środa, 31 stycznia 2024

Podejrzane.

 

    Sumienny sumita siadł za sumakiem, sumując sumatrzańskie sumy.


    Nim świt nad Rzeką zapłonie kolorami, architektura wyrzyna się z mroku komplikując widnokrąg do zębatej geometrii. Pani, uwieczniająca z mostu ów widnokrąg była najwyraźniej zachwycona i nie widziała świata poza tym, który właśnie kopiował się na monitorze telefonu. Sądziłem, ze to Japonka, pragnąca zachować obraz wysp, by po powrocie do siebie móc porównać urodę naszych drobnych wysepek z własnymi, o zdecydowanie większym rozmiarze. Ale nie – nie wyglądała ani trochę azjatycko. Kamuflaż?

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Xunks. Ekstrakt tendencyjny o zwierzęciu latrynowym.

 

    Mutant czeskobłędny z lekką skłonnością do klasycznej greki, występujący w kolorach dostępnych przed epoką RGB. Gdyby w swoim występie napotkał niewybredną szopicę praczkę trwale pozbawioną węchu ich potomstwo osiągnęłoby poziom wirtuoza w czyszczeniu kanalizacji sanitarnych. No właśnie, gdyby...

Wystarczyła odrobina ciepła

 

    Nad komisariatem niebo poszatkowane, jak lodowisko po zaciekłym meczu hokeja. Nad operą – względny spokój, być może tłumiony duchem sztuki wytrawnej. Nad pałacem dawno nieżyjącego właściciela pracowicie pochyla się żuraw. W bukszpanowych żyłach spijających wilgoć z miejskiej fosy zaczęło tętnić życie, a wątpliwy aromat wiatr łaskawie rozcieńczał. Pancerne dziewczęta suną deptakami bezbronne, jak świeżo wyostrzona gilotyna. Metalizowane buzie, nieprzeliczone akty graficznej samozagłady na skórze, strój i buciory frontowe, dłoń pełna kastetów-pierścieni, w których detalach zapewne odnaleźć można nieznane nauce ślady toksycznych jadów.


    Czerwonowłosa, w błękitnej kurtce, wyglądającej na doszczętnie spłukaną benzyną wzywa przez telefon zewnętrzne wsparcie, jednocześnie usiłując przypalić papierosa – ostatni sztach skazańca przed aktem całopalenia? Na oczach niewinnej dziatwy bawiącej się w coś różowo-pluszowego? Okropne! Chodnikiem płynęła pani w pobladłych z wysiłku dżinsach, a ilość urody, którą udało się jej wtłoczyć do wnętrza była zaiste imponująca. I (stary i głupi) już nie wiedziałem, czy podziwiać urodę bardzo bogatej fryzury w kolorze świeżych kasztanów, czy o cal zaledwie niżej leżące, płynne ciało uwodzące rytmiczną grą kroków. Samotny kormoran usiłuje osiedlić się w dorodnej kępie jemioły, gołąb sceptycznie zagląda w głąb komina spalinowego, ciężarna hipiska rozjaśnia monotonię wielobarwnym strojem.

Ekstrakt o nietrwałości makijażu.

 

    Ktoś rozebrał dla mnie niebo z ciemności chłodnej, jak spojrzenie porzuconej kobiety. Zerkam, jak wdzięczy się zawstydzonym różem, podkreślonym wątłą kreską ekstrawaganckiego akcentu w fioletach, rzuconych w ocean stłamszonego błękitu. Zaraz wzejdzie zachłanne słońce i wyliże barwy do białości.

niedziela, 28 stycznia 2024

Posłaniec.

 

    Najpierw była debata. Wiadomo – starcy, zanim ruszą swoje zwiotczałe tyłki, najpierw muszą pomarudzić. Podłubać w nosach, przeczesać dłonią pełną plam wątrobowych rzedniejącą łysinę, czy szczecinę, poskrobać się po rozporkach (przy okazji sprawdzając, czy zapięty i czy sucho w kroku). Opcje i kontrargumenty mnożą cynicznie, a gdyby nie natarczywość sprzątaczek wyganiających to stetryczałe stado, to pewnie pogrążyliby się w dywagacjach na drobną nieskończoność trwającą z grubsza tyle, ile trzeba, żeby najmniej krewkiego z nich przenieść na OIOM nie nadwyrężając mięśni zgromadzonych na debacie.


    Wylosowali, jeśli mogę sobie pozwolić na szczyptę sarkazmu, mnie. Oczywiście. Najmłodszy. Takiemu zawsze wiatr piachem po oczach sypnie. Najmłodszy, nie znaczy jednak młody. Jako jednostka skażona wszechobecnym cynizmem, jeśli nie wiedziałem, to przeczuwałem, że zaszczyt może być iluzoryczny, a ryzyko rośnie odwrotnie proporcjonalnie do IQ ryzykanta. Czyli mnie. Wiedziałem, że te hieny nie pozwolą mi uniknąć zaszczytu, ale spróbować musiałem. Ma się ten szczątkowy instynkt samozachowawczy.


    - Czy to nie powinien być ktoś rozsądniejszy? Bardziej wyrobiony politycznie i gładszy w obyczajach? - zagaiłem niewinnie, trzepocząc rzadkimi rzęsami w rozmiarze niegodnym żadnej miary.


    - Nie! - skarcił mnie głosem senior wśród seniorów – Zrozum chłopcze, że to właśnie obycie i przewidywanie sprawiło, że będziesz reprezentował nasze grono. Jak skrewisz, to ktoś rozsądniejszy i bardziej obyty pójdzie i będzie łagodził. Znaczy… Nie tobie łagodził, bo ty dostaniesz raczej ostrego kopa, wielce rozwojowego i dotkliwego mam nadzieję. Ów rozsądniejszy załagodzi kataklizm. Przynajmniej będzie usiłował, bo wybraniec pod wpływem kopa gotów utracić zdolność do jakiegokolwiek działania poza agonią. Nie możemy ryzykować, że utracimy quorum. Dlatego dalsza dyskusja mija się z celem. Wybór został dokonany.


    Przepadło. Wyasygnowali nawet jakiś grosz reprezentacyjny, a skarbnik wręczając skrupulatnie przeliczoną poślinionymi paluchami kwotę nakazał przynieść kwity, pod rygorem pociągnięcia mnie za odpowiedzialność, szykaną na rachunku bankowym i anatemą towarzyską w obecnym kręgu. Poszedłem. Na modny garnitur nie miałem co liczyć – hojność była cnotą mile widzianą u innych, jednakże ze strony Zgromadzenia absolutnie mi takowa nie groziła. Pozostało wynająć na godziny. Poszedłem do wypożyczalni przymierzyć i zabukować (żeby nie płacić za zbędne nadgodziny – nadgodziny przed faktem?). Wymyśliłem, że przybędę wieczorową porą i dopiero wtedy przebiorę się, a zegar zacznie odliczać czas najmu. Chytrze, jak na młodziaka. Młodziaka pośród seniorów. Czymże moje skromne sześć krzyżyków, w obliczu peseli, przed którymi drżał ZUS, US i młody proboszcz parafii nierozsądnie rozłożonej nieopodal Zgromadzenia.


