach, kiedy już mnie wygnało w plenery. Pod fontanną grupka masywnych panów na wózkach zrobiła zlot i chyba stanęli na popas, rozpijając puszki piwa chłodnego jak poranek, pieszcząc się wzajem miejskimi ploteczkami.

 

Na ratuszowym pięterku, z dala od oficjalnych komnat, za barwnymi witrażami świeciło się światło – czyżby niedzielny brydżyk przeciągnął się do poniedziałkowego świtu? Wzrok mi się ostatnio stępił i ze zdumieniem dostrzegam zagajnik na dachu galerii handlowej – bo chyba nie wyrósł przedwczoraj? Wzdłuż przystanku kłusuje czarownica w bluzie z kapturem, turystycznym plecakiem i wiechciem nawłoci przeganiała uroki, złe moce i sennych przechodniów. Gołębie wieloletnim, zbiorowym wysiłkiem wyrzeźbiły na zapomnianym gzymsie postać leżącego człowieka naturalnej wielkości. Jak widać – można rzeźbić nawet z gównianego materiału.

 

Specjaliści od grafitti na murach chełpią się literami o tak skomplikowanym kroju, że odszyfrowanie przekazu staje się sensacją porównywalną z odczytaniem przekazów egipskich, czy etiopskim. Po raz pierwszy w życiu dostrzegam telefoniczną rozmowę głuchoniemych. Robi wrażenie. Facet mimiką wyrażał drugie tyle, co szybkozmiennym alfabetem dłoni. Przez pusty park rozkołysanym krokiem sunął szczelnie zamaskowany osobnik płci zapewne męskiej. Bał się tlenu? Zapachu nadchodzącej jesieni?

środa, 7 września 2022

Brednie znad kieliszka.

 

Chłopski rozum kazał mi zadać sobie samemu kilka pytań i odpowiedzieć na nie, sięgając do własnej ignorancji i domniemań zuchwałych.

 

- Czego Rosja szuka na Ukrainie?

- Być może mówi prawdę, że tylko tego, aby ta respektowała ustalenia, jakie pozwoliły temu państwu zaistnieć na mapie – czyli neutralność i brak aspiracji aby stać się jednym z członków zbrojnych sojuszy, bo żaden kraj nie chce mieć tuż za granicami wyrzutni rakiet, szczególnie z bronią niekonwencjonalną. Rosja ma gaz, węgiel, ropę, brylanty, złoto, terenu więcej, niż potrzebuje. Sytego zmusić do agresji? Trzeba go naprawdę solidnie wku… Przepraszam. Wyrwało mi się. Ukraina nie posiada nic, czego Rosji brakuje, albo mogłoby zabraknąć.

 

- Czego szukają Amerykanie?

- Donbas, to zagłębie skrywające pod ziemią prócz soli, węgla i rtęci złoża metali ziem rzadkich, koniecznych do produkcji zaawansowanej technologii. Większość wydobywa się w kapryśnych Chinach, resztę po trosze w Rosji, Stanach i Brazylii. Na Ukrainie złoża nie są eksploatowane i czekają na nadejście zbawcy-inwestora.

- Pszenica kukurydza i słonecznik też są bogactwem nie do pogardzenia, co szczególnie widać teraz, gdy pół Afryki głoduje, a na niemieckich stołach olej stał się rarytasem. Warto panować nad takimi dobrami. Warto prowadzić wojny daleko od własnych granic. Sprawdzona taktyka Stanów – siać niepewność, skłócać obcych, wykradać wpływy i uzależniać od siebie tych, którzy mają czym zapłacić za niewolę. Mimo, że historia Stanów jest jedną z najkrótszych na świecie, to ich przebiegłość jest zastanawiająca. Gdzie i kiedy nauczyli się tej chytrości, przerastając nawet Anglików i Żydów?

 

- Czego szuka Europa? – Chyba tylko biedy. I udało się o zgrozo! Ekonomiczne trzęsienie ziemi było jedynie kwestią czasu. Głód i chłód nadciąga nieubłaganie wraz ze zrywanymi z kalendarza kartkami. W zamian Europa zaroiła się od milionów przesiedleńców bez aspiracji na asymilację z lokalnymi społecznościami, za to pazerną darmowych przywilejów, współczucia i czci niemal boskiej. Brukselska wieża Babel, konflikt ugrupowań, przepychanki i walka o wpływy, czy podział środków/stołków pochłonęła urzędników tak bardzo, że chyba stracili już świadomość mizernej jakości życia pospólstwa. To jedna z najbardziej skomplikowanych korporacji, która nie wytwarza, a wydaje, względnie rozdaje. Niektórych straszy, bądź negocjuje. Przeciw wynalazkom prawnym rodem z Brukseli protestują ludzie w całej Unii, choć państwowa telewizja stara się zamieść pod dywan doniesienia z Holandii, Belgii, czy Czech.

