poniedziałek, 23 maja 2022

Ciepło.

 

Ptaki darły się w niebogłosy, kiedy sroka zainteresowała się tujami, pośród których dyskretnie schowane zostało gniazdo kosów. Rodzice wrzaskiem i ruchliwością usiłowały ogłupić głodomora i odciągały go od gniazda na tyle skutecznie, że w końcu się poddał. Samoloty kroją niebo w szachownicę i produkują geometryczne, wstęgowe chmury, które zwiastują Bóg jeden wie co. No. Może jeszcze architekt podejrzewa efekty. Kwiczoły pośród parkowych drzew czynią to, co kwiczołom robić przystoi i nie przejmują się moim niepojęciem tematu. Dzieci cieszą się beztroską, dorośli cieszą się z radości dzieci. Na rabatach kwitnie czosnek, który tam, zamiast być warzywem - stał się kwiatem. Samosiejki wykwitłe z niezjedzonych przez wiewiórki nasion wygrzewają młode liście w wiosennym słońcu. Blade nastolatki trzymają się środka alejki, być może w obawie przed ukąszeniem kleszcza, czy komara, nie pozwalając psom oddalić się między gruchające gołębie.

Postrzeganie poranne.

 

Piękna przedstawicielka wagi ciężkiej o blond włosiu zdominowała pozostałe pasażerki urodą, choć pokonane taktycznie występowały w „wyszczuplającej” czerni. Nic dziwnego, że musiały jej ustąpić pola. A jak się okazało już wkrótce – kobiety wyższych kategorii opanowały lokalny pejzaż tak, że zawodniczki wagi muszej, czy piórkowej nieśmiało skrywały się po kątach. Obserwuję krótkie spodenki stające w szranki z pluszem futerka, jakim podbita była kurteczka bardziej zachowawczego tubylca. Tłok sprawia, że gdziekolwiek obrócę oczy natykam się na bliskie spotkanie z cudzym wyświetlaczem marki „wyłącznie-do-użytku-intymnego”. Nastolatek ukrył twarz pod stogiem włosów spadających nie tylko na oczy, ale i na brodę, patrząc spod owego wiechcia na świat bez jakichkolwiek uczuć. Może to wpływ osób dobrowolnie rezygnujących ze świeżego powietrza na rzecz kamuflażu pryszczy? Siwowłosa w przewlekle naturalny sposób pani studiowała program telewizyjny na najbliższy tydzień. Usiłuję bezskutecznie dostrzec godziwego siniaczka, jednak kobiety wiedzione szóstym zmysłem zorientowały się w moich perwersjach i gremialnie zaczęły dbać o całość łydek, ud, czy co tam łaskawie są gotowe obnażyć latem. Zrezygnowany kieruję wzrok na geografię, podziwiając ja w skali 1:1. Zrozumiałe, że zbyt daleko dosięgnąć nie mogę, szczególnie, gdy słońce wypija wilgoć wprost z moich oczu. Dostrzegam (uchem) sygnał dobiegający z dachu samochodu. Żadne służby nie korzystają tak często z przywilejów, jak policja – ciekawe, dlaczego tak jest?

niedziela, 22 maja 2022

Ekstrakty cz.63

 

Komunikat.

Opóźniony pociąg z Zakopanego do Międzyzdrojów utonął pod Wrocławiem podczas przeprawy promowej. Poszukiwania w związku z zapadającym zmierzchem odłożono do jutra. Zwłoki i bagaże podróżnych można próbować przechwycić indywidualnie tej nocy na wysokości Głogowa.

 

Wyznanie gwiazdy – wywiad na żywo.

Pokora? Uwielbiam. Szczególnie u innych.

 

Reklama zespolona.

Według zgodnej opinii ekspertów, już bieżącej jesieni Ziemię opanuje toksyczny wirus - kosmiczną kiłę sprowokowaną aktywnością czarnej dziury rozprzestrzeniać będą OBCY drogą płciową, ignorując preferencje Ziemian. Polecamy TANIE, obowiązkowe szczepienia ochronne i ubezpieczenia od gwałtu przez UFO.

 

Ogłoszenie drobne.

W związku ze zbliżającym się Wielkim Potopem, brakiem środków na budowę Arki i niefortunną serią rodzinnych niesnasek zamienię płuca na skrzela. W rozliczeniu kawalerka na Woli, wycieczka all inclusive na Ararat, obrączka ślubna po jednym rozwodzie i komplet nieużywanych narzędzi stolarskich. Noe.

 

Alert RCB.

Nad miastami południowej Polski rozpylone zostaną tej nocy aktywne jony suszy. Mieszkańców i zwierzęta domowe we wskazanych lokalizacjach obowiązuje przymusowa kwarantanna. Uprasza się o ukrycie cennych okazów roślin i niewywieszanie prania na balkonach/ogródkach, co mogłoby zakłócić proces.

Pomyłka.

 

Chudy facet zaatakował moje ciało we śnie. Nogi mu cuchnęły, jakby nie mył się od tygodnia. Ręce miał spracowane jak zawodowy drwal. Błyskawicznie przedarł się przez barierę kołdry i okorował mnie z piżamki. Dłuższą chwilę ogniskował wzrok, szukając słabego punktu, by zatknąć flagę zdobywcy. Kiedy znalazł – wrzasnął, wtykając mi drzewce w trzewia. Aby podkreślić dominację wypełnił mnie jeszcze mleczem nim stoczył się, wzorem himalaisty po udanym szturmie na Annapurnę. Chrapliwym ze szczęścia głosem zapytał:

 

- Baśka? Powiedz no! Podobało się?

 

Chwilę potem już chrapał. Zakwiliła we mnie myśl o zemście, jednak trochę się bałem. Nawet pośladki miał owłosione – jak dzik.

Z tajnego kapowniczka oka.

 

W Rynku rozsiadł się jarmark, a na krawędziach zasięgu miejskich kamer – kloszardzi raczący się niespiesznym piwkiem w ciepłym gwarze popołudnia. Zerkali przy tym na dziewczęce piersi usiłujące uwolnić się z okowów letnich sukienek i bluzek wykrojonych więcej niż grubo. Starsza pani cierpiała niedosyt optymizmu i uzupełniała braki różową fryzurą, oraz takimiż pazurkami na wszystkich posiadanych kończynach, wspierając inwazję różu detalami na odzieży. Czerwonowłosa mama pchała pusty wózek, dziecko mając przypięte chustą do piersi. Co i rusz natykam się na osobę poruszająca się wózkiem inwalidzkim. Poza nimi reszta idzie we wszelkich możliwych kierunkach, w marszu jedząc, albo popijając coś z papierowych kubków. Aż dziw, że ogródki pełne mimo zmasowanej pieszej konsumpcji. Mahoniowy gość przytula bladą niewiastę wydająca się mieć barwę kości słoniowej, pozwalając sobie na dotyk daleko wykraczający poza przyjacielski. Pięknie wyglądali ubrani w soczyste odcienie zieleni na tle licznych kwiaciarni. Ciepło skłoniło do niefrasobliwości nawet śliczne dziewczę idące z adekwatną mamą – chyba, że czerń sukienki grzała uda tak mocno, że zabiła skrupuły, bo nosicielka unosiła rąbek aż po granice intymności nie zważając na tłum wokół. Wytatuowani brodacze, kolarze z koszulkami zawiniętymi w turban, oseski przesypiające zapachy unoszące się spomiędzy stoisk, albo drące się na jawną niesprawiedliwość omijających ich frykasów, okulary przeciwsłoneczne i lody na milion sposobów. Zaskakuje ogromna liczba osób cieleśnie bogatych, jakby przygotowanych na nadchodzący niedostatek. Wreszcie nastolatek sterujący losem swojej wybranki za pomocą dłoni położonej na kości ogonowej jak na dżojstiku. O dziwo – szli płynnie, bezkolizyjnie i nie wpadali na pojawiające się z nagła przeszkody. Turyści o ciemnej karnacji cicho mijali azjatów pokrzykujących te swoje nieczytelne piktogramy do telefonów zakotwiczonych gdzieś pod Hongkongiem. Jako koneser samotności wygrzałem się w cieple ludzkości i skryłem w cichej, bezpiecznej norce prywatności.

sobota, 21 maja 2022

Ciekawski.

