Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biuro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biuro. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 sierpnia 2019

Wielka improwizacja.


Jedne z kilkorga drzwi w stalowe i zielone dżdżownice zniknęły niepostrzeżenie i na korytarz cichcem wypełzł zza nich smród. Formalina? Muchozol? Nie jestem specjalistą od masowej aborcji drobnoustrojów, więc nie udało mi się zidentyfikować bezbłędnie woni, która snuła się po korytarzach szukając wrażliwych nozdrzy. Uciekłem czym prędzej i zaaferowany pilnym projektem zapomniałem uczulić pozostałych, by oszczędniej spacerowali po korytarzach. Uciekłem jednak niewystarczająco, gdyż pęcherz upomniał się o swoje i wynurzyłem się ponownie na korytarz, gdzie woń zdołała już spacyfikować wszystkie kąty i sięgała już zapewne stropu.

W kącie (oprócz smrodu) zmieścił się spory, przeźroczysty worek wypełniony śnieżnobiałym obuwiem marki crocks, stół z podwójnym, metalowym blatem i butelkami z tajemniczą, płynną chemią. Kiedy w zadumie mijałem rzecz posłyszałem za plecami harmider. Inne z drzwi obarczonych obowiązkiem niesienia w przyszłość śladów po pierścienicach otworzyły się i na korytarzu pojawiła się Ruda prowadząc zastęp pań w różnym wieku i białych kitlach.

Czmychnąłem w otchłań męskiej łazienki, by z ulgą podumać nad pisuarem. To pomieszczenie… to było jakieś laboratorium. Pozbawione okien, pełne przeszkleń dzielących na mniejsze części sporej wielkości przestrzeń i ta cuchnąca, sterylna zabudowa. Szafy w szkle i chromie, metalowe stoły, sejfy, i wieszaki na odzież ochronną… Być może wymyśliłem to samodzielnie, jednak oczami mojej szkaradnej wyobraźni dostrzegłem Rudą odzianą w maskę pe-gaz marki buldog jak rozpylaczem unicestwia kurz, roztocza i inne równie niewielkie insekty, bo te większe dawno już wyzdychały pod obcasem. Inkwizycja współczesna.

Służbowa łazienka nie jest miejscem nadającym się do dłuższych dywagacji, a o medytacji można zapomnieć, więc wróciłem, lekko tylko przyspieszając na wysokości brakujących drzwi. Zapewne ulga, że dotarłem bez strat własnych sprawiła, że znów milczeniem okryłem swoje oblicze i nie podzieliłem się odkryciem z nikim. Stanisław nie był tak delikatny.

- Coś cuchnie! – wygłosił komunikat zanim zamknął za sobą drzwi, co spotkało się z karcącym spojrzeniem pani Kasi, która nie mogła przejść do porządku dziennego z myślą, że Stanisław raczy wpuszczać fetor przed jej oblicze nieskazitelnie pachnące zdecydowaną dojrzałością, lekko tylko spatynowaną perfumami zbyt francuskimi, aby je marnować na utylizowanie odorów zewnętrznych.

- Mówię wam! – kontynuował zaledwie zawstydzony po zamknięciu drzwi – Ruda musiała coś wyhodować, a potem tłukli to ze Szparagiem, aż nie wybili do cna. Pamiętacie? Ostatnio Rudej nie było ani widać, ani słychać. Moim zdaniem Ruda ze Szparagiem przychodzili do pracy w nocy…

Stanisław zawiesił głos, wykazując się aktorskim talentem dramatycznym i powiódł wzrokiem po biurze. Nie dał rady ukryć, że w ramach tego wodzenia najchętniej trwale osiadłby wzrokiem na biuście pani Kasi niczym małż wyrzucony przypływem na piaszczystą plażę, by mógł tak dogorywać aż do śmierci licząc, że litościwa fala porwie go znów w otmęty, lub przeczekałby jakiś trias, czy jurę, żeby odrodzić się zachwyconym trylobitem kokoszącym się na domyślnej wypukłości, której urody nawet czas nie byłby w stanie wykruszyć.

- Otóż! – najwyraźniej zapamiętał się w roli – Ruda wyhodowała coś, czego Unia Europejska nie zamierzała adoptować, więc przyszła nocą ze Szparagiem i wytłukli całą niechcianą populację, a następnie chyłkiem pozbywali się korpus delicti. Być może karmili bezdomne koty, żeby ostatecznie pozbyć się śladów zbrodni. Kocie żołądki potrafią materiał dowodowy sprowadzić do zwyczajnego…

Piorunujący wzrok pani Kasi jednoznacznie wyraził opinię na temat ciągu dalszego wypowiedzi Stanisława i była to opinia zdecydowanie negatywna. Każdy wie, jak zwierzęta potrafią zbezcześcić zwłoki bez wnikania w ich zwyczaje związane z pochówkiem. Stanisław bliski wypowiedzenia słów niegodnych w obliczu pani Kasi zarumienił się od kołnierzyka w górę, a kto wie, czy rumieniec nie poszedł za podszeptem grawitacji w dół. Ja zarumieniłbym się zapewne po całej objętości, a nie tylko powierzchownie.

- Hmmm… - Stanisław chrząknął, żeby ukryć zmieszanie – A skoro już wybili i nie dali rady usunąć wszystkich ciał jednej nocy, to pozostałe zaczęły się rozkładać, więc je wynosili aż do skutku, pozostałe przechowując we wszystkich możliwych lodówkach. Czy ktoś z was zauważył, że lodówka w kuchni była kilka dni temu wypełniona surowym mięsem po brzegi?

Tu mnie załatwił lepiej, niżby walnął mnie łokciem w splot słoneczny. Faktycznie! Lodówka pełna była czegoś, co nie mogło być wątróbką dla dwojga, tylko było rąbanką na miarę małego wesela. Trudno było wyłuskać z szuflady mleczko do kawy. Musiałem zrezygnować, gdyż niesmak mnie przepełnił, gdy to mięso drgało w rytm posapywania sprężarki.

- A teraz wezwali ekipę sprzątającą w liczebności plutonu i dezynfekują do piwnic! – Stanisław zaperzył się i  musiał zakończyć mocnym akcentem, po czym powiódł wzrokiem ponownie i z satysfakcją osiadł na mieliźnie bujnej kobiecości, niechybnie jedynej godnej uwagi.

Pani Kasia strzepywała dyskretnie i z wdziękiem ten wzrok z siebie, gdy wszedł szef i spenetrował wzrokiem dość statyczną scenę w pracowni. Najwyraźniej krasomówczy popis Stanisława nie umknął jego czujności, gdyż położył na jego barkach swój wzrok w kolorze spłowiałego błękitu i wygłosił monolog ledwie unoszący się powyżej słyszalnego szeptu.

- Panie Stanisławie. W lodówce było mięso dla szefa z centrali. I zapewniam pana, że pochodzenie owego mięsa dalekie jest od pańskich domniemań, gdyż pochodziło z ostatniego polowania na dziki, a po badaniach weterynaryjnych nasz wspólny szef postanowił zakupić większą ilość w celu sporządzenia wytrawnych wędlin na planowaną uroczystość związaną z rozwojem firmy. Dlatego proszę nie opowiadać współpracownikom bzdur, tylko wziąć się do roboty i realizować cele przewidziane na bieżący rok. Ze zrozumieniem przyjmuję do wiadomości, że zarówno pan, jak i reszta załogi postanowili odpracować właśnie dzisiaj tę niefrasobliwość po godzinach w ramach rekompensaty za zmarnotrawiony czas pracy. Oczywiście pani Kasi nie możemy obarczyć odpowiedzialnością, więc proponuję rozłożyć ją proporcjonalnie na pozostałych.

Szef nie jest od dyskutowania, tylko od wydawania poleceń, więc nic dziwnego, że po zakomunikowaniu nam swojej woli skinął na panią Kasię, żeby za jej szlachetnym pośrednictwem doprecyzować swoją wolę, gdy tylko podzieli się nią w zaciszu gabinetu i przełoży na słowa dostępne prostaczkom. Pani Kasia odpłynęła miękko niczym żaglowiec wiedziony cumą holownika by bezpiecznie dotrzeć do macierzystego portu. Biodrami rozsuwała nadmiar powietrza na boki, a my staliśmy z minami niezbyt zachwycającymi. Jednak gdy tylko drzwi za panią Kasią się zamknęły, jeden z młodych szepnął:

- A jednak dezynfekują…

sobota, 20 lipca 2019

Delikatesy dla bohaterów.


Dzień zapowiadał się na długi i nie pozbawiony uroku. Zbliżający się termin kolejnego kamienia milowego projektu ciążył już na naszych szyjach zapowiedzią katastrofy i koniecznością solidarnego zwarcia pośladków celem nadrobienia spiętrzonych zaległości. Muszę przyznać, że najładniej z tego zadania wywiązała się (jak zwykle) pani Kasia, która wiedziona kobiecym instynktem dziś miała pośladki skromnie obciągnięte materiałem, który pozwalał na zapoznanie się z kształtem zawartości, co przed wszystkimi docenił szef, potrafiący w natłoku zadań znaleźć czas, by kontemplować zdrową urodę pani Kasi.

Praca pośród marzeń o bliskim kontakcie trzeciego stopnia z wyidealizowanym nieświadomie obrazkiem pani Kasi pochylonej nad dokumentacją przebiegała pośród westchnień, co jednak nie przybliżało nadmiernie finału, więc szef leczniczo zaordynował dobrowolne godziny nadliczbowe do szczęśliwego finału włącznie. Aby jednak wzmóc zespołową energię postanowił nas wzmocnić, niechętnie korzystając z subwencji centrali na świadczenia dodatkowe i zaprosił całą załogę do zakładowego bufetu na skromną przekąskę, zaznaczając przy tym, że będziemy musieli odpracować ją przy biurkach, każdy kęs posiłku zraszając intelektualnym potem.

Wzorem legionów poszliśmy za przewodem szefa zawiłymi korytarzami instytucji zmierzając do zakładowego paśnika prowadzonego przez rumiane i uśmiechnięte istoty preferujące dziewiczą biel strojów, którą potrafiły szczelnie wypełnić powtarzalnym apetytem własnym. Trudno o lepszą reklamę jadłodajni niż pulchny i uśmiechnięty załogant na pokładzie, więc szliśmy równie uśmiechnięci i pełni nadziei. Na korytarzach snuł się wątek niedopowiedzenia i tajemnicy, gdyż pomiędzy naszą bieżącą lokalizacją, a windami mieściło się królestwo Rudej. Drzwi oblepione zielonymi dżdżownicami nie pozwalały zapomnieć, że tuż za nimi rozpoczyna się być może katastrofa biologiczna albo ożywa nieznana nauce ścieżka ewolucji.

