czwartek, 30 czerwca 2022

Niesłychane!

Starsza pani pachniała herbatnikami z odrobiną wanilii, a młoda dziewczyna w czarnych pończochach niechlujnie pozaciąganych, umordowanych przedzieraniem się przez chaszcze, albo coś w tym stylu miała na twarzy udrękę, jakiej nie dał rady ukryć mocny makijaż. Tylko zbuntowana nastolatka uzasadnić potrafi, dlaczego w tak upalny dzień ubrała coś ponad konieczność. To nie mogło się podobać.

 

Deptakami drepczą pogrążone w czułości wewnętrznej przyszłe mamy, na wszelki wypadek dogrzewając dłońmi nienarodzone pisklęta. Ukrainka, w biustonoszu z krótkim rękawem na prawej nerce miała wysmaganą skórę na wzór dużej, czerwonej litery Z. Zorro grasuje w Mieście? A może inwazja rosyjska sięgnęła już nas? Pan z długimi włosami i kolczykami w uszach założył na głowę chustę, chcąc upodobnić się do brodatej kobiety, ale przebraniem nie zwiódł nikogo. Za to młodziutka nastolatka pomiędzy nieczytelnymi siniaczkami, na piszczelu miała bardzo okazałe serduszko. Minąłem kobietę, której nawet idealna czerń nie była w stanie wyszczuplić, więc pod powierzchnią odzieży czaiły się przepiękne łuki. Faceci tak nie potrafią – pomyślałem. Oni paskudnie wybrzuszają się wokół pępków, ewentualnie dorabiają się szeregu dodatkowych podbródków.

 

Na przytulonym parkingu ogryzającym park z resztek tlenu minąłem furgon śląskiej firmy budowlanej, straszącej perwersyjnym hasełkiem na masce: Wykończymy was solidnie!. Na świeżo odrestaurowanej elewacji jakiś barbarzyńca zostawił filozoficzne przesłanie: Kochaj życie skurczybyku! Wokół pełno kobiet tak mocno ściągających włosy na czubku głowy, jakby zamierzały w ten sposób poprawić rysy twarzy. I balkon ocieniony odważnie czerwoną flagą, gdy sąsiednie balustrady dźwigają ciężar przyjaźni polsko-ukraińskiej i polsko-gruzińskiej.

 

Potem było już znacznie dziwaczniej. Z okna autobusu dostrzegam sobowtóra Jotki. Szła w stronę Bastionu Sakwowego z jakąś zamaszystą i obfitą niewiastą, która półtoralitrową butelka po mineralnej dyrygowała damskim wszechświatem. Czyli – widzieć mnie nie mogły, zahipnotyzowane Miastem i butelką tworzącą przestrzenne, nietrwałe obrazy. Widzenie zapłodniło zakamarki umysłu – bo przecież sobowtórzycę Pani Frau widuję regularnie na przystanku autobusowym, każdego dnia w innej odsłonie. A własny awatar znalazłem wymalowany na filarze wiaduktu drogowego na jednej z nielicznych wylotówek Miasta – dziś nieco zdegradowanej obwodnicami. Był czas, kiedy własną matkę goniłem na ulicy, a kiedy ją dopadłem – okazała się nieznajomą… wstyd i sromota Panie! – takie to Miasto!


Avanti.

 

Las zadrżał, kiedy ostępami przebiegły kebaby, okrążane ukradkiem przez gyrosy i hot-dogi. Dzień nie mógł się skończyć dobrze, bo przecież już świt purpurowym słońcem zwiastował tragedię. Gdzieś na krawędzi przytępionego wiekiem słuchu w powietrzu roiło się bzyczenie pił spalinowych, usiłujących wyczesać las z ekstrawagancji asymetrii. Puste, jałowiejące pola lśniły łachami piachu, zaraz po tym, jak ucichł szczęk łańcuchów oplatających dłużycę śmiertelnym uściskiem i wywożącym do tartaku dorobek leśnego życia. Kebaby nadstawiały ucha, pomne, że ostrożnemu uda się przetrwać nawet nagonkę. Hot-dogi trzepały ogonami o ziemię, wzbijając tumany kurzu, czasami przypadkowo uśmiercając kleszcza, bądź wesz. Wreszcie Big-mac rzucił hasło – do ataku!

Głowa do góry.

 

Nocne i poranne deszcze spłukały kosom garniturki i lśnią teraz zachwycająco, penetrując trawniki wystrzyżone na króciutkiego jeża. Za to wróble odzyskały głos schrypnięty kurzem i całymi watahami przesiadują to w tujach, to w koronach drzew uformowanych wiosna w jakieś ludzkie wyobrażenie piękna. Ciekawe, że wybierają suchą gałąź – może „wydeptały” z niej całą zieleń uporczywą eksploatacją? Gołębie, poukrywane w zakamarkach rzeczywistości gruchają, co brzmi, jakby wpadły do głębokiej studni i błagały o pomoc. Parę jaskółek krąży nerwowo między ziemia i chmurami, poszukując śniadania, jednak najwyraźniej nocna burza spłukała plankton z firmamentu więc tylko krążą przełykając ślinę. Jak ta pustułka, co w gzymsie znalazła wystarczająco miejsca, żeby przysiąść i odpocząć chwilę po kołowaniu nad rzednącymi łąkami.

środa, 29 czerwca 2022

Ekstrakty cz.70

 

Pod młotek.

W amazońskiej dżungli ekspedycja odkryła krowodrzew - istotę z pogranicza świata fauny i flory. Żywi się dwutlenkiem węgla, zwracając tlen i mleko. Chwilowo nieznane są dalsze zalety, bądź defekty istoty, jednak globalne konsorcja przystąpiły już do licytacji na wirtualnej platformie handlowej.

 

Zawiść.

Podejrzewani o spisek szlifierze diamentów z Antwerpii wypierają się związku ze śmiercią peruwiańskiego indyka żywiącego się nieoszlifowanymi kamieniami i zwracającym brylanty szlachetnie przycięte nieznanym dotąd szlifem. Zachodzi uzasadnione podejrzenie, że indyk został brutalnie zagłodzony.

 

Rolnik śpi, a plony rosną powoli.

Zapotrzebowanie na reprezentacyjne jednorożce zaprzęgowe przekroczyło możliwości ferm hodowlanych. Oczekiwanie na rasową czwórkę, przyuczoną do ciągnięcia karet rytualnych przekracza już dwie dekady. Deficyt nie zmniejsza się, mimo osiągania horrendalnych cen na czarnym rynku.

 

Śmierć chlebodawcy (i chlebobiorcy).

Rabunkowa eksploatacja jedynej złotonośnej kury doprowadziła do jej zgonu, ku trwałej rozpaczy właściciela. Ostatnie złote jajo cesarskim cięciem wydobył nadworny chirurg, jednak szanse, aby z jaja wykluło się złotodajne pisklę są bardziej niż mizerne.

 

Ciche drony.

Militarne sukcesy wyszkolonych batalionów nietoperzy obserwowane są z wielką uwagę przez firmy wywiadowcze na całym świecie. Spływają oferty hurtowe, oraz konkretne pytania o zasięg, czy zakres akcji bojowej. Wojsko tymczasem prowadzi tajne prace nad rozszerzeniem śledzenia zwiadem podwodnym.

Ekstrakty cz.69

Z ostatniej chwili.