 

Spaliło mi się tyle widzeń, że wreszcie naszczekała na mnie jakaś starsza pani swoim równie wiekowym psem. A może on tylko kaszlał tym żółtym świństwem, które oblepia świat bez litości? Dworzec okazał się równie wdzięczną lokalizacją, jak Rynek. Gwar zestresowanych uciekinierów umawiających się na darmową przekąskę najwyraźniej spłoszył jamnika do tego stopnia, że uwolnił organizm od nadmiaru pokarmu nim dociągnął do paśnika. Mądre zwierzę – z pełnym brzuchem siadać do stołu może tylko głupiec! Pani zestresowana widokiem przemiany materii wzruszyła ramionami i usiłowała czmychnąć, na co nie pozwolił dzielny polski stróż prawa. Dogonił, zawrócił i wymusił, żeby dary bratniego narodu bratni naród zabrał ze sobą. Dziwoląg z walizką kursował w te i na zad, jakby na akord robił kilometry. Starsza niewiasta w połowie dżinsów (resztę stanowiły dziury) pod spodem miała kabaretki – żeby nagością nie gorszyć tłumu, jak te nastolatki, którym udaje się krok w krótkich spodenkach sprowadzić do domniemania. Jakaś w czerń odziana niewiasta machała zaciekle na kogoś, kto najwyraźniej był odporny na gwałtowność ruchów i dopiero radosny krzyk pozwolił wzajemnie zlokalizować się znajdom. Długi płaszcz i ciężkie buciory, a do tego zwiewna sukienka w kwiaty – dziewczę młode, a już potrafi ubrać się na wszystkie cztery pory roku naraz. Podziwiam osoby w grubych kurtkach i sandałach wsuniętych na gołe nogi. Wymyślam historie nieprawdopodobne – bo prawdopodobne do głowy mi nie przychodzą.

piątek, 20 maja 2022

Ekstrakty cz.62

 

Puszka Pandory.

Była przyjemnie uległa. Jako psychopata szanujący swoją misję z całą powagą, musiałem docenić to niewymuszone oddanie. Z pietyzmem wyostrzyłem nóż na kamieniu, nim rozciąłem brzemienny brzuch, patrząc na wypływający ze środka ocean zgnilizny.

 

Urodziny wampira.

Nie potrafiła ani chwili usiedzieć na miejscu, a sił witalnych miała za pięciu. Młoda, zdrowa i tak pełna życia… Nie mogłem wymyślić bardziej soczystego deseru dla zaproszonej na uroczysty obiad rodziny.

 

Krawcowa.

Palce miała miękkie jak aksamit, gdy przebiegała nimi po mojej skórze delikatniej od tchnienia wiatru. Poddałem się niewysłowionej pieszczocie, bez reszty zatracając się pośród nadziejach na spełnienie. Skąd miałem wiedzieć, że liczyła powierzchnię skóry, wybierając materiał na torebkę?

 

Retoryczne pytanie.

Wymogłaś na mnie świętą przysięgę, nim pochwaliłaś się, że pojutrze zniszczysz świat. A gdybym zamierzał niecnie zdradzić twoje zamiary, realizację planu przesuniesz na jutro. Mogłem nie zabić cię dzisiaj?

 

Współpraca

W olbrzymim garze od świtu gotowaliśmy zupę z grzybów, dzikich warzyw i leśnych ziół. Narzekałem, że potrawa wyjdzie jałowa z braku choćby jednej kostki. Nim skończyłem wygłaszać opinię zdzieliłaś mnie obuszkiem siekiery, poćwiartowałaś i spełniając kaprys - dopełniłaś gar świeżym mięskiem.

Manewry.

 

Szpacze eskadry osaczyły wiewiórkę, więc ta umknęła na drzewo, od niechcenia strącając szyszki. Po czarnym bzie wspina się wisteria kwitnąca białymi gronami. Dzieci pośród parkowych chwastów szukają czegoś i podlewają punktowo las. Słońce wreszcie grzeje, a nie tylko świeci. Gość o strzaskanej wiatrem i słońcem twarzy włos miał wypłowiały i ściągnięty w warkocz. Całość wyglądała na sztuczną. Pani w czerni usiłowała dogonić psa, który najwyraźniej dawał jej fory – a i to nadaremnie. Pani kondycji nie miała absolutnie. Wrony wydziobują skarby porzucone przez ludzi w śmietnikach i włóczą kartony, czy worki po całej okolicy. Szczaw przeciska się przez zagony koniczyny, a wyka ptasia kwitnie fioletowo pomiędzy żywopłotowymi ścianami. W takim parku, gdy nadejdzie czas, można pozwolić sobie na niewielki relaks. Wystarczy zaparkować. Przodkiem, czy zadkiem - nieważne. I przodka również można zaparkować. 

czwartek, 19 maja 2022

Objawienia.

 

I stało się wszystko, co stać się miało. A ja patrzeć jedynie mogłem, jakie się dzieją cudowne zdarzenia, w obliczu nad wyraz ciepłej wiosny. Niecierpliwie rozkwitały na biało czarne(?) bzy i grochodrzewy, których mimo lepkiej słodyczy do dziś nie lubię - nie tylko za oszukańcze imię "akacja".

 

Chciałem patrzeć, i widzieć, i wciąż mi było mało, choć podobno widzę ciut więcej, niż sięga czubek nosa. Pani o twarzy doskonale białej z niedopowiedzianym żalem patrzyła na wskroś ludzi, konsumując pejzaż znajdujący się za ich obcą, namolną cielesnością. Patrzyłem, jak zakorkowany autobus wyprzedza kolarz o pełnym biuście i pustym bidonie. Wysiadając podziwiałem męstwo ochroniarza zbrojnego w złe myśli i broń automatyczną. Na rewersie (taką nazwą jeden z dziennikarzy określił zaplecze skąpo odzianej gwiazdki. niedomyślnym dopowiem – tyłek osłonięty aż trzema sznureczkami), pomiędzy łopatkami, kevlar dysponował taktyczną zawieszką. Czyżby po zakończeniu służby delikwent suszony był z emocji?

