poniedziałek, 23 grudnia 2019

Przetwory

Przyśniło mi się trzy miliony malin. Już miałem w zachwyceniu krzyknąć dziewczęcym głosem: „ach ile malin, a jakie różowe”, kiedy sam siebie głośno skarciłem za ignorancję. Świat nieoficjalnie fetuje rok Leśmiana – a tu taki afront! Kalendarz zobowiązuje i jeśli fetować, to właściwego poetę - niech więc trwa dookoła chruśniak malinowy, niech nacicha w milczeniu zawstydzony moją bezczelnością zapewne. Patrzyłem na owoce nieprzebrane i nawet palnąć w ucho chciałem pana Bolesława, za przybyłe tej nocy maliny, jednak on przezornie się nie objawił. Cóż uczynić z wyśnionym mrowiem? – myślałem zanurzony w witaminową nieskończoność? Gdybym był Kleopatrą, rozkazałbym wsypać rzecz do wanny, żeby się w nich marnotrawnie wykąpać, a potem kazałbym niewolnym eunuchom wylizać do czysta. Zarówno wannę, jak i siebie. Najwyraźniej na egipską królową się nie nadaję, gdyż sama myśl, że kaleki niewolnik miałby mnie skrupulatnie wylizywać z pogniecionych owoców, obrzydliwą mi się zdała tak bardzo, że zrezygnowałem z koronacji bezzwłocznie.
Przyśniło mi się trzy miliony malin zawierających kosmiczne ilości pektyn i proszę mnie nie pytać, czym są wyśnione pektyny, bo nie wiem. Może pani Krysia z Sanepidu dysponuje wiedzą – mieszka po sąsiedzku, więc zapytam, kiedy z pracy wróci. Chwilowo tkwiłem w epicentrum malinowej eksplozji obarczony przeświadczeniem graniczącym z pewnością, że są one pożyteczne, a nawet niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Roztargnionym snem spałem i dlatego nie wiedziałem ile zjeść można bezkarnie, więc postanowiłem zapobiegliwie posortować dobra materialne. Malin na pewno zjeść mogę po kres wyporności własnej, a z pozostałego zakresu dokształcę się, kiedy pani Krysia znajdzie dla mnie popołudniową chwilkę i rozproszy mgły niepewności.
Powiedziałem „posortować”, ponieważ podejrzewam, że pektyny, to te białe robaczki, które spacerują wewnątrz owoców. Sortuję skrupulatnie niczym Kopciuszek, a szepcząc nadal klnę pana Bolesława, bo palce na oślep skrwawione owszem mam – ale nie sokiem malin, lecz innym. Ruchliwe, wijące się larwy starają się uciec, a kiedy wzmacniam chwyt rozlewają się w niezgrabnych dłoniach zgniłymi żółcieniami i zieleniami. Palce skrwawione myję po raz sto pięćdziesiąty w przeciągu godziny, chruśniak wstrząśnięty jatką trwa, maliny kłębią się po widnokrąg i kolaborują z robaczkami. Wypełniają wszystko, nawet fugi pomiędzy kaflami na podłodze i co większe oczka w firankach. Zapodziany po głowę, tonę nieomal ujęty falą mieszanej powodzi i powoli zaczynam się czuć jak owa anonimowa pektyna. Organizm już próbuje się nawet wić, a bladość lica osiągam niemalże marmurowo-idealną.
Aby nie oszaleć, zagoniłem myśli do pracy, jak spożytkować dobra nieskończone. Soki? Dżemy? Cukrem zasypać i w słoiki zamknąć na zimową rozpustę? Na obiad podać z ryżem i śmietaną? Być może – pomyślałem cynicznie - na jutrzejszy lub zgoła pojutrze, bo dzisiaj to już niemożliwe. Zanim skończę sortować, jutro nastanie niechybnie. A komu podam ów obiad? Mógłbym uwolnić się od nadmiaru owoców, gdybym zaprosił pobliską jednostkę wojskową. Całą. Jest nadzieja, że wtedy horyzont obdarłbym z bieżącej dominanty botanicznej. Mimochodem przegryzam pojedynczy owoc i słyszę drobne pestki strzelające pomiędzy zębami, a język zazdrości malinie barwy i usiłuje się trwale zarazić różową słodyczą. Może handel uliczny stałby się zbawiennym rozwiązaniem? Bladym świtem zająć miejsce na ruchliwym, miejskim deptaku wymieniając wytrwale owoce na drobne monety, które mniej zachodu wymagają przy przechowywaniu i dłuższą przydatność do spożycie zachowują? Może zgoła przed osiedlowym sklepikiem stanąć i sąsiadkom (nawet tym nieznanym) po torbach i siatkach rozsypać za grosz, a one wnet sprawią, że wielka, różowa mgła kipiących aromatów, uniesie się nad dzielnicą synchronicznie, monotonnie i przewidywalnie, aby słodkim cumulusem odpłynąć w stronę ratusza i tam wywołać niepokój, albo błogostan autorytetów społecznych.
Szklankę pektyn odstawiłem do lodówki, żeby były mniej ruchliwe - schłodzone, mniejszą ciekawością się charakteryzują i turystyczne zapędy zamierają w nich, jak woda w krajobrazie arktycznym. Może się uda oprószyć nimi pizzę, zamiast bekonem okładać? Albo przyprawić spaghetti… Intrygujące, że włoskie potrawy do głowy przychodzą, ale taka lasagne’a…? Aż się prosi, żeby każdą kartkę makaronu napiętnować garstką pektyn, niby guzem rdzawym na chorym liściu. Takie niesforne anchois. Ręczny zbiór, kulinarna cepelia, stanowiąca drugi koniec na gastronomicznej szali, jako przeciwwaga fast-foodowych fabryk i punktów masowego żywienia. Przyszłość kuchni białkowej ponoć kryje się w świecie owadów, co ustawia mnie w szeregu prekursorów. Hodowli jeszcze nie posiadam, jednak druga szklanka czerwi przywyka do stagnacji na półce lodówki, a czas kuchennych eksperymentów zbliża się nieubłaganie. Kiedy ludzkość mnoży się bez opamiętania, ostatnim białkiem dostępnym hurtowo staje się wszechobecny plankton potrafiący dotrzymać tempa człowieczej płodności, co z kolei pozwala domknąć koło łańcucha pokarmowego. Dotychczas duże organizmy padały łupem lekceważonego drobiazgu i to dla nich stawaliśmy się pośmiertnie suto zastawionym stołem – nadchodzi czas rewanżu!
