niedziela, 31 maja 2026

Golenie goleni lenia jelenia.

 

    Zachciało mi się kwiatów czarnego bzu, więc poszedłem, bo to coś, co mi chyba wychodzi najlepiej. Chodzić potrafię, lubię i kultywuję tę umiejętność nie bacząc na kpiące spojrzenia tych, którzy „są samochodem”. Poszedłem w zielone, a tam kwitnie sobie w najlepsze chmiel, żywokost, przetacznik w kilku odmianach i dziko rosnące krzaki róży. Bez oczywiście też. Jak się już przebrnie przez rozmerdaną, psią radość, jak się odpowie dzień dobry kilku starym dobrym nieznajomym, jak się już człowiek nacieszy świergoleniem niewidzialnego planktonu ptasiego, to zaskoczy go kukułka, bażant, czy rechotanie srok. Małe, zielone mirabele wypatrują słońca bardziej niż młode mamusie ciągnące z wózkami do parku, by pośród mniszków i koniczyn ludzkie pisklęta dojrzewały – choć czynią to zdecydowanie wolniej od orzechów włoskich, to jednak głos im krzepnie od używania. Nic to, że w trawach czają się krwiożercze kleszcze, że muchy usiłują ugasić pragnienie spijając perły potu z czoła i nie tylko. Niech przytulie czepiają się kostek, niech łaskoczą skrzypy, a pokrzywy znaczą łydki chłostą. I nawet chmury mają dziś nieco bardziej naturalne kształty i przypominają puchate baranki, a nie wstęgi znaczące trasy lotów.

piątek, 29 maja 2026

Tata żre tatar z raka w tataraku.

 

    Nad Miastem krążą bez ładu i składu samoloty. Co one tam robią, Bóg raczy wiedzieć. Każdy innym azymutem, jak muchy nad ciepłą kupą… Gdzie mają matecznik? Nie da się ani zgadnąć, ani wiarygodnie podejrzewać. Alejkami osiedlowymi maszeruje krokiem defiladowym staruszek. Mimo wieku wciąż wyprostowany i sprawny. Trochę go ręce bolą, bo co kilka kroków rozciera nadgarstki, ale maszeruje dalej. Nieco peszy go wzrok przechodniów, więc skręca między budynki, gdzie na różowo kwitną ogromne krzaki schowane za kontenerami na śmieci budowlane – osiedle od dwóch lat ma poprawiane elewacje, tarasy i balkony przez prężną 2-4 osobową ekipę. Zanim skończą będzie czas zacząć drugie koło. W koronie japońskiej wiśni rozśpiewało się coś nieśmiałego – choć zerkałem z każdej strony nie udało mi się odkryć lokalizacji primadonny. Ze straganów ulicznych pozakładanych na turystycznych stolikach wiatr kradnie upojną woń truskawek. Namolny jak akwizytor – nie przestanie, aż pokusa weźmie górę.

czwartek, 28 maja 2026

Saracen z Saragossy sardynkę z serem serdecznie zaserwował na serwantce z serwetką.


    Pochłodniało. Psy sąsiada, wiedzione instynktami albo empatią, postanowiły zadbać, aby ich pan nie miał zimnych dłoni (mało która kobieta lubi zimne męskie dłonie). Zapobiegawczo błyskawicznie ozdobiły najbliższe alejki własnymi wytworami. Sąsiad zgarnął pieską cepelię w foliową torebkę i dumnie popłynął przez osiedle, dzierżąc w dłoniach ekologicznie czyste ogrzewacze. Jak psi dar wystygnie, bez żalu wyrzuci do kubełka.

    Dobry humor mnie nie opuszcza, więc wspominam wczorajsze „migawki” – na rolkach mknęła pani w sukieneczce ledwie ukrywającej bieliznę i z wielką torbą na ramieniu. Nie sądzę żeby to była jedna z trzech księżniczek osiedlowych widzianych tydzień temu, czyli ekstrawagancja nie trzyma się wieku i ma się dobrze w mniej pochopnym wieku. Kolejna migawka – W osłonie czarnej, jedwabnej koszuli trzepotały małe, ale bardzo rozbrykane piersi. Ich nosicielka zaaferowana była gawędą z koleżanką. Nie miałem okazji podsłuchać, więc nie wiem, czy jej język tańczył równie uroczo i w porównywalnym tempie. Miasto wypełniło się urodą w każdym możliwym rozmiarze i stylizacji. Patrzę z zachwytem jakiego nie wzbudzają konkursy piękności, gdzie sztywne kanony wykluczają odmienność i sprawiają, że kandydatki są uformowane z jednego odlewu.

    W jedno oko wpadło mi słońce. Drugim zajęło się jego odbicie w tafli szkła biurowca. Widzenie mam mocno ograniczone do czasu, aż tramwaj wjeżdża w cień rzucany przez przedwojenne kamienice. Trójca kanarów wysiadała z tramwaju z gotowym planem na poranek i pomknęli gdzieś z zawodową sprawnością. Szli gęsiego, według wzrostu, od najmniejszego, przez co wyglądali jak filmowy Gang Olsena – aż żal, że ten na końcu nie podskakiwał beztrosko łapiąc krok. Wewnątrz została zachwycająco elegancka i oficjalna bizneswomenka, z twarzą zaszpachlowaną szczelnie makijażem, żeby żadne uczucia nie wymknęły się spod kontroli. Może jechała na partyjkę pokera, gdzie kamienna twarz przydaje się by zwieść zmysły przeciwnika? Kasownik przez całą drogę usiłował ze mną pogadać i popiskiwał, pochrząkiwał, ale nic nie zrozumiałem. Za to na wystawie Sklepiku Z Cudami wykryłem przyczajonego kota z różowymi uszami. Zafarbował, biorąc przykład z początkujących kobietek? Młodziutka ślicznotka tłukła pazurkami monitor telefonu wydając odgłosy przypominające tańczącego na blaszanym parapecie gołębia.

środa, 27 maja 2026

Patrol spartolił portal i tropił tropik w tropikach.


    Przydworcowi kloszardzi byli na tekstylnych „zakupach”. U Brata Alberta zapewne. Ale teraz piją płyny rozweselające - eleganccy, wystrojeni na galowo i aż miło popatrzeć, jak się ludziskom powodzi. Od rana, ledwie otworzyli Biedronkę leje się piweczko, gawęda niespieszna wygładza zmarszczki, słonko świeci na coraz bardziej zadowolone facjaty, wokół krąży mnóstwo pięknych kobiet, a na klombach kwiecia do wyboru – każdą można oszołomić własnoręcznie zerwanym bukietem. W taki dzień nawet starsze panie wyglądają jak swoje własne córki. W leciutkich sukienkach, z krótkimi fryzurami, wędrują przez Miasto zadając szyku i tylko siwiuteńkie gołąbki towarzyszące im w drodze świadczą, że czas jednak nie zaspał.