Dlatego, kiedy się uchyliły drzwi nasz wesoły pochód zwolnił i mięśnie stężały nam wszystkim. Zza drzwi wychynął Szparag. Twarz i długie, niewydepilowane nogi miał pokryte jakimiś czerwonymi plamami, czy krostami, co dało mu bezwzględne pierwszeństwo na korytarzu. Ustępowali mu starsi i młodsze, żeby tylko nie zakłócić ruchu i nie doprowadzić do zderzenia czołowego, ani nawet do drobnej stłuczki, czy otarcia. Ruda odprowadzała Szparaga wzrokiem, co świadczyło o wadze jego misji. Poddaliśmy się owej powadze i pogasiliśmy uśmiechy wstrzymując oddechy, gdy Szparag manewrował w kierunku przeciwnym do naszego.

A potem Ruda zamknęła drzwi i rozstrzelała toksyczną ciszę serią zdecydowanych, żołnierskich kroków. Powieki pani Kasi zatrzepotały usiłując przeprowadzić gorączkową aklimatyzację biustu pod którym trzepotało serduszko czułe i pełne empatii. Nie wiem, co trzepotało pod biustem Stanisława, jednak ten nie był skażony delikatnością i rąbał jak drwal mokre drzewo.

- To był trądzik, czy wiatrówka? – zapytał dumny z siebie, że potrafi zasiać wątpliwości w naszych skołatanych głowach.

- Och… Wiatrówka – wyrwało się z pani Kasi – On chyba za duży na wiatrówkę…

- Kto wie – satysfakcją Stanisława można było otynkować ściany – Przecież kiedy Ruda go klonowała, to mogła od razu wersję dorosłą wyprodukować, a natura dopomina się o utracone lata młodzieńcze. To że ciało porosło mu szczeciną przedwcześnie wciąż nie oznacza dojrzałości.

- A może go coś pogryzło? – młodzież była praktyczna do szpiku – Może wyhodowali właśnie jadowite meksykańskie mrówki, albo szerszeniom azjatyckim zmodyfikowali instynkty i Szparag został zaatakowany stając w obronie swojej Stwórczyni?

Po głowach krążyły nam obrazy rozmaitych monstrów i insektów gotowych pokancerować nie tylko Szparaga, ale i całą ludzkość. Godzilla przy tych myślach wydawała się hodowlaną myszą o futerku gładkim i uśmiechu pełnym miłości. Szef ojcowskim spojrzeniem ogarnął nasze stadko i ukierunkował zbiorowe kroki w stronę wind, lecz zanim opanował nasze umysły wizje urosły i skrzepły na tyle, żebyśmy z lękiem spoglądali przez ramię za siebie. Chociaż nikt głośno tego nie powiedział, to ulga w chwili zamknięcia drzwi wind była namacalna i stała się jaźnią żywą jadącą z nami na ufundowany łaskawie posiłek.

Na stołówce panowało skupienie wielu oczu wbitych w zawartość talerzy niczym miecze w ciała pokonanych gladiatorów. Duch lanczu przepływał nad głowami obecnych i zarażał ich pokusami. Pani Kasia i szef, jako jedyne światowe osoby w naszym gronie zajęli miejsca na początku ogonka, żeby własnym przykładem oświecić mniejsze umysły preferencjami. Pani Kasia przeprowadziła błyskawiczne rozpoznanie w walce pytając pyzatą kuchareczkę o zawartość bemarów podgrzewających potrawy panierowane, albo krojone na wióry i obrabiane termicznie, bądź wcale nie. Szef pochłonięty zapleczem pani Kasi z godnością i niewysławialną cierpliwością przeczekiwał przesłuchanie sprawcy i oczekiwał na wyrok nie zaszczycając własnym wzrokiem nikogo więcej.

W jednym z naczyń znajdowała się świeża potrawka z ośmiornicy… Ciśnienie natychmiast spadło i to spadło na nas pozbawiając wilgoci nasze usta. W końcu najbliższy ocean był odległy o pół kontynentu w każdą stronę, więc podobna rozpusta nie miała prawa wystąpić w przyrodzie, chyba, że…

- Ruda wyhodowała jadowite ośmiornice! – syknął któryś z młodych i skaził powietrze toksyną trudną do powstrzymania.

- A Szparag zasłonił własną… hmmm... piersią? Pryszczatym ryjem? Nieważne – zasłonił!

Stawaliśmy się dumni ze Szparaga i każdy z mężczyzn chciał stanąć na posterunku, a oczami wyobraźni widział siebie z trójzębem, jak zwalcza bestię podstępną i głodną niczym święty Jerzy smoka bezbożnego. Rany na twarzy uznaliśmy za medale, którymi naznaczyło go życie i nasz zbiorowy szacunek wyniósł Szparaga na piedestał tak wysoki, że Ruda mogłaby go pocałować w dużego palucha, ale już w kolano to niekoniecznie. Bo Ruda (choć wielka), to przecież drobniuteńką jest istotą, której należy się wsparcie silnego, męskiego ramienia. Jak to dobrze, że wyhodowała sobie Szparaga, choć Stanisław był gotów służyć nie tylko ramieniem zbrojnym.

wtorek, 9 lipca 2019

Misja adopcyjna.

    Młodzież zebrała się kątem i szeptała cicho zerkając niepewnie to na mnie to na Stanisława. W końcu wypchnęli Pryszczatego, bo Pryszczaty zazwyczaj robił za mięso armatnie, kiedy młodzież miała wątpliwości, czy wypada, albo rosło ryzyko starcia z odmiennym niż ich mniemaniem. Pryszczaty wił się tym razem i stawał okoniem, ale i tak go wypchnęli, więc podszedł i pochrząkiwał wstępnie, żeby zanim zagai rozpoznać ewentualne wapory. Jakbym je miewał od przedwojnia.

    - Bo taki Szparag – wykrztusił wreszcie – to jest do Rudej przynależny niejako od urodzenia. Może nawet go wykluła gdzie w mateczniku laboratorium i Szparag jest obowiązkowy. I my to rozumiemy, więc do Rudej w komplecie Szparag, jak ozdobne zielsko do bukietu być musi, albo jak śledzik do setuchny. Ale teraz koło Rudej kręci się taka malutka blondyneczka o cerze, która słońca nie zaznała. Czyżby powiła? Znaczy Ruda… I ja, to znaczy my… no… chcieliśmy zapytać…

    Pryszczaty przemawiał scenicznym szeptem, więc Pani Kasia, jako jednostka wybitnie kulturalna posłyszała cały wątek, a kwestię reakcji na mowę Romea, miała niejako genetycznie wbudowaną. Zatrzepotała rzęsami z ekskluzywnej drogerii, żeby lekko ochłonąć i nie wnikać w kwestie fizycznych skłonności Rudej do poczęć mniej lub bardziej naturalnych, jednak widok drobniuteńkiej istoty orbitującej wokół Rudej nie mógł ujść jej uwadze. Odrobinę znieruchomiała jednak, żeby pozwolić szefowi na chwilę zadumy nad jej doskonałym profilem, którego greckie boginie wręcz powinny jej pozazdrościć i udławić się jabłkami niezgody nie opuszczając przy tym zakurzonych kart dowolnej mitologii.

    Tym bardziej Stanisławowi, który z racji postury patrzył z wysoka i dostrzegał plankton przemieszczający się w przestrzeniach biurowych pchany falami pływów. Widział, lecz nie postało w nim pytanie, kim owa tajemnicza miniaturka być może. Najwyraźniej podobne pytanie na jałowym gruncie zwiędło nie wydając owocu. Selektywność spojrzenia Stanisława nie pomijała jednak jednostek płci delikatniejszej z budowy, więc obcym mu ta istota nie była i łaskawym skinieniem głowy niejednokrotnie kwitował jej zauważenie przemierzając przepastne, półmroczne przestrzenie korytarzy roznoszących echo jak chamsin zarazę.

    Podrapałem się po miejscu, w którym zdążyłem mimochodem wydrapać malutką, zapodzianą pośród zarośli polanę i w głowie lęgły się pytania, jakby mało było tych, którymi Pryszczaty zainicjował reakcję łańcuchową. Wzorem pani Kasi (choć nie tak pięknie i dostojnie) zamarłem uderzony falą czołową tego pytania, a młodzież z kącika patrzyła ze złośliwą satysfakcją, jak wiję się pod wpływem znaku zapytania na którym powiesił mnie Pryszczaty, jakbym był Janosikiem zdradziecko pojmanym w pijanym śnie.

    Stanisław przeżuwał własne myśli w milczeniu, pani Kasia w swoim zastygnięciu była tak piękna, że nie zamierzała wytrącać się z tego stanu czekając na szefa-księcia, który wyzwoli ją z tej wiekuistej zadumy i uratuje jej spragnione miłości łono od podłości świata. Choćby kosztem kruszyny, która słońca nie zaznała. Ja otarłem ukradkiem łezkę, gdyż miałem przed oczyma wyobraźni maltretowane szczeniaczki i kopane bestialsko małe kotki, czy wróbelki trzymane w pętli sznurka, żeby fruwały jak jakiś balonik zarażony ADHD.

    Oczywistym się stało, że udział szefa będzie niezbędny i jego niespieszne, wyważone kroki poprzedzone stalowym wzrokiem były już tyko kwestią czasu. Nastał w końcu miłościwie nam panując na chwałę własną i Centrali. Nastał i temat zgłębił pośród westchnień Katarzyny Pierwszej. Pani Kasia zawładnęła naszym zbiorowym sumieniem snując rzewną opowieść o latorośli spłodzonej zapewne potajemnie tam, dokąd nasze domysły ledwie śmiały się zapuścić i w tych retortach obrzydłych, w ogniu i dymie stworzona, od pierwszych chwil istnienia sierota, której obce matczyne ciepło i ojcowska miłość.

    Szef stanął na wysokości zadania, choć przełykał ślinę ze wzruszenia. Publicznie ofiarował się usynowić córkę i na spacer pierworodny ją powieść ku słońcu. Nauczyć kochać i być kochaną. Wiódł przy tym wzrokiem jamnika stojącego nad pustą miską, gdy pani Kasia dołączyła do deklaracji ofiarując sierotce pierś ciepłą i łono życzliwe. Czymże my mogliśmy wesprzeć niebogę? Stanisław mógł jej co najwyżej puklerz w kuźni na miarę sporządzić, a ja? Ech! Szkoda gadać. Pryszczaty zawstydził się nieco, gdyż jego szef absolutnie nie zamierzał usynawiać, a pani Kasia patrzyła z odrazą, jak na larwę mrówkolwa, a najwyraźniej owa drobniuteńka istota podobała mu się bardziej niż trochę.