 

- Węgry?

- Jedyny „normalny kraj”, gdzie prezydent przyznał głośno i wyraźnie, że wybrany został przez swoich, aby reprezentował ich interesy, a nie przybyszów Bóg-wie-skąd. I robi to doskonale, ciesząc się rosnącym poparciem swojaków. Nie to, co w ościennych krajach, gdzie samarytańskie rządy popadają w coraz większe tarapaty ze społecznym poparciem.

 

- Chiny?

- Rozum cywilizacji o ponad tysiącletnim doświadczeniu każe im zachować chłodną głowę, szczególnie, kiedy konflikt dotyczy terenów odległych od chińskich granic. Dobrze jest skorzystać na cudzych waśniach, więc umowy na węglowodory zapewne mają warunki lepsze, niż ktokolwiek podejrzewa. A, że przy okazji Goliat wykrwawia się walcząc z Dawidem podpieranym globalnie? Czyż można wymyślić lepszy scenariusz? Słaby sąsiad wpadnie w chińskie łapska zanim Europa zrozumie, że i na nią kryska przyjść musi przy takim zarządzaniu majątkiem.

 

- Polska? – Raz już jeden z gorącogłowych książątek sprowadził obcych i osiedlił ich tu, żeby zaprowadzili ład i porządek. I trzeba było Grunwaldu, aby się ich pozbyć, bo sielanką ich obecność nie śmierdziała tubylcom ani chwili. Wstyd wspominać rozbiory, po których ciężko się było swojakom otrząsnąć i żadne powstania nie pomagały, a Napoleon wykorzystał nadzieje patriotów i ich krwią podpierał własne sukcesy w zamian dając namiastkę dawnej świetności, by nie narazić się Wielkim tego świata. Po drugiej wojnie również zebraliśmy ochłapy wyciekające spomiędzy głodnych szponów i trudno znaleźć sąsiada, który naprawdę dobrze nam życzył i dotrzymywał słowa. Chyba, że były to słowa tyrana obiecującego, że nas złapie za mordy. I budiet riezat!

 

- A czego w tym wszystkim chce Ukraina?

- Mam wrażenie, że to dwa światy – jeden podpuszczony przez złotoustych walczy i ginie pod gruzami, a drugi kombinuje i zawiązuje sojusze, jeździ po świecie i pławi się w luksusie przywilejów. Ale czego chcą, to żaden głośno nie powie, bo sojusznicy gotowi odwrócić się bezpowrotnie i przekierować sympatię wraz z transportami broni gdzie indziej.

- A może oni w ogóle nic nie chcą, bo są „rozgrywani” z zewnątrz? Może chcenie jest tylko iluzją. Wplątani w ogólnoświatowy konflikt cierpią, a nieliczni oczajdusze spijają frukty, pasąc się krwią maluczkich?

 

Ale – co ja bełkocę. Tyle mądrych głów tokuje od pół roku i osiągnęli już rekordową inflację, globalny głód i strach przed zimą. Świetlana przyszłość się szykuje. Na piechotę i po ciemku. Na urodziny kupię sobie świeczkę – jeśli będzie mnie jeszcze stać.

Się kręciło po Mieście chwilkę.

 

Długie dziesięciolecia poświęcił czas, żeby wyrzeźbić tę twarz i figurę poszukując idealnej kreski. Z każdym rokiem nabierał wprawy i był coraz bliżej celu, choć nie dla każdego jest równie łaskawy. Ciekawe, czym zasłużyła sobie owa pani siedząca pośród tych lewą ręką rzeźbionych na podobne awanse i przywileje.

 

Na chodnikach mnóstwo młodzieży w militarnych strojach. Może to wina chłodnego wiatru, który spenetrował moje ciało sięgając pod koszulę, jednak wzdrygnąłem się na myśl, że jeden z wielu nieomylnych u steru może wpaść na „genialny pomysł” i wysłać tę młodzież aby broniła granic bratniego narodu (skąd ja znam tę retorykę?), gdy tamtejsze aroganckie byczki będą w tym czasie pacyfikować starców i opornych.

 

Dziewczęta, w zbiorowej iluzji malują oczy wulgarna kreską przedłużając je niemal do uszu sądząc, że to wystarcza, aby zostać księżniczką. Tymczasem przypomina to kiepską karykaturę – te lepsze można za grosz kupić u rynkowego artysty.

 

Kobiety spacerujące w kapciach marzną w stopy, jednak nie skłania je to wcale do założenia bucików. Inne, które zdecydowały się na tak odważny ruch rezygnują ze skarpetek, albo zakładają najkrótsze z dostępnych, jakby wstydem było okryć stopy bawełną.