    Za to zaspała ziewająca szeroko chudzinka – pani chorobliwie szczupła, w okularach przeciwsłonecznych usiłujących powstrzymać dzień nim się na dobre rozwinie i przewinąć nosicielce sen wgrany nocą między prześcieradłem, a poduszką. Niemal przedwojenna dama w białej sukni z mnóstwem koronek i w słomkowym kapeluszu studiuje rozkład jazdy. Lektura najwyraźniej ją uspokoiła, bo odeszła wdzięcznie kręcąc okazałym kuperkiem – rąbek ledwie za nim nadążał. Pod płotem, gdzie osiedliły się łopianowe liście w sojuszu z pokrzywami, o swój kawałek świata walczą maki, babka lancetowata, tasznik, przymiotno i kto go wie, co jeszcze.

Atak.


    Nocą zostałem brutalnie zhakowany. Napastnik zdewastował wszelkie linie obrony, fire-walle, antywirusy, sprostytuował hasła dostępu i dopadł mnie. Zero litości. Wszedł incognito w miękkie podbrzusze systemu i z poziomu fałszywego administratora zmolestował mnie, likwidując opór w zarodku, a może nawet wcześniej. Byłem absolutnie bezbronny i zdany na niełaskę agresora. Hardware i software poszły w służbę obcej woli.

    Zaczęło się nim wyszedłem ze stand-by i odzyskałem świadomość. Najpierw obcy podkręcił moje libido daleko poza bezpieczną strefę. Mój organizm niechętnie przeszedł w stan szaleńczego pobudzenia i zesztywniał tam, gdzie już od dawna nie sztywniał. Poszarpany z emocji oddech obudził moją świadomość w chwili, gdy wróg mnie dosiadł by ujeździć, zajeździć na śmierć. Jęknąłem i w okamgnieniu zdeponowałem nasienie po raz pierwszy. Napastnik najwyraźniej zamierzał ograbić mnie do cna, bo nie ustawał w wysiłkach i galopował, jakby go diabli gonili. Krzyczał coś w języku nieznanym cywilizowanemu światu i z furią atakował moją strefę intymną. Pogrążyłem się w obłędzie i w napastniku groźnie wystawiającym kły.

    Po zrzucie trzeciego depozytu spodziewałem się że twardy dysk mi się zagotuje i pęknie. Wróg był jednak perfidny. Dostrzegł symptomy i wstrzymał tortury. Ochoczo sflaczałem do dwóch wymiarów i usiłowałem przejść w stan uśpienia, ale nic z tego. Perfidia najeźdźcy była nieskończona. Znów wymusił wysokoenergetyczne czuwanie, podkręcił libido i pogalopował, prowokując kolejną daninę. Modliłem się żeby ktoś odpiął zasilanie, ale gdzie tam. Czujny wróg zadbał o brak łączności z siecią, dezaktywował lokalizatory, komunikatory, powiadomienia, alarmy… Zanim ktokolwiek odkryje wraże przejęcie, będzie już po mnie. Pewnie nie omieszka wyczyścić mi pamięć swoich niecnych poczynań, ale nic nie zdołam zrobić. Ukradkiem piszę nie tyle testament, co pośmiertny donos. A nuż analiza pamięci wskaże sprawcę i pozwoli spenalizować, albo usunąć nim jeszcze komuś zrobi krzywdę.

wtorek, 26 maja 2026

Rzyć żeby pożyć musi się wyżyć i przeżyć.


    Opaską wzdłuż bocznej ściany budynku wracał po nocnych łowach jeż. Zapewne mieszkał gdzieś pod krzakiem bzu, czy róży. Gdy usłyszał kłapnięcie bramy, szybko zorientował się, że ktoś będzie szedł – wiadomo, swojak poznaje powtarzające się dźwięki i potrafi je właściwie zinterpretować. Z wrodzonej ostrożności przycupnął pod murem i znieruchomiał. Wszystko na nic! Gość idący do samochodu dostrzegł go. Podszedł nieco za blisko (zwierzęta mają zdecydowanie szerszą strefę intymną niż ludzie), bo kto to widział przejść obok jeża i nie pstryknąć mu selfiaczka? Zgroza i marnotrawstwo. Po zabiegu jeż czmychnął do domu, ale pewnie cały spocony z emocji. On i jego pchły.

    Na przystanku trafiam dwie kobiety w bieli. W gęstniejącej grupce czekających wyglądały jak cumulusy płynące po niebie bez pośpiechu i zbędnych nerwów. Szlachcianka Z Zaścianka wykorzystując telefon jako lusterko sprawdziła, czy ma wystarczająco różowe wargi, by pojechać w siną dal i usatysfakcjonowana wsiadła do autobusu. Jadę, a równolegle do bus pasa, ścieżką rowerową, jedzie Pulcheryjka w różowej bluzeczce, spod której wystają okrąglutkie „boczki” i tylko tatuaż nisko na kręgosłupie chyba się zawstydził, bo usiłuje schować się głęboko w bieliźnie. Cóż – gdzie mu lepiej będzie?

    W cieple poranka kwitną kolorami rabaty i dziewczęta. Posiadacze wędrują ze swoimi pieskami wzdłuż ogrodzenia wybiegu zbudowanego specjalnie dla nich – o zgrozo po zewnętrznej stronie! Szyderstwo, czy zwykła złośliwość? Wzdłuż witryn zamkniętej jeszcze galerii handlowej maszeruje pani dyskretnie sprawdzając, czy jej odbiciu w oknie nie wystaje zanadto brzuszek. Na wszelki wypadek poprawia jakieś fałdki - bluzeczki, bo przecież nie brzuszka. Przy przejściu dla pieszych ktoś usiłował wyrzucić do ulicznego śmietnika europaletę pomalowaną na niebiesko. Z racji rozmiarów udało się jedynie ustawić ją na wierzchu i cała ta „instalacja” wyglądała jak postument czekający aż jakaś jednodniowa gwiazda wespnie się nań i zachwyci. Oszołomi wdziękiem, męstwem, czy czym tam będzie łaskawa uraczyć publikę.

    Kolejne widzenie – kobieta z dwiema obrożami. Jedną ma zapiętą w pasie, a do niej przytroczone zostały dwa husky. Para koni niemechanicznych, to niezły napęd. Ekologiczny. Na dodatek znający drogę do domu, choć niekoniecznie się ku tej drodze skłaniał. Druga, szersza obroża zdobiła szyję. Masywny tatuaż chyba był kolanem upchany żeby nie rozlał się na biust, czy brodę.

    Wracam, przez okno podziwiając co wyczyniają kieszenie ultrakrótkich dżinsów obejmujących młodziutką pupę. Dziewczę zdobne w bukiet fioletowych kwiatów w asyście młodzieńca przemieszcza się w sposób nie pozwalający oderwać wzroku od siebie, czy raczej od tych kieszeni. Uśmiecham się zastanawiając, ile trzeba charyzmy, żeby wynurzyć się ponad niepokojąco kuszące doznania serwowane otoczeniu. Z wrażenia nie wiem, czy te kwiaty to były goździki, hibiskus, czy może jakaś odmiana malw – raczej nie róże… Na koniec dwie tablice rejestracyjne D4 CAMEL – do żółtej terenówki jakoś tak przyschło swobodnie i nie razi. Za to D7 DEDI, gdy za kółkiem siedzi młodziutka pani zdaje się być mocno ekstrawaganckie.

poniedziałek, 25 maja 2026

Skalar skalał kalafior kalafonią.