Dzień krótki, a malin krocie czeka na Kopciuszka pocąc się słodko. Już ściany zapachem pomalowane stały się różowe, z sufitu kapią łzy wonnego syropu, a nieskończoność malinowa goreje oślepiając zmysły. Histeria złośliwym basem zahuczała do mnie, że od malin duszno, ręce drżeć poczęły i sumienie straciło pewność siebie. Pocę się malinowo, malinowo płaczę, owocowe plamy na koszuli stają się tak liczne, że przejmują kontrolę kolorystyczną na jej powierzchni i tylko nieliczne wyspy bezludnie kołyszą się pierwotną barwą na falach stygnącego miąższu. W tym szale zacząłem rozumieć kobiecą nadwrażliwość i pojmowanie świata – tak! One, od niemowlęctwa katowane różowością wszechobecną, przeżywać muszą to, co moim obecnie udziałem. Nie wiem jak się stało, że zatknięty myślą w miękkości barwy na długie godziny, w jednym okamgnieniu kłaniać się począłem każdej kobiecie, która zdołała dorosnąć i nie zwariować. Z marszu dołączyłem do matriarchalnego świata, za pośrednictwem oceanu owoców, tętniącego życiem czerwi, rozsianych ławicami po kres widnokręgu różowego. Stałem się duszą współczulną połączoną w bólu nagłego zrozumienia. Jak silną jednostką musi być stworzenie, piętnowane od pierwszego krzyku różowatością puchatą, miękką i dogmatyczną, żeby wytrwać pomimo i nie wypłakać całego swojego istnienia, nim pierwsze samodzielne decyzje wykrztusi? Jak odporne na zew barwy, która przecież jest bliższa żywemu mięsu, niż czemukolwiek na świecie? Skąd tradycja iście szatańska, aby słabą podobno kobietę, na dodatek niedojrzałą
i bezwolną, obarczać całodobowo odzieniem maści krwistego ochłapu, kiedy siła obdarzonych członkiem stworzeń krzepnie dostojnie w spokojnych błękitach nieba? Ech! Westchnąłem tylko, zbliżając się właśnie do rozwiązania tajemnicy, dlaczego kobiety wybierają zielone posiłki, zadowalając się trawnikiem, miast się raczyć kotletem. Od dzisiaj przepraszał je będę wszystkie za dotychczasowe zdumienie, za konkluzje uszczypliwe, że wolą liście sałaty, niż stek soczysty. Teraz, gdy wiem – przeproszę za dzisiejszą bezmyślność.
Trzy miliony malin mi się przyśniły i ręce miałem w nich zanurzone po sam pępek chyba, a pektyny rozpierzchały się niczym mrówki ze zniszczonego mrowiska, żeby rozpoznać, zapobiec, zwalczyć
i spacyfikować siłę, która spowodowała dramat chaosu w uporządkowanej hierarchii. A tymczasem zaburzeniem byłem ja pośród malin, tak jak niegdysiejszy Leśmian pośród chruśniaka, chociaż on perfidnie do niczego się nie przyznał – do śmierci wypierał się przed księdzem i przed rodziną. Cóż on tam robił? Kogo podglądał lub kogo skusił na płochą miłość w otoczeniu kicz na myśl przywodzącym? We wszystkie możliwe miękkości i łagodności powiódł dziewczę naiwne, czy też dał się porwać sentymentalnej białogłowie, znikając w piernatach natury na długie godziny? Znalazł pan Bolesław zbiór skończony puzzli i napisał westchnienie ostateczne, napisał raj dla dwojga, którego nie sposób uzupełnić wykwintnym słowem, żeby nie zepsuć. Myśli błądziły mi meandrami szerokimi, palce cierpły od malin, od peptyn zbieranych wytrwale, a trzecia szklanka czerwi zwalczać zaczęła zapędy turystyczne przyglądając się wcześniejszym, niemrawo już stygnącym na lodówkowej półce.
Przegapiłem. Popołudnie i panią Krysię. Wieczór przegapiłem i sam nie wiem co jeszcze, ale ciemno wokół tak bardzo, że tylko gęstniejący aromat fermentujących powoli malin i zawiły, niezborny ruch pektyn rozpraszał mroczność absolutną dokoła - jeżeli jakiekolwiek dookoła jeszcze istniało. Z jakiejś miski wygarnąłem wargami wcześniej posortowane maliny, nie zważając na brak kobiecej dłoni, ani śladową zawartość czerwi rozpełzających się beztrosko po ciemności, bo w gardle mi zaschło, a oprócz owoców w granicach widzenia nic innego nie wykryłem. Nawet włącznika światła znaleźć nie umiałem i korzystałem z blasku sinusoidalnego ruchu bladych larw, żeby oglądać swój skarlały świat. Garnki, słoiki i patelnie wypełnione były już owocami, którym natenczas zapachu odmówiłem – one wręcz śmierdziały. Nieskończonością, przy której oczyszczenie dwóch wagonów grzybów zdawało się być krotochwilą. Noc, pektyny i maliny. Może jeszcze ja, szepczący błagalne i daremne klątwy do pana Bolesława, że miłość owszem lecz maliny to już gruba przesada… Powiem szczerze, że w słowach nie byłem aż tak purytański, lecz fakty skryły się w łaskawym mroku i blado wiły się ruchami robaczkowymi przez niezmierzone, malinowe oceany.