 

Usiłuję wyrwać się z rynkowych pierzei, jednak deptak kolaborujący z zimnym słońcem robi co tylko się da, żeby mnie nie uwolnić. Słońce świeci prosto w twarz, a na dodatek odbija się od wypolerowanych niezliczonymi stopami granitów i nawet pokornym zagląda w oczy oślepiając bez litości. Wreszcie udaje się. Mknę wzdłuż wielopoziomowego parkingu, którego elewację zaprojektowano w pnącej zieleni. Z sukcesem. Winobluszcze roją się i kłębią, ukrywając cyklopią kamerę podejrzliwie łypiącą na turystów.

wtorek, 6 września 2022

Konkwista.

 

Taplam się w samotności. Rozkoszuję przestrzenią wyłącznie dla mnie. W nieskończonych otchłaniach tonę i wynurzam się bez tchu – zupełnie jak po niedzielnym seksie, jaki funduję sobie zanim sąsiedzi się pobudzą i wstaną umyć zęby. Dla higieny. Oni chyba też… Czasami poszczę, innym razem obżeram się, aż tłuszcz łaskocze mnie po brzuchu. Zwykle dzień później potrzebuję lewatywy, którą nieco zawstydzony robię daleko od luster, żeby nie zapłonąć dziewiczym rumieńcem na widok własnych grymasów. Niekiedy stroję się jak na pierwszą w życiu randkę, innym razem przymierzam nagość do okiennej ramy i na ścianie usiłuję uchwycić drżenie cienia. Nie sądziłem, że jestem aż tak eteryczny i delikatny. Zanim skończę szkicować siebie – mam już katar.

 

Pozwalam sobie na wszystko. Nawet na niepamięć. Raz nie wpuściłem listonosza, bo mi brzydko pachniał. A sąsiadce nie pożyczyłem szklanki cukru. Franca! Ona chyba uprawia selektywną samotność, jednak jej nieskończoność zaraża moją hałasami. Kto to widział w otchłaniach nurzać się na szpilkach przy tak rezonującym wszechświecie? Chyba nie lubię jej i tego stukania, kiedy biodrami ociera się o przeciwległe ściany, zagłuszając kocie ruchy serią drobnych kroczków na podkutych żelazem obcasach, atakujących moją przestrzeń życiową. Jest jak wirus – zanim się człowiek obejrzy – już wierci dziury w mózgu.

 

Kiedy dopada mnie chandra robię sobie zastrzyk ze spirytusu. Niewiele potrzeba, żeby błogi uśmiech kretyna zagościł na mnie i pozostawał tam aż do pierwszych wymiotów. Żołądek mam słabszy od głowy. A może to błędnik protestuje w ten sposób? W szale przybiłem dywan do ściany – w końcu nigdy nie wiadomo, co zrobi grawitacja pod wpływem. Lepiej być przygotowanym. Dla bezpieczeństwa meble już dawno przysunąłem do ścian, aż w kątach zrobiło się tłoczno. Nie przeszkadza mi to. Za to parkiet urósł i mogę tańczyć musette bez obaw. Rzadko tańczę, bo taniec wprawia mnie w podły nastrój, gdyż na ogół wymaga towarzystwa i stroju. Strój posiadam, jednak towarzystwo? W mojej samotni ledwie sam się mieszczę. I w natłoku czarnych myśli sięgam po strzykawkę i uśmiech kretyna. Zdecydowanie nie lubię tańczyć.

 

Prócz chandry spada na mnie od czasu do czasu rzadka przypadłość niebytu. Stapiam się wtedy z podłogą, prześcieradłem pachnącym zeszłoniedzielnymi figlami, albo fotelem przesiąkniętym kuchennymi aromatami i udaję że mnie nie ma. Staję się nadwrażliwy. Słyszę i czuję sąsiednie pustelnie do szpiku życia w nich. Samotne, starcze ruchy i mleczne, mdłe pazerności niemowląt. Słyszę, jak pulsują grzechy czekające, aż się je spuści z łańcucha z ochrypłym okrzykiem:

 

- Bierz!

 

Słyszę skowyt spragnionych i posapywanie sytych. I francę słyszę, jak stuka bez końca! Uparta baba. Ile ma tych szpilek? Chyba całą szafę, bo jedne dawno zachodziłaby na śmierć. Ileż razy biegłem do kuchni, żeby z szuflady wyciągnąć nóż, naostrzyć go jak brzytwę i obciąć sobie uszy. Osełka dobrze na mnie działa. Monotonne ruchy powtarzane rytmicznie pozwalały ochłonąć i uspokoić wzburzoną krew. Za to noże mam najostrzejsze we wszechświecie – przez nią. Jak tak dalej pójdzie będę ostrzył łyżki i widelce.