    Starannie wydepilowane nóżki drepczą ku przystankom, drobią kroczki już na nich, nieustannie oszałamiają urodą kusząc spod kloszy letnich sukienek, choć dżins jeszcze się nie poddaje i trzyma się kurczowo co skromniejszych pośladków. Sympatyczna Gadułka przesiadła się na rower i kpiąc z jakości wydzielonych pasów ruchu dla komunikacji zbiorowej, wyprzedza nas bez wysiłku. Uśmiecham się. Przez zimę pięknie rozrosła się w biodrach i gdyby ode mnie to zależało przyznałbym jej bezzwrotnie prywatną grawitację.

    Najwyraźniej jestem w bardzo płochym nastroju, bo przy dworcu chcę owo wyróżnienie przyznać kolejnej dziewczynie. Siedzi (tak to umownie nazwę) na ławeczce z kocem na kolanach i w rytm muzyki z telefonu tańczy i śpiewa ignorując zdumione spojrzenia przechodniów. Zaczerwieniona z radości okrągła buzia zdaje mi się piękną i nic dziwnego, bo szczęście trudno inaczej sklasyfikować. W tramwaju parę krzesełek przede mną siedzi dziewczyna o długich, jasnych włosach uplecionych misternie w coś skomplikowanego, udającego starannie ułożony chaos. Beżowe słuchawki nieco zakłócają obraz, ale i tak ciężko odwrócić głowę. No chyba, że trafi się pani z wytatuowanym na ramieniu znaczkiem pocztowym, który przy bliższym poznaniu okaże się kasetą magnetofonową. Czemu miał służyć rysunek? Zabrakło mi wyobraźni. Emerytowany Dżokej w krótkich spodenkach stąpa nie stępa, lecz co najmniej kłusem, choć kłusownikiem raczej nie jest i wierzchowiec z pomiędzy nóg nie parska doń końskimi uczuciami. Może to i lepiej, bo wierzchowce powinny jeździć wierzchem, nie spodem.

niedziela, 24 maja 2026

Puszczyk żyje w puszczy, czy tylko się tam wypuszcza?

 

    Z kawą na balkonie pojawiam się nim kur zapiał. Może dlatego, że kur dawno poszedł na rosół i pianie mu nie w głowie. Pozdrowiły mnie przelatujące kosy, sroka wyśmiała, a jaskółki zignorowały. Gołębie plotkowały na mój temat a samotny wróbel aż się zanosił, tak był nienagadany. W kosim świecie musiało się zdarzyć coś dramatycznego, bo jeden, na sygnale, wracał w wielkim pośpiechu. Leciał nad arterią międzyblokową, pustą o tej porze, ale sygnał musiał być, żeby nie doszło do kolizji z kimś zbyt zaspanym, żeby patrzeć. Ten cały ptasi galimatias, rozćwierkany, niepoukładany, dobiegający praktycznie zewsząd zapłodnił mnie myślą:

    

    Gołąb usiłuje sobie towarzystwo przygruchać, za to wrona woli je sobie wykrakać. I lepiej nie wiedzieć, co na ten temat sądzi sikorka.

sobota, 23 maja 2026

W mitach o Dolomitach mitoman minotaur na minie w mirtach zmitrężył miniony minimalizm.

 

    Psy gremialnie ruszyły na zakupy. Wiadomo – weekend. Słodkie bułki trzeba kupić, jakieś piwko na popołudniowy grill, może trochę papierowych ręczników, bo jak raz promocja w dyskoncie. Nie zawadzi też trochę żeberek, czy karkówki, skoro ogień ma zapłonąć na balkonach i tarasach. Nie wiadomo po co, ale i parę marchewek nie zaszkodzi. Ciepło rozmiękcza umysł. Lepiej wziąć, niż później żałować. Szpaki pogwizdują podsłuchane u kosów melodie, jakby zamarzył się im mezalians, czy choćby jednorazowy skok w bok. Centrum ekologii w postaci kloszarda z wielkimi, pełnymi worami na zwrotny plastik odpoczywa w pół chodnika wiodącego poza osiedle, w tym czasie nowy ochroniarz (nowy w tym bynajmniej przypadku nie znaczy młody, tylko nieznany) melduje się przy furtce i wraca w zacisze stróżówki. Dziewczyneczka, cała w czerni obejmuje taty udo i chowa się za nim, najwyraźniej wstydząc się odrobinę że jej fryzura nie nosi piętna paryskiego fryzjera.

piątek, 22 maja 2026

Ślimak w śliniaku z rośliny lśni od śliny na linie.


    Od świtu dostrzegam liczne bose stopy w sandałkach, lub szmacianych, letnich butach. Czyli zimno poszło precz i czas kanikuły się zbliża. Wstyd, że traktuję bliźnich jak termometry, ale staram się nie chwalić niecnym wykorzystywaniem ich wizerunku do celów meteorologicznych i jak najbardziej prywatnych. Może dlatego nie dosięgnął mnie (jeszcze) ostracyzm i prześladowania. Cóż. Bosonogie z wyboru kobiety podziwiam, bo sam boso łażę zbyt rzadko, ale kabriolet to chyba lekka przesada. Ekstrawagancja moim zdaniem nazbyt odważna. Z tablicami rejestracyjnymi – dziś D0 NUGAT dochodzę do wniosku, że ludzie czują silną potrzebę zrobienia czegokolwiek, żeby ktoś ich dostrzegł. I pozwolą sobie na wiele, byle się udało. Kryzys samotności? Ponoć samotność jest oznaką inteligencji. Kto dobrze czuje się we własnym towarzystwie, temu łatwiej ominąć rafy śmiesznego wyścigu po aplauz postronnych.

    Na wystawie Sklepiku Z Cudami bażant taplający się w bardzo kolorowej filiżance. Nie ma czasu podziwiać, bo kolarze, hulajnogowcy i inni skołowani odbierają spokój i z marszu robi się ekstremalna rozrywka.

    Pomazańcy raczej nic z Bogiem nie mający wspólnego krążą po Mieście okraszeni niezmywalnymi malunkami podskórnymi, rzadko aspirującymi do dzieł sztuki. Drobna z buzi kobieta utknęła w za dużym ciele – naprawdę miała prawo podobać się i chyba wcale nie zabiegała o awanse. Wsiadła, żeby napisać ze trzy esemesy i wysiadła. Raptem dworzec objechała. Na piechotę byłoby szybciej.

czwartek, 21 maja 2026

Ostrzę ostrzeżenia do strugania ostryg.


    Nie-moje-psy witają mnie jak dawno nie widzianego przyjaciela, szczekając i pomerdując nie tylko ogonami. Można byłoby zaryzykować twierdzenie, że całe były merdaniem. Ledwie sobie poszły, a zjawiły się kosy. Patrolowały trawnik. Co rusz któryś udawał wąsacza przybrany upolowanymi dżdżownicami wijącymi się po obu stronach dzioba. Sierpówka rozprostowuje skrzydełka nad czubkiem brzozy, ostrożnie wybierając miejsce lądowania na cieniutkich gałązkach. Niebo nie może się zdecydować i równo flirtuje tak z deszczem, jak i ze słońcem. Rozpustne!