Strajk generalny w zakładach produkcji deszczu i śniegu. Negocjacje dotyczące stawek roboczych za godziny nadliczbowe i długość stroju służbowego stanowią kluczowe problemy zaistniałego kryzysu. Nieoficjalnie wspomina się również o mobbingu ze strony władz niebiańskiej firmy.

 

Apel do mieszkańców.

Zuchwała kradzież drapacza chmur w centrum miasta. W biały dzień grupa zamaskowanych sprawców porwała najwyższą z wizytówek miasta wraz z lokatorami, wywożąc łup w bliżej nieokreślonym kierunku. Wszelkie informacje dotyczące lokalizacji wieżowca, bądź sprawców należy zgłaszać w dowolnym urzędzie.

 

Wstyd.

Do niecodziennych zdarzeń dochodzi w M. wskutek sezonowego uderzenia gorąca wzmocnionego efektem cieplarnianym. Po parkach i ulicach bezwstydnie paradują golasy. Wprawdzie ekologicznie są czyste, choć ociekają potem, jednak naruszają szereg norm moralnych, a służby daremnie apelują o rozsądek.

 

Rys historii.

W masywie Gór Sowich archeolodzy zatrudnili specjalnie tresowane krety do wyłuskania nieznanych dotychczas podziemnych korytarzy kompleksu Riese. Zwierzęta w pancernych kubrakach i ze szponami wzmocnionymi tytanem dokonują pierwszych, próbnych przekopów. Nadzieje na sukces są więcej niż iluzoryczne.

 

Śniadanie na trawie.

Firma eksperymentalnej hodowli smoków-bonsai na wyspie Hokkaido świętuje dzisiaj setną rocznicę założenia. W ramach obchodów odbędą się całonocne pokazy zimnych ogni, i szturmowe przeloty całych eskadr smoków. O brzasku, na kulminację święta zostanie zbiorowo pożarta ostatnia japońska dziewica.


Nim skwar zabierze oczom ostrość widzenia.

 

Młodziutka kobieta o pięknie opalonych udach i słomkowych włosach przykucnęła obok swojego pieska – nie, nie! Nie na siku. Grzebali w ziemi. Niby razem, a osobno. Pies najwyraźniej wywąchiwał coś z kępki trawy, a dziewczyna usiłowała zachęcić go do aportowania. W ten lepki poranek pies z pogardą patrzył na patyk, choć dziewczyna nie rzucała na jakieś kosmiczne odległości. Kompletnie ignorował zarówno patyk, jak i wysiłki pięknej pani. Gdzieś na horyzoncie rozjazgotały się już kosy spalinowe, ktoś inny grabi beton parkingu, gołębie pohukują matowo, jak zakurzona, basowa kukułka.

wtorek, 28 czerwca 2022

Dylemat prawiczka.

 

Przymierzałem się od dawna i nader skrupulatnie. Czyhałem, poszukując zdarzeń przychylnych i tych, które mogły skomplikować precedens na jaki zamierzałem się porwać. Podsłuchiwałem miliardy ognistych słów, jakie kierowałaś nie tylko do mnie:

 

- Śpię sama, a okien nie zamykam, bo „gorąc wielki w sobie mam” – a niedyskrecje podpierałaś wielokropkiem tak namacalnym, że co wrażliwsi dostawali gęsiej skórki, a najbardziej zaciekli doznawali ekstazy PRZED projekcją konsumpcji.

 

Widywałem cię nagą, księżycowym wzrokiem węsząc bezwstydnie każdej nocy, gdy tylko uchylone okna dziewiczej sypialni skrzętnie rozwinęły chętne ramiona.

 

Czułem się podle, lecz nawet skażony autoerotycznym śluzem sądziłem, że udźwignę prawdę:

 

- MUSZĘ! Z tobą!

Letnia determinacja.

 

Powiedziałaś:

 

- Nie!

 

- Twój czas, będzie moim. Jesteś ze mną, więc WSZYSTKO, co Twoje, pozostać musi NASZYM!

 

Świat nie odkrył dotąd argumentów wystarczających, bym zwalczył podobną ekspresję, a przecież... byłem zaledwie marzycielem, każdej nocy tonącym w autoerotycznej otchłani pustego łóżka. Łykałem ślinę, słuchając złotoustych argumentów.

 

Wiedziałem od urodzenia, że jestem głupi, a Ty, bezkreśnie piękna. Wiem też, że PRAGNĘ, choć zalotnie i niejednoznacznie dłubiesz między wargami, jakby liść szpinaku wdarł się między zęby.

 

 -Nie wiedziałem, że lubisz szpinak – chciałem wyszeptać z otchłani nieśmiałości, ale mnie powstrzymałaś:

 

- Nie dręcz się tak zawzięcie. Weź mnie wreszcie, nim skrzepnę w upale!

Mętlik w głowie.

 

Gość powstrzymany czerwoną falą niecierpliwie przebierał odnóżami, żeby kontynuować trening, gdy obok, chude dziewczę dokarmiało się monstrualnej wielkości słodką bułką. Wystrzyżone na wzór saharyjski trawniki straszą pylicą i tylko powoje rozdziawiają białe, głodne kielichy kwiatów. W jednoosobowej kolejce, przed jeszcze zamkniętą poradnią profilaktyki raka szyjki macicy, niepewnie trwa siwowłosy. I sam już nie wiem, czy płeć błędnie zidentyfikowałem, czy pies mu się zapodział w nieskończonościach świtu. Czarne Madonny z niepokalanym wdziękiem zaszczycają pięknem spocone, miejskie rewiry, a liście lip wreszcie nie muszą odwracać się srebrzystą, dolną stroną liściowej blaszki ku światu, by przetrwać południowe upały. Mniejszości seksualne manifestują coraz zuchwalej własną butę i niszczą sterane czasem elewacje, głosząc hasła, na jakie większość się nie porywa. Ciągle nie potrafię zrozumieć, dlaczego tajemnice alkowy alternatywnych zwierząt, żyjących w marginalnym świecie, w jakim Darwin był autokratą, depczącym atawistyczne instynkty - MUSZĄ być MOIM PROBLEMEM. Ja nie skarżę się publicznie na jakość współżycia, ani nie chwalę się nocnymi sukcesami, bo intymność i manifestacja, to (wg mnie) bajki z bardzo odległych końców wykałaczki.

 

Pod pomnikiem Kopernika rumienią się zakurzonym różem klomby, ocienione płaczem sędziwej wierzby. Dziewczyna dosiadająca roweru, wstrzymana kodeksem drogowym na moment zaledwie, pokornie wygładza gęsią skórkę, aby rozprowadzić ją równomiernie po skórze, nim zazieleni się jej szlak ku chwalebnej niewątpliwie przyszłości. Wzdłuż fosy porozsiadały się harde, małe budowy, jak strupy i liszaje na pięknie zabytkowej architektury. Kaczka, najwyraźniej zniesmaczona widokiem, wspięła się na szczyt ceglanej studzienki kanalizacyjnej i najwyraźniej planuje rytualne samobójstwo, chcąc rzucić się w otchłań skarpy, bądź toni miejskiej fosy, by utonąć demonstracyjnie za ideę czystości ducha.