 

Czaple popielate bardziej niż niebo, kołują parami lub pojedynczo. Niektóre kłusują, zanurzone po kolanka w zimnej wodzie rzeczki, która sto metrów dalej zasili Rzekę. Stoi w skąpym cieniu młodego tataraku i kwitnących na żółto kosaćców wodnych. Nawet nie udaje, że przykłada się do polowania – komisariat zlokalizowany jest zdecydowanie za blisko, a uczynnych nie brakuje. Tylko ukradkiem zerka, co dzieje się poniżej tafli. A tam – wygłodniałe po zimie szczupaki ganiają drobnicę w te i na zad. Aż buty zdjąłem i zanurzyłem się po kolana. Zazdrość najwyraźniej odjęła mi rozum i skrupuły. Było pysznie. Czapla grasująca na wprost mojego lenistwa – skamieniała lepiej niż rynkowy pomnik, choć nurzała się w wodzie, a nie w uschniętym, betonowym postumencie. I przypominała wychudłego do obłędu pingwina.

 

Samoloty od świtu sieją wstęgowe chmury, które deszczu nie dadzą, aż do zaprzestania procederu, deklarującego w wiadomościach, że deszcz jest przeżytkiem. Teraz, to tylko cyklon i oberwanie chmury z obowiązkowym gradobiciem, względnie powodzią. Bo niebo przestało lubić ziemię i jej wiosenne płody.

 

Siedziałem pośród dzikiego spokoju, rozświetlanego drobnicą tokującą w głębinach zieleni. Za mną – kolejka chętnych do bliskiego spotkania trzeciego stopnia z wodą zbiegającą z górskich tajemnic. A przecież siedziałem na gołych dechach umorusanych piachem, wodorostami i ludzką bezmyślnością.


Okryte resztką złudzeń, naiwne jeszcze piersi, zawładnęły moją teraźniejszością wątłą – filozoficznie raczej, niż zaangażowaniem emocjonalnym. Starzeję się? Jak kredens babci? Mogły zaczekać chwilę, żebym uziemił bezecne myśli. Po cóż te pośpiech rytmiczny, taktowany pedałami koła zębatego? Nie można ciut wolniej?

środa, 18 maja 2022

Współczesny(?) Kopciuszek.

Kosmetyk posiadał magiczną moc. Potrafił cofnąć czas, oszukując niedoskonałość zmysłów. Poświęciła przedpołudnie dopieszczając efekt. Nie ograniczyła się do twarzy. Dziś zamierzała pozwolić sobie na frywolność, może zgoła na perwersję? Aż w niej soki wezbrały, gdy nagle odmłodniałą nagością epatowała lustro czekając wiadomości od Księcia. Internetowa randka uzgadniana była od tygodnia. Bielizna i ciuszki, którym pozwoli upaść dowolnie nisko czekały od dwóch dni na swoją chwilę. I pościel pachnąca nagietkami.

 

Jeszcze raz przeczytała ulotkę dołączoną do tubki. Producent obiecywał, że cud potrwa 12 godzin. Zaledwie. Trzeba będzie księcia wygonić, kiedy ostygnie, żeby nie zasnął - budząc się obok postarzałej nagle kochanki.


Vintage.

 

Nieco skillu i odpaliłem patefon. To taki pierwotny YouTube z okresu Młodej Polski. Zamiast klikać trzeba kręcić oldskulową korbą, a głośnik kształtem przypomina opuszczony dom jednego z bardziej toksycznych owoców morza. I na blat trzeba wrzucić winyl. Starożytny pendrive – czarny plastik zaorany gęściej niż pole pod szparagi.

Muza była adekwatna dla lamusów. Bit nietęgi, a słowa zbyt wyszukane. Chyba trącały epoką romantyzmu. Szczęściem na dzielnię nie polazłem, boby mi gębę obili. Obłęd w ciapki. Spociłem się intelektualnie. Chwalić boże dziecię - playlista była krótka. Nie kontynuowałem indoktrynacji. Szlag mi trafił irokeza - wypłaszczył się i posiwiał. Szczęściem deseń wyszedł cool.

No i nie poradziłem sobie.

 

Usiłowałem zrozumieć ideę, stawiającą w jednym szeregu: przemoc, wulgarność, dostęp do narkotyków, alkoholu czy papierosów i nagość.

 

Pośród wszystkich wymienionych, tylko ta ostatnia jest czymś naturalnym i przypisanym do człowieka trwale i nieodwołalnie. To się po prostu ma. W sobie, na sobie, ze sobą – zawsze i wszędzie. Reszta, to historie nabyte i kwestia mniej, bądź bardziej głupich wyborów ludzkich, jakich każdy może się wyrzec, czy wyleczyć (gdyby tylko chciał).

 

Dlaczego nagość budzi tyle kontrowersji? A może ktoś mi wmawia bzdurę? Celebryci wciąż szturmują granice odwagi ukazując każdego dnia centymetr ciała więcej, działając w atmosferze skandalu.

 

Dlaczego piękno nagości jest złem?

Ekstrakty cz.61

 

Ogłoszenie drobne.

        Zgubiono niezbyt mocno wyeksploatowaną pamięć. Bardzo do niej przywykłem i pięknie proszę znalazcę o zwrot. Przewidziałem nagrodę i jak nie zapomnę, to ją wypłacę.

 

Apetyt.

        Wymodliłam sobie, choć z modlitwami nie bardzo mi po drodze, ale naprawdę chciałam mieć dobre dziecko. Mój mąż, to cudotwórca! Właśnie kończy pieczenie i z kuchni dochodzi nieziemski aromat.

 

Zaskoczenie.

        Jak każdej wiosny w powietrzu fruwa tak wiele drobnicy, że ciężko oddychać. Dlatego od tygodnia każdego wieczora dokładnie czyszczę nos szczoteczką do zębów. Dziwne, że w żadnym sklepie nie było szczoteczek do nosa, a tym bardziej pasty…

 

Metka.

        Po serii nieszczęśliwych pomyłek związanych z rozpoznawaniem moich pań zadeptujących do imentu mediolańskie wybiegi modowe – postanowiłem je wszystkie oznakować. Trwale i bez silenia się na skromność. Wzrok już nietęgi, a konkurencja jak krople wody, dlatego tatuaże musiały być duże i jednoznaczne.

 

Wyczynowiec.

        Przyszedł wyraźnie zaaferowany, pokazując imienne zaproszenie na doroczny maraton i roztaczał wizję rychłego zwycięstwa. Z jednym płucem nie miał żadnych szans – pożyczyłem mu własne, odbierając solenne przyrzeczenie, że odda zaraz po biegu. Dotrzymał słowa i teraz to ja ledwie zipię ze zmęczenia.

wtorek, 17 maja 2022

Ekstaza.

 

        Oczywiście, że musiało trafić na mnie. Ilekroć zdarzyć się miało coś spoza zakresu „rzeczywistość” – każde uniwersum potrafiło znaleźć drogę do mojej naiwności i opanować moją głowę, sprawiając, że znajomi tubylcy wraz z rodzinami pukali się po głowach nie bacząc, że echo z wewnątrz mówiło raczej o ich ograniczonych możliwościach, niż o mojej nadwrażliwości.

        Nim świt nastał nad naszą jedyną Ziemią, byłem już stracony. Porwany przez siły obce, bezwzględne i zbyt zaawansowane psychotronicznie, abym zdołał stawić opór. Zrobiłem co w mojej mocy – zemdlałem i pogrążyłem się w mimikrze, udając zwłok niegodny uwagi.

 

        Obcy świat śmiał się ze mnie jakoś tak sympatycznie, niezłośliwe i absolutnie bez wrogich podtekstów. A może tylko mi się zdawało, bo bardzo chciałem żyć?

 

        - Te! Kanciasty! – głos wydawał się być nieomal macierzyńskim – Rusz się wreszcie. Cały dzień chcesz przeleżeć na twardym wyrku?