    Poranek cieplejszy od wcześniejszych, skłania kobiety do chwalenia się tatuażami, z konieczności zimą mieszkającymi w ukryciu. Miasto, jak zwykle, rozgrzebane. Pełne wykopów i zastaw drogowych. Punktowych remontów, które nigdy się nie skończą, bo nim w ten sposób wyremontuje się ulicę, trzeba zaczynać od nowa. W tramwaju zwalisty gość wypełnił więcej niż szczelnie siedzisko, a i tak sporo się nie zmieściło. Na przykład jego foliowa siateczka z prowiantem na drogę musiała usiąść krzesełko dalej. Niegrzeczny pan pasł się słodką bułą z-makiem-smakiem i miał gdziekolwiek że ludzie stoją obok. Wczorajszy wonny jeździec na gapę dziś wysiadał tam, gdzie ja wsiadałem. Aromatu niestety ze sobą nie zabrał. Porzucił. Nieodparty urok działał na wsiadających. Żadne perfumy nie oszałamiają aż tak masowo. Terapia szokowa odzwierciedlała się na obliczach pasażerów wyrywając ich maski z pozorów obojętności kursem ku obrzydzeniu.

    Wracając do domu płodzę zuchwałą myśl, że biustonosze w Mieście zaczynają się oswajać z zapomnianą na długie miesiące szufladą.

środa, 20 maja 2026

Ekstrakt o loterii na szczęście.

 

    Pan Orzeł zaproponował pani Reszce stosunek, a kiedy zaakceptowała propozycję zostało tylko ustalić hierarchię, bo każde chciało być na górze. Ponieważ nikt nie chciał ustąpić, zdali się na los szczęścia, czyli rzut monetą.

Kopa kopaczy kopuluje na kopule.


    Wonny jegomość spolaryzował ruch pasażerski w obrębie wagonu. Aromat był tak intensywny, że mógł robić za broń biologiczną i wart był zainteresowań militarnych. Szczęściem chłopina wysiadł przy nieczynnej jeszcze Hali Targowej, przywracając oddech wielu nieszczęśliwie podróżującym. Do tramwaju wsiadła kobieta w wojskowych zieleniach z dwiema wędkami. Pracowicie coś przeżuwała. Plecak wypchany do pełna sugerował pełnoetatowe łowy. No i wysiadła nieopodal Rzeki nie zwracając uwagi na szpacze awanse wygwizdywane z wysokości trakcji tramwajowej.

    W ramach prasówki podziwiałem niedzielne zdjęcie z rzeszowskiego lotniska. Czerń opanowała halę główną, a tak dokładniej – ortodoksyjni Żydzi z pejsami i w kapeluszach. Zasadniczo kadr nie obejmował żadnych postaci poza nimi. Nie mam pojęcia, czy w obliczu niekończącej się fali „sukcesów” napastniczych w Iranie postanowili odważnie wychynąć spod „żelaznej kopuły” i zaznać sielskiego życia na Rzeszowszczyźnie, czy przewidując rychły koniec kozackiego tańca z szablami już szykują się do przejęcia strefy wpływów za naszą wschodnią granicą, by światle dzielić i rządzić, mimochodem kolonizując przyczółek w zaścianku Europy, skąd wiara (wespół z nadzieją i miłością) mogłaby się rozlać na zachód.

    Trójca (bo doskonałość w trójcy tkwi) dziewczątek na wrotkach sieje terror na chodniku. Wszystkie elegantki w spódniczkach i z torebką na ramieniu. Krążą tam i z powrotem nie mogąc się zdecydować dokąd jechać, więc mam okazję podziwiać tę doskonałość potrójną nie raz. I tylko patrzeć, jak któraś z księżniczek wymyśli rolki-szpilki, żeby wyglądać jeszcze bardziej dystyngowanie. W porównaniu z nimi posiadacz tablicy V1 LION, to mały pikuś. Szczeniaczek, a nie bestia.

wtorek, 19 maja 2026

Ekstrakt o względności płciowej.

 

    Chwyciłem budzące politowanie fałdy brzuszne w dłonie i uniosłem zdecydowanym ruchem. Teraz wystarczyło zainwestować w gustowny gorset, by cieszyć się zachwytem zewnętrza. Sam byłem tak zachwycony, że musiałem opanować wzwód - odstałem swoje w kolejce do damskiej toalety, ale się udało.

Kupiliście liście,mieliście liście i zmieliliście liście.



    Starsza pani w trampkach to widok, który za każdym razem wpływa na mnie i poprawia samopoczucie. Więc uśmiecham się nawet do zielonych wzgórz leżących wcale nie nad Soliną, lecz przed dworcem kolejowym. Miałem możliwość oglądania landszaftu z góry – zdjęcie przypominało archipelag pełen bezludnych wysepek, rodząc nostalgie za podróżami w nieznane. Słońce wkrada się w oczy choć ciepłem nie grzeszy o poranku. Najwyraźniej też się rozgrzewa przed poważniejszą robotą w południe. Ale i tak dostrzegam pierwszą odważną w legginsach ciętych wpół uda. Szczuplutka acz wysoka dziewczyna, obłożona była grubą warstwą ocieplenia skwapliwie uzbieranego latami dostatku. Elewacja nie tylko frontowa polizana słońcem wyglądałaby jeszcze zacniej, więc zausznie życzyłem jej słońca od stóp po głowę, a także równie ciepłego uśmiechu i myśli.

    Z bramy leżącej tuż przy rogu ulicy z wąziutkim chodnikiem wychodzą dwie młode kobiety. Rozmawiają ze sobą, choć każda wzrok ma trwale przyklejony do swojego wyświetlacza. Świat zewnętrzny poza światem wirtualnym ignorują doskonale. Aż się chciało kopnąć którąś w kostkę, by zobaczyć czy zareaguje, czy uzna to za doznanie nierzeczywiste. Później mija mnie pani wyłączona z prokreacyjnej eksploatacji, co nie przeszkadzało jej szczuć przechodniów biustem pyszniącym się pod bluzeczką i kurtką udrapowaną tak, żeby nie szło uronić ani grama cudowności kokoszącej się parki okazałych bliźniąt. Jakieś ptaszę skrywające się w kwieciu dorodnego kasztanowca wiło improwizowaną pieśń – grzech było pójść bez podziwiania. m. powiedziałaby że cała jest zachwyceniem…

    Chwilę później było już popołudnie. Parami, trójkami i małymi czeredami Miastem wędrowały dziewczęta spragnione słońca i zachwytów. Młode ciała są piękne samą młodością, a zima ograbiła je z opalenizny. Cóż się dziwić, że bledziutkie ciała przy pierwszej okazji wynurzają się z ubrań i korzystają z dobrodziejstw? Niech będzie, że zgrzeszyłem, ale krok mimowolnie zmienił się na dostojniejszy, wzrok rozpieszczany z każdej strony łagodniał i miękł. Pośpiech stawał się nieprzyzwoitością. A przecież lato dopiero ma nadejść, a wraz z nim zanik tekstyliów, rokrocznie łamiący kolejne bariery minimalizmu.