Przyśniło mi się trzy miliony malin, pośród których ja - sam, samotny i bezradny. Udawałem. Udawałem, że wytrzymam, że dam radę. Buńczucznie wypinałem pierś lecz nie znam faceta, który w takiej chwili głowę schyli i powie – za dużo. Stanąłem do walki i przegrałem, noc we mnie zamieszkała upiorna. Na zewnątrz podobny mrok z resztką zmęczonego księżyca, który ziewać już poczyna i umyka, jak spłoszony kamieniem wiejski burek wiedzący od lat, że pijanemu chłopu z oczu trzeba zejść, choć nie po drodze i w gnatach strzyka… Księżyc też wie, że słońce siedzi mu na ogonie i da mu popalić, jeśli nie umknie wystarczająco szybko. On zemknął, a ja? Umorusany w różowości selekcję kontynuowałem mechanicznie już bez udziału wzroku, z wyłączonymi zmysłami, kląłem maliny, insekty, poezję zbyt wyszukaną, zbyt subtelną, żeby pamiętać o drobnych nieszczęściach. Ktoś mądry dostrzegł, że wakacje muszą być krótkie i rzadko, żeby zdążyć zapomnieć o komarach i kleszczach, o wilgoci w namiocie, czy kamieniu pod nerką rosnącym już kolejną noc. Brodzę zagubiony pośród bezkresu malin, a one stają się wyłącznie przeszkodą, już są nieszczęściem i przekleństwem bogów, kamieniem na szyi stojącego samotnie w balustradach mostu pośród nocy, albo tym Syzyfowym, pchanym każdego świtu, żeby wieczór niezawodnie strącił go w dolin otchłanie.
Na cóż mi malin pełen firmament? Po cóż milionów trzy mi się śniło, aż na karku pot gęsty od soli, a spoconego czoła wargami nikt nie ukoi? Zmęczone dłonie, kręgosłup i duch połamane, znikąd nadziei
na zakończenie szczęśliwe. Chcę kląć! Protestować głośno, albo drzwiami trzasnąć, bo ileż można pośród smrodu owej piekielnej różowości siedzieć i lepić się od stygnących fruktoz, które nawet pojedynczym procentem nie chcą przynieść innego upojenia, w którym dałoby się utopić smutki i zgasić ból stężałych mięśni? Czym zasłużyłem sobie na piekło bezkresu? Wprosiłem się sam… ach tak… oczywiście… Jak ostatni kretyn… przecież przymusu nie było – sam sobie piekło trzech milionów malin urządziłem i teraz kwękam pozbawiony wyobraźni całkiem. Klepnąć dłonią w czoło się boję, bo się przyklei i jak kompletny idiota będę sterczał pośród tych malin. A mogłem ich odmówić przecież…
Próbuję wzdychać, ale wzdychanie „na różowo” wydaje mi się nieadekwatne, kiedy kręgosłup pękł mi już siedemnaście razy, za każdym razem mocniej i w innym miejscu. Ostatnim, dotychczas nieznanym mięśniom zegar wypomniał już dawno temu, że minął czas ich połowicznego rozpadu, a wszelkie uczucia zapuściły korzenie i spłynęły tym szlakiem ze mnie, pozostawiając mnie pustego niby skorupki jaj po wylęgu aligatorów. Zamieszkała we mnie bezpańska dotąd, bezkresna beznadzieja – oczywiście w kolorze różowym, żeby mnie ostatecznie pognębić. Jak bardzo pragnąłem, żeby tylko przelotnie, ale nie. Gdybym znalazł w sobie siłę, powiesiłbym się, ale jej również nie było – żadnej determinacji ani narzędzi. Rozszarpałem koszulę niczym Rejtan w sejmie i pierś pektynom na pożarcie oddałem lecz one nie gustowały w niemłodym, spoconym mięsie i szukały na mnie raczej wodopoju, soli mineralnych, albo schronienia przed słońcem, które lada moment miało pojawić się za oknem. Spróbowałem utonąć w malinach, jednak tylko zachrypiałem ciężko, a życie obroniło się przed osłabłą wolą i wyciągnęło mnie na powierzchnię. Bardzo brutalnie i jednoznacznie.
- Panie kolego – usłyszałem męski, zdecydowany głos, który powinienem kojarzyć z zawodowej codzienności, jednak teraz wydawał się głosem wybawiciela wołającego na ostatnią wieczerzę, więc boskim był echem i taki we mnie zachwyt wzbudził, że wzniosłem oczy swoje niegodne, aby Majestatem je nakarmić niezwłocznie.
Panie kolego, miał pan zreferować… źle się pan czuje?
W obliczu Majestatu? Czuć się źle? Zdumiony byłem, że pyta, bo sąd ostateczny nie jest kolacyjką przy kieliszku z kolegami i raczej nikogo nie zainteresuje moje samopoczucie - prędzej historycznie udowodnione winy. No… może jakieś zasługi naciągane znajdę w samoobronie i żebraczym głosem pozbawionym pewności siebie wydukam, jednak pytanie o samopoczucie jest równie nieprawdopodobne, jak Majestat rękę na ramieniu mi kładący. Mnie! Który z trzema zaledwie milionami malin nie potrafi sobie poradzić. Spociłem się – kto wie, czy to nie jest prowokacja jakaś sceniczna, ku przestrodze maluczkich, albo wręcz sarkazm, czy retoryczne zapytanie, zanim zdecydowanym i ostatecznym kopniakiem zostanę strącony w różowe czeluści już dożywotnio….
- Panie kolego – z nieskończoną cierpliwością powtórzył głos Majestatu – miał pan przedstawić opracowanie statystyki zestawień zbiorów malin
na obszarze województwa lubelskiego z okresu poprzedniej dekady wraz z analizą aspektów fiskalnych, ekonomiczno-społecznych i wpływem dofinansowania upraw wieloletnich na poziom zatrudnienia oraz jakość życia na terenach gmin objętych pilotażowym projektem, a także przeanalizować macierz rozwoju lokalnego przemysłu przetwórczego, agroturystyki, i działalności rolniczej w ramach preferowanej polityki bieżącej wraz z sugestiami dotyczącymi rentowności działań doraźnych i perspektywicznych na lata następne w aspekcie budżetowym i wizerunkowym przy uwzględnieniu realnych możliwości budżetowych z rezerw kasy wojewódzkiej…