    Salonowe golenie i strzyżenie nadszarpnęłoby budżet niemal śmiertelnie, więc poprzestałem na zabiegach domowych, marnotrawiąc czas na ablucje, choć do planowej kąpieli miałem jeszcze najmarniej trzy doby. O żadnych manicurach mowy być oczywiście nie mogło. Wystarczającym stresem było szukanie skarpet w miarę do pary i w miarę całych. Niestety. Zadanie okazało się nieprzyzwoicie trudne. Cóż. Wzorem medialnych trefnisiów postanowiłem ekstrawagancko zrezygnować ze skarpet, choć jakaś nieskromna myśl szczypała pośladki mojej podświadomości – brak skarpet jest sugestią kolejnych braków garderobianych! Naskórek garnituru, koszulę i buty można będzie na mnie dostrzec gołym okiem, a to, co gołe wymagałoby już oka uzbrojonego w szperacz, albo w domysły.


    A propos! Mój przeciwnik płci niewątpliwie piękniejszej, bogatszej i młodszej, zapewne sam był bronią zaczepno-obronną. Kursy krav magi u najzacniejszych z jogginów, pogłębione studia nad haitańską sztuką rzucania klątw i uroków, plus prozaiczny gaz pieprzowy, na wypadek, gdyby zupa była nieodpowiednio przyprawiona, to absolutne „must have” Jednostki, którą nasze Zgromadzenie zamierzało oszołomić ofertą współpracy bynajmniej nie wirtualnej, a bezwstydnie cielesnej.


    Czas nieuchronnie dryfował w stronę pierwszego punktu harmonogramu – powitanie i przetransportowanie Gościa z punktu A (hala przylotów) do punktu B (apartament na dachu hotelu z prywatnym basenem, yakuzą, czy czymś innym, również w orientalnym stylu, oraz bezpruderyjnym boyem hotelowym na użytek wewnętrzny). Harmonogram uwzględniał, że Jednostka po trudach lotu zechce się aklimatyzować powyżej dna basenu, relaksować z/bez yakuzy, czy zgoła przespać z/bez boya, nim zaszczyci naszego przedstawiciela własną doskonałością. Czekanie w klimatyzowanym holu wydawało się być nieuciążliwe w porównaniu z resztą harmonogramu. Obiad (względnie kolacja – bufor czasu do dyspozycji Istoty musiał być płynny, jak dojrzałe rozwolnienie), opera, nocne promenady po bulwarach, wstępne negocjacje przy koniaczku i cygarku (bądź przygotowany na czystą i papieroska grubości włosa), wreszcie odholowanie Istoty do pokoju/łóżka/gdzieś (improwizuj/organizuj/nie zbłaźnij się!) jako zamknięcie wigilii Istotnego Objawienia na forum naszej prześwietnej Organizacji.


    Szukając katharsis zgodnie z zaleceniami Zgromadzenia dowlokłem się na lotnisko przebrany za kelnera z lokalu o liczbie gwiazdek zbliżonej do drogi mlecznej – garnitur, muszka, trochę detali mających podkreślić mój cywilizowany stosunek do świata, oraz garść powitalnych roślin (podawać Istocie kolorem do góry, ciernie dyskretnie ściskając w dłoni.) Przed wyjściem otoczyłem fizjonomię aromatem wody kolońskiej, na wszelki wypadek potrajając standardowe ilości. Aureola nie była może większą, ale na pewno mocniej skoncentrowana na mnie i nie dopuszczająca w okolice uszu much i innych ulotnych drobiazgów interesujących się płynami układu krążenia.


    Wypatrując Istoty stać musiałem na palcach, jak czyniła większość czekających na jakieś inne istoty, szczególnie w momentach, gdy korytarz wypluwał kolejne rzesze zmaltretowanych turystów, bizneswomenów, sportowców i tych, którzy już dawno zapomnieli w jakim celu przybyli właśnie tu. Nic. Korytarz wyrzygał już trzy dorodne ławice, a Istota nie pojawiła się na firmamencie, w zasięgu moich ubogich teleskopów minus dwie dioptrie z małym okładem. Obok mnie wspinała się na palce jakaś smarkula w pepegach poprzydeptywanych wielokrotnie, w uświnionych niebosko dżinsach-ogrodniczkach i z piegami w pełni odzwierciedlającymi aktualny horoskop zodiakalny. Miałem już zbesztać onę furię małoletnią, rozczochraną i uśmiechniętą zgoła bezczelnie, kiedy pociągnęła mnie za rękaw.


    - Czekasz na kogoś? - zapytała przekrzywiając głowę – Może ci pomóc? Jak chcesz, to wdrapię się tobie na barana i ponad tłumem będę patrzyła. Mam lepsze oczy od twoich. Ty tylko mi powiedz, kto to ma być, a ja go znajdę. Chcesz?


    - Nie – burknąłem, choć logika propozycji była bezapelacyjnie doskonała – Czekam na Istotę i nie wiem, jak wygląda. Ale zapewne poznam, gdy tylko się pojawi.


    - Czyżby? - gdyby nie ograniczenie uszami, jej uśmiech sięgnąłby najmarniej skroni. - Miło słyszeć. Taki zdecydowany i samodzielny… A Istota ma jakieś imię? Ty masz?


    - Mam – już zbesztać tę małpę, czy jeszcze poczekać? - A tobie mamusia odmówiła?


    - Och! I jaki groźny – udawała, że się rumieni i kręciła bioderkami na boki niczym kuter w szkwale – To dobrze. Istota na pewno lubi takich zdeterminowanych mężczyzn.


    - A skąd możesz wiedzieć, co lubi Istota moja panno?!


    - I od tego trzeba było zacząć! - zadowolona była z siebie, jakby w totka wygrała trzy razy z rzędu – Ty na pewno wiesz, co lubisz. Ja również. Więc może już nie czekajmy dłużej, bo to gotowe nam się znudzić. Idziesz?


sobota, 27 stycznia 2024

Pstronk. Ekstrakt o pochodzeniu i przeznaczeniu.

 

    Zmutowany ortograficznie pstrąg ma dwa garby spowalniające ucieczkę przed cyklicznym odłowem, pasy na skórze naprzemiennie dzielące mięso na chude i tłuste, oraz ości z przeznaczeniem na „wieczne” wykałaczki. Pstronk w uprawie ekologicznej korzysta z wód mineralnych, głębinowych, a nawet opadowych.

piątek, 26 stycznia 2024

Ekstrakt o wartości sedna. Powiedzmy.

 

    Rozwijałem się tak łapczywie turlając się naprzód, że nie zauważyłem własnego końca, więc musiałem polec. Teraz potulnie czekam, aż ktoś cierpliwy nawinie niteczkę aż do puszystego kłębka i dotrze do mnie.

Poranne zjawy.

 

    Z granatowo-czarnej nocy boleśnie wyrzyna się świt. Jak mleczne zęby. Gdzieś daleko wyje dmuchawa maszyny przedmuchującej kurz z miejsca na miejsce, sapią rury wydechowe samochodów wzdychają do kierowców klnących na tłok tej nocy. Ktoś gdera nieistotności za pośrednictwem sieci telefonicznej, dziewczęta na przystankach rozplatają warkocze nóg zwiastując wiosnę i opowiadają o sukcesach (bądź nie) minionej nocy. Trawniki upstrzone drobnymi buteleczkami po wódce i stadkiem dziur sugerującym, że osiedliła się tam rodzina piesków preriowych. Tłusty księżyc patroluje Rzekę, dwaj wytrawni złomiarze powozi dwukółkami z wyraźną wprawą. Jedna z nich wyposażona była w pluszowego misia pandę nikczemnego rozmiaru – może służył za autopilota, kiedy rykszarze raczyli się piwkiem schłodzonym w sposób jak najbardziej naturalny.