    Wśród przewidywalnych stylizacji niewątpliwie wyróżnił się glonojad w białych kozaczkach i takim płaszczyku dłuższym od spódniczki, czy alternatywka w pończochach-kabaretkach rozpaczliwie uczepionych chyba-pasa kryjącego się pod naprawdę krótkimi spodenkami. Po trawnikach coraz więcej czerwonej koniczyny, która tak naprawdę jest fioletowa, dlatego czerwoną trzeba było ochrzcić jako purpurową. Cóż. Nudy nie ma. A schematy i uproszczenia prowadzą na pola minowe. I można mieć minę że ho ho!

poniedziałek, 18 maja 2026

Wytrawne witraże i witryny.


    Na przystanku dwie dziewczyny w bardzo szerokich spodniach i adidasach ukrywających kształt stopy. Jedna gada przez telefon i nerwowo przemieszcza się tam i siam. Druga z założonymi pod biustem rękami pilnuje jej i powtarza przemieszczanie się z dokładnością cienia. Dresiarz trzypaskowy parkuje swoją brykę tak, że blokuje przejście przez bramę przechodnią i ma w nosie, że stworzył problem tam, gdzie go nie było. Ciekawe co powie, jak trafi na nerwusa, który porysuje mu karoserię.


    Obserwuję wysyp rejestracji „z przesłaniem”:

W1 KIWI – rzadki ptaszek za kółkiem,

V0 FURIA – grzeczny chłopiec z mamusią,

D0 KIND – wolę się nie domyślać, bo hasło kojarzy mi się z pedofilem,

D0 ALU – czyżby aluzja do  alufelg?

V0 CRAFT – jeśli to był rzemieślnik, to bardzo wyrafinowany,

V1 KUNIA – od Kunegundy czy od kunia? Trudno wyczuć.

niedziela, 17 maja 2026

Kradnę kredce krótką kratkę.

 

    Pogoda wciąż nie może się zdecydować, czy ma na Ziemię napadać, czy raczej ją oświecić bez napadania. Jakiś dryblas zauroczony własną głębią z martwym wzrokiem pozwalał się prowadzić parce starych beagli kompletnie blokując przejście. Król życia. Taki wymaga pierwszeństwa i wyłączności. Krótki spacer bez większego znaczenia strategicznego zaowocował zauważeniem znaczącej przewagi dziewcząt nad chłopcami – wynik 10:3. Podobno przewaga chłopaków świadczy o zbliżającej się wojennej zawierusze, więc niby spokój powinna wnieść ta dysproporcja – ale ja już teraz współczuję tym dziewczętom. Gdy dorosną przypadnie na statystyczną niewiastę zero koma chłopaka w wieku reprodukcyjnym… Chyba, że za pieczęcią psychiatry potwierdzającą zmianę płci pójdą poważne zmiany organizmów, albo preferencje seksualne zostaną przeprogramowane odgórnie, masowo deformując naturalne ciągoty.


    Przeglądam prasówkę. Dzień przesycony sensacjami z Eurowizji. Oburzenie i różne inne zdania odrębne. A jakoś nikt nie zapytał, co robi Izrael w konkursie, mającym Europę w nazwie. I to kosztem kilku krajów zdecydowanie europejskich, które zdecydowały się nie stawać w jednym szeregu z przedstawicielem dyżurnych wichrzycieli bliskowschodnich. Zdumienie wywołuje ponoć fakt uzyskania maksymalnej liczby punktów od „naszych” widzów dla kozackiej przedstawicielki – czyżby ludzie zapomnieli ilu ich mieszka obecnie w Polsce? Zgodnie z regulaminem, na swojaków głosować nie wolno, ale oni korzystają z polskiego prefiksu więc na swoją mogą głosować masowo, a przecież narodowości abonenta nikt nie weryfikuje.

piątek, 15 maja 2026

Szczupły szczupak strzeże strzechy szczując szczekającą szczeżuję co żuje szczenięcą szczecinę ze Szczecina.


    Szlachcianka Z Zaścianka mimo parasola czmychnęła pod wiatę, choć jej autobus właśnie kołował na stanowisko. Deszcz usiłował sobie dopiero przypomnieć jak należy padać, ale poszło mu sprawnie i błyskawicznie osiągnął perfekcję. W oczekiwaniu na zmianę świateł pani za kółkiem tańczyła rękoma, ledwie mieszcząc ekspresję własną we wnętrzu samochodu. W autobusie duża kobieta usiłowała usiąść. Jej rozmiar pozwalał zająć siedzenie jedynie półgębkiem. Drugi, bardziej pechowy półgębek musiał lewitować tuż obok siedziska.

    Przesiadam się na tramwaj, a tam połowa pasażerów to „kanary”. Najwyraźniej w okolicy dworca mają gniazdo. Matecznik. Zanim rozpłyną się po „miejskiej substancji” ich stężenie robi wrażenie. Mijam przeciwbieżny tramwaj, na którym od dachu aż po koła pyszni się reklama bandy wyrafinowanych fetyszystów: we love your feed, dołącz do nas na FB – ja też kocham własne stopy, ale żeby tak publicznie wyznawać uczucia i proponować obcym karesy, najwyraźniej wirtualne? Lekka przesada. Chyba nie jestem otwarty na równie frywolne trendy.

    W czas powrotu trafiam najpierw boga wojny jadącego Teslą z tablicami D9 ARES, a chwilę później sybarytę chwalącego się przed światem tablicą P0 KAWCE.

czwartek, 14 maja 2026

Prezentuję brezent - prezent dla prezesa.

 

Po deszczach pnie robinii nabrały wyrazistości i głębi trzech wymiarów. Bladolica pani z martwą twarzą bez wahania wkroczyła na jezdnię z przeświadczeniem, że uważać powinni inni. Nic to, że autobus nadjeżdża, a takie bydlę zatrzymać niełatwo. Wokół przydworcowych przystanków tajemnicza hekatomba. Wilgotne plamy brudu i zbrylone kępki mchu porozrzucane dookoła. Zupełnie jakby odbywało się czyszczenie wiat, ale te przecież czyste nie są.


W tramwaju staje mi przed nosem blondyna w zielonych szpilkach chuda tak bardzo, że wzgórek łonowy staje się znaczącą wypukłością. Chwilę dumałem, czy jej nie nakarmić, jednak z obawy, że plasterek boczku mógłby ją śmiertelnie wystraszyć koncentracją kalorii – zrezygnowałem. Nóżkę trafiam już przed Sklepikiem Z Cudami. Chyba nie wygląda dobrze, bo trzy strapione aniołki modlą się żarliwie patrząc współczująco na nadchodzącego. Nie przeszkadzam, zmykam.