sobota, 21 grudnia 2019

Raj

Lokalny autobus trząsł się pokonując codzienną trasę, jakby w obawie przed czekającymi go wzniesieniami. Ciche rozmowy tubylców przeplatały się z głośnymi, wesołymi okrzykami przybyszów szukających chociażby kilkugodzinnej ucieczki od cywilizacji. W siódmej odsłonie łańcuchowej wsi pożegnałem wzrokiem autobus, który westchnął wdzięcznie i już po chwili pozostała z niego plamka niknąca w serpentynie drogi. Równolegle do asfaltu rozłożył się spory strumień wartko przemierzający świat, zapraszając w swe progi pomniejsze języczki wody spływającej z gór. Nie kłócił się z drogą, która choć młodsza panoszyła się tuż obok, ni z wioską niewiele od drogi starszą. Po obu stronach rosły wzniesienia ubrane w gęsto tkane swetry sosnowych lasów, wysłużone już, bo uwidaczniające łaty polan.

Zdając się na los wybrałem jedną ze ścieżek. W gęstym starodrzewiu panował półmrok, jakby zwiastował burzę. Mozolną wspinaczkę ścieżką wśród wykrotów, korzeni i zwałów kamieni obrośniętych ostrą, schnącą już trawą urozmaicały ukłony jeżyn podające do stóp dojrzałe owoce. Nieco wyżej las młodniał i gęstniał. Zielone wyspy zostały niżej bawiąc się słońcem. Zrobiło się chłodniej, pomimo wysiłku włożonego w ostre podejście. Po półgodzinie, gdy pierwsze wątpliwości, czy wybrałem dobrą drogę zaczęły przebijać się nad posapywanie ścieżka wykonała zwrot idąc jeszcze ostrzej pod górę. Jednak w prześwicie drzew pojawiła się obietnica zmian. Przed szczytem wzniesienia las otworzył się jak dojrzały kasztan. Widok zapierał dech w piersiach....Słowa stały się mdłe, bezbarwne i dwuwymiarowe...Czas przestał istnieć.

Przede mną rozpościerała się łąka niczym miniatura Bieszczad – łagodne, pokryte zielenią pagórki połączone siodłami przełęczy i kryjące się w dolinach osiedla kwiatów nieznanych klatkom miejskich kwiaciarni. Zielony dywan graniczył z bukowym lasem, których dostojna czerwień kontrastowała z miękką zielenią modrzewi. Wrześniowe niebo łagodnie układało się na ostatni letni wypoczynek pieszcząc ten rajski ogród ciepłym oddechem południowego wiatru. Nawet sterane wielomiesięczną pracą słońce zatrzymało się na chwilę w tym miejscu, aby rozgrzać krew sosen dumnie wyciągających szyje i szukających schronienia w rzadkich cumulusach z owczego runa. Aromat natury układał się w bukiet wnikających w siebie i przenikających nawzajem zapachów, przy którym najlepsze z win padało na kolana, a wiązanki ślubne więdły przed czasem.

Powoli odzyskiwałem pozostałe zmysły. Drzewa dyskretnie plotkowały, uprzejmie kłaniając się sobie. Nieprzeliczona ciżba owadzich nacji pilnując porządku zaglądała w każdy zakątek świątyni ziemi. Jakiś szerszeń ostrożnie sprawdził, czy nie zbrukam swą obecnością tej oazy niewinności. Chwilę później wysłany po mnie świerszcz kłaniając się z wysokości moich zmęczonych nóg zaprosił mnie w gościnę. Chór ptaków powitał mnie w imieniu gospodarza. Ułożyłem wypieszczone zmysły na rozgrzanym dywanie...Później...- „A co to w ogóle oznacza?! – później...”

czwartek, 19 grudnia 2019

Sen

Tę niezwykłą ciszę tłumaczyć można było wyłącznie wczesną porą i faktem, że wstawał drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Znany latem na pamięć szlak zmienił się nie do poznania. Prześcieradło puszystego, miękkiego śniegu pokryło całą okolicę ponad półmetrową warstwą. Droga - o ile można tak nazywać wąski pas pomiędzy ostatnimi zabudowaniami , czy też prześwit między drzewami – spała pod puchową kołdrą. Nieliczne strumienie odprowadzające wodę z tego spękanego ze starości skalnego płaskowyżu haftowały cienką nicią niepowtarzalne monogramy. Wielkie miękkie poduchy spały w gałęziach drzew, niczym w ramionach troskliwej niańki. Dziewiczy bezkres śpiącego świata kusił i wabił milionem skrzących się gwiazd ukrytych pod zaspami. Najdelikatniej nawet stawiane kroki pozostawiały szerokie, głębokie ślady porównywalne chyba tylko z efektem pracy lodołamaczy na zamarzniętych wodach. Barbarzyństwo. Jednak tam, gdzieś wysoko czekały fantasmagorie senne nie dotknięte jeszcze ludzkim okiem. Być może czekały na mnie...Wielka niewiadoma śpiąca pod puchem składała się z tysiąca skalnych stopni. Zbliżając się do szczytu obserwowałem zmieniające się otoczenie. Tam, gdzie dotarł wiatr, miast miękkiej otuliny, drzewa wystrojone były w diamentowy kurz. Trójwymiarowy obraz porównać można było do dzieła mrozu, tworzącego fenomeny na szklanych taflach.
Głęboki sen schroniska podkreślony był ciężkimi, zamkniętymi powiekami drewnianych okiennic. Niespiesznie mijałem skalnych, śpiących rycerzy czekających cudu odrodzenia. W miejscach, gdzie niepodzielną władzę sprawował wiatr, niestrudzenie odwiedzający okolicę wciąż z jednego kierunku powstały śnieżne baldachimy o kształtach tak fantastycznych, że jedynie wapienne proporce nacieków jaskiniowych mogły konkurować z ich urodą. Przejrzałem się w lodowym lustrze powieszonym na ścianie korytarza wiodącego w najgłębszą rozpadlinę. Nie ryzykując zejścia po schodach pokrytych puchową pościelą usiadłem, by dziecięcą metodą bezpiecznie zjechać na dno. Ściany sięgały trzydziestu metrów, a zebrany tu anielski puch sięgał pasa. Stojąc w środku tego śpiącego, białego świata, w niezmąconej ciszy i spokoju uświadomiłem sobie, że jestem tu jedyną istotą zdolną nie spać w zimowym łożu natury.