    Stanisław poruszał się zbyt sztywno i mógłby niechcący delikatną strukturę psychicznie zmiażdżyć, więc on, jako umyślny z wiadomością w pole wyruszyć nie mógł, pani Kasia z szefem oddalili się pomiędzy szefowskie regały, aby przygotować gniazdko dla tak pięknego gościa. Płynęli wespół uduchowieni wielce i zwiewni jak dym z fajeczki. Ja tymczasem niewypowiedzianym poleceniem miałem zorganizować misję adopcyjną, jako weteran, albo senior, czy jak tam nazywa się jednostkę namaszczoną błogosławieństwem szefa.

    Objąłem wzrokiem stan posiadania i pierś wypiąłem mężnie. Szef patrzył, nawet, kiedy był odwrócony plecami i wiódł panią Kasię pod rękę podwieszoną, rozkołysanym wahadłem bioder taktującą niespełnione wciąż nadzieje. Biurko było moim kapitańskim mostkiem i postanowiłem nie schodzić z niego do końca, jak każą marynistyczne legendy. Stałem szeroko rozrzuciwszy nogi, żeby żaden sztorm, żaden bałwan spieniony nie zepchnął mnie z rubieży i wiodłem wzrokiem po widnokręgu. Z każdą chwilą duma we mnie rosła i wojska mi podległe kuliły się czekając rozkazów. Wreszcie padł pierwszy.

    - Ty! – wzorując się na niedościgłej postaci szefa wskazałem paluchem Pryszczatego – Ty pójdziesz i sprowadzisz. Zaprowadzisz. Przekażesz. Wesprzesz i nie pozwolisz. Nie przestrasz, nie spłosz i nie pozwól. Przyprowadź czystą jak polny mak świeżo po wykluciu, żeby ani jeden płatek nie opadł, żeby warga nie zadrżała. Przekażesz. Niech wie, że wsparcie ma zapewnione i przyszłość świetlaną też.

    - Co zaś do reszty… - powłóczyłem wzrokiem po pozostałych – Czas najwyższy, abyśmy gremialnie i jednogłośnie wsparli trud i wykazali się empatią. Z braku kapelusza będę zbierał „wyrazy” do pudełka po papierze A-4. Proszę nie skąpić sierocie wsparcia. Za chwilę przyjdzie na pierwszy być może w życiu posiłek przyprawiony ojcowską miłością. I to nie byle jaką, bo szefowską.

    Skład osobowy pouczony odgórnym przykładem Stanisława nie wygłupiał się brzęczącą monetą, tylko sypał banknoty, które nieśmiało sfruwały na dno pudełka. Pudełko było dość duże, jednak zbiorowa atencja zdołała ledwie dno przykryć ku naszemu zbiorowemu zawstydzeniu. Zaniosłem szefowi, żeby komisyjnie przeliczył firmową empatię i podjął decyzję w kwestii menu niewątpliwie głodnej nie tylko miłości istoty. Szef wzruszył się do tego stopnia, że pani Kasia musiała otrzeć mu czoło rosnące od rozpalonych myśli, kiedy nakrywał własnym banknotem naszą skromną ofiarę.

    Ten właśnie moment wybrał Pryszczaty, żeby wrócić z misji na tarczy. Znaczy samotnie. Pokonany i rozbity był tak, że przysiadł na zadzie, jak zajechany koń. Pani raczej nie pobladła, choć w jej wypadku byłoby to trudne do odkrycia, jednak korzystając z pośrednictwa Pryszczatego podziękowała pięknie za naszą troskę i zgodziła się wziąć udział w jakiejś drobnej, powitalnej uroczystości, ale dopiero w przyszłym tygodniu. I obiecała upiec placek z wiśniami, żebyśmy nie byli tacy smutni…

czwartek, 27 czerwca 2019

Atak klona.


- Słuchajcie! – Stanisław był zaaferowany do tego stopnia, że niewiele mu brakowało, żeby spontanicznie i bezprawnie przeszedł na „ty” z szefem i panią Kasią jednocześnie, wykonując mentalny bruderszaft zanim myśl dogoni rozpasany język – Ruda znika!

Tego nam było trzeba, żeby mięśnie skrzepły i wychudły, twarze się powyciągały, a pośladki zwiędły i z sugestywnym łopotem opadły na fotele. Ruda zdawała się być niezniszczalna i wiecznie młoda. Takiej energii nie był w stanie wyprodukować nawet reaktor jądrowy w stanie krytycznego wzburzenia. Szef opuścił gabinet, a chwilę później okulary i zerkał na Stanisława sponad nich, sprawdzając, czy przypadkiem nie był uprzejmy grubiańsko zażartować z koleżanek (oddajmy pierwszeństwo pani Kasi, choć chętniej wojuje o równość niż o parytety) i kolegów. Stanisław jednak był poruszony jak opinia publiczna po awarii Fukushimy i wszystko wskazywało na to, że nie zhańbił organizmu spożyciem czegoś służbowo niedozwolonego, a mającego wpływ na percepcję. Patrzyliśmy na człowieka zbiorowym wzrokiem pełnym pytań i niedowierzania, jakby był objawieniem przez proroków zapowiedzianym jako ariergarda Armagedonu.

- Wracałem z łazienki – Stanisław w obliczu pani Kasi wstydził się przyznać, że chyłkiem wymyka się na szybkiego papieroska, po którym nie dość, że starannie myje zęby, to następnie pochłania miętowe cukierki w takich ilościach, że muchy omijają otwarte okna naszego biura szukając bardziej przyjaznych pomieszczeń – a tam Ruda! Nie dość że w takich fikuśnych sandałkach na wzór legionistów rzymskich, to jeszcze było jej niemal pół! Wychudła bidulka i skarlała!

Pani Kasia pociągnęła noskiem, dyskretnie wyrażając dezaprobatę dla Stanisława, który zarumienił się niczym dziewczę płoche stadem satyrów otoczone, ale przecież nie wykryła żadnej innej słabości Stanisława, tak przepocony był miętą pieprzową. Szef o wzroku pobladłym zadysponował działanie, gdyż był wręcz stworzony do działania i rozwiązywania problemów aż po ich rdzeń, jądro, czy korzenie. Z problemami nigdy nie wiadomo, w co są wyposażone, ale szef wiedziony nieomylnym instynktem potrafił rozpoznać, osaczyć i zniewolić problem aż do jego unicestwienia. Często było to samounicestwienie, gdyż problem w obliczu szefa okazywał skruchę i skłonność do autodestrukcji.

- Pan! – wskazał mnie palcem, co było oznaką poważnego naruszenia wewnętrznej równowagi wyćwiczonej jogą lekkoatletyczną – Pan pójdzie i zweryfikuje! Rozumie pan?

Kiwnąłem głową, bo nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy, kiedy szef rozdysponowywał już strategiczne cele i przydzielał zadania.

- Stanisław nadawałby się do misji zaczepnej, względnie obronnej, ale to nie jest misja tego typu, więc pan – bezkompromisowo skarcił moją wątłą fizjonomię sprowadzając mnie do parteru. Siadłem na zadzie i słuchałem grzecznie ciągu dalszego komendy – Gdyby szło o pertraktacje, poszedłbym osobiście. Pani Kasia, jak każdy zapewne doskonale sobie zdaje sprawę będzie znakomitą jednostką, w przypadku, gdy niezbędna stanie się empatia, albo życzliwa i skłonna do współczulności osobowość. Młodzież iść nie może z przyczyn oczywistych, jako niepoukładani życiowo i rodzinnie nie powinni zostać wypchnięci na pierwszą linię frontu z nieznaną, być może nieuleczalnie zakaźną chorobą. Pójdzie pan i rozpozna! Tylko oproszę nie wracać przed upływem kwarantanny! Niniejszym wyrażam zgodę na urlop na żądanie w wysokości jednego tygodnia od zakończenia misji. Informował pan będzie za pomocą środków przekazu elektronicznego, które osobiście przeskanuję antywirusowo.

Westchnąłem cicho i zwiesiłem ramiona. Podszedłem do biurka i spakowałem niedogryzione drugie śniadanie. Chciałem się pożegnać z panią Kasią, ale miałem łzy w oczach – ja który nie zostałem wybrany jako osobowość współczulna. Uzbrojony w telefon i laptop ukryty w chlebaku, gdyż ogólnie wiadomo, że w chlebaku żołnierze noszą broń masowego rażenia typu granaty, oraz broń biologiczną typu salmonella, choroby brudnych rąk lub larwy niezaewidencjonowanych, czarnorynkowych modliszek. Pośród posępnego milczenia wychodziłem na zwiad żegnany wzrokiem pełnym beznadziei. Pani Kasia uroniła łezkę – jedną, jednak nie wiedziałem, czy mogę uzurpować sobie ową subtelną wilgoć, kiedy szef z właściwą sobie elokwencją ustawiał już szyki obronne składające się z personelu pomocniczego i jednostek mniej użytecznych zawodowo. Ustawiał ich jako mięso armatnie, mające zaspokoić niezbadany apetyt najeźdźcy, którego wypatrywać od czoła miał Stanisław, jako zwiastun złych wiadomości. Pani Kasia zaproszona została na fotel szefa, skąd miała się przyglądać ostatniej walce szefa o jej cześć i chwałę, bo przecież nie o cnotę niewątpliwie nadgryzioną czymś znacznie delikatniejszym niż ząb czasu.

Korytarz owionął mnie depresyjną pustką, pastą do podłóg i półmrokiem, który nie znał słonecznej pieszczoty. Pustka zdawała się nie mieć końca, a mój posterunek nie został jakoś szczególnie określony ramami przestrzennymi, więc wyszedłem na zewnątrz budynku, żeby pożegnać się ze światem żywych. Z podniebnymi barankami czochranymi promieniem słońca i turkuciami podjadkami buszującymi w wypielęgnowanych służbiście trawach. Nogi szukały ratunku w panicznej ucieczce, jednak autorytet szefa kiwał w moją stronę palcem z dezaprobatą jawną i pełną pogardy. Nie nadawałem się do obrony Alamo, czy Westerplatte. Do wstępowania na szaniec lub Monte Cassino. Na szarżę husarii, czy szwoleżerów. Prędzej na mierzwę, nawóz, względnie na stojak na parasole po wypreparowaniu ze mnie tkanki miękkiej aż wstyd.