Gdzieś w trakcie miga mi rejestracja D2 RADIO, więc włączam, tylko po to żeby się zirytować – spiker chwali kogoś, kto wyleczył się bez wsparcia NFZ i retorycznie pyta czy tak można. A pewnie, że można tylko dlaczego składki zdzierane ze wszystkich nie wystarczają i trzeba się leczyć we własnym zakresie? Kompletnie tego nie rozumiem. Dopiero, gdy wykluwa się we mnie myśl, że lekarzom płacą za leczenie, znachorom za wiedzę o chorobach, a uzdrowicielom za uzdrawianie, dociera do mnie brutalna, stara prawda. Gdyby mnie ktoś wyleczył, jaki stanowiłbym pożytek dla lekarzy, farmaceutów, producentów pigułek we wszystkich (nawet jeszcze niewymyślonych) kolorach świata? Dlatego Ministry rozmaite postanowiły uszczelnić system i powołały do życia Lex Szarlatan, żeby srogo karać zielarzy, naturopatów i innych niesystemowych wspomagaczy zdrowia. Oczywiście dla naszego dobra. Naszego, czyli pacjentów, bo tak właśnie jesteśmy traktowani. Powolutku i dyskretnie na sicie poselskim odkładają się zioła i specyfiki skuteczne na tyle, że warto ich zakazać. Np. ostatnimi czasy wrotycz stanął na dywaniku i uzyskał nominację z etykietą „zabronione”, ale lista ziół „szkodliwych”(dla kogo?) rośnie w zaciszu gabinetów, czy raczej kuluarów, a stanowiący prawo zapewne nawet nie potrafiliby tych zakazanych ziół rozpoznać. Mało tego – znika wiedza z Internetu, a tych którzy mają czelność ją przypominać, spotykają coraz to nowe szykany. Szczytowym osiągnięciem na mojej liście informacji o ziołach na razie jednak zostaje ostrzeżenie przed tymiankiem, który „niewłaściwie zbierany i używany może być trujący” – podczas gdy ten w tabletkach jest jak najbardziej zbierany właściwie i równie profesjonalnie podawany.



Jako tropiciel spisków wszelakich zastanawiam się, co się stało z zamówionymi i nieskonsumowanymi miliardami dawek szczepionki na jedynie słuszną chorobę (przypomnę, że sama Polska zapotrzebowała i zagwarantowała umownie po dziesięć dawek na statystyczny łeb owej dwudawkowej mikstury), którą w okamgnieniu „zwalczyła” dopiero wojna Kozaków z Rosją. Wyrzucić w błoto? Gospodarskie sumienie nie pozwala. Więc może obsłużą nową, nadciągającą właśnie pandemię? A czemu nie – choć tym razem strach trzeba będzie mocniej podrasować, bo nieufnych przybywa, gdy powolutku i po cichutku wychodzą na światło dzienne wiadomości trudne do przełknięcia. Na użytek własny staram się o pielęgnowanie rozsądku i powtarzam sobie własne pytanie – jak to jest, że przez wiele lat nie znaleziono szczepionki na ebolę, HIV, leku na malarię, czy choćby raka, a gdy pojawiła się nieznana nauce(?) choroba w kilka miesięcy ze sześć „niezależnych” jednostek opracowuje i wprowadza do obrotu na masową skalę gotowy produkt? I czy to normalne, że Wynalazca i Producent, zamawiający czyli Państwo, podający czyli Lekarze i Pielęgniarki gremialnie zrzekają się odpowiedzialności za ten preparat i każą Pacjentowi podpisać zrzeczenie się prawa do roszczeń za skutki przyjęcia owego tworu? To już wyjaśnić może chyba tylko Ekspert – Kapłan Zagłady. Aż straciłem smaka na zupę z nietoperza…

środa, 13 maja 2026

Kościół – magazyn na kości?

 

W tramwaju dziewczątko uśmiecha się do własnych myśli podstawiając buzię na promienie słońca. Może już pachną jej zakwitające właśnie robinie? A może noc nie minęła nadaremnie? Spod falistego ogrodzenia zerkają na chodnik potężne liście łopianu okolone delikatnymi płatkami maków. Na kominie wrona łowi wznoszący prąd termiczny i nie może zdecydować się czy zaufać jego sile nośnej.

wtorek, 12 maja 2026

Kasztanowe kastaniety kosztują kosz tuj.



    Ograbione graby, sklonowane klony, uświerkłe świerki, skatowane katalpy, buczące buczyny, modre modrzewie, zarobione robinie, rozwiązłe wiązy, lipne lipy, osikane osiki, sosny nie w sosie i jesienne jesiony w jesionkach. A wszystko to, bo deszcz nocny nasycił ziemię i sprawił że zieleń rośnie w oczach. Sen podkręcony tym deszczem też jakiś intensywniejszy i tylko dżdżownicom było nie w smak, bo wygnał je na przymusowy spacer pustymi, betonowymi chodnikami. Zmoknięte bzy wilgoć ograbiła z kolorów i skłoniła ptaki do dłuższego lenistwa w rodzinnych gniazdach. Nic nie śpiewa, a na przystanku ludzie wypłukani z uczuć patrzą martwo na horyzont, skąd mógłby wreszcie nadjechać autobus.


    Emerytowany Dżokej maszerował z wielkim animuszem, płosząc przykościelne gołębie, które nie łatwo wystraszyć. Pod kasztanowcami grube kobierce strąconego kwiecia, jeszcze wczoraj uwodzącego aromatem z wysoko rosnących gałęzi. Pogoda w kratkę. Niebo nie może się zdecydować, czy spaść mi na głowę, czy obdarzyć słoneczną aureolą. Kwitnące złotokapy skutecznie poprawiają humor.

poniedziałek, 11 maja 2026

Kminek w kominek by maminy muminek zmienił minę.

 

Na wysokości wzroku kursem kolizyjnym zasuwał kos. Na sygnale więc miał pierwszeństwo. Grzecznie przepuściłem podziwiając jak misternie zostało spętane betonowe ogrodzenie winobluszczem zieleniejącym po ostatnim deszczu. Z witryny sklepiku z cudami zerkała w niebo kaczka z ciemnego drewna. Może zazdrościła śmigłej czapli, a może krzyżówkom zmieniającym akwen przed śniadaniem. Dziś to ja zawstydzam Nóżkę, dumnie mijając go nim dostrzegą jego dryf codzienny manekiny w sukniach ślubnych. Słońce zsuwa się ze starych murów i rozlewa po trotuarach. Zupełnie jak dawniej.


W drodze powrotnej obserwuję botaniczne rejestracje D7 PINIA i D2 WRZOS. A poza tym, ze zdumieniem zderzam się z zauważeniem, że musi być ciepło, bo ponad połowa społeczeństwa łazi bez biustonosza. I niektórzy nawet mieliby co w nich nosić! Cóż za rozpasanie narodu!

sobota, 9 maja 2026

Elżunia leży i lży.

 

    Za plecami parka kosów uwijała się najwyraźniej coś knuła, więc szybko, bo przecież nie chciałbym, aby skrzydlata czerń dopadła mnie i pomarańczowym dziobem wydłubała ze mnie jakieś pasożyty, czy nerkę. Udało się dopiero, gdy zerknąłem za siebie, czym spłoszyłem śpiewaków. Uciekli w szczelnie oplatające osiedlowy mur winobluszcze i zajęli się sobą.