środa, 18 grudnia 2019

Posucha

Usiadłem, aby powić myśl płochą. Siedziałem bez ruchu, aby nie uciekła niczym sikoreczka. Dobrze jej było w cieple i ani myślała o poczęciu. Próbowała zwodzić i udawać niedojrzałą - młodszą niż była. Może nawet stroiła się w makijaże, aby ukryć wiek dojrzały, włoski gumką w kucyki spinała. Przeczekałem niczym doświadczony traper czy wędkarz, aż figle ustaną, Niech się wyszumi. Niech poukrywa do woli. W końcu sama się wynurzy, bo myśli już tak mają, że świata są ciekawe.

Nieśmiałą była i ukradkiem chciała na świat zerknąć, ale zdechła. Chyba chora była lub wirus jakiś ją dopadł i powalił zanim zdołała pożyć. Żal chuchra, na szczęście nie zdążyłem zapłonąć rodzicielskim uczuciem - przeczekałem, Podobnie zrobiłby chyba krokodyl nilowy, gdy jedno z jaj pękłoby daremnie. Wzruszyłby tym, czym wzruszają krokodyle, uronił łzę i czekałby na kolejne, żwawsze narybki.

Martwa myśl zwisała z krzesła jak mokry ręcznik, albo porzucone w pośpiechu slipy, gdy chuć wzywa do boju i kopia tępym końcem w serce tarczy mierzyć powinna. Ja, siedząc na krześle, wyglądałem niewiele lepiej. Odrobinę jednak nie do końca martwą naturą będąc. Skupiłem się w sobie, aby nie rozpraszać otoczeniem i bladą pokusą wabiącą zmysły w zatracenie. W skupieniu można powić i większe myśli, nawet gdy ciało cherlawe. Oby nie zbyt wielką, bo wdać się może zatwardzenie albo jakiś zator, zakrzep czy też niedrożność, bo to kłopot, a kolejki do specjalistów wykazują tendencję wzrostu i powoli zaczynają przekraczać wartość oczekiwaną przeciętnego żywota.

Zalążki myśli ślizgały się po wilgotnych bruzdach mózgowia i ani myślały ukorzenić się i owocować. Żadna nie chciała zapłodnić mnie do działania, choćby miało grzeszyć małostkowością organizmu ukierunkowanego na hedonizm. Niepostrzeżenie zacząłem obrastać mchem i grzybami, choć wcale nie czułem się lasem, czy kamiennym murem - pozostałością średniowiecznego gniazda, skąd na łupieskie wyprawy ruszał kniaź ryżawy i wielce szczerbaty. Układ nerwowy powoli degenerował się, gdyż bezruch potrafi namieszać w systemie nawet bardziej, niż nadmiar impulsów do przetworzenia. Gasnące iskry leciały w nicość nie zapalając umysłu, ciało popadło w apatię godząc się na martwy ciąg braku zdarzeń. Stoicyzm to ponoć jakaś forma dojrzałości, a gwałtowność i nadmierna ekspresja są objawem małoletniej pochopności. Bezmyślnie dojrzewałem i tylko lekki niepokój drążył mnie niczym robak gruszkę. Jak dalece można dojrzeć i nie zgnić? Gniją nawet prawdy objawione, a co dopiero organizmy niedoskonałe.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Żywy kamień

Pełnoletni namiot postawiony uprzedniej nocy nad brzegiem górskiego potoku rozpływał się w zachwytach nad szemrzącą baśnią wysłuchaną pierwszomajową nocą. Choć zziębnięty porannym przymrozkiem próbował ją przekazać swym lokatorom, gdy tylko pierwsze promienie słońca wiatr tchnął w ich stronę. Niezakłócony cywilizacją poranek rozpoczął się leniwym śniadaniem i wędrówką palców po sfatygowanej mapie. Wkrótce nogi zastąpiły palce, a natura mapę. Wygodna piaszczysta droga oferowała niezliczone krajobrazy, choć różne, zawierały się w jednej treści. Skalne olbrzymy, większe od miejskich, betonowych kuzynów wdarły się w sosnowe lasy i pozostały tu, chyba na zawsze. Ich niepowtarzalne kształty zdolne były opisać jedynie dłonie alpinistów, niestrudzenie penetrujące korony obelisków, oraz oczy poetów. Efekty ich pracy widoczne były w przewodnikach, pełnych niecodziennych imion przypisanych kolejno mijanym rzeźbom. Na obrzeżach pamięci szukam istot z podań i legend, które za dotknięciem słonecznej dłoni kończyły swą ziemską wędrówkę oblekając się kamiennym lukrem. Trolle!!! Tak, to najlepsze określenie, jakie byłem w stanie wymyślić. Żyjące pod ziemią, sterane ciężką pracą olbrzymy, o udręczonych ciemnością ciałach, zgorzkniałe, spękane i wielkie. Czyżbym mijał właśnie akt zbiorowego samobójstwa? Łaskawy świt ustawił postacie w pełnym słońcu, dzięki czemu, ich ciemne ciała wyblakły z czasem, nabierając piaskowej karnacji. Podobny los spotkał ośmiornicę siedzącą wprost na drodze. Bryła piaskowca, rzeźbiona dziecięcymi stópkami nabrała kształtu o jednoznacznym skojarzeniu, przyciągając wzrok pielgrzymów. Odgałęzienie szlaku zapowiadało coś specjalnego. Krótkie podejście prowadziło do naturalnego punktu widokowego. Po drugiej stronie doliny, wśród sosnowego trawnika, trwała przytulona do siebie para zakochanych. Nawet wyniosłym sosnom widok rozpalał krew w żyłach, roztaczając wokół bursztynowy aromat ciepłej, słodkiej żywicy. Kamienne ręce, niezdolne wykonać najmniejszego ruchu wyręczyło słońce, pieszcząc kochanków drżącą, lekko zawstydzoną dłonią. Cóż uczynili nieszczęśni, że zamiast kosztować owoców, nie zaznawszy rozkoszy trwali tu w kamiennym uścisku? Jakich dopuścili się grzechów, by ten pierwszy, nie do zapomnienia pocałunek czekać musiał spełnienia? Ona, wsparta na jego ramieniu słuchała wyznań, już składając wargi w obietnicę. On w nią wpatrzony, świata poza nią nie widząc, tulił wybrankę do piersi jak kruchy klejnot. Niepodobni trollom, kim być mogli? Z jakiej pochodzili baśni? Kiedy nadejdzie czas dobrej wróżki, która pozwoli im poznać smak spełnienia?