 

        Nie szło dłużej udawać, więc otworzyłem oczy. Tutejsza rzeczywistość była niezbyt oczywista. Pośród geometrii, do jakiej przyzwyczaiły mnie miasta mojego świata toczyły się kule. Każda w innym rozmiarze i kolorze. A głos, który skłonił mnie do otwarcia oczu… wydobywał się z kuli o popielatym, raczej stonowanym kolorze. Usta mieściły się tuz przede mną, jednak czasami zastępowały je uszy, nos, albo jakieś inne, nieznane mi zakończenia.

 

        Wszystko w tej istocie było dziwne. A najbardziej – wymienność zmysłów i sposób poruszania się. Kula wchłaniała gdzieś do wewnątrz zakończenia zmysłowe i po prostu przetaczała się na inne miejsce, odtwarzając cień twarzy tam, gdzie popadło. Ależ mnie kusiło, żeby namalować takiej kuli piegi markerem, żeby sprawdzić, czy naprawdę potrafi mieć wszędzie twarz i czy inne kończyny, albo organy potrafią wynurzyć się z tego samego miejsca na powłoce.

 

        Szara kula rechotała i jawnie trzymała się za brzuch, jeśli kule mogą taki brzuch posiadać. Zanim zadałem pytanie – zdołała się zatoczyć i wielokrotnie obić o jakieś sprzęty, które zakwalifikowałem jako meble.

 

        - Naprawdę nie wiesz? Czy tylko udajesz? – rozbawiona kula ocierała się z potu o pionowa odmianę ręcznika albo firany – przestań być taki sztywny. Pokulaj się ze mną, to ci pokażę nasz świat. Przecież widzę, że jesteś obcy. Kanciaści rzadko się tu trafiają. Musiałeś mieć baaaardzo obły sen. U was nazywa się to chyba oceanem, ale ciężko uwierzyć, że cokolwiek może się tak nazywać O-Ce-An! Ohyda!

 

        Kula najwyraźniej cierpiała, jednak szturchała mnie boczkiem, zadem, czy może trącała nosem perkatym?

 

        - Dawaj, pokulamy się ku przyszłości. Pokażę cię znajomym. Będzie niezła zabawa!

 

        Wybór był raczej ograniczony, a moja ciekawość aż kwiczała, żeby zwiedzić miasto kulistych istot. Po drodze dowiedziałem się, że kula z kulą… hmmm nieco się zarumieniłem, ale one, gdy znajdą pasującą do siebi istotę – trącają się niby przypadkowo, nieco chroboczą wewnętrznie, a kiedy nikt nie patrzy chwalą się organami. Tymi intymnymi też, ale to tylko te najbardziej niecierpliwe. Te dobrze wychowane pokazują raczej czubek nosa, względnie językiem sprawdzają powłokę napotkanego okazu.

 

        - Tam! – Szara kula pokazała palcem co może nie jest zbyt grzeczne, za to jednoznacznie wskazuje kierunek. Zrozumiałem od ręki, że w przypadku kuli pojęcie „po prawej” jest kompletna abstrakcją. „Tam”, zrozumiałem bezbłędnie. I nawet nie potknąłem się o jakąś ławicę malutkich kulek we wszystkich możliwych odcieniach zieleni.

 

        - Nie dziw się! – Szary kulisty towarzysz wyprowadził mnie z transu – Dzieci wszędzie są takie same chyba. Pałętają się i nie boją niczego. I śmieją się bez końca, albo zadają dramatycznie trudne pytania. W twoim świecie jest inaczej?

 

        - N,nie – leciutko się zająknąłem – u nas też dzieci dokazują, ale my mamy ich zdecydowanie mniej.

 

        - Nie szkodzi – z filozoficznym spokojem odparł Szaraczek – Widać natura nie potrzebuj Was więcej. My dopiero się rozwijamy. I szpaki (cholery jedne) nie pozwalają przetrwać populacji we właściwym jej rozmiarze. Potrafią z gniazda wyjąć nawet dziewięćdziesiąt procent narybku.

 

        - Nasze szpaki żrą czeremchę i czereśnie. Dzieci raczej nie tykają…

 

        - Macie szczęście – westchnęła kula – nasze są niezwykle łapczywe i owoce mają w pogardzie.

 

        Okazało się w trakcie rozmowy, że kula napotykając inną ociera się, obija, sprężynuje, a nawet podskakuje – wyrażając emocje, jakich sam już dawno nie pamiętam. Ciężko jest kłamać skacząc, czy trącając brzuszyskiem tego naprzeciw. Samo słowo „kłamać” kulom zdawało się prześmieszne, a jego znaczenie pozbawiało je kompletnie tchu. Co bardziej żywiołowe potrafiły się przebarwiać, albo okazywać kilka organów jednocześnie. Szary wspomniał, że kopulacja jest zjawiskiem powszechnym, gdyż gdzieś muszą zakumulować nadmiar energii zyskanej w trakcie tych rubasznych potrąceń. A było ich naprawdę bez liku – ja czułem się obity aż do kości  i tylko patrzeć, kiedy sińce zmienią moja skórę w tęczę bólu. Szaremu chyba nic nie dolegało poza czkawką ze śmiechu narodzoną.

 

        Zatrzymaliśmy się u rodziny kulistego przyjaciela na jakiś kompot z nie wiadomo czego. Smaczny, nieco kwaskowaty, jednak gaszący pragnienie. Jego rodzice mieli barwę popiołu – ojciec jaśniejszy, a matka nieco ciemniejsza. Bracia i siostry różniły się od siebie średnicami i odcieniami. Nie wiedziałem, że szarość jest tak zróżnicowana. A jednak. Żadna ziemska kobiet Anie byłaby w stanie wymyślić nazwy tych niuansów. A potem poszliśmy na miejscowego grilla, albo dyskotekę – nie rozpoznałem zachwycony barwnym korowodem kul – wszystkie cieszyły się i tańczyły w rytm niezbyt zawiłej melodii – ot, lokalne discopolo.

 

        Zjadłem coś płaskiego i przyprawionego pikantnie, popiłem ambrozją o wysokim stężeniu wszystkiego, czego zabrania świat medycyny i poczułem się hippisem w za ciasnych spodniach. Kulista niewiasta (dotychczas mam nadzieję że to była niewiasta), wybarwiona na dojrzałą wiśnię trącała mnie niedwuznacznie, więc poszliśmy w tany. Do pierwszego potu. Do pieszczoty angażującej nawet podświadomość. A potem Szary znikł z pola widzenia, zastąpiony żądzą wiśniowej namiętności, szukającej egzotycznych uniesień.

 

        Obudziłem się wykończony emocjonalnie i fizycznie. Oklapły, jak po spełnieniu. Ostrożnie sprawdziłem męskość - była na miejscu. Obolała, zużyta, rozmemłana do cna. Pod pachami odkryłem wiśniowe malinki. Na pośladki bałem się w ogóle zerknąć. Na wszelki wypadek trzy dni nie wstawałem z łóżka. A kiedy wreszcie uniosłem się ponad prześcieradło – przywitał mnie… Szary.

 

        - Nawet nie zapytam jak było – sapnął wyraźnie ukontentowany własnym dowcipem – przecież mam oczy!

Prasówka cd.