Ewolucja.

 

    Zwierzęciem będąc, świat widziałem prostym. Jadłem, kiedy poczułem głód, spałem, gdy zmęczenie brało górę nad ciekawością świata. Kiedy rozpierała mnie męskość, mówiłem głośno o swoich niespełnionych potrzebach każdej napotkanej samiczce. Nie obrażały się i nie miały mi za złe szczerości.


    Teraz, tonę w człowieczych skrupułach i wplątany w niezrozumiałą sieć cywilizacyjnych interakcji – kluczę. Jem, nie czując głodu, usiłuję spać, zamiast beztrosko wyć do księżyca. Samiczki? Żadnej nie przyznam się do swoich pragnień. Zamiast tego osaczam je słowami, oszałamiam słodkim alkoholem, godowym tańcem, a nawet uwodzę brudną mamoną. Wstaję nim świt otrzeźwi głowę i uciekam poza zasięg zmysłów. Jej i własnych.

czwartek, 25 stycznia 2024

Na mokro.

 

    Kałuże taplają się w deszczu, pęcznieją, jak po sutym obiedzie. Mimochodem niwelują ludzkie niedoskonałości w budowie prostych powierzchni, poziomując je wręcz doskonale. Młodziutka pani z misternie uplecioną fryzurą, za pomocą kawy z termosu usiłuje własnej, bladziutkiej buzi zaszczepić ideę łączenia barw – nawet tak różnych, jak kawa i mleko. Ale przecież to się zwykle udaje. Nie tylko kawie, ale i małżeństwom zmieszanym kontrastowo, jak tylko można. Zapewne poziom szczęśliwości w takich związkach nie odbiega od średniej krajowej, bez względu na kraj odniesienia.


    Sikorka penetrowała ceglany mur, poszukując słabszego miejsca, by przeprawić się na drugą stronę, jednak w obliczu zbliżającej się porażki przefrunęła ponad nim.


    - Stany, to stopień niższy od staników? Mogą być nawet zjednoczone – haftką, czy innym fikuśnym zapięciem.

środa, 24 stycznia 2024

Takie tam nieistotności.

 

    Naprzeciw pachnącej atramentem pani w baranicy usiadł szary wilk i pogrążył się w modlitwach, być może błagając wszechmocnego o siłę, która pozwoli owieczce ujść z życiem. A może po prostu szukał w sobie bezczelności, żeby ją skonsumować na oczach bądź-co-bądź tłumu, kto wie, czy nie lubieżnego.


    Ze wzgórza schodził wygłodzony lodowiec, czołem moreny oparty o chodnik, na którym spiętrzył piach i sól. Na wyspie chromowany szkielet lewiatana połyskiwał ku przestrodze ogrzewany światłem sodowych latarni nie potrafiących się zdecydować, czy flirtować z elewacjami zachwycających kamienic, pogrążyć się w nurcie, czy przejrzeć w wypolerowanych żebrach prehistorii. Pod mostem ukryło się malutkie bystrze, szukające szczęścia tam, gdzie żaden deszcz nie zaburzy melodii, jaką wygrywa własnym pomysłem.

wtorek, 23 stycznia 2024

Przedwiośnie.

 

    Dziewczątko, jeszcze nie całkiem kobieta, szło sobie w czarnych rajstopach i bordowej spódniczce tak krótkiej, że wiatr bez wysiłku opływał jej jędrne krągłości. Obok przebiegali jurni, wysportowani kulturyści w szortach odsłaniających umięśnione uda, więc chyba wiosna w natarciu. Nie bardzo wiem, jak ją wkleić w obrazek z nieodległej okolicy, gdzie na całorocznym rozlewisku pośrodku kukurydzianego pola dzieci korzystają z zamarzniętego akwenu ślizgając się w czapkach i rozchełstanych kurtkach. Na Rzece podświetlonej elektrycznie wiszącym chodnikiem woda zachowuje się jak gęsta oliwa, tocząc się raczej leniwie ku przeznaczeniu.


    - Ladaco, to nie lada co! A co!

niedziela, 21 stycznia 2024

Transmutacja.

 

    W obliczu bezinteresownie rosnącej agresji ze strony obcych ludzi i zapowiadanej przez plotkarskie portale nieuchronnej inwazji istot spoza naszego układu słonecznego postanowiłem wyhodować sobie żądło, zasilając je możliwie najskuteczniejszą toksyną. Żadnego miłosierdzia, czy współczucia dla napastnika! Jak kąsać, to do bólu. Najlepiej śmiertelnie. Zacząłem oczywiście od starannego planowania, żeby nie zmitrężyć czasu na kompletnie kretyńskie próby spontanicznej orki zakończonej katastrofą, po jakiej wyłącznie Zorba potrafił zatańczyć.


    Żądło miało stać się bronią ostateczną. Trudno od takiego wymagać, żeby było masowego rażenia, więc musiałem zadbać o detale. Trafić w miliard Indian na centralnym placu Delhi, czy Chińczyków-Pekińczyków, to żaden problem. Za to trafić pojedynczego przebiegłego barbarzyńcę, to już sztuka. Szermierka praktyczna była mi obca. Operowanie żądłem powinno zawierać aspekty automatycznej odpowiedzi na zagrożenie. Wykrywać, przeciwdziałać, najlepiej uderzając wyprzedzająco. Przy okazji – chciałem wykluczyć atak na agresora atakującego pojazdem opancerzonym, kryjącym delikatną pupkę w megachłonnej powłoce marki pampers. Opinia publiczna mogłaby tego nie wytrzymać, jak obecnie nie wytrzymuje, gdy na bliskim wschodzie jako przestrogę dla nieschwytanych wypuszcza się jeńców w samych pampersach. Więc nie. Uderzenie precyzyjne, jak atak samotnego moskita penetrującego bazę niewiernych, nieodwołalne, jak papieskie edykty, zaskakujące niespodziewaną roszadą na geopolitycznej szachownicy i skuteczne, jak ucieczka amerykańskiego lotniskowca z Morza Śródziemnego.


    Broń krótkiego zasięgu, taki drapieżny kordzik z rowkiem na toksyczną miksturę, przy mojej przerażająco skromnej posturze wydawała się zbyt minimalistyczna. Ba! Nie tyle wydawała się, a stawała się zbyt uboga, jak na głębię mojego strachu. Z kolei długa… wymagała talentu we władaniu, oraz oczywistej siły fizycznej, żeby broń nie uziemiła mnie własną wagą. Kevlar! To miała być odpowiedź na problem uzbrojenia. Skąd pomysł, żeby węgiel był lekki, tego nie wiem, ale ludzkość nie ustaje w wysiłkach, aby z paradoksów zbudować przyszłość, która nie rozsypie się pod krytycznym wzrokiem i szyderczy śmiech nie okryje jej patyną. Kevlar, jako karzącą rękę sprawiedliwości potrafiłbym wetknąć w dowolnie tłuste wraże dupsko. Cienkie włókno nie wymagałoby nawet ostrzenia. Prawdopodobieństwo znalezienia skazy w powłokach ochronnych dla tak dyskretnej broni wydawało się niemal pewne. Oko, usta (jeśli wróg takowe posiada), pory skóry, czy wcześniej rzeczony przedziałek miłośnie dzielący tkankę miękką na dwie połówki tego samego jabłuszka.