 

A dzisiaj…

 

Gdybym był niewolnikiem, powiedziałbym, że zaspałem. Perfidnie i bezwstydnie. Obudziłem się z wyprężonym członkiem i zaniepokojony czymś, czego nie potrafiłem zdefiniować. Erekcja była daremna. Głowę opanowały myśli kłębiące się jak mrówki w zaatakowanym mrowisku.

 

- Co jest? - Szeptał wystraszony pustostan wszechświata – Co się dzieje?

 

Pojęcia bladego nie miałem. Żadnego innego zresztą również nie. Nasłuchiwałem i węszyłem. Wypatrywałem jak majtek na bocianim gnieździe, kiedy drzwi do samotni zachrobotały złowróżbnie. Musiałem być mocno rozkojarzony, bo zamiast spenetrować przedpole judaszem – otworzyłem zaskorupiałe od nieużywania zamki. Drzwi jęknęły widząc moją głupotę. Za nimi... stała franca! Zmierzyła mnie bezkompromisowym wzrokiem, ignorując lekko spłoszoną erekcję, odsunęła mnie stanowczą dłonią i wtargnęła do środka mówiąc:

 

- Posuń się!

Wieszcz.

 

Słońce wstawało niechętnie i zdawało się zarażać niebo tumanem gęstego, tłustego światła jak z płonących chemikaliów. Chmury stłoczyły się lekko przestraszone, a wiatr schował się w mysiej dziurze. Albo w sypialniach z lekkomyślnie uchylonymi oknami. Pustymi ulicami z rzadka jadą samochody spóźnione, by zmieścić się na zatłoczonych parkingach przed codziennym kieratem. Psy z zapałem ogrzewają korzenie marniejących żywopłotów pod zaspanym wzrokiem swoich przewodników (co za przewrotne określenie kogoś wleczonego przez zwierzę pod najbardziej zaszczane drzewo w okolicy). Wyglądam z ambony balkonu niczym prorok i buńczucznie wieszczę, że dzień jednak będzie. Kolejny.

poniedziałek, 5 września 2022

Rozmaitości.

Niebo pełne chmur o barwie podkręconej wilgocią nocy nie ukryło sznura kormoranów, które przez odległość straciły lakierowaną czerń piór lecąc ku północy. Niewątpliwie wyzwolony i odważny pan obudowany cieleśnie z lekkim rozmachem szedł bez biustonosza i nie zwracał uwagi na zachwyt otoczenia na widok podrygujących swobodnie piersi. Najwyraźniej przywykł do atencji ze strony przechodniów. Inny, w sandałach i krótkich spodenkach ozdobił podgardle żywopłotem starannie przystrzyżonym i wymodelowanym na gęstą szczotkę. Po bujności znać było, że zarośla trafiły na żyzny grunt, jednak boję się spekulować, czym były nawożone – nosiciel preferował styl militarny powyżej kończyn dolnych wciąż grzęznących w letniej rozpuście.

 

Ze zdumieniem odkrywam, że Miasto zmienia się nieustannie, jakoś tak dyskretnie i poza postrzeganiem. Wystarczyło jednak wspomnieć obraz z grubsza w skali podręcznika do HiT, aby zauważyć, że zniknął szpital, biurowiec, parę ulic zmieniło rozmiar na XXL, a przedwojenne kamieniczki cisną się w szeregu innych i ledwie im miejsca wystarcza na dwa-trzy okna gęsto utkane na renesansowej elewacji.

 

Mijam panią podpierającą pejzaż zaspanego parku, gdy na szczytach sąsiadujących koron drzew dwie cukrówki kołyszą się pośród cienkich gałązek w oczekiwaniu na skok odwagi pozwalający połączyć dwa byty w jedność.


piątek, 2 września 2022

Kreatura spłodzona w chwili słabości.

 

Byłem podłym snem Boga, jeśli boskość w ogóle stać na podłość. Nie do końca świadomie wypluł mnie, wycharczał nocą spoconą od lęków równie irracjonalnych i wymykających się poznaniu, jak on sam. Najwyraźniej kosmiczny Absolut również dopada fizyka skondensowana w newtonowskim spostrzeżeniu, że odwet jest gwarantowany.

 

Wyglądem mogłem straszyć dzieci i wściekłe lisy, a skunks z podziwem odnosił się do aromatu, jaki otaczał mnie niczym aureola. Nimb smrodu doskonałego.