Usiadłem półgębkiem, gdyż w moim stanie ducha siadanie pełną gębą wydawało się naruszeniem i wykroczeniem karalnym. Ławeczka parzyła mnie w zaplecze, ale niezrażony wyjąłem z torby kanapkę i gryzłem ją bez smaku, dzieląc się okruszkami z zastępem mrówek, które właśnie migrowały do nowego gniazda porzucając wykorzystaną bezlitośnie królową i wybierających młodszą na swoją następną nałożnicę. Dzielenie się chlebem było przeżyciem mesjanistycznym i w oczach mrówek stawałem się tym, który mannę z nieba w czas niełaskawy zsyła choć stać go na krzak gorejący, albo karzącą rękę sprawiedliwości ludowej. Kanapka była zbyt ubożuchna na nasze połączone apetyty, więc zaproponowałem na deser jabłko. Soczyste, i pachnące rajem utraconym. Poplułem i wypolerowałem o klapę marynarki. Mrówki były podniecone i zachwycone, kiedy zachrzęściło pod moimi zębami i na ziemię spadła pierwsza porcja dla tej pracowitej ławicy.

Jadłem jabłko z całą zgrają drobnicy zapominając o misji i obowiązku względem współpracowników. Słońce rozleniwiało i wdzięczyło się. Zaczynałem już się zastanawiać nad wakacyjnym wyjazdem na łono… niechby tylko przyrodnicze, ale jednak. Po stresie nadeszło rozprężenie i objęło mnie przychylnymi ramionami marzeń bezwstydnych całkiem. I właśnie wtedy nadciągnęła Ruda jak łagodny przypływ raczej, niż jak wściekły, wszystkoniszczący monsun. Nadeszła nie sama, lecz w towarzystwie i najwyraźniej chciała skorzystać z ławeczki, którą byłem łaskaw zaanektować bez reszty. Wstyd mi się zrobiło, że tak się rozpanoszyłem, jednak z przejęcia nie udało mi się nawet przeprosin wykrztusić. Koło Rudej stała druga ruda. Sporo mniejsza i młodsza, ale podobieństwo niemal dorównywało tym hodowlanym bakteriom, których całe plantacje dojrzewały pod okiem Rudej.

Ulga i niedowierzanie we mnie splotły się w drżenie o wysokiej częstotliwości wzbogacone nawet ubogimi harmonicznymi. Ukłoniłem się Rudej i rudzielczykowi w rzymiankach, porwałem torbę i pokłusowałem do biura. Wpadłem jak tornado w ogródek sierocińca i oparłem się plecami o ścianę dysząc swoją radość z przetrwania i zakończonej tak pomyślnie misji, która zdawała się przypominać misje kamikadze. Trzy linie obrony uaktywniły się, jak szarpnięte czujnikiem fotokomórki, a spoza nich wychylił się wzrok szefa i spoczął na mojej twarzy, przeprowadzając wstępną autopsję.

- Ruda ma córkę – wycharczałem zanim spalił mnie wzrokiem na popiół.

- Panie Stanisławie! – szef natychmiast przystąpił do działania – pan zdezorganizował pracę biura na trzy godziny. Pan to odpracuje już dzisiaj.

- A pan? – popatrzył na mnie blado–stalowym spojrzeniem – Odwołuję pański urlop w trybie natychmiastowym. I pan również odpracuje trzy godziny wspólnie ze Stanisławem i młodszymi kolegami. Ja z panią Kasią muszę zregenerować zakończenia nerwowe w przestrzeni wolnej od bezmyślności, dlatego opuścimy zakład służbowo i nieodwołalnie. Proszę nie kontaktować się bez wyraźnego powodu i nie zakłócać regeneracji pani Kasi, ani mojej do jutrzejszego poranka. Żegnam panów! Pani Kasiu? Pani pozwoli…

piątek, 21 czerwca 2019

Zatruty Jubel.


Szef prywatnych uroczystości nie obchodził w życiu zawodowym i nie zamierzał, więc skrupulatnie ukrywał dane osobowe zgodnie z przepisami RODO, żeby nikt nigdy nie wręczył mu kwiatów w godzinie próby, albo co gorsza barbarzyńskiej gorzałki pędzonej w bezksiężycową noc na sprzęcie pradziadka sprytnie ukrytym w chylącej się szopce w podmiejskim lesie. Poniekąd z autopsji wiem, że Stanisław dysponuje – lasem, aparaturą, przepisem i kompetentnym przodkiem – co prawda obecnie żywym wyłącznie w konarach drzewa genealogicznego pielęgnowanego tradycją rodzinną od chyba trzech stuleci, jednak receptura wciąż potrafi oszołomić krwiobiegi śmiałków łaknących fraternizować się z wielowiekową kulturą spożycia. Pijąc ów rarytas niemalże widziałem szanownego przodka majtającego nogami z rodowodowej gałęzi i patrzącego z niesmakiem na degrengoladę spożywających bez talentu i właściwej oprawy.

Wstyd nam było regularnie i całorocznie, gdyż dyskretnie fetowaliśmy okazje wszystkich pracowników poza szefem. Sporadycznie udawało się i szefa poczęstować bardziej udanym tortem, czy lampką czegoś tak wyszukanego, że mieliśmy kłopot w dokończeniu spożycia naszymi niezbyt wyrafinowanymi podniebieniami. Szef potrafił zagłębić się w bukiet tak głęboko, że był w stanie określić pochodzenie kobiet depczących winogrona i kolor majtek najmłodszej, która je na sobie miała, co nie było oczywiste nawet dla kiperów z francuskich winnic.

Pewnego razu zostaliśmy po godzinach i korzystając z nieobecności szefa przeprowadziliśmy burzę mózgów usiłując znaleźć rozwiązanie wstydliwego problemu. Pani Kasia, która najwyraźniej miała wtedy zaplanowane jakieś pilne zajęcia domowe wzruszyła ramionami i wygenerowała propozycję, żebyśmy obchodzili rocznice powstania biura i pod tym szyldem wręczali szefowi, jako twórcy, kręgosłupowi i głowie zarazem, stosowny upominek. Elegancko, służbowo i bez podejrzeń o małostkowe pobudki. Zanim ramiona pani Kasi opadły już wychodziła, gdy plebejski kolektyw zmagał się z problemem, a może ze zrozumieniem propozycji. Dwie butelki później przez aklamację propozycja pani Kasi przeszła jednogłośnie, choć nieco bełkotliwie. Pozostał problem, kiedy powstało biuro, żeby okoliczności nadać rozmach adekwatny do wielkości szefa i nie obrazić go przy tym niedokładnością. Ustalenie daty pozostawiliśmy pani Kasi, która w kwestiach cyfr była niemal tak doskonała, jak szef i my mogliśmy wyłącznie usiłować, względnie zbliżać się do pani Kasi, żeby zarazić się jej talentami.

Pani Kasia (jak zwykle) stanęła na wysokości zadania, więc od tamtej pory regularnie połowie czerwca wręczaliśmy szefowi prezent w hołdzie dla wielkości umysłu i rozmachu w działaniach perspektywicznych sięgających dalej niż plan emerytalno-rentowy najmłodszego z pracowników pobłogosławionych łaskawym wzrokiem ZUS. I właśnie dziś pani Kasia po trzydniowym urlopie przewidzianym na zamówienie i zakup wiecznego pióra w sztukę współczesną ubranego staraniem tureckich złotników wróciła z ekskursji z futerałem aksamitnym bardziej od kociej sierści, po męsku czerniącym się opalizującym blaskiem dyskrecji, a w środku dzieło sztuki – pióro stylizowane na pióro Feniksa, kosztujące zaledwie trzecią część trzynastki każdego z nas, plus koszta własne pani Kasi zaledwie drugiej trzeciej sięgające. Było warto. Dekolt pani Kasi pysznił się opalenizną podkreśloną jedwabiami znad Bosforu i obraz ten stanowić mógł alternatywę dla herbaty z prądem w jesienne wieczory. Tym bardziej dla oprawy wydarzenia.

Szef, najwyraźniej wzruszony zaprosił wszystkich obecnych do bufetu na pierogi ruskie, jednak zaznaczył lojalnie, że śmietanę i cebulkę każdy (poza panią Kasią) musi pokwitować własną kartą debetową. Nie zazdrościłem pani Kasi – zasłużyła sobie. Szef pod wpływem pióra błyszczał nie tylko elokwencją i dumą z zespołu, ale potrafił przyozdobić czoło perłami potu, którymi pani Kasia przyprawiła później własną porcję pierożków, dwuznacznie przystrojoną kleksami śmietany. Pierogi były doskonałe. Wiem, bo już nie raz szef mnie obsobaczył, że nie istnieje stopień wyższy od doskonałości, ale te akurat sięgnęły tego niedościgłego pojęcia, a nasz zachwyt w trakcie jubileuszu „firmowego” oddawał z nawiązką naszą zbiorową, niewymuszoną miłość do szefa.

Kiedy szef zarządził strategiczny odwrót, zmieściliśmy się gremialnie w windzie pomimo ławicy pierogów pływających w naszych trzewiach, by wspólnym powietrzem oddychać póki serc gorących nie schłodzi sprawnie działająca klimatyzacja. Pierogi chciały się kleić, lepić i przytulać, oczywiście najbardziej do pierogów szefa, a zaraz po nim do pani Kasi, jednak nie każdy zaznał szczęścia, gdyż podróż na trzecie piętro trwała krócej niż konsumpcja pojedynczego pierożka. Wysiedliśmy ze wzrokiem pełnym uniesienia i adorowaliśmy szefa w marszu na nasze bojowe stanowiska.

Po korytarzu wiał wiatr renesansu. Zanim sensory wykryły obecność szefa, a potem nas wszystkich z panią Kasią na czele i rozświetlił grafitową przestrzeń plamami punktowych świateł nawet najmniej z nas wszystkich czuły Stanisław - poczuł. Przed nami czaiło się nowe i to czaiło się między windami, a biurem. Światło zaczęło się czepiać kształtów i kolorów, może miało nawet wpływ na węch. Przed nami kolonizowały się przestrzenie nową, nieznaną wartością gęstą od nowych twarzy i karnacji zbyt różnorodnych, żeby były tubylczymi. Niczym rozemocjonowany semafor kolonizacją bezludnej wyspy dyrygowała… Ruda…

Była piękna. Z włosem wzburzonym, w ekspresji gestykulacji. W jej ruchach mieszkała interpunkcja doskonale akcentująca każdy, nawet nieznaczny krok w przyszłość. A zanosiło się na krok wystarczająco duży, żeby bajki poszarzały z zawiści. Co tam siedem mil w skórzanym bucie? Tu myśl mogła sięgnąć nieśmiertelności, albo chociaż podwoić życie! Kiwaliśmy Rudej głowami przechodząc w wielkiej niepewności, świadomi wielkości tego umysłu wypełnionego energią do wypęku, a ona dyrygowała nowoprzybyłymi i innymi, którzy najwyraźniej tymczasowymi byli. Wnosili podwaliny przyszłego życia biurowego i nadawali mu ton. Ten pierwszy, stanowczy akcent. Biurko-laptop-niszczarka dokumentów. W takiej osi nawet Einstein skróciłby nocną bezczynność do czterech godzin bez poczucia krzywdy.