 

Tramwaj skrzętnie minął piękną brunetkę, tak gęsto obrzuconą siniaczkami, jakby zamierzała zostać dalmatyńczykiem. Zaraz potem termitiery lokalnego „Mordoru” zaroiły się krzątaniną mrówek, zmierzających w mozół codzienności. Glediczie bronią się monstrualnymi trójcierniami przed niechcianym dotykiem. Kwitną katalpy nieopodal młodego tulipanowca i dojrzałego tamaryszku. Wiśniowe śliwy oddają lenny okup Bogowi Trotuarów schnących winnym aromatem obok tegorocznych szyszek wabiących wiatr w lichym cieniu żywopłotów. A kiedy mijam rozbuchany emocjami nowobogackich decydentów jednorodzinny dom, postawiony na mikroskopijnej działce, zaczynam wątpić w inteligencję właściciela, który na pojedynczych metrach ziemi posadził PLATAN KLONOLISTNY. Cymbał? Co najmniej! Takie drzewo potrafi osiągnąć w pasie rozmiar przewyższający rzut pionowy skromnego domu. A korzenie rozciągają się na szerokość korony. I żaden beton nie jest równie długowieczny. Już dzisiaj widać, że dom MUSI przegrać batalię o przetrwanie, a platan jest zaledwie niedorostkiem.

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Ekstrakty cz.68

 

Obwieszczenie.

Izba Pamięci Narodowej ogłasza patriotyczny konkurs z nagrodami pod hasłem: Wymień największego przyjaciela Polski i uzasadnij, dlaczego Ukraina! Laureaci zostaną uzbrojeni i na koszt Izby przetransportowani na front wschodni, a po ewentualnym powrocie objęci państwowym dodatkiem kombatanckim.

 

(Od)zew natury.

W związku z mnożącym się permanentnie brakiem tolerancji rasowej Rada Układu Słonecznego uchwaliła szereg restrykcji. Pakiet sankcji obejmie Ziemian presją ustawicznych burz słonecznych, aż do ujednolicenia maści wszystkich mieszkańców globusa. Opornych pochłonie ogień piekielny.

 

Rozłam.

Konsternacja w obozie władzy. Koalicja, podczas tajnych i burzliwych obrad nie była w stanie osiągnąć konsensusu w kwestiach budżetowych, a konkretnie jednej:

- Czy ostatni grosz z kasy ma pójść na ogrzewanie sejmu, czy zmniejszyć deficyt w sklepiku parlamentu.

 

Za darmo.

W ramach eskalacji życzliwości sąd najwyższy zaproponował zniesienie kodeksowych ograniczeń dla przybyszy o potwierdzonej kodem QR powojennej traumie. Aby nie doszło do nieporozumień i precedensów – prawo niebawem zostanie zakotwiczone w dacie poprzedzającej ogłoszenie o sześć miesięcy.

 

Teleportacja.

Przemożna potrzeba bycia tam, gdzie być się nie może, doprowadziła do incydentów. Wirtualnie rozpasana pani UDAWAŁA OBECNOŚĆ i dopiero czujność uczestników wykazała fizyczny niebyt udającej. Intrygujące, co jeszcze zdarza się tylko w „codziennych wiadomościach”.

Minione (ledwie co) widoki.

 

Kosy, to niezwykle ostrożne i przezorne ptaki. Kiedy dostrzegą obce zainteresowanie – bez cienia namysłu zmieniają trasę przelotu, mimo wąsów z wijących się w dziobie łupów, żeby nie zdradzić lokalizacji gniazda. Wróble uczą się podobnej mimikry, ale częściej, dywanowymi nalotami nękają niczego nieświadome kwartały, wybór drzewa pozostawiając losowi, bądź nieznanym mi przesłankom. Pani zachwycająco obfita, w kwietnej sukience biegła po bułeczki, jakby sklep mieli zaraz zamknąć, albo pieczywo podrożeć za chwil kilka. Inna, przymierzała właśnie świeżo namalowane, pomarańczowe usta, usiłując z nich wykrzesać odrobinę dziewiczego uśmiechu, bądź niezdarnych pierwszych w ich życiu słów - do tej trzeciej, co na łydce miała siniaczka w kształcie pięcioramiennej gwiazdy – lekko spuchłej od gwałtu tłoczenia w miękkich tkankach nienawykłego ciała. Dzieci kolorową kredą zaznaczają na chodniku granice wszechświatów tajemnych i trzeba dużej determinacji, żeby wkroczyć w świat, gdzie MOGĄ NIE DZIAŁAĆ ŻADNE PRAWA LUDZKIE! Ja? Tchórzem jestem od urodzenia więc mijam je z namaszczeniem. Nie lubię nadeptywać nawet szczelin w pękniętych płytach, a co dopiero granic tak agresywnie zaznaczonych – w naturze kolor jest bronią i sygnalizacją! Lepiej nie ignorować siły przekazu!

Bagienko osiedlowe.

 

Noc wystraszonym potem zbudziła mnie z sennych koszmarów i kazała wstać, nie przejmując się hipotetycznym sąsiadem, który cierpiąc bezsenność szorstką od alkoholu często wyznawał uczucia solarnej lampce wieńczącej balkonowe balustrady, albo zjeżdżalni do której za dnia się ślinił, bo małoletnie tyłeczki, którym płeć nic jeszcze nie każe, ani też nic nie zabrania, polerują do połysku, w jakim nawet słońce przegląda się z lubością.

 

Wyszedłem na balkon, kompletnie ignorując nagość. Było mocno po dwudziestej drugiej. Jakieś sześć godzin wieczności skąpanej w lękach o jakiekolwiek jutro, które mimo to wstać będzie musiało za godzinę, czy dwie żeby kawą zagłuszyć osowiałe instynkty. Wiatr (oczywiście) od razu poznał, że wyszedłem, jak mnie Bóg stworzył i przystąpił do zuchwałej penetracji.

 

- Wiadomo, natura! – pomyślałem i wcale się nie zdziwiłem, kiedy nabrzmiałem. Musiałbym być osłem, albo impotentem, żeby nie zareagować! Gdzieś na marginesach błąkała się myśl, że w takiej chwili poeta oszalałby, a kompozytor popełniłby dzieło godne geniuszu. Ja jednak, byłem jedynie przeciętnością, postawioną twarzą (powiedzmy) w twarz z bezwstydem natury. Musiałem jej ulec.

 

Szorstki, wilgotny jęzor wiatru nieokreślonej bliżej płci pozwalał sobie na coraz więcej. Nie zamierzałem poskramiać płci własnej, za odzew względem natury i pozwalałem jej na więcej i więcej, mijając wszystko, co słowa są w stanie wyrazić, aż zapłodniłem ziemię. Może nie tak, jak Onan – prozaicznie pozostałem boso na balkonie, więc zapłodniłem ledwie piędź ziemi w doniczce, po zdechłej w zeszłym tygodniu na suchoty dalii.

 

Ktoś, kto pozwala uschnąć kwiatom – nie powinien rzucać wyzwania genom. Było mi wstyd mimo, że sąsiad dopiero teraz zaczynał ogniskować wzrok lubieżny na mojej sylwetce niczem nieosłonionej.

 

- Zaspał kutas! – pomyślałem z satysfakcją – jak ja!

 

Tymczasem w doniczce działa się bezprecedensowa historia. Żywe białko przymierzało się do wielkiego żarcia, a apetytu mu nie brakowało. Wypuściło przeźroczyste macki w głąb ziemi i z premedytacją wybierało co cenniejsze minerały, albo (węchem drapieżnika) poszukiwało wysoce energetycznego posiłku w postaci larw i pędraków czających się na cud oskrzydlenia.