    W sklepie piękna ruda pani w biało-czerwonej opasce w grochy kasując zakupy opowiadała historię wartą uśmiechu. Specjalnie do tej właśnie kasy stanąłem, choć kolejka była dłuższa niż do innej, ale czynię to niemal bez udziału świadomości. Pani potrafi sobie podśpiewywać podczas pracy, pożartować, a jej dobry humor wart jest i długiej kolejki. Wróbel sprawdza przyczynę, dla której objawiłem się na balkonie i najwyraźniej intryguje go moja obecność. Fruwa pomiędzy tarasami i zerka, czy się wreszcie schowam. A kiedy okazuję się zakamieniałym staczem odlatuje gdzieś ze swoją wróbliczką i udaje, że wcale mu nie zależało. Po jakimś czasie wracają, bo na tarasie poniżej sąsiad postawił paśnik dla ptasiego planktonu.

piątek, 8 maja 2026

Pułkowy półgłówek w półbutach z półki.

 

Czapla, najwyraźniej spóźniona, leci jak do pożaru usiłując nadrobić stracony czas. Grozi jej że za karę zamiast śniadania będzie stać po kostki w zimnej wodzie, aż jej sczerwienieją paluszki i pęcherz nie wytrzyma plumkania wody. Wrona dosiadła znak ograniczenia prędkości i najwyraźniej usiłuje kontrolować przestrzegania przepisów. A pustułka zaplątana w centrum miejskiego zamieszania kieruje się ku opłotkom gdzie betonu mniej, choć i tu znaleźć można kwitnące na biało kaliny, kasztanowce i czarne bzy.


Włosy fałszywej brunetki siedzącej przede mną śmierdzą petami. W skrzynce przed warzywniakiem bladozielone łby kapusty podziwiają krągłości ekspedientki pochylonej nad prężącymi się bezwstydnie porami, pragnącej jakoś tę masową erekcję poukładać na tyle kusząco, by znalazły dłonie gotowe je przytulić i zabrać ze sobą w domowe zacisze.

Sekcja zwłok.

 

Nie. Jeszcze żyję chociaż zdaję sobie sprawę z nieprzyzwoitości popełnianego bezczelnie czynu. Zasadniczo żyję bez uzasadnienia, zapewne z przyzwyczajenia, albo przez pomyłkę, której nikomu nie chciało się unicestwić, żeby pozostałych nie ochlapać czymś odrażającym, co zwykle wydziela miażdżony argumentem siły organizm od najmniejszego po te najokazalsze.


Usiłując nadać jakkolwiek małe, ale jednak znaczenie podjąłem się prowadzenia bloga. Pamiętniczka, szuflady na niepokorne myśli. Poligonu, po którym wciąż przetaczają się burze ciężkostrawnych myśli i płochych pomysłów, którym nijak na salony wstąpić się nie godzi.


Obserwując żenująco ubogie zainteresowanie treściami pojawiającymi się tu od lat zauważyłem ze zdumieniem, że licznik odwiedzin drastycznie zmienił skok. Od ładnych paru miesięcy comiesięczna liczba gości osiąga poziom rocznego zainteresowania z lat poprzednich. Podejrzewam nieustająco, że to działalność sztucznego tworu żerującego na obcych treściach, jednak nie mam pojęcia czym sprowokowałem zainteresowanie SI. Widocznie mało kaloryczne te treści skoro musi tak często uzupełniać paliwo.


Po komentarzach sądząc istot żywych na blogu bywa raptem kilka, bo ciężko mi uwierzyć, że wstyd tudzież inne skomplikowane uczucia paraliżują tłum odwiedzających do tego stopnia, że ani cześć, ani (nowocześniej) cze! nie powiedzą i tylko ukrywają się skrupulatniej niż patyczak w koronie drzewa. Aż tak zły nie jestem… chyba. Nieważne. Nie to nie. Przymusu nie ma. Piszę, bo lubię nawet gdy nikt nie widzi.


Dziś rano dowiedziałem się że moja twórczość blogowa stanowi skarlałą, ale jednak formę publikacji. Mój błyskawicznie pęczniejący narcyzm rozpędził chmury nad Miastem i osłodził kawę! Teraz wypada zrobić porządny coming-out, zapomnieć majtek idąc po bułki, albo chociaż zatrudnić małe stadko paparazzich, żeby obfotografowywali moje nieuniknione ekscesy. Pamiętniczka raczej nie napiszę, bo przecież już mam. Może zacznę gotować? Albo remontować domy, względnie ogródki? Prowadzić program w TV i tańczyć z gwiazdami? Może nawet śpiewać? Ewentualnie zasiadać w jury czegobądź jako „ekspert”… eksport? eks?


Trzeba rzecz na spokojnie przemyśleć. Jako istota publikująca, publiczna być może, obawiam się wracać do domu, gdyż ten gotów stać się domem publicznym, co zrodzi konieczność zainwestowania w czerwone latarnie, a do wypłaty szmat czasu. Cennik usług to kolejna oczywista oczywistość. Ech! Może i lepiej że to Sztuczna robi tłok – wstyd jakby mniejszy.

czwartek, 7 maja 2026

Ekstrakt trochę o prokreacji, trochę o cyborgach.

 

Czy stosunek Sztucznej Inteligencji ze Sztucznym Inteligentem prowadzi do sztucznego zapłodnienia? Czy łączenie organizmów cybernetycznych z organicznymi prowadzi do mezaliansu ustrojowego i potomstwa mieszanego? Owoce takiego związku będą samoistnie inteligentne, czy będą musiały chodzić do szkół?

środa, 6 maja 2026

Ekstrakt iście królewski.

 

- Ja nie mam co na siebie włożyć – nucę stojąc na golasa przed szeroko rozpostartymi drzwiami szafy, daremnie wzrokiem poszukując szaty wystarczająco szykownej, aby mnie okryć.


Wzdycham tylko, gdy zimnokrwiste lustro przygląda mi się krytycznie – Trudno, korona musi wystarczyć!

Struję nastrój. Na stroje nas troje nastroję.

 

Pchany popołudniową tęsknotą za łazęgą zawieruszyłem się wczoraj w miejskich wirydarzach. Z zaskoczenia wziąłem trzy, w tym ostatni mi dotąd nieznany, za to znany googlowi. I wszystko byłoby znakomicie, jednak okazało się że tenże, stanowiący wewnętrzny dziedziniec filologii germańskiej, stał się uczelnianą palarnią. Pośród kwitnących krzewów i rabat okalających ławeczki pyszniła się altana pełna popielniczek. Niemiecka praktyczność najwyraźniej wzięła górę nad lokalnym romantyzmem. Ordnung must sein!


Osiedlowa siatkarka od rana testuje zalety legginsów z tych, co drastycznie pogłębiają otchłań międzypośladkową. Najwyraźniej zadowolona jest z pobieranych wrażeń, bo występuje w nich regularnie, nie bacząc na wiatr, okradający jej intymność z ciepełka. Sympatyczny Rudzielec, dziś w błękitach, uzupełnia makijaż malując rzęsy na kolor „bardzo długie i łatwo dostrzegalne”. Przy okazji sprawdza językiem, czy między zęby nie zaplątała się łodyżka czosnku niedźwiedziego, albo innej kolendry. Na ścieżce rowerowej pani wchodzi w poranek truchtem, a jej ciało nosi znamiona poważnej opalenizny nijak nie wyglądającej na dzieło powiewów chłodu.