Biuro instalowało się ekspresowo. Można powiedzieć, że z marszu i niemal się spóźniliśmy na otwarcie. Ruda gestem zaprosiła nas do wnętrza i nawet szef uległ jej urokowi i sile. My? Weszliśmy jak welon za panną młodą, która swoją urodą zniewala czarne myśli. Szampan wytrawniejszy od moich zmysłów wypełnił moje myśli pochopnością i bąbelkami, które w pani Kasi zaczęły owocować rumieńcami i pazurkami we wzroku czepiającymi się klap marynarki szefa. Szef przezornie odstawił kieliszek na brzeg biurka i kontemplował jednostki matowiące szybę drzwi wejściowych nazwą firmy. Nano – taki początek już zwiastuje, że jeśli firma przejdzie od detalu w masę stanie się rewolucją. A tuż za przedrostkiem usiadła technologia. I to nie krajowa, lecz obca Słowianom. Wraża, wiec na pewno wroga. Trudno wymagać od obcych poszanowania czegoś, czego znać nie mogą. W końcu oni studiowali własną historię świata, zapewne mocno odległą o naszej.

Szef natychmiast zorientował się w kompetencjach i wykrył jednostkę nadrzędną, bo szefowie mają to wszczepione przez nie wiem kogo, ale mają. Podążając śladem jego wzroku można było odkryć, kto tu rządzi. Kto nadaje ton dyskusji i wskaże horyzont przyszłości, kto zwektoryzuje cele biurowej codzienności i wskaże ścieżkę ku nieśmiertelności. Wzrok szefa spoczywał tam, gdzie zawiesza się medale, tylko zamiast płaszczyzny wybrał wypukłości ponad którymi rozkwitała ruda grzywka. Wzorem szefa skłoniliśmy się pokornie i poszliśmy we własne kazamaty. Kiedy w milczeniu szef zamykał za nami drzwi biura westchnął, jak wzdychać mógłby Herkules stając przed nieskończonością augiaszowych stajni. Swoją rozterką nie podzielił się z personelem, żeby go nie obarczać nadmiernym ciężarem, lecz powlókł się do siebie i zamknął drzwi z pietyzmem. Czar rocznicowy zwiądł daremnie i nawet piersi pani Kasi zwiesiły się smętnie nad porzuconą klawiaturą beznadziejnie całkiem.

Usiłowałem. Starałem się zrozumieć i przejąć choć margines cierpienia sądząc naiwnie, że mesjasz nie udźwignie bez wsparcia. Poczułem się namaszczony wskazany palcem, jako ten ginący naród wybrany i przedzierałem się przez subtelne ścieżki szefowskiego rozumienia. Gówno zrozumiałem, czego należało się spodziewać. Moje mniemanie o sobie napompowane mną bezzasadnie pękło i sflaczało. Szef w samotności przeżuwał jakąś gorycz i nawet pani Kasia będąca barometrem szefowskich uczuć zdawała się być opuszczoną do połowy wysokości masztu flagą… Cóż taki ja?! Mizerny grzybek w wirze kipiącego barszczu? Jętka jednodniowa myśląca, że może? W końcu szef wynurzył się i palcem wskazującym napiętnował sufit, chociaż patrzył na nas, a mówił do nie wiadomo kogo.

- Proszę państwa. Ruda eskaluje. Zaczęła inwazję. Musimy się przygotować. Oczekuję na konstruktywne wnioski. Sam nie poradzę. Jesteśmy zespołem i jako zespół musimy się wykazać. Mam nadzieję, że państwo rozumieją. Od dzisiaj ogłaszam mobilizację. Ograniczam widzenia z rodzinami i urlopy do odwołania. Dziś ostatni dzień, żeby spakować ciepłe skarpetki i ucałować wnuki. Wprowadzam stan nadzwyczajny powołując się na precedensy z przeszłości. W drzwiach wejściowych rozwijamy kurtynę do zwalczania biologii molekularnej. Środki ostrożności jak przy ptasiej i świńskiej grypie. Panie Stanisławie – pan przyniesie na jutro ekologicznie czysty snopek siana i tę pańską truciznę na życie. Każdy po trzykroć obetrze stopy nim wejdzie pod karą maksymalną kodeksu pracy! Uprzedzam, będę ścigał z powództwa cywilnego do trzech pokoleń w przód każdego, kto się nie dostosuje. Pani Kasiu? Czy mogę pani powierzyć posterunek do rana? Zastąpię panią, ale dzisiaj… hmmm... cóż…. jakby to powiedzieć… mam rodzinną… uroczystość… otóż – nie życzę sobie i wykluczam AB-SO-LUT-NIE… ale dzisiaj moja żona obchodzi rocznicę moich urodzin i zapowiedziała mi rozwód, gdybym nie przyszedł, więc uległem. Pani Kasiu? Mogę na panią liczyć? Bo tych psubratów ktoś MUSI przypilnować!

środa, 19 czerwca 2019

Rozwiązanie.


Ruda klęczała gdzieś tam, gdzie pakiet izolowanych rur przebijał ścianę odprowadzając nadmiar ciepła i smród procesów produkcyjnych odbywających się w skorupie wielkiego, metalowego pęcherza. Jakieś gazy się tamtędy ulatniały najprawdopodobniej, a przynajmniej każdy z nas w biurze się pocieszał, że to jedynie gazy, a nie życie poczęte dotąd nieznane nauce, które gotowe zawojować świat, poczynając od naszej nie bardzo wesołej gromadki. Otwarte drzwi odprowadzały nagromadzone wewnątrz aromaty w nieskończone połacie korytarza. Najwyraźniej instalacja wypowiedziała posłuszeństwo, kto wie, czy nie w wyniku sabotażu, a Ruda usiłowała powstrzymać proces nie zważając na degenerację narządu powonienia.

Z wrażenia zapomniałem, że miałem zamiar poddać się naporowi fizjologii i bezmyślnie zerkałem na zaplecze klęczącej, która mozoliła się niczym Mc Gyver ze srebrną taśmą, posapując przy tym i nie zwracając zupełnie uwagi na moją jawną bezczelność. Zwracała za to uwagę na Szparaga. W zasadzie powinienem był powiedzieć Patyczaka, gdyż wyglądał jak samica modliszki, tylko był mniej zielony. Chudy, długopióry, cięty bez umiaru i na pewno jako jedyny mógł nie stając na palcach zajrzeć na wierzch pęcherza, żeby poszukać ewentualnych objawów katastrofy biologicznej, czy chemicznej. Obawiałem się, że moje skłonności do poszukiwania odniesień przyrodniczych brały się z zawiści, że dane mu było przebywać w tak wyrafinowanym towarzystwie, dlatego poprzestałem na pierwszym skojarzeniu ze szparagiem.

Wzrok musiałem mieć równie tępy jak umysł, kiedy stałem w obliczu otwartych drzwi i zaplecza wdzięcznie podrygującego w rytm wysiłków Rudej, Szparag tymczasem gruchał coś basem smarowanym miodem gryczanym i oboje lekceważyli doskonale fakt mojego istnienia. Z odsieczą ruszył Stanisław wracający z kuchni z kubkiem podejrzanie białej kawy, lecz zamiast mnie wyłowić z kręgu wpływów zaplecza i on poddał się hipnozie. Spłowiałe od nadużywania oczyska wlepił podobnie do mnie we wdzięczące się mięśnie pośladkowe i degustował je saute. Szczęściem nie mlaskał i trwaliśmy w nabożnym skupieniu, a Ruda kradła nam dusze na raty i plotła z nich bardzo ubożuchny warkocz. Stanisław tylko cieleśnie był wielkoludem, a ja… Cóż, nawet i ciałem byłem ubogi.

Kiedy nadszedł szef pojawiła się dla nas nadzieja na zbawienie, jednak szef patrząc na maślane twarze swoich podwładnych bezbłędnie uchwycił zbieżność wektorów i podążył za nimi, żeby osiąść na kości krzyżowej Rudej. Nie, żeby się rozpychał. Szef majestatem zajął należne mu centralne miejsce, a my chudopachołki musieliśmy zadowolić się peryferiami spływającymi łagodnie na biodra. Szef zapadł w letarg. Czasami zdarzało mu się rozwiązywać problemy zawodowej natury i zastygać niczym czapla przed śniadaniem, nie bacząc na etykietę. Przecież oczywistością było, że szef na działalność nieetyczną, wulgarną, czy nielegalną był uodporniony od urodzenia i nawet w piaskownicy nigdy, przenigdy nie dał prztyczka piegowatej Zośce, ani nie zabrał Kubusiowi foremki do lepienia prywatnych wzgórz Golan.

Wszyscy pamiętaliśmy, jak niegdyś zastygł rozwiązując paradoks, którego nie dała rady rozwiązać nawet centrala posiłkująca się sztabem podwykonawców i budżetem dla sił bardzo zewnętrznych i wyspecjalizowanych tak wąsko, że potrafiliby przekroić żyletkę wzdłuż osi ostrza. Szef nieświadomie oparł wtedy wzrok biuście pani Kasi, to znaczy na nieregularnej szachownicy błękitnej kraty zdobiącej białą, wykrochmaloną bladym świtem bluzkę. Pani Kasia, świadoma procesu twórczego uniosła ciężar wspartego na jej piersi wzroku i trwała nieporuszona niczym Nike z Samotraki osadzona na postumencie, a może aluminiowej pięciozłotówce? Szef uczciwie wypisał pani Kasi nadgodziny i premię za szkodliwe warunki pracy, jednak problem rozwiązał definitywnie i rzeczowo.

Teraz, kiedy utkwił pomiędzy mną, a Stanisławem sytuacja stawała się równie trudna, szczególnie, że my, jako personel niższego rzędu, błyskawicznie zrzekliśmy się odpowiedzialności, przenosząc ciężar ewentualnej elokwencji na szefa. Szparag dostrzegł nas pierwszy i pryszcze na dziobatej twarzy wyraźnie zabarwiły się na czerwono, a żółć ropy z nieutulonym żalem musiała ustąpić miejsca krwi gorejącej. Stanisław przełknął ślinę wystarczająco głośno, żeby pośladki Rudej znieruchomiały, a następnie i ona podniosła na nas wzrok pełen niewysłowionych pytań. Stanisław przełknął po raz drugi i wolałem nie pytać, co przełykał. Wolałem zerknąć na szefa, czekając aż błyskotliwie i szarmancko uwolni nas od zaistniałej niezręczności.