 

Dawno już zwiędłem i wiatr ignorował mnie, spełniony najwyraźniej i senny, kiedy w donicy kipiało podskórne COŚ. Potomstwo mną pchnięte ku życiu. Poczułem dumę ojcowską, kiedy pierwsze, głodne szpony przebiły grunt i chwyciły brzeg glinianej donicy. Kalecząc ją niecywilizowanymi szponami. Była dopiero czwarta trzydzieści i tylko ci, których rzeczywistość ekonomiczna zmuszała do uległości podnosili tyłki z pościeli, wzrok pozostawiając nadal w marzeniach.

 

- Jeść! – krzyczało pisklę, a ja trwałem jak słup w granitowym garniturku, nieświadom, czym karmić niemowlę powite tak nieopatrznie. Liczyłem na wiatr. Na wietrznicę nawet, bo przecież dzieciątko MATKI potrzebuje – nie ojca. Ojciec przydaje się dopiero wtedy, kiedy trzeba naostrzyć ołówek, albo natrzeć uszu Kamilowi, gdy ten ośmieli się na zbyt odważne zaloty i…

 

- Pić! – kwiliło życie w donicy poczęte mną mimowolnie i zdumionego bardziej niż Bóg, gdy życie zaczęło pokazywać różki. W donicy zieleniał żółtodziób – rozwrzeszczany, bezwstydny i zachłanny. Egoista świata poza własną potrzebą niewidzący.

 

Popatrzyło na mnie z wyrzutem, jak sąsiad, któremu parę dioptrii dodanych do stetryczałego wzroku uzmysłowiło moją swawolę nocną i właśnie trawił niezbyt rzutkim umysłem to-co-dostrzeżone. Ja również trawiłem, choć pisklę darło pysk, głośniej, niż kodeksy stanowią – wszak nocna cisza trwać miała aż po brzask ciągle odległy.

 

Nie było wyjścia – wyrwałem chwasta, bo nie znalazłem delikatniejszej metody skłonienia go do choć odrobiny pokory i społecznych zachowań! Do zachowania miru ognisk domowych i dobrosąsiedzkich minięć w drodze do osiedlowego śmietnika, czy sklepiku. Nie każdy wystarczająco dojrzał, by zostać ojcem bezstresowo wychowującym dziecko.

piątek, 24 czerwca 2022

Ekstrakty cz.67

 

Pościg.

Pani podejrzewana przez organy o ukrywanie waginy zostanie najprawdopodobniej objęta międzynarodowym listem gończym. Goniec jest już w drodze, bo to młodzieniaszek, bardzo wyrywny i łasy, żeby rzeczoną waginę wyzwolić na chwałę publicznego osądu.

 

Orzeczenie z komentarzem.

Pan, uporczywie obnażający się przed grupami małoletnich, gromadzących się w osiedlowej piaskownicy wyrokiem sądu został skazany na dożywotnie zesłanie na Alaskę. Tam, tylko szaleniec obnażyłby się dobrowolnie, narażając się na kaftan bezpieczeństwa, bądź nieodwracalne odmrożenia.

 

Instrukcja prowadzenia wojny.

- Gwałcić, palić i szabrować. Inaczej żadna ofensywa skutecznie nie zasieje strachu w szeregach obrońców. Przynajmniej takie są wyniki ankiety zrealizowanej przy wsparciu wyszukanych tortur.

 

Ogłoszenie.

Poszukiwana krew, dowolnej grupy, byle nie zanieczyszczona nikotyną, alkoholem, czy innymi toksynami. Mile widziane, żeby dawcy powstrzymali się od spożywania czosnku i noszenia srebrnej biżuterii. Krew zasysał będzie fachowiec z wielowiekowym doświadczeniem i apetytem.

 

Zawodowiec.

Starszym paniom, cierpiącym na dolegliwości trzeciego wieku oferuję wsparcie. W lokalu klientki odnajduję „zapodziany majątek” i drogocenności po przodkach, bawiąc przy tym pikantnym dialogiem i spożywając domowe wypieki. Potrafię zagospodarować dowolnie małą rentę, nie gardzę groszem z portfela.

Kozak na zakupach.

 

Postanowiłem zostawić w domu przynajmniej trzy tuziny nóg – nie miałem czasu na wiązanie tych wszystkich sznurowadeł, a skarpety – w cudowny sposób znalazły drogę ku wolności i w szufladzie permanentnie ich brakowało. Niby były jeszcze te w koszu z brudną bielizną, ale coś tam skisło i ewoluowało życiem tajemnym, więc wolałem się nie zbliżać.

 

Ostatecznie – zabrałem na drogę coś około szesnastu kończyn, w tym dziewięć górnych. Wiało i podejrzewałem, że będę musiał przytrzymać tupecik, co wiecznie się odklejał w bardzo niezręcznych momentach i kieckę, żeby nie świecić tyłkiem. Przy siedmiu odnóżach dolnych, trzeba było dobrze wyważyć pośladki i zsynchronizować ich kolebanie z arytmią wielokroku.

 

Już w drzwiach okazało się, że jednak będę musiał zostawić jedną z nóg, bo butów nie wystarczyło – pewnie dzieciarnia wychodząc wzięła moje, bo im się nie chciało własnych szukać po kątach. Machnąłem ręką, a kiedy odpadła – zrezygnowałem i z niej bez żalu. Już na schodach przepakowywałem balast tyłka, żeby poprawić stabilność przemieszczania się na sześciu, a nie siedmiu nogach.

 

Z tego wszystkiego zapomniałem się ogolić i szczeciną porastałem od stóp do głów – znaczy do głowy, bo tę miałem w skromnie pojedynczej liczbie. Jeszcze tego by brakowało – z siedemnastoma głowami oszalałbym niechybnie, a schizofrenia wydawałaby się najlżejszym z możliwych wyroków. Wystarczyło, że musiałem tą jedną pilnować rozbrykania kończyn, które najwyraźniej dojrzały do samoświadomości i realizowały cele niezależne od reszty ciała.

 

Na schodach machałem impulsywnie wielokrotnością ramion do jakiejś nieznanej mi bliżej sąsiadki, która widząc moją żywiołowość zarumieniła się, pączkując i uwypuklając się tu i ówdzie, niczym fala monsunu. I wtedy właśnie, gdy zastanawiałem się nad uspokajającym ukłonem powitalnym – rozwiązała się sznurówka jednej z tenisówek. OCZYWIŚCIE – natychmiast przydepnąłem ją niezgrabnym kulasem i wyrżnąłem na pysk.

 

- I skończyło się „kozaczenie”!

czwartek, 23 czerwca 2022

Najpierw wścieklizna.

 

Podobno „mój" komputer – zignorował mnie kompletnie po raz kolejny i wybrał dialog z panem bilem z ameryki, przedkładając jego potrzeby nad kaprysy swojego prawnego właściciela, co postawiło pod znakiem zapytania sens płacenia za ten produkt pełen dziur i wad . ZAWSZE byłem na drugim miejscu – najpierw bil, a dopiero w wolnych chwilach – ja. Jedyną i trudną po podważenia przewagą bila nad konkurencją jest fakt, że jego programy zdominowały świat oficjalny – prywatnie spokojnie przeżyłbym bez pana bila, jednak miałbym kłopot, dzieląc się codziennymi sensacjami z publiką. I to ostatni powód, dla którego trwam i trwać muszę przy amerykańskim bilu. Linux obsługuje te same użytki taniej, sprawniej i zabiera mniej pamięci operacyjnej, sieciowej przestrzeni i archiwizuje pięć ton więcej, jednak z promocją sobie dotychczas nie poradził równie dobrze, jak na przykład „Kubuś”, „Łomżunia”, czy dopochwowe tabletki na intymne infekcje promowane w porze obiadowej. Fuj!