niedziela, 15 grudnia 2019

Zmierzch

Mówią, że kiedy słońce zachodzi na czerwono na ziemi mogą dziać się rzeczy złe. A dziś nie tylko słońce krwawiło ale rozlewało się fioletową rzeką na chmury tak intensywnie, że nawet cegły zapłonęły purpurą. Patrzyłem i czekałem na ciąg dalszy widowiska. Ranne słońce zwiędło gdzieś na zachodzie, a jego tropem zmierzał już zmierzch jak wytrawny myśliwy podążający za ranną zwierzyną. Trwałem bez jednego słowa i ruchu wpatrzony w pościg i w agonię. Niby to takie dla natury typowe, że śmierć jednego staje się życiem dla drugiego. Można obserwować przez całe życie obserwować cyklicznie powtarzające się zjawisko - nie znudzi fascynując bezwzględnością. 

Dwa kroki przed cieniem umykał bezdomny kundel z ogonem podwiniętym pod siebie i zerkający trwożliwie na boki, aby przyśpieszyć gdyby pościg wzmógł tempo. Jakaś parka schowała się w cień portalu strupieszałej kamiennicy i chyba tam chcieli przeczekać obławę. Chłopak przytulał dziewczynę, która zamknąwszy oczy szukała ustami jego ciepła i spijała wyznania grzejąc się nimi. Ktoś podbiegał do tramwaju podjeżdżającego na opustoszały przystanek. Kilka martwych twarzy w środku przeżywało miniony dzień, choć nie wyglądały na takie, którym ciąg dalszy został już napisany, więc trawiły w myślach warianty jakie miały dopiero nastąpić. 

Drzewa rzucały coraz bardziej pazerne cienie, a sodowe światło latarni rozlewało się żółtymi plamami po asfalcie. Wiatr z nudów gonił suche liście we wszystkie strony aż się znudził i odszedł tarmosić rosnącą na maleńkiej wysepce pośród fosy zmęczoną życiem wierzbę. Okna mrugały perłowym blaskiem telewizorów czekając aż tę poświatę uwiężą w środku rolety lub grube zasłony, Elewacje szarzały szybciej niż należałoby się spodziewać. 

Niebo spochmurniało i ani myślało uśmiechem bladego księżyca rozproszyć czerń. W taką noc tylko karaluchy nieskończoną tyralierą penetrowały pozostałości po ludzkiej uczcie, a szczurom nikt nie przeszkadzał w zwiedzaniu hałd śmieci. Kloszardzi układali się do snu usiłując ukryć oczy i ciała pod czymkolwiek, choć oni akurat do mroku byli przyzwyczajeni i nawet go oczekiwali, by zniknąć światu z pola widzenia. Mrok dusił nadzieje i kolory. Mordował nawet najruchliwsze cienie i tylko ulicznym lampom odpuszczał, chyba tylko po to, by zwiększyć grozę. W milczeniu zaglądał w zapyziałe zakamarki, cuchnące moczem zaułki i do piwnic szczerzących się szczerbami okien o szybach podziurawionych od tak dawna, że szkło już zapomniało być przeźroczystym. 

Patrzyłem na zamierający świat bez pośpiechu. Nie oczekiwałem nic i nie spodziewałem się zbyt wiele. Patrzyłem wzrokiem kogoś kto nic lepszego nie ma do roboty. Zmierzch okrył mnie całunem i unieruchomił. Może miałem być świadkiem jego tryumfu? Czemu nie - mogłem patrzeć i podziwiać jak pożera kształty, gasi kolory, jak płoszy gołębie nawykłe do szukania pokarmu między ludzkimi sylwetkami, które pochłonięte architekturą gubiły okruchy dopiero co kupionych potraw.

Intrygujące, że w takim mroku trudno mówić o odległości, bo można w nim wydzielić jedynie TU - czyli wszystko co daje się ogarnąć wzrokiem i dotykiem - oraz TAM - czyli wszystko inne bez względu na nieistniejącą skalę odległości. Tymczasem TAM słyszałem kroki, które zdawały się zbliżać, czyli można skalować odległość w ciemności. Wytężałem wzrok i słuch. Ciekawość przeważała nad niepokojem. Kroki były zdecydowane, konkretne i kobiece. Podejrzewałem to bo obcasy wydają inne dźwięki - nawet od podkutych oficerek. Złapałem się na tym, że do rytmu tych kroków dorobiłem melodię i nuciłem ją korzystając z akompaniamentu. Rytm był coraz głośniejszy i bliższy, więc i ja śpiewałem odrobinę głośniej, Nie spodziewałem się po sobie takiej odwagi, lecz zapewne zaraziłem się od mroku i stąd moja ekspresja. Cisza sprawiła, że pojawiające się w niej kroki znaczyły świat perforując noc niczym overlock dżinsy. W końcu dotarły do mnie. Czarno odziana kobieta wyciągnęła do mnie dłoń i poszliśmy. Do TAM. 