Tymczasem szef milczał wytrwale i krew uderzała mu do twarzy zupełnie jak nam. Naśladował nas? Asymilował? Pytanie we wzroku Rudej nabierało już mocy urzędowej i nawet Szparag przygotowywał otwór gębowy do wygłoszenia emocjonalnego komunikatu – widziałem wyraźnie, jak nawilżał wargi i językiem przeliczał arsenał zębów, a może nawet w pamięci analizował siły odnosząc herkulesowe zamiary, do stanu posiadania, który mimo mizeroty puchł nadzieją wiekuistej chwały wytrawionej w oczach Rudej. Sytuacja tężała i XXI stopień zasilania mogliśmy osiągnąć zbiorowym wysiłkiem, kiedy sprawę uratowała nieoceniona pani Kasia, która właśnie wracała z bufetu z bardzo zieloną, zapewne niedojrzałą surówką.

- Boże! Ależ tu śmierdzi! – zajrzała do wnętrza i nieczuła na doskonałość pośladków Rudej zaproponowała rozwiązanie – Może otworzymy okna, bo za chwilę się podusimy? Panowie, pomóżcie proszę.

środa, 12 czerwca 2019

Nietykalna.


Pustym korytarzem przemknął niewidzialny jęk. Przemknął? On się ciągnął, jak guma do żucia pod butem w upalny dzień. Jeszcze nie tak dawno pomyślałbym, że to niewinny przeciąg grasujący bezczelnie w rurach wentylacyjnych, jednak obecnie wizja psa Baskervillów całkowicie opanowała mój umysł i byłem święcie przekonany, że zza zakrętu korytarza wyłoni się bestia czarniejsza od nocy w nowiu i wściekła jak sam szatan. Rzuciłem okiem za siebie i na wszelki wypadek szedłem przy ścianie, żeby choć jedną flankę zabezpieczyć przed domniemanym atakiem czarnej bestii. Kiedy w końcu zamknąłem drzwi biura ocalony w cudowny sposób otarłem pot z czoła.

Pani Kasia popatrzyła na mnie z milczącym współczuciem i wyżałośniałem jeszcze bardziej, licząc po cichu, że może przytuli mnie do piersi i pogłaszcze po policzku. Jednak pani Kasia uczucia bliższe kierowała wyłącznie do szefa i moje niecne myśli zostały błyskawicznie wyplewione wzrokiem krystalizującej się właśnie pogardy. Zdecydowanie pani Kasia wolała mężczyzn z charakterem. Mocnych, władczych i zdeterminowanych do działań. Do sukcesów i podbojów. Krótko mówiąc – nie mnie. Trochę ją rozumiałem, gdyż również zerkałem na szefa z uczuciem. Faktem jest, że ambiwalentnym, gdyż zazdrość toczyła mnie jak szrotowiec kasztanowcowiaczek dojrzałe drzewo. Nie ulegało jednak wątpliwości, że podziwiałem go również i czasami brakowało mi tchu, gdy popatrzył na mnie męskim, stalowym wzrokiem, odzierając moją duszę z jedwabiu westchnień. Czułem jak miękną kolana – moje i pani Kasi, która nie ukrywała nawet w rozmowach kuluarowych, że uczuciem pała beznadziejnym i platonicznym, deklarując gotowość przeobrażenia tego daremnego uczucia w spełnienie pełne motyli i westchnień z rajów dla dwojga.

Zagrzechotała woda lodowa w klimatyzatorze, żeby przetoczyć się drżeniem po kręgosłupie, aż musiałem zapracować zwieraczem, żeby nie poddać się niespodziewanej panice. Stanisław właśnie gdzieś wychodził i odsunął mnie delikatnie jak na niego. Trochę przypominało to przestawienie szachowego gońca na zapomnianą flankę, by bronił przyczółka nieistotnego. Drzwi kłapnęły za Stanisławem, ale przecież pies zdążył wymruczeć kolejną głodną rapsodię. Odzyskałem sprawność kończyn i bez zwłoki (dosłownie) zameldowałem się przy biurku. Odgrodzony od bestii szeregiem segregatorów pełnych treści tajnej, poufnej i niejawnej poczułem stabilność pozwalającą mi wyprostować grzbiet. Dopiero wtedy odważyłem się zerknąć na biust pani Kasi, do którego nie chciała mnie przytulić. Zauważyłem, że pokiwała głową z uznaniem dla mojej przemiany.

Na korytarzu zadudnił znany nam wszystkim doskonale dźwięk seryjnie mordowanych karakanów markowym obcasem Rudej. Wreszcie! Wszystko wróciło do normy. Ruda okopała się na więcej niż tydzień w zaciszu swojego laboratorium i preparowała coś tak wytrwale, że wyłącznie dostawca pizzy miał okazję podziwiać jej fryzurę przypominającą tę Einsteina podczas pracy twórczej. Ruda nie poprzestała na pojedynczym spacerze. Nawet na trzech nie poprzestała. Zupełnie, jakby chciała nadrobić swoją tygodniową absencję wokalną i demonstrowała przerażającą ruchliwość. Dobrze, że mury przedwojennej fabryki budowane były do znacznie większych obciążeń wibracjami maszyn produkujących arsenał wojenny na potrzeby partyzantek w wielu krajach rozwijających się potajemnie przed zgniłym wzrokiem zachodnich cywilizacji.

Może szukała psa? Miałem nadzieję że schwyci go za pysk i zniewoli. Ujarzmi, albo wyrwie mu krtań i rozwiesi na ścianie trofeum myśliwskie. Widziałem już rozmarzonymi oczami tę kreaturę podobną do Yeti, kudłatą, spoconą i śmierdzącą krwią pokonanych przeciwników wystarczająco naiwnych, żeby mu rzucić wyzwanie schnącą na ścianie pod pełnym dumy wzrokiem rudowłosej wojowniczki. Jakby na potwierdzenie moich podejrzeń zajęczała wiertarka udarowa, której nawet taki techniczny neptek jak ja nie mógł pomylić z dentystycznym narzędziem, czy powiedzmy zaśpiewem młota hydraulicznego. Ruda rozstrzeliwała ciszę swoją obecnością, a wiertarka pracowała nie bacząc na staccato jej nieposkromionej ruchliwości.

- Zachwycająca kobieta! Wierci nawet w marszu! – pomyślałem, jeśli tę czynność można nazwać myśleniem, gdyż inżynierski umysł nie powinien z podobną mrzonką dyskutować, ale od razu skazać ją na niebyt – Pani Kasia tak nie potrafi…

Maślanym wzrokiem przetoczyłem się po sylwetce pani Kasi nasłuchującej z zainteresowaniem owych dźwięków dobiegających z zewnątrz. Nawet szef zdawał się poświęcić odrobinę swego niezwykle cennego czasu nieistotności dobiegającej zza drzwi, dzięki czemu zainteresowanie pani Kasi stało się bardziej wiarygodne, a może nawet szczere i pałające chęcią. Tętent Rudej nabrał większego wigoru, kiedy dźwięki wiertarki umilkły. Musiała przesuwać się ruchem wahadłowym, jakby przeczesywała korytarz jednoosobową tyralierą starając się otoczyć niewidzialnego wroga. Nie mógł to być pies Baskervillów, gdyż jego otaczać nie trzeba. Może tłukła insekty? Na pewno wyhodowała coś potwornego i nawet pies zwiał w wentylację, żeby go nikt nie wyiskał tropiąc radioaktywne, jadowite biedronki. Rozejrzałem się pod biurkiem dyskretnie, gotów deptać z animuszem stada i kohorty drobnicy, planktonu białkowego wałęsającego się w nieznanym celu pod nogami, ale znalazłem tam tylko poczciwą, oswojoną podłogę.

Widać wzrok mam nietęgi, albo inwazja nie sforsowała jeszcze biurowej twierdzy. Zapewne to szef własnym autorytetem onieśmielał ją, jak onieśmiela mnie, patrząc na mnie zestawem uczuć przewidzianych dla leniwych podwładnych. Pani Kasia zamierzała eksplodować spontaniczną reakcją napędzona szefową uwagą, kiedy wrócił Stanisław i nie pytany ogłosił nowinę:

- Wieszają tablicę na korytarzu. Unijną. Widziałem jak Ruda tańczyła dookoła, fotografowała, dokumentowała i głaskała nowiuteńką tablicę. Mówię wam, cyrk! Mało brakowało zagłaskałaby te gwiazdki na śmierć. Dobrze, że monter szybko ją powiesił. Na koniec Ruda poprosiła mnie, żebym jej trzasnął fotkę na tle tablicy. Pasuje do niej jak ulał, taka błękitna…- Stanisław rozmarzał się jawnie i bezwstydnie – Z aureolą gwiazd złotych… Piękna jest mówię wam!

- A co jest treścią tablicy – szef był praktyczny do szpiku kości i potrafił zredagować podstawowe problemy świata techniki ignorując wątki filozoficzne – Przeczytał pan?

- A przeczytałem! – Stanisław zaskoczył nawet panią Kasię – Dedykacja chwalebna dla siedmiocyfrowej kwoty z Brukseli na rzecz badań nad komórkami macierzystymi i położenie podwalin na polu ich namnażania i selekcjonowalnej hodowli. Ma poparcie odgórne i budżet, więc nie ruszymy jej stąd nigdy. Może sobie hodować trzygłowe węże, leśne smoki, czy mrówki mutanty, a pod egidą tablicy i tak będzie nietykalna. I co teraz szefie?

piątek, 7 czerwca 2019

Delegacja.


Szef miał zaplanowaną, niespodziewaną wizytę kierownictwa szczebla tak wysokiego, że mieli nadlecieć, a biurowa plotka głosiła, że zgoła wylądują na spadochronach na dachu pośród pustułek i zamordowanych wróbli kruszejących na potrzeby małoletnich drapieżników oswajających dzioby z jadalnym pierzem ofiar. Od kilku dni kręcił się, gdyby szef mógł (umiał) się kręcić. Oficjalnie prowadził dogłębne analizy i kontrolował zawartość blatów biurek podwładnych celem wykrycia kontrabandy albo pleśniejącej mortadeli. Oczywiście nikt nie podejrzewał szefa, że kontroli podlega również zawartość szuflad, jednak na wszelki wypadek Stanisław wyniósł do domu hodowaną tam jaszczurkę bez jednej nogi, a pani Kasia ograniczyła ilość niezbędnych do pracy falkonów perfum do trzech.