 

1. Wspinaczka na Olimp

        Szerpowie nie są już analfabetami o silnie rozwiniętym zmyśle przetrwania i trwających w epoce handlu wymiennego. Dzisiaj bywają agresywnymi biznesmenami, potrafiącymi wykorzystać technologię, choćby po to, żeby obnażyć słabostki bogaczy, których stać na myto, żeby móc się pochwalić selfie ze szczytu świata. W oknie pogodowym musi się zmieścić onych milionerów cały tabun, więc idą niczym niewolnicy – spięci na krótko jedną liną trzymaną przez poganiacza stada. Bydło. Po prostu. Jest cudnie!

 

2. Incydent kałowy.

        Zachwycił mnie ów konstrukt i nie byłem w stanie powstrzymać się przed zapoznaniem się ze źródłową wiedzą, odkrywającą tajniki zdarzenia. Tymczasem pani zeznająca przed sądem nie była w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy prześcieradło małżeńskiego łoża osobiście ozdobiła efektem przemiany materii własnej, czy może wymagała wsparcia jednego z przyjaciół domu. Ba! Sugerowała nawet, że za prapoczątkiem ohydnej insynuacji może stać jeden z dwóch psów, uwielbiających kalać przemianą materii steraną nocnym bojem małżeńską pościel.

 

3. Euforia

        W Indiach gorączka (uspokajam - nie krwotoczna) opanowała robaczki świętojańskie. Eskalują w erotycznej ekspresji, osiągając stadnie skalę makro – każdego roku potrafią oświetlić leśny rezerwat tygrysów ciemną (podobno) nocą! Ciekawostką jest, że pigment pozwalający beztrosko świecić się zadkom owadów nazwany został LUCYFERYNĄ! Czyżby Bóg zaprojektował świat tak, aby w nocy panowała kosmiczna ciemność, a szatan kontratakuje zastany mrok światłem?

 

4. Status quo.

        Ciężko o prasówkę odległą od pieniądza. W Meksyku lokalne władze sugerują walkę z kroczącą rześko drożyzną poprzez uprawę przydomowego ogródka pełnego warzyw i owoców. Każdy może pokusić się nawet o ekologicznie czyste źródło błonników, witamin, czy co tam z ziemi może wyrastać. Dla odmiany Australia równolegle wprowadza ustawowy zakaz hodowli warzyw na użytek własny, widząc w tym źródło patogenów szkodliwych dla ludzkości i roznoszących zarazki/wirusy/bakterie.

        Gdyby sytuacja zmusiła Cię do ewakuacji z Ojczyzny – rozsądnie wybieraj kierunek emigracji. Nie będzie łatwo! Nigdzie! Lubisz jarzynkę?

 

5. Ojcowskie poświęcenie.

        Okazuje się, że matka, to nie całe dobro świata, jakie trafia się potomstwu. Zdarzają się OJCOWIE! I to niebagatelni! Jest taki, co na własnym grzbiecie ewakuuje SETKĘ dzieciarni na bezpieczniejszy brzeg. Autor nieśmiało wspomina niewierność ojca owładniętego koniecznością reprodukcji, który rozsiewał nasienie hojniej, niż czynił to siewca Wyczółkowskiego. Siedem-osiem partnerek w sezonie? Koran pogromcom innowierców obiecuje siedemdziesiąt dwie żony i osiemdziesiąt tysięcy służących płci pięknej. Z każdą ejakulacją chwaląc Pana na wysokościach – żyć można (trzeba?) wiecznie na chwałę stwórcy.

        - Widzisz to zuchwały gawialu?! A może zdążyłeś już pożreć chrześcijanina, czy żyda gdy uśmiechasz się kpiąco? Wiem, wiem! O sekretach alkowej syte koguty nie rozmawiają nigdy.

 

6. Wstyd, że to gaz ogrzewać musi europejską zimę?

 

        Polityk z polskimi korzeniami, europejską teraźniejszością i dyplomatyczną premedytacją, by nie dać się wyślizgać z siodła, oficjalnie zadaje trudne pytanie, wiedząc, że do zimy wciąż brakuje kilku miesięcy. Ale przecież w głosowaniu sejmu/senatu/połączonych izb/referendum – nie można zimy odwołać, skreślić z artykułów ustaw albo obłożyć embargiem. Kalendarz przyrody dyktuje własną nadrzędność unijnym urzędnikom nad lokalnymi aspiracjami kacyków, nim dowolna rzecz się uda. Czyżby Wielkie, Światowe Gremium – strach budząca Ósemka/Dwudziestka pozwolić miałaby na cierpienia własnych wyborców, omijając ogrzewaniem dalsze numerki zaścianka? Trzeba być romantykiem, żeby pokładać aż tyle wiary w niezależność i sprawiedliwość społeczną sztucznych tworów, które od początków skorumpowanego istnienia usilnie domagają się indywidualnych przywilejów z tytułu wkładu własnego, unikalności lokalnej kultury, historii, smaku, położenia, czy budżetowego zaangażowania w podział wspólnej kasy.

        - Zaiste – czas najwyższy zająć się wreszcie własną gospodarką i mieć w dupie cudze pragnienia. Gruba kreska odetnie nas od zewnętrznej zuchwałości. Mogło być zdecydowanie taniej, jednak rurociąg źródla ma nie po tej stronie Ziemi. Amerykański gaz? Norweski? Arabski? Żaden nie zdoła osiąść na mieliźnie cenowej rodem z Syberii. Ale! Czas wzmocnić kurs amerykańskiej waluty – płaćmy książętom pustynnym, potomkom błękitnokrwistych Beduinów, którym busola najwyraźniej sprzyja i im właśnie teraz wieją wiatry przychylne.

 

7. Potyczki globalne.

        Wydawać by się mogło, że konkurs na głosy pozostanie rozstrzygnięty za sprawą smaku wyrafinowanych melomanów. Jak grom z jasnego nieba zaczynają eskalować polityczni popaprańcy, niesłusznie skazani, a nawet zwycięzcy. Nieprawdopodobne, jak bardzo może się różnić odbiór talentów w oczach wysublimowanych ekspertów i jak dalece odbiegają od Vox Populi – czyżby (jedni, albo drudzy) wyrośli z disco-polo? A może urodzili się wysoko ponad kiczem? Oby szermierka słowna za pośrednictwem sieci nie przerodziła się w konflikt nuklearny.

 

8. Dywagacje.

        Jeśli ktoś/coś „prawie” pokonuje system, ideologię, przepisy lokalne – kto jest wygranym, a kto zbierze piętnaście pasów na gołą pupę? „Nie dokazuj miły, nie dokazuj” – śpiewał nieżyjący już Mareczek z rodu Grechutów.

 

9. Tsunami piłkarskie?

        Gibki siedemnastolatek (z wyglądu młody Bóg we własnej skórze) był łaskaw publicznie proklamować własne preferencje seksualne. Świat zadrżał i przeżył prawdziwy szok! Niczym zdawały się przy tym bieżące wojny, „złote piłki względnie złote buty”, galopujące inflacje i przepisy zniewalające ludzką zaradność – ważne, że nikomu nieznany, anonimowy gówniarz zdecydował się uchylić przed kamerami rąbek kołdry (i pośladków) spacyfikowanych przez bliżej nieokreślonego ONEGO! Drżyj świecie! Nadciąga Apokalipsa! Jednak nie wcześniej, niż młodociany wypełni obiecujący kontrakt przyszłego piłkarza, bo każdy wie, czym grozi zerwanie umowy sponsorskiej. Niech tęczowy anus przetrwa nawałnicę umownych zapisów i dożyje emerytury bez nadwyrężeń, AIDS, czy posługi prawnej.