 

Ale – dość narzekania, bo mogło być gorzej (np: kupa po pachy z premedytacją serwowana PRZED drugim daniem). Miasto opanowały młode kobiety o nogach uśmiechających się tęsknie do popołudniowego słońca, we wwszystkich, typowych dla Miasta miejscówkach. Piękne te odnóża i pocą się jakoś dyskretniej od moich – może dlatego, że pachną cytrynową odżywką/kremem/pudrem/maseczką/cholera-wie-czym-zazdroszczę!

 

A jeśli w transporcie publicznym, na siedem kobiet przypada jeden facet, to na pewno nie jest przypadek. Wymieranie plemników? To fakt niezbity. Być może nasienie stanowi ślepą ścieżkę ewolucji i mądrzejsza część populacji, wolna od spazmów spermy potrafi sobie poradzić solo? Dawno już żyje z myślą, że szczury, karaluchy i kobiety (bez urazy) są w stanie przetrwać nawet najazd cyborgów i każdy facet rozpłacze się wcześniej, od wymienionych powyżej.

 

W tramwaju przeżyłem (ledwie) atak nastolatek w czerni pomimo temperatur sięgających saharyjskiego zenitu) i nawet zamierzałem powołać pod broń resztki zmurszałej odwagi i zapytać, dlaczego w taką pogodę czerń jest obowiązującą barwą umundurowania, kiedy niewiasty, zapewne przeczuwające najgorsze) – wysiadły masowo i gremialnie. Szczęśliwie, zaatakują inne osiedla i współczuję tambylcom, gdy sam smaruję bułkę masełkiem, żeby z odrobiną pikanterii skonsumować cudowne ocalenie, kiedy żar opadnie popiołem na świat.

 

Opalone łydki, często nosiły ślad kolizji z cywilizacją, jednak ja zachwyciłem się starciem delikatności niewieściej z liściem wierzby płaczącej - no proszę… to tak można? Od dzisiaj nawet patrzeć postaram się delikatniej! Obiecuję!

 

Jechałem dalej i czytałem promocyjną cenę ręcznie grawerowaną w papierze czerpanym z Makro, albo z podobnego zsypu. Czereśnie – nie dość, że dwucyfrowo ocenione, to jeszcze powyżej minimalnej nadwyżki. 29 złotych za kilo? Ratunku! M0oże tramwaj przetnie cenę na niezależne fragmenty i wreszcie pozwolę sobie na rozpustę i rozwolnienie PO?

 

W klimatyzowane wnętrze wagonu usiłują przedrzeć się szwadrony owadów zmęczonych upałem. Tłuką od zewnątrz, nie bacząc na straty własne. Dziewczę, w sukience zdobionej niebieską kratką udawało swoją własną córkę, wołając ją do siebie bez widocznych skutków, poza rumieńcem zażenowania. Na koniec pani uzbrojona w wielkie, przyciemniane okulary i pierścień z brazylijskim opalem popija źródlaną wodę z plastikowego źródła, w uniesieniu grając różowo pomalowanymi pazurkami u stóp koncert słowiczy. Gdyby nie wrodzona skromność – zacząłbym wtórować, niczym fala oceanu kolaborująca zarówno z wiatrem, jak i grawitacją. Baaardzo pikantny trójkącik. Nam chyba zabrakło do tańca trzeciej nóżki. Albo fantazji. Poszliśmy w różne strony, choć z tego samego portu.

Świętokradztwo.

 

Wtedy właśnie poczułem siłę, żeby wetknąć palec w najbliższą konstelację, powstrzymując księżyc. Blady, nikomu niepotrzebny, świecący cudzym blaskiem, gdy na wpół ślepi lokatorzy Ziemi beztrosko spali po znoju dnia.

 

- I co mi z tego, że księżycowi nie pozwolę taplać się w nieskończonościach kosmosu?

 

Swędział mnie paluch, z którego zakurzona powierzchnia księżyca wypijała resztki wilgoci. Tylko patrzeć, jak pęknie mi naskórek i będę ssał palec, niczym ziemski osesek.

 

Nie godzi się kalać doskonałości skazą na wizerunku. Hejtem dotykającym fizycznie, w obliczu tych-co-przy- nadziei. Twarzą przed tymi, co poza nadzieją… żadna cena nie będzie nadmierną. Więc warto krwawić dla zbłąkanej owcy?

COŚ.

 

    Statystycznie dziwne dzieje się na tej stronie i trwa toto niemal od miesiąca. Zamiast „zwyczajowych” odwiedzin na poziomie 30-150 – powtarzających się w miarę regularnie – statystka czerwca oszalała i sugeruje zaskakujące zainteresowanie treściami na poziomie 800-2000 dziennie. Czyżbym coś przegapił? Najwyraźniej maszyny wirtualne knują jakiś spisek przeciw mnie. Nie wiem, czy bać się mam, czy cieszyć. Dlatego proszę -

 

- Postaw X w anonimowym komentarzu jeśli pragniesz mnie ukamienować.

 

- Postaw Y, jeśli wolisz zastać mnie żywym.

 

- Z zostaw dla tych, którzy mają mnie „gdzieś”, ale nie życzą mi nic złego, ani dobrego.

 

- Jeśli jesteś wirtualną inteligencją SI – podpisz się Q – łaskawie proszę…

 

- Mniejszościom, płciom dotąd niezdefiniowanym i oportunistom – proponuję grecką omegę –ω, jednostkę oporu, choć niewielką, kształtem przypominającą kobiece krągłości, to przecież znaczącą, tym bardziej, że zamyka alfabet, niczym Charybda, stanowiąca drugi koniec widnokręgu dla Scylli.

 

- Jeśli pominąłem jakąkolwiek mniejszość etniczną, duchową, czy dowolnie zdefiniowaną indywidualność arabską, proponuję -

 

- Zwolennikom kwitnącej wiśni w obliczu własnej ignorancji - mogę zaproponować dowolny znak w kanji – i tak nie potrafię ich prawidłowo nazwać w języku MOICH tubylców, a co dopiero rozczytać znaczenie. Będę wspierał się cyfrowym tłumaczem.

 

- Ludom, czującym etniczną niezależność i niechęć do wszystkich OBCYCH nacji – kłaniam się z szacunkiem i zrozumieniem proponując znak krzyża/gwiazdy/ sierpa z młotem, bądź bez, albo czegokolwiek, co trwale definiuje oną odrębność – niechby polską siedmiokropką, nie mającą wiele wspólnego z napływową , azjatycką biedronką.

 

Uczciwie wyjaśnię, że usilnie będę się starał wykryć pochodzenie chwilowego powodzenia, albo kompletnie je zignoruję.

 

- # zostawiam dla tych, którzy MUSZĄ COKOLWIEK ZAMANIFESTOWAĆ. U mnie? Po hasztagu – można, chyba, że zamierzasz obrażać moich gości – wtedy bez żadnej litości skasuję bałwochwalcze ukłony i inne insynuacje.