Szef zacietrzewił się w tym kontrolowaniu, czy też pracy koncepcyjnej, więc ukradkiem usuwaliśmy mu spod nóg co groźniejsze elementy wyposażenia, jak kable, fotele na kółkach, torby, podstępnie stojące pudła z papierem o znormalizowanych formatach, zdradzieckie wieszaki i całą masę innych przeszkadzających rozwijać się marsowi na czole drobiazgów zbyt pospolitych, by wyrafinowany umysł szefa miał się nimi rozkojarzyć nadaremnie. Osobiście po godzinach wymyłem dna szuflad i półek z kurzu, żeby nie kaleczyły wzroku szefa. Po dwóch dniach nieprzerwanej, totalnej i dogłębnej kontroli poczuliśmy się przenicowani na wylot i każdy z nas gotów był już na spowiedź ostateczną i pokutę nawet przed wyrokiem, gdy szef wyróżnił mnie zauważeniem.

- Pozwólcie no kolego do mnie – zagaił łaskawie i w niczym nie sugerując nawet, żebym szykował się na egzekucję – wiecie oczywiście, że spodziewamy się gości z Centrali?

Szef potrafił powiedzieć „z Centrali” przez tak duże C, że niemal zaczepiało o rury wentylacyjne, co mnie lekko zakłopotało, bo przypomniałem sobie, że gdzieś tam czai się pies Baskervillów, na pewno wściekle głodny. W gardle straciłem smak i wilgoć, więc mogłem tylko pokiwać znacząco szefowi, że owszem wiem, ale zapewne nie doceniam stopnia komplikacji, albo nie ogarniam wszelkich koincydencji wynikających z faktu. A fakt bił mnie po oczach marsem na czole wodza, który na krótką chwilę miał przekazać pałeczkę Centrali (starałem się powiedzieć to z równie dużej litery, jednak strach i brak umiejętności skarlił i upokorzył ową literkę, aż mi było wstyd, że usiłowałem naśladować majestat). Pałeczkę władzy absolutnej i nieposkromionej.

- No więc kolego – kontynuował inwokację – postanowiłem obarczyć was moim zaufaniem i zlecić panu misję. Jak się pan zapewne domyśla Centrala (jak on to mówił, to byłem gotów zakochać się i w nim i w centrali, chyba, że on byłby zazdrosny – wtedy skupiłbym się na monogamicznym uczuciu do szefa oczywiście) nie życzy sobie ekscesów i insynuacji…

Rozpoczął tajemniczo i dość przewrotnie spętał mnie szponami ciekawości i lojalności. Teraz nie byłbym mu w stanie odmówić nawet własnej nerki upośledzonej chorobą w wieku młodzieńczym - niech zeżre ze smakiem, lub odrazą, tylko niech ją przyjmie ode mnie w dowód tego, co uzna za stosowne dla uczczenia bieżącej chwili.

- Tymczasem… - szef zawiesił głos i uniósł brew lewą w sposób kojarzący się z przygotowaniem oka do kontaktu z lunetą marki Karl-Zeiss z niegdysiejszego enerdowa – Tymczasem kolego mamy tuż obok ciało nieprzewidywalne i ekscentryczne niemal jak ciało Richarda Bransona, jeśli wiecie co mam na myśli.

Nie śmiałem wiedzieć, co szef ma na myśli, bo szefom w myśli się nie zagląda, tak jak pani Kasi nie zagląda się w dekolt, choćby przyniosła ów dekolt wprost do biurka i gryząc paluszki, czy rodzynki wiodła na pokuszenie po godzinach pracy. Pani Kasia w godzinach pracy NIGDY BY NIE KUSIŁA. Chyba, że szefa, który łaskawie opierał wzrok o jej biodra, czy kolana, żeby wyzwolić myśli z jednotorowego spojrzenia na przyszłość, a pani Kasia była znakomitym kontrapunktem, barierą, poza którą nawet wiatrom potrafiło się zakręcić w głowie. Pogrążyłem się w dywagacjach na temat ciała, lecz moje małe myśli podrzucały mi przed oczy nagie Odaliski, nimfy tańczące nad brzegiem ruczaju i inne okazy mocno roznegliżowane, żeby nie powiedzieć golusieńkie. A przecież szef nie sugerowałby nawet żebym w godzinach pracy kontemplował malarstwo Rubensa, a tym bardziej zabiedzone modelki w wersji „live”. Szef na pewno miał na myśli inne ciało, którego nagość była starannie zakryta przed moim ledwie skrywanym pożądaniem.

- Otóż! – szef najwyraźniej dzielił informacje na części składowe wystarczająco małe, żebym mógł nadążyć za jego niebanalnym umysłem, co czyniłem z lekkim wysiłkiem i ku radości pozostałych pracowników, których nie obdarzył zaufaniem – Panie kolego. Liczę na pańskie zaangażowanie i inicjatywę, choć nie ukrywam, że w większym stopniu na zaangażowanie. Z powodu wizyty (tu przymierzał się właśnie żeby powiedzieć Centrali, a ja rzuciłem się wzrokiem na jego usta, żeby spić to słowo wprost z matecznika słów wielkich i nieposkromionych) napisałem list, a pan go dostarczy! Czy rozumie pan powagę sytuacji?

Oczywiście, że nie rozumiałem, ale gotów byłem wystartować z tym listem choćby na księżyc i to natychmiast. Stanisław poczuł się lekko urażony, że to nie jemu przypadła w udziale chwalebna misja i boczył się trochę – oczywiście na mnie, bo na szefa nikt i nigdy boczyć się nie miał powodu.

- Żeby pan wiedział panie kolego, to ów list napisałem w domu zdjęty troską o naszych szanownych gości z obawy, że ktoś zakłóci wizytację czymś egzotycznym, wściekłym, lub budzącym odrazę.

W głowie miałem mętlik. Nie śmiałem nawet marzyć, żeby szef napisał list do mnie, a co dopiero list, który napisałby w czasie wolnym od pracy. Zazdrościłem adresatowi jawnie i z pasją. List zapakowany był w kopertę, której elegancja dorównywała szykowi z jakim szef był uprzejmy się nosić nieustająco. Wiecznym piórem i zamaszystym, lekko ozdobnym pismem szef wypisał nazwisko osoby wyróżnionej tak niezwykle. Przez kopertę czułem, że papier skropił wodą kolońską wartą z pięć stów u złodzieja handlującego towarem w okolicach galerii handlowej. Szef, jak należało domniemywać nie zniżał się do kupowania podróbek, czy wspierania czarnorynkowej gospodarki i nabył zapewne oryginał wprost w Paryżu, Szanghaju nie zaszczycając nawet zjadliwym uśmiechem. Szef nie był małostkowy. Nie przyszłoby mu do głowy szydzić z czegokolwiek. Był ponad niskie uczucia. A teraz wręczał mi kopertę, jakby udzielał mi sakramentu i błogosławił mnie na drogę.

- No! Kolego! – mentalnie poklepał mnie po plecach – Liczę na was, że dacie radę. Zaniesiecie list z prośbą o dwa dni urlopu na czas wizytacji, w zamian za wsparcie w późniejszych badaniach pańską osobą. Postanowiłem oddać pana do dyspozycji nauki na cały następny tydzień w rewanżu za dwa bezczynne dni, w trakcie których podejmiemy Centralę z należnym jej szacunkiem. Mam nadzieję, że kolega zrozumiał, jakim wyróżnieniem będzie dla kolegi funkcja asystenta w zaawansowanych projektach badawczych i będzie pan współpracował z entuzjazmem i oddaniem równym prezentowanemu w naszym biurze. Ruszcie się kolego. Cierpliwie czekam w gabinecie na odpowiedź.

Rzuciłem okiem na nazwisko… Ruda!

środa, 5 czerwca 2019

Rozwój ekosystemu.


Cisza trwała już całe cztery dni. To niemal typowy, biurowy tydzień. Trudno było nam wszystkim pojąć co się stało i powoli zaczęliśmy obstawiać zakłady, że Ruda zachorowała, albo ją zwolnili za wybujałą i zbyt żywą (w dosłownym tego słowa brzmieniu) wyobraźnię. Każdy nadstawiał ucha i wręcz dopominał się jej kroków na korytarzu, żeby w uspokajającym rytmie serduszka zmierzającego ku zawałowi wystrzeliło staccato kroków zmierzających TAM i z powrotem. Co odważniejsi symulowali nawet chorobę dróg moczowych, żeby zwiększyć szansę na to, by „przypadkiem” TAM spotkać Rudą i podzielić się ze współpracownikami tak pożądaną informacją.

Tymczasem słuch o Rudej zaginął i westchnienia żalu gęstniały, aż szef nie wytrzymał i walnął pięścią w biurko, któremu do dębowej solidności wiele brakowało. Walnął z wdziękiem i gdybym był płci przeciwnej pewnie rozkochałby mnie w sobie tym atakiem agresji skierowanej w stronę przyrody nieożywionej. Jako samiec musiałem jednak przyznać, że wolałem rozkołysane kroki Rudej tętniące życiem i pobudzające krew do tańca w rytmie jej kroków.

- Dość! – szef bezkompromisowo uciął wszelkie dywagacje i zawiesił strategiczne działanie na czubku wypielęgnowanego palca wskazującego lewej dłoni. A potem wskazał nim panią Kasię, choć galanterią codzienną zarażony był niemal chorobliwie i dokończył – Pani pójdzie zapytać. Ruda kompletnie dezorganizuje życie biurowe, a jak widzę niektórym zamiast zestawień przychodzi już do głowy zmiana wykonywanego zawodu i zajmują się szkicowaniem aktów, na których pomimo skromności środków wyrazu prozaicznego ołówka i tak dostrzec można rude sprężynki znajomej wszystkim fryzury. Więc pójdzie pani i zapyta. Jeżeli się pani obawia, to kolega Stanisław będzie pełnił pani straż tylną, boczną, a patrząc na jego rozpasanie kubaturowe być może i przednią jednocześnie. To powinno powstrzymać atak klonów, grzybów, UFO i psa Baskervillów również. Gdyby się jednak okazało, że nie dzieje się nic pani autentyczny wdzięk pozwoli się wam wycofać do biura bez szkody na honorze, czy co tam nosicie pod serduszkami.

Pani Kasia nie była istotą pokorną i całe szczęście, gdyż misja wydawała się niemal samobójcza. Nikt z nas dobrowolnie nie zbliżał się do żadnych drzwi laboratoriów noszących na drzwiach logotyp stylizowanej dżdżownicy w kolorze błękitnym i dwóch eliptycznych kleksów zgnilizny moralnej. To chyba pani Kasia jako pierwsza te łzy nazwała flegmą gruźliczą, a błękitnego zawijasa glistą. Panią Kasię szanowaliśmy bez wyjątku za porównania dobitne i obrazowe, a potrafiła się posunąć w nich tak daleko, że nawet żulom purpurowiały uszy, gdy wyrażała swoją nie podlegającą negocjacjom opinię w ich obecności.