 

Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie Bóg otrząsnął się po sennym koszmarze i dostrzegł ma plugawość, wyciągnął nieco tłustego palucha i rozgniótł mnie jak pluskwę, choć mawiają, że to niezwykle litościwy Pan.

Galimatias piątkowy.

 

Gdyby miłość nie była zaborcza, tego ciała wystarczyłoby dla dwóch zadurzonych bez pamięci. Skóra blada, jak nieużywana, bielizna w koronkach i makijaż skrywający starannie coś niegodnego światła dziennego. Lolita. Zatopiona umysłem w wirtualnym bezkresie. Oczy w brudnej zieleni i włosy gęsto przetkane szczerą miedzią – jak u wiedźmy, więc lepiej nie patrzeć zbyt łapczywie. Lipa do zielonego dresu założyła dwie żółte kieszenie i zlicza mijające ją samochody.

 

Tymczasem ja niebezpiecznie zbliżam się do myśli, że niektóre „karampuki” są zbyt piękne (przystojne?), żeby być kobietami – dziś preferującymi styl ze słownika wulgaryzmów. Pani o kształtach Wenus z Willendorfu, tyle że zdecydowanie młodsza, ładniejsza i przede wszystkim pełna życia, postanowiła dziś oszołomić świat bluzeczką z aktualnymi wynikami RTG klatki piersiowej wraz z przyległościami. Za to młodziutka chudzina założyła ciężkie bojówki na rachityczny kadłubek i chyba modliła się, żeby nie spadły z ostatniej przyzwoitej bariery skromnych bioderek.

 

Gładkolicy chłopcy i dziewczęta rażone ospą trądziku nieco bałamucą mój światopogląd, jednak nienormalne czasy wymagają ekstraordynaryjnych reakcji. Wreszcie pani w dojrzewającej błyskawicznie ciąży dokarmiała się na przystanku słodką bułką, którą dopiero co kupiła w piekarni i nie wiem, kto zjadł jej więcej – ona, czy żarłoczny potomek. I niskopienne dziewczę, które po inwestycji w elegancki pasek mogłoby śmiało zrezygnować z tekstyliów i spiąć w talii własne, przepiękne włosy bez obawy o naruszenie pruderyjnych spojrzeń ludzi preferujących berety z moheru.

czwartek, 1 września 2022

Pogróżka, albo ostrzeżenie.

 

Idę. Podobno bezruch cofa, a ruch napędza postęp. Wprawdzie jeden z oszronionych trenerów mawiał że „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać” jednak dotyczyło to jednostek wybitnych, starannie wyselekcjonowanych spośród plebsu, mnie nie zahaczając nawet cieniem. Zresztą, o bieganiu mowy nie ma absolutnie. Dreptać – to jest moja specjalność. Krótkodystansowy Korzeniowski bez presji na wynik poniżej dwóch godzin. Chodząc staram się nie wyglądać jak głodny wilk, bo nigdy nie wiadomo, czy człek nie trafi na Czerwonego Kapturka, albo coś jeszcze bardziej toksycznego. Bezpieczniej zaskorupić się, opancerzyć, niczym skumbrie w tomacie. Żeby słońce raczyło otumanić plankton – byłoby łatwiej. Trudno. Idę w pochmurny tłum.

Przedsmak jesieni.

 

Dłonią powstrzymałem popołudnie. Nie miałem zamiaru pozwolić porankowi minąć bezkarnie, z tym jego rozpasaniem rozpoczętym od gardłowania wróblego sejmiku. One, to dopiero muszą mieć wyszczekaną opozycję. Chwilę później niebo ścięło się jak mleko, któremu podbrzusze ktoś podświetlił gniecionymi jagodami. Zaspane nastolatki w galowej czerni dreptały na autobus, dziś jeszcze bez drugiego śniadania. Psy olewały wszystko i wszystkich, telefony płonęły od plotek, bo przecież noc taka długa, że zdarzyć się mogło WSZYSTKO! I niechybnie się zdarzyło. Komuś. Niech ma – na szczęście! Jazgot kosiarki szarpie nerwy i nie pozwala zatonąć w cieple nadziei. Myśli bluszczą i rozkrzewiają się bezwstydnie. Nerwowo penetrują wnętrze.

środa, 31 sierpnia 2022

Miejskie peregrynacje.