sobota, 14 grudnia 2019

Morze

Skały przybyły tu pierwsze. Magia okolicy sprawiła, że pozostały, rozsiadając się na stoku blisko siebie. W przeciwieństwie do ludzi grzane słońcem i smagane wiatrami pojaśniały niemalże do bieli. Towarzystwo borowin i wrzosów nie stanowiło dla nich konkurencji, dodając tylko uroku. Bardziej nieufne drzewa pojawiły się dużo później, skuszone majestatycznym spokojem. Kolonie sosen stanęły poniżej kryjąc się przed wiatrem u stóp skał. Niektóre brały ślub z piaskowymi grzybami tuląc się wzajemnie na wieczność. W miłosnym uniesieniu drzewa gięły się na wszystkie strony, by jak najmocniej czuć szorstki dotyk fantazyjnie ukształtowanych przez naturę partnerów. Część skalnych postaci naruszona zębem czasu krwawiła piaszczystymi poletkami z szacunkiem omijanymi przez niższą roślinność. Ślady przegranej walki z erozją można było dostrzec również wśród kolonistów. Wielkie piaskowe bryły w pośmiertnej konwulsji stoczyły się pomiędzy sosny, gdzie śpią otulone całunem mchu. Płynący jeszcze niżej strumień nucił wesołą melodię, a iskierki śmiechu odbijał w słonecznych refleksach. Wszędobylski wiatr pieścił sosny i pohukiwał na niewzruszone olbrzymy skalne. Wąska, kamienista ścieżka eksploratorów ciągnęła się klucząc w tej oazie spokoju odsłaniając wciąż nowe oblicza okolicy. Wznosiła się i opadała. Po kolejnym zwrocie minęła skalny obelisk, za którym zmieniał się krajobraz. Pojawiła się świerkowa i sosnowa dziatwa, ciekawie rozglądające się ze swoich stanowisk. Pomiędzy nimi, niczym lawina lub górski potok torował sobie drogę piaszczysty trakt niestworzony ludzką ręką, ni też ludziom potrzebny. Sens jego istnienia znany jest chyba wyłącznie stwórcy. Szeroki, pofalowany, mógłby śmiało konkurować z niejedną nadmorską plażą. Plecak rzucony niedbale na skraj drogi, ciepło rozgrzanego słońcem piasku, imitujący morskie fale szum pobliskiego starodrzewu...Pośród tego majestatu i ciszy, stworzonej dla zmysłów wystarczyło na chwilę przymknąć oczy. Nieskończenie prywatne morze. Dla każdego. Osobisty, wyśniony Rewal, Mikołajki, czy Jastarnia.

piątek, 13 grudnia 2019

Omen

Krew na piasku...
Noszę w głowie ten obraz od więcej niż tygodnia i wciąż nie wiem, co miałby oznaczać. Krew wsiąkająca w suchy, żółty piach, który zdaje się nie mieć końca. Pustynia? Brzeg morza z łatą piachu, żeby ptaki mogły odpocząć w trakcie sezonowej migracji? Nie wiem. Nie wiem, ale obraz budzi mój niepokój i sprawia, że pocą mi się dłonie, a wzrok zaczyna biegać i straszyć mnie fatamorganami, od których tętno rośnie do niebywałego cwału. Chyba tylko niemowlęta przed poczęciem mogą w podobnym pośpiechu spożywać życie z łona matki. 

Piach. Mdło żółty, bardzo drobny i nie stanowi przeszkody. Posoka wsiąka cicho i zostawia jasnoczerwonego kleksa, który płowieje od słońca. Pewnie tak samo wsiąka morze, gdy wiatr pchnie je na plażę. Czasem osiądzie brudną, tłustą pianą, która bezgłośnie pęka w kolejnych bąblach, aż zniknie zupełnie. Czerwone na żółtym zdaje się nieść uczucia ciepłe, przyjazne niemal jak malarska abstrakcja, której tylko poeta potrafi wymyślić imię, tytuł czy znaczenie. 

Boję się, bo nie wierzę podświadomie w ową dobroć obrazu, coś mnie ostrzega, że widzenie niesie wartości negatywne. Wzrokiem przeskakuję mijane po drodze piaskownice, a kupka piasku na chodniku przygotowana, by wymieszać ją z cementem sprawia, że pokrywam się gęsią skórką i odruchem przyspieszam krok. Dopiero gdy piach staje się wspomnieniem wypuszczam powietrze z płuc. Okropnie dyszę. Psychoza urojonego strachu przed czymś nieokreślonym sprawia, że nie potrafię podlać kwiatów w skrzynkach na balkonie, choć jest w nich jedynie ziemia torfowa - ciemna, włóknista i tłusta, zaprzeczająca wszystkiemu, co może kojarzyć się z piaskiem.  

Ukrywam się w przestrzeniach twardej cywilizacji. Beton, szkło, kamień, asfalt. Wszystko, co oferuje w swym bogactwie miasto. Szerokim łukiem omijam budowy i place zabaw, by nie popaść w histerię. To trudne ale nie graniczy z niemożliwym, a przecież każdy ma jakąś fobię. Moja właśnie mi się przyśniła wżerając się we mnie jak kleszcz wiecznie spragniony. Unikam, żeby nie karmić jej niepotrzebnie. Może minie, a jeśli nie popadnę w nałóg, w obłęd lub znajdę rozwiązanie. Chwilowo tchórzliwe chowam się, żeby zagłuszyć trwogę. A nuż się skończy?

Alkohol rozpina mi guzik koszuli, kołysze krok, ale nie pozwala zapomnieć. Idę pijany, bujając się niczym na morzu. Moja zmora szepcze mi do ucha, że nawet morze odpoczywa na plaży... Słyszę głośne trzaski. Z trudem rozpoznaję strzały z broni palnej. Ktoś szarpie mnie za ramię i ciągnie gdzieś przystawiając do głowy lufę gorącą od gazów spalonego prochu. Wbija mnie w fotel samochodu i zanim krzyk wydobędę jadę - nie wiem dokąd - pośród krzyków trzech zamaskowanych osób. Próbuję coś powiedzieć, ale lufa w ustach nie pozwala na nic więcej poza bełkotem. Samochód zatrzymuje się nagle. Ten, który siedział obok mnie kopniakiem wypycha mnie na zewnątrz. Kiedy ręce dotykają ziemi słyszę i czuję jednocześnie jak moje ciało perforują metalowe kule. Leżę i zdycham. Krew płynie cicho bez afiszowania się.
Unoszę powieki... Piach... Żółty… Suchy...
Już się nie boję...

czwartek, 12 grudnia 2019

Kot

W stężałym przedświcie podwórzem wędrował kot szary jak wylegująca się, wszędobylska noc. Szedł powoli. Cicho i ostrożnie jak potrafią koty. Nie musiał się wysilać - miał tę ciszę zakodowaną w genach i choćby chciał pewnie nie udałoby mu się trąć strun rwetesu. Zmierzał w stronę pękatych stalowo-szarych śmietników. Najwyraźniej zwęszył w nich śniadanie. Tłuste szczury musiały walczyć z wronami o lepsze kąski - kot nie pogardziłby żadnym. 