    Z toksynami wydawało się być kiepsko, jednak internet potrafi zdziałać cuda. Jedna poufna konferencja z anonimowym Aborygenem, druga kursokonferencja z czarnoskórym szamanem, wreszcie wirtualny smoltok z nowogwinejskim myśliwym, plus przepisy rodzimej zielarki dotyczące… hmmm… lepiej nie zdradzać zbyt wielu szczegółów tudzież pochodzenia wiedzy tajemnej. Ja - pozyskałem. Jad gadzi, kurara i rozmaite substancje wzmocnione jeśli nie klątwą, to chociaż przekleństwem. Łatwiej wydusić ze mnie przepis na przeprowadzenie megatonowo rozszczepialnej i lawinowo rozprzestrzeniającej się reakcji, niż na skład chemiczny preparatu mającego zatrzymać agresję choć o cal od czubka mojego nosa. Grunt, że działa. Stary fotel, ledwie poczuł na sobie kapkę finalnego produktu, westchnął po raz ostatni i rozłożył się biodegradowalnie do ostatniej zardzewiałej śrubki. Czyli skuteczność zagwarantowana została zgonem stuletniego mebla, który wyzionął ducha, mimochodem trącony jadowitą substancją. Dodam tylko, że najbliższe umarlakowi otoczenie było omijane przez insekty najmarniej miesiąc po smutnym fakcie, więc biodegradowalność nie była przesadnie fanatyczna, dzięki czemu istniała nadzieja bezpiecznie oddalić się od napastnika, jego pomocników, obrońców i bramkarza. Jeśli zaistniałaby potrzeba to również od pałkarza, bazowego i wszystkich jego chwilowych żon.


    Pozostał do zrealizowania najtrudniejszy element. Żądło łatwo było wepchnąć sobie w tyłek, jednak ożywić je siłą mięśni, woli, albo przekupstwem umiałby wyłącznie Bóg. Ja musiałem posłużyć się sztuką wyrafinowaną (skryto-alkoholikom wyjaśnię od razu, że nie miałem na myśli rafinacji, destylacji, ani tym bardziej konsumpcji). Zatrudniłem do realizacji cudu własny, wąsko wyspecjalizowany układ nerwowy i równie wąsko wyspecjalizowanego chirurga od medycyny nie wiedzieć czemu estetycznej. Zawodowiec (jako dodatkowy fakultet ukończył z wynikiem celującym w magisterium cybernetykę na renomowanej uczelni) nierozerwalnie połączył mnie z bronią, zsynchronizował sygnały i sterowanie, a nawet przeprowadził próbny rozruch nowego „organu”, delegując na testy własną, nie do końca świadomą teściową, całkiem jeszcze zgrabną i żwawą. Poświęcenie na ołtarzu nauki wyszło na dobre karierze lekarskiej, czego niestety nie da się powiedzieć o teściowej, która prozaicznie zdechła, rażona między przekwitające atrybuty kobiecości dziewiczym drgnięciem organu. Można powiedzieć, że pośmiertnie rozdziewiczyła mnie, sprawiła, że z chłopca… stałem się zabójcą. Skutecznym, cichym jak ninja, o obliczu nieco zmąconym smrodkiem nekrofilii.


    Teraz, z dumą mogłem nosem drzeć chmury. Żaden ufoterrorysta z dalekich galaktyk nie zbliży się bezkarnie. Żaden złoczyńca nie wychynie z zaułka, by mnie skarcić za posiadanie portfela. Czujny niczym skorpion, zuchwały jak oko peryskopu, i nietykalny jak poseł trwającej kadencji promenowałem miastem i nie tylko. Niechętnych poskramiałem dla „naprzykładu” detaliczną porcją jadu, aby pozostali dostrzegli moją niewymuszoną oryginalność i urok osobisty. Niektóre panie chyba mnie polubiły, kiedy już przeschła im bielizna, nieco przepocona strachem i bardziej subtelnymi emocjami. Czekałem beztrosko na dzień próby, wieczorami, w zakazanych dzielnicach ćwicząc się w posługiwaniu orężem, zmniejszając pogłowie prymitywnych osiłków, na chwałę praw ewolucji. Tylko żłobki omijałem z daleka, żeby nie musieć się tłumaczyć, gdyby statystyka miała wykazać (z mojej praprzyczyny) jeden pełny pampers więcej, niż wynosiła historyczna norma dzienna.


    Niepotrzebnie, jak się okazało, gdyż plankton ludzki globalnie nie posiadał aktywowanej warstwy strachu. Przekonałem się o tym, przechodząc przez park zamyśliłem się nasłuchując śpiewu ptasząt, gdy małoletni dżentelmen rezydujący czasowo w wózku typu parasolka przerwał kontemplowanie dżdżownicy nabitej na patyk, chwycił mnie za rękę i przyszpilił niezmąconym błękitem niewinnego wzroku:


    - Wiem! Ty jesteś cyborgiem!

piątek, 19 stycznia 2024

Aromaterapia.

 

    W autobusie tuż obok mnie, stanął gość estetycznie zaniedbany, pachnący suszonym koperkiem. Długo trwało, zanim rozpoznałem niecodzienny aromat, ale było warto poświęcić wszelkie inne widzenia. Może facet spał na sienniku wypchanym koperkiem schowanym tam na czarną godzinę?


    Otrząsnąłem się dopiero na chodniku zziębniętym do kresu możliwości. Na granitowych kostkach pojawił się naskórek z lodu – na każdej kosteczce osobno. Jakiś desperat zdjął i porzucił na tym chodniku narciarskie buciory. Przesiadł się na panczeny?

czwartek, 18 stycznia 2024

Mieszanka uczuć wszelakich.

 

    Skrzypiałem w drodze do codzienności i puszczałem komiksowe dymki pełne nie wiem czego. Może nawet całkiem udanych treści? Na przystanku spotykam ukryte pod grubą warstwą tekstyliów, nieco smutne jak zauważyłem piękno (powinna się pani wstydzić, bo jest pani piękna aż nieprzyzwoicie). W autobusie stężenie blond niewiast. Ponoć zaledwie dwa procent ludzkości dysponuje taką maścią, a w autobusie stłoczył się chyba cały odsetek pań o pszenicznych grzywkach. Nie, nie. Nie ma co negować widzianego – podejrzewać obce kobiety o oszustwa? Nie godzi się. Minimum zaufania społecznego w kontaktach międzyludzkich. Szczególnie, jeśli kontakt jest tylko iluzoryczny. Dwóch dżentelmenów (napisało mi się „dżentelmentów”, ale była to niezamierzona obelga) wymieniało uwagi ignorując skupioną we wnętrzu urodę, korzystając ze słowa „aczkolwiek”. W moim mniemaniu użycie owego słowa w rozmowie dyskwalifikuje wypowiedź. Ja wstydzę się, gdy wymknie się ze mnie słowo zdarte do cna przez istoty medialne. Wysiadłem w sam raz, żeby spotkać dorodny okaz uległego samca. Samiec uległ zbyt wielu nałogom, którym poddawał się bezwstydnie i z lubością. Paląc papierosa stał na skraju chodnika i w atmosferze przedświtu czekał, aż schłodzą się dwie puszki piwka ustawione na baczność jak warta przed pomnikiem nieznanego żołnierza. Spacer na szczęście kończy się widzeniem miękkim, pobudzającym mruczenie i wszelkie pluszowe skojarzenia. Pani (bo któżby był w stanie pobudzić mnie do mruczenia?) miała wystarczająco dużo włosów, by udało się z nich zbudować pełnoskalowego kota. Jeśli tylko ktoś umiałby i chciał posiadać kota w kolorze świeżo wytopionej miedzi.