 

- Ach! Jest jeszcze dla pozostałych, nie mieszczących się w żadnej ze skromne zaprezentowanej gamy definicji – nie cierpię wstęgi Moebiusa– naprawdę. I sam już nie pamiętam, za co…

 

Więc – jeśli nie jesteś maszyną – proszę – postaw DOWOLNY ZNAK POD POSTEM, że to nie nagonka WSZECHWIEDZĄCEGO, tylko TY – z krwi i kości CZŁOWIEK PŁCI DOWOLNEJ! Stać Cię na podobną łaskę? W dowolnym języku świata? W ten sposób, być może… poprawisz komuś humor - na drugim końcu galaktyki. Fale elektromagnetyczne i promieniowanie gamma trwają w przeświadczeniu, że koniec wszechświata ich nie dotyczy. Ludziom jakoś to nie wystarcza.

 

-Hej! Jesteś tam? To się odezwij!. Inaczej ta zabawa straci sens!

Zdumienie

Nie jestem łatwy. I nie zamierzam. Nie wystarczy mnie oprószyć solą i doprawić szczyptą pieprzu dla pikanterii. Nawet w gorącej wodzie - staję okoniem i wierzgam. Potrafię plunąć słowem i uderzyć tam, gdzie nikt się nie spodziewa. Jestem złośliwie żylasty i pełen niedopowiedzeń stających w gardle kością/ością/pestką/ czy kulą ognia.

 

Bronię się jak potrafię, choć szpony mam ucywilizowane i obcięte tak, żeby żaden paragraf nie był w stanie pokusić się o kwalifikację czynu: „atak bronią białą”.

 

- Białą? Białą, to mam tylko d… przepraszam – pupkę. Chyba… bo dawno nie zaglądałem na zaplecze, ale lato dopiero przede mną, a Chałupy daaaleko!


Ekstrakty cz.66

 

 

Dżuma lamparcia.

Eksperci alarmują (taktycznie nie zdradzając genezy wiedzy tajemnej), że tejże jesieni, nastąpi zmasowany atak na Ziemię dżumy odzwierzęcej. Zarażenie (dobrowolne, bądź przymusowe) wystąpi po odbyciu stosunku z lampartem. Ponieważ ludzkość pożąda stosunków, więc pandemia dosięgnie niemal każdego!

 

Klechdy domowe.

Niektórym dzieciom rodzice czytają przed snem, albo opowiadają historię ich rodu. Pozostali, skazani są na telewizyjne komiksy, które w piktogramach upraszczają życie do dwóch stanów – pożądanych przez chwilową władzę, albo „społecznie nagannych”. Wiadomości słucham z rosnącym niesmakiem.

 

Kozetka psychoanalityka.

Dziewczęta, opętane szóstym zmysłem, atawistycznym instynktem, nie radzą sobie z rzeczywistością, która skrzeczy, głosząc sprzeczne komunikaty. Dziewczęce dusze odpowiadają echem, widząc rozpasanie absurdów nie mieszczących się w głowie. I zadają naganne filozoficznie pytanie: „dlaczego?”

 

Paradoks bankiera.

Gość w sukience animował mi nieśmiertelność, jeśli życie spędzę na kolanach, ignorując wszelką radość z ekonomii. Palcem Pomazańca nakreślił piekielne kręgi słabości ducha i upiorny cień raju, gdybym jednak pokonał wszelkie zasieki pokus. Czyżby niedoskonałość nie miała dostępu do Wszechmogącego?

 

Życie „po”.

Ziarnko po ziarnku, zbierałaś zakwitające krople spełnienia z moich pleców i pośladków, dotąd drżących w gejzerze uniesienia. Sięgałaś wargami wszędzie - tam, gdzie dotąd sięgała jedynie woda z prysznica, a twoje głodne, szukające soczystych pereł usta szeptały mantry w tajemnym języku:

- Kocham!

Letnie (gorące?) porno.

 

Rozpiąłem guzik. Najpierw jeden, a po dojrzałym namyśle – drugi. Potem, było już łatwiej. Trzeci i kolejne… poszły za ciosem, aż wreszcie poły koszuli wiatr wyszarpał spod ciut za luźnych spodni. Ten wakacyjny, co więcej daje pieszczoty, niż kancer. Zuchwale zdjąłem koszulę, żeby się nacieszyć pieszczotą bezimienną.

 

- Mało! – szepnął wiatr, tarmosząc nogawki spodni i usiłując wśliznąć się w tajemnicę stworzenia.

 

Potem? Był już tylko obłęd. Wiatr pozwalał sobie na więcej, wciąż nienasycony, prowokował do eskalacji. Nim się opamiętałem – stanąłem nagi przed światem, a wiatr lubieżnie kąsał zakamarki, nie czekając na przyzwolenie. Nierozważnie rozwarłem uda. Wiatr wykorzystał to niezwłocznie…


Mnie wykorzystał!

środa, 22 czerwca 2022

Prasówka cd. Chłopski rozum(ek).

 

Ratunku! Nie wiem, co się ze mną dzieje. Czytam i czytam i pojąć nie mogę o co chodzi:


- Ci barbarzyńcy Putina dopuścili się kolejnej zbrodni – zbombardowali plażę, na której opalali się niewinni Ukraińcy wraz z dziećmi. Czyli jak to jest? Wojna, czy kanikuła? Zginęła (podobno) jedna osoba w morderczym ataku bombami kasetowymi. Przypominam sobie repertuar kin i teatrów otwartych miesiąc temu w Kijowie, albo kolejki do rejestracji kupionych w Niemczech aut na preferencyjnych warunkach celnych wprowadzonych w maju, gdzie byli ci waleczni – zamiast toczyć boje z najeźdźcą – masowo przekraczali polską granicę li tylko w celu zajęcia miejsca w ogonku do magistratu kijowskiego.

 

- Bohaterowie „likwidują” wrogów tysiącami, a larum podnoszą, gdy w rewanżu zostanie „bestialsko zamordowany” jeden obywatel, który w życiu nie zdążył się pochwalić na instagramie, że koktajlem Mołotowa, albo doniczką z pelargoniami popełnił czyn chwalebny, godzien bluzy w kolorze khaki i tygodniowego zarostu na użytek mediów. A mimo takich dysproporcji w stratach – każdego dnia władze kijowskie apelują i wymuszają wsparcie, bo jeśli nie… to wy wiecie – złe przyjdzie do was, bo my dzisiaj za was i slava bohatyrom rodem z Wołynia!

 

- Jeśli nie wiesz, to podobno „nasz rząd” zamierza zalegalizować ludobójstwo Bandery, jeśli tylko kult głoszony będzie z ust naszych nowych braci i sióstr. Niechby tak Niemiec spróbował – byłaby kolejna światowa, bo przecież – gestapowcom nie darowalibyśmy na pewno!

 

- Prasa grzmi we wszystkich (poza rosyjskim) językach o eskalacji podstępnych działań Rosji. O szantażu energetycznym, o domniemanym głodzie w Afryce w wyniku konfliktu i działaniu z premedytacją kraju potępionego nawet przez Anioły z zachodniej flanki firmamentu. Ale ta sama prasa chwali się, że odcięła wschód od dostaw wszystkiego, a kto wie, czy nie czegoś więcej. Skąd więc zdziwienie, że po kilku miesiącach „pobłażliwości” Wschodu - Zachód spotkała riposta?

