poniedziałek, 11 listopada 2019

Zażyłość?

Usiłuję zaprzyjaźnić się ze sobą. Chociaż wierzgam i kopię, to oswajam samego siebie dla siebie i probuję być lekarstwem na zewnętrzną szarość. Podchodzę do siebie dość nieufnie, jak do cudzego psa. Zerkam w oczy szukając w nich akceptacji albo chociaż braku wrogości. Udaje się! Dobry początek - tylko patrzeć jak zacznę jeść sobie z ręki.

Na razie usiadłem... usiedliśmy. Staramy się w milczeniu przeżuć to niespodziewane towarzystwo. Można było gorzej trafić jak sądzę. Nie jestem specjalnie toksyczny, ani trudny w obejściu. Mruk - można odnieść takie wrażenie, że słowa cedzi z trudem i że mówienie nie jest raczej jego hobby. Czasem zamyśli się taki i ciężko go wyrwać z letargu. Zwiedza nieistniejące, albo tylko wymyślone światy dorabiając ciągi dalsze i luki w domysłach, cerując jakąś całość.

Kiedy idzie, stojąc obok, widać, że ciągle się śpieszy do nieznanego celu. Szarpię za rękaw i kuszę lenistwem. Żeby wolniej. Żeby wrokiem zakotwiczyć w jakimś drzewie, chmurze, przechodniu czy choćby papierku, który wiatr przegania w tę i nazad. Udaje, że się zgadza i ledwie pięć minut później znowu przyspiesza, jakby tempo podróżne chciał dogonić.

Zaglądam mu przez ramię, kiedy pisze, ale sapie celowo niedysretnie kręcąc głową. Tylko patrzeć jak mnie wygoni dosadnym słowem. Pisze. Skokami, akapitami, albo myślą zajmującą dwie strony. Wtedy nie słyszy i nie widzi nic poza tym, co spływa akurat na papier. Dopiero, gdy krpokę postawi finalną wraca do żywych. Sprawdza czy otoczenie nie zakurzyło się nadmiernie podczas jego nieobecności. Dusza towarzystwa - rzec by można.

W końcu wyciągam go między ludzi, ale i tam potrafi znaleźć kącik, w któym ledwie wystaje na świat i stara się być przeźroczysty. W kameralnym gronie odezwie się nawet i chwilę pogada, ale szybko rezygnuje, bo może inni mają ciekawsze historie do opowiedzenia... Przepływa między nimi jak cień i niknie w zakamarkach. Zdaje się, że jego obecność zauważalna jest przez ludzi, ale jej brak nie zwraca niczyjej uwagi. 

Obawiam się, że to pozory. Że wszystko, co mi pokazał to ledwie przedsionek. Niezbyt kłujący, niezbyt atrakcyjny - jedynie przedpokój, za którym coś się kryje. Niemy patrzę, a pytań mi przybywa. Może uda się wśliznąć w intymność? Wpuści mnie? Tam, gdzie mało komu pozwla zajrzeć? Tego wyprosić się nie da. A kiedy przycisnę to ucieknie, albo słowami wywiedzie na manowce i drugiej szansy nie będzie. 

Siedzimy więc machając nogami i grzejąc dłonie pod udami. Przed nami przetacza się świat. Anonimowy. Nie zauważa nas zapewne. My zaś zanurzamy się w niego - bardzo ostrożnie, żeby się nie najeżył. 
Patrzymy ostrożnie, jak na siebie nawzajem.

1 komentarz:

  1. Usiłuję...? Coś/ktoś nie pozwala na wzajemność, bliskość, zaufanie i otwarcie. Jak dotrzeć do innej wersji siebie samego, która z pewnością (gdzieś) istnieje, tej... która pozwoli?

    OdpowiedzUsuń