 

Odziana była czarno, jakby dla podkreślenia bladości cery. Kiedy rozmawiała przez telefon i uśmiechała się podle na mysl, co wespół z prawnikiem zdolna będzie uczynić, dostrzegłem w uśmiechu kły wyostrzone tak, jakby każdego dnia (pardon – nocy) pożerała żywe mięso wprost z tętniącego strachem opakowania. Łysy paker przeżuwał tuż obok jakieś niecenzuralne potrawy czy słowa. W rozpiętej bluzie (patrzcie na tors) z biało-czerwoną opaską na prawym ramieniu, z zaciśniętymi do białości pięściami i wzrokiem zliczającym pogłowie podróżnych i bezbłędnie wyławiającym obcych. Srogi mars na czole powiedział mi wszystko – odsetek takowych przerastał jego narodowościowe ambicje po wielokroć. Młoda (w przewidywalnej do znudzenia czerni) pani, z kreskami podciągającymi oczy nieomal do uszu zatopiła się w mantrze płynącej z słuchawek, więc nie zauważyła nawet że kierowca powożący jakby pszczoły luzem wiózł pokonał święte rondo z gracją kierowcy bolidu formuły nieostatniej na pewno. Za to piersi tej pani zauważyły, bo przeniosły się w przestrzeń absolutnie nie przewidziana na takowe pomimo oporu, jaki stawiała obcisła poniekąd bluzeczka. Patyczak w przygasłej bieli i pełen pryszczy miał kłopot z utrzymaniem pozycji siedzącej, jednak nie z powodu o jaki podejrzewać można dojrzewające patyczaki. Uśmiechał się trzeźwo do mocno wyeksploatowanego monitora, jednak odnóża miał tak długie, że kolanami zaczepiał przeciwległych siedzeń. Gdzieś za oknem mignął mi stereotyp niemieckiego turysty. Stał na skąpej wysepce między jezdniami, gdzie najwyraźniej zatrzymał go GPS i rozglądał się nieco niepewnie, gdy obok kłusowały staruszki w beretach usiłujące przemknąć na jednym wdechu przez obie jezdnie, choć światła w moim Mieście lekce sobie ważą piechotę i osiągnięcie celu staje się wyczynem godnym odnotowania w Miejskiej Księdze Ewenementów. Gdyby tylko ktoś taką zaprowadził.

Wstęp do nieskończoności.

 

Nie bardzo lubię przeciągać się w łóżku. Czuję się wtedy jak wąż, któremu lada chwila popęka skóra i będzie tak delikatny, że nawet niechętny wzrok gotów rozognić świeżą skórę. Sięgam za głowę, gdzie przezornie (?) zostawiłem „Grę w klasy”.

 

Stać mnie najwyżej na parę rozdziałów, bo potem w głowie rodzą się sprawy, jakich lepiej nie badać zbyt dokładnie i na trzeźwo. Jak można napisać zdanie na nieomal cztery strony? Pomieszać wszystko ze wszystkim, pokruszyć, rozdrobnić do absurdu i scalić w jeden wielki mezalians? Udowodnić, że ciągłość czegokolwiek, to iluzja małego umysłu, nadzieja tych, którzy pieczołowicie wypełniają kupony gry z gruntu niesprawiedliwej, bo przecież na wstępie pięćdziesiąt procent ginie po stronie administracyjnej.

 

Ostrożnie sprawdzam, czy pod wpływem lektury nie rozmieniłem się na drobne. Przykro byłoby, gdyby własny palec wpadł mi do oka kołyszącego się gdzieś na prześcieradle w rytmie tanga z pępkiem, czy łopatką. Szczęśliwie dziś (znów!) się udało. Odkładam książkę i łykam zalecone piguły na nieśmiertelność. Wchodzą opornie – najwyraźniej zniesmaczone, że taki konus sięga majestatu. Wstaję i uciekam do łazienki. Nago. Szerszym niż trzeba łukiem omijam grzechotnika z półpełnym pudełkiem ingrediencji zapakowanej perfidnie w kapsułki, zdające się jedną stroną być dla małych dziewczynek, a z drugiej dla chłopczyków. Starałem się… naprawdę starałem się być grzecznym i łykać je tą stroną, która jest dla chłopców, ale nie zawsze się udaje. I co? Wyrosną mi cycuszki? Jak mamie? I nie będę już mógł grać w piłkę, pokera, pluć na ulicy i pić piwo okraszone wulgarnym słowem?

 

Łazienka… Tam również nie za dobrze. Lustro rozciąga się w sardonicznym uśmiechu opowiadając mi prawdy stworzone podczas JEGO bezsennej nocy. Siwy łeb? Zarost na gębie? Przecież wczoraj najwyżej trzy pryszcze zdobiły mój rodowodowy nos o trzy numery za duży. W oczach gaśnie wściekłość, ale przedwcześnie. Kiedyś… No właśnie – kiedyś dałbym temu lustru do wiwatu. Pokazałbym, co się kryje za tą gładką, śliską elewacją. Przecież stamtąd właśnie bohatersko uwalniałem swoją Alicję, która potem wybrała życie możliwie najdalej od wybawcy, czyli mnie. A teraz nie pamiętam już pierwszego jej dojrzałego uśmiechu, kiedy odzyskała przytomność pośród bandaży i bólu.