 

- Sankcje, dotkliwe, choćby po naszym trupie! Zawzięci tokują i licytują, kto więcej. Zakazać, nie pozwolić, bojkotować. Tymczasem rosyjska ropa, zamiast płynąć dla kilkudziesięciu milionów europejczyków – płynie do kilku miliardów chińczyków i miliarda hindusów. Gaz też. Za miesiąc, może dwa – kwestia nord-strimu będzie już tylko opowieścią stetryczałych polityków. Lepszy amerykański gaz łupkowy za wściekłe pieniądze, niż rosyjski za grosze? Być może. Trzeba tylko przekonać tych, co zarabiają mniej od uciekinierów – oni (podobno) wrócą do siebie, kiedy tylko reszta świata urządzi tam raj na ziemi porównywalny z tym, co mają tu – świadczenia w gratisach, żarcie/spanie/utrzymanie i grosz na rozpustę plus turystyczne all inclusive na koszt rządu – który jak wszystkim wiadomo nie zarabia, lecz wydaje więcej, niż ściągnie z tubylców w postaci wszelkiej maści podatków. Dla swoich zabrakło, ale obcym – ptasie mleczko i ukłon, z zapytaniem czym jeszcze możemy służyć. I to jest słowo klucz – SŁUŻYĆ!

 

- Europejskie zuchy i zuszyce prześcigają się w epitetach względem pana Orbana, bo ów raczył przypomnieć Europie, że „jest prezydentem Węgrów i ma działać na ich rzecz”. Mało tego, że ma, to jeszcze robi. Dzięki czemu dysponuje paliwami w cenach sprzed konfliktu i nie myśli, że najbliższa zima będzie zimą stulecia dla Węgrów. Dla reszty Europy – taką właśnie być może.


Wiele tego wszystkiego i nie nadążam bo jestem kretynem, płaskoziemcem, antyszczepem i onucą. ale nie przeszkadza mi to myśleć i pytać - więc jak to jest?

Bliskie spotkania III stopnia.

 

- Ładnie pan wygląda – powiedziała bezpretensjonalna pani do kogoś jawnie odizolowanego od realiów słuchawkami o wysokim stopniu tłumienia wpływów zewnętrznych. Usłyszeli wszyscy, poza adresatem. Przykre.

 

Pani niezrażona ignorancją atakowała dalej sięgając zaścianków zainteresowania – Wie pan, czy poczta? A o której otwierają? Czy Internet ma świadomość, że dzisiaj jest środa? Bo w środy POWINNA BYĆ CZYNNA od ósmej! Nie wiedziałem, jakim jadem plunie w rewanżu Internet i czy nie zacznie sarkać na peryferia interakcji, więc czmychnąłem ukradkiem. Pani zresztą też – do Biedronki – wszak, to też poczta. Kto wie, czy załatwiła niezwerbalizowane jednoznacznie potrzeby. Pan w słuchawkach odszedł jednak, pełen nieświadomości, jakie poczynił spustoszenie w libido pulchnej pani usiłującej nawiązać kontakt. Gdyby wiedział – być może ogoliłby się trzeci raz w życiu. I po raz pierwszy – zdjął… słuchawki!

Analityk w trakcie spełnienia.

 

- „Głodny sęp krążył nad miastem” – przeczytałem elektronicznego niusa, siedząc z gaciami spuszczonymi na kostki.

 

- Intrygujące... ale:

 

- Sęp głodny jest zawsze.

 

- Posiadając skrzydła - krąży, usiłując z bezpiecznej wysokości wykryć pokarm, który nie będzie zawzięcie bronił skóry, jak marchewka, albo „kotlet sojowy”. Wiadomo - krwisty befsztyk, to inna liga, niż rucola z kroplą octu balsamicznego.

 

– Że nad miastem? Tylko upośledzony romantyk szukałby spełnienia wśród piasków pustyni, gdy w mieście każdego dnia ludziska porzucają pełne talerze, czasem co zdechnie w rynsztoku, albo stetryczały układ pokarmowy wydali niestrawione łupy.

 

- Czyli - sęp? I tu właśnie ukryła się sensacja!

Tu, i teraz.

 

Wczoraj miałem nadzieję, że świat jednak powstrzymał nieprzepartą dotychczas potrzebę gnania do przodu i pochylił się nad minionym. Pani w rajtuzach i „grzecznej” sukience miała na nogach półbuciki, co w obliczu metalowych smarków komiksów dzierganych na skórze, powodzi nieistniejących w naturze barw sierści stanowiło kotwicę, na jakiej zawisłem zachłannie. Obok przedwojennej pani szwendał się młodzieniec z okazałymi „pekaesami” i chociaż krążyli po różnych orbitach życzyłem im wszystkiego najlepszego RAZEM! Nieopodal, ocieniona wiatą przystankową, dramatycznie szczuplutka pani wspinała się na palce, by skosztować warg chłopca. Miałem wrażenie, że przez igielne ucho prześliźnie się niedostrzeżona. A potem były kolejne, równie zajadłe w nienawiści do grama tłuszczu. Serię ucięła łydka wściekłej na nie-wiadomo-co dziewczynki tupiącej nóżką, bo tramwaj miał niewłaściwy numerek. A na jej łydce zakwitł siniaczek w kształcie atomowego grzyba w pełnym rozkwicie.

 

Dzisiaj nadzieja wstąpiła na ścieżkę samounicestwienia. Bo jak to tak, żeby pani na rowerze jechała w skórzanej kurtce i kapciach? Ba! Zaraz potem jechał pan (z mocno przerzedzonym, srebrzystym jeżem na głowie) korzystający z usług tego samego projektanta mody! Gdy chwilę później długowłosa, potrójna nastolatka ujeżdżała swego ogiera w długiej, kwiecistej sukni, uzupełniając strój… skórzaną kurtką i kapciami, poczułem, że świat mocno mnie przerasta. I przeraża.

 

Szczęśliwie bożodrzewy kwitną obłędnie odciągając wzrok od niedoskonałości zmysłów. I miedzianowłosa pani cieleśnie dostatnia – idąc przede mną wzniecała na chodniku małe, zakurzone tornada niebanalnym ruchem pośladków.

wtorek, 21 czerwca 2022

Zły adres.

 

m. była pajęczycą o długich palcach, jakimi wyjmowała z mojej paczki papierosa, na którego nie było jej nigdy stać. Wysoka i chudsza od kobiet mijanych każdej nocy w tramwaju przecierającym nocne ścieżki pijanego miasta, ku opłotkom pełnym cienia rubasznego i schrypniętego od alkoholu. Wtedy mówiła o sobie m. – z małej litery, ale tłustym drukiem. I chyba właśnie taką była. Wewnętrznie piękną i rozdartą tajemnymi ideami, jakie tylko w jej głowie mogły znaleźć bezpieczną przystań nie pozwalając na sen dłuższy niż półtorej godziny ciurkiem. Nikt nie klął jej tak głośno, jak ona sama. Nawet Lola, która o sobie myślała z dużej litery, za to wszelkie oznaki pogrubiania lekko uwierały ją w sumienie i obrażała się na niewerbalne oznaki poszukiwania w niej kropli nadmiernego ciała. Mimo to, gdy spotykały się na sabat, już po pierwszej lampce domowego wina z czerwonych porzeczek, których zeszłego roku nikt jeść nie chciał na surowo, Lola pierwsza wieszała stanik na klamce lodówki i kłuła wieczorną mgłę ostrymi sutkami na wpół zagłodzonych piersi. m. rozpinała swój znacznie wolniej, gdyż umysł miała zaprzątnięty niewłaściwą literą uczepioną szuwarów nad nieistniejącym potokiem, albo znakiem zapytania wyczekującym w porcie na powrót statku z korzennej wyprawy, choć przecież statek i ocean dopiero pojutrze miała wymyślić. Tymczasem ja wymyśliłem ciepłe piegi na jej dłoniach rozpinających haftki stanika. Orion – to zdecydowanie mój ulubiony wzór podkreślający niesamowitość spraw banalnych.