Dachowiec zatrzymywał się co chwilę, pantografem ogona czepiając się niesłyszalnego niepokoju. Cierpliwość kocia jest wręcz legendarna - potrafią rozłożyć każdy krok na elementy składowe i wetknąć pomiędzy nie pokaźną chwilę bezruchu. Ten obserwował ciemne prostokąty okien, gdyż ludzie są nieobliczalni i potrafią wstawać bez powodu w środku nocy, palić światło gapiąc się w mrok. Potrafią wsiąść w śmierdzące spalinami auto i kręcić się w nim po mieście bez celu i bez sensu, jakby utylizowali czas nocy.

Nim odszedł do śmietnika marszcząc pyszczek, z którego wystawały ostre szpilki kłów, o kominy i anteny oparło się zapuchnięte, pryszczate słońce i ziewając wściekle usiłowało wspiąć się na jeden z dachów. Blade, pożółkłe szczypnęło w ogon gołębia, który zagruchał trochę po pensjonarsku i odfrunął na gałąź miłorzębu pozbawionego liści. Tam czekał na kolejną zaczepkę. 

Słońce dostrzegło kota i objęło go swoim zaspanym wzrokiem. Po podwórku wiatr zaszeleścił liśćmi wierzby schnącymi na skrajach kałuż, a po klepisku zaczął przechadzać się drugi drapieżnik - cień kota. Ten szedł jeszcze ciszej przystając, by tej ciszy posłuchać. Przestałem oddychać, a puls zdał mi się wojskowym werblem na defiladzie. Cień kota popatrzył na mnie z wyrzutem i wrócił do swoich spraw. Patrzyłem jak odrywa się od kota, który z chwilą utraty kontaktu z cieniem padł martwy i stanowił już tylko szarą plamę, wypukłość na rozwłóczonych nocą śmieciach, posiłek dla padlinożerców, jacy czaili się w ukryciu. 

Cień rozglądał się nieustannie. Szukał. Wyglądało jakby kocie futro miało być przynętą. Zaintrygowane słońce wspięło się na palce, by popatrzeć, ale cień kota umknął za pień wierzby, minął śmietniki i wskoczył pomiędzy kratami w piwniczne okno. Wewnątrz... Na dawno nie bielonej ścianie nieobecny węgiel wymalował pasmo górskie z siodłami przełęczy i łagodnymi szczytami bardzo starych wzniesień. Cień szedł w stronę ściany jakby tam zamierzał odpocząć. Po drodze niczym krople rtęci dołączały do niego cienie martwych szczurów, bezdomnego psa, paru ptaków. Plama zatraciła już kształt kota i gęstym, ciemnym kisielem rozlała się po podłodze. Niechybnie czekała by pożreć następny cień na tyle nieroztropny by zawitać do piwnicy. Położyła się i czekała. Cierpliwie. Jak kot.

wtorek, 10 grudnia 2019

Przyszłość?

Maszyna wypluła kolejne szczenię. Świeżo wygrawerowany w delikatnej skórze kod kreskowy naznaczył je na całe życie niezawodnie. Nikt mu nie powie, że podskórnie ma wszczepione dwa inne na wypadek, gdyby życie sprawiło, że zewnętrzne znamię przestanie być czytelne. Co prawda większość urządzeń służących do odczytu niemal siłą bezwładności aktualizowała czytelność poprawiając niedoskonałości kodu, gdy ciało rosło i nabierało masy, ale wypadki chodzą po ludziach i maszyny nie chciały zostawić przypadkowi szansy na wprowadzenie choćby drobnej niepewności.

Nawet Cyganie opierający się wszelkim próbom ucywilizowania zostali spenetrowani i pośród głośnych lamentów, i licznych noży błyszczących złowrogo zostali napiętnowani. Władza nie lubiła anonimowych obywateli. Pod pozorem, że kod zastąpi karty płatnicze, dokumenty osobiste, książeczkę zdrowia i Bóg wie co jeszcze w krótkim czasie objęła nadzorem całą populację. Szczenięta zamiast lekkiego klapsa otrzymywały grawerkę wielorzędowych pasków, a ich żałosny płacz przywodził na myśl szloch utraconej wolności. Nim uspokoiły się na matczynej piersi wewnętrze przedramienia puchło od gwałtu.

Przyglądałem się tępo i bezmyślnie, jak taśmociąg znakuje dzieci nie bacząc na ich płacz, czy popuszczanie moczu. Pierwsze dane zapełniały bazy, a ich ilość przytłaczała. Mało który wiedział choć połowę tego, co zebrały maszyny. Inwigilacja i nadzór. Kontrola i importowanie.  Kamery posprzęgane w ciągi ustawione w rytm prawdopodobieństw mogły obserwować i gromadzić informacje korzystając z algorytmów. Maszyny uczyły się błyskawicznie nawyków swoich podkomendnych. Zdawały się nie istnieć, nie brać udziału w życiu mas, ale to tylko pozór - doskonale zakamuflowany nadzór posunięty poza granice jakiejkolwiek intymności trwał ciągle. 

Ciała nie miały żadnych tajemnic, których urządzenia nie umiałyby odkryć robiąc to z premedytacją i żelazną konsekwencją. Przegryzały się przez analizę odruchów, żeby odczytać myśli zanim dojrzeją. Mogły zniewolić działanie ZANIM wystąpiło. Prewencja. Absurdalna, bo realizowana przed zdarzeniem mogła zakończyć się ubezwłasnowolnieniem, gdy ilość niepożądanych odruchów przekroczyła wartość krytyczną. Krnąbrne jednostki system eliminował poza oficjalnym światem tak dyskretnie, że otoczenie pozostało niemal nieporuszone i tylko drobny niepokój incydentu na chwilę zaburzał myśli postronnych, którzy coś dostrzegli - zmianę, bo przecież nie zanik.

Bezmyślnie wetknąłem w tryby coś metalowego. Zazgrzytało i taśmociąg stanął w miejscu. Nie wiem dlaczego, ale do torby spakowałem szóstkę szczeniąt, którym maszyna nie zdążyła scyfryzować ciał. Uciekałem zdając się na łut szczęścia, by wspólnie z moim bagażem zapłakać pod jakimś mostem, a potem pójść spać głodnym. Jutro... Jutro będę ich karmił. A później nauczę kryć się przed kamerami.