 

10. Reklama.

 

        Z kategorii bajek nieomal – dawno temu ściągnąłem ku sobie Ad-blocka, żeby uwolnić się od terroru niechcianych i nigdy niezamawianych ofert z wielkiego świata. Cóż – operator, chwalący się misją, pasją i koniecznością – regularnie popełnia nadużycia i „prosi” mnie o rezygnację z darmowej usługi na rzecz własnego zysku Prośbę podpiera szantażem związanym z ograniczeniem dostępu do profesjonalnych (ponoć) treści stworzonych z miłości do nieznanego czytelnika – Ja? Bez ograniczeń, ankiet i abonamentu - zapraszam do czytania płodów własnych każdego, komu czas i ochota pozwolą na podobne marnotrawstwo życiowej niepowtarzalności i reakcję na małe życie niewielkiego człowieka. Gdybym znienacka dorósł? Ad-=blockowi sprzyjam już od dawna - szkoda, że nie eskaluje i nie uwalnia mnie od natłoku pomysłowości reklamodawców. A oferta zarobków zaciemniających reklamami zawartość prywatnego bloga? Nie dla mnie. I mam nadzieję – nie dla Ciebie.

Wybacz mi Panie dzikość dzieci moich (Twoich?).

 

         Pośród nocy spowiadam się przed okiem księżyca, gotów na niewymuszoną pokutę:

 

         - Pisklęta lekceważą mnie. A jednak wyrosły, pomimo mnie, pracowicie nieobecnego.

 

         Całe, niedojrzałe życie, dawały sobie radę. Bez instrukcji i złośliwych uwag. Bez korygowania kursu i popychania w nadmierną aktywność, by sprawić przyjemność otoczeniu rozkwitającym talentem. Robiły swoje, jak umiały, z rzadka ograniczane uwagami, bo tylko kretyn potrafi zakazać tego, czego nie jest w stanie kontrolować.

 

         - Pochlebiam sobie bezczynność? Być może –historia osądzi.

 

         Pomagałem, ilekroć potrzebowały wsparcia. Znikałem, kiedy go nie chciały. Cieszę się cyklicznymi sukcesami docierającymi co jakiś czas.

 

         Są naprawdę mądre -  nie nadużywają mojej energii!

poniedziałek, 16 maja 2022

Ekstrakty cz.60

 

Daremna przezorność.

        Na czarną godzinę trzymałem garnitur czarniejszy od nocy i koszulę krochmaloną, żeby w godzinie próby nie wyjść na dziada. I wyszczotkowane lakierki, na których słońce potrafiło skrzesać niejedną iskrę.

        A teraz przyszedł pryszczaty młodzik z pepeszą i iść każe. Bez walizki. Pod mur za rogiem…

 

Trening czyni mistrza.

        Plaga żebraków stanowi ozdobę wielu polskich deptaków, portali zabytkowych kościołów, czy schodów na bulwarach nadrzecznych. Warto przyglądać się ścieżkom obdartusów, bo doświadczenie może okazać się przydatne. Następną mutację stanowić będą zapewne szabrownicy. Cud gospodarczy nie potrwa wieczny.

 

Wspinaczka finansowa.

        Dawno już zapomniałem o sezonowych owocach, rarytasach z dalekiego świata, potrawach wyrafinowanych, podanych na tacy przez kelnera w pięknym uniformie. Ugrzęzłem w promocjach, okazjach i przecenach nadpsutych wiktuałów. Groźny wzrok z telewizora beszta mnie, przypominając że VAT musi wrócić!

 

Naturalny wybór.

        Nie przyznam się, że chuda ekonomia wymusiła bolesny wybór, kładąc na szali leczenie chorego zęba, albo zakup środków przeciwbólowych wystarczających całemu ciału na miesiąc. Rozum zaprotestował przeciw szlachetnej idei uratowania czarnej owcy kosztem przetrwania reszty. Przecież nie jestem Bogiem.

 

Samotnik.

        Zamknęli mnie w czterech ścianach pustego domu, żebym bliskim kłopotu nie sprawił samą obecnością. Na dwa lata zatrzasnęli drzwi, podpierając je mnóstwem strachów i rygorów. Najpierw zapomniałem jak smakuje towarzystwo, potem czułość, choć każdej nocy tuliłem coraz chudszą poduszkę.

Prasówka cd.

 

        Mam wrażenie że żyję w krainie absurdu, ilekroć zacznę czytać oficjalne wieści z frontu. Dziś pozbawiła mnie tchu informacja, jakoby bezczelność Rosjan posunęła się tak daleko, żeby po raz kolejny podstępnie ukąsić nasz umiłowany kraj. Twierdzą, że trzydzieści laboratoriów biologicznych od lat skrycie robiących doświadczenia nad Bóg wie czym, korzystając z amerykańskich dotacji zostało w przededniu wojny ewakuowanych z terenu objętego „operacją specjalną”. Jak się okazało – wojna nie była zaskoczeniem dla nikogo poza plebsem – wielcy wiedzieli i nawet uprzedzali kogo trzeba, dlatego ewakuację toksycznej zawartości można było przeprowadzić bez zbędnego chaosu, czy ataków paniki w trakcie wrogiego nalotu.

 

        Gdzież można było bezpiecznie ewakuować zarazę? Raczej nie do sponsora, bo kto wie, jak brzydkie rzeczy potrafią się zerwać z uwięzi. Lepiej patologie składować możliwie daleko od własnych salonów. U nas potrafi bez wieści zaginąć ekonomia, bogactwa naturalne i rozsądek, a co dopiero jakieś tam wirusy, niedostrzegalne nawet przez babciną lupkę. Trudno o lepszą stajnię Augiasza. Wystarczy zachwyconą braterskim zainteresowaniem Wielkiego Brata zza oceanu elitę polityczną poklepać po pleckach i obiecać resztki z własnego militarnego śmietnika za miliardy dolarów (żeby taniocha nie przewróciła głupim sojusznikom we łbach), a sami zaopiekują się kukułczym jajem z pieczołowitością Matki Polki.

 

        Barbarzyńscy Rosjanie tymczasem oskarżają nas twierdząc, że Polski Instytut Medycyny Weterynaryjnej maczał paluszki w tym procederze. Jak dementuje autorka oburzona perfidią niecnej insynuacji – taki instytut nie istnieje. Nie przeszkadza jej to w kolejnym zdaniu przytoczyć wypowiedzi szacownego pracownika w randze profesora zatrudnionego w Instytucie Medycyny Weterynaryjnej z siedzibą w Toruniu, który odniósł się do sprawy, potwierdzając oficjalną współpracę z Ukrainą, resztę pieszczotliwie nazywając bełkotem.

 

        Oburzające! Każdy, kto ma w głowie odrobinę oleju dostrzega różnicę i absurd podobnych podejrzeń. Ja, mimo braków w wykształceniu, natychmiast odkryłem różnicę – Instytut nie jest polski! On tylko jest zlokalizowany w Polsce! W krainie wszechobecnej tolerancji i pobłażliwości dla rzekomych „zachodnich” inicjatyw. Nieładnie sobie poczynasz rosyjski generale, oj nieładnie! Jakie to szczęście, że zatrudniamy czujną redaktorkę serwisu informacyjnego.