Stanisław wydobył skrywany w szufladzie n czarną godzinę biały szalik i zawiązał go poniżej linii włosów ozdabiając na przedzie kleksem czerwonego tuszu, co zdaje się miało symbolizować kraj kwitnącej wiśni, która na Stanisławie wyglądała jakoś tak beznadziejnie i ubogo. Jednak duch samurajów, nindżów, czy kogo tam diabli ponieśli do walki ze złem tego świata ukorzeniał się w Stanisławie, a nawet przeniósł na otoczenie. Pani Kasia osobiście umoczyła czubek naprawdę małego paluszka i ozdobiła sobie przestrzeń pomiędzy wydepilowanymi na ostro brwiami dyskretną plamką o znaczeniu bliżej nieznanym, acz wywołującym skojarzenia z Hindukuszem. Pewnie chcieli oszołomić własną unitarną i elitarną przynależnością wszystko, co spotkają na krótkim szlaku bojowym.

Tymczasem szef z pozorowaną lekkością trzymając nogę założoną na drugą powiewał półbutem męskim rozmiar czterdzieści trzy ze skóry czegoś dawno nieżyjącego, przetworzonego przez włoskich rzemieślników na dzieło sztuki użytkowej. Nie ponaglał, ani nawet wzrokiem nie wypychał oddziału zwiadowczego ufając, że religia nie zabroni im wyjść zwycięsko z tej potyczki, choć jako aspirujący gentelman gotów był podążyć z odsieczą na pierwszy, spłoszony okrzyk pani Kasi. Szef dysponował wyobraźnią niedostępną personelowi i nawet nie udawałem, że jestem w stanie podążać jego ścieżkami chociaż minutę. Szef najwyraźniej dotarł do momentu dramatycznej nierównowagi batalistycznej, bo dłonie zwarł w pięści aż zachrzęściło. Nie chciałbym być w skórze tego, na kogo spadną ciosy tak szczelnie zasklepionych kości szefa! Ufałem mu i chyba gotów byłem swą steraną cnotę oddać mu na usługi, żeby ode złego nas wybawił osobiście.

Pani Kasia i Stanisław ukradkiem sforsowali drzwi biura i tyle ich widzieliśmy. Ktoś pstrykał długopisem, co zmuszało nasze płuca do pospiesznego chwytania powietrza i niedługo w pomieszczeniu powinno zabraknąć tlenu, gdyż spożycie wzrosło skokowo do stanu przekraczającego dawki brzegowe. Klimatyzator zajęczał i odprowadził wodę lodową obecnie już gazowaną, pełną dwutlenku węgla. Czas schował się gdzieś za wieszakiem na parasole, a może nawet wlazł pod biurko korzystając z tymczasowej nieobecności pani Kasi, gdy spoza drzwi wychyliła się pojedyncza, męska dłoń. Raczej blada i nie tak piękna jak dłoń szefa, który w ogóle był najpiękniejszy i tylko pani Kasia i Ruda mogły próbować polemizować z podobnym aksjomatem. Pomimo drżącej żałośnie odwagi wychynęliśmy za tą ręką na korytarz delektując się miękkością nie uwierającą w stopy.

- Ciii! – wyszeptał krzykiem Stanisław – Ruda żyje, a nie słyszymy jej, z powodu tego!

Wskazał butem na podłogę. Podłogi, niegdyś kamienne dzisiaj zaroiły się czymś miękkim, stalowo szarym, dość ciemnym, ale bezzapachowym i nad wyraz miłym w dotyku. Owe pomieszane barwy wypełniały caluteńki korytarz, a gdzieniegdzie ów dywan zaczynał wspinać się na ściany, jakby miał kaprys upluszowić nasze spacery do cna.

- Ruda wyhodowała mech! – pani Kasia bezobcesowo przeszła do meritum – wyhodowała, ale nie upilnowała i się jej wymknął. A teraz zmutowany mech grasuje wszędzie tam, gdzie poczuje wilgoć i biada nam jak dojdzie do łazienek, bo takiej ikebany to w życiu nie obejrzycie nawet na starożytnych, japońskich akwafortach!

środa, 29 maja 2019

Nagonka.

Po rurach niósł się daleki, głęboki skowyt. Wszyscy pracownicy biura zastygli z przerażeniem patrząc na rury wentylacyjne o rozmiarach pozwalających na zabawę w berka. Wysoko, jakieś pięć-sześć metrów nad podłogą niegdysiejszej fabryki zbrojeniowej zgodnie z modą na lofty urządzono biura do wynajęcia dla każdego, kogo skusić mógł industrialny, surowy charakter wnętrz. Pod sufitem biegły zresztą i pozostałe instalacje – zupełnie na wierzchu, jakby rury i ich mocowania miały stanowić wystrój wnętrz.

Okna, niczym w pałacowych komnatach wspinały się na metrowej grubości ceglane ściany, chłonąc zewnętrze łakomie i bezwstydnie. Dźwięk ucichł, jednak nikt nie chwycił ołówka, ani nie analizował map, czy zestawień, tylko wciąż patrzyliśmy z trwogą na sufit.

- Ruda coś wyhodowała! – ktoś szepcząc pozwolił sobie na wykrzyknik.

- Pies Baskervillów – zawyrokowałem – albo coś jeszcze gorszego.

Po korytarzu – byłem tego pewien, chociaż nikt nie miał odwagi wyjrzeć – wiało grozą i pustka była totalna. Nawet kurz osiadł na wykładzinach i nie krążył obłędnie i bezcelowo. W tej skostniałej ciszy kroki Rudej niosły się niczym seria z karabinu maszynowego. Kobieta chodziła, jakby każdym krokiem chciała obcasem zmiażdżyć insekty na podłodze. Kto wie, czy tego nie czyniła właśnie za drzwiami biura-laboratorium. Podobno mnożyła komórki macierzyste, ale Rudej nikt nie wierzył. Zajmowała połowę najwyższej kondygnacji i poza nią w pomieszczeniach niezbyt często można było zobaczyć kogokolwiek. Jedynie pryszczaty młodzieniec przychodził konserwować coś, co wyglądało jak hermetyczny zbiornik wielkości dwóch zespawanych wanien stojący niedaleko wyciągu.

- Ta… - wreszcie ktoś odważył się na słowa nieukradkowe, tylko normalnym tonem – pewnie coś się wymknęło z tych wanien i zalęgło w rurach. Ciepło miało, to i dorosło, a Ruda pewnie cichcem karmiła to bydlę. Mówię wam, doigramy się jak nic. Czas zmieniać pracę, bo tu za długo nie pociągniemy. Ruda z pomocą tego mutanta zadusi nas po kolei, chyba, że dobrowolnie się wyniesiemy.

- A widzieliście, jakim łakomym wzrokiem patrzyła na nasze przestrzenie? – Szef włączył się do rozmowy. Na pewno o to jej chodzi, żeby zająć i nasze biura. Te wszystkie rury, wentylacje, wyciągi, klimatyzacje, to jak dla niej stworzone, żeby czyścić masy powietrza z tych… no… efektów ubocznych. Wczoraj wieczorem zostałem dłużej w biurze i czułem smród jak ze spalarni. Pewnie truchła wyniosła i w płomieniach pozbywała się dowodów. Myślałem, że się porzygam!

My też tak myśleliśmy. Znaczy – myśleliśmy, że my się porzygamy na samo wspomnienie czegoś równie ohydnego. Kto by pomyślał, że to jakiś Mengele w spódnicy? Na korytarzu dudniły kroki Rudej i chyba nikt poza nią nie zamierzał w najbliższym czasie wyjrzeć poza biuro. A i we wnętrzu każdy podejrzliwie zerkał na instalacje, czy wytrzymają agresję potwora.

- Powiem wam – koleżanka, która rzadko dawała się ponieść emocjom zabrała głos kołysząc nogą założoną na drugą, a trzeba przyznać, że miała czym machać i każdy się przyglądał z trudem ukrywając pożądliwość we wzroku – że wczoraj w bufecie mówili ci z pierwszego piętra, że coś warczało z rur i jakoś tak cwałowało po rurach, jakby koń, czy łoś. Tak mówili, bo ja nie mam pojęcia jak cwałuje łoś, ale oni zdawali się być mocno przejęci. I mówili jeszcze, że te rury, to jakieś cholerne katakumby i można nimi dojść wszędzie od podziemi aż po dach. I na zewnątrz da się wyleźć, jeśli się wie, jak.

Ci, co jeszcze nie byli spoceni zrobili to od razu. Koszule pociemniały od parującego strachu. Nie sądziłem że biurowa robota może dostarczyć takich emocji. Kłapnęły drzwi p-poż i kroki Rudej oddaliły się w kierunku klatki schodowej. Ma dziewczyna stalowe nerwy. Samotnie wyruszać na poszukiwanie wściekłej bestii. Bez wsparcia, a jedynie w butach na obcasie pancernym. Amazonka! Podziwiałem ją skrycie, a ona chyba coś przeczuwała (baby mają taką niesamowitą zdolność wykrywania emocji, że pewnie wiedziała o moich fantazjach więcej niż ja sam), bo zachowywała się względem mnie przyjaźnie z życzliwością, jakiej nie zauważyłem względem innych najemców.

Szef, który zazwyczaj poganiał i delegował robotę bez umiaru teraz siedział zapatrzony w okno, za którym maiła się przerośnięta robinia wabiąc aromatem owady, którym nie przeszkadzały ostre kolce na gałęziach. Słońce panoszące się na niebie lizało coraz większe połacie podłogi, kiedy Szef wreszcie się odezwał.

- A może zaproponować jej pomoc w polowaniu? Wiecie, że jestem myśliwym amatorem i mam sztucer z lunetą? Czasami ze szwagrem wybieramy się na dzika, albo na bażanty. Może mógłbym Rudej pomóc?

– To misja samobójcza. Stanowczo odradzam. Wścieklizna i mutacje nieznanych chorób mogą być nieuleczalne, nawet, jeśli pies Baskervillów nie połknie śmiałka w całości. Szef popatrzy na te rury. On może mieć półtora metra w kłębie! Może być jadowity. Toksyczny jak Czarnobyl.

- Lepiej stąd wiać szefie. Może poszukamy innego biura? W mieście na pewno coś się znajdzie, a to niech bierze Ruda i nam odpuści.


- Nie! Nie będziemy uciekali przed jakimś szczeniakiem – Szef nie należał do strachliwych bubków, ale palcem wskazał jednak mnie – Ty! Idziesz i proponujesz Rudej wsparcie całego zespołu. A my tymczasem przygotowujemy obławę na potwora. Zrobimy nagonkę jak się patrzy. Jak raz nie wyjąłem z bagażnika flinty i mam naboje na grubego zwierza. Przyniosę, jak będziemy gotowi. Damy bydlęciu popalić!