    - Czy miejsce wyżłobionego żłoba na pewno jest w żłobku?

środa, 17 stycznia 2024

Wyłącznie dygresje.

 

    - Dzieci króla to króliki?


    Przez całą noc Bóg pracowicie darł chmury na strzępy i sypał na ziemię białe szaleństwo, żeby zakryć cywilizacyjne brudy i otulić świat białą ciszą. Pierwszy bałwanek wyglądał na wędrownego mnicha, albo czarodzieja w szpiczastej czapce.


    Znienacka uświadamiam sobie, że Niziurski w jednej z wielu książek opisał moje marzenie. Cel niedościgniony. Bodajże w „Siódmym wtajemniczeniu” pojawia się wątek powieści pt: „Niezwykłe przygody Anatola stukniętego na początku”. Opisuje ona życie pana Anatola, jednak w sposób niezwykle sugestywny. Czytając kąpiel w przeręblu można było odmrozić sobie nos, czy ręce, a sen Anatola usypiał nawet wyspane na zapas jednostki. A mi właśnie, marzy się napisanie czegoś, co dotknie czytelnika do głębi fizyczności. Gdybym pisał o seksie, chciałbym, aby głowa czytelnika, bez udziału świadomości wysłała ręce na poszukiwanie spełnienia i osiągnęła je. Cóż… Jak marzyć, to duże marzenia.

wtorek, 16 stycznia 2024

Piękne i bestia.

 

    W autobusie, naprzeciw mnie usiadła kobieta odziana w pikowaną łączkę. Jej małą buzię ozdabiał, a raczej obciążał nos, godny zdecydowanie większej twarzy. Może byłby w sam raz dla indiańskiego wodza, albo rzymskiego arystokraty? Nieopodal (sam nie wiem czemu lubię to słowo) siedziała pani cieleśnie zabezpieczona przed chłodem, z uchylonym otworem wlotowym. Nieszczelność pochłaniacza zapewne była celowa, lecz nie ośmieliłem się zgadywać przeznaczenia, więc na wszelki wypadek skupiłem wzrok na zewnętrzu majaczącym w ciemnościach.


    Kolarze, nie zrażeni poziomo padającym (to tak można? Padanie kojarzy mi się z niekontrolowanym ruchem z góry na dół, a nie przemieszczaniem się w płaszczyźnie poziomej, które raczej nazwałbym podróżowaniem, jednak podróżująca atmosfera brzmi jakby pochodziła z powieści SF, gdzie więcej jest F niż S) śniegiem sunęli przez Miasto, choćby i kursem kolizyjnym do wiatru. Ochroniarz, przypominający solidnie napompowawanego agenta Smitha zliczał okna ochranianych banków, gwarantując im nienaruszalność wręcz dziewiczą.


    - Czy przyzwoita kotłowanina wymaga kotła?

niedziela, 14 stycznia 2024

Na każdego przyjdzie pora.

 

    Szczęśliwie się składało, że wciąż miał ślinotok. Dla wszystkich (prócz buldogów) byłoby to obrzydliwe, ale on urodził się ślimakiem i ów stan uważał za błogosławieństwo. Bez śluzu nie uczyniłby ani kroku.


    Nie był szczególnie szybkim piechurem, ale na pewno wytrwałym. A wszystko dzięki śliniankom obficie zwilżającym podłoże, po którym wędrował ku przyszłości. Uwielbiał gładkie powierzchnie, ale, jeśli tylko musiał, potrafił wędrować i po papierze ściernym, nawet pod górę. Zwykle jednak dopisywało mu szczęście i nie musiał aż tak nadwyrężać się w kroku. Do chwili, kiedy przechodząc przez jezdnię, potknął się na skórce banana i zanim umknął, przejechał go samochód dostawczy.

sobota, 13 stycznia 2024

Drobiazgi.

    Pani w piekarni z delikatnym uśmiechem głaskała bułki i wyglądała jak mała dziewczynka zaplatana we własne, całkiem niewinne myśli. Zamarzła marina, a lód sięga wysp. Na skraju lodowego pola przycupnęło stado mew zrzeszające chyba wszystkie ptaki z Miasta. Na walnym zgromadzeniu radziły i ustalały plan na nadchodzący dzień.


    Rumcajs, w pikowanym waciaku dreptał pod zamkniętymi drzwiami ośrodka pomocy społecznej, a chodnikami przemykały kobiety o niezwykle wielkich stopach. Miejskie yetice?


Podsłuchane.

 

    Nad sufitem kotłowało się pół nocy, ale zanim świt dojrzał, by wychylić nos zza horyzontu na pobojowisku rozdzwoniły się nerwowe kroki wysokich obcasów. Chodziły tu i tam, najwyraźniej szukając zagubionych części garderoby, biżuterii, czy innych kompromitujących fragmentów obecności. Potem szpilki zbiegały raczej lekko po schodach, więc ciężar gatunkowy grzechu był raczej ulotny. Na miejscu zostały bose stopy, po żołniersku wybijające rytm piętami. Przestawiały stół, poszukiwały zagubionych detali minionego wieczoru, usuwały ślady przestępstwa, czy chociaż wykroczenia. W sumie, takie gospodarskie tournee po chałupie z polowaniem na pamiątki, podlewaniem kwiatków i myciem szklanek, albo i kieliszków. Czwarta nad ranem najwyraźniej jest dobrą porą. Łatwo później zacząć dzień bez wyrzutów sumienia.

piątek, 12 stycznia 2024

Takie tam.

 

    Dialog:

- W dzień ma być minus trzy.

- Nie mam kurtki dedykowanej na minus trzy…


    Dwukrotnie mija mnie pani z zagłodzonym warkoczem, biegnąc mostami, wyspami i chodnikiem ciągnącym wzdłuż Rzeki. Na Rzece – kra. Czasem chwytająca zziębniętych brzegów, innym razem gromadząca się przy filarze nad starym młynem, który już nie pamięta, jak pachnie świeżo zmielona mąka. W ciemności taplają się wieże katedry, ozdobione na wierzchołkach kolorowymi lampkami. Wrony ujadały tak strasznie, że wypłoszyły kota, uciekającego z podkulonym ogonem w strefę ciszy. Znaczy – gdziekolwiek, gdzie nie pofruną za nim czarne ptaszyska.

czwartek, 11 stycznia 2024

Nim przyjdzie wiosna.

 

   Zwalisty facet, na przykusym rowerze zasuwał przez mosty z uśmiechem czekającym na odwilż. Pani, puszystej zarówno cieleśnie, jak i odzieżowo, zamarzły stery i pruła naprzód z wdziękiem lodołamacza w głębi morza arktycznego, a jej kurs mogła zmienić jedynie megatonowa mina. Ja taką nie dysponowałem, więc zszedłem z kolizyjnego kursu więcej niż pospiesznie, nomen-omen z nietęgą miną.


    - Czy konserwa bez konserwantów, to już paradoks?

środa, 10 stycznia 2024

Bezrybie.