 

        Oczywistą oczywistością, jest, że skoro nie ma u nas Instytutu, to tym bardziej nie ma plugawych, przesiedleńczych laboratoriów, że o podejrzanych wirusach ledwie napomknę!

Świergocząc i gruchając radośnie - nurzam się w wiośnie.

 

        Dyżurny kos, zamiast na bocianim gnieździe śpiewać pobudkę – poszedł na wagary. A może zaczyna zmianę dopiero za dwadzieścia minut? W winoroślach drą się wróble. Gołębie stoją niczym pomniki na okolicznych gzymsach. Jerzyki piszczą w nowo zasiedlonych gniazdach przylepionych do górnych krawędzi okien. Szpakowate zastępy roją się gdzieś pośród czubków brzóz. Niegroźnie ranne słońce biega po widnokręgu i zagląda ludziom w oczy.

niedziela, 15 maja 2022

Ekstrakty cz.59

 

Przezorny.

        Poza zasięgiem zębów głodnego owczarka, z wysokości parkanu liczyłem czereśnie w cudzym sadzie. Te najwcześniejsze, na wpół zielone jeszcze. Podarłby mi spodnie niechybnie, jednak szpaki szybciej dopadły drzew, ogryzając je do ostatniego owocu.

 

Zapobiegliwy.

        Lepiłem kule, głuchy na świat judzący każdego przeciw innemu. Wiedziałem doskonale, co w końcu zdarzyć się musi. Formowałem je w domowym tygielku i utwardzałem, skrupulatnie sprawdzając, czy pasują do wnętrza lufy dziadkowego obrzyna.

 

Wyrozumiały.

         - Bestia – krzyczałaś do mnie, gdy kopniakiem łamałem żebra zdziczałemu psu – bezduszny morderca!

        Potem, w półmroku przygasającego ogniska, cichutko ogryzałaś kosteczki, okrywając zawstydzone skrupuły cieniem dojrzewającej nocy.

 

Nieufny.

        Mówił, że zaoszczędzę, kusił, że zarobię. A przecież wiecznie namawiał mnie na wydawanie fortuny. Pewnie głupka chciał ze mnie zrobić, naciągacz jeden!

 

Zagubiony.

        Nie raczyła uwierzyć w mój zachwyt, kiedy zachłannie scałowywałem z jej ciała bieliznę w zaciszu sypialni. Wiecznie gderała że jest gruba i pomarszczona, że tylko ślepcowi spodobać się może, aż zawzięła się i schudła mi na złość chyba. I sam już nie wiem, czy lepiej odejść, czy oczy sobie wyłupić?

piątek, 13 maja 2022

Wściekłość.

        - Czy Ukraińcy zbiegli do Polski, to naprawdę zaszczute przez Rosję istoty, z podkulonym ogonem zwiewające przed koszmarem wojny? Wciąż OBCY? A może to okupanci, nowi obywatele, jutrzejsi „SWOJACY”? Albo nowa Rasa Panów? PESEL już mają, przywilejów tyle, że sarmacka szlachta kipi gorączką w grobach, a żyjący w biedzie tubylcy pokornie ustawiają się w kolejce do dowolnego lekarza, przepuszczając „uprzywilejowanych” bez słowa skargi. Wybory (chyba) kiedyś będą… Im później – tym gorzej, bo uprawnionych do głosowania przybywa każdego dnia, a tutejsi uciekają dokądkolwiek, jeśli tylko potrafią odnaleźć bezpieczny port daleko stąd. W moim Mieście nikt już nie kontroluje biletów w komunikacji miejskiej, bo podróżni mają więcej paszportów, niż wydano kart miejskich, pozwalających płacić nieco mniej mieszkańcom, których podatki łaskawie zasilają kasę lokalnego samorządu. Boję się, a strachów rośnie we mnie coraz więcej. Czytanie wieści z najbliższych okolic pozbawia mnie złudzeń – zostałem skazany i odmówiono mi prawa protestu. A celebryci rodem ze zwycięskiego Wołynia coraz zuchwalej drą mordy głosząc hasła ichniego rozumienia tolerancji – jeszcze Polaczek będzie mi buty czyścił.

 

        Oby na moich dzieciach/wnukach żaden z nich nie ćwiczył się w demonstracjach, jak za Bandery wyglądał „Polski Orzeł”. Takich mamy braci, jakich sobie wybraliśmy – a mówią, że „rodziny się nie wybiera”. Mogliśmy być mądrzejsi. Mogliśmy… kurwa!


czwartek, 12 maja 2022

Konsumując czas.

 

        Wystarczy odrobinę chcieć, żeby dostrzec to, co zwykle umyka, bo zbyt małym się zdaje, żeby głowę zawracać pośród zawieruchy każdorazowych dziejów.

 

        A tu mamusia z trójką narybku (w tym jedno przytroczone chustą do biustu) ścigała autobus, na który wyszła odrobinę za późno. Dzięki uprzejmości kierowcy – zdążyła, a ja zdążyłem dostrzec spożywczą plamę ozdabiającą jej spodnie na wysokości wybieganych pośladków. Ileż samozaparcia mieć trzeba, żeby w taki dzień wystroić się w czarny prochowiec? Na sam widok jakaś postronna niewiasta zaczęła wzmacniać organizm napojem energetycznym, inna łapczywie zassała kawę przez eko-słomkę z papierowej tytki. Wyjrzałem przez okno, a tam dorodna matrona dyrygowała własnym marszem z wielkim zapałem i wprawą zawodowca. Czym wobec tego być mógł śpiew dziewuszki dzierżącej rozbrykaną hulajnogę pod niezbyt ciężkim butem?

 

        Złotokapy oszalały i budzą nawet kaprawe oczka ludzi zapyziałych od trudu istnienia. I rzepak dołączył, paląc kres widnokręgu płomieniem gorącym niemal jak słońce. Podglądam lokalny Manhattan, wijący się w ukropie remontu czując, że traci deptak sławny w Mieście równie długo, jak w Sopocie molo. Most – jeden z najpiękniejszych w Mieście także przechodzi właśnie zabiegi pielęgnacyjne. Rusztowania wspięły się powyżej łuków kratownicy która być może straci swój słoneczny blask na rzecz hołdu przeszłości. Przed gmachem głównym Politechniki, na ławeczkach z widokiem na Rzekę, trwają debaty w sprawach ważkich dla świata i absolutnie pierwszoplanowych. Gorączkowe, lecz pozbawione wrogości. Ignorujące otoczenie, pośród którego piękno kobiet wzrasta raptownie, multiplikowane ich zachwytem, jaki wzbudzają znienacka sennie kołyszące się na leniwej fali barki turystyczne, uwiązane do jednej z wielu miejskich marin.

 

        Patrzę, jak pod spoconymi klonami i dziurawymi od apetytu dzięciołów wierzbami mknie cyklistka w bluzeczce, której biel tak doskonale przykleiła się do jej figury, że tylko podziwiać ideał kształtu. Jednak pan, w spoconej koszulce z termoaktywnych materiałów, właśnie zajechał na śmierć swoje mięśnie i zamiast biec z wdziękiem – drepce koślawo, zgięty niczym paragraf i absolutnie nie dostrzega mijającego go piękna. Na bulwarach wygrzewa się każdy, kto tylko zdoła. Studenci i emeryci, zakochani wczoraj zaledwie i ci, którzy dopiero pojutrze poczują miętę. Nikomu nie przeszkadza letarg nadrzecznej knajpy z rozrzuconymi między drzewami leżakami i stołami zbitymi w naprędce z palet po materiałach budowlanych. Wszyscy wsłuchują się w gwar ptasich treli z drugiego brzegu, gdzie człowiek jeszcze nie zdołał wyprofilować przyrody na własną modłę.