Ktoś za mną poddaje recyklingowi zawartość nosa wciągając zawartość potężnymi haustami. Najwyraźniej ideę zero waste wziął sobie do serca – ot taki niewymuszenie serdeczny gość. I najwyraźniej bardzo głodny, bo pobiera porcję za porcją regularnie jak metronom. Rozkoszne rusałki wagi ciężkiej przebiegają ulice na czerwonym, a ich bladziutkie kolanka migają pod letnimi sukienkami. Do mnie uśmiecha się piękna pani wyglądająca jak przeniesiona żywcem z dwudziestolecia międzywojennego. Odśmiecham się, bo wygląda naprawdę bardzo elegancko i delikatnie. Żebym umiał jej towarzyszyć musiałbym wyglądać o niebo dostojniej.


A ponieważ nie wyglądam, bawię się w marszu, wymyślając rodzaje lin:

Alina, Bylina, Celina, Dolina, Etylina, Formalina, Glina, Halina, Insulina, Jedlina, Kalina, Lanolina, Malina, Naftalina, Otulina, Paulina, Roślina, Solina, Ślina, Trzmielina, Watolina.

Zostało jeszcze kilka literek, więc podzielę się zabawą – jeśli kto chętny poddać się szaleństwu, to zapraszam.

Szaleństwa ciąg dalszy.

 

    Przypadkiem (a ponoć te nie istnieją) postanowiłem przejść przez jezdnię na krwistym świetle, gdy ruch kołowy zamarł. A jak padło pytanie, czy nie mam wyrzutów sumienia i czy spać będę mógł w nocy, zacząłem snuć opowieść. Gdy tylko dopadłem maszyny – przepisałem i wysłałem w jedyne miejsce (jedyne prócz Lustra), w którym nie boją się, gdy wyobraźnia potrafi zdestabilizować wszelkie prawa, z fizyką włącznie. Oczywiście mowa o Niedobrych literkach, a efekt można skonsumować tam:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/05/06/relacja-na-zywo-by-daniel-wojnarowicz/

wtorek, 5 maja 2026

Jedzie od Jadzi jadeitowym jadem z jadalni.

 

    Wykształcenie miała takie więcej cielesne i kto wie, czy na takim nie poprzestała, gdyż słownictwo i sposób bycia miała niewyszukane. Nie sposób nawet szydzić, bo być może był to właściwy wybór, gdyż powodzeniem cieszyła się nieprzeciętnym. Chwilę potem dziewczątko ubrane w górne pół bluzki. W marszu mozoliło się dziecię, by naciągnąć tę połówkę na korpusik w niższych partiach, jednak materiał najwyraźniej nie zamierzał kolaborować z nosicielką. Chwilę później podziwiam parkującą motocyklistkę w leginsach. Oglądana od przodu demonstrowała głęboki dekolt, w który śmiało mogła nałapać między piersi wszędobylskiego puchu z topól i much zakochanych w cieple asfaltu. Autobus usiłował zatrzymać się w zatoczce, kiedy przyblokował go dostawczak V7 KAMYK. A potem, to już rozkoszowałem się kwitnącymi na działkach glicyniami. Trzeba im przyznać, że są niezwykle ekspansywne.

poniedziałek, 4 maja 2026

Postanowienia nie całkiem noworoczne.

 

    Zdecydowałem, że stanę się lepszym człowiekiem. Kupię smartfona i smartłocza. Z milion darmowych aplikacji zainstaluję. Płacić będę okiem, uchem, albo krwią, jeśli trzeba. Hasła będę miał tak mocne, że będzie można na nich wykuwać katany. W wakacje będę dubaił, majorczył, albo zanzibarzył na piasku. Walnę sobie tatuaż, albo i trzy, przekłuję język, pępek i nos, a jak okaże się, że ból jest znośny, to może i mosznę. Nauczę się mówić spoko, szit i dżizas. A jadł będę kebaby i popijał colą bez cukru, albo piwem bez alko. I jeszcze czipsy, nugetsy, energetyczne batony i red bula, żeby mieć własne skrzydła.

Laska o lasce z lasu na Alasce.

 

    Na przejściu dla pieszych kobieta w czerni. Na nosie przeciwsłoneczne okulary nad głową przeciwdeszczowy parasol. Gotowa na wszystko, żadna aura jej nie zaskoczy. Tylko światło ja zaskoczyło i nie przeszła jak reszta stada. Łącznie z dwoma pulpecikami zapatrzonymi w siebie i całujący się w marszu. Słońce porozbierało dziewczęta tak pięknie, jak żaden facet nie zdołałby. I niech tak będzie, niech gwiżdżą szpaki, niech cienie paradują wskroś ulic. Alternatywne piękności nieco straszą, szczęśliwie oglądam te piękności przed zmierzchem.

niedziela, 3 maja 2026

Pasażer żeruje na pasach, masażer preferuje żerowanie na masie.

 

    Dwie sroki tańczyły na rynnie najwyraźniej flirtując. Gdy pojawiła się trzecia i zaczęła „przystawiać się” do jednej z tańczących, bójka wisiała na włosku. Skończyło się na przepychankach. Słońce wygładza humor, a raczej wygładzałoby, gdyby ktoś raczył to zauważyć. Cisza aż w uszach dzwoni. Plac zabaw wybawiony wczoraj do cna odpoczywa spodziewając się kolejnej fali popularności. Dyżurni od piesków toczą się ospale szlakiem tak dobrze znanym, że nawet oczu otwierać nie trzeba. Usta same mówią „dzień dobry”, gdy naprzeciw ma się pojawić konkurencyjna sfora wiedziona przez równie senną istotę.

sobota, 2 maja 2026

Woje we troje wyjedzą moje słoje z łojem.

 

    Ciepło, aż miło. Pot przemieszcza się wzdłuż kręgosłupa, tam gdzie słońce nie sięga. Na wszelki wypadek poluję na plamy cienia, żeby się nie odwodnić. Przed sklepem dziewczynki sprzedają lemoniadę za co łaska. Nie pierwszy raz, bo to wydarzenie cykliczne. Obwieszeni psami posiadacze robią rundę za rundą osaczając osiedle wielopętlową nutą zapachową wyczuwalną przez czworonogi. Kosy rozśpiewują osiedle, a dziecinna radość z placu zabaw przedziera się nawet przez zamknięte okna. Pszczoły pracują nad obrazkiem złożonym z wydrążonych patyków i szyszek, szykując domek dla potomstwa. Chyba polubiły balkon, bo to kolejny rocznik. Rozbudowałem siedlisko widząc takie zainteresowanie, a teraz pora karmić pisklęta, więc kwiaty do pełna. niech tylko miną przymrozki, to zafunduję im ucztę.

piątek, 1 maja 2026

A tymczasem.

 

    Okazało się, że startując w kategorii „romans” z króciutkim opowiadaniem trafiłem w objęcia PaskudZinu. I gdyby komuś było po drodze z szaleństwem miłosnych uniesień, to zapraszam tam:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/04/30/paskudzin-08-juz-dostepny/

    Może tylko zaplątałem się, jako ten rzep uczepiony czegoś większego? Nieważne, grunt, ze uczucia płoną!