 

    Autobusy poprzymarzały do asfaltów i jeżdżą tylko najwytrwalsze. Na przystankach pasażerowie kurczą się z chłodu, przez co mieści się ich więcej w tych nielicznych jeżdżących. Nuda. Widzenia pochowały się w kaptury, w kilometry szalików. Połowa pasażerów miała na nosie okulary, przeważnie zaparowane. Zdumiewający procent, chociaż… Większość okularników pochylała się nad monitorami. O książkach w wersji papierowej mowy absolutnie nie było.


    - Jakie jest najbardziej znane przysłowie głowonogów? Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach!

wtorek, 9 stycznia 2024

Wracając do masła.

 

Rzekła rzekotka do swojej kumy:

- Jak kuma skuma,

To niech zakuma.

Wnet nadszedł kminek,

By rzecz rozkminić

I skrzeczy całkiem od rzeczy:

- Niech nikt nie przeczy,

Niech nie złorzeczy,

Lepiej pożyczyć rzeczy porzeczek.

Krak się rozkraczył,

Krzak się wykrzaczył,

Grzechotnik zgrzeszył,

Działo znienacka się zapodziało,

Dzieło niechętnie się podzieliło,

Siennik wypchał się w sieni sianem.

A bałwan bał się powozić vanem.

Jałówka rączo gnała w jałowiec,

Zręcznie szukając jałowych owiec.

Plon się rozplenił,

Żenia żeń-szeń ożenił,

Ziemniak w ziemiance zimnej zimował,

Chów się pochował, nim się wychował.

Kra kradła radła,

Bruk brukiew zbrukała.

I tylko całka ocalała cała.

Ekstrakt o koligacjach rzeczowników z czasownikami.

 

    Dumałem o dumie biegnąc bieżnią. Nie mogłem nią truchtać, czyniąc z bieżni truchło. Może lepiej było stanąć na stanicy, albo choć przystanąć na przystani i położyć się na położnej?

Projektant krajobrazu.

    Lekceważąco pozwoliłem widzeniom mijać mnie bez wtykania nosa w ich piękno. A co mi tam! Nastrój miałem melancholijny, bo właśnie zastanawiałem się nad naszą tubylczą geografią i doszedłem do wniosku, że kraj mamy postawiony zupełnie na głowie i bez sensu.


    W przyzwoitym kraju na półkuli północnej, góry powinno się mieć na północy – tam gdzie zimniej i śnieg chętniej trzyma się stoków. A u nas? Na opak. Z tego powodu rzeki, zamiast płynąć na południe gdzie ciepło, więc woda szybciej wysycha i potrzeba jej więcej – płyną na północ – kolejna aberracja. Na co komu woda tam, gdzie parowania mniej? Na dodatek jedna z wielkich rzek rozsądnie wybrała zachodnią flankę, a druga, zamiast potulnie zająć wschodnią – płynie środkiem, dzieląc kraj na Polskę A i B. Czysta głupota.


    I jeszcze ta chora depresja tuż obok morza. Jak się posiada depresję, to warto schować ją za górami, albo chociaż odsunąć o dwieście kilosów od morza, bo owo gotowe wtargnąć i zająć, a z takim wrogiem walczyć nawet Polacy nie potrafią.


    Na koniec wspomnę jeszcze o pustyni, która (na szczęście) samorzutnie zaczyna zarastać i co poniektórzy się tym martwią. Na cholerę nam pustynia, jeśli nie kończy się przynajmniej solidnym jeziorem? Może lepiej mieć kawałek lasu pośrodku niczego. A tak? Wielka plaża bez wody… Takie rzeczy, to tylko u nas.


niedziela, 7 stycznia 2024

Prasówka cd.

 

1. „Był nieobecny, ale podpisał. Przez pomyłkę.”

    Takie cuda, to tylko w polskim sejmie. Można przez pomyłkę, albo zapomnienie nie podpisać, będąc. Ale jak podpisać nie będąc? Pomyłka na wagę złota. Łowcy głów z przemysłu zbrojeniowego, logistyki i telekomunikacyjni giganci powinny zabijać się o TAKIEGO geniusza. Skoro przez pomyłkę potrafi TAKIE rzeczy, to jakie potrafi zrobić świadomie?



2. „Wcisnęła fałszywą rurę”

    Hosanna. Za fałszywą rurą ukrył się prawdziwy schron przeciwatomowy. To się nazywa korzystny zakup nieruchomości. Kupiła domek, a pod nim mieściły się pomieszczenia z sejfami, schronami i zapasami z czasów zimnej wojny. Nic tylko zaadaptować do bieżących okoliczności. Żałuję, że u mnie wszystkie rury są prawdziwe. Ale nie poddaję się. Od dziś zamierzam kręcić każdą!



3. Bałtyk zamarza.

    Wiadomo – wszystko przez efekt cieplarniany, dziurę ozonową względnie krowie pierdy. Coś sprawiło, że chłód kosmosu przedarł się przez sito atmosfery i zmroził wodę, przy okazji zahaczając o Skandynawię. Cóż. Podobno, zimą powinno być zimno. Chyba, że obecnie zima potrzebuje zaświadczenia, albo zgody jakiejś szacownej komisji ds klimatu, względnie parlamentu europejskiego.



4. Płacze dziewczynka, balon uciekł jej…

    Chiński, bo wiadomo, że tylko Chińczyk potrafi, więc co tam dla nich taki latający balon wyprodukować. Ale trafił chwat na chwata. Amerykańskie siły powietrzne (nie angażując air force one z emerytem number one na pokładzie) wysłały w bój F22, żeby strącić z nieba balonik. I udało się! Przed laty podobnież Kanadyjczycy usiłowali i zanim strącili, wysłali w niebo ponad tysiąc pocisków po złej trajektorii. Ciekawe, czy dziewczynka ucieszy się z dziurawego balonika, kiedy już wróci.



5. Błyszczała na gali sportu.

    Wcale nie świeżo objawiony brylant lekkoatletyczny, czy geniusz parkietu. Nawet nie dziennikarz o zacięciu sportowym. Zaledwie jego żona. Zastanawiające, że informacja pojawiła się w dziale sportowym, a nie pośród plotek. W dziale sportowym można wyszukać mnóstwo informacji, ale szukając osiągnięć stricte sportowych, trzeba się nagimnastykować. Za to kto jakie mieszkanie kupił, z kim sypia przyszła/była żona gwiazdora – proszę bardzo!



6. „Powoli wprowadzamy zabiegi zmiany płci.”

    Oczywista oczywistość. Ktoś musi. Skoro już psychiatra bezapelacyjnie określi płeć i przybije stempel pod wyrokiem, medycyna estetyczna, zamiast powiększać punkt G albo pośladki, wyprodukuje co trzeba. Być może w 3D, albo w 4K - zależy na co pozwoli skalpel, silikon i drukarka. Pozostając bliżej seksualności doczesnej, doczytałem, że słynne niebieskie tabletki dla starszych panów zmniejszają ryzyko zawału i choroby Alzheimera. Cóż za ekstra bonusik! Nic tylko profilaktycznie leczyć się ku zadowoleniu (mam nadzieję) także partnerki.