 

        Rozglądam się i wciąż nasycić nie potrafię, a Miasta przede mną całkiem spory kawał jeszcze. Wtedy dostrzegam siniaczka w kształcie włoskiego loda – tego kręconego, który ścieka śmietaną aż po łokcie, kiedy nosiciel nie przykłada się do lizania. Idę, a odpoczywający na chodniku gołąb kompletnie mnie ignoruje, choć niemal na ogon mu nadepnąłem. W szuwarach na brzegu świergoli tercet wirtuozów i najwyraźniej tęskni za kimś kim nie jestem. Wreszcie dostrzegam jednego osobnika, lecz bez wsparcia wszechwiedzącego Internetu nie potrafię przyszpilić śpiewaka. A tu okazuje się, że to był po prostu trzciniak! Kto nie słyszał – niech spróbuje, bo wiele ma do powiedzenia.

 

        W kazamatach podziemnych przejść stygnę z euforii. Oglądam niedoświetlone dzieła artystów z kręgu graffiti i tych, którym miano artysty najwyraźniej utkwiło w gardle kością blokującą oddech. Zdobywam szczyty tolerancji – malować nie potrafią, ale sentencje głoszą zastanawiające. Pierwszy krwią lakieru wygłosił tezę, że Bóg jest kobietą, nie siląc się na przeprowadzenie postępowania dowodowego. Drugi był zapewne cynikiem, gdyż jego spostrzeżeniu nie sposób zaprzeczyć – MARTWA NIE URODZĘ!

 

        Chwilę potem, wieloryb komunikacyjny wyrzygał szkolną wycieczkę, którą mijałem szerokim łukiem, gdy zamierzała tyralierą szturmować rynek, pod dowództwem kolorowych motyli, w sukniach długich, zwiewnych i niebanalnych. Trafiam wzrokiem na murzynkę, która niedostatek upierzenia uzupełniła pięcioma kilometrami sznura w barwie nieortodoksyjnej bieli, zwanej bodajże kolorem kremowym, dyskretnie modyfikującym jej karnację.

 

        Bluzeczki coraz częściej przypominają nieco bogatsze w materiał biustonosze, a facetom zdarza się eksponować wypukłości górnej części ciała w sosie własnym, czyli saute! Nie każdy lubi. A już na pewno nie piegowaty żołnierzyk w króciuteńkich spodenkach, ze zwartymi warkoczami sięgającymi ud i czapeczką maskującą nastoletnie myśli cieniem niedopowiedzenia. Jeśli zmieniła klimatyzowaną przestrzeń galerii handlowej, na szatkowaną wizgiem pociągów nachalność dworcowej poczekalni, musiała mieć powód więcej niż banalny. A kto wie, czy nie kluczowy.

 

        Potem było już łatwiej – jakaś pani, która najwyraźniej zapomniała dorosnąć, wyszła na spacer (zakupy?) w klapkach z futerkiem i w okularach przeciwsłonecznych. Mijała dwie nastolatki pogrążone w elektronicznych dyskusjach. Instynktownie, w sposób dla mężczyzn niezrozumiały, obie poczuły jedną potrzebę w tym samym momencie – zerknąć na monitor przyjaciółki, przed kontynuacją sieciowej szermierki. Dalej? Klikały już nie udając, że są niezależne i samorządne.

 

        I pomyśleć, że to jedynie szczyt lodowej góry, jaki się trafił właśnie mi przed południem. Dziękuję. I oblizuję się na „PO”!

środa, 11 maja 2022

Konsylium.

 

        - Można głosić dowolną herezję, byle utrzymać się w siodle – napoczął spotkanie Pierwszy Pośród Największych, protekcjonalnie puszczając oko do Kapłanów Zagłady – Grunt, to grzmieć i straszyć. Przypominać. Im bardziej toksyczna myśl, tym większa szansa, że pospólstwo nie udźwignie ciśnienia i klęknie ponownie.

 

        - Dług – kontynuował – Dług stanowi doskonałe słowo, żeby odebrać rezon plebsowi. Dług zdrowotny, jaki już zaciągnęła ludzkość… Ten dług trzeba będzie spłacić.

 

        Niemal smarował język słowami, jakby to była kromka chleba grubo pokryta pachnącym masłem, a Kapłani nadstawiali uszu. Im przecież służył czas zagłady. Taplali się w bagienku, jak dzikie świnie w borowinach i upaśli się tak, że nie wiedzieli, który profil zademonstrować przed narodem.

 

        - Ale… – najwyraźniej jeden był nieco mniej oszołomiony nagle utraconymi apanażami i resztki logiki kołatały się pod kopułą – No przecież ten dług, to nic innego, jak efekt słuchania herezji pierwotnej. Gdyby nie nasze działania, nie byłoby długu. Sami stworzyliśmy sytuację, w której brak dostępu do podstawowej opieki powalił wielokrotnie więcej osób, niż zaraza. I faktycznie zaniedbania dwóch lat są nie do naprawienia dla niektórych, innym odbierając jedynie cząstkę nadziei i parę lat życia.

 

        - No, no, Szanowny Kolego – zripostował Naczelny Szarlatan – Pan sobie nie pozwala, bo za chwilę wszyscy będziemy musieli wypełnić zeznania podatkowe i upublicznić je przed motłochem. Tu trzeba myśleć perspektywicznie! Rozwojowo. Twórczo nawet. W zaufanym gronie mogę mówić otwartym tekstem. Nie musimy się o nic martwić. W razie przecieków zawsze możemy wytrzeć gęby Centralą. Świat na nas patrzy i trzeba się wykazać. A jeśli coś pójdzie nie tak, mamy WYTYCZNE. Rozumie Pan, Kolego? WYTYCZNE!

 

        Kolega wiercił się, jakby owsiki, albo inne sumienie gryzło go w tkankę pulchną, zlokalizowaną na zapleczu organów twórczych. Najwyraźniej wątpliwość raz posiana zdążyła zakwitnąć niepewnością, jak chwast pod płotem i ciężko było ją wykorzenić, mimo zaawansowanej demagogii.

 

        - A poza tym – Naczelnik postanowił sprowadzić go do parteru – Wieść nieoficjalna głosi, że jesienią wrócą dobre dla nas czasy. I będziemy mogli grzmieć, że uprzedzaliśmy, że było to do przewidzenia i zmarnowaliśmy całe miesiące na bezczynność. Nie ma obawy. Taka, czy inna zaraza nadejdzie, bo przecież nie darmo tyle ludzi się po świecie pałęta i roznosi Bóg jeden wie co i od kogo. Farmacja również nie śpi – takie piękne słupki wzrostu miałyby się nagle urwać? Nie do pomyślenia dla akcjonariuszy!

 

- Nie przejmować się Szanowne Panie i Panowie – zakończył, rosę perlistą ścierając z czoła maseczką ochronną – Głosić Słowa Zagłady do szczęśliwego zakończenia. Do roboty. Inflacja rośnie, ceny też. Trzeba myśleć o wypłacie, żeby za rok nie zdechnąć w kolejce państwowej kasy chorych i godziwie zapłacić komuś za ewentualną diagnozę, czy leczenie.