 

Upiekło się meblowi dzięki wodzie. Niechcący trąciłem kran, który wykorzystał okazję i spłynął brylantową czystością, jakiej lusterku zabrakło – najwyraźniej jakieś nocne muchy popstrzyły je i dlatego szydzi ze mnie dodając mi lat i odbarwiając wyliniałą grzywę. Woda szemrała wspomnienia z daleka, ale rozpoznałem w nich górskie strumienie i jaskiniowe roztopy. Jeziora, w których ukrywałem erekcję na widok… Nie! Nie wolno. Są sprawy, o których się wie i to wystarcza. Nie trzeba się dzielić WSZYSTKIM. Są zakamarki, w które wchodzi się samotnie. Jak w ten deszcz zakrzyczany w pustym lesie, kiedy tańczyłem taniec wojenny wybitego bez litości plemienia Indian. Na samo wspomnienie zmarzły mi łydki, a po kręgosłupie spłynęły tłuste krople rozgorączkowanej wody.

 

Czas wyjść. Ku cywilizacji. Ku przesądom i kodeksom. Pozorom. Otwieram szafę, gdzie leżą wyprane dusze. Fizjonomie uprasowane tak starannie, że niemal dziewicze. Znów będę potulnym chłopcem… No dobrze – nie chłopcem. Wyrosłem już. Doświadczyłem. Pokory nabiera się z wiekiem, więc skoro potulnym, to prędzej staruszkiem. W kącie szafy łypie na mnie laska po pradziadku. Pamiątka rodzinna, którą co jakiś czas ktoś przymierza. Ojciec już z niej nie korzysta, bo nie łykał tabletek na nieśmiertelność. Dziadek nawet nie wiedział, że takie są! Może w jego czasach jeszcze nie było?

 

Ignoruję laskę. Buńczucznie, z ogniem w oczach. Może ostatni raz wyjdę po chleb BEZ. Cieszy mnie jej zawstydzona postawa. Odwracam się i chcę zatrzasnąć drzwi, ale szafa ma drzwi przesuwne. I (cholera!) też z lustrem. Trzaskać lustrem? Ale jak? Minę mam zbitego szczeniaka, który chciał tylko obsikać nogę obcego, żeby ten stał się starym, dobrym znajomym. Przy drzwiach stoi torba z kółkami. Przezorność. Przypominam sobie, że zanim pokonałem bezsenność i udałem się na odpoczynek w zaświatach postawiłem ją tam, żeby poranek nie skazał mnie na dźwiganie kartofelków i cebuli – trzy kilo zakupów może być niczym dla młokosa, ale dla mnie? Torba z długim dyszlem służy czasem za podpórkę na nierównych chodnikach, czasem pozwala ukryć małe grzeszki, kiedy prócz tego-co-niezbędne pozwolę sobie na rozpustę i kupię butelkę czerwonego…

 

Może dziś? Sąsiadka z trzeciego piętra, ta, co farbuje włosy na różowo i śmieje się ochryple, jak Louis Armstrong. Żartuje tak pikantnie, że nieodmiennie zostaję z zaczerwienionymi policzkami nawet wtedy, kiedy przez trzy dni zapomnę o golarce. Ale w oczach… ona wciąż ma iskierki, jakie mają dziewczynki, zanim ktoś im opowie o dojrzewaniu. I klaszcze w dłonie pomarszczone i pełne plamek, piegów, odcisków – pełne życia, które nie biegło jak w kinie, lecz w mozołach niepojętych. W wojnach i ucisku reżimu. Czy mam siłę, żeby dziś zaczepić ją, kiedy będzie wracała z przychodni, gdzie znowu nastraszą ją madejowym łożem, bez nadziei na nadzwyczajne złagodzenie kary?

 

Patrzę na siebie krytycznie i wstyd mi. Założyłem wczorajsze skarpety i (jak to latem) znów zapomniałem o bieliźnie. Czy wypada zaprosić kobietę, kiedy spodnie kryją nagą prawdę? Ona chyba zrozumie, że to nie żadna groźba, tylko starcze figle. Zresztą – nigdy nie sięgała po moje ciało, więc jeśli nie przyznam się, to nie będzie wiedziała. Chociaż jest podejrzliwa., jeśli akurat zbudzi się w bojowym nastroju. Zobaczymy. Warto czasami pozwolić sobie na improwizacją. Na wszelki wypadek zmieniam skarpety, bo nawet improwizacje powinny opierać się na doskonałym planie, jak na rusztowaniu szkieletu utrzymuje się ciało.