7. Drobiowy kryzys w Rosji.

    Szczytowe osiągnięcie ukraińskiej kontrofensywy zajrzało w oczy mieszkańcom wielkich rosyjskich miast. Zabrakło kurczaków z marketach. Trochę mnie to niepokoi, bo gdzieś musiały się zapodziać i podejrzewam, że (niestety) kontrofensywa przekierowała chyba całą niebiesko-żółtą armię kurczaczą na biało-czerwone stoły. Razem z jajkami, soją, pszenicą i sam już nie wiem czym. Czytając etykietę na jakimś „polskim” oleju wyczytałem, że wyprodukowano go w Polsce, jednak na bazie materiałów z Ukrainy. Więc produkt Polski, to chyba drobne nadużycie.



8. Friz podbił Jutuba!

    Jutub, z posiniaczonym okiem zapewne cierpi niewysłowione katusze, bo na jego gruncie Friz zbudował imperium. I (jak się chwali) nie musi więcej(?) pracować. Hitler budował imperium siłą, ale mu się nie udało. A tu taki Friz zbudował wirtualne i można mu najwyżej loda z podkradzionym logotypem polizać.



9. 112

    Młody facet zadzwonił po policję, gdyż w trakcie spaceru chodnikiem doszło do spięcia z kierowcą samochodu usiłującym zaparkować mu na nogach. Zgłoszenie spotkało się z entuzjastycznym odzewem i patrol zjawił się w okamgnieniu. Jaka jest prawda – nie wiadomo, ale fakty pozostają takie, że po wielu godzinach przesłuchań w różnych miejscach facet wrócił do domu zakrwawiony i obity lepiej niż schabowy przed panierowaniem, złośliwie umierając we własnym mieszkaniu. Intrygujące, że trzeba było medialnego szumu, żeby rozpocząć poszukiwanie winnych.



10. Zakaz sprzedaży.

    Na koniec prasówki zwykle pojawia się reklama. Tym razem antyreklama. Energetyki poczynając od bieżącego roku mają być sprzedawane wyłącznie dorosłym. Czyli tym, którzy zasadniczo ich nie używają, albo używają w znikomej ilości. Młodzież korzystająca dotychczas z tych „płynów” (czasami stanowiącymi składnik drinków) była głównym odbiorcą, więc może coś się zmieni? Świat muzułmański na przykład bojkotuje amerykańskie hamburgery i kawę ze znanych sieciówek, powodując spore zawirowania ekonomiczne w międzynarodowych korporacjach. Czyli można być skutecznym w walce z Goliatem.

sobota, 6 stycznia 2024

Czysta energia cz.3 OZE.

 

    Noc upłynęła w miarę spokojnie, jeśli nie liczyć hałasów z sąsiadujących cel. Wolałem nie domyślać się, co w nich się działo. Może to wpływ emocji, może drzemało we mnie nieodkryte fatum, domyślające się, że wpadka jest wyłącznie kwestią czasu, a szczęście nie może trwać wiecznie. Niepokój splątał się ze spokojem w kłąb nierozerwalny, usypiając mnie w poczuciu przeświadczenia, że najbliższy ranek rozwikła dylematy i określi ciąg dalszy.


    Klawisz skreślił poranek otwierając dawno nieoliwione, metalowe drzwi. Skuł mnie z wprawą i bez złośliwości, na koniec w dłonie wpychając foliową torbę.


    - Prowiant – mruknął wyjaśniająco – Należy się całodzienne wyżywienie, a idziesz za mury przed śniadaniem.


    Zaskoczył mnie. W głowie roiły się rozmaite koncepcje, ale nikt nie raczył mnie uświadamiać. Widać, nieustający stres był jedną ze standardowych tortur penitencjarnych i każdy podejrzany, zanim sąd go skaże musiał przejść przez piekła niepewności, żeby skruszał i zmiękł w dłoniach oficera śledczego.


    „Suka” śmierdziała strachem poprzedników, trochę moczem, tanią wódą, a atmosfera dzielona na drobne kwadraty drżąc usiłowała przeciskać się przez gęste kraty. Za oknem świat trwał niemal w bezruchu, a poranek dopiero rozgrzewał się przed wstaniem z łóżka, przyglądając się zmęczonej nocy wracającej z trzeciej zmiany. Dopiero w takim wnętrzu poczułem, jak bardzo nierówne są jezdnie w mieście. Jechaliśmy wystarczająco długo, że wątroba zaczęła protestować, ale przecież w końcu zatrzymaliśmy się, a kierowca wraz z towarzyszącym mu strażnikiem wyprężyli się przed kimś, wystrzeliwując z siebie komunikaty bardzo, ale to bardzo służbowym głosem. Później otworzyły się drzwi, a przesłuchujący mnie wczoraj oficer kazał mnie rozkuć i wrócić po mnie po osiemnastej.


    - Rozgość się – powiedział, gdy tylko odjechali – Mam nadzieję, że rozsądku ci nie brakuje i nie będziesz podejmował jakichś desperackich kroków, bo to nigdy się nie opłaca. Poza tym… Lepiej pogadać, niż usiłować. Usiłowanie ma swój wymiar w latach odsiadki. Nie będziesz, prawda?


    Nim doszliśmy do jego domu, wyjął mi z ręki reklamówkę z prowiantem i wrzucił ją do śmietnika, twierdząc, że nie zechcę tego nawet oglądać i proponując śniadanie na tarasie. Nie okazywał zniecierpliwienia, nie drążył tematu do czasu, kiedy odsunąłem talerze, a kawa w kubku opadła całkiem blisko dna.


    - Nie mogłem pozwolić, żebyś wczoraj kontynuował opowieść – rozsiadł się wygodnie w fotelu i zapalił papierosa – Nie w tamtym otoczeniu. Podejrzewam, że druga część opowieści jest zbyt fascynująca, żeby mógł ją usłyszeć każdy. I raczej się nie mylę, prawda?


    Uwielbiał prawdę, wycierał sobie nią gębę, ale nieprzesadnie. Dla mnie, kontynuacja wątku w takich okolicznościach wydawała się najlepszą z możliwych opcji. I jeszcze wspomnienie komendy głoszącej, że zostanę tu do osiemnastej uspokajało. Mamy czas. Choć mój, jakoś przestał być czasem zależnym ode mnie.


    - Jasne. Czemu nie. Możemy kontynuować – potwierdziłem, nie utrudniając i rozpocząłem opowieść.


    - Przypomnę w paru słowach, żeby nie umknęło. Pozyskałem całkiem sporo urządzeń bez elektroniki śledzącej i stałem się posiadaczem podobnych baterii. Brakowało wyłącznie nielimitowanego dostępu do źródła energii pozasystemowej. Odpadały wszelkie dostępne w sieci gotowe źródła. Musiałem znaleźć coś, czego nie śledził system. I znalazłem.


    - Tak podejrzewałem! I dlatego rozmawiamy tu – wydawał się być z siebie niezwykle zadowolony, choć ja nie domyślałem się praprzyczyny tego zadowolenia.


    Obaj poprawiliśmy się w siodłach, a gospodarz, najwyraźniej oczekujący niezwykłości, ignorując młodą porę nalał w szklanki rudego płynu, czającego się, żeby rozpuścić jelita śmiałków. Jego jedyną zaletą było zmiękczenie także języka, na czym zyskiwały nawet banalne opowieści niewybrednych gawędziarzy wiszących nad szynkwasem.


    - Energia odnawialna… Wie pan… Dla wielkich korporacji liczą się oceaniczne pływy, stały, silny wiatr i słońce. Energia wielkich rzek. Nad rozproszoną, drobną wielkością nigdy nie zamierzali się pochylać. Obecnie mając nadmiar zasobów energetycznych w ogóle nie szukają nowych rozwiązań, a już szczególnie takich, które wykorzystują energię rozproszoną. Za to ja… Widziałem w niej jedyną szansę pozyskania prywatnych zapasów.