 

Lodówka czerpała chłodną satysfakcję z kiści biustonoszy, bo pozostałe czarownice zdążyły już nanizać własną bieliznę na klamkę, by miseczki Loli nie zwiędły z samotności. Jedna opowiadała skomplikowaną historię, w której nieznana ona z nieznanym nim spotkali obłędnych onych i wspólnie, choć osobno drążyli rzeczywistość, jak komar drąży niczego nieświadome przedramię permanentnie  uczepione do ciała pełnego słodkiej krwi. Na ogródkach działkowych bełkot pryszczatych młodzieńców szamotał się pośród skrzeczenia żab zasiedlających śmierdzącą od gnijących liści sadzawkę. Stare sztachety trzeszczały w chłodnej wilgoci zmierzchu, otulone wonią ogniska, które przestaje pachnieć, gdy tylko ostygnie. Księżyc zajrzał na chwilę przez uchylone okno, jednak ilość dymu wypływająca lufcikiem zniechęciła go do podglądania, mimo szpaleru nagich piersi wolnych od podejrzeń o seksualne podłoże zbiorowej nagości.

 

m. kompletowała właśnie bukiet swoją garderobą, najwyraźniej w trakcie procesu podejrzewając rodzicielkę o złośliwość. Przecież MOGŁA URODZIĆ SIĘ CHŁOPCEM! I zamiast wieszać biustonosz w stadzie czarownic MOGŁA PIĆ WÓDKĘ ZE SZKLANKI pod garnizonowym murem z kimś, kto każdy łyk zakąsza „Sportem”. MOGŁA DRAPAĆ SIĘ PO JAJACH. Nawet spróbowała, ale drapanie się po braku jaj było żenujące i niechlujne. Lola patrzyła lekko obrzydzona i zaintrygowana. Nawykła do ekscentrycznych zachowań m. miała właśnie zaproponować, żeby rower m. przemalować raz jeszcze. Tym razem na bordowo, gdyż m. najczęściej czuła się bordową. Czasem tylko żółkła, albo błękitniała, jednak każdy taki eksces musiała okupić tułaczką wielonocną – raz z Lolą, raz sama, innym razem w towarzystwie kolegi stanowiącego kamizelkę kuloodporną chroniącą przed napastliwością oszołomionych ziołem młodzieniaszków. Niesamowite, ile Lola miała w sobie zrozumienia i znała miliard sposobów, by wytrącić m. z wewnętrznego zawieszenia i przekierować ją na trop wulgarnej i dosadnej przyszłości składającej się wyłącznie z m., Loli i paru abnegatów, którym brody rosły szybciej, niż ustawa przewiduje. To zapewne ona wymyśliła, żeby w ruinach chatynki urządzić biesiadę, na którą nie zaproszą nikogo. Za to obgadają każdego i przeprowadzą zabiegi, mające obgadywanych obdarować solidnym pryszczem w miejscach maksymalizujących dyskomfort życia prywatnego i publicznego.


Chwilowo musiało wystarczyć gniazdo na szóstym, czy siódmym piętrze jednego z dwóch wieżowców zbudowanych dla niższych szarż wojennych, żeby nie musieli się tułać po służbie przez całe miasto o suchym pysku, narażając się na ataki wrednych kiboli, czy zaczepki pań potrafiących taryfikować orgazmy. Wszystko byłoby ok, bo przecież po ucieczce księżyca na drugą stronę widnokręgu, gdy promile pozabijały buńczuczność pryszczatych tylko narrator mógł zajrzeć przez okna, za którymi zbliżała się do dna tafla w pięciolitrowej butli, napoczętej wieczorem. Byłoby. I zapewne było, jednak zaścianek jęczał nocnymi dźwiękami, wyciem karetek, uwiązanych do szyn elektrowozów i zapóźnionych sąsiadów wracających marynarskim krokiem z imienin cioci Krysi, albo wujka Zenobiego. Na szczerbatych schodach siedział sztygar niewybudowanej kopalni i zatracał się w bezsensie istnienia. Jemu nie pachniało nic i pragnienia ograniczył do zera. Trwał. Jak liszaj na ścianie, po zeszłorocznej bitwie pomidorowej. Kradzione pomidory, nawet kiedy chybią celu – mają niebagatelną siłę rażenia, porównywalną do jajek. Jednak kraść jajek nie było gdzie, a podbieranie ich gołębiom i narażanie się na smród skonsolidowanych odchodów odbierał romantyczny urok wojenkom pod koszarowym płotem.

 

W kącie knajpki skrzętnie ukrytej w rynkowych pierzejach przed apetytem przyjezdnych kreślę na politurze blatu kręgi tłoczone kuflem nieco tylko nadgryzionym przez czas i wspominam wzór na ręcznie malowanych kafelkach w łazience. Sombrero-kaktus-ptak. Westernem cuchnęło dosadniej niż uryną. To oczywiste, że tequilla stawała się koniecznością. Sugestia była tak natarczywa, że sięgała głębi fizjologii. Oprzeć się mógł jedynie ktoś zbyt rozsądny, aby wejść do tamtejszej toalety. Rozsądek i ja, to różnoimienne bieguny jednej rzeczywistości. m. potrafiła być trzecim biegunem, co sugerowało, że świat powinien składać się z większej ilości wymiarów niż podejrzewał pijany w sztok poeta. Wtedy m. powiedziała, że idzie, albo że wraca i (być może) sprawi tym komuś przyjemność. Nie mogłem zrobić nic więcej, jak przedrzeć się przez senne opary i wyjrzeć oknem. W szkle zobaczyłem, że noc nie minęła nadaremno i zdążyłem zarosnąć nieco. Ja i mój sen poszliśmy alternatywnymi drogami. m. wybrała (oczywiście) inną ścieżkę, która snuła się w jej głowie od chyba godziny, czyli spotkać się nie mogliśmy. Noc i sen powoli blakły, więc uzupełniałem dziury pamięci, konfabulując bezwstydnie i dodając więcej niż zwykle od siebie. To i tak nie mogło nic zmienić, bo przecież m. NIGDY NIE BYŁO! To równie paskudna prowokacja, jak każda w moim wykonaniu. Tylko kafelki z sombrerem i kaktusami marnują się na ścianie prawdopodobnej rzeczywistości, bo przestało mi bywać „po drodze”.

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Relacja emocjonalna.

 

Wysoko, ponad chmurami, trwają prace na złotonośnym wyrobisku. Firmament grzmi, cierpnąc ze strachu przed lawiną. Głazów, błota, skalnej mierzwy, czy kosmicznego śmietnika przekraczającego granice atmosfery z brutalną siłą. Niżej, życie nabiera w płuca tyle powietrza, jakby zamierzało utonąć w powodzi tlenu zmieszanego w proporcjach nietypowych dla rozkołysanej atmosfery.

 

Spazmy i szlochy. Rwetes rwanych włosów ze zubożonych wieloletnim użytkowaniem głów. Kwilenie niemowląt. Pośród zachwytów nastoletnich rozwiązłości i głupot szukających rozrywek dalej, niż diabłom przyszło sięgnąć domniemaniem.

 

Tuman szarej, ciemniejącej bez znajomości kresu krwi wszechświata otumanił najbliższą okolicę, skazując ją na nieuchronną Apokalipsę!

 

Tylko stokrotki drapią bladymi pazurkami niebo prosząc o jeszcze.