 

W skrzynce na listy same groźby – rachunek za prąd, podwyżka czynszu, reklama czegoś, co pozwoli mi zaoszczędzić, jeśli wydam trzy i pół tysiąca. Oszczędzanie przez wydawanie. Świat oszalał. Skąd niby miałbym wziąć taką kasę. Nie stać mnie na oszczędzanie. Idę wydawać. Rozrzutnie kupie dziś nie pasztetową, ale prawdziwą szynkę. Dziesięć deka. Może piętnaście. Tak! Jeśli przyjdzie Różyczka z Trzeciego warto mieć w lodówce coś więcej jak chłodne dno. Że szynka nie pasuje do czerwonego? Może faktycznie. Ale truskawki będą dopiero na wiosnę, a sery mają ceny w astronomicznych wartościach. Może będzie jakaś promocja. Byle nie taka, co to trzeba kupić trzy, żeby oszczędzić, bo taką rozrzutność odpokutuję pod koniec miesiąca. Ale tak – ser pasuje. Mam czas, a marketów sporo wokół. Pogoda sprzyja. Pokręcę się. Powolutku i nienerwowo…

wtorek, 30 sierpnia 2022

Południowe migawki.

 

Chłopiec wiódł swoją piękną wybrankę poprzez ruchliwą ulicę, pokornie spowalniając w oczekiwaniu przychylnych świateł. Dziewczę miało zaklejoną plastrem bliznę po matce, lecz nie wyglądało na dopiero-co-uratowaną ze szpitalnych czeluści. Na przystanku niedoszły piłkarz lat z grubsza 10-12 w korkach i getrach (ozdobionych fabrycznym napisem ZZ, który mi się skojarzył z pewną prywatną inicjatywą) raczył się elektronicznym papieroskiem czyhając na tramwaj, a niesiona w rękach piłka była zniesmaczona podobną szykaną. Czarna klepsydra w rzymiankach swoim aromatem przytłoczyła beztroskę wilgotnego spokoju parkowych zakamarków, na których nieco pomarszczona zewnętrznie miłośniczka grzybków krążyła niespiesznie i ręką w osłonie foliowej rękawiczki zbierała dopiero co wyrosłe podgrzybki. Tuż obok, młoda pani lewą ręką prowadziła psa, w prawej niosąc parujące wypociny z jego układu trawiennego zapakowane w podobną torebkę do tej, w której pani pełna zmarszczek zgromadziła plony. Kolektyw w długich sukniach debatował zawzięcie na krawędzi trawnika, bo pod sosenką wyrosło więcej pieczarek, niż trawy. I tylko psie ulgi uporczywie parujące każdego dnia powstrzymały zapędy spragnionych zbiorów dzikiego białka. Pulchny pan strącał z alejek co bardziej wrażliwe jednostki o zdecydowanie mniejszej wyporności. Prawo morskie reguluje kwestię pierwszeństwa na wodzie – jednostki bardziej zwrotne mają obowiązek ustąpić miejsca i zejść z kursu każdej nieruchawej krypie. Spopielone niebo przecięła samotna czapla i Bóg raczy wiedzieć, gdzie się obecnie stołuje w obliczu dramatu Rzeki. Nie wyglądała na wypasioną, ale to na pewno jedynie moja, zuchwała nadinterpretacja.

Gęsią skórką okryty.

 

- „Znów wędrujemy ciepłym krajem” – mruczałem pod nosem, choć ciepło, to już było. Dziś poranek pachnący wilgocią i przedsmakiem jesieni. A przecież kobiety wciąż kuszą urodą w każdej możliwej ilości X-ów odzieżowych, a nawet bez nich. Na początku zaczepiam wzrokiem młodą niewiastę w spódniczce tak krótkiej, żeby nie sięgała koronek pończoch noszonych pomimo ciężkich buciorów. Pani coś szczebiotała do towarzyszącego jej king-konga i pociągała coś z puszki, ilekroć zaschło jej w dziubku. W kolejnej odsłonie pani o karnacji nasiąkniętej tureckim, a może hinduskim słońcem niosła na łydce „siną barwą kłuty” ślad jednopalcowej rękawiczki – niechybnie zima będzie sroga!

 

Kwiaciarki dopiero rozwijały stragany i ustawiały wazony na wciąż rozespane kwiaty, wrona szemrała coś pusząc się przed sroką przebierającą pazurkami zaledwie jedna gałąź wyżej, wybujała kępa słoneczników strzeże parkingu przed cukiernią, a młodziutki sumita łysy z wyboru, czyścił przedpole z elementów natury ożywionej kompletnym mimochodem. I tylko śpiący na schodach pijany kloszard (a może poeta?) zignorował zamaszyste kroki.