    - Do brzegu! - zniecierpliwił się w końcu mój jedyny słuchacz, wreszcie okazując ludzką ciekawość.


    - Ludzie! Przecież to oczywiste – niemal krzyknąłem, bo rozwiązanie było wręcz banalne – Ludzi na świecie nie brakuje, a każdy ma w sobie układ nerwowy wykorzystujący bioprądy do komunikacji głowy z resztą ciała. Do napędzania nóg, rąk, czy pracy serca. Bez wewnętrznej energii każdy człowiek byłby trupem. I nie pomogłyby nawet cudowne leki entej generacji.


    Postanowiłem wykorzystać układ nerwowy człowieka, żeby okraść go z energii, najlepiej tak, żeby się nawet nie zorientował. Najchętniej tak, żeby wracali do mnie z własnej woli i błagali o powtórkę. Długo zastanawiałem się w jaki sposób nakłonić człowieka, by oddał cząstkę siebie, ale w końcu wymyśliłem. Salony masażu! Relaks potrzebny jest każdemu, a delikatny masaż staje się namiastką raju. Kto raz spróbował, nigdy nie zrezygnuje. Nałóg wszczepiony za pierwszym podejściem staje się skutecznym do bólu i niezawodnym wędzidłem.


    - Masaż? - wydawał się nie rozumieć.


    - Tak. Masaż który był wyłącznie przykrywką. Preludium. Byłeś kiedyś na profesjonalnym masażu? - zaskoczyłem go, a kiedy zaprzeczył, kontynuowałem – Człowiek mięknie, roztapia się w delikatnej mgiełce lenistwa i zaczyna zastanawiać, czy poziom przyjemności można wznieść o jeszcze jeden poziom w górę. A ja oferowałem nie jeden gówniany stopień, ale piekło oszalałe w niebie. Splątane żywioły, świat, w jakim nie ukrywa się nic, bo nie ma nic poza pulsującym życiem. Oferowałem rzecz bez precedensu, ale i bez oficjalnego cennika. Cena była ustalana indywidualnie, każdy klient płacił tyle, ile uznał, że warto zapłacić za zapomnienie. Oferowałem orgazm. Prawdziwy, nieudawany.


    - Co?


    - Orgazm. Masażyści i masażystki do pakietu masażu relaksacyjnego dokładały orgazm. Klient był w rękach profesjonalistów i żaden nie wyszedł zawiedziony. Ale to był dopiero przedsionek doznań. Za wejście na szczyt trzeba było zapłacić ekstra. O tej części oferty dowiadywali się później, kiedy rozsmakowywali się w doznaniach czysto fizycznych. Wtedy, sugerowałem im, że mogą pójść jeszcze krok dalej. Dwie drobne elektrody i stosunkowo bezbolesny zabieg wszczepienia ich płytko w mózg przenosił orgazm w świat metafizyczny. Świat nieznany, czekający dopiero na odkrycie. Masturbacja ośrodka rozkoszy. Zawładnięcie jestestwem i niewolnicze oddanie. Kto skosztował tak wysublimowanej przyjemności był już mój. Nieistotne były jego siły witalne, wygląd, czy możliwości. Nawet brak erekcji nie przeszkadzał starcom doznać tego, o czym ślinili się bez nadziei na spełnienie. U mnie mogli być wiecznie młodzi, dopóki żył mózg i sprawny był układ limbiczny z fragmentem odpowiedzialnym za ośrodek nagrody.


    Gospodarz niemal połknął szklankę i krztusząc się walczył o oddech, a ja spokojnie toczyłem kolejne zdania.


    - Kiedy elektrody stymulowały mózg, z ciałem dawcy mogłem zrobić wszystko. Mało tego! Im więcej pobrałem bioprądu, tym szczęśliwszym stawał się klient. Sądził, że nogi zmiękły mu pod wpływem ekstazy i spełnienia. Czuł się Bogiem na nogach z waty. I był nim. A ja byłem dostawca ambrozji. Przy każdym fotelu do masażu mózgu lokowałem baterie akumulatorów. Prąd sprzedawałem na czarnym rynku, a uzyskane środki inwestowałem w kolejne salony masażu. Na pewno widziałeś ich całą sieć, a jako policjant zapewne zastanawiałeś się, co dzieje się na terapeutycznych łóżkach.


    - Hmmm… - chrząknął jakoś tak nieokreślenie, ani na tak, ani zaprzeczając. Zapewne to policyjna umiejętność, bo w szkołach cywilnych nie uczą niczego podobnego.


    - Nie wiem, kto i w jakich okolicznościach mnie wsypał – powiedziałem kończąc opowieść z nadzieją na wykwintny obiad – Ale się stało. Trudno. Wpadłem, ale warto było marzyć. Pan marzy?


    - Hmmm – znajome, nieokreślone dźwięki zaczynały mnie irytować. Wszak inteligentny być musiał, a gada półgębkiem, jak jakiś półdupek – Marzy? Oczywiście, ale z takim rozmachem. Za to powiem ci, jak wpadłeś. W ogóle! Nikt w policji nie miał nawet cienia podejrzeń co do twojej faktycznej działalności. Doniósł jakiś rolnik, który uznał, że zbyt tanio opchnął ci zepsutą kosiarkę elektryczną. Paru detektywów pokręciło się tu i tam, ale nic nie zwęszyli. Uznaliśmy, że spróbujemy cię zastraszyć i sam wyśpiewasz, co trzeba. Ale…


    - Dałem się podejść jak ostatni idiota – smutna prawda właśnie do mnie docierała – To dlatego tak chętnie słuchałeś, bo nie miałeś pojęcia dokąd to zmierza!


    - To prawda – znowu ta jego święta prawda – Ale zauważ, gdzie rozmawiamy. Nie daje ci to nic do myślenia?


    - A co niby? - w stresie trudno o intelektualne wyczyny.


    - A to niby – był z siebie wyraźnie zadowolony – Że tylko ja wysłuchałem tej spowiedzi. I nie zamierzam dzielić się tymi atrakcjami z nikim. Za to nauczę cię ostrożności. Za posiadanie sprzętu elektrycznego bez czipów i nielegalnego ich użycia (dodam, że incydentalnego, bo nic więcej nie udowodnimy) dostaniesz wyrok w zawieszeniu i zakaz nabywania czegokolwiek poza systemem sklepów. Wyjdziesz za kaucją i nie będzie ona porażająco wysoka. Ale jeszcze kilka dni spędzisz w areszcie. I będziesz meldował się na komendzie co rano, żeby zachować pozory dogłębnego śledztwa. W sądzie nie szarżuj. Zgadzaj się cokolwiek usłyszysz, a ja powalczę, żebyś poniósł straty minimalne. I nie próbuj wracać do tematu na komendzie, bo ci gębę obiję.


    - To miło – wykrztusiłem z trudem – Dziękuję.


    - Ach! - dodał, jeszcze, bo na krańcu drogi pojawił się już szaro-błękitny furgon więzienny – Nie martw się o zakupy sprzętu. Zostaw to mnie. Baterie również znajdę. Sądzę, że za jakiś miesiąc zostaniemy wspólnikami. Ja i salony masażu… Kto by pomyślał…

***